Kapsułki Pamięci

„Stadion” i takie inne mecyje
Był rok 1965, miałem osiem lat i mieszkałem w bloku przy ulicy Sierocej w moim rodzinnym Lublinie. Pewnego dnia dwaj panowie ze sklepu ZURT wnieśli do naszego mieszkania cud techniki, a to mianowicie odbiornik telewizyjny marki „Stadion”, produkcji Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Było to wielkie wydarzenie, jako że telewizję widywałem dotąd wyłącznie u sąsiadów. Odbiorniki telewizyjne posiadało wtedy jeszcze relatywnie niewiele rodzin, a banalnym sprzętem codziennego użytku stały się, stopniowo, dopiero wraz z upływem lat. To był zresztą powszechny w tamtych czasach obyczaj – chodzenie na telewizję do sąsiadów. W użytku były małe odbiorniki, beryle, ametysty, korale, topazy, szmaragdy, o ekranach wielkości na ogół 16-17-cali, w drewnianej obudowie, lakierowanej, z modnymi wtedy „słojami”, emitujące ziarnisty, niedoskonale wyraźny, czarno-biały obraz.
Niektórzy zawieszali na ekranie tzw. filtry, ze szkła koloru rudo-miodowego. Podobno miały one dawać namiastkę kolorowego obrazu, choć słyszałem też, że miały na celu chronienie przed jakimś promieniowaniem. Ów miodowo-rudy obraz z zielonkawymi refleksami słabo jednak przypominał kolorowy ekran z kin. W tej postaci podglądałem u sąsiadów z klatki schodowej n.p. niektóre odcinki serialu „Bonanza”, ze słynną płonącą mapą i skoczną melodią w czołówce czy „Przygód hrabiego Monte Christo”, emitowano wtedy i taki serial.
Kiedy telewizor został wyjęty z pudła, zobaczyłem, że ten cud techniki jest mało podobny do znanych mi telewizorów sąsiedzkich. Miał obszerniejszą obudowę, jasną, matową, a ekran mierzył 23 cale, bardzo dużo w porównaniu z mniejszymi ekranikami sąsiadów. Kilku z nich zapukało nawet do naszego lokum i poprosiło o możliwość obejrzenia tego cudu techniki. Oglądali go ze wszystkich stron i cmokali z podziwu.
Nasz telewizor był do tego zagraniczny, bo produkcji NRD (słowo „zagraniczny” brzmiało w tych czasach dumnie i szumnie) i nawet nazwę miał imponującą, kojarzącą się z dużą przestrzenią: „Stadion”, a nie tam jakiś topaz czy beryl.
Jeśli do tego dodać, że od dwóch lat ojciec kłuł oczy sąsiadów naszym wspaniałym autem „Wartburg 312 Standard”, także produkcji NRD, w kolorze seledynowo-białym, którym zajeżdżał z pyrkaniem (typowe dla tzw. dwutaktów, także dla syrenek) na podwórko przed drzwi garażu, to w konkurencji prywatnej techniki użytkowej prowadził w bloku już dwa do zera. Ot taki, drobny rys obyczajowy z dawnych czasów. Nie zapamiętałem bardzo wielu ważniejszych personaliów, wydarzeń i rzeczy z dużo późniejszych czasów, a te, w końcu duperelki, jakoś przykleiły się do pamięci, która jest fenomenem potrafiącym płatać niebywałe figle.
Jak padłem na kolana przed Zbigiem
28 maja 1989 roku, na kilka dni przed sławetnymi wyborami 4 czerwca, czyli w czasie trwania w Polsce epokowej gorączki politycznej, do Lublina zjechał Zbigniew Brzeziński, ikona światowego antykomunizmu, sławny „jastrząb”, były doradca prezydenta USA Jimmy Cartera, ale też silnie współpracujący z Ronaldem Reaganem.
