Jednoczyć, a nie dzielić. Z perspektywy 30 lat

19 lipca 1989 roku, Zgromadzenie Narodowe wybrało gen. Wojciecha Jaruzelskiego na Prezydenta Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Po wyborach w Waszyngtonie powstało powiedzenie, że „Jaruzelski został wybrany, nie jednym głosem większości w polskim parlamencie, ale sześcioma – Papieża w Watykanie, Gorbaczowa w Moskwie, Wałęsy w Gdańsku oraz trzema głosami Busha. Dlaczego aż trzema? Bo oddanymi przez niego w Waszyngtonie, w Warszawie i w Gdańsku”.

Właśnie mija 30 lat. Oto kilka refleksji Generała o swojej prezydenturze, które prezentował podczas różnych spotkań i wywiadów prasowych. Co Państwo o tym myślicie?
1. Poprzez proces prowadzący do Okrągłego Stołu, a następnie prezydenturę i pokojowe przekazanie władzy – najbardziej dobitne wykazaliśmy, iż tamtą ustrojową kartę oceniamy krytycznie, że powinna zostać zamknięta.
2. Pierwszy prezydent niepodległej Polski po sześciu dniach urzędowania został zastrzelony w Zachęcie. Drugi wypędzony z Belwederu przez Piłsudskiego, który tu później urzędował. Trzeci musiał z Polski uciekać przed Niemcami. Czwarty – ściągnięty z pomników – pozostaje w niesławie. Naczelnik państwa posądzony o to, że ukradł klejnoty koronne i miał tajną linię telefoniczną do Tuchaczewskiego. Ja więc – Drodzy Koledzy – powtarzam sobie i moim rozmówcom, że nie jestem jeszcze w najgorszej sytuacji. Ale poważnie mówiąc – rozumiem ten swój obowiązek w kontekście obecnej sytuacji międzynarodowej. Kiedy prezydentem Republiki Federalnej Niemiec jest kapitan Wehrmachtu, to może nie jest źle, że prezydentem Polski jest porucznik zwiadu, który w maju 1945 roku był w Berlinie. (są tutaj dziennikarze; proszę, żeby nie zrobiono z tego afery dyplomatycznej, bowiem prezydent Weizsäcker jest wybitnym, godnym szacunku i życzliwym dla Polski politykiem). Mówię o symbolice, o pewnej wymowie tego faktu dla naszego kraju i naszego narodu, który wniósł tak wielki wkład w zwycięstwo nad faszyzmem.
3. Były Prezydent Stanów Zjednoczonych George Bush, w swoich pamiętnikach pt. „Świat przekształcony”, m.in. pisze: „Po przybyciu do Belwederu, to, co miało być dziesięciominutowym spotkaniem przy kawie, przekształciło się w dwugodzinną dyskusję. Jaruzelski (…) mówił o swojej niechęci kandydowania na fotel prezydenta i pragnieniu uniknięcia wewnętrznych konfliktów, tak Polsce niepotrzebnych. (…) Powiedziałem, że jego odmowa kandydowania może mimo woli doprowadzić do groźnego w skutkach braku stabilności i nalegałem, aby przemyślał ponownie swą decyzję. Zakrawało to na ironię, że amerykański prezydent usiłuje nakłonić przywódcę komunistycznego do ubiegania się o urząd publiczny. Byłem jednak przekonany, że doświadczenie jakie posiadał Jaruzelski stanowiło najlepszą nadzieję na sprawne przeprowadzenie zmian okresu przejściowego w Polsce”. Gorbaczow też mnie zachęcał,
telefonicznie.
4. Byłem jedynym kandydatem – i wybrano mnie jednym głosem przewagi. Ileż było z tego powodu kąśliwych uwag i kpin! Tym bardziej, iż nie było tajemnicą, że ten jeden głos zawdzięczałem wczorajszym przeciwnikom z Solidarności. Pocieszam się gorzko, że także wiele innych równie ważnych, jeśli nie ważniejszych historycznych decyzji podjęto większością jednego głosu. Skazanie na śmierć Ludwika XVI, utworzenie III Republiki we Francji, wybór Konrada Adenauera na kanclerza – żeby nie szukać już innych przykładów. Tak: to było upokorzenie. Nigdy go nie zapomnę. I nie mam zamiaru niczym tego głosowania upiększać, tłumaczyć, interpretować. Zapłaciłem za wszystko, za co odpowiadałem i za wszystko, w czym nie brałem udziału.
5. Z historii wszystkich krajów nauczyliśmy się, że lepiej jest nie w pełni wykorzystywać uprawnienia, aniżeli ich nadużywać. Wykorzystuję je w takim stopniu, jak to uważam za stosowne. Nie było sytuacji, w której dochodziłoby do konfliktu we współpracy pomiędzy mną – prezydentem, a rządem. Mamy wspólny mianownik, jakim jest dobro Polski, i z tego punktu widzenia, współpraca układa się bardzo dobrze. Jak powszechnie wiadomo, podeszliśmy do siebie z dwóch odmiennych kierunków, z różnych stron politycznej barykady. Były różne uprzedzenia, urazy, lecz muszę przyznać, że bardzo szanuję premiera Mazowieckiego, który potrafił wznieść się ponad te uczucia. Jest to bardzo mądry, prostolinijny człowiek. Cieszy się dużym zaufaniem społeczeństwa.
6. Jak wiadomo, rola arbitra polega na godzeniu, na aktywnym zbliżaniu zwaśnionych stron. Ja w obecnym, „wewnątrz solidarnościowym” sporze nie mogę oczywiście odgrywać takiej roli. Nie mogę i nie zamierzam. Wyrosłem bowiem z innego nurtu, a to że dziś jestem prezydentem stanowi efekt wspólnie ustalonego kompromisu. Zakładał on, że mogę i powinienem przyczynić się do tego, aby Polska przeszła przez okres głębokich zmian i przekształceń, bez poważniejszych zakłóceń. Myślę, iż jak dotąd roli tej nie uchybiłem
7. W kilka miesięcy po objęciu przeze mnie urzędu prezydenta, zwróciło się z prośbą o audiencję dwóch obywateli z Podlasia: senator Kraszewski – (zresztą z ramienia Solidarności) oraz pan Kaczyński (nie z „tych Kaczyńskich”). Zgodziłem się ich przyjąć, zastanawiając się, co ich sprowadza do Belwederu. Po wymianie uprzejmości, „dwaj panowie K” wyjawili mi dość zdumiewający powód swojej wizyty. Otóż obaj pochodzili z okolic Trzecin, dawnej posiadłości naszej rodziny. Zostali poproszeni przez mieszkańców tamtych stron, aby osobiście sprawdzili, czy lokator Belwederu jest rzeczywiście tym „małym Jaruzelskim”, którego wielu pamiętało jeszcze sprzed wojny. Po Podlasiu bowiem krążyły uporczywe pogłoski o tym, iż „prawdziwy Jaruzelski” zginął w Związku Radzieckim, zaś Rosjanie zastąpili go kimś innym. Chyba udało mi się Podlasian przekonać, że to jednak ja jestem tym prawdziwym Jaruzelskim.
8. Wysuwane wobec mego urzędu prezydenta obawy i podejrzenia sprawiły, że przyjąłem postawę powściągliwą. Dbałem o to, aby moje działania nie zostały zinterpretowane jako przerost aspiracji, a tym bardziej chęć opóźnienia czy zablokowania reformatorskich prądów. Dlatego też zaskakujące jest, że dzisiaj, a więc po kilku zaledwie miesiącach słyszę z kolei pretensje, że jestem niedostatecznie aktywny, że jestem bierny. Powtórzę raz jeszcze-nie wyjdę poza ramy konstytucyjne. Nie jestem również człowiekiem, który chce być na pierwszym planie, który szuka poklasku. Jestem aktywny, ale nie hałaśliwy. Środki masowej informacji też nie wydają się być zainteresowane, abym w sposób bardziej wyrazisty przedstawiać moją działalność.
9. Pragnę przypomnieć, że jesienią ubiegłego roku, organy prasowe otwarcie popierające, czy zbliżone do Lecha Wałęsy, wyrażały obawy, czy prezydent nie jest swego rodzaju super-rządem, władzą dysponującą dużymi prerogatywami, mogącą zagrozić dokonywanym zmianom. W swej działalności kieruję się uprawnieniami, jakie daje mi Konstytucja. Ani mniej, ani więcej, a na pewno nie więcej. Stoję na granicy ścisłego przestrzegania ustawy zasadniczej, jestem zdecydowanie przeciwny jakimkolwiek jej naruszeniom. (1990)
10. Padają nieraz pod moim adresem zarzuty, że byłem prezydentem nie korzystającym w pełni z przysługującej mi władzy. Postępowałem tak rozmyślnie. Pierwsze miesiące mojej prezydentury przypadły na okres załamywania się „realnego socjalizmu” we wszystkich krajach Układu Warszawskiego. Waliły się filary obozu socjalistycznego, w końcu rozpadł się symbol nad symbole – mur berliński. W tym okresie sam sobie wyznaczyłem rolę. Pragnąłem zagwarantować Ojczyźnie pokojowe, cywilizowane, godne jej historycznych tradycji przemiany ustrojowe. Chciałem, by na naszej pokojowej ewolucji mogły się wzorować inne kraje byłej wspólnoty. I nie ulega wątpliwości, że zarówno Pradze, jak Budapesztowi czy Sofii daliśmy przykład i dowód, że można zmieniać ustrój bez przelewu krwi. Jeśli we wszystkich tych krajach, prócz Rumunii, milicja i wojsko nie podejmowały prób przeciwstawienia się siłą zachodzącym zmianom, to zapewne także dlatego, że „polski wzorzec” był bardziej atrakcyjny. Wskazywał, że przemiany mogą się dokonywać bez stosowania przemocy.
11. Kiedy wyczułem, że Lech Wałęsa się niecierpliwi, a jego otoczenie pobudza odpowiednie nastroje, wyraziłem chęć odejścia. Rozmawiałem na ten temat jeszcze wiosną 1990 roku z Tadeuszem Mazowieckim, z niektórymi działaczami Solidarności, a także z bliskimi mi politycznie osobami. Odradzano mi, zachęcano do pozostania. 16 sierpnia spotkałem się w Częstochowie na Jasnej Górze z Prymasem Polski. Również postawiłem ten problem. 19 września, w siedzibie Prymasa, w obecności Lecha Wałęsy oraz grona czołowych ówcześnie polityków, poinformowałem o gotowości skrócenia kadencji.
12. Kierując się nadrzędną racją narodu i państwa, zdecydowałem się przeciąć tę osobliwą dyskusję o prezydencki fotel, proponując skrócenie mojej kadencji. Moja decyzja wypływa z oczywistej potrzeby jednoczenia, a nie dzielenia narodu. Wyszedłem więc naprzeciw oczekiwaniom niektórych członków parlamentu oraz części społeczeństwa, aby zdjąć niepotrzebne emocje. Liczę, że takie właśnie, racjonalne i kulturalne rozwiązanie będzie w efekcie korzystne dla przyszłego, wybranego w powszechnych wyborach prezydenta.
13. Z własnej inicjatywy odszedłem ze stanowiska prezydenta. Oceniłem, że Polska przeszła ewolucyjnie, pokojowo okres głębokich, kluczowych zmian. Dalszy proces transformacji może odbywać się już pod innym przywództwem. Lech Wałęsa niecierpliwie oczekiwał na ten moment. Nie chciałem takiej rywalizacji. Swoją rolę spełniłem.
14. Złożyłem wniosek o skrócenie kadencji prezydenckiej, kierując się nadrzędną racją narodu i państwa. Ta inicjatywa nie została wymuszona jakąś awaryjną sytuacją. Uważam, iż obecny układ polityczny funkcjonuje normalnie, a współpraca prezydenta z parlamentem i rządem jest dobra. Ale czas płynie. Moim głównym zadaniem było gwarantowanie bezpieczeństwa, ewolucyjnego charakteru przemian – swego rodzaju „miękkie lądowanie”. Kierunek reform stał się już nieodwracalny. W tej sytuacji można dokonać kolejnego kroku w procesie demokratyzacji państwa. Tym krokiem powinny być powszechne wybory prezydenckie, a następnie parlamentarne. Liczę, że takie właśnie, racjonalne i kulturalne rozwiązanie będzie w efekcie korzystne dla przyszłego, wybranego w powszechnych wyborach prezydenta.
Moja decyzja wypływa z oczywistej potrzeby jednoczenia, a nie dzielenia narodu. Wyszedłem więc naprzeciw oczekiwaniom niektórych członków parlamentu oraz części społeczeństwa również dlatego, aby zdjąć niepotrzebne emocje w czasie, gdy państwu, narodowi potrzebny jest zbiorowy wysiłek, racjonalne reformy, efektywne działanie władzy.
Tu moja – GZ – uwaga, jako ostatni akcent tego tematu. 13 grudnia ukazał się w mass-mediach następujący komunikat: „12 bm. Ksiądz Kardynał Józef Glemp, Prymas Polski spotkał się z generałem Wojciechem Jaruzelskim, Prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej. W rozmowie nacechowanej troską o dobro Ojczyzny, mówiono o problemach, wobec których staje na co dzień Naród Polski i państwo w skomplikowanej sytuacji międzynarodowej. Wyrażono nadzieję, że zjednoczenie wszystkich sił pozwoli przezwyciężyć przeciwności i spotęguje rozwój ku pomyślnej przyszłości naszego kraju. W związku ze zbliżającym się zakończeniem kadencji prezydenckiej gen. Wojciecha Jaruzelskiego, uznano wspólnie za pożyteczne doświadczenia i dorobek wielu dotychczasowych spotkań, służących sprawie Narodu i Ojczyzny”. Zwrócę Państwa Czytelników uwagę – spotkanie to odbyło się dokładnie w 9 rocznicę podjęcia decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego.
15. Jeśli spojrzeć na półtora roku mojej prezydentury, to – jak sądzę – można uznać, że nie spowodowała ona zakłóceń, a wręcz przeciwnie. Starałem się pomagać, sprzyjać premierowi Tadeuszowi Mazowieckiemu, którego bardzo szanuję i z którym współpraca układała mi się bardzo dobrze. Zarówno w sprawach wewnętrznych jak i zagranicznych.
Na zakończenie
O stałych, roboczych i oficjalnych kontaktach Generała świadczy w sumie 26 spotkań z Premierem Tadeuszem Mazowieckim, w tym 14 w Belwederze. Czas tej, zaledwie 1,5 rocznej prezydentury dostarczył faktów i wydarzeń, które w oczach Europy czyniły Polskę nadal zachęcającym przykładem, zaś rozwaga i skuteczność działań Generała świadczyły o postawie Męża Stanu. Że był i pozostanie w pamięci milionów Polaków Generałem „Sapere Aude”, „tym, który odważył się być mądrym”.
Onet.Wiadomości w 2012 r., zapytały respondentów, którego prezydenta darzą największym szacunkiem i dlaczego? Ogółem oddano 10 790 głosów. Z tego:
Wojciech Jaruzelski: 4409 głosów – 41 procent;
Aleksander Kwaśniewski: 2372 głosów – 22 procent;
Generał jest jedynym Prezydentem Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, wybranym pod rządami Konstytucji 22 lipca 1952 r. przez Zgromadzenie Narodowe. Funkcję pełnił do 30 grudnia 1989 roku, czyli przez 165 dni PRL, gdy zmieniono nazwę Państwa na Rzeczypospolita Polska. Jedynym – po zmianach ustrojowych – i zarazem pierwszym Prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej, sprawującym ten Urząd z wyboru Zgromadzenia Narodowego, przez 357 dni, czyli do 22 grudnia 1990 r. Łącznie przez 522 dni.
Żegnając się 11 grudnia 1990 r. z Rodakami, Generał przypomniał, że „Nie jestem ani pierwszym, ani jedynym polskim politykiem-żołnierzem, któremu przyszło nie raz iść pod prąd, podejmować decyzje, nie przysparzające poklasku, zaznać niezrozumienia, bolesnych rozterek, upokorzeń i goryczy”. Prosił ich „o jedno: jeśli czas nie ugasił w kimś gniewu lub niechęci – niechaj będą one skierowane przede wszystkim do mnie”. Dziś, w 30 rocznicę wyboru – można powiedzieć, że zaznał ich ponad ludzką miarę.

Przemówienie Prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego
w Zgromadzeniu Narodowym
20 lipca 1989

Dziękuję za wybór. To dla mnie zaszczyt, lecz zarazem niezwykle trudny obowiązek. Uczynię, co w mojej mocy, aby mu sprostać.
