W dużych mediach redukcje za redukcjami. Teraz trwa proces zwolnień grupowych w Ringier Axel Springer Polska. Ma zostać zwolnionych nawet do 12 proc. osób zatrudnionych w firmie. Zarząd oficjalnie zasłania się zmianami w wyszukiwarce Google i AI.
Protest podjęły natychmiast związki zawodowe w firmie: OZZ Inicjatywa Pracownicza, Komisja Zakładowa „Solidarności” oraz Koło Syndykatu Dziennikarzy Polskich. Postulaty związkowców to między innymi: cięcie kosztów utrzymania zarządu o 30%, zamrożenie premii i dodatków dla kadry dyrektorskiej oraz menedżerskiej, anulowanie kosztownych wydarzeń korporacyjnych takich jak gala „People Awards”, a także równe traktowanie w procesie zwolnień i odpraw osób pracujących na umowach cywilnoprawnych.
Obiektywnie rzecz biorąc, tak, kombinacje Googla w wyszukiwarkach i tzw. AI Overview odebrały sporo ruchu portalom. Tak dzieje się na całym świecie. Z drugiej strony słusznie związkowcy podnoszą jedną kwestię. Jakoś tak się składa, że za każdym razem (nie tylko w tej korporacji) mówi się o „koniecznych zmianach, żeby utrzymać stabilność finansową biznesu”, ale niemal nigdy nie dotyczy to cięć wynagrodzeń zarządów, czy kosztownych imprez wizerunkowych, które nie mają oczywistego przełożenia na wyniki, a zwłaszcza rozwiązanie narastającego kryzysu.
Gdzie nie spojrzeć szefostwo korporacji zdaje się mówić: jest kryzys, jest AI, spadają wejścia na strony z wyszukiwarek, trzeba redukować. Tylko że nie dotyczy to solidarnie wszystkich, a jedynie pracowników. Ludzie wówczas nie traktują poważnie tej korpomowy, która ma ukryć ten prosty fakt, że nie wszyscy zaciskają pasa jednocześnie i proporcjonalnie.
Można by jednak zapytać tego, czy tamtego zarządu, czy aby błędne założenia strategiczne nie miały wpływu na obecną sytuację. Od lat wiadomo, że opieranie swojej przyszłości na uzależnianiu się od jednego czy dwóch dominujących podmiotów to proszenie się o kłopoty. Wcześniej w ten sposób zmiana algorytmów funkcjonowania Facebooka zdziesiątkowała rozmaite portale, które swój los związały z jego humorami. Teraz to samo dzieje się z tymi, którzy uzależnili się od łatwego ruchu z wyszukiwarek (a konkretnie jednej). To musiało się posypać prędzej czy później. Można by więc zadać pytanie, czy nie postawiono wszystko na łatwy, ale wątpliwy mechanizm klików, a za mało na przywiązanie czytelników do danego medium, dbając o jego jakość, a nie wymuszając „puste wzrosty” z klikbajtów.
Cyfrowi giganci mają swoje za pazurami, tak jak politycy, którzy pozwolili na tę kolonizację i monopolizację ze strony amerykańskich korporacji technologicznych. Niemniej jednak ci wszyscy stratedzy w zarządach biorą ciężką, naprawdę ciężką kasę właśnie za to, żeby to przewidzieć i tak sterować tymi okrętami, żeby ominąć oczywiste rafy. Czy w tym kapitalizmie w ogóle działa jakiś mechanizm ewaluacji działań tych ze szczytu hierarchii? Mimo ciągłej propagandy, że kapitalizm najlepiej wycenia wszystko, łącznie z fachowcami, jakoś tego nie widzę w przypadku wierchuszki tego systemu. Zawsze bezwzględnie natomiast wyceniani, redukowani, mieleni, wypluwani i obciążani za często nie swoje przewiny są szeregowi pracownicy.
Coś tu chyba nie tak działa, jak nam opowiadano w różnych baśniach i historyjkach o efektywności kapitalizmu, który nas wszystkich doprowadzi do raju na ziemi.
Wiele osób z branży uważa, że na placu boju zostaną już tylko małe niezależne redakcje, czy pojedynczy publicyści i dziennikarze korzystający z finansowania przez społeczność oraz na drugim biegunie giganci, coraz bardziej zamykający treści za paywallami, przez co informacja staje się w coraz większym stopniu towarem luksusowym dla elit. Dla reszty zostanie darmowy, wygenerowany przez AI śmietnik, dezinformacja i propaganda.
Wobec tego rynkowego darwinizmu, w którym na placu boju zostają tylko giganci oraz śmietnik, pozostaje nam bezpośrednio wspierać twórców, których ceni się za treść, a nie za klikbajty. Do czego nieustannie zachęcam:
Photo by Lisa from Pexels on Pexels.com












