Ogórek nie będzie bananem…

…czyli Tomczyk wymiata

Podstawowy i niezbywalny warunek jakim musi odznaczać się felietonista, to poczucie humoru, zmysł dowcipu. Spełnienie tego warunku nie jest wystarczające, ale bez niego w ogóle nie ma co mówić o felietonie. Czy „Felietony” Wojciecha Tomczyka spełniają to kryterium? Mam taki wewnętrzny, subiektywny test oceny felietonu: jeśli ulegam wewnętrznemu rozbawieniu (rechot zewnętrzny nie jest tu konieczny), to felieton zyskuje u mnie pierwsze punkty, jak taksówkarz tą wyjściową część taryfy składającą się na opłatę za kurs taksówką. Słowo felieton pochodzi od francuskiego słowa „feuille” (liść), co było nawiązaniem do jednej z cech spodziewanych po tej formie, a mianowicie stylistycznej „lekkości liścia”. Otóż choć sam autor od lekkości cielesnej jest bardzo, ale to bardzo daleki, to jego felietony lekkością się odznaczają. I ten test felietony Tomczyka przeszły u mnie na piątkę co najmniej, jeśli nie na szóstkę. Zresztą o poczuciu humoru Tomczyka świadczy tytuł tekstu poprzedzającego felietony, a brzmiący: „Wstęp do wydania zagranicznego”. Nie bym uważał, że felietony Tomczyka nie zasługują na edycję zagraniczną, n.p. po angielsku, francusku czy niemiecku, ale ich problematyka jest tak hermetycznie polska jak problematyka „Wesela” Wyspiańskiego, że żaden Angol, Szwab czy Francuzik nic by z tego nie zrozumiał. Drugie kryterium oceny formy felietonowej, to jej niewielka objętość oraz zwartość i zwięzłość w ujęciu problemu, kwestii czy zjawiska. Tu zazwyczaj felietony Tomczyka przekraczają normę przestrzeganą przez felietonistów starej gildii typu „ostatnia strona tygodnika „Polityka” i są na ogół znacznie dłuższe. Taki n.p. tekst „Za co kochamy Janka” liczy sobie kilkanaście stron i jest raczej dowcipną, prześmiewczą analizą niektórych wątków serialu „Czterej pancerni i pies” niż klasycznym felietonem. Także inne, choć nie tak długie, felietony Tomczyka przekraczają zwyczajowe normy, co powoduje, że nie są klasycznymi felietonami, ale to nie odbiera im czytelniczej wartości. Trzecie kryterium typowe dla dawnej regularnej (n.p. cotygodniowej) felietonistyki, to swoisty monotematyzm i aktualizm. Polegał on na tym, że felieton był ściśle skoncentrowany wokół jakiegoś jednego wątku, od niego się zaczynał, rozwijał i na dotyczącej go puencie kończył. Felietony Tomczyka są raczej co najmniej kilkuwątkowe, jego dowcip wędruje w różne strony, co ujmuje zwartości formie, acz nie odbiera smaku treści i stylowi. A poza tym Tomczyk nie pisywał regularnego felietonu przez lata, co tydzień, w tym samym tytule. Teksty tworzące omawiany zbiór powstały na przestrzeni 29 lat i opublikowane zostały w tytułach od „Sasa do Lasa”. Nie odnosiły się też do tzw. „bieżączki” społeczno-politycznej, lecz koncentrowały wokół tematyki bliskiej Tomczykowi jako dramaturgowi (szereg jego sztuk, m.in. „Wampir”, „Norymberga” czy „Marszałek”, miało premiery w Teatrze Telewizji), scenarzyście i producentowi filmowemu. Z tego powodu znaczna część jego felietonów poświęconych jest filmom i serialom, ale także literaturze, teatrowi, mediom czy kulturze masowej. Nie wyczerpałem rzecz jasna wszystkich wątków związanych ze sztuką felietonu, ale muszę wspomnieć o jeszcze jednym atrybucie tej formy – tytule. Felieton powinien mieć tytuł stosowny do formy czyli dowcipny i pomysłowy. Tu akurat Tomczyk nie stawał jakoś specjalnie na głowie, ale tak czy inaczej liczy się przede wszystkim treść i styl całości. Najlepszy tytuł zbioru to „Dla kogo pracujesz Hans?” poświęcony oczywiście wiadomemu serialowi. Aliści (słowa „aliści” używał jeden z klasyków felietonu Jerzy Waldorff) i ja także, jako autor niniejszego tekstu o felietonie w ogóle i o felietonach Tomczyka w szczególe, czuję się zobowiązany by nadać mu możliwie dowcipny tytuł, jako że pisać o felietonie bez przynajmniej szczypty dowcipu niepodobna (chyba że w dysertacji naukowej). Poszukując takiego tytułu dla niniejszych moich uwag odniosłem się do otwierającego zbiór felietonu „Banan”. Chodzi w nim o to, że gdy w 1983 w PRL wystawiono w teatrze „Ostatnią taśmę Krappa” Samuela Becketta, to powstał problem z rekwizytem, jakim były, a raczej jakim miały być, banany, w tamtych czasach nieosiągalne. W tej sytuacji zdecydowano się na użycie ogórków, które pomalowano na żółto. „Ogórek mimo wszystko nie stał się bananem” – melancholijnie, ale i dowcipnie skonstatował Tomczyk. I tę właśnie dowcipną konstatację wykorzystałem jako tytuł mojego tekstu. Na ostatniej stronie okładki edytorzy pomieścili dwie pochwalne opinie, autorstwa dziennikarza Roberta Mazurka i aktora Jacka Braciaka. Mazurek, sam dziennikarz dowcipny, napisał, że „to niestety fenomenalne”. „Jakże dowcipnie” – ogłosił Braciak, najmniejszy (wzrostem) amant polskiego kina. Gdyby mnie poproszono o opinię o felietonach Tomczyka, napisałbym: „Tomczyk mega wymiata”, co w narzeczu młodzieżowym oznacza najwyższy komplement. I tylko śledziennik Krzysztof Masłoń, który wygłosił mówkę na promocji felietonów Tomczyka, nie zdobył się na komplement, tylko meandrował, kręcił, obchodził temat dookoła, aby autora nie pochwalić. Ale to z zawiści, bo on by takich felietonów napisać nie potrafił, jako że Masłoń poczucia humoru, przynajmniej w tym co pisze, jest totalnie (modne słowo) pozbawiony. Ale to już temat na inne opowiadanie. Tymczasem gorąco polecam felietony Wojciecha Tomczyka, bo ich lektura to mega zabawa, jako że Tomczyk wymiata.

Wojciech Tomczyk – „Felietony”, Teologia Polityczna, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019, str. 243, ISBN 978-83-62884-10-0.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *