Spotkania zamiast

Solidaryzując się ze stanowiskiem Polski, państwa Grupy Wyszehradzkiej wycofały się z udziału ze szczytu bloku, który miał odbyć się 18-19 lutego w Jerozolimie. Ale nie z wizyty w Izraelu.

Czarne chmury gromadziły nad szczytem grupy V-4 od pewnego czasu. Przynajmniej od momentu, gdy w czwartek przebywając w Warszawie na nieszczęsnej konferencji bliskowschodniej premier Izraela Benjamin Netanjahu spotykając się z izraelskimi dziennikarzami miał powiedzieć – jak poinformował o tym dziennik „Jerusalem Post” – że Polacy pomagali mordować Żydów. Już wtedy premier Mateusz Morawiecki rzucił myśl, że może spotkanie grupy raczej powinno odbyć się w Wiśle. Stronie izraelskiej udało się jednak załagodzić obrazę – ze strony „Jerusalem Post” doniesienie znikło, a izraelska ambasador Anna Azari oświadczyła, że premier Netanjahu nie powiedział co powiedział, tylko powiedział coś trochę innego. Wystarczyło wówczas, aby Warszawa przyjęła to – choć z oporami – za dobrą monetę, ale okazało się że sprawa została załagodzona nie na długo. Wypowiedź pełniącego obowiązki szefa izraelskiej dyplomacji Israela Katza, który stwierdził, że „Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki” spowodowała, że tym razem już strona Polska nie mogła nie zareagować ostro. Premier Morawiecki odwołał udział w szczycie. Przyłączyły się do niego pozostałe stolice grupy – Bratysława, Budapeszt i Praga.

Polska może ten gest solidarności uznać za sukces dyplomatyczny – potrzebny jej bardzo, bo polska dyplomacja w ostatnich latach zalicza głównie wpadki albo przynajmniej usiłuje robić dobrą minę do złej gry, przez co Warszawa stawała się tak w Europie, jak i na świecie coraz bardziej osamotniona. Powiedzmy sobie jednak szczerze – nie jest to sukces wielkiej miary, raczej uniknięcie wpadki jeszcze gorszej, bo gdyby tego gestu solidarności nie było, oznaczałoby to, że pozycja Polski nawet w swoim subregionie nie tylko sięgnęła dna, ale znalazła się poniżej niego. Bo jak by miał wyglądać szczyt, w którym brakuje jednej czwartej uczestników? Gest solidarności, którym napawa się polska propaganda był więc w gruncie rzeczy wymuszony.

Dodajmy także – że odwołanie szczytu nie przełożyło się na zdystansowanie się szefów rządów pozostałych państw grupy w stosunku do Tel Awiwu. Szczyt zastąpiła seria spotkań bilateralnych premiera Netanjahu z Peterem Pellegrini, Andrejem Babišem i Viktorem Orbanem oraz wspólny obiad. Zatem to, co premier Netanjahu chciał ugrać, zapraszając premierów V-4 do Jerozolimy i tak w znacznej mierze osiągnął, stwarzają kolejny fait accompli, który można zinterpretować jako pośrednie uznanie Jerozolimy za stolicę Izraela. Że dzięki ministrowi Katzowi do tego niepotrzebnego zupełnie gestu Polska się nie przyłączyła – pozostaje się tylko cieszyć.

Zresztą, na koniec postawmy sobie pytanie, czy im interesom miało służyć zorganizowanie szczytu V-4 w Izraelu? Nawet nie izraelskim, ale wyłącznie premierowi Netanjahu i jego partii przed kwietniowymi wyborami. I powiedzmy – ubił dwa ptaki jednym kamieniem: i gościł trzech premierów, i zgromił Polaków za jednym zamachem

Komentarz: Żydowski ostry Katz, czyli polski kac narodowy

Tylko mnie nie zabijcie za oczywiste fakty.

Nowy minister Izraela nagadał bzdur opowiadając – trzymam się tu relacji medialnych – że Polacy w porozumieniu z Niemcami eksterminowali Żydów na terenach okupowanej Polski. Jest to oczywiste kłamstwo. W tej sprawie Polacy nigdy nie współpracowali z hitlerowcami – natomiast różne chore psychicznie grupy Polaków robiły to na własną rękę. I nie ma co zaprzeczać, bo to jest opisane od dawna w polskiej literaturze historycznej.

Z jednej strony politycznej barykady – komunistycznej – był np. Mieczysław Moczar (głównie z powodów merkantylnych, ale pospolity antysemityzm też mógł wchodzić w grę – znając późniejsze działania Moczara) , z drugiej – zwłaszcza po 1944 roku – głównie różne odłamy zbrojne ruchu narodowego – choć twierdzili, że nie zabijają Żydów, tylko Żydów jako komunistów., (co nie miało potwierdzenia w faktach, bo równocześnie ginęli Żydzi którzy komunistami nie byli).

Faktom nie można zaprzeczać, zwłaszcza, że są opisane przez polskich historyków po 1989 roku bez żadnej cenzury.

Tym bardziej jestem zły, że nikt po polskiej stronie nie wstał i nie powiedział „tak, my to wiemy i nasi historycy o tym od lat normalnie dyskutują, ale są to dyskusje o zjawiskach marginalnych”
Dlaczego żaden polski dyplomata nie zdał pytania izraelskim politykom pytania: „Czy Pan wie ilu jest Polaków wśród Sprawiedliwych i ilu ma swoje drzewka i jak to się ma do innych narodów?” To są liczby, to są fakty, a nie publicystyka.

Grzegorz Ilka

Miś na miarę

Chyba udało nam si zbudować idealną koalicję na eurowybory: Teraz Nowoczesna Wiosna Obywatelska Razem Polityki Realnej i Sprawiedliwość.

Polska skłóciła się z Iranem i Izraelem jednocześnie. Dobrze, że z San Escobar jeszcze jakoś dajemy radę. Oni przynajmniej nie mają ambicji, żeby być narodem wybranym.
Andrzej Duda odznaczył Brązowym Krzyżem zasługi Dianę Piotrowską, byłą rzeczniczkę prasową Polskiego Związku Łowieckiego – za zasługi w propagowaniu edukacji przyrodniczej. Dzięki pani Dianie dowiedzieliśmy się na przykład, że koty nie mają kości, człowiek to ssak a nie zwierzę, a audyt, który sama rzeczniczka zleciła w PZŁ wykazał nieprawidłowości Piotr Jenoch, łowczy krajowy, miał potwierdzić, że za te nieprawidłowości odpowiada m.in. była rzeczniczka. Odznaczenie za konsekwentne ujawnianie niekompetencji myśliwych powinna wręczyć jej również „Viva!”.

Premier Buzek na antenie radia Tok Fm powiedział prorocz zdanie, które niechcący tłumaczy stan rzeczy w geopolityce. Oświadczył: „Nie można zawłaszczać całej rury”. Klucz do powszechnego szczęścia całej ludzkości właśnie został odnaleziony.

Izrael dopuścił w psychoterapii używanie popularnego imprezowego narokotyku – Metylenodioksymetamfetaminy. Panie Czaputowicz, proszę naprawić stosunki dyplomatyczne natychmiast!

Bigos tygodniowy

W aferze Srebrnej pojawił się wątek jak z sarmackiej komedii: postać chciwego plebana. My tu, nad Wisłą, żarłoczną chciwość kleru dobrze znamy, nie od dziś, wiemy że to jego kardynalna cecha, ale dla Austriaka doświadczenie tego na własnej kieszeni, to musiało być doświadczenie nie lada. Nawiasem mówiąc, chciwy pleban (już ex-pleban) gdzieś się ulotnił. A poza tym, jak stwierdził w prokuraturze Austriak, oberszef całego srebrnego interesu, prezes PiS osobiście trzymał w ręku kopertę z łapówą dla plebana. Bez przesłuchania prezesa się nie może się obejść. Tym bardziej jeśli prawdą jest, że Birgfellnera nakłaniano w prokuraturze do odwołania tego zeznania. Pytanie tylko, czy do przesłuchania dojdzie w tej kadencji.

