Bez Palestyny

Nie ma zaskoczenia: w propozycji izraelsko-palestyńskiego traktatu pokojowego, który USA nazywają „układem stulecia”, najprawdopodobniej nie będzie choćby słowa o państwie palestyńskim.

Pisze o tym „Washington Post”: powołując się na źródła, które znają treść obecnej, jeszcze nieprzedstawionej opinii publicznej wersji propozycji porozumienia. Ostateczna wersja układu ma zostać zaprezentowana jeszcze w tym roku. Jej głównym autorem jest Jared Kushner, zięć Donalda Trumpa, który odegrał m.in. ogromną rolę w przeniesieniu ambasady amerykańskiej z Tel Awiwu do Jerozolimy i uznania tego miasta za stolicę Izraela. Jerozolima Wschodnia, w myśl wcześniejszych międzynarodowych porozumień, miała być stolicą niepodległego państwa palestyńskiego. Już po tym geście USA obserwatorzy sytuacji na Bliskim Wschodzie przestali mieć złudzenia: Waszyngton przeforsuje jednoznacznie korzystne dla Izraela rozwiązania, w ogóle nie licząc się ze stroną palestyńską.
Informacje „Washington Post” wskazują, że w porozumieniu mają znaleźć się deklaracje działań na rzecz poprawy sytuacji Palestyńczyków, ale o ich własnym, niezależnym państwie mowy nie ma. Potwierdzają to komentarze Jareda Kushnera i innych urzędników administracji Trumpa, którzy już wcześniej w okrągłych słowach sugerowali, iż w nowym planie pokojowym „państwowość nie musi być warunkiem wyjściowym”. Zamiast tego ogromny nacisk kładzie się na bezpieczeństwo jednej strony – izraelskiej.
Co zamiast państwa mieliby dostać Palestyńczycy? Według „Washington Post” – w zamian za wyrzeczenie się marzeń o państwie zaoferuje im się… „szanse rozwoju gospodarczego”, w tym prace modernizacyjne w Strefie Gazy. W dodatku najprawdopodobniej miałyby je finansować zamożne państwa arabskie znad Zatoki Perskiej.
Analitycy zajmujący się Bliskim Wschodem nie dają Trumpowi praktycznie żadnych szans na rozwiązanie konfliktu palestyńskiego, przy jego jednostronnie proizraelskim podejściu. Prawdopodobna jest jedynie dalsza realizacja przez rząd w Tel Awiwie polityki faktów dokonanych, jak sugerowanej przez Beniamina Netanjahu aneksji obszarów zajmowanych przez nielegalne osiedla na Zachodnim Brzegu.

Netanjahu zostaje

Po policzeniu blisko 98 proc. głosów oddanych wczoraj w wyborach parlamentarnych nie ma wątpliwości, że premier Benjamin Netanjahu dalej będzie kierował izraelskim rządem. Centroprawicowa koalicja Niebieskobiałych z gen. Bennym Gantzem na czele zdobyła tyle samo miejsc w parlamencie, co Likud, partia Netanjahu, ale pozostaje zbyt osamotniona, by móc przejąć władzę. Przyszła koalicja rządowa będzie miała ultranacjonalistyczny i rasistowski profil polityczny, co zapewni trwanie apartheidu i nielegalnej okupacji ziem palestyńskich.

Oba czołowe ugrupowania – Likud i Niebieskobiali – zdobyły po 35 miejsc w 120 osobowym Knesecie, lecz to przyszła koalicja wokół Likudu zapewni sobie większość ok. 65 posłów, dzięki udziałowi partii religijnych i faszyzujących. Partia Nasz Dom Izrael byłego ministra obrony Awigdora Liebermana dostała się do parlamentu i już wybrała współrządzenie z Likudem, mimo że wcześniej rząd opuściła. Partie religijne – zarówno sefardyjska, jak i aszkenazyjska – zdobyły razem 16 miejsc, do tego dochodzą neonaziści z Unii Partii Prawicy i to wystarczy: większość Izraelczyków głosowała na skrajną prawicę.
Wzruszony i radosny premier Netanjahu ogłosił swe zwycięstwo na kilka godzin przed ogłoszeniem pierwszych rezultatów: ten wynik pozwoli mu pobić izraelski rekord długości premierowania, jeśli jego kłopoty z policją i oskarżeniami prokuratury o malwersacje finansowe, korupcję i oszustwa polityczne nie przerwą jego kolejnej kadencji. W czasie kampanii wyborczej Netanjahu forsował obraz polityka mającego świetne kontakty międzynarodowe, w czym pomogli mu prezydenci USA Donald Trump i Rosji Władimir Putin – przyjmując go z pompą przed samym głosowaniem.
Wśród partii syjonistycznych, lewica będzie reprezentowana tylko przez Merec Tamar Zandberg. Będzie mieć czterech posłów. Partie izraelskich Palestyńczyków – jedyne niesyjonistyczne ugrupowania w Knesecie – zdobyły razem 10 miejsc. Ich udział w pracach parlamentu pozostanie w zasadzie jedynie symboliczny. Palestyńczycy z terytoriów okupowanych i kolonizowanych przez Izrael oczywiście nie mieli prawa głosu.
Władze Autonomii Palestyńskiej, zarządzającej kilkoma kawałkami ziemi palestyńskiej o statusie bantustanów, są załamane wynikiem wyborów, gdyż oznaczają one ostateczne pożegnanie z wizją państwa palestyńskiego, usytuowanego obok żydowskiego. Premier Netanjahu, pewien bezwarunkowego poparcia Stanów Zjednoczonych, ogłosił zresztą zamiar nielegalnej aneksji ziem okupowanych.

Izrael głosował

Wtorek 9 kwietnia to dzień głosowania powszechnego w Izraelu i rozstrzygnięcia, jaka formacja polityczna będzie rządzić: skrajna prawica Beniamina Netanjahu czy centroprawica gen. Benny’ego Gantza.

