Pantofle i pistolety

Skalę napięcia emocjonalnego Ibsenowskiej „Heddy Gabler”, wystawianej właśnie na małej scenie Teatru Narodowego, dobrze oddaje zestawienie rekwizytów: pantofli Tesmana i pistoletów Heddy.

Pantofle pojawiają się już w pierwszej scenie. Przynosi je poczciwa ciotka Julia (Aleksandra Justa). Na ich widok Tesman (Oskar Hamerski) rozczula się i natychmiast je zakłada (na scenie, bo w sztuce tak dalece Ibsen się nie posunął). Przypominają mu o dawnych bezpiecznych czasach, kiedy wychowany przez dwie nadopiekuńcze ciotki oddawał się swoim ulubionym zajęciom: lekturze i szperaniu w archiwach. Dlatego został naukowcem, a długotrwała podróż poślubna, z której właśnie powrócił, była w równej mierze, a może przede wszystkim podróżą po archiwach. Owocem podróży ma stać się jego dzieło o brabanckich wyrobach ludowych w średniowieczu. Nawet nie zauważa, że jego żona Hedda zaszła w ciążę. Cała ta scena przypomina swoją temperaturą, czułostkowością i wybuchowym entuzjazmem farsę – zresztą jest zagrana nieodparcie śmiesznie, radość okazywana przez ciotkę i dorównujący jej entuzjazm Tesmana równie dobrze mogły pochodzić z farsy.
Kapcie, które ozdobiła haftem druga ciotka, umierająca ciotka Rina, kierują Tesmana w słodką krainę wspomnień: „Bardzo mi ich brakowało” – cieszy się jak dziecko i oczekuje podziwu ze strony Heddy. Hedda (Wiktoria Gorodeckaja) nie podziela jednak entuzjazmu męża dla kapci, ciotek i archiwów. Od razu, kiedy się pojawia na scenie, wieje od niej chłodem: „Oczy – zaznacza w didaskaliach Ibsen – stalowoszare, wyrażają zimny, trzeźwy spokój”. Ciotkę traktuje z wyniosłością, a nawet obraża, widać, że w willi nabytej przez męża rzekomo dla zaspokojenia jej pragnień czuje się źle. Jej stan ducha najlepiej określi asesor Brack (Przemysław Stippa): „Pani po prostu jest nieszczęśliwa”. Związek z Tesmanem rozczarował ją, a pospolitość zabija – nudzi się śmiertelnie, a macierzyństwo najwyraźniej jej nie pociąga.
Musiała wyjść za Tesmana, bo wyboru po śmierci ojca generała nie miała. Kiedy konkurenci się rozpierzchli, przystała na oświadczyny początkującego naukowca, zdziwionego, że nie spotyka go odmowa. Ale jest zawiedziona, bo i z finansami może być krucho – Tesman musi czekać na wyniki konkursu na stanowisko profesora. Pojawił się konkurent, przyjaciel z lat młodości, Eilert Løvborg (Mateusz Rusin). Kiedy zniknął z miasta, wydawało się, że się stoczy za sprawą swego hulaszczego trybu życia, ale spotkał na swej drodze Theę Elvsted (Dominika Kluźniak), dzięki której się podźwignął. Wydał bardzo dobrze przyjętą książkę, napisał następną i wrócił do miasta. Ruszyła za nim pani Elvsted, porzucając męża, u którego boku pełniła funkcję taniej służącej, w obawie, aby nie stracił odzyskanej równowagi. U Tesmana i jego żony, a swej byłej koleżanki szkolnej, szuka pomocy, aby ocalić ukochanego przed pokusami życia.
Tesman obiecuje wsparcie, mimo że Eilert zagraża jego karierze. Na razie trzeba ograniczyć wydatki, o dodatkowej służbie i domu otwartym nie ma co marzyć, tym bardziej o obiecanym Heddzie koniu. Córce generała pozostają więc na pociechę pistolety po ojcu. Pojawią się na końcu pierwszego aktu, wzbudzając lęk Tesmana. I jak nakazuje dramaturgiczna zasada, jeszcze wystrzelą.
