Szlachcic Słowacki zmaga się z tradycją swojej klasy Recenzja

Juliusza Słowackiego uważa się za – być może – najbardziej nowoczesnego z wielkich wieszczów polskiego romantyzmu. Głośne i poniekąd prekursorskie studium na ten temat napisała przed laty Marta Piwińska („Juliusz Słowacki od duchów”, 1992). Jego nowatorskie przeczucia co do rozwoju cywilizacji miejskiej, początków kultury industrialnej i popularnej mogą dziś budzić prawdziwy podziw, jako przejawy genialnej przenikliwości poety. Jeśli jednak spojrzeć na jego twórczość dramatyczną i na jego poematy z tematycznego punktu widzenia, to poza „Kordianem” i „Fantazym” są one pogrążone w przeszłości, historycznie relatywnie bliskiej poecie („Horsztyński”, „Sen srebrny Salomei”, „Ksiądz Marek”), bardzo odległej („Mazepa”, „Książę Niezłomny”, „Złota Czaszka”, „Samuel Zborowski”) czy zamierzchłej a przy tym mitycznej („Balladyna”, „Lilla Weneda”). Przeszłość obecna jest także w jego wielkich poematach i powieściach poetyckich jak „Jan Bielecki”, „Podróż z Ziemi Świętej do Neapolu”, „Beniowski” czy „Preliminaria peregrynacji do Ziemi Świętej JO. Księcia Radziwiłła Sierotki”, „Poema Piasta Dantyszka herbu Leliwa”, „Konrad Wallenrod” czy „Grażyna”. Oznacza to, że współczesność swej poezji i swej myśli kreował Słowacki nie w bezpośrednim odniesieniu do rzeczywistości, w której żył, lecz poprzez odniesienie do świata przeszłości, w tym w szczególności do polskiej tradycji szlacheckiej, której był zarazem spadkobiercą i surowym krytykiem.
Marzena Kryszczuk napisała fascynujące studium na ten temat. Autorka wędruje poprzez utwory Słowackiego, bądź to sama, bądź w towarzystwie licznych przywoływanych interpretatorów, śledząc najrozmaitsze postawy, odniesienia, kontrapunkty poety w stosunku do szlacheckiej tradycji, jego spory i dyskusje z nią, także w konfrontacji z utworami innych autorów. Głębokie i skomplikowane pokłady odniesień Słowackiego do szlacheckiej tradycji pokazuje Marzena Kryszczuk w różnych ujęciach i konfiguracjach. Ujęła je też jako sekwencję rozciągającą się od zmagań poety z tradycją szlachecką i trudnościami jej przyjęciem (interioryzacją), poprzez jej oswojenie, aż po jej twórcze wykorzystanie dla wizji przyszłości, nie wykluczającej jednak dystansu poety do tej tradycji. I tak o „Janie Bieleckim” napisała jako o formie zastosowania skotyzmu (Walter Scott) i byronizmu do ukazywania przeszłości sarmackiej. Nad „Królem Ladawy” pochyliła się w kontekście atrakcyjności sarmackiej dawności w odbiorze cudzoziemskim (dotyczy to też „Mazepy”, motywu przyswojonego na gruncie francuskim). W „Horsztyńskim” dostrzegła sposób ukazywania przeszłości w perspektywie szekspirowskiej. „Poema Piasta Dantyszka” to dla Kryszczuk pretekst do spojrzenia na przeszłość w konwencji ludowo-szlacheckiej fantastyki, a „poemat o księciu Radziwille „Panie Kochanku” („Preliminaria…”) jako na formę poetyckiej zabawy poprzez bezpośrednie nawiązanie do gawędy szlacheckiej. W części drugiej studium autorka ukazuje poszukiwanie przez Słowackiego form dla pokazania kultury szlacheckiej w dramacie, w tym w szczególności postaci króla („Mazepa”, „Jan Kazimierz”). O „Złotej Czaszce” pisze jako o odpowiedzi Słowackiego na mickiewiczowskiego Pana Tadeusza”. W postaci księdza Marka odnajduje autorka wyraz poszukiwania przez Słowackiego przewodnika po sarmackiej przeszłości. W analizach „Księdza Marka” i „Snu srebrnego Salomei” akcentuje Kryszczuk zagadnienie opozycji progresywizmu i tradycjonalizmu. Podkreśla jednak także fascynację poety estetyką sarmatyzmu i dekoracyjną teatralnością tego świata, tak kapitalnie przez niego odmalowaną. W rozdziale „Mistyczny polityk” analizuje autorka późny okres życia i twórczości Słowackiego, kiedy to wyraził swoje kluczowe poglądy na ideę narodu, wypowiedział przesłanie do emigracji polskiej i podjął polemikę z Zygmuntem Krasińskim. Autorka podjęła też takie szczegółowe zagadnienia natury formalnej, jak temat „calderonizmu” jako zastosowanej przez Słowackiego formy stworzenia szlacheckiego obrazu przeszłości. Ostatni rozdział swojej pracy poświęciła autorka motywowi Słowiańszczyzny jako utopijnemu ideałowi społecznemu, który Słowackiemu był bliski. Marzena Kryszczuk zwraca uwagę na sprzeczności w obrazie sarmatyzmu w perspektywie poety. Z jednej strony odnosił się do niego z radykalnym krytycyzmem, widząc ciężkie grzechy sarmackich awanturników, takie jak pycha, rozpasanie anarchicznego indywidualizmu szlacheckiego, pogarda dla prawa, z drugiej sarmatyzm go fascynował, co prowadziło go do jego idealizacji w osobach księcia Radziwiłła „Sierotki”, którego wykreował na sarmackiego herosa, wcielenie wielkiego pana czy personalny archetyp polskości, czyniąc to samo względem postaci karmelity księdza Marka i idealizując Konfederację Barską. W finale pracy autorka rekapituluje swoje gruntowne analizy, rozważania i interpretacje: „Zmagania z tradycją szlachecką ukazują Słowackiego jako artystę, który podjął się najważniejszych zadań swej epoki: stworzenia dzieła o charakterze narodowym i jednocześnie o ambicjach uniwersalnych. Taką szansę dawało, według Słowackiego, połączenie swojskości z europejskim dyskursem, partykularyzmu z uniwersalnością. Zwrot ku przeszłości ma sens, żeby wzmocnić fundament, pozwalający się w nowoczesność”, choć Słowacki zauważał, że „szlachecki świat umiera” (w mickiewiczowskim „Panu Tadeuszu” widział elegię na tę śmierć), a dokonują się „narodziny industrialnej cywilizacji”. Ciekawe przesłanie w kontekście naszych współczesnych czasów, nieprawdaż? A wędrówka z Marzeną Kryszczuk przez bogactwo artystyczne i myślowe, przez sprzeczności, meandry, paradoksy twórczości Juliusza Słowackiego jest fascynująca.

