Żagiel z Sèvres

– Osobowość jest niezbędna, żeby sprostać podstawowemu zadaniu, jakie ma przed sobą wykonawca: uwiarygodnić to, z czym wychodzi do publiczności, czyli treść i charakter piosenki – z Alicją Majewską rozmawiał Patryk Grząbka-Jasnowski.

W 2015 roku na festiwalu w Opolu podczas koncertu z okazji 90-lecia Polskiego Radia stało się coś, czego nawet taki socjalista, racjonalista i ateista jak ja, nie może określić inaczej jak cudem nad cudami. Dwoje najwspanialszych z najwspanialszych artystów zaśpiewało utwór nad utworami, którego mądrość, piękno, skala i rozmach nie mieszczą się nawet w tym, w czym mieści się wszystko, czyli w nieskończenie wielkim Wszechświecie. Czy mogłaby Pani opowiedzieć jakim cudem doszło do tego cudu?
Dla mnie też jest to wyjątkowe wydarzenie. Miało wymiar historyczny również dlatego, że było to ostatnie wykonanie utworu „Lubię wracać tam, gdzie byłem” przez Zbigniewa Wodeckiego w duecie, które zostało zarejestrowane przez telewizję. Traktuję to jako prezent od Zbyszka, że to właśnie mi przypadło w udziale stworzenie z nim tego duetu. Nigdy wcześniej tego utworu ze Zbyszkiem na koncertach nie wykonywałam. Partia, którą zaśpiewałam jest partią żeńską, dobarwiającą. Na tym koncercie w Opolu miał ją śpiewać chórek, ale tak się szczęśliwie dla mnie złożyło, że zaśpiewałam ja. Kiedyś gościłam w programie telewizyjnym „Droga do gwiazd”, który Zbyszek prowadził. Tam po raz pierwszy zaśpiewałam „Lubię wracać tam, gdzie byłem” – z pomocą Zbyszka, który dokładał wysokie partie. W 2015 roku, parę dni przed festiwalem opolskim, posłuchałam tego naszego telewizyjnego nagrania i pomyślałam: jak my ładnie brzmieliśmy! Powiedziałam o tym Zbyszkowi, a on zapytał: – Zaśpiewamy ten utwór razem w Opolu? Początkowo nasz duet miał być częścią mojego występu połączonego z wręczeniem mi Honorowego Złotego Mikrofonu i zaplanowanego na zakończenie pierwszej części wieczoru. Jednak reżyser koncertu Marek Bik i prowadzący galę Artur Andrus doszli do wniosku, że jubileusz zatytułowany „Muzyczna biografia – 90 lat Polskiego Radia” powinien zaczynać się trzęsieniem ziemi o najwyższej skali. Wyszłam ze Zbyszkiem na estradę i utworem „Lubię wracać tam, gdzie byłem” otworzyliśmy koncert. Wizualnie przekaz wzmocniła niezwykle piękna, uskrzydlająca scenografia. Jak wróciliśmy za kulisy Marek Niedźwiecki powiedział, że po takim początku dalszy ciąg festiwalu nie ma sensu i gala powinna się zakończyć. Na szczęście dla mnie koncert jednak trwał i pod koniec pierwszej części zaśpiewałam jeszcze cztery piosenki. A po nich były ogromne brawa na widowni i publiczność śpiewała „Sto lat”! Razem z Włodzimierzem Korczem wchodziliśmy za kulisy w euforii! I wtedy podszedł do nas Zbyszek i z wyjątkowym, właściwym sobie poczuciem humoru powiedział: – Muszę Was zmartwić: lepiej już nie będzie…
Z geniuszem się nie dyskutuje. Pomówmy więc o tym, jak było. Na przykład w 1975 roku, również na festiwalu w Opolu.
Tak, wtedy otrzymałam główną nagrodę za kompozycję Jerzego Derfla do słów Ireneusza Iredyńskiego i w aranżacji Włodzimierza Korcza — „Bywają takie dni”. Pięć lat później sukcesem okazał się „Jeszcze się tam żagiel bieli”, a w 1986 roku — „Odkryjemy miłość nieznaną”. Oba utwory ze słowami Wojciecha Młynarskiego i z muzyką Włodzimierza Korcza. Wtedy to było bardzo znaczące, te piosenki popularyzowało radio i telewizja. Jeżeli ktoś odniósł sukces w Opolu, to wiedziała o tym cała Polska. A mojej pozycji na estradzie nie budowały listy przebojów, tylko właśnie nagrody festiwalowe. Mam to szczęście, że po latach Opole nadal mi sprzyja. Wspomniany przez nas występ w 2015 roku zaowocował kontraktem płytowym, który sprawia, że jest motywacja i mobilizacja. Stąd w 2017 roku ukazał się album z premierowymi piosenkami — „Wszystko może się stać”. I pojawiło się mnóstwo propozycji koncertowych, tak wiele, że we wszystkich mniejszych, większych i największych salach graliśmy z Włodzimierzem Korczem już po parę razy. W 2018 roku zaproszono nas na festiwal opolski, Włodek tak wymyślił repertuar, że występ wyszedł fantastycznie: zaśpiewałam tytułową piosenkę z albumu „Wszystko może się stać”, a także „Jeszcze się tam żagiel bieli” i wiązankę melodii ludowych z orkiestrą symfoniczną. W tym roku też wystąpiliśmyw Opolu w towarzystwie Artura Andrusa.
Bo to jest rok, w którym piosenka, estrada i w ogóle kultura – nie mylić z popkulturą – ma za co Pani dziękować. Mam na myśli Pani nowy album „Żyć się chce”.
Od lutego do lipca ubiegłego roku powstało dwanaście piosenek na tę nową płytę, Wszystkie skomponował Włodzimierz Korcz. Myślałam, że nie zdąży i miałam pomysł, żeby nagrać piosenki sprzed lat, które warte są zaistnienia, a nie zaistniały, Wydawca albumu podsuwał polskie i zagraniczne evergreeny, ale Włodek ambitnie napisał nowe piosenki. Z evergreenów jest tylko utwór trzynasty — „Przed nocą i mgłą” (z serialu „07 zgłoś się” – przyp. aut.), ale też skomponowany oczywiście przez Włodzimierza Korcza. Jednak i w tym utworze jest nowa jakość, bo Włodek inaczej go zaaranżował i powierzył doniosłą rolę saksofonowi, na którym gra Henryk Miśkiewicz. Włodek niezmiennie słyszy od muzyków, jaka wspaniała jest ta kompozycja, ale jednocześnie jest bardzo trudna do zaśpiewania ze względu na odległości między nutami.