Tak więc już w pierwszym ekspozycyjnym akcie wiadomo, że sytuacja zmierza do katastrofy. Jeszcze nie wiadomo, kto będzie ofiarą, ale bez ofiary się nie obędzie. Ibsen był mistrzem konstrukcji, utrzymywania napięcia i nieoczekiwanych zwrotów sytuacji, ale w tym w szczególności dramacie zaskoczył już swych współczesnych. Przyzwyczaili się, że kreśli wizerunki niezależnych kobiet albo kobiet, które wybijają się na niezależność, zrzucają jarzmo mężczyzn. Tymczasem tutaj mamy do czynienia z dość dwuznacznymi wizerunkami kobiet. Hedda Gabler ma kwalifikacje na kobietę fatalną, ciotka Tesmama na niebezpieczną bluszczowatą opiekunkę, a pani Elvsted na pogromczynię słabych charakterów. A i panowie niezbyt ponętni: ciapowaty Tesman, chwiejny Eilert, który bez nadzoru od razu idzie na dno, i asesor Brack, przyjaciel domu, hipokryta czyhający na rolę kochanka, czy jak mawia Hedda „jedynego koguta na podwórku”. Po czyjej stronie jest siła, wiadomo od początku – pantofle, atrybuty Tesmana dość jasno opisują jego charakter, pistolety naznaczają postawę Heddy. Ale to przecież nie oznacza, że psychologicznie bohaterowie nie są bardziej skomplikowani.
„Hedda Gabler” to sztuka przede wszystkim ukazująca starcie indywidualności, a nie problemów, jak zauważali badacze twórczości Ibsena. Nic tu nie jest z góry przesądzone i od reżysera i aktorów zależy, w którą stronę potoczy się akcja. Mimo że finał będzie ten sam, to jego objaśnienie bywa bardzo różne. Pewnie dlatego ten właśnie dramat Ibsena wciąż stanowi dla teatru nie lada pokusę.
Spektakl Kuby Kowalskiego unika łatwych kategoryzacji, kto jest kim. Ucieka też od jednoznacznego ujęcia akcji w konwencji realistycznej. Od samego początku pojawia się wiele sygnałów, charakterystycznych dla symbolizmu czy postmodernizmu, paleta znaków, którymi malowana jest rzeczywistość teatralna przekraczająca ramy realizmu psychologicznego.
Już sama dekoracja wychodzi poza granice dyspozycji autora, który jak zwykle precyzyjnie określił miejsce akcji – miał to być elegancki, „ze smakiem umeblowany salon” z owalnym stołem pokrytym kilimem, kanapami, werandą… słowem mnóstwo tu typowych mieszczańskich szczegółów. Scena na Wierzbowej przedstawia umowny salon – bardziej przypomina scenę kabaretu niż wnętrze willi. Centralne miejsce zajmuje lekko przechylony fortepian umieszczony na owalu zapadni scenicznej, przy którym od początku do końca siedzi pianista, komentujący muzyką akcję sceniczną. Jego obecność można zestawiać z akompaniatorem w kabarecie czy taperem w kinie. Od początku spektaklu przy pianiście rezyduje Hedda – która ani na moment nie opuści sceny, a wiele sytuacji rozgrywać będzie w swoistym partnerstwie z fortepianem i pianistą. Fortepian staje się dla niej schronieniem, sofą, sekretarzykiem, gdzie chowa rękopis Eilerta i skrytką na pistolety. Wokół fortepianu tańczy, krąży – to rola na wpół baletowa, a na wpół dramatyczna. Tańczy boso jak Isadora Duncan..
