Im bardziej Amerykanie przegrywali politycznie, tym więcej zrzucali bomb.
Kolejne wietnamskie piekło zaczęło się od pokojowym rokowań. Konferencja genewska w 1954 podzieliła „tymczasowo” Wietnam wzdłuż 17 równoleżnika na północną Demokratyczną Republikę Wietnamu, proklamowaną już w 1945 roku i rządzoną przez Việt Minh oraz proklamowaną w 1955 roku południową Republikę Wietnamu.
Wtedy to Ngô Đình Diệm wraz z bratem Ngô Đình Nhu i resztą rodzinnego klanu zmonopolizowali władzę na południu. Diệm był politykiem niezwykle pracowitym, wymagający wobec wszystkich i siebie i niezwykle odporny na korupcję. Zawsze też był w opozycji wobec niepodległościowego, komunizującego Ho Chi Minha i kolaborującego z Francuzami cesarza Bảo Đại. Stworzył własną „Trzecią Drogę” dla uzyskania niepodległości. Doktrynę polityczną opartą na katolickiej filozofii Emmanuela Mouniera oraz pochodzącego z Chin konfucjanizmu.
Uważał, że najlepszym systemem dla Wietnamu jest merytokracja. Politycy powinni być tam kapłanami niepodległości dobieranymi wedle zawodowych kompetencji i cnót moralnych. Wyznawał konfucjańską koncepcję „Mandatu Niebios” czyniącą polityka odpowiedzialnego jedynie przed Bogiem i szeroko rozumianym Ludem. Zezwalających mu na wprowadzanie koniecznych, choć często bolesnych i niepopularnych reform. Zwolnionym też z konieczności realizowania bieżących interesów grup interesów, koterii politycznych.
Uczciwy katolik, szkodliwy polityk
Diệm postanowił zrealizować swą „Trzecią Drogę” początkowo na południu Wietnamu. Dzięki wsparciu Amerykanów, którzy postrzegali go jako kulturalnego, prodemokratycznego Azjatę.
A także zdeklarowanego katolika promowanego przez katolickich senatorów Mike Mansfielda i Johna F. Kennedy.
Swą „Trzecią Drogę” zaczął Diệm od sfałszowania zorganizowanego referendum proklamującego powstanie Republiki Wietnamu. I mianującego go jej prezydentem. Choć genewskie porozumienia z 1954 roku nakazywały przeprowadzenie wspólnych wyborów w w celu zjednoczenia Wietnamu w 1956 roku, to Diem odmówił uczestnictwa w nich. Bał się, że przegra z wielce popularnym wtedy Ho Chi Minhem.
Zadbał, aby pierwsza konstytucja Republiki Wietnamu przyznała prezydentowi silną władzę, co dało mu autorytarne rządy. Niestety, także jego klanowi rodzinnemu.
Szybko uwierzył, że ma konfucjański „mandat Niebios”, dlatego lekceważył nieznane wietnamskiej kulturze „demokratyczne wybory”. Organizował je, aby zadowolić sponsorujących jego państwo Amerykanów. Zawsze wygrywał, bo wcześniej sprawnie fałszował je.
Trzeba przyznać, że prezydent Diệm nie miał łatwo. Zwłaszcza, kiedy swe rządy rozumiał jako misję zreformowanie państwa i wzmacniania dobrobytu narodu. Ale proponowane przez niego reformy, choć miały słuszne i szlachetne cele, to zwykle nie uwzględniały lokalnych warunków i regionalnych różnic. Zakładały też istnienie w Wietnamie nieprzekupnych urzędników państwowych. Co gorsza, temu politykowi- misjonarzowi przyszło rządzić w społeczeństwie podzielonym klasowo, religijnie, etnicznie i przede wszystkim klanowo.
Zgubiły go katolicka wiara i własna rodzina. Jako katolicki ortodoks wdał się w przewlekłe wojny ze zmilitaryzowanymi bojówkami wszystkich, niekatolickich kościołów i religijnych mafii. Cóż z tego, że zreformowana przez niego armia Wietnamu Południowego po ciężkich walkach pokonała je, skoro wszystkich wrogów nie zdołał wybić. Jednoczyli się i zmienili taktykę walki z niepopularnym społecznie prezydentem i jego rodzinnym klanem.
W czerwcu 1963 roku buddyjski mnich Thích Quảng Đức podpalił się na środku ruchliwego skrzyżowania w Sajgonie protestując przeciwko polityce Diệma. Zdjęcia z tego wydarzenia opublikowano na całym świecie. W ciągu tygodnia cały „demokratyczny” Zachód znienawidził „okrutnego” Diệma i pokochał „pokojową” opozycję. Buddyjski mnich znalazł naśladowców, także w Polsce.
Dodatkowo bratowa prezydenta Nhu Trần Lệ Xuân zaogniła sytuację, szyderczo komentując: „Jeśli buddyści chcą mieć kolejnego grilla, z przyjemnością dostarczę benzynę”.
Politycznej benzyny stale dolewał jego klan rodzinny. Przesiąknięty korupcją, władający całym państwem, nawet czarnym rynkiem. Wielkiej mafijnej, katolickiej ośmiornicy. Amerykanie wiedzieli o tym. Pomimo tego w maju 1961 roku wiceprezydent USA Lyndon B. Johnson odwiedził Sajgon i publicznie nazwał Diema „Winstonem Churchillem Azji”. Zapytany prywatnie o powód takiej oceny, odpowiedział szczerze: „Diem to jedyny chłopak, jakiego tam mamy”.
Dwa lata później wietnamscy generałowie, wspierani przez CIA przeprowadzili zamach stanu. Początkowo Diệm i jego wielce znienawidzony brat Nhu uciekli przygotowanym przezornie tunelem. Schowali się w Cho Lon, sajgońskiej dzielnicy burdeli. Tam ich wojskowi dopadli i zabili. Po tym zamachu Wietnam Południowy nie był już w stanie utworzyć ani jednego stabilnego rządu.
Nie ma jak bomby
Reformując Wietnam od górnie, rzec można „od Nieba”, walcząc jednocześnie z religijną konkurencją, spiskami swych generałów, wszechobecną korupcją, prezydent Diệm nie miał zbyt wiele czasu aby zwalczać też niepodległościową, wspieraną przez Demokratyczną Republikę Wietnamu partyzantkę. Zwaną na Południu „Viet Congiem”.
Zresztą rządzący na Północy Ho Chi Minh i jego ekipa pod koniec lat pięćdziesiątych zajęci byli przede wszystkim umacnianiem swego, wolnego już od kolonizatorów państwa. Ho Chi Minh poskramiał nawet wojownicze zapędy młodszych radykałów z Viet Minhu, za co dorabiali mu łatkę niemrawego staruszka.
Konflikt rozgorzał kiedy władzę w południowej Republice Wietnamu zdobyli wietnamscy generałowie i potrzebowali szybkich sukcesów. Pomimo stałych dostaw amerykańskiego sprzętu, zwiększania kontyngentu wojskowych „doradców”, wrogiej partyzantki nie poskromili. Przeciwnie wspierany przez ludność lokalną, dozbrajany przez armię DRW, pogardliwie traktowany przez Amerykanów „Viet Cong”, atakował stale i często z sukcesami.
Frustrowało to generałów. Jeden z nich Nguyen Cao Ky, dowódca lotnictwa Wietnamu Południowego, w latach 1965- 67 premier Republiki Wietnamu, przeżywał wtedy huśtawkę nastrojów.
Od hipochondrii i deklaracji, że musi natychmiast jechać do uzdrowiskowego Da Lat, aby „leczyć nerwy i hemoroidy”, aż po wybuchy aktywności i wezwanie Amerykanów do wspólnego, niezwłocznego ataku na północny Wietnam. Aby zaprowadzić wreszcie pokój w Wietnamie.
Odtajnione dziś amerykańskie dokumenty pokazują, że amerykańscy doradcy polityczni i wojskowi czyli się na południu Wietnamu jak w domu wariatów. Też nieraz popadali w zwątpienia, ale częściej zrywali się do boju, aby po swojemu wprowadzić ten postulowany przez wszystkich pokój. Wedle standardów cywilizacji białego, demokratycznego człowieka z Zachodu.
W marcu1965 roku inicjatywę przywracania pokoju w Wietnamie przejęli amerykańscy wojskowi. Rozpoczęli operację, jak zwykle poetycko nazwaną, „Rolling Thunder”. Czyli „Dudniący Grom”.
Zaprojektował ją gen. Curtis Le- May, zwany „ojcem” amerykańskiego lotnictwa strategicznego.
Plan swoich lotników streścił w krótkich, żołnierskich słowach: „Możemy zbombardować Wietnam do epoki kamienia łupanego”.
I danego słowa zaczęli dotrzymywać.
Od wiosny 1965 roku do jesieni 1968 roku zrzucono zrzucono około 864 tys. ton bomb tylko na sam Wietnam Północny.
Więcej niż zrzucili Amerykanie w czasie całej II wojny światowej.
Celem bombardowań było zniszczenie infrastruktury, zaplecza przemysłowego i obrony przeciwlotniczej Demokratycznej Republiki Wietnamu. Przerwanie szlaków zaopatrzenia północ- południe, zmuszenie DRW do wycofania się ze wsparcia partyzantów na Południu.
Równolegle prowadzono również masowe bombardowania na terenie Republiki Wietnamu przeciwko działającym tam siłom Viet Congu. Zrzucane bomby miały też podnieść morale wojska i polityków Wietnamu Południowego.
Po czterech latach bombardowania Wietnamu Północnego przez lotnictwo amerykańskie wznowiono w 1972 roku w ramach operacji nazwanych Linebacker i Linebacker II.
Linebacker to nie tajfun, ani orkan. Jedynie ważny zawodnik w amerykańskim fudbolu. Gość, który często ratuje wynik kiepsko grającej drużyny.
Dudniący bilans
Według ocen CIA zginęło w efekcie nalotów około 90 tys. Wietnamczyków, w tym 74 tys. cywilów. Pomimo tak dużych strat ludności cywilnej, bombardowania nie osiągnęły przyjętych celów militarnych i politycznych.
Podstawową przeszkodą okazała się wietnamska rzeczywistość.
Nie było tam tak skoncentrowanego zaplecza przemysłowego, ani nowoczesnej infrastruktury komunikacyjnej, do jakiego amerykańska armia przyzwyczaiła się w Niemczech i w Japonii.
Bombardowanie portu w Hajfongu groziło atakami na chińskie i radzieckie statki zaopatrujące DRW. Podobnym ryzykiem były ataki na chińskie linie kolejowe, bo też groziły wojną odwetową ze strony ChRL i ZSSR. A takiej USA nie chciały. Wojnę mieli toczyć Wietnamczycy przeciwko Wietnamczykom.
Amerykanie nie przewidywali, że pogardzani przez nich Wietnamczycy są w stanie stworzyć skuteczną ochronę przeciwlotniczą. Ku swemu zdumieniu stracili wtedy ponad 1200 samolotów, w tym 919 w wyniku operacji nad Wietnamem Północnym. Większość tych strat to efekt dobrej wietnamskiej artylerii przeciwlotniczej. Ale wiele zasług miały radzieckie myśliwce Mig-21, i nawet przestarzałe, lecz zwrotne Mig – 17, których pilotowanie opanowali wietnamscy piloci po mistrzowsku.
„W przypadku wojny w Wietnamie jasno widać, że Amerykanie przecenili skuteczność własnej machiny wojennej i nie docenili odporności na „ból” swojego wroga. I jeszcze jedna sprawa odgrywała tu ważna rolę: przekonanie o tym, że Wietnamczycy z Północy to trzecia kategoria komunistów- gorsza od Sowietów i Chińczyków. A przecież niedocenianie przeciwnika to proszenie się o kłopoty”, tak skomentował operację „Dudniący Grom” polski historyk z UJ dr Jarema Słowiak.
Grom a sprawa polska
„Uwielbiam zapach napalmu o poranku”, zwierzył się filmowy podpułkownik William „Bill” Kilgore, jeden bohaterów „Czasu Apokalipsy”. Ten cytat przeszedł do historii kina.
Kim Phuc Phan Ti, prawdziwa Wietnamka, przeszła do historii jako „Napalm Girl”. Zrobione jej zdjęcie zna cały świat. W czerwcu 1972 roku amerykańscy piloci zrzucili napalmowe bomby na południowowietnamskich sojuszników i cywili. Ot, częsta w czasie masowych nalotów pomyłka.
Mała Kim nalot przeżyła, mieszka w Kanadzie. Do dziś zachowała wojenne traumy i blizny na skórze.
Oprócz powszechnie stosowanego wtedy napalmu, Amerykanie bombardowali Wietnam „ Agentem Orange”. Silnym toksycznie defoliantem używanym do niszczenia lasów, dżungli i pól uprawnych. Bo tam mogli kryć się wietnamscy partyzanci.
Skoro mogli zbombardować infrastrukturę „do kamienia łupanego”, to czemu nie wytruć wietnamskiej flory i fauny do stanu pustyni?
Wedle skromnych szacunków cywilizowana armia USA broniąc Wietnamczyków przed „komunizmem” zrzuciła ok. 70 milionów litrów trujących herbicydów. Powodujących u ludzi raka, uszkodzenia wątroby, wady rozwoju dzieci i choroby układu odpornościowego. Skutecznego aż do trzeciego pokolenia mieszkających na zatrutym kiedyś terenie.
W czasie amerykańskich bombardowań kilka bomb trafiło w budynek polskiej ambasady w Hanoi. Pomyłkowo rzecz jasna.
Bo im więcej bomb, tym więcej pomyłek. Więcej też pomyłkowych ofiar cywilnych. Taki to wojenny klimat.
Amerykanie zbombardowali też w grudniu 1972 roku cumujący w porcie Hajfong polski statek handlowy „Józef Conrad”.
Nie dlatego, że na podstawie książki tego pisarza powstał film „Czas Apokalipsy”. Oficjalnie to też wojenna pomyłka. Bombardowań, tym razem pod nazwą „The Christmas Bombings”. Czyli bombki na bożonarodzeniowe choinki.
Ale ich efektem była prawdziwa, nie tylko medialna, tragedia. Śmierć czwórki polskich marynarzy i rany kilkunastu innych.
Polegli zostali pośmiertnie odznaczeni Krzyżami Kawalerskimi Orderu Odrodzenia Polski.
Jednak Amerykanie odmówili wypłacenia rodzinom zabitych i rannych należnych im odszkodowań. Uznali, że wystarczą im rekompensaty od towarzystw ubezpieczeniowych. Nie byli wtedy ich sojusznikami.
Polskie władze na Amerykanów nie naciskały. Ekipie Gierka zależało na podpisaniu porozumienie o odroczeniu terminu spłaty części polskiego zadłużenia wobec USA.
Tak to nasz Gierek zmniejszył Amerykanom ujemny bilans kosztów wietnamskiej wojny.













