Bez dogmatu po raz trzeci Recenzja

Krzysztof Lubczyński recenzuje najnowsze wydanie niezależnego, lewicowego magazynu intelektualnego.

 

Trzeci tegoroczny numer kwartalnika „Bez dogmatu” wydawanego przez wydawnictwo „Książka i Prasa” (KiP) wpisuje się w rocznicę stulecia odzyskania niepodległości przez Polskę, co zaznacza już na wstępie Piotr Szumlewicz w tekście „Kabaret na stulecie niepodległości”, w dziesięciu fleszach pokazujący pakiet śmieszności towarzyszący obchodom tego wydarzenia. Anna Małyszko zajęła się w obszernym tekście „Szkołą niepodległą”, czyli głównie ideologicznymi deformacjami, jakim podlega polska szkoła współczesna, w szczególności szkoła czasów PiS. Komplementarnie do tego tematu Anna Dzierzgowska zajęła się nauczaniem historii czyli polityką historyczną realizowaną na umysłach uczniów („O nauczaniu w Polsce historii. Czyja historia? Komu służy?”). Dzierzgowska zwraca w szczególności uwagę m.in. na manipulację poznawczą polegającą na wskazywaniu fałszywych więzi rodowodowych między teraźniejszością a wieloma bytami z przeszłości i wpisywaniem postaci z przeszłości historycznej w znaczenia, z którymi nie miały, bo i nie mogły mieć nic wspólnego. O dominacji „Narodowych ramot” czyli obecnej recepcji zamierzchłych tradycji historycznych oraz o recydywie kopalnego nacjonalizmu napisał Tomasz Jativa, a o „Wyklętych komunistkach” – Róży Luksemburg, Wandy Wasilewskiej i Zofii Dębińskiej – Agnieszka Mrozik. Przeskok do tematyki stricte współczesnością inspirowanej rozpoczynają „Myśli nowoczesnego konsumenta” Julii Golachowskiej, poświęcone etnocentryzmowi konsumenckiemu, jako jednemu z przejawów modnego dziś w Polsce kultu patriotyzmu. Do tej szeroko rozumianej tematyki konsumenckiej dopisuje się Piotr Rymarczyk opowiadaniem „Nowe ciało dresiarza”. W „Wymazywaniu H.” Michał Kozłowski podejmuje temat tabu, jakim ruchy prawicowe starają się, poprzez sprzeciw wobec argumentacji „ad hitlerum”, obezwładnić krytykę ze strony ideowych przeciwników. Norman Tabor przypomina postać obalonego i zamordowanego 45 lat temu lewicowego prezydenta Chile Salvadora Allende i zwraca uwagę, że jego oprawca, Augusto Pinochet, tylko w Polsce zamiast jako zbrodniarz traktowany jest jako bohater. Michał Kozłowski pochylił się nad popadnięciem polskiej lewicy propalestyńskiej w antysemickie stereotypy („Izrael, Krzysztof Godlewski i my”). Natomiast m.in. Stanisław Różycki („Ustawa 2.0”), Sebastian Słowiński („Trzeba bronić uniwersytetu”) i dwoje innych autorów zajęli się sytuacją wyższego szkolnictwa w obliczu tzw. ustawy Gowina. „Historia jednego strajku”, to relacja Wandy Wasilewskiej ze słynnego strajku ZNP w 1937 roku, strajku który współorganizowała. Krzysztof Lubczyński ukazał „Nieodparty urok władzy ludowej” w zwierciadle dwóch politycznych powieści Janusza Rolickiego akcją usytuowanych w PRL. Numer kończy niewielkie (choć jak na publikację w nieobszernym piśmie periodycznym całkiem obszerne) studium Dariusza Łukasiewicza „Rodzina robotnicza w kapitalizmie industrialnym. Przykład niemiecki”. A w drugim tytule „KiP” czyli listopadowym numerze miesięcznika „Le Monde diplomatique” m.in. Louis Pinto o „Rozpieszczonych dzieciach supermarketu” czyli o metamorfozach społeczeństwa konsumpcji, Renaud Lambert pyta „Czy Brazylia jest faszystowska?”, oczywiście Brazylia po objęciu władzy przez populistę Jaira Bolsanaro, a także Michela Hussona „Kryzys gospodarczy i nieporządki światowe” czyli ekonomiczny bilans dekady 2008-2018 oraz wiele innych tekstów.

 

„Bez dogmatu”, nr III/2018

Niemiecki „Prometeusz” w Belwederze Recenzja

Trzyletnia (1915-1918), poprzedzająca odzyskanie niepodległości przez Polskę okupacja ziem uwolnionego od panowania Rosjan tzw. Królestwa Polskiego jest – jak się wydaje – tematem gruntownie i do znudzenia oraz do wyczerpania opisanym w licznych publikacjach historycznych, szczegółowych i syntetycznych, dotyczących tego okresu.

 

