Przygody Dalajlamy

Na autobiografię Dalajlamy postanowiłem przekornie spojrzeć jako na twór pisarski, literacki, całkowicie abstrahując od kontekstu politycznego.

Zbyt często bowiem zaangażowanie polityczne stanowi środek służący żyrowaniu wartości literackiej dzieła autora. „Słowo „dalajlama” bywa różnie rozumiane. Dla jednych oznacza, że jestem żyjącym Buddą, ziemską emanacją Awalokiteśwary, Bodhisattwy Współczucia.
Inni uważają je za imię „boga króla”. Pod koniec lat pięćdziesiątych oznaczało stanowisko wiceprzewodniczącego Stałego Komitetu w Chińskiej Republice Ludowej. Później, gdy opuściłem swój kraj, udając się na wygnanie, nazwano dalajlamę kontrrewolucjonistą i pasożytem. Sam rozumiem to słowo zupełnie inaczej.
Dla mnie „dalajlalama”, to tytuł, określenie urzędu, który sprawuje. Ja zaś jestem po prostu człowiekiem, i przypadkowo, Tybetańczykiem, który postanowił zostać buddyjskim mnichem. I właśnie jako zwykły mnich chcę opowiedzieć historię swego życia, choć w żadnym razie nie jest to książka o buddyzmie. Robię to z dwóch powodów.
Po pierwsze coraz więcej ludzi chce dowiedzieć się czegoś więcej o dalajlamie. Po drugie, jest to dla mnie okazja, by dać bezpośrednie świadectwo wielu faktom historycznym. Swoją opowieść przedstawiam po angielsku – sądzę, że taki jest wymóg czasu, w którym przyszło mi żyć.
Nie było to łatwe, ponieważ moja zdolność wysławiania się w tym języku jest bardzo ograniczona. Zdaję sobie sprawę z możliwej różnicy między tym, co chciałbym przekazać, a sensem, jaki mogą mieć moje angielskie wypowiedzi. Ale podobnie miałaby się rzecz z przekładem z tybetańskiego. Powinienem również zastrzec, że wiele materiałów źródłowych było dla mnie niedostępnych, a moja pamięć jest również zawodna, jak pamięć każdego innego człowieka (..) – tak napisał Dalajlama w 1990 w formie słowa wstępnego do wydanej właśnie wtedy jego autobiografii.
W tym słowie wstępnym uderza skromność Dalajlamy, jego dystans do siebie samego, do pełnionej funkcji i właśnie ona, skromność i prostota należą do najbardziej uderzających cech jedną z cech jego autobiografii. Przekłada się to pozytywnie na formę narracyjną jaką przyjął sławny autor, odznaczającą się stylem niemal ewangelicznej prostoty, pozbawionej nawet cienia megalomanii, grandilokwencji czy popisów intelektualnych.
Na tę prostotę narracyjnego przekazu autobiograficznego Dalajlamy na pewno wpłynął wspomniany przez niego fakt, że napisał swoją autobiografię w języku angielskim, co istotnie ograniczyło możliwość szczególnie subtelnego cieniowania sformułowań, opinii, relacji. Dało to jednak ten efekt, że jego autobiografia została napisana prostym, pozbawionym stylistycznych meandrów językiem, co czyni ja dostępna dla masowej publiczności czytelniczej na całym świecie.
A że życie Dalajlamy było bardzo bogate, obfite w zdarzenia, przeżycia i przemyślenia, tym bardziej atrakcyjna jest ta lektura, którą czyta się jak zupełnie niezłą powieść, chciałoby się rzec, choć może to zabrzmi nieco zbyt lekko jak na jej problematykę, fragmentami dramatyczną, przygodową. Same jednak tytuły niektórych rozdziałów sugerują „przygodowy” charakter części przynajmniej narracji: „Pan Białego Lotosu”, „Lwi Tron”, „Ucieczka”,, Wilk w szatach mnicha”.
Może ktoś oburzyć się takim podejściem do postaci i biografii Dalajlamy, wszakże przystępowałem do tej lektury przede wszystkim jako czytelnik zainteresowany dobrze, atrakcyjnie podaną opowieścią wybitnej postaci współczesnego świata. Autobiografię Dalajlamy wzbogaca appendix zawierający istotne informacje o administracji tybetańskiej, o języku, religii, spore fragmenty poświęcone historii Tybetu itd. Całość kończy „oświadczenie w sprawie kolejnego odrodzenia”, poświęcone następnej inkarnacji Dalajlamy i przyszłości pełnionego przez niego urzędu, w tym objęcia następstwa po nim.
Dalajlama – „Wolność na wygnaniu. Autobiografia”, przekł. Adam Kozieł, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021, str. 391, ISDN 978-83-8196-191-2

Liberalizm w sprzeczności zaplątany

Przypadek sprawił, że do lektury studium Patricka J. Deneena, krytyka kultury, rocznik 1964, przystąpiłem po głęboko retrospektywnej lekturze „Nowego Kalibana” (1961) Zygmunta Kałużyńskiego, w którym, przy okazji rozważań o prozie jednego z pisarzy francuskich pisał on – językiem o stylistyce dziś już anachronicznej – o liberalizmie: „Zagadnienie dla niego istotne i znajdujące się w centrum jego twórczości to wolność indywiduum. Jest to odwieczna obsesja mieszczańskiej myśli liberalnej (…) Jakie są granice ludzkiej niepodległości? Czy jednostka może być bardziej niezależna niż dotychczas? (…) Pedagogia liberalna gloryfikuje wolność jednostki wolność jednostki i wydaje się, że padają ostatnie bariery krępujące człowieka. Organizacja społeczeństwa, dobrobyt, spokój ducha są już tak szerokie, że jedynymi przeszkodami jest bodaj śmierć, tajemnice biologii, czas”.

