
Zatrudnieni na śmieciówkach znów zobaczyli krzywy ryj polskiego peryferyjnego kapitalizmu. Nadwiślański liberał na czele rządu najpierw dokonał ideologicznego striptizu w świątyni biznesu. Teraz zatroszczył się o interes Rafała biznesu. A tyle prawił o mitycznej przedsiębiorczości. Nawet piasek miała zamieniać w złoto. Okazuje się, że tylko tania praca i niskie podatki zrobią z ciebie biznesmena.
Technoprorok, kapitalista, Frankenstein? Szkocki mierniczy, filozof i ekonomista Adam Smith zażartował sobie, że „bogactwo, tak jak zdrowie, nie jest nikomu odbierane”. Elon może swoje bogactwo zawdzięczać własnej przedsiębiorczości, podobnie jak serce jak dzwon treningowi. Ale sprawa się komplikuje, kiedy jakiś John jest współpracownikiem robota w magazynie rozsyłanego po świecie badziewia. Poddany cyfrowemu nadzorowi, zmuszony do nieustannej uwagi i wysokiego tempa pracy, wykonujący te same czynności non stop przez całą dniówkę – w końcu staje się depresyjnym konformistą. Sięga po używki, pojawiają się kłopoty z krążeniem. Pytanie, kto wcześniej i w jakim celu stworzył takie warunki pracy. A te tworzą współcześni stachanowcy kapitalizmu Musk czy Bezos: zatrudnienie poniżej kwalifikacji, ograniczone świadczenia pracownicze, niska płaca. Zarówno starzy, jak i nowi „zbójeccy baronowie” zawsze walczyli i zawsze walczą ze starymi i nowymi luddystami „mającymi lenistwo w genach”.
Podziwiany w czasie rewolucji przemysłowej w Anglii, najbogatszy jej beneficjent Richard Arkwright zaczynał jako balwierz i handlarz. Był przynajmniej wynalazcą maszyny przędzalniczej, tzw. ramy wodnej, a w następstwie fabryki. Z czasem mogła ona zastąpić pracę kilkudziesięciu przędzalników. Zbudował trzy nowe przędzalnie. Stał się wzorem pomysłowego i obrotnego „kapitana przemysłu”, prototypem Frankensteina. Maszyny były bowiem napędzane nie tylko siłą wody, ale też potem i krwią pracowników. To oni stali się dodatkiem do maszyny, tracąc umiejętności zawodowe, autonomię pracy, jakość swojej siły roboczej, oswojony tryb życia.
Krok dalej posunął się współtwórca imperium brytyjskiego „od Kapsztadu po Kair” Cecil Rhodes. Ten wielki „patriota rasy”, był nie tylko przedsiębiorcą i specjalistą od zawierania umów pod presją wojny. Ten diamentowy potentat wykorzystał dla zgromadzenia majątku „tanią niewolniczą siłę roboczą dostarczaną przez rodowitych mieszkańców kolonii” – pisze historyczka Caroline Elkins.
Finałem tej drogi okazała się taśma produkcyjna. Tutaj stopniowo pracę ludzi zastępowały maszyny. Dzięki nim stał się dostępny milionom nowy towarzysz życia – samochód. 15-milionowy egzemplarz opuścił ówczesną maszynerię zysku już w 1927 r. Działo się to w fabryce Henry’ego Forda w Dearborn w stanie Michigan. Ford chciał być „sługą milionów”, gardził giełdziarzami i handlarzami długów, nie chciał spółek, w których „finanse biorą prym przed pracą” – jak sam wyznał. Ale musiał ulec konkurentowi, dla którego biznes to była tylko czysta gra robienia pieniędzy. Tak traktował biznes największy jego konkurent Alfred Sloan stojący na czele General Motors Company. Kierował się maksymą, że podstawowym celem korporacji jest robienie pieniędzy, a nie jedynie produkcja samochodów. Niewiele do zdrowego rozsądku kapitalisty dodał Milton Friedman – czczony w Polsce współtwórca doktryny neoliberalnej. Zysk, zysk ponad wszystko.
Urojenia ekonomii. Big techy Elona Muska stanowią tylko swoiste domknięcie fenomenu kulturowo-gospodarczego, jakim jest w istocie kapitalizm. Jak to możliwe, pytał Keynes, że ludzie masowo oddają władzę nad własną przyszłością typom zafiksowanym na kumulacji majątku i władzy, osobom psychotycznym, bez empatii i liczenia się z kosztami społecznymi i ekologicznymi swoich biznesowych pasji, fobii, obsesji? Po dyskusji ze studiującą młodzieżą też nie wiem dlaczego. Wiem natomiast, że kapitalizm, by trwać – musi korzystać z taniej pracy produkcyjnej i taniej pracy reprodukcyjnej kobiet, z taniej żywności, z taniej energii i minerałów. Słowem, prosperuje dzięki eksploatacji ludzi i przyrody. A także tanich odpadów. Przyroda stała się śmietnikiem pozostałości po radosnej produkcji i konsumpcji.
