Nie chce siedzieć

Kruchy rozejm po izraelskich atakach na Gazę nie trwał długo: izraelskie lotnictwo znów bombarduje Strefę, Jest już co najmniej kilkadziesiąt ofiar, w tym całe rodziny po stronie palestyńskiej i jedna osoba lekko ranna po izraelskiej, gdy ruch oporu ripostował wystrzeliwując swe niecelne „rakiety”. Premier Benjamin Netanjahu liczy, że napad na Gazę pozwoli mu zostać u władzy i uniknąć więzienia za przekupstwo i oszustwa.

Tym razem Izraelczycy postanowili celować również w Hamas, który rządzi w Gazie, gdyż w Izraelu rozległa się krytyka rywali Netanjahu, że bombardowania skupiają się na siłach PDI (Palestyńskiego Dżihadu Islamskiego), zamiast iść po całości. Przed samym rozejmem Izraelczycy zrównali z ziemią dom Rasmiego Abu Malhusa, razem z nim, dwiema kobietami i pięciorgiem dzieci. Twierdzili, że to dowódca PDI, co zdementowali Palestyńczycy. W końcu wojsko przyznało, że są „nieoczekiwane” ofiary śmiertelne wśród cywilów.
Napad na Gazę to sprytny ruch polityczny premiera Izraela, któremu nie udało się po wrześniowych wyborach sformować rządzącej koalicji. Miał to być sposób na zachowanie immunitetu i uniknięcie aresztowania jako oskarżonego w kilku sprawach. Jego ostatnia nadzieja to rząd „jedności narodowej”, w którym rządziłby na zmianę ze swoim politycznym konkurentem gen. Bennym Gantzem, który na zlecenie prezydenta próbuje teraz zmontować swoją, niezależną od Netanjahu koalicję rządzącą. Potrzeba do tego choćby częściowego udziału posłów palestyńskich Izraela, do czego Netanjahu nie ma zamiaru dopuścić: wojna usztywni postawy i Gantzowi nie powinno się udać. Wtedy Netanjahu uniknie więzienia, będzie „musiał” rządzić dalej.
W zamkniętej Strefie Gazy ponad połowa populacji nie ma pracy, 90 proc. sklepów zamknięto, bo jest blokada, a 96 proc. wody pitnej nie nadaje się do picia, z powodu zniszczonej kanalizacji – nawet bez bombardowań Strefa jest na krawędzi zapaści. Po ostatnim dużym napadzie na Strefę w 2014 r. (2250 zabitych cywilów, w tym ok. 500 dzieci) władze izraelskie obiecały ulgi w blokadzie, ale nigdy do nich nie doszło. W tym roku, od stycznia do września izraelskie wojsko 54 razy wtargnęło do Strefy, razem z nalotami.

Izrael wyrzuca szefa Human Rights Watch

Izraelski Sąd Najwyższy zatwierdził decyzję ministerstwa spraw wewnętrznych o deportacji Omara Shakira, Amerykanina i dyrektora Human Rights Watch (HRW) na Izrael i terytoria palestyńskie.

Szef organizacji obrony praw ludzkich był podejrzany o popieranie kampanii solidarności z Palestyną (BDS).
Shakir będzie miał trzy tygodnie na wyjazd, a jeśli nie wyjedzie, zostanie deportowany siłą. Izrael jest czwartym krajem świata, po Korei Północnej, Iranie i Egipcie, który nie chce HRW na swoim terenie, jak i na ziemiach, które Izrael siłą okupuje.
Władze izraelskie wyrzucają Omara Shakira na podstawie ustawy sprzed dwóch lat zezwalającej na deportacje cudzoziemców podejrzanych o popieranie BDS. „Cieszę się bardzo, że Sąd Najwyższy zatwierdził moją decyzję o nie przedłużeniu wizy Omara Shakira” – mówił po ogłoszeniu wyroku Arie Dery, szef ortodoksyjnej partii religijnej Sefaradów Wiernych Torze i minister spraw wewnętrznych. „Każdy, kto działa przeciw Izraelowi, musi wiedzieć, że nie pozwolimy mu tu przebywać ani pracować.” – podkreślił minister.
HRW odrzuca izraelskie zarzuty. Utrzymuje, że izraelska decyzja jest motywowana wyłącznie zamknięciem ust międzynarodowej organizacji obrony praw człowieka. Według izraelskiego reżimu apartheidu, kampania BDS jest antysemicka, czemu BDS zaprzecza.