Te formułowane przez publicystę przeszło sześćdziesiąt lat temu, w trybie opisowym ukazujące atrybuty liberalizmu czyta się dziś jak naiwną baśń. Rzeczywistość społeczno-polityczna świata tak się sproblematyzowała i skomplikowała, że tego rodzaju formuły uderzają dziś jaskrawą naiwnością. Pokazuje to z uderzającą sugestywnością studium Deneena, którego już sam tytuł (także oryginalny („Why Liberalism failed”) – „Dlaczego liberalizm zawiódł?” zawiera istotną sugestię: jest to pytanie nie o to „czy”, tylko „dlaczego”?
Na wstępie sygnalizuję podstawowy problem polskiego czytelnika tej lektury. Po pierwsze, w Polsce nigdy nie było u władzy liberalizmu z prawdziwego zdarzenia, co rozważania na jego temat czyni w Polsce słabo osadzonymi w empirii społeczno-politycznej.
Po drugie, studium Deneena dotyczy w dużym stopniu uwarunkowań amerykańskich, których polski czytelnik zazwyczaj nie zna. Trzeci aspekt jest szerszy, bo związany z panującą pandemią koronawirusa – książka wydana przed jej wybuchem siłą rzeczy nie mogła się do tego aspektu rzeczywistości odnieść, co nieco osłabia niektóre jej walory opisowe i diagnostyczne. Uwzględniwszy te aspekty można przystąpić do lektury.
Deneen zajął pozycję ostrego oskarżyciela liberalizmu i w tej roli występuje na każdej niemal stronie. Zwraca m.in. uwagę na trzy przyczyny kontestacji tego nurtu.
Po pierwsze, wynika to stąd, że liberalizm, którego fundamentalną wartością są wolność i autonomia jednostki stworzył struktury, który u wielu osób doprowadziły do poczucia ograniczenia a nawet utraty wolności.
Po drugie, wspierając „nową arystokrację” elit, liberalizm stał się w praktyce kontrolerem zwykłych obywateli i utracił część walorów demokratyzmu. Po trzecie, opór wielu osób wywołała liberalna bezgraniczność. Liberalizm mnoży też, paradoksalnie, inne liczne dolegliwości: „Liberalizm patrzy na wolność (…) jako na największe możliwe uwolnienie się od ograniczeń zewnętrznych, włączając w to normy zwyczajów.
Zgodnie z tym jedynym ograniczeniem wolności powinny być właściwie uchwalone prawa gwarantujące zachowanie porządku jednostek, które w innej sytuacji są nieskrępowane. Liberalizm rozmontowuje więc zwyczaj, a w jego miejsce wprowadza prawo stanowione. Jak na ironię, gdy zachowanie przestaje być społecznie uregulowane, państwo musi stale się rozrastać poprze pęczniejące prawodawstwo i aktywność regulacyjną. „Imperium wolności” rośnie w szybkim tempie ramię w ramię z ciągle powiększającym się obszarem kontroli państwa”.
Deneen stawia tezę, że w ustroju liberalnym demokracja tak naprawdę nie może funkcjonować, ponieważ potrzebuje różnorodnych form społecznych, które liberalizm w praktyce rozbija. „Niemalże każda obietnica architektów i twórców liberalizmu rozbiła się w drobny mak.
Państwo liberalne objęło kontrolą niemal każdy aspekt życia, choć obywatele traktują rząd jako odległą i niedającą się kontrolować władzę, która tylko wzmaga ich poczucie niemocy poprzez nieuchronny rozwój projektu „globalizacji”.
Wydaje się, że współcześnie gwarancja ochrony praw dotyczy jedynie ludzi bogatych i ustosunkowanych, z kolei ich autonomia – obejmująca prawa własności, wyborcze wraz z towarzyszącą im kontrolą nad instytucjami reprezentującymi, wolność religijną, wolność słowa, bezpieczeństwo dokumentów oraz domu – jest coraz bardziej ograniczana przez środki prawne oraz technologie fait accompli.
Gospodarka wspiera nową „merytokrację”, która utrwala z pokolenia na pokolenie swą przewagę cementowaną przez system edukacyjny, bezlitośnie oddzielający zwycięzców od przegranych. Powiększający się dystans między twierdzeniami liberalizmu, a ich urzeczywistnieniem coraz bardziej podważa te twierdzenia i umacnia przekonanie, że w przyszłości ta nieprzystawalność zostanie ograniczona. Liberalizm zawiódł – nie dlatego że mu się udało, lecz dlatego, że był sobą. Zawiódł, ponieważ odniósł sukces. Jak tylko liberalizm „pełniej się urzeczywistnia”, jak tylko jego wewnętrzna logika staje się coraz bardziej oczywista, a jego sprzeczności coraz bardziej widoczne, doprowadza do powstania patologii, które są zarówno deformacjami jego twierdzeń, jak i urzeczywistnieniem ideologii liberalnej.
Filozofia polityczna, którą stworzono z myślą o zwiększeniu równości, ochronie pluralistycznego wachlarza różnych kultur i przekonań, ochronie godności człowieka oraz oczywiście zwiększeniu wolności, w praktyce doprowadziła do powstania kolosalnej nierówności, wymusiła uniformizację i homogenizację, sprzyja materialnej i duchowej nędzy i zagraża wolności. Sukces liberalizmu można ocenić, biorąc pod uwagę jego dokonania stanowiące przeciwieństwo, co naszym zdaniem powinien osiągnąć. Zamiast przyjmować, że coraz większa katastrofa jest dowodem naszej nieumiejętności sprostania ideom liberalnym, powinniśmy dostrzec, że ruiny, do jakich doprowadziły te idee, stanowią prawdziwą oznakę jego sukcesu. Próby leczenia chorób liberalizmu poprzez stosowanie na większą skalę środków liberalnych są jak dolewanie oliwy do ognia. Ten sposób postępowania tylko pogłębi nasz kryzys polityczny, społeczny, ekonomiczny i moralny”.
„Stąd też, mimo że liberalizm przeniknął niemalże każdy naród, jego wizja wolności ludzkiej coraz bardziej okazuje się kpiną, a nie nadzieją. Ludzkość ukształtowana z każdej strony przez liberalizm – której obecnie daleko do opiewania utopijnej wolność na „końcu historii”, jaka wydawała się na wyciągnięcie ręki, kiedy w 18 roku upadła ostatnia konkurencyjna dla liberalizmu ideologia – nosi obecnie na swych barkach nieszczęścia wynikające z jego sukcesów. Liberalizm wszędzie wpada w pułapkę, którą sam zastawił, zaplątany w rozwiązania, które miały zapewnić czystą i całkowitą wolność”.
Podobne szarże Deneena na liberalizm można by mnożyć, przy czym wypada odnotować, że chyba myli się on, gdy mówi o „upadku ostatniej konkurencyjnej dla liberalizmu ideologii”. Od mniej więcej dekady pojawiła się nowa, konkurencyjna dla liberalizmu ideologia – prawicowy populizm, „demokracja nieliberalna”, także w Europie, najpierw na Węgrzech, później w Polsce. Trzeba jednak lojalnie przyznać, że książka Deneena nie jest jedynie emocjonalnym antyliberalnym pamfletem, lecz także, niejako równolegle, wszechstronnym portretem liberalizmu, jego odmiany lewicowej i konserwatywnej, klasycznej i progresywnej.
Deneen opisuje też „antykulturalny” charakter liberalizmu, jego wojnę z naturą, atak na „sztuki wyzwolone”, forsowanie przez niego technologii prowadzących do utraty wolności, tworzenie liberałokracji i forsowanie „szlachetnego kłamstwa”, itd. W zakończeniu swoich rozważań Deneen zastanawia się nad „wolnością po liberalizmie”: „Liberalizm zawiódł, ponieważ zwyciężył. Gdy stał się w pełni sobą, okazało się, ze gwałtowność i skala tworzonych przez niego patologii przewyższają możliwości produkcyjne plastrów i masek potrzebnych, by te patologie ukryć. W efekcie obserwujemy ogólnoustrojowe zamroczenie w polityce wyborczej, rządzeniu gospodarce, dostrzegamy utratę zaufania, a nawet wiary w obywatelską prawomocność, czego ukoronowaniem nie się konkretne problemy czekające na liberalne rozwiązania, lecz silnie powiązane ze sobą kryzysy prawomocności oraz zapowiedź końca epoki liberalizmu”. „Koniec liberalizmu jest na wyciągnięcie ręki” – konkluduje Deneen, zauważając kilka passusów dalej, że odpowiedzią na jego upadek są „pewne formy populistyczno-narodowego autorytaryzmu czy wojskowej autokracji wydają się prawdopodobną reakcją na gniew i strach postliberalnych obywateli”. Tego akurat doświadczamy w Polsce od lat sześciu, choć – jako się rzekło wcześniej – poprzednie rządy w Polsce dalekie było od modelowego liberalizmu.
Skoro zatem liberalizm zawiódł, a odpowiedź populistyczno-nacjonalistyczna jest przeganianiem cholery za pomocą dżumy, to w takim razie istnieje jakaś humanistyczna alternatywa? Może przyniesienie jej jest zadaniem socjalistycznej lewicy znajdującej się od lat w letargu i defensywie? Czy znów nabierze aktualności stare hasło „socjalizm albo śmierć”? Pamfletowo namiętny w swojej krytyce liberalizmu Deneen nie daje odpowiedzi na postawione przez siebie samego pytania o przyszłość, ale jego błyskotliwy, erudycyjny, a zjadliwy katalog wad i grzechów liberalizmu wart jest gruntownej lektury

Patrick J. Deneen – „Dlaczego liberalizm zawiódł?”, przekł. Michał J. Czarnecki, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021, str.273, ISBN 78-83-816-128-8

Portrety kamaryli Hitlera

Historyczne totalitaryzmy, mimo upływu dziesięcioleci od ich upadków i pojawiania się nowych politycznych potworów, są niezmiennie atrakcyjne jako temat publikacji dokumentalnych, prozy literackiej, a także kina czy teatru.

Można trochę ryzykownie stwierdzić, że totalitaryzmy są fotogeniczne i sztuka je kocha. Wydawałoby się, że Adolf Hitler i jego kamaryla została już obficie i wszechstronnie opisana.
A jednak ciągle powstają nowe publikacje naświetlające tę tematykę z coraz to innych stron, a bibliografia tego tematu każdego roku wzbogaca się o liczne, nowe tytuły. To zainteresowanie widać także choćby w różnych telewizyjnych kanałach dokumentalnych. Przyznam, że się temu nie dziwię. Nie zapomnę dokumentalnego filmu, na którym zarejestrowano wejście zwycięskiej ekipy Hitlera do sali Reichstagu po zwycięstwie wyborczym w styczniu 1933 roku. Samego führera wśród nich nie było, ale upiornie groteskowy był widok Goeringa, Hessa i kilku innych cieszących się upojnie, na przykład przez przymierzanie się do foteli – jak dzieci nowymi zabawkami – swoim szczęściem objęcia władzy.
„Oni sterowali Hitlerem” Jean Paul Bleda, to poczet najważniejszych hitlerowców, tych ze świecznika, od Franza von Papena, przez Goeringa, Himmlera, Goebbelsa, po Leni von Riefenstahl. Sklasyfikowani zostali przez autora jako „Przydatni idioci”, „Pierwszy krąg”, „Cywile”, „Wojskowi”, „Artyści” i „Wyeliminowani”. W tym ujęciu personalny krąg hitlerowskiej władzy pokazany został inaczej niż w wielu innych, tradycyjnie konstruowanych publikacjach, niejako poprzez funkcje poszczególnych kręgów hitlerowskiej ekipy władzy. Kanwą poszczególnych historii są często mało znane relacje łączące prezentowane postaci z Hitlerem.
Wśród bohaterów książki znajdują się wspólnicy przywódcy III Rzeszy (Franz von Papen, Werner von Blomberg, Hjalmar Schacht), jego druhowie (Hermann Göring, Rudolf Hess, Joseph Goebbels, Heinrich Himmler, Martin Bormann, Albert Speer), służalcy (Alfred Rosenberg, Wilhelm Frick, Joachim von Ribbentrop, Hans Frank Heydrich, Baldur von Schirach), oficerowie wojskowi (Wilhelm Keitel, Franz Guderian, Erwin Rommel, Karl Dönitz), artyści (Heinrich Hoffmann, Leni von Riefenstahl), jak również wykluczeni w czasie „Nocy długich noży” (Ernst Röhm, Gregor Strasser).
Wbrew tytułowi, autor nie sięga po banalne i utarte wzorce przedstawiające Hitlera jako histerycznego i osamotnionego dyktatora, w ograniczonym stopniu kontrolującego swoich poddanych, wasali, współpracowników, przybocznych. Przeciwnie, ukazuje siłę jego dominacji, zręcznego manipulowania ludźmi oraz umiejętności wykorzystywania sytuacji i konfliktów, które nieustannie pojawiały się w gronie osób z jego najbliższego otoczenia. Atrakcyjność tej publikacji podnosi barwny, efektowny styl, jakim posługuje się Jean Paul Bled. Dobra szkoła komunikatywności francuskiego pisarstwa historycznego.
Jean Paul Bled – „Oni sterowali Hitlerem”, przekł. Agata Ciastek, wyd. Bellona, Warszawa 2017, str. 524, ISBN 978-83-11-15012-6

Mieszanka Wierzbickiego

Podejrzewam, że mało kto pamięta, iż Piotr Wierzbicki był kiedyś ostrym, nawet „wściekłym” prawicowym publicystą politycznym, w duchu i stylu dzisiejszych funkcjonariuszy medialnego frontu pisowskiego a la „Do rzeczy” , „Sieci” czy „Gazety Polskiej”.

Miał, o ile pamiętam, stały felieton w nieistniejącym już dzienniku „Życie”, redagowanym przez Tomasza Wołka. Jednak najwyraźniej „wyszumiał się”, a może zniechęcił do problematyki politycznej i zajął się muzyką, w tym nade wszystko twórczością Fryderyka Chopina. Zbiór jego felietonów „W salonie” (plus trzy eseje, w tym o Antonim Czechowie i Leopoldzie Tyrmandzie) obejmuje tematykę rozciągającą się od cyrku, poprzez „W pustyni i w puszczy” Henryka Sienkiewicza, podróż Czechowa na Sachalin, tańczącą mrówkę, aż po krytykę Jerzego Waldorffa z powodu jego wypowiedzi w dniu śmierci Witolda Lutosławskiego. Formuła takiego wielotematycznego zbioru felietonowego ma bogatą tradycję.
Takie zbiory-mieszanki, silva rerum publikowali Antoni Słonimski, Zygmunt Kałużyński czy Andrzej Kijowski. Zaświadczały one o żywości umysłu i bogactwie zainteresowań autora, a dla czytelnika były atrakcyjne, bo zmniejszały prawdopodobieństwo monotonii lektury. Jednak sama tylko migotliwa wielotematyczność nie jest wystarczającym warunkiem atrakcyjności. Taki felietonista musi przyciągać do lektury także atrakcyjnością, błyskotliwością stylu. Wierzbicki pisze ciekawie, choć trudno mu przypisać jakiś szczególnie błyskotliwy, barwny styl. Nie jest też barwnym „paradoksistą”, poszukującym wydarzeń absurdalnych, niebanalnych,
Jego najkrótszy felieton, „Bilans polski”, pochodzący z „Gazety Polskiej” brzmi tak: „Omijają nas trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów, tornada i powodzie, w których giną tysiące. Nie omijają nas wojny światowe i rachuby totalitarnych reżimów. Ludzie obchodzą się z nami gorzej, bogowie – lepiej”. Chyba ma tu Wierzbicki rację…
Piotr Wierzbicki – „W salonie”, wyd. Sic!, Warszawa 2017, str. 120, ISBN 978-83-65459-08-4

Zły wiatr, czyli nasze czasy

„Opisałem w tej powieści splątane losy kilku postaci – a tłem uczyniłem katastrofę społeczną i ekonomiczną o globalnym zasięgu” – napisał Piotr Wojciechowski w słowie do swoich czytelników poprzedzającym tekst powieści „Zły wiatr”.

Zabrzmiało to tak, jakby Wojciechowski, niczym reporter, opisał losy postaci realnych, a przecież marką tego pisarza jest wyjątkowo wybujała kreatywność fabularna, a także polifoniczność stylu.
Wojciechowski, który zadebiutował w 1967 roku powieścią „Kamienne pszczoły” „posługuje się takimi środkami, jak pastisz bądź cytat, łączy różnorakie stylistyki (np. powieści psychologiczno-obyczajowej czy sensacyjno-szpiegowskiej, przygodowej, podróżniczej).
Swobodnie traktuje przy tym realia historyczno-obyczajowe, tworząc prozę impresyjną, kreującą własny obraz świata.
Współwystępowanie różnych płaszczyzn czasowych wydaje się być próbą zapisu polskiej tradycji, w tej postaci, jaka zawarta jest w społecznej świadomości – pełnej stereotypów, zapożyczeń z literackich konwencji i styli”. Takimi też cechami odznaczają się inne jego powieści, choćby „Czaszka w czaszce” ( 1970), „Wysokie pokoje” (1977), „Obraz napowietrzny” (1988) czy „Harpunnik otchłani” (1996 ). Piotr Matywiecki określił „Zły wiatr” jako „summę jego myślenia o dzisiejszej światowej cywilizacji i kulturze.
Mozaika krótkich rozdziałów ukazuje świat rozedrgany emocjonalnie i duchowo, świat który niejako ze swojej straceńczej natury „prosi się o katastrofę”. Wszystko z czego ten świat jest dumny – a nade wszystko jego komunikacyjna, wszechobejmująca sieć – ulega rozpadowi.
Beznadzieja przenika się z nadzieją, tworząc aurę schyłkowego świata. Zakres przestrzenny wypadków jest ogromny, obejmuje kontynenty. Sensacyjna i miłosna fabuła przenika to realistyczne, a zarazem groteskowe uniwersum”. „Główny nacisk autor „Złego wiatru” kładzie nie na samą katastrofę, lecz odbudowę „Europy ojczyzn”, w której zniszczone zdehumanizowane połączenia cyfrowe zostają zastępowane nawiązywanymi na nowo więzami międzyludzkimi.
Ten konieczny regres ma najwyraźniej dla pisarza znaczenie terapeutyczne, jest też niewątpliwie malowniczy, gdy na drogi powracają konne zaprzęgi i auta na gaz drzewny.
„Zły wiatr” proponuje czytelnikowi oryginalną opowieść o Europie, snutą przez dziesiątki zmyślonych, ale jakże żywych postaci, a zarazem realizuje ambitny zamiar filozoficznej diagnozy współczesności” – napisał z kolei Paweł Dunin-Wąsowicz. „Współwystępowanie różnych płaszczyzn czasowych wydaje się być próbą zapisu polskiej tradycji, w tej postaci, jaka zawarta jest w społecznej świadomości.
A zatem pełnej świadomie stosowanych stereotypów, zapożyczeń z literackich konwencji i stylów”.
49 postaci tej powieści (nie mającej jednak zwartej, linearnej fabuły, lecz zbudowanej, niczym mozaika, z licznych epizodów, z cząstek), których listę autor umieścił na wstępie, jak postaci dramatu, rozproszył po „świecie”, konfrontując je z nim.
Ten „świat” należy rozumieć także dosłownie, geograficznie, gdyż przestrzeń narracyjna tej powieści rozciąga się od Gdańska po Lampedusę, od Nowego Jorku po Lubljanę, od St Gallen po Katowice, od Triestu po Szczecin, od Górnej Bawarii po Gdynię-Orłowo, od Atlantyku po Ocean Indyjski.
Zawsze podziwiałem fabularną, iście „demiurgowi” kreatywność Wojciechowskiego, jego rozbuchaną wyobraźnię, zdolność do tworzenia fikcyjnych, zmyślonych światów. Cechy te odnajdujemy również w tej jego prozie, będącej kolejnym potwierdzeniem jego pisarskiej sprawności.
Czyta się „Zły wiatr” tak jakby co chwilę zmieniało się gatunki lektury, od prozy obyczajowej po przygodową, od podróżniczej po polityczną, od małego realizmu po fantasmagorię, od dystopii po baśń.
Jakby wędrowało się po ruchomej mozaice, po kalejdoskopie, przeskakując niczym szachowy konik z miejsca na miejsce. I ten nieco szalony kalejdoskop, migotliwa mozaika, układa się w mądrą i barwną powiastkę filozoficzną o tym, jak toczy się ten nasz światek. A kto nie przepada za filozoficzną refleksją, może ostatecznie potraktować tę powieść nawet jak rozrywkowe czytadło, a to właśnie dzięki gatunkowej pojemności prozy Wojciechowskiego i jego pisarskiemu kunsztowi.
Mam jednak wrażenie, że kryzys świata obecnego, wzmocniony przez pandemię jest znacznie bardziej dramatyczny niż mógł to sobie wyobrazić pisarz obdarzony nawet tak bardzo bogatą wyobraźnią, jak Piotr Wojciechowski.
Piotr Wojciechowski – „Zły wiatr”, Wydawnictwo Test, 2020, str. 397, ISBN 978-83-7038-188-X

66 postaci z autorem w tle

Gienia Kurzawę trudno było nie zauważyć. Zawsze wysoki, zawsze brodaty, zawsze pyskaty. Gdyby się kiedyś ze wszystkim zgadzał, to znak, że coś się tu musi nie zgadzać. Bo Eugeniusz Kurzawa to człowiek sporu.

Ale tego twórczego, inspirującego, choć nierzadko wkurzającego.
Gienio Kurzawa to przedstawiciel rzadkiego już gatunku ludzkiego. Polskiego inteligenta twórczego. Endemicznie występującego w Polsce Ludowej.
Animatora kultury, dziennikarza, wydawcy i poety jeszcze. Poety, który nie wstydzi się być poetą.
Ach, ta nasza młodość. Kiedy pisanie wierszy nie było obciachem. I wszystko było poezją.
Gienio Kurzawa twórczo przemierzał naszą Polskę. Z Zielonej Góry po Suwałki. Z Bolesławca do Gdańska. Z Zbąszyna po Białystok. Omijał jedynie Warszawę. Programowo i fizjologicznie nie lubi tej naszej stolicy. Bywa tam, kiedy naprawdę już musi. I to pomimo propozycji posad, pracy nawet, jakie stamtąd nieraz dostawał. Nie widział życia w życiu w stolicy.
Nie pasował też do politycznej kariery. Pyskaty, bez należnego szacunku dla przełożonych, ciągle coś proponujący. Tylko raz, na zdjęciu ślubnym, widziałem go w marynarce. Garniturowo podobne. Zawsze i wszędzie pojawiał się ubrany „nieprotokularnie”, nie przystająco elitom politycznym środkowoeuropejskiego mocarstwa.
Widać jego organizm odrzucał garnitury, niczym obcy organicznie przeszczep.
Po latach twórczych wędrówek osiadł Kurzawa we wsi Wilkanowo. Twórczo, bo z żona Lidią, prowadzą tam „Ogród Sztuk”. Kulturalny dom kultury. Zapraszają, prezentują, wystawiają.
Na szczęście przysiadł też na przysłowiowej dupie i książkę wspomnieniową napisał. „Spis tresci. 66 postaci, które..”. Taki Alfabet Kurzawy.
No cóż, można by na to nosem pokręcić. Nie pierwszy to przecież wspomnieniowy Alfabet i nie ostatni pewnie. Kudy mu do klasycznych już Alfabetów Urbana, Kisiela, albo Analfabetu Artura Cezara Krasickiego.
Ale akurat ten Alfabet wyjątkowo pozostaje w pamięci. Nie da się go nie zauważyć.
Bo wędrujący po polskich, prowincjonalnych dróżkach, wspominający postacie, które tam napotkał, kreśli Kurzawa obraz ówczesnej polskiej inteligencji. Ludzi z ogrodów sztuk, ale czujących jednocześnie tą „odpowiedzialność za rzeszowskie i kieleckie”. Świadczących wielokrotnie, że prowincja to stan umysłu, a nie jedynie miejsce zamieszkania. Kreśli Kurzawa spis treści polskiej inteligencji. Zwykle tych, którzy właśnie odeszli.
Mnie urzekł wieloma wspominkami, zwłaszcza o Jurku Leszin- Koperskim, Marku Starczewskim, Andrzeju Strumiłlo, Władku Sikorze, Haniu Sawce. O tygodniku „itd.” gdzie razem pisaliśmy i studenckim ruchu kulturalnym, skąd nasz ród.
A przy wspominkach o generale Jaruzelskim, zachwycił swym wierszem o nim. Najlepszym wierszem o generale jaki czytałem.
I chyba najlepszą syntezą życia generała Jaruzelskiego.
Hej Geniu, zawsze byłeś wysoki, tu jesteś wielki.
Eugeniusz Kurzawa „Spis treści. 66 postaci, które…”. Wilkanowo- Zielona Góra 2020. Nakładem własnym autora. Dla zainteresowanych pozyskaniem książki kontakt email: ogrodsztuk@wp.pl

