Mit o pomaganiu

Mit pomagania pokazany jako puszka z sercem przed popękanym szpitalem łatanym plastrami
Dobroczynność pomaga, ale nie może zastępować państwa. / grafika ilustracyjna

Wczoraj pisałem o Łatwogangu, 251 mln zł zebranych dla dzieci chorujących onkologicznie, dziurze w NFZ, politykach ogrzewających się przy obywatelskiej mobilizacji, bogatych firmach, influencerach i konieczności patrzenia fundacjom na ręce. Dzisiaj chciałbym zejść na szerszy temat i przybliżyć coś, co można nazwać mitem pomagania. Bo może gdyby ten mit trochę rozbroić, rzadziej musielibyśmy robić wielkie narodowe zbiórki na sprawy, które powinny być załatwione przez państwo.

Mit wielu osobom kojarzy się z czymś o Zeusie, Heraklesie, Syzyfie albo Prometeuszu. Roland Barthes, francuski badacz kultury, ujmował to inaczej. Dla niego mit był współczesną opowieścią, która bierze prawdziwe zdarzenie i nadaje mu takie znaczenie, żeby wygasić niewygodne pytania.

Fundacje często robią realnie dobrą robotę. Zbiórki pomagają konkretnym ludziom. Chore dzieci, rodziny, szpitale i osoby w kryzysie dostają dzięki nim pieniądze, sprzęt, leczenie, rehabilitację albo zwykłe wsparcie.

Tyle że właśnie z tej prawdy robi się później opowieść bardzo atrakcyjną dla Polaków wychowanych w doświadczeniach III RP. Po PRL-u bardzo skutecznie wmówiono ludziom, że państwo z definicji jest i musi być niewydolne, podejrzane, opresyjne i że zawsze coś zmarnuje. W tej opowieści prywatna filantropia wypada lepiej niż instytucja publiczna, a zbiórka brzmi bardziej ludzko niż sprawiedliwe podwyższenie podatków, bo to już wzmacnianie państwa, czyli w nadwiślańskim ujęciu „KOMUNIZM!!!”.

Obywatel słyszał to przez lata. Od polityków, liberalnych mediów, reklam i ekspertów, którzy tłumaczyli mu, że państwo zawsze zawadza, a rynek i dobroczynność zawsze sobie poradzą. Potem z człowieka wychodzą gotowe formułki, które bez problemu znajdziecie dziś w internecie, w komentarzach na Facebooku, czasem tylko w trochę innej formie.

„Państwo i tak rozkradnie, lepiej dać fundacji”.

„NFZ nie działa, trzeba zrobić zbiórkę”.

„Po co podnosić podatki, skoro ludzie sami pomagają?”.

„Nie krytykuj, tylko wpłać”.

„A ty ile dałeś, że się mądrzysz?”.

„Co się czepiasz [wstaw dowolną nazwę firmy wybielającej się wspieraniem zbiórek], przecież pomagają”.

Do tego prowadzi mit pomagania. Polityk może pokazać się przy szlachetnym celu, firma kupić sobie moralny połysk, influencer zrobić z dobroczynności zasięgi, a zwykły człowiek ma wpłacić, udostępnić i nie zadawać zbyt wielu pytań. W przeciwnym razie zostanie zjedzony w komentarzach przez ludzi, którzy pilnują tej opowieści jak własnej wiary.

A ta cała religia pomagania ma swoje korzenie w neoliberalizmie.

Bo pomaganie jest wspaniałe, ale nie może zasłaniać przyczyn, z powodu których stało się konieczne.

Jak działa ten mit?

Fundacje nie dowodzą, że państwo jest niepotrzebne. Dowodzą raczej, że państwo zostawiło dziury, które ktoś musi łatać. Dobroczynność może uratować konkretne leczenie, konkretną rodzinę, konkretny dramat. Nie zastąpi jednak systemu, który powinien działać codziennie, bez narodowego wzruszenia i bez walki o uwagę algorytmu.

Najgorszy jest fałszywy wniosek, który zostaje ludziom w głowie. Skoro fundacja działa szybciej niż państwo, to państwo jest beznadziejne. Skoro państwo jest beznadziejne, to podatki są marnowane. A skoro są marnowane, to lepiej je obniżać wszystkim, także tym korporacjom, które potem rzucą ochłap na zbiórkę, wliczą go w budżet PR i jeszcze odbiorą owacje.

I tu mit się domyka.

Najpierw państwo się osłabia. Potem jego słabość przedstawia się jako dowód, że nie warto go wzmacniać. A gdy ktoś mówi o podatkach, NFZ i usługach publicznych, słyszy, że przeszkadza pomagać.

Niedofinansowanie państwa sprzedaje się jako triumf obywatelskiej dobroci. Zrzutkę jako coś pięknego. Dobroczynność jako coś potrzebnego. Podatki jako kradzież. Tyle że bez podatków nie będzie szpitali, lekarzy, pielęgniarek i leczenia dostępnego także dla tych, których historia nie przebije się przez internet.

Pomyślcie chwilę. Skoro w kilka dni ludzie, firmy, influencerzy i celebryci byli w stanie zebrać ponad 251 mln zł, to znaczy, że pieniądze istnieją. Są w prywatnych fortunach, budżetach marketingowych, firmowych rezerwach, wielkich zasięgach i u tych, którzy mogą wpłacić duże kwoty bez zawalenia własnego życia.

Ta zbiórka obnażyła absurd systemu, w którym ogromne pieniądze pojawiają się przy emocjonalnym spektaklu, ale znikają przy stabilnym finansowaniu ochrony zdrowia. Przy zbiórce to darczyńca decyduje, kiedy da i komu da. Przy podatkach nie ma już łaski bogatszego, są obowiązek i reguły. Dlatego darowizna daje logo, wdzięczność i lajki, a podatek daje szpital, lekarza, pielęgniarkę i leczenie dla milionów ludzi.

W tym micie siedzi jeszcze jeden fałsz. Wielu ludzi słyszy, że trzeba podnieść podatki, żeby dofinansować NFZ, i od razu myśli, że ktoś przyjdzie po ich pensję, choć ledwo spinają miesiąc. Nie widzą, że sprawiedliwy system, o którym mówią „skrajne lewaki”, ma uderzać przede wszystkim w wielkie dochody, majątki, zyski kapitałowe, agresywną optymalizację i tych, którzy dziś najłatwiej uciekają od dokładania się do wspólnego systemu.

Ten strach, jak wspomniałem wyżej, nie wziął się znikąd. Latami karmiono ludzi opowieścią, że państwo wszystko zmarnuje, podatki zabiją przedsiębiorczość, a mocniejsze opodatkowanie bogatszych skończy się krzywdą zwykłego człowieka. Bzdura. Bardzo wygodna bajka dla tych, którzy naprawdę nie chcą płacić więcej, i często przez nich samych opowiadana. Neoliberalna bajka.

Nie jest też przypadkiem, że media chętnie nagłaśniają, ile dała znana firma, bank, spółka czy platforma inwestycyjna. Taki przelew świetnie wygląda w tytule. Logo dobrze niesie się w internecie. Nikt wtedy nie pyta, czy skoro firma może lekką ręką rzucić miliony na zbiórkę, to może powinna po prostu płacić więcej w normalnym, sprawiedliwym systemie podatkowym. Te same media często żyją z reklam, sponsoringów od tych samych banków, firm, czy spółek.

W efekcie człowiek, który sam czeka miesiącami na lekarza, zaczyna bać się podatków bardziej niż niewydolnego państwa. Firma, która jednym przelewem kupuje miesiąc dobrego PR-u, wychodzi na bohatera. Polityk, który nie dowiózł usług publicznych, może ogrzać się przy obywatelskiej mobilizacji.

Nazwijcie mnie komunistą, socjalistą, socjaldemokratą, marksistą, czy co wam tam pasuje, ale nie powinno być absolutnie żadnych fundacji od łatania państwa. I do tego trzeba dążyć. Leczenie, opieka i bezpieczeństwo mają być prawem, nie zbiórką. Tyle że takiego państwa nie chcą ani politycy głównego nurtu, ani milionerzy, ani firmy, którym opłaca się tanie państwo dla ludzi i mocne państwo dla biznesu. W kapitalizmie państwo ma działać tam, gdzie trzeba pilnować pieniędzy, własności i zysków. Dla zwykłego człowieka ma być dziurawe, bo wtedy zawsze znajdzie się fundacja, sponsor, gala, przelew i wzruszający materiał w mediach. Dlatego mit pomagania jest tak potrzebny. Ma nas poruszać dobroczynnością i pilnować, żebyśmy nie zaczęli domagać się świata, w którym dobroczynność przestaje być potrzebna.

PS. Fundacje muszą niestety istnieć, bo kapitalizm i jego politycy potrzebują miękkiego alibi. WOŚP też jest częścią tego układu. Uśmiechnięta Polska musi mieć swój wielki, coroczny, apolityczny rytuał, podczas którego celebryci, politycy, media i korporacje mogą zrobić sobie zdjęcie z uśmiechem czyniąc dobro. Serduszko przyklejone, sumienie wyprane, system wciąż niedofinansowany


Więcej komentarzy, felietonów i analiz znajdziecie w działach Opinie oraz Analizy.

Julian Mordarski

Redaktor naczelny „Dziennika Trybuna”, publicysta i komentator polityczny. Członek Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej. Absolwent studiów licencjackich z polityki społecznej na Uniwersytecie Warszawskim; obecnie studiuje dziennikarstwo i medioznawstwo na tej samej uczelni. Z „Dziennikiem Trybuna” związany od 2022 roku, początkowo jako szef działu zagranicznego. W 2025 roku objął funkcję redaktora naczelnego. Od pięciu lat współpracuje z mediami lewicowymi, specjalizując się w tematyce społecznej i międzynarodowej.

Poprzedni

Osierocone święto. Między populizmem narodowców a populizmem liberałów