Ten niebywały rok sześćdziesiąty ósmy

Z perspektywy 52 lat przełomowe znaczenie roku 1968 w dziejach cywilizacji (tak – cywilizacji, bo jego wpływ znacznie przekraczał zasięg europejski) zaznacza się coraz bardziej jaskrawo, bo z odległej perspektywy widać najlepiej, na tle tego, co zdarzyło się później.

Pojawiły się w nim zjawiska, które zapoczątkowały nowy obraz naszego świata. Wydarzenia i procesy jakie zaszły w 1968 roku, były tak naprawdę definitywnym końcem resztek wieku XIX, które przetrwały burze wieku XX. Wtedy definitywnie skończyło się, w sensie kulturowym, dawne konserwatywne społeczeństwo. Hasła paryskich studentów uderzały w skamielinę społeczną, którą było wtedy społeczeństwo, rodziny, biurokracja i uniwersytety. Francja roku 1968 w dużym stopniu była wtedy wciąż do pewnego stopnia – ujmując rzecz w pewnym uproszczeniu i skrócie – Francją Balzaca, jako że procesy społeczne przebiegają powoli, znacznie wolniej niż spektakularne wydarzenia i przełomy polityczne. Po burzliwym roku 1968 nic – ani w świecie, ani w Europie, nie pozostało już takie jak dotąd, choć nowy świat objawił się dopiero w „zajawkach”. Przecież legalizacja aborcji we Francji nastąpiła dopiero siedem lat po paryskim Maju 1968, w roku 1975, za prezydentury Valery Giscard d’Estaigne i to po potężnych protestach społecznych. Niewątpliwie epicentrum 1968 roku objawiło się w paryskim Maju, w rewolcie studenckiej, na barykadach, w walkach ulicznych. Poruszył on jednak potężną falę, która dotarła na amerykańskie uniwersytety powodując krwawe ofiary demonstracji, ale także m.in. do Włoch czy Wielkiej Brytanii. Dziś trudno nawet uzmysłowić sobie kontrast między duchem buntu zanarchizowanej młodzieży, długowłosej, luzackiej, kolorowej, nasyconej muzyką Beatlesów, nie respektującej żadnych oficjalnych autorytetów, a postacią stojącego od dekady na czele Francji generała de Gaulle, hieratycznej postaci rodem jakby sprzed Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Książka dwojga reporterów tygodnika „Polityka”, Cezarego Łazarewicza i Ewy Winnickiej nie dotyczy jednak tylko francuskiego roku 1968, lecz tego, co się wtedy wydarzyło, w różnych krajach, w różnych wymiarach. Jest tu i polski Marzec 1968 (choć dokonał się on w radykalnie odmiennych społecznie i politycznie warunkach niż w świecie zachodnim, co nakazuje traktować go odrębnie) i interwencja wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji, ale nie jest to polityczna synteza 1968 roku, jaką swego czasu przygotował profesor Jerzy Eisler. To 20 reportaży pokazujących ten czas bezpośrednio, przez ludzkie doświadczenie, przede wszystkim poprzez przemiany w mentalności i kulturze. Na tę książkę składają się też doświadczenia jednostek (choćby skromnych młodych ludzi z Sosnowca), okruchy życia w tamtej epoce, fragmenty puzzla układające się w migotliwą, wielopostaciową, bogatą całość. Autorzy nie są bowiem zawodowymi historykami, lecz reporterami. Recenzent tygodnika „Polityka”, z którym związani są oboje autorzy, tak napisał o tej książce: „1968 był to dziwny rok. A najdziwniejsze było w nim chyba to, że zaczął się pięć lat wcześniej. Tak przynajmniej twierdzi para reportażystów, Ewa Winnicka i Cezary Łazarewicz, autorzy książki „1968. Czasy nadchodzą nowe”, będącej portretem „roku rewolucji”. Otóż 13 października 1963 r. w londyńskim klubie Palladium odbył się, transmitowany przez telewizję, koncert The Beatles. To właśnie wtedy z całą mocą wybuchła beatlemania. Rok 1963 utorował młodym ludziom drogę do wygłoszenia swoich pretensji wobec świata dorosłych. Z tego powodu większość bohaterów reporterskich opowieści to ludzie młodzi. Andrzej Krakowski, student łódzkiej Filmówki, który opuścił kraj po wydarzeniach marcowych, miał 22 lata, Romain Goupil prowadził paryskich licealistów na barykady jako 16-latek. W tym gronie Roman Polański, podbijający Amerykę „Dzieckiem Rosemary” w wieku lat 35, jawi się jako osoba na wskroś dorosła. Młodzieńczy bunt miał jednak różne oblicza. Winnicka i Łazarewicz doskonale zdają sobie z tego sprawę. Po raz kolejny odwołują się więc do Beatlesów, do opublikowanego w 1968 r. „Białego albumu” – płyty różnorodnej, wręcz niespójnej, ale właśnie dlatego genialnie oddającej klimat epoki. Taka jest też ta książka – zwichrowana, jak zwichrowany był rok 1968. Winnickiej i Łazarewiczowi świetnie udało się oddać to jakże specyficzne ówczesne rozedrganie”. Po francuskim 1789 roku trudno wskazać inną datę, która miałaby porównywalną rangę z rokiem 1968 w łańcuchu przemiany dziejowej ludzkości. Ani kolejne rewolty i wojny XIX wieku, ani dwie wojny światowe XX wieku, ani nawet dynamika rozwoju technologicznego, nie były aż tak silnym impulsem jak ten, który przyniósł burzliwy rok 1968.
Warto przeczytać pasjonujące reportaże Winnickiej i Łazarewicza, by zobaczyć ten proces nie w uogólniających frazach historycznej syntezy, lecz poprzez konkretne, pojedyncze, indywidualne, personalne, a więc tym silniej przemawiające do wyobraźni zjawiska.
Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz – „1968. Czasy nadchodzą nowe”, Agora, Warszawa 2020, str. 357, ISBN 978-83-268-2613-9

