„Dobry Arab” w rządzie Izraela

Mansur Abbas twierdzi, że jego rola w nowej izraelskiej koalicji jest „historyczna”. Ale większość obywateli narodowości palestyńskiej wybiera inny kierunek.

Po odłączeniu się od Wspólnej Listy przed ostatnimi wyborami w Izraelu, Zjednoczona Lista Arabska (Ra’am), islamska partia kierowana przez Mansoura Abbasa, prowadziła kampanię, w której starała się przedstawić swoją partię jako „konserwatywną”, jednocześnie oferując „nowe podejście” wobec arabskiej polityki w Izraelu. Zgodnie z tą strategią Ra’am mogła wejść do każdego nowego rządu izraelskiego, niezależnie od tego, czy był on lewicowy czy prawicowy, nawet jeśli oznaczało to zasiadanie w jednej koalicji z kahanistami. Oderwanie się Ra’am od pozostałych trzech arabskich partii Wspólnej Listy, jak podkreślał Abbas, miało być „historyczne”.
W zamian za aktywne wsparcie dla tej rzekomo przełomowej strategii, partia islamska obiecała swoim wyborcom kilka poważnych korzyści. Pierwszą z nich miały być znaczne wydatki budżetowe na cele ważne dla izraelskich Palestyńczyków; dalej – rządowy plan walki z szalejącą przestępczością i rosnącym wskaźnikiem morderstw w palestyńskich społecznościach w Izraelu; uznanie nieuznawanych palestyńskich wiosek beduińskich na pustyni Nakab/Negew wreszcie zniesienie dyskryminującego Prawa Kaminitza, które grozi wyburzeniem tysięcy arabskich domów za to, że zostały zbudowane bez zezwoleń, które nigdy nie zostałyby im przyznane. Innymi słowy, Abbas był gotów sprzedać zjednoczony palestyński front polityczny za podstawowe prawa, które już teraz powinny przysługiwać jego społeczności.
A co z izraelskim oblężeniem Gazy, atakami na meczet Al-Aksa, rozbudową osiedli na Zachodnim Brzegu czy judaizacją dwunarodowych miast w Izraelu? Według Abbasa, nie są to kwestie, które musi rozwiązać jego partia.
W środę wieczorem Abbas w końcu zapisał się w historii, dołączając do nowego rządu, na czele którego stanie skrajnie prawicowy Naftali Bennett, w zamian za żenująco niewiele: brak zniesienia jakichkolwiek dyskryminujących, przypominających apartheid praw (w tym ustawy o żydowskim państwie narodowym); obietnicę skierowania części budżetów do społeczności arabskich w przyszłości oraz utworzenie komisji w Knesecie w celu omówienia kwestii (!) uznania kilku beduińskich wiosek.
Na czym więc dokładnie polega nowe podejście Abbasa? Prawdą jest, że został on pierwszym liderem partii arabskiej, który wszedł w skład koalicji rządzącej – przynajmniej od czasów tzw. arabskich partii satelickich z początków państwa, które zobowiązały się do lojalności wobec rządzącej partii Mapai. Czy jednak jest to rzeczywiście znaczące wydarzenie, które warto świętować?
Nie jest to przełomowy moment, o którym mówi wielu – a powód jest dość prosty. My, obywatele palestyńscy, już wcześniej widywaliśmy mieliśmy takich „reprezentantów” – osoby pochodzenia arabskiego, które wchodziły w skład izraelskiej koalicji rządzącej. Izrael miał nawet arabskiego ministra nauki, kultury i sportu, Ghaliba Madżadlihę z Partii Pracy. Moim najżywszym wspomnieniem z jego kadencji jest to, gdy zasnął on w świetle kamer podczas jakiejś ceremonii.
Historia pełna jest tych tak zwanych przywódców palestyńskich, którzy skutecznie sprzedali sprawę swojego narodu dla własnych korzyści osobistych. Podczas wojskowych rządów nad palestyńskimi obywatelami państwa w latach 1948-1966, izraelski establishment mianował i wspierał „muchtarów” (przywódców tradycyjnej starszyzny) w wielu arabskich miastach i wsiach, dając władzę i prestiż takiej starszyźnie, która była lojalna wobec kolonialnego reżimu. W swojej książce „Dobrzy Arabowie”, opartej na wcześniej ukrytych archiwach państwowych i relacjach palestyńskich obywateli, izraelski historyk Hillel Cohen barwnie opisuje lata arabskiego sprzedawania się w pogoni za korzystnymi stanowiskami przyznawanymi przez reżim wojskowy. W tym za wpływowymi stanowiskami w szkołach, radach lokalnych i rządzie.
To podejście „dobrego Araba”, mającego nadzieję, że zostanie przyjęty przez izraelsko-żydowski establishment, jest uderzająco podobne do ostrego pojęcia wprowadzonego przez Malcolma X: „niewolnika domowego” .
Tak działacz nazwał daremne próby niektórych części czarnej społeczności w Stanach Zjednoczonych, by „zintegrować się” i zostać „zaakceptowanym” przez białą większość. Palestyńscy obywatele wiedzą jednak, że nigdy nie mogą stać się całkowicie „izraelskimi”. Syjonistyczny establishment próbował narzucić nam ten mit poprzez wymazanie naszej kultury i tożsamości – w tym poprzez próby przekształcenia nas w „izraelskich Arabów” , gdy równocześnie mówią, że Izrael będzie to zawsze „państwo żydowskie”.
My, obywatele palestyńscy, wciąż jednak sprzeciwiamy się temu wymazywaniu i polityce „dziel i podbijaj”, którą Izrael praktykuje od 1948 roku. Palestyńczycy powinni być częścią procesu decyzyjnego w kraju, ale tylko wtedy, gdy Izrael przestanie oblegać, wypędzać i zabijać naszych ludzi. Wejście do rządu okupanta jest nie tylko koszerną pieczęcią dla jego zbrodni przeciwko naszym ludziom, ale także aktywnym wspieraniem prób państwa utrzymania naszej społeczności w stanie fragmentacji.
A jednak, pomimo „nowego” podejścia Abbasa, stało się jasne, że miliony Palestyńczyków w całym kraju wybierają inny kierunek – nie biorąc pod uwagę wskazówek od swoich politycznych przedstawicieli.
Od ramadanowych protestów we Wschodniej Jerozolimie, przez walki w Szajch Dżarrah, po obronę palestyńskich domów w miastach dwunarodowych przed żydowskimi osadnikami i policją, Palestyńczycy tworzą swoją własną historię.
Prawie każde palestyńskie miasto lub wioska w całym Izraelu zorganizowała protest w obronie Szajch Dżarrah, Al-Aksy, Gazy i samych siebie. Ten prawie bezprecedensowy pokaz jedności doprowadził do historycznego strajku generalnego w zeszłym miesiącu, w którym masowo uczestniczyli Palestyńczycy od rzeki Jordan do brzegów Morza Śródziemnego.
To, że kolejne pokolenie Palestyńczyków w Izraelu wyszło na ulice, aby odzyskać swoją godność, jest prawdziwym historycznym momentem. To oni pokazują światu, jak naprawdę może wyglądać „nowe podejście”.

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu +972 Mag, antywojennym, lewicowym portalu tworzonym przez izraelskich i palestyńskich autorów.
Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu)

Największa fala aresztowań palestyńskich obywateli Izraela

Policja miała nadzieję, że aresztowanie tysięcy palestyńskich obywateli przywróci jej kontrolę nad sytuacją. Ale efekt był odwrotny – represje wzmocniły palestyńską determinację.

