Recenzja filmu, którego tytułu nie można pisać w internecie

“Ten film to obraza ojczyzny… dobrze, że nie naszej!” – choć hasłem tym reklamowany jest wyłącznie Niefortunny numerek lub szalone porno, to śmiało można przypisać je każdej produkcji wpisującej się w ramy rumuńskiej nowej fali. Bo, choć do szabli i szklanki Polakom ponoć bliżej z Węgrami, to jednak naród mieszkający na drugim końcu Karpat ma z nami więcej wspólnych cech. Przynajmniej, jeśli wierzyć filmom…

Najnowszy film Radu Jude, Niefortunny numerek lub szalone porno stał się prawdziwym problemem dla polskiego (i zapewne wielu zagranicznym) dystrybutora. Ostatnie słowo tytułu jest bowiem terminem bardzo nielubianym przez algorytmy Google’a. Toteż dlatego, Stowarzyszenie Nowe Horyzonty postanowiło wykorzystać tę sytuację marketingowo i, patrząc na świetny rodzimy plakat, którego autorem jest Patryk Hardziej (twórca świetnych posterów m.in. Mowy ptaków i Octopus Film Festival), raczej się to udało.
Jude wzbudził uwagę światowej krytyki swoim Aferim! (2015) – ten osadzony w XIX-wiecznej Rumunii neo-western zapewnił Jude Srebrnego Niedźwiedzia na festiwalu w Berlinie. Jeśli wierzyć innym recenzentom, całkiem zasłużenie. Niestety, z racji niskiej dostępności tej pozycji online, nie jestem w stanie skonstruować własnej opinii na ten temat.
Zupełnie inaczej sprawy mają się w przypadku wyprodukowanego w 2019 roku Nie obchodzi mnie czy przejdziemy do historii jako barbarzyńcy. Opowieść o młodej i ambitnej reżyserce przygotowującej rekonstrukcję zdobycia Odessy mogłaby powstać równie dobrze w naszym kraju. Wypunktowany w tym filmie Ion Antonescu, rumuński dyktator czasów drugiej wojny światowej, miał wiele wspólnych cech i poglądów z polskimi postaciami historycznymi. Tak jest też w Niefortunnym numerku. Główna bohaterka mogłaby być równie dobrze Panią Grażynką – szukającą nowości w swoim nudnym i powtarzalnym życiu nauczycielki.
Opowieści snute przez nowofalowców są niczym gotowe szablony gotowe do użycia w polskim kinie. 4 miesiące, 3 tygodnie, 2 dni (2007) – film, po którym nowe pokolenie rumuńskiej kinematografii na stałe wpisało się do kanonu, dotyka obecnego od wielu lat w debacie politycznej tematu aborcji. Zdolności adaptacyjne zdają się wykazywać także m.in. Śmierć pana Lazarescu (2005) – śmieszno-gorzki moralitet do czego prowadzi niewydolny system ochrony zdrowia, aczkolwiek dobrze sprawdziłby się również porządny dramat rodzinny pokroju Sieranevady (2016). Z mniejszą ilością alkoholu, który stanowi jedynie „zagryzkę” do cięższego kalibru – rozmów podczas rodzinnych spotkań.
Wracając do Niefortunnego numerka
Radu Jude wprowadza wątek Emilii Cilibiu – żony Eugena (tak jest przedstawiana), dosyć bezpośrednio. Film otwiera kilkuminutowa scena seksu kręcona z ręki, która praktycznie od razu portretuje protagonistkę i wkłada do określonego schematu, szufladki. Zadaniem, które reżyser przygotował dla widza, jest wyjęcie Emi z powrotem, nadanie jej podmiotowości i, jeśli czas ekranowy pozwoli, wyrażenie choć krzty empatii.
Fabuła Niefortunnego numerka podzielona jest na trzy akty. Historia Cilibiu stanowi tu scenariuszowy początek i koniec, zapewnia klamrę kompozycyjną, aczkolwiek nie jest wszystkim, co przygotowała dla nas ekipa produkcyjna. Choć ta interpretacja może stanowić zdradzenie fabuły, to jednak ją zawrę – druga część jest wypełnieniem tytułowego szalonego porno. W roli głównej – historia Rumunii. Krótkie epizody niepołączone ze sobą spójnym trzonem detabuizują przeszłe wydarzenia, które na tyle przebiły się do zbiorowej świadomości, że utrudniają przyjmowanie współczesności “na czysto”.
Radu Jude zabiera w drugim akcie nas ze sobą na wycieczkę krajoznawczą po udrękach współczesnej Rumunii. Tak jak Emilię, dosyć bezpośrednio, Jude portretuje turbokapitalizm. System, który choć przyniósł temu krajowi upragniony wykres skierowany ku górze, to zniszczył strukturę społeczną i naruszył tkankę miasta. Uwidacznia też podziały – nie tylko te narodowe, które serwował w Nie obchodzi mnie… ale również klasowe, tożsamościowe i religijne.
To wszystko intensyfikuje się w wielkim finale, który, nieco drwiąc z domyślnego dla wielu ustroju demokratycznego, ogląda się jak uwspółcześnioną wersję jednego z klasyków amerykańskich dramatów sądowych. Jude, w niemal niekończącym się dialogu napisanym na kilka, kilkanaście momentami osób, umiejętnie reguluje suspensem i poczuciem gniewu (a ono nie odstępuje na krok), by dosyć niejednoznacznie przedstawić zarówno główną bohaterkę, jak i debatujących nad jej przyszłością rodziców.
I to wszystko od widza zależy, co z tym zadaniem od reżysera zrobić. Bo morał, który wyciągnąłem z niego ja, nakazuje mi domagać się od polskiego kina większego zaangażowania w detabuizację historii. Jak się bowiem okazuje, nie tylko pompatyczne dramaty, takie jak Pokłosie (2012) czy Wołyń (2016), potrafią przekazywać wiedzę o wydarzeniach z przeszłości odkłamując wcześniejsze narracje. Można to zrobić po rumuńsku – bez nadętego pouczania widza i grożenia palcem, a za to ze sporą dawką humoru oraz dystansu do opisywanych spraw.

Violetta Villas i Strajk Kobiet

Wydana właśnie antologia dramatów Tomasza Kaczorowskiego prezentuje autora, który choć debiutował zaledwie sześć lat temu, osiągnął już rozpoznawalność w polskim teatrze jako reżyser i dramatopisarz.

Autorka wstępu do „Sześciu opowieści o tym, jak godnie przeżyć życie”, Joanna Żygowska trafnie wskazuje, że bohaterowie dramatów Kaczorowskiego przeglądają się w lustrach mitów i popkultury. Sam tytuł antologii wydaje się prowokujący – brzmi wzniośle, niemal pompatycznie albo – jeśli ktoś chce – tkwi w nim przewrotna ironia. Autor wyraźnie zaznacza, że to „opowieści”, że przychodzi opowiadać. Tytuł kojarzy się ze słynnym dramatem Luigi Pirandella „Sześć postaci w poszukiwaniu autora”. Wprawdzie – na pozór – łączy tytuły zbioru Kaczorowskiego i dramatu Pirandella tylko liczba „sześć”, ale charakterystyczna jest tu paralelna zasada: Pirandello ukazywał teatr, który potrzebuje autora – a tę potrzebę wyrażały powołane przez niego do życia postaci sceniczne. Kaczorowski ukazuje teatr, który chce opowiadać i poszukuje bohatera – indywidualnego lub zbiorowego, zanurzonego w historii albo życiu społecznym, w wielkich mitach. Potrzebuje jednak bohatera. Przy czym zarówno Pirandello jak i Kaczorowski (choć przecież każdy inaczej i nie ma tu mowy o żadnych związkach bezpośrednich) stawia na teatralną grę, szuka nowych sposobów opowiadania, wyraźnie dyskutuje ze starym dramatem i starym teatrem. Kaczorowski proponuje nowe sposoby kreowania świata scenicznego, pozostając tego świata zawołanym piewcą. Dość przywołać pieśń Pinokiów (bo jest ich aż pięciu) z „Opowieści o tym, jak godnie przeżyć życie…”:
„Tu i teraz
Ludzi poznać
Teraz zaraz
O teatrze porozmawiać
Teatr robić
Siebie tworzyć
Siebie poznać
Gniew wywołać
Gniew umorzyć
Tu i teraz”.

