Gospodarka 48 godzin

Czy RSP przetrwają?
Rolnicze Spółdzielnie Produkcyjne – ten relikt czasów „głębokiej komuny” (tworzono je, często przymusowo w latach 1950–1956, a potem zezwolono na ich likwidację, co też często nastąpiło) – przetrwały aż do dziś. Wciąż doceniany jest model wspólnego gospodarowania rolników na wniesionej przez nich do spółdzielni ziemi. Dziś istnieje jeszcze prawie 700 Rolniczych Spółdzielni Produkcyjnych a należy do nich około 40 tys osób. Okazuje się jednak, że za sprawą rządu PiS, mogą już nie przeżyć czasu pandemii. Dziś bowiem odmawia się im udzielania subwencji w ramach Tarczy Finansowej, w przypadku, gdy jakaś spółdzielnia nie zatrudnia żadnej osoby na podstawie stosunku pracy, a pracę w niej wykonują wyłącznie członkowie spółdzielni. Specyfika zatrudniania w tych spółdzielniach nie została uwzględniona w rządowej tarczy finansowej. W rezultacie, banki ochoczo odmawiają pomocy finansowej, powołują się na materiały informacyjne zamieszczone na stronie internetowej państwowego Polskiego Funduszu Rozwoju. W dodatku RSP, które charakteryzuje prowadzenie wspólnego gospodarstwa rolnego, nie otrzymały jeszcze pełnych odszkodowań tzw. suszowych. Krajowa Rada Spółdzielcza poinformowała Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi o trudnej sytuacji ekonomicznej części spółdzielni, którą jeszcze pogorszył spadek cen produktów rolnych (drobiu, wołowiny, mleka, wieprzowiny) w wyniku załamania się ich eksportu na skutek pandemii COVID-19.

Rząd szkodzi zdrowiu

W Polsce brak jasno i kompleksowo sprecyzowanej strategii walki z koronawirusem i panuje niespójna polityka informacyjna rządu związana z epidemią COVID-19. Brak też przygotowanych przez Ministerstwo Zdrowia procedur poboru osocza ozdrowieńców – a są one pilnie potrzebne do produkcji leku przeciw koronawirusowi. Ponadto nastąpiła próba ukrytego zaostrzenia, w ramach uchwalonej Tarczy Antykryzysowej 4.0, odpowiedzialności karnej lekarzy i lekarzy dentystów za błędy medyczne. Ponadto, brakuje do tej pory ustawy o powołaniu Funduszu Medycznego w wysokości 2,7 mld zł, przeznaczonego na leczenie onkologiczne i chorób rzadkich, inwestycje oraz profilaktykę – chociaż decyzja w sprawie takiego Funduszu zapadła 6 marca, po tym jak Sejm zatwierdził dotację dla TVP w wysokości 2 mld zł. W przypadku ochrony zdrowia, rząd niestety nie zaproponował dotąd pakietu rozwiązań, jak zrobił to w odniesieniu do pozostałych gałęzi gospodarki, który pozwoliłby jednostkom ochrony zdrowia złagodzić wielopłaszczyznowe skutki pandemii oraz planować racjonalnie działania przynajmniej do końca tego roku Wszystkie te krytyczne uwagi pod adresem rządu PiS sformułowała organizacja przedsięborców Business Centre Club. „Zauważalny w ostatnich miesiącach spadek wpływu składek zdrowotnych do NFZ będzie potęgował zjawisko pogłębiającego się kryzysu w ochronie zdrowia. Ta sytuacja pokazuje, że rząd nadal nie tylko nie dotrzymuje danego słowa o priorytetowym rozwiązywaniu nabrzmiałych problemów ochrony zdrowia, ale jeszcze w dobie koronawirusa, poprzez brak stosownych planów pomocy, problemy te pogłębia”. – stwierdziła Anna Janczewska, ekspert ds. ochrony zdrowia w BCC.

Po drugiej stronie Styksu/Rubikonu

Możesz wybrać jedną z wersji tytułu, to jeden z niewielu dostępnych wyborów.

Dziś wszystko jest polityką, bo polityka to decydowanie o tym co wspólne. W czasie pandemii znikają jednostki. Przestają być istotne, zaczyna rządzić prawo wielki liczb. Jeśli nawet nie spełnią się najczarniejsze prognozy, to nic już nie będzie takie samo.

Ale może właśnie nie powinno być takie samo.

Rządy wydają się myśleć dziś w kategoriach tygodni, góra kwartału. Nie, że by wcześniej myśleli inaczej lecz mogło się zdarzać, że sprawiali takie wrażenie.

To czego jesteśmy świadkami i uczestnikami, można nazwać katastrofą społeczną, przełomem, impulsem ewolucyjnym. Na pewno staniemy w obliczu zmian i wyzwań, które nie każdego dotyczą w tym samym stopniu.
Rząd przedstawia projekt czegoś co nazywa tarczą antykryzysową, a co w najlepszym razie, jest kroplówką dla przedsiębiorstw i części pracujących. Kroplówka się szybko skończy, większość problemów pozostanie a część podmiotów umrze lub zniknie.

Znaczna część problemów ekonomicznych naszego państwa ma charakter strukturalny.

Jest ono fatalnie zarządzane, nadmiernie obciąża grupy o najmniejszych dochodach, nie potrafi zapewnić usług publicznych na niezbędnym poziomie.

Co można zrobić, wykorzystując katastrofę? A przynajmniej:
co powinna postulować realna opozycja ?

Zmianę systemu podatkowego, na progresywny. Najniższa stawka nie powinna być wyższa niż 5 proc., a progów podatkowych powinno być co najmniej 6. Należy też podnieść kwotę zryczałtowanych kosztów pozyskania dochodu odliczaną od podstawy opodatkowania.

Podatnicy prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą powinni się rozliczać na zasadach ogólnych, czyli wg skali progresywnej.

Należy wreszcie zwolnić spółdzielnie pracy z podatku CIT. A podatek od dochodów osób prawnych też powinien przewidywać progresję i posiadać co najmniej dwa progi podatkowe.

Należy wprowadzić podatek od nieruchomości, który powinien być naliczany nie od powierzchni, ale od wartości nieruchomości, aktualizowanej np. raz na pięć lat. Należy również przywrócić realny wymiar podatkowi od spadków i darowizn. Z jednej strony podwyższyć próg zwolnienia podatkowego lecz z drugiej, bezwzględnie egzekwować podatki od kwot z drugiego i trzeciego przedziału. Ze środków nadzwyczajnych wprowadzić jednorazową daninę od majątków przekraczających np. 10 mln.

Co ze zgromadzonymi w ten sposób środkami publicznymi?

Trzy podstawowe dziedziny wymagają natychmiastowego dofinansowania – ochrona zdrowia, edukacja i transport publiczny. W następnej kolejności nauka oraz energetyka w szczególności jądrowa. O centralnym porcie lotniczym należy natychmiast zapomnieć, podobnie jak o mrzonkach o żegludze śródlądowej, przekopach itp. Zamiast tego sadzić drzewa i krzewy.
A konkordat należy wypowiedzieć.

Zdrowie wciąż mało szlachetne

Opieka medyczna pochłania coraz więcej pieniędzy podatników, ale rząd PiS nie potrafi przekuć tych środków na osiągnięcie zadowalających efektów.