Karol Frycz w okładkach

Koniec wieńczy dzieło. Ukazał się piąty tom cyklu poświęconego życiu i dziełu Karola Frycza, prawdziwego giganta polskiego teatru.

Tom nosi dyskretną nazwę „Teatralia”. Na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie zbioru rozmaitych drobiazgów teatralnych pisanych przez Frycza, a także udzielanych przez niego wypowiedzi przy różnych okazjach, przed premierami albo jubileuszami. Tak naprawdę to jednak rarytas wydawniczy, wysmakowana pod każdym względem książka, dająca wyobrażenie o skali talentu i dokonań artysty.
Karol Frycz (1877-1963), scenograf, malarz, karykaturzysta, reżyser teatralny, a także aktor, pisarz i dyrektor teatru był wyjątkowo starannie przygotowany do roli, jaką odegrał w polskim teatrze. Po dogłębnych studiach, jakie odebrał w Monachium, Wiedniu, Paryżu, Londynie i Krakowie, gdzie studia malarskie w Szkole Sztuk Pięknych zwieńczył złotym medalem, dość szybko – na zaproszenie Ludwika Solskiego – związał się z teatrem. Miał stać jednym z głównych reformatorów scenografii, autorem sugestywnych dekoracji trójwymiarowych i bajecznych kostiumów, popartych wiedzą o ilustrowanej epoce. Współpracował z najwybitniejszymi reżyserami, m.in. Leonem Schillerem, Juliuszem Osterwą i Arnoldem Szyfmanem – zasłynął scenografią do „Irydiona”, premiery otwarcia Teatru Polskiego w Warszawie (1913). Realizował z rozmachem widowiska plenerowe, m.in. „Mikołaja Kopernika” Ludwika Hieronima Morstina na dziedzińcu wawelskim (1937). Jedną z ostatnich jego prac były kostiumy zaprojektowane do „Pana Jowialskiego” Aleksandra Fredry w warszawskim Teatrze Klasycznym (1960). Z niebywałą swobodą czuł się w scenerii wielu epok, bliski mu był Molier, ale i Fredro czy romantycy, ale także Żeromski czy Szekspir. Zaczynał swoją drogę artystyczną w unikatowym kabarecie „Zielony Balonik”, gdzie wypróbowywał zdolności scenografa, karykaturzysty, a także autora i aktora. Jego droga wiodła przez wiele epok – od c.k. monarchii przez II Rzeczypospolitą aż do Polski Ludowej, w której nie zabrakło jego pamiętnych realizacji, jak zachwycająca scenografia do „Powrotu syna marnotrawnego” Romana Brandstaettera w reżyserii Janusza Warneckiego (Stary Teatr, 1947).
„Wybitne miejsce – pisze o Karolu Fryczu – Lidia Kuchtówna – zajął przede wszystkim w dziejach teatru polskiego jako twórca nowoczesnej scenografii, wprowadzając typ dekoracji trójwymiarowej zamiast malarskiej, a przede wszystkim tworząc kostium historyczny, szczególnie do komedii Moliera i Fredry. A był nie tylko dekoratorem i projektantem kostiumów oraz wychowawcą scenografów. Równocześnie działał jako reżyser, inscenizator, kierownik teatru, tłumacz i komentator sztuk dramatycznych, artysta kabaretowy. Spełniał więc warunki, jakie Wielka Reforma teatralna w ujęciu Craiga stawiała dla artysty teatru”.
Wszystko to zasługi niepoślednie, ale dodać trzeba do nich koniecznie jeszcze jedną znamienną zaletę, a mianowicie talent pisarski. Teksty zgromadzone w tym tomie przez edytorkę dowodzą tego aż z naddatkiem. Frycz nie tylko ze swobodą włada piórem, opowiada barwnie i sugestywnie, ale do tego trzyma się wytyczonej linii myślowej, ubarwiając swoje teksty lekkim nalotem archaizmów. Słowa już zapomniane albo odczuwane jako zabytki językowe pod jego piórem nabierają blasku i smaku. Nie tylko zdobią, ale i pogłębiają refleksje autora. Karol Frycz śmiało mógł iść w zawody z nielichym stylistą, jakim był jego przyjaciel z „Zielonego Balonika” i wysoko przezeń ceniony Tadeusz Boy-Żeleński.
Lidia Kuchtówna, inicjatorka cyklu „Fryczowego” Instytutu Sztuki PAN, autorka pierwszego obszernego tomu zawierającego jego biografię, zadbała o niebanalny kształt edytorski zbioru „Teatralia”, obficie ozdobionego ilustracjami autorstwa samego Karola Frycza bądź licznymi fotosami, przede wszystkich spektakli, które reżyserował albo którym nadawał oprawę plastyczną. Znaleźć tu można pełne urody karykatury luminarzy polskiej i krakowskiej sceny, jak na przykład karykaturę Kazimierza Kamińskiego po jego gościnnych występach w Krakowie (1904) i wiele, wiele innych skreślonych pewną ręką zamaszystych portrecików aktorskich sław (m.in. Aleksandra Zelwerowicza, Stanisławy Wysockiej). Na okładce widnieje rysunek satyryczny Karola Frycza opublikowany w „Liberum Veto” (1903), a zatytułowany „Melpomene” – uwieńczona Muza Teatru skrada się z butelką trucizny w jednej i sztyletem w drugiej dłoni. Nie wróży to najlepiej aktorom i widzom.
Wydanie „Teatraliów” poprzedziły poza wspomnianą biografią artysty pióra Lidii Kuchtówny jeszcze trzy ważne tytuły, które wyszły spod jej redaktorskiej ręki: tom „Z podróży” (2012), zawierający szkice, felietony i wspomnienia z jego wędrówek po Dalekim i Bliskim Wschodzie i, oczywiście, po Europie, zbiór „Listy Karola Frycza” (2014), a także „Recenzje i szkice o sztuce” (2016), na które złożyły się felietony poświęcone sztuce, zamieszczane w tygodniku społeczno-kulturalnym „Świat” w latach 1925-1926 oraz wspomnienia o wybitnych artystach. Na koniec przyszedł czas na „Teatralia”, a więc dział szczególnie bliski artyście, tak silnie związanemu z polskim życiem teatralnym – dość przypomnieć, że w latach 1935–1939 był dyrektorem Słowackiego, czyli Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, a potem sprawował tę funkcję tuż po wojnie (1945-1946), aby otrzymać godność honorowego dyrektora tej zasłużonej sceny (1957).
Teksty zgromadzone w tym tomie podzieliła autorka opracowania na sześć działów: „W Krakowie”, „Artyści teatru” (m.in. szkic „Oko Solskiego” o fenomenalnym smaku plastycznym wielkiego aktora), „O dramacie” (m.in. porywającym erudycyjny szkic „Poczwórna premiera Tartuffe’a”), „O scenografii” (błyskotliwe uwagi w eseju „Mebel teatralny”), „Z podróży” (m.in. wędrówki po teatralnych Chinach) i „Rozmowy o sztuce scenicznej”, głównie wypowiedzi Frycza dla prasy. Dział pierwszy, „W Krakowie” obejmuje wspomnienia najdawniejsze, z początków jego bogatej drogi artystycznej. Najsmaczniejsze wśród nich jest wspomnienie o „Zielonym Baloniku”, niezwykłym kabarecie krakowskim zawiązanym w Jamie Michalikowej, twórczej choć niesformalizowanej nigdy kompanii artystów składających przez pięć lat kabaret siłą swych talentów, wyobraźni i bez nacisków cenzury. W tej doborowej kompanii Frycz grał jedną z najważniejszych ról jako autor, aktor, scenograf, karykaturzysta, pomysłodawca skeczów i projektant zaproszeń. Sam zresztą bywał bohaterem wierszyków i przyśpiewek, m.in. Boya, ale największą sławę zyskały piosenki Witolda Noskowskiego, wśród nich te dwie o Fryczu właśnie. W pierwszej Noskowski pytał dramatycznie: „Nie widział kto Karola Frycza gdzie?”. Zaniepokojenie wywołane tyn pytaniem puentował następnie kolejną piosnką z takimi słowy na początku: „Ciesz się Krakowie, wrzeszcz i krzycz. Bo już się znalazł… Karol Frycz”.
Wchodził Karol Frycz w świat sztuki jako modernista, czując się uczniem Stanisława Wyspiańskiego, Józefa Mehoffera i Leona Wyczółkowskiego. Dobiegał kresu swego życia jako mistrz nowoczesnej scenografii, pedagog, któremu nieobce były rozmaite nurty współczesnej sztuki. Całe życie przyświecała mu idea, zapisana w „Teatraliach” jako „Credo”, które ujawnił Frycz w programie Szyfmanowskiej inscenizacji „Irydiona”:
Każda sztuka ma swoją odrębną fizjonomię artystyczną i musi mieć zastosowaną do własnego charakteru wystawę. Rzeczą zasadniczą, u nas zaniedbaną, jest ustosunkowanie człowieka do dekoracji. Aktor na scenie, na tle dekoracji odpowiedniej, może się wydać mniejszym lub większym, może również do niej nie pasować zupełnie. Trzymam się zasady Wyspiańskiego, który w rozmowie ze mną wyraził pogląd, że „na scenie wszystko da się zrobić, byle nie tak, jak się dzieje w życiu”.
W Międzynarodowym Dniu Teatru, który jak zwykle przypada 27 marca – a w tym roku zbiega się z zamknięciem teatrów na cztery spusty – tę krzepiącą maksymę Karola Frycza polecam uwadze. A parafrazując Witolda Noskowskiego dodam: „Ciesz się Polaku, wrzeszcz i krzycz. Czytaj, co spisał Karol Frycz”.