Dziś większość z nas oswojona jest z bezpośrednimi spotkaniami ze sławnymi osobami, atrakcja ta spowszedniała, a poza tym żyjemy w epoce wszędobylskich mediów, które zdążyły nas przez trzydzieści lat oswoić nie z takimi wydarzeniami, ale wtedy, w bardzo innych czasach, wizyta tak sławnej postaci była nie lada sensacją, zwłaszcza w prowincjonalnym jednak Lublinie. W ciepłe, słoneczne przedpołudnie udałem się więc na Katolicki Uniwersytet Lubelski, gdzie w tamtejszej auli miało odbyć się spotkanie gościa z publicznością, która przybyła bardzo tłumnie. Panowała atmosfera wibrującej, wiecowej ekscytacji, w jakiej nigdy wcześniej w życiu się nie znalazłem.
Żyłem kameralnie, a uniesienia lat 1980-1981 jakoś mnie nie chwyciły emocjonalnie (nawet udział w wiecu z Wałęsą na stadionie „Lublinianki” przy ulicy Leszczyńskiego mnie nie podkręcił), a w demonstracjach i emocjach 1982 roku i całego stanu wojennego nie uczestniczyłem, obserwując je jako dość chłodny obserwator. Nawet trzy tygodnie wcześniej, gdy 3 maja 1989 znalazłem się w gęstym tłumie u zbiegu ulic – Krakowskiego Przedmieścia, Kołłątaja i Trzeciego Maja, zgromadzonym wokół pomnika Konstytucji stojącego na obrzeżu placu Litewskiego, także nie zrobiło to na mnie szczególnego wrażenia. Jednak tym razem stało się inaczej.
Ekscytacja tłumu udzieliła mi się mocno, pewnie głównie z uwagi na osobę sławnego gościa. Tłum w auli gęstniał z minuty na minutę. W pewnym momencie dał się słyszeć z zewnątrz sali jakiś narastający pomruk zmasowanych odgłosów i po chwili w drzwiach sali pojawił się sławny „Zbig”, elegancki, sprężysty sześćdziesięciolatek w nienagannie skrojonym garniturze.
Wniósł powiew wielkiego świata. Nie tyle wszedł, ile zgrabnymi susami człowieka wysportowanego wskoczył na podium wznosząc rękę w rytmie machającym, z palcami dłoni rozcapierzonymi w kształt „V”, sławnego „zajączka”. Sala zareagowała radośnie i powitała go burzliwymi, rzęsistymi oklaskami. Stałem na górnej galerii i obserwowałem scenę z wysokości poziomu półpiętra.
Nagle, w momencie gdy Zbig wbiegł, nogi dosłownie ugięły się pode mną z wrażenia tak, że musiałem uklęknąć na posadzce. W ułamku sekundy uświadomiłem sobie, że po raz pierwszy w życiu na własnym organizmie doświadczam tego, o czym do tej pory czytałem tylko w książkach i traktowałem raczej jako zwrot stylistyczny („ugięły się pod nim nogi”).
W jednym momencie, nie mogąc utrzymać nóg w pozycji wyprostowanej, osunąłem się, łagodnie, na posadzkę, obok balustrady i przez dłuższą chwilę nie mogłem się podnieść. Bardzo mnie to zszokowało i nawet zawstydziło, sytuacja była tragikomiczna, byłem zaskoczony reakcją mojego organizmu, ale korzystając z gęstej ciżby postanowiłem ją ukryć. Zamarkowałem, że przysiadam na podłodze dla wygody i w celu uzyskania lepszego punktu obserwacyjnego, tym bardziej, że marmurowa balustrada galerii miała od dołu szeroki, ażurowy prześwit, pozwalający patrzeć na salę także z poziomu posadzki.
