Część pierwsza – miłe złego początki
Tekst archiwalny, napisany ponad osiem lat temu. Choć od tamtego czasu zmienił się mój sposób patrzenia na rzeczywistość społeczną i rynek pracy, zasadnicza wymowa tego tekstu pozostaje dla mnie aktualna — tym bardziej dziś, gdy ponownie odnotowujemy wyraźny wzrost bezrobocia. Mam również nadzieję, że ten cykl stanie się punktem wyjścia do szerszej dyskusji o psychicznych i społecznych konsekwencjach długotrwałego poszukiwania pracy — temacie, który w mediach korporacyjnych wciąż pozostaje marginalizowany lub pomijany.
Na początku oczywiście nie zakładasz, że nie znajdziesz pracy. Inaczej po co byłyby te wszystkie lata studiów i praktyk? Tym bardziej że zaraz po nich proponują ci staż, na którym zresztą chwalą cię za skrupulatność w wywiązywaniu się z powierzonych obowiązków, zaangażowanie i wykazywanie inicjatywy. Trudno więc nie cieszyć się, kiedy dają do zrozumienia, że masz zadatki na dobrego pracownika. Człowiekowi rośnie wiara w siebie i wydaje mu się, że co jak co, ale pracę znajdzie bez problemu, a potem wszystko pójdzie już z górki. No właśnie — wydaje mu się…
Po stażu wiadomo co prawda, że etatu raczej się nie dostanie, ale zostaje wolontariat, podczas którego można oderwać się od coraz częściej pojawiających się niepokojących myśli o przyszłości. Poza tym człowiek wciąż jeszcze czuje się komuś potrzebny, więc nie jest tak źle. Jednak kolejne miesiące mijają, a mimo najszczerszych chęci i starań nadal nie pojawia się okazja do udowodnienia komuś swojej wartości jako pracownika.
Na domiar złego przypadkowo dowiadujesz się od osoby, która przyjęła cię na staż, że było ogłoszenie o pracy tymczasowej lub sezonowej. I to akurat w miejscu, w którym zdobywałaś swoje pierwsze doświadczenia zawodowe. Co gorsza, dowiadujesz się o tym w sposób sugerujący, jakoby to była twoja wina, że w gąszczu różnych ogłoszeń, na które odpowiadałaś skrupulatnie dzień w dzień, nie wypatrzyłaś tego jednego, jedynego.
Kiedy grzecznie, bez pretensji w głosie pytasz, dlaczego nie poinformowano cię o tym w momencie rekrutacji, słyszysz, że przecież nie byłaś jedyną osobą na stażu i wolontariuszką w tej instytucji. Zgoda — nie byłaś. Ale prawda jest taka, że należałaś do osób najbardziej zaangażowanych w wolontariat.
Przyjeżdżałaś niemal na każde wezwanie. Zostawałaś do późnego wieczora podczas ważnych uroczystości, nawet przy dwudziestostopniowym mrozie. Tłumaczyłaś obszerne dokumenty, których nie powstydziłby się tłumacz z wieloletnim doświadczeniem.
Niby to tylko wolontariat, więc nie powinno się oczekiwać szczególnego traktowania. A jednak człowiek czuje się tak, jakby ktoś bezinteresownie uderzył go obuchem w głowę. Tym bardziej że była to osoba, którą niemal traktowało się jak przyjaciela.
Mijają miesiące i okazji do zabłyśnięcia swoim nieprzebranym pracowniczym potencjałem nadal brak…
W części drugiej opisuję moje doświadczenia związane z rozmowami kwalifikacyjnymi i ich wpływem na sposób postrzegania siebie oraz innych ludzi.









