18 maja 2024

loader

Hiszpania w esencji swej

Madre Teresa Andariega, wędrówka na górę Karmel, Escurial, Escritor (pisarz) Cervantes, Święta Inkwizycja, szkic z dziejów hiszpańskiego górnictwa, Pintor (malarz) Goya, Miguel de Unamuno, poeta Federico Garcia Lorca, El Vale do los Caidos, Fandango, miasto Toledo – to tematy zbioru esejów Andrzeja Stanisława Kowalczyka z jego podróży do Hiszpanii, zebranych w tomie „Toledo i inne przygody w Kastylii”. To właściwie raczej szkice eseistyczne niż eseje w znaczeniu ścisłym, najbardziej adekwatnym do definicji gatunku.

Esej, w rdzennej postaci tego charakteryzuje się zdecydowaną przewagą konceptu intelektualnego, duchowego, stylistycznego, nad faktografią. W szkicach Kowalczyka tej faktografii (skądinąd bardzo interesującej) z historii Hiszpanii jest dużo, więcej niż stricte eseistycznych konceptów.
Nie uważam tego za wadę, tylko odnotowuję. Pisanie Kowalczyka odznacza się nieskazitelną klarownością, jasnością, nie ma w nim natomiast eseistycznych popisów stylistycznych, owego „lewitowania”, egotyzmu, które czasem czytelnika wbijają w podziw dla kunsztu autora, ale czasem – bywa, gdy jest nadmiar tego sztukmistrzostwa – irytują.
Kastylia jest jako reprezentacja Hiszpanii trafiona w punkt. Kastylia to bowiem Hiszpania najbardziej hiszpańska, rdzenna, to macierz, esencja Hiszpanii. I dlatego nic dziwnego, że tom zaczyna się od Hiszpanii religijnej, ultrakatolickiej, nabożnej, mistycznej, w tej mistyce szalonej. Od madre Teresy Andariega i od góry Karmel. Religia i religijność są mi (Bóg tak chciał, niech się dzieje Jego wola) tak obce, tak bardzo ich nie lubię, że gdyby tematem tych dwóch szkiców nie była religijność hiszpańska, ale jakaś inna, to bardzo prawdopodobne, że pominąłbym je w lekturze tomu.
Jednak religia i nabożność po hiszpańsku są tak osobne, tak osobliwe, tak malownicze, tak bujne, tak awanturnicze (sic!), można by rzec, że przeczytałem dwa pierwsze szkice z prawdziwym zainteresowaniem. Nawiasem mówiąc, jest pewnego rodzaju paradoksem, że ten namiętny, z żadnym innym nieporównywalny katolicyzm na modłę hiszpańską, jest mimo swej intensywności jakby nieobecny na europejskiej agorze katolickiej.
Katolicyzm, dajmy na to, niemiecki, a tym bardziej francuski czy nawet włoski, to przy katolicyzmie hiszpańskim jak ciepłe piwo niskoprocentowe przy zmrożonym szampanie Dom Perignon.
Katolicyzm irlandzki, jak wiadomo, załamał się pod własną pychą i grzechem pedofilii. Z kolei katolicyzm polski, niby ciągle żywy i wiodący w Europie, staje się coraz bardziej skorupą-wydmuszką, z której ju ż wyciekła większość młodzieży. Nawet jednak w swoim najlepszym czasie nie miał on choćby ćwierci temperatury odpowiednika hiszpańskiego.
Zaraz po tych katolickich szkicach – Escurial, architektoniczna esencja hiszpańskiej państwowości. Potem jeszcze Cervantes, ojciec Don Kichota i Sancho Pansy i kolejna emblematyczna instytucja starej, dobrej, Arcykatolickiej Hiszpanii, czyli Święte Officium, Inkwizycja. A tuż obok niej, przez ścianę, groźnie (dla niego) z nią sąsiadujący, wielki Francisco Goya. Od niego zaś od razu przeskok do Miguela de Unamuno, największego filozofa Hiszpanii na całej przestrzeni jej dziejów, w którym jak w jakimś paradoksalnym, paroksystycznym zawęźleniu, sczepieniu, stopiła się miłość i nienawiść, fascynacja i obrzydzenie do Hiszpanii w jednym.
Skąd jednak ta bez mała wiek licząca luka między zmarłym w 1828 roku Goyą a zmarłym w 1936 roku Unamuno? To też specyfika Hiszpanii. Nie było sensu pokazywać tego co pośrednie, bo przez te przeszło sto lat Hiszpania ani na jotę się nie zmieniła. Nawet w modzie i estetyce zmieniła się relatywnie niewiele. Historia Hiszpanii była przez stulecia nieruchoma, trochę tak, jak historia Rosji. Między XVIII wiekiem, w którym urodził się Goya, a wiekiem XX, w którym zmarł Unamuno, nie było w Hiszpanii większej różnicy. Nawet czerwona Republika Azany y Diaza i Largo Caballero była tylko krótkim przyspieszeniem, po którym nastąpiły blisko cztery dekady bezruchu epoki Franco (1939-1975).
A skoro Franco i wojna domowa, to i poeta Federico Garcia Lorca, jego ofiara. A potem Vale do los Caidos (Dolina Poległych), z której kilka lat temu socjalistyczny rząd Pedro Sancheza wygnał szczątki Caudillo.
Wreszcie tytułowe Toledo, bardziej kastylijskie niż Madryt, stolica Kastylii. Gdyby de Gaulle tam przemawiał, powiedziałby: „Niech żyje Toledo, najbardziej kastylijskie ze wszystkich kastylijskich miast, a tym samym najbardziej hiszpańskie ze wszystkich hiszpańskich miast”. Czy szkice Kowalczyka przydadzą się jako myślowe uzupełnienie przewodnika w podróży po Hiszpanii? Przydadzą się, a nawet trzeba je koniecznie ze sobą zabrać.
Gdy kilka lat temu byłem w Hiszpanii, w tym w Kastylii (choć akurat niestety nie w Toledo), siłą rzeczy nie mogłem ich mieć. A bardzo by się przydały. Drażni mnie ta turystyka po Hiszpanii, bezmyślna, skoncentrowana na pustym podziwianiu „pięknych widoków” i „cudownej architektury” (inna sprawa, że istotnie jest cudowna).
Bo Hiszpanię trzeba zwiedzać myśląc o niej, paradoksalnie bardziej niż podróżując po Niemczech, Italii czy Francji. Tak właśnie mi się ona jawi. A Autorowi „Toledo i innych przygód w Kastylii” jestem szczerze wdzięczny za wspomożenie w tym myśleniu.
Andrzej Stanisław Kowalczyk – „Toledo i inne przygody w Kastylii”, Biblioteka „Więzi”, Warszawa 2021, str. 326, ISBN 978-83-66769-23-6

Krzysztof Lubczyński

Poprzedni

Sadurski na dzień dobry

Następny

Korzenie antysemityzmu polskiego