O 120 miejsc w Knesecie ubiega się 46 ugrupowań, w większości prawicowych i nacjonalistycznych. Bez względu jednak na to kto wygra, kolonialny reżim apartheidu zostanie utrzymany. Gwałtowna kampania wyborcza w Izraelu zakończyła się „rzutem na taśmę” premiera Netanjahu, który podobnie jak cztery lata temu, w ostatniej chwili ogłosił, że jest gotów oficjalnie przyłączyć do Izraela kolonie żydowskie na okupowanych ziemiach palestyńskich (na Zachodnim Brzegu Jordanu). Wszystkie te kolonie są nielegalne według prawa międzynarodowego. Taki gest pogrzebałby ostatecznie wizję państwa palestyńskiego.
Według ostatnich sondaży, dwie główne siły polityczne – partia Likud premiera Netanjahu i koalicja Niebieskobiałych gen. Gantza – idą łeb w łeb. Obie będą mieć po ok. 30 posłów, czyli do większości (61 na 120) mają daleko i będą musiały połączyć się z innymi ugrupowaniami, by rządzić. Projekcje sondażowe wskazują, że łatwiej będzie skonstruować koalicję rządzącą Netanjahu, gdyż bez problemu akceptuje on partie rasistowskie i neonazistowskie. Podobnie jak one, Netanjahu nazywa syjonistyczną centroprawicę Niebieskobiałych (od kolorów flagi izraelskiej) „niebezpiecznymi lewakami”.
Gen. Gantz, który jej przewodzi, polemizował do ostatniej chwili: „To nie prawica jest w niebezpieczeństwie, tylko Netanjahu, to wszystko” – mówił w radiu. „Ten kraj potrzebuje zmiany” – podkreślał i zwracał uwagę na liczne afery korupcyjne i oszustwa polityczne, które mogą doprowadzić do upadku szefa Likudu.
Eksperci ostrzegają przed zbyt pośpiesznymi wnioskami z wyników sondaży. Duża część wyborców pozostaje niezdecydowana. Ponadto partie religijne, tradycyjni alianci Netanjahu, mogą tym razem nie przekroczyć progu wyborczego (3,25 proc.).
W wyborach brały też udział partie Palestyńczyków, którzy mimo Nakby pozostali w Izraelu i stanowią dziś ok. 18 proc. mniejszość. W Knesecie będą tradycyjnie izolowane. Na palestyńskich afiszach wyborczych wielokrotnie nieznani sprawcy dopisywali rasistowskie groźby.

Rocznica Powrotu

Mimo rzęsistego deszczu, dziesiątki tysięcy mieszkańców zamkniętej Strefy Gazy wzięły udział w rocznicowej manifestacji pod granicą z Izraelem, który rozlokował tam tysiące żołnierzy, dziesiątki snajperów, drony, czołgi i artylerię. Izraelczycy zabili co najmniej cztery osoby i ranili kilkaset.

Palestyńczycy z Gazy od roku manifestują przeciw blokadzie swej enklawy trwającej już ponad 10 lat i na rzecz prawa powrotu na swoją ziemię, z której zostali wygnani w wyniku Nakby – żydowskiej czystki etnicznej z 1948 r. W ciągu tego roku izraelskie wojsko zabiło blisko 270 osób, w tym kobiety i dzieci, i raniło kilkadziesiąt tysięcy. Tysiące ludzi zostało okaleczonych do końca życia.
Wczoraj większość manifestantów pozostawała poza zasięgiem snajperów, jednak małe grupki młodzieży podchodziły do bariery granicznej na odległość kilkudziesięciu metrów, by próbować rzucać kamieniami w izraelskich strzelców i zaraz się wycofać. Izraelczykom udało się jednak zastrzelić na miejscu trzech siedemnastolatków i jednego dwudziestolatka nie ponosząc żadnych strat.
Po manifestacji czołgi i artyleria otworzyły ogień w kierunku środkowej części enklawy i na wschód od miasta Gaza. Według izraelskiego wojska, była to riposta na pięć palestyńskich „rakiet” własnej roboty wystrzelonych w kierunku Izraela, z których żadna nie zdołała doń dolecieć.
ONZ i międzynarodowe organizacje praw człowieka oskarżają kolonialne państwo żydowskie o nieproporcjonalne użycie siły i zbrodnie wojenne w Strefie Gazy, podczas gdy Izrael twierdzi, że broni jedynie swej granicy.

Bóg, marihuana i apartheid

Czyli – wybory w Izraelu

„To nie twoje miejsce terrorysto!” – „Jesteś tylko rasistowskim śmieciem!”

– ten żywy dialog, tak dobrze wprowadzający w atmosferę izraelskich wyborów parlamentarnych, toczył się między Itamarem Ben Gvirem, kandydatem rasistowskiej partii Żydowska Siła a Palestyńczykiem Ata Abu Medeghemem, obywatelem Izraela kandydującym ze Zjednoczonej Listy Arabskiej. Na środku sali Sądu Najwyższego (SN) w Jerozolimie. Obaj zetknęli się nawet brzuchami i nosami, ale jakoś ich powstrzymano.
Kilka dni później, kiedy Sąd już wydał swe postanowienia, atmosfera na jego salach pozostała wroga. Sędziowie uchylili postanowienie centralnej komisji wyborczej dopuszczające do kandydowania szefa Żydowskiej Siły Michaela Ben Ariego. Ocalał co prawda krzykacz Ben Gvir, ale to komplikuje budowę przyszłej koalicji rządowej wokół dotychczasowego premiera Benjamina Netanjahu. Włączenie do niej żydowskich faszystów było jego pomysłem. „Mam za sobą 100 tys. wyborców, którym sędziowska junta chce zamknąć usta!” – deklarował mediom wściekły Ben Ari, zdyskwalifikowany za głoszenie rasizmu. Nacjonaliści chcą odsunięcia Sądu Najwyższego od interwencji w izraelską politykę.
Przewodniczący Knesetu Yuli Edelstein zwrócił uwagę na „inny poważny błąd Sądu”: dopuszczenie do wyborów Zjednoczonej Listy Arabskiej z Medeghemem i innymi. Sąd przywrócił też skreślonego przez komisję wyborczą prof. Ofera Cassifa, żydowskiego komunistę kandydującego z innej palestyńskiej listy (Hadasz). Według Edelsteina, w izraelskim Knesecie „nie ma miejsca dla antysyjonistów”.
Awigdor Lieberman, do niedawna minister obrony, który startuje ze swoją ultranacjonalistyczną partią Nasz Dom Izrael, nienawidzi Netanjahu. Ale koalicja z nim znowu wydaje się nieunikniona: „W nowym Knesecie złożę projekt ustawy, która nie dopuści do ingerencji SN w prace komisji wyborczej” – ogłosił. Inny dotychczasowy i potencjalny koalicjant premiera, nacjonalistka Ayelet Shaked ze skrajnej Nowej Prawicy, nakręciła spot wideo, w którym zapowiada „kontrolę nad SN” i perfumuje się „faszyzmem”. Jest przekonana, jak wielu jej wyborców, że Sąd stoi na drodze porządku w Izraelu. Goje nie mogą mieć tych samych praw, co żydowska większość.

