UE nie poszła na pasku

Kwestia irańska nie przestaje dzielić krajów Unii i Stanów Zjednoczonych. Podczas gdy Amerykanie i zaraz po nich Brytyjczycy orzekli, że to Iran jest winien ataku na dwa tankowce w zeszłym tygodniu, ministrowie spraw zagranicznych Unii zebrani w Luksemburgu przyjęli stanowisko wybrane przez ONZ: potrzebne jest najpierw śledztwo, potem wyrok.

W sprawie Iranu kraje Unii dały się nabrać amerykańskiej dyplomacji na początku tego roku: uznały mianowanego przez Waszyngton „prezydenta” Wenezueli, za co spodziewały się wyjątkowego zezwolenia na handel z Iranem, mimo amerykańskich sankcji nałożonych na ten kraj i na wszystkich, którzy zechcą z nim handlować. Bardzo szybko, już w lutym okazało się jednak, że USA nałożą sankcje również na kraje europejskie, gdyby chciały prowadzić wymianę z Iranem. Waszyngton jest niezadowolony, że kraje Unii próbowały ratować zerwane jednostronnie przez USA porozumienie atomowe z Teheranem, które tak nie podobało się Izraelowi.
Unia, wykiwana w kwestii Wenezueli, tym razem stanęła okoniem: amerykańsko-brytyjskie doniesienia, jakoby to Iran ostrzelał dwa tankowce, nie są jej zdaniem przekonujące. „Głównym zadaniem ministrów spraw zagranicznych jest uniknięcie wojny” – mówił szef luksemburskiej dyplomacji Jean Asselborn.
Niemiecki minister spraw zagranicznych Heiko Maas nadał ton zwracając uwagę, że na razie brak dowodów, że to Irańczycy zaatakowali tankowce: „Musimy być ostrożni, zbieramy informacje”. Wtórował mu austriacki minister Alexander Schallenberg: „Niebezpieczeństwo polega na tym, że chodzi o igranie z ogniem, a na koniec wszyscy będą przegrani.” Wyłowiony jakoby z wody irański paszport – w domyśle: zgubiony przez irańskiego terrorystę, który „przezornie” zabrał go ze sobą na akcję – europejskich dyplomatów nie przekonał do „jedynie słusznej” wersji ogłoszonej przez Waszyngton przy wtórze Londynu, Tel Awiwu i Rijadu.
Czwartkowy atak na tankowce do tej pory nie został wyjaśniony. Arabia Saudyjska i Izrael twierdzą, że to Iran, lecz ci amerykańscy sojusznicy od dawna prą do wojny przeciw Teheranowi.

Tel Awiw nie Moskwa?

Komisja wywiadu amerykańskiego Senatu postanowiła zająć się podejrzeniem udziału państwa żydowskiego w nielegalnym wpływie na wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych. Podobno człowiekiem, który dużo o tym wie, jest Walter Soriano, szef londyńskiej, prywatnej spółki bezpieczeństwa USG Security – zaproszony na rozmowę w Waszyngtonie. Raczej nie będzie z tego nic głośnego.

Do tej pory senatorzy nie interesowali się rolą Izraela w śledztwie na temat wyborczych ingerencji zagranicznych. Właściwie miałoby chodzić o prywatne izraelskie spółki informatyczno-wywiadowcze. W zeszłym miesiącu odkryto, kto prowadził skoordynowane dostarczanie dezinformacji podczas wyborów w kilku krajach afrykańskich: izraelska spółka Archimedes Group spod Tel-Awiwu. Niektóre prywatne izraelskie spółki bezpieczeństwa służą izraelskiemu rządowi. Senat USA chce przyjrzeć się „kwestiom technicznym”.
Na początku roku znany lewicowy intelektualista amerykański Noam Chomsky powiedział, że „izraelska ingerencja w amerykańskie wybory przekracza wszystko, co kiedykolwiek mogli zrobić Rosjanie”, lecz przewiduje się, że śledztwo nie pójdzie w tym kierunku. Izrael tymczasem pragnie pozbyć się negatywnego wizerunku na świecie poprzez masową rekrutację użytkowników internetu, którzy będą publicznie popierać rząd. W Europie i na innych kontynentach sympatia dla Palestyńczyków niebezpiecznie wzrosła, od kiedy Izrael odnosi – dzięki Trumpowi – sukcesy w sprawie Jerozolimy.
Water Soriano ma renomę specjalisty od wywiadu gospodarczego, nie politycznego. W jego spółce USG Security pracują byli oficerowie FBI i Mosadu. Wzywają ją zwykle miliarderzy, kiedy muszą się czegoś koniecznie dowiedzieć o konkurencji. Jej rola w polityce ma być wyświetlona po przesłuchaniu Soriano przez Senat.

