Wojna krwawa i zapomniana

Wiele osób na świecie ma jeszcze powody, by z optymizmem wchodzić w 2020 r. Jemeńczycy do nich nie należą – nie mają żadnej nadziei, że nowy rok zakończy prawie pięcioletnią wojnę z Arabią Saudyjską. Wsparcie Zachodu dla bogatego w ropę królestwa wciąż napływa, szczególnie ze Stanów Zjednoczonych.

– Nikt nie nadpływa – powiedział 55-letni Jasir, stojąc nad brzegiem wody w porcie Hudajdy pierwszego ranka 2020 r., obserwując horyzont w poszukiwaniu długo oczekiwanych statków. Jasir pracuje w porcie od młodości. Dziś jest ojcem ośmiorga dzieci i jednym z prawie 3400 pracowników portu, którzy stracili środki do życia z powodu narzuconej przez Arabię ​​Saudyjską blokady, która rozpoczęła się w sierpniu 2015 r. Wtedy naloty koalicji saudyjskiej zniszczyły dźwigi i magazyny portu, powodując kryzys humanitarny obejmujący tysiące rodzin z prowincji, którym na początku 2020 roku towarzyszy frustracja i wszechogarniająca nędza. – Nikt o nas nie dba, nic nie daje nam powodów do optymizmu w roku 2020 – mówi Jasir.
– Żyjemy w trudnym środowisku. Nie mamy domu ani też źródła dochodów. Warunki są nie do zniesienia – powiedział rybak, któremu uniemożliwiono połowy z powodu obecności saudyjskich sił morskich, stacjonujących w Jemenie. Warunki w Jemenie pogarszają się z dnia na dzień, a wraz z nimi spada, jeśli w ogóle jeszcze istnieje, morale ludzi z dużych miast. Niedobór energii elektrycznej i paliw, brak żywności, gwałtowny wzrost bezrobocia i ekstremalne zanieczyszczenie wody zbierają swoje żniwo.
Taka jest Hudajda w 2020 r. Woda, urządzenia sanitarne i sektor opieki zdrowotnej znacznie ucierpiały w mieście z powodu uszkodzeń infrastruktury, spowodowanych tysiącami nalotów, oraz trwającej blokady. W rezultacie epidemie, w tym cholery, wciąż nawiedzają miasto, zabierając wraz z sobą najwięcej ofiar w historii. Nadmorskie miasto jest przedmiotem umowy międzynarodowej zapośredniczonej przez ONZ, podpisanej w grudniu 2018 r., która miała rozpocząć proces przywracania pokoju chociaż tutaj, na skalę lokalną, ale porozumienie to zostało w dużej mierze zignorowane przez koalicję pod przewodnictwem Arabii Saudyjskiej. Przeprowadziła ona kolejną brutalną operację wojskową przeciwko mieszkańcom miasta. Los Hudajdy pod wieloma względami pokazuje, co czeka resztę Jemenu w nadchodzącym roku. Mimo wspomnianej umowy, zatwierdzonej w ONZ, portowe miasto pozostaje najbardziej niebezpiecznym obszarem w kraju. Trzy tygodnie temu wojskowa przemoc uderzyła w nową dzielnicę w południowej części miasta. Została ona poddana atakowi z powietrzna, oraz ostrzałowi artyleryjskiemu przez finansowaną przez Saudów bojówkę Giants Brigade. Padły dziesiątki zabitych i rannych cywilów, wezbrała nowa fala miejskich uchodźców.
14 stycznia Rada Bezpieczeństwa ONZ przedłużyła o kolejne 7 miesięcy mandat swojej specjalnej misji, która ma czuwać nad wdrażaniem porozumienia dotyczącego Hudajdy. Z daleka, bez przyjrzenia się sytuacji w terenie, mogłoby to nawet wyglądać obiecująco…
Pomimo ostrzeżeń, że oblężenie miasta pogrąży Jemen w jeszcze głębszym niż dotąd kryzysie humanitarnym, ponieważ około 70-80 procent towarów Jemenu przepływa przez port Hudajdy, koalicja pod przewodnictwem Arabii Saudyjskiej, według relacji wojskowych Huti, zwiększyła swoją obecność wojskową w południowej Hodeidzie na początku grudnia. Nowe rozmieszczenie wojsk wskazuje, że walki w prowincji prawdopodobnie będą kontynuowane do 2020 roku. W wyniku zajęcia statków przewożących olej napędowy i ropę naftową przez flotę Arabii Saudyjskiej miasto już jest na granicy katastrofy humanitarnej. Statki te mają wszystkie wymagane dokumenty, ale nie są w stanie dotrzeć do portu, aby wyładować swoje towary. Ilu Jemeńczyków zostaje przez to bez paliwa potrzebnego do zasilania generatorów, które zasilają szpitale i stacje uzdatniania wody? Nikt nawet nie podejmuje się liczenia.
Saudyjska blokada kraju, który już wcześniej był jednym z najbiedniejszych regionów na ziemi, od 2015 r. ściśle kontroluje wszelkie aspekty życia w Jemenie, poważnie ograniczając przepływ pomocy, a także ludzi. Ten brak swobody przemieszczania się wpływa na prawo Jemeńczyków do korzystania z podstawowych standardów praw człowieka, w tym prawa do poszukiwania leczenia za granicą. Co więcej epidemie chorób takich jak błonica, cholera, gorączka denga i malaria, ogarnęły Jemen w niespotykany dotąd sposób, co jednocześnie utrudnia stawienie im czoła. Jest mało prawdopodobne, aby władze jemeńskie były w stanie poradzić sobie z epidemiami w 2020 r., ponieważ w poprzednich latach organizacje międzynarodowe nie były w stanie zapewnić niezbędnych leków i środków medycznych do ich zwalczania.
– Gdy [wojna] wkracza w piąty rok, Jemen jest miejscem najszybciej rozwijającej się epidemii choler w historii medycyny. W kraju pojawiła się także świńska grypa, wścieklizna, błonica i odra. W międzyczasie setki Jemeńczyków zmarło od ostatniego wybuchu grypy H1N1, a 1600 innych podejrzewa się o zarażenie się tą chorobą – mówi Mansur, lekarz pracujący w szpitalu miejskim w Hodeidzie.
Co gorsza, Jemen jest też miejscem największej klęski głodu na świecie. ONZ stwierdziło, że rekordowe 22,2 miliona Jemeńczyków pilnie potrzebuje jedzenia, w tym mieści się 8,4 miliona osób, którym w bliskiej perspektywie zagraża silne niedożywienie. Według globalnych ustaleń kraj cierpi z powodu największego głodu od ponad 100 lat.
To właśnie Jemen w 2020 roku. Brudna wojna i brutalne oblężenie zapomnianych ludzi, żyjących w nieludzkich warunkach. W tym kraju nie ma życia. Kto nie zginie na wojnie ani nie padnie ofiarą epidemii, umrze z desperacji zrodzonej przez nędzę.