Niepotrzebne wybory

Dwa publiczne pytania pojawiły się w dniu ogłoszenia ostatecznych wyników przedterminowych wyborów parlamentarnych: czy Netanjahu utrzyma głowę ponad wodą i czy należy deportować dawnych służących z dziećmi urodzonymi w Izraelu? Oba nie są nowe w kraju, gdzie religijne wtręty pojawiły się podręcznikach szkolnych – modlitwy o deszcz zaleca się jako poważny sposób wpływu na pogodę. Mimo wyników, na razie nikt nie ryzykuje prognozy politycznej – wrześniowe wybory dały właściwie to samo, co kwietniowe, po których Netanjahu nie był w stanie zbudować rządzącej koalicji. Ale odpowiedź na oba pytania brzmi „tak”.

Premier Izraela ma ten przywilej, że nie oficjalne oskarżenie, lecz dopiero skazanie, po wyczerpaniu wszystkich odwołań, może go zmusić do dymisji. To dałoby Benjaminowi Netanjahu parę lat spokoju, gdyby pozostał premierem. W którejś szufladzie czekają na niego kajdanki, w związku z licznymi aferami finansowo-politycznymi, o które obwinia go policja. Netanjahu jest więc bardzo zdeterminowany, by dalej rządzić.
O niego też wszystko się rozbija. Mecz między prawicami gen. Benny’ego Gantza (Niebieskobiali, od kolorów flagi państwowej) i Benjamina Netanjahu z Likudu – 33:32 w liczbie posłów – zakończył się właściwie remisem. Partie były konkurencyjne, ale są bliźniacze, nacjonalistyczne, więc naturalnie obie zaproponowały sobie utworzenie wspólnej koalicji, prosił o to też prezydent Rivlin. Takie proste wyjście zapewniłoby stabilny rząd. Ale Niebieskobiali chcą Likud bez Netanjahu, co stworzyło nieprzekraczalny problem.
Obie partie mogą stworzyć oddzielne koalicje, ale wtedy żadna nie zdobędzie 61 posłów, czyli większości w 120-miejscowym Knesecie. Netanjahu zbiera góra 55 posłów, a gen. Gantz 57, a i to tylko wtedy, gdy do jego ewentualnej koalicji dołączyć Palestyńczyków ze Zjednoczonej Listy Arabskiej (13 miejsc), czego nikt nie chce. Wśród wybranych z palestyńskiej listy są żydowscy komuniści i antysyjoniści.
Dwie koalicje
Obóz Demokratyczny to koalicja gen. Baraka, lewicowego Merecu i Zielonych. flash90
Póki co, możliwa koalicja Netanjahu składałaby się oprócz Likudu z posłów Yaminy („Na prawo”), która grupowała ekstremistyczne partie nacjonalistyczno-religijne, z takimi figurami jak Ayelet Shaked, która perfumowała się „faszyzmem”, czy Naftali Bennettem, który strofował Polskę za jej pamiętne pomysły ustawowe. Oboje to skrajna prawica, rasistowska i fanatycznie nacjonalistyczna. Do tego premier ma jeszcze do dyspozycji dwie religijne partie haredim: sefardyjskich i aszkenazyjskich ortodoksów (9 i 7 miejsc). To wszystko.
Generał Gantz był przez Netanjahu nazywany „nędznym lewakiem”, gdyż tolerowałby w koalicji malutką lewicę i izraelskich Palestyńczyków. Jego Niebieskobiali przytulili na razie resztkę Partii Pracy, dawnej lewicy syjonistycznej, która długo rządziła, a potem poszła na prawo, bliżej Netanjahu. Poza tym, z Gantzem pozostaje Obóz Demokratyczny, podobny do naszej koalicji wokół SLD: pod nijaką nazwą wymyśloną przez gen. Ehuda Baraka kryje się pięcioosobowa, parlamentarna ekipa żydowskiej lewicy, z Zandberg i Horowicem z dość radykalnego Merecu – są syjonistami, ale przeciw okupacji ziem palestyńskich. Za nimi są już tylko Palestyńczycy, z reguły antysyjoniści, którzy mogliby częściowo poprzeć generała, by obalić Netanjahu.
Laicki Izrael?
Awigdor Liberman, by szef resortu obrony w rządzie Netanjahu, przewodniczący partii, która uczyniłaby premierem gen. Gantza lub Netanjahu, gdyby zechciała wejść do którejś z tych koalicji, też wzywa do naturalnego połączenia Niebieskobiałych i Likudu, ale sam do nikogo dołączać nie chce. Nie może tolerować haredim i „mesjanistów”, jak nazywa ludzi wyborczej Yaminy, nienawidzi Netanjahu i nie wyobraża sobie, by w rządzącej koalicji byli jacyś goje, co go jednak do Netanjahu bardzo zbliża. Jest przekonanym antyklerykałem, zwolennikiem laicyzmu, którego upowszechnienie pozwoliłoby lepiej zgnieść opór Palestyńczyków. Jego zdaniem ortodoksi powinni służyć w wojsku, jak wszyscy. I „nigdy w życiu” nie zasiądzie w jednej ławie z Arabami, gdyż reżim apartheidu wydaje mu się naturalny.
Izraelscy zwolennicy laicyzmu nie są specjalnie mniej gorliwymi nacjonalistami niż mocno wierzący. Te niczego nie rozstrzygające wybory, w kilka miesięcy po poprzednich, zwracają jednak uwagę na coraz bardziej widoczne społeczne pęknięcie między świeckimi a praktykującymi. Minister edukacji wzywa do leczenia homoseksualistów metodą, którą sam przeszedł, a pobożny
Minister zdrowia nie podaje ręki zagranicznym ministrom, jeśli są płci żeńskiej. Liberman ich nie znosi, ale był z nimi w rządzie Netanjahu. Premier zawsze wita szefa Zjednoczonego Judaizmu Tory, tj. partii ortodoksyjnych aszkenazów (Żydów z naszych stron) rabina Jakowa Litzmana z największą rewerencją. To on został ministrem zdrowia.
Ofensywa pobożnych
Minister edukacji, rabin Rafi Peretz to z kolei szef Żydowskiego Domu, partii religijnej skrajnej prawicy, kolebki ultranacjonalistów Shaked i Bennetta, którzy założyli bardziej radykalną Nową Prawicę. To zresztą Bennett rozpoczął tę tendencję, był poprzednim ministrem edukacji. Peretz nie owija w bawełnę: „Każdy, kto studiował Biblię nie może mieć żadnych pytań na temat naszego prawa do Ziemi Izraela”. Albo: „Dawniej zamiast uniwersytetów były szkoły prorokowania. Dziś zrobiliśmy wielki krok naprzód w kierunku przywrócenia proroctw Erec Israel” – gratulował sobie, bo znowu zwiększył nauczanie religii w szkołach publicznych. Teraz jest jej trzy i pół razy więcej niż w średnio w Europie.
Za Netanjahu edukacja religijna jest dużo lepiej finansowana, niż świecka. No i te nastroje. W sierpniu stolica Tel-Awiw dostarczyła do swoich szkół książkę, gdzie matka z córką rozmawiają pedagogicznie o demokracji, gender, wyborach, decyzjach do podjęcia i przyszłych wyborach osobistych. Wtedy odezwała się Szoszana Nagar, inspektorka generalna szkolnictwa, i kazała szkołom natychmiast odesłać wszystkie te podręczniki, gdyż „są obrazą dla wizji świata religijnego syjonizmu, który pragnie pozostać w zgodzie z Torą, i dla ducha wychowania szkolnego.” Nie poszło o jakąś tęczę, lecz „skandaliczną” i „fałszywą” informację, że w szabat decyzja o podróżowaniu należy do obywatela, nie do państwa. Szoszana Nagar dostanie awans niezależnie od koalicji, bo siła religii rośnie.
Wyrzucić ich!