Kneset do poprawki

Największa partia Likud, zwycięzca kwietniowych wyborów, nie doszła do porozumienia z ugrupowaniem Nasz Dom Izrael. Oznacza to kryzys parlamentarny nie znany
wcześniej w dziejach Izraela. Oznacza to poważne kłopoty dla Benjamina Netanjahu. A we wrześniu kolejne wybory.

Środa była ostatecznym terminem, do kiedy dotychczasowy premier Benjamin Netanjahu musiał sformować nową koalicję rządzącą i powołać nowy gabinet. Ponieważ do tego nie doszło, Kneset podjął bezprecedensową decyzję o samorozwiązaniu. Zapadła ona stosunkiem głosów 74 do 45. Następuje to po raz pierwszy w historii Izraela i to zaledwie 7 tygodni po ostatnich wyborach, do których również doszło w wyniku kryzysu rządowego. Kolejne zaplanowano na 17 września.
Partia premiera Likud, która w kwietniu zdobyła najwięcej mandatów do parlamentu, nie zdołała porozumieć się z kluczowym z potencjalnych koalicjantów, skrajnie prawicowym ugrupowaniem Nasz Dom Izrael, któremu przewodzi były minister obrony Awigdor Lieberman. Kością niezgody była nieustępliwość Liebermana w kwestii powszechnej służby wojskowej w Izraelu, która jego zdaniem musi obejmować również ultraortodoksyjnych wyznawców judaizmu, czyli w praktyce studentów szkół religijnych. Na ten pomysł od dawna nie godzą się mniejsze partie związane z ortodoksami, które miały wchodzić w skład nowej koalicji. Ponieważ dla skrajnej prawicy postępująca militaryzacja kraju i zaostrzenie represji wobec ludności Palestyńskiej są kluczowymi hasłami politycznymi, Nasz Dom Izrael nie wahał się doprowadzić do upadku rozmów koalicyjnych.
– To wprost nie do wiary – komentował Benjamin Netanjahu cytowany przez dziennik Haaretz. Premier nie szczędził krytyki Liebermanowi, który jego zdaniem „doprowadza do upadku prawicowe rządy tylko dlatego, że chce mieć kilka głosów więcej. I tak ich nie dostanie”.
Sformowanie nowego rządu było jak najbardziej w interesie samego Netanjahu, ponieważ deputowani jego partii planowali wprowadzić ustawę, która miała go chronić przed procesem sądowym w związku z zarzutami korupcji i oszustwa finansowego. Ma wyznaczony termin przesłuchania przedprocesowego wyznaczony na październik. Politycy Likudu zapowiedzieli, że nie dopuszczą, by Netanjahu stanął przed sądem, kiedy będzie pełnił funkcję premiera. Planują wprowadzenie nowego prawa, które będzie w praktyce ograniczało możliwość odebrania mu immunitetu przez Sąd Najwyższy. Realizacja tego zamiaru nie będzie jednak możliwa, dopóki Kneset nie zacznie prowadzić normalnej pracy. W tej sytuacji Netanjahu ma zdecydowanie mniejsze szanse na to, że mu się „upiecze”
Sam „Bibi” zapowiedział tymczasem, że Likud ponownie wygra jesienne wybory.
– Wygramy my i wygra społeczeństwo – oświadczył Benjamin Netanjahu.

Po incydencie

Fakt, że incydent w Tel Awiwie został upubliczniony i skomentowany przez najwyższe osobistości w państwie świadczy, że rządzące środowiska polityczne postanowiły zagrać „kartą żydowską” w przededniu wyborów – uważa Konferencja Ambasadorów RP. Publikujemy stanowisko polskich dyplomatów w sprawie incydentu z Markiem Magierowskim z roli głównej.

