Kamienny reakcjonista Recenzja

– ale wielki pisarz

Satysfakcja z lektury François-René de Chateaubrianda (1768-1848), nawet w przekładzie, zawsze polega przede wszystkim na spotkaniu z najwyższym diapazonem języka, pełnym rozmachu formatem stylu i treści. Takimi pożytkami zaleca się przede wszystkim lektura jego fascynujących „Pamiętników zza grobu”, a także „Ducha chrześcijaństwa”. Kto chciałby na chwilę odetchnąć od trywialności języka współczesnych debat politycznych i skąpać się w języku górnym, monumentalnym, szlachetnym ten powinien sięgnąć po jego dzieło „O rewolucji, wolności i władzy”. Oto próbka stylu Chateaubrianda: „Istnieją dwa rodzaje rewolucjonistów. Jedni pragną rewolucji i wolności – jest ich niewielu. Drudzy pragną rewolucji i władzy – to oni stanowią olbrzymią większość. Żyjemy iluzją, w dobrej wierze wmawiając sobie, iż wolność jest naszym bożyszczem. Błąd. Równość i chwała to dwie żądze kierujące ojczyzną”. Brzmi to jednak jakoś znajomo i dość aktualnie, nieprawdaż?
Świadomie opuściłem dwa ostatnie zdania tego cytatu: „Nasz geniusz to geniusz militarny. Francja jest żołnierzem” – bo te akurat nie mają nic wspólnego z rzeczywistością dzisiejszej Francji. Tak, wiem, to rozrywka czysto estetyczna, bezinteresowne ćwiczenie umysłowe, ale ostatecznie wybitna literatura jest sztuką i szkoda traktować ją wyłącznie utylitarnie, jako dostarczycielkę świeżej karmy. „O rewolucji, wolności i władzy” pisał Chateaubriand w sposób taki, od jakiego nasza epoka oddalona jest o setki lat świetlnych, z uwzględnieniem wymiarów, które w naszych czasach są już tylko anachronizmem. Z samego tylko Chateaubrianda uczyć się historii trudno, bo jej wykładnia w jego wydaniu jest bardzo subiektywna, stronnicza, jednostronna ideowo, wybiórcza.
Niektórych może zniechęcić to, że Chateaubriand mniej jest historykiem niż moralistą i filozofem w przestrzeni historii. Jego pamflet „O Napoleonie i Burbonach”, stanowiący część omawianego dzieła, to jedno z najsurowszych i najcięższych oskarżeń pod adresem Korsykanina Buonaparte, który przez 16 lat (1799-1815) jako dyktator i cesarz Francuzów władał Francją. Chateaubriand rozbił w proch i w pył całą heroiczną legendę Napoleona (tak długo naiwnie żywą głównie w Polsce – to jest stary i powtarzalny los Polaków, naiwnie oddawać się w ręce, na łaskę i niełaskę bezdusznych szakali) i pokazał go jako niszczyciela, cynicznego, antypatycznego potwora, człowieka nikczemnego, a dowódcę bynajmniej nie wybitnego. Nie odmawia mu tylko jednego: żelaznej woli, ale ta wola, według Chateaubrianda, służyła wyłącznie złu. „Refleksje polityczne” poświęcił Chateaubriand kluczowym zagadnieniom swojej epoki, koncentrując się głównie na historii Francji, ale czyniąc też paralele do historii Anglii czasów Karola I Stuarta i jego pogromcy Cromwella. Część trzecia dzieła to już specjalistyczne, finezyjne, uczone studia z kręgu prawa państwowego, poświęcone systemowi monarchicznemu, w tym restauracji i monarchii elekcyjnej. Wszystko to niby już tylko zawartość historycznego lamusa, piramida anachronizmów, muzeum, strony pokryte grubą warstwą kurzu, a jednak warto czasem sięgnąć i po taką lekturę. Jest w niej bowiem coś rafinującego nasze dzisiejsze, bieżące myślenie, coś co daje chwilę odpoczynku od napierającej codzienności i naoczności, możliwość uświadomienia sobie, że wbrew temu co nam się coraz bardziej wydaje, nie żyjemy tylko w teraźniejszości, i że w końcu to świadomość oraz poczucie istnienia za naszymi plecami przeszłości, odróżnia człowieka od zwierzęcia. A może raczej powinno odróżniać, bo nietrudno zauważyć, że tym życiem wyłącznie tu i teraz człowiek coraz bardziej powraca do swej zwierzęcej genealogii, od której oddaliła go ewolucja i cywilizacja. Historia, ta prawdziwa historia, jako nauka o przeszłości, coraz bardziej się oddala i niech nas nie zmyli moda na grupy rekonstrukcyjne i rozmaite polityki historyczne.
To tylko gadżety i instrumenty politycznej propagandy. Przykład pierwszy z brzegu? To wypindrzone, plastikowe muzeum, które ma powstać na Westerplatte, będzie miało tyle wspólnego z rzeczywistością, treścią, duchem i nastrojem września 1939 roku, co jakaś komputerowa „gra o tron” z prawdziwym średniowieczem, tym zbadanym przez mediewistów. Prawdziwa przeszłość coraz bardziej się oddala. Zauważam to po stosunku młodych ludzi do starych książek, które zgodnie ze sympatyczną skądinąd modą, zalegają, w roli martwego „oldskulowego” rekwizytu, półki modnych kawiarń i barów. Dla mnie, gdy byłem w ich wieku, stare książki miały metrykę stuletnią z grubsza biorąc, no i zaglądałem do nich z zainteresowaniem. Dla dzisiejszych młodych ludzi zmacerowane, pokiereszowane, obdarte książki z lat siedemdziesiątych a nawet osiemdziesiątych ( o starszych nawet nie wspomnę) tworzą jakąś materię z zamierzchłej, kopalnej przeszłości, jakby ściany węgla. One właśnie tworzą tę oczekiwaną atmosferę „dawności”. Książki z lat osiemdziesiątych, które dla mnie były „przed chwilą”! Ale wróćmy do Chateaubrianda. Był ucieleśnieniem arystokratycznej reakcji, światłej, ale jednak reakcji, a jego poglądy były kwintesencją, esencją reakcjonizmu, ale jakim ten czarny reakcjonista był pisarzem!

François-René de Chateaubriand – „O rewolucji, wolności i władzy. Wybór pism”, wybór i wstęp Jacek Kloczkowski, wyd. Ośrodek Myśli Politycznej, Kraków 2017, str.404, ISBN 978-83-64753-39-8.