Minister edukacji ostrzega np., że Żydom grozi „nowa Zagłada”, gdyż w Stanach coraz częściej mieszają się z gojami. Przyszły holokaust jest zawsze obecny w kampaniach wyborczych i w wyobraźni polityków miewa najróżniejsze przyczyny. Kwestia zabronionego „mieszania krwi” w samym Izraelu pozostaje jednak ciągła: na czele ministerstwa spraw wewnętrznych stoi Arje Deri, szef Szasu, tj. partii sefardyjskich haredim, który tego nie odpuszcza. W czasie kampanii, przez całe lato kazał urządzać łapanki na Filipinki, z reguły służące i opiekunki starszych osób, które pozostały w Izraelu po wygaśnięciu wizy. Ich największą winą jest złamanie zakazu uprawiania seksu przez gojów pracujących w państwie żydowskim. Jeśli więc mają dzieci, podlegają automatycznej deportacji. Cała społeczność filipińska żyje w strachu.
Dla Szasu i innych religijnych nacjonalistów policyjna kampania deportacyjna to pewny argument wyborczy. Hałas robią jednak niektóre stowarzyszenia, jak United Children of Israel (UCI), które sprzeciwiają się deportacji dzieci, nie znających kraju pochodzenia swych rodziców i mówiących tylko po hebrajsku. „Naszym dzieciom lepiej w Izraelu. Nie mają krwi żydowskiej, ale są Izraelczykami” – przekonywała przewodnicząca UCI, Filipinka Beth Franco. Izraelczycy widzą to jednak inaczej.
Minister spraw wewnętrznych Arje Deri, 2018. twitter
Nagle do domów Filipinek zaczęła wyborczo wdzierać się policja, by przewozić je z dziećmi do aresztu na lotnisku w Tel-Awiwie i wysłać „do domu”, choćby pozostawały na miejscu od wielu lat. Uznano niebezpieczeństwo, że będą psuć żydowską krew, za determinujące. Zakaz zakochiwania się dla pracujących nie-żydów funkcjonuje za słabo, co grozi zabrudzeniem krwi, czyli w efekcie Holokaustem – rozumują nacjonaliści. Teraz rodziny „nielegalnych” służących ukrywają się, wychodzą tylko nocą. Niektórych ukrywają Izraelczycy, ale codzienne życie w strachu przed łapanką stało się dla nich koszmarem. Na dodatek wygląda na to, że Netanjahu będzie dalej rządził. Kurs religijny się nie zmieni.
Natanjahu do oporu
Wczoraj wieczorem prezydent podjął decyzję: misję sformowania koalicji i rządu powierzył Netanjahu, wszystko wraca więc do martwego punktu z kwietnia. Gen. Gantz ciągle odmawia rządzenia razem z nim, mimo zaproszenia. Netanjahu, który był premierem już w ubiegłym wieku, musi dosztukować do swej niepełnej koalicji część posłów Gantza lub przeciągnąć na swoją stronę Partię Pracy z centrystami, która w zasadzie nie ma nic przeciw, ale oczekuje propozycji. Może Liberman się jednak skusi. Osiągnięcie magicznej liczby 61 pozwoli premierowi uniknąć Arabów w koalicji rządzącej i więzienia.
W kwietniu nie udało mu się z koalicją, mimo takiej samej prezydenckiej nominacji, lecz myśl o trzecich wyborach parlamentarnych w tym roku jest przyjmowana raczej z niechęcią. Tym razem musi mu się udać. Prezydent sugerował rotację na stanowisku premiera, niech Gantz i Netanjahu się zmieniają, ale jeśli Gantz się uprze, a Netanjahu nie zdąży skleić koalicji, może wyznaczyć na premiera Gantza. I dopiero kiedy generałowi się nie uda, dojdzie do kolejnych wyborów. Nominacja dla Netanjahu przypadła na tydzień przed spodziewanym oficjalnym oskarżeniem go przez prokuratora generalnego. Trzyma więc głowę ponad wodą i może nawet z niej się otrząsnąć, by długo jeszcze rządzić Izraelem.

Remis wyborczy

Przedterminowe wybory parlamentarne w Izraelu nie przyniosły rozstrzygnięcia, o którym marzył premier Benjamin Netanjahu. Jego od lat rządząca formacja – skrajnie prawicowy Likud – będzie miała tyle samo miejsc w parlamencie, co konkurencyjna, równie nacjonalistyczna partia Niebieskobiałych gen. Benny’ego Gantza. Żadna z tych partii nie będzie w stanie stworzyć rządzącej koalicji bez ugrupowania innego skrajnego nacjonalisty Awigdora Libermana, który wzywa do sformowania rządu jedności narodowej, tyle, że bez swego osobistego wroga – Netanjahu.

Przypomnijmy: w kwietniu odbyły się już wybory, lecz Netanjahu rozwiązał Kneset (parlament) i zarządził nowe głosowanie, gdyż nie był w stanie sformować większościowej koalicji, która uchroniłaby go przed więzieniem – ciążą na nim oskarżenia o korupcję i malwersacje finansowe. Wczorajsze wybory przyniosły jednak bardzo podobne wyniki do kwietniowych: oba czołowe ugrupowania – Likud i Niebieskobiali (otrzymały po 32 posłów) nie mają przed sobą możliwości sformowania rządzących koalicji, które dawałyby większość 61 miejsc w 120-osobowym Knesecie. W tej sytuacji Niebieskobiali zaproponowali koalicję ze swym przeciwnikiem Likudem, jeśli Netanjahu zechce odejść z polityki.
Do tego samego wzywa szef partii Nasz Dom Izrael Awigdor Liberman, lecz na razie Likud wyklucza tę opcję, co oznacza kolejny pat polityczny. Do ostatniego momentu przed głosowaniem Netanjahu i Likud próbowali przepchnąć przez parlament ustawę, według której w lokalach wyborczych izraelskich Palestyńczyków należałoby zainstalować kamery, co miało ich odstraszyć od głosowania. Nie zdążyli jednak uchwalić tego prawa. W efekcie Palestyńczycy będą mieli 12 posłów, o dwóch więcej niż poprzednio. To nie poprawi ich sytuacji, lecz komplikuje wyłonienie rządu.
Oczywiście zarówno Likud, jak i Liberman wykluczają przyjęcie Palestyńczyków do jakiejkolwiek koalicji rządzącej, bardzo niechętnie patrzą na to też Niebieskobiali, wszystko zależy więc od Libermana, który może przyłączyć się do jednych lub drugich. Otwiera się więc okres handlu politycznego o bardzo niepewnym rezultacie. Likud wspomina już o możliwości trzeciego głosowania, jeszcze w tym roku. Między czołowymi partiami nie ma większych różnic – wszystkie są ostro nacjonalistyczne, więc połączenie ich w „rząd jedności narodowej” pozostaje jednak możliwe.

Poparcie dla Netanjahu

Dwa dni przed wyborami parlamentarnymi w Izraelu amerykański prezydent Donald Trump premiera Benjamina Netanjahu i ujawnił dyskusje na temat traktatu obronnego między USA a państwem żydowskim. „To scementuje wyjątkowy sojusz między naszymi krajami” – pisał na Twitterze. W zamian oczekuje poparcia wpływowej, amerykańskiej społeczności żydowskiej przed przyszłorocznymi wyborami w Ameryce.

„Państwo żydowskie nigdy nie miało tak wielkiego przyjaciela w Białym Domu” – odpowiedział Netanjahu. Projekt nazwał „historycznym traktatem obronnym”, lecz izraelska prasa nazywa go jedynie „formalnym”, gdyż oba kraje są już ściśle wojskowo powiązane – dzielą tajne informacje, prowadzą wspólne ćwiczenia i współpracę. USA od dziesięcioleci finansują co roku izraelskie wojsko i wyposażają je w najlepszą broń. Ewentualny traktat zmusiłby jednak imperium amerykańskie do automatycznej interwencji w przypadku ataku na izraelski reżim apartheidu.
Izraelskie media są raczej sceptyczne, gdyż według nich ów formalny traktat nie powstanie zbyt szybko i jest raczej wspólnym posunięciem wyborczym Donalda Trumpa i izraelskiego premiera. Wyborczy konkurent Benjamina Netanjahu gen. Benny Ganz nie ma tak rozległych relacji z amerykańskimi organizacjami żydowskimi jak Netanjahu, więc Trump stawia na tego drugiego w perspektywie przyszłorocznych wyborów w Stanach. Zależy mu na jak najmocniejszym poparciu społeczności żydowskiej i jej wpływów politycznych, szczególnie w mediach, na razie pozostających częściowo wrogich. Trump stawia też w ten sposób na wielomilionową społeczność chrześcijańskich syjonistów, którzy wierzą, że należy pomagać Izraelowi, gdyż to przyśpieszy drugie nadejście Jezusa i koniec obecnego świata.
Wtorkowe wybory w Izraelu są przedterminowe: poprzednie miały miejsce w kwietniu, jednak Netanjahu nie udało się stworzyć koalicji rządzącej z powodu oporu swego byłego ministra obrony Awigdora Liebermana, szefa partii Nasz Dom Izrael, złożonej w znacznej części z rosyjskojęzycznych Żydów. Lieberman dalej nienawidzi Netanjahu, którego uważa za „mięczaka”, a sondaże wskazują na powtórzenie się sytuacji z kwietnia. Znaczy to, że Lieberman może zdecydować, kto będzie rządził, w zależności od tego, czy zechce przyłączyć się do Likudu Netanjahu lub Niebiesko-białych gen. Ganza (oba ugrupowania są skrajnie nacjonalistyczne). Na razie straszy, że jeśli Netanjahu wygra, Izrael stanie się jeszcze bardziej „państwem wyznaniowym i mesjanistycznym”.

Problemy imperium

Imperium amerykańskie ma problem ze stworzeniem antyirańskiej koalicji zbrojnej, która miałaby strzec „wolności żeglugi” w Zatoce Perskiej. Na razie deklaracje wstąpienia do niej zgłosiła tylko Wielka Brytania i po niej Izrael, co oburzyło władze irańskie. Jednocześnie poważny portal oilprice.com poinformował, że Iran i Rosja uzgodniły, że na wybrzeżu irańskim powstaną dwie rosyjskie bazy wojskowe, jedna morska i jedna lotnicza. Napięcie wokół Iranu nie spada.

Izrael nie ma żadnego energetycznego interesu w Zatoce. Ropę importuje głównie z irackiego Kurdystanu, kupuje ją też na wtórnych rynkach europejskich, a ostatnio od Amerykanów, którzy rozpoczęli eksploatację złóż syryjskich we wschodniej, okupowanej przez nich części kraju. Jest jednak krajem, który od lat pcha do wojny przeciw Iranowi i chce uczestniczyć w amerykańskiej strategii „maksymalnego nacisku” na to państwo. Zbliżenie się izraelskich okrętów podwodnych do granic Iranu już wywołuje reakcje w Teheranie, który uważa to za kolejne „poważne zagrożenie”, przeciw któremu ma zamiar się bronić.Uczestnictwo izraelskiego reżimu apartheidu w imperialnej koalicji potwierdził minister spraw zagranicznych Israel Katz, który nazwał to „misją bezpieczeństwa morskiego”. Izrael jest zaniepokojony informacjami na temat zbliżenia irańsko-rosyjskiego. Według nie potwierdzonych jeszcze doniesień, Iran, który nigdy nie zgadzał się na stacjonowanie u siebie obcych wojsk, miał uzgodnić z Rosją powstanie dwóch rosyjskich baz wojskowych, co miałoby być reakcją na zgodę Arabii Saudyjskiej ponownego stacjonowania tam armii amerykańskiej.
Według oilprice.com, Irańczycy i Rosjanie uzgodnili projekt budowy dwóch rosyjskich baz, po obu stronach strategicznej cieśniny Ormuz. Jedna – morska – miałaby powstać w porcie Buszehr położonym w Zatoce naprzeciw Kuwejtu, gdzie stacjonują wojska amerykańskie, i naprzeciw Arabii Saudyjskiej, która stanowi część antyirańskiej osi USA-Izrael-Arabia. Drugą, lotniczą, przewidziano pod Czabaharem nad Zatoką Omańską, po drugiej stronie cieśniny Ormuz. Według podejrzeń izraelskich, projekt ma być zatwierdzony na spotkaniu prezydentów Rosji Putina i Iranu Rohaniego w Soczi, do którego ma dojść jeszcze w tym miesiącu.

Na Zachodnim Brzegu

Sześć tysięcy nowych domów dla osadników i 700 nowych budynków, w których będą mogli zamieszkać Palestyńczycy – to najnowsze oficjalne plany Izraela dotyczące Zachodniego Brzegu. Informację o tym podano w przededniu przyjazdu do Tel Awiwu Jareda Kushnera, który ma omawiać z premierem Netanjahu szczegóły swojego „planu stulecia” w kwestii bliskowschodniej.