Pani poradziłaby sobie z odległością między nutami nawet wtedy, gdyby była ona mierzona w latach świetlnych. A skoro dotknęliśmy kosmosu, to największe wrażenie na tym albumie zrobiły na mnie piosenki do słów Moniki Partyk — „Własne słońce” i „Żal niebieski”.
Monika Partyk jest niezwykle utalentowaną poetką. Marek Bałata powiedział o niej Włodzimierzowi Korczowi i tak rozpoczęła się nasza współpraca. Z Włodkiem napisała dwa oratoria. Ukazała się też płyta, na której śpiewam z orkiestrą pieśni sakralne z muzyką Włodzimierza Korcza i pięknymi tekstami Moniki Partyk. Na potrzeby Akademii Muzycznej w Łodzi Włodek stworzył operę o Łodzi. Monika, chociaż zastrzegała się, że nie umie napisać libretta, to napisała – i to świetne. Mimo że w ogóle nie znała Łodzi i musiała zgłębić wiedzę na temat tego miasta. I teraz jest specjalistką, mało który Łodzianin wie tyle, co ona. A z piosenkami było najtrudniej. Monika nie czuła piosenki. Ale jak wiadomo Włodzimierz Korcz czyni cuda. Wie jak i potrafi naprowadzić na właściwszy tor, wskazać, co należy zrobić, żeby coś poprawić, dopracować, udoskonalić. Na płytę „Wszystko może się stać” Monika napisała parę świetnych tekstów, w tym do piosenki tytułowej. A na albumie „Żyć się chce” są wyróżnione przez pana utwory jej autorstwa. W przypadku „Żalu niebieskiego” stanęła przed najtrudniejszym zadaniem: napisania utworu będącego hołdem dla Zbigniewa Wodeckiego. I w sposób wspaniały to dźwignęła. Włodzimierz Korcz postawił na Monikę. Wiedział, że ona może sprostać temu wyzwaniu. Podsunął jej sformułowanie „kolorowy ptak” — bo Zbyszek był kolorowym ptakiem — i ten tytuł — „Lubię wracać tam, gdzie byłem”. Nie mogłam przejść przez ten tekst, kiedy się go uczyłam…
Ja również nigdy nie wybaczę naturze tego, że nie ma Zbigniewa Wodeckiego. Nigdy też nie wybaczę sobie, że nie zdążyłem przeprowadzić wywiadu z takim Człowiekiem i takim Artystą. Takim, który nigdy nie miał poprzedników i nigdy nie będzie miał następców. Takim Leonardem życia, da Vinci sztuki, Bachem piosenki, Janem Sebastianem bycia. Mieliśmy wyjątkowe szczęście, że taki Ktoś urodził się akurat w Polsce. Ale jest nawet jeszcze bardziej wyjątkowe szczęście, jakie mieliśmy: że Zbigniew Wodecki był najbardziej nasz, polski, będąc zarazem niedoścignionym dla reszty świata. I jak pomyślę, że jedyna rozmowa, jaką miałem szczęście z panem Zbigniewem prowadzić, dotyczyła rozwiązywania zawiłości technicznych, jakie napotkał w swoim telefonie komórkowym, to wiem, że muszę wrócić tam, gdzie był, tylko nie wiem jak…
Tak, Zbyszek nie był z elektroniką za pan brat. Wprawdzie posiadł tajemną wiedzę pozwalającą pisać i odbierać SMS-y, ale najbardziej lubił je od razu kasować. Kiedyś tak się rozpędził, że skasował nawet numer telefonu do Włodzimierza Korcza, który mu podałam. Z komputerów preferował malutki, przenośny, papierowy kalendarzyk z funkcją notesu. To był jego słynny laptopik, wyposażony w karteczki do wyrywania. W ostatni dzień roku była w nim już tylko jedna kartka, z datą 31 grudnia. A na nowy rok Zbyszek sprawiał sobie nowy papierowy laptopik. Po tym, co się stało w maju 2017 roku długo nie mogłam się ani pokazywać, ani wypowiadać. Tak samo Włodek. Dopiero Hania Banaszak powiedziała w wywiadzie to, czego my wszyscy nie byliśmy w stanie powiedzieć, ponieważ rozpacz odebrała nam głos. Sformułowała to tak trafnie, tak prawdziwie: „Zbyszek nie tylko błyszczał, ale i grzał”. Błyszczał, bo był lepszy od najlepszych, od Nata „Kinga” Cole’a i Franka Sinatry razem wziętych. Miał o niebo bogatszą barwę głosu, niespotykany talent kompozytorski, a w studiu wykazywał się nadzwyczajną inwencją. Mam parę jego zachwycających partii wokalnych w swoich nagraniach, na przykład w chórkach. I przy tym wszystkim Zbyszek jeszcze ogrzewał świat. Był przyjacielem ludzi, pochylał się nad człowiekiem, nie miało dla niego żadnego znaczenia to, czy ktoś jest znany, czy nie. Bez trudu zdobyłby mistrzostwo świata w dystansie do siebie. Wewnętrznie rozedrgany, potargany bezsennością, żył w wiecznym pośpiechu, ciągle w drodze, w nieodłącznym towarzystwie niepokoju. Każde jego pojawienie się w prasie, w radiu,w telewizji, w internecie było jedynym w swoim rodzaju wydarzeniem. Każdą jego wypowiedź cechowała mądrość, barwność, niesztampowość, indywidualność, przenikliwość, błyskotliwość. Zawsze wiedział, co powiedzieć i jak powiedzieć. Budził tak wielką sympatię i zainteresowanie, że wszyscy o niego zabiegali. Był tak rozchwytywany, że nie miał wyjścia i musiał często odmawiać. Powoływał się wtedy na swoją najwierniejszą i największą fankę, mówiąc: – Kaśka powiedziała, że nie. Ta Kaśka to oczywiście córka Zbyszka. Kasia Wodecka założyła Fundację im. Zbigniewa Wodeckiego i od 2018 roku organizuje w Krakowie Wodecki Twist Festiwal, poświęcony swojemu tacie. Myślę, że w Polsce nie ma dnia, żeby nie zacytować Zbyszka.
Z utworów, które nie bolą aż tak jak „Żal niebieski”, ważna jest moim zdaniem piosenka ze słowami Andrzeja Maculewicza „Za tych, którzy na lądzie”.
Tego autora poznałam dzięki Magdzie Umer, która przysłała Włodzimierzowi Korczowi tekst piosenki „Wyśpiewajmy to w słońcu” napisany właśnie przez Andrzeja Maculewicza. Ten utwór też znalazł się na płycie „Żyć się chce”. Włodek chciał, żeby „Wyśpiewajmy to w słońcu” było ludyczne, chociaż dla mnie jest to tekst zbyt deklaratywny. Wolę teksty bardziej uniwersalne. Takie jak „Za tych, którzy na lądzie”, czyli drugi utwór Andrzeja Maculewicza, jaki pojawia się na albumie „Żyć się chce”.