TEATRALIA Karol Frycz, opracowanie i wstęp Lidia Kuchtówna, Instytut Sztuki Polskiej Akademii Nauk, Warszawa 2020, s. 277.

Wizja człowieka i jego przyszłość w świetle najnowszej publikacji profesor Marii Szyszkowskiej

Ukazała się na współczesnym rynku naszego kraju najnowsza publikacja książkowa prof.dr.hab. Marii Szyszkowskiej , pod nieco mylącym czytelnika tytułem „Twórczość, jako sens istnienia w XXI wieku”.

Mylący dlatego, że w potocznym pojęciu, twórczość wiąże współczesny Czytelnik z działalnością pisarzy literatury pięknej, dzieł naukowych i innego rodzaju twórczości, czy też skonstruowanie przez elitarną część społeczeństwa ludzkiego nowych historycznie nieznanych ustrojowych rozwiązań. Oczywiście w książce najnowszej prof. M. Szyszkowskiej o taką twórczość też chodzi, ale w tej niewielkiej objętościowo, ale bardzo brzemiennej w treści jej nowej pozycji wydawniczej termin „twórczość” został użyty w innym znaczeniu. Bowiem jej autorka, jak wynika z całokształtu jej dzieła, inaczej pojmuje „twórczość” ,rozumie ją jako działalność szerokiego kręgu różnorodnych społeczności, które zmieniają swoje życie, wnosząc do dziejów naszego gatunku istot żywych, szczególnie ważne treści zwłaszcza ustrojowe. Zatem twórczość –zdaniem cytowanej autorki-uprawia nie tylko autor powieści, wynalazca ważnych rozwiązań technicznych, kreator pięknych obrazów, czy rzeźby, ale jest nim też człowiek i zespoły ludzkie a nawet tak wielkie ich zespoły jak narody, które zmieniają sam ich oblicze oraz kształt otaczającego ich i nas świata. Przy tym z całego tego dzieła wynika, że współczesna ludzkość pod wszystkimi szerokościami i długościami geograficznymi, stanęła przed wielkim problemem, albo uprawiania na szeroką skalę takiej twórczości i całkowita –w efekcie-zmiana funkcjonowania współczesnego globalnego społeczeństwa, albo jego niechybny koniec. I choć autorka niewątpliwie nie dochodzi ostatecznie do takich konkluzji, to z jej dzieła wynika, że przed takim zakrętem życiowym, stoimy jako globalne społeczeństwo ludzkie, nie tylko pod wszystkimi szerokościami i długościami geograficznymi, ale też w skali globalnej. Przy tym autorka w opisie otaczającej nas rzeczywistości, bardziej odwołuje się do filozoficznych ustaleń Emanuela Kanta, psychologa i psychiatry Kazimierza Dąbrowskiego, do teatru Grotowskiego i Kantora, ale też do swoich własnych obserwacji świata, niż do różnorodnych współczesnych propozycji z tego zakresu, zawierających zarówno diagnozę, jak i jego formułę koniecznych w świecie zmian. W ten sposób można powiedzieć, iż powstało dzieło oryginalne, nieorganizujące naszego spojrzenia na człowieka i jego przyszłość oraz świat nas otaczający, w jakiejś wąskiej perspektywie lecz w szerokim kontekście otaczającej nas rzeczywistości tak rozpatrujące twórczość współczesnego społeczeństwa ludzkiego, które pozwoli człowiekowi w wyniku twórczości, nadać wszystkim i każdemu nowy sens naszego życia i przeżycia. Nie tylko uratować ludzkość przed grożącymi jej niebezpieczeństwami, ale otwierającymi przed nią, właśnie dzięki rozkwitowi tej twórczości, długotrwałą perspektywę pomyślnego życia wszystkich i każdego, a nie tylko wąskich elitarnych jego części, które jak dotąd miały często monopolistyczną szanse głownie na swoją ,indywidualną i zbiorową pomyślność.

Przy tym autorka od początku prezentacji swoich poglądów jasno i wyraźnie odnosi się do współczesności otaczającego świata, krytycznie będąc krytyczna zarówno do liberalnego kapitalizmu, jak i kapitalizmu w jego wariancie populistyczno- nacjonalistyczno- klerykalnym wariancie, który słusznie uważa za rozwiązania ustrojowe, które nie może polskiemu, węgierskiemu czy globalnemu społeczeństwu ludzkiemu, przynieść jakiejkolwiek szerszej pomyślności, a większość ludzi tych społeczeństw, odsuwają od takiej szansy twórczości, która otwiera możliwość uratowania rodzaju ludzkiego, który wszedł wyraźnie współcześnie na specyficzny zakręt dziejowy. Na tym zakresie występują przy tym dwie perspektywy. Albo zagłady nas wszystkich, jako przedstawicieli rodzaju ludzkiego, albo szansa właśnie tej twórczości, która może otworzyć nową erę w dziejach człowieka. Autorka jest za tą nową erą i na jej rzecz angażuje się. I odwołując się do wspomnianych wcześniej twórców uważa, że taka era nie tylko jest możliwa, ale konieczna , jeśli chcemy jako ludzkość nie tylko pokonać grożącą nam pandemię, ale też zapewnić człowiekowi długotrwałą pomyślność, właśnie wynikającą z powszechnego pobudzenia twórczości, która może tą pomyślność zapewnić.

Relacja z tej książki byłaby niepełna, gdyby nie poinformować , że autorka nie tylko odwołuje się do wymienionych wcześniej osób, i nie zwrócić uwagi, że ze szczególną mocą, odwołuje się też do wybitnego filozofa chińskiego Konfucjusza. Przy tym jest rzeczą charakterystyczną, że odwołując się do Konfucjusza, nawiązuje ze szczególnym zainteresowaniem do jego orientacji na humanistyczne stosunku międzyludzkie, zwłaszcza dotyczące wzajemnych relacji nowych pokoleń i ludzi będących ich rodzicami, a zarazem często osobami w podeszłym wieku. Jest to nie tylko istotne z punktu widzenia zapewnienia społeczeństwu pomyślności w nadchodzących dziesięcioleciach dotąd bardzo zagrożonych, ale też warunkuje w dużej mierze , jak się przekonamy z dalszych rozważań, nawiązujących do treści wspomnianej książki Marii Szyszkowskiej, generalną pomyślności gatunkową wszystkich ludzi teraźniejszości i przyszłości.

Pod znakiem konieczności rozbudzenia twórczości dzieci i młodzieży autorka omawianej książki skupia swoją uwagę na problemie konieczności kreacji innego, niż funkcjonuje obecnie systemu funkcjonowania kształcenia dzieci i młodzieży w krajach współczesnego świata . Jej zdaniem, w przeciwieństwie do obecnie funkcjonującej szkoły i uczelni, wspomniane instrumenty kształcenia młodych pokoleń, wymagają radykalnie odmiennego skonstruowania systemu szkól i uczelni, a zwłaszcza radykalnego przeobrażenia realizowanego w nim kształcenia i stymulowania rozwoju osób w nich kształconych a zwłaszcza wychowywanych. Zarówno dotyczy osób w wieku dziecięcym, jak i młodzieżowym. W przeciwieństw do czasu aktualnego, na tym etapie kształcenia i częściowego wychowania a nauczyciele i wykładowcy słabo pobudzają na szeroką skalę różnorodną twórczość dzieci już w nauczaniu początkowym w szkole podstawowej, a potem jeszcze mniej w szkole średniej i wyższej. W rezultacie albo będziemy jako społeczeństwo ludzkie te potencjalne możliwości twórcze wytracać albo wypracujemy możliwości rozwoju twórczości, które potencjalnie tkwią w młodych pokoleniach poszczególnych narodów. Ten zakres twórczości, które znajdują się potencjalnie w młodych pokoleniach poszczególnych narodów, jest z jednej strony niewyobrażalnie wielki. A z drugiej strony następuje niewyobrażalnie marnowane w dotychczasowych systemach edukacji tego potencjału, W systemie tym bowiem przekazywanie wiedzy, umiejętności kształtowanie elementarnych warunków współżycia, z reguły bowiem pozostaje w ścisłym i nierozerwalnym związku z wytracaniem pomysłowości, inicjatywy, przedsiębiorczości, a zwłaszcza potencjalnej ,oryginalnej twórczości młodego pokolenia. Przy tym dzieje się tak od chwili kiedy uczeń czy student znajduje się w szkole, uniwersytecie czy uczelni wyższej i które niezmiernie trwa, aż po jej ukończenie.
W tym zakresie postulat prof. M. Szyszkowskiej, pozostaje w ścisłym związku z ważnym doświadczeniem tajwańskiego uczonego Kai Fu Lee, który w swej praktyce wynalazczej, wykazał jak wielki potencjał techniczno-innowacyjny tkwi w młodym pokoleniu chińskich dzieci, które o wiele bardziej, niż świat ludzi dorosłych, mogą być twórcami wynalazczych projekcji ważnych dla ludzi współczesnych czasów w dziedzinach technik, od których pomyślnego rozwoju zależy w dużej mierze korzystny generalnych rozwój możliwości twórczych współczesnego człowieka przynajmniej w zakresie rozwoju techniki. A przecież to tylko wycinek problemu dotyczący możliwości twórczych dziś dziecka i młodzieńca a jutro dorosłego a nawet starego człowieka.

