Koronacyjny krach polityki globalnej USA (część I)

Tragedię pandemii należy rozpatrywać jako zjawisko samoistne, ale, lepiej, w kontekście globalnym. W tym celu nie trzeba być politykiem, dyplomatą czy politologiem, żeby dostrzegać pogarszającą i komplikującą się
coraz bardziej sytuację międzynarodową – i to pod każdym względem.

Nie trzeba też być jasnowidzem czy prorokiem, żeby prognozować bardzo niebezpieczne, dla rodzaju ludzkiego, skutki tego stanu rzeczy i jego prawdopodobne niszczycielskie konsekwencje dla życia na Ziemi. Nawet jeśli jej mieszkańcy nie mają takiej świadomości w oparciu o przesłanki empiryczne i naukowe, to – podświadomie i instynktownie – wyczuwają oni, że coś niedobrego wisi w powietrzu, że coś dzieje się nie tak, jak trzeba i obawiają się coraz bardziej o przyszłość. Z rozmaitych zakątków świata dochodzą do nas głosy wręcz alarmistyczne, jak, np., wypowiedzi polityków rosyjskich (prezydent Władimir Putin i minister Siergiej Ławrow), uczonych chińskich, (profesorów: Yang Guangbing, Li Wen i Lin Hongyu) 1/. i in., którzy stwierdzają wprost, iż Stany Zjednoczone ponoszą główną odpowiedzialność za obecny chaos i niepewność panującą w świecie oraz za poważny wzrost napięcia w stosunkach międzynarodowych. Z kolei, władze USA obarczają winą za te patologie inne podmioty państwowe, na zasadzie: „to nie my, lecz koledzy…”; i tak, owo błędne koło zarzutów i oskarżeń kręci się coraz szybciej, a jednocześnie góra nierozwiązanych problemów globalnych, kontynentalnych, regionalnych i krajowych urasta już do niebotycznych rozmiarów i do groźnej „masy krytycznej”. Obecna apokaliptyczna pandemia stanowi wymowny test i papierek lakmusowy tej masy.
Tymczasem, tzw. prawda obiektywna jest jedna jedyna i niepodważalna. Trzeba tylko odważnie ją odnaleźć i spojrzeć jej w oczy. W tym celu niezbędna jest właściwa doza realizmu i obiektywizmu, jakiej, z reguły, nie staje niektórym myślicielom i decydentom odpowiedzialnym nie tylko za losy własnych państw i narodów, ale także za teraźniejszość i za przyszłość całego świata i rodzaju ludzkiego. Stwierdzenie to jest tym bardziej aktualne we współczesnej sytuacji (wybory prezydenckie w USA i nie tylko tam), kiedy może dojść do pewnych przewartościowań w polityce globalnej Stanów Zjednoczonych. Czy będą to zmiany na lepsze, które mogłyby położyć kres owemu światowemu chaosowi, zagrożeniom i neoliberalnemu marazmowi made in USA? Bardzo wątpię! Bowiem, w programach wyborczych obydwu partii i osobistości kandydujących na najwyższy urząd w Waszyngtonie próżno by szukać jakościowo nowatorskiej wizji lepszego świata – z myślą o szeregowych obywatelach a nie tylko o bogatych kapitalistach oraz o całym świecie a nie tylko o USA! Poza wszystkim, nie miejmy złudzeń – niezależnie od tego, kto wygrywa tam wybory i jakie nosi nazwisko, to sedno, istota, programy i mechanizmy władzy w USA nie ulegają zmianie. Nadal rządzić tam będzie, de facto, wielki kapitał, bezpieka i kompleks wojskowo – przemysłowy. Tak uczy historia i tak potwierdzają to najnowsze doświadczenia, także z obydwu kadencji obamowskich i trumpowskich.
Łatwo jest powiedzieć, że USA ponoszą główną odpowiedzialność za obecny chaos, marazm, impotencję i za zagrożenia na świecie. Ale już znacznie trudniej udowodnić takie twierdzenie – obiektywnie i przekonująco. Warto jednak podjąć tę dość ryzykancką próbę, bowiem teraz nie mamy już wiele (czyli prawie wszystko) do stracenia, zaś stawka w toczącej się bezładnej grze globalnej jest maksymalna.
Obecne położenie i funkcjonowanie USA na scenie globalnej jest nie tylko funkcją i konsekwencją ich polityki z ostatnich lat czy nawet przeszło ćwierćwiecza (od upadku systemu dwubiegunowego – rozpadu Związku Radzieckiego, dnia 26 grudnia 1991 r.). Wszakże właściwe zrozumienie i racjonalną ocenę tego zjawiska można osiągnąć dopiero dzięki jego analizie w szerszym kontekście historycznym, powiedzmy, od zakończenia II wojny światowej, zawarcia zmowy jałtańsko – poczdamskiej i od początku „zimnej wojny” (1947 r. – 1991 r.). Stany Zjednoczone zmarnowały wówczas unikalną i niepowtarzalną szansę zbudowania, wraz z sojusznikami, lepszego świata, jaka pojawiła się w warunkach euforii zwycięstwa nad faszyzmem niemieckim i włoskim oraz nad militaryzmem japońskim.
Szansę tę można byłoby wykorzystać i urzeczywistnić tylko pod warunkiem, gdyby USA niezmiennie „nie były sobą”, czyli gdyby nie dążyły one do panowania nad światem i do narzucenia mu perswazją lub, głównie, siłą swych rozwiązań systemowych: Pax Americana, American Dream, hegemonizm, totalitaryzm, liberalizm i neoliberalizm, iluzje wolności i niepodległości czy, wreszcie, tzw. demokracji amerykańskiej.
Jak by to paradoksalnie nie brzmiało, w USA nigdy nie było i nadal nie ma autentycznej demokracji (władzy ludu – demos’u). Są natomiast wyrafinowane i kosztowne pozory demokracji fasadowej (na pokaz); oraz, faktycznie, autorytarne rządy (dyktatura) bogatych nad biednymi, kapitału nad pracą, oświeconych nad nieoświeconymi, mundurowych nad cywilami, grup interesów nad ogółem bezwolnego społeczeństwa itp. Jednak, poczynając od 1945 r., wszystkim kolejnym władzom (prezydentom, rządom…) amerykańskim zabrakło odwagi, wyobraźni i dalekowzroczności. Zasklepiały się one natomiast w swych przestarzałych koncepcjach, wyobrażeniach i dążeniach do panowania nad światem oraz brną tak dalej. Choć, bez wątpienia, mają świadomość, iż praktyczna realizacja tych koncepcji i dążeń była od początku niemożliwa i taką też pozostaje tym bardziej teraz – we współczesnej zmienionej konfiguracji sił globalnych. Jedynym racjonalnym wytłumaczeniem owej stagnacji intelektualno – realizacyjnej jest chęć zarabiania dużych pieniędzy w „mętnej wodzie” sytuacji globalnej, m.in. poprzez opaczną globalizację, intensyfikację zbrojeń, militaryzację gospodarki, wojny regionalne oraz terroryzowanie i dyscyplinowanie obywateli prawdziwymi i urojonymi zagrożeniami (Armagedon, koniec świata, atak z kosmosu, pandemia itp.). Od dawien dawna, w USA pokutuje zasada, iż jeśli masz siłę, to „wykorzystaj ją” – bo, w przeciwnym razie, „ją stracisz”. W wersji amerykańskiej, to się nawet rymuje: „use it or lose it” (wym.: „juz yt or luz yt”).
Nierealne założenia:
Ową przepaść między teorią a praktyką, między chciejstwem a wykonawstwem w polityce globalnej USA uważam za największy paradoks w krótkiej historii tego znakomitego, skądinąd, wielkiego mocarstwa i społeczeństwa. Nijak tego pojąć nie mogę, bowiem są przecież w Stanach całe zastępy mądrych i światłych ludzi, którzy nie raz zadziwiali nas swymi imponującymi dokonaniami w wielu dziedzinach. Tyle tylko, że zaślepieni bogacze i egocentryczni decydenci nie chcą słuchać mądrzejszych od siebie i brać pod uwagę ich propozycji, także w sferze polityki zagranicznej i globalnej.
Bardzo szkoda, bowiem mocno traci na tym cały świat, łącznie ze Stanami Zjednoczonymi! Prawda jest brutalna – w dobie współczesnej, realizacja dominacyjnych i hegemonistycznych aspiracji amerykańskich nie jest możliwa na drodze pokojowej; natomiast wielkiej wojny światowej Stany już w żaden sposób wygrać nie zdołają! Oto jest wielki dylemat!
W swej dotychczasowej filozofii, metodologii i polityce znalazły się więc one w ślepym zaułku i w sytuacji bez wyjścia. O przepraszam, wyjściem jest rezygnacja z aspiracji dominacyjnych, hegemonistycznych i dyktatorskich oraz racjonalne próbowanie układania się z resztą świata na pokojowych i partnerskich zasadach – celem wypracowania autentycznie nowego i sprawiedliwego ładu globalnego – w odróżnieniu od szkaradnej karykatury post jałtańskiej i proamerykańskiej. W tym celu potrzebna byłaby chyba IInd American Revolution, bowiem panujący tam establishment nie zdobędzie się raczej na taki zwrot i przełom, nawet gdyby „śmierć zaglądała mu w oczy”. Jeśli ktoś przyzwyczaił się na dobre do polityki z „pozycji siły”, do prawa pięści, do patologii pieniądza i zysku, do pałowania niewolników czy do kowbojskich metod z dzikiego Zachodu, to tak łatwo teraz nie zrezygnuje z tych nawyków, o ile w ogóle?
Kolejny zasadniczy błąd strategiczny USA o znaczeniu długofalowym polega na przecenianiu ich własnej (choć rzeczywistej) potęgi, pozycji monopolistycznej pod wieloma względami i na szantażowaniu tymi i innymi sposobami licznych państw i narodów świata.
Drastycznym symbolem owego szantażowania było (niepotrzebne, militarnie) zrzucenie 2 bomb atomowych na Japonię, pod koniec II wojny światowej. Wtedy w Waszyngtonie wielu pomyślało sobie, że nikt im „nie podskoczy”, bo mieli monopol atomowy. Ale już wkrótce potem okazało się, to mrzonką i sennym marzeniem. ZSRR przeprowadził swą pierwszą próbę z bronią atomową w 1949 r. Obecnie do „klubu nuklearnego” zalicza się już 9 państw (łącznie z Izraelem), a następne 9 ma zdolność i potencjał niezbędny do wyprodukowania takiej broni. Ironią losu i koszmarem kiedyś monopolistycznej Ameryki jest program nuklearny Korei Północnej oraz wysokie prawdopodobieństwo, iż ta i inna (np. biologiczna) broń masowej zagłady może być zastosowana przez terrorystów, właśnie przeciwko Ameryce.
Przełamanie amerykańskiego monopolu atomowego nastąpiło więc dużo szybciej niż się spodziewali jego promotorzy. Kategoria monopolu została zastąpiona przez „równowagę strachu” i przez „wzajemnie zapewnione zniszczenie” (tzw. MAD, po amerykańsku = „Mutually Assured Destruction”). To kolejne absurdy strategiczne, choć niektórzy (np. amerykańscy uczeni: John von Neumann i Herman Kahn) powiadali, iż właśnie dzięki tymże absurdom nie doszło jeszcze do wojny nuklearnej. Jednak bezpieczeństwo bazujące na strachu nie jest żadnym bezpieczeństwem. W latach 1940 r. – 1996 r. USA wdały 5,5 bln USD na doskonalenie potencjału nuklearnego. Ów pierwotny monopol amerykański, jako geneza i praprzyczyna nieszczęścia nuklearnego, oraz jego przełamywanie doprowadziło współcześnie do niezwykle niebezpiecznej sytuacji w świecie. Zgromadzono już 15.400 głowic (ładunków) nuklearnych. Użycie tylko niedużej ich części wystarczyłoby do wielokrotnego rozbicia planety Ziemia w pył kosmiczny. Oto skala tego absurdu.
W politologii światowej podkreśla się, iż III wojna światowa mogłaby się rozpocząć od celowego uderzenia nuklearnego, biologicznego, laserowego, elektromagnetycznego itp. lub wybuchnąć przez przypadek (błąd komputera, poczynania szaleńca czy kolejny miscalculation). Inny wielki błąd w rachubach polega na przeświadczeniu, iż potęga, potencjał i przewaga USA nad innymi trwać będzie wiecznie oraz że nikt im nigdy nie zagrozi i nie sprosta (nie wygra) konkurencji z nimi. Istotnym elementem owego myślenia i postępowania było i jest lekceważenie potencjalnych przeciwników i konkurentów. Tymczasem, poważnym konkurentem okazała się nawet rozkojarzona i rozlazła Europa (UE), która kiedyś zakładała Stany Zjednoczone i której ludność przewyższa o około 200 mln społeczność amerykańską. Zdruzgotana przez II wojnę światową, Europa dość szybko i sprawnie dźwignęła się z gruzów, a Ameryka tej wojny nie zaznała na swym terytorium (naturalnie, z wyjątkiem Hawajów, Pearl Harbour i obszarów Pacyfiku). Zresztą, od zakończenia amerykańskiej wojny domowej i utworzenia USA, ich strategia polega na prowadzeniu wojen jak najdalej od własnego terytorium i, najlepiej, przy pomocy cudzoziemskich żołnierzy (tzw. wojny per procura – Proxy Wars, ang., – np. Wojsko Polskie w Afganistanie, czy w Iraku).
USA i ChRL:
Kolejne władze amerykańskie popełniały i popełniają nadal kardynalne błędy również w odniesieniu do Chin. Oby tylko, jak w przypadku Rosji, nie doprowadziło to do przekształcenia ChRL z partnera strategicznego w przeciwnika strategicznego USA. Jest tam co niemiara wątpliwości, czy Chiny – to „przyjaciel, czy też wróg”? Prof. Richard Starr (Hoover Institiution, Stanford University, California) prorokował wręcz nieuchronność „czołowego zderzenia” militarnego („Head-on Crash”) między Ameryką a Chinami. Czysty surrealizm, chyba że Ameryka bardzo tego zapragnie? Chiny dążą do dobrego, ale przygotowane są na najgorsze.
Analiza i ocena ewolucji oraz konsekwencji polityki amerykańskiej w kwestii chińskiej prowadzi do bardzo ciekawych wniosków i uogólnień. I znów, ironia losu amerykańskiego polega na tym, że właśnie USA znacznie przyczyniły się do wykreowania obecnej wielkiej potęgi nowoczesnych Chin („China’s Rise”). Rachuby amerykańskie zakładały obfite zyski z tytułu handlu, produkcji i inwestycji na ogromnym rynku chińskim. Zysków rzeczywiście było niemało, ale, z biegiem czasu, okazuje się, że gospodarka amerykańska nie wytrzymuje konkurencji ilościowej, jakościowej i cenowej z innymi na tymże rynku. W wyniku tego, Chiny zarabiają już więcej na rynku amerykańskim niż Ameryka na rynku chińskim 2/.
W okresie od 1949 r. (powstanie ChRL), stosunki amerykańsko-chińskie kształtują się rozmaicie, raz lepiej, raz gorzej, w sumie – sinusoidalnie. Jest w tych stosunkach wiele pozytywów i oznak nadziei, ale jednocześnie niemało też negatywów i symptomów niepokoju. Ważne jednak, iż – nawet w okresach szczytowego napięcia – obie strony powstrzymywały się od przekroczenia ostatecznej granicy bezpieczeństwa. Do „czołowego zderzenia” nie doszło. Mimo ogromnych wahań i manipulacji w kwestii chińskiej, wojen hybrydowych, prowokacji morskich, pandemii polityczno – propagandowej itp., kolejne władze amerykańskie zdołały jednak zdobyć się na minimum realizmu i rozwagi w kwestiach konfliktowych. A jednak można, jeśli się chce i potrafi. Ze strony chińskiej, jedynie Przewodniczący Mao Zedong zwalczał początkowo amerykańskiego „papierowego tygrysa”, a nawet groził zniszczeniem USA. Przeanalizujmy więc, na najważniejszych konkretnych przykładach, jak kształtowała się owa sinusoida stosunków wzajemnych?
Do bezpośredniej konfrontacji chińsko – amerykańskiej na polu walki doszło w czasie wojny koreańskiej. 1 listopada 1950 r. wojsko chińskie przystąpiło tam do boju z US Army. Wojna zakończyła się porozumieniem o zawieszeniu broni (do tej pory brak traktatu pokojowego), dnia 27 lipca 1953 r. Nie można powiedzieć, żeby USA wygrały tę wojnę. Poniosły ogromne ofiary ludzkie (ok. 50.000 zabitych) i koszty finansowe: 30 mld USD (obecnych). Wojna ta zapoczątkowała całą serię porażek militarnych US Army, trwających po dziś dzień. Znamienne, że USA rozpoczynają i prowadzą wojny z państwami mniejszymi i znacznie słabszymi od siebie. Z silnymi wolą nie zaczynać.
Powstały dwa państwa koreańskie, co nadal jest nieprawdopodobną anomalią i tragedią narodu koreańskiego. W różnych aspektach, wielkie mocarstwa rozgrywają ryzykownie od lat „kartę koreańską”, (np. kwestia zjednoczenia, tzw. Korean Peninsula Nuclear Issue itp.) w swych stosunkach wzajemnych; a, w międzyczasie, Niemcy i Wietnam zostały zjednoczone!
Groźnie było także w okresie wojny wietnamskiej (1 XI 1955 r. – 30 IV 1975 r.), w której Chiny zaangażowały się zdecydowanie po stronie Północy, a Amerykanie (z sojusznikami) pod stronie Południa. Wojna zakończyła się totalną klęską USA i kosztowała 111 mld USD; 58.220 Amerykanów zapłaciło życiem za udział w wojnie; ale wietnamskie straty w ludziach sięgają 3 mln obywateli cywilnych i wojskowych + ogromne zniszczenia kraju.
I teraz znów kolejna ironia historii: w dniach 23 – 25 maja 2016 r., Prezydent Barack Obama złożył oficjalną wizytę w Wietnamie. Usiłował zabliźnić rany wojenne i obiecał dostawy broni amerykańskiej dla Wietnamu. Przeciwko komu ma być wymierzona ta broń? Otóż, obawiam się, że USA (irracjonalnie i majdanowo) chciałyby ustawić Wietnam i Filipiny przeciwko Chinom w podobny sposób, jak ustawiły Polskę (majdan = stocznia gdańska im. Wł. Lenina) i Ukrainę (majdan kijowski) przeciwko Rosji!?
Po co Ameryce była wojna koreańska i wietnamska? Wytłumaczeń jest wiele: realizacja aspiracji hegemonistycznych i dominacyjnych, nakręcanie koniunktury, militaryzacja gospodarki, dyscyplinowanie, straszenie i terroryzowanie własnego społeczeństwa oraz innych narodów i państw („jeżeli nie będziecie posłuszni Ameryce, to może was spotkać taki sam los, jak Koreańczyków czy Wietnamczyków”) oraz – i przede wszystkim – testowanie i osłabianie głównych rywali: ZSRR i ChRL. Łatwo wyobrazić sobie, co by się stało, gdyby USA wygrały wojnę koreańską i wietnamską? Zapewne przekształciłyby one Koreę i Wietnam we własne kolonie lub stany zamorskie, graniczące bezpośrednio z… Chinami i z Rosją. Stanowiłoby to dla nich kolosalne zagrożenie strategiczne, na które oba te wielkie mocarstwa nie mogły sobie pozwolić.
Dlatego tak mocno wspierały one Koreańczyków i Wietnamczyków w nierównej walce z Amerykanami i wygrały. Ale, Amerykanie, jak to w ich zwyczaju, nie wyciągnęli odpowiednich wniosków z tej lekcji historycznej i brnęli dalej w kolejne awantury wojenne.
W 1964 r. Chiny przeprowadziły I próbę z bronią atomową. W USA zapanowała panika z tego powodu. Prezydent Lyndon B. Johnson zamierzał wówczas zaatakować ChRL, aby pokrzyżować realizację jej programu nuklearnego. Na szczęście, doradcy wybili mu to z głowy. Zresztą, pozostałości koncepcji „uderzenia wyprzedzającego” – tzw. „Preemptive Strike”, „póki nie jest jeszcze za późno”) pokutują nadal w niektórych kręgach amerykańskich; ale ci panowie chyba zdają sobie sprawę, że jest już za późno! Lata 60-te XX wieku to był trudny okres w powojennej ewolucji stosunków chińsko – amerykańskich. USA blokowały dostęp ChRL do ONZ, upierając się przy członkostwie Tajwanu w tej Organizacji. Ale rozmowy dwustronne trwały na szczeblu ambasadorów. Łącznie, poczynając od roku 1954, odbyło się 136 takich spotkań, w Genewie i w Warszawie.

Od roku 1971 nastała era „dyplomacji pingpongowej” i tajnych rozmów z Chińczykami prowadzonych przez Henry Kissingera (głównie z Zhou Enlaiem). W ich wyniku, Przewodniczący Mao zaprosił Prezydenta Richarda Nixona do Chin. To był pozytywny przełom. Wizyta odbyła się w dniach 21 – 28 II 1972 r. Nixon proklamował erę negocjacji zamiast konfrontacji. Epokowym wynikiem wizyty był tzw. komunikat szanghajski prowadzący do normalizacji stosunków. USA uznały koncepcję jednych Chin, a Tajwan – jako ich integralną część. Najpierw ustanowiono biuro łącznikowe, a nawiązanie stosunków dyplomatycznych nastąpiło z dniem 1 I 1979 r., czyli prawie 30 lat po utworzeniu ChRL. Ambasady obydwu mocarstw rozpoczęły swą działalność z dniem 1 III 1979 r.
Od tej pory obserwujemy systematyczny i dość wszechstronny rozwój wzajemnych stosunków. Ich kolejnym etapem była pamiętna wizyta w USA wielkiego reformatora chińskiego, Przewodniczącego Deng Xiaopinga ( 28 I – 5 II 1979 r.). W ślad za tym, następni najwyżsi przywódcy chińscy i amerykańscy wizytowali się nawzajem. Za ich przykładem szli premierzy, ministrowie, wysocy dowódcy wojskowi, gubernatorzy prowincji i stanów, prezydenci miast, przedsiębiorcy, turyści, uczeni, studenci, ludzie pióra i zwykli obywatele. Już przeszło 300.000 studentów i doktorantów chińskich pobiera nauki na uniwersytetach amerykańskich, a 100.000 młodych Amerykanów – w Chinach. Ustanowiono system strategicznego dialogu gospodarczego (Strategic Economic Dialogue). Ponad 100 Instytutów Konfucjusza funkcjonuje w USA, a Uniwersytety amerykańskie uruchamiają swe filie w Chinach.
Słowem, kontakty rozwijają się na wszelkich możliwych płaszczyznach i szczeblach oraz we wszystkich najważniejszych formach, nie tylko na gruncie dwustronnym lecz również wielostronnym (np. ONZ, G-20, APEC, Asia – Pacific Economic Cooperation i in.). Zdecydowanym rzecznikiem efektywnej współpracy chińsko – amerykańskiej jest Prezydent Xi Jinping, dobrze znający problematykę amerykańską oraz doceniający rolę i znaczenie konstruktywnej współpracy nie tylko dla dobra obydwu Stron lecz również dla całego świata., Na długo przed pandemią, Prezydent Xi zaproponował opracowanie i wdrożenie nowego modelu stosunków wzajemnych między największymi mocarstwami: ChRL i USA.
Współpraca koncentruje się wokół spraw o kardynalnym znaczeniu dla obydwu Stron i dla całego świata. Nie jest to współpraca łatwa, prosta i przyjemna dla Chińczyków, bowiem partnerzy amerykańscy, na najwyższych szczeblach decyzyjnych, są często egocentryczni, uparci, nieszczerzy, zadufani w sobie i dążący do „ogrania” czy „przechytrzenia” drugiej Strony. Należy podziwiać pragmatyzm, realizm, wytrzymałość nerwową i anielską cierpliwość Chińczyków, którzy – ze stoickim spokojem, ale też z wielką determinacją, znoszą rozmaite wybryki amerykańskie (np. ministra Marka Pompeo). Bowiem, prawdę mówiąc, bez optymalnej współpracy chińsko – amerykańskiej, niemożliwe byłoby rozwiązywanie nie tylko własnych problemów obydwu Stron, ale również kluczowych kwestii globalnych. Tak więc, spraw wspólnego zainteresowania jest multum, jak np.: pokojowy rozwój, nowy ład światowy, współpraca gospodarcza, handlowa i finansowa, najnowsze technologie, bezpieczeństwo międzynarodowe, bronie masowej zagłady, problematyka kosmiczna, wojny informatyczne, regeneracja gospodarstwa światowego po pandemii i po kryzysie globalnym wywołanym przez neoliberałów amerykańskich, walka z terroryzmem, ochrona środowiska naturalnego, zmniejszenie emisji gazów przemysłowych, zmiany klimatyczne, patologie rozwojowe, problem uchodźców, nowy model stosunków ChRL – USA, współpraca gospodarcza między państwami Pacyfiku, prawa autorskie i wiele, wiele innych. Z reguły, podejście Amerykanów jest bardziej konstruktywne i koncyliacyjne w tych kwestiach, których sami (bez Chińczyków) nie zdołaliby rozwiązać oraz w tych, w których mogą oni odnieść określone korzyści. To jedna strona medalu, raczej pozytywna.
Druga strona jest znacznie trudniejsza, raczej negatywna i bardziej skomplikowana. Bowiem, decydenci amerykańscy stosują taktykę „podszczypywania”, nękania i denerwowania Chińczyków rozmaitymi sposobami. W polityce amerykańskiej metodologia ta znana jest pod mianem „powstrzymywania” rywala/partnera (tzw. Containment). Była ona stosowana w szerokiej skali i dość skutecznie przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Jednak ChRL – to nie ZSRR i ta ograna sztuczka już się Amerykanom nie uda. Na „szczycie” G20, w Hangzhou, Barackowi Obamie dano jednoznacznie do zrozumienia, z czego Chińczycy nie są zadowoleni.
Chyba najpoważniejszym problemem kontrowersyjnym jest hegemonizm i dążenie USA do umacniania swej pozycji w świecie, szczególnie, na obszarach Azji i Pacyfiku (kosztem Chin i tuż obok ich terytorium). W ostatnich latach, Stany znacznie przeorientowały swe zainteresowania i obecność polityczno – strategiczną, np., z Europy w kierunku Azji/Pacyfiku, dostrzegając, zapewne, iż tam przeniosło się centrum rozwoju naszej cywilizacji w XXI wieku i w stuleciach następnych. Zrozumiałe, że taka reorientacja zahacza o żywotne interesy Chin, które nie dopuszczą do ich uszczuplenia. Jest to więc powodem wzrostu napięcia w stosunkach wzajemnych i nosi wyraźnie antychiński charakter; tym bardziej, że USA wykorzystują, w swych zamiarach i poczynaniach, sojuszników azjatyckich: Japonię, Filipiny, Koreę Płd., Australię i starają się pozyskać w tych celach nawet Wietnam. Wygląda to nieciekawie i groźnie.
Nękanie Chin polega, m.in., na mieszaniu się w ich sprawy wewnętrzne, na „udzielaniu lekcji” w kwestiach praw człowieka, demokracji, wyborów, Tybetu, Dalajlamy, Tajwanu (któremu USA dostarczyły ostatnio uzbrojenie o wartości 6,4 mld USD), Ujgurów, „kolorowych rewolucji”, wolności słowa, dysydentów, na podsycaniu niepokojów społecznych w Hongkongu itp. Od wielu lat, obie Strony prowadzą swoistą wojnę podjazdową na, publikowane corocznie, „białe księgi” w kwestii praw człowieka. USA twierdzą, iż nie są one przestrzegane w ChRL; a ChRL czyni to samo w stosunku do USA. Poważną sprawą jest także negowanie przynależności do Chin wysp na morzach otaczających ich terytorium, szczególnie na Morzu Południowo – Chińskim oraz popieranie pretensji terytorialnych do tych wysp ze strony innych państw regionu.
Nie dziwi przeto wprowadzenie nowej zdecydowanej doktryny militarnej Chin („armia musi nie tylko prowadzić, ale wygrywać wojny…”) oraz systematyczne wspólne ćwiczenia z siłami zbrojnymi Rosji i innych państw członkowskich Szanghajskiej Organizacji Współpracy. Nie można też pominąć milczeniem istnienia i funkcjonowania ponad 20 amerykańskich baz wojskowych otaczających długim łańcuchem terytorium Chin od Zachodu, Południa i Wschodu, nieustające misje patrolowe samolotów bojowych US Air Force i okrętów US Navy nieopodal terytorium ChRL. Nie zmienia to faktu, iż, od czasu do czasu, okręty VII floty amerykańskiej (Pacyfiku) składają „wizyty przyjaźni” w portach chińskich. Obłuda amerykańska ma swoją specyfikę i swój „urok”. Jest też niemało spornych spraw w dziedzinie gospodarczej, handlowej, inwestycyjnej i finansowej (protekcjonizm, prawa autorskie czy zarzuty amerykańskie ws. „niedowartościowania” waluty chińskiej, juana itp.).
Słowem aktualny stan stosunków amerykańsko – chińskich, choć nie idealny a nawet nie optymalny, jest wypadkową ww. „raczej pozytywów” i „raczej negatywów”. Stosunki te wymagają również radykalnych reform, uzdrowienia, ubezpieczenia, optymalizacji i usprawnienia – dla dobra obydwu Stron i całego świata. Tak dalej być nie powinno. Ameryka nie ma chyba innego racjonalnego wyjścia, jak tylko określić i wdrożyć swą nową „China Policy” oraz zgodzić się na poprawę i na nowy model tych stosunków. Pewne jest jednak, iż, niezależnie od amerykańskiego nękania i „powstrzymywania” oraz w wyniku chińskiej polityki reform i otwarcia na świat (od 1978 r.), pozycja ChRL wobec USA (i reszty świata) stale się umacnia, zaś pozycja USA wobec ChRL (i reszty świata) systematycznie ulega osłabieniu. Tego obawiają się najbardziej antychińscy jastrzębie w Stanach i w innych krajach.

  1. Por. artykuły trzech ww. profesorów opublikowane w dzienniku „Żenminżibao”, z dnia 18 września 2016 r.;
  2. Niedawne dane makroekonomiczne dotyczące chińsko – amerykańskiej współpracy gospodarczej, handlowej i finansowej: wartość eksportu chińskiego do USA w 2015 r. = 483, 2 mld USD (w roku 2016 = 251,7 mld USD); wartość eksportu amerykańskiego do Chin w roku 2015 = 116 mld USD (60,4 mld USD w roku 2016); ujemne (dla USA) saldo w bilansie handlowym z Chinami = 367 mld USD (w roku 2015) i 191, 4 mld USD (w roku 2016); wartość inwestycji chińskich w USA = 30 mld USD, w roku 2016 = 30 mld USD (szacunek) i 15 mld USD, w roku 2015; wartość inwestycji amerykańskich w Chinach = 74,6 mld USD, w roku 2015; wartość chińskich rezerw walutowych = 3,5 bln USD (z czego ponad 60 proc. utrzymywanych jest w USD); Chiny posiadają także obligacje amerykańskie o wartości 1,24 bln USD, czyli około 30 proc. wartości wszystkich obligacji tego rodzaju znajdujących się w rękach właścicieli zagranicznych.