Brzmi to jak manifest, a pochodzi z dramatu należącego do najbardziej radykalnych w teatralnej grze w przedstawionej antologii. Wprawdzie w każdym z dramatów w mniejszym lub większym stopniu ma miejsce ta specyficzna gra między tradycyjną i nową formą, ale w „Opowieści” Kaczorowski próbuje wciągnąć czytelnika/widza/przyszłego reżysera sztuki do współpracy, do decydowania o wyborze drogi bohatera. Na każdym etapie akcji tego dramatu czytelnik może zmieniać los Pinokia, a opisuje to autor we wpisanych w utwór „zasadach gry”. Dochodzi tu do głosu temperament edukatora – autor jest silne związany z nurtem nowej dramaturgii adresowanej do młodego widza (wielokrotnie nagradzany w konkursach dramaturgicznych o tym właśnie adresie), mającej na widoku nie tylko wyraz artystyczny, ale także cele pedagogiczne. Ani na jotę nie moralizując, Kaczorowski, daje młodym widzom materiał do przemyślenia, do uruchomienia wrażliwości. Przy czym nie traktuje ich jak dzieci, ale partnerów takich samych jak dorośli. To wielki atut tych utworów o niejako podwójnym adresacie: dla młodych i pozostałych widzów w każdym wieku.
Teatr jest dla Kaczorowskiego strefą niemal absolutnej wolności, Przestrzeń wolności wyboru – tym razem dla aktorów – tworzy w scenariuszu „Antygona: jestem na nie”, nawiązującej do tragedii Sofoklesa, a inkrustowanej piosenkami Kory. W pewnym momencie aktorzy-postaci buntują się przeciw autorowi i nie chcą już grać Sofoklesem, nie chcą przelewu krwi i niepotrzebnych ofiar:
„nie zgadzam się
po prostu
nie zgadzam
się
jestem przeciw tragedii
przeciw kolejnym tragediom”
.
Przy czym aktorom pozostawia autor możliwość wyboru – Aktor alternatywnie powiada: „zgadzam się/nie zgadzam się na tę rolę”.
Antologię otwiera, jak zaznacza autor, antyfantazja „Las Villas” – to jak dotychczas jedyna sztuka Kaczorowskiego, którą widziałem na scenie w reżyserii Piotra Siekluckiego w Teatrze Nowym Proxima w Krakowie, wystawiona równolegle w Teatrze Nowym w Słupsku. Sztuka wywołała sporo zamieszania, syn Violetty Villas protestował przeciw wizerunkowi matki, pozwał teatr w Słupsku do sądu, ale ostatecznie sprawę przegrał.
Najmądrzejsze w tym dramacie/ przedstawieniu są… koty. To one pod koniec komentują to, co się stało i co się stanie: „Zobaczysz, co się będzie działo. Będą wchodzić i wychodzić. Burzyć się będą. Brzydzić się będą. Dziwić się będą. Jakby nie wiedzieli”.
A przecież wiedzieli wszyscy, że dogorywa w swoim zapuszczonym domu i ogrodzie wśród dziesiątków niedożywionych kotów i psów pod opieką budzącą wiele wątpliwości, psychicznie rozbita, unicestwiona jako artystka za życia. Może nikt nie mógł jej pomóc, bywają takie sytuacje. Tak czy owak, z poczucia trudnej do nazwania winy, a może jeszcze bardziej z pamięci o porywającym głosie i dynamicznej osobowości jedynej w swojej rodzaju Violetty Villas powstał ten spektakl. Bo co by nie powiedzieć o jej dziwactwach, nadmiernym makijażu, upodobaniu do kiczu mylonym z wytwornością, na końcu pozostaje imponująca skala głosu i nie do podrobienia plastyczność wykonania. Toteż zadanie, jakiego podjęła się Hanna Piotrowska, wcielająca się w wielką gwiazdę estrady u kresu jej dni, było karkołomne. Zwłaszcza że integralną częścią spektaklu były sławne piosenki Villas, które zachwycały publiczność w wielu krajach, jak choćby porywające „Oczy czarne”. Wprawdzie Hanna Piotrowska została obdarzona przez naturę mocnym głosem, wspartym solidnym przygotowaniem wokalnym w Studio Baduszkowej, ale próba „podrabiania” Villas musiałaby się skończyć katastrofą. Na szczęście aktorka nie udawała śpiewu à la Villas, choć stylizowała się wyglądem, ruchem, gestem na swoją bohaterkę. Ale śpiewała po swojemu, dowodząc, że w tych piosenkach, jeśli są oryginalnie i z temperamentem wykonane tkwi nadal siła. Najważniejsze jednak, że opowieść Tomasza Kaczorowskiego nie osuwała się w stronę farsy. Łatwo byłoby na zwłokach upadłej divy odtańczyć parodię, ale autor i za nim reżyser uniknęli tego łatwego mizdrzenia się do publiki. Zamiast tego powstało poważne (co nie znaczy, że nudne i nadęte, czasem nawet bardzo śmieszne) przedstawienie, które zachęca do namysłu nad losem artystki, której kariera stała się za życia igraszką losu i zawistników.
W dużej mierze bliski temu dramatowi jest także tekst „Sztuki o naprawianiu parasoli”, nie tylko dlatego że i tym razem koty, którymi opiekuje się Parasolnik, mają wiele do powiedzenia. Kaczorowski nawiązuje do legendy miejskiej, do postaci Czesława Bulczyńskiego, zwanego w Sopocie, rodzinnym mieście autora, Parasolnikiem Sopockim, ekscentryka żyjącego w świecie poezji i dziwności – co oczywiście zawadza śmiertelnie ponurej władzy. I tym razem – tak jak w „Las Villas” snuje autor opowieść o kimś okrutnie skrzywdzonym, a tak przecież potrzebnym ludziom. Trudno nie wyrazić solidarności z autorem okazującym tak wiele empatii dla pokrzywdzonych i ośmieszanych.
Już nie tak jednoznacznie rzecz się ma z dramatem „Moonwalk”, który czerpie inspiracje z muzyki pop, a idola tego gatunku, Michaela Jacksona stawia w centrum uwagi i oceny. Postać niejednoznaczna, zostaje przez autora pokawałkowana (dosłownie), osobno wypowiadają się Słowo, Głos, Oczy, a nawet Struny Głosowe. Podobnej fragmentaryzacji ulega tekst, którego zapis przypomina grafikę poezji konkretnej – przetworzenie go na język sceniczny to prawdziwe wyzwanie, o czym zresztą autor uprzedza nazywając ten utwór „awangardowym musicalem”.
Zbiór zamyka „Achilleis”, dramat dołączony do antologii w ostatniej chwili, wyraźnie związany z protestami kobiet przeciw opresyjnym decyzjom władz, odmawiającym kobietom prawa do wyboru. Utwór, z jednej strony głęboko zakotwiczony w tradycji, sięgający do postaci mitycznych wojny trojańskiej, do dramatów „Achilleis” i „Akropolis” Stanisława Wyspiańskiego, z drugiej strony przylega do toczonej przez Strajk Kobiet walki o wolność. Rzecz zaczyna się „Manifestem do wygłaszania w przestrzeni publicznej”, wyrażającym wolę walki o swoje prawa w imieniu kobiet: „Są, kim są. Są sobą. Większość z nich to kobiety, bohaterki, heroiny, To my”. Utwór utrzymany na granicy diagnozy i proroctwa, z parafrazami Wyspiańskiego i parafrazami haseł Strajku Kobiet, z ich drapieżną retoryką, która tak doskwierała „ciotkom kulturalnym” z powodu tzw. brzydkich wyrazów, zamyka radykalna zmiana perspektywy. Autor niejako abdykuje, w obawie, że jego wypowiedź może być potraktowana jako ślad patriarchatu – w końcu to jego, czyli słowami mężczyzny przemawiają w tym dramacie kobiety. Toteż na samym końcu wymyka się zarzutom o potencjalną protekcjonalność, oddając głos kobiecie – Kassandra mówi słowami Aleksandry Zielińskiej, jak zaznacza autor „ZA JEJ ZGODĄ, PRZYZWOLENIEM, ZROZUMIENIEM I WSPARCIEM”. Ten gest – tak to rozumiem – jest próbą naprawy wypaczonych relacji, nie dających prawa kobietom do własnego zdania. Teraz kobiety muszą być wysłuchane, mówi tym gestem autor, oddając głos Kassandrze Zielińskiej: „a nie mówiłam że tak będzie i nikt mnie wtedy nie słuchał wręcz przeciwnie kazali mi się zamknąć i słuchać”.

SZEŚĆ OPOWIEŚCI O TYM, JAK GODNIE PRZEŻYĆ ŻYCIE Tomasz Kaczorowski, ADiT, Warszawa 2021, ISBN 978-83-606-99-50-8

Z francuskiego na filmowy

Zbiór ten zawiera siedemnaście szkiców o osiemnastu dziełach francuskiej klasyki literackiej, które zostały zaadaptowane na ekran telewizyjny przez więcej niż osiemnastu reżyserów, więcej bo niektóre utwory były ekranizowane więcej niż raz, a niektóre wielokrotnie.

Rekordzistą jest sławna osiemnastowieczna powieść Choderlos de Laclos „Niebezpieczne związki”, przez jednych uważana za obraz, przez innych za krytykę a przez innych jeszcze za manifest libertynizmu, którą adaptowano na ekran dwanaście razy, choć w kilku przypadkach jedynie na jej swobodnie potraktowanych motywach.
Kilka razy adaptowano „Czerwone i czarne” Stendhala, czy „Szkołę uczuć” Gustawa Flaubert, a z kręgu literatury popularnej „Piękną i bestię” osiemnastowiecznej pisarki Leprince de Beaumont, „Damę Kameliową” Aleksandra Dumasa-syna i Upiora Opery” Gastona Leroux. Dwukrotnie adaptowane były ( z konieczności – fragmenty) „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta, a czterokrotnie „Teresa Raquin” Emila Zoli. To z literatury relatywnie dość dobrze znanej także z polskich przekładów i „sławnej”. Jednak niektórzy autorzy szkiców zdecydowali się na szkice o adaptacjach filmowych literatury mniej znane, n.p, „Cheri” Colette, autorki w Polsce tłumaczonej, ale nie cieszącej się tu jakąś szczególna popularnością, „Strasznych dzieci” Jeana Cocteau czy „Milczenia morza” Vercorsa (obie zekranizował Jean Pierre Melville), autorów znanych tu tylko specjalistom i amatorom.
Podobnie, choć niektóre ich powieści przetłumaczone zostały na język polski, raczej tylko wąskim kręgom znana jest proza kryminalna duetu Boileau-Narcejaca i prawdopodobnie więcej osób widziało słynny film „noir” „Widmo” George Clouzot z 1955 roku z Simone Signoret, Paulem Meurisse, Charlesem Vanel niż jego literacki pierwowzór „Diabolique”.
Na polskie ekrany nigdy nie dotarł film Philippe Agostini „Dialogi karmelitanek” według tekstu Georges Bernanos z 1960. Jego wymowa była zbyt ostentacyjnie religijna, by mógł trafić na państwowe ekrany w czasach Władysława Gomułki, a później jego data produkcji uległa „przeterminowaniu”.
Z kolei „Jules i Jim”, zarówno jako pierwowzór literacki w postaci powieści Henri-Pierre Roche, jak i jako adaptacja dokonana w 1962 roku przez Francois Truffaut był zbyt „wsobnie” „francuski” w swoim wyrafinowanym, koronkowym, spekulatywnym, literackim psychologizmie oderwanym od empirii życia, by zdobyć w Polsce więcej niż garstkę zainteresowanych krytyków i koneserów. Podobnie – „Zazie w metrze” Raymonda Queneau, pisarza zawsze „niszowego”, formalistę i eksperymentatora wyobraźni i języka którą przeniósł na ekran podobnie elitarny reżyser Louis Malle. Autorzy szkiców, literaturoznawcy i filmoznawcy analizują skrupulatnie relacje między pierwowzorami literackimi a ich adaptacjami pokazując jak zawiły jest proces przetwarzania powieści na scenariusz a następnie na filmowe kadry.
Towarzyszących temu zjawisk jest ogromna liczba, począwszy od tego, że choć „Upiór w Operze” Gastona Leroux był i jest bardzo, masowo wręcz popularną powieścią, która weszła do popkultury, to ani jednej z jej licznych adaptatorów na ekran nie uczynił tego w pełni zgodnie z pierwowzorem a z „Czerwonego i czarnego” powstała zarówno pełna ironii i umowności ekranizacja francuska Claude Autan-Lara (1947), bardzo „sieriozny” realistyczny film radziecki, jak i wręcz naturalistyczny serial.
Toteż najważniejsza chyba nauka z tej erudycyjnej książki jest taka, że ekranizacje literatury mogą być wszystkim i mogą nawet przewyższać pierwowzór atrakcyjnością, ale nigdy nie są jego zwykłym ekwiwalentem, lecz osobnym dziełem.
Upływu i metamorfoz czasu w ekranizacji „W poszukiwaniu…” Prousta nigdy nie płynie w czasie dwugodzinnej emisji tak, jak podczas wielomiesięcznej lektury siedmiu tomów dzieła.
„Od de Laclosa do Collarda. Adaptacje literatury francuskiej”, red. Alicja Helman, Patrycja Włodek, Fundacja Terytoria Książki, str. 271, ISBN 978-83-7908-038-0

Doktor Judym w spódnicy

Słynny lekarz Ludwik Rydygier mówił o niej z oburzeniem jako o „dziwadle kobiecie-lekarzu”. Anna Tomaszewicz była pierwszą Polką-lekarką, 15 kobietą na świecie, która uzyskała dyplom tej profesji. Urodziła się w Mławie,a dyplom lekarski „wystudiowała” w Zurichu, w tamtej epoce (lata siedemdziesiąte XIX wieku) było nie lada wyczynem. Jednak gdy wróciła do Polski, do Warszawy, nie została przyjęta z otwartymi ramionami.

Podobnie było w Petersburgu. Zainteresował się nią dopiero przebywający na Newą sułtan turecki z Omanu, który potrzebował opieki medycznej dla swojego haremu. W konsekwencji, choć szczególnie interesowała się neurologią i zdobyła doświadczenie w dziedzinie raczkującej metody EEG czyli badania bodźców elektrycznych w mózgu, zmuszona był zająć się głównie chorobami kobiecymi, ginekologia i położnictwem i w tej dziedzinie zdobyła największe doświadczenie, dzięki zajmowaniu się żonami sułtana. Po trzech latach tej praktyki powróciła do Warszawy i przy ulicy Twardej założyła gabinet dla ubogich pacjentek. Kilka lat później założyła przy ulicy Prostej przytułek położniczy, w którym nie tylko prowadziła praktykę, ale także wykształciła ponad trzysta akuszerek, pielęgniarek ginekologicznych a nawet lekarzy o specjalności ginekologicznej. Albena Grabowska napisała opartą na faktach opowieść o pierwszej dyplomowanej lekarce praktykującej na ziemiach polskich. Pokazała ją jako osobę utalentowaną, pełną zapału, pragnącą pomagać ludziom, mającą na koncie doskonale przyjęte przez środowisko publikacje naukowe. Chociaż Towarzystwo Lekarskie, do którego zgłosiła się niedługo po zakończeniu studiów, widziało w niej przede wszystkim kobietę. Anna jednak cały czas uparcie dążyła do celu i po to, by nostryfikować dyplom i w końcu móc pracować w zawodzie, gotowa była udać się do samego cara. Tymczasem w stołecznych domach i szpitalach szerzą się choroby powodowane przez wszechobecny brud i nieprzestrzeganie zasad higieny. Zalecenia Josepha Listera, inicjatora antyseptyki, nawet jeśli znane, były ignorowane i wykpiwane przez większość lekarzy i personel medyczny. Po przytułkach i kamienicach jak dziki ogień rozprzestrzeniała się gruźlica, a na salach operacyjnych wielu pacjentów umierało mimo udanych zabiegów. Żniwo zbierało też gorączkę połogową, an której plagę doktor Anna zwracała szczególną uwagę. W tkankę powieści Grabowska wplotła także historie postaci, które miały przełomowy wpływ na dzieje medycyny: Elizabeth Blackwell, Louisa Pasteura, Wilhelma Röntgena czy Charlesa Darwina.
Warto też wspomnieć o Ałbenie Grabowskuej, polskiej lekarce bułgarskiego pochodzenia, neurolożce z drugim stopniem specjalizacji i doktoratem. O dekady jest także autorką powieści dla dorosłych i dzieci. Z upodobaniem sięga po różne gatunki literackie. Napisała już książkę non-fiction „Tam, gdzie urodził się Orfeusz”, sagę rodzinną „Stulecie Winnych” , powieść kryminalną „Ostatnia chowa klucz”, książki przygodowe dla dzieci – cykl „Julek i Maja”, bajkę terapeutyczną „O małpce, która spadła z drzewa”, powieści psychologiczne „Coraz mniej olśnień”, „Lady M.”, „Lot nisko nad ziemią”, cykl powieściowy obejmujący romans, powieść awanturniczą oraz thriller szpiegowski: „Alicja w krainie czasów”, dystopię dla młodzieży „Nowy świat”, powieści obyczajowe „Kości proroka”, „Matki i córki” , a także cykl powieści z elementami historii medycyny „Uczniowie Hipokratesa: Doktor Bogumił”.
Albena Grabowska – „Doktor Anna”, Marginesy, Warszawa 2021, str. 500, ISBN 978-83-66863-32-3

Pop-antykapitalizm

“Nierówności społeczne nie są problemem” – choć takie i podobne tezy wciąż można usłyszeć z ust osobistości takich, jak ojciec chrzestny polskiego kapitalizmu, to za sprawą publikacji Piketty’ego, Stiglitza, Klein i wielu, wielu innych publicystów i publicystek świadomość społeczna na temat jednego z największych problemów XXI wieku rośnie.

Procesowi zdobywania wiedzy na temat współczesnej formy gospodarki wolnorynkowej od pewnego czasu towarzyszą filmy dokumentalne. Chętnie zapraszane do programów festiwalu w Sundance i TIFF produkcje pokroju Korporacji (2003), Inequality for All (2013) czy Dylematu społecznego (2020) często cieszą się wzmożoną popularnością zarówno ze strony mediów tradycyjnych, jak i drogą internetowego, marketingu szeptanego. Śmiało można rzec, że “potrzebny, ale stworzony z niechęcią” projekt Joela Bakana – Nowa korporacja (2020), w niczym nie ustępuje wcześniej wymienionym filmom.
Przed seansem Nowej korporacji warto przyjrzeć się czego tak naprawdę chcemy od niego uzyskać. Na nowe informacje dotyczące destrukcyjnej siły współczesnego kapitalizmu nie ma co liczyć. W przeciwieństwie do Dylematu społecznego, czy nawet pierwszej adaptacji Bakana – Korporacji – nie uświadczymy tutaj choćby namiastki śledztwa dziennikarskiego. Kanadyjski pisarz i twórca filmowy przygotował raczej coś w rodzaju zbiorowej publicystyki, w której gadające głowy kojarzone z anglojęzycznej prasy branżowej dzielą się swoimi przemyśleniami na temat otaczającego nas świata.
Bakan i współpracująca z nim na planie Jennifer Abbott podjęli również próbę demaskacji prawdziwych działań gigantów światowego rynku. Całość skupia się wokół jednego z najbardziej popularnych stwierdzeń-wytrychów, a mianowicie “społecznej odpowiedzialności biznesu”. Nowa korporacja w dosyć zgrabny sposób wydobywa z wypowiedzi m.in. byłego szefa British Petroleum podszytą ironię. Konfrontuje jego szlachetne zapowiedzi z nagraniami wycieku ropy naftowej do Zatoki Meksykańskiej, a następnie przekazuje głos publicystom ze zbyt dużą ilością samoopalacza na twarzy, by przekazali oni swoje (bardziej “woke”) spojrzenie na całą sprawę.
Na pochwałę zasługuje oddanie platformy prawdziwym działaczom społecznym, uprawiającym politykę w myśl starej maksymy francuskich sytuacjonistów – świat już został sfilmowany; teraz czas go zmienić. Niestety socjalistyczna członkini rady miasta Seattle, Kshama Sawant i Ada Colau – wywodząca się z ruchów lokatorskich burmistrzyni Barcelony, czasu ekranowego otrzymały, w porównaniu do dziennikarek i dziennikarzy, skandalicznie mało.
Jeśli ciekawi Was spojrzenie gadających głów na problemy współczesnego świata, to śmiało, włączcie Nową korporację. Pierwsza część tego filmu stanowi bowiem dosyć ciekawe podsumowanie tego, co opisywać spieszyły tęgie głowy mainstreamu nieortodoksyjnej ekonomii w ciągu ostatnich kilku lat. Można ten seans wykorzystać także jako pretekst do pośmiania się z zakłamania bogatych CEO, którzy najpierw, w Davos mówią jedno, a później, dążąc do maksymalizacji zysków, robią drugie.
Druga część filmu, która naturalnie, ma swoje dobre strony (jak m.in. zaprezentowanie sylwetek wymienionych wcześniej aktywistek), przypomina bardziej manifest światopoglądowy, aniżeli pełnoprawny dokument. Twórcy powierzchownie połączyli wątki i, zamiast skupiać się na działaniach korporacji, skręcają w przepełnioną syndromem polityki tożsamości, opowieść o przemocy policyjnej. Nie jestem zwolennikiem takiego “skakania” po tematach, zwłaszcza jeśli chodzi o sprawy tak złożone jak korporacyjne nadużycia.