O miłości i innych sprawach

„Historia Zuzy, Natalii i Jagody to opowieść o tym, jak bardzo możemy się mylić w ocenie życia innych ludzi i swoich problemów.

A także o miłości, ukrytych pragnieniach, drugich i swoich problemów. A także o miłości, ukrytych pragnieniach, drugich szansach i kobiecej przyjaźni, która daje siłę, by uwierzyć, że szczęście może być wyborem, nie przypadkiem.
„Inni mają lepiej”, to idealna lektura dla tych, którym wydaje się, że życie sąsiadów, znajomych, wszystkich bliskich i dalekich „innych” jest bardziej kolorowe dla tych, którzy potrzebują zachęty, by ruszyć z miejsca.
Warto przyjrzeć się historiom bohaterek, by na co dzień nie ulegać iluzjom, a walczyć o to, co jest dla nas naprawdę ważne” – tak powieść obyczajową Krystyny Mirek, autorki już ponad dwudziestu powieści z gatunku tzw. „prozy kobiecej”, cieszących się dużym zainteresowaniem czytelniczym i trafiających na listy bestsellerów rekomenduje wydawnictwo Edipresse Książki. Sugeruję, by lekturą zweryfikować rekomendację edytorską.
Krystyna Mirek – „Inni mają lepiej”, Edipresse Książki, Warszawa 2020, str. 318, ISBN 978-83-8177-446-8

Spróbujcie śniciny

„Moja nowa książka… Takie miejsce musi gdzieś być, można je znaleźć albo stworzyć, używając dużo śniciny i trochę pisma też, nie mogę o tym za wiele mówić, bo wyśliźnie się tajemnica, która zawsze jest odkrywana dopiero na końcu. Zapraszam do czytania o nowych ludziach snu, nowych śniących zwierzętach i przybyszach z gwiazdozbioru. Książka wydana bardzo pięknie, dziękuję za wszystko Osobom z Państwowego Instytutu Wydawniczego, które przyczyniły się do jej materializacji”- napisała na fejsbuku Marta Zelwan, autorka „Miejsca na rzeczywistość”.