 

Marzena Kryszczuk„Juliusz Słowacki wobec tradycji szlacheckiej”, wyd. Instytut Badań Literackich PAN, Warszawa 2011, str. 305, ISBN 978-83-61552-47-5.

Od pamięci do „postpamięci” Recenzja

Tych, którzy zmęczeni i znudzeni inflacją tematyki powstańczej w mediach mogą z góry ulec uprzedzeniu i zniechęcić się do lektury tej książki upewniam, że mogą się nie obawiać – to nie jest kolejna, „tysięczna i pierwsza” sentymentalna opowieść o walkach powstańczych, o „nocach sierpniowych”, o powstańczych biografiach, dzielnych i ofiarnych sanitariuszkach itd.

 

Marcin Napiórkowski opowiada o Powstaniu Warszawskim (dalej: PW) bez opisu którejkolwiek z potyczek i batalii powstańczych, bez żadnej sentymentalnej opowieści o „sanitariuszce Małgorzatce” z popularnej powstańczej piosenki i o jakimś młodym powstańcu zabitym pierwszego dnia zrywu, bez wymieniania nazw niezliczonych powstańczych oddziałów, bez dywagacji o poczynaniach dowództwa PW etc. „Powstanie umarłych” to rzecz o tym, w jaki sposób pamiętano o powstaniu od pierwszych dni po jego upadku aż po nasze obecne czasy (2014). Przy czym słowo „pamięć” nie oznacza w tym przypadku jedynie tego, co zazwyczaj się pod nim rozumie, czyli psychicznego procesu rejestracji wydarzeń z przeszłości, lecz także to, jak przez te 70 lat odnosiły się do PW różne grupy społeczne, od rodzin i bliskich powstańców poczynając, poprzez szersze środowiska i grupy społeczne, sferę kultury (literatura, film, w tym dokumentalny), media (publicystyka) po postawy i praktyki władzy politycznej.
Pierwszej pamięci o PW towarzyszyły dokonywane od 1945 roku ekshumacje ofiar, czasem w formule indywidualnej jak w opisanym przypadku legendarnego Andrzeja Romockiego („Morro”), a niejednokrotnie jako wydobywanie makabrycznej, zbitej masy, jak miało to miejsce w wielu przypadkach, choćby na Woli czy na ochockim „Zieleniaku”. Ekshumacje i pogrzeby tworzyły to, co autor nazywa „toposem konduktu”, w którym w pierwszych latach łączyło się i społeczeństwo i władza. Szybko jednak pojawił się „topos pochodu” czyli ideologicznej formuły nowej władzy, która zaczęła dążyć do zepchnięcia „toposu konduktu” na margines, w imię „nieubłaganej logiki historii” uformowanej w duchu nauki Karola Marksa i w imię przeciwstawienia „pamięci grobów” budowy „nowego życia”. W latach 1949-1955 wyraziło się to w radykalnej redukcji przekazu pamięci o PW przez oficjalną propagandę, która ograniczała się jedynie do rytualnego oddawania hołdu ofiarom powstania, w szczególności walczącej młodzieży i ludności cywilnej, przy akompaniamencie radykalnych potępień reakcyjnych inspiratorów PW w osobach hrabiego generała Bora Komorowskiego oraz jego wojskowego i politycznego otoczenia. Pojawiły się więc wtedy kategorie pamięci określone przez autora jako „pamiętanie czegoś” i „pamiętanie przeciw komuś”, „konflikt między opłakiwaniem a odbudową”, „polityczne strategie wykluczania zmarłych” a także „proces upolityczniania zwłok”. Autor poświęca też rozdział „komitetom ekshumacyjnym jako próbie odzyskania kontroli nad ciałami poległych”.
Napiórkowski, posługując się bogatą paletą świadectw z tamtych czasów pokazuje jak pamięć PW stawała się przestrzenią zmagania się oficjalnej wizji politycznej Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej z pamięcią rozmaitych grup społecznych. Radykalni przeciwnicy PRL nazywają to walką z „oficjalną strategią niepamięci”, co jest formułą nieprecyzyjną, jako że mieliśmy do czynienia nie z całkowitą niepamięcią, lecz z tendencyjną redukcją tejże pamięci. Wyraziło się to choćby sporem wokół pomników PW, poprzedzonym zresztą wzniesieniem już w 1946 roku, w drugą rocznicę PW, pomnika „Gloria Victis” na warszawskich Powązkach. Dokonało tego w trybie półformalnym, „partyzanckim”, środowisko kombatanckie AK skupione wtedy wokół jednego z jej byłych, ważnych powstańczych dowódców, pułkownika Jana Mazurkiewicza. Mogło się to dokonać jedynie w tym krótkim interwale politycznym, jaki nastąpił wkrótce po upadku PW, a przed definitywnym zamknięciem się takich możliwości wraz z zainstalowaniem najbardziej brutalnej i dogmatycznej postaci reżymu stalinowskiego, co uległo przyśpieszeniu w drugiej połowie 1948 roku. Przy czym władza stosowała zarówno „miękkie strategie walki z pamięcią”, jak i „strategie twarde” (represje).
Znacząca część książki poświęcona jest okresowi 1956-1989, kiedy to władza ludowa definitywnie zrezygnowała nie tylko z represji w stosunku do AK-owców, ale krok po kroku luzowała dogmatyczne ograniczenia dotyczące pamięci o PW, w tym w szczególności ograniczenia w zakresie upowszechniania wiedzy o jego historii. Hasłem wywoławczym stał się głośny wtedy artykuł „Na spotkanie ludziom z AK”, sygnowany przez trzech autorów na łamach sztandarowego dla „odwilży” tygodnika „Po prostu”. Dodatkowym czynnikiem legitymizującym tematykę PW i AK w polu narracji oficjalnie akceptowalnej były filmy „Kanał” i „Popiół i diament” Andrzeja Wajdy, których premiery odbyły się w latach 1957 i 1958. Apogeum procesu oficjalnego „absorbowania” tej problematyki miało miejsce w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, kiedy to wyodrębniona w kierownictwie PZPR grupa szefa MSW Mieczysława Moczara zjednała sobie część kombatanckich środowisk akowskich (w tym powstańczych) z Janem Mazurkiewiczem na czele w imię „wspólnie przelanej krwi” w walce z tym samym wrogiem. Rozkwitła wtedy ich obopólna współpraca na gruncie ZBOWiD, a związany z grupą moczarowską tygodnik „Stolica” poświęcał tematyce powstańczej sporą część swojej zawartości, co było zresztą kontynuowane aż po kres PRL.
Od tego czasu narastała też kolizja między oficjalną, państwową wykładnią PW a wyobrażeniem społecznym. Nie dlatego jednak, że władze stosowały restrykcje wobec tego drugiego (przeciwnie, restrykcje słabły), ale dlatego, że narastała intensywność wizji nieoficjalnej, a alternatywne obchody rocznic PW były jednym z narzędzi budowania opozycyjnej świadomości w PRL. Za moment apogeum sporu o tę wizję uznał Napiórkowski rok 1984, a jego finałem było odsłonięcie pomnika Powstańców Warszawskich w 1989 roku. Przełom roku 1989 i kolejne lata przyniosły pełną rehabilitację samej idei Powstania Warszawskiego, stwarzając możliwość pisania i mówienia o nim w sposób niczym, także cenzurą, nieskrępowany. PW przestało być zagadnieniem kolizyjnym politycznie.
Zmianę w tym względzie przyniosło pojawienie się na arenie politycznej obozu PiS, który wziął Powstanie na swoje polityczne sztandary i uczynił z niego instrument walki „obozu patriotycznego” z „liberalnymi modernizatorami” tradycyjnej polskiej świadomości. Jednym z najistotniejszych z tego punktu widzenia faktów było otwarcie w 70 rocznicę wybuchu PW, staraniem prezydenta stolicy Lecha Kaczyńskiego, Muzeum Powstania Warszawskiego. Był to moment graniczny w dziejach pamięci o PW. Od niego zaczął się czas, trwający de facto do 2015 roku, politycznych manifestacji na cmentarzu Powązkowskim, kiedy to w każdą rocznicę 1 sierpnia przeciwnicy władzy „liberałów” i „postkomunistów” wygwizdywali i „wybuczali” organizatorów i uczestników oficjalnych uroczystości. Od tego momentu opozycję: władza PRL – patriotyczny naród, zastąpiła nowa opozycja: zwolenników i przeciwników rządów „republiki Okrągłego Stołu”, „tradycjonalistów” i „modernizatorów”, „patriotów” i „zdrajców”.
Tej radykalnej zmianie osi sporu wokół PW towarzyszyła też radykalna zmiana języka, jakim o nim mówiono. Tradycyjną narrację opartą głównie na piśmiennictwie, nagraniach dokumentalnych i wytworzonej w czasie PW symboliki, zaczęło spychać na plan dalszy wejście w domenę pamięci atrybutów kultury masowej, o czym pisze Napiórkowski w rozdziale „Postmodernistyczne powstanie? Powstanie warszawskie a przemysł pamięci”, poświęconym „nowej kulturze pamięci”. „Powstanie podbiło serca masowej publiczności, doczekawszy się popkulturowych odczytań w postaci rockowych (n.p. Lao Che) i hiphopowych płyt, komiksów (n.p. „Tytus, Romek i A’Tomek jako warszawscy powstańcy 1944” Papcia Chmiela), a nawet gier planszowych. Pamięć manifestowano też poprzez wpinane w klapę znaczki i tematyczne koszulki” – pisze autor. To wszystko jest zakorzenione w „światowym boomie pamięciowym”, ale warto też zwrócić uwagę, że są to „stare treści sprzedawane w nowym opakowaniu jako rewelacje”.
O ile jednak gadżetowy aspekt zewnętrznych przejawów pamięci o PW mieścił się w szeroko rozumianej tradycyjnej formule, o tyle zupełnie nowa jakością było pojawienie się nowej, fantazmatycznej formuły tejże pamięci. „Nowa kultura pamięci z jaką mamy do czynienia po roku 2004 – pisze Napiórkowski – opiera się na zatarciu czy wręcz zniesieniu granic, które dotychczas uznawano za oczywiste. Rozróżnienie pomiędzy fikcją a faktem, między pamięcią a wyobraźnią, jest z pewnością jednym z podziałów najintensywniej podważanych przez rozwijające się w ostatnich latach „zmącone gatunki” pamięci”. W stosunku do tego fenomenu używane jest nawet określenie „postpamięć”.
Siła psychologicznej presji „nowej pamięci” czy „postpamięci” jest tak silna, że fantazmaty zastąpiły wspominanie realnego doświadczenia nawet u żyjących powstańców. Uderzające były wypowiedzi niektórych kombatantów PW, którzy po premierze bardzo „fantazmatycznego”, komiksowego, będącego owocem nowej estetyki filmu Jana Komasy „Miasto ‘44” (2014) mówili o przekazie ekranowym, ulegając autosugestii: „tak było”, jakby mówili o dokumencie, a nie o popowej kreacji ekranowej. Prawdziwe wspomnienia zostały zastąpione przez emocjonalną podróż czy pielgrzymkę w czasie, w wersji „postpamięciowej”. Siła nowej estetyki przekazu tradycji PW wywołała nawet deklaracje w rodzaju: „powstanie czeka na swojego Tarantino”. Tabloidyzacji przekazu na temat PW towarzyszy też proces jego „uwspółcześniania”, czyli takiego ustawiania postaci i zdarzeń, by odpowiadały psychice, emocjonalności, mentalności i wyobraźni współczesnego młodego człowieka. Klasycznymi przykładami takiej estetyki jest n.p. film „Sierpniowe niebo. 63 dni chwały” (2013), w którym obrazom walk powstańczych towarzyszą dźwięki hip hopu czy akcja „Kumpel z przeszłości. 1944 Live” (2009) prowadzona na facebooku. To wszystko mieści się w ramach nowej estetyzacji PW i realizacji idei „wczuwania się w historię”, którą współtworzą także popularne od lat rekonstrukcje historyczne.
Co znamienne, w tę formułę „nowej pamięci”, „postpamięci” i tabloidyzacji pamięci wpisało się także Muzeum Powstania Warszawskiego. W tym muzeum, podobnie jak w innych muzeach nowej generacji, bardzo charakterystyczne jest, w pierwszym planie, zjawisko „zdetronizowania eksponatów”. Autentyczne eksponaty z PW (n.p. broń, hełmy, opaski, sprzęt techniczny, ulotki etc. przestały być najważniejszym (jak w tradycyjnych muzeach) elementem ekspozycji jako „czysty fakt” materialny, lecz wtapiane są w nowe fantazmaty i znaki (symulakry zdefiniowane przez Jeana Baudrillard), jedynie jako ich składnik, jako element ogólnego kolażu. Historyczna realność PW zeszła na drugi plan, przesłonięta przez emocjonalny fantazmat „postpamięci”. Sprawiło to, że na daleki plan zeszła faktograficzna zawartość ekspozycji, która przestała być popularnonaukowym wykładem historii i stała się próbą przekazu idei, emocji, wrażeń, „sensu” PW oraz nowej „prawdy historycznej” o nim. Muzeum zamieniło się w „disneyland pamięci”.
Te zabiegi – jak pisze Napiórkowski – przeniosły PW „ze sfery faktów w sferę sensów”. Zgodnie z formułą nowoczesnych muzeów, „nagie” fakty „nikogo” już nie interesują. Atrakcyjne jest teraz „wczucie się” poprzez wrażenia, które mogą stać się udziałem n.p. uczestnika wędrówki przez atrapę kanału albo skosztowanie „powstańczej żywności” (syndrom „proustowskiej magdalenki”). Przekaz werbalny został natomiast sprowadzony do minimum. Rzeczywisty czas historyczny został zastąpiony przez „czas mityczny”. Nie tylko ideowo-emocjonalno-fantazmatyczny, ale także nie chronologiczny charakter ekspozycji sprawił, że wielu zwiedzającym umyka finał powstania, które przecież zakończyło się klęską. Niektórzy zwiedzający mogą nawet odnieść wrażenie, że PW zakończyło się zwycięstwem, bo tak duża jest siła „heroicznej” narracji. Do tego uzupełnienie ekspozycji obrazem przemawiającego z ekranu Jana Pawła II i ekspozycja sztandarów „Solidarności” wywołuje w percepcji części mniej przygotowanych, na ogół młodszych widzów, komiczne qui pro quo, pomieszanie percepcyjne wyrażające się w pytaniach czy JP II uczestniczył w PW i czy czas walk pokrywa się z czasem „Solidarności” lat 1980-1981.
Historia w klasycznym rozumieniu, jako zbiór naukowo ustalonych faktów i ich opisu oraz zobiektywizowanej interpretacji ulotniła się także na rzecz ideologicznej moralistyki, opartej na mitologizacji i nostalgicznym sentymencie, w której PW stało się przede wszystkim wzorem „właściwej”, patriotycznej postawy, formą kultu bohaterstwa. W narracji Muzeum Powstania Warszawskiego nie ma natomiast najmniejszego nawet miejsca na krytyczną recepcję decyzji o podjęciu przez dowództwo AK walki, który to proces rozrachunkowy, w postaci fal dyskusji trwał z różnym nasileniem od początków PRL aż po rok 2004 i wyraził się setkami wypowiedzi publicystycznych pisanych z różnych pozycji ideowo-politycznych (nawiasem mówiąc: brak szerszego ujęcia tego aspektu wydaje mi się jedną z nielicznych wad tej znakomitej pracy). Krytyczną recepcję opartą na przesłankach racjonalistyczno-pragmatycznych zastąpił bezwarunkowy, idealistyczny bezkrytycyzm i bezwarunkowa apologia zrywu oraz kult bohaterów. Tak ujęte PW przestało być formą racjonalnego przekazu historycznego i stało się emocjonalnym „generatorem sensu”.
Dokonując rekapitulacji problematyki pamięci historycznej, i tej dawnej, i tej nowego typu nie łatwo ustrzec się wrażenia, że coraz częściej przybiera ona charakter kulturowego terroru, szantażu, że jest wszędobylska i „namolna”, czemu sprzyja wszechobecność coraz to nowych typów medialnego przekazu. Dlatego gdy w finale swej panoramy pamięci o Powstaniu Warszawskim autor napomyka także o zwykłym ludzkim prawie do niepamięci, przypomina tym samym o alternatywnej możliwości życia poza owym psychologicznym przymusem uczestniczenia w narzuconych koleinach, poza kleszczami imadła. I to właśnie wydaje mi się w tej książce najbardziej optymistyczne, owo zwrócenie uwagi na prawo do wolnej woli i swobodnych wyborów w świecie narzucanych moralnym szantażem obsesji i przymusów politycznych.