W kluczowej scenie, podczas której Hedda niszczy rękopis książki Eilerta, fortepian z pianistą nikną w zapadni, która przejmuje funkcję kominka ze sztuki, w którym spłonie rękopis książki. Ten choreograficzny odlot nawiązuje do „Domu lalki”, w której scena tańczonej tarantelli gra probierczą rolę. W przedstawieniu Kuby Kowalskiego Wiktoria Gorodeckaja obiega w tanecznym szaleństwie fortepian przyciskając do piersi rękopis, aby na koniec przysiąść na krawędzi zapadni i spalić kilka kartek, a potem wrzucić jak w czeluść piekielną dzieło Eilerta. To bardzo mocna scena, podkreślana słowami, które napisał dla Heddy Ibsen: „Palę twoje dziecko, Theo! (…) Twoje i Eilerta Løvborga – wasze dziecko”. Ibsen przyrównuje ten niszczycielski akt do dzieciobójstwa. Dla pisarza musiał to być akt zbrodniczy. W sztuce sugeruje dramaturg zbrodnię na zimno – w spektaklu Kowalskiego będzie to zbrodnia w afekcie. Może zbrodnia rozpaczy.
W przedstawieniu wiele sygnałów od samego początku zapowiadających, że świat wywróci się do góry nogami. Kiedy Hedda znajduje bukiet kwiatów, przysłany przez panią Elvsted, wyjmie je z wazonu i wstawi z powrotem, ale kwiatami do wewnątrz – wystawać będą tylko badyle. Ale nie tylko zachowania Heddy, ale i innych osób wykraczają poza salonowy konwenans – miejscem rozmów staje się podłoga, postaci przechodzą przez scenę po swoich, wyznaczonych trajektoriach nie zauważając się nawzajem, skoncentrowane na swoich myślach czy zamiarach, od pierwszej chwili jak napiętnowane. Asesor Brack pojawia się w ciemnych okularach, w kruczowłosej peruce – od razu wiadomo, że to schwarz-charakter. Ciotka Julia, nim wejdzie do salonu, zdejmie buty, aby nie nabrudzić, a pani Elvsted siada na brzeżku fotela, niepewna, czy tu jest jej miejsce. Wszystkie te szczegóły budują klimat opowieści, w której coraz bardziej dusi się Hedda. I choć to ona w dużej mierze staje się reżyserką nieszczęść w rozpaczliwej ucieczce od nudy, przeciętności, szarzyzny i nijakiego życia, sama stanie się ofiarą.
Już na początku spektaklu powie Hedda, że stojący tu stary fortepian nie pasuje. Mówi o sprzęcie, ale myśli o sobie – to ona jest sprzętem, który tu nie pasuje, to nie jest jej wymarzone miejsce. Kiedy pod koniec zabija się pięknie strzałem w skroń, nie budzi to wielkiego popłochu. Tesman z panią Elvsted zdążyli już wejść w rytm wspólnej pracy nad odtworzeniem zniszczonego dzieła Eilerta, Hedda do niczego nie jest im potrzebna. Jedynie asesor Brack jest niepocieszony: „Tego się przecież nie robi”.
Świetnie zagrany spektakl, z wielką rolą Wiktorii Gorodeckiej, w którym wszystkie postacie zostały precyzyjnie narysowane, budzi niepokój i pozostawia nas z pytaniami. Dlaczego Hedda zniszczyła rękopis? Czy w tym akcie było więcej zazdrości, czy więcej desperacji? Skąd ten pęd ku samozniszczeniu i rozbijaniu szczęścia innym? Kto zawinił?
Może decydująca o jej losie była odpowiedź na pytanie, które zadaje mężowi pracującemu z panią Elvsted nad notatkami Eilerta: „Czy na nic się wam obojgu nie mogę tu przydać?”. Tesman z rozbrajającą szczerością odpowiada: „Nie, na nic”.

„HEDDA GABLER” Henrika Ibsena, tłum. Anna Marciniakówna, reżyseria Kuba Kowalski, scenografia Arek Ślesiński, muzyka Radosław Duda, choreografia Łukasz Przytarski, światło Damian Pawella, Teatr Narodowy, scena przy Wierzbowej, premiera 10 maja 2019 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *