
Irański program atomowy pozostaje jednym z głównych tematów rozmów między Waszyngtonem a Teheranem. Po atakach na instalacje nuklearne kluczowe pytanie dotyczy już nie tylko skali zniszczeń, ale także miejsca przechowywania wysoko wzbogaconego uranu oraz możliwości jego niezależnej kontroli przez Międzynarodową Agencję Energii Atomowej.
Donald Trump próbował w ostatnich dniach uspokajać opinię publiczną. Zapewniał, że nie użyje broni jądrowej, bo „nikt nigdy nie powinien mieć możliwości jej użycia”. Tyle że sama deklaracja nie rozwiązuje sporu. Kilkanaście dni wcześniej w Islamabadzie zakończyła się bez przełomu kolejna runda kontaktów amerykańsko-irańskich. Wiceprezydent USA J.D. Vance opuścił Pakistan bez irańskich ustępstw i bez żadnego widocznego przełomu po stronie Waszyngtonu.
Stany Zjednoczone domagają się moratorium na rozwój irańskich zdolności nuklearnych i decyzji w sprawie zapasów wzbogaconych do 60 proc. W grę wchodzi ich rozcieńczenie do niższego poziomu albo wywiezienie poza granice kraju. W zamian Teheran mógłby uzyskać zniesienie części sankcji i odmrożenie niektórych aktywów. To właśnie ten zapas stał się dziś główną stawką negocjacji.
Według raportu IAEA GOV/2026/8 z 27 lutego 2026 r. Iran miał 440,9 kg uranu wzbogaconego do 60 proc., z czego 432,9 kg w formie UF6 zostało zweryfikowane przez Agencję. To materiał bardzo zaawansowany, choć jeszcze poniżej poziomu potrzebnego bezpośrednio do broni jądrowej, czyli ponad 90 proc.
Sama liczba nie mówi jednak, co dzieje się obecnie. Po wojnie dwunastu dni w czerwcu 2025 r. i późniejszych uderzeniach na irańskie obiekty IAEA nie ma pełnego wglądu w sytuację części instalacji oraz zapasów. Chodzi przede wszystkim o Natanz, Fordow i Isfahan. Agencja może analizować zdjęcia satelitarne, ruch wokół kompleksów i inne sygnały z zewnątrz, ale nie jest w stanie potwierdzić na miejscu, ile materiału pozostało, gdzie jest przechowywany i czy Iran wznowił część działań.
To zasadnicza różnica między politycznym komunikatem a rzeczywistą kontrolą. Po bombardowaniach łatwo ogłosić sukces wojskowy. Znacznie trudniej wykazać, że irańskie możliwości zostały faktycznie unieruchomione. Zniszczona infrastruktura nie oznacza automatycznie końca całego przedsięwzięcia. Materiał nuklearny mógł zostać ukryty, przeniesiony, zabezpieczony albo pozostać w uszkodzonych obiektach, do których inspektorzy nie mogą wejść.
Szef IAEA Rafael Grossi mówił 15 kwietnia w Seulu, że Iran ma „bardzo ambitny, szeroki program nuklearny”, dlatego każde przyszłe porozumienie będzie wymagało obecności inspektorów Agencji. Bez tego — jak ostrzegł — nie będzie porozumienia, tylko „iluzja porozumienia”.
Oznacza to, że rozmowy USA–Iran nie mogą zakończyć się samą deklaracją polityczną. Potrzebny byłby mechanizm obejmujący wgląd w obiekty, dokumenty, kamery, plomby i zadeklarowane zasoby. Bez tego świat będzie miał komunikaty stron, a nie wiedzę o realnym stanie irańskiej infrastruktury.
Czy Iran może zbudować bombę? Odpowiedź zależy od tego, o jakim etapie mówimy. Jeśli chodzi o sam materiał, obecny zapas jest bardzo poważny. Do poziomu militarnego brakuje już mniej niż w przypadku nisko wzbogaconego uranu. Dlatego traktowany jest jako szczególnie niebezpieczny z punktu widzenia proliferacji.
Broń jądrowa to jednak nie tylko odpowiedni poziom wzbogacenia. Potrzebne są sprawne wirówki, infrastruktura, kadry techniczne, projekt ładunku, miniaturyzacja, integracja z nośnikiem i zdolność detonacji. To cały łańcuch technologiczny i organizacyjny. Iran przed atakami miał poważny potencjał, ale według ocen zachodnich służb i ekspertów nie było jasnego dowodu, że zapadła ostateczna polityczna decyzja o budowie broni.