Sześć tysięcy nowych domów dla żydowskich osadników albo zacznie powstawać dopiero teraz, albo istnieje już od dawna, tyle że do tej pory formalnie pozostawały nielegalnie. Tak czy inaczej, rozbiórka takim obiektom nie grozi, w odróżnieniu od tych, w których żyją Palestyńczycy. Wszystkie domy zlokalizowane będą w strefie C, czyli w tych częściach Zachodniego Brzegu, gdzie w myśl porozumień z Oslo Izrael sprawuje pełną kontrolę.
Zapowiedź kolejnej rozbudowy osiedli na Zachodnim Brzegu jest jednoznacznym sygnałem przed przyjazdem amerykańskiego wysłannika i zięcia Donalda Trumpa do Tel Awiwu. Izrael nie zamierza godzić się na państwo palestyńskie w regionie, gdzie miało ono powstać według koncepcji zawartej w porozumieniach z Oslo. Zgadzając się na symboliczną liczbę domów dla ludności arabskiej pozoruje, dla mniej zorientowanych, że poszukuje kompromisowego rozwiązania i uwzględnia interesy wszystkich stron.
O tym, że ciągle nieznany w szczegółach „plan stulecia” nie będzie żadnym kompromisem, świadczy jednak już samo oświadczenie Kushnera, że nie będzie w nim mowy o państwach palestyńskim i izraelskim, gdyż, jak stwierdził Amerykanin, termin „rozwiązanie dwupaństwowe” każda strona rozumie inaczej. Stany Zjednoczone dawały również do zrozumienia, że zgodzą się na utrzymanie niektórych osiedli (dziś wszystkie są nielegalne w świetle prawa międzynarodowego), a Palestyńczycy dopiero w przyszłości „nauczą się rządzić”.
Obecnie w osiedlach na Zachodnim Brzegu żyje 600 tys. osadników. Pozostanie osiedli na miejscu jest w zasadzie kwestią konsensusu w izraelskiej klasie politycznej. W środę lider centroprawicowego bloku Biało-Niebieskich, który w ostatnich wyborach parlamentarnych zajął drugie miejsce, również zabrał głos w sprawie osadników i przyszłego porozumienia pokojowego: oznajmił, że Dolina Jordanu musi w każdych okolicznościach pozostać pod kontrolą Izraela, a mieszkańcom osiedli należy się plan rozwoju infrastruktury i rolnictwa. Palestyńczykom Gantz łaskawie obiecał, że „będą mogli pozostać w dolinie”.

Rakiety na Iran

Izraelskie ministerstwo obrony poinformowało, że wspólne amerykańsko-izraelskie testy systemu antyrakietowego dalekiego zasięgu na Alasce skończyły się „pełnym sukcesem”. System miał sięgnąć wielu rakiet lecących powyżej atmosfery ziemskiej. Izraelczycy nie ukrywają, że chodzi o część zadekretowanego przez Amerykanów „maksymalnego nacisku” na Iran, by poddał się polityce „bliskowschodniej osi”: Stanom Zjednoczonym oraz ich lokalnym sojusznikom – Izraelowi i Arabii Saudyjskiej.

„Dzisiaj Izrael ma możliwość działania przeciw rakietom balistycznym, które może wystrzelić przeciw nam Iran, czy ktoś inny” – cieszył się premier izraelskiego reżimu apartheidu Benjamin Netanjahu. Wtórował mu ambasador USA w Tel-Awiwie David Friedman, który oglądał próby na wideo: „To wielka zdobycz na rzecz bezpieczeństwa Izraela”. Amerykanie testowali z Izraelczykami nową wersję systemu Arrow-3, który od dwóch lat stacjonuje już w państwie żydowskim.
Amerykanie finansowali wspólną pracę Israeli Aerospace Industries i Boeinga nad polepszeniem systemu Arrow. Były już dość zaawansowane, gdy prezydent Trump zerwał w zeszłym roku oenzetowski układ atomowy z Iranem i wprowadził „bezprecedensowe” sankcje przeciw temu krajowi, co mocno podniosło temperaturę w regionie. Izrael, pierwsza siła ognia na Bliskm Wschodzie i mocarstwo atomowe, wywierał wcześniej presję na Stany Zjednoczone, by ten układ pokojowy wrzucić do kosza.
W ramach amerykańskiego „maksymalnego nacisku” niektóre kraje europejskie (w tym Polska), chcą wziąć udział w koalicji zbrojnej, która miałaby strzec tankowców w Zatoce Perskiej. Iran uważa to za „wrogie” działanie. Brytyjską propozycję koalicji w Zatoce oddaliła zresztą Francja, która uważa, że „to tylko zwiększy napięcie”. Tymczasem członek osi antyirańskiej – tyrania saudyjska – zgodziła się otworzyć bazy dla wojsk amerykańskich, trwają też budowy baz US Army w Iraku. „Iran zdecydowanie sprzeciwi się każdej nielegalnej działalności, która zagrażałaby morskiemu bezpieczeństwu Zatoki Perskiej, Cieśniny Ormuz i Zatoki Omańskiej” – mówił irański prezydent Hassan Rouhani.