Być jak Alicja

Jedną z pereł w bogatej koronie tegorocznej edycji Warszawy Singera był przedpremierowy pokaz filmu „Krafftówna w krainie czarów” i spotkanie z jego bohaterką.

Film obrósł już legendą, a to za sprawą kilkuletniej pracy nad jego realizacją, a czasem walki o jej ukończenie. Wciąż brakowało środków, ale nie brakowało determinacji jego twórcom. Remigiusz Grzela (scenariusz), Paweł Kowalewski i Piotr Konstantinow (reżyserzy) przejęli bowiem od aktorki jej determinację – jeśli coś postanowiła, musiała dopiąć swego. Barbara Krafftówna jest bowiem osobą energiczną, zdecydowaną i upartą. Niewielka wzrostem, ale wielka duchem. Jeżeli coś postanowi, wytknie sobie cel, to zwykle tak właśnie się staje.
Tak też się stało i tym razem. Powstał film, który trudno określić gatunkowo. Bo jest to film w pewnej mierze poetycki, na pewno kreacyjny, ale i dokumentalny jednocześnie. Nie dokumentuje jednak w sposób archiwalny choćby najważniejszych momentów artystycznej kariery Barbary Krafftówny, ale próbuje skupiać uwagę widza na pewnych węzłowych zdarzeniach i skojarzeniach. Buduje mosty między przemyśleniami Krafftówny, jej refleksjami o życiu i czasie minionym a wybranymi dokonaniami na wielkim i małym ekranie i, oczywiście, w ukochanym teatrze. Stąd cytowane w filmie sceny z legendarnego filmu Wojciecha Hasa „Jak być kochana”, w którym Krafftówna stworzyła wielką kreację, fragmenty piosenek z Kabaretu Starszych Panów, wyimek z telewizyjnej „Wizyty starszej pani” w reżyserii Jerzego Gruzy, w której mroziła jako Klara Zachanassian Henryka Borowskiego jako swego byłego ukochanego Illa, czy też zapisy ze spektaklu jubileuszowego w Teatrze Polonia, a nawet zakulisowe scenki zarejestrowane podczas ostatniego przedstawienia „Trzeba zabić starszą panią” w Och-Teatrze.
Ale są też cytowane fragmenty z wcześniejszego spektaklu jubileuszowego w Teatrze na Woli, „Oczu Brigitte Bardot” (2008), w którym partnerował aktorce Marian Kociniak. To była sztuka napisana na zamówienie Barbary Krafftówny, która już wcześniej (2006) obstalowała u Remigiusza Grzeli monodram „Błękitny diabeł”. Ten monodram w reżyserii Józefa Opalskiego nie przypadkiem ukazał się na afiszu Teatru Muzycznego w Gdyni. To właśnie w tym miejscu, gdzie kiedyś znajdowała się scena pod dyrekcją Galla, debiutowała aktorka (1946). Po upływie 60. lat wystąpiła tu z opowieścią o ostatnich latach życia Marleny Dietrich. Monodram oparty został na rozmowach Remigiusza Grzeli (Paryż, 2003-2005) z sekretarką Marleny Dietrich. Tak nawiązała się więź późniejszego scenarzysty filmu z legendą polskiego kina i teatru. Mówił o niej autor przed przygotowaną na 80. urodziny artystki premierą „Oczu Brigitte Bardot” – co z tego że zjechaną przez recenzentów, skoro burzliwie oklaskiwaną przez publiczność:
„Dla mnie Barbara Krafftówna nie ma wieku. Mówię zresztą, że obchodzi moją sztuką „zero ósme” urodziny. Chciałem więc napisać sztukę, która będzie traktowała o młodości, która się nie starzeje. Bohaterka, Anastazja R, ma więc 108 lat! Mimo to nie przestaje się zachwycać światem. Nie przestaje się rozwijać. Jest w niej potrzeba poznawania, oglądania, dobierania się do siebie poprzez świat, który poznaje. Można powiedzieć, że jest stara jak świat, ale czy mimo jej wieku świat przestał być świeży? I to jest jeden poziom tego tekstu. Pamiętałem oczywiście, że piszę tekst jubileuszowy. Chciałem więc związać z nim tematy obecne w biografii Barbary Krafftówny – życie, nie bez dramatów, teatr, który pozostawia życie po drugiej stronie rampy, i kino, które ożywa na ekranie i pozwala filmowi nieustannie zaczynać od nowa -jeśli oczywiście celuloidowa taśma nie wylądowała w zamkniętym na wieki archiwum”.
Wszystko to prawda. I to nie tylko prawda o bohaterce sztuki, ale o jubilatce wciąż ciekawej świata, chłonącej nowe wrażenia i błyskotliwie reagującej na wszystko to, co się wydarza. Tę niezwykłą żywotność, żywiołowość dostrzegli przed laty wybitni polscy recenzenci. Edward Csató pisał, że „ma ona w sobie organiczną «naturalną nienaturalność», zaczynając od głosu i ruchu, które czynią wrażenie, jak gdyby z baletową płynnością przepływały przez niewidoczne jakieś katarakty i przeszkody, poprzez spojrzenia, reakcje na słowa i zachowanie się partnerów, aż do umiejętności tworzenia wokół siebie niesamowitością trącącej aury psychicznej”. Jan Kott, po premierze „Iwony, księżniczki Burgunda” (1958, reż, Halina Mikołajska) notował: „Krafftówna w roli Iwony była doskonała; limfatyczna, przewrotna i tak drażniąca, że sam miałem ochotę ją zabić. Rzeczywiście istniała, prowokowała swoją nieokreślonością”. A Maria Czanerle w sylwetce aktorki „Clownada Barbary Krafftówny” (w książce: Maria Czanerle, „Panie i panowie teatru”, Kraków 1977, s. 42-50) wspominała: „Pewnie przez ów wdzięk naiwności stała się też Krafftówna wymarzoną bohaterką najweselszej i najstarszej komedii – komedii dell’arte. Jej Zerzabella w „Paradach” Potockiego (1958) i „Księżniczka Turandot” Gozziego (1959) były popisem radości czystej, jeszcze niezaćmionej „egzystencjalną” mgiełką. Wrażenie arlekinady czy swojskiego zawadiactwa towarzyszyły prawie wszystkim jej rolom”.
Krafftówna wiedziała, „jak być kochana”. Od zawsze towarzyszył jej podziw dla warsztatowego kunsztu i czegoś więcej, co tak świetnie uchwycili twórcy filmu w jego tytule. Tytuł ten po prawdzie zawdzięczają wcześniejszej, a dodać trzeba: znakomitej książce, tak samo nazwanej, złożonej z rozmów z Barbarą Krafftówną, które prowadził Remigiusz Grzela. A z kolei rozmówcy odwołali się w tym tytule do ważnego spektaklu w artystycznej biografii aktorski, czyli do „Alicji” na podstawie powieści Lewisa Carrolla „Alicja w krainie czarów” i „Alicja po drugiej stronie lustra” w tłumaczeniu Macieja Słomczyńskiego, ze scenariuszem Pawła Miśkiewicza i Doroty Stajewskiej, którą w Teatrze Dramatycznym m.st. Warszawy wyreżyserował Paweł Miśkiewicz (2008).
To był niezwykły spektakl, w którym widzom ukazywała się scena głęboka, wydłużona niczym tunel. Przypominała modny klubowy bar albo wagon kolejowy. Na przedzie w fotelu tkwiła Alicja (wyśmienita Barbara Krafftówna), a na oparciu fotela jej młodsze alter ego (Klara Bielawka, ówczesna absolwentka szkoły teatralnej w Krakowie). Długo nic się nie działo. Nagle w tyle sceny otwierały się rozsuwane przeszklone drzwi – pojawiała się konduktorka i zarządzała: Bilety do kontroli. Alicja nie akceptowała zastanej sytuacji, opierała się, próbowała racjonalizować. Ale w świecie stworzonym przez Lewisa Carrolla, w jego sennym marzeniu-koszmarze wszystko było opak i przeglądało się w absurdalnie wykoślawionym zwierciadle. Niby przeciwna strona lustra, a jednak coś więcej – podróż w głąb mrocznego ja, własnych niepokojów. Dlatego w przedstawieniu Miśkiewicza były dwie Alicje: ta starsza przyglądała się młodszej, choć tak naprawdę nie wiedziała, z czasem wiedziała coraz mniej, czy ona to ona i traciła poczucie realności. Maciej Słomczyński dawno temu odkrył surrealistyczne, wieloznaczne dno opowieści o Alicji. Przedstawienie Miśkiewicza szło w tę samą stronę. Utrzymane w somnambulicznym rytmie, zagadkowe, chwilami groteskowo zabawne, z pełnymi dwuznacznej perwersji piosenkami, a przede wszystkim nieustanną grą między postaciami niepewnymi własnej tożsamości.
Ta właśnie atmosfera zagadkowej niepewności towarzyszyła widzom filmu o Krafftównie. Jej głęboko zamyślone oczy, tajemnica skojarzeń i wspomnień, niedopowiedzenia i niebywała wola tworzenia, pozostawiania po sobie śladów, budziły niepokój.
Mimo tych niejasności przeziera jednak z obrazu Kowalewskiego/ Konstantinowa odpowiedź na pytanie: co trzeba czynić, aby stać się Alicją? Krafftówna na takie i podobne pytania, wciąż ma tę samą odpowiedź: trzeba być perfekcyjnie przygotowaną. Tajemnicą aktora jest warsztat. Stąd okazywana przez aktorkę wdzięczność nauczycielom, a przede wszystkim do Iwo Gallowi, w którego kręgu dojrzewała: „Gall przygotował mnie do zawodu – zwierzała się Justynie Hoffman w rozmowie publikowanej w magazynie internetowym „Yorick” – i kształtował moją duszę w sposób niesłychanie subtelny. Debiutowałam w wieku 18 lat, w sztuce Tadeusza Gajcego „Homer i Orchidea”. Wtedy Gdańsk to było sprzątanie gruzów, budowanie wszystkiego od początku, powstawanie ze zgliszcz wojennych. Byliśmy młodzi, mieliśmy entuzjazm i pasję. Pod opieką Galla nie tylko graliśmy i rozwijaliśmy się artystycznie, ale i wykonywaliśmy wszystkie prace pomocnicze w teatrze; byliśmy inspicjentami, suflerami, rekwizytorami, fryzjerami i garderobianymi. Gall uczył nas miłości, pokory, skromności i poszanowania teatru. I warsztatu, warsztatu, warsztatu”.
Oto tajemnica Barbary Krafftówny. Oto jej kraina czarów.

