
Transmisja Łatwoganga podczas zbiórki na dzieci chore onkologicznie / screen
Łatwogang zrobił rzecz wielką. Ponad 251 mln zł dla dzieci chorujących onkologicznie to realne pieniądze, realna pomoc i wysiłek tysięcy ludzi, którzy przez kilka dni wpłacali, udostępniali, licytowali i siedzieli przy streamie. Akcja trwała dziewięć dni, pobiła rekord zbiórki podczas transmisji na żywo i przyciągnęła gigantyczną widownię.
Nie będę tego atakować. Kto wpłacił pieniądze na chore dzieci, zrobił dobrze. Cel szczytny.
Problem zaczyna się wtedy, gdy ogólnonarodowe wzruszenie ma zastąpić rozmowę o państwie. O NFZ. O podatkach.
Bo 251 mln zł brzmi jak kosmos tylko do momentu, gdy zestawi się tę kwotę ze skalą systemu.
W projekcie planu finansowego NFZ na ten rok koszty Funduszu oszacowano na 217,4 mld zł, w tym 201,2 mld zł na świadczenia opieki zdrowotnej. To oznacza, że kwota zebrana przez Łatwoganga odpowiada mniej więcej jedenastu godzinom finansowania świadczeń przez NFZ. Nie latom. Nie miesiącom. Nawet nie tygodniowi. Jedenastu godzinom.
To wielka zbiórka. Potrzebna, konkretna, ratująca czyjeś życie. Ale wobec skali NFZ nadal kropla w morzu potrzeb. NFZ-owi i tym samym chorym nie brakuje symbolicznych kwot, lecz realnej kasy.
Skala problemu jest przecież znana samemu rządowi. Ministra zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda mówiła ostatnio, że NFZ potrzebuje dotacji budżetowej, bo według prognoz Funduszowi ma brakować 23 mld zł. Bez pieniędzy z budżetu państwa NFZ nie jest w stanie tego udźwignąć. 251 mln zł to ogromna pomoc dla konkretnych ludzi, ale wobec wielomiliardowej dziury jest plastrem, nie lekarstwem.
Dlatego po brawach trzeba powiedzieć rzecz mniej „fajną”, która powinna wybrzmiewać z nagłówków portali zamiast fascynacji skalą tej spontanicznej zbiórki. A nie wybrzmiewa. Leczenia dzieci nie wolno uzależniać od zasięgów influencera, rapera z mocnym numerem, piłkarza z koszulką, firmy z budżetem marketingowym i celebryty gotowego ogolić głowę przed kamerą.
Rodzice nie powinni żyć od akcji do akcji. Szpital nie powinien czekać na cud internetu. Fundacja nie powinna przejmować ciężaru, który w normalnym państwie spoczywa na publicznej ochronie zdrowia.
Jeżeli państwo ma działać, musi mieć pieniądze. Stałe, przewidywalne, publiczne pieniądze. Nie kaprys algorytmu, nie łzy na transmisji, nie obywatelski zryw. Sprawiedliwe podatki, składki, dotacje dla NFZ, wyceny świadczeń, refundacje i środki na leczenie po terapii. Nudne rzeczy. Bez licznika na streamie, choć od nich zależy życie.
Bo największy problem nie polega na tym, że ludzie pomagają. Problem polega na tym, że muszą, a niektórzy politycy chcą się przy tej pomocy ogrzać, choć sami podejmowali decyzje uderzające w stabilne finansowanie systemu.
Łatwogang słusznie trzymał ich z dala od streamu. Dopuszczał najwyżej wspólne pojawienie się Donalda Tuska i Karola Nawrockiego jako symboliczny gest ponad podziałami. Na szczęście do tego nie doszło. Gdyby doszło, byłby to gotowy obrazek na okładkę tego tekstu. Symbol państwa, które nie potrafi systemowo rozwiązać problemu, ale bardzo chętnie ogrzewa się w blasku obywatelskiej mobilizacji.
Bądź co bądź, wielu polityków rządu jednak użyło mózgu i nie próbowało dopisywać się do tej akcji, żeby później nikt nie zestawił ich sejmowych głosowań z publicznym zachwytem nad zbiórką. Ale znaleźli się też tacy, którzy kropek nie połączyli i szybko zostali za to słusznie zjechani przez internautów, chociażby Michał Szczerba z KO, który napisał na X o „fantastycznej zbiórce”.
A przypominam, że nieco ponad rok temu, 4 kwietnia 2025 r. rządowa większość poparła ustawę obniżającą składkę zdrowotną dla przedsiębiorców. Ustawę ostatecznie zawetował prezydent. Faktem pozostaje, że w czasie narastającej dziury w NFZ za rozwiązaniem zmniejszającym wpływy Funduszu głosowali posłowie KO, Polski 2050 i PSL. Przeciw byli posłowie PiS, Lewicy i koła Razem, a Konfederacja wstrzymała się od głosu. Zmiana miała kosztować ok. 4,6 mld zł i objąć ok. 2,5 mln przedsiębiorców.