Dlatego do lektury studium amerykańskiego historyka Jesse Kauffmana „Iluzoryczne przymierze” przystępowałem bez szczególnych oczekiwań, raczej jako do skorzystania z okazji rocznicowego odświeżenia wiedzy. A jednak, ku mojemu – satysfakcjonującemu skądinąd – zaskoczeniu, Kauffman, być może dzięki geograficznemu także oddaleniu, a na pewno dzięki dystansowi natury poznawczej, dokonał nader oryginalnego naświetlenia tego krótkiego okresu w historii Polski.
Na owe trzy lata zwykliśmy bowiem patrzeć przez pryzmat tego, co nastąpiło później – klęski Niemiec w Wielkiej Wojnie oraz odzyskania przez Polskę niepodległości. Gdy jednak Niemcy wchodzili do Warszawy w sierpniu 1915 roku, po uprzednim opuszczeniu jej przez Rosjan, taka perspektywa nie istniała i nawet trudna była do wyobrażania. Z tej przyczyny ten trzyletni czas traktowany jest jako – w istocie rzeczy – relatywnie mało istotne preludium na drodze do nieuchronności. Zamiast przyjąć to jako oczywistość, Kauffman zadał kilka istotnych i chyba nigdy przez historyków polskich ( przynajmniej ja się na takowe nie natknąłem) nie stawianych pytań: „Co Niemcy robili, sprawując władzę nad tym krnąbrnym i niespokojnym terytorium w środku Europy? Czy przedstawiciele Generalnego Gubernatorstwa snuli jakieś dalekosiężne plany związane z ziemiami polskimi, które znalazły się pod ich rządami? Czy plany te zyskały określony instytucjonalny wyraz? Do jakiego stopnia polityka Generalnego Gubernatorstwa była powiązana z polityką krajową w Prusach, gdzie kipiał zajadły konflikt polsko-niemiecki? Jak miejscowe napięcia i konflikty wpływały na przebieg okupacji? Co działania rządu okupacyjnego mówią nam o Niemczech w czasie pierwszej wojny światowej i o samej wojnie? Co postępowanie Generalnego Gubernatorstwa mówi nam o ciągłości historii Niemiec?”. Ten pakiet pytań Kauffman dopełnia taką oto, trafną konstatacją: „Zagadnieniom tym historycy poświęcili zadziwiająco mało uwagi”. Generalny wniosek amerykańskiego historyka jest taki, że wkraczając w sierpniu 1915 do Królestwa Niemcy nie mieli skonkretyzowanego planu, co – ujmując rzecz kolokwialnie – z tym Królestwem Polskim zrobić, tym bardziej, że nie mogli, zwłaszcza wtedy, znać przyszłych losów wojny. Nie mieli skonkretyzowanych planów co do tego terytorium także pomimo tego, że mogli i musieli przecież wtedy zakładać, że wygrają tę wojnę, skoro ją w końcu, rok wcześniej wywołali. I być może nie mieliby planu przez kolejne lata, gdyby nie wysoki profil umysłowy, charakter, mentalność i ambicje mianowanego generał-gubernatorem warszawskim Hansa Hartwiga von Beselera.
Był to człowiek wykształcony i światły, a choć inżynier, to obejmujący swoim zainteresowaniami zagadnienia wykraczający poza jego ściśle zawodowe, wojskowe i inżynieryjne kompetencje. Dość wspomnieć, że nie było typowym dla niemieckiego wojskowego czasów wilhelmińskich to, że objąwszy swoją siedzibę w Belwederze, Beseler zainteresował się historią tego obiektu, zwłaszcza w okresie Powstania Listopadowego i czasie je poprzedzającym, w tym postacią swojego historycznego – poniekąd – poprzednika, Wielkiego Księcia Konstantego, a owocem tego zainteresowania było napisane przez niego studium na ten temat. Beseler, choć znany jest z fotografii jako przyodziany w mundur niemiecki (a z rzadka i pikielhaubę) wyższy oficer niemiecki o marsowym wyglądzie, nie miał w swoim charakterze nic z butnego i ograniczonego Prusaka, wypełniającego swoją mentalnością, postawą i zachowaniem ów rozpowszechniony i nie pozbawiony trafności stereotyp. Po pewnym czasie formalnego urzędowania w Warszawie Beseler doszedł do wniosku, że w interesie Niemiec jest odbudowanie państwa polskiego, jako monarchii konstytucyjnej, jako satelickiego tworu pod protektoratem niemieckim. Uznał jednocześnie, że jeśli ten plan ma być zrealizowany w sposób racjonalny i zgodny z dalekosiężną racją stanu Niemiec, trzeba uzyskać co najmniej minimum akceptacji ze strony społeczeństwa Królestwa, a w pierwszym rzędzie jego elit. W konsekwencji uznał więc, że tryb sprawowania przez Niemców kontroli nad tym terytorium nie może być brutalną, wojskowo-policyjną, represyjną okupacją, lecz musi przyjąć możliwie najłagodniejszą, najmniej kolizyjną formę współegzystencji społeczeństwa polskiego z niemieckimi czynnikami politycznymi. Nie było to zadanie łatwe. W społeczeństwie Królestwa Polskiego nastroje w stosunku do Niemców, do „Prusaków” jak ich ogólnie i kolokwialnie określano, były na ogół wrogie. O ile w sierpniu 1914 roku wymaszerowujące z Królestwa, w tym Warszawy, wojska rosyjskie żegnane były jak „swoje” (społeczeństwo było już w znaczącym mocno, także pod wpływem propagandy endecji, emocjonalnie „zruszczone”), o tyle wkraczających do Królestwa Niemców witano w najlepszym razie chłodno, z licznymi akcentami wrogości. Żywa była pamięć forsownej germanizacji w zaborze pruskim (ciekawe, że rusyfikację spora część Polaków, głównie plebejska, chłopska, traktowała z taryfą ulgową), brutalnych „rugów pruskich”, działalność Hakaty w bismarckowskiej II Rzeszy, a także wiedza o najświeższym, bolesnym, okrutnym doświadczeniu pacyfikacji, zbombardowaniu i spaleniu Kalisza dokonanego przez Niemców na progu wojny (wątek ten znalazł się w „Nocach i dniach” Marii Dąbrowskiej). Mimo tych psychologicznych barier Beseler przystąpił do dzieła i szybko stworzył organizm administracyjny, w którym przy zachowaniu szczelnej niemieckiej kontroli administracyjnej i wojskowej wprowadzone zostały dla Polaków szerokie swobody polityczne i kulturalne.
Po raz pierwszy od wielu dziesięcioleci otwarte zostały możliwości krzewienia pamięci o polskich tradycjach narodowych, upowszechniania polskiej kultury i sztuki, w tym w ich aspekcie niepodległościowym. Zanim doszło do aktu 5 listopada, czyli proklamowania zamiaru budowy państwa polskiego, w maju 1916 roku odbyły się wielkie, legalne obchody 125 rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja, a wszelkie przeszkody w wystawianiu w teatrach n.p. dzieł romantyków polskich zostały zniesione. Reaktywowany też został Uniwersytet Warszawski, a za tym poszedł rozległy proces budowania instytucji polskiego samorządu, szkolnictwa, struktur administracyjnych i gospodarczych. Zdaniem Kauffmana nie wytrzymuje krytyki powszechnie uznawana teza, że jedynym motywem takich działań niemieckich, było pozyskanie polskiego „rekruta” do armii niemieckiej. Jednym z najbardziej spektakularnych aktów tamtego czasu było radykalne (prawie o połowę ) powiększenie terytorium Warszawy, przez włączenie w jej obręb otaczających ją obszarów i miejscowości. Cały ten proces, dynamiczny, ale nie wolny od tarć, konfliktów i represji (Beseler miał przeciwników nie tylko w społeczeństwie polskim, ale także w części jego rodzimej administracji niemieckiej, w szczególności w jej kręgach junkierskich i nacjonalistycznych).
Wysiłki Beselera przekreśliła jednak finalnie klęska wojenna Niemiec i odbudowanie niepodległej Polski. Nie jest rolą historyka snucie hipotetycznych wyobrażeń co do możliwego biegu zdarzeń, ani tym bardziej snucie tzw. historii alternatywnej. Toteż Kauffman tego nie czyni, ściśle trzymając się bezstronnej, naukowej narracji ściśle opartej o źródła. Postronnemu czytelnikowi, jak piszący te słowa, wolno to jednak czynić. Nie sposób zlekceważyć faktu, że w ciągu niespełna trzech lat, Warszawa, z prowincjonalnego, zaniedbanego miasta – de facto – rosyjskiego w Kraju Przywiślańskim, wykonała, w znaczącym stopniu dzięki administracji Beselera, radykalny skok, doznała postępu administracyjnego, instytucjonalnego, cywilizacyjnego i terytorialnego. Na wystawie o „niemieckiej” Warszawie lat 1914-1918 w Muzeum Warszawy na Rynku Starego Miasta można nawet przeczytać sformułowanie, że to Beseler i jego administracja pozwoliły Warszawie stać się miastem na miarę przyszłej stolicy Polski, miastem zmierzającym ku modelowi europejskiemu. Nie mogę się uwolnić od natrętnej myśli, czy gdyby projekt „niemieckiego Prometeusza” (darzącego Polaków niejaką sympatią, ale podkreślającego ich kulturową i polityczną niedojrzałość) w Warszawie nie został przerwany po trzech latach i miał kontynuację przez kolejne dziesięciolecia, Polska nie podniosłaby się cywilizacyjnie w większym stopniu niż pod rodzimą administracją w II Rzeczypospolitej?
I może takie państwo polskie nie padłoby ofiarą hitlerowskiej teutońskiej furii? I czy nie byłoby to korzystniejsze dla przyszłych pokoleń polskich? Zwłaszcza, że nie można w dalszej perspektywie wykluczyć możliwości postępującej emancypacji tej formy polskiej państwowości.
I czy gdyby wizja przyszłego państwa polskiego stworzona w Generalnym Gubernatorstwie lat 1915-1918 została zrealizowana, może nie doszłoby do tego, co stało się dwie dekady później, pod okrutną, barbarzyńską, nazistowską okupacją w ramach administracyjnego tworu o tej samej nazwie? Tak, to jedynie „gdybanie” i wyobrażanie sobie historii, której nie było, ale materia studium Kauffmana do takich spekulacji inspiruje. Amerykański historyk zwraca zresztą uwagę na tę analogię, nie znajdując wszakże pełnej odpowiedzi na pytanie o przyczyny nazistowskiej, krwawej furii hitlerowskiej w okupowanej Polsce. Praca Jesse Kauffmana, to kapitalne, fascynujące, dające bardzo wiele do myślenia, i to do przemyślenia po nowemu, studium oświetlające pozornie oczywisty epizod z historii Polski XX wieku nowym i spod innego kąta rzuconym światłem. I bardzo dobra, bo nie „uroczysta” i rytualna lektura na finał obchodów stulecia polskiej niepodległości.

 

Jesse Kauffman – „Iluzoryczne przymierze. Niemiecka okupacja na ziemiach polskich w czasie I wojny światowej”, przekł. Jan Kabat, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2018, str. 256, ISBN 978-83-06-03535-3

Powtórka z Rolickiego, klasyka polskiego reportażu Recenzja

Decyzja Wydawnictwa Poznańskiego, by wydać archiwalne reportaże Janusza Rolickiego sprzed kilkudziesięciu lat była ze wszechmiar słuszna. Nie tylko dlatego, że Rolicki należy do klasyków polskiego reportażu, w jednym szeregu z Ryszardem Kapuścińskim, Hanną Krall, Jerzym Lovellem, Józefem Kuśmierkiem, Krzysztofem Kąkolewskim czy Kazimierzem Dziewanowskim, ale przede wszystkim dlatego, że te reportaże nadal, mimo upływu czasu i zmiany realiów, doskonale się czyta. Rolicki był bowiem w tych reportażach nie tylko ofiarnym reporterem i dociekliwym obserwatorem rzeczywistości PRL, ale także świetnym piórem, łączącym rzeczowość i prostotę narracji z finezją prawdziwie literacką, z soczystą mięsistością opisu, a także wyrafinowaną ironią, ukrytą pod warstwą bardzo oszczędnego stylu. W 23 reportażach, publikowanych na łamach tygodników „Polityka” i „Kultura” (jeden został zatrzymany przez cenzurę), Rolicki, najpierw bardzo młody, a potem dość młody człowiek, ukazał kawałki siermiężnego życia PRL w okresie od roku 1960 do pierwszej połowy lat siedemdziesiątych, czyli PRL czasów Gomułki i Gierka.
Gdzie ten reporter Rolicki nie wsadzał swojego reporterskiego nosa! Debiutując jako 22-latek wykonał tzw. reportaż wcieleniowy i wszedłszy w rolę młodego robotnika wszedł w krąg budowy i budowlańców („Janek, podaj wapno”). Penetrował przepojone patologią życie PRL: życie i pracę Państwowych Gospodarstw Rolnych, polskich rybaków kutrowych, najął się też na świniopasa, aby poznać i ten aspekt życia gospodarczego PRL. Zajmował się procederem prywatnych fuch w państwowych zakładach pracy, patologią w spółdzielniach mieszkaniowych i administracjach domów mieszkalnych, grą pozorów towarzyszącą chałturowym fuchom literatów, czyli spotkaniami autorskimi, „naszymi w Wiedniu”, salonem automobilowym na Dzikiej, czyli dzikim handlem autami w czasach drastycznego niedoboru tego towaru w Polsce, systemem „waletowania” w domach studenckich, gwałcicielami, cieciami, dziwnym losem „Westerplatczyków” w PRL, polskim „buszem” pijackim czyli polską Apokalipsą tamtych czasów (silne skojarzenia z klimatem prozy Marka Hłaski), a nawet technologią pracy wróżek i tworzenia popularnego telewizyjnego programu „Turniej miast”. Jest też przejmujący, zwłaszcza dla pasażerów lotniczych, reportaż o dramatycznym, mrożącym krew w żyłach przez swój szczególnie drastyczny i krwawy przebieg, porwaniu samolotu PLL „Lot” w 1971 roku. Doskonałym pomysłem było opatrzenie każdego reportażu słowem objaśniającym od autora. Bez tego część czytelników, głównie z generacji nie pamiętających PRL lub pamiętających ją z perspektywy wczesnego dzieciństwa, mogłaby mieć trudności ze zrozumieniem części realiów oraz kontekstu społeczno-polityczno-obyczajowego tych reportaży. Także jednak dla czytelników dobrze pamiętających PRL, jak choćby piszący te słowa, te objaśnienia są bardzo przydatne, bo wiedzy nigdy za wiele, a choć żyliśmy w PRL, to nie do każdego kąta zaglądaliśmy. W słowie wstępnym do tego zbioru, reporter tygodnika „Polityka” młodszy od Rolickiego o pokolenie, Cezary Łazarewicz, słusznie napisał o nim jako o „klasyku polskiej szkoły reportażu” i trafnie porównał do klasyka niemieckiego reportażu wcieleniowego, Gűntera Walraffa i amerykańskiego – Howarda Griffina. Co do mnie, to mam dla reporterów, nie tylko wcieleniowych, nabożny podziw, bo moja wygodnicka natura wzdragałaby się przed podjęciem tak niewygodnych, pracochłonnych, męczących, nieraz odrażających a czasem nawet niebezpiecznych zadań. Cytowany już Łazarewicz napisał, że Polska z reportaży Rolickiego to „Polska sauté, bez pudru i ideologicznych upiększeń”. To prawda. Jeśli jednak nawiązać do znanej, popularnej kiedyś frazy o „absurdach życia PRL”, to mój wniosek z lektury reportaży Rolickiego jest pesymistyczny. Gdyby bowiem Janusz Rolicki odmłodniał o pięćdziesiąt lat i wrócił do swej dawnej roli reportera w naszej, dzisiejszej polskiej rzeczywistości, to miałby roboty nie mniej niż wtedy. Owszem, absurdy dzisiejsze są – na ogół – inne niż naówczas, ale obawiam się, że ich liczba stanowi constans. Słowem – absurdy polskie są te same, choć nie takie same.