Mogę ze swej strony dodać, że nawiązując do współczesnych inspiracji prof. M. Szyszkowskiej, mogę poinformować, że w końcówce PRL przez szereg lat, jako redaktor naczelny tygodnika „Oświata i Wychowanie”, ustanowiłem nagrodę dla nauczycieli rozwijających talenty i zdolności oraz twórcze zainteresować nią dzieci i młodzieży w trzech dziedzinach: wiedzy matematyczno- przyrodniczej, wiedzy humanistyczno- społecznej i naukowo- technicznej. Oczywiście poprzez stymulowanie zainteresowań w tym zakresie nauczycieli. Moja skromna redakcja ściśle powołane przez nią trzy jury w każdym roku szkolnym przez kilka lat,( ostatnie lata przed 1989r) szczegółowo badała setki wniosków, dotyczących nauczycieli polskiej szkoły podstawowej i średniej, którzy mieli na swoim koncie znaczące osiągniecia potwierdzone w olimpiadach przedmiotach i w innych zakresach inspirowania i rozwijania innowacyjnych zdolności dzieci i młodzieży w wieku szkolnym. Wielonakładowe czasopismo ( 100 tys. nakładu) którym kierowałem podstawie uzyskanych dochodów z jego sprzedaży w każdym roku dawało każdemu nauczycielowi, który udokumentował swoją działalność we wspomnianym zakresie małego Fiata 126p, jako nagrodę za poniesiony trud w omawianym zakresie. Wywołało to niechęć ze strony części ministerialnej urzędników oświatowych, na czele z ministrami zarządzającymi tym resortem. Jest rzeczą ciekawą, że w 1989 roku wraz z niechęcią kontynuowania do dalszego wydawania wspomnianego czasopisma, nowa ekipa rządząca resortem oświaty i wychowania, nie tylko wykazała brak zainteresowania jakimkolwiek kontynuowaniem tego konkursu, ale po prostu go zlikwidowała.

Było to zarazem potwierdzeniem tego, że we współczesnych społeczeństwach, niezależnie od rodzaju realizowanego ustroju, występuje daleko idące lekceważenie i niechęć do pobudzania we wszystkich systemach oświatowo-wychowawczych inspirowania i stymulowania rozwoju zdolności i talentów dzieci i młodzieży. Współcześnie, co prawda czasopismo „Glos nauczycielski”, kontynuuje moją tradycję nadawania tytułu „nauczyciela roku”, ale bez takich nagród, które faktycznie stymulowały rzeczywiste zainteresowania wspomnianego środowiska tym problemem. Wszystko wróciło do „normy”. W związku z tym uważam ,że ma rację prof. M. Szyszkowska pisząc , że nadanie systemom oświatowo- wychowawczym charakteru powodującego stymulowanie w nim rozwoju innowacyjnych zdolności i talentów, to konieczna muzyka przyszłości dotąd zaniedbana i nie funkcjonująca w powszechnym wymiarze dotychczasowych systemów oświatowo-wychowawczych. Oczywiście krajów kapitalistycznych .A tym samym nie pobudza to twórczości dzieci i młodzieży współczesnego świata kapitalistycznego.

Zagospodarowanie ludzi w wieku dojrzałym i starym oraz pozbawionych pracy- ważnym zadaniem społeczeństwa nadchodzących czasów

W prezentowanej książce prof. M. Szyszkowskiej, wiele razy zwracano uwagę na to, że współczesna ludzkość, która miejmy nadzieje, że pokona w niedługim czasie pandemię, stanie przed wielkim zagadnieniem pozbawienia bardzo dużej części ludzi pracującej dotąd w produkcji i usługach ich dotychczasowej pracy. Zastosowanie w społeczeństwie przyszłości na szerszą skale sztucznej inteligencji, która zastąpi na szeroką skalę pracę wielu ludzi, ale zwłaszcza ludzi starzejącego się społeczeństwa, stawiają na porządku dnia dramatyczny problem ich pomyślności na naszym ziemskim globie. Cytowana autorka wielokrotnie sygnalizuje ten problem szerzej go nie rozwijając. Należy z całkowitym uznaniem stwierdzić, że w przeciwieństwie do cytowanej autorki we współczesnych publikacjach w zakresie ekonomii, zarządzania gospodarką, ale też filozofii, socjologii i bliskiej mi pedagogice, problem ten jest całkowicie nieobecny. Jest też skutecznie pomijany. Oto dla przykładu ponad tysiąc stronicowym podręczniku akademickim pedagogiki,ważącym tym samym ponad 4 kilogramy termin „sztuczna inteligencja” w ogóle nie występuje.

Tymczasem kształcenie i wychowanie młodych pokoleń, które jest celem wszystkich nurtów współczesnej pedagogiki, nie może abstrahować od tego fundamentalnego problemu. Zastąpienie elektryczności SI, niewątpliwie zmniejszy potrzebę codziennego zatrudniania ludzi w skali o wiele większej, niż ma to miejsce obecnie. Na co słusznie zwraca uwagę kilka razy w swej niewielkiej objętościowo, bo wynoszącej tylko 136 stron prof. M. Szyszkowska i to wydanej w formacie o wiele mniejszym, niż wspomniany podręcznik. Natomiast wspomniana wizja dynamicznej realizacji „sztucznej inteligencji” wywołuje musi i powinna wywoływać konieczność podjęcia wielkiego problemu wykorzystania dla potrzeb społeczeństw, które są dopiero przed nami tego ogromnego potencjału ludzkiego który zwolni zastosowanie szeroko „sztucznej inteligencji”, który będzie wymagał ich zagospodarowania w warunkach upowszechnionej wspomnianej „sztucznej inteligencji”. Prof. M. Szyszkowska sygnalizuje ten temat, ale w świetle jej całokształtu poglądów, wydaje się, że wymaga on współcześnie większej uwagi, niż ma to miejsce choćby we współczesnej pedagogice. Dlatego też opierając się o sugestie wspomnianej autorki na temat znaczenia tego problemu, warto mu poświęcić nieco więcej uwagi.

Zanim jednak podejmę szerzej ten temat, który słusznie sygnalizuje wspomniana autorka, chciałbym przypomnieć wszystkim tym, którzy o tym zapomnieli, że w najbardziej odległych dziejach człowieka, nasi przodkowie czasów ‘wspólnoty pierwotnej” dzielnie walcząc o uratowanie naszego gatunku i organizując się w tej walce w system struktur plemiennych, podpierali się w niej o radę ludzi starszych wiekiem członków poszczególnych plemion. W czasach gdy ważyły się losy przetrwania naszego ludzkiego gatunku i wtedy nie było z góry rozstrzygnięte jego uratowanie, głos plemiennych „mędrców” w dużej mierze decydował i ostatecznie zadecydował o tym przetrwaniu. Potem z wykorzystaniem mądrości ludzi w wieku zaawansowanym i starym było i bywało różne. W klasach posiadających (niewolniczych, feudalnych, kapitalistycznych), glos tej części danej społeczności miał pewne znaczenie. Ludzie starzy w środowisku ludzi pracy bywali często ciężkim brzemieniem dla pracujących ich dzieci i wnuków i nie zawsze byli w „cenie” w życiu rodzinnym i środowiskowym. Był to też czas, w którym większość ludzi poświęcało pracy znaczna część doby w której żyli. W epoce rewolucji naukowo- technicznej, w jej fazie szerokiego zastosowania „sztucznej inteligencji”, na porządku dnia stoi problem społecznego skutecznego wykorzystania ludzi w zaawansowanym wieku i wręcz starych.

Można się pocieszyć, że we współzawodnictwie współczesnym między ustrojowym, którego uosobieniem jest współzawodnictwo chińsko- amerykańskie, chiński partner ma inne tradycje stosunku w stosunku do ludzi starych, niż jego amerykański adwersarz. Konfucjanizm na stałe zainspirował chińskie społeczeństwo do szczególnego poszanowania ludzi w wieku starszym. Oraz uwzględniania w życiu rodzinnym ich rady i supozycji. Inaczej było i jest w społeczeństwie amerykańskim , a zwłaszcza wśród tutejszych ludzi pracy, dla których człowiek stary był i po części jest balastem trudnym do materialnego utrzymania. W tej sytuacji zastosowanie „sztucznej inteligencji” i i związane z tym skrócenie zapewne czasu czynności zawodowej człowieka, stawia na porządku dnia wielki problem stosunku ogółu danego społeczeństwa do ludzi w zaawansowanym wieku i ludzi starych.

Propozycja prof. M. Szyszkowskiej powszechnego uruchomienia twórczości i uczynienie z niej instrumentu wykreowania innych rozwiązań społecznych, niż te, które dziedziczymy po przodkach w Ameryce i Europie, ale po części też w naszym kraju, otwiera nowe możliwości satysfakcjonującego życia dla ludzi w zaawansowanym wieku i ludzi starych. Wszystko wskazuje na to, że ich wartość- w przeciwieństwie do czasów dotychczasowych, nie będzie malała , a będzie wzrastała. Wymaga to jednak radykalnego powrotu do dobrej tradycji z tego zakresu. Książka prof. M. Szyszkowskiej, jest dobrą do tego inspiracją.