 

Marcin Napiórkowski„Powstanie umarłych. Historia pamięci 1944-2014”, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2016, str. 467, ISBN 978-83-65369-24-6

Na miłość boską bądź miła Recenzja

Internet kipi z oburzenia po tym, jak wyszło na jaw, że na warsztatach w jednej z warszawskich podstawówek dzieciom rozdano książki francuskiego księdza Jean-Benoita Castermana.

 

Wprawdzie (katolicki!) organizator warsztatów odżegnał się od treści w niej zawartych i oświadczył, że musiała zajść jakaś pomyłka, ale wkrótce okazało się też, że książka ta jest w ciągłym obiegu i służy jako pomoc naukowa wielu krzewicielom chrześcijańskiej wizji seksualności i rodziny w polskich szkołach. Ręce masowo podnieśli rodzice, których pociechy zmuszone były zapoznać się z tą pozycją wydawniczą rok, dwa lata temu. Nic dziwnego: książkę udało mi się namierzyć jako „dostępną” w dwóch z internetowych katolickich księgarni po 5 minutach googlania. Bez problemu dałam radę wrzucić do koszyka nawet kilka egzemplarzy. Uczciwość nakazuje mi przyznać, że jedna z nich w ciągu kilku godzin zdążyła już wycofać produkt.
Wyczytamy tam m.in., że kiedy napastuje cię, dziewczynko, nauczyciel lub szef, przede wszystkim okaż mu szacunek i podziękuj za zainteresowanie. Powiedz mu również, że „byłoby ci jeszcze milej, gdyby cię szanował”. A potem módl się, być może Bóg odmieni jego serce i powstrzyma nadaktywnego penisa.
Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać: „Byłoby mi jeszcze milej, gdyby pan zapłacił mi za pracę, którą wykonałam!”; „Byłoby mi jeszcze milej, gdyby mnie pan nie związał i nie okładał pałką teleskopową!”, „Jesteś taki męski, ale byłoby mi jeszcze milej, gdybyś nie podbił mi oka, kochanie!”.
W książce znajdziemy również porady dotyczące skromnego stroju i ostrzeżenie, by nie prowokować zalanych hormonami chłopców, których seksualność na tym etapie rozwoju „jest zwierzęca”. Niestety oprócz „oburzenia prostego”, którym zapałały wszystkie portale udostępniające skandaliczne fragmenty, bodajże tylko Wirtualna Polska pokusiła się o pogłębiony risercz: pokazała, że ksiądz Casterman już w rodzimej Francji musiał tłumaczyć się z tej i innych dydaktycznych książeczek, które wyszły spod jego pióra. Okazuje się bowiem, że chciał również leczyć gejów, a depresję uważał za naturalną i zasłużoną karę za niewybaczalny grzech przerwania ciąży. Michał Gostkiewicz, autor wyczerpującego tekstu dla Wirtualnej Polski, wskazuje również na to, że Instytut Profilaktyki Zintegrowanej, organizator nieszczęsnych warsztatów, na ogół promuje zgodną w zasadzie z tezami książki wizję związku i rodziny. Więcej, w wywiadzie dla KAI założyciel instytutu oburza się na sam zbitek słów „edukacja seksualna” – i uważa go za gorszący.
Cóż z tego, że za rok tej konkretnej książeczki nie da się kupić nigdzie poza antykwariatem czy allegro. Dopóki w naszych szkołach nauka o seksualności, ciele człowieka i jego potrzebach będzie z jednego krańca osadzona w lekcjach biologii z nieśmiertelnymi planszami pokazującymi budowę penisa z niebieską cewką moczową poprowadzoną przez środek, a z drugiej lekcjami katechezy – nic się nie zmieni. Dopóki o seksie opowiadać będą nadal siostra Sylwia, ksiądz Marek albo pani Anna Wiśniewska (głęboko wierząca mama szóstki dzieci po teologii) – będziemy nadal potykać się o kwiatki typu „nie ubieraj się prowokacyjnie”, „uważaj, aby nie urazić gwałciciela, bo będzie mu przykro”, „pomyśl, zanim założysz szpilki”.
Nie sztuką jest teraz udostępnić tweeta i oznaczyć organizatora warsztatów, żeby się tłumaczył. Sztuką jest wyprowadzić wyznaniowość ze szkół i przedszkoli, sztuką jest zaryglować drzwi wydawcom, promującym publikacje bieda-psychologów, mogące uczynić krzywdę najmłodszym. To wymaga przeorania umysłów dyrektorów szkół, być może nawet wywarcia szantażu na ministerstwie edukacji, obywatelskiej czujności, systematycznej kontroli rynku usług edukacyjnych.
Nie ma oczywiście systemu bez dziur. Pamiętacie jak w 2012 roku Rzecznik Praw Dziecka podał do prokuratury oficynę Vocatio za promowanie katolickiego poradnika zalecającego wychowawcze bicie dzieci? Później powstała słynna „lista Michalaka”, na którą trafiły podobne pozycje, traktujące o tym, że kary cielesne są obowiązkiem każdego kochającego rodzica, a obowiązek ten ważniejszy jest niż jakieś głupie prawo. Katolickie portale dały wówczas rzecznikowi odpór za pomocą kampanii „Stop cenzurze książek chrześcijańskich”. Choć od całej afery minęło już sześć lat, co jakiś czas z czystej ciekawości sprawdzam, czy wydawcy i księgarze zastosowali się do zaleceń RPD i usunęli z półek przemocowe poradniki. Uprzejmie informuję o stanie na dziś: od kopa udało mi się dostać „I kto tu rządzi?” Roberta Barnesa oraz „Klucz do serca twojego dziecka” Gary’ego Smalleya.
Wyrzućmy ich ze szkół razem z ich obrzydliwym przekazem. Dla naszego własnego dobra.