Stany Zjednoczone nadal mają w głębokim poważaniu cierpienia Jemenu, pomimo tego że Organizacja Narodów Zjednoczonych nazywa je najgorszym kryzysem humanitarnym na świecie. W tym zakresie również nic się szczególnego nie zmieni. Jemeńczycy, którzy z nami rozmawiali, doskonale rozumieli, że nikt nie położy kresu ich cierpieniom, dopóki Stany Zjednoczone będą nadal wspierać koalicję pod przywództwem Arabii Saudyjskiej. Z kolei amerykańscy obywatele nie zamierzają wywierać na Trumpa nacisku, by zmienił kurs względem Bliskiego Wschodu.
W 2019 r. Kongres USA zatwierdził projekt ustawy zawieszającej amerykańskie poparcie dla koalicji pod przywództwem Arabii Saudyjskiej. Niedługo potem prezydent Donald Trump zawetował ustawę, pomimo wysiłków na rzecz wprowadzenia jej w życie. A jeśli wskazówką w sprawach polityki zagranicznej ma być budżet Pentagonu na 2020 r., to sprawa jest brutalnie oczywista: Stany Zjednoczone nie zrezygnują z zaangażowania w wojnę w Jemenie. Dalej będą kierować do Saudów ogromne wsparcie wojskowe.
W ubiegłym roku wydawało się, że wysiłki zmierzające do zakończenia pięcioletniej wojny w Jemenie nabrały pewnego tempa. Z dzisiejszej perspektywy dobrze widać, jak drobne były to kroki. Działania, które obejmowały wycofanie sił przez Zjednoczone Emiraty Arabskie i zwolnienie niewielkiej liczby więźniów, w rzeczywistości dotyczyły tylko napięć, które powstały natychmiast po pokonaniu przez Huti trzech brygad koalicji saudyjskiej w Najran w sierpniu i atakach na saudyjskie zakłady naftowe we wrześniu.
Fadil Abbas Dzahaf, jemeński analityk z Sany, powiedział nam:
– W ciągu ostatnich kilku lat wielu próbowało przedstawiać wysiłki pokojowe jako pozytywne. Rozmija się to jednak z realiami panującymi w terenie i odzwierciedla brak zrozumienia strategicznych ambicji koalicji pod przewodnictwem Arabii Saudyjskiej. Jego komentarze odzwierciedlają frustrację wielu Jemeńczyków. Kiedyś i oni mieli nadzieję na efekty „procesów pokojowych”. Widzieli jednak, jak jeden proces za drugim kończy się fiaskiem i teraz już rozumieją: saudyjska koalicja po prostu nie ma woli pokojowego rozwiązania. Chociaż między Huti a Arabią Saudyjską toczą się pośrednie rozmowy, Rijad wydaje się prowadzić politykę chronienia się przed skutkami wojny, zamiast dążyć do jej zakończenia. Negocjacje nawet w drobnych sprawach, często kończą się ślepym zaułkiem. Liczne rozmowy pomiędzy Huti i Saudów zakończyły się niepowodzeniem, w tym negocjacje pokojowe prowadzone przez ONZ w Szwajcarii w zeszłym roku. Tak samo na niczym spełzło 108 dni negocjacji w Kuwejcie w 2016 r. i oddzielne rozmowy w tym samym roku w Dhahran.
Arabia Saudyjska politycznie i militarnie utknęła w Jemenie, nie osiągnęła żadnego z celów w niszczycielskiej wojnie, którą rozpoczęła przeciwko swojemu południowemu sąsiadowi w 2015 r. Przywódcy Arabii Saudyjskiej obiecali decydujące zwycięstwo w ciągu kilku tygodni, najwyżej dwóch miesięcy.
W ostatnich miesiącach zapomniany przez media światowe konflikt znowu zaczął zyskiwać smutną dynamikę. W grudniu doszło do kolejnego ataku Arabii Saudyjskiej na tętniący życiem rynek w Saddzie. Zginęło lub zostało rannych co najmniej 80 osób. Atak, według przedstawicieli Huti, stanowi dowód na to, że Saudowie nie będą dążyć do pokoju.
Ze swojej strony armia jemeńska sprzymierzona z Huti wznowiła ataki rakietami balistycznymi na Arabię Saudyjską, wystrzeliwując pocisk balistyczny skierowany na sztab 19. brygady straży granicznej, znajdujący się w południowym mieście Najran. Atak ten miał miejsce w odwecie za nalot Arabii Saudyjskiej na rynek ar-Raku w Munabbih znajdujący się w górzystej północno-zachodniej prowincji Sadaa. W wyniku tego ataku zginęło 17 cywilów, w tym 12 etiopskich imigrantów. Według ONZ był to już trzeci, okupiony śmiercią cywilów, atak na miasto w Arabii Saudyjskiej w ciągu nieco ponad miesiąca. Co więcej Huti ogłosili, że są w pełni przygotowani do uderzenia w dziewięć strategicznych celów położonych głęboko na terytorium krajów koalicji, z których sześć znajduje się w Arabii Saudyjskiej, a pozostałe w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. – Uważamy, że ataki na Arabię ​​Saudyjską są jedyną nadzieją, by uczynić 2020 rok innym, zatrzymać wojnę i znieść blokadę naszego kraju – powiedział Dżahaf.
Generał brygady Jahja Sari, rzecznik jemeńskich sił zbrojnych, ogłosił, że rok 2020 będzie rokiem obrony powietrznej; i że siły jemeńskie będą pracować nad rozwojem przemysłu wojskowego i zwiększeniem jego możliwości odstraszających. Nie był gołosłowny: krótko po tym oświadczeniu jemeńska obrona powietrzna zestrzeliła cztery drony koalicji, w tym wyprodukowanego w Chinach drona wyposażonego w technologię stealth, który został zestrzelony podczas misji zwiadowczej w rejonie al-Tina w rejonie Hajran. Miało to miejsce zaledwie kilka godzin po zestrzeleniu tureckiego drona Vestel Karayel pociskiem kierowanym. W poniedziałek został zestrzelony dron szpiegowski kierowany przez Arabię ​​Saudyjską, który leciał nad okręgiem Razih w północno-zachodniej prowincji kraju Saada. Tego samego dnia drona zestrzelono nad umęczoną Hudajdą.
Nawet wobec tak oczywistych objawów eskalacji, szef ONZ ds. pomocy humanitarnej stwierdził w grudniu, że sytuacja w Jemenie wskazuje na to, że… jest możliwe ustanowienie trwałego pokoju w 2020 r. Jak widać ONZ nie bierze pod uwagę głęboko zakorzenionych motywów i problemów strukturalnych kierujących koalicją pod przywództwem Arabii Saudyjskiej. Nawet jeśli w rozpoczętym już roku faktycznie pojawią się nowe inicjatywy, nie osiągną one wiele, dopóki Jemeńczycy nie będą mogli ostatecznie decydować o swoim losie. Wojna w Jemenie w 2020 r. raczej eskaluje. Więcej cywilów straci życie, więcej ludzi zostanie przesiedlonych, rozprzestrzenianie się epidemii będzie trwało bez końca, więcej miast, szpitali i szkół zostanie zniszczonych, a miliony bezradnych rodzin pozostaną bez środków do życia.