Krajowe media poinformowały o incydencie, którego ofiarą miał się stać ambasador RP w Izraelu Marek Magierowski. Wg dziennikarzy został zaatakowany przez mężczyznę przy wjeździe do budynku przedstawicielstwa w Tel Awiwie. Z opisów wynika, że obywatel izraelski zachował się agresywnie, uderzając ręką w karoserię samochodu, a następnie, w reakcji na widok fotografującego zdarzenie ambasadora (!), opluł szybę oficjalnego pojazdu. Swoje oburzenie wyrazili premier Mateusz Morawiecki i prezydent Andrzej Duda; ambasador Izraela w Warszawie została wezwana do MSZ. Tyle sytuacja.
Historia dyplomacji zna wiele takich, a nawet znacznie gwałtowniejszych zdarzeń. Niemal każdy pracownik dyplomatyczny pracujący za granicą, w tym także wielu ambasadorów, doświadczyło mniej lub bardziej agresywnych zachowań ze strony mieszkańców kraju urzędowania. Wielokrotnie zdarzało się, że agresja wywoływana była wrogością do kraju, który dyplomata reprezentował. Publiczna wiedza o tych przypadkach jest jednak znikoma. Wynika to z pragmatyki nakazującej przedkładanie relacji między dwoma państwami nad osobiste poczucie krzywdy czy urażonej godności dyplomaty.
Owszem, w wewnętrznych raportach przedstawicieli Polski pojawiają się skargi na fizyczną agresję, obrazę i brak uszanowania ze strony miejscowych władz czy obywateli. To zawsze była ciemna karta uprzywilejowanego – jak się powszechnie uważa – życia dyplomatów. Nigdy jednak informacje te nie przedostawały się do publicznej wiadomości, ponieważ zagrażałyby powodzeniu ważniejszych spraw, a jednocześnie pokazywały brak profesjonalizmu skarżącego się dyplomaty. Zasada jest prosta: jeśli nie doszło do jawnej przemocy skutkującej uszczerbkiem na zdrowiu poszkodowanego, wypadek stanowi jedynie element wewnętrznej analizy poziomu bezpieczeństwa dyplomatycznego.
Fakt, że incydent w Tel Awiwie został upubliczniony i skomentowany przez najwyższe osobistości w państwie świadczy, że rządzące środowiska polityczne postanowiły zagrać „kartą żydowską” w przededniu wyborów. Podjęto decyzje o podniesieniu incydentu do rangi konfliktu z państwem, które jeszcze niedawno uznawane było za przyjazne, sojusznicze, a nawet strategiczne dla interesów Polski. Kiedy głos zabierają głowa państwa i szef rządu, wydarzenie przybiera rozmiary konfliktu międzypaństwowego. W tym cynicznym rozumowaniu polska racja stanu nie ma znaczenia. Bezcenne jest utrzymanie władzy.
Jan Barcz
Iwo Byczewski
Maria Krzysztof Byrski
Mieczysław Cieniuch
Tadeusz Diem
Paweł Dobrowolski
Grzegorz Dziemidowicz
Urszula Gacek
Maciej Klimczak
Michał Klinger
Tomasz Knothe
Maciej Kozłowski
Andrzej Krzeczunowicz
Henryk Lipszyc
Piotr Łukasiewicz
Anna Niewiadomska
Jerzy Maria Nowak
Piotr Nowina-Konopka
Agnieszka Magdziak-Miszewska
Piotr Ogrodziński
Ryszard Schnepf
Grażyna Sikorska
Andrzej Towpik
Wojciech Tomaszewski
Jan Truszczyński

Bez Palestyny

Nie ma zaskoczenia: w propozycji izraelsko-palestyńskiego traktatu pokojowego, który USA nazywają „układem stulecia”, najprawdopodobniej nie będzie choćby słowa o państwie palestyńskim.