Żeby chciało się żyć potrzebne jest – cytując słowa Moniki Partyk – „własne słońce”. Co nim jest dla Pani?
Ono składa się z kilku elementów. Najbardziej cenię i doceniam wszystkie twórcze momenty: przygotowywanie nowego repertuaru, próby z Włodzimierzem Korczem, tę magię, te uniesienia, tę satysfakcję, kiedy uda się dotrzeć do sedna, do prawdy wyrazowej, artystycznej, kiedy dźwignie się te niebosiężne dźwięki napisane przez Włodzimierza Korcza. Ważne są również festiwale, zwłaszcza jak wracam z nich z nagrodą, bo jak w 1976 roku w Sopocie niczego nie zdobyłam, to słońce na długo mi zaszło… To był ogromny, miażdżący, niszczący stres. Nie do przecenienia jest też to, że ludzie przychodzą tak chętnie na moje koncerty, że mówią miłe słowa, że przynoszą kwiaty. Dziś doceniam jeszcze bardziej niż przed laty, że dla wielu osób jest ważne to, co robię, ważne są moje piosenki, ważna jestem ja. Niezwykłą satysfakcję przynosiły mi opinie szczególnych dla mnie ludzi, na przykład Gustawa Holoubka. Złożone z tych wszystkich elementów słońce najjaśniej świeci i najlepiej ogrzewa.
Jak powiedział Gustaw Holoubek, żeby móc pozwolić sobie na bycie sobą, najpierw trzeba być kimś – ale nie w znaczeniu, w jakim postrzega to współczesny świat, czyli sukcesu komercyjnego, popularności, lecz chodzi tu o to, żeby mieć osobowość. Jak nabyła Pani swoją?
Osobowość jest niezbędna, żeby sprostać podstawowemu zadaniu, jakie ma przed sobą wykonawca: uwiarygodnić to, z czym wychodzi do publiczności, czyli treść i charakter piosenki. Dlatego na początku drogi zawodowej kluczową sprawą jest odnalezienie tego, w czym jesteśmy wiarygodni. Na swojej pierwszej płycie „Bywają takie dni” zaprezentowałam się w bardzo zróżnicowanym repertuarze – od utworów dramatycznych po rock and roll. No i doigrałam się…Dziennikarz Andrzej Ibis-Wróblewski napisał w „Ekspresie Wieczornym”, że w piosenkach dynamicznych jestem za mało dynamiczna, w dramatycznych za mało dramatyczna, ale na moje szczęście nie tylko krytykował. Dodał, że jest coś, co wróży mi dobrze: nietuzinkowa osobowość i barwa głosu. Nigdy nie chciałam nikogo naśladować. Jednym z większych błędów, jakie popełniłam było ulegnięcie wielkiej ekspansji rocka, jaka nastąpiła w latach osiemdziesiątych. Nagrałam wtedy sesję w stylistyce bliskiej muzyce rockowej z nieznośnymi tekstami typu: „Co tu się dzieje, ja oszaleję!”… Oczywiście nie byłam w tym wiarygodna. Na szczęście współpraca z Włodzimierzem Korczem zawsze sprowadzała mnie na właściwą drogę. I w dużej mierze ukształtowała moją osobowość. Dziękuję swojej intuicji, że od początku postawiłam na Włodka jako kompozytora i akompaniatora. To dało mi możliwość rozwoju. Dzięki Włodkowi śpiewałam w tylu koncertach piosenkowych, kolędowych, oratoryjnych, pracowałam z najwybitniejszymi artystami jak Zbigniew Wodecki czy Andrzej Zaucha. Może to wszystko sprawiło, że jestem chyba ewenementem, bo jak twierdzi Włodzimierz Korcz, zyskałam nie tylko dojrzałość artystyczną, ale mój głos podobno brzmi lepiej niż czterdzieści lat temu! A to oznacza, że zaprzeczam prawom natury i wygrywam nawet z czasem! Nie obniżam tonacji, śpiewam tak jak kiedyś, a Włodek pisząc dla mnie piosenki nie ma ograniczeń ani obaw, że czegoś nie udźwignę.
Po przesłuchaniu Pani pierwszej płyty byłem zachwycony szczególnie tym, że tak młoda wokalistka śpiewa i brzmi tak dojrzale — także ja nie widzę różnicy na korzyść, bo już na początku było najlepiej. I na szczęście tak zostało.
Muszę powiedzieć to Włodkowi.
Z kolei na nieszczęście po 1989 roku przyszło do nas to, co najgorsze. Bo we wszelkich aspektach najdotkliwiej niszczące ludzi. Czyli kapitalizm. Zmiótł wszystko, co dobre, w tym naszą najwspanialszą kulturę, którą zbudował socjalizm i sprawił, że zaczęła rządzić totalitarną pięścią siermiężna, prymitywna, wulgarna, anglojęzyczna, do bólu skomercjalizowana popkultura. Po Pani artystycznej drodze ten kapitalistyczny walec popkultury również przejechał i — mówiąc po Młynarskiemu — tak wszystko wyrównał, że przez długie lata nie pozwalał nowym pokoleniom o Pani usłyszeć. A przecież nie przybrała Pani tak radykalnej postawy jak Urszula Sipińska i nie przestała śpiewać.