Antysemityzm w Polsce: prawdy i mity

Obchodzona w tym miesiącu siedemdziesiąta piąta rocznica wyzwolenia hitlerowskiego obozu Auschwitz-Birkenau zbiega się niefortunnie z zaognieniem historycznego sporu o stosunek społeczeństwa i państwa polskiego do Żydów.

Postawione przez prezydenta Putina zarzuty – nie tylko wobec przedwojennego ambasadora RP w Berlinie Lipskiego, ale pośrednio wobec ówczesnego państwa polskiego – wywołały zrozumiałe protesty strony polskiej, w tym specjalną uchwałę Sejmu przyjętą ponad politycznymi podziałami. Taka reakcja jest zrozumiała i politycznie zasadna, ale nie powinna prowadzić do zamykania oczu na to, co stanowi ciemną stronę polskiej historii.
Prawdziwe intencje
Dojrzałe narody mają dość siły i mądrości, by otwarcie i zdecydowanie mówić o tym, co w ich historii wymaga potępienia. Tylko w taki sposób można skutecznie przeciwstawiać się próbom obciążania całego narodu (a także państwa) odpowiedzialnością za ciemne strony historii. Republika Federalna Niemiec wielokrotnie, ustami swych najwyższych przedstawicieli, jednoznacznie potępiła zbrodnie hitleryzmu, co leży u podstaw pojednaniu z wczorajszymi ofiarami nazistowskiej polityki. W Polsce dzisiejszej pod tym względem jest inaczej. Losy niefortunnej (i wycofanej pod naciskiem zagranicy) ustawy penalizującej obciążanie Polaków ( wszak nie wszystkich, ale i nie tak nielicznych, jak chcieliby propagandyści obozu rządzącego) współodpowiedzialnością za zbrodnie nazistowskie popełnione na Żydach dobitnie pokazują, jakie są w tej sprawie prawdziwe intencje Prawa i Sprawiedliwości.
Rekonkwista
Spór dotyczy historii – zarówno odległej, jak i najnowszej. W odwoływaniu się do tej pierwszej słusznie podkreśla się, że w średniowieczu Polska stanowiła dla bardzo licznych Żydów europejskich azyl, do którego migrowali uchodząc przed prześladowaniami ogarniającymi zachodnią Europę pod koniec XI wieku, w bezpośrednim związku z klimatem religijnego fanatyzmu towarzyszącego zwłaszcza pierwszej krucjacie.
Hiszpańska Rekonkwista w XV wieku pociągnęła za sobą masowe wypędzenia Żydów, dla których panowanie arabskie oznaczało znacznie większą dozę tolerancji. To, że w średniowiecznej Polsce uformowała się liczna (procentowo największa w Europie) społeczność żydowska, jest oczywistym dowodem świadczącym o wyraźnej różnicy między ówczesną Polską a większością krajów Europy zachodniej. Dotyczy to także okresu Reformacji, która (między innymi na ziemiach niemieckich, ale nie w Polsce) wiązała się z kolejną falą wystąpień antyżydowskich. Tego nie może przesłonić, skąd inąd haniebna, kampania fanatyków katolickich oskarżających Żydów o śmierć Chrystusa, czy okazjonalnie zdarzające się zamieszki antyżydowskie.
Pierwsza fala
Antysemityzm jako zjawisko polityczne pojawił się w polityce polskiej dopiero pod koniec XIX i na początku XX wieku jako konsekwencja trzech procesów.
Pierwszym był wzrost w Europie fali rasistowsko (a nie religijnie) zorientowanej wrogości wobec Żydów, czego najbardziej znanym przejawem była sprawa Dreyfusa we Francji. Powodzenie darwinizmu społecznego z jego apoteozą walki o byt i odwołaniem do biologicznych uzasadnień konfliktu społecznego nadawało wrogości wobec Żydów nowy, rasistowski, charakter.
Drugim były konsekwencje rosyjskiej polityki wyznaczania żydowskich „stref osiedlenia” na ziemiach wcielonych do państwa rosyjskiego w wyniku rozbiorów. Pierwszy dekret w tej sprawie wydała Katarzyna Druga 23 grudnia 1791 roku. W latach następnych granice tej strefy były rozszerzane, by pod koniec XIX wieku objąć także dawne Królestwo Polskie, co skutkowało napływem Żydów wschodnich (nazywanych „Litwakami”), postrzeganych jako żywioł obcy.
Obóz nowoczesnego Polaka
Trzecim wreszcie było uformowanie się nowoczesnego programu nacjonalistycznego, którego najważniejszym dokumentem, były „Myśli nowoczesnego Polaka” Romana Dmowskiego (1903). W odróżnieniu od dawnej idei patriotycznej walki „o wolność naszą i waszą” Dmowski postulował politykę „egoizmu narodowego” w imię zbudowania „ katolickiego państwa narodu polskiego”. W państwie tym mniejszości słowiańskie miały być poddane asymilacji, a Żydzi – jako nie nadający si e do asymilacji – mieli być traktowani jako „goście” w polskim domu. Z czasem – już w Niepodległej Rzeczypospolitej – program nacjonalistyczny (Obozu Wieliek Polski, a później Obozu Narodowo-Radykalnego) przybrał wyraźnie rasistowski charakter i uległ zaostrzeniu, aż po bojkot ekonomiczny i getto ławkowe na uniwersytetach, co negatywnie wyróżniało Polskę na tle innych państw europejskich (oczywiście poza nazistowskimi Niemcami).
Żydowskimi głosami
Antysemityzm ówczesny to nie tylko subtelne rozważania teoretyczne Romana Dmowskiego, lecz także pogromy: w tym przez lata osłaniany przemilczaniem pogrom we Lwowie 21-23 listopada 1918 roku (bezpośrednio po wyparciu z tego miasta wojsk ukraińskich) a także w Wilnie i w Pińsku. W grudniu 1922 roku zamordowanie prezydenta Narutowicza poprzedzone było wielką kampania narodowców protestujących przeciw wyborowi głowy państwa „żydowskimi głosami”, a po procesie i egzekucji mordercy (Eligiusza Niewiadomskiego) środowiska te szerzyły kult mordercy, nie bez udziału wielu duchownych katolickich. O obliczu ówczesnego obozu nacjonalistycznego świadczy wydana w 1939 roku książka wybitnego prawnika, a zarazem działacza prawicy nacjonalistycznej Zygmunta Cybichowskiego (1879-1946) „Na szlakach nacjonalizmu”, w której otwarcie stawiał Polakom za wzór do naśladowania Adolfa Hitlera (s.89).
Jest to jednak tylko jedna strona obrazu. Druga to konsekwentna walka przeciw antysemityzmowi prowadzona przez lewicę i postępowe środowiska inteligenckie, których symbolem może być odważna postawa Tadeusza Kotarbińskiego solidaryzującego się z żydowskimi studentami w warunkach narzucanego getta ławkowego.
Potrzeby i interesy
Postawę socjalistów polskich wobec antysemityzmu najbardziej konsekwentnie przedstawił Kazimierz Kelles-Krauz (1972-1905) autor opublikowanej niedługo przed śmiercią rozprawy „W kwestii narodowości żydowskiej”, w której pisał on, że Żydzi osiadłszy w Polsce od tylu stuleci, wykonawszy w tym kraju tyle pracy rozmaitej, przecierpiawszy tyle cierpień, mając tu swe groby i kolebki od szeregu pokoleń, są w nim tak samo dobrze u siebie jak i Polacy, i …mają prawo żądać od Polaków tych samych względów na swoje potrzeby i interesy, jakich Polacy mają prawo żądać od nich”.
Czy przedwojenne państwo polskie prowadziło politykę antysemicką? Odpowiedź na to pytanie nie jest oczywista. Prawdą jest, że w Polsce nie było ustaw antysemickich, ale była – zwłaszcza po śmierci marszałka Piłsudskiego – tolerancja dla antysemityzmu. Premier generał Felicjan Sławoj Składkowski publicznie pochwalał bojkot sklepów żydowskich (podobnie, jak zrobił to w 1936 roku prymas Polski kardynał August Hlond). Kolejni ministrowie odpowiedzialni za szkolnictwo wyższe milczeli w sprawie getta ławkowego ustalanego przez czołowe polskie uczelnie pod presją radykalnych organizacji nacjonalistycznych. W tym sensie mamy prawo obciążać ówczesne władze państwowe odpowiedzialnością za co najmniej tolerowanie antysemityzmu skrajnej prawicy narodowej.
Polskie doświadczenie
Szczególnie bolesne jest w tym kontekście polskie doświadczenie Holokaustu. Mamy prawo być dumni z postawy tysięcy Polaków, którzy z narażeniem życia ( nie tylko własnego, lecz także całych rodzin) angażowali się w ratowanie Żydów. Mamy prawo przypominać, że władze Polski Podziemnej na skalę swych możliwości udzielały pomocy Żydom, w tym szczególnie piękną rolę odegrała powołana w 1942 roku dla tego celu podziemna Rada Pomocy Żydom „Żegota”. Ale słusznie szczycąc się bohaterstwem tych, którzy stali po stronie ofiar, mamy moralny obowiązek otwarcie i bez zahamowania potępiać postawę tych Polaków, którzy wzięli udział w hitlerowskiej polityce zagłady. Niestety nie byli oni tak nieliczni, jak to usiłują nam wmawiać historycy z obozu „dobrej zmiany”. Warto przypomnieć, z jaką zajadłością prawicowa publicystyka rzuciła się na Jana Tomasza Grossa za jego książkę o zbrodni w Jedwabnem. W 2001 roku byłem w grupie posłów, którzy pojechali do Jedwabnego na zorganizowane przez prezydenta Kwaśniewskiego obchody sześćdziesiątej rocznicy tej zbrodni. Rzucało się w oczy, że w tym gronie nie było posłów prawicy, stanowiącej wówczas większość sejmową.
Przemilczanie
Od tego czasu nasza wiedza na temat udziału Polaków w hitlerowskiej polityce zagłady bardzo się zwiększyła, zwłaszcza dzięki pracom Barbary Engelking i kierowanego przez nią Centrum Badań nad Zagładą Żydów; w tym znakomitej pracy (pod redakcją Barbary Engelking i Jana Grabowskiego „Dalej jest noc: losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski” (2018). Prowadzona przez obecne władze „polityka historyczna” polega na przemilczaniu i dyskredytowaniu tego typu prac badawczych. To nie służy dobremu imieniu Polski w świecie.
Jest także sprawa okresu Polski Ludowej. W pierwszych latach powojennych miały miejsce pogromy antyżydowskie, w tym najgłośniejszy kielecki w 1946 roku. Niektóre formacje antykomunistycznej partyzantki, zwłaszcza oddział „Ognia” na Podhalu, dopuszczały się mordowania Żydów. O tym dzisiejsza „polityka historyczna” woli milczeć. Z drugiej zaś strony lewicę obciąża kampania antyżydowska 1967 i 1968 roku, którą dopiero Socjaldemokracja RP publicznie i jednoznacznie potępiła w specjalnej uchwale w marcu 1990 roku. Kampania ta była częścią frakcyjnej walki o władzę w kierowniczych kręgach PZPR, ale kampanii tej nie byłoby, gdyby jej autorzy nie liczyli na uzyskanie tą droga poparcia przynajmniej części społeczeństwa.
Trzydzieści lat temu kładąc podwaliny pod gmach polskiej demokracji byliśmy przekonani, że te upiory przeszłości zostały na zawsze złożone do grobu. Pamiętam jednak odbytą wiosną 1990 roku w Tel-Awiwie rozmowę z Szymonem Peresem, który deklarując poparcie Międzynarodówki Socjalistycznej dla nowopowstałej polskiej socjaldemokracji podkreślał swoje i innych socjalistów obawy o możliwość odradzania się w Polsce antysemickiej prawicy. Dziś lepiej niż wówczas widzę, jak bardzo miał rację.
Wzrost postaw
Społeczeństwo polskie nie jest antysemickie. Badania socjologiczne (zwłaszcza profesora Ireneusza Krzemińskiego) wskazują na wyraźny spadek postaw antysemickich i, co szczególnie ważne, wzrost postaw skierowanych przeciw antysemityzmowi. Trzeba o tym mówić bardzo wyraźnie, ale trzeba też mówić o utrzymywaniu się, a nawet radykalizowaniu się postaw i zachowań antysemickich a zwłaszcza o tolerancyjnym stosunku do nich ze strony aparatu państwowego.
Trzeba patrzeć prawdzie w oczy. Historia wprawdzie nigdy dosłownie się nie powtarza, ale historycznie uwarunkowane tendencje polityczne mają znaczną zdolność długiego trwania. Nie wolno tego lekceważyć, a tym bardziej usprawiedliwiać. Idzie tu bowiem nie tylko o dobre imię Polski w świecie, ale także o to, w jakim państwie chcemy i będziemy żyli. Propagandzie płynącej z niechętnych dzisiejszej Polsce ośrodków zagranicznych skutecznie możemy się przeciwstawić prawdą. Całą prawdą.