Złote myśli Witolda Modzelewskiego

„Nikt o zdrowych zmysłach nie rozumie, dlacze­go istotna część polskiej klasy politycznej i mediów z uporem godnym lepszej sprawy głosi na co dzień obowiązek nienawiści do Rosji i wszystkiego, co ro­syjskie. Stanowi to unikatowy przypadek nie tylko we współczesnym świecie, lecz również w naszej polskiej przeszłości”.

W ubiegłym, 2020 roku, ukazała się kolejna książka profesora Witolda Modzelewskiego z serii „Polska-Rosja” – z podtytułem: „Cud nad Wisłą – zwycięstwo zapowiadające katastrofę”. Jest to zbiór prawie pół setki felietonów dotyczących relacji polsko-rosyjskich w szerokim diapazonie czasowym – od wieku XIX po współczesność. Na ponad trzystu stronach książki Autor odnosi się do wielu aspektów relacji z naszym wschodnim sąsiadem. Politycznych, kulturowych i gospodarczych. Nowatorsko podchodzi do procesów historycznych wyjaśniając przyczyny konfliktów między naszymi narodami, upatrując je w grze interesów także narodów trzecich i obcych mocarstw – Anglii, Niemiec, Francji, USA, Turcji i innych. Analizuje przyczyny rusofobii w Polsce i wyjaśnia, jakie kraje stymulują ją po dziś dzień. Polska i Rosja nie mają wobec siebie żadnych roszczeń (terytorialnych ani finansowych), nasze gospodarki idealnie się uzupełniają, my moglibyśmy wysyłać tam ogromne ilości artykułów spożywczych i przemysłowych, jak to było w przeszłości – nabywając bezpośrednio i z bliskiej odległość rurociągami surowce, szczególnie te najbardziej strategiczne: gaz i ropę. Tylko czy wpisuje się to w niemiecki plan Mitteleuropy? Niemcy wolą sami nabywać rosyjskie surowce, odsprzedając je ze swoim zyskiem Polsce. A nasz kraj ma być rynkiem zbytu niemieckiego przemysłu maszynowego, źródłem taniej siły roboczej. Inne cele sponsorowania rusofobii w Polsce mają Stany Zjednoczone: im zależy na sprzedaży uzbrojenia do Polski, jak największych ilości samolotów, czołgów, rakiet itp. – bo na uzbrojeniu zarabia się najwięcej. A po to, by Polacy nabywali ogromne ilości broni w USA – muszą być zastraszani „rosyjskim agresorem”, który chce Polsce odebrać Hajnówkę i Supraśl.
Profesor Modzelewski wiele uwagi poświęca także krajom postradzieckim, które w przeszłości należały do Rzeczypospolitej. Analizuje w ciekawy sposób stosunek tych krajów, ich ludności i władz zarówno do Polski – jak i Rosji.
Książkę tę czytałem z ołówkiem w ręku. Jest ona bowiem pełna „złotych myśli”, bardzo celnych sformułowań, wniosków. Zebrałem je w całość, pogrupowałem – i zamiast opisywać – pozwolę sobie te cytaty zamieścić poniżej. Wybrałem je subiektywnie z różnych części książki, zupełnie nie kierując się kolejnością ich „wystąpienia”. I jestem przekonany, że po zapoznaniu się z tymi perełkami sięgniecie Państwo zarówno po tę pozycję, jak i poprzednie oraz kolejne z serii „Polska-Rosja” profesora Witolda Modzelewskiego.
Zapraszam zatem do lektury, a poniżej zebrane przeze mnie „złote myśli” Autora:
„Nikt o zdrowych zmysłach nie rozumie, dlacze­go istotna część polskiej klasy politycznej i mediów z uporem godnym lepszej sprawy głosi na co dzień obowiązek nienawiści do Rosji i wszystkiego, co ro­syjskie. Stanowi to unikatowy przypadek nie tylko we współczesnym świecie, lecz również w naszej polskiej przeszłości”. (…)
(Po I wojnie) prowadzili­śmy beznadziejny i ostatecznie przegrany spór o ziemie położone między etniczną Polską a historycz­ną Rosją, czyli – jak kto woli – o „Kresy Wschodnie” albo o Białoruś, Ukrainę i Litwę, co mogło uzasadniać wzajemną niechęć lub wrogość. Dziś ten problem jest tylko zamkniętą raz na zawsze przeszłością, obie strony tego sporu przegrały go na rzecz nowych państw, które z istoty są zarówno antypolskie, jak i antyrosyjskie, ale jednocześnie są zaspokojone w swoich ambicjach terytorialnych. Co je łączy? Tylko jedno: obawa przed rewizjonizmem politycznym, a nawet terytorialnym dwóch (a nie tylko jednego) są­siadów – ze wschodu i zachodu, czyli również na­szych, o czym nie chcemy mówić.
Po co więc zużywamy się w bezsensownej nar­racji antyrosyjskiej i pilnujemy, aby nikt nie skorzystał z prawa do zdania odrębnego? Odpowiedź jest tylko jedna: komuś jest to potrzebne i ma ogromny wpływ na naszą oficjalną ideologię oraz jej przekaz. Aby go zidentyfikować, trzeba zrozumieć polski interes ge­ostrategiczny ostatnich dwustu lat. Faktyczną niepod­ległość uzyskuje się wtedy, gdy jest się państwem bogatym, silnym ekonomicznie i niezależnym gospo­darczo. Raz w historii udało się nam wejść na wyżyny światowego rozwoju – były to czasy ostatniego pięć­dziesięciolecia Kongresówki (lata 1865–1914), gdy rozwijał się w nieznanej w ówczesnych (i później­szych) czasach skali prywatny przemysł, a rosyjski rynek zbytu uczynił nas jednym z najbogatszych re­gionów świata. To wtedy wybudowano na tzw. suro­wym korzeniu wielkie miasta, setki tysięcy nowych budynków, w tym wiele bogatych kamienic i tysiące fabryk, tworzących istniejącą do dziś tkankę miejską centralnej Polski. (…)
Rozwój przemysłu, bezprecedensowy wzrost bogactwa i urbanizacja szły w parze z eksplozją de­mograficzną, co wzbudziło strach u polityków berliń­skich. (…)
W ciągu ostatnich trzydziestu lat mógłby się powtórzyć fenomen rozwoju polskiego przemysłu, bo nie ma już Związku Radzieckiego, rynek rosyjski jest chłonny, a polski przemysł mógłby osiągnąć taki sukces jak przed ponad stu laty mimo zniszczeń spo­wodowanych przez tzw. reformy Balcerowicza. Bo­gactwo daje siłę i niezależność. Byłoby to jednak sprzeczne z wizją naszego miejsca w Mitteleuropie jako nieważnego zaplecza, podporządkowanego in­teresom niemieckiej gospodarki. Trzeba więc cały czas psuć relacje polityczne między Polską a Rosją, odstra­szać polskich eksporterów od tego rynku, bo stanowi on dużo korzystniejszą alternatywę wobec roli pod­wykonawcy niemieckich zleceń. Stąd brednie o „ro­syjskiej agresji”, stanie „wojny hybrydowej”, w któ­rym (jakoby) jesteśmy z Rosją. Biznes nie lubi poli­tycznych kłótni. Na czyjeś (czyje?) życzenie wyelimi­nowano nas z tego rynku (nawet owoców), a jednocześnie pozostaliśmy odbiorcą rosyjskich surow­ców (ropy naftowej, gazu ziemnego, a ostatnio rów­nież węgla).
Ktoś dużo zainwestował w naszą rusofobię i jest to zapewne dla niego bardzo opłacalne. Pytaniem, na które nie znam odpowiedzi, jest to, kto tu odgrywa rolę pożytecznego idioty, a kto jest świadomym wy­konawcą tego zadania.
(…) Zrodził się polski, ale czy „prawdziwy kapitalizm”? Dopóki będzie otoczony przez zagraniczne i w większości wrogie „insty­tucje finansowe”, a zwłaszcza banki, będzie to bardzo trudne. Jedyną naszą wielką szansą było zdobycie rynków wschodnich, a przede wszystkim rosyjskiego, bo na zachodnim nikt nie pozwoli nam urosnąć do zbyt dużych rozmiarów. To wtedy nasi „partnerzy strategiczni” narzucili nam antyrosyjską retorykę i udział w sankcjach ekonomicznych, które na wiele lat wyeliminowały nas z tamtego rynku.
Nasz kapitalizm nie jest „okropny”, tylko zależ­ny. Gdy miejscowi, tzw. „nietransformacyjni” kapita­liści dostatecznie się wzbogacą, a państwo na rozkaz „zagranicznych inwestorów” nie będzie ich niszczyć, to mamy szansę wybić się na niepodległość i zakoń­czyć okres postkolonialny. Kapitalizm bez kapitału jest ustrojem patologicznym.
Zacznijmy od języka („narracji”), którym posłu­guje się polska polityka wschodnia. Jest to wrogi, podniecony język, wypełniony bez przerwy ostrzeżeniami przed „rosyjską agresją” lub „zagroże­niem rosyjskim”. Nie ma w nim czegokolwiek, co zasługiwałoby na miano tradycyjnie pojmowanej „polityki” w realiach międzynarodowych. Nie wia­domo również, do kogo adresowane są oświadczenia o „rosyjskim zagrożeniu”, „groźbie wojny hybrydo­wej”, „zielonych ludzikach” i „agresywnych zamia­rach Putina”. Mam wrażenie, że wszystkie te słowa służą tylko temu, aby je wypowiedzieć, i nie sięgajmy wyobraźnią dalej, a przede wszystkim nie wiemy, jaki mają wywołać skutek. Chyba jest on zupełnie nieważ­ny. Nie oczekujemy reakcji, akceptacji, a nawet pole­miki. Powiedzieliśmy swoje i już. Przyjęliśmy rolę osamotnionej Kasandry, której zupełnie nie obchodzi to, czy ktoś w ogóle słucha jej głosu.
Jeżeli dobrze rozumiem wizję nieszczęść, które czekają ten region świata, to namalowano ją w sposób następujący:
− Rosja po „agresji na Gruzję”, „aneksji Krymu” i „wschodniej Ukrainy” nie zatrzyma się w swoich apetytach, przez co zagraża (czym? Kolejną aneksją?) państwom bałtyckim, a nawet Polsce;
− my „nie oddamy ani guzika”, musimy budować swój arsenał, kupując od Stanów Zjednoczonych drogie uzbrojenie, a przede wszystkim umac­niać „wschodnią flankę NATO” (przeciw Rosji);
