Kryzys na Kubie. Wyspa bez paliwa, turystów i złudzeń

11 maj 2026

Kryzys na Kubie wszedł w codzienne życie mieszkańców głębiej niż kolejne rządowe komunikaty i zagraniczne sankcje. Brak paliwa oznacza dziś problemy z dojazdem do pracy, dostawami żywności, odbiorem śmieci, funkcjonowaniem szpitali i obsługą turystów. Do tego dochodzą przerwy w dostawach prądu, puste apteki, inflacja i coraz większa zależność rodzin od pieniędzy przesyłanych z zagranicy.

Najmocniej widać to w Hawanie. Miasto, które przez lata przyciągało turystów starymi samochodami, muzyką i kolonialną zabudową, coraz częściej pokazuje drugą stronę karaibskiej pocztówki: mniej gości, mniej transportu, mniej pracy i coraz więcej improwizacji. Kuba nie zatrzymała się nagle. Ona zwalniała od dawna, ale teraz zaczyna brakować jej paliwa dosłownie i politycznie.

Blisko Florydy, daleko od normalności

Kuba leży około 150 kilometrów od wybrzeży Florydy, ale politycznie od dekad pozostaje jednym z najbardziej drażliwych punktów w relacjach Stanów Zjednoczonych z Ameryką Łacińską. Embargo obowiązujące od 1962 roku nie doprowadziło do upadku systemu stworzonego po rewolucji Fidela Castro. Doprowadziło natomiast do długiego wyniszczania gospodarki, którą pandemia, spadek turystyki i błędy wewnętrzne dodatkowo osłabiły.

W 2026 roku presja przybrała jeszcze ostrzejszy wymiar. Administracja Donalda Trumpa zaostrzyła działania wymierzone w dostawy energii i możliwości sprowadzania paliwa. Dla wyspy zależnej od importu, transportu i turystyki taki ruch nie jest tylko kolejną sankcją. To uderzenie w system, od którego zależy niemal każdy element codzienności.

Samochód bez benzyny, szpital bez stabilnego zasilania, hotel bez gości i sklep bez dostaw szybko przestają być oddzielnymi problemami. Zaczynają tworzyć jeden mechanizm zapaści.

Turystyka przestała dawać oddech

Przez lata turystyka była dla Kuby jednym z głównych źródeł twardej waluty. Goście z Kanady, Europy i Stanów Zjednoczonych utrzymywali hotele, bary, przewodników, taksówkarzy, muzyków, restauracje i drobny handel. Gdy za prezydentury Baracka Obamy relacje z Waszyngtonem zaczęły się ocieplać, w Hawanie pojawiła się nadzieja, że wyspa odzyska część normalnego ruchu gospodarczego.

Ta nadzieja dziś wyraźnie gaśnie. W starej Hawanie mniej jest turystów, mniej zorganizowanych grup i mniej pracy dla ludzi, którzy przez lata żyli z obsługi zagranicznych gości. Spadek ruchu nie wynika wyłącznie ze strachu przed kryzysem. Brak paliwa uderza także w lotnictwo, transport z lotnisk, dostawy do hoteli i codzienną logistykę branży.

Air Canada zawiesiła połączenia z Kubą, wskazując na problemy z paliwem lotniczym. Według danych cytowanych przez Travelnews liczba zagranicznych turystów w pierwszym kwartale 2026 roku spadła o 48 procent rok do roku. Dla gospodarki o tak wąskiej bazie dochodów to nie jest sezonowe wahnięcie, lecz utrata jednego z ostatnich kanałów dopływu gotówki.

Paliwo stało się granicą możliwości

Najbardziej widocznym symbolem kryzysu stała się benzyna. Stacje paliw w Hawanie świecą pustkami, transport publiczny działa coraz słabiej, a kierowcy, którzy jeszcze pracują, muszą planować każdy przejazd. Oficjalne przydziały nie pozwalają na normalne funkcjonowanie, a ceny na czarnym rynku są poza zasięgiem wielu rodzin.

Skutek jest prosty: ludzie mają pracę, ale nie zawsze mogą do niej dojechać; towar da się sprzedać, ale coraz trudniej go przewieźć; pacjent potrzebuje pomocy, lecz transport i zasilanie stają się częścią problemu. W tym miejscu kończy się gospodarka opisywana wskaźnikami, a zaczyna ekonomia codziennego ruchu.

Jeśli brakuje paliwa, miasto traci rytm. Rzadziej jeżdżą autobusy, mniej pracują taksówki, trudniej wywozić odpady i zaopatrywać sklepy. Kryzys energetyczny przestaje być wtedy abstrakcyjnym hasłem. Staje się pytaniem o to, czy jutro da się normalnie przeżyć dzień.

Prąd decyduje o całym dniu

Kubańczycy od dawna znają słowo apagón, oznaczające przerwę w dostawie prądu. Dziś nie jest to nadzwyczajna awaria, lecz część rytmu życia. W niektórych domach energia znika na wiele godzin, a czasem na całe dni. Lodówka przestaje chłodzić, wentylator milknie, telefon zostaje bez baterii, a gotowanie wraca do najprostszych metod.

Prąd decyduje też o pracy. Elektryczne trójkołowce i rowery, które w wielu miejscach zastępują droższy transport spalinowy, zarabiają tylko wtedy, gdy wcześniej uda się je naładować. Mały biznes, domowa sprzedaż, usługi i transport zależą więc od czegoś, czego nie da się zaplanować.

Tak powstaje nowa hierarchia potrzeb. Energia nie jest kwestią wygody. Decyduje o tym, czy będzie transport, jedzenie, praca, sen i możliwość utrzymania choćby niewielkiego dochodu.

Pensja traci znaczenie, dolar z zagranicy zyskuje

Państwowe wynagrodzenia coraz słabiej opisują realną sytuację rodzin. Nauczyciel, pracownik muzeum, przewodnik, taksówkarz czy emeryt nie żyją już z jednej pensji. Łączą zajęcia, dorabiają, naprawiają, sprzedają drobiazgi na ulicy albo czekają na przelew od krewnych z zagranicy.

Remesas, czyli pieniądze wysyłane przez diasporę, stały się jednym z filarów przetrwania. Rodzina, która ma kogoś w Hiszpanii, Francji, Stanach Zjednoczonych czy innym kraju regionu, ma większą szansę kupić żywność, leki, wentylator, części do pojazdu albo paliwo po zawyżonej cenie. Kto takiego wsparcia nie ma, zostaje z peso i półką, na której często niewiele da się znaleźć.

W takich warunkach krótkie kubańskie „no hay” — nie ma — przestaje być tylko odpowiedzią w sklepie. Zaczyna opisywać całą codzienność.

System zdrowia na granicy wytrzymałości

Kuba przez dziesięciolecia budowała międzynarodową pozycję na sukcesach swojej medycyny. Lekarze wysyłani za granicę, publiczny system ochrony zdrowia i wysoka jak na region długość życia były częścią państwowej dumy. Obecny kryzys pokazuje jednak, jak mocno nawet ten sektor zależy od paliwa, prądu i importu.

Brakuje leków, opatrunków, odczynników, sprzętu i stabilnego zasilania. Pacjent idący do szpitala musi czasem liczyć nie tylko na lekarza, ale także na to, czy placówka ma podstawowe materiały, energię i możliwość podania leczenia zgodnie z potrzebami. W kraju, który przez lata chwalił się ochroną zdrowia, to szczególnie bolesny sygnał.

Światowa Organizacja Zdrowia określiła sytuację zdrowotną na Kubie jako głęboko niepokojącą. Media międzynarodowe wskazywały na problemy z utrzymaniem oddziałów ratunkowych, intensywnej terapii i planowych operacji. W praktyce oznacza to, że choroba zależy już nie tylko od diagnozy, lecz także od dostępności paliwa, prądu, leku i podstawowego materiału medycznego.

Zmęczenie, którego nie da się przykryć hasłami

W kubańskich rozmowach coraz częściej powraca rozczarowanie. Starsze pokolenie pamięta państwo biedne, ale bardziej przewidywalne. Młodsi widzą przede wszystkim brak perspektyw. Coraz mniej ludzi wierzy, że obecny model jest w stanie dać im stabilne życie.

Nie oznacza to prostego zwrotu politycznego. Część mieszkańców odrzuca amerykańską presję i obawia się zewnętrznej interwencji. Inni, zmęczeni niedostatkiem, widzą w nacisku Waszyngtonu możliwy początek zmiany. Wspólne jest jedno: przekonanie, że obecna codzienność stała się nie do utrzymania.

Na murach pojawiają się napisy przeciwko prezydentowi Miguelowi Díaz-Canelowi. W centrum Hawany częściej widać aluzje, półsłówka i ostrożne sygnały niezadowolenia. Głos sprzeciwu wciąż wiąże się z ryzykiem, ale milczenie nie oznacza już zgody. Coraz częściej jest tylko sposobem na uniknięcie kłopotów.

Emigracja jako plan życiowy

Najbardziej trwałą konsekwencją obecnego załamania może być emigracja. Od początku pandemii z Kuby wyjechały setki tysięcy ludzi, a niektóre szacunki mówią o odpływie przekraczającym dwa miliony osób. Wyjeżdżają przede wszystkim młodzi, czyli ci, którzy mają jeszcze siłę zaczynać od nowa.

Dla państwa to strata większa niż jeden sezon turystyczny czy jedna dostawa ropy. Odpływa energia społeczna, kompetencje, przedsiębiorczość i nadzieja. Każdy wyjazd może pomagać rodzinie dzięki przekazom pieniężnym, ale jednocześnie osłabia kraj, który coraz bardziej żyje z pieniędzy wysyłanych przez tych, którzy już w nim nie mieszkają.

Tak zamyka się błędne koło. Kryzys wypycha ludzi za granicę, emigracja podtrzymuje rodziny, a państwo traci kolejne zasoby potrzebne do odbudowy.

Prywatny sektor jako ostatnia furtka

Władze w Hawanie próbują dopuścić więcej prywatnej aktywności. Od 2021 roku Kubańczycy mogą zakładać małe i średnie firmy, a ulice zapełniły się sprzedawcami owoców, napojów, szczoteczek, części, drobnej elektroniki i wszystkiego, co da się kupić, przewieźć albo wymienić.

Pod koniec marca rząd zapowiedział kolejny krok: możliwość inwestowania przez firmy amerykańskie i diasporę w wybrane sektory, w tym bankowość, turystykę i górnictwo. To decyzja o dużym znaczeniu politycznym, bo dotyka samego modelu gospodarki. Nie wynika jednak z doktrynalnego entuzjazmu dla rynku. Jest wymuszona brakiem dewiz, paliwa i czasu.

Pytanie brzmi, czy takie otwarcie zdąży przynieść ulgę zwykłym ludziom, zanim stanie się kolejnym polem nierówności. W gospodarce niedoboru najwięcej zyskuje nie zawsze ten, kto najciężej pracuje, lecz ten, kto pierwszy ma dostęp do waluty, kontaktów, licencji i towaru.

Kryzys, który nie potrzebuje wielkiego finału

Amerykańska polityka wobec Kuby od lat opiera się na przekonaniu, że nacisk ekonomiczny może wymusić zmianę polityczną. Obecny etap pokazuje jednak starą słabość tej strategii. Sankcje uderzają w państwo, ale zanim naruszą jego centrum, rozbijają codzienność mieszkańców.

Człowiek bez prądu, paliwa, leków i wystarczającej pensji nie zawsze staje się uczestnikiem politycznego przełomu. Częściej staje się emigrantem, sprzedawcą ulicznym, pacjentem bez leczenia albo kimś, kto nauczył się przetrwać jeszcze jeden dzień.

Kuba nie musi upaść w jednym spektakularnym momencie. Może gasnąć wolniej: w pustych hotelach, ograniczonym transporcie, mieszkaniach bez światła, szpitalach bez materiałów i rodzinach, które coraz częściej żyją dzięki pieniądzom przysyłanym z zewnątrz. Najbliższy etap rozstrzygnie, czy częściowe otwarcie gospodarki stanie się początkiem odbudowy, czy tylko sposobem na przedłużenie systemu, który ma coraz mniej paliwa, ludzi i zaufania.


Źródła

  1. Reuters — „UN experts warn US fuel blockade in Cuba puts human rights at risk”
  2. Air Canada — „Air Canada Suspending Cuba Service in Response to Aviation Fuel Shortage”
  3. Travelnews — „Tourism in Cuba: a 48 per cent decline”
  4. Le Monde — „Cuba’s escalating health crisis is ‘deeply concerning,’ says WHO chief”
  5. The Guardian — „Health fears in Cuba as US oil blockade halts rubbish collection”

Najnowsze

Nie ufamy sądom

Nie ufamy sądom

Dlaczego ludzie boją się sądów? Bo człowiek, którego nie stać na adwokata, jest na z góry przegranej pozycji. W...

Sprawdź również

Bomby i pokój

Bomby i pokój

Im bardziej Amerykanie przegrywali politycznie, tym więcej zrzucali bomb. Kolejne wietnamskie piekło zaczęło się od pokojowym rokowań. Konferencja genewska w 1954 podzieliła „tymczasowo” Wietnam wzdłuż 17 równoleżnika na północną Demokratyczną Republikę Wietnamu,...

Zakochany Ziemkiewicz

Zakochany Ziemkiewicz

Rafał Ziemkiewicz pokochał Chiny. Naprawdę ! Ten Rafał Aleksander Ziemkiewicz polski publicysta, komentator polityczny i ekonomiczny, powiązany ze środowiskami polskiej prawicy. A także pisarz fantastyczno- naukowy, zdeklarowany antykomunista, współzałożyciel...

Chiny stawiają granicę zwolnieniom przez AI

Chiny stawiają granicę zwolnieniom przez AI

Chiński sąd postawił granicę automatyzacji. Korporacja może wdrażać AI, ale nie może używać jej jako alibi dla zwolnienia człowieka. To nie algorytm wręcza wypowiedzenie. Robi to pracodawca. To ważny sygnał globalnie, także dla Polski. Rewolucja już wchodzi na rynek...

Nie ufamy sądom

Nie ufamy sądom

Dlaczego ludzie boją się sądów? Bo człowiek, którego nie stać na adwokata, jest na z góry przegranej pozycji. W dodatku sądy niechętnie przyznają pełnomocnika z urzędu, twierdząc bardzo często niesłusznie, że sprawa jest prosta. Zaczyna się od tego, że język, którym...