Mecenas Jacek Dubois reprezentujący Geralda Birgfellnera, feralnego powinowatego Jarosława Kaczyńskiego i niedoszłego budowniczego srebrnych wież powiedział, że przeraził go fakt, iż wkrótce po tym, gdy złożył w prokuraturze zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa oszustwa przez prezesa PiS, „na Nowogródzkiej odbywa się spotkanie, na które przyjeżdżają wszystkie najważniejsze osoby w państwie. Do osoby potencjalnie podejrzanej stawiają się osoby z administracji państwowej, które wspólnie przygotowują stanowisko w tej sprawie”. Sugestywnie to mecenas ujął. Toż to scena jakby rodem z „Ojca chrzestnego IV. Epizod warszawski”. Szkoda, że Marlon Brando już by tego nie zagrał.

Mecenas Dubois powiedział po przesłuchaniach Birgfellnera w prokuraturze: „Byliśmy przekonani, że nie toczy się postępowanie w sprawie, tylko postępowanie, które ma na celu działanie na rzecz partii politycznej i które ma ustalić, jakie są plany i zagrożenia ze strony naszego klienta”. To o sposobie prowadzenia przesłuchania przez prokurator Renatę Śpiewak, która odmówiła też pełnomocnikowi Birgfellnera zapewnienia, że protokoły przesłuchania nie zostaną przekazane prokuratorowi generalnemu.

Podobno wiceprezydent USA Mike Pence, który w zeszłym tygodniu nawiedził Polskę, z obcymi kobietami nigdy nie rozmawia na osobności, nigdy w cztery oczy, a jedynie w obecności osoby trzeciej. Motywuje go imperatyw cnoty chrześcijańskiej. Mike Pence jest cnotliwym chrześcijaninem, a zarazem chrześcijańskim realistą, który ostrożnie nie do końca ufa źródłom swej cnoty. A może to nie aż tak, a tylko lekcja Billa Clintona i Moniki Lewinsky?

Pal jednak licho Pence’a. Prawdziwe nieszczęście to nowa odsłona, niemal równo po roku, zimnej wojny nacjonalizmów polskiego i izraelskiego. Zbyt to skomplikowana i drażliwa materia by zwekslować ją w kilku zdaniach. Jednego można być pewnym: ta wojna nie skończy się dopóki PiS nie utraci władzy.

„Doceniamy również wagę rozwiązywania nierozstrzygniętych kwestii z przeszłości i wzywam/namawiam moich polskich kolegów, aby poczynili postępy w zakresie kompleksowego ustawodawstwa dotyczącego restytucji mienia prywatnego dla osób, które utraciły nieruchomości w dobie Holocaustu” – powiedział w Polsce drugi Mike, czyli sekretarz stanu USA Mike Pompeo. Tak to jest, gdy się nadgorliwie nastawia tylnej części państwowego ciała, jak rząd PiS robiąc nieszczęsną konferencje bliskowschodnią.

Sojusz Lewicy Demokratycznej przystąpił do Koalicji Europejskiej na majowe wybory do Parlamentu Europejskiego. Wszystko na to wskazuje, że słusznie…

Leszek Miller wyznał, że już niedługo po wysunięciu Ogórkowej na SLD-owską kandydatkę do prezydentury, miał jej dość powyżej uszu i ledwo się powstrzymał od posłania jej do diabla. Nigdy więcej ogórkopodobnych na lewicy.

Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar przypomniał, że jest za zniesieniem art. 212 kodeksu karnego, na mocy którego na grzywnę skazany został dziennikarz tygodnika „Sieci” i portalu w polityce.pl Wojciech Biedroń. Szanowny Panie Rzeczniku, jesteśmy „za” pod warunkiem, że jednocześnie podejmie Pan działania w celu zniesienia artykułu 196 kk, przewidującego represje za „naruszanie uczuć religijnych”.

„Kłamstwo organizowane przez władzę za publiczne pieniądze to perfidna i groźna forma przemocy, której ofiarami jesteśmy wszyscy. I wszyscy powinni solidarnie, w ramach prawa, przeciw temu kłamstwu protestować” – te słowa warto ponownie przypomnieć po tym, jak bezprawnie ujawnione przez TVPiS wizerunki osób protestujących pod jej siedzibą wywołały falę hejtu i szykan w stosunku do nich. Dwie z nich nawet wyrzucono z pracy. TVPiS jest szkodliwa nie tylko przez przekaz, ale i skutki uboczne.

Klerykałowie wrzeszczą, że umieszczenie lekcji religii w szkole na pierwszej i na ostatniej pozycji cyklu lekcyjnego, to walka z religią i Kościołem. Oni niedługo uznają, że brak krzyży na dachach szaletów publicznych, to też walka z religią.

„Wiem, że jeśli w tym roku w wyborach wygra „opcja proeuropejska”, to Polska jaka znamy, zniknie w ciągu jednego pokolenia” – napisał w sakiewiczowej „Gazecie Polskiej” Robert Tekieli. I daj Panie Boże. Im mniej takiej Polski w Polsce, tym lepiej dla wszystkich, w pierwszym rzędzie dla Polaków.

Przy okazji pochówku (z hałasem) „kryształowego człowieka” i „wielkiego autorytetu” Jana Olszewskiego wydało się, że ten „szlachetny, szanujący każdego człowieka” pogardliwie zwykł określać swoich przeciwników jako „małpy”. Chciałoby się rzec: dżentelmen odchodzi popuszczając wokoło.

A afera Srebrnej sączy się, sączy, sączy… Stosunki na ulicy Srebrnej i stosunki jerozolimskie, to dwa najgłówniejsze stosunki uprawiane dziś w polityce w Polsce.

Flaczki tygodnia

Miała być sukcesem ekipy PiS, stała się kanonadą konfliktów i gaf. Serią nerwowych akcji gaszących kolejne medialne pożary. W efekcie wszyscy zapamiętają warszawską konferencję poświęconą „planom pokojowym na Bliskim Wschodzie” jako spotkanie, gdzie najważniejsi goście cynicznie wykorzystali gospodarczy. A niektórzy jeszcze gospodarzy obrazili.

Lista gaf jest długa jak na jednodniową imprezę. Zaczęło się od inauguracyjnego wystąpienia sekretarza Stanu USA Mike Pompeo, który upomniał polskich gospodarzy, że nie załatwili roszczeń dotyczących żydowskiego mienia.
Na takie słowa polski premier i polski prezydent powinni zapytać amerykańskiego polityka kogo on reprezentuje. Bo jeśli obywateli USA, to te roszczenia zostały załatwione już w 1960 roku. Jeśli zaś pan sekretarz Pomopeo reprezentuje też interesy obywateli Izraela, to powinien to jasno zadeklarować.

Ten sam sekretarz Pompeo wielce wychwalał obywatela zasłużonego obywatela żydowskiego Franka Blajchmana. Uznawanego w IV RP za stalinowskiego zbrodniarza. Było to jawne splunięcie w politykę historyczną elit PiS. Ponieważ splunął nowy Wielki Brat, to elity PiS musiały zapomnieć o swojej „godności”. Udawać, że „nic się nie stało”.

Nie dało się już milczeć, kiedy akredytowana amerykańska dziennikarka Andrea Mitchell z NBC poinformowała z Warszawy miliony obywateli USA, że powstanie w getcie w 1943 roku było skierowane przeciwko „nazistowskiemu i polskiemu reżimowi”. Oczywiście pani Mitchell za kłamstwa przeprosiła. Ale na pewno więcej osób usłyszało jej pierwsze stwierdzenie, niż przeprosinach.

Akredytowani na konferencji dziennikarze polscy obserwowali obrady skoncentrowani w przygotowanej dla nich sali. Nie mieli szans dotarcia do zaproszonych gości. W przeciwieństwie do amerykańskich i izraelskich kolegów, których zaproszona na spotkania z ich delegacjami. Polskich dziennikarzy polscy organizatorzy potraktowali jak „drugiego sorta”.

Sprawnie i cynicznie izraelski premier Benjamin Netanjahu wykorzystał konferencję do swojej kampanii wybiorczej. W czasie spotkania z izraelskimi dziennikarzami w warszawskim Muzeum Historii Żydów Polski POLIN miał on, w nawiązaniu do sporu o ustawę o IPN, stwierdzić, że „Polacy kolaborowali z nazistami i nie znam nikogo, kto kiedykolwiek był sądzony za mówienie o tym”.

Słowa te opublikował szybko dziennik „Jerusalem Post”. I po medialnej burzy równie szybko zmienił swoją relację. Sam Netanjahu twierdził, że miał na myśli indywidualnych Polaków. Ale nawet takie jego słowa były co najmniej niezręczne. I bardzo nielojalne wobec gospodarzy z PiS.

Już po północy z czwartku na zeszły piątek prezydent Andrzej Duda zamieścił zaskakujący wpis na Twitterze: „Jeśli wypowiedź premiera Netanjahu brzmiała tak, jak podają media, gotów jestem udostępnić rezydencję prezydenta RP „Zameczek” w Wiśle na spotkanie premierów Grupy Wyszehradzkiej (V4). Izrael nie jest w tej sytuacji dobrym miejscem by się spotykać, mimo wcześniejszych ustaleń”. W ten sposób prezydent odniósł się do słów izraelskiego premiera.

Zmobilizowany postawą pana prezydenta polski MSZ wezwał JE Annę Azari, ambasador Izraela w Polsce, do złożenia wyjaśnieni. Pani ambasador, nazywana przez prawicowych publicystów „Miss Anypolonizmu”, zadeklarowała, że publikowany cytat był nieprecyzyjny. „Byłam obecna przy briefingu premiera i nie mówił on, że polski naród kolaborował z nazistami, a jedynie że żadna osoba nie została pozwana do sądu za wspominanie o tych Polakach, którzy z nimi współpracowali”. Niezależnie od przytaczanej wersji wypowiedzi Netanjahu, każda z nich jest dla elit PiS obraźliwa.

Do grona gafowiczów dołączył pan premier Morawiecki, który powitał przybyłych na konferencję przemówieniem – poematem o warszawskim śniegu witającym tutaj zebranych. Wywołało to zdziwienie, a potem lawinę żartów wśród dziennikarzy. Zorientowali się bowiem, że pan premier czyta przemówienie napisane kilka dni wcześniej, kiedy w Warszawie śnieg jeszcze był. Biedny premier jest już tak oderwany od rzeczywistości, odgrodzony ciemnymi szybami swej limuzyny, że nie zauważa nawet zmiany pogody.

Po konferencji nawet propisowscy komentatorzy zauważali, że rząd został wciągnięty w nie nasz konflikt i przygotowania do wojny na Bliskim Wschodzie, w której nie mamy żadnego interesu. Że USA nie traktują Polskę podmiotowo, bo o partnerskich relacjach nie ma co marzyć.
To Amerykanie narzucili tematykę i ton rozmów. Polskiej stronie pozostały kwestie organizacyjne. Musiała też robić dobrą minę do złej gry i patrzeć, jak Waszyngton wbija klin pomiędzy Warszawę a inne stolice europejskie.

Trudno jest też dopatrzeć się zysków dla Polski. Amerykanie bez konferencji sprzedaliby nam broń, bo na tej transakcji dobrze zarabiają. Wzmacnianie flanki wschodniej żołnierzami USA to część amerykańskiej strategii ograniczania wpływów rosyjskich. Zniesienie wiz dla Polaków to kwestia czasu, bo USA nie są już atrakcyjne jako rynek nielegalnej pracy.

Liderzy PiS wykreowali obraz Rosji jako potencjalnego i pewnego agresora. Choć Rosja nie ma żadnego interesu by rozpocząć wojnę z Polską. Taki straszak był potrzeby polskiemu lobby zbrojeniowemu i wspierających go polityków, aby uzasadnić zwiększenie wydatków na zbrojenia. Te wydatki miały trafić do polskich fabryk. Finansować badania, nowe produkcje, zakupy licencji.
Ale politycy PiS przez trzy lata nie potrafili wydać ich w kraju. Teraz na potrzeby kampanii wyborczej zgodzili się zrobić duże zakupy w USA.

W efekcie takiej polityki polski podatnik pracuje na rozwój amerykańskiego przemysłu. Politycy PiS zachowują się jak dealerzy amerykańskiego przemysłu i jeszcze każą się cieszyć swym wyborcom, że wzbogacają USA.

Palestyńskie kino

Kino palestyńskie od zawsze skupiało się wokół życia Palestyńczyków, ich miłości, marzeń i pragnień. Po 1967r. głównym tematem była walka narodowowyzwoleńcza, okupacja izraelska i marzenia o wolnej ojczyźnie. Palestyńscy filmowcy nie zapominają o kobietach i ich kluczowej roli w społeczeństwie.

To w Palestynie powstał film Sędzia (2017), o Dr Kholoud Al Faqih, pierwszej na Bliskim Wschodzie, kobiecie sprawującej urząd sędzi w sądzie religijnym, inny film („Speed sisters” (2015) pokazuje, pierwszą na Bliskim Wschodzie, żeńską drużynę ścigającą się w wyścigach samochodowych. Z kolei film 3000 nocy (2015) nakręcony przez kobietę o kobiecie, która niesłusznie osadzona w więzieniu, musiała zmierzyć się nie tylko z nieufnością osadzonych Palestynek, wrogością Izraelek, ale i władzami więzienia, a przede wszystkim samotnym macierzyństwem w nieludzkich warunkach.

Kino palestyńskie jest różnorodne, ale dosyć młode. Pierwszy zachowany film pochodzi z 1935 r., jest to krótko-metrażowy film dokumentalny o wyprawie króla Su’uda Ben Abdel Aziza do Palestyny i jego podróży między Jerozolimą a Jaffą, autorstwa Ibrahima Sarhana. W 1934r. powstało Narodowy Instytut Palestyński, który miał zajmować się produkcją filmów, jednak rozwój kinematografii stał się ofiarą wydarzeń roku 1948 – Nakba (tłum. katastrofa), tj. czystek etnicznych i przesiedleń ponad 750 000 Palestyńczyków. W latach 1948-1967, czyli między Nakbą a wojną sześciodniową rozwój palestyńskiego przemysłu filmowego został zahamowany.

Dopiero po 1968r. Powstawały filmy na temat izraelskiej okupacji Zachodniego Brzegu i Strefy Gazy, produkowane na uchodźctwie, głównie w Libanie i Jordanii przez Organizację Wyzwolenia Palestyny.

Lata 70. i 80. XX w. to czas wzmożonej cenzury palestyńskich artystów, którzy byli prześladowani, ośrodki kultury i kina w Palestynie – zamykane przez władze izraelskie chcące zahamować rozwój kultury i umacniającą się tożsamość narodową.

Ostatnie trzy dekady przyniosły wielu utalentowanych artystów, którzy stworzyli wiele niesztampowych filmów i zdobyli liczne nagrody na międzynarodowych festiwalach filmowych. Poczynając od nagrodzonych na Weneckim Festiwalu Filmowym Kronik znikania (1996) w reżyserii Elia Suleimana, który przez zlepek skeczy stara się przekazać poczucie niepokoju i palestyńskiej bezpaństwowości, poprzez nominowanego do oskara filmu Przystanek raj (2005) w reżyserii Hany’ego Abu Assada, który ukazuje wewnętrzne zmagania chłopców wybranych przez organizację terrorystyczną na zamachowców oraz innych filmów tego uznanego reżysera (Omar (2013), Idol z ulicy (2015), Wesele Rany (2002)). Przez liczne filmy dokumentalne takie jak Jenin, Jenin (2002) opowiadający o operacji izraelskiego wojska o nazwie tarcza obronna w kwietniu 2002r. w obozie dla uchodźców w Jenin, których skutkiem były zbrodnie wojenne popełnione przez izraelskie wojsko (doniesienia mówią o 500 zamordowanych Palestyńczykach). Inny film dokumentalny, 5 rozbitych kamer (2011) mówi o oporze przeciw okupacji bez przemocy, przy użyciu kamery, a w zasadzie pięciu kamer, gdyż każda poprzednia jest niszczona przez izraelskie wojsko (inne filmy dokumentalne: Sędzia (2017), Speed sisters (2015) i Latawce (2014) film o biciu rekordu Guinnesa w liczbie puszczanych latawców przez dzieci w Strefie Gazy).

Kończąc na nietypowych filmach jak Polowanie na duchy (2017) Raed’a Andoni, który mierzy się z traumą po byciu przetrzymywanym w areszcie izraelskim odtwarzając warunki tam panujące razem z innymi, którzy tego doświadczyli, czy też 18 poszukiwanych, (2014) film animowany o tym jak 18 krów może stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa wewnętrznego państwa oraz Boska interwencja (2002), która jest surrealistyczną czarną komedią odpowiadającą o życiu Palestyńczyka mieszkającego w Nazarecie i jego dziewczyny mieszkającej kilka check pointów dalej – w Ramallah.

Palestyńskie kino przyciąga różnorodnością tematów i zatrzymuje widza ich głębią, a historie w nim opowiedziane są niejednoznaczne, poruszają umysł i duszę.

Korupcja nie szkodzi

Premier Izraela Beniamin Netanjahu nie przejmuje się prowadzonymi przeciwko niemu śledztwami dotyczącymi korupcji. Zapowiedział, po raz kolejny, że w przedterminowych wyborach parlamentarnych planowanych na kwiecień on i jego partia Likud będą walczyć o zwycięstwo.

 

Przeciwko Netanjahu prowadzone są trzy postępowania. Pierwszy zarzut dotyczy zawarcia przez premiera układu z jedną z najpoczytniejszych gazet izraelskich, Yediot Aharonot. W zamian za korzystne publikacje o swoim rządzie szef Likudu miał obiecać kierownictwu pisma przepchnięcie przez Kneset ustaw ograniczających dystrybucję konkurencyjnego pisma. W innych sprawach premier jest podejrzewany o przyjmowanie drogich prezentów w zamian za osobiste lub biznesowe korzyści. W trzeciej sprawie wreszcie, jak pisaliśmy, Netanjahu dążył do zdobycia przychylności mediów należących do wielkiego holdingu komunikacyjnego Bezeq w zamian za ciche decyzje rządowe, które przyniosły właścicielom Bezeq setki milionów dolarów. Oskarżenie miałoby objąć lata 2012-2017, kiedy premier i jego najbliższe otoczenie polityczne interweniowali w mediach Bezequ, domagając się publikacji pochlebnych artykułów i zdjęć, nakazując usuwanie treści, które im się nie spodobały i wpływając na nominacje w redakcjach.

Prowadzenie postępowań nie zobowiązuje Netanjahu do ustąpienia ani tym bardziej wycofania się z polityki, chociaż jego polityczni rywale z pewnością będą próbowali nimi grać. Wczoraj premier Izraela oznajmił na konferencji prasowej w Brazylii, gdzie przyjechał na inaugurację prezydencką Jaira Bolsonaro, że nie zrezygnuje, nawet jeśli zostanie wezwany na przesłuchanie przed prokuratorem generalnym.

Obecnie sondaże przed przedterminowymi wyborami parlamentarnymi, zaplanowanymi na 9 kwietnia, dają Likudowi wygraną. Nawet coraz poważniejsze zarzuty korupcyjne dotyczące premiera nie zniechęcają wyborców. Nie ulega wątpliwości, że zarówno partia Netanjahu, jak i jej jeszcze bardziej ekstremistyczni konkurenci podczas kampanii wyborczej będą licytować się w wojennej retoryce, nacjonalistycznych hasłach i zapowiedziach dalszego „zapewniania bezpieczeństwa” (czytaj: bezwzględnego traktowania ludności palestyńskiej).

Bożonarodzeniowy nalot

Nocą 25 grudnia br lotnictwo Izraela przeprowadziło kombinowany atak lotniczo-rakietowy na szereg celów w okolicach Damaszku.

 

6 samolotów F-16D „Sufa”, manewrując na niskim pułapie, wleciało w przestrzeń powietrzną Libanu i stąd odpaliło 16 pocisków manewrujących „Dellilah” AL. Zasięg tych rakiet sięga 400 km. Samoloty nie przekroczyły granicy syryjskiej przestrzeni powietrznej, stąd były tylko śledzone przez syryjskie i rosyjskie radary systemów S-300 i S-400 „Triumf”. Równolegle samoloty myśliwskie F-15I odpaliły aż 43 cele pozorne nad Morzem Śródziemnym absorbując i myląc syryjską OPL. Jednak nowy zautomatyzowany system OPL zbudowany Syryjczykom przez Rosjan trzy miesiące temu działał efektywnie i sprawił, że pośród 16 rakiet „Dellilah” 14 strąciły rosyjskiej produkcji artyleryjsko-rakietowe zestawy przeciwlotnicze „Pancyr”-S. W powietrzu zniszczono też kilka dronów uderzeniowych w tym IAI „Harpy”. To samobójcza broń jednorazowa (amunicja krążąca), o zasięgu do 180 km. Drony „Harpy” krążą wystrzelone i atakują włączone wrogie stacje radiolokacyjne. Radary syryjskie paraliżowały też silne zakłócenia emitowane z izraelskich samolotów WRE EA-6B „Prowler”.

W drugiej fali nalotu izraelskie samoloty zrzuciły znad Libanu bomby szybujące GBU-39 o zasięgu do 110 km. Systemy przeciwlotnicze Buk-M2 zniszczyły wprawdzie przedzierające się równolegle duże drony uderzeniowe, w tym jeden nad Górą Hermon, ale bomby się przedarły niszcząc syryjskie punkty dowodzenia i obiekty na lotnisku, na którym kilka godzin wcześniej wylądował irański Boeing 747. Oficjalnie Izrael atakował magazyny broni dostarczonej przez Iran, w tym magazyn rakiet typu Fajr-5 na terenie 138 brygady armii syryjskiej i obiekty należące do Hezbollahu opodal miejscowości Katana i Kiswa. Rosyjski rzecznik MON generał Konaszenkow na konferencji prasowej informował, że syryjska OPL na wniosek Rosjan działała w sposób ograniczony, gdyż w powietrzu znajdowały się samoloty pasażerskie, które mogły omyłkowo porazić rakiety przeciwlotnicze, a środki WRE zakłócić urządzenia pokładowe.

Wykidajło z Kiszyniowa

Gdy w połowie listopada 60-letni minister obrony Izraela Awigdor Lieberman nieoczekiwanie podał się do dymisji, na palestyńskich terytoriach okupowanych wybuchła radość: w końcu to ten człowiek rozkazał zabijać mieszkańców Strefy Gazy, którzy manifestowali pod granicą, co skończyło się setkami zabitych i dziesiątkami tysięcy rannych. Była to jednak radość krótkotrwała, bo przecież nawet jeśli Lieberman wycofał się teraz, to w żadnym wypadku nie oznacza końca jego kariery politycznej, ani zmiany polityki terroru prowadzonej przez rząd izraelski. Jego nieprzejednany, agresywny rasizm cieszy się w Izraelu powszechnym poparciem.

 

„Zawsze wzbudzałem kontrowersje, bo proponuję nowatorskie idee” – wyjaśniał, kiedy w marcu 2015 r. pytano go o przemówienie na mityngu wyborczym w Hercliji pod Tel-Awiwem, kiedy przekonywał, że izraelskim Palestyńczykom (tej resztce, która pozostała w proklamowanym Izraelu po Nakbie, czystce etnicznej z 1948 r.) należy „obcinać głowy siekierą”, jeśli są nielojalni wobec państwa żydowskiego. Lieberman sugerował zresztą skazywać na śmierć wszystkich gojów, którzy krytykują politykę rządu. Jego wyborcy byli jak zwykle zachwyceni „nowatorskim pomysłem” i Lieberman odniósł kolejne zwycięstwo. Od 2000 r. już pięć razy podawał się do dymisji lub bywał odsuwany, gdy jego propozycje nie były wdrażane, ale zawsze dzięki poparciu narodu szybko wypływał na powierzchnię: zbyt wielu Izraelczyków wyznania żydowskiego widzi w nim uosobienie chwalebnej przyszłości Izraela.

Tym razem odszedł z rządu i wycofał swą partię Nasz Dom Izrael z koalicji rządowej z dwóch przyczyn: premier Netanjahu odmówił natychmiastowej, nowej kampanii masowych bombardowań Strefy Gazy i – co Liebermana jeszcze bardziej oburzyło – zgodził się wpuścić do zablokowanej od ponad 10 lat enklawy opłacone przez Katar paliwo dla tamtejszej elektrowni, co tymczasowo wydłużyło dostęp Palestyńczyków do elektryczności z (maksymalnie) czterech do dziewięciu godzin na dobę. Te, według niego, „karygodne” posunięcia rządu Netanjahu to co prawda stara strategia -od czasów działań premiera Szarona w 2004 r.: dać chwilę oddechu Gazie, by lepiej, poprzez nasiloną żydowską kolonizację i represje przeciw tubylcom, zlikwidować ideę państwa palestyńskiego na okupowanym Zachodnim Brzegu Jordanu. Ale Lieberman wie, za co kochają go rodacy. Mierzy wysoko.

 

Rzęsiste oklaski

Przez pierwsze 20 lat swego życia Lieberman był obywatelem Związku Radzieckiego, rosyjskojęzycznym Żydem z Kiszyniowa, stolicy Mołdawskiej SRR. Jego ojciec Lew, do 1940 r. obywatel rumuński, należał do ekstremistycznej organizacji syjonistycznej Betar, co syn uznał jednak za „mięczakowatość”. Po emigracji do Izraela, gdy został wykidajłą w telawiwskim nocnym klubie, wstąpił do terrorystycznej organizacji Kach amerykańskiego rabina Meira Kahane. W Izraelu stała się ona partią polityczną, głoszącą konieczność „transferu” wszystkich gojów (przede wszystkim Palestyńczyków) z Izraela i ziem przezeń okupowanych do sąsiednich państw arabskich. Kach nie wykluczała, a nawet promowała również drogę ludobójstwa, by osiągnąć „czystość narodową” Izraela, wzorem biblijnej księgi Jozuego, lecz kiedy zaczęła urządzać pogromy i masakry na własną rękę, została zakazana. Wtedy Lieberman przeszedł do legalnego, skrajnie prawicowego Likudu, by związać się z innym Amerykaninem – Benjaminem Netanjahu.

Metodyczna kolonizacja i terror na ziemiach okupowanych za czasów pierwszego premierostwa Netanjahu wydały się Liebermanowi zbyt powolne (wręcz „babskie”). On nie przestał domagać się „transferu”, wielkiego wygnania Palestyńczyków z ich kraju, które miałoby być dokończeniem Nakby i zapewnić niepodzielną supremację Żydów w Palestynie. W proteście porzucił więc Likud i w 1999 r. założył własne ugrupowanie, które z początku reprezentowało żydowskich emigrantów z Rosji, którzy, przyzwyczajeni do stalinowskich deportacji całych narodów, bez problemu poparli jego poglądy. W tym samym roku dostał się więc do Knesetu, by powrócić jednak do alternatywnej idei ludobójstwa, co wkrótce zapewniło mu znaczne poparcie i trwałe miejsce w izraelskiej polityce. Jeszcze w 2009 r. głośno domagał się zrzucenia izraelskiej bomby atomowej na Strefę Gazy, a to nieodmiennie zapewniało mu rzęsiste oklaski i wyrazy uwielbienia na mityngach. Pomimo pewnej „kontrowersyjności” tego ostatecznego rozwiązania, na co nieśmiało zwracała uwagę prasa światowa.

 

Bojownik o sprawiedliwość

W miesiąc po tej ostatniej deklaracji Awigdor Lieberman został szefem izraelskiej dyplomacji w drugim rządzie Netanjahu. By więc nie wypominano mu „kontrowersyjnych” wypowiedzi, głosił jedynie konwencjonalne wyniszczenie Palestyńczyków, a Mahmuda Abbasa, szefa Autonomii Palestyńskiej na Zachodnim Brzegu, który przeciw temu protestował, nazwał „terrorystą dyplomatycznym”. To od razu uciszyło i tak już cichutką krytykę zachodnią. Wiedział, że państwo Izrael cieszy się „bezwarunkowym” poparciem imperium amerykańskiego. Gdy zgłosił nowatorski pomysł, by wszystkich więźniów palestyńskich „utopić w Morzu Martwym” („zamiast ich utrzymywać”), nikt mu w zagranicznych kancelariach uwagi nie zwracał. W Izraelu ludowy nacisk na Netanjahu stał się tak mocny, że dwa i pół roku temu Lieberman zdobył w jego rządzie wymarzone stanowisko – ministra obrony.

Tu starał się naprawdę zrealizować. Jego kolejny pomysł – rozstrzelanie kilku posłów palestyńskich, którzy są w izraelskim parlamencie, nie został co prawda wykonany („Czyżbyśmy byli społeczeństwem mięczaków?” – pytał zawiedziony), ale za to mógł gorąco bronić „swoich” żołnierzy, kiedy zabijali Palestyńczyków, gdzie się da. Był na przykład oburzony, że dzielny żołnierz Elor Azaria, który zastrzelił na ulicy bezbronnego tubylca (co zostało „niestety” sfilmowane), musiał przesiedzieć w więzieniu ponad osiem miesięcy, czyli tyle samo co Palestynka Ahed Tamimi za wymierzenie policzka izraelskiemu oficerowi. Wydało mu się to krzycząco niesprawiedliwe. Poparł ministra edukacji Naftali Bennetta, który domagał się dożywocia dla palestyńskiej nastolatki i zwrócił się do prezydenta o ułaskawienie Azarii.

 

Walka ze stresem

Jego marzenie o wielkiej masakrze w Strefie Gazy zaczęło się spełniać w marcu tego roku, gdy Palestyńczycy, poruszeni przeniesieniem amerykańskiej ambasady do Jerozolimy, postanowili przypomnieć światu swoje marzenie o powrocie uchodźców do miast i wsi swego kraju. Lieberman pytany przez zagranicznych dziennikarzy, dlaczego każe strzelać do manifestujących mężczyzn, kobiet i dzieci, do karetek pogotowia i dziennikarzy, dlaczego izraelscy snajperzy używają międzynarodowo zakazanych pocisków typu dum-dum, czym łatwiej zabić lub trwale okaleczyć, wyjaśnił, że „nie ma niewinnych” w Strefie, że wszyscy (chociaż bez broni), należą do „wojskowego ramienia Hamasu”, partii rządzącej w Gazie.

Bardziej wiarygodne wyjaśnienie dostarczył, gdy na portalach społecznościowych ukazało się wideo „jego” żołnierzy zabawiających się głośno w celowanie do Palestyńczyków również wtedy, gdy nie ma manifestacji: tych przechodzących lub stojących gdzieś na horyzoncie. Na wideo słychać żołnierską radość z zabicia jednego z nich. „Snajperowi należy się medal, ale ten z kamerą zasługuje na degradację” – oświadczył Lieberman powtarzając, że „mamy najbardziej moralną armię na świecie, ale na froncie żołnierze są zestresowani. Trzeba zrozumieć, że mają ochotę wyładować stres, to normalne”. Sam Lieberman walczył ze stresem, wydając rutynowe rozkazy bombardowań lotniczych Strefy w oczekiwaniu na „wielką ofensywę”, która została w tym miesiącu zawieszona, powodując jego frustrację i dymisję.

 

Pomoc sojusznikom

We wrześniu amerykański magazyn Foreign Policy ujawnił, że ministerstwo Liebermana zbroiło i opłacało 12 różnych terrorystycznych ugrupowań antyrządowych operujących w Syrii. Izrael dokładał każdemu dżihadyście 75 dolarów do miesięcznej pensji wypłacanej przez Arabię Saudyjską. Oczywiście działo się to za pełną wiedzą Stanów Zjednoczonych. O ile jednak w Syrii Izraelczycy dostarczali „rebeliantom” broń amerykańską, na Ukrainie zbroją i sprzedają licencje na produkcję izraelskiej broni, szczególnie dla neonazistowskiego, oskarżonego o liczne zbrodnie pułku „Azow”. Przyczyna była dość prosta: w zeszłym roku amerykański Kongres odmówił dalszego finansowania „Azowa” ze względu na głoszony przezeń nazizm, więc administracja Trumpa zwróciła się do Izraela, który bez problemu zgodził się wykonać czarną robotę za nią. To we we współpracy obu krajów reguła, tak samo było np. w czasie znanej afery „contras” w Nikaragui.
Podczas gdy „obrońcy białej rasy” z „Azowa” kręcili wideo instruktażowe np. o izraelskich karabinach specjalnych Tavor (na Ukrainie nazywają się Fort), Lieberman w rozmowach z premierem Ukrainy Hrojsmanem załatwił znaczne rozszerzenie „współpracy wojskowej” między obu krajami. Niektórzy mogą się zdziwić, że Izrael zbroi ludzi, którzy by wyrazić nienawiść do prezydenta Rosji nazywają go „Żydem”, lecz dla realizacji interesów politycznych, szczególnie popierania skrajnej prawicy w Europie, Izrael nie zważa na kwestię antysemityzmu.

 

Między faszyzmem a nazizmem

Według izraelskiego historyka prof. Zeeva Sternhella, znanego specjalisty od europejskiego faszyzmu, Awigdor Lieberman, którego porównuje do Benito Mussoliniego, jest „najbardziej niebezpiecznym politykiem w historii Izraela”. Z kolei zdaniem prof. Noama Chomsky’ego to jeden z przedstawicieli izraelskiego „judeo-nazizmu”, który zaczyna rządzić polityką państwa żydowskiego. Inni zwracają uwagę, że od dawna są w niej obecni ludzie gorsi od Liebermana, który jednak odszedł od syjonizmu religijnego na rzecz świeckiego.
Przykładem może być religijny ekstremista i skrajny rasista-nacjonalista Naftali Bennett, minister edukacji, który zaraz po rezygnacji Liebermana zażądał dla siebie ministerstwa obrony. Jego marzenia są biblijne, o Wielkim Izraelu („po Eufrat”), więc na razie, ze względów dyplomatycznych, tej teki nie dostał. Premier Netanjahu może się cieszyć, że w porównaniu z takimi „jastrzębiami”, może uchodzić wręcz za „gołębia”. Zażegnał kryzys rządowy wywołany dymisją Liebermana, ominął niepewność wcześniejszych wyborów, ale do kiedy? W którą stronę ewoluuje izraelski, kolonialny reżim apartheidu? Niestety, coraz więcej obserwatorów nie wróży niczego dobrego.

Rywale pod Brzęczka

Fot. Reprezentacja Polski była losowana z pierwszego koszyka

 

 

W niedzielę w Dublinie rozlosowano grupy eliminacyjne mistrzostw Europy w 2020 roku.
Biało-czerwoni trafili do grupy G z zespołami Austrii, Izraela, Łotwy, Słowenii i Macedonii. Awans wywalczą dwie najlepsze ekipy. Pierwsze mecze zostaną rozegrane w marcu 2019 roku.

 

Mistrzostwa Europy 2020 zostaną po raz pierwszy rozegrane w aż 12 państwach. Miastami-gospodarzami będą Kopenhaga (Dania), Amsterdam (Holandia), Bukareszt (Rumunia), Dublin (Irlandia), Bilbao (Hiszpania), Budapeszt (Węgry), Glasgow (Szkocja), Monachium (Niemcy), Baku (Azerbejdżan), Sankt Petersburg (Rosja), Rzym (Włochy) i Londyn (Anglia). Turniej zostanie rozegrany od 12 czerwca do 12 lipca. Finał odbędzie się na Wembley w Londynie.
Kibice w Polsce się cieszą, bo losujący drużyny Robbie Keane oszczędził naszą reprezentację i nie wpakował jej do towarzystwa najmocniejszego zespołu z drugiego koszyka, Niemców, którzy wylądowali w grupie C, gdzie znów przyjdzie im mierzyć się z Holandią, z którą przegrali rywalizacje w Lidze Narodów.

Zamiast ekipy Joachima Loewa biało-czerwoni z drugiego koszyka Polacy wylosowali Austriaków. To z kolei wymarzony rywal dla obecnego selekcjonera kadry Jerzego Brzęczka, który w Austrii spędził większość swojej piłkarskiej kariery (grał tam w latach 1995-2007, z roczną przerwą na występy w izraelskim Maccabi Haifa).

Na mistrzostwa awansują dwie najlepsze drużyny z każdej grupy. Pozostałe cztery miejsca na mistrzostwach przysługują zwycięzcom barażów. Na turnieju zagrają 24 zespoły. I po raz pierwszy bezpośredni awans nie przysługuje państwom-gospodarzom, one także muszą walczyć w eliminacjach.

 

Podział na grupy el. Euro 2020:

Grupa A: Anglia, Czechy, Bułgaria, Czarnogóra, Kosowo.
Grupa B: Portugalia, Ukraina, Serbia, Litwa, Luksemburg.
Grupa C: Holandia, Niemcy, Irlandia Północna, Estonia, Białoruś.
Grupa D: Szwajcaria, Dania, Irlandia, Gruzja, Gibraltar.
Grupa E: Chorwacja, Walia, Słowacja, Węgry, Azerbejdżan.
Grupa F: Hiszpania, Szwecja, Norwegia, Rumunia, Wyspy Owcze, Malta.
Grupa G: Polska, Austria, Izrael, Słowenia, Macedonia, Łotwa.
Grupa H: Francja, Islandia, Turcja, Albania, Mołdawia, Andorra.
Grupa I: Belgia, Rosja, Szkocja, Cypr, Kazachstan, San Marino.
Grupa J: Włochy, Bośnia i Hercegowina, Finlandia, Grecja, Armenia, Lichtenstein.

 

Ramowy terminarz eliminacyjny:

21-23 marca 2019: kolejka 1
24-26 marca 2019: kolejka 2
7-8 czerwca 2019: kolejka 3
10-11 czerwca 2019: kolejka 4
5-7 września 2019: kolejka 5
8-10 września 2019: kolejka 6
10-12 października 2019: kolejka 7
13-15 października 2019: kolejka 8
14-16 listopada 2019: kolejka 9
17-19 listopada 2019: kolejka 10

Losowanie grup finałów turnieju odbędzie się 1 grudnia 2019 roku.

 

Sen o Powrocie, walka o przetrwanie Palestyna

Obóz dla uchodźców Dżalazun, siedem kilometrów na południe od Ramallah, to jedna czwarta kilometra kwadratowego i piętnaście tysięcy mieszkańców. Obóz Aida na przedmieściach Betlejem: jedna dziesiąta kilometra, pięć i pół tysiąca ludzi. Za ich bramami – całe najnowsze dzieje Palestyny w pigułce: tragedia sprzed 70 lat, opór, ofiary, marzenia i próby normalnego życia, które w tych warunkach samo w sobie jest dalszym ciągiem oporu.

 

Przy przyjeździe do Dżalazun potoczne skojarzenia z pojęciem „obóz dla uchodźców” zawodzą. Żadnych namiotów, pośpiesznie wytyczonych alejek i prowizorycznych baraków. Tak było siedemdziesiąt lat temu, gdy na Zachodnim Brzegu, wtedy jordańskim, pośpiesznie lokowano palestyńskich wygnańców, ofiary Nakby, Katastrofy.
Spodziewali się, że wrócą i to w krótkim czasie. Nie wrócili. Zamiast namiotów wyrosły domy, obóz przybrał wygląd ubogiego miasteczka, jakich tysiące na Bliskim Wschodzie: ciasno poustawiane domy, obowiązkowo z beczkami wody na dachu, wąskie ulice, bezładnie zaparkowane samochody, plątanina elektrycznych kabli, meczet z minaretem wzbijającym się w idealnie błękitne niebo. Są też punkt pomocy medycznej i szkoły dla dziewczynek i chłopców. Na ich siedzibach – tablice informacyjne agencji UNRWA, Agendy Narodów Zjednoczonych dla Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie. Pierwszy sygnał, że w zwyczajnym mieście jednak nie jesteśmy.
Kolejny, jeszcze dobitniejszy, dają sami mieszkańcy, jeśli tylko ktoś ich zapyta: skąd jesteś? Nie odpowiadają, że stąd, z Dżalazun, choćby tutaj się urodzili i nigdy nie mieszkali nigdzie indziej. Biuro Narodów Zjednoczonych ds. Koordynacji Pomocy Humanitarnej, opracowując dane statystyczne, spisało 36 różnych deklaracji. Jestem z Innaby, w dystrykcie Ramli. Nasza rodzina pochodzi z wioski al-Muzajri’a, też z tamtych okolic. Jesteśmy z Aj-Chajrijji, z regionu Jaffy, północ. My z Ad-Dawajimy, na zachód od Hebronu. Najwięcej rodzin wskazuje dwa miejsca – Al-Ludd i nieodległą od niego Bajt Nabalę.

 

Wypędźcie ich

Ar-Ramla i Al-Ludd, łącznie liczące 50-70 tys. arabskich mieszkańców, według rezolucji ONZ z listopada 1947 r., miały znaleźć się w granicach państwa palestyńskiego. Jednak podczas wojny izraelsko-arabskiej, w lipcu 1948 r. zostały zajęte przez wojsko izraelskie. Jordański Legion Arabski, który miał bronić tego obszaru, stawił jedynie nieznaczący opór.
Jak zapisał w swoich wspomnieniach Icchak Rabin, późniejszy premier i pokojowy noblista, a w 1948 r. oficer i zastępca dowódcy operacji ataku na al-Ludd i ar-Ramlę, 12 lipca o losie Palestyńczyków z dwóch miast zdecydował osobiście Dawid Ben Gurion. Na pytanie, co zrobić z arabskimi mieszkańcami zdobytych miast, pierwszy premier Izraela machnął tylko ręką, co Rabin zrozumiał jako: wypędźcie ich. Taki też rozkaz podpisał tego samego dnia.
W 35-stopniowym upale, bez wody i żywności mieszkańcy al-Ludd musieli przejść najpierw siedem kilometrów do Bajt Nabali, zajmowanej przez izraelskie wojska już od kwietnia, potem kolejne dziesięć do Barfilijji. Po drodze porzucali resztki dobytku, które wcześniej ze sobą zabrali (większość i tak musieli zostawić na miejscu). Mienie innych rabowali po drodze izraelscy żołnierze. Ilu uchodźców zmarło po drodze z wyczerpania? Izraelski historyk Benny Morris twierdzi, że była to „mała grupa, może kilkadziesiąt osób”. Autor palestyński, Arif al-Arif, że życie straciło 350 osób starszych, kobiet i dzieci. Dopiero po trzech dniach żołnierze Legionu Arabskiego przewieźli ocalałych na Zachodni Brzeg. W cieniu strasznych wspomnień wyrosły kolejne pokolenia, które nigdy nie miały szansy przeżyć choć dnia w ziemi przodków, ale mówią o sobie: jesteśmy stamtąd.
Na bramie prowadzącej do Aidy wisi ogromny klucz, symbol Powrotu. Wiele rodzin ciągle przechowuje, jak relikwie, klucze do domów, które musieli wtedy porzucić.

 

Walka o przetrwanie

Wiceprzewodniczący samorządu mieszkańców Dżalazun, kiedy pytam, gdzie miejscowi znajdują pracę i czy nie rozważają wyprowadzki z obozu za (trochę) lepszym życiem, odpowiada tylko na pierwszą część pytania. Tak, o pracę bardzo trudno. Bezrobocie wśród mieszkańców to blisko 60 proc., wśród kobiet – jeszcze więcej. W końcu ile miejsc pracy może być na jednej czwartej kilometra? Około dwóch tysięcy osób ma zatrudnienie w Ramallah i w sąsiednim Al-Bira. Wyjeżdżają i wracają z nadzieją, że droga do obozu nie będzie akurat zamknięta przez żołnierzy z izraelskiego posterunku w Beit El. Co, jeśli jest? Pozostaje jechać naokoło, przez wioskę Surda, nadkładając dwa razy drogi. A jeśli właśnie wtedy, gdy Izraelczycy zamykają przejazd, ktoś z mieszkańców obozu potrzebuje szybko pilnie pomocy medycznej, bardziej skomplikowanej, niż ta podstawowa udzielana na miejscu, i spieszy się do szpitala w Ramallah? W zasadzie może się… pomodlić. I niewiele więcej.
Ale opuścić obozy? To by przecież oznaczało rezygnację ze statusu uchodźcy i prawa do powrotu, zapisanego w prawie międzynarodowym. Pogodzenie się z tym, że pewnych faktów się już nie odwróci. Nie, większość mieszkańców nawet nie bierze tego pod uwagę.
A przecież bezrobocie to tylko pierwszy z listy problemów. Następny – przeludnienie. Gdy obóz powstawał, był przeznaczony dla dwóch-trzech tysięcy osób. Rodziły się dzieci, liczba mieszkańców rosła, ale wydzielone terytorium dla uchodźców – nie. Dalej: przychodnię i działanie szkół dla chłopców i dziewczynek opłaca UNRWA. Wieść o tym, że Donald Trump obciął jej finansowanie, wywołała w samorządzie mieszkańców Dżalazun autentyczną trwogę. Gdyby nie amerykańskie wpłaty na fundusz, w 2014 r. nie udałoby się rozbudować szkoły dla dziewczynek o 31 nowych sal, otworzyć sali komputerowej, boiska. Rozbudowa była konieczna, bo szkołę budowano dla kilkudziesięciu uczennic, a dzisiaj uczęszcza do niej tysiąc najmłodszych mieszkanek. Co będzie dalej?
W Aidzie w 1948 r. znalazło schronienie 1125 wygnańców, dziś mieszka tu pięć i pół tysiąca uchodźców. Bezrobocie? „Tylko” 43 proc. Byłoby może mniej, gdyby nie to, że obóz przylega do Muru Separacyjnego, dojazd do niego jest regularnie zamykany. Stałej przychodni nie ma, UNRWA opłaca jedynie regularne przyjazdy lekarza. Niemalże stałe są natomiast problemy z dostawami wody. Działają dwie szkoły, dzięki zagranicznym dobroczyńcom powstało centrum kulturalne Ar-Rowwad, gdzie najmłodsi mieszkańcy mogą chociaż trochę cieszyć się dzieciństwem: mają świetlicę, kolorową bibliotekę, salę komputerową, chodzą na warsztaty fotografii, teatru, tańca. W 2009 r. występowali przed papieżem Benedyktem XVI. Zwierzchnik Kościoła katolickiego w czasie tamtej pielgrzymki wyraził żal, że uchodźcy żyją w tak niepewnych i trudnych warunkach.

 

Ekspansja

Izraelski posterunek po drugiej stronie drogi z Ramallah, niemalże naprzeciwko Dżalazun, powstał w 1970 r., trzy lata po wojnie sześciodniowej, w której Jordania straciła Zachodni Brzeg. Przy niewielkiej bazie zamieszkało siedemnaście rodzin. Dziś osiedle Beit El ma sześć i pół tysiąca mieszkańców, wielokrotnie było powiększane. Izraelska organizacja Pokój Teraz, opowiadająca się za rozwiązaniem dwupaństwowym i wycofaniem osadników z terytoriów okupowanych, szacuje, że 96,5 proc. zajmowanego przez Beit El terenu to ziemie siłą odebrane palestyńskim właścicielom. Aida też sąsiaduje z osiedlami: wystarczy wejść na dach jednego z domów i widać rozłożone na wzgórzach Har Homa i Gilo.
Osadnicy nie dają nam spokoju – słyszymy w Dżalazun. – Przychodzą do obozu nad ranem, potrafią wejść do domu, grozić bronią, wrzucić granat hukowy. Straszą dzieci, niszczą samochody mieszkańców obozu.
W Aidzie eksperci z Centrum Praw Człowieka przy Uniwersytecie Kalifornijskim przeprowadzili badania terenowe, by zweryfikować doniesienia o nieustannym nękaniu. Byli świadkami używania gazu łzawiącego przeciwko przypadkowym, nieuzbrojonym mieszkańcom. Niezależnie od nich Pierre Krähenbühl z UNRWA alarmował: żadna populacja na świecie nie jest tak narażona na działanie takich środków w takim natężeniu, jak mieszkańcy obozu w sąsiedztwie Betlejem.
Osadnicy odpowiadają na łamach izraelskiej prasy: nic podobnego nie ma miejsca. Wręcz przeciwnie, to palestyńscy sąsiedzi z obozu są agresywni, rzucają w nas kamieniami, palą opony. Właśnie dlatego, wyłącznie dla obrony, przekonują, w 2017 r. Beit El zostało otoczone murem i jest ściśle chronione. Żeby nie dochodziło do zamieszek, oni chcą przecież spokojnie żyć. Na czyjej ziemi, jakim kosztem? Do tej kwestii osadnicy już się nie odnoszą.
Dla ruchu osadniczego Beit El, ze względu na swoje położenie w kluczowej strefie Zachodniego Brzegu, ma szczególne symboliczne znaczenie. Jest jak forpoczta, przednia straż w dziele kolonizacji „ziemi darowanej przez Boga Izraelowi”. Większość mieszkańców osiedla głosuje w wyborach na skrajną prawicę i nie zawodzi się – w 2017 r. premier Netanjahu osobiście wyraził zgodę na powiększenie osiedla o kolejne 300 domów. Beit El swojego czasu wspierał też finansowo obecny ambasador USA w Izraelu David Friedman.

 

Tułaczka, zniszczenie, przemoc

W Dżalazun wiedzą, że w związku z powyższym osadnicy są w zasadzie bezkarni. Tak samo, jak bezkarni są ci, którzy zniszczyli wioski i miasta, które oni podają jako miejsce pochodzenia. Tych miejsc tak naprawdę już nie ma. Zostały tylko na historycznych mapach Palestyny sprzed 70 lat i w bazach danych tworzonych przez historyków i wolontariuszy.
Nie ma Bajt Nabali, zajętej przez oddziały żydowskiej Hagany w maju 1948 r. i zniszczonej we wrześniu tego samego roku. Zburzono meczet, po domach zostały fundamenty. Dziś na miejscu arabskiej wsi są osady żydowskie.
Po Al-Chajrijji pozostało kilka opuszczonych domów, opisał je jeszcze w 1992 r. palestyński badacz Walid Chalidi. Dziś to puste pola i wysypisko śmieci, częściowo rekultywowane.
Zniknęła Innaba, wioska z 417 domami, własną szkołą, meczetem, otoczona przez pola uprawne. Od 1952 r. kultywują je, już w ramach moszawu Kefar Szemu’el, Żydzi przybyli z Rumunii.
W Ad-Dawajimie w październiku 1948 r. jeden z batalionów 8 brygady wojska izraelskiego zamordował co najmniej 80 osób. Inni uciekli, ratując życie.
W Al-Ludd na miejscu arabskich mieszkańców osiedlili się Żydzi z Północnej Afryki i ze Związku Radzieckiego. Miasto ma teraz hebrajską nazwę Lod i motto z Księgi Jeremiasza, które brzmi jak cyniczny żart: „I wrócą synowie do swoich siedzib”.
Kiedy pamięć o dawnych upokorzeniach łączy się z doświadczeniem dzisiejszych, codziennych, wtedy faktycznie w pobliżu posterunku przy Beit El i przed bramą Aidy do zamieszek dochodzi. Mieszkańcy, zwłaszcza ludzie młodzi, wiedzą, na co się narażają, paląc opony pod nosem osadników lub rzucając kamieniem w żołnierza. Codziennie, chodząc wąskimi ulicami obozu, mijają bojowe graffiti i rozklejone na ścianach portrety takich jak oni, niektóre z datą śmierci, inne z emblematami palestyńskich organizacji walczących z okupacją. Jedni się ze zdjęć uśmiechają, patrzą spokojnie w oczy przechodniów, innych uwieczniono z flagami, gdy walczyli. Zanim zginęli.
Żyjący wiedzą, że nic ich w tym życiu nie czeka, oprócz egzystencji pod okupacją, w przeludnionym obozie. Gniew pokonuje instynkt samozachowawczy. Skoro i tak można zostać postrzelonym, zranionym, nawet zabitym, jeśli znajdzie się w niewłaściwym miejscu i czasie – czy nie warto zaryzykować, by chociaż na chwilę przełamać bezradność?
W centrum Dżalazun wznosi się pomnik przywódców Organizacji Wyzwolenia Palestyny – Jasira Arafata, Abu Ijada, Abu Dżihada. Na murach obozu, na przemian z tęsknymi malowidłami przedstawiającymi Jerozolimę i Kopułę na Skale, pojawiają się kolejne postacie męczenników.
W centrum Ar-Rowwad kierują się filozofią „pięknego oporu” – przełamywania okupacyjnej rzeczywistości przez sztukę, kultywowanie tradycji, odkrywanie talentów, zachęcanie kobiet do aktywności społecznej. Uprawianie sportu czy robienie zdjęć staje się samo w sobie aktem sprzeciwu. Pokazaniem, że okupacja nie odebrała chęci do życia, nie załamała.

 

Zanim wybuchnie pożar

Palestyńscy przywódcy z Ramallah mówią o pokojowym oporze. O zachęcaniu do przyjeżdżania do Palestyny, ujmowaniu gościnnością, pokazywaniu tutejszej kultury, przełamywaniu stereotypów. Politycy i działacze podkreślają: chcemy pokoju, więc idziemy na ustępstwa, jesteśmy za rozwiązaniem dwupaństwowym, opartym o granice sprzed wojny sześciodniowej. Chcemy międzynarodowej mediacji, wielostronnej konferencji pokojowej, skoro już wiadomo, że USA nie jest neutralnym rozjemcą.
Może i brzmi to rozsądnie, dyplomatycznie, mądrze. Ale w oczy palestyńskiej młodzieży rzuca się co innego: że po drugiej stronie nie ma woli ustąpienia choćby na krok, za to jest naga siła. Budowanie murów, burzenie domów, zabór ziemi, zamknięte drogi, posterunki wojskowe. Rozwiązanie dwupaństwowe staje się nieokreślonym majakiem, a gniew i rozpacz są tutaj i teraz, w obozach dla uchodźców coraz silniejsze… W Aidzie – z każdym spojrzeniem na mur oddzielający Autonomię Palestyńską, który mija się po drodze do obozu i widzi z dachów domów. W Dżalazun – z każdym dniem, kiedy droga do Ramallah była zamknięta i przejechanie siedmiu kilometrów znowu zajęło blisko godzinę. Wszędzie w Palestynie – z każdym wspomnieniem nieistniejących domów, wyciętych drzew oliwkowych, wiosek zrównanych z ziemią.
Jeśli nic się nie zmieni – wybuch musi nastąpić.

 

Korzystałam z prac Ilana Pappe „Czystki etniczne w Palestynie” (Wydawnictwo Książka i Prasa, Warszawa 2017), Benny’ego Morrisa „The Birth of the Palestinian Refugee Problem, 1947–1949″ (Cambridge University Press, Cambridge 1987) oraz z bazy danych Palestine Remembered.