Siły napędowe i bariery oraz hamulce twórczości jako sensu istnienia

Wizja społeczeństwa przyszłości w ujęciu prof. M. Szyszkowskiej, jest pasjonująca. Uważam, że społeczeństwo powszechnej twórczości rozbudzonej już wśród dzieci i młodzieży ,skutecznie rozwijanej wśród osób w wieku średnim i efektywnie kontynuowane w wieku zaawansowanym i starczym, to piękna i fascynująca perspektywa nadchodzących czasów. Oczywiście wymaga ona konsekwentnego przezwyciężenia dotychczasowych wizji i często przełamania stany rzeczywistego społeczeństwa zdominowanego przez klasy kapitalistów tym zakresie . Ale też społeczeństwa zdominowanego przez biurokrację. Wymaga to również zdominowania przyszłości , z punktu widzenia zapewnienia pewnej harmonii występującej pomiędzy ludźmi pracy, klasą kapitalistyczną i biurokracją. Harmonia ta nie występuje w społeczeństwie kapitalistycznym, zarówno w jego liberalnym, jak i populistyczno- nacjonalistyczno- klerykalnej postaci. Jednakże, owa wersja populistyczno- nacjonalistyczno- klerykalna, choć sprzeczna z fundamentalnymi założeniami wersji liberalnej, nie jest znowu od niej tak odległa, jak by to mogło się pozornie wydawać. Już raz się zrodziła na gruncie ustroju kapitalistycznego w postaci hitleryzmu, który przejściowo niemal opanował cały globalny świat. Jeśli udało się ją obalić i to ze znacznym udziałem ludzi ustroju przeciwstawnego kapitalizmowi w postaci ZSRR, to należy się wystrzegać powtórki takiego doświadczenia, które zagrażało nie tak dawno światu. Zwłaszcza jeśli jego elementy, pojawiły się w tak ważnym dla współczesnego kraju, jakim jest USA. W postaci nacjonalizmu i populizmu Trumpa .

Ale nawet precedens ustroju populistyczno-nacjonalistyczno-klerykalnego na ziemi polskiej, też jest groźny dla losów globalnego człowieka. Jednakże nie tylko kapitalizm w jego populistyczno-nacjonalistycznej, a nawet klerykalnej wersji jest groźny dla współczesnego człowieka, ale jak słusznie uważa autorka cytowanej książki, groźny w dłuższym dystansie czasu jest też kapitalizm w jego liberalnym kształcie. Już obecnie możemy zauważyć, że kapitalizm w liberalnym kształcie oraz kształcie populistyczni -nacjonalistyczno- klerykalnym nie potrafi sobie poradzić z pandemią, choćby dlatego, że instrument przezwyciężenia pandemii w postaci odpowiednich szczepionej jest nie tylko narzędziem skutecznej walki z nią, ale też podstawą uzyskiwania maksymalnych zysków przez farmaceutyczne koncerny, czerpiących z lekarstw nie tylko niebywałe zyski ale podporządkowujące ich dystrybucje tym realizowanym zyskom. Sprawa się jednak do tego nie sprowadza. Popierając pogląd prof. M. Szyszkowskiej odrzucenia przez ludzkość liberalnego kapitalizmu, ale dodając zwłaszcza jego wersji populistyczno-nacjonalistyczno-klerykalnej dodałbym od siebie argument, że wymaga on odrzucenia też dlatego, że nieuniknienie związane z nim dysproporcje socjalne, występujące w krajach liberalnego kapitalizmu, ale w jeszcze większym stopniu w krajach populistyczno-nacjonalistyczno-klerykalnych należy stwierdzić, że znacznie utrudniają skuteczną walkę z pandemią. W przeciwieństwie do kapitalistów miliony, a nawet miliardy ludzi pracy, żyją z bieżących dochodów. Pandemia w dużej mierze utrudnia wykonywanie pracy w czasach wielkich zagrożeń. A tym samym odpowiednich zarobków Zapomogi państwowe –jak się okazuje-nie są w stanie w pełni rozwiązać problemów. Zatem skutecznie z pandemią mogą tylko walczyć osiągając faktyczne rezultaty, tylko społeczności ludzkie, w których klasa kapitalistów, okiełznana jest w danym społeczeństwie przez zabieranie jej części zysków i nie dopuszczających do ich maksymalizacji przez wspomniana klasę kapitalistów.

Świat na rozdrożu

Świat współczesny znalazł się na rozdrożu. Jego piękna wizja zarysowana w książce prof. M. Szyszkowskiej, jest możliwa do realizacji, ale jej realizacja rozstrzyga się współcześnie głownie w wielkim sporze amerykańsko- chińskim. Wszystko wskazuje na to, że zwycięstwo pracy należy będzie do ChRL. Wynika to z prostego faktu. Tempo wzrostu gospodarczego ChRL w stosunku do USA, jest współcześnie znacznie wyższe. I ta wyższość utrzymuje się w długim dystansie czasu. Nawet nasila się. Niemało ważnym jest też to, że z pandemią rząd i partia na chińskim terytorium daje sobie radę lepiej, niż kapitalistyczny rząd amerykański podporządkowany wielkiemu kapitałowi. czy podobne rządy Europy Zachodniej. Najważniejsze jest jednak to, aby konkurujące strony, a zwłaszcza strony amerykańsko- chińskie, obok swoich odrębnych często interesów, zdobyły się na możliwość uznania, iż te interesy są mniej ważne od wspólnych interesów w skutecznej walce z pandemią. Na dyskusji zorganizowanej dnia 19 lutego 2021 roku, przez Stowarzyszenie Polska- Wschód i Fundację Innowacja, na którym też była obecna prof. M. Szyszkowska wygłaszając ciekawy referat na temat filozoficznych podstaw amerykańskiego i chińskiego adwersarza tego współzawodnictwa zastępca ambasadora ChRL Pan Yao Dongye, który objaśnił zebranym , że strona chińska uznaje, że walka z pandemią obu krajów jest ważniejsza, niż współzawodnictwo między wspomnianymi krajami. Wybitny polski amerykanista prof. Longin Pastusiak, w swym wystąpieniu zwrócił natomiast uwagę, że nowy prezydent USA Bowden, choć złagodził znacznie antychiński kurs swego poprzednika- wszystko wskazuje, że nie w pełni podziela chińską orientację w tym zakresie-i współzawodnictwo miedzy państwami, choć złagodzone w stosunku do D. Trumpa, uznaje za ważniejsze, niż wspólne obu mocarstw działania na rzecz przezwyciężenia pandemii. Jednak mimo takiego stanowiska, które może utrudniać rozwiązanie problemów pandemii, szansa na rozwiązanie problemów nadal istnieje. Jednakże piękną wizję powszechnej twórczości i uzyskanej na tej podstawie pomyślności, już nie elit poszczególnych narodów zmierzających do kreacji świata powszechnej szczęśliwości, a całych narodów, która została zarysowana w omawianej książce prof. M. Szyszkowskiej, jest o wiele trudniej zrealizować, niż to pozornie może się wydawać. Jednak wiele na to wskazuje ,że jest coraz bardziej możliwe.

Sława Korwin-Piotrowskiej

Rekomendowałem już na tej stronie dwie poprzednie książki Karoliny Korwin-Piotrowskiej: „Bombę, czyli alfabet polskiego szołbiznesu” portretującą polską popkulturę po 1989 roku oraz „Krótką książkę o miłości” Korwin-Piotrowskiej, autorski portret gatunku kina miłosnego.

Tym razem znanadziennikarka zajęła się fenomenem sławy, „historią gwiazd, ikon, mediów, środków i narzędzi do osiągnięcia owej sławy” – jak napisano w notce wydawniczej. Dodam od siebie, że jest to perspektywa i polska i zagraniczna.
Walorem pracy Korwin-Piotrowskiej jest nie tylko barwna narracja, ynikająca z daru słowa pisanego, ale także fakt, że autorka poznała środowiska sławy, artystów-celebrytów z bardzo bliska, niejako z autopsji i że nie jest to tylko owoc pracy bibliotecznej, czysto badawczo-teoretycznej.
Gorąco polecam tę książkę i zwykłym czytelnikom tabloidów obyczajowych, pudelków i innych, ale także, jako cenne źródło wiedzy, dziennikarzom i badaczom zajmującym się przemianami w popkulturze polskiej i światowej.
Karolina Korwin Piotrowska – „Sława”, wyd. Prószyński i s-ka,Warszawa 2017, str. 558, ISBN 978-83-8097-137-0

Labirynty, kamuflaże i klucze Hermana Melville

„Herman Melville to wariat”, „wyobraźnia Melville’a jest chora” – tak niektórzy recenzenci pisali o prozie tego pisarza u zarania jego twórczości.

Spotkało go też ze strony krytyki lekceważenie. Jednak już od dziesięcioleci Herman Melville (1819-1891) należy do największych klasyków literatury amerykańskiej, sławny najbardziej z powieści „Moby Dick” zaliczanej do arcydzieł światowej literatury i zekranizowanej w 1956 przez Johna Hustona w formie pompatyczno-operowej. „Nowele i opowiadania” Melville’a opublikowane nakładem PIW, to zmultiplikowany obraz skomplikowanego, ale fascynującego zjawiska, jakim jest jego proza. O „przewrotności, zwodniczości, podstępie, ukrytych klucze i ścieżkach interpretacyjnych i „narracyjnych kamuflażach” – napisali Adam Lipszyc i Mikołaj Wiśniewski autorzy posłowia do zbioru.
„Wydaje się (…) że Melville ma zwyczaj ukrywania w tekście kluczy otwierających drogę ku innym odczytaniom niż to, do którego explicite zachęca narrator. Gdzie ich szukać? W przelotnych odwołaniach czy to do historii, czy literatury, które na pierwszy rzut oka nie wnoszą nic istotnego do opowieści, w porównaniach i metaforach sprawiających wrażenie wydumanych, mętnych, bądź nietrafnych. Jest więcej niż prawdopodobne, że klucze te znajdują się gdzieś w rozbudowanych wstępach, które drobiazgowo opisują miejsce akcji, zupełnie jakby Melville chciał zniecierpliwić żądnego anegdoty czytelnika i skłonić go do pominięcia akapitu lub dwóch. Ze szczególną nieufnością powinniśmy podchodzić do puent, w których narrator podsuwa nam jakąś konkluzję lub przesłanie. Im bardziej natarczywie to robi, im bardziej jest patetyczny, tym większe prawdopodobieństwo, że mamy do czynienia z zasłoną dymną, a właściwe zakończenie nastąpiło już wcześniej”. Autor posłowia zwraca też uwagę, że w narracji opowiadań Melville’a „musimy zauważyć te momenty, które pozwalają się domyślić, że nie mówi on całej prawdy, nie dostrzega czegoś, co my mamy szanse dostrzec; te dziwne, dwuznaczne sformułowania lub niejasne sugestie; stwierdzenia pozostające w sprzeczności z tym, czego dowiadujemy się w dalszym ciągu opowieści; pozornie trywialne nieścisłości lub różnego rodzaju błędy, które popełnia narrator; niespodziewane zmiany rejestru językowego. Krótko mówiąc, Melville stosuje cały wachlarz strategii kojarzonych (raczej przez czytelników „Harper’s” i „Putnam’s”) z niewiarygodną narracją”.
Kto sięgnie po ów zbiór opowiadań i nowel, tego uderzy przede wszystkim zróżnicowana paleta tematyczna tych utworów, także wewnętrzna, różnorodność stosowanych przez pisarza technik narracyjnych, nastrojów, klimatów mentalnych. I tak na przykład „Stolik z drewna jabłoni, czyli autentyczne manifestacje świata duchów”, to między innymi satyra na XIX-wieczną modę na spirytyzm, ale też replika na idee zawarte w słynnej powieści „Walden” Henry’ego Thoreau czyli na tzw. amerykański transcendentalizm. Owad który niespodziewanie ożywa w starym stoliku mającym stupięćdziesięcioletnią metrykę ma być figurą „nieśmiertelności i obietnicy zmartwychwstania”, pochwały witalnych sił tkwiących w naturze ludzkiej. Jednak autorzy posłowia nie poprzestają na takiej konstatacji interpretacyjnej. W fakturze narracyjnej opowiadania doczytują się figury „odwrócenia”, inwersji sensów, co czyni dla nich sens tego opowiadania tajemniczym. „Narrator „Stolika” podkreśla, że „gdy już człowiek zdobędzie klucz do czegoś, zaraz bierze go chętka, buy otwierać, szperać i eksplorować. Szukajmy więc kolejnych ukrytych kluczy, obracajmy nimi…” – sugeruje Mikołaj Wiśniewski. Idąc śladem tych sugestii, w każdym z pozostałych opowiadań można doszukiwać się szarad, zwodniczych tropów i wieloznaczności. Jak zatem odczytać opowiadanie „Ja i mój komin”? Czy tylko jako „studium architektonicznej monomanii” czy też jako rzecz o podwójnym dnie? A jak odczytać „surrealistyczny koszmar” „Raju Kawalerów i Tartaru Panien” czy sens „przewrotnych historii” w „Skrzypku”, „Jimmym Rose”, „Kukuryku, czyli pianiu szlachetnego koguta zwanego Benvenuto”, w „Galcach”, „Les Encantadas, czyli Wyspach Zaklętych”, „Dwóch świątyniach”, „Leguminie biedaka i okruchach ze stołu bogacza”, w „Szczęśliwym fiasku. Przygodzie na rzece Hudson”, „Sprzedawcy piorunochronów”, „Dzwonnicy”, w „Werandzie”. Każde z tych opowiadań odznacza się dość ekscentrycznym konceptem, nasyconym wyraźnym klimatem ironii, atrakcyjnym w lekturze, wielostronnym i obfitym w konteksty. Na przykład w „Kukuryku” pojawia się nawiązanie do sławnego „Tristrama Shandy” Lawrence’a Sterne’a, ale także „obraz depresji bohaterów”. Jest to też być może „ponura parodia transcendentalizmu”. W każdym z wymienionych opowiadań pojawiają się liczne konteksty, które można rozmaicie odczytywać. I tak na przykład opowiadanie „Benito Cereno”, które w warstwie zewnętrznej można zaliczyć do gatunku marynistycznego, zawiera odniesienia do świata teatru, do przedstawienia jako ważnej formuły ludzkiej egzystencji, a „teatralna intryga leży w centrum noweli Melville’a”.
Jednak pod względem potencjału interpretacyjnego na pierwsze miejsce wysuwa się opowiadanie „Kopista Bartleby, czyli opowieść o Wall Street”. „Kopista Bartleby” (pierwsze wydanie w 1853 r.) to na pierwsze wejrzenie lekko komiczna historia o tym, jak pracownik kancelarii adwokackiej z Wall Street, szaraczek, swym lakonicznym „wolałbym nie” odmawia pracodawcy wykonania kolejnych zleceń; kontestując przyjęte zasady postępowania, wywraca na nice cały świat zachowań i myślenia adwokata i innych ludzi. Opowiadanie to, nieobfitujące w dramatyczne zwroty akcji, jest w istocie powiastką filozoficzną. Kryje w sobie jakieś niepokojące głębie, ma liczne, jak by to dziś powiedzieli informatycy, linki. Pisarstwo Hermana Melville’a doczekało się wszechstronnych analiz. Jest to choćby „Bartleby jako formuła” francuskiego filozofa Gillesa Deleuze’a (1925–1995) czy „Bartleby, czyli o przypadkowości” włoskiego filozofa Giorgio Agambena (ur. 1942 r.). Szczególnie wielostronna i rozbudowana jest interpretacja Deleuze,a. Pisał on o „Bartleby,m wszystkich krajów”, wykluczonym, outsiderem, „typowo amerykańskim sposobem na walkę z hegemonicznymi systemami”. „Bartleby” to utwór, który obrósł w niezliczone interpretacje i z tego powodu stał się niezwykłym fenomenem literackim. Opowiadanie „Bartleby” obrosło setkami tekstów, studiów, interpretacji. Widziano w nim też m.in. „oskarżenie wolnorynkowego kapitalizmu”, „tragedię cierpiącej duszy”, „studium zaburzenia psychicznego”, studium „odmienności”, acedii czyli melancholijnej niechęci do życia, rzecz o „rozleniwieniu ducha, które prowadzi do „zwątpienia, niewiary, rozpaczy”, „opowieść o utracie Boga, o staczaniu się w czarną noc duszy” czy o „przerażającym odkryciu pustki i absurdu ludzkiego istnienia” („Bartleby byłby wówczas egzystencjalnym antybohaterem, kimś w rodzaju camusowskiego „Obcego”). Puentując deleuzowski punkt widzenia na nowelę „Bartleby”, Mikołaj Wiśniewski zauważa, że „mimo tragicznego finału opowieści, Deleuzjańska lektura „Bartleby” jest przewrotnie pesymistyczna, o czym chyba świadczą słowa zamykające esej francuskiego filozofa: „nawet w katatonicznym czy anorektycznym stanie Bartleby nie jest pacjentem, lecz lekarzem chorej Ameryki, „uzdrowicielem”, nowym „Chrystusem” albo naszym bratem”. Niektórzy interpretatorzy widzieli też w Bartlebym proletariusza a w jego zachowaniu rodzaj strajku.
„Na koniec musimy zadać najważniejsze pytanie: Jak rozeznać się w tym gąszczu interpretacji? Skąd mamy wiedzieć, która z perspektyw rzeczywiście pozwala lepiej zrozumieć „Bartleby’ego”, a która jest nadużyciem?” – zastanawia się autor posłowia. Pomocą w tym gąszczu stanowią – do pewnego stopnia – bogate przypisy, które dyskontują kulturową warstwę prozy Melville’a, pełną nawiązań do wątków literackich, filozoficznych, historycznych i które, obok cennego posłowia są ważnym składnikiem tej edycji.
Nie potrafię rozstrzygnąć tych wątpliwości. Szczypta powyższych uwag jest zaczerpnięta z ogromnego obszaru, jaki tworzy proza Hermana Melville i jej interpretacje. Przynależy ona do tego rodzaju paradygmatu kontaktu z literaturą, który polega na wędrowaniu szlakami wieloznaczności i twórczym szukaniu sensów, odczytywaniu jej jako swoistej szarady. Odnajdywaniu sensów istniejących i dopisywania sensów wywiedzionych z naszych własnych, czytelniczych odczuć i przemyśleń, a więc nawet takich, które być może obce były twórcy. Literatura w takim wydaniu jest przestrzenią do odkrycia, do odczytania, tworzywem, polem interpretacyjnej gry z autorem, a nie jakością otrzymaną jako „gotowiec”. Sam wykonałem spory wysiłek, by odnaleźć jak najwięcej sensów i znaczeń w prozie, a przecież po kilkutygodniowej lekturze, a nawet studiowaniu kolejnych opowiadań i nowel osiągnąłem zaledwie szczyptę z tej obfitości. Dlatego, rekomendując czytelnikom zmagania z niełatwą, wieloznaczną, wielostronną, wielowarstwową, pełną tajemnic, zagadek, niespodzianek i meandrów prozą Hermana Melville, sam sobie zalecam dalszą przez nią wędrówkę. Może właśnie na tym polega najprawdziwszy kontakt z literaturą, najatrakcyjniejsza formuła przygody z literaturą, może tu tkwi istotny sens alchemii procesu, jakim jest czytanie? Czytanie nieoczywiste. Czytanie jako zmaganie z lekturą.
Herman Melville – „Nowele i opowiadania”, przekład zbiorowy, posłowie i przypisy Adam Lipszyc i Mikołaj Wiśniewski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2020, str.654, ISBN 978-83-8196-141-7