Zresztą, w atmosferze ogólnej ekscytacji obecnością światowej sławy celebryty politycznego i tak chyba nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Po owacji na stojąco, w której ja uczestniczyłem na siedząco i bez oklasków, zabrał głos młody, pucołowaty ksiądz Alfred Wierzbicki (dziś profesor KUL, znany jako liberalny duchowny, od czasu do czasu zapraszany do TVN w charakterze krytyka PiS i biskupów), zaczynając spotkanie po amerykańsku, od anegdoty. Zacytował mianowicie podpis pod rysunkiem z „New Yorkera”, przedstawiającym siedzących przy stole dwóch zabrudzonych robotników, z których jeden zwraca się do drugiego słowami – „As profesor Brzeziński said…”. Brzeziński zareagował na to dowcipną ripostą: „Ale trzeba dodać, że obaj ci robotnicy byli pijani”, co sala przyjęła huraganowym śmiechem i oklaskami.
Zdaje się, że ten rozluźniający akcent na początek spotkania podziałał korzystnie na moje kończyny. Powstałem i już do końca spotkania utrzymałem się na nogach.
Z Witkacym nad łóżkiem ‘75
W PRL, czyli czasach między innymi mojej szkolnej młodości, zdarzyło mi się kilka razy spędzić zimowe ferie w Zakopanem, w „Zakopcu”, jak się zwykło mawiać. Jeździliśmy tam z kolegami, trochę poimprezować, naśladując tym samym, w skromnym wydaniu, styl życia „złotej młodzieży” tamtych czasów. Za pierwszym razem w na przełomie stycznia i lutego 1975 roku udałem się tam w towarzystwie dwóch miłych kolegów szkolnych, braci Piotrka i Andrzeja.
Po żmudnej zimowej, nocnej podróży pociągiem z Lublina przez Warszawę, dojechaliśmy nad ranem na zakopiański dworzec, a następnie dotaskaliśmy się z bagażami do zarezerwowanej kwatery w willi przy ulicy Żeromskiego. Zainstalowaliśmy się tam w trzyosobowym pokoiku na piętrze. Wieczór dnia przyjazdu uczciliśmy opróżnieniem butelki Jasia Wędrowniczka, nabytej w popularnym sklepie WSS Społem na Krupówkach oraz słuchaniem z kasety muzyki Budki Suflera, w tym majestatycznych brzmień „Cienia wielkiej góry”.
Gdy na zakończenie imprezki postanowiliśmy, zgodnie ze znanym alkoholowym rytuałem, potłuc kieliszki o balustradę balkonu, szklana materia stawiła opór i pomimo kilku naszych usilnych prób, naczynia ocalały, co przyniosło nam pożytek, jako że przez kolejne dni także nie wylewaliśmy za kołnierz.
Nabyte, także we wspomnianym sklepie WSS Społem, kieliszki okazały iście pancerną odporność. Tak hartowało się szkło! Być może nazajutrz zauważyłem, że nad jednym z naszych łóżek, w skromnym, gościnnym pokoju, wisi, oprawiony w tandetną ramkę, portret nieznanej mi postaci, najwyraźniej autorstwa Witkacego. Nie miałem pojęcia czy to oryginał, czy kopia, zresztą o Witkacym miałem wtedy niewiele więcej niż blade pojęcie.
Pewnego dnia, nasz gospodarz, sympatyczny starszy, samotny pan zagadnął nas i wciągnął w pogawędkę, chyba w kuchni, z której korzystaliśmy. Gdy zagadnąłem go o wspomniany obrazek, potwierdził, że to „oryginalny Witkacy” i żartobliwie, z uśmiechem przestrzegł nas, abyśmy „nie próbowali go gwizdnąć”. Przy okazji opowiedział nam o genezie obrazka, który przedstawiał portret ojca jego nieżyjącej już żony, doktora Biruli-Białynickiego, lekarza i przyjaciela Witkacego. Doktor dozował stosowane przez szalonego artystę narkotyki, starając się ograniczyć wiążące się z tym niebezpieczeństwo dla jego życia i zdrowia.
Witkacy odwdzięczył mu się portretem. Po wielu latach, gdy intensywnie zainteresowałem się postacią i twórczością Witkacego, pamięć faktu, że nieco ponad tydzień mieszkałem w czasach młodości w pokoju, gdzie na ścianie wisiał obraz, który wyszedł spod jego ręki, nabrał dla mnie posmaku z lekka mitycznego.