100 lat pana T

Należę akurat do tych, którym figura Leopolda Tyrmanda (1920-1985, a zatem w tym roku upływa 100 rocznica jego urodzin), znana oczywiście tylko z licznych opisów, nie jest sympatyczna, bo nie lubię pozerów, snobów i modnisiów.

Jestem tu w szacownym gronie, bo choćby Józef Hen mówił, że „Tyrmand działał mu na nerwy”, a relacje większości osób, które się z nim zetknęły, nie były przychylne.
Wyłaniał się z nich człowiek raczej antypatyczny, chłodny, egotyczny, egoistyczny, pełen pychy, choć niewątpliwie odznaczający się silną osobowością i tzw. charakterem.
Mnie osobiście irytuje też jego tzw. „antykomunizm”, nie dlatego jednak, że kwestionuję czyjekolwiek prawo do poglądów ideologicznych, ale dlatego, że monomanii antykomunistycznej towarzyszy często monomania innej, antagonistycznej barwy.
Poza tym, po dziesięcioleciach doświadczeń po „komunizmie” (ujmuję to określenie w cudzysłów, bo uważam, że w większości krajów objętych tak określanym ustrojem, w tym w Polsce w szczególności, przybrał on postać dalece odbiegającą od jego teoretycznych modeli) widać już wyraźnie, że świat, który po nim nastąpił, nie stał się ani na jotę bardziej ludzki. Zmieniło się tyle tylko, że przemoc, opresja czy ucisk społeczno-ekonomicznego przybrały inne formy, o innych barwach ideologicznych.
Wiele społeczeństw uwolniono od negatywnych stron komunizmu, „uwalniając” je jednocześnie od jego stron pozytywnych (n.p. relatywne, minimalne bezpieczeństwo socjalne) i dodając nowe „plagi”. Stąd budzi we mnie odrobinę oporu także sympatia dla owego „antykomunizmu” twórcy „Życia towarzyskiego i uczuciowego”, wyraźnie sygnalizowana przez autora „Złego Tyrmanda”.
To zdecydowane nadwartościowanie, nawet fetyszyzowanie światopoglądu o wątpliwej wartości, bo z faktu, że ktoś jest „antykomunistą” niewiele wynika, jeśli nie przeciwstawia on nienawidzonej ideologii czegoś cenniejszego niż tylko skrajny egoizm i ekscentryczny elitaryzm i nic tu nie ma do rzeczy jego proza, wartość przynależąca do innej bajki.
Tyle co do tła percepcyjnego. Zastanawia mnie natomiast, wywołuje zastanowienie, niegasnące „publicity” wokół tej postaci, ciągłe nią zainteresowanie. Ostatnio powstał nawet film fabularny o Tyrmandzie, „Pan T” Marcina Krzyształowicza z Pawłem Wilczakiem w roli autora „Złego”. Otóż właśnie. Gdyby niegasnąca popularność Tyrmanda wynikała ze sławy tej jego powieści (którą skądinąd, jak dotąd nieskutecznie, również planowano niedawno zekranizować), byłoby to zrozumiałe.
Nawet dziś, po przeszło sześćdziesięciu latach od wydania, zachowały się niektóre jej walory, jak szorstka malowniczość i drobiazgowość opisu powojennej Warszawy, soczyste i dowcipne sylwetki postaci, wartka akcja oraz swoiście tajemniczy, intrygujący nastrój, choć oczywiście upływ lat i radykalna zmiana realiów zredukowały szereg atrakcyjnych motywów tej powieści.
Jednak piszących o Tyrmandzie nadal fascynuje jego osławiony nonkonformizm w stalinowskiej Polsce, jego kolorowe skarpetki i galantne stroje (mawiano, że Tyrmand nie ubiera się, lecz przebiera i stroi jak kogut), romanse (koniecznie z „lolitkami”), przyjęcia, fascynacje jazzowe, wszystkie te namiastki i pozory „eleganckiego świata”.
„Zły Tyrmand” Mariusza Urbanka ukazał się po raz pierwszy w 1992 roku, w latach początku fali popeerelowskich wspominków i rozrachunków.
Niedawno ukazało się kolejne (nieco poszerzone) wydanie. Urbanek jest sprawnym narratorem i reporterem historycznym (tak chyba można określić gatunek, który uprawia: reportażem historycznym), więc z zainteresowaniem przeczytałem tę opowieść ponownie, po 28 latach.
Czyli jakby na nowo, bo jako trafny oceniam pogląd, że każda kolejna lektura tej samej książki, zwłaszcza po wielu latach przerwy, jest lekturą innej książki uprawianą przez innego czytelnika.
Narracja Urbanka skrzy się obfitością faktów, anegdot, personaliów, cytatów, relacji, ułożonych w zgrabny, spoisty kolaż, także w obraz epoki, acz obraz zawężony tylko do pewnych kręgów środowiskowych, związanych m.in. ze światem artystycznym, dziennikarskim, z tzw. towarzystwem, zawężony do świata drobnomieszczańskiego.
Rekomenduję lekturę tej opowieści, która jest dziś relacją z minionego świata i to podwójnie – tego odległego w latach, który jest tematem „Złego Tyrmanda” i pośrednio tego, który odchodzi na naszych oczach wraz z nadejściem epidemii (pandemii) koronawirusa.
Mariusz Urbanek – „Zły Tyrmand”, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2019, str.286, ISBN 978-83-244-1057-6

Z nami zgoda?

Najnowsza realizacja Zemsty Aleksandra Fredry w reżyserii Redbada Klynstry-Komarnickiego w Teatrze Telewizji została wyemitowana w kontekście osobliwym, stąd najwyraźniej mieszane uczucia, jakie wywołała wśród odbiorców, a zwłaszcza recenzentów.

Po pierwsze, konkurentem nie do pokonania stała się pandemia. Po wtóre, teatry zostały zamknięte, zostawiając wolne pole telewizji i internetowi. Po trzecie, ręka wyciągnięta do zgody w finale Fredry różnie może być odbierana: jako ironia, kpina albo szczera intencja.
Tak jak reakcje recenzentów. Jeden z nich napisał, że ta Zemsta jest jak telenowela, inny, że to niemal arcydzieło. Obaj przesadzili. Reżyserowi udało się jednak zaznaczyć własne spojrzenie na ten utwór Fredry, tyle razy poddawany próbie sceny, a w Teatrze TVP po raz szósty.
Po raz pierwszy wystawił „Zemstę” na małym ekranie Jerzy Kreczmar w roku 1960, rok później Adam Hanuszkiewicz, potem Jerzy Krasowski (1968) i Jan Świderski (1972). Po raz piąty reżyserowała „Zemstę” w Teatrze TVP Olga Lipińska z czołowymi aktorami krakowskimi: Jerzym Trelą (gwałtownik Rejent), Janem Nowickim (raptus Cześnik), Jerzym Bińczyckim (łagodności Dyndalski), Janem Peszkiem (Papkin – żołnierz samochwał), Anną Dymną (powabna Podstolina), Marią Peszek (Klara w okularach) i Szymonem Kuśmidrem (zdezorientowany Wacław). Po zamku pałętał się drób (kury, gęsi), rozzłoszczony Cześnik deptał jabłka i wypluwał (dosłownie) pierścień Podstoliny na wieść, że go zwiodła, Rejent milczkiem pokrzepiał się nalewką, z peruki Papkina wystawała słoma, Klara trzymała rękę (a ściślej oko i ucho) na pulsie, a piosnka „Ej. Kot, pani matko” stanowiła tło muzyczne całości. Rzecz kończyła się jednak zgodą wbrew tendencji przerabiania Zemsty na tragedię skłóconego narodu. Pięknie mówiony wiersz, żywe postaci dały spektakl, który uchodzi za wzorcową realizację telewizyjną fredrowskiej arcykomedii. Przedstawienie Klynstry nie zdetronizuje spektaklu Lipińskiej, choć warte jest uwagi ze względu na wspomnianą tendencję odnajdywania w Zemście tonów poważnych, nawet tragicznych. Taka była ostatnia „Zemsta” w krakowskim Teatrze im. Juliusza Słowackiego, w której Anna Augustynowicz dostrzegła nuty dramatyczne, czyniąc z Papkina złamanego artystę, rozczarowanego rodakami. Stało się to jednak za cenę – jak zgodnie pisano – wyparowania komizmu.
Taki wizerunek Papkinowi nadał Roman Polański w wajdowskiej ekranizacji komedii. Ciekawe, że Rafał Zawierucha obsadzony w roli Papkina niedawno grał Polańskiego w filmie Tarantino („Pewnego razu w Hollywood”). Może to przypadek, ale jego Papkin dziedziczy pewne cechy portretu Polańskiego. To Papkin przygaszony, jego werwa jest pozorem, podszyta przepastnym wyczerpaniem – „lew Północy” wciąż zasypia, słania się ze zmęczenia, miewa męczące sny, jego zaloty do Klary wypadają dość niemrawo – nie dlatego, że Zawierucha nie potrafi wykrzesać dość energii, ale dlatego, że taki jest ten Papkin. Świat już dawno go rozczarował, żyje z przyzwyczajenia. Nawet swoją tyradę przeciw nikczemności ludzkiej, sławne słowa: „Każdy siebie ma na względzie./ A drugiego za narzędzie” wypowiada jak człowiek wyzbyty wszelkiej nadziei.
Wszystkiemu „winien” Stefan Jaracz, który dostrzegł w „Zemście” nie tylko barwy obraz przeszłości, pięknie namalowane postaci, kolorowy język, ale równie mocny komentarz przypisany nie tylko dawnemu światu, ale i współczesności. Tak zresztą rozumiał sens uprawiania w teatrze klasyki. „Na partyturze Fredrowskiej – mówił Jaracz w wywiadzie towarzyszącym premierze „Zemsty” w warszawskim Teatrze Ateneum (1930) – trzeba wygrać własne przeżycia, zaczerpnięte z życia. (…) Jeżeli naprawdę zasadnicze podłoże typowe i charakterystyczne Cześnika, Rejenta i Papkina okazałoby się niespotykane dzisiaj, to nie warto grać „Zemsty” – niechby spoczęła jakby szacowny antyk za szkłem. Ale bądźmy spokojni: spojrzenie na nasze życie polityczne uwidacznia, że są tam zawsze d w a czynne obozy, że zdarzają się spory o to, kto będzie mur naprawiał, no i o to, kto będzie possesionatus”.
W czasie prób „Zemsty” w Ateneum nasilała się konfrontacja Józefa Piłsudskiego z Sejmem, a cztery dni po premierze doszło do rozwiązania parlamentu, na początku września (w nocy z 9 na 10) aresztowano przywódców opozycji. Po słowach padających w finale – „Zgoda! Zgoda!” publiczność owacjami udzielała wsparcia zgodzie narodowej. To właśnie wtedy zauważono, że komedia Fredry, jak po latach napisze Zdzisław Pietrasik, jest utworem o podawaniu (lub niepodawaniu) ręki.
Do takiego czytania „Zemsty” nawiązał Kazimierz Dejmek w swojej inscenizacji w warszawskim Teatrze Polskim w okresie stanu wojennego (1983). W finale Bogdan Baer (Dyndalski) odczytywał ostatnie, słynne zdania komedii:
Tak jest, zgoda,
A Bóg wtedy rękę poda.
Ale nikt nikomu ręki nie podawał. W teatrze panowała cisza i wcale nie było do śmiechu „Wytrawny reżyser – komentował Zdzisław Pietrasik – oddał w tej jednej scenie nastrój panujący w kraju podzielonym po wprowadzeniu stanu wojennego. (…). Jak się okazało, Fredro w teatrze może nie tylko śmieszyć”.
Od tego czasu reżyserzy musieli odpowiedzieć sobie na pytanie, jak zakończyć spektakl – czy słowa Fredry odegrać „po bożemu”, czy szukać innego sposobu komentowania rzeczywistości. Sam Dejmek nie powtórzył już demonstracyjnego dystansu do „zgody” w swojej kolejnej „Zemście” w Polskim (1988), która utrzymywała się przez wiele sezonów, osiągając grubo ponad 200 spektakli. Również Andrzej Łapicki (1998), choć wystrzegał się apologii dawności i szlachty, nie uległ presji finału, ale skoncentrował się na stworzeniu malowniczej galerii postaci, o czym decydowała fenomenalna obsada: Ignacy Gogolewski jako zawzięty Rejent, Daniel Olbrychski w roli Cześnika i porywający Papkin Damiana Damięckiego.
Następna warta pamięci „Zemsta” Kilianów (Jarosław Kilian – reżyseria, Adam Kilian – scenografia) okazała się spektaklem pełnym energii, pisanym pismem wyzwolonego dziecka, z nieco łobuzerskim uśmiechem. Ale miała też wyraźnie współczesne akcenty, tu o inną zgodę chodziło. To nie przypadek, że Orkiestra Hrabiego Fredry, bo taką nazwę nosi kapela grająca kompozycje Grzegorza Turnaua (jej przewodnim motywem są takty arcypolskiego poloneza), to kapela żydowska w jarmułkach, a Papkin, wymieniając swych wierzycieli, wspomina, że są wielu wyznań. To była „Zemsta” po „Strachu” Jana Tomasza Grossa, która chciała ułatwić porozumienie między sąsiadami (pamiętacie film „Sąsiedzi”?).
I wreszcie „Zemsty” z ostatnich lat: Andrzej Rozhin, wystawiając komedię Fredry w Gorzowie Wielkopolskim (2008) przeniósł jej akcję do blokowiska. Rzecz ciekawa – tą „Zemstą” Andrzej Rozhin podjął rękawicę rzuconą przez Jana Klatę budzącym tak wiele kontrowersji „Fanta$ym” w Teatrze Wybrzeże (2005). Nastąpiło korespondencyjne spotkanie twórcy wyrosłego z niegdysiejszej awangardy i teatru studenckiego z twórcą należącym do nowego nurtu poszukiwań współczesnych środków wyrazu – Rozhin bez trudu wpisał się w nowe tendencje, aż trudno uwierzyć, że autorów tych dwu spektakli dzielą niemal dwa pokolenia. Obu zresztą dostało się od recenzentów za kalanie świętości i dorabianie klasykom nowych rysów. „Efekt okazał się wprawdzie całkiem niezły – marudził recenzent „Gazety Wyborczej” – ale… czy ten cały zabieg był w ogóle potrzebny?”.
Warszawskie spektakle wystawione kilka lat później, niemal równolegle w Teatrze Polskim w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego i Och-Teatrze w reżyserii Waldemara Śmigasiewicza poszły inny torem, choć pewne parantele z Rozhinem dałoby się wyłowić. „Oba przedstawienia – pisał Jacek Wakar – łączy chyba tylko jedno. O finałowej zgodzie, która buduje, nie ma mowy”. W „Zemście” Śmigasiewicza celowo pojawiło się sporo anachronizmów i dysonansów – oto Dyndalski (Wojciech Pokora) paradował po scenie z radiem tranzystorowym, wysłuchując fragmentów „Pana Tadeusza” w wykonaniu Gustawa Holoubka. W Polskim też swawole: zaczyna się jak musical, cały zespół śpiewa piosenkę Piotra Rubika, znaną z filmu Andrzeja Wajdy, streszczając w parę minut fabułę „Zemsty”. Tańczy dyrektor Seweryn (Rejent), z beczki wystaje Olbrychski (Cześnik) z obnażonym torsem z tatuażem ryb niczym Tuhaj-bej… To jednak tylko żart na otwarcie. Potem Olbrychski niemal śpiewa tekst w rytmie mazura. Jasiński kończy spektakl ręką Cześnika wyciągniętą do zgody, której jednak zawiśnie w powietrzu. Rejent z raną w sercu wychodzi, a para młodych chyłkiem wymyka się z kuferkiem. Pewnie emigrują. Do zgody nie dochodzi też w Och-teatrze. Cóż, najwyraźniej czasy jej nie sprzyjają.
A co na to Redbad Klynstra? W jego spektaklu z pomocą przychodzą młodzi (Alicja Karluk i Marcin Stępniak). To pod ich presją dochodzi do uścisku dłoni na zgodę. Klynstra z młodymi wiąże nadzieję, którzy w jego spektaklu wypadli wiarygodnie, znacznie bardziej bystrzy niż widywało się to w wielu „Zemstach” i wcale nie tacy niewinni (zwłaszcza Wacław). Swoje zagrali też Cześnik (Michał Czernecki), Rejent (Grzegorz Mielczarek) i Podstolina (Ewa Bułhak). Dyskusyjny był Dyndalski – to nie wina wybornego aktora, jakim jest Mariusz Jakus, ale pomysłu reżysera, że nie jest on totumfackim Cześnika, ale nieledwie jego kompanem – w pierwszej scenie sprawia wrażenie pana domu. Nie pozwoliłbym też Podstolinie siadać na stole – to jakaś mania wielu reżyserów, szczególnie dziwna w spektaklach, które jako tako trzymają się realiów historycznych. Można by jeszcze to i owo wytknąć, ale spektakl całkiem nieźle się oglądało, a koncepcja przygaszonego Papkina wniosła nowe spojrzenie na tyle razy już interpretowaną „Zemstę”.

O „Polsce katolickiej”

Najnowszy (121-122) numer kwartalnika „Bez dogmatu” – pod tematycznym hasłem „Polska katolicka”.

Otwiera go rozmowa Michała Kozłowskiego ze Stanisławem Obirkiem, który jako były duchowny katolicki potrafi diagnozować choroby kościoła polskiego i powszechnego z takiego punktu widzenia, jaki nie jest dany żadnemu z komentatorów świeckich. Katarzyna Wójtowicz o „głosie nienawiści w poslim domu”, arcybiskupie Jędraszewskim.
O sprawie majątku Kościoła, sprawie, która bulwersuje nawet część jego najwierniejszych wyznawców – Bożena Przyłuska z Kongresu Świeckości. Agnieszka Mrozik wybrała i opracowała fragmenty pamiętników młodego pokolenia wsi w Polsce Ludowej, a z tego materiału wynika, że siła katolickiego konformizmu i siła kleru była wtedy tak silna, że nawet przy całej swojej determinacji, laicka władza tamtych czasów nie radziła sobie w pełni z presją i oporem Ciemnogrodu XX wieku.
Anna Małyszko wybrała natomiast karykatury za pomocą których laicka Francja drwiła z kleru i katolickiego fanatyzmu religijnego od XVI do XX wieku.
Poza tym m.in. o problemie, który na razie ucichł, ale który prędzej czy później powróci, czyli o pedofilii wśród kleru – Sławomir Czapnik, o „Sztuczkach wdowy po cezarach” – Adam Cioch. Piotr Rymarczyk zastanawia się natomiast „czy chrześcijanin może być dobrym człowiekiem?”. W tekście Tomasza Jativy „Kościół Dni Ostatnich” autor opowiada o władzy opartej na wpływach religijnych jako o mistyfikacji.
Do lektury zachęca już wstępny akapit i niech on będzie puentą niniejszego omówienia: „Czarnoksiężnik z krainy Oz” z 1839 roku to opowieść o politycznym znaczeniu pozorów. Ekran, na którym twarz czarnoksiężnika wyświetlana była w gigantycznym powiększeniu, okazał się kotarą, za którą skrywał się skarłowaciały i pozbawiony magicznych mocy starzec.
W tym samym filmie Zła Czarownica ze Wschodu po prostu rozpuszcza się, kiedy główna bohaterka przypadkowo poleje ją wodą. Hollywoododzki musical zdaje się sugerować, że właściwy czarownikom sposób sprawowania władzy opiera się na stwarzaniu pozorów, a gdy te tylko się rozmyją, ich rządy rozpłyną się jak zły sen”.

Tajemnice Warszawy

To gratka dla miłośników historii, tradycji i „anegdotologii” Warszawy. W umowną i czysto formalną ramę quasifabularną, jaką jest działalność „historycznego biura detektywistycznego „Czucie i Wiara” z Saskiej Kępy wpisanych zostało osiemnaście „dziwnych” historii związanych z dziejami osiemnastu warszawskich dzielnic.

Ta dziwność i tajemniczość różnego są autoramentu, choć łączy je wspólny mianownik historii miasta Syreny. W przypadku otwierającej zbiór historii z Bemowa tajemnica związana jest z falami radiowymi. Białołęka to pretekst do opowieści nawiązującej do tradycji złodziejstwa warszawskiego aż wieku XVI sięgającej.
Bielany reprezentowane są przez dziwne chóry prawosławne, podobno dające się ni stąd ni zowąd słyszeć w tamtejszym rzymsko-katolickim kościele pokamedulskim, obok którego jest grób Stanisława Staszyca, a wewnątrz – serce króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego (1669-1673). Wielkopański niegdyś Mokotów nęci nas skromnie historią skradzionego talara, Ochota odkryciami archeologicznymi na terenie historycznej Reduty Ordona, Praga Południe, a dokładnie: prawobrzeżne przęsło mostu Poniatowskiego – niespełnioną i przekreśloną przez okrutną historię miłością.
Praga Północ – historią zalakowanej koperty w kościele Matki Boskiej Loretańskiej i dla niektórych przypomnieniem, a dla innych informacją, że obrębie kościelnej posesji znajduje się literacki czyli fikcyjny grób Rocha Kowalskiego, tak, tego słynnego Rocha Kowalskiego z sienkiewiczowskiego „Potopu”, którego okpił pan Zagłoba. Napis na głazie „grobowym” brzmi: „Tu spoczywa Roch Kowalski, bohater „Potopu”. Poległ w bitwie ze Szwedami o Warszawę 29 lipca 1656 toku. Requiescat in pace”. Owego upamiętnienia postaci Rocha dokonano w latach siedemdziesiątych XX wieku, zapewne w czasie, gdy po premierze w 1974 roku długo krążył po kinach film Jerzego Hoffmana.
Rembertów to Płacząca Madonna z tamtejszego kościoła przy ulicy Chełmżyńskiej oraz smutny los pięknej willi Granzowa z końca XIX wieku. Ze Śródmieściem, a dokładnie fotoplastykonem z Alei Jerozolimskich 51 wiąże się zadziwiająca historia „powracającej manifestacji”, czyli fotografii pewnej warszawskiej manifestacji z lat 1905-1907, która niczym złośliwy troll uporczywie i notorycznie pojawia się, jak Filip z konopi, w każdej kolejnej kolekcji prezentowanej w fotoplastykonie. Targówek, to tajemnica pewnego przystanku tramwajowego i tajemniczej motorniczej.
Historia rodem z Ursusa wiąże się oczywiście z warkotem silnika traktora, a Ursynów, a konkretnie kościół świętej Katarzyny z zabójcą wcielonym w białego kota, natomiast Wawer z Zajazdem Napoleońskim przy Trakcie Lubelskim, pewnym kubkiem, ale przede wszystkim z „żądzami wszelakimi” realizowanymi na drodze wszeteczeństwa. Znów kubek, cynowy pojawia się w Wesołej tym razem, Chiński Gabinet w Pałacu w Wilanowie, „głosy w głowach” we Włochach, ślady trzech powstań na Woli, a cykl opowieści kończy Żoliborz między rykiem krowy a pianiem koguta.
Od autorki, Małgorzaty Piekarskiej dowiadujemy się na końcu o tworzywie zbioru tych opowieści, o źródłach z których pochodzą, o pomieszaniu prawdy z fikcją, widzialnego z niewidzialnym, o ożywianiu „duchów warszawskich”.
Polecam ten tom przede wszystkim varsavianistom, tym zawodowym, i tym amatorskim, ale także czytelnik daleki od warszawskim spraw znajdzie w nim coś interesującego dla siebie.
Małgorzata Karolina Piekarska – „Czucie i Wiara” czyli warszawskie duchy”, Wydawnictwo LTW, Łomianki 2015, str. 262, ISBN 978-83-7565-412-7

Niesłabnąca moc prozy

Akurat tych opowiadań Marka Hłasko dotąd nie poznałem, obracając się do tej pory głównie w kręgu utworów „warszawskich”, z kręgów bliskich „bazie sokołowskiej”. Są w tym zbiorze opowiadania młodzieńcze i te najpóźniejsze, powstałe w Izraelu.