Palestyńczyk to nie człowiek

O tym, co dalej z „jedyną demokracją na Bliskim Wschodzie” i dlaczego marna to demokracja, Wojciech Łobodziński (strajk.eu) rozmawia w Jerozolimie z Oferem Neimanem, działaczem lewicy izraelskiej zaangażowanym w ruch Boycott, Divestment and Sanctions.

Od momentu zamordowania Ghasema Solejmaniego cały świat patrzy na Bliski Wschód z wielkim niepokojem. A ty, przedstawiciel izraelskiej lewicy, boisz się o przyszłość?
Ja widzę dwie koalicje zła: jedną tworzą Iran, Rosja i Syria pod rządami Baszszara al-Asada, a drugą – Stany Zjednoczone, Arabia Saudyjska i Izrael. W krajowej polityce nie spodziewam się żadnego przełomu.
To od czego powinniśmy zacząć rozmowę o polityce współczesnego Izraela?
Od tego, że epoka Netanjahu dobiega końca. Na naszych oczach kończy się okres dominacji polityka, który przez ostatnie dwadzieścia pięć lat był najpotężniejszą i najbardziej wpływową osobą w Izraelu. Pierwszy raz został premierem w 1996 r., ale już wcześniej był znaczną postacią po stronie opozycji.
Jak udało mu się dominować przez tak długi czas?
Netanjahu doszedł do władzy dzięki wielu czynnikom. Po pierwsze miał i nadal ma silne poparcie ze strony establishmentu amerykańskiego, tak od strony Demokratów, jak i Republikanów. Dzięki szerokim znajomościom za oceanem posiada dużą sieć indywidualnych sponsorów, przyjaznych think tanków, lobbystów. Po drugie, Netanjahu wygrał, bo obiecał wyjście z kryzysu. W latach 90. Izrael zaczął „otwierać się na świat”, rozpoczynał się proces prywatyzacji. Netanjahu reprezentował obietnicę lepszej przyszłości, którą miały dać ekonomia neoliberalna, leseferyzm i otwarty rynek.
Netanjahu grał instrumentalnie hasłami nacjonalistycznymi czy w nie wierzył?
Wielu mówi, że to populista. Ja bym powiedział, że nawet jeśli jego działania wpisują się w definicję populizmu, to jest to najbardziej „ideologiczny” premier w historii Izraela. Jego poglądy to czysty kanon prawicowej myśli syjonistycznej – idea Wielkiego Izraela. Jeśli chcemy go zrozumieć z tej strony, musimy zrozumieć jego ojca Bencijjona Netanjahu (1910-2012), historyka i zarazem ekstremistycznego syjonistę, powiedziałbym wręcz – faszystą z narodowo-romantyczną wizją.
A gospodarka według Netanjahu to…
Klasyka reaganeconomics: neoliberalizacja gospodarki i usług publicznych, uzależnienie emerytur od poziomu inwestycji – stały się one przedmiotem gry na giełdzie.
To dlatego jego epoka już się kończy? Zwykle za neoliberalizacją idzie pauperyzacja większości obywatelek i obywateli.
Osłabienie Netanjahu to z jednej strony po prostu kwestia czasu. Jeśli jest się u władzy tak długo, to z każdym rokiem liczba twoich przeciwników się powiększa. Udało mi się do tej pory grać na różnych frontach, jednak dziś większość opinii publicznej raczej jest mu wroga. Po drugie, swoje robią podziały na Żydów aszkenazyjskich, pochodzących z Europy, i mizrachijczyków, którzy przybyli z państw arabskich. Chociaż sam Netanjahu jest aszkenazyjczykiem, to Likud uważany jest za partię mizrachijczyków.
Aszkenazyjczycy, ludzie tacy jak ja, biali, od początku istnienia państwa traktowali mizrachijczyków jak ludzi drugiej lub trzeciej kategorii, podobnie jak Arabów. W późnych latach od lat 40. do końca lat 60. miały miejsce takie praktyki jak porywanie dzieci Żydów pochodzących z krajów arabskich i bałkańskich, które następnie oddawano „białym”, którzy przeżyli Holocaust. Ten ogromny rachunek krzywd dopiero od niedawna staje się obiektem debaty publicznej. Netanjahu ma ogromne poparcie właśnie wśród tych grup. Bazuje ono również na resentymencie wobec Partii Pracy i jej dawnemu establishmentowi, który w znacznej mierze legitymizował powyższe działania wobec „nie-białych” Żydów, szczególnie w początkowej fazie powstawania państwa Izrael pod rządami Ben Guriona. Mizrachijczycy dostawili w przydziale najgorsze osiedla w jakiś odciętych od świata czarnych dziurach pośród pustyni albo w górach. Polityka Partii Pracy była rasistowska nie tylko w stosunku do Palestyńczyków. Jeśli chcemy zrozumieć izraelską politykę, to trzeba rozumieć te wszystkie poziomy wykluczenia, które towarzyszą naszej historii.
Co więc kieruje opozycją wobec Likudu?
Wobec Netanjahu zawsze istniała jakaś opozycja ze strony ludzi takich jak ja – Żydów aszkenazyjskich o poglądach sekularnych. Ale dynamice całej sytuacji nadały ruchy Awigdora Liebermana, pochodzącego z Mołdawii potężnego polityka, który politycznie dojrzał w Likudzie. Był on de facto prawą ręką Netanjahu, organizował Likud, kiedy był w opozycji. W 1999 odszedł i założył własną neokonserwatywną partię, Nasz Dom Izrael, która próbuje do dziś dotrzeć do rosyjskich Żydów, chociaż nie tylko. Osiąga poparcie rzędu czterech procent do kilkunastu. Lieberman od 1999 r. nie raz wchodził do rządów formowanych przez Netanjahu. Trzeba dodać, że reprezentuje on w znacznej mierze osadników, ludzi, którzy zajmują ziemię Palestyńczyków. Jednocześnie nie nazwałbym go fanatykiem religijnym. Jest w stanie zgodzić się pod pewnymi warunkami na rozwiązanie niektórych osiedli i dogadanie się z Autonomią Palestyńską, co dla religijnych osadników w ogóle nie wchodzi w grę.
Coś musiało się wydarzyć na linii Netanjahu – Lieberman. Przez tyle lat rządzili razem, dziś są sobie przeciwni. Z pewnością ma to wiele wspólnego z zarzutami korupcyjnymi pod adresem Netanjahu, zwłaszcza, że wszyscy wiedzą, że to zarzuty prawdziwe.
I to właśnie Lieberman zakończy erę Netanjahu? Jeden prawicowiec zastąpi drugiego?
Lieberman nie jest głupi i ma ambicje, by zostać najpierw języczkiem u wagi przy formowaniu nowej koalicji, a potem kolejnym premierem. Bez niego sformować rządu nie będzie się dało, chyba, że coś się zmieni na lewicy. Jego dotychczasowe wymówki są absurdalne. „Nie mogę stworzyć rządu z Netanjahu, ponieważ nie chciał zmusić ultraortodoksów do służby w armii” – nie, Lieberman po prostu gra na upadek dawnego kompana.
Z drugiej strony Netanjahu może pochwalić się tym, że wywindował Izrael na pozycję mocarstwa, może nie globalnego, ale regionalnego. Dziś na Bliskim Wschodzie, cokolwiek się stanie, wszyscy zwracają swe oczy w kierunku Izraela, czekają na jego reakcję i potem to ona w znacznej mierze konstruuje bieg wydarzeń. Ponadto wszystkie państwa graniczące z Izraelem są dziś pogrążone w kryzysie.
I to jest jego główna karta przetargowa. Izrael jest dziś potężniejszy niż kiedykolwiek, jest w sojuszu z Arabią Saudyjską i Egiptem, ma zabezpieczone granice i może sięgać dalej. Netanjahu uwielbia chwalić się mocarstwowością i hołubić własne dokonania, co oczywiście znajduje niemały poklask. W jego narracji wszystkie sukcesy ekonomii, przemysłu zbrojeniowego i high tech w Izraelu to jego własne dokonania, nawet jeśli nasza zbrojeniówka od dawien dawna była w globalnej czołówce. A rywale? Ich premier przedstawia jako ludzi bez wizji, zajętych miałką polityką.
Trudno powiedzieć, by lider Niebiesko-Białych Benny Gantz był „człowiekiem bez wizji”.
Dlatego retoryka Netanjahu wcale nie musi zadziałać w jego wypadku. Nie wykluczam, że to Niebiesko-Biali będą największymi wygranymi nowych wyborów. Gantz jest popularny, reprezentuje moje „plemię”: aszkenazyjskich, liberalnych, świeckich Żydów. Jego fenomen jest drugą stroną rasizmu wewnątrz naszej społeczności. Ludzie uwielbiają go za jego niebieskie oczy, wzrost i muskulaturę, mundur, medale i piękny język oraz sposób przemawiania.
A jaki program polityczny się za tym kryje?
Stanowisko liberalne obyczajowo i neoliberalne ekonomicznie. Co do gospodarki mamy praktycznie konsensus. W kwestii palestyńskiej w zasadzie też, bo jak inaczej odczytać słowa Gantza: „Nie zaatakujemy nikogo, jeśli nikt nas nie zaatakuje”? On nawet nie udaje, że chce jakichś negocjacji pokojowych.
A co z Partią Pracy?
W poprzednim wieku była ona jedną z najpotężniejszych partii w kraju. Dziś wymiera. W poprzednich wyborach ledwo udało jej się zdobyć kilka procent poparcia, teraz nawet nie wiem, czy wejdą do parlamentu. Warto przypomnieć też jeszcze jedną partię lewicową, dziś bliską upadku – Merec, której przewodzi Tamar Zandberg. Dawniej sam na nich głosowałem, jednak odszedłem przez rasistowską retorykę wymierzoną w Palestyńczyków i mizrachijczyków. Nie obchodzi ich okupacja Zachodniego Brzegu, choć często o niej mówią, używając właśnie terminu okupacja, jako jedyna partia żydowska. To jest symbolicznie ważne, lecz nie pociąga za sobą żadnych działań.
Lista arabsko-żydowska zdobyła w ostatnich wyborach najwyższy wynik w swej historii. Ma trzynastu posłów. Może to oni są nadzieją?
Ten wynik sprawił mi wielką radość. Okazało się, że bez partii palestyńskich Gantz nie jest w stanie stworzyć rządu. Ale sam nie jestem pewien, czy bym chciał koalicji pod wodzą Niebiesko-Białych. Partie arabskie poniosłyby zbyt dużą cenę. Większość polityków arabskich chce tej współpracy, lecz część kompletnie jej sobie nie wyobraża. Jedną z koalicji, wchodzących w skład jednej listy arabsko-żydowskiej, będących za takim rozwiązaniem, jest Hadasz i współtworzącą ją partia komunistyczna, Maki, która łączy palestyńskich obywateli Izraela i Żydów. Na jej czele stoi Ayman Odeh. W moim przekonaniu ci, którzy chcą koalicji z liberałami widzą tylko wąski interes Palestyńczyków posiadających obywatelstwo Izraela. Zapominają o uchodźcach i ludziach z Gazy oraz Zachodniego Brzegu. Ja jako uprzywilejowany, lewicowy Żyd uważam za swój obowiązek patrzeć z szerokiej perspektywy, która obejmuje mieszkających za murem. Boję się tego, że apartheid wobec nich, wspierany przez część partii arabskich, spotęguje tyko koszmar rasizmu.
Zadam zresztą proste pytanie: co stanie się z taką koalicją dzień po tym, gdy Izrael znów zbombarduje Gazę? Przecież wśród Palestyńczyków nastąpi wtedy rozłam: jedni poprą partie wchodzące w skład rządu Niebiesko-Białych, inni będą upominać się o prawa Gazy. Zresztą to pytanie abstrakcyjne. Gantz nie różni się w podejściu do Palestyńczyków od Netanjahu…
Ale to Netanjahu mówił o aneksji Doliny Jordanu, co jest bardzo prawdopodobne w świetle zajęcia przez niego Wzgórz Golan i rozwiązania kwestii ambasady USA w Jerozolimie.
Trzeba czytać pomiędzy słowami. Niebiesko-Biali nie inicjują takich rozwiązań, nie stosują takiej retoryki, nie zaanektują Doliny Jordanu, jednak nie będą mieli nic przeciwko, jeśli zrobi to Netanjahu. Jeśli świat temu przyklaśnie, sami to zaakceptują. Cieszyli się przecież, gdy ambasada USA była przenoszona do Jerozolimy. Nie mają też nic przeciwko budowie kolejnych osiedli, które tylko wzmacniają już i tak niezwykle silne napięcia w rejonach znajdujących się pod okupacją. Mówią, że Izrael powinien anektować osiedla, by zapewnić sobie „bezpieczeństwo”. Rzekomo to „blok osiedli” ochroni Izrael. Nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością.
Taka retoryka ma na celu legitymację okupacji. Netanjahu jest czystym nacjonalistą, Niebiesko-Biali będą retorycznie kluczyć, ale w rzeczywistości skończy się na tym samym. Co do murów, osiedli, okupacji i checkpointów istnieje konsensus mainstreamowych partii. Traktowanie Palestyńczyków z terenów okupowanych jak ludzi nie mieści się w horyzoncie dzisiejszej polityki izraelskiej.
Da się z tym skończyć?
Jedyną opcją jest stworzenie izraelskiej lewicy opartej na Palestyńczykach, która będzie otwarta na Żydów i współtworzona również przez nich. Musi powstać siła, która połączy obie grupy i będzie walczyć z każdym rodzajem opresji, od ekonomicznej po rasistowską. Dziś połączona lista arabska daje pewne nadzieje, znajdują się na niej oczywiście też islamiści, ale znaczna część jest lewicowa. Problemem jest podejście do kwestii jednego państwa. Większość, tak jak komuniści, chce niestety utworzenia dwóch państw.

Tak się kończy dyplomatołectwo

Stało się to, co przewidywali komentatorzy polityki światowej i spece od dyplomacji międzynarodowej. Nie dość, że główne obchody wyzwolenia obozu śmierci Auschwitz-Birkenau nie odbędą się w Polsce, a w Izraelu, to jeszcze zabraknie tam polskiego prezydenta. To są skutki wieloletniego prowadzenia polityki zagranicznej po amatorsku, żeby nie powiedzieć – dyletancko.

Nie może dawać innych owoców niż gorzkie orientowanie się we wszystkich sprawach na jednego i tylko jednego sojusznika i trzymanie się jego poły surduta niczym przysłowiowy rzep psiego ogona. Serwilistyczne podejście do Waszyngtonu, potrząsanie szabelką w kierunku Brukseli i niepohamowana chęć poniżania Rosji może kończyć się tylko jednym: traktowaniem Polski jako niewychowanego uczniaka, którego można postawić do kąta, a nie dopuścić do poważnych dyplomatycznych rozgrywek. Mielibyśmy potencjał, by było inaczej. I co z tego, skoro nasze „elity” uparcie nie chcą go wykorzystać.
Dyplomacja Izraela uzależniała przyjazd Knesetu na uroczyste posiedzenie w Auschwitz, do miejsca symbolizującego Holocaust, od zaproszenia do Polski prezydenta Rosji, państwa-sukcesorki ZSRR. W Izraelu pamięć o Armii Czerwonej, która unicestwiając III Rzeszę uchroniła resztki ocalałych z Shoah Żydów środkowo-europejskich od śmierci, jest żywa i kultywowana. Ale polska dyplomacja stawała na głowie, by za pomocą zwodów pominąć Putina. Skończyło się tak, jak w poważnych grach dyplomatycznych się kończy: inicjatywę przejęli inni.
Polscy analitycy nie byli nawet w stanie porządnie wyjaśnić związku między zaplanowaną na 23 stycznia uroczystością w Jerozolimie, a słowami Putina o początkach II wojny światowej. Skupiono się wyłącznie na wymiarze „obrazy narodu i państwa polskiego”, nie zastanawiając się, do kogo i dlaczego akurat teraz przesłanie Putina było adresowane. A było ono m.in. przygotowaniem właśnie wizyty w Jad Waszem i atmosfery jej towarzyszącej. Putin postanowił pokazać izraelskim rządzącym, których przychylność może mu się przydać przy dalszych grach z Ameryką o Bliski Wschód, że zjawisko antysemityzmu jest mu osobiście wrogie, za to w Europie różnie z tym bywa.
Nieetyczne to wszystko? Pewnie tak i lewica winna walczy o inny model relacji międzynarodowych. Ale dopóki go nie ma, należy umieć odnaleźć się w realiach. Do tego jednak prawica musiałaby zrozumieć, że dyplomacja to nie prostackie pogrywanie symbolami z zerową empatią wobec sąsiadów.
To, że głównych obchodów wyzwolenia Auschwitz nie będzie w Polsce i że nikogo z Polski na nich nie będzie to klęska wizerunkowa i polityczna. Żadna Polska Fundacja Narodowa nie da rady zamknąć ust obserwatorom, którzy z tej nieobecności wyciągną konkretne wnioski i opowiedzą je na całym świecie. Nieobecni nie mają racji!

 

Izraelski Wietnam w Syrii

O obecnym izraelskim ministrze obrony Naftalim Bennetcie Polska usłyszała w czasie awantury o pisowską ustawę „pamięciową”, którą musiała po cichu odwołać, gdyż w Izraelu zrozumiano ją jako oburzający zakaz krytykowania Polaków za ich domniemaną rolę w hitlerowskim Holokauście.