 

Jean-Benoit Casterman„Życie na maksa. Poradnik uczuciowo-seksualny”, Wydawnictwo M, Kraków 2018, str, 84, 978-83-759-5357-2.

Czy znów unikniemy Apokalipsy? Psim swędem Recenzja

Dwa eseje Jacquesa Derridy (1930-2004) o Apokalipsie („O apokaliptycznym tonie przyjętym niedawno w filozofii” oraz „Nie apokalipso, nie teraz”) powstały w latach 1982 i 1984, w okresie nasilonego konfliktu między USA a ZSRR, po objęciu władzy przez Ronalda Reagana, w epoce „gwiezdnych wojen”. Gdy po raz kolejny, a pierwszy od czasu sławnego konfliktu wokół „Zatoki Świń” i kryzysu kubańskiego 1960 roku ludzkość zdawała się stać przed widmem zagłady atomowej. Derrida pocieszenie w obliczu możliwości – prawdziwej czy urojonej – znajduje w filozofii i dziejach Apokalipsy na jej kartach, w jej stałej, groźnej obecności, nieustannej, a jednak nigdy nie spełnionej. „Apokaliptyczny „dyskurs nuklearny” Derridy pozostaje na płaszczyźnie kodów, gatunków, wytworów literackich, a zatem głównie w obrębie świata jako tekstu. Również tam – w wielokrotnie opisywanej figurze archiwum i nieskończonych możliwościach bibliotecznych form – filozof znajduje schronienie przed końcem ostatecznym” – napisali we wstępie tłumacze esejów. Autorzy posłowia z kolei zwracają uwagę, że wcześniejsze apokalipsy (chyba więc także te średniowieczne z Czterema Jeżdźcami) od nuklearnej różni jej niebywała, właśnie „nuklearna szybkość”. Derrida wykorzystał więc filozofię do uspokojenia siebie i nas, a jednocześnie, swoją refleksją humanistyczną nad zagadnieniem Apokalipsy wzbogacił dyskurs filozoficzny wokół zagadnienia krańcowości ludzkich doświadczeń. Jacques Derrida nie żyje od 14 lat. Apokalipsa nuklearna, wokół której osnuł swoje eseje pisane dekadę wcześniej, nie nadeszła. Za to zmarł w roku, w którym Polska weszła do Unii Europejskiej i gdy wydawało się, że choć Francis Fukuyama mylił się w swojej diagnozie o „końcu historii”, to jednak przed Europą długo nie rozciągnie się jakaś nowa perspektywa apokaliptyczna. Tego pojedynczego człowieka, jakim był Derrida, Apokalipsa, której się w końcu lękał, ominęła, tak jak i nas, póki co. Umknął jednak w ramiona Śmierci i od tej Apokalipsy, której się lękał i od tej, której chyba nie przewidywał, a przed którą stoimy my, żyjący dziś w tym świecie. Może i nam się upiecze. I znów, psim swędem, nie doświadczymy jej, bo wcześniej umrzemy lub nie dotknie ona naszych potomnych. W końcu nie święci garnki lepią. Udało się Derridzie, może udać się i nam. Poza tym podobno najbliższa Apokalipsa dotyczyć będzie „postczłowieka”. A więc może jeszcze nie nas? No, chyba, że już „postczłowiekiem” jesteśmy lub on jest już ante portas? Diabli wiedzą.

 

Jacques Derrida„O Apokalipsie”, tłum. Iwona Boruszkowska, Krzysztof Wojtasik, posłowie Iwona Boruszkowska, Michał Koza, Wydawnictwo Eperons-Ostrogi, Kraków 2018, str. 186, ISBN 978-83-946471-0-0.

Nie mieli szans

Powstanie warszawskie trwało 63 dni. Oddajemy hołd powstańcom Warszawy, którym z jednej strony przyświecał heroizm, patriotyzm i gotowość do poświęceń, a z drugiej strony głupota polityczna naszych przywódców.

 