Nie dziwię się autorce w jej podziwie dla plastycznej urody okładki – wygląda ona tak, jakby ta książka opowiadała o wszechświecie, o gwiazdozbiorze, o planetach. Marta Zelwan to pisarka znana wcześniej pod nazwiskiem Krystyny Sakowicz, uważanej za ważną przedstawicielkę prozy „onirycznej” czyli „sennej”.
Nie podejmuję się analizować „Miejsca na rzeczywistość” używając standardowych instrumentów oceny. Nie próbuję nawet objaśniać, co moim zdaniem „autorka miała na myśli”. W tę narrację ( słowo „narracja” jest tu wyjątkowo na miejscu, bo to ani powieść, ani opowieść, ale właśnie „narracja”, czyli werbalna relacja z „jakiejś” rzeczywistości, obiektywnej czy subiektywnej, to ma drugorzędne znaczenie) trzeba się indywidualnie wczytać, potraktować lekturę jako radykalnie zindywidualizowany akt świadomości, bo przecież „śnienie” też jest formą świadomości. Ale jeśli nawet lektura nie ułatwi nam wniknięcia w głębie cudzej jaźni i wyobraźni, jeśli trudno nam wyemancypować się z ugruntowanych w nas nawyków myślenia zdroworozsądkowego, racjonalistycznego, to warto się w nią wczytać. Warto – dla lawiny wrażeń, zaskoczeń, oczarowań, pasji i inspiracji, które może nam przynieść, pod warunkiem, że nie usposobimy się do tej lektury obronnie, sceptycznie, niechętnie, jak do literackiego, wydumanego „dziwadła”. Jeśli przyjmiemy taką perspektywę, jej czytanie będzie stratą czasu.
Jeśli jednak wzniesiemy ponad nasze skostniałe nawyki, ponad dyktat trywialności, która w każdym z nas siedzi mocno osadzona, jeśli na czas lektury, w końcu nie bardzo długi, odłożymy je na bok, to może nas czekać sporo fascynujących wrażeń i inspiracji. W końcu w akcie czytania głównie o to chodzi. Bo jaką wartość ma czytanie, które tylko i wyłącznie służy potwierdzeniu uleżałych w nas nawyków, schematów i poglądów? Szczerze rekomenduję wyjście na przeciw przygodzie ze śnieniem Marty Zelwan i próbę zbliżenia się do jej miejsca na rzeczywistość.
Marta Zelwan – „Miejsce na rzeczywistość”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2020, str. 143, ISBN 978-83-8196-075-5.

Życie jest straszne…

„Sonia i Mati nie znają się. Spotykają przypadkowo na moście. Oboje w tym samym czasie postanowili odebrać sobie życie. Najpierw muszą jednak ustalić, które z nich skoczy pierwsze. Po całonocnej rozmowie nadal nie mogą się zdecydować, żadne z nich nie chce być tym drugim.

Jedynym wyjściem wydaje się odroczenie samobójczego planu. I tak Sonia i Mati dają sobie miesiąc na, by przekonać się, że może warto zaufać światu. A może i świat zaufa im?
W ten sposób dwójka desperatów rusza w podróż ku normalności, mierzonej coraz szerszym uśmiechem, spokojniejszym snem, dostrzeganiem małych, ale potrzebnych drobiazgów. I wreszcie – miłością. Czasem bowiem wystarczy na chwilę się zatrzymać i zachwycić życiem” – o tym jest powieść Nataszy Sochy, dziennikarki mieszkającej pod Akwizgranem, autorki m.in. „Troje na huśtawce”, „Pod słońcem Toskanii”, „Pokoju kołysanek”, „Drogi święty Mikołaju”, „(Nie)miłość, (Nie)piękność, (Nie)młodość”.
W nocie edytorskiej, podkreślającej dar bystrej obserwacji i „sarkastyczne poczucie humoru” autorki, jej pisarstwo określono jako „literaturę kobiecą najwyższej próby, która zniesie konkurencję takich autorek jak Fannie Flagg czy Jojo Moyes”.
Autorka opatrzyła „Zagubionych” mottem z Bohumila Hrabala: „Życie jest straszne, ale ja postanowiłem, że jest piękne”.
Warto przeczytać „Zagubionych” , aby przekonać się czy Sonia i Mati znajdą w sobie siły, aby sprawdzić trafność tych słów.
Natasza Socha – „Zagubieni”, Edipresse Książki, Warszawa 2020, str. 301, ISBN 978-83-8177-445-1

Amulet

„Szept tego jedynego mężczyzny przyniesie Marcie w noc poślubną w Gdyni kilka słów, które wiele kobiet pewnie przyjęłoby wzruszeniem ramion, inne wręcz chciałyby takie usłyszeć. Ją natomiast krępuje balast… zasad.

Wkrótce przytrafi się kolejne nieszczęście, tym razem w Tatrach w pobliżu Siklawy. Jak przez mgłę usłyszy jednak cudownie miły głos i dostrzeże zarys przyjaznej twarzy ratownika. Poczuje też w dłoni jego amulet i dotrą do niej słowa, że góry nie są od porachunków, ale od prze-ży-wa-nia. Wkrótce stanie przed dylematem kolejnych wyborów… Zatoka Pucka, zwana przez Kaszubów Małym Morzem oraz Tatry są scenerią, w której przyjdzie Marcie te dylematy rozwiązywać. Zapatrzonej w bajkowe widoki i zasłuchanej w „Dwie tęsknoty” zespołu „Krywań”. I choć znowu los dotknie ją boleśnie, dokona słusznego wyboru. Prawdziwa miłość potrzebuje bowiem prawdy, żarliwości i … amuletu” – tak wydawnictwo zachęca do lektury „Amuletu” Romy J. Fiszer, autorki ośmiu powieści obyczajowych z gatunku tzw. „literatury kobiecej”. I faktycznie, plastycznie opisane w „Amulecie”, w pięknych okolicznościach przyrody miłość prawdziwa i spełnienie marzeń, na pewno znajdą czytelniczki i czytelników, zwłaszcza w te wakacje w czasach zarazy.
Roma J. Fiszer – „Amulet”, Edipresse, Warszawa 2020, str. 391, ISBN 978-83-8177-464-2