Bennett nie był wówczas ministrem obrony, tylko edukacji, ale już wtedy stosunki zagraniczne traktował jak wojnę: rzucał symbolicznymi granatami gróźb i robił wybuchowe miny tak niechętne naszemu skołowanemu krajowi, że lepiej o nich zapomnieć. Dziś nikt już o nim w Polsce nie mówi, było-minęło, a tymczasem on mówi bez przerwy, tyle, że na tematy bardziej światowe.
Uśmiechnięty Bennett to jeden z przywódców młodej, ultranacjonalistycznej skrajnej prawicy religijnej, zawsze w politycznej parze z byłą minister sprawiedliwości w rządzie Natanjahu Ayelet Shaked z Żydowskiego Domu, tą, która w tegorocznych wyborach najdosłowniej reklamowała się „faszyzmem”. Naturalnie oboje wielu bardziej pasują do nazizmu niż faszyzmu, ale to tylko marginalny niuans: Bennett zyskał sławę i popularność innym oświadczeniem (z lipca 2013 r.): „Zabiłem wielu Arabów i nie mam z tym żadnego problemu.” To ono, tak szczere, wyniosło go na polityczne wyżyny, więc naturalnie kontynuował w tym guście. Np. groził Libanowi, że „odeśle go do średniowiecza”. Innych krajów, nawet niegraniczących z Izraelem, też nie oszczędzał.
U nas raczej nie, ale na Bliskim Wschodzie wszyscy nadstawili uszu, kiedy w ostatnim Maariv (drugi największy dziennik izraelski) z hukiem powrócił do tego stylu. Zapowiedział mianowicie, że jego kraj „zrobi Wietnam z Syrii”, przeciw obecności Irańczyków, że użyje „wszelkich środków”, żeby ich usunąć z tego kraju. Minister obrony Bennett ma na myśli oddziały irańskie, bez porównania mniejsze od syryjskiego wojska, czy Rosjan, które pomagają tam walczyć z dżihadystami z Al-Kaidy i Państwa Islamskiego (PI), gnieżdżącymi się teraz w północnej prowincji Idlib. Izraelczycy uważają po prostu, że Irańczycy nie lubią ich bardziej niż wszyscy napadnięci przez Izrael sąsiedzi i nawet okupowani Palestyńczycy.
Naturalnie minister Bennett nie powiedział jak ten przyszły „Wietnam” będzie konkretnie wyglądał. Ale Syria od dawna go w zasadzie przypomina, więc pierwsze komentarze były rodzajem zdziwienia dystrybucją ról. No bo tak: Amerykanami w Syrii nie byliby Amerykanie, którzy są sojusznikami Izraela w Syrii, lecz Irańczycy, a rolę zwycięskich Wietnamczyków grałby… kto? Jakieś tajne oddziały izraelskie, w stożkowatych kapeluszach non-la, skradające się w syryjskiej dżungli? Nie, bo tam jest głównie pustynia oraz armia syryjska – można w nią walić najwyżej z góry. Czyli kto? Nie mogą być to prawdziwi Amerykanie, gdyż są zainteresowani już tylko syryjską ropą, a poza tym i tak dużą dają, politycznie nie wypada. Czyli? No tak, ci, co od początku robią rodzaj generalnego wietnamu-kołomyi-tragedii w Syrii, czyli dżihadyści.
Izrael od początku syryjskiej wojny – tak samo jak dyktatury z naftowe z Zatoki oraz USA, Francja i Wielka Brytania z NATO – popierał aktywnie syryjską Al-Kaidę, a za jej pośrednictwem PI. Po prostu to oni mieli osiągnąć cel wojny, zmianę rządu w Syrii na saudyjsko-podobny, bardzo religijny a jednocześnie całkiem oddany i posłuszny. Ten cel, wymyślony przez Amerykanów i Brytyjczyków, był dla Izraela o wiele bardziej obojętny, niż się na ogół przyjmuje: już samo utrzymanie chaosu w Syrii jest dobre dla państwa żydowskiego, zdaniem jego przywódców, gdyż to trwale osłabia potencjalnego wroga. Pamiętajmy, że część Syrii Izrael zwyczajnie okupuje. W syryjskim scenariuszu Bennetta Syryjczycy więc nie istnieją.
Podsumujmy: minister Bennett dał rolę przegranych w Wietnamie Amerykanów Irańczykom, którzy najchętniej pomogliby Syryjczykom przegnać z Syrii dżihadystów, Amerykanów i Izraelczyków, a na Wietnamczyków wyznaczył starych, dobrych, międzynarodowych dżihadystów z Al-Kaidy, którzy podobnie jak PI, nic złego Izraelowi nie czynią, a teraz dostaną najwyżej skośnych oczu, gdy przyjdzie im walczyć z wrogami Izraela. Znowu więc pójdą broń i pieniądze na chaos i wojnę w Syrii, z wsparciem lotniczym w pakiecie.
Wyjaśnijmy, że chodzi o projekt, który pewnie wejdzie w życie. Rząd Netanjahu, którego prokuratura oskarża o poważne przestępstwa (ale nie zbrodnie wojenne) gra o przetrwanie, chce uniknąć trzecich wyborów w ciągu roku. Netanjahu, by zdobyć rządzącą koalicję, obiecał właśnie, że przeprowadzi aneksję części palestyńskich ziem okupowanych i będzie musiał to zrobić, bo dzięki temu jako premier z immunitetem nie pójdzie do więzienia, będzie dalej rządził. To są ostatnie jego karty, a do nich należą groźby Bennetta. Ta wielka gra o wolność Netanjahu toczy się kosztem innych wolności i życia innych ludzi, ale czyż sytuacja pojedynczych polityków tak samo nie wpływała na przedłużanie koszmarnej wojny w Wietnamie? Pomylona wizja Bennetta może się zrealizować.

Płoną palestyńskie auta

Ponad 160 palestyńskich samochodów zostało rozbitych lub uszkodzonych w czasie nocnej eskapady izraelskich kolonistów do palestyńskich dzielnic okupowanej wschodniej Jerozolimy. Dziś rano ludzie odkryli też na murach domów całą serię napisów w rodzaju „Arabowie – wrogowie”, „Goje precz z Izraela” itp. Według policji, sprawcami mieli być jacyś niezidentyfikowani Żydzi religijni, lecz na razie nie udało się jej nikogo złapać.

Stanowi to sporą nowość, bo do tej pory ekstremistyczni, rasistowscy koloniści działali raczej na wsi, na okupowanym Zachodnim Brzegu Jordanu, gdzie zwykle niszczą palestyńskie sady drzew oliwnych lub inne plantacje, odcinają elektryczność całym wsiom, albo wodę, jeśli nie zanieczyszczają jej fekaliami. To należy do codzienności izraelskiej okupacji Palestyny. Bywały też oczywiście akcje niszczenia samochodów (niszczeniem palestyńskich domów zajmuje się raczej armia), ale nikt nie pamięta tak dużej akcji w Jerozolimie.
Świadkowie mówią o trzyosobowych, uzbrojonych grupach zamaskowanych mężczyzn, które przecinały wszystkie opony, wybijały szyby lub podpalały pojazdy. Chodzi w sumie o typową akcję nazywaną przez skrajnych kolonistów „ceną do zapłacenia”, to jest zemstą za jakieś nieposłuszeństwo lub opór Palestyńczyków, tyle, że przeprowadzoną w nietypowy sposób. Nie wiadomo na razie za co mścili się izraelscy rasiści, więc Palestyńczycy uważają, że chodziło raczej o „uczczenie” przedwczorajszej obietnicy premiera Netanjahu – oficjalnego anektowania części palestyńskich ziem okupowanych.
Netanjahu powtórzył wczoraj głośno swój pomysł. Ma nadzieję, że w ten sposób uda mu się jednak stworzyć większościową koalicję rządzącą i uniknąć kolejnych, trzecich już przedterminowych wyborów. Zostały mu już tylko dwa dni, a owe trzecie wybory może całkiem przegrać i nawet pójść do więzienia, gdyż został oficjalnie oskarżony przez prokuraturę generalną o liczne przestępstwa. Argumentu wyborczego dostarczyli mu w listopadzie Amerykanie, jednostronnie uznając, że żydowska kolonizacja ziem okupowanych przez Izrael „nie jest niezgodna z prawem międzynarodowym”.

Izrael stłumi protesty boliwijskiej lewicy?

Lewicowy prezydent Boliwii Evo Morales, przeciw któremu 10 listopada USA zorganizowały zamach stanu, bez żadnych wątpliwości wygrał październikowe wybory prezydenckie w pierwszej turze: taki jest wynik badań i analiz statystycznych przeprowadzonych przez profesorów nauk statystycznych z USA oraz znanych naukowców i specjalistów z wielu innych krajów świata. To już trzecia niezależna kontrola, która jasno wskazuje, że to nie boliwijska administracja popełniła oszustwo wyborcze, tylko Stany Zjednoczone i Organizacja Państw Amerykańskich, które okłamywały świat od samego początku.