Klerykalna krucjata… Recenzja

… i ruch oporu

„Krucjata polska” Agaty Diduszko-Zyglewskiej, to kolejna na przestrzeni kilkunastu lat, po „Milczeniu owieczek” Kazimiery Szczuki (2003), próba syntetycznego ujęcia najważniejszych kwestii związanych z dominacją politycznego katolicyzmu w życiu Polski i jego wpływem na życie publiczne, prywatne Polek i Polaków, Polek zwłaszcza, jako że kwestia prawa do aborcji, dostępność antykoncepcji czy in vitro oraz inne kwestie związane z prawami kobiet ich najbardziej dotykają i one stanowią tu zagadnienie kluczowe.
Dobrze, że takie książki co pewien czas się ukazują, ponieważ sytuacja w tej sferze ulega mimo wszystko pewnej ewolucji, choć do przełomu ciągle jest daleko. Jednak już sam tylko fakt, że Szczuka pisała swoją książkę na kilkanaście lat przed Czarnym Protestem z jesieni 2016 roku, przed premierą „Kleru” Wojciecha Smarzowskiego i „Tylko nie mów nikomu” braci Sekielskich, czyli przed zmianą klimatu społecznego wokół kleru katolickiego i całego tego splotu uwarunkowań i faktów, które dokonują się wokół niego, w pełni uzasadnia ponowne podjęcie tematu. Podsumowanie takie jak „Krucjata polska” Diduszko-Zyglewskiej ma zatem walor aktualizujący zapis stanu rzeczy. Jest fotografią stanu rzeczy w jakim jesteśmy hic et nunc. Pierwsza część „Krucjaty” reasumuje to, co od dziesięcioleci jest przedmiotem politycznych i publicystycznych debat: ciążenia politycznego i socjologicznego katolicyzmu w polskiej codzienności, łącznie z wszystkimi tego – fragmentami niemal „barejowymi” w swojej groteskowości i absurdalności – przejawami. Gdyby nie to, że przytaczane przez autorkę fakty są prawdziwe, zaczerpnięte z kroniki zdarzeń, czasem trudno byłoby w nie uwierzyć. Jednak tylko skompresowanie ich w jeden obraz może wywołać wrażenie nierealności i przesady w przekazie, są one bowiem jak najbardziej realną częścią polskiej rzeczywistości.
Druga część książki poświęcona jest temu, co można określić jako ujawnienie (częściowe, fragmentaryczne) praktyk pedofilskich w polskim kościele katolickim. Co prawda temat ten żył w mediach a co za tym idzie w świadomości części opinii publicznej, od lat, ale dopiero dokumentalny film Sekielskich przesunął sprawę klerykalnej pedofilii z medialnych marginesów ku centrum debaty i powszechnego zainteresowania. Trudno pisać takie książki jak „Krucjata nadwiślańska”. Trudno dlatego, że rzeczywistość jest niesłychanie dynamiczna, płynna, zmienna jak kalejdoskop.
Pewnie nie aż bardzo długo po tym, jak książkę Agaty Diduszko produkowano się w drukarni, doszło do nowego zjawiska – głośnych aktów „obrażania uczuć religijnych katolików” poprzez parodie katolickich obrzędów i rekwizytów (wagina jako sakrament na pseudo-procesji Bożego Ciała, Matka Boska Częstochowska ozdobiona tęczą, „msza święta” odprawiona przez Szymona Niemca). No cóż, wystarczyło kilka tygodni, by poza książką Diduszko-Zyglewskiej znalazły się wydarzenia, które jak najbardziej powinny do niej trafić, ale trafić nie mogły z powodów technicznych. A z drugiej strony – wiosenne wzmożenie w kwestii klerykalnej pedofilii (film Sekielskich, sprawa pomnika księdza Jankowskiego, konferencje i wypowiedzi indywidualne biskupów, wizyta u papieża Franciszka), które znalazło w książce odzwierciedlenie, już wkrótce po jej ukazaniu się, ku uldze (zwodniczej, bo kwestia powróci ze wzmożoną siłą) kleru, osłabło, przycichło, niestety nie bez wpływu ujawnienia ograniczonej wiarygodności jednej z najbardziej znanych ofiar pedofilii. No, ale to przecież nie autorka jest winna. Winny jest wartki, nie dający się nie tylko okiełznać, ale nawet łatwo zarejestrować, wartki nurt rzeczywistości. Tak czy inaczej, „Nadwiślańska krucjata” Agaty Diduszko-Zyglewskiej to lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy interesują się życiem społeczno-politycznym w Polsce.

Agata Diduszko-Zyglewska – „Krucjata polska”, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2019, str. 297, ISBN 978-83-66232-25-9.

Jak to się plecie

„Dwór się od poezji trzęsie” – powiada Poeta w „Weselu” Stanisława Wyspiańskiego. Trzęsie się od poezji także podczas monodramu Wiesława Komasy „Jak to się wszystko dziwnie plecie”.

Bo choć to scenariusz oparty w lwiej części na sławnej opowieści Romana Brandstaettera „Ja jestem Żyd z Wesela”, to wspiera się także na obficie i trafnie cytowanych fragmentach z „Wesela”. Komasa stworzył nową kompozycję i utwór nowy, nie idąc śladami poprzedników, adaptujących utwór Brandstaettera. Nosi on w oryginale formę stylizowanego wspomnienia pewnego spotkania w Jerozolimie w roku 1944, kiedy to do trawionego nostalgią za Krakowem poety podszedł nieoczekiwanie i przysiadł się do kawiarnianego stolika dr Waschüttz i przedstawił się pisarzowi jako

adwokat Żyda z „Wesela”

To za jego pośrednictwem autor opowieści dowiedział się o życiowej klęsce Hirsza Singera, karczmarza z Bronowic. Stracił córkę Józefę, występująca w „Weselu” jako Rachel, żonę, która całkiem schłopiała na modłę młodopolską, a wreszcie karczmę. Nie mógł znieść, że „wszedł do literatury”, że „gada na scenie” i to rzeczy, których nigdy by nie wypowiedział, że został pozbawiony swojej tożsamości. To sprawiło, że przyszedł do adwokata, a pod jego nieobecność koncypientowi opowiedział koleje swego życia i upełnomocnił do przeprowadzenia rozwodu. Oddał wszystko żonie i dzieciom, a sam tylko z Biblią osiadł, jak ustalił Andrzej Bogunia-Paczyński „w domu Towarzyst­wa Ochrony Starców Starozakonnych „Asyfas Skenium” przy ul, Krakowskiej 57. Zmarł w wieku 80 lat, 6 sierpnia 1916 roku”. Oto los, jak pisze Brandstaetter, „człowieka, który chciał być sobą”.
Tak więc Brandstaetter idzie śladem Tadeusza Żeleńskiego-Boya, który w swojej „Plotce o Weselu”, rozszyfrował pierwowzory wielu postaci. Nie zajmowała go postać karczmarza, ale tajemniczej Rachel, którą upozował niemal na femme fatal modernizmu. Na taki wizerunek Józefy Singer nie przystawało wielu innych życzliwych jej świadków.
Co do Hirsza też nie można być pewnym, czy w ogóle „Wesele” widział, a w opowieści Brandstaettera pobyt w teatrze to scena kluczowa, wstrząs, który prowadzi do nieszczęścia. Zawstydzony, urażony karczmarz cierpi, czuje się wyszydzony, może nawet okradziony z tożsamości – brzmi to nad wyraz współcześnie. Czy jednak był w teatrze? A jeśli był, to na pewno nie widział niektórych scen (z Księdzem, z Żydem), o których opowiada, bo zostały usunięte z tekstu Wyspiańskiego i udostępnione dopiero w drukowanej półtora miesiąca później wersji „Wesela”. Brandstaetter próbuje tłumaczyć w przypisie swego bohatera, że mogła mu się pomylić wersja sceniczna z tekstem drukowanym, ale o lekturze dramatu Wyspiańskiego Hirsz nie wspomina ani słowem. Są i tacy, którzy powątpiewają w owe duszne cierpienia Hirsza, sugerując, że to nieporozumienia małżeńskie, a żona ponoć Hirsza nawet bijała, doprowadziły do rozwodu.