Ostatnią rzeczą, jakiej Wafaa Zbeidat kiedykolwiek się spodziewała, było aresztowanie we własnym domu i zmuszenie do spędzenia nocy w więzieniu.
Zbeidat, 40-letnia aktywistka polityczna i matka czwórki dzieci, opowiada, jak izraelska policja wtargnęła do jej domu w zeszłą środę /tj. 26 maja – przyp. red./ rano. – Nie obchodziło ich, że byłam w domu z dziećmi, ani to, że mój mąż ma raka i jest w złym stanie zdrowia, że nie można go zostawić samego ani na chwilę – mówi. – Aresztowali mnie w najbardziej upokarzający sposób, wsadzili do celi, a przesłuchanie rozpoczęli dopiero po sześciu godzinach. Po tym czasie przenieśli mnie do aresztu śledczego.
O północy Zbeidat została przewieziona do sądu, gdzie przedstawiciel policji oskarżył ją o podburzanie przeciwko państwu Izrael podczas protestu przy wjeździe do jej rodzinnej wioski Basmat Tab’un, w północnym Izraelu. – Powiedzieli, że skandowałam hasła poparcia dla szahidów [męczenników] i zażądałam, aby młodzi ludzie wokół mnie sfilmowali arabskich policjantów. Prokurator nie miał żadnych dowodów wideo, więc sędzia zostawił mnie za kratkami do rana.
Następnego dnia, Zbeidat została ponownie zabrana do sądu, gdzie sędzia zdecydował się ją zwolnić z powodu braku dowodów. – Oczywiście celem było przestraszenie i upokorzenie mnie, uniemożliwienie mi legalnego wyrażenia mojej opinii – zauważa. Kiedy wróciła do domu, stan jej męża pogorszył się. Musiał zostać odwieziony do szpitala.
Zbeidat nie jest jedyną osobą, która doświadczyła czegoś podobnego.
W ciągu ostatniego miesiąca naloty, aresztowania i więzienie stały się rzeczywistością dla wielu Palestyńczyków w Izraelu – czasami dlatego, że uczestniczyli w protestach, innym razem dlatego, że wyrazili swoje poglądy polityczne lub zamieścili zdjęcie w Internecie.
Czasami bez żadnego powodu.
Od czasu rozpoczęcia demonstracji w Jerozolimie i w tak zwanych „miastach mieszanych” /tych, gdzie mieszkają obywatele narodowości żydowskiej i palestyńskiej – przyp. red./ w zeszłym miesiącu, władze izraelskie prowadzą kampanię przemocy wobec palestyńskich obywateli państwa. Po zawarciu zawieszenia broni z Hamasem w Gazie, izraelska policja rozpoczęła zakrojoną na szeroką skalę operację aresztowań pod nazwą „Prawo i porządek”.
Policja twierdzi, że celem kampanii jest „przywrócenie odstraszania i zwiększenie kontroli w wyznaczonych miejscach w Państwie Izrael, wraz z utrzymaniem osobistego bezpieczeństwa obywateli Izraela”. Ale aktywiści i prawnicy twierdzą, że operacja jest próbą stłumienia obecnego palestyńskiego powstania.
Od początku maja izraelska policja aresztowała ponad 1900 osób w całym kraju, a kolejne 348 od czasu zawieszenia broni w Strefie Gazy. Według grup skupiających się na obronie praw człowieka, aresztowani to w przeważającej większości Palestyńczycy, a liczba zatrzymanych Żydów nie przekracza 10 procent. Komisarz policji Jakow Szabtaj postanowił przedłużyć operację o kolejny tydzień.
Ogłaszając przedłużenie operacji, Szabtaj powiedział, że władze aresztowały setki podejrzanych i zlokalizowały dziesiątki sztuk broni. „Celem operacji” – podała policja w oświadczeniu – jest ściganie „osób zaangażowanych w wydarzenia, w tym za posiadanie i handel bronią, podpalenia, przestępstwa przeciwko mieniu i przynależność do organizacji przestępczych”.
Adwokaci broniący zatrzymanych twierdzą jednak, że nie ma żadnego związku między obecną operacją a walką z przestępczością zorganizowaną i rozprzestrzenianiem się nielegalnej broni wśród Palestyńczyków.
„Od początku było jasne, że istnieje polityka tłumienia demonstracji”, mówi Dżanan Abdu, adwokat z Publicznego Komitetu Przeciwko Torturom w Izraelu, który jest również częścią grupy prawników – ochotników zorganizowanej przez palestyńskie centrum prawne Adalah. Adalah wezwała prawników z całego kraju, by zgłosili się na ochotnika do śledzenia aresztowań. Bardzo szybko powstały grupy na WhatsApp dla każdego arabskiego miasta i wioski. Do inicjatywy przyłączyło się ponad 150 prawników, z których wielu spędziło tu prawie tydzień, prawie nie śpiąc.
Abdu mówi, że w ostatnich tygodniach media społecznościowe były pełne rasistowskich podżegań ze strony izraelskich prawicowców. Niektórzy wzywali innych żydowskich obywateli, aby przyjechali do Hajfy, na przykład z postami mówiącymi im, w co się ubrać i aby zabrali ze sobą pałki zamiast noży. „Palestyńczycy w Hajfie wyszli, by chronić swoje domy, pojazdy i własność” – wyjaśniła. „Panowało poczucie, że zbliża się druga Nakba i że wyrzucą nas z naszych domów. Przyjechała policja i w ciągu pięciu minut zaczęła brutalnie bić i zatrzymywać Palestyńczyków, jednocześnie chroniąc prawicowych aktywistów”.
Khaled Zbarka, działacz polityczny i prawnik-ochotnik z miasta Lydd (Lod w wersji izraelskiej), przekonuje, że państwo nie ma żadnego interesu w odbieraniu nielegalnej broni organizacjom przestępczym działającym w palestyńskich miastach i miasteczkach. „Celem jest złamanie nas, zastraszenie arabskiego społeczeństwa, przekształcenie nas w niewolników, a ich w panów” – mówi. „Taki jest sens państwa żydowskiego: żydowska supremacja, demonstrowanie niższości Arabów i judaizacja przestrzeni publicznej”.
Większość Palestyńczyków zatrzymanych przez policję to dwudziestolatkowie, mówi Abdu, czasem trzydziestolatkowie. Starsi Palestyńczycy, którzy zostali aresztowani, byli zazwyczaj lokalnymi liderami i osobami publicznymi, dodaje.
Według Abdu, oskarżenia, jakie policja wysuwa wobec zatrzymanych, nie pasują do ich działań. „Aresztują osobę, przesłuchują ją w pewnej sprawie, a następnego dnia stawiają ją przed sądem i nagle oskarżają o coś innego” – wyjaśnia. „To jest nieważne. Nie można wnieść oskarżenia o zakłócanie spokoju, napaść na policjanta czy rzucanie kamieniami, gdy śledztwo dotyczy zupełnie innej sprawy”.
W jednym przypadku, wspomina Abdu, policja chciała przedłużyć areszt na tej podstawie, że oskarżony zatrzymany brał udział w demonstracji. „Ale kiedy zarówno obrona, jak i sędziowie zapytali ‚Kiedy? W jakim konkretnie nielegalnym proteście brał udział? [Policja] nie była w stanie odpowiedzieć, więc odpowiedziała ‚w miesiącu maju”.
Podczas gdy początkowe zarzuty dotyczyły głównie zamieszek, udziału w nielegalnych demonstracjach i rzucania kamieniami, dodaje, „nagle w akcie oskarżenia pojawiło się ‚podżeganie’ Nagle ta sama osoba, która wyszła na ulicę, aby chronić swoją własność, została oskarżona o rasizm i podżeganie”.
W niektórych przypadkach zatrzymanym odmawiano pomocy medycznej. „Przybyliśmy na posterunek policji w pierwszych dniach, a tam było 30 zatrzymanych” – wspomina Abdu. „Sześciu z nich potrzebowało pilnej pomocy medycznej po tym, jak [policja] użyła granatów ogłuszających i gumowych kul. Jeden z nich został pobity i miał krwotok w oku”. Mimo że potrzebowali leczenia, policja nadal żądała, aby ich najpierw przesłuchać. Ponadto, jak mówi, zatrzymani byli przesłuchiwani w języku hebrajskim, mimo że mają prawo być przesłuchiwani w swoim ojczystym języku arabskim. Niektórzy zatrzymani nie zostali nawet poinformowani, że mają prawo do spotkania z prawnikiem.
„Uniemożliwiono nam spotkanie z zatrzymanymi” – kontynuuje. „Pewnego dnia przybyłam na posterunek policji o 21:00 i wyszłam o 8:30 rano następnego dnia. Było tam 38 zatrzymanych, a ja i moi koledzy mogliśmy spotkać się tylko z ośmioma osobami – z pozostałymi nie pozwolono nam się spotkać. Pytano nas, z jakiej organizacji jesteście? A my odpowiadaliśmy, że nie należymy do żadnej organizacji, jesteśmy wolontariuszami. Na jednym z posterunków policji wypchnęli prawników, na innych zamknęli drzwi i nie wpuścili ich do środka, nie odbierali też telefonów. W Nazarecie jeden adwokat został nawet aresztowany”.
Policja przesłuchiwała nawet palestyńskie dzieci, czasami bez obecności ich rodziców. „Przez pierwsze dwa dni była wyraźna tendencja, by iść po nieletnich” – mówi Abdu.
„Widzieliśmy, że wielu z nich doprowadzali do sądu i wypuszczali następnego dnia. Sędziowie wypuszczali nieletnich bez żadnych warunków lub pod takimi warunkami, jak zakaz udziału w nielegalnych demonstracjach przez 30 dni, gdy prokuratura prosiła o zakaz zbliżania się i przedłużenie aresztu. Zdarzały się również przypadki, że sędziowie podejmowali decyzję o zwolnieniu nieletnich, ale prokuratura prosiła o przedłużenie aresztu w celu przeprowadzenia śledztwa lub przedstawienia dowodów, a następnie sędzia był zmuszony do odstąpienia od zwolnienia, pozostawiając nieletnich zatrzymanych na kolejny dzień”.
„Używają tych samych metod, co na Zachodnim Brzegu, nawet tych samych jednostek” – mówi Abdu. „Policja pod przykrywką, Policja Graniczna, Szin Bet – wszyscy oni są wykorzystywani przeciwko nam. Nawet media nadal podburzają przeciwko nam. Aresztowania trwają nawet teraz. Są aresztowania w Umm al-Fahim, Rajnie, Kufr Kanna, Szifa ‚Amr. Niektórzy z zatrzymanych są aresztowani po raz drugi. Niektórzy z zatrzymanych w Hajfie zostali ponownie aresztowani i wypuszczeni”.
Abdu dodaje, że będzie nadal ochotniczo poświęcać swój czas na obronę młodych Palestyńczyków, którzy zostali aresztowani w ciągu ostatnich tygodni. „W tym tygodniu wygłosiliśmy wykłady w Hajfie na temat praw osób zatrzymanych, a ja wygłoszę wykład w jednej ze szkół średnich, gdzie jeden z uczniów został aresztowany i postawiony w stan oskarżenia. Czuję, że my jako społeczeństwo ewoluujemy, uczymy się i poprawiamy z czasem. Sieci społeczne bardzo nam pomogły i nauczyliśmy się z nich korzystać. Jesteśmy bardziej przygotowani na wypadek sytuacji kryzysowej”.
Policja odmówiła odniesienia się do zarzutów o niewłaściwe postępowanie w czasie aresztowań i nie odpowiedziała na nasze zapytanie o to, czy prowadzone jest jakiekolwiek śledztwo w tej sprawie, ani na naszą prośbę o zestawienie konkretnych przypadków niewłaściwego postępowania policji.
„Jeśli kogokolwiek przesłuchujecie, przesłuchajcie swoich przywódców politycznych”
Mutasim Taha jest fotografem z wioski Daburijja w północnym Izraelu. Ostatnio uczestniczył w działaniach mających na celu podniesienie świadomości kulturowej w wiosce, które obejmowały wykłady dziennikarzy, prawników, aktywistów i członków Knesetu. Taha został aresztowany w zeszły wtorek i zwolniony następnego dnia. Tydzień przed aresztowaniem otrzymał pogróżki od kogoś z izraelskiej służby bezpieczeństwa, żądającego, by wioska zakończyła działalność kulturalną.
„Kiedy rozpoczęła się operacja, o 2 w nocy w zeszły wtorek, zostaliśmy zaskoczeni przez zamaskowanych mężczyzn w cywilnych ubraniach, którzy szturmowali dom i przestraszyli moją matkę i całą rodzinę” – wspomina Taha. „Pięć osób weszło do mojego pokoju. Następnie przybył oficer z [lokalnego] posterunku, a inny oficer powiedział do mnie po arabsku: „Widzisz, jak cię dopadniemy”. Zaczął mi grozić, wymieniając jednocześnie nazwiska młodych ludzi z mojej wioski”.
„Potem mnie aresztowali” – kontynuuje Taha. „Wyciągnęli broń na oczach mojego brata, a jego żona zemdlała. Próbowali grozić członkom mojej rodziny”.
„Zostałem aresztowany razem z innym młodym chłopakiem z wioski. Zostaliśmy jedną noc na posterunku policji, a potem przedłużyli mój areszt i zabrali mnie do więzienia Tzalmon pod zarzutem palenia opon”. Obaj mężczyźni zostali zwolnieni po tym, jak prokuratura nie była w stanie przedstawić żadnych dowodów na poparcie swojego twierdzenia, że jakiekolwiek opony zostały spalone podczas protestu.
„To, co się dzieje, to absurdalna farsa” – mówi Rafi Masalha, adwokat reprezentujący dwóch młodych mężczyzn. „Policja fabrykuje podejrzenia i aresztuje młodych ludzi w upokarzający sposób. Są to próby, których cel jest jasny: zastraszenie młodych ludzi, ich rodzin i całego społeczeństwa. Przez 73 lata inwestowali pieniądze, aby zaszkodzić świadomości [politycznej] społeczeństwa arabskiego, a teraz odkryli, że nowe pokolenie ma świadomość narodową”.
Raszad Omri, dziennikarz z Hajfy, również został aresztowany w zeszłym tygodniu, a zwolniony dzień później bez żadnych warunków. On również opisuje, jak duże siły z Szin Bet szturmowały jego dom i aresztowały go. „Powiedziano mi [przez policję], że podżegałem do mordowania Żydów. Zapytałem ich, kto jest tym głupcem, który im to powiedział. Zostawili mnie w areszcie na długie godziny, zanim przeniesiono mnie do sądu. Tam sędzia Tadmor Zamir powiedział im, że przejrzała akta śledztwa, nie znalazła żadnych dowodów na postawione zarzuty i nakazała moje zwolnienie”.
Omri mówi, że policyjny śledczy próbował zaproponować mu układ, zgodnie z którym opuściłby Hajfę na dwa tygodnie w zamian za ugodę, ale jeśli Omri odmówi, śledczy poprosi o przedłużenie jego aresztu o 100 dni. „Odmówiłem i powiedziałem mu, że ci, którzy powinni opuścić Hajfę, to faszystowscy ekstremiści, którzy przyszli zaatakować arabskich obywateli w mieście”.
„Jest jasne, że są to aresztowania ludzi, którzy mają wpływ na społeczeństwo” – mówi Maher Talhami, prawnik reprezentujący zarówno Omriego, jak i Wafę Zubeidat. „Jest to próba upokorzenia i zastraszenia. Ale reakcja jest odwrotna od tej, której się spodziewali. Oczekiwali, że aresztowania wzbudzą strach w arabskim społeczeństwie, ale wywołały tylko większą wściekłość”.
W sprawie zeznań Zubeidat, Omri i Tahy funkcjonariusze mieli do powiedzenia tyle: „Policja prowadzi śledztwo w sprawie zamieszek bez żadnej dyskryminacji, niezależnie od tożsamości podejrzanych czy ofiar. Będziemy kontynuować obiektywne śledztwo, aby postawić podejrzanych przed sądem”.
Murad Haddad, działacz polityczny i członek rady w gminie Szifa ‚Amr został aresztowany podczas operacji policyjnej, wraz z dwoma innymi członkami lewicowej partii Hadasz, która jest jedną z frakcji we Wspólnej Liście. „Byłem zatrzymany na cztery dni i przesłuchiwany przez pięć minut. Chcieli przestraszyć mnie i ludzi w mieście, myśleli, że w ten sposób uspokoją sytuację”.
„Zapytano mnie. ‚Czy jesteś odpowiedzialny za organizowanie gwałtownych demonstracji?’ Odpowiedziałem, że nie. Powiedziałem, że jeśli naprawdę chcecie wiedzieć, kto jest odpowiedzialny za demonstracje, to jest to Itamar Ben Gwir, który rozstawił swój namiot [by wesprzeć osadników w Szajch Dżarrah], Benjamin Netanjahu, który dał pozwolenie [skrajnie prawicowej grupie] Lehavwa na marsz w Jerozolimie, i komisarz policji, który wysłał funkcjonariuszy do Al-Aksy. Jeśli musicie kogokolwiek przesłuchać, przesłuchajcie swoich przywódców politycznych”.
Haddad został początkowo zwolniony z pięciodniowym zakazem wstępu do miasta, który następnie został uchylony przez sędziego.
„Palestyńczycy nie są już mniejszością”
Haddad opisuje, jak demonstracje w Szifa ‚Amr rozpoczęły się po wydarzeniach w Szajch Dżarrah. „Zorganizowaliśmy wiec poparcia i solidarności… Byliśmy zaskoczeni liczbą osób, które przyszły. Jestem aktywna od ponad 30 lat i mam duże doświadczenie w demonstracjach. Liczba osób, które wzięły udział była większa niż zwykle. Zdałem sobie sprawę, że dzieje się coś dużego”.
Wiec, który odbył się w pobliżu ratusza, był stosunkowo spokojny, mówi Haddad. Policja nie przybyła tego dnia, ale Haddad zobaczył na demonstracji setki nowych twarzy, wielu młodych ludzi.
„Młodzi ludzie, którzy wzięli udział w demonstracji, zorganizowali kolejną następnego dnia,” kontynuuje Haddad. „Nie było w nią zaangażowanych żadnych organów politycznych. Następnego dnia przyszło jeszcze więcej ludzi. Przemaszerowaliśmy przez miasto i dołączyło do nas więcej osób. Tysiąc osób. Wyglądało to jak powstanie ludowe”. Przeczuwając reakcję policji, Haddad wiedział, że aktywiści będą musieli się przygotować, i zaczął zakładać grupy WhatsApp z lokalnymi prawnikami i lekarzami, a także komitet awaryjny.
„Nie jesteśmy ‚izraelskimi Arabami’, jak Izrael próbuje nas uczynić przez 73 lata”, mówi Haddad. „Zawsze mówiliśmy, że nie możemy być odłączeni od naszego narodu i naszej tożsamości. Nasza palestyńska tożsamość nie może być nam skradziona. Nie jestem dumny z mojego izraelskiego dowodu tożsamości. Jestem Palestyńczykiem. Jeśli coś się dzieje w Jerozolimie, to będzie się działo w Gazie, Szifa ‚Amr, Hajfie, obozach dla uchodźców w świecie arabskim i na Zachodnim Brzegu. To nie jest naturalne, że Gaza jest ostrzeliwana, a ludzie w Szifa ‚Amr śpią spokojnie, jakby nic się nie stało.”
„Nie wolno nam się wycofać” – podsumowuje Haddad. „Nasze żądania muszą być wielkie, a nie kompromisowe. Będziemy mówić o państwie wszystkich obywateli. Zrozumieliśmy, że mamy władzę. Kiedy Palestyńczycy w Jaffie, Akrze, Szifa Amr i Lydd znowu poczują, że są częścią narodu palestyńskiego, nasza siła będzie tylko rosła. Nie jesteśmy już mniejszością, jesteśmy większością. To jest to, co doprowadzało kraj do szaleństwa”.

Materiał został pierwotnie opublikowany na stronie +972, prowadzonej przez izraelskich i palestyńskich działaczy antywojennych, pokojowych, obrońców praw człowieka.

Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu)

Solidarność z Palestyną na ulicach brytyjskich miast

Dziesiątki tysięcy osób wzięły udział w demonstracjach solidarności z Palestyną, które odbyły się w sobotę 22 maja w kilkunastu miastach Wielkiej Brytanii. W największej demonstracji, w Londynie udział wzięło 180 tysięcy osób. Dziennik the Guardian sugeruje, że była to jedna z największych propalestyńskich demonstracji w historii kraju.

Protest rozpoczął się się na Victoria Embankment w centrum stolicy, po czym demonstranci ruszyli pod budynek parlamentu i przez centralny Londyn dotarli do Hyde Parku. Demonstranci nieśli transparenty z żądaniem zakończenia okupacji Palestyny, zakończenia blokady Gazy, zaprzestania bombardowania cywilów. Na zakończenie, do zebranych przemówili działacze antywojenni, związkowcy oraz politycy lewicy, w tym były lider Partii Pracy Jeremy Corbyn oraz lewicowy poseł Partii Pracy John McDonnel – obaj od lat zaangażowani w działalność na rzecz praw Palestyńczyków.
Demonstracja rozpoczęła się kilkanaście godzin po tym jak egipskim negocjatorom udało się doprowadzić do zawieszenia broni w Palestynie. Do tej sytuacji odniósł się John McDonnel, który mówił do zgromadzonych między innymi: „Tak, zawieszenie broni zostało wynegocjowane i my cieszymy się z zawieszenia broni. Ale powiedzmy to jasno: nie będzie zawieszenia broni w naszej kampanii [na rzecz] bojkotu, powstrzymania się od inwestycji i sankcji wobec izraelskiego państwa apartheidu. Przekaz jest jasny: nie zawiesimy naszej kampanii solidarności do czasu aż [w Palestynie] będzie sprawiedliwość. Więc mówimy jasno – jak nie będzie sprawiedliwości, to nie będzie pokoju”. Tłum odpowiedział skandowaniem „No justice – no peace!”
Jeremy Corbyn mówił, że „dzieci nie powinny dorastać widząc jak ich dom jest burzony przez bomby zrzucane z bezpiecznej wysokości kilku tysięcy stóp”. Mówił, że fundamentalnym problemem jest okupacja Palestyny, zarówno Zachodniego Brzegu jak i oblężenie Gazy i dopóki te kwestie nie zostaną rozwiązane, to problem przemocy będzie powracał. Corbyn zapewnił o przywiązaniu brytyjskiego ruchu antywojennego do sprawy palestyńskiej i mówił: „Nigdy nie porzucimy Palestyńczyków, nigdy nie odejdziemy od Palestyńczyków i ich sprawy”.
Wielu uczestników demonstracji wskazywało na nieuczciwe informowanie o sytuacji w Palestynie przez zachodnie media i polityków. W następstwie napięcia i policyjnej profanacji meczetu Al-Aqsa we wschodniej Jerozolimie doszło do walk ulicznych i licznych aktów przemocy. Skutek był do przewidzenia. Od wystrzeliwanych w stronę terytorium Izraela pocisków zginęło 12 osób, w tym dwójka dzieci. W tym samym czasie z rąk Izraelczyków śmierć poniosły 232 osoby, z czego blisko połowa to kobiety i dzieci. Palestyńczycy w Gazie nie mają schronów i możliwości ukrycia się przed izraelskimi bombami. Pomimo tego większość przywódców światowych uznaje palestyński ruch oporu za terrorystów a jednocześnie uznaje „prawo Izraela do samoobrony”. Konflikt między uzbrojonym po zęby Izraelem a uzbrojonym w domowej roboty prymitywną broń Palestyńczykami przedstawiana jest jako konflikt równego z równym a przywódcy światowi otwarcie stają po stronie Izraela, który od dekad lekceważy rezolucje ONZ nakazujące wycofanie się z terenów zajętych po 1967 roku i powstrzymanie się od prowadzenia nielegalnego osadnictwa na ziemiach Palestyńczyków.
Demonstracje solidarności odbyły się tego dnia także między innymi w Manchesterze, Birmingham, Bristolu, Cardiff i innych miastach.

Jak naprawić Autonomię Palestyńską?

Autonomia Palestyńska spędziła lata na demobilizowaniu palestyńskiego społeczeństwa i umacnianiu represyjnego sposobu rządzenia. Szkód, które spowodowała, nie da się naprawić przy urnie wyborczej. Czy to znaczy, że Autonomia powinna przestać istnieć? Nie!

Kiedy prezydent Mahmoud Abbas ogłosił, że Autonomia Palestyńska przeprowadzi wybory krajowe po raz pierwszy od prawie 15 lat, na nowo rozgorzała debata na temat tego, czy takie wybory mogą być rzeczywiście znaczące. Biorąc pod uwagę kontekst funkcjonowania rozdrobnionego palestyńskiego organizmu politycznego działającego pod okupacją wojskową – czemu właściwie miałyby one służyć?
Z jednej strony, decyzja o przeprowadzeniu wyborów legislacyjnych i prezydenckich, zaplanowanych odpowiednio na 22 maja i 31 lipca, stanowi odpowiedź na formułowane od dawna zarzuty pod adresem władz Autonomii, dotyczące ignorowania przez nie woli palestyńskiego społeczeństwa. Przywódcy Autonomii, w większości wywodzący się z partii Fatah, skutecznie unieważnili wyniki wyborów parlamentarnych w 2006 r. poprzez gwałtowny konflikt z Hamasem i od tego czasu nadmiernie przedłużają swój czas u władzy. Dotyczy to zwłaszcza prezydenta Abbasa, który już dekadę temu zakończył swoją pierwszą kadencję. Szansa na zmianę przy urnach wyborczych została zatem przyjęta z zadowoleniem przez wielu. Podczas spotkania w Kairze w tym miesiącu, przywódcy 14 palestyńskich partii politycznych, w tym Fatahu i Hamasu, zobowiązali się do udziału w wyborach i respektowania ich wyników. Obserwatorzy twierdzą, że jeśli wszystko pójdzie gładko, wybory mogą wreszcie wprowadzić demokratyczne rządy do palestyńskiego systemu politycznego i zakończyć trwający od 14 lat podział między Strefą Gazy a Zachodnim Brzegiem.
Ta nadzieja jest jednak zdecydowanie na wyrost. Podczas gdy brak odpowiedzialności politycznej ze strony Autonomii Palestyńskiej jest rzeczywiście poważnym, osłabiającym społeczeństwo palestyńskie problemem, przekonanie, że wybory są rozwiązaniem tego impasu, opiera się na kilku wątpliwych założeniach. Po pierwsze, że społeczność międzynarodowa kiedykolwiek chciała, aby Autonomia Palestyńska była demokratyczna; po drugie, że przeprowadzenie wyborów przed zażegnaniem podziałów jest realną strategią; i po trzecie, że Autonomia Palestyńska jest głównym podmiotem, który może posunąć naprzód sprawę palestyńską.
Represje i kooptacja
Autonomia Palestyńska była instytucją wykluczającą od samego początku swojego istnienia. Jak zauważa Manal Jamal w swojej książce „Promoting Democracy”, została zaprojektowana tak, aby wspierać bardzo konkretne grupy – m.in. Fatah – jednocześnie odsuwając na bok dużą część palestyńskiego społeczeństwa, która była krytyczna wobec dążenia do pokoju w ramach porozumień z Oslo. Wpływy międzynarodowe zachęcały PA do pogłębiania tego wykluczenia; najgłośniejszym przejawem tej polityki było poparcie Fatahu przez państwa zagraniczne, na czele z administracją George’a W. Busha, gdy Fatah nie pogodził się z przegraną w wyborach parlamentarnych w 2006 r. i doprowadził do odsunięcia Hamasu od władzy.
Od wyborów w 2006 r. PA poświęca znaczną część swoich zasobów na demobilizowanie palestyńskiej opozycji i dziesiątkowanie partii politycznych, które odrzucają kontrolę Fatahu – a misja ta prowadzona jest w koordynacji z Izraelem. Prewencyjne Siły Bezpieczeństwa Autonomii Palestyńskiej i inne struktury jej aparatu bezpieczeństwa rutynowo celują w przeciwników politycznych, zastraszają, dokonują aresztowań, nawet wysyłają zatrzymanych na tortury. W obliczu tych represji, wiele organizacji i działaczy stało się niezdolnych do skutecznej mobilizacji, z obawy przed rządem. Dotyczy to wielu grup szczerze oddanych Palestynie, ale krytycznych wobec Fatahu: islamskich aktywistów studenckich na kampusach uniwersyteckich, członków Palestyńskiej Partii Ludowej, działaczy Palestyńskiej Inicjatywy Narodowej i innych. PA infiltrowała również sferę publiczną poprzez kooptację pracy palestyńskich działaczy społeczeństwa obywatelskiego, którzy kwestionują politykę Izraela i prymat Fatahu. Po części dokonała tego, oferując aktywistom zatrudnienie w organach powołanych przez samą PA, takich jak „Komisja Oporu wobec Muru i Osiedli”, jednocześnie angażując urzędników PA w koordynację ruchów społecznych. Ci, którzy zostali dokooptowani, stali się mniej skłonni do wyrażania sprzeciwu wobec polityki PA lub angażowania się w aktywizm.
Szkody wyrządzone przez ten swoiście patrymonialny system nawarstwiają się od lat. Moje badania wykazały na przykład, że główne napięcie wśród palestyńskich grup społeczeństwa obywatelskiego dotyczy różnic w poglądach w sprawie projektu budowy państwa przez Autonomię Palestyńską i ogólnie w sprawie porozumień z Oslo. Niektóre organizacje odmawiają współpracy z innymi, które postrzegają jako wykonawców polecenia PA, nawet jeśli mają podobne cele; niektóre nawet etykietują grupy związane z PA jako zdrajców. W samych organizacjach niektórzy działacze krytykują swoich starszych kolegów za to, że koordynując swoje działania z PA mają „iluzję wpływu”, co z kolei przyczynia się do rozczarowania i wypalenia w ich pracy i aktywizmie.
Głosowanie to za mało
Być może za sprawą takich autorytarnych manewrów wynik wyborów na korzyść Fatahu jest już przesądzony. Chociaż wybory są otwarte dla wielu partii, alternatywy dla Fatahu po prostu nie mają zdolności organizacyjnych, ani sprzyjającego środowiska politycznego, aby prowadzić udane kampanie na skalę krajową. To może sprawić, że całe przedsięwzięcie okaże się daremne.
Ponadto, nawet gdyby główny rywal Fatahu, Hamas, mógł swobodnie wziąć udział w wyborach, może się okazać, że będą one niezwykle wyrównane i przyniosą więcej problemów niż rozwiązań. Według sondażu przeprowadzonego przez Palestinian Center for Policy and Survey Research we wrześniu 2020 roku, Fatah i Hamas są prawie tak samo niepopularne wśród Palestyńczyków: jedynie 38 proc. respondentów stwierdziło, że w wyborach parlamentarnych głosowałoby na Fatah, 34 proc. na Hamas. Wyborcy są również dość spolaryzowani pod względem geograficznym – Fatah cieszy się większym poparciem na Zachodnim Brzegu (46 proc.), a Hamas w Strefie Gazy (45 proc.). Wyrównany wynik, jeśli zostanie zakwestionowany, może wywołać kolejne podziały i konfrontacje między obiema partiami.
Co więcej, wiara w tegoroczne wybory opiera się częściowo na przekonaniu, że w przeciwieństwie do poprzednich wyborów, tym razem społeczność międzynarodowa zaakceptuje ich wyniki – nawet jeśli Hamas, uznawany przez Izrael i USA za organizację terrorystyczną, zostanie ponownie wybrany do rządu. Założenie to ma bardzo słabe podstawy: rządy obcych państw i organy międzynarodowe, w tym Stany Zjednoczone i Unia Europejska, nie złożyły żadnych wyraźnych zapewnień, że zaakceptują wyniki wyborów, a także bardzo mało zachęcająco zareagowały na oświadczenie Abbasa. Co najważniejsze, sam Izrael prawdopodobnie odrzuci i podważy wyniki wyborów, jeśli Hamas zostanie wybrany, co sprawi, że amerykańska i szersza międzynarodowa akceptacja stanie się jeszcze mniej prawdopodobna.
Wszystkie te procesy w ciągu ostatnich 15 lat miały głęboki wpływ na palestyńską spójność społeczną. Stosowanie przez PA taktyk wykluczających i represyjnych podsyciło głębokie podziały w społeczeństwie palestyńskim wokół istnienia PA i drogi wyjścia z politycznego impasu. To dodatkowo utrudniło zdolność grup z całego palestyńskiego spektrum politycznego do koordynacji i wspólnego stawiania czoła wspólnym wyzwaniom – takim jak zmiany w regionalnych sojuszach – i ośmieliło ataki Izraela na Strefę Gazy oraz jego agresywną kradzież ziemi na Zachodnim Brzegu. Same wybory nie rozwiążą tych problemów strukturalnych. Sednem problemu politycznego Palestyńczyków nie jest jedynie brak demokracji: jest nim polaryzacja i podziały frakcyjne, zniszczone instytucje, brak strategicznych idei i słabe przywództwo – słowem, sparaliżowane są wszystkie niezbędne elementy spójnego ruchu.
Wybory w tak rozdrobnionym, autorytarnym kontekście posłużą jedynie do zaostrzenia konfliktów między grupami, które odmówią udziału w głosowaniu, do rozproszenia sił opozycyjnych, które są skłonne zaangażować się w proces wyborczy, oraz do zapewnienia legitymizacji aktorom, którzy już dawno utracili mandat do rządzenia.
Odnowienie OWP
W związku z tym, zamiast dążyć do wyborów w PA, Palestyńczycy powinni skupić się na ożywieniu Organizacji Wyzwolenia Palestyny – scentralizowanej instytucji założonej w 1964 roku, która promuje palestyńską sprawę narodową i reprezentuje Palestyńczyków ze wszystkich regionów.
Po pierwsze, Palestyńczycy powinni zreformować OWP poprzez rozszerzenie jej składu i uczynienie jej bardziej reprezentatywną dla palestyńskiej różnorodności politycznej. To nie Autonomia Palestyńska powinna stać na czele walki o wolność, a OWP. To właśnie w tym punkcie wezwanie Abbasa do przeprowadzenia wyborów do Palestyńskiej Rady Narodowej OWP (zaplanowanych na 31 sierpnia) może być bardziej owocną drogą do zmian. Pomimo swoich ograniczeń i dominacji Fatahu w organizacji, OWP pozostaje modelem stosunkowo udanego ruchu wyzwoleńczego.
Co ważne, OWP, w przeciwieństwie do PA, definiuje się jako przedstawiciel wszystkich Palestyńczyków – nie tylko tych mieszkających na terytoriach okupowanych. Poprzez ponowne poszerzenie zakresu palestyńskiej agendy o, na przykład, prawo powrotu uchodźców, Palestyńczycy mogą wyjść poza ograniczony paradygmat budowania państwa i podążać bardziej kreatywnymi ścieżkami ku sprawiedliwości. Wzmocnienie pierwotnych funkcji OWP może również pomóc Palestyńczykom w przywróceniu tradycji zabiegania o szeroki wkład różnych segmentów palestyńskiej populacji oraz zapewnić przestrzeń dla palestyńskich myślicieli i aktywistów do dyskusji nad problemami społeczności. Przed porozumieniami z Oslo, w OWP toczyły się ożywione debaty wewnętrzne – kto powinien przewodzić organizacji, jak najlepiej prowadzić opór, jak reagować na interwencje regionalne i międzynarodowe… i nie tylko. Dzisiejsza OWP i PA, która ją pochłonęła, są wyraźnie dalekie od tej dynamiki.
To wszystko nie musi to koniecznie oznaczać, że instytucje PA, które były mozolnie budowane przez ostatnie 27 lat, powinny po prostu przestać istnieć. Autonomia Palestyńska nadal odgrywa kluczową rolę w świadczeniu usług dla Palestyńczyków na terytoriach okupowanych, a w perspektywie krótkoterminowej oferuje mechanizmy samorządności. Jest to szczególnie ważne teraz, gdy społeczeństwo palestyńskie zostało podwójnie dotknięte kryzysem gospodarczym i pandemią wirusa COVID-19. Niemniej jednak Autonomia Palestyńska powinna powrócić do roli filii OWP, prawdziwego prawowitego przedstawiciela narodu palestyńskiego. W tym duchu, skupianie się na wyborach w ich obecnej formie jest w najlepszym razie rozpraszającą szaradą, w najgorszym zaś niebezpiecznym procesem, który przynosi więcej szkody niż pożytku.
Zamiast szukać rozwiązań, które pozwoliłyby Palestyńczykom wydostać się z obecnego impasu, nasi przywódcy polityczni wydają się bardziej zainteresowani kłótniami nad urnami wyborczymi, które nie rozwiążą żadnej z tych kwestii. Wybory te posłużą jedynie wzmocnieniu kantonizacji polityki palestyńskiej, zamiast przynieść przełom.

Tekst ukazał się na portalu +972. Autorka jest pracownicą uniwersytetu w Ad-Dausze (Katar). Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk,eu)

Rok wyzwań i nowych możliwości

Łatwo jest ocenić sytuację i zrzucić winę na politykę poprzedniej administracji USA, która zepchnęła świat na krawędź przepaści w wyniku swojej politycznej gry. Konieczne jest powołanie się nowe reguły regulujące stosunki międzynarodowe, które będą gwarantowały bezpieczeństwo i stabilność międzynarodową.

Świat stoi przed wyzwaniami, którym nie będzie w stanie sprostać samotnie żaden kraj, a poradzić może sobie tylko spójna społeczność międzynarodowa, to sposób na przywrócenie naszego stylu życia i naszego człowieczeństwa, któremu zagroziła polityka „twórczego chaosu” . Nie chodzi tylko o doświadczenia Bliskiego Wschodu, ale doświadczenia całego świata, człowieczeństwo jest ostatnim ratunkiem dla świata.
Czego chcemy wczoraj, dziś i jutro?
Po latach konfliktu zbrojnego Palestyńczycy weszli na ścieżkę pokojowych negocjacji w poszukiwaniu rozwiązania konfliktu w oparciu o wzajemne uznanie i rozwiązanie dwupaństwowe na granicach z 4 czerwca 1967 r., z Jerozolimą jako stolicą palestyńskiego państwa i zapewnianie Palestyńskim uchodźcom prawa do powrotu do ojczyzny.
Ciągłe zwlekanie przez Izrael, negocjacje nie przynoszące rezultatów mające na celu przedłużenia obecnej sytuacji, to wszystko wymagało jasnego i jednoznacznego stanowiska Palestyny. Stanowisko to nie mogło być inne niż odrzucenie polityki Izraela i amerykańskiego dyktanda, które na różne sposoby próbowało narzucić rozwiązanie – tzw. plan stulecia, który nie oferował Palestyńczykom żadnych akceptowalnych rozwiązań i był receptą do utrwalania konfliktu.
„Iluzja Abrahama”: stawiać wóz przed koniem.
Podczas warsztatów w Manamie w 2019 r. zdemaskowano fałszywe obietnice Trumpa, o których niektórzy błędnie myśleli, że mogą stanowić bazę do przyszłych rozwiązań. Administracja amerykańska chciała narzucić swój plan nazywany „Porozumieniem Abrahama”, który omijał warunki sprawiedliwego pokoju wyznaczone przez kraje arabskie.
Uznajemy, że administracja amerykańska częściowo odniosła sukces w rozmowach z niektórymi krajami arabskimi, jednak większość, a zwłaszcza kraje pierścieniowe, które są zasadniczo powiązane z porozumieniami pokojowymi z Izraelem, odrzuciłe te porozumienia, podkreślając arabskie stanowisko dotyczące rozwiązania konfliktu zgodnie z Arabską Inicjatywą Pokojową z 2002r. Jest to inicjatywa wzywająca do całkowitego wycofania się Izraela z okupowanych ziem arabskich, w tym z syryjskich Wzgórz Golan i dotychczas okupowanych terytoriów libańskich, uznania Państwa Palestyny ​​na granicach z 4 czerwca 1967 r. z Jerozolimą jako stolicą, oraz rozwiązania kwestii uchodźców palestyńskich, a później normalizacje stosunków, co zostało potwierdzone na Radzie Ministrów Spraw Zagranicznych Krajów Arabskich w lutym 2021 roku.
Normalizacja, która nie przyniosła korzyści, nie osiągnęła przełomu w procesie pokojowym, raczej pogłębiła niestabilność przez oddalenie się od arabskiego konsensusu, co ma swoje reperkusje na poziomie wewnętrznym i arabskim, zwłaszcza że kraje te nie są na pierwszej linii frontu z „Izraelem”, a ich porozumienia nie stanowiły dźwigni dla pokoju. W rezultacie postawiły wóz przed koniem i wzmogły zagrożenie w regionie na korzyść izraelskiej okupacji.
Zwrócenie się do Międzynarodowego Trybunału Karnego
Zwrócenie się do Międzynarodowego Trybunału Karnego było wyraźną deklaracją strony palestyńskiej, która odrzuciła narrację przemocy. Palestyna chce pokojowego rozwiązania konfliktu zgodnie z traktatami międzynarodowymi i decyzjami społeczności międzynarodowej, a także realizacji prawa do ochrony narodu palestyńskiego przed zbrodniami okupacji izraelskiej. To stanowisko wybrzmiewało jeszcze mocniej w obliczu rażącej stronniczości administracji USA za prezydentury Donalda Trumpa.
Sprawiedliwość i sprawczość są niezbędne do osiągniecia pokoju, należy zakończyć okres, w którym Izrael stoi ponad prawem i nie ponosi żadnej odpowiedzialności.
W marcu 2021 roku MTK w Hadze ogłosił wszczęcie śledztwa w sprawie zbrodni wojennych popełnionych przez Izrael na okupowanych terytoriach palestyńskich z 4 czerwca 1967 roku.
Po wysłuchaniu wszystkich zainteresowanych stron, w tym Izraela, który „odmówił wyrażenia swojej opinii”, wydano wstępny wyrok dotyczący prawa Palestyny do wykonywania jej uprawnień wynikających ze Statutu Rzymskiego. Fakt, że zbrodnie Izraela trwają, są systematyczne i powszechne, sprawia, że śledztwo jest pilne i konieczne, jest też zgodnie z mandatem Międzynarodowego Trybunału Karnego do zwalczania bezkarności i powstrzymania sprawców tych zbrodni.
Nowa administracja prezydenta Joe Bidena i Bliski Wschód
Obecny prezydent USA Joe Biden był wiceprezydentem USA, co oznacza, że doskonale zna problemy regionu, a za jego kadencji administracja prezydenta Obamy nie dokonała znaczącego przełomu w procesie politycznym, ale też nie zapowiedział wojny tak jak to miało miejsce w czasie administracji Trumpa.
Negatywne reperkusje polityki jego poprzednika, które zaszkodziły roli USA w regionie, nadal wymagają rozwiązania. Sekretarz Stanu Blinken odbył spotkania z grupami amerykańsko-arabskimi, podczas których przekazywał ostrożne przesłania dotyczące trzymania się koncepcji współpracy międzynarodowej w rozwiązywaniu konfliktu palestyńsko-izraelskiego, a także reaktywował Departament ds. Palestyny ​​w amerykańskim Departamencie Stanu i mianował amerykańskiego dyplomatę libańskiego pochodzenia, Hadiego Amra, który prowadził już rozmowy z premierem Palestyny.
Niemniej jednak jest pewne, że obecna administracja prezydenta Bidena w USA różni się od poprzedniej, lecz jest za wcześnie, aby ją oceniać.
Nie ma czasu do stracenia
Rozumiemy, że problemy regionu nie kończą się na konflikcie izraelsko-arabskim, mimo, że ten konflikt jest ogniskiem wszystkich innych w regionie. Śledząc dotychczasowe komunikaty administracji prezydenta Joe Bidena wynika, że priorytetem dla nowej administracji amerykańskiej w regionie Bliskiego Wschodu jest irański program nuklearny, rola Iranu w regionie, bezpieczeństwo Izraela i utrwalenie pokoju, zakończeniu wojen w Jemenie i Libii oraz przestrzeganie Praw Człowieka w regionie.
Poza deklaracjami nie widzimy by administracja ameryńska kładła nacisk na kwestie Bliskiego Wschodu, Pomimo działań innych graczy w regionie, takich jak Rosja, Chiny czy Unia Europejska społeczność międzynarodowa czeka na ruch supermocarstwa. Administracja amerykańska mimo chęci nie zdoła zniwelować wpływu i roli tych graczy w regionie.
Unia Europejska jako mediator
Unia Europejska jest ważnym graczem i może odegrać skuteczną rolę na Bliskim Wschodzie i przyczynić się do znalezienia rozwiązania opartego na legitymacji międzynarodowej, spełniającego aspiracje obu stron.
Niektórzy politycy i analitycy uważają, że Unia Europejska mogła przyczynić się do powstania niezależnego państwa palestyńskiego i miała wiele możliwości w ciągu ostatnich piętnastu lat, ale robiła wszystko, by chronić umów z Oslo..?
Oznacza to, że uznanie Państwa Palestyny przez Unię Europejską i kraje Unii jest ważnym krokiem na drodze do dwupaństwowego rozwiązania na granicach z 4 czerwca 1967 r., bo to jest istota decyzji międzynarodowych i umów bilateralnych. Akceptowanie przez UE uników Izraela i uchylania się przez niego od zobowiązań wobec procesu pokojowego jest absolutne ryzykowne i nie przyczyni się do osiągnięcia politycznego rozwiązania, a okupantowi daje możliwość narzucenia narracji i może zostać ona przyjęta jako fakt przez administrację USA. Fakty, które są fałszywe i sprzeczne z rezolucjami międzynarodowymi.
Palestyna, Izrael… Wyjście z tunelu
W świetle wielkich wyzwań stojących przed regionem, Palestyńczycy odbyli wiele rund rozmów. Prezydent Mahmoud Abbas wydał 15 stycznia 2021 roku dekret prezydencki określający terminy wyborów parlamentarnych i prezydenckich .
Wierzymy w konieczność zapewnienia przez społeczność międzynarodową warunków zapewniających powodzenie tego demokratycznego procesu, umożliwiając Palestyńczykom z Jerozolimy kandydowania i głosowania w wyborach, a także uznanie wyników tych wyborów przez społeczność międzynarodową.
W przeciwieństwie do palestyńskiego przypadku, wybory w Izraelu są jedną z metod uchylania się od zobowiązań wobec procesu pokojowego i tak się dzieje od 14. wyborów do Knesetu w maju 1996 r. .
23 marca 2021 r. o 120 mandatów w Knesecie rywalizować będą kandydaci z 39 list partyjnych. a żadna z tych konkurujących partii nie stawia pokoju na liście swoich priorytetów, wręcz przeciwnie, podejście do kwestii negocjacji jest tematem tabu.
Wybory w Palestynie i Izraelu są w tym szczególnym czasie konieczne, trudne i będą decydujące, stanowią wyjście z tunelu, jednak ważniejsze jest, aby Palestyna i Izrael były gotowe podjąć się trudu prawdziwego procesu pokojowego i zrobiły krok naprzód dla obu narodów. Żadna ze stron nie może zaprzeczać istnienia drugiej strony, a w interesie Izraelczyków jest poważne zaangażowanie się w zawarcie pokoju, zaprzestanie polityki unikania, fałszowania, szantażu i demonizowania drugiej strony.
Pokój – uchwycić moment
Powołanie się na międzynarodową legitymację było odpowiedzialną i odważną decyzją Palestyny, której celem było ratowanie sytuacji i oszczędzenie ludności regionu wielu lat wojny. Potwierdził to po raz kolejny prezydent Palestyny Mahmoud Abbas podczas 75. sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ, które odbyło się 25 września 2020 r., w wystąpieniu Abbas wezwał Sekretarza Generalnego, Międzynarodowy Kwartet i Radę Bezpieczeństwa do zorganizowania międzynarodowej konferencji na początku przyszłego roku, której celem jest zaangażowanie się w rzeczywisty proces pokojowy na podstawie prawa międzynarodowego, międzynarodowej legitymacji prowadzący do zakończenia okupacji i odzyskania przez Naród Palestyński wolności i niezależności w suwerennym państwie z Jerozolimą jako jego stolicą na granicach z 1967 r. i rozwiązania wszystkich problemów, w tym zgodnie z rezolucją 194 ONZ kwestię najważniejszą – sprawę uchodźców.
To jest prawo i sprawiedliwość, a odkładanie jej nie zapewni stabilności w regionie.