Podróże z Kapuścińskim po „Arkadiach we krwi”

Najmocniejsze wrażenie z tej ponownej po latach lektury „Podróży z Herodotem”, to wrażenie znakomitej klasy pisarstwa Ryszarda Kapuścińskiego. Kryształowy styl, jasność wywodu i przekazu, maksimum treści przy ascetycznej niemal oszczędności środków, ciekawa osnowa ideowa – wszystko to stwarza rzadką przyjemność lektury. Lektura tekstu pełnego mądrości, a nie męcząca, czyż to nie ideał lektury?

I do tego zawiązanie akcji przywodzące na myśl skojarzenie z konstrukcją powieści przygodowej, jakby nieco rodem z Juliusza Verne: młody dziennikarz z niewielkim krajowym doświadczeniem reporterskim, działający w siermiężnych okolicznościach, nagle, niczym „deus ex machina” otrzymuje niespodziewany dar od losu i ląduje (via Rzym) jako reporter w dalekich, egzotycznych Indiach. Już w tej pierwszej podróży towarzyszy mu egzemplarz „Dziejów” Herodota, nie dlatego jednak, że młody reporter był wtedy erudytą nie rozstającym się z tej rangi klasyką. Przeciwnie, przyznaje się już na wstępie do swojej elementarnej (w sensie najzupełniej dosłownym) niewiedzy, do swojego „wiem, że nic nie wiem”. Dla młodego dziennikarza egzemplarz „Dziejów” spełnił wtedy rolę swoistego elementarza, a jego lektura była inicjacyjna, tak jak inicjacyjna była jego pierwsza i kilka kolejnych podróży. Kapuściński opowiada nam o Indiach, później o Chinach przewodniczącego Mao, Egipcie Nasera, Czarnej Afryce (m.in. Kongo – kraina conradowskiego „Jądra ciemności”, czy Sudan), po latach także o Iranie ogarniętym rewolucją islamską. O niektórych z nich mówi jako o „Arkadiach spływających krwią”. Niezmiennym rysem opowieści Kapuścińskiego jest nieco stoicka konstatacja różnorodności kultur narodów i plemion świata, ich radykalnej odmienności, przy jednoczesnym ich wzajemnym, czasem jawnym, a czasem utajonym przenikaniu, przy – także – ich wewnętrznych dwoistościach, sprzecznościach. Pomiędzy tymi podróżami czyta i cytuje obfite passusy z Herodota, o wojnach greckich i nie tylko, o świecie śródziemnomorskim, o Persji. Te passusy z zamierzchłej przeszłości są zarówno kontrapunktem, jak i świadectwem, pokazującym, że choć „przemija postać świata”, to natura ludzka pozostaje właściwie niezmienna i zmiany technologiczne zasadniczo jej nie modyfikują. Niezmienna też była pokora wobec świata, która charakteryzowała Kapuścińskiego. Nawet jako 24-letni (rok 1956) reporter nie miał w sobie ani krzty młodzieńczej, czy jakiejkolwiek innej, pychy czy choćby tylko pozorowanej zarozumiałości. Już wtedy, w inicjacyjnej podróży do Indii, gdy zaobserwował chłopca śpiewającego z ojcem upaniszady, filozoficzne pieśni sprzed trzech tysięcy lat, skonstatował: „Kiedy to sobie uświadomiłem i pomyślałem o małym chłopcu witającym jutrzenkę strofami upaniszad, zwątpiłem, czy uda mi się pojąć kraj, w którym dzieci rozpoczynają dzień od śpiewania wersetów filozofii”. Ta postawa filozoficznego, otwartego wątpienia towarzyszyła Ryszardowi Kapuścińskiemu przez całe życie. Wyborna lektura.
Ryszard Kapuściński – „Podróże z Herodotem”, Czytelnik, Warszawa 2020, str. 280, ISBN 978-83-07-03468-3

O „Kocie” opowieść migawkowa

Konstanty Jeleński (1922-1987), obdarzony przydomkiem „Kot” był jedną z najbardziej emblematycznych postaci polskiej emigracji politycznej w Europie Zachodniej.

