Niepokorny historyk francusko-polski

Profesor Daniel Beauvois – wybitny historyk francuski, znawca historii Polski, w szczególności specjalista historii społecznej kresów wschodnich od XVII do XIX wieku. Wydawałoby się, powinien mieć w Polsce atłasowo uprzywilejowaną pozycję.

Takiego Francuza, który porzucił bujną , barwną i dramatyczną historię swojej ojczyzny, by z poświęceniem godnym – wydawałoby się – lepszej sprawy taplać się w naszym błotku narodowym, powinno się na rękach nosić. I mógł sobie Beauvois zapewnić to bez trudu, w naszym tradycyjnie frankofilskim kraju, będącym bądź co bądź spadkobiercą napoleońskiego Księstwa Warszawskiego z napoleońską konstytucją i kodeksem, do dziś czasem przez sądy polskie stosowanym. A jednak tak się nie stało, bo sam wybrał trudniejszą drogę. Swoją autobiografię zatytułowaną „Moje kamienie księżycowe. Próba autobiografii zawodowej”, sformułował z prawdziwie francuską szczerością ćwiczoną na Wolterze i Diderocie, bez oglądania się na polsko-słowiańską obłudę i poprawność towarzyską.
Opowiada w niej m.in. o tym, jak niektórzy przedstawiciele polskiego świata naukowego historyków reagowali na jego bezkompromisowe oceny naukowe sytuacji społecznej w Szlacheckiej Rzeczypospolitej, Kresów Wschodnich w szczególności, w której szlachta uczyniła z chłopów przedmiot bezprzykładnej eksploatacji. To niewiarygodne, ale niejednokrotnie odpowiedzią na tę bezkompromisowość naukową Profesora nawet największe tuzy odpłacały mu słabo skrywanym lub zgoła nie skrywanym, ostracyzmem. Nie wszyscy rzecz jasna, ale postawa innych sporo o nas mówi. Najwyraźniej traktowano go jak swoistego bluźniercę, który ośmielił się podważyć polski, arkadyjski, sielski, utopijny, a tak naprawdę zakłamany mit Kresów Wschodnich, jako obcego ośmielającego się podważać zakłamane „polskie świętości”. Być może chętnie zasugerowani mu by zajął się grzechami i brudami francuskimi.
Ale profesor wybrał co innego i było to jego „święte” naukowe prawo. Wydany przez Instytut Historii Nauki PAN tom, poprzedzony wstępem prof. Leszka Zasztowta („Niepokorny uczony w nowej Europie”), składa się ze wspomnianej autobiografii zawodowej a także zestawu tekstów Daniela Beauvois, w tym m.in. o sytuacji inteligencji polskiej w Wilnie 1803-1832, o micie „Kresów Wschodnich”, o pamiętnikarstwie polskim z tych terenów w wieku XX, o Polsce XX wieku widzianej oczyma historyków rosyjskich, a także wywiadu z Profesorem, osnutego wokół jego pomnikowej monografii „Polacy na Ukrainie 1831-1863”, a zatytułowanego „Anielstwo i Imperializm”.
Tom Daniela Beauvois, to pasjonujący intelektualnie zbiór i – co nie bez znaczenia – jako edycja polska – drobne zadośćuczynienie i podziękowanie za jego trud w służbie polskiej Klio i budzeniu polskiej samoświadomości.
Daniel Beauvois – „Autobiografia i teksty wybrane”, wyd. Instytut Historii PAN, Warszawa 2017, str. 415, ISBN 978-83-7545-744-5

Szesnaście krótkich utworów prozą

Herman Melville (1819 – 1891),amerykański pisarz i poeta, początkowo pisał powieści ogromne (choćby „Moby Dick”, „Biały kubrak” czy „Pierre, czyli dwuznaczność”), które nie podobały się ani krytykom ani czytelnikom.

W końcu przystał na propozycję dwóch ważnych amerykańskich czasopism, mianowicie „Harper’s New Monthly Magazine” i „Putnam’s Monthly Magazine”, które postanowiły udostępnić swoje łamy rodzimym twórcom. Melville, podejmując tę współpracę musiał przystać na żelazne zasady, narzucone przez redakcje. Przede wszystkim objętość utworów musiała być niewielka, ich treść miała się odnosić do spraw społeczno-politycznych, z umiarkowanym komentarzem krytycznym, zakazane były treści, „radykalne, niemoralne, wywołujące zgorszenie publiczne, a także, jak to się dzisiaj mówi, obrażające uczucia religijne…”. Jednak Melville nie do końca poddał się regułom, jakie zostały mu narzucone i niejednokrotnie poruszał w swych opowiadaniach i nowelach kłopotliwe i wieloznaczne tematy. Więcej, swoje utwory publikował anonimowo. W latach 1853-1856 napisał kilkanaście takich opowiadań, z których dwa „Benito Cereno” i „Kopista Bartleby czyli opowieść o Wall Street” zostały później uznane za najważniejsze w jego twórczości. Właśnie teraz Państwowy Instytut Wydawniczy oddaje do rąk czytelników „Nowele i opowiadania”, zbiór szesnastu utworów, w znakomitej większości w nowych przekładach, opatrując je obszernym i cennym ”Posłowiem” autorstwa Adama Lipszyca i Mikołaja Wiśniewskiego.
Herman Melville, Nowele i opowiadania, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2020, str.654 ISBN 978-83-8196-141-7

Tysiąc szkół na Tysiąclecie – historia pewnego pomysłu

Po II wojnie światowej zniszczona Polska borykała się z brakiem budynków, w których mogły funkcjonować placówki oświatowe, przeznaczone dla rosnącej liczby dzieci z tzw. wyżu demograficznego. We wrześniu 1958r. towarzysz „Wiesław”, czyli Władysław Gomułka I sekretarz Komitetu Centralnego PZPR, rzucił pomysł zbudowania tysiąca nowych szkół na tysiąclecie państwa polskiego.

I faktycznie pomysł Gomułki, przy ogromnym wsparciu i ofiarności społeczeństwa, został w latach 1966-1972 zrealizowany, a jego efekty widoczne są do dzisiaj. Nieomal w każdej większej miejscowości powstały bowiem gmachy, w których nauki pobierały i pobierają kolejne pokolenia młodych Polaków. Dotychczas nie istniała kompleksowa praca, przedstawiająca ten niewątpliwy fenomen okresu słusznie minionego i dopiero Krzysztof Wałaszewski, autor „Tysiąca szkół na Tysiąclecie”, w sposób bardzo interesujący uzupełnił ten brak. W swojej książce opisał, wykorzystując między innymi źródła archiwalne, pochodzące z Archiwum Akt Nowych, opracowania tematyczne, artykuły ówczesnej prasy, wszystkie aspekty ich budowy(polityczne, propagandowe, architektoniczne). Nadto wzbogacił swą książkę zdjęciami z epoki oraz kompletną listą wszystkich placówek, nazywanych powszechnie i do dzisiaj „tysiąclatkami”. Książka została podzielona na kilka części, pierwsza z nich „Tysiąclatki dla społeczeństwa” odnosi się do informacji, z jakimi mogli się spotkać obywatele PRL w trakcie ich powstawania, z kolei druga „Tysiąclatki dla władzy” zawiera informacje wówczas dla obywateli niedostępne, a pozwalające poznać kulisy tego projektu, który okazał się sukcesem władzy ludowej, trzecia zawiera podsumowanie ustaleń poczynionych przez autora oraz informacje odnośnie stanu „tysiąclatek”, które na stałe wpisały się w polski krajobraz, dzisiaj. Niewątpliwie „Tysiąc szkół na tysiąclecie” będzie ciekawą lekturą nie tylko dla badaczy okresu PRL-u, ale także osób które w „tysiąclatkach” pobierały nauki.
Krzysztof Wałaszewski „Tysiąc szkół na tysiąclecie Szkoły Tysiąclecia – architektura, propaganda, polityka” str.349 Księży Młyn Dom Wydawniczy Michał Kotliński Łódź 2018 ISBN 978-83-7729-463-5

Największa tajemnica Watykanu

Jedną z najbardziej zaskakujących osobliwości początków XXI wieku jest szokujący obraz Kościoła Katolickiego, jaki w tych czasach ukazał się milionom jego wyznawców na całym świecie. Przeróżne sygnały i pogłoski pojawiały się już wcześniej, ale dopiero dzisiaj, głównie dzięki powszechnemu dostępowi do internetu, porażające fakty o prawdziwym obliczu tego kościoła ujrzały światło dzienne. Oto kilka refleksji po przeczytaniu książki „Jak zostaje się Bogiem” autorstwa Sławomira Sadowskiego.

Dziesiątki tysięcy dzieci molestowanych, gwałconych, niszczonych psychicznie i fizycznie przez bogobojnych księży, misjonarzy, zakonników i biskupów. Potworne praktyki seksualne i znęcanie się aż do granic sadyzmu nad podopiecznymi w sierocińcach, ochronkach i domach opieki prowadzonych przez przeróżne zgromadzenia zakonne. Zboczeńcy seksualni ujawniani na wszystkich stopniach hierarchii kościelnej i praktycznie we wszystkich krajach, ale przez całe lata chronieni przez system zinstytucjonalizowanego tuszowania przestępstw. Watykan nazywany przez wtajemniczonych światową stolicą homoseksualizmu, gdzie seks w przeróżnych formach stał się zjawiskiem powszednim. I to wszystko otoczone niewiarygodnym bogactwem, złotem, blichtrem, pałacami, latyfundiami, maybachami.
Każdy przeciętny historyk może dodać do tego obrazu całe tomy informacji o potwornościach i niewiarygodnych zbrodniach, których dokonywali ludzie w sutannach i z krzyżem na piersiach przez wszystkie minione wieki. Inkwizycja, „Młot na czarownice”, setki tysięcy spalonych na stosach, torturowanych, zamęczonych, potępionych. Miasta, prowincje i całe narody wyrzynane bez żadnej litości, zgodnie z błyskotliwym wskazaniem biskupa Arnaud z XIII wieku: „Zabijajcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich”. Morderstwa, zdrady, kłamstwa, przekupstwa, zachłanność, zakazane księgi, zakazana nauka… Listę zbrodni katolickiego kleru wobec ludzkości można kontynuować wręcz bez końca.
Taki obraz Kościoła nie jest oczywiście jedynym, jaki można stworzyć, gdyż zdarzali się w jego łonie także ludzie uczciwi, uduchowieni i przyzwoici, dokonywane były czyny i dzieła godne pochwały i podziwu, ale nie może to służyć jako zasłona dla przytoczonych powyżej niepodważalnych faktów.
Każdy więc, kto interesuje się zarówno historią jak i współczesnością kościoła, musi postawić sobie zasadnicze pytanie: jak to jest możliwe, by tak potwornych grzechów, tak szokującego łamania głoszonych przez siebie zasad, dopuszczali się kapłani religii, której centralną postacią jest miłosierny Jezus Chrystus, ubogi pielgrzym czyniący dobro, wybaczający i nakazujący kochać nawet nieprzyjaciół, Zbawiciel, który z miłości do ludzi cierpiał mękę i oddał za nich życie?
Ten przydługi wstęp musiałem uczynić, aby stwierdzić, że odpowiedź na to dręczące i jednocześnie fundamentalne dla dzisiejszego świata pytanie odnalazłem w skromnej książce autorstwa Sławomira Sadowskiego, zatytułowanej „Jak zostaje się Bogiem”. Od razu chce zaznaczyć, że książka w ogóle nie dotyczy kościoła ani jego ponurej historii, czy też księży i ich zbrodni. Natomiast odkrywa ona, ku zaskoczeniu chyba każdego czytelnika, inną, absolutnie największą i najbardziej skrywaną tajemnicę Watykanu.
Najpierw kilka informacji o autorze możliwych do odnalezienia w zasobach internetu, a które mogą mieć znaczenie dla zrozumienia jego pracy. Otóż Sławomir Sadowski jest byłym oficerem polskich służb specjalnych, który przez wiele lat pracował jako analityk kontrwywiadu. Jak sam przyznaje w jednym z internetowych wpisów, jego zawodem było głównie czytanie z pełnym zrozumieniem, możliwie wnikliwie i krytycznie, setek ważnych dokumentów i dokonywanie ich obiektywnej oceny. Inna istotna informacja, którą zamieścił w swej książce, mówi o tym, że jego pasją jest ponadto historia starożytna, oraz że z tego powodu, gdy znalazł się na emeryturze, przeczytał „od deski do deski” cały Nowy Testament.
Ta podstawowa księga Chrześcijaństwa powstała ok 2 tys. lat temu i posiada wszelkie cechy autentycznego dokumentu historycznego, który wymaga po prostu wszechstronnego i dogłębnego zbadania. Takich prób przez wieki podejmowało bardzo wielu uczonych, teologów, historyków, religioznawców, ale z reguły czynili to z jakimś z góry powziętym założeniem – albo usilnie szukali boskiego wpływu na wydarzenia w Palestynie przed 2000 lat, albo równie usilnie starali się znaleźć tego zaprzeczenie. Efekt końcowy ich mozolnych prac w zasadzie zawsze był bardzo podobny: wszyscy przyznawali, że opisane tam życie Jezusa Chrystusa „pokrywa tajemnicza zasłona”. Natomiast praca Sławomira Sadowskiego dowodzi, że dokonanie prawdziwie rzetelnej, wnikliwej i obiektywnej całościowej analizy kontrwywiadowczej treści czterech ewangelii, poparte pewną wiedzą historyczną, pozwala całkowicie zerwać tę „tajemniczą zasłonę”.
Wypracowane przez autora wnioski są jednoznaczne – w księgach Nowego Testamentu nie ma żadnych tajemnic ani zagadek, nie ma cudów, boskich interwencji czy nadprzyrodzonych mocy. Historia, którą tam znajdujemy jest bardzo interesująca, ale całkowicie naturalna i bardzo „ziemska”. Praca „Jak zostaje się Bogiem” jest opisem sposobu dochodzenia do tych szokujących ustaleń i, jak to określił jeden recenzentów w internetowej opinii, czyta się ją jednym tchem zupełnie jak najlepszą beletrystykę, zaś ja mogę dodać, że raczej jako doskonałą powieść
detektywistyczną.
Aby nie trzymać czytelników w niepewności, wyjaśniam, że dzięki tej książce wiemy wreszcie, że 2000 lat temu w Palestynie odbyła się zawzięta walka o władzę, a dokładnie o panowanie nad Wielką Świątynią Jerozolimską, centrum religijne, administracyjne i polityczne narodu żydowskiego. Rywalami w tej bezlitosnej konfrontacji byli zarządzający wówczas przybytkiem arcykapłani (Kajfasz i Annasz) oraz prowincjonalny galilejski kaznodzieja i uzdrowiciel Jezus z Nazaretu.
Cała historia ludzkości jest w zasadzie nieustającą relacją z niezliczonych zmagań o zdobycie władzy, w których stosowano absolutnie wszystkie możliwe sposoby – od przyzwoitych i legalnych, do najbardziej podłych i zbrodniczych. Jedną z kategorii uzurpatorów próbujących przejąć rządy byli samozwańcy, czyli osoby które ogłaszały, że są odnalezionymi synami cesarzy czy też królów i z tego tytułu należy im się panowanie. W polskiej historii mamy z tego repertuaru klasyczną Dymitriadę, ale podobne sytuacje spotykamy w każdej epoce, a starożytność była w tym względzie szczególnie bogata. Takim też samozwańcem był Jezus z Nazaretu, postać bez wątpienia historyczna, której dzieje zostały dosyć szczegółowo opisane w czterech Ewangeliach.
Należy tu zauważyć, że praktycznie wszyscy, nawet głęboko wierzący chrześcijanie, znają zaledwie niewielką część Nowego Testamentu. Jest to tylko kilka fragmentów nagminnie wykorzystywanych w codziennej liturgii kościelnej, które najbardziej pasują kościołowi w tworzeniu użytecznej mu wizji religii. Inne, kolidujące z nią sceny i cytaty, są praktycznie całkowicie pomijane, lub przykrywane tendencyjnymi komentarzami, a w kilku przypadkach wręcz zmanipulowane przez biblijnych redaktorów. To właśnie sięgnięcie do tych usilnie omijanych obszarów Ewangelii pozwoliło autorowi książki na odtworzenie prawdziwej historii Jezusa
z Nazaretu.
Oto galilejski kaznodzieja i uzdrowiciel ogłosił się ni mniej ni więcej tylko Synem Bożym (Mesjaszem), co było równoznaczne z przyznaniem sobie tytułu Króla Żydowskiego. Aby podkreślać boski status przywdział szczególną szatę (tunikę) i zaczął przemawiać do tłumów „jak ten, który ma władzę”. Organizował wiele wypraw po wszystkich palestyńskich krainach, agitował, werbował zwolenników, urządzał spektakle mające potwierdzić jego boskie pochodzenie. Zadanie jakie sobie postawił najlepiej oddaje cytat „Nie po to wnosi się lampę, aby ja ukryć pod korcem, ale by postawić ją na świeczniku” – czyli, ze nie po to ogłosił się Synem Bożym, aby nie zająć należnego mu żydowskiego tronu. Po jakimś czasie zdobył znaczne grono zwolenników i uznał, że już zdoła odebrać władzę arcykapłanom. Gdy wierzący w niego ludzie z prowincji udali się do Jerozolimy na coroczne święto Paschy, on również przyszedł tam na czele niewielkiego oddziału najbliższych pomocników. Cały czas starając się postępować zgodnie z biblijnymi proroctwami o Mesjaszu (szata, wjazd na osiołku, uczniowie krzyczący „oto król żydowski”) spróbował opanować Świątynię. Aby zademonstrować swe prawa krzyczał do zebranych ludzi „To jest mój dom…” i próbował wygonić kupców ze świątynnego dziedzińca. Ponieważ zabiegi okazały się mało skuteczne, gdyż arcykapłani nie wystraszyli się i nie ukorzyli przed nim, zaczął wzywać otaczający tłum „Zburzcie tę Świątynię…”. To też nie przyniosło efektów, gdyż w mniemaniu zebranych żydów prawdziwy Mesjasz powinien poradzić sobie bez ich pomocy. Arcykapłani zlekceważyli nawet takie jego zachowanie, ale ponieważ w kolejnych dniach nadal uparcie próbował stanąć na czele tłumów jako boski wysłannik, w końcu skazali go na śmierć za próbę zamachu stanu. Wyrok zgodnie z prawem wykonali Rzymianie, a z punktu widzenia arcykapłanów i wszystkich obecnych żydów był to jednocześnie decydujący sprawdzian, czy ten Galilejczyk nazywający siebie Synem Bożym, ma może w sobie faktycznie jakieś nieziemskie moce – nie miał i skonał jak każdy skazaniec. To w największym skrócie cała prawdziwa historia życia Jezusa z Nazaretu i jednocześnie niewielki fragment historii politycznej dawnego Izraela.
Gdy zapoznamy się z pracą „Jak zostaje się Bogiem”, to taki przebieg zdarzeń staje się wręcz oczywistością, potwierdzoną setkami cytatów i całych fragmentów Ewangelii, które tylko trzeba było odnaleźć, zrozumieć i ustawić w odpowiedniej chronologii. Ważnym problemem, rozwiązanym przez autora książki, było to, że świadkowie tamtych wydarzeń, prości Galilejczycy, których opowieści po latach stały się źródłem Ewangelii, najczęściej sami nie w pełni rozumieli sens wydarzeń w których uczestniczyli. Na przekazane później relacje znaczny wpływ miały ich cechy osobowościowe, ale też naiwna wiarą, że ich Mistrz, Jezus, był jednak wyposażony
w boskie przymioty.
Jednym z najciekawszym problemów rozwiązanych przez Sławomira Sadowskiego jest zagadka, co się stało z ciałem Jezusa po złożeniu go do grobu. Zaskakująco prosta odpowiedź stanie się doskonale widoczna każdemu zainteresowanemu, gdy autor wskaże mu, jak jednoznaczne są w Ewangeliach zapisy na ten temat. Aby jednak nie pozbawiać czytelników przyjemności samodzielnego dotarcia do rozwiązania, nie będę go tutaj przytaczał. Dodam natomiast, że książka rozwikłuje jeszcze szereg innych rzekomych tajemnic ewangelicznych i każda osoba z zamiłowaniami detektywistycznymi z pewnością będzie usatysfakcjonowana. Tylko dla przykładu podam, że chodzi m. in. o takie zagadki jak:
• dlaczego Jezus musiał uciekać ze swego rodzinnego miasta Nazaretu,
• jaki faktycznie przebieg i sens miały jego rzekome cuda, w tym jak zorganizowano pozorne wskrzeszenie Łazarza,
• co powiedział Jezusowi na ucho jego najwierniejszy uczeń Judasz, gdy wszyscy myśleli, że go „wydaje pocałunkiem” i dlaczego następnie Jezus dał się dobrowolnie aresztować,
• dlaczego, gdy był już ukrzyżowany, podano mu na trzcinie gąbkę nasączoną octem,
Końcowe rozdziały książki zawierają także kilka ważnych wskazań, jak to się stało, że życie i śmierć ambitnego kaznodziei z Nazaretu pozwoliły Saulowi z Tarsu, zwanemu później Świętym Pawłem, stworzyć wielką, ogólnoświatową religię monoteistyczną. Jednak z mojego punktu widzenia szalenie ważny jest inny aspekt tej pracy, chociaż nie uwypuklony w niej zbyt mocno. Wyjaśnia on dlaczego swoją recenzję zacząłem od uwag o funkcjonowaniu współczesnego Kościoła.
Otóż książka Jak zostaje się Bogiem udowadnia, że co najmniej w kilku miejscach Nowego Testamentu kościelni redaktorzy celowo „poprawiali” jego treść, lub wstawiali komentarze i uzupełnienia, które ewidentnie miały na celu uniemożliwienie odczytania i ujrzenia prawdziwego przebiegu opisywanych tam wydarzeń! Proszę to dobrze zrozumieć – dowodzi to jednoznacznie, że hierarchia kościelna, nadzorująca redagowanie świętych pism, doskonale zdaje sobie sprawę, jaka jest prawda o Jezusie z Nazaretu zwanym Chrystusem i wie, że nie był on żadnym prawdziwym Mesjaszem, Synem Bożym czy też Zbawicielem.
Właśnie to jest największą tajemnicą Watykanu.
Teraz możemy zrozumieć, dlaczego księża mają w głębokiej pogardzie głoszone przez siebie przykazania czystości, dobra, miłosierdzia, prawdy, pokory i szereg innych świetlanych cech, których symbolem jest Jezus Chrystus. Oni dobrze wiedzą, że całemu ogromnemu tłumowi, milionom ubogich duchem prostaczków na całym świecie sprzedają piękną i wzniosłą bajkę na jego temat, nie mającą nic wspólnego z historyczną prawdą. Oni mogą nawet się przyznać do ludzkich słabości, do zbrodni, do pedofilii, do seksualnego rozpasania i totalnej deprawacji, ale z pewnością nigdy nie ujawnią tej tajemnicy Watykanu.
Każdy kto zechce dowiedzieć się więcej i samemu przekonać się jakie naprawdę były dzieje Jezusa z Nazaretu, człowieka, który stał się prorokiem, następnie Mesjaszem, a wreszcie Bogiem, powinien po prostu przeczytać książkę Sławomira Sadowskiego „Jak zostaje
się Bogiem”.

Tropizmy

Elżbietę Isakiewicz pamiętam sprzed mniej więcej dwóch dekad jako bojową prawicową publicystkę. Już dawno jednak się z tego wymiksowała i została pisarką, mistrzynią małych form. „Niewyśnione historie”, to zbiór kilkudziesięciu króciutkich, najwyżej dwustronicowych opowiadań.

Każde z nich to jakaś jakby w kadrze zatrzymana sytuacja, obserwacja, impresja wzrokowa, słuchowa. Isakiewicz bierze pod swój mikroskop najdrobniejsze składniki życia, odruchy, gesty, okruchy, strzępy, okrawki. To nie są mini opowieści. Nie ma tu początku, rozwinięcia i końca. Nie ma konceptów, mini fabuł z puentą. Jest tu całkowity, poddany regule Przypadku żywioł egzystencji. Na ogół to najbardziej szara codzienność (np. sytuacja przy kasie sklepowej w najkrótszym z opowiadań (?), choć od czasu do czasu pojawia się jakiś przywołany okruch literatury (Czechow, Proust) czy historii (Powstanie Warszawskie). Egzystencja w tych błyskach magnezji utrwalana przez Isakiewicz pozbawiona jest jakiejkolwiek tendencji, kierunku, to czysty żywioł biegu życia. Trochę jak w „Kosmosie” Gombrowicza, w pierwszej sekwencji marszu z Krupówek do pensjonatu żony Leona Wojtasa. Piasek, patyk, gałąź, sznurek, wróbel, kamyk, pot na twarzy… Trochę jak u Mirona Białoszewskiego, ale bez jego frazo – i słowotwórczej
pomysłowości i brawury.
Trochę jak u pisarzy francuskiej „nouveau roman” („nowej powieści”), gdzie tworzywem narracji były okruchy egzystencji zwane tropizmami, przypominającymi plamy nanoszone na płótno przez impresjonistów. Warto te prozę posmakować, dla odmiany i estetycznej higieny.
Elżbieta Isakiewicz – „Niewyśnione historie”, wyd. Sic!, Warszawa 2017, str. 158, ISBN 978-83—365-459-06-0

Umrzeć za ideę – niebezpieczne żywoty filozofów

Costica Bradatan, urodzony w Rumunii, amerykański filozof, pracował nad swoją książką kilka lat, tworząc interesujący esej o śmierci, „która jest nam potrzebna także po to, aby lepiej zrozumieć życie”. Bohaterami jego książki jest nie tylko śmierć, ale także są filozofowie.

Choćby Sokrates, któremu najpierw postawiono zarzuty gorszenia młodzieży i bezbożności, a później skazano na śmierć, Hypatia – aleksandryjska filozofka, zamordowana przez chrześcijan, Anglik Thomas More, który został ścięty, gdy odmówił uznania zwierzchnictwa króla nad Kościołem, Giordano Bruno dominikanin, spalony na stosie za poglądy przeczące nauce Kościoła katolickiego czy Jan Patočka, czeski prekursor fenomenologii, zadręczony przez tajną policję kilkunastogodzinnym przesłuchaniem.
Wszyscy oni w różnych czasach i w różnych okolicznościach zostali zmuszeni do dokonania wyboru – wierność poglądom i śmierć albo zaprzeczenie swoim poglądom i życie.
Wszyscy oni umarli za ideę, a ich śmierć nie poszła na marne. Sokrates jest uważany za założyciela zachodniej filozofii, Hypatia jest postrzegana jako prekursorka filozofii kobiecej, Giordano Bruno zapoczątkował antyreligijny racjonalizm. Bradatan podzielił swoją książkę na rozdziały („Wstęp”, „Filozofia jako autokreacja”, „Warstwa pierwsza”, „Filozofia w ciele”, „Warstwa druga”, „Powstanie filozofa męczennika” i „Postscriptum: Umrzeć z uśmiechem”), ukazujące jak napisał w nocie wydawniczej filozof polityki prof. Zbigniew Stawrowski, niepozbawione „humoru i dystansu do siebie, filozoficzne podejście do śmierci – i to zarówno tych, którym przyszło umrzeć za wyznawane przez siebie idee, jak i tych, dla których śmierć była nieustannym towarzyszem ich filozoficznego namysłu”.
Polecam lekturę tej fascynującej książki, zwłaszcza w dobie COVID-19, zagrażającego każdemu z nas, śmiercią właśnie.
Costica Bradatan „Umrzeć za ideę Niebezpieczne żywoty filozofów” Państwowy Instytut Wydawniczy 2020 str.349 ISBN 978-83-8196-049-6

Jesteśmy tu po to, żeby czytać

Zbiór szkiców i wykładów Olgi Tokarczuk „Czuły narrator” to przede wszystkim wielka pochwała czytania i pisania, niezastępowalnej roli literatury, a w szczególności powieści.