Przy wsparciu administracji Trumpa…

… tempo izraelskich ataków na ludność palestyńską w 2020 roku znacznie wzrosło.

Z jednej strony Palestyna, a z drugiej izraelska okupacja, która dokonuje najbardziej ohydnych zbrodni, a system międzynarodowy i jego decyzje są nieskuteczne. Jaka więc jest wartość tych decyzji bez wykonania? Z roku na rok wzrasta liczba izraelskich zbrodni, a zdolność ONZ do egzekwowania swoich postanowień maleje.
Po krótkiej analizie możemy stwierdzić, że jedynym podmiotem na świecie, który rażąco odmawia wykonania decyzji społeczności międzynarodowej jest „Izrael”. Jak długo ten podmiot pozostanie ponad prawem międzynarodowym?
Rok 2020 był pełen izraelskich naruszeń, które dotknęły palestyńskich obywateli i ich maiątku, instytucii, a także terytoriów, co stanowiło rażące naruszenie międzynarodowych statutów i decyzji iako całości. Zareiestrowano 43 poległych, 1650 rannych i 4600 porwanych.
Męczennicy: 25 z Zachodniego Brzegu , 6 z Jerozolimy i 12 ze Strefy Gazy, a wśród nich wszystkich było 9 dzieci i 3 kobiety.
Zatrzymanie ciał: Władze okupacyjne nadal przetrzymują ciała 69 męczenników rażąco naruszając międzynarodowe prawo humanitarne.
Ranni i porwani: Izraelskie władze okupacyjne zraniły około 1650 Palestyńczyków na wszystkich terytoriach palestyńskich oraz aresztowały 4634 obywateli palestyńskich, w tym około 543 nieletnich i 128 kobiet na Zachodnim Brzegu, w Jerozolimie i na granicach Strefy Gazy.
Jeńcy i uprowadzeni: 4 jeńców zginęło w okupacyjnych więzieniach w wyniku umyślnych zaniedbań medycznych. Władze okupacyjne stosują surową politykę karną wobec jeńców palestyńskich. Do końca ubiegłego roku ich liczba wynosiła około 4400 jeńców, w tym 170 dzieci i 40 kobiet.
Co wiecei, władze okupacyine nie stosowały sie do reżimu sanitarnego związanego z pandemią Covid-19.
Osadnictwo kolonialne: Rok 2020 był pełen projektów kolonialnych zapowiedzianych przez państwo okupacyjne, w tym budowy tysięcy jednostek osadniczych na Zachodnim Brzegu i okupowanej Jerozolimie. A wszystko to w świetle nieograniczonego wsparcia administracji Trumpa dla działań okupacji w terenie.
Liczba kolonialnych jednostek osadniczych, które zostały ostatecznie zatwierdzone przez władze okupacyjne na Zachodnim Brzegu i w Jerozolimie, w 2020 roku osiągnęła około 6500 jednostek budowlanych. Zdeponowano plany budowy 12 tys. jednostek kolonialnych.
Władze okupacyjne w Jerozolimie zatwierdziły plan budowy 9000 jednostek kolonialnych, a samorząd okupacyjny w Jerozolimie zatwierdził plan budowy 8300 jednostek kolonialnych.
W międzyczasie władze okupacyjne planują budowę 1257 osadniczych bloków budowlanych oraz 1000 jednostek osadniczych na obszarze tak zwanym El , czyli obszarze oddzielającym południową część Zachodniego Brzegu od jego centrum i północnej części. Obszar ten to ziemie Anata, Al-Tur, Al-Eizariya i Abu Dis. Budowę aż 3500 jednostek osadniczych zlecił na tym obszarze Benjamin Netanyahu.
Władze okupacyjne zatwierdziły także plan utworzenia nowej kolonialnej dzielnicy osadniczej, która obejmuje budowę 450 kolonialnych jednostek budowlanych w pobliżu zachodniego wejścia do miasta Sur Baher, na południe od Jerozolimy.
W ramach uchwalania ustaw i aktów prawnych izraelski Kneset we wstępnym czytaniu zatwierdził projekt ustawy o osiedlaniu placówek kolonialnych zbudowanych na ziemiach palestyńskich na Zachodnim Brzegu zgodnie z izraelskim prawem okupacyjnym.
Burzenie domów i obiektów: W tym samym czasie okupacyjne buldożery zburzyły 976 budowli i obiektów palestyńskich, w tym 353 domów oraz 622 obiektów rolniczych, zwierzęcych, handlowych i usługowych, co oznacza wzrost 0 30 proc. od listopada 2019 roku i według statystyki jest dotychczas najwyższą liczbą , ponieważ wyburzono aż 0 201 domów i obiektów więcej.
W Jerozolimie odnotowano 30 proc. wszystkich wyburzeń, z których 296 to domy i zakłady, z czego 180 z nich to domy i zakłady w sąsiedztwie okupowanej Jerozolimy. Proces wyburzeń rozprzestrzenił się dalej w miejscowościach Silwan, Jabel Mukaber, Sur Baher, Shuafat, Isawiya, Bajt Safafa, Umm Tuba, Al-Tur, Wadi Al-Jouz i Sheikh Jarrah, z tego 89 to operacje samozniszczenia, w ramach których ich właściciele wyburzali własnymi rękami swoje domy i obiekty, aby uniknąć płacenia wysokich grzywien. Stanowi to kolejny wzrost 0 46 proc. w ciągu 2019 roku. Wyburzenia koncentrowały się w Hebronie i Tubas oraz dolinie północnego Jordanu, Jerycho, Betlejem, Ramallah i Al-Bireh.
W minionym roku władze okupacyjne wydały 1012 rozkazów rozbiórki, wstrzymania budowy i ewakuacji, w tym domów, obiektów handlowych, rolniczych, zwierzęcych, usługowych, turystycznych i infrastrukturalnych. Stanowi to wzrost 0 45 proc. w stosunku do 2019 roku. 22 proc. wszystkich zgłoszeń odnotowano w Hebronie, 18 proc. w Jerozolimie, 14 proc. w Betlejem i 12 proc. w Ramallah i Al-Bireh. Khirbet Homs al-Fawqa została całkowicie wyburzona z powierzchni ziemi.
To oznacza iedno – rząd Izraela w dalszym ciągu prowadzi politykę czystek etnicznych Palestyńczyków.
Judaizacia Jerozolimy: Rok 2020 był trudny dla okupowanej Jerozolimy ze względu na wielkość i rodzaj zatwierdzonych projektów judaizacji w ramach projektu zmiany starożytnych zabytków islamu i chrześcijaństwa koncentrujących się na zmianie demograficzno-historycznego charakteru miasta oraz ingerowaniu w jego zabytki, w tym wieżę zamkową Bab al-Khalil, jeden z najważniejszych punktów orientacyjnych starego miasta okupowanej Jerozolimy.
Tak zwany izraelski „Urząd ds. Zabytków” przeznaczył 40 milionów szekli na przeprowadzenie masowej „przełomowej zmiany” w ramach szerszego planu fałszowania historii w Jerozolimie, realizowanego przez Fundację „Clore Israel” przy wsparciu władz okupacyjnych i rządu izraelskiego. Najważniejszy z tych szkodliwe projektów to budowa najwyższej wieży osadniczej składającej się z 30 pięter w rejonie French Hill na powierzchni 2500 metrów kwadratowych należących do ziemi palestyńskiej, która w 1967 roku została zajęta przez władze okupacyjne w mieście Issawiya, na północny wschód od miasta.
Zgodnie z planem władze okupacyjne zatwierdziły plan okupacyjny w rejonie Wadi al-Jouz w Jerozolimie i w związku z tym ponad 200 zakładów przemysłowych należących do Palestyńczyków zostanie zburzonych na rzecz budowy około 900 pokoi hotelowych.
W tym samym procesie judaizacji miasta Silwan, Sąd Okupacyjny w Jerozolimie wydał decyzję o ewakuacji budynku rodziny Dweik ze swojej posiadłości w dzielnicy Batn Al-Hawa w mieście Silwan, kolejną decyzję o ewakuacji budynku rodziny Nasser Al-Rajabi oraz o eksmisji trzypiętrowego budynku należącego do rodzin Shweiki i Al-Odeh w dzielnicy Batn. Roszcząc prawo do własności stowarzyszenia osadników „Ateret Cohenim”, upoważnił także rodziny Jawad Abu Nab i Salem Ghaith al-Maqdisiyyin do wykonania decyzji o eksmisji ich posiadłości na rzecz osadników w celu kontrolowania obszaru o powierzchni 5 dunam i (200 metrów kwadratowych).
Zbezczeszczenie przez osadników meczetu Al-Aksa przy wsparciu, ochronie i nadzorze armii izraelskiej: Izraelscy okupanci próbowali 27 624 razy szturmować miejsca kultu religijnego, którym towarzyszyły decyzje władz okupacyjnych o deportacji 315 obywateli palestyńskich z meczetu Al-Aksa i Starego Miasta pod pretekstem stawiania oporu!
Władze okupacyjne aresztowały także gubernatora Jerozolimy Adnana Ghaitha i ograniczyły jego ruch i komunikację w celu zapobieżenia oficjalnej działalności Palestyńczyków w Jerozolimie. Okupacyjne buldożery rozpoczęły burzenie murów historycznego cmentarza Jusufiya, aby wytyczyć ścieżkę tak zwanego „ogrodu biblijnego”.
Zaiecie i zrównanie ziem: W ubiegłym roku władze okupacyjne zajęły około 8 830 dunam ziem obywateli palestyńskich oraz 1 1 200 dunam na rzecz trzech rezerwatów przyrody w Dolinie Jordanu.
Pod pretekstem bezpieczeństwa wojsko okupacyjne wydało również nakaz konfiskaty i zajęcia 17 miejsc w sercu miasta Hebron, obejmujących około 3807 dunam. W rejonie góry Fureidis na wschód od Betlejem zajęto i otoczono drutem kolczastym 700 dunam ziemi obsadzonych drzewami oliwnymi. Izraelski okupant zarejestrował 525 dunam ziemi miasta Nahalin na rzecz Žydowskiego Funduszu Narodowego w celu budowy kolonialnej osady „Gush Etzion”, po tym, jak sądy okupacyjne przez długie lata odrzucały dokumenty przedstawiane przez Palestyńczyków. 327 dunam ziemi wioski Keysan na wschodzie od Betlejem zostało przejęte przez wojsko do celów militarnych.
W tym samym kontekście były minister izraelskiej armii okupacyjnej Naftali Bennett wydał decyzję o konfiskacie około 1100 dunam ziemi gubernatorstwa betlejemskiego położonych na obrzeżach osady „Efrat” w kompleksie osadniczym „Gush Etzion”, podczas gdy władze okupacyjne na rzecz izraelskiego Urzędu ds. Zabytków zajęły dwa starożytne zamki „Deir Samaan” i „Deir Qala” położone na północny zachód od miasta Kafr Ad-Dik i na wschód od Deir Ballut w gubernatorstwie Salfit, którego początki sięgają IV w. n.e. Ważność konfiskaty ziemi za murem na północ od Habla została również przedłużona ze względów zarówno bezpieczeństwa jak i wojskowych.
Władze okupacyjne nakazały zajęcie około 1400 dunam na Zachodnim Brzegu, w tym wiosek Burin, Madama i Asirah al-Qibliya na południe od Nablusu, a także miast al-Jaba, Shofa, Yasuf, Rafał i al-Ma’arajat, na północny-zachód od Jerycha. Pojazdy okupacyjne zrównały z ziemią ponad 1500 pól uprawnych na Zachodnim Brzegu i Jerozolimie wyrywając tysiące drzew oliwnych i migdałowych.
Napady gangów osadniczych pod ochroną armii okupacyjnej: W ciągu ostatniego roku gangi kolonialne przeprowadziły 1090 ataki na Palestyńczyków i ich mienie, co stanowi wzrost 0 9 proc. w stosunku do roku 2019, z czego 49 proc. miało miejsce w gubernatorstwach Nablus i Hebron. Ucierpiało 185 obywateli.
Ataki obejmowały: wyrywanie, niszczenie i spalenie w sumie 8925 drzew oliwnych i migdałowych, 21 potrąceń, 8 porwań, budowę 18 nowych placówek osadniczych, 26 strzelanin i 47 przypadków niszczenia ziem. Odnotowano również 445 przypadki kradzieży bydła oraz 350 spalonych, zniszczonych i uszkodzonych samochodów i pojazdów. Ataki skoncentrowały się na gubernatorstwach Nablus, Hebron, Ramallah, Al-Bireh, Jerozolima i Betlejem, Salfit, Tubas, Dolina Północnej Jordanii i Jenin.
Ataki na Strefę Gazy: Siły okupacyjne przeprowadziły 1954 ataki na Strefę Gazy. Ataki były zróżnicowane, ponieważ na wschodnim pasie granicznym przeprowadzono 331 nalotów, 1007 ataków strzeleckich, 107 bombardowań artyleryjskich, 78 wtargnięć na ziemię oraz 339 ataków na łodzie rybackie.