Bez, co najmniej, wzmianki o nim nie obyła się żadna publikacja czy artykuł poświęcony emigracji we Francji, w szczególności kręgom związanym z ośrodkiem „Kultury” w Maisons Laffitte pod Paryżem. „Kot” choć pozostawił pewną spuścizną piśmienniczą w zakresie krytyki artystycznej, ale „piórem” zasadniczo nie był, podobnie zresztą jak redaktor „Kultury” Jerzy Giedroyć.
„Kot” był błyskotliwym intelektualistą o wielkiej erudycji, poliglotą, wychowanym we francuszczyźnie od dzieciństwa w ziemiańskim dworze, człowiekiem wyrafinowanej kultury, a jednocześnie duchowym demokratą, potomkiem demokratycznych i postępowych idei mickiewiczowskiego „Składu zasad” i „Trybuny Ludów”.
Łączył też w sobie rysy finezyjnego intelektualisty z rysami wojskowymi i walczył na froncie zachodnim II wojny światowej jako żołnierz-członek załogi czołgu. Autorka opowieści biograficznej opisała „Kota” przede wszystkim jako „homo faber”, człowieka czynnego, działacza emigracyjnego, jednak oddziaływującego bardziej jako intelektualny inspirator niż bezpośredni organizator. Szczególną zasługą „Kota” było wsparcie, jakiego udzielił Witoldowi Gombrowiczowi. Zafascynowany jego pisarstwem „wypromował” je skutecznie zarówno w kręgach polskich, jak i w intelektualnych kręgach zachodnich, wśród których cieszył się wielkim uznaniem. Podobną rolę odegrał w stosunku do Czesława Miłosza. Anna Arno pokazała też duchowy kosmopolityzm, acz połączony z miękkim patriotyzmem polskim. Opisała go w całym twórczym chaosie jego życia, także prywatnego, z uwzględnieniem jego biseksualnego erotyzmu i jego związku z ekscentryczną malarką Leonor Fini. Z uwagi na ogrom faktów, personaliów i dat lektura opowieści Anny Arno nie jest najłatwiejsza, dobrze jest ją czytać mając background w postaci poznanych lektur z tego zakresu tematycznego, ale na pewno jest to lektura godna uwagi. Bardzo ciekawie spuentował lekturę opowieści Adam Zagajewski: „Biografia Anny Arno świetnie uchwyciła tę proteuszową postać w stu migawkach, że stu punktów widzenia”.
Anna Arno – „Kot. Opowieść o Konstantym A. Jeleńskim”, Iskry, Warszawa 2020, str. 413, ISBN 978-83-244-1068-2

Ze świata mickiewiczomanii

„Chleb, który żywi i zachwyca, który się w krew narodu zmienia, poezja Mickiewicza” – brzmi fraza z jednego z wierszy poety nam współczesnego, Tadeusza Różewicza. Taki patos jest mi z gruntu obcy, ale w końcu świadczy on, że ta poezja ciągle jednak miewa rezonans wśród części odbiorców.

Mickiewiczologia (nazwa nieformalna rzecz jasna), jako krąg badań literackich ma długą tradycję, w tym tę sięgającą od Juliusza Kleinera do Aliny Witkowskiej, bardzo solenną nakierowaną na pokazywanie poezji twórcy „Dziadów” jako wielkiego reprezentanta tradycji literackiej.
Optyka patrzenia na niego zmieniła się, gdy Mickiewiczem zajęła się Maria Janion i krąg jej współpracowników, dokonując twórczej „transgresji” interpretacyjnej jego spuścizny i spoglądając na nią z perspektywy XX i XXI wieku. Niedługo po dokonaniach kręgu Janion pojawili się Jarosław Marek Rymkiewicz i młodszy od niego o pokolenie Krzysztof Rutkowski, dwaj namiętni fascynaci Mickiewicza i jego biografii, którzy z entuzjazmem, żarliwością, nawet do pewnego stopnia swoistym „bałwochwalstwem”, z dodatkiem badawczej przenikliwości połączyli z darem barwnego, błyskotliwego, dowcipnego pióra, wchodząc z poetą w intymne niemal relacje i rozbierając jego ducha na najdrobniejsze cząsteczki. Ostatnio do grona fascynatów Mickiewicza dołączył Piotr Wierzbicki, przed laty agresywny publicysta prawicowy i redaktor naczelny gazety „Życie”, z wykształcenia polonista, który dawno już porzucił politykę i zajął się koneserstwem sztuki.
Jego niewielkiej książeczce brak namiętności Rymkiewicza i Rutkowskiego, a też i fajerwerków ich stylu, jest w niej za to materia uporządkowana, rozpoczynająca się od pokazania Mickiewicza jako postaci, poprzez omówienie jego credo poetyckiego, styl. Jest też o Mickiewiczu jako uczonym, profesorze, mędrcu, pielgrzymie, o lawie i skorupie, Jacku Soplicy, „Panu Tadeuszu”, obłędzie, „arcydziełach i rozbłyskach” i „wielkim planie”. Do tego dochodzi dodatek w postaci autorskiego wyboru tekstów poety, a wszystko ilustrowane symbolicznymi rysunkami Maji Mendraszek-Goser.
Nie ma w tej książeczce ekstatycznych pasaży uprawianych przez Rutkowskiego, „jurodiwego” mickiewiczowskiego fetyszyzmu Rymkiewicza ani intelektualnej mocy egzegez Janion, ale każdemu, kto lubi od czasu do czasu wracać do poezji Mickiewicza, z przekonaniem ją polecam.
Piotr Wierzbicki – „Powrót do Mickiewicza”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2020, str. 196, ISBN 978-83-8196-089-2