Generałowie Tadeusz Bór-Komorowski, Leopold Okulicki, Tadeusz Pełczyński, Antoni Chruściel i pułkownik Rzepecki, zamiast bronić Warszawy i jej mieszkańców, doprowadzili miasto do zagłady, Było to samobójstwem. Wywołanie powstania było ciężką zbrodnią.
Depesze gen. Sosnowskiego z Londynu dotyczące sprzeciwu powstania nie dotarły. Tu zakrawa na zdradę dowódców powstania. Generał Sosnkowski dał Okulickiemu zadanie ratować biologiczną substancję narodu przez powstrzymanie wybuchu powstania. Okulicki złamał rozkazy naczelnego wodza, plamiąc mundur i honor oficera Wojska Polskiego. To Okulicki wysunął projekt walki o Warszawę. Powstanie Warszawskie „zawdzięczamy” generałowi Okulickiemu. Jak pisze Piotr Zychowicz w książce „Obłęd 44” w rozstrzygających dniach poprzedzających decyzję o wywołaniu Powstania warszawskiego gen. Okulicki niemal cały czas był na rauszu. Gen. Okulicki przeciwko niemieckim czołgom i samolotom rzucił kwiat polskiej młodzieży z butelkami z benzyną. Wszystko wskazuje na to, jak pisze autor ksiązki, że Okulicki, Pełczyński i Rzepecki zawarli za plecami Komorowskiego tajne porozumienie. Zawiązali spisek, którego celem było wywołanie powstania w Warszawie . Ta sprawa jest pomijana przez historyków, którzy oparli swoje kariery na wychwalaniu decyzji, która doprowadziła do rzezi Warszawy.
Podjęcie decyzji o wszczęciu Powstania warszawskiego było jedną z najtragiczniejszych decyzji w historii Polski. Jej skutkiem było zburzenie stolicy państwa, śmierć 200 tysięcy ludzi, eksterminowanie elity narodu.
Powstanie warszawskie oparte było, jak pisze autor wspomnianej książki, na absurdalnej koncepcji politycznej i wojskowej. Zostało przeprowadzone według fatalnego planu i bez środków do walki. Samo wyznaczenie godziny „ W” na piątą godzinę po południu było katastrofalną decyzją. Żołnierze AK wytrwali pod morderczym ogniem nieprzyjaciela 63 dni i to może być dla nas powodem do dumy. Ludziom tym należy się najwyższe uznanie i pamięć nasza oraz przyszłych pokoleń. Powstanie Warszawskie tak naprawdę nie trwało 63 dni, lecz kilkaset minut. Tyle, ile zajął pierwszy zakończony krwawą łaźnią szturm. Potem AK już po prostu starała się tylko przetrwać.
Już 1 sierpnia w nocy depesza Komendy Głównej mówiła o klęsce Powstania. Jak wspomniał, obecny wówczas w Londynie, generał Marian Kukiel „Anglicy na wiadomość o powstaniu po prostu zdębieli”. Powstanie Warszawskie było najtragiczniejszym błędem , jaki popełnili Polacy w swych najnowszych dziejach. Co należało zrobić? Oczywiście to, co się robi, gdy przegrywa się bitwę – kapitulować.
Gen. Bór-Komorowski powinien wystąpić do Niemców o pertraktacje kapitulacyjne nie na przełomie września i października 1944 roku, ale już 2 sierpnia. Niestety, ani kapitulacja wycofanie wojska z miasta dla wysokich rangą oficerów AK nie wchodziły w grę. Cały czas liczyli przecież na pomoc wytęsknionych, wyglądanych sowietów. Po klęsce 1 sierpnia jeszcze przez trzy dni Armia Krajowa mogła prowadzić działania zaczepne.
Autor książki przypomina również o braku odpowiedzialności oficerów Armii Krajowej, którzy pozwolili dzieciom walczyć. Miejscem polskich dzieci było boisko sportowe, a nie powstańcze barykady. W jednym tylko obozie dla jeńców wojennych po wojnie znalazło się 550 powstańców poniżej 18-go roku życia, w tym 49 poniżej 15-go. Wszystkie dzieci , które tak lekkomyślnie zmarnowano w Powstaniu Warszawskim, były potrzebne Ojczyźnie po wojnie.
Uczestnik powstania Jan Ciechanowski pisał: „Leży tam pokotem kwiat warszawskiej młodzieży, kwiat Armii Krajowej, leży batalion za batalionem, kompania za kompanią, pluton za plutonem, leżą tamci, których dzisiaj tak nam brakuje”. Bezsensowna, męczeńska śmierć najwspanialszych, najbardziej patriotycznych naszych dzieci jest plamą na honorze AK.
Konsekwencją wybuchu Powstania Warszawskiego było wydanie przez Hitlera rozkazu zrównania polskiej stolicy z ziemią i wymordowanie jej mieszkańców.
1 sierpnia 1944 roku rozpoczęła się droga krzyżowa miliona Polaków , która do dzisiaj jest starannie przemilczana przez piewców Powstania Warszawskiego. Cywilni mieszkańcy stolicy byli największym , obok oficerów rozstrzelanych w Katyniu, męczennikami polskiej historii. Ci cywile – choć pomijani w rocznicowych przemówieniach – byli nie mniejszymi bohaterami od żołnierzy AK.
Premier III RP podczas uroczystości 74. rocznicy Powstania Warszawskiego powiedział: „ Nie byłoby nas dzisiaj bez Powstania”. To jest wielkie kłamstwo. Powstańcy nie mieli żadnych szans wypędzenia okupanta hitlerowskiego z Warszawy. Wiemy, że politycy „dobrej zmiany” wstydzą się powiedzieć prawdę, że żołnierz radziecki i żołnierz polski wypędzili okupanta nie tylko z Warszawy, ale też i z Polski – dlatego tu jesteśmy na tej uroczystości, bo kominy krematoriów przestały dymić.
Powstańcom należy się wielka cześć i chwała, którzy przez nieudolność i zdradę niektórych dowódców ginęli nie osiągając niczego.

O książce „Kalejdoskop wspomnień” RECENZJA

Książka Wacława Kruszewskiego Kalejdoskop wspomnień to lektura ze wszech miar ciekawa i godna polecenia. Na tę opinię składa się kilka czynników. Autor tomu, ogłoszony swego czasu (1986) przez „Rzeczpospolitą” Polakiem Roku, przez całe swe dorosłe życie pracował „w kulturze”. Był dyrektorem Centrum Kultury i Sztuki Województwa Siedleckiego, któremu podlegały kina (stałe i ruchome) Siedlecki Teatr Kameralny, Biuro Wystaw Artystycznych, Pracownia Usług Plastycznych Biuro Informacji Kulturalnej z własnym zakładem poligraficznym oraz Zakład Remontowo-Budowlany Obiektów Kultury. Kruszewski tę instytucję tworzył od podstaw (poświęcił jej także swoja pracę magisterską obronioną na UW). Z czasem rozrosła się ona nie tylko do organizacji życia kulturalnego w szeroko pojętym regionie, ale i przedsiębiorstwa znakomicie prosperującego i samofinansującego się. To dzięki zaradności i zmysłowi organizacyjnemu Autora udało się zorganizować w Sokołowie Podlaskim (1974) koncert zespołu Omego – jednej z największych gwiazd ówczesnej sceny muzycznej. Wszystko to ma swe odzwierciedlenie w treści przedkładanej książki. Nie jest to pamiętnik. Kruszewski od lat pisuje felietony prasowe oparte na swoich doświadczeniach, ale i wychodzących poza nie. Własne doświadczenie jest kluczowe oczywiście, choć ma ono walor bodźca inspirującego Autora do opisów, które przybierają walor generaliów Jest to więc barwna wędrówka po „słusznie minionych” czasach. Pokazuje jednak, iż nie były to lata beztroskiego bezhołowia. Z równą swadą kreślone są zawiłości organizacyjne towarzyszące funkcjonowaniu ośrodków kultury, organizowaniu rozmaitych przedsięwzięć kulturalnych, spotkaniom z żołnierzami Armii Krajowej, jak i odbudowy zabytków. Barwna, żywiołowa narracja podana literacką polszczyzną okraszona jest mnóstwem zabawnych anegdot. Całość zatem, mimo, iż dotyczy głównie regionu, wychodzi swą wymową poza jego ramy. Łatwo bowiem zauważyć, że oddając się opowieściom Kruszewskiego przekraczamy ów przełom Mazowsza i Podlasia, wszak opowieść przybiera polor generaliów – ogólnej opowieści o kulturze lat powojennych.