Pisze o tym „Washington Post”: powołując się na źródła, które znają treść obecnej, jeszcze nieprzedstawionej opinii publicznej wersji propozycji porozumienia. Ostateczna wersja układu ma zostać zaprezentowana jeszcze w tym roku. Jej głównym autorem jest Jared Kushner, zięć Donalda Trumpa, który odegrał m.in. ogromną rolę w przeniesieniu ambasady amerykańskiej z Tel Awiwu do Jerozolimy i uznania tego miasta za stolicę Izraela. Jerozolima Wschodnia, w myśl wcześniejszych międzynarodowych porozumień, miała być stolicą niepodległego państwa palestyńskiego. Już po tym geście USA obserwatorzy sytuacji na Bliskim Wschodzie przestali mieć złudzenia: Waszyngton przeforsuje jednoznacznie korzystne dla Izraela rozwiązania, w ogóle nie licząc się ze stroną palestyńską.
Informacje „Washington Post” wskazują, że w porozumieniu mają znaleźć się deklaracje działań na rzecz poprawy sytuacji Palestyńczyków, ale o ich własnym, niezależnym państwie mowy nie ma. Potwierdzają to komentarze Jareda Kushnera i innych urzędników administracji Trumpa, którzy już wcześniej w okrągłych słowach sugerowali, iż w nowym planie pokojowym „państwowość nie musi być warunkiem wyjściowym”. Zamiast tego ogromny nacisk kładzie się na bezpieczeństwo jednej strony – izraelskiej.
Co zamiast państwa mieliby dostać Palestyńczycy? Według „Washington Post” – w zamian za wyrzeczenie się marzeń o państwie zaoferuje im się… „szanse rozwoju gospodarczego”, w tym prace modernizacyjne w Strefie Gazy. W dodatku najprawdopodobniej miałyby je finansować zamożne państwa arabskie znad Zatoki Perskiej.
Analitycy zajmujący się Bliskim Wschodem nie dają Trumpowi praktycznie żadnych szans na rozwiązanie konfliktu palestyńskiego, przy jego jednostronnie proizraelskim podejściu. Prawdopodobna jest jedynie dalsza realizacja przez rząd w Tel Awiwie polityki faktów dokonanych, jak sugerowanej przez Beniamina Netanjahu aneksji obszarów zajmowanych przez nielegalne osiedla na Zachodnim Brzegu.

Netanjahu zostaje

Po policzeniu blisko 98 proc. głosów oddanych wczoraj w wyborach parlamentarnych nie ma wątpliwości, że premier Benjamin Netanjahu dalej będzie kierował izraelskim rządem. Centroprawicowa koalicja Niebieskobiałych z gen. Bennym Gantzem na czele zdobyła tyle samo miejsc w parlamencie, co Likud, partia Netanjahu, ale pozostaje zbyt osamotniona, by móc przejąć władzę. Przyszła koalicja rządowa będzie miała ultranacjonalistyczny i rasistowski profil polityczny, co zapewni trwanie apartheidu i nielegalnej okupacji ziem palestyńskich.

Oba czołowe ugrupowania – Likud i Niebieskobiali – zdobyły po 35 miejsc w 120 osobowym Knesecie, lecz to przyszła koalicja wokół Likudu zapewni sobie większość ok. 65 posłów, dzięki udziałowi partii religijnych i faszyzujących. Partia Nasz Dom Izrael byłego ministra obrony Awigdora Liebermana dostała się do parlamentu i już wybrała współrządzenie z Likudem, mimo że wcześniej rząd opuściła. Partie religijne – zarówno sefardyjska, jak i aszkenazyjska – zdobyły razem 16 miejsc, do tego dochodzą neonaziści z Unii Partii Prawicy i to wystarczy: większość Izraelczyków głosowała na skrajną prawicę.
Wzruszony i radosny premier Netanjahu ogłosił swe zwycięstwo na kilka godzin przed ogłoszeniem pierwszych rezultatów: ten wynik pozwoli mu pobić izraelski rekord długości premierowania, jeśli jego kłopoty z policją i oskarżeniami prokuratury o malwersacje finansowe, korupcję i oszustwa polityczne nie przerwą jego kolejnej kadencji. W czasie kampanii wyborczej Netanjahu forsował obraz polityka mającego świetne kontakty międzynarodowe, w czym pomogli mu prezydenci USA Donald Trump i Rosji Władimir Putin – przyjmując go z pompą przed samym głosowaniem.
Wśród partii syjonistycznych, lewica będzie reprezentowana tylko przez Merec Tamar Zandberg. Będzie mieć czterech posłów. Partie izraelskich Palestyńczyków – jedyne niesyjonistyczne ugrupowania w Knesecie – zdobyły razem 10 miejsc. Ich udział w pracach parlamentu pozostanie w zasadzie jedynie symboliczny. Palestyńczycy z terytoriów okupowanych i kolonizowanych przez Izrael oczywiście nie mieli prawa głosu.
Władze Autonomii Palestyńskiej, zarządzającej kilkoma kawałkami ziemi palestyńskiej o statusie bantustanów, są załamane wynikiem wyborów, gdyż oznaczają one ostateczne pożegnanie z wizją państwa palestyńskiego, usytuowanego obok żydowskiego. Premier Netanjahu, pewien bezwarunkowego poparcia Stanów Zjednoczonych, ogłosił zresztą zamiar nielegalnej aneksji ziem okupowanych.

Izrael głosował

Wtorek 9 kwietnia to dzień głosowania powszechnego w Izraelu i rozstrzygnięcia, jaka formacja polityczna będzie rządzić: skrajna prawica Beniamina Netanjahu czy centroprawica gen. Benny’ego Gantza.

O 120 miejsc w Knesecie ubiega się 46 ugrupowań, w większości prawicowych i nacjonalistycznych. Bez względu jednak na to kto wygra, kolonialny reżim apartheidu zostanie utrzymany. Gwałtowna kampania wyborcza w Izraelu zakończyła się „rzutem na taśmę” premiera Netanjahu, który podobnie jak cztery lata temu, w ostatniej chwili ogłosił, że jest gotów oficjalnie przyłączyć do Izraela kolonie żydowskie na okupowanych ziemiach palestyńskich (na Zachodnim Brzegu Jordanu). Wszystkie te kolonie są nielegalne według prawa międzynarodowego. Taki gest pogrzebałby ostatecznie wizję państwa palestyńskiego.
Według ostatnich sondaży, dwie główne siły polityczne – partia Likud premiera Netanjahu i koalicja Niebieskobiałych gen. Gantza – idą łeb w łeb. Obie będą mieć po ok. 30 posłów, czyli do większości (61 na 120) mają daleko i będą musiały połączyć się z innymi ugrupowaniami, by rządzić. Projekcje sondażowe wskazują, że łatwiej będzie skonstruować koalicję rządzącą Netanjahu, gdyż bez problemu akceptuje on partie rasistowskie i neonazistowskie. Podobnie jak one, Netanjahu nazywa syjonistyczną centroprawicę Niebieskobiałych (od kolorów flagi izraelskiej) „niebezpiecznymi lewakami”.
Gen. Gantz, który jej przewodzi, polemizował do ostatniej chwili: „To nie prawica jest w niebezpieczeństwie, tylko Netanjahu, to wszystko” – mówił w radiu. „Ten kraj potrzebuje zmiany” – podkreślał i zwracał uwagę na liczne afery korupcyjne i oszustwa polityczne, które mogą doprowadzić do upadku szefa Likudu.
Eksperci ostrzegają przed zbyt pośpiesznymi wnioskami z wyników sondaży. Duża część wyborców pozostaje niezdecydowana. Ponadto partie religijne, tradycyjni alianci Netanjahu, mogą tym razem nie przekroczyć progu wyborczego (3,25 proc.).
W wyborach brały też udział partie Palestyńczyków, którzy mimo Nakby pozostali w Izraelu i stanowią dziś ok. 18 proc. mniejszość. W Knesecie będą tradycyjnie izolowane. Na palestyńskich afiszach wyborczych wielokrotnie nieznani sprawcy dopisywali rasistowskie groźby.

Rocznica Powrotu

Mimo rzęsistego deszczu, dziesiątki tysięcy mieszkańców zamkniętej Strefy Gazy wzięły udział w rocznicowej manifestacji pod granicą z Izraelem, który rozlokował tam tysiące żołnierzy, dziesiątki snajperów, drony, czołgi i artylerię. Izraelczycy zabili co najmniej cztery osoby i ranili kilkaset.

