Kapsułki pamięci

Jak wycięli mi … Andrzejewskiego
Żyjemy w czasach, w których życie polityczne transmitowane jest na okrągło, dzień i noc, przez telewizje informacyjne i nawet ci, którzy intensywnie interesują się polityką, zawodowo czy amatorsko, mogą nie raz jeden doznać przesytu. W czasach, gdy byłem licealistą (1972-1977) polityka była dla mnie, w spokojnym Lublinie, czymś odległym, nawet abstrakcyjnym, a centrum władzy PRL, monumentalny gmach Komitetu Centralnego PZPR widywałem jedynie z zewnątrz, podczas rzadkich wycieczek do stolicy. Nie znaczy to, że w ogóle się polityką nie interesowałem.
Zacząłem wtedy zaglądać do gazet i z lubością słuchałem Radia Wolna Europa, motywowany byłem jednak nie tyle nastrojem kontestacyjnym, lecz dlatego, że podobał mi się sensacyjny, ekscytujący styl, w jakim nadawano stamtąd informacje i komentarze. W okresie matur, czyli w maju 1977 moja klasowa polonistka, pani profesor Madzia, zabrała mnie i jeszcze dwoje innych maturzystów, do Radia Lublin przy ulicy Obrońców Pokoju. Mieliśmy uczestniczyć w audycji na temat matur.
Po raz pierwszy w życiu znalazłem się w studiu radiowym, do tego przed mikrofonem i przed redaktorem prowadzącym audycję. Nie pamiętam pytań zadawanych przez dziennikarza ani przebiegu rozmowy, pamiętam jednak, że jedno z nich dotyczyło tematów maturalnych z języka polskiego, a pośrednio szkolnych lektur. I na ten właśnie temat coś tam powiedziałem, nie pamiętam co, ale pamiętam za to, że wymieniłem, w jakimś kontekście, prawdopodobnie w nawiązaniu do lektury szkolnej, jaką był wtedy „Popiół i diament”, nazwisko Jerzego Andrzejewskiego.
A był to początek działania założonego niespełna rok wcześniej opozycyjnego Komitetu Obrony Robotników, którego powołanie pisarz firmował swoim nazwiskiem, czołowym wtedy w przestrzeni literatury polskiej. I kiedy wychodziliśmy ze studia, redaktor, który z nami rozmawiał, podziękował nam za przyjście i z porozumiewawczym uśmiechem powiedział do mnie, że „tego Andrzejewskiego to trzeba będzie wyciąć”. Przyznam, że ta trwająca kilka chwil koincydencja mojej skromnej osoby z nazwiskiem wybitnego pisarza i to akurat wtedy, wydała mi się zabawnym, choć drobnym kaprysem przypadku.
Kilka tygodni później trafiłem na kilka dni do Krakowa, w roli towarzysza podróży kolegi, który przyjechał tu na egzaminy, na wydział aktorski tutejszej szkoły teatralnej. Był początek czerwca i żywa była w tym mieście sprawa śmierci studenta Stanisława Pyjasa, o którą obwiniano SB. Jednak ani mnie ani kolegi ten temat nie zajmował, bo skoncentrowani byliśmy na zwiedzaniu miasta oraz obfitym piciu czerwonego, węgierskiego wina.
Kiedy jednak pewnego dnia siedzieliśmy przy stoliku na Rynku Głównym, przysiadła się do nas nieznajoma młoda kobieta i nagle, ni stąd, ni zowąd zaczęła do nas mówić …. o sprawie Pyjasa. No ładnie… Najpierw ten Andrzejewski, teraz znów Pyjas… Czyżby to koronawirus polityki przymierzał się do mnie, czyniąc pierwsze do mnie podejścia w tych zamierzchłych czasach?

Moje spotkania z ludźmi PRL
Dzieciństwo i część młodości spędziłem w środowiskach rodzinnych i towarzyskich, w których panowała aura raczej niechętna PRL. Nie powiem, że jakaś szczególnie nienawistna, ale na pewno niechętna.
Emocjonalnie ta niechęć mi się nie udzieliła, ale przez lata byłem w kręgu oddziaływania tych nastrojów. I gdyby mi ktoś kiedyś, wiele lat później, powiedział, że w przyszłości zbliżę się ideowo i polubię ludzi ze środowisk dawnej, PRL-owskiej władzy, uznałbym to za nieprawdopodobne.
A jednak tak się stało. Los popchnął mnie w stronę lewicy i to paradoksalnie już po demontażu PRL, po 1989 roku. Także w stronę ludzi starej lewicy PZPR-owskiej, których szczerze polubiłem. Jako dziennikarz „Trybuny” i „Dziś” poznałem i przeprowadziłem dziennikarskie wywiady z wybitnymi, historycznymi postaciami tej formacji, z generałem Wojciechem Jaruzelskim, Kazimierzem Barcikowskim, Arturem Starewiczem, Andrzejem Werblanem, Mieczysławem F. Rakowskim, Jerzym Urbanem, Józefem Tejchmą, Władysławem Matwinem i innymi.
Rozmawiałem też blisko godzinę ze Stanisławem Kociołkiem i nawet proponowałem mu wywiad-rzekę, ale nigdy się na to nie zgodził. Z Mieczysławem Wojtczakiem, w latach siedemdziesiątych pierwszym wiceministrem kultury i szefem kinematografii serdecznie się zaprzyjaźniłem, a naszą przyjaźń pielęgnujemy.