To prawda, bo mimo że aż przez dwadzieścia lat nie nagrywałam nowych piosenek, to cały czas coś twórczego się u mnie działo. Śpiewałam w oratoriach, które pisał Włodzimierz Korcz i zawsze dla mnie miejsce w nich znajdował, brałam udział w wielu koncertach jubileuszowych, uświetniających różne okazje, w przedsięwzięciach kolędowych z Andrzejem Zauchą, ze Zbigniewem Wodeckim i Strzyżowskim Chórem Kameralnym. Występowałam na koncertach upamiętniających śmierć Jana Pawła II, wykonując utwory sakralne do poezji Ernesta Brylla, Karola Wojtyły i Moniki Partyk. Mimo tego, że nie było żadnego przestoju, nieustannie pracowałam, koncertowałam, to po tak długim czasie bycia na estradzie, po sukcesach w latach 70. i 80. pewną zmianę dało się odczuć dopiero w 2015 roku. Wtedy wystąpiłam w koncercie zatytułowanym „Proszę państwa, będzie wojna!”, który odbywał się w ramach 36. Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu. Śpiewali wykonawcy z różnych pokoleń, m.in. Małgorzata Niemirska, Dorota Pomykała, Gołda Tencer, Michał Szpak. Mnie przypadło w udziale wykonanie piosenki „Kołysanka matki” ze słowami Ernesta Brylla i muzyką Katarzyny Gärtner. Włodzimierz Korcz zaaranżował ten utwór jak najbliżej przesłania jego słów, zabrzmiał więc inaczej niż oryginał w wykonaniu zespołu 2 plus 1. Moją interpretację tej kompozycji przyjęto tak, że przeszło to moje najśmielsze oczekiwania. Wcześniej śpiewałam piosenki teatralne, ale chyba nigdy aż z takim powodzeniem. Ten koncert transmitowano w telewizji i nawet dwóch telewidzów zadzwoniło do mnie z gratulacjami. A byli to Michał Bajor i Zbigniew Wodecki. Występ we Wrocławiu i wspomniany na początku naszej rozmowy koncert w Opolu pokazały, że Majewska jednak śpiewa. Występowanie przed publicznością, zawód estradowy jest w ogóle jedną z najbardziej stresujących profesji. Nawet jeżeli ktoś kocha koncertowanie, kosztuje go to mnóstwo nerwów. Nigdy się nie wie, w jakiej się będzie formie, czy trafimy z repertuarem, czy publiczność nas zaakceptuje. Aż można pozazdrościć tym, którzy są na widowni, że nie muszą być na scenie.
Na długo przed tym, zanim Alicja stała się Majewską była Alusią. Mieszkała wtedy w Olbierzowicach niedaleko Sandomierza. I była pod troskliwą opieką dwojga osobowości o dobrych sercach i głębokich duszach: swojej mamy, nauczycielki polskiego i rosyjskiego oraz swojego taty, nauczyciela śpiewu i matematyki. Jakie najważniejsze rzeczy zawdzięcza Pani rodzicom?
Po tak wielu latach nadal spotykam ludzi, którzy pamiętają o moich rodzicach i mówią o nich ze wzruszeniem i z wdzięcznością. Przytrafia mi się to w różnych miejscach Polski, niedawno w Szczecinie, potem w Tarnobrzegu. Rodzice byli nauczycielami z powołania i zaangażowanymi społecznikami. Jednocześnie najważniejsza dla nich była rodzina i dzieci. Jak mówi moja przyjaciółka, która ich znała: charakteryzowali się nadzwyczajnością w swojej normalności. Pogodni, towarzyscy, rozśpiewani, a zarazem uważni na drugiego człowieka i zawsze chętni do pomocy innym. W drugiej połowie lat 40. i w latach 50. trwała ogromna odbudowa kraju tak potwornie zniszczonego przez II wojnę światową. W Olbierzowicach nie było jeszcze elektryczności, pamiętam wieczory przy lampie naftowej. Tata wybudował nową szkołę, stworzył teatr, inscenizował sztuki, animował życie kulturalne. Pomagał sąsiadom, jak miejscowy strumyk powodował powodzie. Nie czekał aż mu się ktoś ukłoni, tylko pierwszy się kłaniał, nawet jeżeli byli to jego uczniowie. Takie normalne, ludzkie gesty kulturalnych i wrażliwych osób, jakimi byli moi rodzice. Mieszkali w Olbierzowicach dziewiętnaście lat i kiedy się stamtąd wyprowadzali pod Warszawę cała nasza wieś wraz z okolicami płakała. Zresztą ja też wtedy płakałam, ale z innego powodu. Przez tę przeprowadzkę musiałam opuścić mój ukochany Wrocław, gdzie od trzech lat chodziłam do szkoły. No i wyruszyłam z rodzicami ciężarówką wraz z całym naszym dobytkiem do Baranowa koło Grodziska Mazowieckiego. A najważniejszą rzeczą, jakiej nauczyłam się od mamy i taty jest normalność, w której oni oboje byli mistrzami. Może dlatego, jak już zaistniałam jako piosenkarka i występowałam w telewizji, woda sodowa nie uderzyła mi do głowy. Nigdy miałam poczucia, że skoro jestem osobą rozpoznawalną i obserwowaną przez innych, to muszę się jakoś inaczej zachowywać. Bywam wręcz zdumiona, że ludzie mnie poznają. Wykonuję zawód, który ze swojej natury skutkuje popularnością, ale z tego tytułu nie czuję, że należy mi się coś więcej niż innym.
Powróćmy do Olbierzowic. Jakim dzieckiem była od dziecka bardzo ładnie śpiewająca Alusia?
Byłam bardzo grzeczną dziewczynką. Za mnie rozrabiała moja starsza o cztery lata siostra. Na strychu naszego domu w Olbierzowicach przebierałyśmy się w różne rzeczy, a siostra nadawała nazwy poszczególnym strojom. Pamiętam, że jedna z sukienek, zielona i powiewna, nazywała się Drzwi do lasu. Lubiłam śpiewać z siostrą na dwa głosy. Dzieliłyśmy się obowiązkami, na przykład ona myła naczynia, a ja je wycierałam. Chodziłam na lekcje gry na pianinie do organisty, pana [proszę o nazwisko], ale nie trwało to długo, bo się przeprowadził. Kwitło życie towarzyskie, rodzice zapraszali i odwiedzali znajomych, a ponieważ w każdej rodzinie było wtedy dwoje, troje dzieci, to miałam się z kim bawić. Najczęściej dorośli siedzieli przy jednym stole, a dzieci przy drugim. Bardzo miło wspominam jak odwiedzałam z rodzicami państwa Koziełów. Pan Kozieł był wzorowym gospodarzem, a jego żona wzorową gospodynią. Pamiętam, że pani Koziełowa hodowała w ogródku szparagi i miała wspaniałą maszynkę do kręcenia lodów. Jak się od państwa Koziełów wracało, to tata niósł mnie na rękach, ja miałam pięć, może sześć lat. Beztroskie zabawy, sandomierskie wąwozy, pagórki, latem wszechobecna zieleń i spokój, zimą zawsze śnieg, tata jadący po lodzie na łyżwach i ciągnący sanki, a na nich ja z siostrą — to są niezapomniane obrazy, które składają się na moje jasne, ciepłe, cudowne dzieciństwo.

A jaka była Alicja w krainie nieczarującego dla otoczenia, nastoletniego buntu? Czy dorastanie przypominało „truskawki w Milanówku” czy raczej „kalarepę z Wołomina”?