Większość jednak dotyczy tematyki polskiej, po części osadzone w scenerii przedwojennej, po części okupacyjnej, po części powojennej. Otwierające zbiór młodzieńcze opowiadanie „Pamiętasz, Wanda”, to liryczne wyznanie młodzieńcze, stylem nie zapowiadające jeszcze nieco późniejszego, brutalnego Hłaski. W „Trudnej wiośnie” w liryzm narracji z miłością w tle wdziera się już jednak realistyczne tło, szarość trudnego życia, pojawiają się też akcenty socrealistyczne, pojawia się tło polityczne – słowa „partia”, „rola partii”, „kolektyw” („Nie zdałeś egzaminu jako członek partii. Tu nie ma miejsca na wstyd ani na milczenie. To jest zagadnienie kolektywu”). Zakrojone na większy, blisko stustronicowy portret życia miasteczka w międzywojniu opowiadanie „Umarli są wśród nas”, z osiową postacią lekarza, to jest już ten właściwy Hłasko, niezwykle celny, sugestywny, plastyczny, naoczny w opisywaniu miazgi życia, codzienności, z charakterystycznymi dygresjami egzystencjalnymi, momentami nawet ekscentrycznymi, pełnymi dezynwoltury, z akcentami subtelnej ironii, n.p. o ludziach starych czy o naturze kobiet (bardzo pesymistyczne). I jak w przypadku większości wczesnych opowiadań Hłaski, to opowiadanie bez puenty, a więc realistyczne, bo w prawdziwym życiu nie ma zgrabnych puent, a jeśli, to rzadko.
W opowiadaniu „Brat na końcu drogi” (czas „odwilży”, wypuszczania skazanych z więzień po okresie największego stalinowskiego terroru) czy w „Miesiącu Matki Boskiej” (okres okupacji) pojawia się charakterystyczny dla Hłaski brutalny naturalizm i wyzbywanie się złudzeń, pojawia się obraz natury ludzkiej w jej najbardziej ekstremalnie okrutnej, podłej postaci. „Miesiąc Matki Boskiej” jest opowiadaniem szczególnym z jednego jeszcze powodu. To wyjątkowo brutalny, demitologizujący, odzierający ze szlachetnej legendy obraz żołnierzy AK, pokazanych nie w bohaterskiej akcji bojowej przeciw Niemcom, ale wykonujących na młodej kobiecie współżyjącej z Niemcem („kolaboracja”) karę w postaci wepchnięcia jej do pochwy, a następnie rozbicia butelki. Ta scena, jak zresztą wszystkie tego rodzaju brutalizmy u Hłaski, pokazana jest w chłodnym, pozbawionym emocji, przezroczystym tonie. „Stacja”, to krótki obrazek ze stacji kolejowej, czyli miejsca spotkań ludzi przemieszczających się w różnych celach i w różnych kierunkach, a więc dobrego punktu wyjścia do pokazania różnych postaw. „Krzyż” to miniportret społeczny, obrazek, ilustrujący, na przykładzie pary wieśniaków odwiedzających syna w więzieniu, konkretny przejaw psychiki ludzi prymitywnie religijnych, obsesyjnie pogrążonych w ludowej dewocji. Obrazkiem z życia świata przestępczego, który Hłasko portretował ze szczególnym talentem jest „Zbieg”. „Amor nie przyszedł dziś wieczorem” (służba wojskowa) i „Namiętności” (szpital), to znów podjęcie przez Hłaskę bardzo charakterystycznego dla niego motywu kontrastu, konfrontacji miłości, namiętności z bolesną trywialnością ponurej rzeczywistości. Miłosny akt między lekarzem a pielęgniarką dokonuje się (zaledwie zasygnalizowany) w bezpośredniej styczności z rzeczywistością choroby, między uwagami o pacjencie mającym problemy z oddaniem moczu a „otwarciem pęcherza”. Pielęgniarka źle znosi takie strywializowanie warunków obcowania miłosnego, lekarz wybija ją ze złudzeń chłodną rzeczowością. „Powiedz im, kim byłem” to obrazek z przebiegu pogrzebu, przerażająco pesymistyczny, rozpaczliwy, odzierający z wszelkich złudzeń, a „Szukanie gwiazd” i „Opowiedz nam o Esther”, to obrazki i refleksy pamięci z Holocaustu. Żadnego z opowiadań „warszawskich” w zbiorze nie ma. Co prawda „Gawęda staromiejska” ma ramę warszawską (pojawia się widok Pragi, Leszno, Ogrodowa), ale wbudowane są w nią wspomnienia dziadków narratora z walk robotniczych, rewolucyjnych roku 1905. To dość rzadki przykład oddania przez Hłaskę swoistego hołdu fenomenowi pamięci, wspomnienia, sentymentu – jako takim, nie jako reakcja na dokuczliwe ciążenie przeszłości. W tym sensie to także poniekąd opowiadanie autotematyczne, opowieść o opowieści.
Jednak gdy czytam opowiadania Marka Hłasko, to nie ich szczegółowa, „anegdotyczna”, dokumentalna warstwa najbardziej mnie zajmuje, bo w końcu jest bardzo zaprzeszła, a poza tym wiele razy zetknąłem się jako czytelnik z podobnymi motywami i w jego prozie i u innych autorów. Zawsze mnie zastanawia, skąd bierze się to, że ilekroć wracam do jego prozy, która przecież od niepamiętnych czasów nie dostarcza mi już jakości stricte poznawczych, ani też nie szokuje mnie jej naturalizm, że tak bardzo mnie ona wciąga, że z taką przyjemnością delektuję się jej tworzywem, jej stylem, jej nastrojem. Być może słowo „delektuję” się nie jest tu najwłaściwsze z uwagi na problematykę tej prozy, pokazującej najciemniejsze strony życia, a przy tym świat krańcowo siermiężny, biedny materialnie, chaotyczny, poddany brutalnej presji życia, pełen rozpaczy. W końcu jednak mamy do czynienia z literaturą. Tylko literaturą i aż literaturą. Bo ciągle jednak, mimo upływu pół wieku od śmierci Marka Hłasko i mimo zdezaktualizowania większości realiów, bardzo wciągającą, z esencją nie tracącą mocy, wybitną.
Marek Hłasko – „Szukając gwiazd” i inne opowiadania”, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2019, str. 292, ISBN 978-83-244-1045-3

Kwarantanna z Tokarczuk: „Anna In w grobowcach świata”

Ta niezwykła opowieść, rozpięta między mitologią i fantastyką, bywa stawiana najwyżej wśród dzieł Olgi Tokarczuk. Ceniona nawet wyżej niż monumentalne „Księgi Jakubowe”. Opowieść o udręce i pokusie nieśmiertelności.