Jak było naprawdę

tego się pewnie nie dowiemy, ale tak czy owak, opowieść Brandstaettera o walce pierwowzoru ze swoim (fałszywym) odbiciem to dla teatru wielka pokusa. Na marginesie warto zauważyć, że pisarz posługuje się wyrafinowaną ironią. Hirsz opowiada o swej krzywdzie koncypientowi, nie wiedząc, że ten z kolei opowie o jego cierpieniach innemu autorowi, który dołączy do „ryżego małego złodzieja”, jak karczmarz nazywa Wyspiańskiego, i też go wsadzi do literatury, czyli opowieści „Ja jestem Żyd z Wesela”. Tak więc los Żyda z „Wesela” na wieki wieków będzie mu pisany.
Skądinąd ciekawą historię sceniczną przeszedł ten niewielki tekst świetnego poety i dramaturga. Opublikowany na łamach Tygodnika Powszechnego w roku 1972, w wersji książkowej ukazał się dopiero w roku 1981, a już dwa lata później został zaadaptowany przez teatr radiowy w Poznaniu. W wersji scenicznej opowieść zadebiutowała w warszawskim Teatrze na Targówku w reżyserii Andrzeja Marii Marczewskiego wg scenariusza Jana Krzyżanowskiego (1985). To było widowisko przygotowane z rozmachem, z udziałem niemal czterdziestki wykonawców, w którym występowały postacie z „Wesela”. W późniejszych 11 realizacjach tylko raz (w Tarnowie) zbudowano na podstawie tekstu Brandstaettera widowisko wielkoobsadowe, pozostałe 10 premier to albo monodramy, albo duodramy.
Najsłynniejsza z nich to spektakl w reżyserii i wg scenariusza Tadeusza Malaka z udziałem Jerzego Nowaka w roli Hirscha Singera. Malak napisał ten scenariusz dla niego, początkowo doszło do realizacji telewizyjnej (1993), ale rok później sztuka weszła na afisz Starego Teatru. Utrzymywała się w repertuarze aż do odejścia artysty (Jerzy Nowak zmarł w roku 2013) przez 19 sezonów i zaprezentowana została 633 razy nie tylko w Krakowie, ale w wielu innych miastach, a nawet za granicą. Nowak wcielał się w Singera, mając przed oczyma inny pierwowzór karczmarza niż Wyspiański – stylizował Hirsza na kuśnierza z Bohorodczan, Aarona Zigelauba, którego poznał jako dziecko. Nic dziwnego, że kreacja Nowaka była nad podziw wiarygodna. „Niby nic – najprostsze środki, re­alistyczne kostiumy – pisał o tym niezwykłym przedstawieniu Hanna Baltyn w „Sztandarze Młodych – żadnej awan­gardy, żadnego wydziwiania. A publiczność słucha jak zaczaro­wana tekstu, w którym śmiesz­ność przeplata się z patosem zła­manego ludzkiego życia. I zastana­wia się, czy wieszczom naprawdę wszystko wolno…”.
Wspominam o tym wszystkim nie po to, aby wykazać się szczególną pedanterią, ale po to, by odnotować
oryginalność scenariusza
i metody artystycznej, która zaowocowała monodramem Wiesława Komasy „Jak to się dziwnie plecie”. Aktor nawiązał do swoich poprzednich spektakli jednoosobowych, w których pojawiał się jako jeden z nas, wyłaniał spośród widzów. Różnica polega tylko na tym, że tym razem miał na sobie kostium nieco staroświecki, aby w ten sposób ułatwić widzom przenosiny do początków XX wieku. Wkładał też druciane okulary, takie same, które przed laty nosiła Pepka Singer – nota bene okulary te przebyły długą drogę; autentyczne szkła i oprawka z pierwszych dekad ubiegłego wieku, wypatrzone w internecie i sprowadzone potem z Ameryki Północnej. Okulary stały się szczególnym łącznikiem artysty z czasami, kiedy Wyspiański był na weselu Rydla w Bronowicach, potem napisał swoją genialną sztukę, a z jej oddziaływaniem zmagali się współcześni, w tym Hirsz Singer.
Przygotowując scenariusz i spektakl Komasa pielgrzymował do Bronowic. Nie po to, aby na scenie odtwarzać bronowickie realia, scenografii tu praktycznie nie ma – jedynie prosty fotel z drewnianymi oparciami (można je solidnie „opukać”, kiedy aktor jako Hirsch dobija się do kamienicy krakowskiego mecenasa). A jednak echa tej pielgrzymki słychać – sam fakt, że aktor dotknął realiów, widział miejsca, gdzie toczy się akcja, oglądał rzeczywiste portrety bohaterów, nie tylko o tym czytał, uwidocznia się w plastycznym opowiadaniu.
Monodram ma budowę ramową – jądro opowieści, czyli spotkanie-spowiedź Hirsza Singera, który wyjawia koncypientowi swoją historię, okalają krótkie sceny, które mają charakter prologu i epilogu. W tych fragmentach pojawia się inny bohater – Komasa nie ukrywa, że to monodram, że teatr, że włożył kostium, że jest po prostu aktorem, który zapowiada, o czym będzie mowa, w jakich czasach rzecz się odbywa i że dotyczy wydarzeń związanych z krakowską premierą „Wesela”. Na zakończenie zaś pojawia się komentarz o losie aktora, o wchodzeniu w cudze buty i o sensie scenicznego istnienia.
Ale i w środku dzieje się wiele ważnych przemian. Po pierwsze w spowiedź Singera wchodzą cytaty z „Wesela”, dialogi, jakie toczy Karczmarz z innymi bohaterami dramatu; po drugie, pojawiają się inni bohaterowie, członkowie rodziny i znajomi, których zachowania i wypowiedzi Singer przytacza. Po trzecie wreszcie – i to moment szczególny – pojawia się niezwykły monolog, kiedy Wiesław Komasa kumuluje cytaty z „Wesela” w jeden ciąg sąsiadujących ze sobą znaczeń i brzmień, celowo odkształconych, aby w ten sposób

zajrzeć do głowy bohatera

udręczonego przez literaturę. Bo to przecież jest istotą spektaklu. Córka Singera uważa za zaszczyt, że ona i ojciec weszli dzięki Wyspiańskiemu do literatury, ale Hirsz nie czuje się w literaturze dobrze – co on tam ma robić. Podważa też prawo poety do wykorzystywania i manipulowania rzeczywistymi postaciami, nie licząc się z kosztami. „Czy tak wypada”, pyta Hirsz. U Brandstaettera brzmi to nieco inaczej, znacznie łagodniej: „A czy ładnie jest tak robić?” – pyta po latach koncypient. Wiesław Komasa używa nieco staroświeckiego określenia „czy to wypada” i ożywia jego zapomnianą treść. Kto się dzisiaj jeszcze nad tym zastanawia, co wypada, a co nie wypada? Artysta ma jednak obowiązek przypominania o tym, co ważne, nawet jeśli niezbyt wygodne. W kulminacyjnym momencie Komasa jako karczmarz nagle podnosi głos i krzyczy desperacko: „Nazywam się Hirsz Singer”. To krzyk człowieka zrozpaczonego, który chce odzyskać swoją tożsamość.
Spektakl przedstawiony przedpremierowo podczas 13. festiwalu Teatr w Remizie w Helu porwał publiczność. Okazało się, że „archiwalne” okoliczności miejsca i czasu nie zamrażają wcale emocji, toteż widzowie owacją na stojąco skwitowali wysiłek aktora. Na oficjalną premierę monodramu Wiesława Komasy poczekamy do listopadowego festiwalu teatrów jednego aktora w Toruniu. To z pewnością będzie ważne wydarzenie.

JAK TO SIĘ WSZYSTKO DZIWNIE PLECIE, scenariusz i wykonanie Wiesław Komasa, pokazy przedpremierowe, Teatr w Remizie, Hel, 9 i 11 lipca 2019

Le Monde diplomatique (nr 3/2019)

Ten numer dwumiesięcznika społeczno-politycznego otwiera tekst Gilberta Achcara „Nowa „arabska wiosna” czy długofalowy proces rewolucyjny?” o znów przezywającym wstrząsy świecie arabskim (m.in. Sudan, Algieria).