Pisarka odsłania przed swymi czytelnikami dzieje swojego dojrzewania do literatury, swoich narodzin, po pierwsze, jako czytelniczki, a po wtóre, pisarki, dla której treścią życia stało się składanie liter i budowanie nowych sensów.
Samo w sobie to niezwykle ciekawe, zwłaszcza dla tych, którzy rozsmakowali się w jej pisarstwie, wyprawiać się śladami lektur, pierwszych i późniejszych, dojrzałych już fascynacji literackich autorki. Ciekawe również dowiadywać się, jak wygląda warsztat psiarki, zwłaszcza jako autorki powieści historycznej, monumentalnych „Ksiąg Jakubowych”. Gromadzenie materiałów o schizmie frankistów, liczne lektury, wyprawy terenowe, tworzenie map i pierwszych struktur, a potem wiązanie tych różnorodnych elementów w całość przypomina wytężoną pracę architekta, który musi zadbać o kształt całości i wycyzelowanie każdego elementu z osobna.
Ale choć to tematy poruszające wyobraźnię, jeszcze ciekawsze wydają się próby zdefiniowania przez pisarkę zadań literatury, jej miejsca w życiu społeczeństw, roli przypisywanej i rzeczywistej, kto wie, czy nie koła ratunkowego, zwłaszcza w sytuacji obecnej, kiedy wszyscy czujemy, że następuje kres świata, jaki znaliśmy do tej pory, a obraz tego, co nastąpi, wciąż rysuje się mgliście.
„Rezultatów pandemii – pisze Olga Tokarczuk – jest w końcu wiele i są one bardzo różnorodne. Najważniejszym jednak wydaje mi się załamanie głęboko uwewnętrznionej narracji, że kontrolujemy świat i jesteśmy panami stworzenia”. Nie jest to może szczególnie odkrywcze stwierdzenie, ale dla pisarki niesie daleko idące konsekwencje. Skoro bowiem człowiek jest detronizowany, skoro dawne jego zwyczaje i ugruntowane przekonania sypią się na naszych oczach, trzeba szukać innych perspektyw i innych fundamentów. Tu właśnie z pomocą przychodzi literatura ze swoją „ekscentrycznością”, jak to Tokarczuk nazywa. Nie chodzi jednak o ekscentryczność w potocznym tego słowa znaczeniu, czyli o różnego rodzaju dziwactwo, odstawanie od normy, ale spojrzenie spoza centrum, niejako z boku, z ukosa, z innego wymiaru chciałoby się rzec, aby na te same zjawiska i procesy popatrzeć z innego dystansu. I w ten sposób szukać innych możliwości interpretowania świata. Niekoniecznie ufundowanego na uroszczeniu, że człowiek jest panem stworzenia poza wszelką dyskusją i jego interesy (nawet te dojutrkowskie) mają być traktowane poważniej niż interesy innych udziałowców naszej biosfery.
Nie chcę sugerować, że Tokarczuk wybiera irracjonalizm jako obronę przed bezradnością nauki czy rozumu. To raczej próba powiększenia, wzmocnienia naszych władz poznawczych. Stąd zapewne inspiracja, jaką czerpie z niecodziennej książki Johna Maxella Coetzeego „Żywoty zwierząt”, nawiązującej do ruchu walki o prawa zwierząt. W gruncie rzeczy chodzi tu bowiem o prawo humanisty do stawiania pytań moralnych i użycie literatury jako narzędzia „ekscentrycznego poznania”.
„Żywoty” to zapis wykładów pisarza (nieprzypadkowe jest to podobieństwo do znacznej części tekstów „Czułego narratora”, będących też wykładami), wygłoszonych na Uniwersytecie Princeton o osobliwej formie fikcji literackiej. Wykłady te bowiem są opowiadaniem o gościnnych wykładach (wykład w wykładzie, niczym chwyt teatru w teatrze – oto pisarz w podwójnej masce) starzejącej się pisarki (postaci fikcyjnej), Elizabeth Costello, występującej przeciw okrucieństwu ludzi wobec zwierząt. Zaproszona przez władze Appleton College, na uczelnię, gdzie pracuje jej syn i synowa, niezbyt pisarce przyjazna, głosi radykalne tezy, przyrównując codzienną rzeź dokonywaną na zwierzętach do holocaustu.
Pisarz, a ściślej jego bohaterka, odwraca znane porównanie masakry Żydów w obozach koncentracyjnych do rzezi bydła. To szokujące porównanie budzi niesmak starego poety, Abrahama Sterna, który w liście do pisarki sprzeciwia się takiemu porównaniu: „to odwrócenie pojęć obraża pamięć pomordowanych i w tandetny sposób kupczy przerażającą historią obozów śmierci”. Mimo te słowa Elizabeth nie zmienia swojego stanowiska, niepokojąc słuchaczy swoimi słabo uargumentowanymi, a jednak dającymi do myślenia sądami, odwołującymi się krytycznie do myśli dawnych i współczesnych filozofów, m.in. wtedy, gdy próbuje dowieść, że władztwo rozumu to wcale nie najważniejszy wyróżnik wolności, której odmawiamy zwierzętom. Synowa oskarża Costello o hipokryzję, ale syn, choć nie podziela jej radykalizmu, rozumie trwogę matki na każdym kroku dostrzegającej „dowody zbrodni”. Nie może się z tym pogodzić – książkę kończy wymowna scena: stara pisarka szlocha w ramionach syna, który tylko w śmierci widzi wyzwolenie od jej niepokojów: „Spokojnie. Niedługo będzie po wszystkim”.
Majorie Graber, krytyk literacki, profesor Uniwersytetu Harvard dowodzi, że głęboki utwór Coetzeego w równej mierze dotyczy relacji ludzi i zwierząt, co i literatury, jej roli w przekształcaniu świata. O to właśnie pyta swą matkę pisarkę, Elizabeth Costello, jej syn John Bernard: „Naprawdę sądzisz, że zajęcia z poezji przyczynią się do zamknięcia rzeźni?”. Matka zaprzecza. A jednak chyba w to wierzy.
Olga Tokarczuk chyba też wierzy w sprawczą moc literatury, podzielając intuicje Coetzeego. „Wydaje mi się – argumentuje – że literatura jako nieustanny proces snucia opowieści o świecie ma większą niż cokolwiek innego możliwość ukazania świata z całością perspektywy wzajemnych wpływów i powiązań. Rozumiana szeroko, jak najszerzej, jest ze swojej natury siecią, która łączy i ukazuje ogrom korespondencji między wszystkimi uczestnikami bytu. To bardzo wyrafinowany i szczególny sposób komunikacji międzyludzkiej, precyzyjny i zarazem totalny”.
Pewnie dlatego głosi chwałę tłumaczy, bo za ich sprawą następuje nieustanne poszerzanie ludzkich horyzontów i wtapianie do krwiobiegu współczesności nawet najstarszych tekstów, takich jak pierwszy podpisany utwór literacki w dziejach ludzkości Hymn do Inanny, dzieło Enheduanny, akadyjskiej bogini Inanny. „Dzięki tłumaczeniu – wyjaśnia Tokarczuk – ze swej natury uwspółcześniającemu język, ten tekst jest doskonale rozumiany i przeżywany przez współczesnego czytelnika, ponieważ przekazuje głębokie, niezwykle intymne do doświadczenie, które wędruje przez czas i pozostaje bez wątpienia uniwersalne”. Warto przypomnieć, że fascynacja tym tekstem i sumeryjską kosmogonią stało się inspiracją do powstania jej porywającej powieści „Anna In w grobowcach świata”.
„Ludzie, którzy czytają powieści, są niejako „więksi”, mają szerszą świadomość, żyli bowiem żywotami innych ludzi, choćby na chwilę” – przekonuje Noblistka. Poddawanie się oddziaływaniu powieści, wchodzenie w ich świat, w psychikę bohaterów sprawia, że nasze doświadczenie staje się bogatsze. Co więcej, może okazać się „szczepionką”, jak zapewnia pisarka, „przeciwko wizji świata tworzonej doraźnie i traktowanej instrumentalnie”, którą nieustannie wytwarza propaganda.
Dlatego warto czytać. I pisać. Toteż w esejach Olgi Tokarczuk znalazło się takie oto posłanie skierowane do sióstr i braci po piórze:
„Drodzy koledzy i koleżanki po piórze, młodzi adepci tego dziwnego zawodu, pisanie jest piekłem, ciągłą torturą, gotowaniem się w smole. Męczy, niszczy kręgosłupy, neurotyzuje, każe stawać w jakieś szranki, być nominowanym, aplikować, komentować, życzyć źle wrednemu recenzentowi, a w zdenerwowaniu po nieprzyjemnej recenzji gryźć palce. Ale pisanie jest jednocześnie niebem – daje poczucie mocy, zmienia życie w ciągłe uprawianie hobby, pozwala obcować z mądrymi, interesującymi sprawami i ludźmi, zmusza do myślenia i podchodzenia do różnych spraw z nietypowej strony, każe stawiać sobie ciągle pytania o to, kim się jest, rozwija empatię i sprawia, że lepiej rozumiemy innych”.