Palestyńczycy z Gazy od roku manifestują przeciw blokadzie swej enklawy trwającej już ponad 10 lat i na rzecz prawa powrotu na swoją ziemię, z której zostali wygnani w wyniku Nakby – żydowskiej czystki etnicznej z 1948 r. W ciągu tego roku izraelskie wojsko zabiło blisko 270 osób, w tym kobiety i dzieci, i raniło kilkadziesiąt tysięcy. Tysiące ludzi zostało okaleczonych do końca życia.
Wczoraj większość manifestantów pozostawała poza zasięgiem snajperów, jednak małe grupki młodzieży podchodziły do bariery granicznej na odległość kilkudziesięciu metrów, by próbować rzucać kamieniami w izraelskich strzelców i zaraz się wycofać. Izraelczykom udało się jednak zastrzelić na miejscu trzech siedemnastolatków i jednego dwudziestolatka nie ponosząc żadnych strat.
Po manifestacji czołgi i artyleria otworzyły ogień w kierunku środkowej części enklawy i na wschód od miasta Gaza. Według izraelskiego wojska, była to riposta na pięć palestyńskich „rakiet” własnej roboty wystrzelonych w kierunku Izraela, z których żadna nie zdołała doń dolecieć.
ONZ i międzynarodowe organizacje praw człowieka oskarżają kolonialne państwo żydowskie o nieproporcjonalne użycie siły i zbrodnie wojenne w Strefie Gazy, podczas gdy Izrael twierdzi, że broni jedynie swej granicy.

Bóg, marihuana i apartheid

Czyli – wybory w Izraelu

„To nie twoje miejsce terrorysto!” – „Jesteś tylko rasistowskim śmieciem!”

– ten żywy dialog, tak dobrze wprowadzający w atmosferę izraelskich wyborów parlamentarnych, toczył się między Itamarem Ben Gvirem, kandydatem rasistowskiej partii Żydowska Siła a Palestyńczykiem Ata Abu Medeghemem, obywatelem Izraela kandydującym ze Zjednoczonej Listy Arabskiej. Na środku sali Sądu Najwyższego (SN) w Jerozolimie. Obaj zetknęli się nawet brzuchami i nosami, ale jakoś ich powstrzymano.
Kilka dni później, kiedy Sąd już wydał swe postanowienia, atmosfera na jego salach pozostała wroga. Sędziowie uchylili postanowienie centralnej komisji wyborczej dopuszczające do kandydowania szefa Żydowskiej Siły Michaela Ben Ariego. Ocalał co prawda krzykacz Ben Gvir, ale to komplikuje budowę przyszłej koalicji rządowej wokół dotychczasowego premiera Benjamina Netanjahu. Włączenie do niej żydowskich faszystów było jego pomysłem. „Mam za sobą 100 tys. wyborców, którym sędziowska junta chce zamknąć usta!” – deklarował mediom wściekły Ben Ari, zdyskwalifikowany za głoszenie rasizmu. Nacjonaliści chcą odsunięcia Sądu Najwyższego od interwencji w izraelską politykę.
Przewodniczący Knesetu Yuli Edelstein zwrócił uwagę na „inny poważny błąd Sądu”: dopuszczenie do wyborów Zjednoczonej Listy Arabskiej z Medeghemem i innymi. Sąd przywrócił też skreślonego przez komisję wyborczą prof. Ofera Cassifa, żydowskiego komunistę kandydującego z innej palestyńskiej listy (Hadasz). Według Edelsteina, w izraelskim Knesecie „nie ma miejsca dla antysyjonistów”.
Awigdor Lieberman, do niedawna minister obrony, który startuje ze swoją ultranacjonalistyczną partią Nasz Dom Izrael, nienawidzi Netanjahu. Ale koalicja z nim znowu wydaje się nieunikniona: „W nowym Knesecie złożę projekt ustawy, która nie dopuści do ingerencji SN w prace komisji wyborczej” – ogłosił. Inny dotychczasowy i potencjalny koalicjant premiera, nacjonalistka Ayelet Shaked ze skrajnej Nowej Prawicy, nakręciła spot wideo, w którym zapowiada „kontrolę nad SN” i perfumuje się „faszyzmem”. Jest przekonana, jak wielu jej wyborców, że Sąd stoi na drodze porządku w Izraelu. Goje nie mogą mieć tych samych praw, co żydowska większość.