Przemysław Wielgosz 30 rocznicę 4 czerwca 1989 roku zdyskontował tekstem „Z dziejów restauracji kapitalistycznej w Polsce”. Znajdziemy też m.in. tekst o handlu jako narzędziu władzy imperialnej („Inna historia merkantylizmu” Alaina Bihra). Georges Lefeuvre zastanawia się „Kto wygra wojnę w Afganistanie”. Wolfgang Streeck zajął się kryzysem projektu europejskiego („Imperium na skraju upadku”).
O protestach społecznych we Francji, od sankiulotów do żółtych kamizelek, traktuje Vincent Sizaire w tekście „Niebezpieczne bezpieczeństwo”. Eric Alterman napisał o oddalaniu się Izraela od Żydów amerykańskich. „Śladami George’a Orwella” do angielskiego Wigan udała się Gwenaelle Lenoir, a numer zamyka kilka recenzji książkowych oraz fragment książki Katarzyny Czeczot i Michała Pospiszyla „Romantyczny antykapitalizm”.

Znów ten wspaniały Węgier

Czwarta odsłona geniusza

Cóż właściwie mógłbym dodać do tego, co już napisałem w omówieniach trzech poprzednich tomów dzienników Sándora Márai (1900-1989)? Ponownie wyrazić swój niezmienny dla nich podziw i potwierdzić przekonanie, że to najwybitniejsze dzienniki w obrębie tego gatunku? Potwierdzić niezmienne odczucie, że każde niemal zdanie tych dzienników, to perła stylu, artyzmu literackiego i intelektu? Że te dzienniki, to gejzery erudycji, oczytania, finezji? Że stanowią wyraz niebywale wszechstronnej i przenikliwej refleksji nad życiem, światem (poznawanym także w podróżach), polityką, sztuką, i że choć odkrywają także umysł i duszę samego autora, nie ma w nich pustego solipsyzmu i egotyzmu? Że to sama rozkosz czytania, choć to rozkosz odrobinę nieładna, bo rozkwitła na lekturze o życiu gorzkim i trudnym człowieka nieprzeciętnie wrażliwego, życiu zakończonym tragicznie samobójczą śmiercią?
Niebawem upłynie 30 lat (1989) od momentu, gdy sięgnąłem po wydany wtedy tom z wyborem fragmentów dzienników Węgra. I dziwnym zbiegiem okoliczności, kilka miesięcy, a może nawet kilka tygodni później, nadeszła wiadomość o jego śmierci. Zazwyczaj, aby podkreślić wielkość jego dzienników, nieco chłodniej oceniam jego skądinąd wybitną prozę powieściową. Właśnie dla efektu kontrastu.
Pani Teresie Worowskiej, która dokonała wielkiego dzieła przekładu tych dzienników, opatrzyła je we wstęp, posłowie i bardzo cenne przypisy kłaniam się z wielkim uznaniem, uszanowaniem i podziękowaniem, bo szansy na ich lekturę w języku węgierskim nigdy bym nie miał.

Sándor Márai – „Dziennik 1967-1976”, wybór, przekład, opracowanie i posłowie Teresy Worowskiej, „Czytelnik”, Warszawa 2019, str. 438, ISBN 978-83-07-03448-5.

Dzwonnik z „Trybuny”

Są książki na które wystarczy spojrzeć. Na ich autora, brzmienie tytułu, zasób spisu treści, indeksu też. Dlatego pochylając się nad zbiorem felietonów „A dzwony, dzwonią” zapewne usłyszycie bliskie wam melodie.
O zakłamywanej przez prawicowe media naszej najnowszej historii. O opluwanej Polsce Ludowej i lukrowanej II Rzeczpospolitej. O dorobku polskiej lewicy rugowanym ze zbiorowej pamięci. Wykoślawianym w szkolnych programach.
O nowej poprawności polityczno-historycznej ustanawianej przez największe krajowe media.
Poprawności, jak wszystkie inne, prowadzącej do wyjaławiania polskich debat. Nie tylko tych historycznych.
Trudno dziś przecież rzetelnie dyskutować o odmrożeniu relacji z Rosją, kiedy już sam postulat wznowienia rozmów z sąsiadami, grozi klątwą zjednoczonego frontu propagandowego. Oskarżeniem o kremlowską agenturalność. Podobnie niełatwo rzetelnie rozmawiać o relacjach polsko-ukraińskich, polsko-żydowskich. A o polsko-polskich najbardziej. Trudno wznieść się ponad wszechobecny front plemiennej wojny dwóch, skłóconych ze sobą polskich prawic. Dowodzić, że poza ich sporami istnieje jeszcze inne życie umysłowe. A lewicowa myśl jeszcze nie zginęła.
Polecam brzmienie tych dzwonów. Nie tylko dlatego, że autor to publicysta naszej „Trybuny”, co już gwarantuje jakości publikacji. Zresztą niektóre z tonów tych dzwonów zabrzmiały już na naszych łamach. Polecam lekturę „A dzwony, dzwonią”, bo znakomicie przewentyluje mózgi ich czytelników. Wzbudzi ruch myśli.
I usunie przy okazji wiele bezmyślnie nabytych, zalegających w głowach szumów. Niepotrzebnych.

Przygody Andrzeja Czechowicza

Przygody! łatwo napisać.