Netanjahu będzie miał pół godziny

„Jeżeli USA napadną na Iran, Izraelowi pozostanie pół godziny istnienia” – w ten sposób wypowiedział się Modżtaba Zolnur, irański parlamentarzysta i szef komisji Bezpieczeństwa Narodowego i Polityki Zagranicznej w Islamskim Zgromadzeniu Konsultatywnym. Słowa te padły w wywiadzie tego polityka dla arabskojęzycznej telewizji w Teheranie al-Alam.

Sytuacja wydaje się zaostrzać w sposób, którego prowojenne koła w USA nie przewidziały. Iran coraz chętniej demonstruje, że jest gotów do konfrontacji zbrojnej ze Stanami Zjednoczonymi. Swoiste oświadczenie, które wygłosił Modżtaba Zonnur jest kolejnym tego dowodem. Zostało ono wygłoszone w chwili bardzo silnych napięć na linii Teheran-Waszyngton, sprowokowanych przez Johna Boltona i Mike’a Pompeo – dwóch zawodowych podpalaczy świata.
Napięte pozostają też stosunki Iranu z Izraelem. Tel Awiw oskarża Republikę Islamską o wspieranie organizacji które uznawane są w Izraelu za terrorystyczne – np. Hamas czy Hezbollah. Teheran zaprzecza i oskarża Izrael o „udział w agresjach wojskowych w całym regionie”.
Poza tym Zolnur w przywołanym wywiadzie podważył też słowa Donalda Trumpa jakoby nakazany nalot na Iran po strąceniu przez Strażników Rewolucji amerykańskiego drona, został odwołany na 10 minut przed uderzeniem. Okreslił to jako „polityczny blef” i wyjaśnił, iż jego zdaniem „gdyby Amerykanie mieli pewność, że atak ten zakończy się powodzeniem z pewnością by go nie odwołali”.
W podobnym duchu okoliczność tę komentował wcześniej minister spraw zagranicznych Iranu. Tłumaczenia prezydenta USA, który twierdził, że odwołał bombardowania ze względu na to, że 150 osób mogłoby ponieść śmierć uznał za „żałosną
hipokryzję”.
– Naprawdę prezydent USA zmartwił się 150 ofiarami? A ile osób Stany Zjednoczone zabiły używając broni nuklearnej? Ile pokoleń przez to cierpi? – cytuje Zarifa irańska agencja prasowa IRIB.

Izrael znów atakuje

Według informacji podanych przez syryjskie media wojsko izraelskie przeprowadziło ostrzał rakietowy w okolicach Damaszku i Hims. Ofiarami są wyłącznie cywile.

Według informacji przedstawionych agencji SANA przez Syryjską Armię Arabską pociski wystrzelone zostały z libańskiej przestrzeni powietrznej. Gdy doszło do incydentu zarejestrowano tam obecność izraelskich samolotów wojskowych operujących na nietypowo niskiej wysokości. Potwierdzili to dziennikarze regionalnych mediów, między innymi dziennikarze telewizji Al Majadin i kanału informacyjnego Al Masdar.
Rakiety, które spadły na przedmieścia Damaszku zabiły cztery osoby, w tym jednomiesięczne dziecko. Zmarło ono wkrótce po przewiezieniu do szpitala z ciężkimi poparzeniami poparzeniami tułowia i ranami na twarzy i głowie. Oprócz tego 21 osób odniosło obrażenia.
Do incydentu doszło 30 czerwca.
Izrael wielokrotnie atakował syryjskie lub irańskie cele w Syrii. Rzadko jednak Tel Awiw się do tego przyznawał. Ani izraelska armia, ani tamtejsze władze nie odniosły się jeszcze do informacji o wczorajszym ostrzale. W ciągu ostatnich kilku tygodni jednak strona izraelska oficjalnie potwierdzała, że atakowano syryjskie instalacje wojskowe uzasadniając to „zwiększeniem napięć transgranicznych” wokół Wzgórz Golan, terytorium okupowanego przez Izrael, które Trump niedawno uznał na przynależne temu państwu.