− sami nie umiemy się obronić (dlaczego?), ko­nieczne jest więc wprowadzenie na nasze tery­torium obcych wojsk, dlatego zabiegamy usilnie o stałą obecność wojsk państw NATO, najlepiej amerykańskich i brytyjskich, a nawet niemiec­kich, choć one już są obecne na naszych poligo­nach i trwale stacjonują na terytorium państw bałtyckich, co w świadomości (większości) Po­laków rodzi raczej złe skojarzenia;
− naszą rolą jest „mobilizowanie” światowej opi­nii publicznej przeciwko „rosyjskiemu zagroże­niu”, nieustawanie w wysiłkach (słownych) i epatowanie (bezskuteczne) o antyrosyjską soli­darność państw tego regionu.
(…) Zapominamy również, że w świadomości poli­tycznej nowych państw powstałych na wschód i północ od naszej wschodniej granicy, jesteśmy by­łym… agresorem (podobnie jak Rosja i Związek Ra­dziecki), którego poparcie dla ich niepodległościo­wych ambicji brzmi zupełnie niewiarygodnie. Ciągle jesteśmy skrycie podejrzewani o chęć powrotu na „ich” terytorium oraz zgłoszenia roszczeń terytorial­nych i majątkowych („walka o Kresy Wschodnie”). Z perspektywy Wilna czy Kijowa nasze bezwarunko­we wsparcie dla niepodległości tych państw jest czymś wręcz podejrzanym, dlatego że są to państwa ze swej istoty antypolskie, bo przecież nikt o zdrowych zmy­słach nie może w Polsce popierać ich niepodległościo­wych aspiracji. Największe obawy budzi powtórka pokoju ryskiego, czyli dogadanie się Polski z bolsze­wikami (tzw. czerwoną Rosją) i podział stref wpły­wów w tym regionie świata między dwóch najwięk­szych graczy. Państwa te nie chcą mieć z Polską nic do czynienia i obawiają się, że nad ich głowami Warszawa ugada się z Moskwą. Inaczej mówiąc, jak słusznie zauważyli polscy politycy przed stu laty, tylko bolszewicy mogą najwięcej dać na wschodzie, bo wszystkie nowo niepodległe państwa między Pol­ską a Rosją są obiektywnie równie antypolskie, co antyrosyjskie.
Chyba nie istnieje także jakaś koncepcja polity­ki gospodarczej naszego kraju w stosunku do państw tego regionu. Wiemy tylko, że:
− mamy uniezależnić się od dostaw gazu z Rosji (ale już nie od dostaw ropy naftowej);
− ma powstać Via Carpatia, która połączy bałtyc­kie porty Litwy i Łotwy z południowo-wschod­nią Europą, czyli kosztem naszych bałtyckich interesów (jakiś nonsens);
− konsekwentnie likwidujemy obecność naszych towarów i firm na rynku rosyjskim poprzez nakładanie na naszych eksporterów sankcji wywozowych;
− poparcie polityczne dla pomajdanowej Ukrainy idzie w parze z utratą ukraińskich rynków;
− tolerujemy, a nawet wspieramy import rosyj­skiego węgla.
− należy uzasadnić złe relacje z danym państwem (czyli z Rosją) jakąś „racjonalną koniecznością”, każde zaś odstępstwo, a nawet wątpliwość co do prawdziwości tej tezy muszą być utożsamia­ne ze „ZDRADĄ” lub podejrzeniem roli „AGENTA WPŁYWU”;
− obywatele naszego kraju mają być przekonani, że narzucany obraz relacji z danymi państwami jest zgodny z ich interesami, i nawet gdy pono­szą z tego tytułu realne, widoczne gołym okiem szkody (np. utrata rynków zbytu dla producen­tów jabłek), to mają się z tym potulnie godzić, bo przecież „NIEPODLEGŁOŚĆ MA CENĘ, KTÓRĄ WARTO ZAPŁACIĆ”;
− beneficjanci tych działań profitują sobie ich koszt w postaci legalnej lub kryptolegalnej grabieży naszego majątku lub odebrania nam dochodów, np. w wyniku sprzedaży (za ciężkie pieniądze) uzbrojenia, które ma nas chronić przed „ROSYJ­SKĄ AGRESJĄ”.
Oczywiście domyślamy się, że większość anty­rosyjskiego jazgotu w naszych (?) mediach służy temu celowi, bo od ponad dwustu lat najpierw Prusy, a potem „Wielkie” Niemcy ogłupiały w tym duchu Polaków, gdyż konflikt polsko-rosyjski był, jest i bę­dzie celem strategicznym polityki naszego zachod­niego sąsiada.
Nie bardzo rozumiem, skąd się bierze publicz­nie wyrażany strach przed rzekomą agresją. Najczę­ściej stawiana jest teza, że idzie o lobbing firm amerykańskich, które chcą nam sprzedać produkowany przez siebie sprzęt wojskowy. Obywatele mogą przecież zadać pytanie (i pytają), po co mamy dać zarobić kilku wielkim koncernom, których obroty są zapewne większe od polskiego budżetu, np. kupując za grube miliardy złotych samoloty wojskowe. Prze­cież nas na to obiektywnie nie stać. Warto przeliczyć, o ile wzrosłyby świadczenia społeczne, o ile bylibyśmy bogatsi, gdyby te pieniądze zostały w kraju. Trzeba więc nas straszyć wyimaginowaną agresją rosyjską, aby pozwolić politykom kupić kilkanaście nowych zabawek.
Jest także inne, zapewne równie prawdziwe wytłumaczenie tego fenomenu. Od ponad dwustu lat w geopolitycznym interesie wielu państw jest stały konflikt polsko-rosyjski, a w latach 1944–1989 – pol­sko-sowiecki, przy czym właśnie my mamy być sta­łym inicjatorem złych relacji między naszymi pań­stwami. Przykładów jest tak dużo, że nie muszę ich przypominać. Wskażę tylko, w czyim interesie był wybuch Powstania Listopadowego (Francji), istnienie „rządów socjalistycznych” w Kongresówce (Niemiec) oraz działanie tzw. opozycji antykomunistycznej w latach Polski Ludowej (Niemiec i Stanów Zjednoczo­nych). Istotą tej koncepcji jest antyrosyjska lub anty­sowiecka dywersja, której sprawcą i ofiarą mają być właśnie Polacy. Rosja, a później Związek Sowiecki miały mieć stałe kłopoty właśnie na głównej osi stra­tegicznej wschód-zachód, miały się uwikłać w bez­sensowny konflikt, miała popłynąć „rzeka krwi” (oczywiście głównie polskiej), co wywołać miało nierozwiązywalny problem tych dwóch państw i narodów. Taki „kocioł bałkański”, tylko bardziej na północ. Dla autorów tej koncepcji przynosi ona same korzyści:
– osłabia pozycję międzynarodową Rosji (przej­ściowo Związku Sowieckiego), a osłabienie mocarstwa jest już sukcesem;
– można by było zaoferować pomoc w rozwiąza­niu „problemu polskiego”, a za to coś utargować od Rosji (Związku Sowieckiego);
– konflikt ten uniemożliwia najgroźniejszy dla wszystkich ważnych potęg europejskich sojusz polsko-rosyjski, którego obiektywnie boją się nie tylko Niemcy, ale i wszystkie państwa Eu­ropy;
– zimna i gorąca wojna polsko-rosyjska unicestwia wszystkie idee panslawistyczne, jednoczące tę część świata. (…)
Wniosek jest tylko jeden: nie bądźmy „poetami w polityce” (określenie Ottona von Bismarcka) i nie dajmy sobie narzucić roli antyrosyjskiego dywersan­ta nie swoich interesów.
Czy ktoś, kto przyjmuje rolę eksperta do spraw stosunków polsko-rosyjskich, nie wie, że nasz histo­ryczny spór z Rosją o ziemie trzech zaborów rosyjskich z lat 1773–1796 ostatecznie i definitywnie przegrali­śmy właśnie dlatego, że chcieliśmy zniszczyć prze­ciwnika, a niewiele brakowało, że to on zniszczyłby nas? Koszt naszej polityki wschodniej w ostatnim stuleciu, którą prowadziły tzw. siły niepodległościowe (czyli antyrosyjskie), był wręcz niewyobrażalny. Prze­graliśmy wszystko, co można było przegrać, wyho­dowaliśmy nowych, mniejszych wrogów, którzy przejęli od Związku Radzieckiego resztki naszego dziedzictwa, a my „przy okazji” byliśmy grabieni przez tych, którzy zawsze umacniali nas w antyrosyj­skich fobiach.
W interesie Polski i wszystkich (bez wyjątku) obywateli polskich oraz cudzoziemców mieszkających tutaj jest pokój, demokracja, rozwój ekonomiczny oraz stabilizacja polityczna i społeczna naszego kraju, któ­ry jest i długo będzie „na dorobku”, bo musi wyjść z biedy i degradacji zafundowanej nam nie tylko na początku tej epoki (ukłony dla twórcy „radykalnej transformacji”). Aby to osiągnąć, nie powinniśmy z nikim toczyć ani gorącej, ani nawet zimnej wojny, nie możemy prowadzić wrogiej polityki wobec kogokol­wiek, zwłaszcza wobec tych, którzy nie zgłaszają ja­kichkolwiek roszczeń do majątku naszego państwa czy jego obywateli. Rosja nie ma wobec nas roszczeń ekonomicznych i majątkowych, nie posiada w Polsce mniejszości narodowej, nie istnieje nawet partia poli­tyczna, którą można by nazwać prorosyjską – wszyst­kie są proniemieckie lub proamerykańskie, lub nie mają żadnego znaczenia. Nie mamy również sprzecz­nych interesów ekonomicznych i nic nam nie wiado­mo, aby istniał w Moskwie jakiś wrogi plan wobec Polski. Dlaczego więc szkodzimy sobie, hodując ko­lejnego wroga?
Doktryna (o manichejskim podziale między złą Rosją a dobrą Polską) jest nie tylko ahistoryczna, nie­zgodna z faktami i głupia – lecz przede wszystkim szkodliwa gospodarczo i politycz­nie. Co szczególnie istotne – powoduje ona izolację polityczną i osłabienie nas w relacjach z każdym państwem, które może ponad naszymi głowami się dogadać, oczywiście również naszym kosztem, wła­śnie z Rosją”.
Mam nadzieję, że powyższe wybrane fragmenty zachęciły Państwa do lektury książki Witolda Modzelewskiego pt. „Polska – Rosja. Cud nad Wisłą”, celnie i dokładnie analizującej źródła nakręcanej w Polsce rusofobii oraz stan relacji polsko-rosyjskich. Zachęcam także do zapoznania się z poprzednimi i kolejnymi książkami Autora serii „Polska-Rosja”.