 

Janusz Rolicki – „Lepsi od Pana Boga. Reportaże z Polski Ludowej”, Wydawnictwo Poznańskie 2018, str. 357, ISBN 978-83-79-76-051-0.

Dobry Polak, choć Ruski Recenzja

„Nigdy w Polsce nie zrozumiecie jak bardzo tęskniliśmy za Polską. Stawialiśmy ją na ołtarzu, idealizowaliśmy. Chroniliśmy naszą polskość niczym błonę dziewiczą. I codziennie marzyliśmy, abyśmy mogli do tej polskiej macierzy przyjechać.”

 

To początek opowieści polskiej dziennikarki z Wilna. Władającej polskim, litewskim, rosyjskim i angielskim językiem. Urodzonej na radzieckiej wtedy Litwie, ale w polskiej społeczności.
Jednak kiedy w 1991 roku po raz pierwszy przyjechała do Polski, to poczuła się tu obcą. Co z tego, ze mówiła przepiękną polszczyzną, skoro miała, i nadal ma, wileński akcent. I choć mówi jak kiedyś Adam Mickiewicz, to mieszkańcy Polski zaklasyfikowali ją jako „ruską”.
„Tutaj, w tej waszej Polsce”, mówiła potem z nutą goryczy, „kobieta uznana za „ruską” ma dwie propozycje pracy. Jeśli ocenią ja jako brzydka, to zaproponują sprzątanie. Jeśli uznają za ładną to zaproponują pracę w agencji towarzyskiej. Innych ofert nie usłyszysz”.
Pewnie dlatego, nie wyemigrowała do swej „wytęsknionej” Polski. Wolała być Polką na Litwie niż „ruską” w Polsce. A kiedy Litwa i Polska wstąpiły do Unii Europejskiej została także obywatelką wspólnej Europy. Kolejnej unii polsko – litewskiej.

 

Polacy bez Polski

W 1921 roku, po ukształtowaniu się granic II Rzeczpospolitej, za jej wschodnimi rubieżami pozostało około 2 milionów Polaków. Ilu było naprawdę nigdy się nie dowiemy. Zresztą wielu z nich miało by dzisiaj kłopoty, gdyby zechcieli zdać egzamin na Kartę Polaka. Urzędowo potwierdzić swa polskość.
I trudno się temu dziwić. Tamci Polacy, ich rodzice i dziadkowie, urodzili się i wychowali już w państwie rosyjskim. A tam od połowy XIX wieku byli intensywnie rusyfikowani. Także po powstaniu II Rzeczpospolitej kilkaset tysięcy Polaków mieszkało w niepodległych republikach bałtyckich. Estonii, Łotwie i Litwie. Najlepsze warunki mieli w Łotwie. Najgorzej na Litwie, bo do 1938 roku relacje między Litwą a II Rzeczpospolitą przypominały obecne Korei Północnej i Południowej.
Najwięcej Polaków, ponad milion, zamieszkiwało Związek Radziecki. Początkowo władze ZSRR realizowały leninowskie zasady praw każdego narodu do własnego języka i kultury. Powstały dwa autonomiczne, administracyjnych polskie regiony na Ukrainie i Białorusi. Patronami ich byli wybitni twórcy ZSRR polskiego pochodzenia. Julian Marchlewski i Feliks Dzierżyński.
Wraz z umacnianiem się władzy Józefa Stalina i unifikacją ZSRR autonomię takich okręgów stopniowo ograniczano. Miejsce radzieckiego „Multi kulti” zajmował zunifikowany naród radziecki. Wyrosły z tradycji wielkorosyjskiej, imperialnej kultury.
W 1936 roku polskie województwa zostały zlikwidowane. Pod hasłem „oczyszczenia” przygranicznych terenów ZSRR z „polsko-niemieckiego elementu nacjonalistycznego”. Większość zamieszkałej tam ludności, nie tylko Polaków, wysiedlono do Kazachstanu. Ilu Polaków wtedy tam wywieziono, ilu zmarło po drodze, znów trudno precyzyjnie oszacować.
Może było ich 70 tysięcy a może 120 tysięcy.
Mieszkający wtedy w ZSRR Polacy identyfikowali się z polskością dlatego, że ich przodkowie byli Polakami. Bo mieli polsko brzmiące imiona i nazwiska. Bo uważali się za katolików, choć zwykle nie mieli już możliwości kultywowania swej wiary. Bo kultywowali dawne, polskie tradycje, zachowania. Ubierali się jak na Polaka przystało. Czuli się Polakami, chociaż przestawali już mówić po polsku, nawet w domach rodzinnych. Byli obywatelami ZSRR. Zatem po zakończeniu II wojny światowej nie mogli skorzystać z prawa do repatriacji do nowej Polski Ludowej.
Według spisu powszechnego w 1989 roku w Kazachstanie zamieszkiwało 169 narodowości. Kazachów było 6.5 miliona. Rosjan niewielu mniej, bo 6,2 milionów. Rosjanie rządzili krajem, zajmowali zwykle kierownicze stanowiska. Polską narodowość zadeklarowało jedynie 60 tysięcy spisanych. Tych najodważniejszych, bo wtedy za polskość więcej mogło być kłopotów niż profitów.

 

Nacjonalizm wasz i nasz

Po powstaniu niepodległego Kazachstanu w 1991 roku rozpoczęła się „kazachizacja”. Wymiana elit. Odgórną rozłożono na lata, oddolna przebiegała żywiołowo. Rosjanie tracili dobrą pracę. Często dostawali od Kazachów propozycje kupna ich domów. Nierzadko ultymatywne. Decyzje wyjazdów Rosjan przyśpieszały pożary ich samochodów, podpalanych przez „nieznanych sprawców”.
Ofiarami takiej „kazachizacji” padali także Ukraińcy, Polacy, Finowie. Bo byli rosyjsko podobni. Wielu z nich nie miało gdzie wyjechać. Często ich przodkowie mieszkali w Kazachstanie już w czasach rosyjskiego imperium. Nie mieli rodzin zagranicą, nawet w Rosji i na Ukrainie. Najłatwiej było Niemcom. Od 1993 roku władze Republiki Federalnej Niemiec rozpoczęły systematyczną repatriację wszystkich poczuwających się do niemieckości.
Niemieckość łatwo można było dowieść, bo język niemiecki był w radzieckim Kazachstanie powszechnie uczony w szkołach, a społeczność niemiecka dobrze zorganizowana. W efekcie takiej akcji niemieckiego rządu wyjechało z Kazachstanu ponad 900 tysięcy obywateli. Głodny siły roboczej, rosnący gospodarczo RFN przyjmował bez oporów także małżonków niemieckich repatriantów niezależnie od ich pochodzenia narodowego. Niemiecki obywatelstwo przyznawano osobom, które potrafiły odpowiedzieć po niemiecku na kilka podstawowych pytań. Decydowała przydatność na rynku pracy.
Rządząca III i IV Rzeczpospolitej polska prawica zawsze miała pełne gęby patriotycznych frazesów. O biednych, uciśnionych Polakach mieszkających na Wschodzie. O samotnych babciach z Kazachstanu, które ocaliły polskość pomimo „sowieckiego terroru”. O konieczności naprawy dziejowych krzywd im wyrządzonych narodowi polskiemu.
W praktyce przez ponad dwadzieścia lat repatriacji Polakom z Kazachstanu nie ułatwiono. Blokował po cichu repatriację polski kościół katolicki. Kardynał Glemp uważał ją za szkodliwą dla interesów kościoła katolickiego na Wschodzie. Bo pozbawiała kościoła tamtejszych wiernych. Groziła wymieraniem parafii katolickich.
Nie było też ekonomicznego parcia polskiej gospodarki na pozyskiwanie emigrantów. To z III Rzeczpospolitej wyjeżdżali emigranci w poszukiwaniu pracy i lepszych warunków życia. Przyjęta za rządów prawicowego AWS w 2000 roku ustawa o repatriacji Polaków zamieszkujących państwa byłego ZSRR zrzucała odpowiedzialność za jej realizację na władze gminne. W Polsce jest około 2,5 tysiąca gmin. Przyjęto zatem założenie, że gdyby każda z nich zaprosiła przynajmniej 3 – 5 polskich rodzin to problem mógłby zostać rozwiązywany.

 

Patriotyczna bieda

Ale w Polsce gminy nie dysponują mieszkaniami, które mogłyby przekazać repatriantom, poza kolejką oczekujących na nie mieszkańców tychże gmin. Jeśli gdzieś takie wolne mieszkania były, to zwykle w miejscach gdzie nie było pracy. W Niemczech od początku lat sześćdziesiątych trwa ściąganie zagranicznych emigrantów do pracy. Istnieje tam sprawdzony w praktyce system adoptowania ich. Integrowania zawodowego i społecznego.
Jak było i jest repatriantom z Kazachstanu w niepodległej Polsce, możecie przeczytać w niedawno wydanej, znakomitej książce Jerzego Danilewicza. Zbiorze relacji Polaków, którzy pomimo przeszkód zdecydowali się na repatriację z Kazachstanu do naszego kraju.
Pod tytułem „Witajcie w Polsce. Powroty rodaków z Kazachstanu”.
I z gorzką dedykacją „Obcym wśród swoich”.
Bo poczucie obcości nadal jest najczęściej obecne wśród rozmówców Jerzego Danilewicza. Polacy mieszkający w Kazachstanie żyli tam zwykle dostatnio, ale czuli się tam obco. Nie czuli się jak u siebie, bo zawsze czuli się Polakami.
W Polsce często klepią biedę, bo wychowani w radzieckiej gospodarce nie potrafią znaleźć swego miejsca w tej polskiej. Egoistycznej, liberalnej. W wyścigu szczurów, w powszechnym wyzysku, zwłaszcza ludzi uznanych za obcych.
Cóż z tego, że repatrianci z Kazachstanu czują się Polakami, skoro przez tutejszych Polaków zwykle uważani są za „ruskich” . Czyli ludzi gorszych. Bo mówią ze wschodnim akcentem, bo kultywują nieznane już tutaj zwyczaje. Bo mają, jakże pogardzaną w obecnej Polsce, mentalność radziecką. Są dla wielu miejscowych żywymi reliktami „homo sovieticusów”.
Ale decyzji przyjazdu do Polski repatrianci publicznie nie żałują. Zwłaszcza ci, którzy przyjechali tu z dziećmi. Bo dzieci zwykle już wyemigrowały do Niemiec i tam nareszcie czuja się już swojo. Zwłaszcza wśród dzieci niemieckich emigrantów z Kazachstanu.
Jest też szczęśliwa grupa Polaków z Kazachstanu, która osiedliła się w Oziersku. W miasteczku leżącym w enklawie kaliningradzkiej. Mają tam rosyjskie obywatelstwa, rosyjskie emerytury i dobre warunki do życia w poniemieckich gospodarstwach.
Jeszcze trzy lata temu łatwo mogli jeździć do ukochanej Polski, bo była umowa o małym ruchu granicznym. Ale rządzący PiS zawiesił jej obowiązywanie i tak ograniczył Polakom wjazd do Ojczyzny.
Tacy to z PiS patrioci.

 

Jerzy Danilewicz. „Witajcie w Polsce. Powroty Rodaków z Kazachstanu”. Muza SA. 2018, str. 368, ISBN: 978-83-287-0783-2.

Spacer w chmurach Recenzja

Po brawurowej „Zimnej wojnie” Pawła Pawlikowskiego i ostrym jak brzytwa „Klerze” Wojtka Smarzowskiego film Janusza Kondratiuka „Jak pies z kotem” może ujść uwadze widzów. Wielka to byłaby szkoda.

 

Bo choć to film kameralny i na pierwszy rzut oka odległy od głośnych konfliktów naszych czasów, to przecież sięga do samego jądra opowieści o człowieku. Janusz Kondratiuk odważnie penetruje osobiste doświadczenia, kiedy podjął się opieki nad swym bezradnym po wylewie starszym bratem Andrzejem. Dopuszcza widzów nie tylko do swoich wspomnień, ale nawet zaprasza do swojego domu, w którym nagrywano wiele scen.
Ryzykowne otwarcie wrót intymnych przeżyć, niełatwego związku braci, odmalowuje relacje sławnych reżyserów, którzy przez splot życiowych okolicznościowych znów znaleźli się razem, mimo że od dawna już żyli w pewnym oddaleniu. Zaowocowało to w rezultacie obrazem autentycznego związku, pełnego subtelnych odcieni psychologicznych, który odnawia się między braćmi po latach. To opowieść o niełatwej, braterskiej miłości, którą w pełni uwiarygodnili Olgierd Łukaszewicz i Robert Więckiewicz jako bracia Kondratiukowie.
Mimo że tematyka filmu jest poważna, nawiązuje do wojennej traumy wygnańców, ukazuje zmagania z ciężką chorobą, która i dla chorego i jego otoczenia staje się zmorą, odsłania bezradność najbliższych Andrzejowi osób, Kondratiuk nie traci poczucia humoru.
Po pierwsze, żartuje z tego, co zapewne przez całe życie mu dopiekało: wszyscy, łącznie z piszącym te słowa, mylili Andrzeja z Januszem i na odwrót.
Krótki test: Kto reżyserował „Dziewczyny do wzięcia” (1972)? A kto reżyserował „Hydrozagadkę” (1970)? A „Wniebowziętych”, kultowy film z udziałem Jana Himilsbacha i Zdzisława Maklakiewicza (1973)? A kto napisał przezabawną komedię „Remont”, wystawioną w Teatrze Dramatycznym m. st. Warszawy (1978), a potem w Teatrze TVP (1986)? Kto reżyserował „Złote runo” (1996)? Niełatwo na te pytania od ręki odpowiedzieć, bo choć „Dziewczyny do wzięcia” reżyserował Janusz Kondratiuk, a „Hydrozagadkę” Andrzej, to przy „Wniebowziętych” pracowali razem – jako reżyser podpisał film Andrzej, ale jako jego współpracownik Janusz Kondratiuk, komedię „Remont” zaś napisali razem, choć reżyserował ją i w teatrze, i w telewizji Janusz. Równie zaskakująca jest odpowiedź na ostatnie pytanie „testu”, bo tym razem scenarzystą był Andrzej Kondratiuk, a reżyserem Janusz. Jak więc widać, sporo było tych wspólnych przedsięwzięć (znacznie więcej niż Janusz Kondratiuk sugeruje w filmie „Jak pies z kotem”), a jeśli pamiętać, że obaj bracia osiągali sukcesy jako scenarzyści i jako reżyserzy, publiczność mogła ich mylić. I myliła.
Dlatego Janusz Kondratiuk z tego żartuje. W jednej ze scen filmu, ukazującej przegląd twórczości Kondratiuków w warszawskim kinie Muranów, wychodzącego z seansu Janusza Kondratiuka zatrzymuje reporterka telewizyjna. Zwraca się do niego jak do brata: „Panie Andrzeju”, a po chwili poprawia się: „Panie Januszu”. No, właśnie.
Po drugie, takich momentów w filmie jest znacznie więcej, kiedy widzowie reagują śmiechem rozładowującym napięcie. Czasem jest to śmiech przez łzy, który pojawia się w chwilach fizycznych zmagań Janusza i jego żony Beaty z niesfornym ciałem sparaliżowanego Andrzeja albo kiedy Andrzeja zaczynają prześladować zwidy. A to, że psy chodzą po ścianach, a to, że nawiedził go niedźwiedź i narobił szkód, porwał w strzępy pampersy, ale dostał od niego w pysk i uciekł…
Być może dlatego, że jest to po części bardzo zabawna opowieść, Olgierd Łukaszewicz postanowił zagrać Andrzeja Kondratiuka. Kiedy musiał się zdecydować, pracowaliśmy właśnie nad książką, czyli wywiadem-rzeką Olgierda Łukaszewicza dla Wydawnictwa Literackiego „Seksmisja i inne moje misje”. Kiedy usłyszałem, że rodzi się taki zamysł, ucieszyłem się, wiedząc, że jak każdy rasowy artysta potrzebuje kolejnej ważnej roli. A ta na taką wyglądała.
– Ala ja nawet nie jestem do niego podobny – bronił się przed podjęciem tego trudnego zadania, choć zawsze mówił, że najciekawsze są role „daleko” od siebie.
Tą rolą w pewnej mierze wraca Olgierd Łukaszewicz do swego charakterystycznego filmowego emploi – nazywa to dowcipnie: „albo umieram, albo się rozbieram”, bo rzeczywiście umierających bohaterów od czasów „Brzeziny” Andrzeja Wajdy ma za sobą bardzo wielu.
Rola sparaliżowanego Andrzeja Kondratiuka, choć sprawnego umysłowo (jednak chwilami odklejonego od rzeczywistości) bohatera stwarza wiele ograniczeń. To nie on się rusza, ale nim ruszają, do dyspozycji pozostaje mu głos, mimika, oczy, wewnętrzna głębia. To ograniczenie wymusza intensywność. Obecność Łukaszewicza na ekranie jest właśnie taka: intensywna, ważąca, podnosząca temperaturę, chwilami wstrząsająca. Jego Andrzej jest kłębkiem falujących emocji, między histerią i błogostanem, między rozczulającym apetytem, kiedy pochłania ostrygę albo wypija jednego głębszego, a dojmującym lękiem przed bezdenną czeluścią otwierającą się pod jego stopami. Nieprzewidywalny stan rozchwiania wewnętrznego, ciepła i obcości, bliskości i oddalenia, rozpaczy i kawaleryjskiej fantazji – wszystko w tej wielkiej kreacji można odnaleźć, całe bogactwo sprzecznych uczuć, kryjących we wnętrzu człowieka. Uczucia te dochodzą silnie do głosu także dzięki wspaniałemu duetowi, jaki tworzy Łukaszewicz (wyróżniony za tę rolę nagrodą aktorską na festiwalu filmowym w Gdyni) z Robertem Więckiewiczem. Więckiewicz portretuje zmienne stany ducha, jakie wywołują ataki histerii, a czasem zdziecinnienia jego filmowego brata. Filmowy Janusz nie zawsze bywa cierpliwy jak św. Franciszek, czasem zalewa go krew i zwątpienie. Ze zmiennymi odczuciami zmaga się też Beata, żona Janusza – w tej roli wyrazista Bożena Stachura – której życie nagle zostaje podporządkowane sparaliżowanemu szwagrowi. Z zawziętością i cierpliwością stawia czoło temu wyzwaniu, ale przecież płaci niemałe psychiczne koszty. Nic za darmo. Tym zmaganiom towarzyszy z pewnego oddalenia, żyjąca w swoim świecie, bardziej wspomnieniami niż teraźniejszością, żona Andrzeja, jego ukochana Iga, która sprawia wrażenie kogoś z innego wymiaru świata. Kiedy próbuje śpiewać w duecie ze sobą, oglądaną w telewizorze, odmalowuje w tej scenie autentyczny tragizm swego losu. Aleksandra Konieczna tworzy sugestywną, prawdziwą postać (także nagrodzona za kreację na gdyńskim festiwalu), trochę irytującą, ale budzącą też współczucie.
Taki to właśnie jest ten film, który ogląda się ze zmiennymi emocjami. Bawi i wzrusza, budząc w niejednym widzu żywe refleksy z własnego życia. Kondratiuk opowiada świat o różnych kolorach tęczy. Taki, jaki jest, bez upiększeń. Czasem tragiczny, czasem komiczny, czasem gorzki, czasem słodki. Czyni to z odwagą i lekką autoironią. To piękne i mądre kino. Bez moralizowania i pouczania kogokolwiek odmalowuje życie, biegnące swoim torem, niezależnie od wyobrażeń, jak powinno się układać.
Zamysł i przesłanie filmu „Jak pies z kotem” przedstawiają wprost dwie sceny: pierwsza i ostania niczym prolog i epilog w tragikomedii życia. W tym precyzyjnie zbudowanym obrazie te sceny to silna rama, spajająca całą opowieść. W pierwszej scenie widzimy dwóch chłopców, braci w kazachskim stepie, wpatrujących się w nadlatujący samolot, który ląduje na polu arbuzów. Młodszy z braci myśli, że nadlatuje ich ojciec, ale kiedy okazuje się, że tak nie jest, wybucha płaczem. Wtedy starszy całuje go z czułością w czoło. W połowie filmu ten pocałunek w czoło zostanie oddany. Tym razem młodszy z braci całuje swego sparaliżowanego brata w czoło. W ostatniej scenie – jak w sennym marzeniu bracia wyruszają samolotem w podniebną podróż. Pełni radości i nadziei. Ta obietnica spaceru w chmurach wcale nie wygląda cukierkowo, to rodzaj nagrody pocieszenia przed nieuchronnie czekającym rozstaniem.

 

JAK PIES Z KOTEM, Polska, 2018. Reż. Janusz Kondratiuk. Aktorzy: Robert Więckiewicz, Olgierd Łukaszewicz, Bożena Stachura, Aleksandra Konieczna

Szlachcic Słowacki zmaga się z tradycją swojej klasy Recenzja

Juliusza Słowackiego uważa się za – być może – najbardziej nowoczesnego z wielkich wieszczów polskiego romantyzmu. Głośne i poniekąd prekursorskie studium na ten temat napisała przed laty Marta Piwińska („Juliusz Słowacki od duchów”, 1992). Jego nowatorskie przeczucia co do rozwoju cywilizacji miejskiej, początków kultury industrialnej i popularnej mogą dziś budzić prawdziwy podziw, jako przejawy genialnej przenikliwości poety. Jeśli jednak spojrzeć na jego twórczość dramatyczną i na jego poematy z tematycznego punktu widzenia, to poza „Kordianem” i „Fantazym” są one pogrążone w przeszłości, historycznie relatywnie bliskiej poecie („Horsztyński”, „Sen srebrny Salomei”, „Ksiądz Marek”), bardzo odległej („Mazepa”, „Książę Niezłomny”, „Złota Czaszka”, „Samuel Zborowski”) czy zamierzchłej a przy tym mitycznej („Balladyna”, „Lilla Weneda”). Przeszłość obecna jest także w jego wielkich poematach i powieściach poetyckich jak „Jan Bielecki”, „Podróż z Ziemi Świętej do Neapolu”, „Beniowski” czy „Preliminaria peregrynacji do Ziemi Świętej JO. Księcia Radziwiłła Sierotki”, „Poema Piasta Dantyszka herbu Leliwa”, „Konrad Wallenrod” czy „Grażyna”. Oznacza to, że współczesność swej poezji i swej myśli kreował Słowacki nie w bezpośrednim odniesieniu do rzeczywistości, w której żył, lecz poprzez odniesienie do świata przeszłości, w tym w szczególności do polskiej tradycji szlacheckiej, której był zarazem spadkobiercą i surowym krytykiem.
Marzena Kryszczuk napisała fascynujące studium na ten temat. Autorka wędruje poprzez utwory Słowackiego, bądź to sama, bądź w towarzystwie licznych przywoływanych interpretatorów, śledząc najrozmaitsze postawy, odniesienia, kontrapunkty poety w stosunku do szlacheckiej tradycji, jego spory i dyskusje z nią, także w konfrontacji z utworami innych autorów. Głębokie i skomplikowane pokłady odniesień Słowackiego do szlacheckiej tradycji pokazuje Marzena Kryszczuk w różnych ujęciach i konfiguracjach. Ujęła je też jako sekwencję rozciągającą się od zmagań poety z tradycją szlachecką i trudnościami jej przyjęciem (interioryzacją), poprzez jej oswojenie, aż po jej twórcze wykorzystanie dla wizji przyszłości, nie wykluczającej jednak dystansu poety do tej tradycji. I tak o „Janie Bieleckim” napisała jako o formie zastosowania skotyzmu (Walter Scott) i byronizmu do ukazywania przeszłości sarmackiej. Nad „Królem Ladawy” pochyliła się w kontekście atrakcyjności sarmackiej dawności w odbiorze cudzoziemskim (dotyczy to też „Mazepy”, motywu przyswojonego na gruncie francuskim). W „Horsztyńskim” dostrzegła sposób ukazywania przeszłości w perspektywie szekspirowskiej. „Poema Piasta Dantyszka” to dla Kryszczuk pretekst do spojrzenia na przeszłość w konwencji ludowo-szlacheckiej fantastyki, a „poemat o księciu Radziwille „Panie Kochanku” („Preliminaria…”) jako na formę poetyckiej zabawy poprzez bezpośrednie nawiązanie do gawędy szlacheckiej. W części drugiej studium autorka ukazuje poszukiwanie przez Słowackiego form dla pokazania kultury szlacheckiej w dramacie, w tym w szczególności postaci króla („Mazepa”, „Jan Kazimierz”). O „Złotej Czaszce” pisze jako o odpowiedzi Słowackiego na mickiewiczowskiego Pana Tadeusza”. W postaci księdza Marka odnajduje autorka wyraz poszukiwania przez Słowackiego przewodnika po sarmackiej przeszłości. W analizach „Księdza Marka” i „Snu srebrnego Salomei” akcentuje Kryszczuk zagadnienie opozycji progresywizmu i tradycjonalizmu. Podkreśla jednak także fascynację poety estetyką sarmatyzmu i dekoracyjną teatralnością tego świata, tak kapitalnie przez niego odmalowaną. W rozdziale „Mistyczny polityk” analizuje autorka późny okres życia i twórczości Słowackiego, kiedy to wyraził swoje kluczowe poglądy na ideę narodu, wypowiedział przesłanie do emigracji polskiej i podjął polemikę z Zygmuntem Krasińskim. Autorka podjęła też takie szczegółowe zagadnienia natury formalnej, jak temat „calderonizmu” jako zastosowanej przez Słowackiego formy stworzenia szlacheckiego obrazu przeszłości. Ostatni rozdział swojej pracy poświęciła autorka motywowi Słowiańszczyzny jako utopijnemu ideałowi społecznemu, który Słowackiemu był bliski. Marzena Kryszczuk zwraca uwagę na sprzeczności w obrazie sarmatyzmu w perspektywie poety. Z jednej strony odnosił się do niego z radykalnym krytycyzmem, widząc ciężkie grzechy sarmackich awanturników, takie jak pycha, rozpasanie anarchicznego indywidualizmu szlacheckiego, pogarda dla prawa, z drugiej sarmatyzm go fascynował, co prowadziło go do jego idealizacji w osobach księcia Radziwiłła „Sierotki”, którego wykreował na sarmackiego herosa, wcielenie wielkiego pana czy personalny archetyp polskości, czyniąc to samo względem postaci karmelity księdza Marka i idealizując Konfederację Barską. W finale pracy autorka rekapituluje swoje gruntowne analizy, rozważania i interpretacje: „Zmagania z tradycją szlachecką ukazują Słowackiego jako artystę, który podjął się najważniejszych zadań swej epoki: stworzenia dzieła o charakterze narodowym i jednocześnie o ambicjach uniwersalnych. Taką szansę dawało, według Słowackiego, połączenie swojskości z europejskim dyskursem, partykularyzmu z uniwersalnością. Zwrot ku przeszłości ma sens, żeby wzmocnić fundament, pozwalający się w nowoczesność”, choć Słowacki zauważał, że „szlachecki świat umiera” (w mickiewiczowskim „Panu Tadeuszu” widział elegię na tę śmierć), a dokonują się „narodziny industrialnej cywilizacji”. Ciekawe przesłanie w kontekście naszych współczesnych czasów, nieprawdaż? A wędrówka z Marzeną Kryszczuk przez bogactwo artystyczne i myślowe, przez sprzeczności, meandry, paradoksy twórczości Juliusza Słowackiego jest fascynująca.

 

Marzena Kryszczuk„Juliusz Słowacki wobec tradycji szlacheckiej”, wyd. Instytut Badań Literackich PAN, Warszawa 2011, str. 305, ISBN 978-83-61552-47-5.

Od pamięci do „postpamięci” Recenzja

Tych, którzy zmęczeni i znudzeni inflacją tematyki powstańczej w mediach mogą z góry ulec uprzedzeniu i zniechęcić się do lektury tej książki upewniam, że mogą się nie obawiać – to nie jest kolejna, „tysięczna i pierwsza” sentymentalna opowieść o walkach powstańczych, o „nocach sierpniowych”, o powstańczych biografiach, dzielnych i ofiarnych sanitariuszkach itd.