Wspomnę o nich w którejś z kolejnych kapsułek pamięci. Zetknąłem się też z dwiema prominentnymi postaciami PRL-owskiego świata propagandy kulturalnej, Witoldem Fillerem i Grzegorzem Lasotą i o nich wspomnę tym razem. Obaj weszli do prawicowej publicystyki i historiografii PRL z „gębą” – jakże by inaczej – postaci negatywnych, jako ludzie aparatu, przebrzydli komuniści, „czarne charaktery”, ale ja akurat się z nimi zaprzyjaźniłem i zachowuję ich do dziś w serdecznej pamięci, choć odeszli już lata temu.
Pan Witold, który miał opinię „aparatczyka” na niwie kultury, był człowiekiem bardzo inteligentnym, błyskotliwym, utalentowanym, z zauważalną odrobiną cynizmu. Jeszcze z dzieciństwa zapamiętałem go jako autora bardzo lubianego przeze mnie „Wielokropka”, satyrycznego programu telewizyjnego emitowanego w latach 60-tych, z udziałem aktorów Jana Kobuszewskiego i Jana Kociniaka, w którym sam występował w roli narratora przekazującego „słowo wiążące”.
W 1968 roku wystąpił w telewizji, jako publicysta, w audycji dotyczącej zdjęcia z afisza Teatru Narodowego dejmkowskich „Dziadów”, co posłużyło do oskarżenia go, że należał do inspiratorów i adwokatów tej decyzji. Był też autorem m.in. kilku książeczek krytycznie ukazujących działalność Radia Wolna Europa, paryskiej „Kultury” oraz emigracji politycznej na Zachodzie. Żyjąc w młodości w kręgu oddziaływania postaw niechętnych PRL, w najśmielszych snach nie mógłbym wyśnić, że nie tylko poznam kiedyś Fillera osobiście, ale nawet wejdę z nim w miłą zażyłość, będę pisał do jego pisma, a w końcu „załatwię” mu stały felieton w „Trybunie”.
Kiedy Filler dość niespodziewanie zmarł (2009), jego była żona nie do żadnego z jego ekspartyjnych towarzyszy z PRL zwróciła się o wypowiedzenie tzw. słowa nad trumną, lecz do mnie właśnie, który z PRL nie miałem filiacji rodzinnych, organizacyjnych, politycznych czy personalnych, poza tym że się w PRL urodziłem, żyłem, spędziłem młodość i chodziłem do szkół.
Wygłosiłem owo słowo w domu przedpogrzebowym na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach do dość sporego grona osób, z których część od dziesięcioleci znałem z ekranów filmowych, telewizyjnych i fotografii prasowych, m.in. do Bogdana Łazuki, Jana Pietrzaka czy aktorki Elżbiety Zającówny, którzy byli z panem Witoldem zaprzyjaźnieni. Fakt, że to ja, człowiek młodszy o pokolenie i wychowany w innym świecie, a nie żaden ze starych towarzyszy Fillera zostałem poproszony o wygłoszenie tego słowa pożegnalnego nad trumną pana Witolda, było dla mnie nie tylko zaszczytem, ale przede wszystkim zdarzeniem nader paradoksalnym z – by tak rzec – historyczno-politycznego punktu widzenia.
Druga z poznanych przeze mnie postaci to Grzegorz Lasota, krytyk literacki i artystyczny, jeden ze słynnego grona tzw. „pryszczatych”, młodych stalinowskich radykalnych aktywistów w kulturze, autor głośnego wtedy „Kierunku natarcia”, szturmowego dzieła stalinowskiej krytyki literackiej, a w latach 60-tych autor i prowadzący słynny, skądinąd znakomity telewizyjny magazyn kulturalny „Pegaz”. Poznałem go, zaprzyjaźniliśmy się i szereg razy odwiedziłem go w jego niewielkim, a pełnym rozmaitych bibelotów mieszkaniem przy schodkowej ulicy Bugaj, na Starym Mieście.
Pan Grzegorz również był człowiekiem błyskotliwie inteligentnym, z silnym rysem złośliwości, o ogromnej wiedzy, choć nieco oschłym i mrukliwym w porównaniu z elokwentnym Fillerem. Po tym jak zauważył moją pasję do historii kultury, w tym kultury czasów PRL, a i nie najgorsze w końcu oczytanie zakresie, często do mnie dzwonił i konfrontował ze mną różne fakty i personalia. Mówił też, że czasem „wpuszczam mu do mózgu robaka, który go nurtuje dniami i nocami”.
Miał na myśli przytaczane przeze mnie fakty czy personalia oraz pytania, jakie mu zadawałem. Zmarł w 2014 roku, gdy byłem na wakacjach w Rzymie, więc nie byłem na jego pogrzebie, ale jakiś czas później skontaktowała się ze mną znana mi już wcześniej wdowa po nim, bardzo sympatyczna, ciemnoskóra Wenezuelka imieniem Carmen, która w młodości zagrała m. in. epizod w „Rękopisie znalezionym w Saragossie” Wojciecha J. Hasa i pojawiła się w muzycznym filmie „Kulig” a także filmie Jerzego S. Stawińskiego „Pingwin”.
Carmen, z którą się szczerze polubiliśmy, zaprosiła mnie na likwidację mieszkania pana Grzegorza połączoną z rozdawaniem sąsiadom przedmiotów po zmarłym. Miałem obiekcje czy wypada mi brać w tym udział, ale Carmen bardzo rzeczowo przekonała mnie, że nie ma w tym nic niestosownego.
I tak dostałem, jako pamiątkę po panu Grzegorzu, ładny metalowy świecznik-nabijak, wykonany w stylu charakterystycznym dla metaloplastyki lat 60-tych oraz piękny wąskoszyjkowy flakon z zielonego, artystycznego szkła.