A przecież kapitan, dziś pułkownik Andrzej Czechowicz zapewne niejeden raz w swojej działalności stawiał własne życie na szali. Dziś nie jest postacią powszechnie znaną, można by nawet zaryzykować opinię, że na ogół zapomnianą. Jednak większość tych, którzy pamiętają marzec roku 1971 i choć trochę wtedy interesowali się tym, co pokazywała ówczesna telewizja, co nadawało radio i co publikowała prasa, na pewno zapamiętali dzień, gdy władze PRL ujawniły działalność Czechowicza. „Kapitan Andrzej Czechowicz wykonał zadanie” – krzyczały PRL-owskie media, a telewizja i radio nadały relację z publicznej konferencji prasowej z udziałem oficera wywiadu PRL, który przez siedem lat, zakamuflowany jako pracownik, infiltrował rozgłośnię polską Radia Wolna Europa w Monachium. Dla mnie, wtedy 14-latka była to ekscytująca sensacja w telewizji, od której w jej paśmie publicystyczno-propagandowej na ogół wiało drętwotą i nudą. Pamiętam też, że telewizja nadała wtedy także rozmowę, którą z Czechowiczem przeprowadził Jan Kolczyński z KC. Kapitan odbył szereg podróży po kraju spotykając się z różnymi środowiskami. W szybkim tempie, w MON-owskiej serii „Ideologia-Polityka-Obronność”, pod tytułem „Kapitan Czechowicz wykonał zadanie”, ukazał się wtedy zbiór jego relacji dla prasy, radia i telewizji PRL. Nieco później ukazała się jego książka „Siedem trudnych lat”.
Jednak dopiero niedawno, 47 lat po swoim sławnym coming out z RWE, opublikował dwa tomy swoich pamiętników zatytułowanych „Straceniec, czyli przypadki urodzonego w niewłaściwym czasie”, obejmujących bez mała całe jego życie, dziś już prawie 82-letnie, niezwykle burzliwe, trudne, ale i barwne. Obejmują one jego przebogaty życiorys, którym mógłby obdzielić co najmniej kilku doświadczonych rówieśników. Co ciekawe, choć Czechowicz został oficerem wywiadu PRL, jego genealogia bynajmniej nie była „komunistyczna”. Wywodził się z kresowej, wileńskiej szlachty o tradycjach patriotycznych (Lachowicze-Czechowicze herbu Ostoja), a jeden z jego pradziadków był powstańcem styczniowym. Ani nie jestem w stanie, ani nie zamierzam streszczać tu bogactwa treści tych blisko 800 stron, które składają się na te wspomnienia. Nie opowiada się bowiem „kryminałów”, nie opowiada się takich pasjonujących opowieści, bo byłaby to nielojalność w stosunku do przyszłych czytelników. W kolejnych rozdziałach opowiada Czechowicz o swoim wojennym i syberyjskim dzieciństwie, o swoim powrocie z rodziną do Polski na zachód od linii Bugu, tej części Polski, która była dla niego, de facto, nieznaną krainą. Mogę jednak uspokoić przyszłych czytelników, którzy mogą się obawiać lektury w typie niezliczonych, nudnych, rodowych wspomnień kresowych, rozplenionych w piśmiennictwie od dziesięcioleci, a podobnych do siebie jak dwie krople wody. Już we wspomnianiach obejmujących dzieciństwo i młodość na Górnym Śląsku, gdzie powojenny los rzucił go z rodziną i studencką w PRL, odzywa się w autorze żyłka „łotrzykowska”, a niektóre wspomnienia z lat liceum w Grójcu i studiów na Uniwersytecie Warszawskim (germanistyka) jako żywo przywodzą na myśl dzikie brewerie studentów z „Lalki” Bolesława Prusa. Szybko też pojawiają się charakterystyczne dla tych wspomnień wątki licznych i intensywnych, okresami nadmiernie, doświadczeń erotycznych Andrzeja Czechowicza, objawia się jego nieprzeciętna wrażliwość na wdzięki kobiece, fascynacja kobietami i kobiecością, z uwzględnieniem nawet takiego aspektu jak odpowiadający mu kobiecy „typ”, fizyczny i psychiczny. Bardzo szybko pojawia się też inny walor tych wspomnień: trafne, obrazowe, soczyście, w niektórych przypadkach nieco „plotkarsko” ujmowane personalia, w tym także personalia i mini-portrety poznanych przez Czechowicza postaci, później znanych w istotnych dokonań, jak n.p. Janusz Rolicki, Ewa Wipszycka, Izabela Małowist, czy znani później aktorzy Jan Kociniak i Andrzej Szajewski, jak również przyszły wybitny historyk Tomasz Szarota, z którymi Czechowicz służył w Studium Wojskowym. Dalsze losy autora to decyzja o emigracji, opuszczenie kraju, uzyskanie azylu w NRF i pierwsze, dojmujące rozczarowanie Zachodem, kapitalizmem, z jego zimnem i bezdusznością oraz skomercjalizowaniem relacji międzyludzkich, połączone z falą trudnej do zniesienia nostalgii za krajem, nostalgii, która sprawiała, że szara gomułkowska Polska w jego wyobraźni nabrała niemal cech idylli. Otrzymanie pracy w rozgłośni polskiej RWE w Monachium pozwoliło Czechowiczowi poznać ten sławny zespół dziennikarski, którego głosom i audycjom przez kilka dziesięcioleci dawały ucha przy odbiornikach radiowych liczne setki tysięcy, może nawet miliony Polaków w kraju. Nie jest to obraz pochlebny. Środowisko polskich dziennikarzy RWE, z dyrektorem Janem Nowakiem-Jeziorańskim okazało się prawdziwym „kłębowiskiem żmij”, pełnym wzajemnych intryg i wrogości, a także podziałów ideologicznych. Opisał je Czechowicz barwnie, sugestywnie, obrazowo, z prawdziwym talentem narracyjnym i spostrzegawczością psychologiczną. Podjęcie współpracy z Centralą Wywiadu MSW PRL, która zaczęła się już po podjęciu pracy w Monachium stanowiło najistotniejszą cezurę w życiu Czechowicza.
Od tej pory nie był już tylko emigrantem, stał się utajonym „człowiekiem systemu” w innym, wrogim systemie. O podjęciu tej działalności zadecydował zapewne m.in. ryzykancki, pchający go do życiowego hazardu rys jego osobowości. Nowa rola Czechowicza nie zmieniła prywatnego aspektu jego życia, więc opisom jego działań o charakterze operacyjnym i obszernym komentarzom do sytuacji politycznej w kraju i na emigracji towarzyszą opisy kolejnych romansów, zazwyczaj z Niemkami, niektóre nie bez akcentów humorystycznych, jak przypadek Gerdy, która histerycznymi „scenami” zepsuła obojgu „romantyczną” wyprawę turystyczną do Hiszpanii i Portugalii. Takimi epizodami obyczajowymi wspomnienia te są naszpikowane, pozwalając czytelnikowi co jakiś czas odprężyć się po uważnym śledzeniu działalności wywiadowczej narratora. Jeden z najważniejszych i najobszerniej opisanych wątków tych wspomnień dotyczy szefa Czechowicza, dyrektora rozgłośni polskiej RWE Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Tej czczonej w Polsce niczym bohater narodowy postaci, Czechowicz, zresztą nie tylko on, wystawia jak najgorsze świadectwo. I bynajmniej nie tylko z powodu jego osobistych przywar, despotyzmu, intryganctwa, gwałtowności, bezceremonialności, chamstwa, itd. Także z powodu udowodnionej Nowakowi, i pośrednio potwierdzonej także przez niemiecki sąd niechlubnej działalności Nowaka (właściwe imię: Zdzisław) jako zarządcy, komisarza przejętego przez Niemców majątku żydowskiego w Radzyminie, czyli, mówiąc bez ogródek – kolaboranta.
W ujęciu Czechowicza fakt, że także przez ostatnie lata życia spędzone w Polsce przez byłego dyrektora, sprawa ta nie wyszła na szersze wody był wynikiem jego kolosalnych wpływów i starannie podtrzymywanego mitu bohaterskiego „kuriera z Warszawy”. Nawiasem mówiąc nawet teraz, gdy na ekrany wszedł poświęcony Nowakowi-Jeziorańskiemu hagiograficzny film „Kurier” Władysława Pasikowskiego, sprawa ta nie została podjęta. Niejaka czasowa zbieżność ukazania się wspomnień Czechowicza i premiery filmu nadaje całej sytuacji dodatkowej „pikanterii”. Obszerną cześć tekstu poświęcił Czechowicz swoim losom zarówno po powrocie do PRL, jak i w III RP, po 1989 roku. Według jego świadectwa, władze PRL, po początkowym propagandowym wykorzystaniu jego misji, potraktowały go raczej po macoszemu, natomiast wiele lat po 1989 roku upłynęło mu na walce, także przed sądami, o dobre imię, a także na próbach dotarcia do szerszej publiczności ze sprawą kolaboracji Nowaka-Jeziorańskiego. Nie podjął jej oczywiście także IPN. Przy tej okazji niepochlebnie jawi się z jego punktu widzenia obraz środowiska „Tygodnika Powszechnego”, owianego idealistyczną legendą szlachetności i czystości moralnej, a także wysokich standardów w działaniu. Czechowicz demaskuje ten obraz jako fałszywy, za którym kryła się nielojalność, małość, poczucie wyższości, a nawet skłonność do pogardy w stosunku do „profanów” rozmaitego autoramentu. Kończąc tę z konieczności niewielką – wobec ogromu tematów, kwestii, zdarzeń, personaliów – porcję uwag i wrażeń z lektury tych pasjonujących pamiętników, nie sposób raz jeszcze nie podkreślić jej czytelniczych, narracyjnych walorów, dobrej, klarownej polszczyzny, dynamiki opisu, dużej erudycji humanistycznej i politycznej. Ze swojego życia człowieka „urodzonego w niewłaściwym czasie” uczynił jednak Andrzej Czechowicz pasjonującą, przebogatą przygodę, która, gdyby urodził się w jakimś hipotetycznym innym czasie, „czasie właściwym”, być może nigdy by się nie wydarzyła.

Andrzej Czechowicz – „Straceniec, czyli przypadki urodzonego w niewłaściwym czasie”, wyd. Andrzej Czechowicz, Warszawa 2018, tom I (str. 486, ISBN 978-83-941652-0-8), tom II (str. 341, ISBN 978-83-941652-1-5).

Przerwana sztafeta pokoleń

Relacje dzieci komunistów.

Publicystka „Gazety Wyborczej” Krystyna Naszkowska opublikowała niezwykłą książkę „My, dzieci komunistów”, na którą składa się siedem długich wywiadów z dziećmi przedwojennych działaczy komunistycznych. W czasie promocji książki (12 bm.) autorka ujawniła to, że spotkała się z odmową wielu osób, do których zwracała się z prośbą o wywiad. Nie podała ich nazwisk, więc możemy jedynie domyślać się, kogo w tej książce nie ma. Z jednym wyjątkiem (profesor Aleksandry Jasińskiej – córki Bolesława Bieruta i Małgorzaty Fornalskiej) nie ma dzieci ludzi, którzy zajmowali najwyższe stanowiska w PPR i PZPR, w tym między innymi dzieci trzech byłych pierwszych sekretarz PZPR: Edwarda Gierka, Władysława Gomułki i Edwarda Ochaba. Wszyscy rozmówcy (znów z tym samym wyjątkiem) pochodzą z rodzin żydowskich. Wreszcie nikt z rozmówców nie kontynuował działalności politycznej w szeroko rozumianej „lewicy pokomunistycznej”. Oznacza to, że nie stanowią oni w pełni reprezentatywnej reprezentacji swego pokolenia. Są pokoleniem w takim rozumieniu tego terminu, jakie przyjęło się w socjologii. Łączy ich wspólnota podstawowego doświadczenia politycznego, jakim w ich wypadku było wchodzenie w dorosłe życie w warunkach, gdy partia ich rodziców sprawowała już władzę. Są jednak między nimi znaczące różnice wieku: tylko dwie osoby urodziły się przed wojną (w 1932 i 1935 roku) a najmłodszy rozmówca urodził się w roku 1950. Ta różnica wieku powoduje, że takie traumatyczne wydarzenia , jakim dla wszystkich były antysemickie represje z marca 1968 roku i interwencja państw Układu Warszawskiego w Czechosłowacji, jedni przeżywali jako ludzie dojrzali, gdy dla najmłodszego (Włodzimierza Grudzińskiego) było to pierwsze znaczące doświadczenie polityczne.
Pochodzenie większości rozmówców z rodzin o korzeniach żydowskich pozwala spojrzeć na często poruszany – i jeszcze częściej mistyfikowany – problem roli Żydów w polskim ruchu komunistycznym i w polityce polskiej w latach 1944-1968. Z jednym tylko wyjątkiem (Grzegorza Smolara) rodzice rozmówców nie poczuwali się do jakiejś szczególnej więzi ze społecznością żydowską. Nie byli wyznawcami judaizmu i nie poczuwali się do narodowej więzi żydowskiej, a nawet zdecydowanie przeciwstawiali się syjonizmowi jako ideologii nacjonalistycznej. Ich dzieci nie były wychowywane w klimacie więzi środowiskowej ze społecznością żydowską, nie znały jidysz. Niekiedy o swym „żydowskim pochodzeniu” dowiadywały się dopiero w 1968 roku. Można więc powiedzieć, że w tym pokoleniu dopiero antysemityzm rodził poczucie żydowskiej wspólnoty losu. Siedmioosobowe grono rozmówców to w większości ludzie sukcesów zawodowych: wybitna socjolog (Aleksandra Jasińska), dwoje znanych reżyserów (Agnieszka Holland i Andrzej Titkow), znani publicyści (Ernest Skalski i Aleksander Smolar), prezes banku (Włodzimierz Grudziński). Jest też w tym gronie jedyny emigrant – Piotr Fejgin. Wszyscy oni we wczesnej młodości mniej lub bardziej aktywnie uczestniczyli w działalności politycznej w szeregach PZPR i organizacji młodzieżowych, ale tylko Aleksandra Jasińska dotrwała w PZPR do rozwiązania tej partii, należąc do jej reformatorskiego skrzydła. Większość z rozmówców zaangażowała się następnie w działania opozycji demokratycznej, niekiedy na bardzo znaczących stanowiskach (Aleksander Smolar był na emigracji wydawcą kwartalnika „Aneks”, potem doradcą premierów Mazowieckiego i Suchockiej, a obecnie kieruje Fundacją Batorego). Wywiady przeprowadzone z tą siódemką stanowią cenne źródło dla tak zwanej „żywej historii”, na którą składają się relacje uczestników lub obserwatorów wydarzeń. Jest to źródło bezcenne, przy czym takie, które z oczywistych powodów wysycha wraz z upływem czasu. Dziś już nie możemy „żywej historii” wzbogacać relacjami przedwojennych komunistów, ale wciąż mamy do dyspozycji relacje ich dzieci. Te relacje są cenne z uwagi na opowiadane przez nie fakty, ale jeszcze bardziej dlatego, że pozwalają zrozumieć relacje międzypokoleniowe. Są one czymś wyjątkowym, nie mającym odpowiednika w innych okresach historycznych i w innych formacjach politycznych. Najczęściej mamy bowiem do czynienia ze swego rodzaju sztafetą pokoleń: synowie i córki przejmują pałeczkę od rodziców i kontynuują ich dzieło. Tak jest w systemach demokratycznych (przykładem mogą być „dynastie” polityczne Kennedych i Bushów w USA), ale także w stabilnych systemach dyktatorskich (jak w Chińskiej Republice Ludowej, gdzie w kierownictwie rządzącej partii zasiada obecnie kilku synów weteranów z pokolenia, które doszło do władzy w 1949 roku). W Polsce zerwanie sztafety pokoleń jest konsekwencją kryzysu systemu. Z bardzo nielicznymi wyjątkami (Adam Gierek – wieloletni członek Parlamentu Europejskiego z ramienia koalicji SLD-Unia Pracy) synowie i córki dawnych działaczy komunistycznych albo odsunęli się od polityki, albo aktywnie działali w szeregach dawnej opozycji demokratycznej). Inną sprawą jest to, że w tym nowym wcieleniu zachowali oni pewne podstawowe wartości ideowe radykalnej lewicy, czego szczególnie wyrazistym świadectwem są publikacje Karola Modzelewskiego.
„Dzieci komunistów” bardzo krytycznie oceniają system, którego współtwórcami byli ich rodzice. Jest to najczęściej krytyka podobna do tej, którą przed laty wyjaśnił Jacek Kuroń w autobiograficznej książce „Wina i wiara”. Istotą tej krytyki jest rozejście się szlachetnej ideologii i złej praktyki. Czy obciążają za to rozejście swoich rodziców? Aleksandra Jasińska w bardzo mądry i ciekawy sposób zadaje sobie pytanie, jak to było możliwe, że jej ojciec „był dobrym człowiekiem, chociaż robił też złe rzeczy” (s.58). Zarazem z uzasadnioną dumą przypomina ostatnie słowa, jakie usłyszała od matki – zamordowanej przez Niemców w 1944 roku członkini kierownictwa podziemnej PPR Małgorzaty Fornalskiej: „pamiętaj, że jeśli zginę, to za Polskę” (s. 61). Pozostali rozmówcy mniej lub bardziej wyraźnie opowiadają o rosnących różnicach między ich postrzeganiem rzeczywistości PRL a stanowiskiem ich rodziców. Tylko Piotr Fejgin bardzo zdecydowanie broni pamięci ojca – pułkownika Anatola Fejgina skazanego w 1957 roku na wieloletnie więzienie za łamanie prawa w czasie, gdy stał na czele powołanego dla walki z „wrogiem wewnętrznym” X Departamentu MPB, przygotowującego procesy Gomułki i innych działaczy komunistycznych. Na rodzicach pozostałych rozmówców nie ciążą tak poważne zarzuty – poza oczywiście tym, że aktywnie i na stosunkowo wysokich szczeblach realizowali ówczesną politykę PZPR. Kluczem do wyjaśnienia ich postawy jest, sygnalizowana w większości wywiadów fanatyczna wiara w idee komunizmu. Pozwalała ona oddzielać świetlaną ideę od ponurej praktyki. Nie jest to zjawisko unikatowe, choć w państwach rządzonych przez partie komunistyczne zjawisko to miało wyjątkowo silne natężenie. W partiach komunistycznych ten rozdźwięk między ideą i praktyką prowadził często do buntu pokolenia dzieci odrzucających wiarę rodziców przy zachowaniu podstawowych wartości. Umieszczone w tym tomie wywiady stanowią bardzo cenne świadectwo tego zjawiska.
Autorka tej wartościowej książki nie ustrzegła się pewnych pomyłek faktycznych. W historycznym słowniczku mylnie podaje datę rozwiązania PZPR (1989, zamiast właściwego 1990), a w tekście jednego z wywiadów imię profesora Jana – a nie Józefa – Szczepańskiego (s. 381). Książkę tę czytałem z wielkim zainteresowaniem i z uznaniem dla autorki oraz jej rozmówców. Dali nam świetny materiał do przemyśleń nad trudną historią pokolenia, które już odeszło, ale którego śladu nie da się wymazać z historii Polski.