Zachwycony Przemysław Czapliński pisał o niej tak: „Olga Tokarczuk na tę jedną książkę wymyśliła gatunek, język i zupełnie nowy sposób mówienia. I osiągnęła niebywały rezultat. W języku polskim zadźwięczała nuta tak czysta, że dech w piersiach zapiera. Tak brzmi wielka literatura”.
Sumerskie źródła
„Anna In w grobowcach świata” (2006) powstała jako powieść „na obstalunek”. Międzynarodową serię „Mity” zaprojektował brytyjski wydawca Canongate, zapraszając do udziału w przedsięwzięciu pisarzy ze wszystkich stron świata. Chodziło o stworzenie nowych opowieści o dawnych mitach. Olga Tokarczuk wybrała mit o wędrówce sumerskiej bogini Inanny do krainy zmarłych. Zamówienie, jak mówiła pisarka, zbiegło się z jej zainteresowaniem najodleglejszymi w historii mitami, a w szczególności pierwszą znaną z imienia poetką, autorką kilku pieśni o Inannie, akadyjską kapłanką i księżniczką, Enhudanną, która pod imieniem Anny Enhudu pojawi się w powieści.
Choć zadanie polegało na „przepisaniu” dawnej historii, nadaniu jej współczesnej formy, to w rezultacie powstała oryginalna opowieść, nowy mit, idący w głąb sensów zawartych w ocalałych śladach mitu Inanny, zbuntowanej bogini-kobiety. To ona miała odmienić oblicze świata, scalić jego podzielone części i obdarzyć ludzkość wieloma umiejętnościami (w mitologii sumerskiej me). Prometeusz wygląda przy niej jak skromny, szeregowy wyrobnik.
Sumerskie źródła przejawiają się w powieści Tokarczuk na wiele sposobów. Po pierwsze, pisarka nawiązuje do straceńczej wędrówki bogini Innany do Krainy Umarłych, gdzie zmierza na spotkanie z siostrą władającą podziemiami. Dociekliwi interpretatorzy sugerowali, że Inanna chciała pokonać swoją siostrę i zawładnąć całym światem, tym na ziemi i tym pod ziemią. Siostra jednak odkryła jej zamiary. U Tokarczuk to bardziej skomplikowane i psychologicznie powikłane. Siostry do siebie lgną i się odpychają. Dochodzą tu do głosu pasje psychoanalityczne autorki, jej fascynacja Jungiem. Bogini Miłości i Pani Podziemia są do siebie bliźniaczo podobne, a zarazem pozostają kontrastowo inne, są jak „orzeł i reszka”, dwie strony osobowości, jasna i ciemna. Kiedy Pani Drugiej Strony uśmierci siostrę, sama cierpi fizyczne katusze. Siostry nie mogą bez siebie żyć ani umrzeć.
Po drugie, sumerskie źródła oferują całą galerię mitycznych postaci, przejętych przez pisarkę, ale doposażonych w wiele indywidualnych fascynujących cech. Przede wszystkim zwraca uwagę drepcząca u boku boskiej Inanny, zwanej w powieści Anną In, jej przyjaciółka, powiernica i przyboczna Nina Szubur (w sumerskim micie to służka Szuburanna). To główna narratorka w powieści, oddana Annie In bez reszty. Ale są też Ojcowie założyciele, pierwsi bogowie, a wśród nich wszechmogący Enki. Bogowie narysowani kreską karykaturzystki, dostrzegającej ich gasnącą energię i obojętność okazywaną stworzonemu światu.
Jest bogini podziemia i jej mroczne otoczenie, sędziowie i demony. I jej ospały sługa, strażnik siedmiu bram krainy umarłych, Neti. Wygląda jak dobroduszny, wymęczony nieśmiertelnością ochroniarz w znoszonym swetrze, który wiecznie mu się pruje, Strudzony Neti musi wciąż łatać ten sweter, by samemu się nie rozsypać. To jemu powierzy pisarka rolę rzecznika praw podziemia i wyroczni konserwatyzmu:
„Wielka jest nasza odpowiedzialność, pilnujemy świata, który został stworzony na samym początku. Być tam na gorze, ścigać się i walczyć, zakładać rodziny i rodzić, obsiewać pola, budować miasta, kopać kanały – to nie dla nas, tak bym jej powiedział, tej In Annie, Annie In. Każdy, kto ma trochę rozumu będzie pytał: Po co? Po co to, skoro i tak wszystko się straci. My mamy Nic od razu, od świętego początku, a więc Nic nie tracimy”.
Po trzecie, do źródeł sumeryjskich prowadzi uformowanie języka, liczne powtórzenia, refreny, rytmizacje, chiazmy, tak charakterystyczne dla tych pieśni. Dość przytoczyć taki fragment opowieści Szuberanny o wędrówce Inanny spisanej z glinianych tabliczek:
„Moja pani opuściła niebiosa, opuściła ziemię, zeszła do kur,
Inana opuściła niebiosa, opuściła ziemię, zeszła do kur,
zostawiła władanie, zostawiła panowanie, zeszła do kur”.
Ten sam rytm słychać w czułej narracji Niny Szuber z powieści Olgi Tokarczuk:
„Piękną jest kobietą Anna In, In Anna. Znam ją od zawsze. Pamiętam jej wszystkie szaleństwa, wszystkie podróże i awantury. Gdy ma randki, usuwam się w cień, siadam gdzieś przy barze i spokojnie czekam. Mieszkam w jej domu, piję z jej kieliszków. Ja, Nina Szuber, ja, która opowiadam, ja każda”.
Daje to specyficzny efekt rytmu odwiecznej pieśni, odczytywanej i wciąż dopisywanej do biblioteki glinianych tabliczek.
Między pradziejami a przyszłością
Świat powieści Tokarczuk ma wielu narratorów, to nie jest opowieść snuta z jednego punktu widzenia. Ten sposób narracji pisarka zapowiada na samym początku ustami Niny Szuber: „świat składa się z punktów widzenia, ja jestem jednym z nich”.
Dzięki wielości spojrzeń, wewnętrznemu systemowi opowieści-luster wciąż dochodzi do łączenia przeciwieństw – przestrzeni otwartej i zamkniętej, klaustrofobii i bezkresu. Wielkie połacie sąsiadują tu z maleńkimi prześwitami, świetlikami, przez które widać niebo, a właściwie skrawek nieba. Ogrody tworzone na każdym wolnym skrawku, i przerażające metalowe konstrukcje, wciąż sunące ze zgrzytliwym piskiem windy (także poziome, ukośne, a jakże) przedzierające się wśród plątaniny miast i światów. Tak jakby miasta niczym grzybnia huby rosły na sobie, żerowały, jakby to były nieorganiczne słoje, zapadliska odeszłych cywilizacji, a jednocześnie, każde miasto-piętro im wyżej usytuowane, tym jego świat stawał się bliższy Ojcom założycielom, swobodzie bezkresów natury, gdzie królują bogowie.
Dziwni to Ojcowie, dwuwymiarowi, zrośnięci ze swymi funkcjami jak stwory, które tworzą, a właściwie tylko projektują, bo utracili już zdolność kreowania materii ożywionej. Przypominają przeżartych rutyną urzędników. To buchalterzy, technicy komputerowi, znużeni prawodawcy zmęczeni władzą. Zapominają nawet o swojej mocy zmieniania losów świata… Przestrzegają praw, które zaprowadzili, choć w każdej chwili mogą je uchylić. Stracili „napęd”. Ale Anna In nie utraciła woli zmiany. Dlatego mierzy się ze swoją siostrą, ale i swymi Ojcami i nie ustępuje pola. Kiedy jej martwe ciało zawiśnie na haku w podziemiach, walkę w jej imieniu – aż do skutku – toczy Anna Szuber. To jej hartowi ducha Anna In zawdzięcza ocalenie. Ideał oddanej przyjaciółki.
Nieśmiertelni i ich zabawki
Ojcowie okazują obojętność, zniecierpliwienie, niechęć do interwencji. Anna In wiedziała, czym grozi wtargnięcie do świata umarłych, tłumaczą natrętnej Szuber. Tak naprawdę interesują się tylko sobą. Dopiero szantaż zmusi ich do działania, kiedy bogini Ninma, Matka Anny In zagrozi zatrzymaniem życia na ziemi i wyposaży Annę Szuber w kosz, kryjący wszystkie plagi świata.
Wtedy Enki z brudu pod paznokciami i śmieci (dosłownie!) uformuje rój sztucznych much (mini-robotów?), ani żywych, ani martwych, które ruszą na pomoc uwięzionej bogini In. Ale to spisek kobiet doprowadza do zwycięstwa nad śmiercią, choć powrót Anny In na ziemię nie będzie wcale triumfalny. Nie dlatego, że towarzyszą jej demony, a ciało nosi ślady rozkładu. Dlatego, że wróci do świata, który okaże się inny, niż jej się wcześniej wydawał. Dowie się, że nikt (prawie) nie zauważył jej nieobecności.
To ważna nauka pokory; skoro nawet potężna bogini może zniknąć i natychmiast zostać zapomniana, jaki los czeka szeregowych zjadaczy chleba? Ale dowie się też, że w potrzebie może liczyć na pomoc przyjaciółki, na współczucie matki. Na mężczyzn lepiej nie liczyć. Nawet jeśli to ojcowie. Chociaż kto wie, jak jest: „świat składa się z punktów widzenia”.

ANNA IN W GROBOWCACH ŚWIATA Olgi Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie 2019.

Narodziny i śmierć wielkiej mistyfikacji

Zdarzają się lektury, których literalna problematyka nie jest nam obca, z którą jesteśmy nieźle, czasem dobrze, a bywa że i bardzo dobrze obeznani, a mimo to nie mamy poczucia zwykłego, mechanicznego repetytorium, przypominającego przedegzaminacyjną powtórkę materiału, znaną wszystkim byłym uczniom i studentom. Przeciwnie, takie lektury przynoszą coś w rodzaju „iluminacji”, oświetlenia zagadnień znanych nam, w taki sposób, że nasza czasem nie do końca uporządkowana, niekompletna wiedza, natłoczone zagadnienia przypominające miazgę pojęciową, niewyklarowane myśli, niejasności, pytania, luki, rozjaśniają się nagle, nabierają klarowności i przybierają szyk uporządkowany intelektualnie.