Nie różniłam się od innych nastolatek. Buntu nie uniknęłam i byłam niezbyt grzeczna, a w dodatku uważałam, że jestem najmądrzejsza. Pamiętam, że miałam wtedy wszystko mamie za złe. Na szczęście rodzice wiedzieli, że to taki przejściowy wybryk natury. Pewnie byłam taka niedobra również przez tę naszą przeprowadzkę. Rozpoczęłam liceum we Wrocławiu – wtedy było siedem klas w szkole podstawowej i cztery w średniej – ale do dziewiątej klasy poszłam już w Liceum Ogólnokształcącym im. Tomasza Zana w Pruszkowie. Dzisiaj jestem niezwykle dumna, że się tam uczyłam, bo tę szkołę ukończył Wojciech Młynarski! Wtedy jednak byłam nieszczęśliwa, że wylądowałam z wielkomiejskiego Wrocławia na podwarszawskiej wsi. A przenieśliśmy się do Baranowa dlatego, że mój brat już pracował w Warszawie i rodzice chcieli być bliżej niego. Tata został nauczycielem w miejscowej szkole. A ja codziennie podróżowałam do swojego liceum: z Baranowa dojeżdżało się autobusem do Jaktorowa, a stamtąd pociągiem elektrycznym do Pruszkowa. Zaczęłam chodzić na pierwsze prywatki, zamieszkiwałam u koleżanek w Pruszkowie. A po maturze dostałam się na studia razem z moją przyjaciółką Zosią – na wydział psychologii, na kierunek andragogika na Uniwersytecie Warszawskim.
Dzięki talentowi mogła Pani przebrnąć śpiewająco przez trudy licealnego nawału nauki. Jak wspomina Pani pierwsze młodzieńcze występy przed publicznością?
W liceum śpiewałam w zespole przy domu kultury i występowałam na akademiach szkolnych. Pierwszy dowód uznania otrzymałam od mojej srogiej pani profesor od biologii. Na scenie w domu kultury wykonałam bardzo szeroką i wymagającą, grecką piosenkę Mikisa Theodorakisa, którą miały w repertuarze Irena Santor i Anna German. Pani profesor była tak poruszona, że zapomniała o swojej srogości i dostałam dobrą ocenę z kartkówki, która mi źle poszła. A wcześniej, jeszcze we wrocławskim liceum, doceniła mnie pani profesor polskiego – ale nie za śpiewanie, lecz za pewną cechę osobowości. I to mimo mojej tendencji do spóźniania się. Do szkoły miałam bardzo dogodny dojazd, trzy przystanki tramwajem, tylko jakoś trudno mi było zdążyć na tramwaj. Jak mi uciekł, to brałam taksówkę. Pani profesor była wymagająca – i jeśli chodzi o naukę, i jeśli chodzi o dyscyplinę. Z całą surowością potępiała moje spóźnialstwo, co bardzo przeżywałam. Ale kiedy ćwiczyliśmy deklinację, pani profesor poleciła, żebyśmy odmieniali przez przypadki słowa: ambitna Majewska.
No i ta ambitna Majewska poszła śladami rodziców i też jest z wykształcenia pedagogiem — andragogiem. I tak naprawdę wykonuje Pani ten zawód — i to w najwspanialszej formie. Albowiem Pani uczniami jesteśmy my wszyscy — miliony Polaków. A Pani od 1975 roku uczy nas najważniejszego z najważniejszych przedmiotów w szkole świata — wrażliwości. Jak to się dzieje, że uczy Pani tak, że aż sam sobie zazdroszczę takiej nauczycielki?
Śpiewam to, co mi w duszy gra, z czym czuję się najbliżej związana, z czym się najbardziej utożsamiam. I adresuję to do odbiorców, którzy na to samo są uwrażliwieni — czyli na mądrość słowa, piękno muzyki, kulturę wykonania, sens, prawdę, głębię przesłania. W budowaniu relacji z publicznością pomaga mi ten rodzaj normalności, naturalności, widzenia człowieka, wrażliwości, kultury, jaki wyniosłam z domu. To polega na przykład na tym, że nie rzucam: – Jak się macie, Pruszków!, lecz mówię: – Dzień dobry Państwu, bardzo dziękuję za tak serdeczne przyjęcie. Na każdym koncercie, czy biletowanym, czy bezpłatnym, przy każdym kontakcie z widzem, czy to się dzieje na scenie Teatru Wielkiego w Łodzi, czy na rynku w maleńkim miasteczku, mam świadomość, że muszę stanąć na wysokości niezwykle odpowiedzialnego zadania. Bo muszę zrobić wszystko, żeby dać słuchaczom to, czego oczekują. A oczekują najważniejszych wrażeń, uczuć, emocji: radości, wzruszenia, refleksji. Nigdy nie zdarzyło mi się bagatelizować wagi tego zadania. Również przez szacunek dla siebie samej, bo o wykonawcy świadczy to, jak traktuje widza. Mam też świadomość niebywałej mocy piosenki. Może ona wywoływać największe emocje. Pamiętam pewną dziewczynkę, która była z mamą na moim koncercie i potem przyszła za kulisy tak rozemocjonowana, że nie spodziewałabym się takiego odbioru po tak młodej osobie. Można powiedzieć, że to moja wzorowa uczennica.
Od głosu wokalisty zależy to, co najważniejsze: bo albo niesie on do słuchacza wspominaną przez nas wrażliwość, albo jej nie niesie. I żeby niósł, to musi się mieć aż dwa szczęścia: pierwsze zawdzięcza się przypadkowej loterii natury, jeżeli trafi się nam szlachetny rodzaj głosu; drugie zawdzięcza się człowiekowi, który z tego diamentu uczyni brylant. Pani diament oszlifowała arcymistrzyni — Olga Łada.
Przez kilkanaście lat regularnie pobierałam lekcje u pani profesor Olgi Łady. Niebywale czujnie i mądrze prowadziła emisję mojego głosu. Miałam szczęście poznać panią profesor w okresie, kiedy najbardziej tego potrzebowałam. To było jeszcze przed występowaniem w Particie, ale śpiewanie stało się już moim zawodem i dużo koncertowałam. Tak dużo, że wysiadał mi głos, był ciemny, cofnięty. I wtedy zajęła się nim pani profesor. Była bardzo mądrą, inteligentną osobą. A właściwie osobowością. Bezbłędnie punktującą to, co najistotniejsze. Prowadziła i śpiewaczki, i piosenkarki. Stawiała na indywidualne cechy głosu, Dzięki odpowiednim ćwiczeniom mój matowy, schrypnięty głos wydobył się z głębi, przybliżył, zaczął lepiej brzmieć i poszerzył swoją skalę. Wspomagała mnie również specjalistka od piosenkarskich gardeł, pani Komorowska – szczególnie kiedy przyplątała się jakaś infekcja, bo wtedy śpiewanie jest bardzo groźne. Natomiast profesor Olga Łada była autorytetem nie tylko w sprawach zawodowych. Pozostanie jedną z najważniejszych dla mnie osób. Ja i cała moja rodzina hołubiliśmy panią Olgę. Była drobna i przekonana, że wszyscy się jej boją. Ja się jej nie bałam. Ona zawsze mnie wspierała. Kiedyś przywiozłam nowe meble, sypialnię, były święta. Zaprosiłam panią profesor. Łóżka i mebli nie zauważyła. W końcu zapytałam, co sądzi o tych nowych meblach i usłyszałam: Alusia, ja przyjechałam do pani, żeby pobyć z panią. Była wzorem skromności. Mieszkała przy ulicy Śniadeckich, w kawalerce o powierzchni dziewiętnastu i pół metra kwadratowego. Kuchenka była w przedpokoju. Pani profesor lubiła niebieski, więc w odcieniach tego koloru miała tapczan i dwa fotele. Były też dwa regały – jeden z książkami, drugi z płytami. Do tego szafa, pianino i stolik – składany, bo się nie mieścił. Jak przychodzili przyjaciele czy znajomi, to się go rozkładało i dostawiało jeszcze jedno krzesło. A spotkania u pani profesor były zawsze wyjątkowe. Na stoliku cukiernica, ciasteczka, kawa. I fascynujące rozmowy. Znała wielu fantastycznych artystów. Spisywała aforyzmy, myśli mądrych ludzi, nieraz razem je czytałyśmy i o nich rozmawiałyśmy. Nigdy nie wyszła za mąż i nie miała dzieci. Była w paru niezwykle ciekawych związkach, o których wiedziałam chyba tylko ja. I vice versa, bo kiedy chciałam zaoszczędzić rodzicom zmartwień z powodu dotykających mnie niepowodzeń, porażek czy rozterek, zawsze mogłam zwierzyć się pani Oldze.
To znaczy, że miała Pani szczęście znać kogoś najbardziej wyjątkowego: człowieka. Czyli kogoś, dla kogo najważniejsze są rzeczy najważniejsze.
Tak, tego można było się od Olgi Łady nauczyć: sztuki prostoty i tego, co naprawdę jest ważne. W ogóle inaczej się żyło w czasach powojennych, nie było tylu możliwości wyboru i środków na to, żeby mieć, ale były wszelkie warunki ku temu, żeby być.
Pozostańmy więc blisko ludzi, z którymi łączy Panią bliskość. Czy Pani brat i siostra wybrali zawody związane ze sztuką?
Zupełnie nie. Siostra jest stomatologiem. Studiowała we Wrocławiu i tam mieszka. Odwiedzamy się i jesteśmy cały czas w kontakcie. Brat ukończył studia prawnicze w Warszawie. Pracował w przetwórstwie owocowym. Odnosił sukcesy, osiągnął nawet stanowisko dyrektora przedsiębiorstwa. Z domu wyniósł uczciwość i solidność. Dlatego i jako pracownik, a później również jako dyrektor, cieszył się świetną opinią. Nie uległ pokusom nieuczciwych korzyści, a na tak wysokim stanowisku miał takie propozycje i możliwości. Teraz jest na emeryturze. Zawsze mnie wspierał, ale po zakończeniu kariery zawodowej, kiedy ma wreszcie dużo wolnego czasu, zainteresował się moją działalnością jak prawdziwy miłośnik piosenki. Jest zresztą muzykalny, ma ładną barwę głosu, umie śpiewać, ale nigdy nie myślał , żeby uczynić z tego swój zawód. Chociaż zawsze był bardzo wstrzemięźliwy w opiniach, to ostatnio powiedział mi, że jest ze mnie dumny.
Moim zdaniem powinien był to powiedzieć już dawno temu. Do takich słów okazja okazję okazją poganiała. Na przykład wtedy, kiedy odnosiła Pani sukcesy uczestnicząc w dwukrotnym, trzymiesięcznym tournée po Związku Radzieckim. Polscy artyści spotykali się z niebywałą i nieosiągalną w kapitalizmie – innymi słowy w skomercjalizowanej dżungli – kulturą i wrażliwością publiczności radzieckiej, która szacunkiem i serdecznością darzyła zarówno swoich wielkich artystów, jak i naszych. Jak to było podróżować i koncertować po najpotężniejszym w historii świata państwie sprawiedliwości społecznej?
Byłam jeszcze studentką, kiedy zdarzyła mi się ta podróż do Związku Radzieckiego. Okazała się być przygodą życia. Radziecka publiczność rzeczywiście była niebywale wrażliwa. I bardzo kulturalna, i osłuchana w muzyce klasycznej, i oczytana w mądrej literaturze, i wyedukowana na najwyższym poziomie. W dodatku była przyzwyczajona do wybitnych twórców, wielkich wirtuozów, najwspanialszych artystów w każdej dziedzinie sztuki. Dlatego śpiewanie przed taką publicznością nobilitowało i zarazem tremowało.
A jednym z najbardziej spektakularnych wydarzeń były koncerty w ogromnej sali w Moskwie. Występował tam m.in. zespół Heliosi z Edwardem Hulewiczem, Liliana Urbańska z mężem Krzysztofem Sadowskim, Anna Pietrzak – moja przyjaciółka, z którą potem śpiewałam w Particie. Ja zaprezentowałam najbliższy mi, czyli szczypiący duszę, repertuar. Zaśpiewałam też dwie piosenki w duecie z Anną Pietrzak: kompozycję Mikisa Theodorakisa oraz „Kwiat jednej nocy” Juliusza Loranca i Jonasza Kofty z repertuaru Alibabek. Zawsze będę pamiętać tamten ogromny aplauz wspaniałej, wielotysięcznej publiczności.
Zostańmy zatem w tamtych najlepszych, jak najbardziej niesłusznie minionych czasach. Czasach największej wolności — bo urzeczywistnionej wolności od strachu o byt, od niepewności jutra, od bezrobocia, od terroru pieniądza, od nakazu chciwości, od niewoli wolnego rynku, od nierówności społecznych i ekonomicznych, od wszechwładzy bogatych, od wszelkich innych antyludzkich i antypostępowych plag kapitalizmu. W czasach tak przyjaznych człowiekowi spotkała Pani przyjaznego sobie człowieka. Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych poznała Pani swojego męża — Janusza Budzyńskiego. Jaki był?
Miał osobowość, która nie pozwalała go nie lubić. Był jasnym słoneczkiem na bezchmurnym niebie. Zawsze pogodny i bardzo towarzyski. Miał taką inwencję i energię, że nawet ja się przy nim rozleniwiłam – mimo że też jestem osobą aktywną i lubię działać. W szkole byłam gospodynią klasy, teraz sama sobie menadżeruję. Ale przez wszystkie lata naszego małżeństwa to Janusz działał za nas oboje. Zajmował się domem, robił zakupy, załatwiał wszelkie sprawy, woził mnie wszędzie i jeszcze pomagał mi rozwijać się zawodowo. Był dziennikarzem, konferansjerem, scenarzystą, redaktorem w Telewizji Polskiej. Redakcja Rozrywki TVP, w której pracował, przygotowała program biograficzny o Hance Ordonównie. Wystąpiłam w tym programie i był to mój telewizyjny debiut. Według scenariusza Janusza i jego przyjaciela Michała Bobrowskiego, scenarzysty „Spotkań z balladą”, powstało kilka moich recitali telewizyjnych. Pierwszy nosił tytuł „Alicja Majewska zaprasza”, drugi – „Nie tylko Alicja Majewska”, trzeci – „Nareszcie Alicja Majewska”. Żartuję sobie, że gdyby powstał czwarty program z tego cyklu, mógłby być zatytułowany „Niestety Alicja Majewska”. Mój mąż był też współscenarzystą programu estradowego „Bardzo przyjemny wieczór”, który sam prowadził. Otrzymywał nagrody za najlepszy program estradowy. Janusz szczególnie wysoko cenił kierownika muzycznego „Bardzo przyjemnego wieczoru”. A był nim… Włodzimierz Korcz. To waśnie dzięki mojemu mężowi zaczęłam współpracować z Włodkiem. Janusz wiedział na kogo postawić. I postawił na najlepszego kompozytora. Jak wielką miał rację, pokazały kolejne lata. Pokazują zresztą do dziś. Pod koniec lat osiemdziesiątych dotknęła mnie najbardziej bolesna seria pożegnań. W 1988 roku zmarł mój tata i pani profesor Olga Łada. Dwa lata później umarł mój mąż. Po każdym ważnym wydarzeniu, jakie spotyka mnie w życiu zawodowym, idę z kwiatami i zniczami na groby pani profesor i Janusza. Tak wiele im zawdzięczam. Oboje mieli ogromny wpływ na całe moje życie. Obojga bardzo mi brakuje. Janusz na pewno byłby moim menadżerem – i to najlepszym z najlepszych.
Skoro mówimy o najlepszych z najlepszych, to nieodżałowany Zbigniew Wodecki powiedział, że niektóre rady, zalecenia i wskazania Włodzimierza Korcza należałoby wpisać do konstytucji. Jak pracuje się z geniuszem i dlaczego aż tak trudno?
Chciałoby się powiedzieć, że coraz trudniej (śmiech). Ale tylko w tym sensie, że z biegiem lat nasze słabości się wyolbrzymiają, a zmniejsza się nasza cierpliwość. I jak się aż przez 44 lata razem koncertuje i jednym samochodem się na te koncerty dojeżdża, i ktoś po raz pięciotysięczny reaguje nie tak, jak oczekuje druga osoba, to niestety, kłótni nie da się uniknąć. Łatwo wybuchnąć, a wtedy nawet coś przykrego można sobie powiedzieć. Tym bardziej, że Włodek nie ma takich cech, jak delikatność, łagodność, wyczulenie na to, co czują inni. Uważa – chociaż ja się z nim nie zgadzam – że osiąga się cel, jeżeli wszystko wszystkim się boleśnie uzmysłowi i bez ogródek wygarnie. Wspomniany przez pana Zbigniew Wodecki mówił też, że Włodek jest perfekcjonistą do szlagtrafienia. Walczy jak lew z autorami tekstów, wierci dziurę w brzuchu, żeby coś zmienić, poprawić, żeby było tak, jak powinno być, żeby sens przesłań mogła jak najbardziej przybliżyć i jak najlepiej zilustrować jego muzyka. Pilnuje jak cerber czystości i jakości wykonania utworów. Sam Włodek twierdzi, że ma coraz mniej cierpliwości do nas, wykonawców, że jesteśmy tak oporni, że nieraz nie jest w stanie wyegzekwować tego, co by chciał. Ale nawet jak nie jest w stanie, to i tak egzekwuje. Wystarczy, że przypomni nam swoje motto: – Cieszcie się, bo dopóki ja nie odpuszczam, to wy dobrze na tym wychodzicie. No i jak Włodek tak mi wejdzie na ambicję, to od razu jeszcze bardziej doceniam jego uwagi, chociaż jednocześnie jest mi przykro, że są nieraz bardzo bolesne.
„Pułapka, z której jest tylko jedno wyjście” — rozszyfrował życie największy poeta Jeremi Przybora. Co gorsza, ta pułapka nie ma podłogi z trwałości, złoodpornych ścian, sufitu ze spełniających się marzeń, okien, przez które wpada szczęście. W tej pułapce tlen miłości niesprawiedliwie rozdziela przypadek, zaś światło dobroci, ten najwspanialszy wynalazek człowieka, jest w sytuacji świeczki zapalonej na drodze tornada. Ta świeczka jest niezgodna z konstytucją bezwzględnej natury, która poprzez swoje drakońskie prawa działa tak, żeby ją zdmuchnąć za wszelką cenę. Najtrafniej ujął to kolejny największy poeta Wojciech Młynarski: „Świat to przekleństwo, wygrywa zły, dobry ginie”. Na wyposażeniu tej pułapki są tylko jedne, nikomu niepotrzebne, najgorsze z najgorszych, beznadziejne drzwi. Prowadzą donikąd – przez utratę świadomości i wszystkiego, co najważniejsze – do wiecznego niebytu. Wyjść awaryjnych, niestety, brak. Czy odczuwa Pani bardziej pozytywy czy trudy indywidualnego mierzenia się z tą pułapką?
Życie ułożyło mi się tak, że mierzę się z nim indywidualnie, a nie wespół w zespół. Mam taką cechę, którą bardzo sobie cenię: nie roztrząsam, nie dzielę włosa na czworo, nie analizuję, że może mogło być tak, a może inaczej. Bo przecież tak naprawdę często nie wiadomo, czy byłoby lepiej czy gorzej, gdybyśmy zrobili coś inaczej. A może właśnie dzięki temu, że postąpiliśmy tak, jak postąpiliśmy, to zaistniało coś dobrego. Albo nie pojawiło się coś złego. Dlatego myślę, że szkoda naszych emocji na niepotrzebne dręczenie się wątpliwościami czy rozterkami. Oczywiście są rzeczy, które warto analizować i uczyć się na błędach, bo dzięki temu możliwa jest zmiana na lepsze. Mam też świadomość, że gdyby życie nie ułożyło mi się tak szczęśliwie, a los nie byłby dla mnie tak łaskawy, pewnie siedziałabym na fotelu bujanym i myślałabym: dlaczego się nie udało, dlaczego poszłam akurat taką dróżką, dlaczego nie stało się inaczej. A ja się urodziłam w czepku.Jestem zdrowa, czuję się świetnie, kocham swój zawód, udało mi się więcej, niż mogłam sobie wymarzyć, wokół mnie są tak bardzo życzliwi mi ludzie. Stało się i dzieje się w moim życiu tyle dobrego, że aż trudno te wszystkie pozytywy ogarnąć. O tym śmiertelnym zagrożeniu Magda Czapińska napisała tak: „Jutro może się nie zdarzyć”. To nas dotyka najbardziej boleśnie, kiedy ubywa nam nieodwracalnie bliskich i ważnych dla nas ludzi. To jest tak straszne, że nauczyłam się cenić nawet swój nieustanny brak czasu. Dzięki zabieganiu nie mają jak mnie dopaść te najsmutniejsze refleksje. Ponownie posłużę się słowami Magdy Czapińskiej: „Już nie mam czasu przysiąść spokojnie”.
Jednak na pewno zawsze warto przysiąść spokojnie dla piosenki „Jeszcze się tam żagiel bieli”. Jej puentą Wojciech Młynarski uczynił zdanie: „aż zrodzi się pod powieką inna łza, radości łza”. Moim zdaniem wyśpiewując tę łzę radości stworzyła Pani razem z Wojciechem Młynarskim i Włodzimierzem Korczem coś w sam raz dla instytutu w Sèvres — wzorzec definicji wrażliwości. Ta Wasza łza radości jest właśnie najczystszą wrażliwością. A dokładnie wrażliwością plus. Bo łza radości jest reakcją na sens. Na dobro. W odróżnieniu od łzy smutku, która jest reakcją na bezsens, czyli na zło. Kim był dla Pani ojciec mojej wrażliwości — Wojciech Młynarski?
Od zawsze miałam dla niego wielką estymę. Na długo zanim poznałam go osobiście i zaczęliśmy współpracować. Najpierw oglądałam jego recitale w telewizji, potem chodziłam na nie razem z moim mężem. Wojciech Młynarski był gigantem intelektu. I oczywiście niedoścignionym arcymistrzem słowa. Współpracowaliśmy przez wiele lat, ale nie byliśmy w bliskich relacjach towarzyskich. Bardziej zażyły kontakt z Wojciechem Młynarskim miał Włodek. Razem scalali teksty z muzyką. Tak powstawały najważniejsze piosenki z mojego repertuaru. To za utwory ze słowami Wojciecha Młynarskiego otrzymywałam najbardziej prestiżowe nagrody i największe wyrazy uznania. Wystarczy wymienić wspomniany przez pana „Jeszcze się tam żagiel bieli”, „Odkryjemy miłość nieznaną”, „Wielki targ”, „Piosenki, z których się żyje”, „Marsz samotnych kobiet”. Relacje zawodowe i prywatne z Wojciechem Młynarskim bywały trudne, bo przez większość życia zmagał się z ciężką, okrutną i nieuleczalną chorobą. Przez nią był tak zmienny, tracił siebie.
Sam przekuwał to w żart, że ktoś, kto pracuje zawsze od piątej rano, nie może być miły po południu. Zresztą tak wczesne godziny pracy prawdopodobnie wyznaczyła mu właśnie choroba afektywna dwubiegunowa, która powoduje zmniejszoną potrzebę snu i budzenie się nad ranem.
Tak cierpiał bez nadziei na wyleczenie, ale swoją twórczością leczył tak wielu. Chronił człowieczą wrażliwość przed potwornością natury i życia. Często w roli obrończyni wrażliwości obsadzał nadzieję, nadając jej moc wiarygodności ocalającą to, co dobre. Wyzwalającą tę łzę radości. Kiedy Wojciech Młynarski chciał, żebym gdzieś przyjechała i zaśpiewała, byłam na każde jego zawołanie. Tak jak teraz jestem na zawołanie jego rodziny. Z przeogromnej wdzięczności, że miałam szczęście wykonywać jego utwory, że jego talent oświetlił mnie tak jasno, że przestał grozić mi cień. Taki człowiek powinien żyć wiecznie. I mógłby tworzyć bez końca. Niestety, jego życie było krótkie i smutne, naznaczone nawracającymi depresjami. A w ostatnich latach ciągle przebywał w szpitalach, nękany chorobami i cierpieniem fizycznym.
W książce innego geniusza, którego cierpienie niszczyło przez większość życia – Stephena Hawkinga – przeczytałem najważniejsze, najwspanialsze i najbardziej radosne zdanie, jakie mógłbym sobie wymarzyć. Bo daje ono nadzieję na całkowite wyeliminowanie wszelkiego cierpienia. Brzmi ono: „Konkludując, szybkie przemieszczanie się w przestrzeni i podróż wstecz w czasie NIE DAJĄ SIĘ WYKLUCZYĆ na podstawie obecnego stanu naszej wiedzy”. Jeżeli więc kiedyś miałbym szczęście wsiąść do wehikułu czasu, to jedną z pierwszych podróży odbyłbym do roku 1980. Poszedłbym wówczas na festiwal w Opolu, żeby wysłuchać premiery utworu „Jeszcze się tam żagiel bieli”. I bez końca podróżowałbym sobie po tamtych cudownych latach, między dziewiątym maja 1945 a czwartym czerwca 1989 roku. Lat przed tym okresem i po nim wystrzegałbym się jak ognia. A dokąd wehikułem czasu przeniosłaby się Pani?
Żyjemy w bardzo złym, bardzo niesprawiedliwym i bardzo niepewnym świecie. Myślę, że to wszystko wpływa destrukcyjnie na kondycję ludzką. Z drugiej strony moja sytuacja osobista i zawodowa daje mi pełnię satysfakcji, dlatego byłoby mi szkoda wsiąść do wehikułu czasu i porzucić tak udany etap życia, na jakim teraz jestem. Nie tylko nie muszę od nikogo otrzymywać pomocy, ale sama mogę służyć pomocą innym.
Gdyby jednak zdecydowała się Pani przenieść w czasie, to zapraszam Panią do 1980 roku do Opola na Pani ponadczasowy występ. Spróbuję już wtedy umówić się z Panią na tę dzisiejszą rozmowę, za którą teraz, po 39 latach radosnego na nią oczekiwania, bardzo Pani dziękuję.