 

„Bieguni” albo furtka ocalenia

Nie wszystkich zachwycił sukces Olgi Tokarczuk, której powieść „Bieguni” wyróżniona została prestiżową MAN Booker International Prize.

 

Prawica znowu ma kłopot. Z trudem zniosła cios, jakim była nagroda reżyserska dla Pawła Pawlikowskiego za film „Zimna wojna” na festiwalu Cannes. Teraz trzeba mężnie znieść Tokarczuk, którą już zdążono mianować wrogiem publicznym. Nie będę tu powtarzać obrzydliwego hejtu, jaki wylał się nią po „Księgach Jakubowych”. Teraz też „niezadowoleni” pomrukują. Bardzo ich ten Booker uwiera. Tymczasem warto się bezinteresownie cieszyć tą nagrodą, która nie tylko Oldze Tokarczuk, ale polskiej literaturze współczesnej może się dobrze przysłużyć.
Jak wiadomo, zainteresowanie budzi zainteresowanie, a „Bieguni” takie wielkie zainteresowanie wzbudzili. Przewodnicząca jury, Lisa Appignanesi powiedziała, że powieść Tokarczuk idealnie oddaje specyfikę naszych czasów: „Wszyscy jesteśmy w jakimś sensie migrantami, którzy gdzieś zmierzają, a coś innego pozostawiają. Ta książka przepełniona jest jednocześnie poczuciem straty, jak i pragnieniem ucieczki”.

 

Apetyt czytelniczy

jaki wzbudziła ta właśnie opowieść Olgi Tokarczuk nie jest łatwy do wyjaśnienia. Nie mamy przecież do czynienia ani z trzymającym w napięciu wątkiem kryminalnym (choć tajemnica pojawia się od czasu do czasu), ani z romansem, ani tym bardziej charakterystycznym dla współczesnej powieści nieokiełznanym erotyzmem. Przeciwnie, opowiada się tu proste i rozmaite historyjki, przeplatając je uwagami o literaturze, podróżach, życiu w ruchu i nieśmiertelności ciała (to nie błąd, właśnie tak: ciała, a nie duszy).

Oto na jakiejś chorwackiej wyspie młodemu letnikowi z Polski giną z oczu żona i maleńki syn. Podejmuje daremne poszukiwania. Potem szuka ich cała wyspa, napięcie gwałtownie rośnie, ale w tym momencie autorka przerywa opowieść, potrafi gospodarować emocjami i wie, kiedy w serialu powinien pojawić się koniec odcinka.

Albo rozpocząć ma się pokaz sekcji zwłok w niderlandzkim mieście. Prowadzić pokaz będzie z niebywałą gracją Federik Ruysch. Przybyli tłumnie mieszczanie, wykupiwszy drogie bilety, w napięciu obserwują maestrię maga-anatoma, powodowani nieprzepartą gorączką wiedzy. Bo, jak powtarza Tokarczuk, „widzieć, to wiedzieć”.

Albo z pozoru nieuważne spotkanie z wielbicielem Ciorana, który metodą na chybił trafił cytuje kilka zdań ze swego mistrza, a wśród nich takie, które mogłoby być mottem jej powieści: „nasza misja polega na wznoszeniu kurzu w poszukiwaniu jakiejś niepoważnej tajemnicy”.

Albo wyrafinowane wykłady pewnego emerytowanego profesora na pokładzie statku przemierzającego szlaki między greckimi wyspami o dawnych bogach, w szczególności tych zapomnianych. I przypadkowe zderzenie z jakimś jachtem, które kładzie kres tym ekstrawagancjom.

Albo… Rzeczywiście jest tak, jak napisał wydawca na okładce: „Ta powieść nie ma granic – dzieje się na całym świecie”.

Między tymi dwoma modelami świata: nieruchomym, wiecznym, zamkniętym w preparatach, nieulegającym prawom natury, zawsze świeżym i łudząco wiecznie żywym, i tym w bezustannym ruchu, zmienności, popłochu ucieczki przed stabilnością rozpina pisarka swoją planszę gry z czytelnikiem. Inkrustuje je drobnymi zapiskami, które tworzą mapę nieustannej podróży, dosłownej i intelektualnej – podróży po miejscach, głównie lotniskach, ludziach i ideach.

Na pierwszy rzut oka mamy do czynienia

 

z dziełem rozkapryszonym

które samo siebie komentuje, odchodzi od tematu, często zmienia tempo opowieści i jej kierunek. Przypomina to kompozycję sternowską. To właśnie Laurence Sterne „Życiem i myślami JW Pana Tristrama Shandy” (1759-1767) dał początek rewo­lucji formal­nej – jawnie podeptał klasycy­styczne wzor­ce, poddając akcję powieści kapryśnej woli narra­tora, jego subiektywnym skojarze­niom, poświęcając wiele miejs­ca refleksji autotematycznej. Jako pierwszy wprowadził tu zaczątki tzw. strumienia świadomo­ści. Tokarczuk idzie w jego ślady, wierna przede wszystkim swojej intuicji i pojawiającym się skojarzeniom.

Toteż w „Biegunach”, opowieści poddanej najwyraźniej poetyce ruchomej anegdoty, w której zasadą jest odrzucenie zasad, narratorka, a jej śladem czytelnik porusza się jak na szachownicy. Nigdy jednak nie wie, która figura znajdzie się w grze. Czy to skoczek, czy wieża, czy zwykły pionek, a może goniec albo królówka. Kombinacji jest mrowie, ale to nieprawda, że powieść złożona z rozbudowanych opowiadań, krótkich esejów i aforyzmów to „model do składania”, że można by tę konstrukcję rozrzucić, jak Różewiczowską „Kartotekę” i złożyć z powrotem w dowolny sposób, nawet jeśli niektóre fragmenty, opowiadania mogłyby istnieć samodzielnie. Układ ma tutaj jednak swoje znaczenie, a energia i zwrotnice w grze wydają się solidnie przygwożdżone do podłoża.
Pisarka nie porzuca swoich opowieści, wraca do nich i rozwija potem albo coś dopowiada, albo wreszcie w lustrze innej opowieści wyjaśnia sens anegdot już zamkniętych. Jest to więc konstrukcja misterna, acz sprawia wyrażenie luźnej, wręcz dowolnej. Przy czym Tokarczuk

 

zastawia pułapkę na czytelnika

który początkowo zdezorientowany, z czym ma właściwie do czynienia (pamiętnikiem z nieustającej podróży, zbiorem zapisków czy wpisów na blogu, kolekcją opowieści z różnych stron świata) w pewnym momencie czuje się pochłonięty przez ten strumień wędrujących myśli i refleksji, które jednak na koniec doprowadzą go do puenty. I to go pcha do namiętnej lektury, dlatego nie może przerwać, bo silnie wierzy, że wreszcie rozszyfruje zasadę tego dzieła, że jego wytrwałość zostanie nagrodzona. Czasem opowieść skrzy się humorem, czasem ujmuje gorzką refleksją, czasem reporterską obserwacją, naukową bez mała diagnozą i psychologiczną prawdą.