Krystyna Naszkowska – „My, dzieci komunistów”, Wydawnictwo Czerwone i Czarne, Warszawa 2019, str. 430, ISBN: 9788366219076.

Straszenie po francusku Recenzja

Za ojczyznę literatury grozy, opowieści niesamowitych czy literatury fantastycznej (określenia te bywają używane zamiennie, nie zawsze trafnie) uchodzi Anglia M.G. Lewisa, H. Walpole, Ann Radcliffe, choć to w literaturze niemieckiej, zwłaszcza od czasów E.T.A. Hoffmana, jest autorów tego gatunku najliczniejszy zbiór. Ameryka dała literaturze grozy wielkiego Edgara Allana Poe i wybitnego Ambrose’a Bierce, jak też bliższego nam chronologicznie Lovecrafta czy całkiem współczesnego Stephena Kinga. Rosja – m.in. Mikołaja Gogola, Fiodora Dostojewskiego czy Lwa Tołstoja, którzy parali się z powodzeniem tym gatunkiem. Także w literaturze polskiej jest całkiem pokaźny zbiór prozy fantastycznej, ze Stefanem Grabińskim czy jego antenatami w rodzaju Jana Potockiego, Henryka Rzewuskiego, Karola Libelta, Józefa Maksymiliana Ossolińskiego, Józefa Bohdana Dziekońskiego, Sygurda Wiśniowskiego, Ludwika Niemojowskiego, Józefa Korzeniowskiego, Bolesława Prusa i innych. Ich utwory nowelistyczne ukazały się w „Antologii polskiej noweli fantastycznej” przygotowanej w 1949 roku przez Juliana Tuwima, w oparciu o którą ukazało się później kilka podobnych, poszerzonych zbiorów. Utwory z gatunki fantastyki można znaleźć także w twórczości Henryka Sienkiewicza czy Władysława St. Reymonta, a warto też uwzględnić takie elementy w twórczości romantyków, Adama Mickiewicza („Ballady i romanse”, „Dziady”) czy Juliusza Słowackiego („Balladyna”). Racjonalistyczna Francja nie była glebą aż tak żyzną dla niesamowitości jak bardziej do niej skłonne, emocjonalne i obdarzone mroczną wyobraźnią żywioły słowiańskie, niemieckie czy amerykańskie, co wszakże nie oznacza, że i w jej literaturze nie ma pokaźnego, bardzo interesującego nurtu literatury niesamowitej. Jemu właśnie poświęcony jest wydany przez PIW zbiór „Opowieści niesamowite. Literatura francuska”. W bardzo interesującym wstępie do tego tomu, autor wyboru Jerzy Parvi nakreśla historię tego nurtu we Francji, nurtu, który zainicjował w 1722 roku Jacques Cazotte swoim „Diabłem zakochanym”. I oto okazuje się, że to Cazotte był inspiratorem dla Lewisa czy Hoffmana a nie odwrotnie. Parvi interesująco pokazuje rozwój gatunku w literaturze francuskiej, pojawianie się kolejnych ujęć, motywów, od postaci diabła, czarnej magii czy pogranicza snu i jawy aż po formy bardziej wyrafinowane u schyłku XIX wieku. „Powstawała nowa konwencja: wpleciona w świat realny fantastyka balansująca w stronę dziwności lub w stronę cudowności” – pisze Parvi. Przytacza też opinię znawcy gatunku, Rogera Callois, który twierdził, że „rozwijał się on w Europie dopiero wtedy, gdy utrwalał się pod wpływem oświecenia światopogląd racjonalistyczny. Albowiem tylko w takiej sytuacji czytelnik jest w stanie uświadomić sobie w pełni fakt wtargnięcia obcego elementu w racjonalny porządek rzeczy, pisarze zaś potrafią ten fakt artystycznie zdyskontować”. O ile Cazotte był twórcą z epoki klasycyzmu i to w jego rokokowej odmianie, to twórcy prozy niesamowitej, która wybuchła mniej więcej sto lat później (Charles Nodier, Gerard de Nerval, Honoré Balzac, Prosper Merimée, Théophile Gautier czy Jules Barbey d’Aurevilly) tworzyli w aurze romantyzmu, z jego upodobaniem do niesamowitości, dziwności, cudowności, okultyzmu, magii, itd. Każdy z nich tworzył w odmiennej poetyce, ale też inny miał stosunek do niesamowitości. N.p. Merimée, najsławniejszy nowelista epoki romantycznej podsuwał czytelnikowi wybór między percepcją racjonalną a irracjonalną. Z kolei realista Balzac traktował niesamowitość jako formę twórczej odmiany, odpoczynku od żmudnego portretowania kolejnych warstw społeczeństwa francuskiego epoki Restauracji, więc pławił się w niej jak w szampanie, raczej poluzowując niż powstrzymując wodze fantazji. Jednocześnie jednak fantastyka Balzaca była silniej niż u innych autorów podszyta warstwą filozoficzną i mocno nasycona aspektem modnego wtedy iluminizmu. Nawias francuskiej prozy fantastycznej inspirowanej romantyzmem zamyka Théophile Gautier, który znacznie rozszerzył katalog tematyczny fantastyki. Po Gautierze francuska fantastyka wchodzi na nowe tory, uwarunkowane pojawieniem się scjentyzmu i pozytywizmu Comte’a i Renana. Pojawia się nowy, mniej naiwny, za to bardziej skomplikowany model bohatera, często człowieka zbuntowanego, a okrucieństwo, zło, perwersja przestają być uważane za curiosum, lecz za immanentne atrybuty skażonej natury człowieka. Te nowe tony, czerpane niejednokrotnie od Baudelaire’a, podszyte nowego rodzaju niepokojem duchowym i metafizycznym widoczne są wyraźnie w opowiadaniach Barbeya d’Aurevilly i Villiersa de l’Isle-Adam. W tym ostatnim widać prefiguracje symbolizmu, w tym poezji Stephane Mallarmé i Paula Verlaine, a także ton satyryczny, nowy w tym gatunku. Wybitne opowiadania fantastyczne naturalisty Guy de Maupassanta świadczą o żywotności tego gatunku w warunkach na pozór mu nie sprzyjających. Jednak Maupassant traktuje fantastykę zupełnie inaczej, w duchu epoki i kierunku, który reprezentuje. „Fantastyka autora „Horli” jest jednym z aspektów jego realizmu” – zauważa Parvi. Ma swoje źródło w fizjologii, a wiec w przyrodzie, a nie w metafizyce i zaświatach. „Pierwiastek nadprzyrodzony opada jak jezioro, którego wody odpływają kanałem, wiedza z dnia na dzień zacieśnia granice cudowności” – mówi jedna z postaci z nowel Maupassanta. Po jego śmierci nurt fantastyczny w literaturze francuskiej niemal zanika i występuje już tylko, jak u Anatole France’a jako atrybut konwencjonalny czyli umowny. Zbiór kończy opowiadanie Apollinaire’a „Zniknięcie Honoriusza Subraca”, będące egzemplifikacją zupełnie nowego, pastiszowego, dalece zdystansowanego podejścia do gatunku. Problematykę wstępu wzbogaca i pogłębia w posłowiu Maciej Płaza. Zwraca on uwagę n.p. na silną obecność erotyzmu w nowelistyce fantastycznej, często w formie frenetycznego, perwersyjnego pożądania i uwodzenia (często pojawiająca się postać Don Juana). Intensywny erotyzm zdaje się być elementem, motorem fatalizmu i mistycyzmu powodującego postępowaniem bohaterów, a często prowadzącego ich do zguby. Płaza zauważa też rolę religii chrześcijańskiej w ich życiu, często jako siły niszczącej, opresyjnej, rygorystycznej, mrocznej, krępującej wolność (częsty motyw posępnego mnicha, postrzeganego niemal jako posłaniec sił mrocznych czy okropności inkwizycji). Na zasadzie kontrastu pojawia się niejednokrotnie pochwała starożytnego poganizmu jako bardziej ludzkiej i pogodnej formy religii. U niektórych autorów (n.p. Gerard de Nerval – „Zaczarowana ręka”) pojawia się farsowy kontrast między światem cudowności i fantastyki a ciągnącą je w dół pospolitości trywialnością życia. Akcentuje też autor posłowia charakterystyczną dla francuskich pisarzy fascynację scenerią krajów południa (Hiszpania, Grecja, Włochy) jako szczególnie żyznym podglebiem dla niesamowitości i wybujałego erotyzmu. Magia, czary, okultyzm, magnetyzm, metempsychoza, hipnoza, egzorcyzmy, alchemia, wędrówka dusz, czyśćcowe dusze, mistycyzm, cudowność, halucynacje, opętanie, lunatyzm, upiory, duchy, zjawy, gnomy, mary senne, to tylko niektóre z licznych motywów charakterystycznej dla literatury fantastycznej, niesamowitej. Jednak najbardziej charakterystycznym motywem jest obecność diabła: „Francuska nowela niesamowita XVIII i pierwszej połowy XIX wieku to opowieść o walce z diabłem, walce sił światła i ciemności o ludzką duszę” – zauważa Płaza. Tyle, że czasem ten diabeł, jak w „Melmoth pojednany” Balzaca jest zewnętrzną wobec człowieka, odrębną, samoistną rzeczywistością, a czasem jak u Villiers de l’Isle-Adama – integralną częścią natury każdego człowieka, mieszkańcem jego wnętrza. Kto jednak niekoniecznie pasjonuje się tymi naukowymi klasyfikacjami literaturoznawczymi i intelektualnymi destylacjami gatunkowymi i tak będzie miał satysfakcję z lektury tego wspaniałego literacko, a u wrażliwych mogącego wywołać momentami nawet gęsią skórkę zbioru.