I właśnie tu zaczyna się problem z amerykańsko-izraelskim uzasadnieniem uderzeń. Nie było gotowej irańskiej bomby. Nie pokazano rozkazu jej budowy. Nie przedstawiono dowodu, że Teheran przekroczył polityczny próg i podjął decyzję o budowie arsenału. Zrobiono coś znacznie wygodniejszego: sam potencjał potraktowano jak winę, a ryzyko jak dowód. W ten sposób wojna prewencyjna została opakowana w język walki z proliferacją. Najpierw ogłasza się, że przeciwnik może kiedyś stać się groźniejszy, potem bombarduje się go tak, jakby już tę granicę przekroczył. To nie jest żadna „ostrożność strategiczna”, tylko logika imperialnego samowolnego wyroku.
David Albright z Institute for Science and International Security mówił 22 kwietnia w CNBC, że Iranowi byłoby teraz bardzo trudno wyprodukować broń jądrową. Jego ocena dotyczyła sytuacji po atakach i uszkodzeniach infrastruktury.
Nie znaczy to, że zagrożenie zniknęło. Przeszło raczej w trudniejszą do oceny fazę. Część instalacji mogła zostać uszkodzona, część zasobów mogła przetrwać, część kadr mogła zostać wyeliminowana, ale wiedza techniczna nie znika z dnia na dzień. Po bombardowaniach problemem staje się więc nie tylko to, co Iran może zrobić, ale także to, czego nie da się obecnie potwierdzić.
Najważniejszy spór dotyczy dziś dalszego losu materiału wzbogaconego do 60 proc. Amerykanie chcieliby jego wywiezienia albo zabezpieczenia poza kontrolą Iranu. Teheran według doniesień proponował rozcieńczenie go do poziomu nieprzekraczającego 20 proc. Taki krok zmniejszyłby bezpośrednie ryzyko, ale nie dawałby takiej pewności jak fizyczne usunięcie zapasów z kraju.
Były urzędnik Pentagonu Andrew Weber oceniał na łamach „Wall Street Journal”, że usunięcie irańskiego wysoko wzbogaconego uranu byłoby prawdopodobnie najbardziej skomplikowaną operacją tego typu w historii. Wskazywał na skutki amerykańskich ataków z czerwca, wymagania logistyczne, ryzyka bezpieczeństwa i napięcia dyplomatyczne.
Skala problemu jest więc oczywista. Wywiezienie materiału byłoby najczystszym rozwiązaniem z punktu widzenia kontroli zbrojeń, ale Iran traktuje go jako najważniejszą kartę przetargową. Po latach sankcji, ataków i zerwaniu wcześniejszego porozumienia przez administrację Trumpa trudno zakładać, że Teheran odda ją bez twardych gwarancji.
W 2015 r., po porozumieniu JCPOA zawartym za czasów Baracka Obamy, Iran zgodził się na ograniczenie wzbogacania do 3,67 proc. i limit zapasów na poziomie 300 kg. Część materiału została wywieziona, a w zamian miało nastąpić złagodzenie sankcji. Późniejsze wyjście USA z tego układu stało się dla Iranu argumentem, że sam podpis Waszyngtonu nie wystarcza.
Obecna sytuacja jest przez to znacznie trudniejsza niż klasyczny spór o jeden techniczny parametr. Iran pamięta porozumienie zerwane politycznie przez USA. Stany Zjednoczone wskazują, że po upadku układu Teheran rozbudowywał swoje zdolności. Izrael uznaje wysoki poziom wzbogacania za egzystencjalne zagrożenie. IAEA nie ma natomiast pełnego wglądu w miejsca, które powinna kontrolować.
Kluczowe nie są więc dziś deklaracje o „zniszczeniu irańskich zdolności” ani zapewnienia o pokojowych intencjach. Potrzebna jest realna kontrola nad instalacjami i zasobami. Bez inspektorów, dokumentów, plomb i wejścia do obiektów każdy układ będzie opierał się bardziej na politycznej nadziei niż na faktach.
Tyle że w tym miejscu wraca zasadniczy problem: to właśnie Stany Zjednoczone najpierw zerwały porozumienie, które ograniczało irańskie wzbogacanie, później postawiły na presję, sankcje i uderzenia wojskowe, a teraz oczekują, że Teheran odda najważniejszy materiał bez twardych gwarancji. Waszyngton próbuje dziś naprawiać kryzys metodami, które sam współtworzył.
Dlatego sprawa irańskich zdolności atomowych nie sprowadza się do wirówek, zapasów i stopnia wzbogacenia uranu. Dotyczy także politycznej wiarygodności państwa, które raz podpisuje układ, potem go rozrywa, następnie bombarduje, a na końcu przedstawia się jako jedyny gwarant porządku. W sprawach nuklearnych taka metoda zarządzania światem jest nie tylko cyniczna. Jest skrajnie niebezpieczna.