Dlaczego Izraelczycy znowu zabili irańskiego naukowca?

W Izraelu zamach pod Teheranem wygląda trochę na reklamę książki dziennikarza najpoczytniejszej tam gazety Jedijot Achronot Ronena Bergmana, która wyszła u nas pod tytułem Powstań i zabij pierwszy. Wszyscy o niej mówią, bo autor również po jej wydaniu (ostatni raz w zeszłym roku) zapowiadał zabicie przez Mosad irańskiego fizyka jądrowego Mohsena Fakhrizadeha, co się w końcu stało. Ale poza Izraelem mało kto patrzy na dokumentalną literaturę kryminalną. Liczy się pytanie, czy Izraelowi uda się pchnąć USA do napaści na Iran, zanim rozstrzygną się amerykańskie wybory.

Ronen Bergman dał się poznać w Polsce prawie trzy lata temu, gdy przetaczała się przez media sprawa słynnej ustawy o IPN (z której PiS musiał się wycofać) i związanych z nią słów premiera Morawieckiego o „żydowskich sprawcach Holokaustu”. Dla Bergmana ustawa oznaczała „konflikt Polska kontra cały naród żydowski”, twierdził też, że jego matka z Polski i wielu Żydów uważa, że „Polacy byli gorsi od nazistów” (choć on sam „tak nie sądzi”), co wywołało pamiętne poruszenie. Nie sposób go jednak porównać z tym, co dzieje się wokół jego „proroctw” w palącej teraz kwestii irańskiej.
Książka Bergmana jest poświęcona tzw. pozaprawnym egzekucjom, w których wyspecjalizowały się izraelskie tajne służby. Według autora, w ostatnich latach „zanotowano co najmniej 3 tys. ofiar, wśród których są osoby, które były celem, ale też niewinni, którzy znaleźli się w złym miejscu o złym czasie”, co ma sugerować, że same „cele” są winne. Olbrzymia większość takich egzekucji dotyczy Palestyńczyków podejrzewanych o udział w ruchu oporu lub lokalnych liderów społeczności palestyńskich, którzy mogą być potencjalnie niewygodni dla przebiegu zaboru, okupacji i kolonizacji. Są jednak też morderstwa dokonywane daleko za granicą Palestyny, jeśli „cel” sobie na to zasłużył w oczach izraelskiego rządu. „Operacja zabicia Fakhrizadeha musiała być przygotowywana przez miesiące lub nawet lata” – mówi dziś Bergman.
„Zapamiętajcie to nazwisko”
Izraelski premier Netanjahu lubi w czasie konferencji prasowych powtarzać nieśmiertelny styl fake newsów Colina Powella, który kiedyś przyniósł do ONZ fiolkę z „broniami masowego rażenia”, by wykazać konieczność napadu na Irak. Pokazuje więc zdjęcia, rysunki lub przedmioty, które mają zrobić wrażenie na widowni. Pod koniec kwietnia 2018 r. scenografia była szczególnie bogata: obok niego stały półki z błyszczącymi płytami i jakimiś segregatorami, które miały ilustrować irańskie zagrożenie. Premier opowiadał, że Mosadowi udało się wykraść z Iranu dokumenty, z których ma wynikać, że Iran może pracować nad budową bomby atomowej, co złamałoby regionalny monopol Izraela w tym względzie.
Na sam koniec premier objawił gwóźdź spektaklu, wskazując wyświetlone zdjęcie Fakhrizadeha z czasów odległej młodości: „Zapamiętajcie to nazwisko!” – zapowiedział tajemniczo po informacji, że ten człowiek jest „mózgiem” potencjalnej irańskiej bomby. Prawdę mówiąc Mosad nie bardzo musiał się wysilać, by je odkryć, gdyż od lat figuruje ono na niemal wszystkich dokumentach Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA) z siedzibą w Wiedniu, dotyczących układu atomowego zawartego w 2015 r. pod egidą ONZ, który uniemożliwiał Iranowi budowę broni jądrowych w zamian za zniesienie sankcji. Układ działa cały czas, mimo, że Trump na życzenie Netanjahu zeń wyszedł i nałożył sankcje, po owej konferencji. Inspektorzy MAEA mają nieograniczony dostęp do irańskich instalacji i twierdzą, że Iran żadnej broni atomowej nie ma i nie buduje.
Śmierć na drodze
60-letni Mohsen Fakhrizadeh zginął w zamachu, w którym musiało brać udział co najmniej kilku ludzi. Najpierw eksplozja zatrzymująca jego samochód, potem strzały. Był wybitnym naukowcem, wykładowcą na uniwersytecie imama Husajna w Teheranie, fizykiem jądrowym, z którego Irańczycy byli dumni, bo pracował w irańskich instalacjach, które miały produkować elektryczność i opracowywał środki obrony przeciw atakowi atomowemu na jego kraj (w randze generała). Władze irańskie bez układu z 2015 r. ogłosiły, że nie będą budować bomby ze względów religijnych i humanitarnych. Istnieje specjalny zakaz (fatwa) ajatollaha Chameneiego piętnujący takie zamiary. Mimo to, Izraelczycy od 2010 r. zabili co najmniej pięciu irańskich naukowców w ramach pozaprawnych egzekucji.
Ta liczba jest stosunkowo b. mała w porównaniu z Irakiem, gdzie po amerykańskiej inwazji z 2003 r. Izraelczycy wraz z Amerykanami zabili setki naukowców różnych specjalności. Cóż, Iran nie jest okupowany i trzeba tam jeździć turystycznie z paszportami Kanady, czy innych krajów, lub korzystać z osób miejscowych, by kogoś zabić. Większości morderstw dokonano w ciągu dwóch pierwszych lat operacji – potem było dużo trudniej, bo Irańczycy podjęli ostre środki ochrony kontrwywiadowczej swoich ludzi. Pogrzeb państwowy Fakhrizadeha miał oprawę porównywalną do zabitego w styczniu w amerykańskim zamachu terrorystycznym gen. Solejmaniego, który zdaniem Waszyngtonu i Tel-Awiwu zbyt dobrze zwalczał Al-Kaidę i Państwo Islamskie w Syrii i Iraku, stanowiąc zagrożenie dla interesów izraelskiego reżimu apartheidu.
Teraz albo nigdy
W tej chwili pada wiele tez i prób odpowiedzi na pytanie „dlaczego teraz”? Najbliższy prawdy zdaje się być izraelski Ha’aretz, według którego przypadek należy wykluczyć: „Czas zabójstwa, nawet jeśli był zdeterminowany względami czysto operacyjnymi, jest jasną wiadomością dla Bidena”, gdyby miał zostać prezydentem. Zamach miał wskazać opozycję Izraela dla ewentualnego powrotu Stanów Zjednoczonych do pokojowego układu atomowego z Iranem podpisanego w 2015 r. za prezydentury Obama-Biden. Biden rzeczywiście coś takiego sugerował, gdyż wolałby prowadzić kolejną wojnę gdzieś w Ameryce Południowej, w każdym razie nie z Iranem, jako państwem jednak zbyt silnym. Izraelczycy nie obawiają się, że bidenowcy zmienią cokolwiek, jeśli chodzi o dyplomatyczne prezenty trumpistów, jak przeniesienie ambasady do Jerozolimy, czy uznanie aneksji okupowanych ziem palestyńskich i syryjskich, ale widzą, że jeśli chodzi o Iran, nacisk jest niezbędny.
W dwa dni po amerykańskim głosowaniu Jerusalem Post donosił o słowach ministra ds. kolonii Hanebiego, że jeśli Biden wygra i zechce trzymać się z dala od Iranu, Izrael sam nań napadnie. W ciągu ostatnich 20 lat Izraelczycy wielokrotnie to zapowiadali w formie otwartych deklaracji lub „przecieków”, by trzymać Iran w stałym napięciu i sugerować Waszyngtonowi przejście do czynu, ale nawet trumpiści nie palili się do tego. Mike Pompeo, który pojechał do Izraela przed zamachem pod Teheranem, by zapewnić, że Trump wygrał wybory i będzie dalej rządził, zachwalał dotychczasową politykę sankcji i „maksymalnej presji” jako „nadzwyczajnie skutecznej”: „Dziś gospodarka irańska ma wielki problem z kryzysem monetarnym, rosnącym zadłużeniem i inflacją. Eksportuje ledwo jedną czwartą ropy w porównaniu z okresem sprzed sankcji”. Netanjahu nie był jednak zadowolony. W okresie niepewności wyborczej w Ameryce, stara perswazja „teraz albo nigdy” wydaje mu się najkorzystniejsza.
Wojna gestów?
W połowie listopada Trump zaczął mówić o bombardowaniu Iranu. I owszem, ze Stanów do imperialnej bazy lotniczej w Katarze, po drugiej stronie Zatoki Perskiej, wyleciały zespoły ciężkich bombowców strategicznych (tzn. zdolnych do bombardowań jądrowych) B-52H Stratofortress. Jednak póki co, armia raczej odradza mu ten ruch, a takie loty odbywają się dość regularnie, średnio co pół roku, by nie dać Iranowi zasnąć. Po zamachu na Fakhrizadeha pojawiły się spekulacje, że tym razem jakieś bomby jednak polecą, bo Trump chciałby zrobić na złość bidenowcom, mieć w końcu jakąś własną wojnę w życiorysie lub po prostu jeszcze raz zrobić dobrze izraelskiemu państwu kolonialnemu.
Warto jednak zwrócić uwagę, że USA nie zareagowały, gdy Iran zbombardował ich bazę wojskową w Iraku po zamachu na gen. Sulejmaniego. Ta dziwna cisza brzmi do dzisiaj. Poza tym: czy Trump naprawdę zechce nowej wojny w sytuacji, gdy jego popularność w Stanach bardzo wzrosła w ciągu tych czterech lat (dostał ok. 10 milionów głosów więcej niż w 2016 r.)? Miałby na ewentualny koniec iść w poprzek swych głośnych przekonań o „niepotrzebnych, nieskończonych wojnach”, które są podzielane przez jego wyborców? Trudno w sprawie irańskiej odróżnić jego polityczne gestykulacje od rzeczywistych zamiarów, ale prawdopodobieństwo rychłego napadu na Teheran jest dużo mniejsze, niż się przypuszcza, a Izrael, wbrew rytualnym zapowiedziom, niczego bez Stanów raczej nie zrobi.
Spisek saudyjski
Niedawne „tajne” spotkanie na terenie saudyjskim między Pompeo, Netanjahu i Mohamedem ben Salmanem karmi kolejne podejrzenia na temat wybuchu wojny. Oto wybuchłaby ona, gdy Iran zechce zbrojnie ukarać Izrael za zabójstwo naukowca. W końcu do ukarania sprawców wezwał sam ajatollah Chamenei. Irański parlament, wyraźnie wkurzony bez rozróżniania na „konserwatystów” i „reformistów”, wezwał z kolei do zerwania z MAEA, gdyż podejrzewa, że to jej inspektorzy, przynajmniej niektórzy, szpiegują irańskich naukowców. Były też apele o uderzenie w Hajfę, czy Dimonę (izraelski ośrodek atomowy), ale władze najwyższe najwyraźniej nie mają zamiaru rezygnować ze swej „strategii cierpliwości”. Gen. Kaani, który zastąpił Solejmaniego, uspokajał: „Wróg nie ma odwagi lojalnie stawić nam czoła. Koniec Izraela jest bliski. To są ostatnie działania złoczyńców i tyranicznych potęg.”
Ten język też jest rytualny. Ma znaczyć, że ewentualna odpowiedź Iranu nastąpi „w odpowiednim miejscu i czasie”, ale nie na tym polu, którego oczekują uczestnicy saudyjskiego spotkania. Ba, Iran wystąpił do wszystkich swych sojuszników z „osi ruchu oporu”, by nie dali się wciągnąć w najmniejszą prowokację. Libański Hezbollah i inne anty-dżihadystowskie ugrupowania zbrojne Bliskiego Wschodu zgłosiły jedynie gotowość: „Popieramy Iran przeciw nowemu sojuszowi reżimu syjonistycznego z niektórymi krajami regionu”. Izraelczycy zabili Fakhrizadeha, by osłabić Iran i otworzyć wojnie nowe możliwości, lecz „spisek saudyjski” to jeszcze nie wszystko. Jedyne, co wydaje się pewne w tej historii, to, że HBO zekranizuje książkę Bergmana, by publiczność mogła podziwiać spryt (i oczywiście wielkie serce) izraelskich skrytobójców.

Historyczna ściema

Od dobrych kilku dni ludzie słyszą o „historycznym dniu”! O układzie Emiratów z Izraelem informacje podały nawet bardzo lokalne portale, które na co dzień piszą o kotach, czy celebrytach, jakby chodziło o szczęście całej ludzkości. Niestety, nie o to chodzi.

„Historyczność” zaprzyjaźnienia się Zjednoczonych Emiratów Arabskich (ZEA) z Izraelem polega na tym, że Emiraty znad Zatoki Perskiej są pierwszym arabskim krajem na świecie, któremu nie trzeba za to płacić. Bo owszem, Egipt i później Jordania podpisały „zdradzieckie” układy z państwem żydowskim w Palestynie, ale za to Stany Zjednoczone od dziesięcioleci muszą im płacić coroczną daninę w miliardach. W innych krajach arabskich określano to jako zdradę Palestyńczyków, zdradę arabskiej solidarności i oporu wobec kolonializmu. Czasy się jednak zmieniają i doszło właśnie do „historycznej” sytuacji. Marszałek as-Sisi z Egiptu natychmiast zresztą pogratulował księciu Muhammadowi ben Zajedowi (rządzi w ZEA), „decyzji, która przyczyni się do pokoju na Bliskim Wschodzie”.
As-Sisi i ben Zajed dobrze się znają, od pięciu lat razem pomagają rodzinie Saudów zbrojnie katować Jemen, który w związku z globalną sytuacją sanitarną jakby utracił oenzetowskie miano najbardziej poszkodowanego kraju świata, rozpłynął się w innych nieszczęściach. Wszystko to naturalnie pod patronatem światowego imperium. Ekipa z Waszyngtonu jest oczywiście dumna, że doprowadziła do otwartego porozumienia emirackiej dyktatury z izraelskim reżimem apartheidu w perspektywie wojny z Iranem.
Jasne, dzień był historyczny również dlatego, że „historyczny kompromis” w postaci propozycji pokojowej z 2002 r. Abdallaha Sauda, króla Arabii, poszedł właśnie do kosza. Kraje arabskie, w tym ZEA, deklarowały w niej, mogą nawiązać oficjalne stosunki z Izraelem, jeśli wycofa się z okupowanych terytoriów w Palestynie, jeśli się znajdzie rozwiązanie kwestii uchodźców palestyńskich i miejsce na dwa państwa. Abdallah dostał za to od Wałęsy nagrodę pieniężną wysokości 100 tys. euro. Było to sponsorowane przez bank wożenie drewna do lasu, ale nieosiągalny „pokój na Bliskim Wschodzie” był wart tego teatru. Dziś można o nim spokojnie zapomnieć.
Historyczne były też poukładowe deklaracje! W krajach arabskich największe medialne wzięcie miała wypowiedź ben Zajeda: „układ przewiduje koniec kontynuacji aneksji terytoriów palestyńskich”. Zanim połapano się, że to dosłownie nic nie znaczy, telewizje ogłosiły, że Izraelczycy niniejszym rezygnują z aneksji zaplanowanej na 1 lipca, która jak dotąd nie wypaliła. „Przynoszę pokój, a aneksję zrealizujemy!” – ogłosił radośnie w Izrelu premier Netanjahu – „Nadeszła nowa era!” Chwalił się, ile to pieniędzy Emiraty zainwestują w Izraelu i jak będzie pięknie.
Światowe media postanowiły to wypośrodkować i donosiły np. że aneksja jest wstrzymana lub „odroczona”. Owszem jest „odroczona”, ale nie wskutek układu Izraela z Emiratami, tylko okoniego oporu jordańskiej monarchii, która, co do aneksji, ma pretensje do Ameryki: chce więcej pieniędzy, grożąc nawet zerwaniem układu. Problemem centralnym całej tej sprawy jest kwestia palestyńska i oto ZEA oficjalnie porzuca Palestyńczyków. To nie jest takie znowu historyczne, bo już sam Muhammad ben Salman, dzisiejszy przywódca Arabii Saudyjskiej, ten, który każe kroić na kawałki nieprzychylnych dziennikarzy, okazywał zniecierpliwienie aspiracjami Palestyńczyków.
Tyrania saudyjska i inne postkolonialne dyktatury Zatoki zbliżają się do Izraela od dawna, bo można z nim robić interesy, budować koalicję antyirańską i jeszcze zadowolić imperium, nie musząc jednocześnie liczyć się z opinią publiczną. W arabskich krajach Maghrebu starają się z tego względu dbać o pozory lub wręcz oficjalnie współgrać z ludową solidarnością wobec Palestyńczyków, więc wygląda to nieco inaczej. „Zdrada” ZEA, pierwszego kraju, któremu nie trzeba płacić, to solidny wyłom, a szykuje się do tego rodzina Saudów.
Czy dla Palestyńczyków to „dzień historyczny”? Ben Zajed coś jednak dla nich wywalczył: w ciągu roku o tysiąc z nich więcej będzie mogło wejść do swego świętego meczetu Al-Aksa i się pomodlić. Na to zgodził się Izrael. Aneksja zostanie przeprowadzona, gdy jordańskie królestwo zostanie jakoś rozmasowane. Jeśli więc chodzi o Palestyńczyków, to dla nich kolejny „nóż w plecy”, z serii, którą zdążyli już dobrze poznać, bo stanowi część ich historii. To po prostu jeszcze jeden smutny dzień ich bezsilności, nowy dowód skazania na polityczny niebyt. Ale to oczywiście nie koniec. Netanjahu i Trump, obaj w wewnętrznych kłopotach, cieszą się jak dzieci, że coś może przykryć ich problemy. Lecz to tylko chwilowe, co wskakuje jak reklama w telewizji. Tylko krótki oddech w długiej historii.

Bliski Wschód za daleki dla Polski

Kiedy w końcu lutego 1990 r. byłem bezpośrednim świadkiem jak goszcząca w Polsce ministerialna delegacja Iraku, na wiadomość o wznowieniu przez rząd Tadeusza Mazowieckiego polsko – izraelskich stosunków dyplomatycznych, raptownie przerwała swój pobyt w Warszawie, był to wymowny sygnał zmiany klimatu w politycznych kontaktach polsko – arabskich.