Do takich zaliczam lekturę tomu „Dekadecja. Życie i śmierć judeochrześcijaństwa”, autorstwa francuskiego filozofa, antropologa i religioznawcy Michela Onfray, jednego z mandarynów współczesnego, światowego, radykalnego ateizmu naukowego. Nawiasem mówiąc, nie miałem takiego uczucia n.p. podczas lektury wielotomowych cykli autorstwa niemieckich religioznawców Karlheinza Deschnera czy Uty Ranke-Heineman. Są przepełnione do ostatnich granic obezwładniającą czytelnika, formalnie tylko uporządkowaną lawiną faktów, nazwisk, dat i pojęć, więc lektura tego natłoku przypomina żmudne, męczące i mało owocne brnięcie przez bardzo trudny trakt.
Tymczasem „Dekadencję” Onfraya czyta się wspaniale przede wszystkim dlatego, że jest znakomicie, potoczyście napisana i wybornie przetłumaczona przez Elżbietę i Adama Aduszkiewiczów. Czyta się ją jak barwną, choć często dramatyczną opowieść. Walorem tej lektury jest także jej ton. Po tak radykalnym ateiście jak Onfray można by spodziewać się stylu pamfletowego, nasączonego agresją i szyderstwem w stosunku do religii. Tymczasem spotyka nas niespodzianka, bo Onfray nie napisał tej książki z ideologiczną tezą, zachował pokaźną dozę obiektywizm w opisie i do minimum ograniczył diatryby antyreligijne, antychrześcijańskie, antykatolickie, antyklerykalne. Trzeba przy tym dla porządku zauważyć, że „Dekadencja” nie dotyczy wyłącznie religii, lecz, na co skądinąd wskazuje podtytuł, cywilizacji judeochrześcijańskiej w ogólności, także jej segmentu, by tak rzec, niereligijnego, lecz politycznego, kulturowego, etc. Jest w niej bowiem mowa n.p. także o USA, kraju, który podobnie jak Polska i Francja przynależy do kręgu judeochrześcijaństwa.
Onfray skonstruował opis dziejów narodzin, rozwoju, apogeum potęgi, zmierzchu i upadku tej cywilizacji tak, jakby opisywał historię poczęcia, narodzin, młodości, dorosłości, starości i śmierci człowieka. Kolejne rozdziały noszą wymowne z tego punktu widzenia tytuły: „Narodziny”, „Wzrastanie”, „Potęga”, „Zwyrodnienie”, „Starzenie się”, „Degeneracja”. Onfray ukazuje narodziny chrześcijaństwa z korzenia judaistycznego i na glebie upadłej cywilizacji antycznej (grecko-rzymskiej). Pierwszy rozdział, o „przygodzie antyciała Chrystusa” rozpoczynają zdania aż nadto dobitne: „Cywilizacja judeochrześcijańska jest zbudowana na fikcji. Fikcji Jezusa, który nigdy nie miał innego istnienia niż alegoryczne, metaforyczne, symboliczne i mitologiczne. O istnieniu tej postaci nie świadczy żaden namacalny dowód powstały w jej czasach”. (…) Cała nasza cywilizacja zdaje się zasadzać na próbie nadania ciała bytowi, który nie miał innego istnienia, jak tylko konceptualne. Jezus z Nazaretu, który historycznie nie istniał, staje się więc Chrystusem Pantokratorem, na którego imieniu opiera się prawie dwa tysiące lat nasyconej nim historii Zachodu. Tam, gdzie współczesna mu historia milczy na jego temat, historia późniejsza jest bardziej niż gadatliwa, bo wiedziona pragnieniem nadania Jezusowi formy obejmującej cały świat. Prawie osiągnięto stawkę; nie cały świat został stworzony na jego obraz, ale to, co zostało oszczędzone, nie istniało bez określenia się w stosunku do niego”.
Onfray pokazuje to analizując stosowne fragmenty Biblii, Starego i Nowego Testamentu. Kolejne rozdziały poświęcone zostały takim zjawiskom, jak szybkie nadanie jezusowej religii miłości, przez św. Pawła, wojowniczego charakteru, narodziny chrześcijańskiego antysemityzmu, m.in. św. Jan Chryzostom), wpływu jaki fakt uczynienia emblematem chrześcijaństwa ciała ukrzyżowanego Jezusa, czyli ciała okaleczonego i zabitego, wywarł na psychologicznym kształcie tej religii (autor widzi w tym jej ciężką wadę genetyczną, podobnie jak w dogmacie o „niepokalanym poczęciu”, który zaciążył na judeochrześcijańskim stosunku do seksualności), o pierwotnej „teologicznej” wielopostaciowości chrześcijaństwa, które przez kilka pierwszych wieków, zanim papieże i synody dokonali aktów pewnego uporządkowania, przypominało istną „wieżę Babel”.
Onfray wskazuje też moment, w którym chrześcijańska sekta stała się religią, a następnie, za cesarza Konstantyna (którego krańcowo negatywny obraz jako człowieka został bogato zarysowywany) stał się w cesarstwie rzymskim religią panującą. Od czasów Konstantyna rozwija się obraz chrześcijaństwa jako terrorystycznego totalitaryzmu religijnego („Torturować ciało, torturować dusze”) od mordu na Hypatii począwszy (V w.n.e) poprzez średniowieczne Państwo Boże świętego Augustyna, krwawą walkę z heretykami, wyprawy krzyżowe na głos świętego Bernarda de Clairvaux, po powstanie Inkwizycji, czyli historię przemocy. Jako na kolejny, obok konwersji Konstantyna, przełomowy akt dziejach rozwoju chrześcijaństwa wskazuje Onfray na pojawienie się sztuki chrześcijańskiej – narzędzia chrześcijańskiego prozelityzmu, chrześcijańskiej propagandy. Przez dwa pierwsze wieki chrześcijaństwa sztuka taka nie istniała, co ograniczało tempo i siłę jego rozprzestrzeniania się. Przed Konstantynem „nie było krzyża, ani ukrzyżowania, nie było apostołów ani historii z życia Jezusa”. Była niejasna symbolika, między innymi w postaci znaku ryby. Zmianę przyniosło panowanie Konstantyna, czas narodzin sztuki chrześcijańskiej. On i jego matka postawili imponującą liczbę bazylik, z zatem: architektura, rzeźba, mozaika, przedmioty liturgiczne, freski i wyroby ze złota”. „Dzięki sztuce – stwierdza Onfray – fikcja stała się rzeczywistością, a rzeczywistość fikcją”. Rozdział „Ciało Chrystusa w żołądku szczura” traktuje o sporach teologicznych, scholastycznych, a w walce papieży, antypapieży i kontrpapieży w XIV-XV wieku upatruje Onfray objawów pierwszego wielkiego kryzysu chrześcijaństwa („Chrześcijańska ryba psuje się od głowy”). Ten jednak kryzys był jeszcze endogenny, wewnętrzny i póki trwała zasadnicza spoistość teologiczna i polityczna wokół Stolicy Apostolskiej w Rzymie, dawał się opanowywać. W końcu walka papiestwa z antypapiestwem, Rzymu z Avignonem, była „kłótnią w rodzinie”. Pierwsze czynniki, które zagroziły chrześcijaństwu z zewnątrz, po dokonaniu frondy intelektualnej i organizacyjnej, miały swoje źródło w Renesansie. Pierwszy wiązał się z nawiązaniem do cywilizacji starożytnej i jej materialnych oraz duchowych bogactw, w tym z odkopaniem nauki Epikura. „Po tysiącu lat cywilizacji, która miała się za jedyną, największą, najsilniejszą, najpiękniejszą, ludzie odkrywają, że istniała inna cywilizacja i ona również miała swoją wielkość, wielkie postaci, myślicieli, wielkich dramatopisarzy, architektów, agronomów, historyków itd.”. Drugim czynnikiem była reformacja, narodziny protestantyzmu (w tym ruchu hugonockiego) w jego różnych postaciach, który doprowadził do desakralizacji władców, który „wysadził w powietrze cezaropapizm i doprowadził do laicyzacji władzy”.
Ten proces przebiegał powoli, w modułach trwających wiele dziesięcioleci, a nawet przez wieki. Wydarzeniem, które według Onfraya miało przynieść głębokie, rozległe i dalekosiężne konsekwencje było trzęsienie ziemi w Lizbonie w 1755 roku („Lizbońska sejsmologia Boga”). Rozbiło ono kanoniczne przekonanie o wszechobecności i wszechmocy Boga, przekonanie o tym, że wszystko wynika z „woli Bożej”. Skoro bowiem doszło do tak straszliwej hekatomby w katolickim, pobożnym kraju, to albo Bóg nie potrafił do niej nie dopuścić, a więc wszechmocy nie był, albo na nią przyzwolił, ale w takim razie pojawiło się pytanie, w imię czego tak zachował się „nieskończenie dobry Stwórca”? „Czego może chcieć Bóg decydując się na coś podobnego?”. „Filozofia Oświecenia – napisał Onfray – zawłaszczyła to wydarzenie, żeby usunąć judeochrześcijański teizm i zrehabilitować deizm, który stanowił krok w stronę ateizmu”. Ten istniał już w starożytności (Lukrecjusz), ale czym innym był ateizm pogański, a czym innym narodzony w samym rdzeniu chrześcijaństwa, a nawet w łonie kapłaństwa katolickiego. Zanim u schyłku XIX wieku śmierć Boga ogłosił Friedrich Nietzsche, w pierwszej połowie XVIII wieku tajnie napisał o jego nieistnieniu katolicki ksiądz proboszcz Jean Meslier w swoim „Testamencie”. O polskim szlachcicu Kazimierzu Łyszczyńskim i jego dziele „De non existentia dei”, za które został w 1689 roku ścięty na rynku miasta Warszawy, Onfray nie wspomina, bo być może nawet o nim nie słyszał. Poza tym Rzeczpospolita Polska był to kraj z punktu widzenia laicyzacyjnych procesów europejskich marginalny, a ponadto jego wystąpienie nastąpiło już po spaleniu Vaniniego, Serveta czy Bruno, czyli było z tego punktu widzenia epigońskie. Nie zmienia to faktu, że osobiście jestem z postaci Łyszczyńskiego dumny i ubolewam, że mimo działalności od wielu lat całego szeregu organizacji laickich, nie powstał jego pomnik ani nawet tablica ku jego czci. Sama tylko bliskość dat pokazuje, że od roku 1755 procesy, o których mowa, poszły „już górki”. Intelektualna kontestacja przerodziła się w czynną dechrystianizację. Jej pierwszym wielkim aktem była późniejsza o 34 lata Wielka Rewolucja Francuska, o której, nawiasem mówiąc, co jest cokolwiek zaskakujące, Francuz i lewicowiec Onfray wypowiada się bez jakiegoś nabożnego entuzjazmu, prezentując całą galerię antypatycznie pokazanych koronnych postaci rewolucji (m.in. Héberta, Saint Justa, Mirabeau) czego nie powstydziłaby się nawet antyjakobińska propaganda rojalistyczna ani nasz, polski Teodor Jeske-Choiński, autor krańcowo nienawistnej i pogardliwej „Psychologii Rewolucji Francuskiej”. Onfray idzie zresztą za ciosem i masakruje (co nie nowe) filozofię Jean-Jacques Rousseau, dostrzegając w jego idei „zmuszania do wolności” prawdziwe „korzenie totalitaryzmu”, a także źródła choroby francuskiego intelektualizmu, do dziś poniekąd aktualnej, polegającej na radykalnej rozbieżności między ideą a rzeczywistością („Zasada eksterminacji. Wynalazek totalitaryzmu”). Onfray w technice działania ekspedycji karnych I Republiki przeciw rewolcie ludowej w Wandei pierwszego eksperymentów, których konsekwencją była masowa eksterminacja spod znaku Gułagu, Auschwitz i Holocaustu, włącznie z prekursorstwem w zakresie wynalazku komór gazowych (sic!).
Wydaje się, że to wolnościowa postawa Onfraya sprawiła, iż, choć człowiek, lewicy, postawił się moralnie mimo wszystko po stronie „wandejskiej reakcji”, a nie ludzi pokroju Carriera, pacyfikatora Nantes czy Fouché’go, kata Lyonu. Z tych samym wolnościowych i humanistycznych powodów Onfray krytycznie odniósł do „Marksistowsko-leninowskiej paruzji” i jej zbrodniczych praktyk głównie w ZSRR. Totalna dechrystianizacja Rosji po 1917 roku dokonana krańcowo brutalnymi metodami nie spotkała się akceptacją autora „Dekadencji”, inaczej niż ze strony wielu lewicowych intelektualistów Zachodu.
Obraz „Kontrrewolucyjnej rewolucji. Faszyzmu jako reakcji chrześcijańskiej” dotyczący frankistowskiej Hiszpanii, Italii Mussoliniego i Niemiec Hitlera służy Onfrayowi do wyciągnięcia zasadniczego wniosku, że próba reaktywacji nowoczesnej odmiany „cezaropapizmu”, osłonięcia religii pancerzem totalitarnego państwa, sojusz „tronu i ołtarza” (najbardziej ścisły i ostentacyjny w Hiszpanii Franco) przyniosła rezultaty odwrotne od zamierzonych i radykalnie skompromitowała w Europie Kościół katolicki i Watykan. Reforma soborowa Vaticanum II Jana XXIII i sytuacyjnie podkręcany triumfalizm „nowej wiosny Kościoła” za Jana Pawła II okazały się jedynie relatywnie krótkotrwałym „łabędzim śpiewem”, po którym nastąpiło silne tąpniecie, swoją gwałtownością odwrotnie proporcjonalne do sztucznego „wzlotu” czasu pontyfikatów Roncallego i Wojtyły. Trudno orzec, czy ta zbieżność czasowa była przypadkowa czy też nie, ale faktem jest że lata sześćdziesiąte, które przyniosły kolejne procesy dekompozycyjne w judeochrześcijańskiej kulturze, obyczajach i moralności, w postaci pojawienia się nowej postaci libertynizmu (prawo do aborcji czy antykoncepcja) czy radykalnej, obrazoburczej awangardy artystycznej, były jednocześnie latami Soboru Watykańskiego II (aggiornamento – uwspółcześnienia Kościoła, łącznie z liturgią mszy i jego nauczaniem) i sławnego Maja 1968 roku we Francji. Ta „dekonserwatyzacja” i dechrystianizacja kultury była jednym z ostatnich już gwoździ wbitych w trumnę judeochrześcijaństwa. Także sobór nie przyniósł oczekiwanych skutków.
„Wydaje się wręcz – napisał – że sobór, chcąc być remedium, wzmógł chorobę, robiąc z Boga kolegę, do którego mówi się na ty. Z księdza – towarzysza, którego można zaprosić na wspólne wakacje, z symboliki – przestarzałe pomysły do wyrzucenia, z tajemnicy transcendencji – płaską immanencję, z mszy – scenografię, naśladującą schemat audycji telewizyjnych, (…) z przesłania Chrystusa – prostą związkowa ulotkę, z sutanny – teatralne przebranie (…) Kościół przyśpieszył ruch zapowiadający jego upadek”.
Zbliżamy się do finału opowieści Onfraya. Opowiada on o „Historii po końcu historii”, czyli o „trzecim intermedium muzułmańskim”. Pierwsze intermedium miało miejsce w VII wieku i wiązało się z objawieniem się Mahometa, zakończone zostało pogromem Arabów pod Poitiers, (732 r.). Drugie – podczas kolejnej inwazji islamskiej w późnym średniowieczu, zakończone wyrwaniem Hiszpanii spod panowania Arabów (Granada 1492), rozbiciem ich floty pod Lepanto w 1571 i obroną Wiednia w 1683 roku. Obecnie jesteśmy – zdaniem Onfraya – świadkami „trzeciego intermedium muzułmańskiego”. Jego pierwszym aktem miał być atak na USA 11 września 2001 roku, a kolejnym, 7 stycznia 2015 w Paryżu, gdy dwaj islamiści „pomścili proroka Mahometa” mordując redakcję pisma „Charlie Hebdo”.
Onfray zdaje się być przekonany, że czwartego intermedium islamskiego już nie będzie, ale tylko dlatego, że nastąpi ostateczna śmierć judeochrześcijaństwa i triumf islamizmu. Wyjaśnia to tak: „My mamy nihilizm, oni mają żarliwość, my żyjemy złapani w pułapkę chwili obecnej, niezdolni do niczego oprócz powolnego zużywania się, oni są na ty z wiecznością (…) my mamy dla siebie przeszłość, oni mają przyszłość, ponieważ dla nich wszystko się zaczyna, dla nas wszystko się kończy. Każda rzecz ma swój czas. Judeochrześcijaństwo panowało przez prawie dwa tysiąclecia. Zacna długość życia, jak na cywilizację, Cywilizacja, która je zastąpi, również zostanie zastąpiona. Kwestia czasu. Statek tonie; pozostaje nam utonąć elegancko”. Michel Houellebecq już to nawet sugestywnie opisał w powieści „Uległość”. Drugiego tomu „Dekadencji” Michel Onfray nie napisze, bo nie tylko się ona już dopełniła, ale teraz trwa już agonia. To, historycznie rzecz biorąc, ostatnie chwile cywilizacji judeochrześcijańskiej. Drugi tom musiałby nosić tytuł: „Nowa era, nowe panowanie”. Ale to już temat na inną opowieść.
Michel Onfray – „Dekadencja. Życie i śmierć judeochrześcijaństwa”, przekł. Elżbieta i Adam Aduszkiewiczowie, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2019, str. 671, ISBN 978-83-8015-802-3

O amancie Macronie i innych sprawach

„Le Monde diplomatique”, nr 1 (161), styczeń/luty 2020

W numerze, który jeszcze jest w punktach prasowych – Serge Halimi o tym, że nie wystarczy „tylko pobić Trumpa”. Chodzi to, że przeciwnicy Donalda Trumpa nie powinni koncentrować się wyłącznie na obsesyjnej myśli o odsunięciu go od władzy, lecz także myśleć o tym, jaka ma być Ameryka „po Trumpie” i to nawet wtedy, gdyby Trump wygrał ponownie. Problem Trumpa leży bowiem nie w nim samym, ale w stanie społeczeństwa (i jego problemów), które wyniosło go do władzy. Alain Accardo w „Drobnomieszczaninie szlachcicem” zastanawia się nad przyczynami i perspektywami trwałości drobnomieszczańskiej świadomości, modusu życia i drobnomieszczańskiego egoizmu. Jedno ze zdań tekstu brzmi tak: „Pierwszy amant Macron pojawia się w blasku chwały, jeśli nie jako archetyp drobnomieszczanina naszych czasów, to jako jego ostatnie wcielenie, jako ikona homo economicus zrodzonego przez kapitalizm XXI wieku, neoarystokrację społeczeństwa obfitości, nierówności, ostentacji, pozorów i marnotrawstwa, idealny model proponowany studentom dobrych szkół”. Z tym zdaniem koresponduje inne, tylko na pozór dotykające innej materii: „A teraz cała planeta staje się ogromnym wysypiskiem śmieci, trującym, śmierdzącym, nie do życia. Chyba że zatrzymamy to mordercze szaleństwo zanim będzie za późno”. Poza tym m.in. Maxime Lancien o przyczynach apokaliptycznych pożarów w Australii („Australia – sezon w piekle”), Gilbert Achcar o relacjach między Waszyngtonem a Teheranem („Taniec z szablami w Iraku”), Ewa Majewska z współpracownikami o „państwie (afektywnego) stanu wyjątkowego” czyli Polsce („Strefy wolne od LGBTplus”), Jan Wasiewicz w obszernym tekście o „Chłopskiej rewolucji księdza Piotra Ściegiennego” w ujęciu postkolonialnym. Poza tym – o obrazie kobiety w kinie polskim Elżbieta Durys, a Chantal Mouffe o potrzebie lewicowego populizmu. Jak zwykle zajmujące czytanie „Le Monde” to jak lektura całkiem sporej książki wielotematycznej.

Pan Kabatc, Profesor i Przyjaciel

Styczniowa, 90 rocznica urodzin Eugeniusza Kabatca była dobrą okazją do wznowienia, w postaci nieco poszerzonej, jego „Popołudni … wieczorów”, zbioru przeszło siedemdziesięciu minipowiastek filozoficznych, którym Autor nadał formę żartobliwych dialogów między Profesorem a Przyjacielem.