Wydatki publiczne na ochronę zdrowia w Polsce, według danych Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju, OECD, wynoszą 4,5 proc. naszego produktu krajowego brutto – i są niższe niż w większości państw europejskich należących do tej organizacji.
Niskie nakłady na ten cel oznaczają, że coraz większe są wydatki ponoszone przez samych pacjentów – czy to w postaci udziału w dodatkowych systemach ubezpieczeń, czy pieniędzy przeznaczanych na świadczenia lub leki.
Na zdrowie
Narodowy Fundusz Zdrowia stanowi najważniejsze źródło finansowania publicznego systemu ochrony zdrowia. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, pokrywa 85 proc. wydatków na ten cel. Reszta to wydatki budżetu państwa – 11 proc. i jednostek samorządu terytorialnego – 4 proc.
Przychody NFZ w 2018 r. wyniosły blisko 85,3 mld zł i były wyższe o 7 proc. niż w 2017 r. (wzrost o prawie 5,7 mld zł). W ciągu ostatnich czterech wzrosły zaś o ponad 25 proc.
Największą część tych przychodów stanowiły składki obywateli na ubezpieczenie zdrowotne, które wyniosły ponad 80,8 mld zł i składki Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego – 3,3 mld zł.
Ten wzrost o 5,7 mld zł oznacza, że Fundusz po raz pierwszy przeznaczył na świadczenia opieki zdrowotnej ponad 80 mld zł (w stosunku do 2017 r. średnio o 6 proc. więcej).
Najszybciej rosły koszty administracyjne, czyli zadań wynikających z tzw. przepisów o koordynacji (o 53 mln zł czyli o 11,1 proc. ). Jest to jednak generalnie stosunkowo niewielka kwota.
Nieporównanie poważniejszą pozycję stanowią koszty leczenia szpitalnego – wzrost o blisko 3,8 mld zł (9,8 proc.). Równie szybko zwiększały się także koszty podstawowej opieki zdrowotnej – o ok. 1 mld zł (9,9 proc.).
Przyrost kosztów opieki psychiatrycznej i leczenia uzależnień zamknął się kwotą 181,5 mln zł, na długoterminowe świadczenia pielęgnacyjne i opiekuńcze wydano blisko o 149 mln zł więcej, na opiekę paliatywną i hospicyjną o 66 mln więcej. Zaopatrzenie w wyroby medyczne to wzrost o ponad 72 mln zł, a pomoc doraźna i transport sanitarny – tylko o niespełna 3 mln zł.
Nikła efektywność
Tak więc, wydano wprawdzie więcej, ale nieudolność rządu Prawa i Sprawiedliwości sprawia, że z tych zwiększonych wydatków bardzo niewiele wynika. Pieniądze, pompowane w niewydolny, PiS-owski system ochrony zdrowia gdzieś przepadają, zaś system nadal jest niewydolny.
„Działalność NFZ w 2018 r. nie spowodowała istotnej zmiany w dostępności świadczeń dla pacjentów” – stwierdza zatem Najwyższa Izba Kontroli.
Nadal nierozwiązanym problemem pozostaje brak dostępu do części świadczeń zdrowotnych, wielomiesięczne czekanie na dostanie się do specjalisty, a na terenie czterech województw, niemożliwość uzyskania kompleksowej opieki po zawale serca.
Niepokoi również wzrost kosztów leczenia szpitalnego (o blisko 4 mld zł) – i wzrost ich udziału w kosztach świadczeń opieki zdrowotnej do 52,4 proc. A także rosnąca liczba czekających coraz dłużej na świadczenia rehabilitacyjne. Jeszcze w 2016 r. leczenie szpitalne stanowiło 49 proc. kosztów świadczeń opieki zdrowotnej.
Oznacza to całkowitą nieefektywność PiS-owskiego modelu finansowania opieki zdrowotnej w placówkach zakwalifikowanych do „sieci szpitali”. Wprowadzenie ryczałtu nie spowodowało zatrzymania wzrostu udziału leczenia szpitalnego w kosztach świadczeń opieki zdrowotnej.
NIK zwraca uwagę, na oczywisty fakt: wzrost kosztów świadczeń opieki zdrowotnej nie przełożył się wprost na zwiększenie zakupu świadczeń. W kosztach świadczeń opieki zdrowotnej ujęte zostały bowiem wydatki przeznaczone na podwyższenie wynagrodzeń personelu medycznego.
Koszty podwyżek dla medycznych grup zawodowych wyniosły ponad 4,5 mld zł i były wyższe niż w 2017 roku o 1,9 mld zł. Podniesiono zarobki pielęgniarek i położnych, ratowników medycznych, lekarzy posiadających specjalizację. A wszyscy oni jakoś nie są przesadnie zadowoleni.
Tylko parę pozytywów
W ponurym krajobrazie naszej opieki medycznej widać jednak, zdaniem NIK, parę pozytywów: zmniejszyły się kolejki na operację zaćmy, wprowadzenie dentobusów poprawiło – acz w niewielkim stopniu – powszechność świadczeń stomatologicznych, nastąpiła też wyraźna poprawa dostępności rehabilitacji kardiologicznej dla pacjentów po zawale mięśnia sercowego. Wreszcie, o ponad 50 tys. osób zmniejszyła się ogólna liczba oczekujących na świadczenia. W sumie, dla 28,8 proc. świadczeń czas oczekiwania się wydłużył, a dla 71,2 proc. skrócił się lub pozostawał na niezmienionym poziomie.