 

Marcin Napiórkowski opowiada o Powstaniu Warszawskim (dalej: PW) bez opisu którejkolwiek z potyczek i batalii powstańczych, bez żadnej sentymentalnej opowieści o „sanitariuszce Małgorzatce” z popularnej powstańczej piosenki i o jakimś młodym powstańcu zabitym pierwszego dnia zrywu, bez wymieniania nazw niezliczonych powstańczych oddziałów, bez dywagacji o poczynaniach dowództwa PW etc. „Powstanie umarłych” to rzecz o tym, w jaki sposób pamiętano o powstaniu od pierwszych dni po jego upadku aż po nasze obecne czasy (2014). Przy czym słowo „pamięć” nie oznacza w tym przypadku jedynie tego, co zazwyczaj się pod nim rozumie, czyli psychicznego procesu rejestracji wydarzeń z przeszłości, lecz także to, jak przez te 70 lat odnosiły się do PW różne grupy społeczne, od rodzin i bliskich powstańców poczynając, poprzez szersze środowiska i grupy społeczne, sferę kultury (literatura, film, w tym dokumentalny), media (publicystyka) po postawy i praktyki władzy politycznej.
Pierwszej pamięci o PW towarzyszyły dokonywane od 1945 roku ekshumacje ofiar, czasem w formule indywidualnej jak w opisanym przypadku legendarnego Andrzeja Romockiego („Morro”), a niejednokrotnie jako wydobywanie makabrycznej, zbitej masy, jak miało to miejsce w wielu przypadkach, choćby na Woli czy na ochockim „Zieleniaku”. Ekshumacje i pogrzeby tworzyły to, co autor nazywa „toposem konduktu”, w którym w pierwszych latach łączyło się i społeczeństwo i władza. Szybko jednak pojawił się „topos pochodu” czyli ideologicznej formuły nowej władzy, która zaczęła dążyć do zepchnięcia „toposu konduktu” na margines, w imię „nieubłaganej logiki historii” uformowanej w duchu nauki Karola Marksa i w imię przeciwstawienia „pamięci grobów” budowy „nowego życia”. W latach 1949-1955 wyraziło się to w radykalnej redukcji przekazu pamięci o PW przez oficjalną propagandę, która ograniczała się jedynie do rytualnego oddawania hołdu ofiarom powstania, w szczególności walczącej młodzieży i ludności cywilnej, przy akompaniamencie radykalnych potępień reakcyjnych inspiratorów PW w osobach hrabiego generała Bora Komorowskiego oraz jego wojskowego i politycznego otoczenia. Pojawiły się więc wtedy kategorie pamięci określone przez autora jako „pamiętanie czegoś” i „pamiętanie przeciw komuś”, „konflikt między opłakiwaniem a odbudową”, „polityczne strategie wykluczania zmarłych” a także „proces upolityczniania zwłok”. Autor poświęca też rozdział „komitetom ekshumacyjnym jako próbie odzyskania kontroli nad ciałami poległych”.
Napiórkowski, posługując się bogatą paletą świadectw z tamtych czasów pokazuje jak pamięć PW stawała się przestrzenią zmagania się oficjalnej wizji politycznej Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej z pamięcią rozmaitych grup społecznych. Radykalni przeciwnicy PRL nazywają to walką z „oficjalną strategią niepamięci”, co jest formułą nieprecyzyjną, jako że mieliśmy do czynienia nie z całkowitą niepamięcią, lecz z tendencyjną redukcją tejże pamięci. Wyraziło się to choćby sporem wokół pomników PW, poprzedzonym zresztą wzniesieniem już w 1946 roku, w drugą rocznicę PW, pomnika „Gloria Victis” na warszawskich Powązkach. Dokonało tego w trybie półformalnym, „partyzanckim”, środowisko kombatanckie AK skupione wtedy wokół jednego z jej byłych, ważnych powstańczych dowódców, pułkownika Jana Mazurkiewicza. Mogło się to dokonać jedynie w tym krótkim interwale politycznym, jaki nastąpił wkrótce po upadku PW, a przed definitywnym zamknięciem się takich możliwości wraz z zainstalowaniem najbardziej brutalnej i dogmatycznej postaci reżymu stalinowskiego, co uległo przyśpieszeniu w drugiej połowie 1948 roku. Przy czym władza stosowała zarówno „miękkie strategie walki z pamięcią”, jak i „strategie twarde” (represje).
Znacząca część książki poświęcona jest okresowi 1956-1989, kiedy to władza ludowa definitywnie zrezygnowała nie tylko z represji w stosunku do AK-owców, ale krok po kroku luzowała dogmatyczne ograniczenia dotyczące pamięci o PW, w tym w szczególności ograniczenia w zakresie upowszechniania wiedzy o jego historii. Hasłem wywoławczym stał się głośny wtedy artykuł „Na spotkanie ludziom z AK”, sygnowany przez trzech autorów na łamach sztandarowego dla „odwilży” tygodnika „Po prostu”. Dodatkowym czynnikiem legitymizującym tematykę PW i AK w polu narracji oficjalnie akceptowalnej były filmy „Kanał” i „Popiół i diament” Andrzeja Wajdy, których premiery odbyły się w latach 1957 i 1958. Apogeum procesu oficjalnego „absorbowania” tej problematyki miało miejsce w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, kiedy to wyodrębniona w kierownictwie PZPR grupa szefa MSW Mieczysława Moczara zjednała sobie część kombatanckich środowisk akowskich (w tym powstańczych) z Janem Mazurkiewiczem na czele w imię „wspólnie przelanej krwi” w walce z tym samym wrogiem. Rozkwitła wtedy ich obopólna współpraca na gruncie ZBOWiD, a związany z grupą moczarowską tygodnik „Stolica” poświęcał tematyce powstańczej sporą część swojej zawartości, co było zresztą kontynuowane aż po kres PRL.
Od tego czasu narastała też kolizja między oficjalną, państwową wykładnią PW a wyobrażeniem społecznym. Nie dlatego jednak, że władze stosowały restrykcje wobec tego drugiego (przeciwnie, restrykcje słabły), ale dlatego, że narastała intensywność wizji nieoficjalnej, a alternatywne obchody rocznic PW były jednym z narzędzi budowania opozycyjnej świadomości w PRL. Za moment apogeum sporu o tę wizję uznał Napiórkowski rok 1984, a jego finałem było odsłonięcie pomnika Powstańców Warszawskich w 1989 roku. Przełom roku 1989 i kolejne lata przyniosły pełną rehabilitację samej idei Powstania Warszawskiego, stwarzając możliwość pisania i mówienia o nim w sposób niczym, także cenzurą, nieskrępowany. PW przestało być zagadnieniem kolizyjnym politycznie.
Zmianę w tym względzie przyniosło pojawienie się na arenie politycznej obozu PiS, który wziął Powstanie na swoje polityczne sztandary i uczynił z niego instrument walki „obozu patriotycznego” z „liberalnymi modernizatorami” tradycyjnej polskiej świadomości. Jednym z najistotniejszych z tego punktu widzenia faktów było otwarcie w 70 rocznicę wybuchu PW, staraniem prezydenta stolicy Lecha Kaczyńskiego, Muzeum Powstania Warszawskiego. Był to moment graniczny w dziejach pamięci o PW. Od niego zaczął się czas, trwający de facto do 2015 roku, politycznych manifestacji na cmentarzu Powązkowskim, kiedy to w każdą rocznicę 1 sierpnia przeciwnicy władzy „liberałów” i „postkomunistów” wygwizdywali i „wybuczali” organizatorów i uczestników oficjalnych uroczystości. Od tego momentu opozycję: władza PRL – patriotyczny naród, zastąpiła nowa opozycja: zwolenników i przeciwników rządów „republiki Okrągłego Stołu”, „tradycjonalistów” i „modernizatorów”, „patriotów” i „zdrajców”.
Tej radykalnej zmianie osi sporu wokół PW towarzyszyła też radykalna zmiana języka, jakim o nim mówiono. Tradycyjną narrację opartą głównie na piśmiennictwie, nagraniach dokumentalnych i wytworzonej w czasie PW symboliki, zaczęło spychać na plan dalszy wejście w domenę pamięci atrybutów kultury masowej, o czym pisze Napiórkowski w rozdziale „Postmodernistyczne powstanie? Powstanie warszawskie a przemysł pamięci”, poświęconym „nowej kulturze pamięci”. „Powstanie podbiło serca masowej publiczności, doczekawszy się popkulturowych odczytań w postaci rockowych (n.p. Lao Che) i hiphopowych płyt, komiksów (n.p. „Tytus, Romek i A’Tomek jako warszawscy powstańcy 1944” Papcia Chmiela), a nawet gier planszowych. Pamięć manifestowano też poprzez wpinane w klapę znaczki i tematyczne koszulki” – pisze autor. To wszystko jest zakorzenione w „światowym boomie pamięciowym”, ale warto też zwrócić uwagę, że są to „stare treści sprzedawane w nowym opakowaniu jako rewelacje”.
O ile jednak gadżetowy aspekt zewnętrznych przejawów pamięci o PW mieścił się w szeroko rozumianej tradycyjnej formule, o tyle zupełnie nowa jakością było pojawienie się nowej, fantazmatycznej formuły tejże pamięci. „Nowa kultura pamięci z jaką mamy do czynienia po roku 2004 – pisze Napiórkowski – opiera się na zatarciu czy wręcz zniesieniu granic, które dotychczas uznawano za oczywiste. Rozróżnienie pomiędzy fikcją a faktem, między pamięcią a wyobraźnią, jest z pewnością jednym z podziałów najintensywniej podważanych przez rozwijające się w ostatnich latach „zmącone gatunki” pamięci”. W stosunku do tego fenomenu używane jest nawet określenie „postpamięć”.
Siła psychologicznej presji „nowej pamięci” czy „postpamięci” jest tak silna, że fantazmaty zastąpiły wspominanie realnego doświadczenia nawet u żyjących powstańców. Uderzające były wypowiedzi niektórych kombatantów PW, którzy po premierze bardzo „fantazmatycznego”, komiksowego, będącego owocem nowej estetyki filmu Jana Komasy „Miasto ‘44” (2014) mówili o przekazie ekranowym, ulegając autosugestii: „tak było”, jakby mówili o dokumencie, a nie o popowej kreacji ekranowej. Prawdziwe wspomnienia zostały zastąpione przez emocjonalną podróż czy pielgrzymkę w czasie, w wersji „postpamięciowej”. Siła nowej estetyki przekazu tradycji PW wywołała nawet deklaracje w rodzaju: „powstanie czeka na swojego Tarantino”. Tabloidyzacji przekazu na temat PW towarzyszy też proces jego „uwspółcześniania”, czyli takiego ustawiania postaci i zdarzeń, by odpowiadały psychice, emocjonalności, mentalności i wyobraźni współczesnego młodego człowieka. Klasycznymi przykładami takiej estetyki jest n.p. film „Sierpniowe niebo. 63 dni chwały” (2013), w którym obrazom walk powstańczych towarzyszą dźwięki hip hopu czy akcja „Kumpel z przeszłości. 1944 Live” (2009) prowadzona na facebooku. To wszystko mieści się w ramach nowej estetyzacji PW i realizacji idei „wczuwania się w historię”, którą współtworzą także popularne od lat rekonstrukcje historyczne.
Co znamienne, w tę formułę „nowej pamięci”, „postpamięci” i tabloidyzacji pamięci wpisało się także Muzeum Powstania Warszawskiego. W tym muzeum, podobnie jak w innych muzeach nowej generacji, bardzo charakterystyczne jest, w pierwszym planie, zjawisko „zdetronizowania eksponatów”. Autentyczne eksponaty z PW (n.p. broń, hełmy, opaski, sprzęt techniczny, ulotki etc. przestały być najważniejszym (jak w tradycyjnych muzeach) elementem ekspozycji jako „czysty fakt” materialny, lecz wtapiane są w nowe fantazmaty i znaki (symulakry zdefiniowane przez Jeana Baudrillard), jedynie jako ich składnik, jako element ogólnego kolażu. Historyczna realność PW zeszła na drugi plan, przesłonięta przez emocjonalny fantazmat „postpamięci”. Sprawiło to, że na daleki plan zeszła faktograficzna zawartość ekspozycji, która przestała być popularnonaukowym wykładem historii i stała się próbą przekazu idei, emocji, wrażeń, „sensu” PW oraz nowej „prawdy historycznej” o nim. Muzeum zamieniło się w „disneyland pamięci”.
Te zabiegi – jak pisze Napiórkowski – przeniosły PW „ze sfery faktów w sferę sensów”. Zgodnie z formułą nowoczesnych muzeów, „nagie” fakty „nikogo” już nie interesują. Atrakcyjne jest teraz „wczucie się” poprzez wrażenia, które mogą stać się udziałem n.p. uczestnika wędrówki przez atrapę kanału albo skosztowanie „powstańczej żywności” (syndrom „proustowskiej magdalenki”). Przekaz werbalny został natomiast sprowadzony do minimum. Rzeczywisty czas historyczny został zastąpiony przez „czas mityczny”. Nie tylko ideowo-emocjonalno-fantazmatyczny, ale także nie chronologiczny charakter ekspozycji sprawił, że wielu zwiedzającym umyka finał powstania, które przecież zakończyło się klęską. Niektórzy zwiedzający mogą nawet odnieść wrażenie, że PW zakończyło się zwycięstwem, bo tak duża jest siła „heroicznej” narracji. Do tego uzupełnienie ekspozycji obrazem przemawiającego z ekranu Jana Pawła II i ekspozycja sztandarów „Solidarności” wywołuje w percepcji części mniej przygotowanych, na ogół młodszych widzów, komiczne qui pro quo, pomieszanie percepcyjne wyrażające się w pytaniach czy JP II uczestniczył w PW i czy czas walk pokrywa się z czasem „Solidarności” lat 1980-1981.
Historia w klasycznym rozumieniu, jako zbiór naukowo ustalonych faktów i ich opisu oraz zobiektywizowanej interpretacji ulotniła się także na rzecz ideologicznej moralistyki, opartej na mitologizacji i nostalgicznym sentymencie, w której PW stało się przede wszystkim wzorem „właściwej”, patriotycznej postawy, formą kultu bohaterstwa. W narracji Muzeum Powstania Warszawskiego nie ma natomiast najmniejszego nawet miejsca na krytyczną recepcję decyzji o podjęciu przez dowództwo AK walki, który to proces rozrachunkowy, w postaci fal dyskusji trwał z różnym nasileniem od początków PRL aż po rok 2004 i wyraził się setkami wypowiedzi publicystycznych pisanych z różnych pozycji ideowo-politycznych (nawiasem mówiąc: brak szerszego ujęcia tego aspektu wydaje mi się jedną z nielicznych wad tej znakomitej pracy). Krytyczną recepcję opartą na przesłankach racjonalistyczno-pragmatycznych zastąpił bezwarunkowy, idealistyczny bezkrytycyzm i bezwarunkowa apologia zrywu oraz kult bohaterów. Tak ujęte PW przestało być formą racjonalnego przekazu historycznego i stało się emocjonalnym „generatorem sensu”.
Dokonując rekapitulacji problematyki pamięci historycznej, i tej dawnej, i tej nowego typu nie łatwo ustrzec się wrażenia, że coraz częściej przybiera ona charakter kulturowego terroru, szantażu, że jest wszędobylska i „namolna”, czemu sprzyja wszechobecność coraz to nowych typów medialnego przekazu. Dlatego gdy w finale swej panoramy pamięci o Powstaniu Warszawskim autor napomyka także o zwykłym ludzkim prawie do niepamięci, przypomina tym samym o alternatywnej możliwości życia poza owym psychologicznym przymusem uczestniczenia w narzuconych koleinach, poza kleszczami imadła. I to właśnie wydaje mi się w tej książce najbardziej optymistyczne, owo zwrócenie uwagi na prawo do wolnej woli i swobodnych wyborów w świecie narzucanych moralnym szantażem obsesji i przymusów politycznych.