Obejmując urząd prezydenta Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, zwracam się do narodu polskiego – do wszystkich obywateli, którzy swą myślą i pracą tworzą nasz wspólny, społeczny i państwowy byt. Zwracam się do was, obywatele posłowie i senatorowie, którzy stanowić będziecie prawa naszej Ojczyzny. Żyjemy w czasie przełomowym. Stanęły przed Polską wielkie wyzwania.
Musimy przebudować gospodarkę, ukształtować nowy, demokratyczny ład. To zadanie niezmiernie trudne. Wymaga „zestrzelenia w jedno ognisko” wszystkich zasobów energii społecznej, współdziałania wszystkich, reprezentowanych tu sił, w duchu najszerszego porozumienia.
Deklaruję gotowość rzetelnej współpracy z Sejmem i Senatem, z klubami parlamentarnymi, wolę uważnego wysłuchiwania opinii społecznej, zamiar wspierania każdej, służącej interesom kraju obywatelskiej inicjatywy.
Przed nami – ocean spraw. Na czoło wysuwają się materialne warunki życia narodu. One dyktować muszą priorytety naszych działań. Są ważniejsze i pilniejsze niż cokolwiek innego. Musimy wybić się na zdecydowanie wyższą efektywność gospodarczą, a zarazem nie uronić niczego z zasad sprawiedliwości społecznej, z godności człowieka pracy.
Trzeba jak najszybciej wyłonić nowy rząd. Opowiadam się za rządem porozumienia narodowego, zdolnym do sprostania tym wyzwaniom. Dołożę wszelkich starań, aby demokracja stała się siłą, dźwignią rozwoju Polski.
Czeka nas podjęcie prac nad nową Konstytucją. Powinna ona uwzględnić konstruktywny dorobek sił społecznych i politycznych, reprezentowanych w parlamencie. Powinna nakreślić horyzont przemian.
Nie może być bowiem silnego, stabilnego państwa bez głębokich reform. Ale i nie może być skutecznych reform, bez sprawnego, stabilnego państwa. Jego powagi, autorytetu musimy wspólnie strzec.
Pragnę być prezydentem porozumienia, reprezentantem wszystkich Polaków. Chciałbym więc pozyskać również zaufanie tych, którzy wyrażają sprzeciw lub niechęć wobec mojej osoby. Nie jest to zadanie łatwe. Podejmę je, choć nie jest pozbawione goryczy. Mojej, życiowej drogi też nikt nie słał różami. Tym serdeczniej dziękuję za tak liczne, kierowane do mnie słowa otuchy i poparcia. Są one jednocześnie wielkim zobowiązaniem.
Kolejny raz uwaga świata skupia się na Polsce. Dojrzałość, odpowiedzialność naszego narodu stać się mogą cennym wkładem w historię końca XX wieku. Trzeba nam dążyć ze wszystkich sił, aby przebudowa socjalistycznej formacji, przemiany w sytuacji europejskiej owocowały również z pożytkiem dla naszego kraju, dla jego suwerenności i bezpieczeństwa, nienaruszalności granic i pozycji międzynarodowej.
Pomyślność Rzeczypospolitej – to prawo najwyższe. Z najlepszą wolą, zgodnie ze złożonym ślubowaniem będę służył narodowi, służył Ojczyźnie. Tej, która nie zginęła. Tej, która jest – i która będzie!

Proszę Państwa Czytelników o spojrzenie na powyższy tekst przemówienia Generała z perspektywy 30 lat. Zechciejcie zatrzymać swoją uwagę na zamierzeniach, które udało się zrealizować, zastanowić się co sprawiło, że nastąpiły wypaczenia w rozumieniu naszej jakże złożonej przeszłości. Że „dojrzałość, odpowiedzialność naszego narodu stać się mogą cennym wkładem w historię końca XX wieku” – teraz już jego trzeciej dekady. Dlaczego tak trwonimy, niszczymy tę pozycję? Może uda się zahamować ten trend, zmienić kierunek. Proszę – pomyślmy o SLD, PPS, Koalicji Europejskiej na jesienne wybory parlamentarne. To nasza Polaków szansa i okazja na rozumne zmiany, nie zmarnujmy tego!

Gabriel Zmarzliński

 

8 thoughts on “Jednoczyć, a nie dzielić. Z perspektywy 30 lat”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *