Często mówi się, że lepsza „jakakolwiek” praca niż „żadna”, w obliczu „trudnego” i „nieprzewidywalnego” rynku pracy — zupełnie jakby ten był autonomicznym bytem o własnej osobowości, dodajmy, niezbyt sympatycznej — nie należy „wybrzydzać”, a zamiast tego „brać to, co jest”. Zapewne większości z nas u progu dorosłości zdarzało się słyszeć mądrości w stylu: „jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma”, albo że „żadna praca nie hańbi” w kontekście podejmowania pracy zarobkowej. Czy to aby na pewno prawda? Czy praca poniżej kwalifikacji jest „wstępem” do czegoś „lepszego”, co pozwala człowiekowi „rozwinąć skrzydła”, albo koniecznym etapem przejściowym do tej prawdziwej, właściwej ścieżki kariery zawodowej? A gdyby tak postawić tezę, że taka forma zatrudnienia nie tylko obniża kompetencje zawodowe, ale służy również utrzymywaniu rezerwowej armii pracy?
Z ekonomicznego punktu widzenia każda forma zajęcia zarobkowego wydaje się oczywiście lepsza niż brak pracy, zwłaszcza jeżeli mamy na utrzymaniu dzieci lub kredyt hipoteczny. Wielu funkcjonuje przez lata w taki sposób i przyzwyczaja się do tego stanu rzeczy, do tego stopnia, że przestaje go kwestionować.
O tym, że brak zatrudnienia degraduje nabyte kompetencje w toku edukacji, nie trzeba nikogo przekonywać. Jeżeli pracownik nie wykorzystuje w praktyce zdobytej wiedzy, ta stopniowo zaczyna się dezaktualizować i zanikać. Jeżeli zmuszony jest przebrnąć przez rutynowy, wieloetapowy i często niezrozumiały etap rekrutacji na stanowisko pracy, trudno mu uniknąć momentu, kiedy zaczyna kwestionować wszystkie wcześniejsze osiągnięcia w nauce. Kiedy po raz kolejny spotyka się z odmową albo milczeniem mimo obiecującej rozmowy kwalifikacyjnej, łatwo mu uwierzyć, że nie ma praktycznie na nic wpływu, a jego wysiłki są daremne. Wreszcie, jeżeli przez miesiące lub lata pozostaje bez pracy, zaczyna trwale utożsamiać swoją pozycję zawodową z własną wartością.
Czy jednak praca poniżej kwalifikacji nie działa podobnie? W debacie publicznej i życiu codziennym często słyszymy, że brak pracy jest problemem, a praca sama w sobie jest rozwiązaniem, tak, jakby sam fakt zatrudnienia momentalnie „kasował” wszystkie skutki bezrobocia. Rzeczywistość nie jest jednak taka prosta.
Bezrobocie i praca tymczasowa (nazywana przez współczesnych socjologów pracą prekaryjną) — która często okazuje się niesatysfakcjonująca dla osób ze średnim lub wyższym wykształceniem — mają ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Nie wpisują się one w prosty podział na „bezrobocie” i „zatrudnienie”. Dlaczego tak się dzieje? Otóż jeżeli istnieje nadwyżka osób gotowych do podjęcia pracy, które nie mogą jej dostać, firmy nie muszą martwić się o wzrost kosztów pracy, a pracownicy już zatrudnieni mają mniejszą siłę negocjacyjną w zakresie płac i warunków zatrudnienia (ponieważ pozostają w ciągłej rywalizacji o utrzymanie swoich miejsc pracy). Łatwiej też zastąpić jedną osobę inną.
W gruncie rzeczy ten sam mechanizm dotyka pracowników zawieszonych w trybie wiecznej tymczasowości — zatrudnianych na umowy cywilnoprawne (nie bez powodu określane jako „śmieciowe”), umowy na okres próbny czy przez agencje pracy tymczasowej. Dotyczy to również stażystów kierowanych przez urzędy pracy do płatnych praktyk w instytucjach lub firmach, które często nie gwarantują zatrudnienia po ich zakończeniu.
Zarówno osoby pozostające bez pracy, jak i zatrudnione na umowach „śmieciowych” zmagają się z podobnymi rozterkami i problemami emocjonalnymi, które w istotny sposób wpływają na możliwość realizowania własnych kompetencji. Z jednej strony są pochłonięte koniecznością przetrwania (żyjąc z oszczędności lub funkcjonując „od – do”). Z drugiej strony zarówno okres bezrobocia, jak i zatrudnienia poniżej wykształcenia, predyspozycji czy aspiracji, często oceniają po latach jako stracony czas, źródło nerwów i moment zaprzepaszczenia własnego potencjału. W efekcie życie „zawodowe” zaczyna być postrzegane jako ciąg przypadkowych zdarzeń.
Widać zatem — praktycznie czarno na białym — że praca podejmowana przez całe masy „na przeczekanie”, w nadziei, że gdzieś po drodze uda się przeskoczyć na odpowiednie dla siebie miejsce, nie jest środkiem zaradczym na szkody, jakie bezrobocie wyrządza zarówno ich profilom zawodowym, jak również psychice. Z jednej strony pozwala ona tymczasowo utrzymać byt ekonomiczny. Z drugiej — pogłębia lukę w CV między wykształceniem a latami praktyki zawodowej.
Luki tej nie da się łatwo wypełnić kursami dokształcającymi, podejmowanymi „w wolnym czasie”, ponieważ praca w niepewnych warunkach zajmuje znaczną część doby oraz drenuje fizycznie i psychicznie. Często jest to praca zmianowa lub produkcyjna, która dodatkowo podporządkowuje rytm dobowy i tryb życia pracownika wymogowi „dyspozycyjności” ze strony zatrudniającej. Wreszcie, alienuje jednostkę od społeczeństwa, choć czyni to w inny sposób niż w przypadku bezrobocia. Praca poniżej kwalifikacji nie tylko zatem degraduje nasze kompetencje zawodowe: ona upośledza nasze siły gatunkowe, a jest to strata, której nie kompensuje żadna dostępna terapia.