 

Marcin Napiórkowski„Powstanie umarłych. Historia pamięci 1944-2014”, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2016, str. 467, ISBN 978-83-65369-24-6

Na miłość boską bądź miła Recenzja

Internet kipi z oburzenia po tym, jak wyszło na jaw, że na warsztatach w jednej z warszawskich podstawówek dzieciom rozdano książki francuskiego księdza Jean-Benoita Castermana.

 

Wprawdzie (katolicki!) organizator warsztatów odżegnał się od treści w niej zawartych i oświadczył, że musiała zajść jakaś pomyłka, ale wkrótce okazało się też, że książka ta jest w ciągłym obiegu i służy jako pomoc naukowa wielu krzewicielom chrześcijańskiej wizji seksualności i rodziny w polskich szkołach. Ręce masowo podnieśli rodzice, których pociechy zmuszone były zapoznać się z tą pozycją wydawniczą rok, dwa lata temu. Nic dziwnego: książkę udało mi się namierzyć jako „dostępną” w dwóch z internetowych katolickich księgarni po 5 minutach googlania. Bez problemu dałam radę wrzucić do koszyka nawet kilka egzemplarzy. Uczciwość nakazuje mi przyznać, że jedna z nich w ciągu kilku godzin zdążyła już wycofać produkt.
Wyczytamy tam m.in., że kiedy napastuje cię, dziewczynko, nauczyciel lub szef, przede wszystkim okaż mu szacunek i podziękuj za zainteresowanie. Powiedz mu również, że „byłoby ci jeszcze milej, gdyby cię szanował”. A potem módl się, być może Bóg odmieni jego serce i powstrzyma nadaktywnego penisa.
Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać: „Byłoby mi jeszcze milej, gdyby pan zapłacił mi za pracę, którą wykonałam!”; „Byłoby mi jeszcze milej, gdyby mnie pan nie związał i nie okładał pałką teleskopową!”, „Jesteś taki męski, ale byłoby mi jeszcze milej, gdybyś nie podbił mi oka, kochanie!”.
W książce znajdziemy również porady dotyczące skromnego stroju i ostrzeżenie, by nie prowokować zalanych hormonami chłopców, których seksualność na tym etapie rozwoju „jest zwierzęca”. Niestety oprócz „oburzenia prostego”, którym zapałały wszystkie portale udostępniające skandaliczne fragmenty, bodajże tylko Wirtualna Polska pokusiła się o pogłębiony risercz: pokazała, że ksiądz Casterman już w rodzimej Francji musiał tłumaczyć się z tej i innych dydaktycznych książeczek, które wyszły spod jego pióra. Okazuje się bowiem, że chciał również leczyć gejów, a depresję uważał za naturalną i zasłużoną karę za niewybaczalny grzech przerwania ciąży. Michał Gostkiewicz, autor wyczerpującego tekstu dla Wirtualnej Polski, wskazuje również na to, że Instytut Profilaktyki Zintegrowanej, organizator nieszczęsnych warsztatów, na ogół promuje zgodną w zasadzie z tezami książki wizję związku i rodziny. Więcej, w wywiadzie dla KAI założyciel instytutu oburza się na sam zbitek słów „edukacja seksualna” – i uważa go za gorszący.
Cóż z tego, że za rok tej konkretnej książeczki nie da się kupić nigdzie poza antykwariatem czy allegro. Dopóki w naszych szkołach nauka o seksualności, ciele człowieka i jego potrzebach będzie z jednego krańca osadzona w lekcjach biologii z nieśmiertelnymi planszami pokazującymi budowę penisa z niebieską cewką moczową poprowadzoną przez środek, a z drugiej lekcjami katechezy – nic się nie zmieni. Dopóki o seksie opowiadać będą nadal siostra Sylwia, ksiądz Marek albo pani Anna Wiśniewska (głęboko wierząca mama szóstki dzieci po teologii) – będziemy nadal potykać się o kwiatki typu „nie ubieraj się prowokacyjnie”, „uważaj, aby nie urazić gwałciciela, bo będzie mu przykro”, „pomyśl, zanim założysz szpilki”.
Nie sztuką jest teraz udostępnić tweeta i oznaczyć organizatora warsztatów, żeby się tłumaczył. Sztuką jest wyprowadzić wyznaniowość ze szkół i przedszkoli, sztuką jest zaryglować drzwi wydawcom, promującym publikacje bieda-psychologów, mogące uczynić krzywdę najmłodszym. To wymaga przeorania umysłów dyrektorów szkół, być może nawet wywarcia szantażu na ministerstwie edukacji, obywatelskiej czujności, systematycznej kontroli rynku usług edukacyjnych.
Nie ma oczywiście systemu bez dziur. Pamiętacie jak w 2012 roku Rzecznik Praw Dziecka podał do prokuratury oficynę Vocatio za promowanie katolickiego poradnika zalecającego wychowawcze bicie dzieci? Później powstała słynna „lista Michalaka”, na którą trafiły podobne pozycje, traktujące o tym, że kary cielesne są obowiązkiem każdego kochającego rodzica, a obowiązek ten ważniejszy jest niż jakieś głupie prawo. Katolickie portale dały wówczas rzecznikowi odpór za pomocą kampanii „Stop cenzurze książek chrześcijańskich”. Choć od całej afery minęło już sześć lat, co jakiś czas z czystej ciekawości sprawdzam, czy wydawcy i księgarze zastosowali się do zaleceń RPD i usunęli z półek przemocowe poradniki. Uprzejmie informuję o stanie na dziś: od kopa udało mi się dostać „I kto tu rządzi?” Roberta Barnesa oraz „Klucz do serca twojego dziecka” Gary’ego Smalleya.
Wyrzućmy ich ze szkół razem z ich obrzydliwym przekazem. Dla naszego własnego dobra.