CZUŁY NARRATOR Olga Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020.

Fałsze polityki historycznej

„Nieszczęściem Polski jest to, że jej historia jest zakłamana jak nigdzie na świecie” – stwierdził kiedyś Jerzy Giedroyć, a Bronisław Łagowski zauważył: „Nad Polakami ciąży dziś najbardziej nie ta historia, która była, lecz ta, której nie było”. Te dwie wypowiedzi posłużyły autorowi za motto wprowadzające do książki. Bohdan Piętka zajął się zjawiskiem zakłamywania najnowszej polskiej historii i swoją narrację zaczął od przybliżenia kwestii polityki historycznej, która w dzisiejszej Polsce zdecydowanie góruje nad prawdziwą historią jako dziedziną nauki.

W praktyce władzy mamy do czynienia wyłącznie z polityką historyczną, czyli nadawaniem wydarzeniom przeszłości ideologicznego piętna.
Im bliższa naszym czasom jest historyczna przeszłość, tym – paradoksalnie – silniejszym naciskom politycznym podlega. Bohdan Piętka zajął się kłamstwami o historii II wojny światowej i PRL. Prowadzoną politykę historyczną określił jako peryferyjną, jako że prowadzona jest przez kraj peryferyjny.
Zacytował też dobitne zdanie Tomasza Merty, że „polityka historyczna jest przeciwieństwem prawdy historycznej”. Przywołany Longin Pastusiak stwierdził, że zwolennicy polityki historycznej w Polsce dążą do „zawładnięcia pamięcią historyczną Polaków, narzucenia własnej interpretacji przeszłości historycznej i wybiórczego traktowania faktów historycznych”.
Dodajmy – w duchu prawicowo-nacjonalistycznym z dodatkiem sosu katolicyzmu. Także prawicowy historyk Piotr Zychowicz tak opisał polską prawicową politykę historyczną: „Napuszeni, nastroszeni, pilnują ściśle własnych rodaków, aby – w odpowiednim momencie – założyć im na twarz biało-czerwony cenzorski kaganiec i postawić do narodowego pionu.
A potem pogrążają się w samozadowoleniu z dobrze spełnionego patriotycznego i obywatelskiego obowiązku. Niestety, towarzystwo to w ostatnim okresie uznało się za „obrońców honoru” Żołnierzy Wyklętych, co szalenie utrudnia spokojną merytoryczną debatę na temat powojennego podziemia(…)
Mamy do czynienia z ludźmi o mentalności sekciarskiej, których „religia” sprowadza się do czterech podstawowych dogmatów;

1 Stosujemy inne kryteria wobec Polaków, a inne wobec cudzoziemców.

2 Wszyscy polscy przywódcy polityczni i wojskowi byli nieomylni.

3 Polak w historii zawsze odgrywał tylko dwie role: bohatera lub ofiary.

4 Jeśli masz inne zdanie, zniszczymy cię i wdepczemy w ziemię”. W tak ujętej formule liczył się tylko upust krwi motywowany nacjonalistycznie, a wszelka historyczna tradycja lewicowa uważana jest za tradycję antynarodową, a w najlepszym razie obojętną wobec wartości narodowych, na co zwraca uwagę inny krytyk prawicowej polityki historycznej, Andrzej Romanowski.
Wyposażony w takie uwagi ogólne czytelnik książki może przystąpić do lektury rozdziałów poświęconych poszczególnym tematom. Tematów podejmuje Piętka wiele, ale warto zwrócić uwagę tylko na niektóre z nich.
Zajmuje się więc m.in. deprecjonowaniem dorobku PRL, groteskową gloryfikacją II Rzeczypospolitej, czczeniem Brygady Świętokrzyskiej, mitologią „żołnierzy wyklętych”, szaleństwem dekomunizacji, zniesławianiem Armii Ludowej, radykalną rusofobią, deprecjonowaniem generała Zygmunta Berlinga, którego warszawski pomnik został zniszczony za ogólnym przyzwoleniem, znieważaniem „Platerówek”, „dekomunizacją” Ireny Sendlerowej, a także zniesławianiem Józefa Cyrankiewicza przez przypisywanie mu tych win, których akurat nie popełnił.
Poza szczegółowymi tematami pasjonujące są także konkluzje ogólne, jak n.p. ta którą zawiera zacytowane sformułowanie Lecha Mażewskiego, który zauważył, że „kluczowym problemem polskiej polityki historycznej jest szantaż moralny”.
Bardzo ciekawa jest końcowa konkluzja książki Bohdana Piętki, którą autor formułuje w zakończeniu: „W latach 1956-1989 Polska Zjednoczona Partia Robotnicza przeszła ewolucję od autorytaryzmu do demokracji, natomiast większość polskiej prawicy przebyła po 1989 roku ewolucję w kierunku odwrotnym”.
I właśnie to, co jest tematem książki Bohdana Piętki, zakłamywanie historii PRL i gloryfikacja prawicowej wizji historii, jest egzemplifikacją przywołanej konkluzji. Znakomita książka.

Bohdan Piętka – „Kłamstwa o historii. PRL, Berling, Cyrankiewicz, żołnierze wyklęci”, seria „Historia bez IPN”, Biblioteka „Przeglądu”, Fundacja Oratio Recta, str. 323, ISBN 978-83-64407-70-3

„Sedan” czyli epitafium dla utraconego czasu

Cztery opowiadania ( w tym jedno tytułowe) składające się na tom „Sedan” Pawła Hertza, można by właściwie uznać za archeologię literatury, jako że ukazały się w 1946 roku i zaliczane są do nurtu tzw. „rozrachunków inteligenckich”. A jednak mimo tego, że wszystkie konkretne konteksty tej prozy są już bez reszty przeszłością, to jednak pozostaje dla nas ich generalna, uniwersalna wymowa, która mówi o zmierzchu, o zanikaniu starego świata.