Oczywiście pozytywnie trzeba ocenić zmniejszenie się w stosunku do 2017 r. liczby oczekujących na udzielenie świadczeń. Należy zwrócić uwagę, że miało to miejsce w sytuacji wzrostu liczby osób starszych (tj. które osiągnęły 65 i więcej lat), co zawsze stanowi czynnik zwiększający popyt na świadczenia medyczne. Łączna liczba oczekujących na świadczenie (razem, przypadków pilnych i stabilnych) w styczniu 2019 r. wyniosła 5 mln 646 tys. osób – i była o 51 tys. niższa niż o rok wcześniej.
Niepożądaną tendencją jest natomiast wzrost ogólnej liczby oczekujących przypadków pilnych, o ponad 68 tys. osób (tj. o ponad 14 proc.). Oznacza to bowiem, że wiele z tych „przypadków” może nie doczekać.
Na ogólny spadek liczby oczekujących wpłynęła głównie poprawa w organizacji leczenia zaćmy. Pozwoliło to na zmniejszenie liczby oczekujących o blisko 122 tys. osób czyli o 25 proc. (z ponad 494 tys. oczekujących na koniec 2017 r. ,do ponad 372 tys. osób na koniec 2018 r.).
Mediana średniego czasu oczekiwania, dla przypadków stabilnych, spadła o 139 dni i w początku ubiegłego roku wynosiła 345 dni. Tylko w jednym województwie, Podlaskim, czas oczekiwania się wydłużył.
Ogólny spadek liczby czekających nie dotyczył jednak wszystkich rodzajów świadczeń. W rehabilitacji leczniczej, leczeniu szpitalnym i ambulatoryjnej opiece specjalistycznej liczba oczekujących na świadczenie wzrosła.
Na rehabilitację leczniczą na koniec 2018 r. czekało ponad 1 mln 645 tys. osób czyli o ponad 63 tys. więcej niż na koniec 2017 r. (wzrost o 4 proc.), a na leczenie szpitalne 651,5 tys. osób – i było to o 7,7 tys. osób więcej niż na koniec 2017 r.
W ambulatoryjnej opiece zdrowotnej liczba oczekujących (liczona łącznie dla przypadków stabilnych i pilnych) była wyższa o 6,4 tys. osób – przy czym, co także bardzo niepokojące, należy zauważyć, że dla przypadków stabilnych spadła o 16,5 tys. osób, a dla przypadków pilnych wzrosła o blisko 23 tys. osób.
Dentobusy wychodzą z poślizgu
Minister Zdrowia zakupił dentobusy już w 2017 r., jednak w żadnym województwie nie zawarto szybko umowy o udzielanie świadczeń. Ich wprowadzenie napotkało problemy organizacyjne. W efekcie dentobusy wykorzystano w poszczególnych województwach przez okres zaledwie od trzech do dziewięciu miesięcy. Najwcześniej poradzono z tym sobie w łódzkim, podlaskim, wielkopolskim i zachodniopomorskim. W pięciu województwach dentobusy zaczęły funkcjonować dopiero w drugiej połowie roku – w tym w Opolskim i Pomorskim, dopiero od 1 października 2018 r.
Z pomocy stomatologicznej w dentobusach skorzystało w sumie blisko 34 tys. pacjentów. Największą grupę wiekową stanowili pacjenci pomiędzy 7 a 16 rokiem życia – 61,7 proc. ogólnej liczby, z czego ci młodsi pacjenci stanowili 36,4 proc., a starsi 1,9 proc.
Z ustaleń kontroli wynika, że tylko w ograniczonym zakresie został zrealizowany cel zakupu dentobusów jakim było dotarcie ze świadczeniami do pacjentów, którzy mieli do nich utrudniony dostęp.
Praktyka ustalania miejsc udzielania świadczeń w dentobusach nie uwzględniała rzeczywistych potrzeb i w ograniczony sposób zapewniała możliwość kontynuacji leczenia. Dyrektorzy Oddziałów Wojewódzkich NFZ nie uczestniczyli aktywnie w ustalaniu miejsc udzielania świadczeń. Robili to świadczeniodawcy. W efekcie, dentobusy zatrzymywały się również w dużych miejscowościach, gdzie zapewniony był dostęp do świadczeń w gabinetach.
Natomiast wprowadzenie kompleksowej opieki po zawale serca poprawiło dostępność rehabilitacji kardiologicznej dla pacjentów. Jednak tylko 12,5 proc. pacjentów (9 287 pacjentów z 74 481), którzy w 2018 r. byli hospitalizowani z rozpoznaniem kwalifikującym do kompleksowej opieki po zawale, było leczonych w ramach tej formy opieki. Najwięcej – w Śląskim (34 proc. hospitalizowanych pacjentów), Lubelskim (38 proc. hospitalizowanych) i Dolnośląskim (24 proc. hospitalizowanych).
Natomiast w czterech województwach: Podkarpackim, Świętokrzyskim, Pomorskim i Warmińsko-Mazurskim pacjenci w ogóle nie mieli dostępu do kompleksowej opieki po zawale mięśnia sercowego.
Szczęściarze mieli oczywiście większą szansę na przeżycie. Wiadomo, że wczesne rozpoczęcie rehabilitacji redukuje ryzyko zgonu lub powtórnego zawału.
Generalnie, realizację zadań Narodowego Funduszu Zdrowia utrudniały rozliczne problemy systemowe, dotykające systemu ochrony zdrowia.
Mówiąc najprościej, dostępne zasoby systemu i ich rozmieszczenie nie odpowiadają potrzebom zdrowotnym ludności. To zaś oznacza, że od wielu lat występują ograniczenia w dostępie do części świadczeń zdrowotnych. I to się szybko nie zmieni.