W ostatnim fragmencie opowieści – „Boarding” – narratorka obserwuje w sali odlotów mężczyznę w średnim wieku, między czterdziestką a pięćdziesiątką, który czekając na zapowiedź odlotu wyciąga zeszyt i poczyna robić jakieś notatki. „Więc i ja wyciągam swój dziennik pokładowy – pisze Tokarczuk – i zapisuję tego piszącego mężczyznę”. I po chwili autorka wzywa wszystkich podróżujących do podobnego działania” „Będziemy zapisywać, to najbezpieczniejszy sposób komunikacji, będziemy się wzajemnie zamieniać na litery i inicjały i uwieczniać na kartkach papieru, będziemy się plastynować, zatapiać w formalinie zdań”. A więc na tym to polega! Bezruch i ruch w jedności, nieugięta trwałość w nieustającej zmianie. „Będzie tu wszystko”, konstatuje z pewnym triumfem pisarka, choć jedno pytanie jeszcze ją niepokoi: „Kto to przeczyta?”

Tak więc na koniec docieramy do zasady tej opowieści – to ma być

 

opowieść kompletna

Nietrudno znaleźć patrona tej szalonej idei. To polski, prowincjonalny encyklopedysta, wyśmiewany ksiądz Benedykt Chmielowski (powróci potem w powieści Olgi Tokarczuk „Księgi Jakubowe”). Jego „Nowe Ateny” dziesięcioleciami obśmiewano. Ale Tokarczuk autora „Nowych Aten” nie wyśmiewa. Nazywa go „Józefem Flawiuszem okrytej mgłą prowincji, Herodotem obrzeży świata”, wydaje się urzeczona jego wytrwałością gromadzenia kompletnej wiedzy o świecie. On ją zdobywał nie opuszczając o krok swojego domostwa. Olga Tokarczuk to zadanie symbolicznie przekazuje biegunom. Sama się nim czuje, przeczuwa, że i Chmielowski był skrytym biegunem, choć się prawie nie ruszał z domu.

Gdzieś w połowie drogi-opowieści narratorka (autorka?) wyzna mimochodem: „Opowieść ma swoją bezwładność, nad którą nie można nigdy do końca zapanować. Domaga się takich ja – niepewnych siebie, niezdecydowanych, łatwych do wywiedzenia w pole. Naiwnych”.

Bieguni to ludzie, którzy nie mogą usiedzieć, których gna w świat, którzy – w dawnych czasach – porzucali rodzinę i majątek i wyruszali, aby zbiec przed złem. Współcześni bieguni, nieustanni wędrowcy, też szukają bezpiecznych miejsc, a wciąż ich nie znajdując, wierzą, że kiedyś, może „tym razem będzie to właściwy czas i właściwe miejsce”. To jest ostatnie zdanie dzieła Tokarczuk. Otwarta furtka ocalenia.

Faraon A.D. 2017

„Faraon” Bolesława Prusa najwyraźniej przeżywa renesans zainteresowania ze strony badaczy literatury. Kilka lat temu (2014) ukazała się bibliofilska edycja dzieła ze wspaniałymi, barwnymi ilustracjami Edwarda Okunia, wzbogacona o zbiór esejów poświęconych powieści. Dwa z nich napisał profesor Andrzej Niwiński, egiptolog i wydawca tomu, a autorką jednego z kilku esejów, zatytułowanego „Opus magnum Bolesława Prusa” była Roksana Blech. Stanowił on krótką, dziesięciostronicową syntezę, resume problematyki „Faraona”. Trzy lata później otrzymaliśmy od Roksany Blech obszerne studium monograficzne „O „Faraonie” Bolesława Prusa”.

Wyjaśniając we wstępie, dlaczego właśnie ta powieść jest obiektem jej fascynacji i analiz badawczych autorka podaje dwa powody. Po pierwsze, choć może się to wydać dziwne, mimo upływu 120 lat od ukazania się dzieła, nie zostało ono nigdy dotąd dostatecznie wnikliwie i obszernie przeanalizowane. Po drugie – jak pisze autorka studium – „dzieła takiej klasy jak „Faraon” nie da się oczywiście raz na zawsze przestudiować”, a jego problematyka historiozoficzna, polityczna, socjologiczna, nabiera wraz z upływem czasu nowych znaczeń.

To prawda i dlatego takie studium było bardzo potrzebne, jako że piśmiennictwo badawcze dotyczące twórczości Prusa zawiera jak dotąd jedynie trzy obszerne studia analityczne poświęcone „Faraonowi” – obszerny rozdział w ramach syntezy Zygmunta Szweykowskiego „Twórczość Bolesława Prusa” (1947) oraz studium „Faraon” Bolesława Prusa” Janiny Kulczyckiej Saloni (1967). Jak wskazuje metryka obu tych prac, 70 i 50 lat, był już najwyższy czas, by ponownie, ze współczesnej perspektywy, przyjrzeć się dziełu. Tym bardziej, że jak słusznie zauważa w zakończeniu autorka, nie tylko „Lalka” była powieścią „z wielkich pytań naszej epoki”, ale „Faraon” także, choć innych rejestrów cywilizacji dotyczył.

Każdy z sześciu rozdziałów studium Roksany Blech poświęcony jest kolejno: recepcji czytelniczej powieści, kompozycji i narracji, Prusowi jako uczonemu, czyli czasowi i przestrzeni akcji „Faraona”, Prusowi jako artyście, czyli piętnastu najważniejszym stworzonym przez niego postaciom (dramatis personae) oraz przynależności gatunkowej „Faraona”, przynależności wielostronnej, bo dotykającej gatunków powieści historycznej, historiozoficznej, o państwie, alegorycznej i socjologicznej. Dodam od siebie, że wśród szczegółowych ujęć gatunkowych powieści można znaleźć choćby ujęcie „Faraona” jako powieści o wojsku i wojskowości, a sama Roksana Blech pisała też o wątkach sensacyjnych w tym dziele, stykających je zatem, w pewnej wąskiej, wyodrębnionej warstwie, z jednym z gatunków prozy popularnej.

Przyznam, że czytałem frapujące studium Roksany Blech z wielką przyjemnością – mając w pamięci dzieło Prusa i nakładając na nie zmiennoogniskowe obiektywy badawcze Autorki.

 

Roksana Blech –„O „Faraonie Bolesława Prusa. Studium monograficzne”, Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, Gdańsk 2017, str. 276, ISBN 978-83-7865-506-0.