Podobnie jak powiastki filozoficzne, także dialogi mają swoją piękną, i głębi dziejów literatury sięgającą tradycję, że Platona czy Woltera tylko wspomnę. Eugeniusz Kabatc, choć nie ma uniwersyteckiego patentu filozofa, w moim odczuciu filozofem również jest, tak jak wspomniani wyżej filozofowie i dziesiątki innych, którzy też ani doktoratami ani tym bardziej habilitacjami czy profesurami się nie legitymowali.
Kabatc jest pisarzem-filozofem w najbardziej rudymentarnym tego słowa znaczeniu. Filozofuje bowiem niejako naturalnie, odruchowo, filozofia jest w jego duchowym, intelektualnym i emocjonalnym DNA. Kabatc tak filozofuje, jak oddycha. Nie jest przy tym filozofem z gildii Kantów i Heglów, lecz zdecydowanie z rodu Montaigne’ów.
Powoduje nim nie imperatyw odkrywania struktury świata, jego systemu, względnie nadawaniu struktury, kształtu systemowego żywiołowi egzystencji, ale pragnienie pogodnej, choć nie pozbawionej łagodnej melancholii kontemplacji świata, jego dramatu, ale i jego urody. Genealogia filozofowania Kabatca to nie Średniowiecze, ani też, z drugiej strony, oschłe Oświecenie, lecz łaciński Renesans, w szczególności te jego strefy, które rodziły się pod słońcem i w cieniu winnic Kampanii Rzymskiej czy Toskanii. Ta ostatnia jest szczególnie ważna, bo to jedna z ważnych ojczyzn włoskiego wina, a ono towarzyszy Kabatcowi zawsze, choć smakuje je zawsze z renesansowym umiarem. O jego znaczeniu dla Autora świadczy także jego (wina) czule i poetycko wspominana obecność także we wspominanych tu powiastkach-dialogach. Nie można jednak zapomnieć, że filozof Kabatc jest nie tylko, a może nie przede wszystkim filozofem, ale świetnym pisarzem, który zadbał o to, by filozoficzność tekstów składających się na „Południa…wieczory” nie była odstraszająca dla tych czytelników, którzy mogą mieć nienajlepsze skojarzenia z terminem „filozofia”, lecz by była atrakcyjna w lekturze.
Od tego w końcu jest pisarzem, by nie znużyć filozofią. Dlatego teksty zbioru napisane są z lekkością motylą, przepełnione subtelnym i słonecznym humorem, mogącym przywieść na myśl skojarzenie choćby z „tutkizmem” Jerzego Szaniawskiego.
O czym zaś powiastki-dialogi-rozmówki traktują? O niezliczonych zagadnieniach życia, od wysokiej kwestii „pętli czasu”, poprzez kwestie przykre, jak kłamstwo. zdrada, grzechy władzy, powaga, melancholia, problemy stwarzane przez Ministerstwo Szkodnictwa Wyższego, po wspaniale podnoszące na duchu kwiatki świętego Franciszka.
Jedna z powiastek ma intrygujący tytuł, w którym niestety nie mogłem się już rozpoznać: „Dlaczego moi młodzi przyjaciele tak szybko się starzeją?”. Nie mógł też nie znaleźć się zbiorze filozof dla Kabatca najważniejszy, towarzyszący mu od dziesięcioleci, choć nie renesansowy, tym razem na okoliczność odsłonięcia we Florencji upamiętniającej go tablicy – Stanisław Brzozowski. Zaryzykowałbym nawet tezę, że, jeśliby się temu zbiorowi dokładnie przyjrzeć i zastanowić nad jego treścią, to zakres tematów składających się nań obejmuje właściwie cały kosmos egzystencji, a przynajmniej jej najbardziej fundamentalnych aspektów, oczywiście z konieczności w telegraficznym skrócie. Oczywiście, jak na polskiego Italiańczyka przystało, jak przystało na człowieka i twórcę bardzo silnie związanego z kulturą Italii, także przez urzędową funkcję pełnioną przed wielu laty w ambasadzie polskiej w Rzymie, Eugeniusz Kabatc nie pominął wątku stricte włoskiego, a raczej literackiej figury włoskiej, choć przez swoje cechy jednocześnie, i nieprzypadkowo, wzorcowo uniwersalnej, do tego stopnia, że czytelnicy często zapominają o jej rdzennej „włoskości”.
Mam na myśli Pinokia, postaci powołanej do życia przez Carla Collodi, której poświęconych jest osiem ostatnich powiastek. Kabatc traktuje Pinokia z respektem dalece przekraczającym znaczenie jego drewnianej naturę i tytułuje go „panem Pinokio”. Zajmuje się przy tym jego „wszechobecnością”, jego „oślimi uszami” i „złamanym nosem” , a także jego związkami ze „starymi draniami” i „wyspą wolności”.
Już same te hasła wywoławcze wskazują, jak bardzo uniwersalna i nieśmiertelna okazała się opowieść skromnego literata włoskiego, pana Collodi.
Żałuję, że nie mogę nawiązać do każdej z powiastek składających się na tom „Popołudnia…wieczory”, ale ich lektura sprawiła mi taką przyjemność, że stawiam tomik w zasięgu ręki, z tapczana na którym zwykłem zażywać lektury, że użyję staromodnego określenia.
Tej staromodności mam zamiaru się wstydzić, tym bardziej, że bieżący czas, póki co, oferuje nam jedynie koronawirusa.
Eugeniusz Kabatc – „Popołudnia…wieczory”, wyd. Redakcja „Res Humana” TKŚ, Warszawa 2020, str. 236, ISBN 978-83-941094-0-0

Komplikacje życia „Trzeciego Wieszcza”

Kolejny tom z serii poświęconej życiu i twórczości Zygmunta Krasińskiego przygotowane nakładem toruńskiego uniwersytetu, skoncentrowany na zagadnieniach z życia poety, które było bujne, problemowe i skomplikowane.

Nie oznacza to, że jego egzystencję można jak noże odciąć od problematyki twórczości, a świadczy o tym już tekst otwierający zbiór, „Wielkość i błąd”, dotykający sprzeczności w świadomości poety, w której ścierały się rzeczy wielkie i szlachetne, ale także małe, jak ponure przesądy. Szkic o „Człowieku wewnętrznym we mnie” dotyka romantycznego indywidualizmu, solipsyzmu, egotyzmu, introspekcji, autoanalizy jako podstawowego źródła jego twórczości.
Jest w nim też konstatacja, że „człowiek wewnętrzny w rozważaniach antropologicznych poety nie jest zatem szczelnie zamkniętą, statyczną monadą, bytem transgresyjnym, wciąż przekraczającym siebie, dynamicznym, ekspresywnym, twórczym, bytującym w sobie i poza są jednocześnie”.
Ów „człowiek wewnętrzny” ogarnięty jest „śmiertelną nudą”, depresją i melancholią, które należy rozumieć szeroko, nie jako „zwykłe”, pospolite znudzenie, lecz jako wyraz generalnego poczucia bezsensu egzystencji. W kolejnym szkicu, poświęconym „tragicznej biografii, tragicznej twórczości” mowa jest o tym, że ich głównymi przyczynami było „rozdarcie między powinnością wobec ojca a miłością do ojczyzny, uwikłanie w skomplikowane relacje z kobietami, odrzucenie przez współczesnych i chęć przynależenia do nich, narodziny nowego porządku i niemożność stania się jego udziałem”.
Odrębne, „inne spojrzenie na Krasińskiego” w postaci tez dokonuje się przez nawiązanie autorki m.in. do psychoanalizy Freuda. Akurat ten, najkrótszy z pomieszczonych w zbiorze, tekst autorstwa Danuty Danek zawiera wyjątkowo ciekawe, oryginalne propozycje interpretacyjne, warte szerszego rozwinięcia.
W szkicach „Krasińskiego utwory „utajone” Arkadiusz Bagłajewski napisał o tych wątkach poezji Zygmunta, które z powodu ich „niepoprawności” i „intymności”, n.p. problematyka jego erotyzmu, skryte są pod głównym nurtem zagadnień.
Kolejne szkice dotykają „epistolarnej świadomości Krasińskiego” w świetle jego korespondencji do wybranych adresatów, a także „Zygmunta Krasińskiego jako dumy i utrapienia potomków i rodziny”, w którym szczególnie ważny jest trudny aspekt jego relacji z niekochaną żoną, Elizą z Branickich, „preliminaryjnym (czyli dotyczącym pielgrzymek) motywom w jego korespondencji, a także „osobowości wzniosłej” w świetle przebiegu jego podróży do Szwajcarii.
Dwóm interesującym, elegijnym (obumieranie starego świata) wizjom „Nieboskiej komedii” stworzonym przez Jerzego Grzegorzewskiego w jego dwóch, odległych w miejscu i czasie (Wrocław 1979 i Warszawa 2002) inscenizacjach teatralnych oraz bogactwu interpretacyjnemu i komentatorskiemu wokół twórczości Zygmunta Krasińskiego poświęcone są dwa ostatnie szkice zbioru.
„Zygmunt Krasiński. Dylematy egzystencji – problemy biografii”, pod. Redakcją Magdaleny Bizior-Dombrowskiej, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2014, str. 278, ISBN 978-83-231-3275-2