Wtedy w latach trzydziestych, gdy młody Hertz przebywał w zachodniej Europie (m.in. w Paryżu), był to zmierzch, kres świata mieszczańskiego.
Poczucie zmierzchu, zanikanie, upadku kolejnych epok, końca „starego świata” pojawiło się w okresie Renesansu, który był pierwsza epoką, która w integralny sposób nawiązała do epoki zamierzchłej, do cywilizacji starożytnego Rzymu i Grecji. U schyłku lat trzydziestych było już silne przeczucie, że dwie dekady po zakończeniu Wielkiej Wojny 1914-1918 nadchodzi kres kolejnej epoki. To miał być drugi etap kresu świata mieszczańskiego, wtedy pożegnanego operetkami Offenbacha i francuskim kankanem.
Naówczas jednak poczuciu kresu jednej epoki towarzyszyło poczucie, że nadchodzi coś nowego, lepszego, uczucie zawsze prędzej czy później rozczarowujące. W „Sedanie” jest jednak poczucie kresu czegoś więcej niż tylko świata mieszczańskiego, bo także poczucie kresu kultury europejskiej, zalewanej przez rozmaite strumienie prądów jej niesprzyjających. Narrator Hertza ma naturę spokojną, stoicką, nie załamuje rąk w obliczu obserwowanych procesów, lecz z dużym spokojem je obserwuje, choć ginący świat jest jego światem. Tę wiedzę o kresie pewnej cywilizacji przywiózł Hertz po powrocie do Polski, żyjącej od 1945 roku w nowym ustroju.
Taka postawa była z definicji aprobowana, jako że u progu tamtego ustroju świat mieszczański był jednym z najbardziej znienawidzonych fenomenów, a jednocześnie figur retorycznych. „Sedan” jest jednocześnie pamiętnikiem, realistycznym obrazem opisywanego świata. „W „Sedanie” – jak zauważył w nocie wydawcy Marek Zagańczyk – miejsce szczególne zajmuje klęska września 1939 roku, zmierzch całej formacji, prawdziwy kres dawnych przyzwyczajeń”. Pośród miejsc akcji „Sedanu” jest nie tylko Paryż, ale także rodzinna Warszawa Hertza, w tym jego „rodzinne miejsce”, pałac Izraela Poznańskiego u zbiegu Alei Ujazdowskich i Pięknej. Bo obraz kresu epoki jaki Hertz ukazuje, ma wymiar bardzo silnie osobisty. „Kocham ten czas, który przeminął – pisał po stoicku Hertz – i wcale się tego nie wstydzę. Kocham własne złudzenia bezpieczeństwa w zakreślonym przez siebie kręgu. Kocham wreszcie naszą bezładną ucieczkę w stronę dwóch nacierających na siebie armii”.
„Sedan” to bogata, esencjonalna proza, choć nie zawsze tom ten był przyjmowany dobrze, bo przypisywano mu atrybuty „czarnej reakcji zakamuflowanej”, skrytą apologię mieszczaństwa. Zawiłości i sprzeczności tej wyrafinowanej prozy frapująco przeanalizował w swoim posłowiu Marcin Król, odsłaniając jej bogate znaczenia. Bardzo sycąca, esencjonalna lektura.
Paweł Hertz – „Sedan”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2020, str. 222, ISBN 978-83-8196-116-5

Jędrusik i Dygat – niebo i piekło

To nie tylko historia Kaliny Jędrusik i Stanisława Dygata. To także opowieść o najważniejszym salonie literacko-towarzyskim PRL-owskiej Warszawy. O piekle i niebie bohemy pod ich władaniem.