Gdy trzeba było ulżyć firmom, zielony przycisk znalazł się szybko. Gdy trzeba stabilnie finansować leczenie, zaczynają się opowieści o deficycie, regule wydatkowej i odpowiedzialności budżetowej. NFZ-owi brakuje miliardów, a rządowa większość była gotowa osłabić jedno ze stałych źródeł jego finansowania.
Podobny mechanizm widać przy bogatych firmach i influencerach. Politycy mogą chwalić obywateli za mobilizację, firmy i internetowi milionerzy dopisują się do opowieści o wielkim sercu, a wszyscy dobrze wypadają w kadrze.
Duża wpłata jest dobra. Ale nie może być rozgrzeszeniem. Nie kasuje sposobu traktowania pracowników. Nie kasuje unikania podatków. Nie kasuje agresywnej optymalizacji. Nie zmienia przedsiębiorstw z milionowymi zyskami w dobroczyńców narodu.
Przy takich akcjach charity washing ma się świetnie. Logo pojawia się przy dobrej sprawie. Marka dostaje zasięg. Influencer cieplejszy wizerunek. Firma kupuje sobie miejsce w opowieści o pomaganiu. A potem wszyscy mamy udawać, że pytanie o podatki, płace, umowy, ceny, wyprowadzanie zysków i społeczną odpowiedzialność jest niestosowne, bo przecież „dali na dzieci”.
Najbardziej jaskrawym symbolem tej sprzeczności jest Friz. Nie dlatego, że nie wolno mu pomagać. Wolno. Każda wpłata na leczenie dzieci jest dobra. Ale jeżeli ktoś chwali się publicznie, jak nie płaci podatku od zysków kapitałowych, to nie powinien występować wyłącznie w roli filantropa.
„Nie bez powodu otworzyłem sobie fundację rodzinną, gdzie jesteś zwolniony z jakichkolwiek podatków od zysków kapitałowych” – mówił Friz w rozmowie w „Biznes Klasie”, cytowanej przez Next.Gazeta.pl. I dalej: „Wszystkie te akcje, o których tutaj mówię, sprzedaż i kupno akcji, dzieje się na mojej fundacji, gdzie nie płacę żadnego podatku od tego, co zarobię ze sprzedaży akcji. Jest to świetne”.
No właśnie. Świetne dla kogo?
Podatki, których bogaci tak chętnie nie płacą, nie znikają w czarnej dziurze abstrakcyjnego państwa. Z nich finansuje się szpitale, lekarzy, pielęgniarki, diagnostykę, refundacje, oddziały dziecięce, transport medyczny, rehabilitację i onkologię. To są te nudne, systemowe pieniądze, bez których potem wszyscy klaszczą, bo ludzie musieli zorganizować kolejną cudowną zbiórkę.
I tu jest hipokryzja.
Najpierw część elit biznesu i internetu opowiada, że podatki są za wysokie, państwo zabiera, trzeba optymalizować, można sprytnie obejść system. Potem te same środowiska pokazują wielkie serce przy zbiórce. A tłum ma jeszcze bić brawo, bo milioner łaskawie oddał kawałek tego, czego systemowo nie chce oddawać społeczeństwu.
Oczywiście, łatwiej kochać spektakularną darowiznę niż progresywny system podatkowy (bo wtedy kończy się piękna filantropia, a zaczyna „obrzydliwy socjalizm”, jakby to określili liberałowie z KO i Konfederacji). Darowizna ma twarz, emocję, licznik i bohatera. Podatki są bezosobowe. Nie da się zrobić z nich wzruszającego instastory, aby nabić zasięgi i zarobić jeszcze więcej kasy.
Ale dzieci leczy się właśnie z tych pieniędzy. Codziennie.
Dlatego debata po tej spektakularnej zbiórce nie powinna brzmieć: „Czy zbiórka była dobra?”. Była. Koniec sporu.
Prawdziwe pytanie brzmi inaczej. Dlaczego politycy boją się powiedzieć – lub po prostu nie chcą – że ochrona zdrowia kosztuje i trzeba ją finansować z uczciwych, progresywnych podatków? Dlaczego najbogatsi mogą legalnie szukać furtek, a potem występować w roli moralnych patronów solidarności? To nie jest problem bez narzędzi. Politycy rządu i opozycji chętnie popierają zbiórki charytatywne, czy to teraz, czy przy okazji WOŚP, ale to oni mają władzę, by zmienić system.
Wielka zbiórka, wielka odpowiedzialność
Jest jeszcze kwestia jawności. I ona po tej zbiórce nie jest żadnym czepialstwem.
Entuzjaści akcji powtarzali, że pieniądze idą na dzieci. Sam oglądałem fragment tego live’a, gdy na YouTubie było ponad 1,4 mln osób, i słyszałem, jak na zarzuty „hejterów”, że środki nie pójdą na dzieci, padła odpowiedź wprost: „to wszystko pójdzie na dzieci”. Warto potraktować to zdanie poważnie. Nie jako hasło rzucone w emocjach transmisji, tylko jako publiczne zobowiązanie złożone przy gigantycznej widowni.