Kiedy natomiast wkrótce potem pojawiły się setki ogłoszeń firm i instytucji wyprzedających za grosze swe maszyny do pisania z arabską czcionką, był to czytelny sygnał ogromnego regresu polskiej aktywności w obszarze handlu z państwami arabskimi.
Polak Arab dwa bratanki
W czasach socjalizmu Polska utrzymywała dobre stosunki właściwie z cały światem arabskim. Można było bez przesady mówić o polsko – arabskiej przyjaźnie. Szczególnie bliskie więzy łączyły nas z lewicującymi rządami arabskimi, gdzie rządziła Partia Arabskiego Socjalistycznego Odrodzenia (BAAS). O jakości syryjskiego lub irackiego socjalizmu czy też istoty arabskich rewolucji, jak np. libijska nie warto się szerzej wypowiadać, lecz faktem jest, że zbliżenie niektórych reżimów bliskowschodnich do Polski i innych państw socjalistycznych wyrażało się w dostarczaniu sprzętu wojskowego i pewnej pomocy technicznej w niektórych gałęziach przemysłu w zamian za przejmowanie i rozpowszechnianie przez te rewolucyjne reżimy przekonań socjalistycznych i wdrażanie ich siłą. Ważnym czynnikiem zacieśniania kontaktów polsko-arabskich były realizowane na szeroką skalę polskie kontrakty na budowę dróg, cementowni czy cukrowni, a także przyznawanie polskich stypendiów setkom studentów z krajów arabskich i Organizacji Wyzwolenia Palestyny.
Wszystko to uległo radykalnej odmianie wraz z transformacją ustrojową Polski i jej reorientacją na Zachód oraz ociepleniem stosunków z Izraelem. Po latach zastoju w stosunkach polsko-arabskich, zainteresowanie Polski Bliskim Wschodem zaczęło rosnąć po wejściu do Unii Europejskiej i naszym udziale w wojnie w Iraku w 2003 r., gdy stosunki polsko-arabskie zaczęły zmieniać się w kierunku większego ich zacieśnienia.
Warszawska konferencja – palec w drzwiach do stosunków z Iranem i Palestyną.
Po wygranych w 2015 r. liderzy PiS zapowiedzieli „głębokie zmiany” w polityce zagranicznej (zwłaszcza przed wyborami) lub przynajmniej „zmiany w polityce zagranicznej”. Dotyczyły one nie tylko umocnienia wszelkich więzów z USA, ale i korekty polityki wschodniej. Pojęcie krajów Wschodu obejmuje szeroki obszar od Ukrainy i Rosji do państw Bliskiego i Dalekiego Wschodu. Mimo pisowskich ambicji odgrywania przez Polskę roli mocarstwa, na razie regionalnego, w ramach ,,Trójmorza”, w praktyce dyplomacja rządzącej ekipy pozwala się niemal bezwolnie wykorzystywać amerykańskiej administracji do prowadzenia jej własnej linii politycznej. Co więcej, PiS wręcz szuka możliwości przypodobania się Stanom, wynajdując wszelkie możliwe punkty styczności. Taka dygresja, podczas miłego spotkania po latach, mój kolega ze studiów, były ambasador RP w Brazylii, Paweł Kulka – Kulpiowski zwraca uwagę na następującą okoliczność; gdy w 2005 r. PiS obejmował władzę, zrezygnował z przyjętej przez rząd Marka Belki listy państw priorytetowych w stosunkach gospodarczych Polski z zagranicą, a na tej liście była m. in. Brazylia. Jednak gdy obecny pisowski rząd dostrzegł, że brazylijski rząd Jaira Bolsonaro – homofoba, wroga praw kobiet i środowiska LGBT, miłośnika wszelkich dyktatur i rządów Donalda Trampa, zwolennika przeniesienia ambasady USA do Jerozolimy, cieszy się sympatią i poparciem amerykańskiego prezydenta, wówczas Brazylia stała się nagle ważnym partnerem Polski. Zasada: przyjaciel naszego przyjaciela jest naszym przyjacielem, działa w pełni i ma spowodować przychylne spojrzenie zza oceanu na Polskę.
Podobnie świadectwem dążności obecnej ekipy do przypodobania się za wszelką cenę amerykańskiej administracji, stała się konferencja międzynarodowa nt. Bliskiego Wschodu z szczególnym uwzględnieniem sytuacji w Iranie, zwołana w lutym 2019 r. w Warszawie z inicjatywy USA. Rosja, podobnie jak Palestyna, Katar i Liban, odmówiła udziału w konferencji. Turcję reprezentował jedynie ambasador w Warszawie. Nikt nie zaprosił najbardziej zainteresowanego państwa, czyli Iranu, a Moskwa uważała, że ​​konferencja jest wyraźnie antyirańska i konfrontacyjna wobec Iranu. Iran, z którym od 400 lat mieliśmy bardzo dobre relacje (w XIX w. szach Persji miał nawet własną, polską gwardię), próbował naciskać na Polskę, aby nie organizowała szczytu na swojej ziemi. Strona polska zdecydowała się jedynie usunąć nazwę Iranu z tytułu szczytu. Minister Krzysztof Szczerski podkreślił, że dzięki tej konferencji Polska zyskała zupełnie nową rolę w polityce międzynarodowej, jest państwem zdolnym do działania w polityce międzynarodowej nie tylko w swoim najbliższym otoczeniu, ale także w skali globalnej.
Ten wyraźnie megalomański wybieg pisowskich polityków nie był pierwszym z tego rodzaju. Zaplanowany jeszcze za rządów PO szczyt NATO, który odbył się na warszawskim stadionie w lipcu 2016 r. miał być w pisowskiej propagandzie wydarzeniem historycznym, wynoszącym na wyżyny autorytet Polski i wyrazem doceniania naszego państwa rządzonego przez PiS.
Podobnie podnoszono rolę konferencji bliskowschodniej, choć ta wciągała Polskę w orbitę zupełnie niepotrzebnej nam antyirańskiej polityki, podczas kiedy i tak to Izrael, a nie Polska zdołał wykorzystać warszawską konferencję do wzmocnienia swojej pozycji i interesów. I to nie polski premier Mateusz Morawiecki, a premier Izraela Benjamin Netanjahu stał się głównym beneficjentem tej konferencji, zyskując atuty w toczącej się w Izraelu kampanii wyborczej, a Polska kolejny raz dała się wykorzystać amerykańskiej administracji, choć zdawała się być z tego niezmiernie dumna. Jednak próba rozwiązywanie w Warszawie problemów z Iranem i konfliktu palestyńsko – izraelskiego bez udziału wszystkich udziału zainteresowanych stron, w tym Rosji, nie wydaje się perspektywiczną ani optymalnie rozsądną.
Polska jako gospodarz tej konferencji straciła możliwość zachowania balansu i utrzymania równego dystansu wobec stron konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Stosunki z Izraelem są niewątpliwie dla Polski ważne w wielu wymiarach, jesteśmy partnerami i sojusznikami, choć w wojskowym wymiarze niewiele dla nas z tego sojuszu może wynikać. Nasz obrót handlowy z tym państwem to zaledwie 600-700 mln dol., podczas gdy z światem arabskim wyraża się w kwocie 3 mld. dol, w tym udział samych Zjednoczonych Emiratów Arabskich – sporo ponad 1 mld dol., a ich rynek jest ogromny i perspektywiczny, skłonny wchłonąć wszystko co zaoferujemy, paradoksalnie nawet piach. Palestyna w tym kontekście to mało liczący się arabski partner. Tym niemniej nie należy go lekceważyć. Polska uznała państwowość Palestyny w 1988 r., a kolejne nasze ekipy rządzące podtrzymują to stanowisko. Warto by kreatorzy polskiej polityki zagranicznej brali pod uwagę, a nie ignorowali fakt, że sprawy palestyńskiej państwowości i konfliktu z Izraelem, był i jest zawsze w centrum problemów Bliskiego Wschodu, a bez samych Palestyńczyków i rozwiązania problemu palestyńskiego nie może być mowy o stabilizacji i normalizacji sytuacji bliskowschodniej. O tym, że można i należy utrzymywać równowagę w stosunkach z Izraelem i Autonomią Palestyńską, pilnować równego dystansu do nich, najlepiej wie Francja, dostrzegająca równoległość terroryzmu uprawianego przez niektóre organizacje palestyńskie, jak i wieloaspektowego terroryzmu państwowego Izraela, którego emanacją są choćby najnowsze plany aneksji doliny Jordanu. Jesteśmy związani sojuszami i sojuszniczymi zobowiązaniami, to prawda, jednak Polska dotknięta podobnymi do palestyńskich doświadczeniami historycznymi, mogłaby wobec Palestyńczyków zajmować bardziej samodzielne i dobitniejsze stanowisko, choćby podobne do reprezentowanego przez Turcję, która będąc członkiem NATO, popiera jednak walkę i aspiracje Palestyńczyków do własnej państwowości.
Warto pamiętać, że byt Palestyny zależy nie tylko od wsparcia finansowego z zewnątrz, ale i od uwagi i koncentracji międzynarodowej. Jeśli wiele stron polityki międzynarodowej spycha tów i problem palestyński na margines żywotnych spraw w regionie, wcale nie musi oznaczać, że jest to obowiązujący wyznacznik postawy dla Polski.
O tym, że Polska nie utrzymała potrzebnej równwagi w stosunkach z Izraelem jak i Palestyną, świadczy wypowiedź sekretarz Komitetu Wykonawczego OWP ​​Saeb Erekata, że warszawska konferencja jest próbą uczynienia z izraelskiego łamania praw Palestyny ​​„naturalnej rzeczywistości”. Natomiast palestyński minister spraw zagranicznych Riyad al-Maliki powiedział: „Uważamy konferencję warszawską za spisek przeciwko kwestii palestyńskiej”. Polska jako państwo wielokrotnie pokrzywdzone przez silniejszych, nie przejawiła zrozumienia dla aspiracji Palestyńczyków, wspierając kontrowersyjną decyzję Waszyngtonu o przeniesieniu ambasady USA do okupowanej Jerozolimy.
Polscy konserwatyści arabskim rewolucjonistom i co dalej.
Szansa na ożywienie stosunków polsko – arabskich i zarazem na wzrost rangi Polski w tym regionie zaistniała wraz z antyreżimowymi rewolucjami w Tunisie w 2010 r. i rok później w Egipcie oraz Libii. Przed Polską otworzyła się perspektywa eksportu do krajów „Arabskiej Wiosny” swojego doświadczenia pokojowej i konstruktywnej transformacji ustrojowej, organizacji społeczeństwa obywatelskiego, stabilnej demokracji opartej na pluralizmie politycznym i rządach prawa oraz wolności mediów. Egipt i Tunezję odwiedzili polscy parlamentarzyści i urzędnicy rządowi, rozważano możliwość sprzedaży polskiego uzbrojenia dla rewolucyjnej Libii, a do Polski wyjechały arabskie delegacje ministerialne w celu przygotowania raportów na temat polskich doświadczeń i ich wykorzystania na arabskim gruncie.
Regionalne Centrum Studiów Strategicznych w Kairze zwróciło w okresie trwania arabskich rewolucji uwagę na pojawienie się nowej roli Polski i jej polityki zagranicznej na Bliskim Wschodzie, starającej się zaistnieć jako wpływowy aktor na scenie międzynarodowej. Badania te pokazały, że ​​zainteresowanie Polski Bliskim Wschodem wynika z postrzegania siebie jako dużego i aktywnego kraju na scenie europejskiej, a także z dążenia do tworzenia nowych partnerstw na arenie międzynarodowej, aby osiągnąć cele dywersyfikacji źródeł energii i przyciągania inwestycji. Faktycznie wydawało się, że przebudzenie świata arabskiego ma wielkie znaczenie nie tylko dla Europy, także dla Polski, a naszym strategicznym priorytetem powinno być stworzenie własnej polityki wobec krajów muzułmańskich.
Jednak sama istota niezwykle skomplikowanej i dynamicznej sytuacji w krajach arabskich czyniła polską misję trudną do sfinalizowania, choćby dlatego, że demokracje tam zaprowadzane po rewolucjach politologia zalicza do tzw. ,,ułomnych”, a niebezpieczeństwo zwycięstwa islamskich radykałów w wolnych wyborach, których przeprowadzenia miała uczyć Polska, stało się arabską rzeczywistością. Autorzy egipskich reform przegrali nie tylko z bractwem muzułmańskim i salafitami, ale i własnymi ułomnościami, pokusami i ciągotami ku autorytaryzmowi. Arabska Wiosna wyostrzyła również podziały miedzy sunnitami i szyitami oraz ukazała zagrożenia związane z zastępowaniem arabskiego nacjonalizmu ideologią politycznego islamu, a nawet szowinizmu wyznaniowego, a to przyniosło bezpośrednie zagrożenia dla mniejszości religijnych i etnicznych, w tym chrześcijan. Po arabskich rewolucjach nastąpiło osłabienie armii i policji, co łączyło się z odrodzeniem tradycyjnych i charakterystycznych dla świata arabskiego struktur plemiennych i klanowych, widocznych szczególnie wyraźnie na przykładzie Libii. Osłabienie struktur państwowych i rozchwianie społeczne pogłębiły istniejący kryzys gospodarczy. Radykalizacja nastrojów i ekstremizm zaczęły mocno zagrażać politycznej stabilności regionu, a perspektywa jej przywrócenia wydaje się odległa. Trwające tam konflikty wewnętrzne trudno zażegnać. Pozostają one ogromnym problemem dla społeczności międzynarodowej, a ich rozwiązywanie nie jest z pewnością zadaniem dla polskiej dyplomacji. Światu arabskiemu niezbędna jest demokratyzacja idąca w parze z modernizacją, a tego sama Polska nie jest w stanie sprostać, chyba że działając w sposób skoordynowany w ramach akcji całej UE.
Świat arabski, wbrew lansowanej przez wiele dekad ideologii ,,jedności arabskiej”, jest silnie podzielony i targany sprzecznymi interesami politycznymi gospodarczymi. Nie sposób w tej sytuacji wyznaczać generalnych perspektyw stosunków polsko – arabskich. O ile takie państwa jak Irak czy Libia czy Syria pogrążone są w stanie anarchii i trudno mówić o szerszej współpracy z nimi, to już z królestwem Arabii Saudyjskiej stosunki rozwijają się niezwykle dynamicznie i wielopłaszczyznowo, a państwo to postrzegana jest jako przyjaciel i sojusznik w regionie. Zresztą współpracę z państwami regionu Zatoki Perskiej, władze RP zaliczają do priorytetów polskiej polityki zagranicznej poza obszarem euroatlantyckim. Polska jest przecież jednym z największych partnerów handlowych Zjednoczonych Emiratów Arabskich.
Istnieje wieloletnia bilateralna współpraca Polski z państwami bliskowschodnimi w dziedzinie nauki i szkolnictwa wyższego, wymiany studentów i doktorantów. Wartą podkreślenia jest działalność Polsko – Arabskiej Izby Gospodarczej, której celem jest ułatwianie stosunków handlowych między polskimi podmiotami a ich arabskimi partnerami. Na Bliskim Wschodzie działają organizacje: Caritas Polska, Polska Misja Medyczna, Polska Akcja Humanitarna. Polskie organizacje pozarządowe realizowały projekty, których głównym celem była pomoc doradcza oraz działania na rzecz demokratyzacji i przestrzegania praw człowieka, realizują projekty szkoleń dla działaczy społecznych z państw arabskich.
Mimo polskich starań, stan odnoszonych, gospodarczych korzyści z rozwijania kontaktów z światem arabskim jest wciąż zbyt nikły. Przeszkodą jest wciąż niestabilna sytuacja wewnętrzna potencjalnych partnerów lub ich nieuregulowana sytuacja na arenie międzynarodowej. Ze strony polskiej natomiast zauważa się niechętną postawę niektórych polskich podmiotów gospodarczych oraz oświatowych, obawiających się ryzyka nowych przedsięwzięć i nawiązywania współpracy z państwami regionu. Kształtowaniu opinii o Polsce w świecie arabskim z pewnością nie sprzyja głośna już w świecie polska nietolerancja i ksenofobia, a także obsesyjna odmowa władz przyjmowania uchodźców wojennych, nawet sierot i nieislamskich Jazydów, z syryjskiego i irackiego teatru wojny domowej. Okazując gotowość wspierania arabskich rewolucji, polskie władze zapomniały, że implikacją ,,Arabskiej Wiosny” były krwawo tłumione w marcu 2011 r. wystąpienia syryjskiej ludności przeciw reżimowi Baszara Asada, które już latem tego roku przerodziły się w wieloletnią wojnę domową. Ta zaś generuje całą rzeszę uchodźców wojennych, od których konserwatywny, nacjonalistyczny rząd PiS chciałby się odgrodzić murem, traktując ich jako zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa oraz jak ,,zarazki, pasożyty i pierwotniaki”. Tymczasem założenia polskiej polityki zagraniczne definiują jako bliskie naszym interesom państwa Dalekiego Wschodu, jednocześnie nie wymieniając regionu Bliskiego Wschodu jako kluczowego dla interesów Polski. A świat arabski widzi to i wyciąga wnioski.

Pożar w Iranie to sprawka służb Izraela?

2 lipca w obiekcie w obiekcie w Natanz, wybuchł poważny pożar, który był następstwem eksplozji. Natanz, miasto na północy Iranu, w prowincji Isfahan, jest centrum irańskiego programu wzbogacania uranu. Przyczyny wybuchu i późniejszego pożaru nie są naturalne, twierdzą amerykańskie media.

Jak informuje The New York Times, jego źródła twierdzą, że za katastrofa stoją izraelskie służby specjalne, który poprzez atak dywersyjny spowodowały znaczne szkody, choć ofiar w ludziach nie było. Amerykańska gazeta twierdzi, że wybuch był rezultatem podłożenia bomby, podczas gdy kuwejcka gazeta Al-Jarida upiera się, że był to rezultatem wprowadzenia do systemu komputerowego w obiekcie w Natanz wirusa komputerowego o nazwie Syxnet, który poprzez przyspieszanie obrotów wielkich centryfug spowodował wspomniany wybuch.
Fakt pozostaje faktem, że irański program wzbogacania uranu doznał poważnego uszczerbku i został zahamowany na kilka miesięcy, co potwierdził przedstawiciel Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej w Iranie Behrouz Kamalvandi.
Źródłem, na które powołuje się amerykańska gazeta, to przedstawiciel wywiadu jednego z krajów Bliskiego Wschodu, a źródło z Korpusu Strażników Rewolucji potwierdziło dziennikarzom z NYT, że taka wersja jest rozpatrywana w śledztwie jako podstawowa.
I choć gazeta przyznaje, że do końca nie jest w stanie potwierdzić swoich tez, to przypomina, że Izrael wielokrotnie atakował irańskie obiekty pracujące nad wzbogaceniem uranu, zarówno poprzez ataki hakerskie, jak i wojskowe, np. w 2018 roku wykradziono pół tony dokumentów związanych z procedurą wzbogacenia uranu w Iranie.