Autor napisał książkę „Jak budowaliśmy Rosję” – do nabycia w księgarniach i Internecie.

Baśń o Polsce jednobarwnej

„Wiele wspaniałych postaci z naszej historii, dawniejszej i najnowszej, przewija się na kartach tej księgi – typowej dla Bohdana Urbankowskiego kolejnej kapitalnej syntezy naszych dziejów – czytamy w nocie edytorskiej wydawnictwa „Biały Kruk” – Są wśród nich: najpopularniejszy w Europie poeta polskiego baroku (kto dziś o nim wie?) cny Sarmata Maciej Kazimierz Sarbiewski, artyści, myśliciele, działacze i wielcy wodzowie jak Chodkiewicz, Żółkiewski, Kościuszko, aż po Piłsudskiego.

Iluż tu wspaniałych bohaterów, którzy wykazują się na wielu polach – walki, sztuki i intelektu. Byłby to obraz nad wyraz budujący, gdyby pomiędzy bohaterami chyłkiem nie przemykali zdrajcy.
Ci ostatni są dla nas ostrzeżeniem, tym bardziej że nie brakuje ich również w III RP. Dziś nawet jakby więcej ich było niż dawniej – czego Autor nie omieszkał wyakcentować.
Bohdan Urbankowski znany jest z patriotyzmu, ogromnej erudycji, błyskotliwych myśli i ciętych sformułowań. Wiedzę historyczną wiąże z refleksją filozofa, pisząc barwnym, wyrazistym językiem. Nie lubi lukrowanek, jasno nazywa rzeczy po imieniu. Bezbłędnie potrafi oddzielić bohaterów od zdrajców, nie myląc przy tym, broń Boże, opartych na Dekalogu pojęć i wartości.
Nie inaczej jest i w tej książce, będącej kontynuacją „Gniazda polskiego”, które jako pierwsze ukazało się w ramach serii „Wspólna pamięć narodu”.
Autor rozprawia się z kłamliwymi narracjami kształtującymi dzisiejszą wiedzę (tudzież niewiedzę) historyczną współczesnych ludzi żyjących w nowoczesnej wieży Babel.
Takie mamy czasy, że nawet w szkołach dokonuje się przekłamań, zamieniając dowolnie role bohaterów i zdrajców. Ta książka prostuje wiele spraw, w tym pomaga zrozumieć, na czym polega bohaterstwo i jak perfidna potrafi być zdrada. Bohdan Urbankowski wydobywa na światło dzienne dorobek polskiej myśli społecznej, politycznej i filozoficznej oraz jej wkład w wielkie europejskie dziedzictwo.
Ustala przyczyny kłopotów niektórych nowoczesnych Polaków z chrześcijańską tożsamością swego narodu. „Bohaterowie i zdrajcy” to bardzo pomocna lektura w zrozumieniu dzisiejszych kłamliwych medialnych narracji. Polska jawi się nam na kartach tej książki jako obiekt troski (przykłady zdrad), ale przede wszystkim jako powód do dumy (dowody bohaterstwa). Kapitalna wprost szata graficzna potęguje siłę przekazu”.
Pracę Bohdana Urbankowskiego rzeczywiście czyta się z zainteresowaniem, bo napisana jest dobrą polszczyzną, potoczyście. Z tej lektury będą jednak zadowoleni przede wszystkim zwolennicy pewnej jednostronnej koncepcji historii Polski.
Nie jest to bowiem zobiektywizowana synteza dziejów kraju, lecz jej obraz wybiórczy, skomponowany z apologetycznych pozycji nacjonalistyczno-katolickich, a przy tym raczej publicystyczny, pamfletowy niż naukowy.
To wyidealizowana wizja Polski tyrtejskiej, rycerstwa, szlachty, czynów zbrojnych, zwycięstw i „pięknych” klęsk. To co złe w polskich dziejach, to jedynie garstka zdrajców „sprzedających ojczyznę za judaszowe srebrniki”. Poza tym sama wspaniałość i szlachetność narodu.
Brak nawet odniesienia do wielowiekowego ucisku i brutalnej kolonizacji chłopów przez szlachtę, brak nurtu socjalistycznego i lewicowego (który potrafił jednak docenić pobratymca ideowy Urbankowskiego, Bohdan Cywiński w swoich „Rodowodach niepokornych”), którego ocena sprowadzona jest do inwektyw ideologicznych.
Dużo za to nienawiści nie tylko do PRL, ale do socjalizmu, lewicowości i postępowości. Ulubiony bohater Urbankowskiego pokazany jako iemal święty, bez csłego skomplikowania tej postaci.
Do tego sporo nawiązań („wycieczek”) pod adresem nielubianych przez Urbankowskiego współczesnych sił lewicowo-liberalnych.
Reasumując, lektura jako taka rzeczywiście atrakcyjna, ale raczej jako lekcja poglądowa, w jaki sposób prawica polska zaprzęga historię do służby ideologicznej. PRL mogłaby się od niej uczyć.
Bohdan Urbankowski – „Bohaterowie i zdrajcy”, Biały Kruk, Kraków 2021, str. 599, ISBN 978-83-7553-315-6

Pamiętniki polskiej inteligentki

Przed dwoma laty przedstawiłem pierwszy tom wspomnień Zofii z Odrowąż-Pieniążków Skąpskiej, opatrzony podtytułem „Wspomnienia galicyjskie” Odebrałem je jako bezcenny dokument pamiętnikarski życia polskiej inteligentki pochodzenia szlacheckiego, ukazanego na bogatym tle rzeczywistość czasów, w których przyszło jej żyć. Niedawno ukazał się tom drugi jej wspomnień.