„Z kim tak ci będzie źle jak ze mną?” Remigiusza Grzeli czyta się nieledwie jak kryminał, mimo że to literatura faktu, reportaż literacki powstały po lekturze i żmudnej selekcji setek stron wspomnień, listów, książek, po dziesiątkach rozmów i przewertowanych rocznikach czasopism. Tak powstał fascynujący fresk o przemożnym wpływie, jaki wywierali Jędrusik i Dygat na siebie nawzajem i na tzw. środowisko. On jako mentor i przewodnik duchowy, Ona jako wyrocznia emocjonalna i szafarka smaku. On, uznany pisarz, ona debiutantka, stawiająca pierwsze kroki. Oboje połączeni gorącym uczuciem na zawsze.
To był związek otwarty, choć żądający wyłączności, w którym przygodni, krótkodystansowi i długodystansowi przyjaciele i przelotne przyjaciółki ich obojga odgrywali ważne role, ale najważniejsi pozostawali dla siebie oni sami. Oboje uwodzili świat i pragnęli być uwodzonymi.
Początkowo to On lepił Kalinę, która dopiero wychyliła się z kokonu krakowskiej szkoły teatralnej i była u progu swoje drogi. Modelował ją na polską Marylin Monroe, co wielu miało mu za złe, a niekoniecznie podzielała sama Kalina. Wolała być Polly z „Opery za trzy grosze” (reż. Konrad Swinarski, Teatr Współczesny, 1958), Holly Golighttly ze „Śniadania u Tiffaniego” (reż. Jan Biczycki, Komedia, 1965), kobietą z żebra, dla niepoznaki nazywaną Żebrowską w obsadzie Kabaretu Starszych Panów (TVP, 1960), czy dziewczyną z ujmującym uśmiechem oświadczającą wszystkim mężczyznom, że są piękni w „Apollu z Bellac” (reż. Adam Hanuszkiewicz, Teatr TVP, 1961). Ale to on trzymał władzę, wyznaczał hierarchie, powoływał do nieba albo strącał do piekła. Kto dostał zaproszenie do Dygatów, ten się liczył. Komu odmówiono wstępu, wypadał z gry. Dygatowi się nie odmawiało.
Grzela zgromadził na ten temat wiele dowodów, mogę dorzucić i następny. W naszej książce „Seksmisja i inne moje misje” Olgierd Łukaszewicz z dumą wspomina zaproszenie do Dygatów. Ledwo opierzony „gwiazdor” przestępował próg wtajemniczenia:
„Byłem zaproszony do państwa Dygatów. Pamiętam, kiedyś dostąpiłem honoru, aby oglądać mecz piłki nożnej w doborowym towarzystwie – w pewnym momencie wychyla się do mnie Stanisław Dygat i mówi: Panie Olu, a czy pan orientuje się w zasadach tej gry? Coś wyczuli, że ja nie bardzo. Kopią jakąś piłkę i… (…). Dygat miał bystre oko i zauważył moją nieczułość na piłkarskie emocje. Bo mnie tak naprawdę zajmował teatr”. Ale i tak mecz oglądał, bo przecież w takim towarzystwie to zaszczyt.
Dygat pieszczotliwie zwany Stasiem, olbrzym prawie dwumetrowy rządził miękko, ale nieugięcie. Lepiej było mieć się na baczności. „Poddawali mu się bez słowa. Był jak filuterny demiurg – pisze Remigiusz Grzela – a przebywanie z nim było jak wejście do nieba”. Ale trzeba było zachować czujność: „Ostrożniejsi kochali go zza węgła, bojąc się, że spalą się w jego piekielnym świetle”.
Ich role się z czasem zmieniały: Jego blakła, Jej rosła. Wyprzedzała ją sława polskiego symbolu seksu, plotki i anegdoty z jej barwnego sposobu bycia. Budziła zachwyt i lęk. Barbara Krafftówna jędrnie opisywała ten stan rzeczy: „Wzbudzała paraliż. Szpilki jedenaście centymetrów, dekolt po same brodawki, piękna kobieta”. Nic dziwnego, że każde spotkanie z nią pozostawiało ślady. Niekiedy na całe życie. Krzysztof Kucharski, dziennikarz wrocławski i znany krytyk teatralny, swoją decyzję zajęcia się teatrem przypisuje Kalinie Jędrusik. W książce „40 lat WROSTJA. Po teatrze jednego aktora oprowadza Wiesław Geras” napisał tak:
„Wieczorową porą w październiku roku milenijnego 1966 do Piwnicy Świdnickiej pod wrocławskim Ratuszem zwabiła mnie aktorka. Aktorka absolutnie wyjątkowa, Kalina Jędrusik, którą wcześniej oglądałem tylko w telewizji i w kinie. Głównie w Kabarecie Starszych Panów… W podziemiach najcenniejszej budowli stolicy Dolnego Śląska przerobionych na młodzieżowy klub obejrzałem Ją w jednoosobowej sztuce wykrojonej z powieści Jacka Bocheńskiego Tabu”.
Adaptacja tej powieści była ostatnim z cyklu monodramów w reżyserii Jerzego Markuszewskiego zrealizowanych przez Studencki Teatr Satyryków – początek cyklowi dała Wieża malowana Wojciecha Siemiona (1959). Spektakl Jędrusik przeszedł legendy nie tylko jako jeden z 16 monodramów, które znalazły się w programie pierwszego festiwalu wrocławskiego w roku 1966, ale także z powodu… tapczanów. Aktorka nie wspomniała bowiem organizatorom, że niezbędny jest do spektaklu tapczan. Wystarczyło, aby Wiesław Geras pocztą pantoflową ogłosił, że potrzebny jest tapczan dla Kaliny Jędrusik, a po godzinie pod Piwnicą Świdnicką znalazło się już jedenaście tapczanów do wyboru. Taka była magia wielkiej gwiazdy, uważanej wówczas za uosobienie kobiecości.
Niektórzy krytycy grymasili, że „Tabu” to nie jest tekst dla Kaliny, ale Grzela uważa, że pasował jak ulał: „wydaje się tekstem wybitnie dobranym, jest o cenie, jaką płaciła Holly Golightly po tej stronie żelaznej kurtyny. O cenie, jaką płaciła Kalina”.
To prawda. Bocheński rozpatruje trzy przypadki zmagania się z tabu, które podejmuje kobieta powodowana gorącym uczuciem miłości, naruszającej obowiązujące normy. Właściwie to trzy kobiety, które noszą to samo imię, Dolores. Wybrankiem Dolores za każdym razem jest (inny) Diego. Ich uczuciowe zmagania toczą się w Hiszpanii w czasach, gdy szaleje Święte Officium, w okresie hiszpańskiej wojny domowej, a na koniec współcześnie.
Kalina Jędrusik jako mniszka, odziana w habit, opowiada o desperackiej ucieczce z klasztoru w góry, aby płonąć u boku kochanka i przeżywać katusze wyrzutów sumienia. Potem jako siostra miłosierdzia idzie jak ćma w objęcia rannego malarza, fanatycznego komunisty, który kocha bardziej partię niż nią, a na koniec w ponętnym szlafroczku, rozpamiętuje klęskę kobiety porzuconej przez żonatego mężczyznę.
To opowieści o miłości bezwzględnej, zaborczej, łamiącej przeszkody, ale i przynoszącej ofiary – w interpretacji Jędrusik to Dolores jest ofiarą, kobietą wykorzystaną i na koniec wzgardzoną. Każda z trzech Dolores inaczej reaguje na klęskę – mniszka szuka ratunku w osądzie Inkwizycji, sanitariuszka opancerza się się ironią, współczesna kobieta beznadziejnie czeka na powrót kochanka.
Maria Konwicka mówiła o Jędrusik: „To była bardzo wrażliwa kobieta, która schowała się za maską łamiącej tabu”. Monodram „Tabu” był jedną z jej masek, jedną z najbardziej intymnych. Może dlatego tak hipnotyzowała publiczność (zagrała go ponad 100 razy), a Krzysztof Kucharski po obejrzeniu „Tabu” zapisał: „Widziałem drżenie jej rąk, oczko na pończosze ze szwem i falujące piersi. Siedziałem przez prawie półtorej godziny w małej piwnicznej salce jak na szpilkach”.
Tę magnetyczną siłę oddziaływania zachowała Kalina Jędrusik do końca, nawet wówczas, gdy już straciła silny głos i dawny temperament, gdy prześladowała ją astma i paraliżowała tęsknota za przedwcześnie zmarłym Stasiem. Też przechowuję w pamięci jedną z takich chwil. Kiedyś, podczas przedstawienia „Lorda Clavertona” Eliota w warszawskim Teatrze Kameralnym (1985), Jędrusik tak wielkie wrażenie wywarła nie tylko na widzach (zwłaszcza męskiej części widowni), ale i na partnerze scenicznym, Mariuszu Dmochowskim, że przewrócił się jak długi. A że mężczyzną był potężnym, prawie jak Dygat, huku było co nie miara. I nie tylko huku. Tym swoim nieszczęściem „ugotował” aktorów i publiczność – pospołu wszyscy trzęśli się ze śmiechu przez kilka minut na czele Andrzejem Łapickim, który nie był w stanie wykrztusić następnej kwestii, choć słynął z tego, że to właśnie on wytrąca z powagi kolegów. Zresztą śmiali się najszczerzej w świecie sam poszkodowany i „winowajczyni” Kalina. Tak ich zapamiętałem: pękającego ze śmiechu olbrzyma z mądrymi oczami i kobietę, która zapomniała na chwilę o uciekającym czasie, tryskającą energią jak w pamiętnej scenie z Danielem Olbrychskim w „Ziemi obiecanej” Andrzeja Wajdy.
Takich anegdot można znaleźć sporo w książce Remigiusza Grzeli, choć autor nie jest kolekcjonerem anegdot ani też bezkrytycznym apologetą. W opowieści nie brak epizodów zasmucających, zdarzeń, o których lepiej byłoby nie pamiętać. Czuje się w niej „zapach czasu”. Autor nie ucieka od spraw trudnych ani zawikłanych, w tym od zawiłych porachunków rodzinnych i uzależnień politycznych, ale uchyla się od jakichkolwiek ocen. Nie stawia się w roli sędziego, wymierzającego sprawiedliwość opisywanemu światu i ludziom. Oddaje się pisarstwu z punktu widzenia „czułego narratora”, jak to lapidarnie ujęła w swoim wykładzie Noblowskim Olga Tokarczuk. Po prostu daje świadectwo prawdzie, z dyskretną sympatią dla swych bohaterów. Przy czym dba o mocną konstrukcję opowieści – całość zaczyna się do „Aktu drugiego”, czyli środkowej fazy związku Jędrusik-Dygat, potem następuje „Akt pierwszy”, czyli retrospekcja i wędrówka przez dzieje rodzin bohaterów i ich samych nim stali się parą, a na koniec następuje „Akt trzeci”, czyli zmierzch uczuć i życia. Bardzo misternie to jest zbudowane, z wielkim szacunkiem dla faktów i dbałością o piękno wywodu. Kto zechce, może tę opowieść czytać linearnie, czyli wedle numeracji aktów, od pierwszego do trzeciego.
Dobrej lektury na Nowy Rok, mimo że Janusz Głowacki twierdził, iż „żadna książka nie ma szans w zestawieniu z biustem Kaliny Jędrusik”.
Z KIM TAK CI BĘDZIE ŹLE JAK ZE MNĄ?. Historia Kaliny Jędrusik i Stanisława Dygata Remigiusza Grzeli, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2020.