Przypomnijmy, co się stało: 21 października, już w dzień po głosowaniu w wyborach powszechnych, Waszyngton ogłosił, że liczenie głosów w Boliwii jest „zmanipulowane”, co było znakiem dla przekupionych wcześniej przez CIA dowódców armii i policji, by dokonać zamachu stanu, do którego doszło trzy tygodnie później. Tego samego dnia pod kłamstwem amerykańskiego departamentu stanu gołosłownie podpisała się Organizacja Państw Amerykańskich (OPA) struktura polityczną z siedzibą w Waszyngtonie – zespół latynoamerykańskich państw bezpośrednio podporządkowanych Stanom Zjednoczonym. Wówczas rząd boliwijski popełnił błąd: nie mając sobie nic do zarzucenia zaprosił kontrolerów OPA do zbadania prawidłowości liczenia głosów.
Podobnie jak w innych krajach Ameryki Południowej, boliwijskie prawo wyborcze przewiduje, że druga tura wyborów prezydenckich jest niepotrzebna, jeśli zajmujący pierwsze miejsce kandydat przekroczy 40 proc. głosów i ma 10 proc. przewagi nad kandydatem następnym, którym był neoliberał Carlos Mesa. Według oficjalnych wyników Evo Morales zdobył ponad 47 proc. głosów i miał 10,6 proc. przewagi nad Mesą. Kontrolerzy OPA spełnili oczywiście życzenie Waszyngtonu twierdząc bez żadnych dowodów, że przewaga Moralesa była mniejsza, co powinno dać drugą turę. Oszustwo OPA zostało kolejny raz ujawnione przez międzynarodowy zespół naukowców w brytyjskim The Guardian, (pełna lista sygnatariuszy wraz z ich tytułami jest tutaj), którzy domagają się od OPA przyznania się do swej haniebnej roli w organizacji zamachu stanu w Boliwii.
Tymczasem nielegalny rząd wybranej przez rząd USA dyktatorki Boliwii, „prezydentki” Jeanine Anez, która zaraz po dojściu do władzy nawiązała stosunki dyplomatyczne z Izraelem, zwrócił się oficjalnie do tego państwa o pomoc w tłumieniu protestów. „Minister spraw wewnętrznych” proamerykańskiej dyktatury Arturo Murillo przyznał Reutersowi, że do Boliwii przyjadą izraelskie oddziały specjalne, które mają pomóc „w walce z lewicowym terroryzmem”, tj. manifestacjami zwolenników wygnanego Evo Moralesa, protestującymi przeciw zamachowi stanu. „Zaprosiliśmy Izraelczyków, bo znają się na rzeczy” – mówił Murillo. Chodzi o oddziały morderców wyspecjalizowanych w tzw. pozaprawnych egzekucjach, mających wielkie doświadczenie w łamaniu palestyńskiego oporu przeciw okupacji.

Nie chce siedzieć

Kruchy rozejm po izraelskich atakach na Gazę nie trwał długo: izraelskie lotnictwo znów bombarduje Strefę, Jest już co najmniej kilkadziesiąt ofiar, w tym całe rodziny po stronie palestyńskiej i jedna osoba lekko ranna po izraelskiej, gdy ruch oporu ripostował wystrzeliwując swe niecelne „rakiety”. Premier Benjamin Netanjahu liczy, że napad na Gazę pozwoli mu zostać u władzy i uniknąć więzienia za przekupstwo i oszustwa.

Tym razem Izraelczycy postanowili celować również w Hamas, który rządzi w Gazie, gdyż w Izraelu rozległa się krytyka rywali Netanjahu, że bombardowania skupiają się na siłach PDI (Palestyńskiego Dżihadu Islamskiego), zamiast iść po całości. Przed samym rozejmem Izraelczycy zrównali z ziemią dom Rasmiego Abu Malhusa, razem z nim, dwiema kobietami i pięciorgiem dzieci. Twierdzili, że to dowódca PDI, co zdementowali Palestyńczycy. W końcu wojsko przyznało, że są „nieoczekiwane” ofiary śmiertelne wśród cywilów.
Napad na Gazę to sprytny ruch polityczny premiera Izraela, któremu nie udało się po wrześniowych wyborach sformować rządzącej koalicji. Miał to być sposób na zachowanie immunitetu i uniknięcie aresztowania jako oskarżonego w kilku sprawach. Jego ostatnia nadzieja to rząd „jedności narodowej”, w którym rządziłby na zmianę ze swoim politycznym konkurentem gen. Bennym Gantzem, który na zlecenie prezydenta próbuje teraz zmontować swoją, niezależną od Netanjahu koalicję rządzącą. Potrzeba do tego choćby częściowego udziału posłów palestyńskich Izraela, do czego Netanjahu nie ma zamiaru dopuścić: wojna usztywni postawy i Gantzowi nie powinno się udać. Wtedy Netanjahu uniknie więzienia, będzie „musiał” rządzić dalej.
W zamkniętej Strefie Gazy ponad połowa populacji nie ma pracy, 90 proc. sklepów zamknięto, bo jest blokada, a 96 proc. wody pitnej nie nadaje się do picia, z powodu zniszczonej kanalizacji – nawet bez bombardowań Strefa jest na krawędzi zapaści. Po ostatnim dużym napadzie na Strefę w 2014 r. (2250 zabitych cywilów, w tym ok. 500 dzieci) władze izraelskie obiecały ulgi w blokadzie, ale nigdy do nich nie doszło. W tym roku, od stycznia do września izraelskie wojsko 54 razy wtargnęło do Strefy, razem z nalotami.

Izrael wyrzuca szefa Human Rights Watch

Izraelski Sąd Najwyższy zatwierdził decyzję ministerstwa spraw wewnętrznych o deportacji Omara Shakira, Amerykanina i dyrektora Human Rights Watch (HRW) na Izrael i terytoria palestyńskie.

Szef organizacji obrony praw ludzkich był podejrzany o popieranie kampanii solidarności z Palestyną (BDS).
Shakir będzie miał trzy tygodnie na wyjazd, a jeśli nie wyjedzie, zostanie deportowany siłą. Izrael jest czwartym krajem świata, po Korei Północnej, Iranie i Egipcie, który nie chce HRW na swoim terenie, jak i na ziemiach, które Izrael siłą okupuje.
Władze izraelskie wyrzucają Omara Shakira na podstawie ustawy sprzed dwóch lat zezwalającej na deportacje cudzoziemców podejrzanych o popieranie BDS. „Cieszę się bardzo, że Sąd Najwyższy zatwierdził moją decyzję o nie przedłużeniu wizy Omara Shakira” – mówił po ogłoszeniu wyroku Arie Dery, szef ortodoksyjnej partii religijnej Sefaradów Wiernych Torze i minister spraw wewnętrznych. „Każdy, kto działa przeciw Izraelowi, musi wiedzieć, że nie pozwolimy mu tu przebywać ani pracować.” – podkreślił minister.
HRW odrzuca izraelskie zarzuty. Utrzymuje, że izraelska decyzja jest motywowana wyłącznie zamknięciem ust międzynarodowej organizacji obrony praw człowieka. Według izraelskiego reżimu apartheidu, kampania BDS jest antysemicka, czemu BDS zaprzecza.

Niepotrzebne wybory

Dwa publiczne pytania pojawiły się w dniu ogłoszenia ostatecznych wyników przedterminowych wyborów parlamentarnych: czy Netanjahu utrzyma głowę ponad wodą i czy należy deportować dawnych służących z dziećmi urodzonymi w Izraelu? Oba nie są nowe w kraju, gdzie religijne wtręty pojawiły się podręcznikach szkolnych – modlitwy o deszcz zaleca się jako poważny sposób wpływu na pogodę. Mimo wyników, na razie nikt nie ryzykuje prognozy politycznej – wrześniowe wybory dały właściwie to samo, co kwietniowe, po których Netanjahu nie był w stanie zbudować rządzącej koalicji. Ale odpowiedź na oba pytania brzmi „tak”.

Premier Izraela ma ten przywilej, że nie oficjalne oskarżenie, lecz dopiero skazanie, po wyczerpaniu wszystkich odwołań, może go zmusić do dymisji. To dałoby Benjaminowi Netanjahu parę lat spokoju, gdyby pozostał premierem. W którejś szufladzie czekają na niego kajdanki, w związku z licznymi aferami finansowo-politycznymi, o które obwinia go policja. Netanjahu jest więc bardzo zdeterminowany, by dalej rządzić.
O niego też wszystko się rozbija. Mecz między prawicami gen. Benny’ego Gantza (Niebieskobiali, od kolorów flagi państwowej) i Benjamina Netanjahu z Likudu – 33:32 w liczbie posłów – zakończył się właściwie remisem. Partie były konkurencyjne, ale są bliźniacze, nacjonalistyczne, więc naturalnie obie zaproponowały sobie utworzenie wspólnej koalicji, prosił o to też prezydent Rivlin. Takie proste wyjście zapewniłoby stabilny rząd. Ale Niebieskobiali chcą Likud bez Netanjahu, co stworzyło nieprzekraczalny problem.
Obie partie mogą stworzyć oddzielne koalicje, ale wtedy żadna nie zdobędzie 61 posłów, czyli większości w 120-miejscowym Knesecie. Netanjahu zbiera góra 55 posłów, a gen. Gantz 57, a i to tylko wtedy, gdy do jego ewentualnej koalicji dołączyć Palestyńczyków ze Zjednoczonej Listy Arabskiej (13 miejsc), czego nikt nie chce. Wśród wybranych z palestyńskiej listy są żydowscy komuniści i antysyjoniści.
Dwie koalicje
Obóz Demokratyczny to koalicja gen. Baraka, lewicowego Merecu i Zielonych. flash90
Póki co, możliwa koalicja Netanjahu składałaby się oprócz Likudu z posłów Yaminy („Na prawo”), która grupowała ekstremistyczne partie nacjonalistyczno-religijne, z takimi figurami jak Ayelet Shaked, która perfumowała się „faszyzmem”, czy Naftali Bennettem, który strofował Polskę za jej pamiętne pomysły ustawowe. Oboje to skrajna prawica, rasistowska i fanatycznie nacjonalistyczna. Do tego premier ma jeszcze do dyspozycji dwie religijne partie haredim: sefardyjskich i aszkenazyjskich ortodoksów (9 i 7 miejsc). To wszystko.
Generał Gantz był przez Netanjahu nazywany „nędznym lewakiem”, gdyż tolerowałby w koalicji malutką lewicę i izraelskich Palestyńczyków. Jego Niebieskobiali przytulili na razie resztkę Partii Pracy, dawnej lewicy syjonistycznej, która długo rządziła, a potem poszła na prawo, bliżej Netanjahu. Poza tym, z Gantzem pozostaje Obóz Demokratyczny, podobny do naszej koalicji wokół SLD: pod nijaką nazwą wymyśloną przez gen. Ehuda Baraka kryje się pięcioosobowa, parlamentarna ekipa żydowskiej lewicy, z Zandberg i Horowicem z dość radykalnego Merecu – są syjonistami, ale przeciw okupacji ziem palestyńskich. Za nimi są już tylko Palestyńczycy, z reguły antysyjoniści, którzy mogliby częściowo poprzeć generała, by obalić Netanjahu.
Laicki Izrael?
Awigdor Liberman, by szef resortu obrony w rządzie Netanjahu, przewodniczący partii, która uczyniłaby premierem gen. Gantza lub Netanjahu, gdyby zechciała wejść do którejś z tych koalicji, też wzywa do naturalnego połączenia Niebieskobiałych i Likudu, ale sam do nikogo dołączać nie chce. Nie może tolerować haredim i „mesjanistów”, jak nazywa ludzi wyborczej Yaminy, nienawidzi Netanjahu i nie wyobraża sobie, by w rządzącej koalicji byli jacyś goje, co go jednak do Netanjahu bardzo zbliża. Jest przekonanym antyklerykałem, zwolennikiem laicyzmu, którego upowszechnienie pozwoliłoby lepiej zgnieść opór Palestyńczyków. Jego zdaniem ortodoksi powinni służyć w wojsku, jak wszyscy. I „nigdy w życiu” nie zasiądzie w jednej ławie z Arabami, gdyż reżim apartheidu wydaje mu się naturalny.
Izraelscy zwolennicy laicyzmu nie są specjalnie mniej gorliwymi nacjonalistami niż mocno wierzący. Te niczego nie rozstrzygające wybory, w kilka miesięcy po poprzednich, zwracają jednak uwagę na coraz bardziej widoczne społeczne pęknięcie między świeckimi a praktykującymi. Minister edukacji wzywa do leczenia homoseksualistów metodą, którą sam przeszedł, a pobożny
Minister zdrowia nie podaje ręki zagranicznym ministrom, jeśli są płci żeńskiej. Liberman ich nie znosi, ale był z nimi w rządzie Netanjahu. Premier zawsze wita szefa Zjednoczonego Judaizmu Tory, tj. partii ortodoksyjnych aszkenazów (Żydów z naszych stron) rabina Jakowa Litzmana z największą rewerencją. To on został ministrem zdrowia.
Ofensywa pobożnych
Minister edukacji, rabin Rafi Peretz to z kolei szef Żydowskiego Domu, partii religijnej skrajnej prawicy, kolebki ultranacjonalistów Shaked i Bennetta, którzy założyli bardziej radykalną Nową Prawicę. To zresztą Bennett rozpoczął tę tendencję, był poprzednim ministrem edukacji. Peretz nie owija w bawełnę: „Każdy, kto studiował Biblię nie może mieć żadnych pytań na temat naszego prawa do Ziemi Izraela”. Albo: „Dawniej zamiast uniwersytetów były szkoły prorokowania. Dziś zrobiliśmy wielki krok naprzód w kierunku przywrócenia proroctw Erec Israel” – gratulował sobie, bo znowu zwiększył nauczanie religii w szkołach publicznych. Teraz jest jej trzy i pół razy więcej niż w średnio w Europie.
Za Netanjahu edukacja religijna jest dużo lepiej finansowana, niż świecka. No i te nastroje. W sierpniu stolica Tel-Awiw dostarczyła do swoich szkół książkę, gdzie matka z córką rozmawiają pedagogicznie o demokracji, gender, wyborach, decyzjach do podjęcia i przyszłych wyborach osobistych. Wtedy odezwała się Szoszana Nagar, inspektorka generalna szkolnictwa, i kazała szkołom natychmiast odesłać wszystkie te podręczniki, gdyż „są obrazą dla wizji świata religijnego syjonizmu, który pragnie pozostać w zgodzie z Torą, i dla ducha wychowania szkolnego.” Nie poszło o jakąś tęczę, lecz „skandaliczną” i „fałszywą” informację, że w szabat decyzja o podróżowaniu należy do obywatela, nie do państwa. Szoszana Nagar dostanie awans niezależnie od koalicji, bo siła religii rośnie.
Wyrzucić ich!
Minister edukacji ostrzega np., że Żydom grozi „nowa Zagłada”, gdyż w Stanach coraz częściej mieszają się z gojami. Przyszły holokaust jest zawsze obecny w kampaniach wyborczych i w wyobraźni polityków miewa najróżniejsze przyczyny. Kwestia zabronionego „mieszania krwi” w samym Izraelu pozostaje jednak ciągła: na czele ministerstwa spraw wewnętrznych stoi Arje Deri, szef Szasu, tj. partii sefardyjskich haredim, który tego nie odpuszcza. W czasie kampanii, przez całe lato kazał urządzać łapanki na Filipinki, z reguły służące i opiekunki starszych osób, które pozostały w Izraelu po wygaśnięciu wizy. Ich największą winą jest złamanie zakazu uprawiania seksu przez gojów pracujących w państwie żydowskim. Jeśli więc mają dzieci, podlegają automatycznej deportacji. Cała społeczność filipińska żyje w strachu.
Dla Szasu i innych religijnych nacjonalistów policyjna kampania deportacyjna to pewny argument wyborczy. Hałas robią jednak niektóre stowarzyszenia, jak United Children of Israel (UCI), które sprzeciwiają się deportacji dzieci, nie znających kraju pochodzenia swych rodziców i mówiących tylko po hebrajsku. „Naszym dzieciom lepiej w Izraelu. Nie mają krwi żydowskiej, ale są Izraelczykami” – przekonywała przewodnicząca UCI, Filipinka Beth Franco. Izraelczycy widzą to jednak inaczej.
Minister spraw wewnętrznych Arje Deri, 2018. twitter
Nagle do domów Filipinek zaczęła wyborczo wdzierać się policja, by przewozić je z dziećmi do aresztu na lotnisku w Tel-Awiwie i wysłać „do domu”, choćby pozostawały na miejscu od wielu lat. Uznano niebezpieczeństwo, że będą psuć żydowską krew, za determinujące. Zakaz zakochiwania się dla pracujących nie-żydów funkcjonuje za słabo, co grozi zabrudzeniem krwi, czyli w efekcie Holokaustem – rozumują nacjonaliści. Teraz rodziny „nielegalnych” służących ukrywają się, wychodzą tylko nocą. Niektórych ukrywają Izraelczycy, ale codzienne życie w strachu przed łapanką stało się dla nich koszmarem. Na dodatek wygląda na to, że Netanjahu będzie dalej rządził. Kurs religijny się nie zmieni.
Natanjahu do oporu
Wczoraj wieczorem prezydent podjął decyzję: misję sformowania koalicji i rządu powierzył Netanjahu, wszystko wraca więc do martwego punktu z kwietnia. Gen. Gantz ciągle odmawia rządzenia razem z nim, mimo zaproszenia. Netanjahu, który był premierem już w ubiegłym wieku, musi dosztukować do swej niepełnej koalicji część posłów Gantza lub przeciągnąć na swoją stronę Partię Pracy z centrystami, która w zasadzie nie ma nic przeciw, ale oczekuje propozycji. Może Liberman się jednak skusi. Osiągnięcie magicznej liczby 61 pozwoli premierowi uniknąć Arabów w koalicji rządzącej i więzienia.
W kwietniu nie udało mu się z koalicją, mimo takiej samej prezydenckiej nominacji, lecz myśl o trzecich wyborach parlamentarnych w tym roku jest przyjmowana raczej z niechęcią. Tym razem musi mu się udać. Prezydent sugerował rotację na stanowisku premiera, niech Gantz i Netanjahu się zmieniają, ale jeśli Gantz się uprze, a Netanjahu nie zdąży skleić koalicji, może wyznaczyć na premiera Gantza. I dopiero kiedy generałowi się nie uda, dojdzie do kolejnych wyborów. Nominacja dla Netanjahu przypadła na tydzień przed spodziewanym oficjalnym oskarżeniem go przez prokuratora generalnego. Trzyma więc głowę ponad wodą i może nawet z niej się otrząsnąć, by długo jeszcze rządzić Izraelem.