120 miejsc Knesetu

W Izraelu obowiązuje integralnie proporcjonalny system wyborczy, więc 120-osobowy parlament dzieli kilkanaście partii. Bez tworzenia powyborczych koalicji nie ma rządzenia. Netanjahu dba o to przed wyborami: wie, że jeśli jego Likud zdobędzie powiedzmy 30 miejsc, trzeba będzie szukać większości „61” na prawo i prawo (na lewicy jej nie znajdzie).
Jego pomoc neonazistom z partii Żydowska Siła wydała się naturalna całej prawicy. Partię formują uczniowie żydowskiego ekstremisty z USA Meira Kahane, założyciela organizacji terrorystycznych i rasistowskiej partii Kach, ale dziś język kahanistów zbanalizował się. Funkcjonuje w wielu ugrupowaniach nacjonalistycznych, nie wyłączając najwyższych władz. 10 marca Netanjahu tłumaczył na Instagramie: „Izrael nie jest państwem wszystkich obywateli. Jest państwem narodowym obywateli żydowskich, tylko żydowskich”.
Ideologię jego Likudu określa się kurtuazyjnie jako „narodowy liberalizm”, ale gdyby ta partia funkcjonowała w Europie, byłaby zwykłą skrajną prawicą. Nacjonalizm dla Żydów, apartheid dla Palestyńczyków, bezprawny zabór i kolonizacja podbitych ziem, krwawe represje przeciw kontestacji tego porządku. Tę wizję Likud dzieli z wszystkimi innymi prawicowymi partiami nacjonalistycznymi w Knesecie, dlatego Netanjahu ma wielką szansę, by ponownie zostać premierem.
Obie partie ortodoksyjne (haredim) – Sefardyjscy Strażnicy Tory i aszkenazyjski Zjednoczony Judaizm Tory też dostarczą mu wsparcia w parlamencie, o ile przekroczą próg wyborczy 3,25 proc. O to jednak bije się większość ugrupowań. Do Knesetu kandyduje prawie pół setki partii, z czego próg może przekroczyć kilkanaście.

„Litzman mnie zabije!”

Te słowa premiera Netanjahu padły podczas jego ostatniej wizyty w Warszawie, gdy się dowiedział, że partie ortodoksyjne tym razem mogą mieć mniejsze poparcie niż zwykle. To zagraża planom koalicyjnym. Jaakow Litzman, szef Zjednoczonego Judaizmu Tory i jednocześnie wiceminister zdrowia (ministrem jest sam Netanjahu), został nakryty na fałszowaniu dokumentów.
Litzman czci dynastię chasydów z Góry Kalwarii. Jest bardzo pobożny i patriotyczny. Sprzeciwia się ekstradycji Izraelczyków-żydów do innych krajów, więc latami krył wystawianie fałszywych świadectw zdrowia sławnej w Izraelu Malki Leifer, by uniknęła rozpraw ekstradycyjnych. Ubiega się o nią Australia, bo nad Leifer ciążą 74 oskarżenia o gwałty i maltretowanie małych dziewczynek z żydowskiej, ortodoksyjnej szkoły w Melbourne, należącej do chasydów z Góry Kalwarii. Litzman chronił pedofilkę, chociaż dobierała się do dzieci jeszcze zanim wyjechała do Australii. Przy okazji wyszło, że robił przekręty finansowe. Wcześniej znano go szerzej jedynie z tego, że nie podawał ręki obcym ministrom zdrowia, jeśli były to kobiety. Był zawsze „wierny Torze”.
Mało tego, skandal wywołany filmem dokumentalnym Yolande Zauberman „M”, grozi pogłębieniem obaw premiera. Film mówi o wielkiej społeczności haredim z Bene Berak pod Tel-Awiwem, założonej przez polskich chasydów z Góry Kalwarii. Wynika z niego, że pedofilia jest wśród mieszkańców tolerowana i trwa od niepamiętnych czasów, jak rodzaj cichego obyczaju. Chodzi tu o zwykłych ojców rodzin, którzy gwałcą dzieci i wymieniają się nimi. Wyznania jednej z ofiar (i sprawców) są bardziej niż szokujące. Badania opinii dowodzą, że większość wyborców nie zwraca uwagi na liczne przekręty finansowe i oszustwa polityczne Netanjahu, o których mówi prokuratura, ale nieco inaczej jest z haredim – ich afery obyczajowe zaczynają niecierpliwić. Jeśli Netanjahu przegra, to z powodu seksu.