Śladami „Stawki”, śladami Hansa Klossa

Wielcy miłośnicy i amatorzy rozmaitych zjawisk, między innymi w kulturze, często są po trosze fetyszystami, to znaczy poza fascynacją samym zjawiskiem jako takim, w jego finalnym kształcie, mają często potrzebę dotknięcia, „pomacania” jego źródeł, oboczności, substancji materialnej itp.

Niejednokrotnie sama iluzja ekranowa nie wystarcza.
Takiemu powiedzmy miłośnikowi kina sprawia ogromną przyjemność zetknięcie się z aktorem ulubionego filmu, dotknięcie scenografii, kostiumów czy znalezienie się w miejscu, gdzie film był kręcony. Sam podlegam temu prawu, więc przeżyłem wiele takich chwil i tęsknot.
Nie zapomnę dzikiej satysfakcji z oglądania choćby tych wnętrz Muzeum Kinematografii w Łodzi, w których kręcono sceny do „Ziemi Obiecanej” Andrzeja Wajdy czy dotknięcia sławnej rzeźby Mateusza Birkuta z „Człowieka z marmuru”, z wędrówki po fragmencie Jury Krakowsko-Częstochowskiej, która „zagrała” Hiszpanię w „Rękopisie znalezionym w Saragossie” Wojciecha J. Hasa, czy po miejscach, w których kręcono filmy z telewizyjnego cyklu „Opowieści niesamowite” albo przyjemności oglądania rekwizytów i fragmentów scenografii do monumentalnej „Kleopatry” Josepha L.Mankiewicza czy wnętrza łodzi podwodnej „Czerwony Październik” w byłej rzymskiej wytwórni filmowej Cinecitta. Powstało już kilka publikacji poświęconych owym filmowym miejscom, „lokacjom”, jak się je nazywa w języku produkcji filmowej, n.p. w serialach czy o warszawskich miejscach w polskim kinie (Warszawą jest chyba jedynym polskim miastem, które zawsze „gra” w filmach samo siebie).
Taki n.p. Lublin bardzo rzadko był w filmach „sobą”, za to „grał” już Warszawę, Wilno czy Paryż. Wiadomo też, że mało jest w Polsce i na świecie takich namiętnych „fetyszystów” jak miłośnicy serialu „Stawka większa niż życie”. Maciej Kronenberg ze swoim zespołem poszukiwaczy i fotografów, niewątpliwie maniaków „Stawki” podążył śladami poszczególnych odcinków serialu, jakie zostawił on na filmowej taśmie.
To miasta i miasteczka, które w „Stawce” posłużyły za scenerię poszczególnych odcinków. Są wśród nich m.in. Kraków, Pieskowa Skała, Gdańsk, Łódź, Wrocław, które były plenerami poszczególnych odcinków, choć nominalnie miejsca akcji nie jest tożsame z fizyczną scenerią, także Gdynia, której dworzec główny kolejowy oraz korty tenisowe „zagrały” Stambuł, przy czym okazuje się, że na pierwszym miejscu, gdy chodzi o zakres wykorzystania w roli scenerii odcinków „Stawki” jest najwyraźniej Olsztyn, miasto z bogatym zasobem poniemieckiej architektury, obfite w jeziora i zróżnicowaną rzeźbę terenu.
Dziś części budowli, który wykorzystano na ekranie już nie ma, a niektóre miejsca zmieniły się nie do poznania, ale są też miejsca mało od tego czasu odmienione. „Stawkowy przewodnik”, zapis pasjonackiej acz i bardzo absorbującej, drobiazgowej, niemal „zegarmistrzowskiej” pracy jest lekturą pasjonującą.
Bogato ilustrowany fotografiami, na których czarno-białe kadry z serialu skonfrontowane są ze współczesnymi, barwnymi fotografiami tych samych, ale często nie takich samych miejsc i obiektów. Latem warto wziąć go do plecaka i przy okazji wyprawy na Mazury pojechać do Olsztyna, by trochę sobie poprzypominać „stawkowe” przygody. Co także innym fanom „Stawki” polecam i rekomenduję.
„Stawkowy przewodnik filmowy”, Maciej Kronenberg z zespołem, wyd. Centrum Inicjatyw na rzecz Rozwoju Regionu, Łódź 2014, str. 317, ISBN 978-83-131044-2-0

W kręgu mądrych myśli

Przedwczesne odejście Lidii Burskiej (1956-2008) było prawdziwą stratą dla polskiej krytyki, historii literatury i literaturoznawstwa w ogólności. Jej „Kłopotliwe dziedzictwo. Szkice o literaturze i historii” (1998) jest książką znakomitą, obejmującą szeroką przestrzeń literatury, i to zarówno w sensie rozległości tematycznej, jak i rozległości intelektualnej badaczki.

Późniejszy o kilkanaście lat tom „Cytaty z życia i literatury”, zebrany już pośmiertnie, ma wartość nie mniejszą od tamtego. Czterdzieści szkiców Burskiej odznacza się różnorodnością, daleką od charakterystycznej dla ostatnich lat częstej skłonności do zamykania się krytyków w obrębie jednego obszaru tematycznego, do swoistego monizmu. Burska nie uciekała też w tematy modne, „na czasie”, lecz podejmowała każdy ją interesujący i warty podjęcia, choćby był daleki od głównego nurtu zainteresowań. Ot, choćby otwierający zbiór szkic „Poeta czy dysydent?” poświęcony jest Antoniemu Słonimskiemu, który zarówno jako pisarz, poeta czy postać, od dawna jest usytuowany w niszy. W „Wieku klęski?” autorka przypomina postać nie mniej zapomnianą, jaką jest Adolf Rudnicki, przypomina przez pryzmat jego ostatniej książki, w każdym razie ostatniej ważnej, jaka było „Krakowskie Przedmieście pełne deserów”. Ta sama kwalifikacja „zapomnienia” dotyczy zasadniczo prozy Stanisława Dygata czy Hanny Malewskiej, jednej z najwybitniejszych postaci współczesnej prozy o tematyce historiozoficznej, a także Andrzeja Kijowskiego pokazanego w świetle jego dzienników.
Co znamienne, w kręgu „zapomnianych” jest także bohater innego ze szkiców, zaledwie kilka lat temu zmarły Tadeusz Konwicki, pisarz, który jeszcze stosunkowo niedawno (w tym w czasie, gdy Burska pisała o nim szkic) znajdował się w głównym nurcie zainteresowania krytyki i czytającej publiczności, a nad którym niedługo po jego śmierci zapadła kompletna cisza. W tej galerii „zapomnianych” jedynie Leopold Tyrmand zachowuje niejaką popularność, ale głównie przecież z racji popularnego charakteru znaczącej części jego prozy (relatywnie często wznawianej), a także na specyficznie legendową aurę otaczającą jego postać. Następny blok szkiców oscyluje wokół takich tematów jak „Kultura polska po Jałcie”, jak związki z literaturą ze „sprawą polską”, postaci Jana Józefa Lipskiego, a jeden z nich przypomina postać Rafała Grupińskiego, dziś posła PO i swego czasu szefa klubu poselskiego tej partii, jako interesującego, niekonwencjonalnego krytyka literackiego. W jednym z kolejnych szkiców Burska raz jeszcze wraca do prozy Hanny Malewskiej, pisarki, która jako autorka powieści usytuowanych akcją w odległych epokach historycznych była przede wszystkim bardzo interesującą historiozofką, szczególnie fascynująco pokazującą niejawne nurty dziejowych przemian, ową „cichą pracę dziejów”, niezauważalną dla oczu większości ludzi.
Burska przypomniała też inne mocno zapoznane, a tak popularne przed laty postacie pisarskie, jak eseistykę Paweł Jasienica czy Marian Brandys z jego cyklem o „Końcu świata szwoleżerów” na czele. Jak przystało na badaczkę żywo zainteresowaną oddziaływaniem tradycji literackiej na współczesność, dwa szkice poświęciła Burska Sienkiewiczowi („Poczciwy czarodziej, przewrotny gracz”) i Prusowi („Strapiony syn nowoczesności”). Autorka nie skoncentrowała się jednak wyłącznie na starszych i dawnych pokoleniach pisarskich. W szkicu „Hotel Europa” zajęła się prozą autorów późniejszego pokolenia, dopiero dziś z wolna zbliżającego się do starości, takich jak Manuela Gretkowska, Janusz Rudnicki, Natasza Goerke, Krzysztof Rutkowski, Olga Tokarczuk, odnosząc się przede wszystkim do ich doświadczeń emigracyjnych, w więc do konfrontacji z Europą i Zachodem w ogólności. Zajmuje się też fenomenem „Salonu Niezależnych” czy pokoleniem poetyckim. Podsiadły i Świetlickiego.