Bo „wszystko pójdzie na dzieci” nie może oznaczać „zaufajcie nam, nie pytajcie o szczegóły, nie psujcie wielkiej sprawy”. Przy ponad 251 mln zł społecznego zrywu trzeba jasno powiedzieć, co dokładnie znaczy „na dzieci”. Bezpośrednie wypłaty dla rodzin? Sprzęt? Leczenie? Rehabilitacja? Programy wsparcia? Transport? Psychologowie? Kampanie edukacyjne? Administracja potrzebna do obsłużenia pomocy? Promocja? Wynagrodzenia ludzi, którzy mają to wszystko prowadzić?
To są normalne pytania. Nie atak na fundację.
Fundacja Cancer Fighters dostała po tej akcji nie tylko pieniądze. Dostała gigantyczny kapitał zaufania. Przy takiej skali nie wystarczy komunikat, że wszystko będzie dobrze. Potrzebne będzie jasne rozliczenie: ile realnie trafi do dzieci i rodzin, ile pochłonie obsługa pomocy, administracja, promocja i wynagrodzenia, a ile zostanie przesunięte na kolejne lata.
Zwłaszcza że sprawozdania pokazują organizację, która już przed rekordową zbiórką rok w rok rosła i miała coraz większe koszty osobowe. Łączna kwota wynagrodzeń brutto wzrosła z 217,5 tys. zł w 2020 r. do 857,7 tys. zł w 2024 r. W tym samym czasie przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto członka organu zarządzającego wzrosło z niespełna 8 tys. zł do 22,2 tys. zł.
To nie dowodzi żadnego przekrętu. Fundacja może zatrudniać ludzi, płacić za profesjonalną pracę i ponosić koszty. Pomoc na taką skalę nie robi się sama, za darmo i po godzinach. Ale 22,2 tys. zł brutto miesięcznie to nie jest „skromna pensja społecznika”. To bardzo dobre wynagrodzenie. Większość ludzi w Polsce chciałaby tyle zarabiać. Ja też i wy również.
I właśnie dlatego po zbiórce na ponad ćwierć miliarda złotych trzeba patrzeć fundacji na ręce uważniej, a nie mniej. Im większe zaufanie, tym większy obowiązek rozliczenia. Im większe wzruszenie, tym mniej miejsca na dziecięcą wiarę, że samo dobre hasło załatwia sprawę.
Kluczowe będą kolejne dokumenty. Sprawozdanie za 2025 r., którego jeszcze nie ma, nie pokaże skutków Łatwoganga. Naprawdę ważne będzie dopiero sprawozdanie za 2026 r., publikowane zapewne w 2027 r. Wtedy będzie można sprawdzić, ile z tych pieniędzy realnie trafiło do dzieci i rodzin, ile zostało w organizacji, ile poszło na obsługę, ile na promocję, ile na administrację i czy po największej zbiórce w historii wzrosły także wynagrodzenia.
Pełna transparentność powinna być dla fundacji najważniejszą częścią tej akcji. A przy tej pięknej ogólnonarodowej mobilizacji dziennikarze powinni uświadamiać przede wszystkim coś, o czym niestety największe redakcje mówią niewiele. Może dlatego, że każdy, kto próbuje postawić mniej przyjemne pytania albo wyciągnąć mniej wygodne wnioski, ryzykuje natychmiastowe oskarżenie, że atakuje pomaganie, dzieci albo ludzi dobrej woli. Mechanizm jest podobny jak przy WOŚP. Krytyka może być mocna i mieć podstawy, ale wystarczy dotknąć „świętej” zbiórki, żeby zaraz usłyszeć, że jest się pisowcem, hejterem albo człowiekiem, który chce odebrać chorym dzieciom pieniądze.
A zdrowie i życie dzieci to nie challenge. To obowiązek państwa. Drodzy politycy, robimy, nie gadamy. Tak, żeby obywatele nigdy więcej nie musieli zrzucać się na obowiązki państwa.
Wiem, powyższy apel brzmi naiwnie. Zbiórka Łatwoganga bywa porównywana do WOŚP, choć różnica jest oczywista. Tu mieliśmy spontaniczny internetowy zryw, tam mamy coroczny rytuał łatania niekompetencji państwa i polityków, którzy nim zarządzają. Państwo samo dorzuca do tej protezy własne instytucje, spółki i pieniądze. Podobieństwo też jednak istnieje. W obu przypadkach mechanizm wizerunkowy działa świetnie. W trakcie WOŚP-u politycy, liberalne media, wielkie firmy i korporacje mogą ogrzać się i wybielić swój wizerunek pod hasłem pomagania.
Gdyby publiczna ochrona zdrowia działała tak, jak powinna, gdyby NFZ miał pieniądze na leczenie, sprzęt, kadry i szybkie świadczenia, takie narodowe zastępstwo za państwo nie byłoby potrzebne. Ale nie wszystkim jest to na rękę. Bez zbiórek znika wygodna scena do lansu i wybielania wizerunku.