120 miejsc Knesetu

W Izraelu obowiązuje integralnie proporcjonalny system wyborczy, więc 120-osobowy parlament dzieli kilkanaście partii. Bez tworzenia powyborczych koalicji nie ma rządzenia. Netanjahu dba o to przed wyborami: wie, że jeśli jego Likud zdobędzie powiedzmy 30 miejsc, trzeba będzie szukać większości „61” na prawo i prawo (na lewicy jej nie znajdzie).
Jego pomoc neonazistom z partii Żydowska Siła wydała się naturalna całej prawicy. Partię formują uczniowie żydowskiego ekstremisty z USA Meira Kahane, założyciela organizacji terrorystycznych i rasistowskiej partii Kach, ale dziś język kahanistów zbanalizował się. Funkcjonuje w wielu ugrupowaniach nacjonalistycznych, nie wyłączając najwyższych władz. 10 marca Netanjahu tłumaczył na Instagramie: „Izrael nie jest państwem wszystkich obywateli. Jest państwem narodowym obywateli żydowskich, tylko żydowskich”.
Ideologię jego Likudu określa się kurtuazyjnie jako „narodowy liberalizm”, ale gdyby ta partia funkcjonowała w Europie, byłaby zwykłą skrajną prawicą. Nacjonalizm dla Żydów, apartheid dla Palestyńczyków, bezprawny zabór i kolonizacja podbitych ziem, krwawe represje przeciw kontestacji tego porządku. Tę wizję Likud dzieli z wszystkimi innymi prawicowymi partiami nacjonalistycznymi w Knesecie, dlatego Netanjahu ma wielką szansę, by ponownie zostać premierem.
Obie partie ortodoksyjne (haredim) – Sefardyjscy Strażnicy Tory i aszkenazyjski Zjednoczony Judaizm Tory też dostarczą mu wsparcia w parlamencie, o ile przekroczą próg wyborczy 3,25 proc. O to jednak bije się większość ugrupowań. Do Knesetu kandyduje prawie pół setki partii, z czego próg może przekroczyć kilkanaście.

„Litzman mnie zabije!”

Te słowa premiera Netanjahu padły podczas jego ostatniej wizyty w Warszawie, gdy się dowiedział, że partie ortodoksyjne tym razem mogą mieć mniejsze poparcie niż zwykle. To zagraża planom koalicyjnym. Jaakow Litzman, szef Zjednoczonego Judaizmu Tory i jednocześnie wiceminister zdrowia (ministrem jest sam Netanjahu), został nakryty na fałszowaniu dokumentów.
Litzman czci dynastię chasydów z Góry Kalwarii. Jest bardzo pobożny i patriotyczny. Sprzeciwia się ekstradycji Izraelczyków-żydów do innych krajów, więc latami krył wystawianie fałszywych świadectw zdrowia sławnej w Izraelu Malki Leifer, by uniknęła rozpraw ekstradycyjnych. Ubiega się o nią Australia, bo nad Leifer ciążą 74 oskarżenia o gwałty i maltretowanie małych dziewczynek z żydowskiej, ortodoksyjnej szkoły w Melbourne, należącej do chasydów z Góry Kalwarii. Litzman chronił pedofilkę, chociaż dobierała się do dzieci jeszcze zanim wyjechała do Australii. Przy okazji wyszło, że robił przekręty finansowe. Wcześniej znano go szerzej jedynie z tego, że nie podawał ręki obcym ministrom zdrowia, jeśli były to kobiety. Był zawsze „wierny Torze”.
Mało tego, skandal wywołany filmem dokumentalnym Yolande Zauberman „M”, grozi pogłębieniem obaw premiera. Film mówi o wielkiej społeczności haredim z Bene Berak pod Tel-Awiwem, założonej przez polskich chasydów z Góry Kalwarii. Wynika z niego, że pedofilia jest wśród mieszkańców tolerowana i trwa od niepamiętnych czasów, jak rodzaj cichego obyczaju. Chodzi tu o zwykłych ojców rodzin, którzy gwałcą dzieci i wymieniają się nimi. Wyznania jednej z ofiar (i sprawców) są bardziej niż szokujące. Badania opinii dowodzą, że większość wyborców nie zwraca uwagi na liczne przekręty finansowe i oszustwa polityczne Netanjahu, o których mówi prokuratura, ale nieco inaczej jest z haredim – ich afery obyczajowe zaczynają niecierpliwić. Jeśli Netanjahu przegra, to z powodu seksu.

Przeciw lewakom

Wśród żydowskich partii szansę na wejście do Knesetu ma tylko jedno ugrupowanie lewicowe – Merec dowodzony przez Tamar Zandberg może zdobyć kilka miejsc. Merec to lewicowi syjoniści, a więc ich lewicowość jest ograniczona, ale to i tak lepiej, niż resztka Partii Pracy, która już dawno stała się czymś w rodzaju naszej PO. Ten brak lewicy nie przeszkadza Netanjahu nazywać pogardliwie swych głównych konkurentów „lewakami”, zapewne, by postawić wyraźniejsze granice. Ci „lewacy” to koalicja Niebieskobiałych (od kolorów flagi izraelskiej), utworzone w lutym ugrupowanie wyborcze pod wodzą gen. Benny’ego Gantza, byłego szefa izraelskich sił zbrojnych. Dziś to jedyny konkurent Netanjahu do stanowiska premiera. Różnica jest taka, że premier chwali się na wielkich bilbordach bliskością z Trumpem, a Gantz używa jego sloganu „Najpierw Izrael”.
Niebieskobiali, do których dołączyło dwóch innych b. dowódców izraelskiego wojska gen. Gabi Aszkenazi i gen. Mosze Yaalon, to narodowa centroprawica o dość niejasnym programie. Gantz obiecuje walczyć z korupcją i nie dopuszczać rasistów do rządu (co właśnie zapewniło mu nazwę „lewaka”), ale poza tym rwie się do wojny z Iranem i zapowiada „żelazną rękę” wobec Palestyńczyków. Wypuścił nawet spot wyborczy, w którym zapowiada, że spacyfikuje Gazę za pomocą rakiet i tzw. pozaprawnych egzekucji.
W tej kwestii Netanjahu łatwo go jednak prześcignął nakazując prawdziwe, „wyborcze” bombardowanie zamkniętej Strefy Gazy, które dostarcza dużo bardziej spektakularnych zdjęć i ma świadczyć o większym patriotyzmie i zdecydowaniu premiera.