 

Jean-Benoit Casterman„Życie na maksa. Poradnik uczuciowo-seksualny”, Wydawnictwo M, Kraków 2018, str, 84, 978-83-759-5357-2.

Czy znów unikniemy Apokalipsy? Psim swędem Recenzja

Dwa eseje Jacquesa Derridy (1930-2004) o Apokalipsie („O apokaliptycznym tonie przyjętym niedawno w filozofii” oraz „Nie apokalipso, nie teraz”) powstały w latach 1982 i 1984, w okresie nasilonego konfliktu między USA a ZSRR, po objęciu władzy przez Ronalda Reagana, w epoce „gwiezdnych wojen”. Gdy po raz kolejny, a pierwszy od czasu sławnego konfliktu wokół „Zatoki Świń” i kryzysu kubańskiego 1960 roku ludzkość zdawała się stać przed widmem zagłady atomowej. Derrida pocieszenie w obliczu możliwości – prawdziwej czy urojonej – znajduje w filozofii i dziejach Apokalipsy na jej kartach, w jej stałej, groźnej obecności, nieustannej, a jednak nigdy nie spełnionej. „Apokaliptyczny „dyskurs nuklearny” Derridy pozostaje na płaszczyźnie kodów, gatunków, wytworów literackich, a zatem głównie w obrębie świata jako tekstu. Również tam – w wielokrotnie opisywanej figurze archiwum i nieskończonych możliwościach bibliotecznych form – filozof znajduje schronienie przed końcem ostatecznym” – napisali we wstępie tłumacze esejów. Autorzy posłowia z kolei zwracają uwagę, że wcześniejsze apokalipsy (chyba więc także te średniowieczne z Czterema Jeżdźcami) od nuklearnej różni jej niebywała, właśnie „nuklearna szybkość”. Derrida wykorzystał więc filozofię do uspokojenia siebie i nas, a jednocześnie, swoją refleksją humanistyczną nad zagadnieniem Apokalipsy wzbogacił dyskurs filozoficzny wokół zagadnienia krańcowości ludzkich doświadczeń. Jacques Derrida nie żyje od 14 lat. Apokalipsa nuklearna, wokół której osnuł swoje eseje pisane dekadę wcześniej, nie nadeszła. Za to zmarł w roku, w którym Polska weszła do Unii Europejskiej i gdy wydawało się, że choć Francis Fukuyama mylił się w swojej diagnozie o „końcu historii”, to jednak przed Europą długo nie rozciągnie się jakaś nowa perspektywa apokaliptyczna. Tego pojedynczego człowieka, jakim był Derrida, Apokalipsa, której się w końcu lękał, ominęła, tak jak i nas, póki co. Umknął jednak w ramiona Śmierci i od tej Apokalipsy, której się lękał i od tej, której chyba nie przewidywał, a przed którą stoimy my, żyjący dziś w tym świecie. Może i nam się upiecze. I znów, psim swędem, nie doświadczymy jej, bo wcześniej umrzemy lub nie dotknie ona naszych potomnych. W końcu nie święci garnki lepią. Udało się Derridzie, może udać się i nam. Poza tym podobno najbliższa Apokalipsa dotyczyć będzie „postczłowieka”. A więc może jeszcze nie nas? No, chyba, że już „postczłowiekiem” jesteśmy lub on jest już ante portas? Diabli wiedzą.

 

Jacques Derrida„O Apokalipsie”, tłum. Iwona Boruszkowska, Krzysztof Wojtasik, posłowie Iwona Boruszkowska, Michał Koza, Wydawnictwo Eperons-Ostrogi, Kraków 2018, str. 186, ISBN 978-83-946471-0-0.

Nie mieli szans

Powstanie warszawskie trwało 63 dni. Oddajemy hołd powstańcom Warszawy, którym z jednej strony przyświecał heroizm, patriotyzm i gotowość do poświęceń, a z drugiej strony głupota polityczna naszych przywódców.

 

Generałowie Tadeusz Bór-Komorowski, Leopold Okulicki, Tadeusz Pełczyński, Antoni Chruściel i pułkownik Rzepecki, zamiast bronić Warszawy i jej mieszkańców, doprowadzili miasto do zagłady, Było to samobójstwem. Wywołanie powstania było ciężką zbrodnią.
Depesze gen. Sosnowskiego z Londynu dotyczące sprzeciwu powstania nie dotarły. Tu zakrawa na zdradę dowódców powstania. Generał Sosnkowski dał Okulickiemu zadanie ratować biologiczną substancję narodu przez powstrzymanie wybuchu powstania. Okulicki złamał rozkazy naczelnego wodza, plamiąc mundur i honor oficera Wojska Polskiego. To Okulicki wysunął projekt walki o Warszawę. Powstanie Warszawskie „zawdzięczamy” generałowi Okulickiemu. Jak pisze Piotr Zychowicz w książce „Obłęd 44” w rozstrzygających dniach poprzedzających decyzję o wywołaniu Powstania warszawskiego gen. Okulicki niemal cały czas był na rauszu. Gen. Okulicki przeciwko niemieckim czołgom i samolotom rzucił kwiat polskiej młodzieży z butelkami z benzyną. Wszystko wskazuje na to, jak pisze autor ksiązki, że Okulicki, Pełczyński i Rzepecki zawarli za plecami Komorowskiego tajne porozumienie. Zawiązali spisek, którego celem było wywołanie powstania w Warszawie . Ta sprawa jest pomijana przez historyków, którzy oparli swoje kariery na wychwalaniu decyzji, która doprowadziła do rzezi Warszawy.
Podjęcie decyzji o wszczęciu Powstania warszawskiego było jedną z najtragiczniejszych decyzji w historii Polski. Jej skutkiem było zburzenie stolicy państwa, śmierć 200 tysięcy ludzi, eksterminowanie elity narodu.
Powstanie warszawskie oparte było, jak pisze autor wspomnianej książki, na absurdalnej koncepcji politycznej i wojskowej. Zostało przeprowadzone według fatalnego planu i bez środków do walki. Samo wyznaczenie godziny „ W” na piątą godzinę po południu było katastrofalną decyzją. Żołnierze AK wytrwali pod morderczym ogniem nieprzyjaciela 63 dni i to może być dla nas powodem do dumy. Ludziom tym należy się najwyższe uznanie i pamięć nasza oraz przyszłych pokoleń. Powstanie Warszawskie tak naprawdę nie trwało 63 dni, lecz kilkaset minut. Tyle, ile zajął pierwszy zakończony krwawą łaźnią szturm. Potem AK już po prostu starała się tylko przetrwać.
Już 1 sierpnia w nocy depesza Komendy Głównej mówiła o klęsce Powstania. Jak wspomniał, obecny wówczas w Londynie, generał Marian Kukiel „Anglicy na wiadomość o powstaniu po prostu zdębieli”. Powstanie Warszawskie było najtragiczniejszym błędem , jaki popełnili Polacy w swych najnowszych dziejach. Co należało zrobić? Oczywiście to, co się robi, gdy przegrywa się bitwę – kapitulować.
Gen. Bór-Komorowski powinien wystąpić do Niemców o pertraktacje kapitulacyjne nie na przełomie września i października 1944 roku, ale już 2 sierpnia. Niestety, ani kapitulacja wycofanie wojska z miasta dla wysokich rangą oficerów AK nie wchodziły w grę. Cały czas liczyli przecież na pomoc wytęsknionych, wyglądanych sowietów. Po klęsce 1 sierpnia jeszcze przez trzy dni Armia Krajowa mogła prowadzić działania zaczepne.
Autor książki przypomina również o braku odpowiedzialności oficerów Armii Krajowej, którzy pozwolili dzieciom walczyć. Miejscem polskich dzieci było boisko sportowe, a nie powstańcze barykady. W jednym tylko obozie dla jeńców wojennych po wojnie znalazło się 550 powstańców poniżej 18-go roku życia, w tym 49 poniżej 15-go. Wszystkie dzieci , które tak lekkomyślnie zmarnowano w Powstaniu Warszawskim, były potrzebne Ojczyźnie po wojnie.
Uczestnik powstania Jan Ciechanowski pisał: „Leży tam pokotem kwiat warszawskiej młodzieży, kwiat Armii Krajowej, leży batalion za batalionem, kompania za kompanią, pluton za plutonem, leżą tamci, których dzisiaj tak nam brakuje”. Bezsensowna, męczeńska śmierć najwspanialszych, najbardziej patriotycznych naszych dzieci jest plamą na honorze AK.
Konsekwencją wybuchu Powstania Warszawskiego było wydanie przez Hitlera rozkazu zrównania polskiej stolicy z ziemią i wymordowanie jej mieszkańców.
1 sierpnia 1944 roku rozpoczęła się droga krzyżowa miliona Polaków , która do dzisiaj jest starannie przemilczana przez piewców Powstania Warszawskiego. Cywilni mieszkańcy stolicy byli największym , obok oficerów rozstrzelanych w Katyniu, męczennikami polskiej historii. Ci cywile – choć pomijani w rocznicowych przemówieniach – byli nie mniejszymi bohaterami od żołnierzy AK.
Premier III RP podczas uroczystości 74. rocznicy Powstania Warszawskiego powiedział: „ Nie byłoby nas dzisiaj bez Powstania”. To jest wielkie kłamstwo. Powstańcy nie mieli żadnych szans wypędzenia okupanta hitlerowskiego z Warszawy. Wiemy, że politycy „dobrej zmiany” wstydzą się powiedzieć prawdę, że żołnierz radziecki i żołnierz polski wypędzili okupanta nie tylko z Warszawy, ale też i z Polski – dlatego tu jesteśmy na tej uroczystości, bo kominy krematoriów przestały dymić.
Powstańcom należy się wielka cześć i chwała, którzy przez nieudolność i zdradę niektórych dowódców ginęli nie osiągając niczego.