Przypomnijmy – Zofia Skąpska urodziła się 24 maja 1881 r. w Kaliszu, zmarła 14 sierpnia 1961 r. w Krakowie. Dzieciństwo spędziła w majątku Goszczyno i Krakowie, gdzie odebrała staranne wykształcenie (…) Napisała (…) wspomnienia, których, być może niezamierzonym przez Autorkę walorem, jest przedstawienie, poprzez koleje życia swojej rodziny, historii kraju i ukazanie uniwersalizmu losów narodu i kilku pokoleń inteligencji polskiej. W tomie drugim autorka przenosi nas teraz na Pomorze, gdzie w odrodzonej Polsce toczą się dalsze losy jej i najbliższych. Tłem są zarówno ważne wydarzenia o randze narodowej, jak i drobne, lecz barwne przypadki życia spędzanego na prowincji. Druga część tomu to zapis dramatycznych przeżyć rodziny podczas II wojny światowej i okupacji. W tym czasie autorka żyła w podkrakowskim majątku Hebdów.
Wiesław Myśliwski napisał, że „pisarstwo Zofii Skąpskiej nabiera w tym tomie dodatkowych rumieńców, a historia Jej życia i życia Jej rodziny to niemal gotowy scenariusz na film czy serial obyczajowo-przygodowy. Barwne, soczyste postaci, zaskakujące losy bohaterów, a życie Autorki bogate w dramatyczne i zaskakujące zdarzenia…”
„Po drugi tom wspomnień Zofii Skąpskiej sięgnąłem pełen uznania dla wartkości narracji i zdolności obserwacji Autorki, co zapamiętałem z tomu pierwszego – napisał Józef Hen – Historia jednej rodziny osnuta wokół historycznych przeżyć całego kraju to opowieść niemal uniwersalna o losie Polski i Polaków pierwszej połowy XX wieku. Bogate, ociekające faktami i zaskakującymi koligacjami przypisy stanowią dodatkowe tło opowieści, układają się w osobną, równoległą narrację o Polsce, której już nie ma”.
„Nostalgia za rodzinną Sądecczyzną konfrontuje się w drugim tomie wspomnień Zofii Skąpskiej z trudem rozpoczynania nowego życia na Pomorzu, w którym wszystko jest inne: pejzaże, ziemia, zapachy, ludzie, obyczaje. Drugi tom wspomnień Zofii Skąpskiej jest fascynującym zapisem niełatwej akceptacji tej inności i stworzenia w nowym miejscu swojej małej ojczyzny na dwie międzywojenne dekady” – tymi słowami polecił lekturę wspomnień Eustachy Rylski.
Rafał Skąpski, wnuk autorki, a zarazem inicjator i pierwszy redaktor edycji napisał: „Matkę mego Ojca widziałem nie więcej niż dwa, trzy razy w życiu. Miałem wówczas lat kilka, Babcia odpowiednio więcej… Była więc osobą mało mi znaną i emocjonalnie dość odległą; tak poukładały się rodzinne losy. Ale wszystko się odmieniło, gdy okazało się, iż w zasadzie bez większego trudu potrafię odczytać dość specyficzny, zawiły charakter Jej pisma. A było co czytać i przepisywać; pozostawiła dwadzieścia jeden stukartkowych zeszytów zapisanych gęsto, trudno czytelnym pismem. Wspomnień obejmujących osiemdziesiąt lat życia, niemal dzień po dniu notowanych. Przepisując rękopis poznawałem nieznaną mi wcześniej Babcię, lepiej niż gdybym spędził z nią dzieciństwo. Poznawałem Jej myśli, marzenia i poglądy. Stawała mi się coraz bliższa z każdą przeczytaną i przepisaną stronicą. Dowiadywałem się o Jej dniu powszednim, o zajęciach domowych, dzieciństwie mego Ojca i jego rodzeństwa, o Jej pasjach społecznych, zamiłowaniach artystycznych, współpracy z prasą początkowo lwowską, później sądecką, krakowską, pomorską”. Piszącemu te słowa nie pozostaje nic innego jak przyłączyć się do tych opinii. Naprawdę frapująca lektura. A na dodatek autor – Rafał Skąpski, będzie podpisywał książkę na Warszawskich Targach Książki. w piątek 12,00-13,00 i sobotę 14,00-15,30 na stoisku nr 12 Wydawnictwa Czytelnik.
Zofia z Odrowąż-Pieniążków Skąpska – „Dziwne jest serce kobiece”, tom 2, Wspomnienia z Pomorza i Hebdowa”, Czytelnik, Warszawa 2021, str. 664, ISBN 978-83-07-03512-3

Baron ludowy

“Marks napisał: Kapitalista zakupił siłę roboczą za cenę jej dziennej wartości. (…) Ale co to jest dzień pracy?” – od refleksji na temat laborystycznej teorii wartości Julian Radlmaier zaczyna swój najnowszy film – Krwiopijcy. Czy komedia o radzieckiej awangardzie i problemach klasowych Republiki Weimarskiej jest odpowiednim nośnikiem myśli marksistowskiej?

Choć większość pogłosek docierających do nas przed oficjalną premierą filmu Radlmaiera wskazywały, że niemiecki twórca znany m.in. z Samokrytyki burżuazyjnego psa skupi się w Krwiopijcach na bliżej nieokreślonym problemie z wampirami, to nie jest to do końca prawda. Demoniczne istoty spijające krew ze zwykłych śmiertelników, oczywiście, pojawiają się w fabule, ale pełnią raczej funkcję metaforyczną i stanowią wątek poboczny.
Uproszczeniem byłoby stwierdzenie, że reżyser (a także twórca scenariusza) nazywa wampirami kapitalistów. Podobnie jak Bong Joon-ho w Parasite, Radlmaier, chowając swoje osobiste przekonania do kieszeni, podejmuje się wbicia szpilki zarówno w klasę posiadającą, jak i proletariat oraz wszystkich pomiędzy. To, kogo określimy “krwiopijcą” zależy wyłącznie od nas.
Wyjęta z tradycyjnego postrzegania linii czasu opowieść przedstawia nam losy dwóch głównych bohaterów. Octavia, córka fabrycznika i zblazowana przyziemnością swoich rodziców arystokratka, w końcu znajduje obiekt westchnień, wynikających nie tylko z miłości romantycznej. Ljowushka, samozwańczy baron i była-niedoszła gwiazda radzieckiego kina urzeka ją również intelektualnie. Mężczyzna łamie bowiem wszystkie dotychczasowe granice, jakie postawili na jej drodze bogaci rodzice.
Podczas frywolnych spacerów po pięknych, niemieckich nizinach oraz czynnościach nieco bardziej przyziemnych, jak obieranie ziemniaków, pomiędzy Octavią, a Ljowushką budzi się pewne perwersyjne uczucie, wymykające się podziałowi klasowemu końcówki lat 20. XX wieku. Trudno jednak nazwać je miłością. Oboje bowiem starają się osiągnąć dzięki budowanej relacji swoje, indywidualne cele.
Na wątek miłosny Radlmaier nałożył marksistowskią teorię walki klas, która w pewnym momencie bierze górę nad resztą perypetii głównych postaci. Nierówności majątkowe są tu nie tylko osią sporu pomiędzy dwoma, różnymi od siebie środowiskami. Stanowią trzon służący bohaterom Krwiopijców do samoidentyfikacji, którą reżyser starannie i umiejętnie wyśmiewa, ukazując Ljowushkę, Octavię, a także jej służbę oraz rodzinę, jako próżnych i oderwanych od rzeczywistości intelektualistów.
Szerszego kontekstu, próżno wyczekiwać w pierwszym akcie. Radlmaier słusznie przeznaczył go na zainteresowanie widza tematem marksizmu, ale także sytuacją radzieckiego kina u początku rządów Józefa Stalina. Krwiopijcy nie nawiązują jednak do klasyki radzieckiej awangardy spod znaku Eisensteina czy Wertowa. Inaczej bowiem niż w Pancerniku Potiomkin (1925), niemiecki reżyser oparł opowiadaną historię na jednostkach, a nie podmiocie zbiorowym.
Nie brakuje jednak w Krwiopijcach motywu zbiorowego przeżywania. Szczególnie dobrze zaznaczona została wolność, którą mieszkańcy Republiki Weimarskiej zyskali po zakończeniu I wojny światowej i opanowaniu spirali inflacyjnej rujnującej gospodarkę tego kraju. Dzięki pluralizmowi politycznemu i stabilizacji ekonomicznej, prezes fabryki, stanowiącej tu tło fabularne, ma wreszcie czas na planowanie kierunków eksportowych, a jego żona może bez problemów prawić moralitety nad bolączkami systemu demokratycznego.
Poza wolnością, mieszkańcy wszystkich demokratycznych państw dwudziestolecia międzywojennego, Niemcy zyskali także prawo do odczuwania strachu. I to właśnie zawarcie w portretach psychologicznych podłoża lękowego, podskórnej niepewności wobec tego, co czeka Europę po okresie prosperity, wyszło Radlmaierowi najlepiej.
Sytuacja marksizmu, jako ideologii politycznej naznaczonej cierpieniem mieszkańców tzw. zdegenerowanych państw robotniczych, zdaje się być dziś na przegranej pozycji. Dokładnie ten sam obraz sytuacji zdają się mieć bohaterowie Krwiopijców. Nawet młodzi intelektualiści przesiadujący na plaży z “Kapitałem” nie do końca wierzą, jak miałby on (marksizm) wyglądać w praktyce – wszak zagarnięcie zdobyczy rewolucji przez obóz stalinowski było przyczyną rozłamu na niemieckiej lewicy tamtego okresu.
Krwiopijcy pełnią bardzo udaną funkcję satyryczną względem dzisiejszego porządku politycznego. Matka Octavii, hrabina i posiadaczka, przedstawia cechy typowe dla współczesnej prawicy populistycznej. Jest zdania, że wszelkie zło wynika z komunizmu i wszystkim co z nią związane. Liczy się dla niej nieskrępowana ręka wolnego rynku i względna stabilność polityczna.
Dla wszystkich znudzonych akademickim bełkotem, film Radlmaiera może okazać się jednak dobrą odskocznią od rzeczywistości. Mimo uderzania w antagonizmy klasowe na każdym kroku, twórca daje widzowi duże pole do interpretacji. Produkcję tę można odbierać także jako czystą rozrywkę z przepięknymi ujęciami na Morze Bałtyckie i pikantnym, inteligenckim humorem często korzystającym z popularnej w ostatnich latach komedii absurdu.