Przeciw lewakom

Wśród żydowskich partii szansę na wejście do Knesetu ma tylko jedno ugrupowanie lewicowe – Merec dowodzony przez Tamar Zandberg może zdobyć kilka miejsc. Merec to lewicowi syjoniści, a więc ich lewicowość jest ograniczona, ale to i tak lepiej, niż resztka Partii Pracy, która już dawno stała się czymś w rodzaju naszej PO. Ten brak lewicy nie przeszkadza Netanjahu nazywać pogardliwie swych głównych konkurentów „lewakami”, zapewne, by postawić wyraźniejsze granice. Ci „lewacy” to koalicja Niebieskobiałych (od kolorów flagi izraelskiej), utworzone w lutym ugrupowanie wyborcze pod wodzą gen. Benny’ego Gantza, byłego szefa izraelskich sił zbrojnych. Dziś to jedyny konkurent Netanjahu do stanowiska premiera. Różnica jest taka, że premier chwali się na wielkich bilbordach bliskością z Trumpem, a Gantz używa jego sloganu „Najpierw Izrael”.
Niebieskobiali, do których dołączyło dwóch innych b. dowódców izraelskiego wojska gen. Gabi Aszkenazi i gen. Mosze Yaalon, to narodowa centroprawica o dość niejasnym programie. Gantz obiecuje walczyć z korupcją i nie dopuszczać rasistów do rządu (co właśnie zapewniło mu nazwę „lewaka”), ale poza tym rwie się do wojny z Iranem i zapowiada „żelazną rękę” wobec Palestyńczyków. Wypuścił nawet spot wyborczy, w którym zapowiada, że spacyfikuje Gazę za pomocą rakiet i tzw. pozaprawnych egzekucji.
W tej kwestii Netanjahu łatwo go jednak prześcignął nakazując prawdziwe, „wyborcze” bombardowanie zamkniętej Strefy Gazy, które dostarcza dużo bardziej spektakularnych zdjęć i ma świadczyć o większym patriotyzmie i zdecydowaniu premiera.

Palestyński blues, żydowska maryśka

Palestyńscy obywatele państwa żydowskiego (18 proc. ogółu) zdobywają zwykle 10-15 miejsc w Knesecie. W tym roku, dzięki SN, próba eliminacji jednej z dwóch list arabskich się nie powiodła, ale generalnie i tak ta reprezentacja nie ma wpływu na politykę izraelską, służąc raczej fałszywemu twierdzeniu o demokracji w tym kraju. Jak pisał kiedyś sławny dziennikarz Haarec Gideon Levy, „Kneset jest jak autobus, w którym palestyńscy i żydowscy pasażerowie jadą rozdzieleni przestrzenią apartheidu: Arabowie od początku byli zdyskwalifikowani”. Z jednej strony budzi to wśród nich chęć bojkotowania wyborów, z drugiej zapewnia tej mniejszości jakiekolwiek istnienie polityczne.
Mogą tylko obserwować dziwactwa izraelskiego życia politycznego, jak jedyną właściwie nową partię, która ma szanse na pokonanie progu: ugrupowanie Mosze Feiglina deklarujące legalizację marihuany. Wbrew pozorom, nie ma ono nic wspólnego z „Peace and love” – trawka tak, ale partia o nazwie Tożsamość jest zawziętym wrogiem idei państwa palestyńskiego, popiera budowę Trzeciej Świątyni w Jerozolimie, jest za całkowitym zakazem udziału gojów w izraelskiej polityce i za pogłębieniem apartheidu poprzez odebranie kolejnych praw Palestyńczykom tak, by sami wyjechali z kraju. Oczywiście, jak reszta skrajnej prawicy, chce ograniczyć kompetencje Sądu Najwyższego.
Wygląda na to, że to właśnie Feiglin i jego Tożsamość mogą zdecydować o przyszłym rządzie, poprzez wybór, do kogo zechcą dołączyć. Netanjahu już obiecał, że zalegalizuje trawkę, ale i Niebieskobiali są na to otwarci. Ci ostatni prowadzą w sondażach, ale Likud ma większe możliwości stworzenia większościowej koalicji, choćby łączyła ultranacjonalizm z religią i marihuaną. W każdym razie, nawet gdyby po wyborach z 9 kwietnia to Gantz został premierem, nie należy oczekiwać jakiejś radykalnej zmiany w postępowaniu Izraela.