 

„Opowieści niesamowite (1). Literatura francuska”, przekład m.in. Tadeusz Boy – Żeleński, Julian Rogoziński, Joanna Guze i inni, wybór i wstęp Jerzy Parvi, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2018, str. 469, ISBN 978-83-06-03516-2.

Bez dogmatu po raz trzeci Recenzja

Krzysztof Lubczyński recenzuje najnowsze wydanie niezależnego, lewicowego magazynu intelektualnego.

 

Trzeci tegoroczny numer kwartalnika „Bez dogmatu” wydawanego przez wydawnictwo „Książka i Prasa” (KiP) wpisuje się w rocznicę stulecia odzyskania niepodległości przez Polskę, co zaznacza już na wstępie Piotr Szumlewicz w tekście „Kabaret na stulecie niepodległości”, w dziesięciu fleszach pokazujący pakiet śmieszności towarzyszący obchodom tego wydarzenia. Anna Małyszko zajęła się w obszernym tekście „Szkołą niepodległą”, czyli głównie ideologicznymi deformacjami, jakim podlega polska szkoła współczesna, w szczególności szkoła czasów PiS. Komplementarnie do tego tematu Anna Dzierzgowska zajęła się nauczaniem historii czyli polityką historyczną realizowaną na umysłach uczniów („O nauczaniu w Polsce historii. Czyja historia? Komu służy?”). Dzierzgowska zwraca w szczególności uwagę m.in. na manipulację poznawczą polegającą na wskazywaniu fałszywych więzi rodowodowych między teraźniejszością a wieloma bytami z przeszłości i wpisywaniem postaci z przeszłości historycznej w znaczenia, z którymi nie miały, bo i nie mogły mieć nic wspólnego. O dominacji „Narodowych ramot” czyli obecnej recepcji zamierzchłych tradycji historycznych oraz o recydywie kopalnego nacjonalizmu napisał Tomasz Jativa, a o „Wyklętych komunistkach” – Róży Luksemburg, Wandy Wasilewskiej i Zofii Dębińskiej – Agnieszka Mrozik. Przeskok do tematyki stricte współczesnością inspirowanej rozpoczynają „Myśli nowoczesnego konsumenta” Julii Golachowskiej, poświęcone etnocentryzmowi konsumenckiemu, jako jednemu z przejawów modnego dziś w Polsce kultu patriotyzmu. Do tej szeroko rozumianej tematyki konsumenckiej dopisuje się Piotr Rymarczyk opowiadaniem „Nowe ciało dresiarza”. W „Wymazywaniu H.” Michał Kozłowski podejmuje temat tabu, jakim ruchy prawicowe starają się, poprzez sprzeciw wobec argumentacji „ad hitlerum”, obezwładnić krytykę ze strony ideowych przeciwników. Norman Tabor przypomina postać obalonego i zamordowanego 45 lat temu lewicowego prezydenta Chile Salvadora Allende i zwraca uwagę, że jego oprawca, Augusto Pinochet, tylko w Polsce zamiast jako zbrodniarz traktowany jest jako bohater. Michał Kozłowski pochylił się nad popadnięciem polskiej lewicy propalestyńskiej w antysemickie stereotypy („Izrael, Krzysztof Godlewski i my”). Natomiast m.in. Stanisław Różycki („Ustawa 2.0”), Sebastian Słowiński („Trzeba bronić uniwersytetu”) i dwoje innych autorów zajęli się sytuacją wyższego szkolnictwa w obliczu tzw. ustawy Gowina. „Historia jednego strajku”, to relacja Wandy Wasilewskiej ze słynnego strajku ZNP w 1937 roku, strajku który współorganizowała. Krzysztof Lubczyński ukazał „Nieodparty urok władzy ludowej” w zwierciadle dwóch politycznych powieści Janusza Rolickiego akcją usytuowanych w PRL. Numer kończy niewielkie (choć jak na publikację w nieobszernym piśmie periodycznym całkiem obszerne) studium Dariusza Łukasiewicza „Rodzina robotnicza w kapitalizmie industrialnym. Przykład niemiecki”. A w drugim tytule „KiP” czyli listopadowym numerze miesięcznika „Le Monde diplomatique” m.in. Louis Pinto o „Rozpieszczonych dzieciach supermarketu” czyli o metamorfozach społeczeństwa konsumpcji, Renaud Lambert pyta „Czy Brazylia jest faszystowska?”, oczywiście Brazylia po objęciu władzy przez populistę Jaira Bolsanaro, a także Michela Hussona „Kryzys gospodarczy i nieporządki światowe” czyli ekonomiczny bilans dekady 2008-2018 oraz wiele innych tekstów.

 

„Bez dogmatu”, nr III/2018