Palestyński blues, żydowska maryśka

Palestyńscy obywatele państwa żydowskiego (18 proc. ogółu) zdobywają zwykle 10-15 miejsc w Knesecie. W tym roku, dzięki SN, próba eliminacji jednej z dwóch list arabskich się nie powiodła, ale generalnie i tak ta reprezentacja nie ma wpływu na politykę izraelską, służąc raczej fałszywemu twierdzeniu o demokracji w tym kraju. Jak pisał kiedyś sławny dziennikarz Haarec Gideon Levy, „Kneset jest jak autobus, w którym palestyńscy i żydowscy pasażerowie jadą rozdzieleni przestrzenią apartheidu: Arabowie od początku byli zdyskwalifikowani”. Z jednej strony budzi to wśród nich chęć bojkotowania wyborów, z drugiej zapewnia tej mniejszości jakiekolwiek istnienie polityczne.
Mogą tylko obserwować dziwactwa izraelskiego życia politycznego, jak jedyną właściwie nową partię, która ma szanse na pokonanie progu: ugrupowanie Mosze Feiglina deklarujące legalizację marihuany. Wbrew pozorom, nie ma ono nic wspólnego z „Peace and love” – trawka tak, ale partia o nazwie Tożsamość jest zawziętym wrogiem idei państwa palestyńskiego, popiera budowę Trzeciej Świątyni w Jerozolimie, jest za całkowitym zakazem udziału gojów w izraelskiej polityce i za pogłębieniem apartheidu poprzez odebranie kolejnych praw Palestyńczykom tak, by sami wyjechali z kraju. Oczywiście, jak reszta skrajnej prawicy, chce ograniczyć kompetencje Sądu Najwyższego.
Wygląda na to, że to właśnie Feiglin i jego Tożsamość mogą zdecydować o przyszłym rządzie, poprzez wybór, do kogo zechcą dołączyć. Netanjahu już obiecał, że zalegalizuje trawkę, ale i Niebieskobiali są na to otwarci. Ci ostatni prowadzą w sondażach, ale Likud ma większe możliwości stworzenia większościowej koalicji, choćby łączyła ultranacjonalizm z religią i marihuaną. W każdym razie, nawet gdyby po wyborach z 9 kwietnia to Gantz został premierem, nie należy oczekiwać jakiejś radykalnej zmiany w postępowaniu Izraela.

Trump dalej miesza

To kolejna, po uznaniu Jerozolimy za stolicę Izraela, decyzja amerykańskiego prezydenta, która podnosi temperaturę sporu na Bliskim Wschodzie. Trump uznał suwerenność Izraela nad Wzgórzami Golan, które ONZ niezmiennie od 1967 roku uważa za terytoria okupowane.

Wzrastającą temperaturę mierzyć będą kolejne ofiary po stronie krajów arabskich, ale też po stronie izraelskiej, która ma wszelkie szanse stać się obiektem wzmożonych ataków zarówno ze strony organizacji palestyńskich walczących z okupacją, jak i zwykłych aktów terroru i agresji.
Uznanie wzgórz Golan za terytoria okupowane to nie tylko pusty gest społeczności międzynarodowej, bo termin ten oznacza prawa ludności okupowanej i obowiązki strony okupującej. Reguluje to Konwencja Haska IV z 1907 roku.
Wzgórza Golan zostały zajęte przez Izrael po wojnie 1967 roku. W 1981 roku izraelski parlament, Kneset, uznał wbrew prawu międzynarodowemu, że terytorium to będzie wcielone do państwa Izrael. Rada Bezpieczeństwa ONZ nigdy nie uznała tej decyzji. Sekretarz generalny ONZ Antonioo Guterres potwierdził, że z punktu widzenia Narodów Zjednoczonych status terytorium zagarniętego przez Izrael się nie zmienił. Jego rzacznik Stéphane Duarric oświadczył, że polityka ONZ w sprawie Wzgórz Golan jest wyrażona w odnośnych rezolucjach Rady Bezpieczeństwa i ta polityka również się nie zmieniła.
Decyzja amerykańskiego przywódcy wzburzyła niemal cały świat. Niemal, gdyż np. dzisiejsza decyzja Rumunii o uznaniu Jerozolimy za stolicę Izraela oznacza, że państwa wasalne wobec USA, pospieszą śladem swojego suwerena najszybciej jak potrafią.
Słowa Trumpa po podpisaniu w obecności premiera Izraela dokumentu „to powinno mieć miejsce dziesiątki lat temu” oznaczają, że USA całkowicie instrumentalnie traktują normy prawa międzynarodowego, uznają tylko prawo siły i nie mają zamiaru przestrzegać jakichkolwiek ustaleń społeczności międzynarodowej.
Bardzo krytycznie skomentował decyzję amerykańskiego prezydenta minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow, który we wcześniejszej rozmowie telefonicznej z sekretarzem stanu USA Mikiem Pompeo ostrzegał przed poważnym naruszeniem prawa międzynarodowego, jakie wyniknie z uznania Wzgórz Golan za część Izraela – złożenie przez prezydenta Trumpa podpisu pod dokumentem nie było bowiem niespodzianką, gdyż zapowiedział to wcześniej na Twitterze. Decyzję potępiła również Liga Państw Arabskich oraz Turcja.
Większość państw członkowskich Unii Europejskiej nie uznaje decyzji Trumpa. ale poza Rumunią jeszcze Węgry, Czechy i Rumunia zaprotestowały przeciwko jej skrytykowaniu przez szefową europejskiej dyplomacji Federicę Mogherini.
Ciekawe, jak zareaguje Polska?

Lewica palestyńska

Jeszcze w latach 80. XX wieku nurt islamistyczny miał w palestyńskim ruchu narodowym marginalne znaczenie. Prym wiodły organizacje sekularne i lewicowe jak Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny i jego pochodne, bądź choćby  centrolewicowe jak Al-Fatah Jasira Arafata. Co stało się z palestyńską lewicą i dlaczego ustąpiła ona miejsca ludowym tworom konserwatywnym i radykalnie muzułmańskim?

Palestyna jako jedno z najbardziej zapalnych miejsc na mapie Azji pozostaje nie bez znaczenia w geopolitycznej rywalizacji światowych mocarstw. Zasobny w ropę i gaz Bliski Wschód w przeszłości był miejscem walki o kolonialne i neokolonialne wpływy państw Starego Kontynentu oraz polem bitwy w konflikcie pomiędzy NATO a Układem Warszawskim. W XXI wieku w świecie arabskim krzyżują się wpływy supermocarstw (Stany Zjednoczone, Federacja Rosyjska i ChRL), jak i potęg regionalnych (Arabia Saudyjska i Iran).
Sytuacja w Palestynie i Izraelu w znacznym stopniu determinuje politykę państw ościennych. Wystarczy zwrócić uwagę na zależność pomiędzy sytuacją na Terytoriach Okupowanych a działaniami Hezbollahu i baasowskiej Syrii skierowanymi w izraelskie wpływy na zasobnych w źródła wody Wzgórzach Golan i na farmach Shebaa. W tej skomplikowanej układance palestyńska lewica jest jednym z wielu pionków nierzadko sterowanych przez siły zewnętrze i wykorzystywanych do realizowania ich strategicznych interesów.
Na palestyńską lewicę składa się szereg ugrupowań i partii politycznych czerpiących z palestyńskiego nacjonalizmu świeckiego, panarabizmu lub marksizmu. Łączy je jedynie świeckie podejście do miejsca religii w państwie oraz marzenie o niepodległości. W niniejszym tekście skupie się na przybliżeniu działalności wyłącznie organizacji militarnych lub posiadających frakcje o takim charakterze.
Pierwsze organizacje fedainów czerpały z naseryzmu i panarabizmu. Jedną z takich grup był osławiony Arabski Ruch Narodowy założony w latach 50. przez dwójkę prawosławnych chrześcijan, Georgesa Habasza i Wadi Haddada. Ruch jako jeden z pierwszych sięgnął po broń i zaczął formować oddziały paramilitarne. W 1967 roku Arabski Ruch Narodowy połączył się z mniejszymi jednostkami i utworzył Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny. Bezpośrednią przyczyną sformowania LFWP była porażka sił arabskich w wojnie sześciodniowej, a co za tym idzie ostateczne fiasko idei panarabizmu i upadek autorytetu egipskiego prezydenta, Gamala Abdela Nasera.
Habasz i Haddad zdecydowali, że nowa organizacja musi być niezależna i „spalestynizowana”. Liderzy LFWP zerwali powiązania z Egipcjanami i narzucili organizacji doktrynę marksizmu-leninizmu. Ważnymi dla Ludowego Frontu wartościami były również republikanizm, antyimperializm, antykapitalizm i sekularyzm. Skrajnie pojmowany republikanizm zakładał, że wszelkie monarchie Bliskiego Wschodu skłonne są do kolaboracji z „syjonistami”. Ludowy Front otwarcie głosił potrzebę likwidacji monarchii i zastąpienie ich prawdziwymi rządami ludu. Antymonarchizm był jedną z przyczyn krwawej wojny stoczonej przez LFWP z rządem Jordanii w latach 1970-71 (tzw. Czarny Wrzesień).
Marksiści z LFWP byli pierwszym ugrupowaniem fedainów, które sięgnęło po terroryzm międzynarodowy jako metodę walki z „syjonizmem” i „zachodnim imperializmem”. Antykapitalizm pchnął w objęcia Habasza licznych przedstawicieli skrajnej lewicy z całego świata. Ekstremiści z ruchów takich jak Japońska Czerwona Armia, RAF i ASALA odwiedzali jordańskie oraz libańskie obozy fedainów, gdzie przechodzili terrorystyczno-partyzanckie szkolenia. Najsłynniejszym zagranicznym ochotnikiem, czy jak kto woli najemnikiem LFWP był Wenezuelczyk „Carlos-Szakal”.
Kryzys Ludowego Frontu nastąpił w trakcie pierwszej intifady. Pozostające na wygnaniu kierownictwo LFWP nie było w stanie koordynować walk powstańczych, nad którymi ster objęli fundamentaliści z Islamskiego Ruchu Oporu (Hamas) i Palestyńskiego Islamskiego Dżihadu. Wielu dotychczasowych marksistów wstąpiło do muzułmańskich ruchów ludowych. Kryzys w LFWP jeszcze bardziej pogłębiła ideologiczna pustka, jaka nastąpiła wraz z rozpadem bloku wschodniego i śmiercią Związku Radzieckiego. Ludowy Front, aby zachować, chociaż ułamek dawnego poparcia skierował się w kierunku Islamskiej Republiki Iranu. Od wczesnych lat 90. nominalni marksiści uczestniczą w konferencjach organizowanych pod auspicjami Teheranu i Damaszku oraz pozostają w zażyłych stosunkach z Hamasem i szyicką Partią Boga.
Priorytetem Ludowego Frontu po dziś dzień jest całkowite unicestwienie Państwa Izrael i utworzenie w jego miejscu socjalistycznej Palestyny. W wyborach do parlamentu Autonomii Palestyńskiej w 2006 roku lista wystawiona przez LFWP zdobyła 4,25% głosów. Ludowy Front dysponuje własnymi bojówkami, Brygadami Męczennika Abu Alego Mustafy, których członkowie brali udział w intifadzie Al-Aksa oraz w wojnach w Gazie w latach 2008-09, 2012 i 2014.
Z rozłamów w LFWP jak grzyby po deszczu wyrastały kolejne grupy różnorodnej lewicy. Największymi i najtrwalszymi okazały się Demokratyczny Front Wyzwolenia Palestyny, Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny – Główne Dowództwo oraz Front Wyzwolenia Palestyny.
Demokratyczny Front powstał jako lewackie odgałęzienie LFWP. Jego założycielem jest chrześcijanin Najjif Hawatima, który do dzisiaj pozostaje przywódcą organizacji. DFWP ideologicznie wywodzi się z komunizmu, a ściślej z nietypowego mariażu maoizmu i trockizmu. Tak oryginalna doktryna grupy wskazywać mogłaby na jej antysowietyzm. Było jednak zgoła inaczej; Demokratyczny Front uchodził za głównego stronnika Związku Sowieckiego w Organizacji Wyzwolenia Palestyny.
Pierwotnie Hawatima zakładał prowadzenie długotrwałej, partyzanckiej „wojny ludowej” przeciwko „reżimowi syjonistycznemu” aż do czasu jego całkowitej likwidacji i utworzenia niepodległej „ludowo-demokratycznej” Palestyny. Już w połowie lat 70. dowódcy Demokratycznego Frontu zmienili strategię i nawiązali relacje z przedstawicielami komunistycznej lewicy izraelskiej. Kontakty pomiędzy DFWP a Izraelczykami były pionierskie i stworzyły podstawy do całkowitego przeorientowania strategii palestyńskiej formacji. Demokratyczny Front uznał prawo Izraela do samostanowienia oraz poparł rozwiązanie dwupaństwowe konfliktu, co w późniejszych latach zostało podchwycone przez główny nurt OWP.
DFWP obronił swoją świeckość kosztem marginalizacji. W XXI wieku zwolennikami Hawatima są niemal wyłącznie chrześcijanie z Zachodniego Brzegu Jordanu. W 2006 roku politycy DFWP wystartowali do wyborów w AP w koalicji z komunistami, zdobywając zaledwie 2,72% głosów. W 2008 roku liczebność formacji szacowano na zaledwie stu członków, co czyniło ją jedną z najmniejszych organizacji ruchu oporu na Terytoriach Okupowanych. W 2014 roku Demokratyczny Front przypomniał o sobie przy okazji operacji „Ochronny Brzeg”, w której trakcie fedaini podporządkowanej mu Narodowej Brygady Oporu wystrzelili na obszar Izraela ponad sto rakiet typu Kassam i Grad.
Silniejszy od DFWP jest Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny – Główne Dowództwo Ahmada Dżibrila. Ta rezydująca w Syrii i Libanie organizacja liczyła w 2008 roku około pół tysiąca członków. Przez lata zimnej wojny zajmowała ona lewicowo-nacjonalistyczne pozycje. Po upadku bloku wschodniego coraz bardziej sprzyja Iranowi i Hezbollahowi, a nawet przyjęła część programu charakterystycznego dla religijnych fundamentalistów. Grupa Dżibrila domaga się likwidacji Izraela oraz budowy niepodległej i islamskiej Palestyny, w której obowiązującym prawem byłby szariat. W przypadku współczesnego Głównego Dowództwa ciężko jest mówić o jakiejkolwiek lewicowości, niemniej jednak wspominam o ugrupowaniu ze względu na historyczne konotacje. Warto nadmienić, że siepacze Dżibrila czynnie uczestniczyli w rozbijaniu antyasadowskiej rewolucji.
Główne Dowództwo nie uczestniczy w polityce Autonomii Palestyńskiej. Z jednej strony ugrupowanie podkreśla, że jest stricte militarne, z drugiej zaś jest ono bojkotowane przez resztę ugrupowań palestyńskich za swoje przewinienia z czasów wojny libańskiej (udział w walkach przeciw OWP).
Ostatnim liczącym się stronnictwem wywodzącym się z ruchu marksistowskiego jest Front Wyzwolenia Palestyny. Organizacja powstała w latach 70., a jej twórcą był ex-członek Głównego Dowództwa, Abu Abbas. Ugrupowanie jest palestyńskim „planktonem politycznym”, niemniej jednak źródła amerykańskie informują o jego rzekomych powiązaniach z dyktaturą w Teheranie. Liczba członków organizacji szacowana jest na 300-400. Przez lata FWP zaliczany był do grona przyjaciół Al-Fatahu. W XXI wieku kierownictwo zmarginalizowanego Frontu zaostrzyło nacjonalistyczny kierunek (przynajmniej w deklaracjach); grupa domaga się faktycznego zepchnięcia Izraela do Morza Śródziemnego.
Najmniej znaczą na lewicy palestyńskiej ugrupowania panarabskie. Największymi grupami o tym profilu są As-Saika i Arabski Front Wyzwolenia. Pierwsza z wymienionych organizacji została założona z inicjatywy syryjskiego odłamu Baas, drugą natomiast utworzyli baasiści iraccy. Obie organizacje podporządkowane były obcym państwom i optowały za „arabizacją” sprawy palestyńskiej. Jeszcze w latach 70. inspirowane z Syrii i Iraku ruchy utrzymywały własne ruchy partyzanckie. Obecnie nie posiadają poparcia społecznego, a ich znaczenie jest wyłącznie symboliczne.
Pozbawione struktur w Palestynie organizacje panarabskie działają przede wszystkim w obozach uchodźczych na południu Libanu. Według szacunków As-Saika liczy około 300 członków, Arabski Front Wyzwolenia natomiast około pół tysiąca. Ruch panarabski jest nieprzejednany w swoim podejściu do Państwa Izrael, jest za to w stanie zrezygnować z suwerenności Palestyny na rzecz hipotetycznej federacji państw arabskich. Kto wie, skoro baasiści przetrwali upadek reżimu Saddama Husajna i wojnę domową w Syrii, to może mają jeszcze zadanie do wykonania w Palestynie?
Największym i najsilniejszym ruchem palestyńskim jest Al-Fatah. Kwestią sporną jest to, czy ugrupowanie prezydenta Mahmuda Abbasa dalej można nazywać lewicą. Część badaczy wyodrębnia świecki nacjonalizm w wydaniu Al-Fatahu i nie zalicza go do szerokiego grona lewicy palestyńskiej. Podporządkowane Abbasowi służby Autonomii Palestyńskiej zwalczają zresztą ruchy postępowe, traktując je jako potencjalne zagrożenie dla stabilności Zachodniego Brzegu. Współczesny Al-Fatah jest typową aideologiczną partią władzy, która nie słabnie tylko i wyłącznie ze względu na strach części Palestyńczyków przed Hamasem. Al-Fatah oprócz oficjalnych służb Autonomii Palestyńskiej dysponuje własnymi bojówkami, w tym Brygadami Męczenników Al-Aksa oraz Tanzimem.
Blisko Al-Fatahu znajduje się Palestyński Ludowy Front Walki, który notabene był dawniej częścią partii Arafata. Formacji bliżej jest do umiarkowanego świeckiego nacjonalizmu aniżeli nacjonalizmu lewicowego. Ludowy Front Walki z reguły popiera działania OWP i Autonomii Palestyńskiej, zachowując przy tym pozory własnej samodzielności. Partia startowała w wyborach parlamentarnych w AP w 1996 i 2006 roku, zdobywając odpowiednio 0,76% i 0,72% głosów. Z Al-Fatahu wywodzi się również Fatah – Powstanie dowodzony przez Abu Musę. Powstańczy Fatah założony został w latach 80. z inicjatywy syryjskiego wywiadu i zasłynął uczestnictwem w bratobójczych walkach pomiędzy Palestyńczykami, do których doszło w trakcie wojny libańskiej. Od porozumień z Oslo formacja Abu Musy jest czarną owcą palestyńskiego ruchu oporu, a kontakty z nią utrzymują jedynie islamiści i część radykalnej lewicy.
Perspektywy na rozwój większości wspomnianych organizacji są znikome. Lewica palestyńska jest podzielona, brakuje jej spójnego programu i celów. Część ugrupowań dąży do całkowitej likwidacji Izraela, kolejne oferują wariant dwupaństwowy, a jeszcze inne marzą o wspólnym państwie Żydów i Palestyńczyków. Brak spójnej wizji i struktur zepchnął lewicę na ubocze palestyńskiej polityki, w której i tak pełni ona już rolę „planktonu politycznego” (z wyjątkiem Al-Fatahu rzecz jasna).
Wpływ na obecną sytuację mają błędy strategiczne lewicy popełniane w ubiegłych dekadach, ale również czynniki zewnętrzne. Lewica nie potrafiła odnaleźć należytego miejsca w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu, dając pole do popisu islamistom z Hamasu i PID.
Ugrupowania postępowe zdziesiątkowane zostały nadto przez nadmierne angażowanie się w konflikty, w tym wojnę domową w Jordanii, wojnę libańską, aż w końcu bratobójczą wojnę toczoną w latach 70. i 80. przez poszczególne frakcje palestyńskie. Przywódcy OWP nie zauważyli w porę narastającej islamizacji Terytoriów Okupowanych i nie potrafili zahamować tego procesu, który związany był przede wszystkim z odrodzeniem wartości islamu na całym Bliskim Wschodzie. Nie bez znaczenia pozostała miałkość i oportunizm Al-Fatahu. Organizacja nie potrafiła doprowadzić do końca rozmów pokojowych z Izraelem, co w oczach wielu Arabów z klas ludowych uczyniło ją formacją kolaborancką i nazbyt ugodową.
Całkowite wymarcie lewicy palestyńskiej może być kwestią najbliższych lat. Palestyna bez sił świeckich stanie się jeszcze bardziej narażona na ataki islamofobów, a co za tym idzie, na proces pokojowy przyjdzie nam jeszcze długo poczekać.

Wybory bez Palestyńczyków

Izraelska komisja wyborcza unieważniła wszystkie kandydatury palestyńskiego sojuszu wyborczego Raam-Balad pozbawiając je udziału w wyborach. To pierwsze takie posunięcie, od kiedy izraelski reżim apartheidu ogłosił się państwem wyłącznie żydowskim. Jednocześnie dopuścił do wyborów szefa rasistowskiej partii nacjonalistycznej Siła Żydowska, występującej w sojuszu wyborczym z rządzącym Likudem premiera Benjamina Netanjahu.

Izraelscy Palestyńczycy, którzy pozostali w części Palestyny podbitej przez żydowskich kolonizatorów, mimo Nakby z 1948 r., stanowią dziś prawie 18 proc. izraelskiej populacji i zwykle mieli kilku posłów w Knesecie. Na wybory przewidziane na 9 kwietnia wystawili dwa sojusze wyborcze, z czego jeden – Raam-Balad – został dziś w całości wyeliminowany przez komisję wyborczą, gdyż „kontestują charakter żydowski państwa“ i „popierają terroryzm“ (tak Izrael nazywa zbrojny ruch oporu przeciw zbrojnej okupacji).
O dyskwalifikację Raam-Balad zwróciła się do komisji rządząca partia Likud (skrajna prawica). Premier Netanjahu natychmiast wyraził satysfakcję ogłaszając, że „te partie nie mają miejsca w Knesecie“. Jednocześnie komisja zatwierdziła listę Siły Żydowskiej, sojusznika Netanjahu. Siła Żydowska składa się z uczniów amerykańskiego rabina Meira Kahane, którego ekstremistyczne ugrupowanie nawet w USA uznano za „terrorystyczne“ i „skrajnie rasistowskie“. Kahane domagał się zabicia wszystkich gojów mieszkających w Izraelu lub ich „transferu“ za granicę.
Komisja pozwoliła na udział w wyborach szefa Żydowskiej Siły Michaela Ben-Ariego, mimo oskarżeń o nawoływanie do pogromów na ludności arabskiej i „skrajny rasizm“, które wysunął prokurator generalny, przeciwny jego kandydaturze. Jednocześnie komisja zdyskwalifikowała żydowskiego kandydata z drugiej lewicowej palestyńskiej listy Hadasz-Taal Ofera Cassifa, gdyż jest podejrzany o porównywanie reżimu izraelskiego do nazistów. Cassif był jedynym Żydem na liście, co bardzo nie podobało się zwolennikom izraelskiego apartheidu, którzy nie zgadzają się, by Żydzi mieszali się z Palestyńczykami. Wszyscy wyeliminowani podejmą próbę dochodzenia swoich praw przed izraelskim
Sądem Najwyższym.

Z rozmysłem strzelano do dzieci

Niezależna komisja śledcza utworzona przez ONZ do zbadania okoliczności rozpędzania przez Izrael demonstracji w ramach Wielkiego Marszu Powrotu nie ma wątpliwości: doszło do pogwałcenia międzynarodowego prawa humanitarnego, a winni powinni zostać osądzeni.

Komisja przesłuchała 325 osób, które były świadkami palestyńskich manifestacji lub w nich uczestniczyły, nierzadko same odnosząc rany. Doszła do wniosków, które dla większości państw świata byłyby druzgocące. Dla Izraela bynajmniej – „jedyna bliskowschodnia demokracja” odrzuciła już ustalenia zespołu działającego przy ONZ, a niektórzy politycy z Tel Awiwu oskarżyli międzynarodową organizację o wspieranie terrorystów.
Co tymczasem ustaliła komisja? W ciągu serii protestów 6106 demonstrantów odniosło rany wskutek użycia ostrej amunicji, zaś dalsze 3098 osób zostało ugodzonych gumowymi kulami lub kanistrami z gazem łzawiącym. Zginęło 183 mężczyzn, kobiet i dzieci – tych ostatnich dokładnie 35. – Mogło dojść do zbrodni wojennej – to jeden z wniosków komisji.
– Stwierdzamy, że z rozmysłem strzelano do dzieci, z rozmysłem strzelano do osób niepełnosprawnych, z rozmysłem strzelano do dziennikarzy – wyliczała wczoraj na konferencji prasowej w Genewie Sara Hossein, członkini komisji. Podczas protestów postrzelonych zostało 39 dziennikarzy, wyraźnie oznakowanych jako przedstawiciele mediów. Dwóch zmarło.
Członkowie komisji zaznaczyli, że część manifestantów rzucała w żołnierzy kamieniami i butelkami, były też przypadki użycia materiałów wybuchowych – jednak większość demonstrantów nie zachowywała się w ten sposób, a jedynie niosła flagi, śpiewała i grała palestyńskie pieśni, recytowała poezję. Komisja uznała, iż część winy za tragiczny przebieg wydarzeń ponosi Hamas, który instrumentalnie wykorzystuje desperację mieszkańców Strefy Gazy, pozostających w fatalnej sytuacji bytowej.
Przewodniczący zespołu Santiago Canto wzywał Izrael do przeprowadzenia śledztw w sprawie osób, które otwierały ogień do manifestantów i wypłacenia odszkodowań rannym oraz rodzinom zabitych. Tak się jednak z całą pewnością nie stanie. Rząd Netanjahu, który wcześniej nie dopuścił komisji do obejrzenia miejsc, gdzie miały miejsce demonstracje, w dalszym ciągu twierdzi, że jedynie się bronił.
– Raport oparty jest o sfałszowane dane, bez podjęcia próby sprawdzenia faktów. Wyłącznym celem raportu jest uderzenie w jedyną demokrację na Bliskim Wschodzie i sparaliżowanie prawa Izraela do samoobrony przed śmiercionośną organizacją terrorystyczną – oznajmił kierujący izraelską dyplomacją Israel Katz.

Netanjahu w opałach

Nad obecnym premierem Izraela, Benjaminem Netanjahu gromadzą się wciąż ciemniejsze chmury. Prokurator generalny oficjalnie ogłosił, że chce postawić mu zarzuty.

Awichaj Mandelbit, prokurator generalny Izraela wyjaśnił, że zarzuty będą dotyczyły korupcji. Sprawa nie jest nowa. Od dawna media izraelskie bębnią od podejrzeniach wobec „Bibi” dotyczących nadzwyczajnej łaskawości firmy Bezeq Telecom w zamian za korzystne materiały o Netanjahu i jego żonie na należącym do firmy portalu, przyjmowania luksusowych prezentów od biznesmenów i nielegalne wsparcie jednego z mediów izraelskich w zamian za szkodzenie ich konkurencji. Policja izraelska już w 2018 zarekomendowała postawienie zarzutów korupcyjnych urzędującemu premierowi. Jednak skoro obecnie tak wysoki urzędnik jak prokurator generalny na nieco ponad miesiąc przed wyborami zdecydował się na oficjalne potwierdzenie o postawieniu zarzutów, to musi mieć silne karty.
Podstawowym pytaniem obecnie jest, czy przesłuchanie odbędzie się przed kwietniowymi wyborami czy po. Jeżeli przed, to poza tym, że prokuratura będzie z pewnością oskarżona o ingerencję w proces wyborczy. Jeżeli po, to samo przesłuchanie, jeżeli Netanjahu pozostanie premierem, może tracić na wiarygodności.
Fakt jest jednak faktem, że sama wypowiedź Mandelbita nie ułatwia premierowi kampanii wyborczej. Netanjahu broni się jak umie, twierdząc, że zarzuty są wyssane z palca, a on sam jest ofiarą „polowania na czarownice”. Jest przekonany, że zarzuty „rozpadną się jak domek z kart”.
Mimo zarzutów i gęstniejącej atmosfery partia premiera Netanjahu Likud prowadzi w sondażach przedwyborczych.

Komentarz: Przedwyborcze kłopoty

Na 40 dni przed wyborami do Knessetu (9 kwietnia) prokurator generalny Izraela Avichai Mandelblit, po dwóch latach śledztwa, zapowiedział postawienie premierowi Benjaminowi Netanyahu trzech poważnych zarzutów – ws. korupcji, oszustw finansowych oraz nadużycia zaufania. To komplikuje naturalnie kampanię jego nacjonalistyczno-prawicowej partii Likud („Zjednoczenie”) – tym bardziej,iż nowo powstała formacja konserwatywna „Biało-Niebiescy” (od kolorów flagi narodowej), na czele której stoją były szef sztabu armii Benny Gantz i były dziennikarz telewizyjny Yair Lapid, zajmuje pierwsze miejsce w niektórych sondażach.
Ale nic nie jest jeszcze przesądzone, a trwająca batalia o miejsca w 120-osobowym Knessecie (próg wyborczy 3,25 proc.) – niezwykle zacięta i wyrównana.”Bibi”, jedyny dotąd premier urodzony po proklamowaniu niepodległości Izraela w 1948 r., ubiega się już o piątą kadencję szefa rządu. To absolutny rekord,bo to nader doświadczony i sprytny polityk, który wychodził już z wielu opresji. Likud dysponuje sporymi możliwościami koalicyjnymi, m.in. z partiami religijnymi, a ze swoim hasłem „Wielkiego Izraela” (obejmującego strefę Gazy, Zachodni Brzeg Jordanu, Synaj, całą Jerozolimę) znajduje poparcie wielu Żydów z obszaru dawnego ZSRR. Sprzeciwia się przy tym powstaniu państwa Palestyńskiego bez czego nie będzie przecież pokoju na Bliskim Wschodzie.
Netanyahu konsekwentnie zaprzecza wszelkim zarzutom, odrzuca wnioski opozycji o dymisję, zaś sam o ataki na siebie oskarża lewicę i media. Ma duże poparcie Żydów amerykańskich (w USA spędził kilka lat,m.in. na studiach),a ponadto był ambasadorem w Waszyngtonie i przy ONZ), szczególnie Trumpa.
Nawet, gdy zarzuty zostaną postawione, a Likudowi udałoby się zbudować większościową koalicję, to Netanyahu może jeszcze trwać na czele rządu. Przykład byłego premiera Olmerta jest tu pouczający. Jeśli przegra, to raczej NIE będzie można użyć w tym przypadku pięknej maksymy Michela de Montaigne, iż: „Bywają porażki przynoszące więcej zaszczytu niż niejedno zwycięstwo”. A po ostatnich zawirowaniach w relacjach polsko-izraelskich chyba mało kto nad Wisłą roniłby łzy.

Tadeusz Iwiński