O ideologiczną legitymację postarali się wierzący ekonomiści – tacy sami spryciarze jak technobuce. Najpierw trzeba było oddzielić człowieka od natury, rozum od materii niższego sortu – ziemi, jej darów, w końcu ludów nieznających Pana. Dzieła tego symbolicznie dokonał Kartezjusz. Nowy, prometejski Człowiek miał stać się dzięki wiedzy o przyrodzie jej „panem i posiadaczem”.
Następnie klasycy ekonomii politycznej uznali „wspaniałomyślność” przyrody, która za darmo obdarza kapitalistę swoimi darami – ziemią, minerałami, nośnikami energii. Np. cena węgla odpowiada wyłącznie kosztom jego wydobycia, magazynowania czy transportu. Francuski przedsiębiorca i ekonomista Jean-Batiste Say mówił, że „nie kupuje się wcale prawa do korzystania z powietrza, wody ani tych wszystkich innych dóbr, które istnieją w przyrodzie w ilości nieograniczonej. (…) Skoro źródło tych środków jest niewyczerpane, nie mają one ceny”. Taką moc produkcyjną miała darmowa woda rzek, wiatr, słońce.
Efektem tych poglądów było rozumienie „rzadkości dóbr”, które miały zaspokajać nieograniczone potrzeby oczekujących na rewolucję szczęścia. „Rzadkość dobra” dla tej nibynauki to tylko jego brak na rynku, kiedy popyt przewyższa podaż. „Wartość dobra” z kolei to jego użyteczność – nie zaś, jak u Smitha czy Marksa, przeciętny czas pracy konieczny do jego wytworzenia. I w końcu zatryumfowało jedyne kryterium racjonalności ekonomicznej: maksymalizowanie stopy zysku czy stopy procentowej. Gdyż koszty „zewnętrzne” kreatywnej przedsiębiorczości podlegają internalizacji – po ludzku: są ponoszone – na poziomie całego społeczeństwa i planety. Dlatego „rynkowe” ceny dóbr nie mówią całej prawdy o ich kosztach.
W tej sytuacji Musk może rozwijać swoje biznesy bez względu na koszty społeczne i ekologiczne: elektryki, turystykę kosmiczną, konstelację satelitów okołoziemskich, AI. Wszystkie one przynoszą głupiemu radość, lecz przyśpieszają kryzys planetarny.
Nieboskłon wg Elona. I tak elektryki, które produkuje firma tytana biznesu, wyposażone są w akumulator ważący około 450 kg. Zawiera on 11 kg litu, prawie 14 kg kobaltu, 27 kg niklu, ponad 40 kg miedzi i 50 kg grafitu. Do tego 181 kg stali, aluminium i tworzyw sztucznych. Nic więc dziwnego, że do ich uzyskania trzeba przetworzyć 40 ton rud. Co gorsza, ze względu na małą koncentrację wielu pierwiastków tonaż szybko wzrasta: do 225 ton surowców pierwotnych. Więc gdyby faktycznie elektryki miały zastąpić samochody z napędem spalinowym choćby w połowie, będzie trzeba większego spustoszenia litosfery planety. Według szacunku kanadyjsko-czeskiego uczonego Václava Smila, do 2050 r. przemysł będzie potrzebował 18–20 razy więcej litu, 17–19 razy więcej kobaltu, 28–31 razy więcej niklu. Większości pozostałych materiałów –15–20 razy więcej niż obecnie. Ale samochody autonomiczne są tylko wstępem do kolejnej militaryzacji pola walki: wkrótce będą ze sobą walczyć autonomiczne czołgi, samoloty, statki. Nie bez powodu Pentagon od dekad współfinansuje innowacje wykorzystujące technologie półprzewodnikowe i sztuczną inteligencję.
Musk ma też ambicję podboju kosmosu. Na razie to oferta turystyki kosmicznej. Trwa wyścig między nowymi żeglarzami przestworzy: Muskiem, Bezosem i Bransonem. Ale zabaweczka jego firmy SpaceX – rakieta Falcon 9 – w trakcie lotu do Międzynarodowej Stacji Kosmicznej zużywa 147 ton nafty oraz 341 ton ciekłego tlenu. Wytwarza ślad węglowy równy 600 tonom ekwiwalentu dwutlenku węgla (CO2e). Idol kalifornijskiej infomanii umieszcza na orbicie okołoziemskiej satelity – Starlinki. Stanowią one ponad połowę wszystkich krążących wokół Ziemi. Obecnie są ich dziesiątki tysięcy – w najbliższych latach SpaceX, brytyjski OneWeb czy chiński Galaxy Space planują wystrzelenie ponad 430 tys. satelitów w różnych konstelacjach. Większość z nich krąży po niskich orbitach wokółziemskich na wysokości poniżej 2 tys. km. „Czy to Elon Musk powinien decydować o tym, co ludzie widzą na nocnym niebie?” – pyta amerykańska dziennikarka Rebecca Boyle na łamach „Scientific American” (nr 3/23, polska edycja). Wkrótce nie będzie już nawet kantowskiego gwiaździstego nieba nad nami– bo prawo moralne w nas już dawno zastąpiła beztroska radosna konsumpcja. A dla ludzi zbędnych dla kapitału – tych, którzy z braku pracy i dochodu nie korzystają z ofert Amazona – mamy mury i barierę rasową i kulturową.
Bity nie zastąpią atomów. I w końcu nowe pole ucieczki przed nawisem kapitału portfelowego: inwestycje w sztuczną inteligencję, AI. Założyciel OpenAI Sam Altman ogłosił, że chce zebrać 7 bln dol. na rozbudowę infrastruktury sztucznej inteligencji. Problem polega na tym, że technofil zapatrzony w infotechnologie nie widzi materii, z której powstaje ta infrastruktura i energii, którą musi być zasilana.
A materia i źródła energii to – niestety to wciąż atomy, a nie bity. Dobrą ilustracją jest budowa ośrodka przetwarzania danych Stargate w Abilene w Teksasie. Projekt, ogłoszony w styczniu 2025 r. przez prezydenta USA, zakłada inwestycję w wysokości 500 mld dol. w budowę 20 centrów danych. Szacuje się, że po uruchomieniu centrum danych będzie zużywało energię równą energii potrzebnej do zasilania 750 tys. domów. Aby sprostać temu zapotrzebowaniu, OpenAI buduje do zasilania centrum elektrownię gazową.
Według szacunków Houston Advanced Research Center (HARC) centra danych w Teksasie już w 2025 r. zużyły 185,5 mld litrów wody. Do 2030 r. liczba ta może osiągnąć 1,51 bln litrów, co stanowi 6,6 proc. całkowitego zużycia wody w tym stanie. Co więcej, prognozuje się, że zapotrzebowanie na energię elektryczną do 2031 r. osiągnie 218 gigawatów – czyli prawie trzykrotnie więcej niż 85 GW odnotowane w 2024 r. – przecież też „napompowane” przez istniejące już centra danych.
Nie dajmy się uwieść pozornie niewinnym czarodziejom postępu. Jak stwierdza Smil, wciąż czteroma filarami naszej cywilizacji są: cement, stal, tworzywa sztuczne i amoniak. I dopóki cała energia konieczna do wydobycia i przetworzenia tych materiałów nie będzie pochodzić ze źródeł odnawialnych, niewiele się zmieni. Lepsze czasy mogą nadejść wraz z komercyjnie opłacalną energią z syntezy termojądrowej. To się może stać ew. około 2100 r. Do tego czasu ludzkość nadal pozostanie fundamentalnie zależna od paliw kopalnych – jak dotychczas w kapitałocenie. „Nie zmieni tego ani sztuczna inteligencja, ani najnowsze aplikacje, ani elektroniczne komunikatory” – pisze Smil w książce „Jak naprawdę działa świat” (2024).
W tej sytuacji pozostaje zabójczy dla kapitalizmu wymuszony dewzrost. Ale postkapitalizm będzie rodził w wielkich bólach, skoro beneficjentów obecnego systemu jest tak wielu. To nie tylko władcy wielkich korporacji i kapitału portfelowego, ale też ich drużynnicy – specjaliści od zarządzania, finansów, marketingu czy usypiania mózgów klas pracowniczych: a to strachem przed Czyngis-chamem, a to pożeraczami gołębi, a to inflacją i wszechwładnym państwem, w końcu ekoterroryzmem i wysokimi podatkami.
Tekst ukazał się pierwotnie w Tygodniku NIE, nr 3/2026.