W tym zbiorze jest jeszcze szereg interesujących zagadnień i personaliów pisarskich, ale na koniec zwrócę uwagę jeszcze na trzy teksty, szczególnie interesujące z uwagi na ich bieżącą wręcz wymowę, choć powstały przed co najmniej kilkunastu laty. Szkic „Niebezpieczny urok powiatu” dotyczy twórczości Jarosława Marka Rymkiewicza i pokazuje jak bardzo utalentowany pisarz, intelektualista o szerokich kiedyś horyzontach, z niejasnych do końca przyczyn zdegradował się do roli wieszcza polskiego prowincjonalizmu, herolda narodowego partykularza, z wrogością odwracającego się od dorobku europejskiego i zanurzającego się po uszy, z własnej nieprzymuszonej woli, w błocie polskiego powiatu.
W gruncie rzeczy temu samemu tematowi, tyle że rozpisanemu na inne zjawiska i personalia, poświęcony jest szkic „Inkwizytorzy i Sarmaci”. Przez pryzmat fenomenu takich pism jak „Fronda”, „bruLion”. „Arcana” czy „Nowe Państwo”, przypomina on narodziny polskiej neo-kontrreformacji, która w połowie lat 90-tych była jedynie ruchem intelektualnym, swoistym blokiem think-tanków, by kilkanaście lat później przekształcić się w siłę polityczną, dominującą dziś w przekazie mediów prorządowych. W puencie tekstu Burska odnotowała słowa jednego z liderów neo-kontrreformacji, Roberta Tekieli, dziś „natchnionego” felietonisty „Gazety Polskiej” Sakiewicza, który w 1998 roku powiedział w wywiadzie dla „Nowego Państwa”: „Za 20 lat będzie już normalnie. Wtedy my będziemy mieli gazety codzienne (…) my będziemy pisać encyklopedie i to my zdecydujemy, które nazwiska z dzisiejszej kultury pozostaną, a które będą zapomniane. Za te 20-30 lat…”.
Wypada – niestety – przyznać Tekielemu, że posiadał dar przewidywania, bo w gruncie rzeczy spełniło się to, co prorokował i nawet zmieścił się w widełkach czasowych. Ale i mieć nadzieję, że zdanie rozpoczynające ten szkic Burskiej: „Nowe idee rodzą się długo i niepostrzeżenie” może mieć sens zmierzający także w kierunku przeciwnym niż ten wytyczony przez neo-kontrreformatę Tekielego i że nadejdzie czas, że tak się stanie, a on sam znów stanie na „okopach świętej Trójcy”. Zbiór kończy szkic „Zderzenie z losem”, wykraczający poza problematykę polskiego partykularza. Wychodząc od metafory nieokreślonych jeszcze wtedy niepokojów ( które jednak się spełniły) zawartej w głośnym filmie „Obcy – ósmy pasażer Nostromo” Ridleya Scotta (1979) i odwołując się do późniejszych doświadczeń świata z 11 września 2001 na czele, a także do analiz i konstatacji Samuela Huntingtona, zastanawiała się Burska nad tym, jakie jeszcze starcia z nieznanym i tajemniczym losem czekają cywilizację zachodnią, atlantycką. „Cytaty z życia i literatury” i wcześniejsze o kilkanaście lat „Kłopotliwe dziedzictwo” Lidii Burskiej, to fascynujący książkowy dublet wybitnej intelektualistki.
Prawdziwie żal, że nie towarzyszy ona już nam i naszej współczesności ze swoimi mądrymi przemyśleniami.

Lidia Burska – „Cytaty z życia i literatury”, opr. Marek Zaleski, Universitas, Kraków 2012, str. 435, ISBN 978-83-242-2217-9