Manifa antysyjonistyczna

Antysyjonizm na lewicy spotyka się z dużym sprzeciwem ze strony liberałów, ale także części samych lewicowców. W Polsce można usłyszeć, że to prosta droga do antysemityzmu oraz że sprzeciwiając się żydowskiemu osadnictwu na terenach Palestyny powielamy propagandę antyżydowską uknutą przez moczarowców w latach 60.

Takie stwierdzenie jest błędne oraz głupie, zważywszy na podstawowy slogan, jaki wznosiła w tamtym okresie antysemicka flanka PZPR, czyli syjoniści do Izraela! Najgorsze, czego można chcieć, to właśnie dalszego osadnictwa w Palestynie oraz kolejnych napięć pomiędzy Palestyńczykami, a Żydami.
Antysyjonizm nie polega na nienawiści do Żydów. Nienawiść do jakiejkolwiek grupy etnicznej lub narodowej jest sprzeczne z podstawowymi wartościami lewicowymi. Antysyjonistami nie kieruje szowinizm, a jego przeciwieństwo, czyli sprzeciw wobec okupacji Palestyny przez Izrael. Historycznie istniały partie oraz organizacje syjonistyczne nazywające się lewicowymi. Jednak także ówczesne realia były inne, niż dzisiejsze: trudno się dziwić, że Żydzi, nękani w praktycznie każdym kraju europejskim, z łatką „tajnych władców świata”, sądzili, że rozwiązaniem ich problemów jest kraj, w którym będą mogli poczuć się bezpiecznie. Stworzywszy jednak państwo żydowskie doprowadzili do sytuacji, w której to oni dopuścili się czystek etnicznych i oni prowadzą politykę apartheidu.
Na swoim antysyjonizmie przejechał się niejednokrotnie Jeremy Corbyn. Organizacje syjonistyczne Wielkiej Brytanii nazywały go antysemitą po praktycznie każdej jego wypowiedzi krytycznie odnoszącej się do okupacji Palestyny przez Izrael. Podobnie został potraktowany Jean-Luc Melenchon, gdy na swoim wiecu w Grenoble wyraził swoją dezaprobatę dla działań CRIF, francuskiej organizacji parasolowej zrzeszającej mniejsze oraz większe ugrupowania o profilu syjonistycznym. Najświeższym przykładem jest konflikt Berniego Sandersa z AIPAC, czyli Amerykańsko-Izraelskim Komitetem Spraw Publicznych, jednym z najsilniejszych amerykańskich lobby syjonistycznych. Sanders odmówił współorganizacji z AIPAC na konferencji prasowej, bowiem, jak to ujął – lobby syjonistyczne w Stanach Zjednoczonych stały się za silne i za mocno wspierają obecny rząd Izraela, który nieustannie łamie prawa Palestyńczyków. Lobby nie czekało i uderzyło od razu.
W Polsce na antysyjonizm monopol zdaje się mieć prawica; w dodatku mowa tutaj raczej o graniu antysyjonistyczną kartą, gdy nie wypada grać antysemicką. Narodowcy pozostają w stałym kontakcie z prawicowymi stowarzyszeniami oraz ugrupowaniami działającymi na terenie Zachodniego Brzegu oraz w strefie Gazy. Na tym tle pozytywnie należy ocenić spotkanie z 28 lutego, gdy o możliwościach współpracy polskiego parlamentu z parlamentem Palestyńskiej Polskiej Władzy Narodowej rozmawiała delegacja Lewicy z ambasadorem Państwa Palestyny Mahmoudem Khalifą.
Palestyńczycy nigdy nie mieli łatwej historii, jak zresztą każdy inny naród zamieszkujący tereny Bliskiego Wschodu, tak chętnie dzielonego przez kolonialne siły Europy oraz Ameryki Północnej. Dziś zaledwie 37.7 proc. z nich mieszka w Państwie Palestyny, a 12 proc. zamieszkuje tereny, które wchodziły w jego skład w roku 1948, czyli de facto, te, znajdujące się pod izraelską okupacją. Przez cały okres nieustającego sporu palestyńsko-syjonistycznego, wielu Palestyńczyków znalazło schronienie w państwach sąsiedzkich, takich jak Egipt, Syria, Jordania czy Liban. Nieco ponad 1 na 20 Palestyńczyków mieszka w innych krajach (np. w Niemczech, USA). Demografia terenów pod kontrolą palestyńskiego rządu jest raczej zrównoważona, jeśli chodzi o podział na płeć. Kobiet łącznie jest o ok. 85 000 mniej niż mężczyzn. Jest to spowodowane opieką poporodową na bardzo niskim poziomie oraz na patriarchalnym modelu społeczeństwa, w którym rodzice zwykle optują ku posiadaniu syna, zamiast córki, przez co małe dziewczynki bywają częściej porzucane, a żeńskie płody – usuwane.
Pomimo trwającej wojny, przyrost naturalny wśród mieszkańców Palestyny jest niezwykle wysoki i niezrównoważony. Struktura wieku i płci ma kształt niemal piramidy, co pokazuje jak dużą część ludności stanowią ludzie w wieku przedprodukcyjnym. Powodów dla takiego rozkładu jest wiele. Poza niezwykle niską dostępnością środków antykoncepcyjnych, również historia zna odpowiedź na to pytanie. Poza wojną, prowadzoną z obu stron, zarówno przez Palestyńczyków, jak i Żydów, w latach 1947-1948 na terenie Palestyny doszło do czystek etnicznych przeprowadzonych przez skrajnych szowinistów z syjonistycznej organizacji Hagana, którą kierował m.in. Ben Gurion.
Syjonizm oznacza TRANSFER Żydów. Mimo wszystko, to transfer Arabów palestyńskich jest łatwiejszy niż jakikolwiek inny. W pobliżu jest wiele innych państw arabskich, dlatego przeniesienie ich do tych państw tylko polepszy sytuację Palestyńczyków, a nie pogorszy. Ben Gurion, 1944
Lewicowy syjonizm czyli… świnka morska
Wiele syjonistycznych partii, organizacji oraz ruchów społecznych przed drugą wojną światową odnosiło się do myśli Karola Marksa. Jedne z nich, takie jak Poalej-Syjon, identyfikowały się z syjonizmem marksistowskim, inne, jak np. Hapoel Ha-Cair, głosiły swoją wersję syjonistycznego socjalizmu.
Cały trzon ideologii zwanej socjalsyjonizmem pochodzi od Mosesa Hessa, niemieckiego filozofa oraz myśliciela, który uważany jest za praojca żydowskiej walki o niepodległość. W wydanej pod koniec 1862 roku pracy “Rzym i Jerozolima” uznał, iż najważniejszym celem środowisk żydowskich powinno być osiedlenie się na terenach Palestyny. Następnie, konieczne będzie wywołanie rewolucji socjalistycznej oraz utworzenie w tym regionie państwa ż y d o w s k i e g o, które w przeciwieństwie do państw europejskich, pozbawione będzie klas społecznych oraz ucisku ekonomicznego… pod warunkiem, że mowa o Żydach. Palestyńczycy stali się w tej całej ideologii wyłącznie problemem, który należało pokonać, by móc wprowadzić socjalizm. A przecież podstawowym postulatem myśli marksowskiej jest porzucenie podziałów narodowych oraz globalne zjednoczenie proletariatu. Oczywiście, rewolucja mogłaby wybuchnąć w wyłącznie jednym kraju, ale to jego zadaniem właśnie jest wtedy przeniesienie jej na inne grunty, w celu wyzwolenia ludu pracującego na całym świecie. Socjalsyjonizm ma tyle wspólnego z Marksem oraz lewicą, co narodowy socjalizm czy strasseryzm.
Kolejne przełomy w budowaniu myśli syjonistycznej już tylko bardziej podkopywały rzekomy socjalistyczny charakter socjalsyjonizmu. Kolonizowanie Palestyny już trwało, więc filozofowie i myśliciele musieli dopasować swoje rozważania do panujących warunków. Wtedy też pojawił się Aharon Dawid Gordon ze swoim przełomowym pomysłem na budowanie ośrodków chłopskich mających być awangardą rewolucji s̶o̶c̶j̶a̶l̶i̶s̶t̶y̶c̶z̶n̶e̶j̶ syjonistycznej. Mowa oczywiście o kibucach, których tworzenie przyćmiło oczy europejskiej lewicy na lata. Propaganda syjonistyczna sprzedawała przekaz o budowie socjalizmu, które w rzeczywistości były kolejną próbą i kolejnym rozwiązaniem kwestii kolonizacji Palestyny.
Pamiętajmy o Palestynie, zwłaszcza 8 marca
Kobiety od zawsze czynnie uczestniczyły w palestyńskiej walce przeciwko okupacji syjonistycznej. Pomimo patriarchalnej budowy muzułmańskiego społeczeństwa zamieszkującego od lat tereny Palestyny, bohaterki walki narodowej łamały zakazy i normy społeczne w celu wygrania z okupantem. Dziś, ich sytuacja jest niestety nadal nieciekawa. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego Państwa Palestyny na rok 2011, 35 proc. zamężnych mieszkanek strefy Gazy padło ofiarą przemocy domowej ze strony partnera w ciągu 12 miesięcy poprzedzających badanie. Kobiety, które nie wyszły jeszcze za mąż wcale nie mają lepiej. Prawie 40 proc. z nich było psychicznie nękanych przez członka lub członków swoich rodzin. Najlepszym przykładem na to, z jakimi trudnościami mierzą się Palestynki w życiu codziennym była sytuacja, która wynikła podczas organizacji corocznego maratonu Agendy Narodów Zjednoczonych dla Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie. Rządzący w strefie Gazy, skrajnie prawicowy, fundamentalistyczny Hamas zakazał startu w zawodach kobietom. ONZ zdecydowało się zatem nie iść na ustępstwa i odwołało maraton.
Kiedy w latach 1947-1948 syjonistyczni terroryści dokonywali czystek etnicznych na Palestyńczykach, to głównie kobiety były zmuszone opuścić zamieszkiwane przez siebie zabudowania. Mężczyźni walczyli, zostawiając zajmowanie się gospodarstwem domowym swoim żonom. Babcie, matki i córki ruszyły więc w niebezpieczną tułaczkę po strefie znajdującej się w epicentrum konfliktu zbrojnego. Syjoniści zamiast osiedlania się w mieszkaniach, z których wyrzucili siłą osoby pochodzenia palestyńskiego, rozpoczęli akcję masowego zalesiania tych terenów, aby nawet po zakończeniu wojny nie można było na nie wrócić. Dziś – Izrael zostaje doceniany na całym świecie, że pomimo położenia na terenach prawie pustynnych, jest tak obficie obsiany zielenią. Mało kto jednak pamięta, jak złowieszcze praktyki doprowadziły do tego “sukcesu”.
Pęknięcie starego ładu czy przełom?
Dramatyczna sytuacja palestyńskiej demografii oraz tragiczna sytuacja kobiet w patriarchalnym społeczeństwie pchnęła rząd Państwa Palestyny do działania. W listopadzie 2019 roku, podniesiono minimalny wiek wyjścia za mąż do 18 lat. Ma to ukrócić proceder sprzedawania swoich 15-letnich córek w zamian za pieniądze czy wpływy gospodarcze.
Podwyższenie dolnej granicy wieku dla obu małżonków, to nie pierwszy przykład na to, że sytuacja kobiet w Państwie Palestyny ulega poprawie. W marcu 2018 roku palestyński rząd zniósł drakońskie prawo nazywane marry-your-rapist-law, pozwalające gwałcicielom uniknąć kary oraz dalej znęcać się nad ofiarą. Na jego podstawie osoba dopuszczająca się gwałtu mogła pobrać się z ofiarą (która w większości przypadków nie miała nawet prawa do odmowy) i dalej żyć na wolności nie ponosząc żadnych konsekwencji. Warto jednak dodać, iż dokumenty te, obowiązujące wówczas na terenie Palestyny nie były tak naprawdę wprowadzone przez palestyńską administracje – miały moc prawną tylko i wyłącznie z powodu zaadoptowania przepisów jordańskich i egipskich na terenach kontrolowanych przez wojska tych państw.
Jak podaje The Jerusalem Post, 37 proc. kobiet będących wciąż w związku małżeńskim wyszło za mąż mając mniej niż 18 lat, 5 proc. – mniej nawet niż 15. 63 proc. kobiet, które wyszły za mąż młodo oświadcza, iż doświadczyło przemocy z rąk swojego męża, a 95 proc. z nich nigdy nie poleciłoby swoim córkom, by wzięły ślub w podobnym wieku, co one. Małżeństwa z dziećmi, jak pokazuje rzeczywistość, nie służą niczemu innemu, niż szybkiemu wzbogaceniu się rodziny. Z powodu przemocy ze strony mężczyzn oraz opresji, na jaką nie są przygotowane tak młode osoby, bardzo często się rozpadają. 63 proc. z rozwiedzionych kobiet mieszkających w Palestynie znajduje się w przedziale wiekowym 18-29.
Lewica antysyjonistyczna albo żadna
Rządzący w Strefie Gazy Hamas promuje patriarchat, popiera zrzucanie osób homoseksualnych z budynków oraz organizuje naloty na żydowskie szkoły położone w Izraelu. W zamachach giną niewinni ludzie, a pieniądze, zamiast trafiać do niebywale biednego społeczeństwa zamieszkującego Strefę, nie bez powodu nazywaną największym więzieniem świata, idą na zbrojenia i kolejne wyrzutnie rakietowe. Z kolei o współpracy rządu tworzonego przez Fatah na Zachodnim Brzegu z izraelskim rządem napisano już niejedno. A jednak lewicowiec nadal powinien głośno wypowiadać się na temat wyzwolenia narodu palestyńskiego żyjącego pod syjonistycznym butem. I to bez dwuznaczności.
Żyjemy w kraju, który przez 23 lata był rozbierany na części, a później, przez 123 lata znajdował się pod okupacją trzech potężnych, europejskich mocarstw. Dziś uważamy za absurd tezy, jakoby Imperium Rosyjskie, Cesarstwo Austro-Węgierskie oraz państwo pruskie miały “historyczne prawo” do terenów zamieszkiwanych przez Polaków. A właśnie argumentu o “historycznym” tudzież “boskim” prawie używa propaganda syjonistyczna do usprawiedliwienia okupacji.
Palestyńskie kobiety, osoby LGBTQ+, pracownice i pracownicy nie zaznają wyzwolenia żyjąc pod nienawidzącym ich izraelskim butem. Jeśli ich przywiązanie narodowe skierowane jest ku Palestynie, to naszym obowiązkiem, jako lewicy, jest ich popierać w walce o swoje terytorium. Tylko mając wolne i niepodległe, suwerenne państwo, w którym stanowienie prawa jest stabilne oraz łatwe możliwa będzie zmiana władzy z prawicowych ekstremistów na rząd respektujący prawa człowieka. W czasie wojny milczą prawa – pisał Cyceron. Prawdziwą wolność Palestyńczykom nie przyniesie zatem dalsza okupacja przez USA i swojej izraelskiej marionetki, a zakończenie wojny i własne państwo.

Każdego dnia mogą cię zbudzić żołnierze

Z Rut, byłą działaczką organizacji Anarchists Against The Wall, mieszkającą dziś nielegalnie w Strefie A rozmawia Wojciech Łobodziński (strajk.eu). Rut mówi o sobie: Palestynka z wyboru. Opowiada, jak na mieszkańców Zachodniego Brzegu wpływa świadomość, że każdego dnia mogą paść – choćby przypadkowo – ofiarą przemocy, dlaczego nie wstępują już masowo do organizacji takich jak Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny i ile zostało z porozumień z Oslo.

Jak to się w ogóle stało, że ty, dziewczyna z Tel Awiwu, zamieszkałaś w Ramallah? Nielegalnie, wbrew przepisom zakazującym Izraelczykom wstępu do strefy A.
Zostałam aktywistką jedenaście lat temu. Jako grupa Anarchists Against The Wall jeździliśmy do wiosek położonych na terytorium całego Izraela, wspieraliśmy lokalne społeczności i demonstrowaliśmy, głównie w piątki, przeciwko apartheidowi. Tak było przez osiem lat. Wyjeżdżaliśmy ze swoich spokojnych miast, by brać udział w demonstracjach, w trakcie których spotykała nas przemoc, ale potem wracaliśmy do domu.
Po każdym powrocie przeżywałam dysonans poznawczy: żyłam tym, co działo się w tych wioskach, tą przemocą i niesprawiedliwością, a wokół mnie panowały spokój i szabasowa cisza. Zaczęłam czuć się jak aktywistyczna turystka, która co jakiś czas odbębnia swój humanitarny obowiązek. W pewnym momencie stwierdziłam, że chcę być po tej wspieranej stronie cały czas – wiedzieć, jak ludzie tu żyją, być razem z nimi i ich wspierać. Poza tym nigdy nie byłam w palestyńskim mieście. Nasza grupa głównie starała się powstrzymywać niszczenie małych wiosek, a to przecież tylko wycinek palestyńskiego społeczeństwa.
Żałowałaś kiedyś tej decyzji? Chciałaś wrócić? Nie boisz się, że zostaniesz zatrzymana?
Wrócić do Tel Awiwu? Raczej nie.
Ale jeśli palestyńska policja mnie tutaj zatrzyma, to ma obowiązek oddać mnie pod jurysdykcję armii, która tutaj stanowi w głównej mierze prawo, pod jej kuratelą są osadnicy i ogólnie obywatele Izraela. Potem, znając moje akta policyjne wypełnione demonstracjami, szybko przybyliby też przedstawiciele Szin Bet (izraelska służba specjalna odpowiedzialna za bezpieczeństwo wewnętrzne) i mogłabym znaleźć się w więzieniu. Ogólnie, tutaj im mniej ktoś wie, tym jest bezpieczniejszy. To, że jestem tutaj nielegalnie, nie jest wiedzą powszechną. Jestem tłumaczką, więc mogę funkcjonować w znacznej mierze autonomicznie.
Raz byłam w szpitalu i przez moment zastanawiałam się, czy na pewno potrzebuję pomocy, ponieważ istniało ryzyko wezwania wojska, jednak nikt się nie przejął moim pochodzeniem. Ale gdyby z jakichś powodów zatrzymała mnie palestyńska policja, to jestem pewna, jaki byłby dalszy bieg wypadków.
Przecież w oczach Palestyńczyków powinnaś być sojuszniczką.
Mahmud Abbas może temu zaprzeczać, ale władze Autonomii Palestyńskiej codziennie kolaborują z Izraelem, każdy ich ruch jest od tego uzależniony. Dam prosty przykład. Niedaleko stąd, na placu Al-Manara, miała miejsce kolejna konfrontacja między Palestyńczykami i wojskiem. Ludzie zawczasu wyczuli, co będzie się działo. Część zaczęła szybko opuszczać okolice placu, jednocześnie pojawiły się na nim grupy nastolatków i dzieci z okolicznych obozów uchodźczych i osiedli. Wchodzili na dachy, zajmowali miejsca na ulicy i w bramach, zbierali kamienie. Szybko powietrze zaczęły przecinać kule i kamienie rzucane przez Palestyńczyków. Policja w tym czasie siedziała wygodnie na terenie komendy, które jest dokładnie obok placu. Została wcześniej uprzedzona i po prostu się tam zamknęła.
Tak jest zawsze. Gdyby policja nie współpracowała, zostałaby rozbrojona. Izrael nie mógłby sobie pozwolić na jej istnienie.
„Ludzie wyczuli, co się będzie działo”… Mówisz tak, jakby to było coś zupełnie normalnego. Codziennego. A przecież mówisz o sytuacji, w której ktoś mógł zostać ciężko ranny, stracić życie.
Raz obudziłam się i podeszłam do okna. Była dość wczesna pora, przed południem. Patrzę… i widzę naprzeciwko siebie celującego do mnie snajpera z drugiej strony ulicy. Zajął pozycję na piętrze budowanego naprzeciw mojego mieszkania budynku. Na dole trwała nierówna potyczka pomiędzy żołnierzami a dziećmi rzucającymi kamieniami. Takie sytuacje są przerażające, ale my już mamy w Ramallah wyuczony schemat reagowania: zachować jak największy spokój, nie wychodzić z domów, nie zbliżać się do okien, nawet wtedy, gdy takie „walki” trwają godzinami.
Do kogo celował snajper na budynku naprzeciw twojego okna?
To były najpewniej zwykłe ćwiczenia. Wojsko zaplanowało, że zatrzyma parę osób pracujących w niedalekim magazynie farmaceutycznym, w ramach tego zablokowało kilkanaście przecznic, w tym moją. Złapali osoby, które były celem akcji, po kilku dniach je wypuścili.
Polowanie na helotów…
Dokładnie. Robią tak często. A mieszkańcy widzą, jak policja udaje, że tego nie widzi. Za to przy innych okazjach jest brutalna i agresywna wobec demonstrantów, którzy np. uczestniczą w strajku. Jak mają potem ją szanować? Tym bardziej, że wiedzą, że współpraca na linii władz Autonomii a Izraelem jest świetną okazją do korupcji, która jest tutaj czymś zupełnie normalnym. Co roku z palestyńskiego budżetu znika około dwóch miliardów szekli.
Znika?
Nazywamy to wyciekiem fiskalnym. Czytałam o nim najnudniejszy w życiu raport. Te dwa miliardy są wydawane właśnie na współpracę z władzami Izraela, wynika to z Porozumień Paryskich, czyli umowy gospodarczej pomiędzy Izraelem a władzami Autonomii. Więc gdy czytam kolejny raz, jak Autonomia jest okradana przez władze Izraela, to cały czas mam świadomość tego, jak wiele poziomów mają tu wszelkie kwestie ekonomiczne. Trzeba pamiętać o dziesiątkach szczebli korupcji i nepotyzmu oraz doliczyć do tego również ekonomiczny apartheid. Nic tu nie jest tak proste, jak mogłoby się wydawać.
To wyjaśnijmy sprawy podstawowe. Jak jest z wodą czy dostępem do elektryczności?
Izrael musi dbać o to, by ludzie tutaj mieszkający mieli dostęp do wody, prądu i innych środków codziennego życia. To wszystko jest wymagane oraz monitorowane przez Organizację Narodów Zjednoczonych, jak i między innymi Czerwony Krzyż. Wymaga tego też prawo wojenne dotyczące terenów okupowanych. W Ramallah ten obowiązek raczej jest realizowany, chociaż z zastrzeżeniem: woda jest, ale jeśli chodzi o prąd, to zimą codziennie zdarzają się 20-30 minutowe przerwy w dostawach. Zależy na tym władzom Autonomii, w końcu to stolica. Wielką pracę wykonują na tym polu również organizacje pozarządowe, które praktycznie non stop muszą wyszarpywać od Izraela niektóre usługi. No i poza Ramallah sytuacja jest gorsza. Wszystko, co tu się dzieje, jest uzależnione od dobrej lub złej woli Izraela.
Jeśli władze Autonomii w twoim przekonaniu dogadują się z izraelskimi, to kim są ludzie, którzy próbują stawiać opór?
Mówi się „młodzież”, ale to słowo w języku arabskim ma szersze znaczenie. Obejmuje i jedenastolatków, i młodych mężczyzn przed trzydziestką. To oni są gotowi ryzykować własnym życiem. Starsi już rzadziej, bo zwykle mają już rodziny na utrzymaniu, którym starają się zapewnić bezpieczeństwo. Ale na demonstracje w Palestynie zaczyna się chodzić bardzo wcześnie. Bracia czy znajomi zabierają na nie już dziesięciolatków.
Palestyńczycy są niezmiernie rozpolitykowani. Partii jest mnóstwo, znaczna część społeczeństwa utożsamia się z jedną z nich, chodzi na demonstracje w jej barwach. Młodzi w większości mają poglądy zdecydowanie lewicowe i wierzą w swoje przekonania. Jeśli byłyby wybory, to ludzie tłumnie by na nie poszli i głosowali. Jednak ostatni raz mieli taką szansę w 2006 r. Potem już tylko była o wyborach mowa, za każdym razem je odwoływano.
I kto by wygrał?
Raczej nie obecnie rządzący Al-Fatah. Po drugiej intifadzie Hamas stał się alternatywą wobec Fatahu, zauważył, w jakim kierunku idzie sprawa palestyńska i zajął zdecydowanie antykolonialne pozycje. To jasna postawa, nawet jeśli co do wszystkiego innego można się z nimi nie zgadzać. Fatah widząc, co się dzieje, zaczął współpracować z Izraelem w celu powstrzymania rozwoju Hamasu na Zachodnim Brzegu.
Powiedziałaś, że Palestyńczycy chętnie chodzą na demonstracje, żyją polityką. Czy oprócz demonstracji, podczas których dochodzi do konfrontacji z okupacyjnym wojskiem, są też, powiedzmy, wewnątrzpalestyńskie?
Oczywiście! Istnieje cała masa kwestii społecznych, które nie są rozwiązane. 7 lat temu miał miejsce duży strajk taksówkarzy, natomiast 3 lata temu – akcja strajkowa nauczycieli, były to ogromne wydarzenia, które dotyczyły całego społeczeństwa. Sprawy feministyczne też cieszą się tu ogromną popularnością, nie tak dawno miały miejsce ogromne demonstracje przeciwko przemocy wobec kobiet, które ogarnęły całe ulice Ramallah, Nablusu i innych miast Autonomii Palestyńskiej, wyszły nawet poza obręb muru, np. do Jaffy.
Autonomia jest największym pracodawcą w Palestynie, więc prawie wszystkie strajki dotykają samego rządu. W kwestii nauczycielskiej chodziło o podwyżki, których nie było, pomimo tego że władze je obiecały, a wielu nauczycieli musiało pracować nie tylko w szkole, by móc się utrzymać. Szkoły były więc na bardzo długi okres zamknięte, lecz, co trzeba podkreślić, nauczyciele byli wspierani w swych działaniach przez społeczeństwo. Strajk taksówkarzy natomiast był to ogólny bunt wobec cen artykułów dnia codziennego, polityki cięć oraz często nieludzkich warunków życia na terytorium Autonomii Palestyńskiej. Obie te akcje odniosły jako taki sukces w zmaganiach z rządem, głównie dlatego, że cieszyły się one poparciem ogółu ludzi.
Konflikty klasowe są mocno zarysowane?
Nie czuję się na siłach wyczerpująco odpowiedzieć na to pytanie. Ale nierówności niewątpliwie istnieją. Na Zachodnim Brzegu istnieje i tutejsza elita biznesu, i ludzie, którzy żyją w jaskiniach na pustyni. Są też mieszkańcy wiosek, nad którymi cały czas wisi widmo wyburzenia, takich miejsc może być nawet 19 tys. W miastach Zachodniego Brzegu jest lepiej, w Gazie gorzej. Strefa jest w zasadzie obozem koncentracyjnym, znajdziecie tam ludzi, którzy „jako tako” żyją, mają mieszkania, cudem gdzieś pracują i się utrzymują, a obok nich – ludzi egzystujących w szałasach. No i nie zapominajmy o Palestyńczykach żyjących w Izraelu – to nie jest klasa średnia. To dolne warstwy społeczne.
Władze Autonomii Palestyńskiej przekonują, że trudno mówić o klasowych antagonizmach, bo Palestyńczycy w pierwszej kolejności chcą wolności, wyzwolenia spod okupacji. Realizacji porozumień z Oslo.
Porozumienia to martwy dokument. Jedyne, co realnie dały, to Protokół Paryski z 1994, o współpracy gospodarczej, podatkach i różnych rodzajach handlu pomiędzy Autonomią Palestyńską a światem i Izraelem. Co do całej reszty to powiem tyle – codziennie słyszymy o nowych osiedlach, rajdach wojska i burzonych wioskach, nie o postępach w tworzeniu państwa palestyńskiego. Teraz jesteśmy świadkami ogromnego napływu osadników, lecz wcześniej ich największa liczba pojawiła się tu za rządów premiera Ehuda Baraka (1999-2001) z Partii Pracy. W kwestii palestyńskiej izraelskie podziały na prawo i lewo są tylko umowne.
Wszyscy politycy mają takie samo zdanie na temat okupacji i osiedli?
Różnica istnieje pomiędzy podejściem osadników a armii. Wojsko, przyzwyczajone do patrzenia na sprawy całościowo, wraz z całym jego urządzeniem i strategicznym myśleniem, jest bardziej konserwatywne, nie w kategoriach politycznych, lecz pragmatycznych. Ich zdaniem sytuacją trzeba zarządzać w takim kierunku, by koniec końców wygrywać krok po kroku. Osadnicy chcą całej ziemi już, teraz.Wyrazicielką takiego myślenia jest Ayelet Shaked, była Minister Sprawiedliwości związana z Nową Prawicą, która „żartuje” sobie sama z siebie, mówiąc, że jest faszystką. Jej celem jako minister było przejęcie Sądu Najwyższego oraz, na dalszym planie, sądów powszechnych. To pozwoliłoby jej ustanawiać prawa umożliwiające niepohamowaną ekspansję osadników.
Jak zdobywali ziemię do tej pory?
Zasadnicza taktyka polega ona na tworzeniu pomiędzy istniejącymi osiedlami nowych placówek, które zagęszczałyby siatkę. Zaczyna się to często od grup kamperów. Armia w takim momencie powinna zareagować i wygonić osadników, lecz zamiast tego przyjeżdża na miejsce, by zapewnić im bezpieczeństwo. I wszystko to dzieje się na ziemi Palestyńczyków, którzy nagle nie mogą dostać się do miasteczka obok, nie mogą wprowadzać bydła lub uprawiać roli. Do tego osadnicy są uzbrojeni, a broń sama w sobie pobudza do gwałtu i przejęcia kontroli.
Kim są ci ludzie? Fanatykami religijnymi? Ślepymi wyznawcami ideologii Wielkiego Izraela?
Istnieją dwie grupy osadników: ideologiczni i ekonomiczni. Pierwsza grupa według badań to jakieś 20 proc. To oni organizują kampery i pod bronią zakładają nowe osady. Zbudowanie placówki trwa jedną noc, rano podciąga się wodę oraz prąd, i już gotowe. Zdarza się, że po tym wszystkim takich placówek pilnują pojedyncze osoby, patrolując z karabinem codziennie najbliższą okolicę przez tygodnie, czasem nawet miesiące. Potem przybywa większa grupa i zostaje na stałe. W tej grupie dominują już ludzie, którzy przyjeżdżają na okupowane ziemie ze względów ekonomicznych, bo są np. młodymi rodzicami z wielodzietnych, religijnych rodzin. Państwo bardzo ich do tego zachęca – m.in. jeśli zbuduje się tutaj dom i utrzyma się go przez 10 lat, to otrzyma się od państwa całą zainwestowaną początkowo kwotę.
Całą?!
Nie wszędzie i nie zawsze, lecz z grubsza tak to wygląda. Ludzie, którzy w Tel Awiwie mogliby mieszkać w malutkiej kawalerce, tutaj budują wielopiętrowe domy z basenami i ogrodami, życie jest spokojniejsze niż w drogim mieście, a takie rzeczy, jak opieka zdrowotna, ma obowiązek zorganizować państwo. Są pary, które wyprowadziły się z Tel Awiwu, ale dalej dojeżdżają tam do pracy. Rozwinął się też biznes. Prawie połowa domów w istniejących już osiedlach jest pusta. To domy letnie albo pod wynajem. Państwo ma obowiązek zorganizować na osiedlach opiekę zdrowotną.
Czy kiedykolwiek miałaś do czynienia z osadnikami?
Pierwszy raz, gdy byłam w wojsku, było to na początku lat dwutysięcznych. Zostałam zmobilizowana, stacjonowałam w Gazie i z tej perspektywy ich obserwowałam. Kompletnie nie rozumiałam, dlaczego ci ludzie wyjeżdżają z Izraela i zasiedlają ziemie okupowane, nie rozumiałam też, dlaczego musieliśmy ich chronić. Mówienie o „odzyskiwaniu dawnych ziem” wydawało mi się mało przekonujące. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam, że chodzi o geopolitykę. Armia przecież musiała „oczyszczać” tereny, które potem zasiedlali osadnicy, musiała wysiedlać z niej ludzi, co często pokrywało się z jej strategicznymi celami. Wykorzystywano do tego, czysto instrumentalnie, nawet stare jordańskie prawo sprzed 1967 r., które głosi, że jeśli ktoś przez siedem lat nie uprawia swojej ziemi, to przechodzi ona na poczet państwa. Izrael zaczął wykorzystywać to prawo i blokować dostęp do ziemi Palestyńczykom, po czym po siedmiu latach przejmował ją i nadawał osadnikom. To wszystko jest z góry zaplanowane, podobnie jak samowolne działania osadników, chodzi o systematyczne łączenie enklaw osadniczych i odgradzanie od ziemi Palestyńczyków. Nazywanie działań armii izraelskiej obronnymi to kpina – dysproporcja sił jest zbyt duża.
Izrael wciąż twierdzi, że się broni. Przed Hamasem, Ludowym Frontem Wyzwolenia Palestyny, przed młodzieżą, która rzuca kamieniami…
Tylko że nie jest już tak, że wszyscy Palestyńczycy tłumnie działają na rzecz niepodległości. Jest wiele złości i buntu, ale też wiele przekonania, że walka już była i się nie udała. Wielu teraz działa, jak im się wydaje, realistycznie: by życie tutaj w takich warunkach było znośniejsze. Idą do organizacji pozarządowych, partii działających w ramach Autonomii czy związków zawodowych, walczą tam o płace, dostęp do wody, elektryczności, lepszej opieki medycznej, mieszkania. Ludzie nadal się organizują, ale nie da się tego porównać do wcześniejszych okresów walk i oporu. No i wszyscy liczą teraz na wybory, które może kiedyś się w końcu wydarzą.
Kiedy codziennie rano można zostać obudzoną przez żołnierza celującego im w głowę, wyjść z domu na zablokowaną ulicę, zostać mimo woli świadkiem ulicznej potyczki czy paść ofiarą porwania, i tak przez całe lata, nastawienie człowieka się zmienia.
Czy Plan Stulecia może znowu obudzić ducha walki?
Na razie jego ogłoszenie nadało izraelskim planom aneksji wiatru w żaglu. Politycy wręcz ścigali się o to, kto pierwszy przeprowadzi głosowanie w tej sprawie. Brały w tym udział partie od prawa do lewa, nie tylko te reprezentujące osadników. Dotychczas ustalono jedynie to, że wiążące decyzję dotyczące „Planu” zostaną podjęte po marcowych wyborach do Knesetu. Jeśli politycy zdecydują się na aneksję, to czeka ich opór ze strony społeczności międzynarodowej. Zwiastuje to między innymi niedawna publikacja przez ONZ listy firm związanych z izraelskimi osiedlami na ziemiach okupowanych.
Palestyńczycy z całego świata odrzucili plan. Wszędzie, od Doliny Jordanu, po Gazę oraz Ramallah miały miejsce masowe protesty przeciwników „Planu Stulecia”. Kierownictwa różnych ugrupowań politycznych spotykają się teraz, aby ustalić wspólny front wymierzony przeciwko propozycji amerykańskiej dyplomacji. Jednak nie wiążę akurat z tym nadziei na przełom. Już bardziej z tym, że na całym świecie nie wygasa opór w postaci demonstracji, artykułów i petycji czy ruchu BDS.
Ten plan nigdy nie wejdzie w życie, ponieważ zakłada palestyńską zgodę, której po prostu nie ma. Wydaje mi się, że w tym planie chodziło bardziej o poszerzenie dotychczasowych możliwości aneksyjnych Izraela, a nie o osiągnięcie jakiegokolwiek porozumienia. Nie zapominajmy, że ogłoszenie terytorium innego państwa swoim terytorium jest deklaracją wojny. Wojna o sprawiedliwość i zakończenie okupacji przygasła, ale może rozpocząć się znowu.

My nie jesteśmy obojętni – i Wy nie bądźcie obojętni

Podpisaliśmy porozumienia z Oslo w celu osiągnięcia sprawiedliwego pokoju i ustanowienia Państwa Palestyńskiego w granicach z 4 czerwca 1967 r. Jednak gdy negocjacje dobiegają końca, strona izraelska je odrzuca – pisze JE P. Mahmoud Khalifa, Ambasador Państwa Palestyny w Warszawie.

Agresja na naród palestyński trwa od ponad stu lat, a przez prawie 75 lat trwa agresja izraelska, podczas której spędziliśmy około 25 lat na dialogu, aby osiągnąć pokojowe rozwiązanie, które zatrzymałoby rozlew krwi i dałoby wolność, godność i dobrobyt. W tym czasie wiele decyzji wydala Liga Narodów i Rada Bezpieczeństwa ONZ, a jedynymi decyzjami, które nie zostały wdrożone, są decyzje dotyczące Palestyny i Narodu Palestyńskiego. Są potwierdzane na każdej sesji po dziś dzień.

Dotarliśmy w tym okresie do podpisania porozumień z Oslo w celu osiągnięcia sprawiedliwego pokoju i ustanowienia Państwa Palestyńskiego w granicach z 4 czerwca 1967 r. Jednak im szybciej negocjacje dobiegają końca, strona izraelska je odrzuca.

Ostatnie 27 lat doprowadziły Naród Palestyński i Izraelski do stanu bezpieczeństwa, stabilności i rozwoju, ale po zakończeniu kadencji Premiera Icchaka Rabina Izrael nie był poważnie zainteresowany ostatecznym rozwiązaniem.

Strona palestyńska potwierdza pełną gotowość do negocjacji z udziałem Organizacji Narodów Zjednoczonych i Unii Europejskiej jako mediatorami lub tez szeregu innych państw, które mają rozpocząć negocjacje na podstawie decyzji międzynarodowych i umów dwustronnych, zgodnie z ustalonym harmonogramem czasowym i tematycznym, a nie negocjacjami dla samych negocjacji, które nie mają końca, jak powiedział były premier lcchak Szamir i inni przywódcy lzraela.

Nie można polegać na propozycjach Trumpa, ponieważ od początku kadencji wykazywał swoje poparcie i stronniczość wobec Izraela.
Uważamy. że administracja Trumpa stara się obchodzić międzynarodową legitymację i osłabiać rolę Organizacji Narodów Zjednoczonych i Rady Bezpieczenstwa ONZ, a Trump i jego administracja starają się umniejszyć jej rolę, stąd też świat jest zobowiązany do jednoznacznej ochrony swoich wartości zawartych m.in. w Karcie Narodów Zjednoczonych.

Niebezpieczeństwo w amerykańskim planie polega na tym, ze administracja USA dąży do zastąpienia systemu międzynarodowego prawem dżungli, w którym silniejszy wygrywa, a słabszy ginie.
Podczas konferencji prasowej zobaczyliśmy spektakl teatralny, w którym uczestniczyli Prezydent Trump, Premier Netanjahu, i pracownicy Białego Domu. Prezydent USA przemawiał na konferencji prasowej na temat ogólników, a Netanjahu szczegółowo omawiał tzw. plan stulecia.

Wyjaśniło to ponad wszelką wątpliwość, kto stworzył ten plan, jako że zarówno D. Trump, jak i B. Netanjahu grają w wewnętrzną grę wyborczą.
Należy pamiętać, ile decyzji Prezydent USA wydał w celu poparcia Izraela, kosztem Palestyńczyków, wbrew systemowi międzynarodowemu i światu, w tym: przeniesienie Ambasady USA do Jerozolimy, zaprzestanie wsparcia UNRWA, inne dotyczące uchodźców, osadnictwa. W związku z tym plan nie obejmuje już tego, co powinno zostać uzgodnione w drodze bezpośrednich negocjacji.

Strona palestyńska wielokrotnie deklarowała chęć kontynuowania negocjacji w oparciu o mediację międzynarodową oraz rezolucje Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Strona palestyńska i kraje arabskie przedstawiły propozycje trwałego rozwiązania, które strona izraelska odrzuciła.

Wszystkie propozycje omawiane przez strony palestyńską i izraelską, były za każdym razem odrzucane przez stronę izraelską, poczynając od propozycji b. Premiera Icchaka Rabina do porozumień Taba z b. Premierem Ehudem Barakiem i b. Premierem Ehudem Olmertem.

Są umowy dwustronne i rezolucje międzynarodowe. Wzywamy do ich poszanowania oraz nieokłamywania opinii publicznej, ani na świecie, ani w Polsce. mówiąc, ze strona palestyńska odmówila pokoju lub że Palestyńczycy uzyskaliby państwo podobne do „mrowiska”. Istnieje różnica między przedstawieniem propozycji projektów mających na celu kontynuację konfliktu i upadek ofiar po obu stronach, a przedstawieniem rozwiązań, które zasieją nadzieję oraz będą wspierać rozwój.
Administracja USA jeszcze nie zrozumiała, że rozwiązanie polityczne musi opierać się na poszanowaniu praw Palestyńczyków oraz na stabilnym, bezpiecznym i suwerennym państwie w granicach z 4 czerwca 1967 r.
Dobrobyt przynosi wolne, suwerenne i demokratyczne państwo dla swojego narodu, zaś pozbawienie tożsamości i praw dla obiecanego dobrobytu gospodarczego jest kłamstwem.

Wzywam tych, którzy mówią o pozytywach amerykańskich propozycji, aby je wyjaśnić. Zbadaliśmy je i nie znaleźliśmy nic poza groźbami i obietnicami, jednocześnie oferując stronie izraelskiej więcej, niż przewidują jej aspiracje, zaś to wszystko kosztem krwi i przyszłości Palestyńczyków.

Wreszcie,
Z natury jestem optymistą i nie tracę nadziei, tyle ze wiele wydarzeń międzynarodowych i upadek roli systemu międzynarodowego motywują mnie do powiedzenia, ze jesteśmy bliscy miażdżącej ,,trzeciej wojny światowej”. Wiele jej przejawów istnieje i widzimy je, jednak wiele krajów na świecie stawia swoje własne interesy ponad wszystko, myśląc, że jest daleka od niebezpieczeństwa, które głośno puka do drzwi.
To właśnie doprowadziło do wybuchu drugiej wojny światowej, a my przeżyliśmy wiele jej tragedii, więc nie bądźcie obojętni.
Nie bądźcie obojętni.

Polityka historyczna a Palestyńczycy

„Polityka historyczna” – samo to określenie brzmi podejrzanie, bo zakłada, że pewne elementy historii należy – ze względów bieżącej polityki państwa – wydobyć lub zatuszować. Historia z tego punktu widzenia nie jest nauką, lecz rodzajem zasobu argumentów medialno-politycznych, z którego można czerpać do woli, oczywiście wybiórczo. Zasada wybiórczości leży w samej istocie konceptu polityki historycznej. Ale weźmy cudzy przykład, który może wydawać się się niemal szlachetny.

W czasie swej kampanii prezydenckiej Emmanuel Macron, dziś już prezydent Francji, pojechał do Algieru, stolicy dawnej francuskiej kolonii, by pokazać, że niezbyt dobre stosunki między oboma krajami można naprawić, właśnie poprzez zręczne użycie polityki historycznej. Zadeklarował tam, że „kolonizacja była zbrodnią przeciw ludzkości”, bo chciał przed wyborami wypaść jako progresista. Naturalnie chodziło mu o kolonizację w starym stylu, takim, w jakim uprawiały go europejskie mocarstwa jeszcze w drugiej połowie ubiegłego wieku.
Nie szło więc o neokolonializm, który Europejczycy, w tym Francuzi pod władzą Macrona, bądź Amerykanie, rozgrywają do dzisiaj. Ale słowa Macrona zrobiły wrażenie, nawet jeśli niektórzy się na nie krzywili: oto przyszły prezydent wyznaje grzechy swego kraju, otwarcie przyznaje, że Afrykanie mogą mieć rację w tym względzie. Miało to być oko do francuskiej lewicy, która aż tak daleko nigdy nie poszła i której można w ten sposób zaimponować – „głosujcie na mnie, bo jestem prawie jak wy – „progresistą”. Poza tym był pewien, że to nic nie kosztuje.
Ale kiedy wczoraj wracał z Izraela, gdzie przy okazji światowego szczytu wokół wyzwolenia Auschwitz i antysemityzmu nasłuchał się dużo o Holokauście, wszczął rozmowę w samolocie z kilkoma dziennikarzami, by nieoczekiwanie wrócić do tematu kolonializmu i szczególnie Algierii. Jego zdaniem, nowa polityka historyczna wobec tego kraju mogłaby zakończyć „konflikt pamięci” i podał przykład prezydenta Chiraca, który w 1995 r. przeprosił ogół Żydów za udział Francuzów w deportacji do obozów Zagłady żydowskich obywateli m.in. Polski i Niemiec, którzy jako „nielegalni imigranci” schronili się we Francji na początku II wojny światowej.
Macron porównał przy okazji wojnę w Algierii (1954 – 1962) do Holokaustu. Tym razem uznano, że „obscenicznie” przebił wszystko i wszystkich. Według opozycji, obraził mianowicie żołnierzy francuskich, którzy walczyli w północnej Afryce porównując ich do hitlerowskich katów, no i Izraelczyków, którzy bardzo nie lubią, gdy Holokaust traci swą historyczno-polityczną wyjątkowość poprzez porównanie z innymi krwawymi wydarzeniami. Inni zaczęli krzyczeć, że takie wypowiedzi będą miały konsekwencje prawne, że Francja, która wypłaciła już wszystkie możliwe odszkodowania Żydom, będzie musiała płacić Algierczykom.
Najbardziej interesujące w wypowiedziach Macrona było jednak stwierdzenie, że „tylko historycy zajmują się takimi tematami”, choć powinni posługiwać się nimi również politycy. Przecież francuski prezydent wracał właśnie z Izraela, kraju kolonialnego. Skoro „kolonializm to zbrodnia przeciw ludzkości” powinien był przecież wytknąć Izraelczykom ich zbrodniczą politykę, kolonializm w zupełnie starym stylu. Oczywiście milczał, jak wszyscy, którzy się tam zebrali: nikt słowem nie wspomniał o losie Palestyńczyków. Dlaczego?
Bo są oni równie wyjątkowi jak państwo Izrael, tylko na odwrót. Palestyna została skolonizowana i pozostaje krwawo okupowana, ale polityka historyczna zdecydowała, że Nakba się nie liczy, jak i sami Palestyńczycy. Jeśli wziąć np. ostatnie dwudziestolecie, Palestyńczycy złożyli w tym czasie 679 skarg na Izrael o zbrodnie kolonialne w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Ile z nich zostało rozpatrzonych? Zero, mimo poparcia Zgromadzenia Ogólnego. Palestyńczycy są wyjątkowi w tym sensie, że są jedynym narodem na naszej planecie, który nie może liczyć na żadną ochronę. Światowa polityka historyczna i polityka tout court po prostu ich nie widzi.

Wojna krwawa i zapomniana

Wiele osób na świecie ma jeszcze powody, by z optymizmem wchodzić w 2020 r. Jemeńczycy do nich nie należą – nie mają żadnej nadziei, że nowy rok zakończy prawie pięcioletnią wojnę z Arabią Saudyjską. Wsparcie Zachodu dla bogatego w ropę królestwa wciąż napływa, szczególnie ze Stanów Zjednoczonych.

– Nikt nie nadpływa – powiedział 55-letni Jasir, stojąc nad brzegiem wody w porcie Hudajdy pierwszego ranka 2020 r., obserwując horyzont w poszukiwaniu długo oczekiwanych statków. Jasir pracuje w porcie od młodości. Dziś jest ojcem ośmiorga dzieci i jednym z prawie 3400 pracowników portu, którzy stracili środki do życia z powodu narzuconej przez Arabię ​​Saudyjską blokady, która rozpoczęła się w sierpniu 2015 r. Wtedy naloty koalicji saudyjskiej zniszczyły dźwigi i magazyny portu, powodując kryzys humanitarny obejmujący tysiące rodzin z prowincji, którym na początku 2020 roku towarzyszy frustracja i wszechogarniająca nędza. – Nikt o nas nie dba, nic nie daje nam powodów do optymizmu w roku 2020 – mówi Jasir.
– Żyjemy w trudnym środowisku. Nie mamy domu ani też źródła dochodów. Warunki są nie do zniesienia – powiedział rybak, któremu uniemożliwiono połowy z powodu obecności saudyjskich sił morskich, stacjonujących w Jemenie. Warunki w Jemenie pogarszają się z dnia na dzień, a wraz z nimi spada, jeśli w ogóle jeszcze istnieje, morale ludzi z dużych miast. Niedobór energii elektrycznej i paliw, brak żywności, gwałtowny wzrost bezrobocia i ekstremalne zanieczyszczenie wody zbierają swoje żniwo.
Taka jest Hudajda w 2020 r. Woda, urządzenia sanitarne i sektor opieki zdrowotnej znacznie ucierpiały w mieście z powodu uszkodzeń infrastruktury, spowodowanych tysiącami nalotów, oraz trwającej blokady. W rezultacie epidemie, w tym cholery, wciąż nawiedzają miasto, zabierając wraz z sobą najwięcej ofiar w historii. Nadmorskie miasto jest przedmiotem umowy międzynarodowej zapośredniczonej przez ONZ, podpisanej w grudniu 2018 r., która miała rozpocząć proces przywracania pokoju chociaż tutaj, na skalę lokalną, ale porozumienie to zostało w dużej mierze zignorowane przez koalicję pod przewodnictwem Arabii Saudyjskiej. Przeprowadziła ona kolejną brutalną operację wojskową przeciwko mieszkańcom miasta. Los Hudajdy pod wieloma względami pokazuje, co czeka resztę Jemenu w nadchodzącym roku. Mimo wspomnianej umowy, zatwierdzonej w ONZ, portowe miasto pozostaje najbardziej niebezpiecznym obszarem w kraju. Trzy tygodnie temu wojskowa przemoc uderzyła w nową dzielnicę w południowej części miasta. Została ona poddana atakowi z powietrzna, oraz ostrzałowi artyleryjskiemu przez finansowaną przez Saudów bojówkę Giants Brigade. Padły dziesiątki zabitych i rannych cywilów, wezbrała nowa fala miejskich uchodźców.
14 stycznia Rada Bezpieczeństwa ONZ przedłużyła o kolejne 7 miesięcy mandat swojej specjalnej misji, która ma czuwać nad wdrażaniem porozumienia dotyczącego Hudajdy. Z daleka, bez przyjrzenia się sytuacji w terenie, mogłoby to nawet wyglądać obiecująco…
Pomimo ostrzeżeń, że oblężenie miasta pogrąży Jemen w jeszcze głębszym niż dotąd kryzysie humanitarnym, ponieważ około 70-80 procent towarów Jemenu przepływa przez port Hudajdy, koalicja pod przewodnictwem Arabii Saudyjskiej, według relacji wojskowych Huti, zwiększyła swoją obecność wojskową w południowej Hodeidzie na początku grudnia. Nowe rozmieszczenie wojsk wskazuje, że walki w prowincji prawdopodobnie będą kontynuowane do 2020 roku. W wyniku zajęcia statków przewożących olej napędowy i ropę naftową przez flotę Arabii Saudyjskiej miasto już jest na granicy katastrofy humanitarnej. Statki te mają wszystkie wymagane dokumenty, ale nie są w stanie dotrzeć do portu, aby wyładować swoje towary. Ilu Jemeńczyków zostaje przez to bez paliwa potrzebnego do zasilania generatorów, które zasilają szpitale i stacje uzdatniania wody? Nikt nawet nie podejmuje się liczenia.
Saudyjska blokada kraju, który już wcześniej był jednym z najbiedniejszych regionów na ziemi, od 2015 r. ściśle kontroluje wszelkie aspekty życia w Jemenie, poważnie ograniczając przepływ pomocy, a także ludzi. Ten brak swobody przemieszczania się wpływa na prawo Jemeńczyków do korzystania z podstawowych standardów praw człowieka, w tym prawa do poszukiwania leczenia za granicą. Co więcej epidemie chorób takich jak błonica, cholera, gorączka denga i malaria, ogarnęły Jemen w niespotykany dotąd sposób, co jednocześnie utrudnia stawienie im czoła. Jest mało prawdopodobne, aby władze jemeńskie były w stanie poradzić sobie z epidemiami w 2020 r., ponieważ w poprzednich latach organizacje międzynarodowe nie były w stanie zapewnić niezbędnych leków i środków medycznych do ich zwalczania.
– Gdy [wojna] wkracza w piąty rok, Jemen jest miejscem najszybciej rozwijającej się epidemii choler w historii medycyny. W kraju pojawiła się także świńska grypa, wścieklizna, błonica i odra. W międzyczasie setki Jemeńczyków zmarło od ostatniego wybuchu grypy H1N1, a 1600 innych podejrzewa się o zarażenie się tą chorobą – mówi Mansur, lekarz pracujący w szpitalu miejskim w Hodeidzie.
Co gorsza, Jemen jest też miejscem największej klęski głodu na świecie. ONZ stwierdziło, że rekordowe 22,2 miliona Jemeńczyków pilnie potrzebuje jedzenia, w tym mieści się 8,4 miliona osób, którym w bliskiej perspektywie zagraża silne niedożywienie. Według globalnych ustaleń kraj cierpi z powodu największego głodu od ponad 100 lat.
To właśnie Jemen w 2020 roku. Brudna wojna i brutalne oblężenie zapomnianych ludzi, żyjących w nieludzkich warunkach. W tym kraju nie ma życia. Kto nie zginie na wojnie ani nie padnie ofiarą epidemii, umrze z desperacji zrodzonej przez nędzę.
Stany Zjednoczone nadal mają w głębokim poważaniu cierpienia Jemenu, pomimo tego że Organizacja Narodów Zjednoczonych nazywa je najgorszym kryzysem humanitarnym na świecie. W tym zakresie również nic się szczególnego nie zmieni. Jemeńczycy, którzy z nami rozmawiali, doskonale rozumieli, że nikt nie położy kresu ich cierpieniom, dopóki Stany Zjednoczone będą nadal wspierać koalicję pod przywództwem Arabii Saudyjskiej. Z kolei amerykańscy obywatele nie zamierzają wywierać na Trumpa nacisku, by zmienił kurs względem Bliskiego Wschodu.
W 2019 r. Kongres USA zatwierdził projekt ustawy zawieszającej amerykańskie poparcie dla koalicji pod przywództwem Arabii Saudyjskiej. Niedługo potem prezydent Donald Trump zawetował ustawę, pomimo wysiłków na rzecz wprowadzenia jej w życie. A jeśli wskazówką w sprawach polityki zagranicznej ma być budżet Pentagonu na 2020 r., to sprawa jest brutalnie oczywista: Stany Zjednoczone nie zrezygnują z zaangażowania w wojnę w Jemenie. Dalej będą kierować do Saudów ogromne wsparcie wojskowe.
W ubiegłym roku wydawało się, że wysiłki zmierzające do zakończenia pięcioletniej wojny w Jemenie nabrały pewnego tempa. Z dzisiejszej perspektywy dobrze widać, jak drobne były to kroki. Działania, które obejmowały wycofanie sił przez Zjednoczone Emiraty Arabskie i zwolnienie niewielkiej liczby więźniów, w rzeczywistości dotyczyły tylko napięć, które powstały natychmiast po pokonaniu przez Huti trzech brygad koalicji saudyjskiej w Najran w sierpniu i atakach na saudyjskie zakłady naftowe we wrześniu.
Fadil Abbas Dzahaf, jemeński analityk z Sany, powiedział nam:
– W ciągu ostatnich kilku lat wielu próbowało przedstawiać wysiłki pokojowe jako pozytywne. Rozmija się to jednak z realiami panującymi w terenie i odzwierciedla brak zrozumienia strategicznych ambicji koalicji pod przewodnictwem Arabii Saudyjskiej. Jego komentarze odzwierciedlają frustrację wielu Jemeńczyków. Kiedyś i oni mieli nadzieję na efekty „procesów pokojowych”. Widzieli jednak, jak jeden proces za drugim kończy się fiaskiem i teraz już rozumieją: saudyjska koalicja po prostu nie ma woli pokojowego rozwiązania. Chociaż między Huti a Arabią Saudyjską toczą się pośrednie rozmowy, Rijad wydaje się prowadzić politykę chronienia się przed skutkami wojny, zamiast dążyć do jej zakończenia. Negocjacje nawet w drobnych sprawach, często kończą się ślepym zaułkiem. Liczne rozmowy pomiędzy Huti i Saudów zakończyły się niepowodzeniem, w tym negocjacje pokojowe prowadzone przez ONZ w Szwajcarii w zeszłym roku. Tak samo na niczym spełzło 108 dni negocjacji w Kuwejcie w 2016 r. i oddzielne rozmowy w tym samym roku w Dhahran.
Arabia Saudyjska politycznie i militarnie utknęła w Jemenie, nie osiągnęła żadnego z celów w niszczycielskiej wojnie, którą rozpoczęła przeciwko swojemu południowemu sąsiadowi w 2015 r. Przywódcy Arabii Saudyjskiej obiecali decydujące zwycięstwo w ciągu kilku tygodni, najwyżej dwóch miesięcy.
W ostatnich miesiącach zapomniany przez media światowe konflikt znowu zaczął zyskiwać smutną dynamikę. W grudniu doszło do kolejnego ataku Arabii Saudyjskiej na tętniący życiem rynek w Saddzie. Zginęło lub zostało rannych co najmniej 80 osób. Atak, według przedstawicieli Huti, stanowi dowód na to, że Saudowie nie będą dążyć do pokoju.
Ze swojej strony armia jemeńska sprzymierzona z Huti wznowiła ataki rakietami balistycznymi na Arabię Saudyjską, wystrzeliwując pocisk balistyczny skierowany na sztab 19. brygady straży granicznej, znajdujący się w południowym mieście Najran. Atak ten miał miejsce w odwecie za nalot Arabii Saudyjskiej na rynek ar-Raku w Munabbih znajdujący się w górzystej północno-zachodniej prowincji Sadaa. W wyniku tego ataku zginęło 17 cywilów, w tym 12 etiopskich imigrantów. Według ONZ był to już trzeci, okupiony śmiercią cywilów, atak na miasto w Arabii Saudyjskiej w ciągu nieco ponad miesiąca. Co więcej Huti ogłosili, że są w pełni przygotowani do uderzenia w dziewięć strategicznych celów położonych głęboko na terytorium krajów koalicji, z których sześć znajduje się w Arabii Saudyjskiej, a pozostałe w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. – Uważamy, że ataki na Arabię ​​Saudyjską są jedyną nadzieją, by uczynić 2020 rok innym, zatrzymać wojnę i znieść blokadę naszego kraju – powiedział Dżahaf.
Generał brygady Jahja Sari, rzecznik jemeńskich sił zbrojnych, ogłosił, że rok 2020 będzie rokiem obrony powietrznej; i że siły jemeńskie będą pracować nad rozwojem przemysłu wojskowego i zwiększeniem jego możliwości odstraszających. Nie był gołosłowny: krótko po tym oświadczeniu jemeńska obrona powietrzna zestrzeliła cztery drony koalicji, w tym wyprodukowanego w Chinach drona wyposażonego w technologię stealth, który został zestrzelony podczas misji zwiadowczej w rejonie al-Tina w rejonie Hajran. Miało to miejsce zaledwie kilka godzin po zestrzeleniu tureckiego drona Vestel Karayel pociskiem kierowanym. W poniedziałek został zestrzelony dron szpiegowski kierowany przez Arabię ​​Saudyjską, który leciał nad okręgiem Razih w północno-zachodniej prowincji kraju Saada. Tego samego dnia drona zestrzelono nad umęczoną Hudajdą.
Nawet wobec tak oczywistych objawów eskalacji, szef ONZ ds. pomocy humanitarnej stwierdził w grudniu, że sytuacja w Jemenie wskazuje na to, że… jest możliwe ustanowienie trwałego pokoju w 2020 r. Jak widać ONZ nie bierze pod uwagę głęboko zakorzenionych motywów i problemów strukturalnych kierujących koalicją pod przywództwem Arabii Saudyjskiej. Nawet jeśli w rozpoczętym już roku faktycznie pojawią się nowe inicjatywy, nie osiągną one wiele, dopóki Jemeńczycy nie będą mogli ostatecznie decydować o swoim losie. Wojna w Jemenie w 2020 r. raczej eskaluje. Więcej cywilów straci życie, więcej ludzi zostanie przesiedlonych, rozprzestrzenianie się epidemii będzie trwało bez końca, więcej miast, szpitali i szkół zostanie zniszczonych, a miliony bezradnych rodzin pozostaną bez środków do życia.

Antysemityzm w Polsce: prawdy i mity

Obchodzona w tym miesiącu siedemdziesiąta piąta rocznica wyzwolenia hitlerowskiego obozu Auschwitz-Birkenau zbiega się niefortunnie z zaognieniem historycznego sporu o stosunek społeczeństwa i państwa polskiego do Żydów.

Postawione przez prezydenta Putina zarzuty – nie tylko wobec przedwojennego ambasadora RP w Berlinie Lipskiego, ale pośrednio wobec ówczesnego państwa polskiego – wywołały zrozumiałe protesty strony polskiej, w tym specjalną uchwałę Sejmu przyjętą ponad politycznymi podziałami. Taka reakcja jest zrozumiała i politycznie zasadna, ale nie powinna prowadzić do zamykania oczu na to, co stanowi ciemną stronę polskiej historii.
Prawdziwe intencje
Dojrzałe narody mają dość siły i mądrości, by otwarcie i zdecydowanie mówić o tym, co w ich historii wymaga potępienia. Tylko w taki sposób można skutecznie przeciwstawiać się próbom obciążania całego narodu (a także państwa) odpowiedzialnością za ciemne strony historii. Republika Federalna Niemiec wielokrotnie, ustami swych najwyższych przedstawicieli, jednoznacznie potępiła zbrodnie hitleryzmu, co leży u podstaw pojednaniu z wczorajszymi ofiarami nazistowskiej polityki. W Polsce dzisiejszej pod tym względem jest inaczej. Losy niefortunnej (i wycofanej pod naciskiem zagranicy) ustawy penalizującej obciążanie Polaków ( wszak nie wszystkich, ale i nie tak nielicznych, jak chcieliby propagandyści obozu rządzącego) współodpowiedzialnością za zbrodnie nazistowskie popełnione na Żydach dobitnie pokazują, jakie są w tej sprawie prawdziwe intencje Prawa i Sprawiedliwości.
Rekonkwista
Spór dotyczy historii – zarówno odległej, jak i najnowszej. W odwoływaniu się do tej pierwszej słusznie podkreśla się, że w średniowieczu Polska stanowiła dla bardzo licznych Żydów europejskich azyl, do którego migrowali uchodząc przed prześladowaniami ogarniającymi zachodnią Europę pod koniec XI wieku, w bezpośrednim związku z klimatem religijnego fanatyzmu towarzyszącego zwłaszcza pierwszej krucjacie.
Hiszpańska Rekonkwista w XV wieku pociągnęła za sobą masowe wypędzenia Żydów, dla których panowanie arabskie oznaczało znacznie większą dozę tolerancji. To, że w średniowiecznej Polsce uformowała się liczna (procentowo największa w Europie) społeczność żydowska, jest oczywistym dowodem świadczącym o wyraźnej różnicy między ówczesną Polską a większością krajów Europy zachodniej. Dotyczy to także okresu Reformacji, która (między innymi na ziemiach niemieckich, ale nie w Polsce) wiązała się z kolejną falą wystąpień antyżydowskich. Tego nie może przesłonić, skąd inąd haniebna, kampania fanatyków katolickich oskarżających Żydów o śmierć Chrystusa, czy okazjonalnie zdarzające się zamieszki antyżydowskie.
Pierwsza fala
Antysemityzm jako zjawisko polityczne pojawił się w polityce polskiej dopiero pod koniec XIX i na początku XX wieku jako konsekwencja trzech procesów.
Pierwszym był wzrost w Europie fali rasistowsko (a nie religijnie) zorientowanej wrogości wobec Żydów, czego najbardziej znanym przejawem była sprawa Dreyfusa we Francji. Powodzenie darwinizmu społecznego z jego apoteozą walki o byt i odwołaniem do biologicznych uzasadnień konfliktu społecznego nadawało wrogości wobec Żydów nowy, rasistowski, charakter.
Drugim były konsekwencje rosyjskiej polityki wyznaczania żydowskich „stref osiedlenia” na ziemiach wcielonych do państwa rosyjskiego w wyniku rozbiorów. Pierwszy dekret w tej sprawie wydała Katarzyna Druga 23 grudnia 1791 roku. W latach następnych granice tej strefy były rozszerzane, by pod koniec XIX wieku objąć także dawne Królestwo Polskie, co skutkowało napływem Żydów wschodnich (nazywanych „Litwakami”), postrzeganych jako żywioł obcy.
Obóz nowoczesnego Polaka
Trzecim wreszcie było uformowanie się nowoczesnego programu nacjonalistycznego, którego najważniejszym dokumentem, były „Myśli nowoczesnego Polaka” Romana Dmowskiego (1903). W odróżnieniu od dawnej idei patriotycznej walki „o wolność naszą i waszą” Dmowski postulował politykę „egoizmu narodowego” w imię zbudowania „ katolickiego państwa narodu polskiego”. W państwie tym mniejszości słowiańskie miały być poddane asymilacji, a Żydzi – jako nie nadający si e do asymilacji – mieli być traktowani jako „goście” w polskim domu. Z czasem – już w Niepodległej Rzeczypospolitej – program nacjonalistyczny (Obozu Wieliek Polski, a później Obozu Narodowo-Radykalnego) przybrał wyraźnie rasistowski charakter i uległ zaostrzeniu, aż po bojkot ekonomiczny i getto ławkowe na uniwersytetach, co negatywnie wyróżniało Polskę na tle innych państw europejskich (oczywiście poza nazistowskimi Niemcami).
Żydowskimi głosami
Antysemityzm ówczesny to nie tylko subtelne rozważania teoretyczne Romana Dmowskiego, lecz także pogromy: w tym przez lata osłaniany przemilczaniem pogrom we Lwowie 21-23 listopada 1918 roku (bezpośrednio po wyparciu z tego miasta wojsk ukraińskich) a także w Wilnie i w Pińsku. W grudniu 1922 roku zamordowanie prezydenta Narutowicza poprzedzone było wielką kampania narodowców protestujących przeciw wyborowi głowy państwa „żydowskimi głosami”, a po procesie i egzekucji mordercy (Eligiusza Niewiadomskiego) środowiska te szerzyły kult mordercy, nie bez udziału wielu duchownych katolickich. O obliczu ówczesnego obozu nacjonalistycznego świadczy wydana w 1939 roku książka wybitnego prawnika, a zarazem działacza prawicy nacjonalistycznej Zygmunta Cybichowskiego (1879-1946) „Na szlakach nacjonalizmu”, w której otwarcie stawiał Polakom za wzór do naśladowania Adolfa Hitlera (s.89).
Jest to jednak tylko jedna strona obrazu. Druga to konsekwentna walka przeciw antysemityzmowi prowadzona przez lewicę i postępowe środowiska inteligenckie, których symbolem może być odważna postawa Tadeusza Kotarbińskiego solidaryzującego się z żydowskimi studentami w warunkach narzucanego getta ławkowego.
Potrzeby i interesy
Postawę socjalistów polskich wobec antysemityzmu najbardziej konsekwentnie przedstawił Kazimierz Kelles-Krauz (1972-1905) autor opublikowanej niedługo przed śmiercią rozprawy „W kwestii narodowości żydowskiej”, w której pisał on, że Żydzi osiadłszy w Polsce od tylu stuleci, wykonawszy w tym kraju tyle pracy rozmaitej, przecierpiawszy tyle cierpień, mając tu swe groby i kolebki od szeregu pokoleń, są w nim tak samo dobrze u siebie jak i Polacy, i …mają prawo żądać od Polaków tych samych względów na swoje potrzeby i interesy, jakich Polacy mają prawo żądać od nich”.
Czy przedwojenne państwo polskie prowadziło politykę antysemicką? Odpowiedź na to pytanie nie jest oczywista. Prawdą jest, że w Polsce nie było ustaw antysemickich, ale była – zwłaszcza po śmierci marszałka Piłsudskiego – tolerancja dla antysemityzmu. Premier generał Felicjan Sławoj Składkowski publicznie pochwalał bojkot sklepów żydowskich (podobnie, jak zrobił to w 1936 roku prymas Polski kardynał August Hlond). Kolejni ministrowie odpowiedzialni za szkolnictwo wyższe milczeli w sprawie getta ławkowego ustalanego przez czołowe polskie uczelnie pod presją radykalnych organizacji nacjonalistycznych. W tym sensie mamy prawo obciążać ówczesne władze państwowe odpowiedzialnością za co najmniej tolerowanie antysemityzmu skrajnej prawicy narodowej.
Polskie doświadczenie
Szczególnie bolesne jest w tym kontekście polskie doświadczenie Holokaustu. Mamy prawo być dumni z postawy tysięcy Polaków, którzy z narażeniem życia ( nie tylko własnego, lecz także całych rodzin) angażowali się w ratowanie Żydów. Mamy prawo przypominać, że władze Polski Podziemnej na skalę swych możliwości udzielały pomocy Żydom, w tym szczególnie piękną rolę odegrała powołana w 1942 roku dla tego celu podziemna Rada Pomocy Żydom „Żegota”. Ale słusznie szczycąc się bohaterstwem tych, którzy stali po stronie ofiar, mamy moralny obowiązek otwarcie i bez zahamowania potępiać postawę tych Polaków, którzy wzięli udział w hitlerowskiej polityce zagłady. Niestety nie byli oni tak nieliczni, jak to usiłują nam wmawiać historycy z obozu „dobrej zmiany”. Warto przypomnieć, z jaką zajadłością prawicowa publicystyka rzuciła się na Jana Tomasza Grossa za jego książkę o zbrodni w Jedwabnem. W 2001 roku byłem w grupie posłów, którzy pojechali do Jedwabnego na zorganizowane przez prezydenta Kwaśniewskiego obchody sześćdziesiątej rocznicy tej zbrodni. Rzucało się w oczy, że w tym gronie nie było posłów prawicy, stanowiącej wówczas większość sejmową.
Przemilczanie
Od tego czasu nasza wiedza na temat udziału Polaków w hitlerowskiej polityce zagłady bardzo się zwiększyła, zwłaszcza dzięki pracom Barbary Engelking i kierowanego przez nią Centrum Badań nad Zagładą Żydów; w tym znakomitej pracy (pod redakcją Barbary Engelking i Jana Grabowskiego „Dalej jest noc: losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski” (2018). Prowadzona przez obecne władze „polityka historyczna” polega na przemilczaniu i dyskredytowaniu tego typu prac badawczych. To nie służy dobremu imieniu Polski w świecie.
Jest także sprawa okresu Polski Ludowej. W pierwszych latach powojennych miały miejsce pogromy antyżydowskie, w tym najgłośniejszy kielecki w 1946 roku. Niektóre formacje antykomunistycznej partyzantki, zwłaszcza oddział „Ognia” na Podhalu, dopuszczały się mordowania Żydów. O tym dzisiejsza „polityka historyczna” woli milczeć. Z drugiej zaś strony lewicę obciąża kampania antyżydowska 1967 i 1968 roku, którą dopiero Socjaldemokracja RP publicznie i jednoznacznie potępiła w specjalnej uchwale w marcu 1990 roku. Kampania ta była częścią frakcyjnej walki o władzę w kierowniczych kręgach PZPR, ale kampanii tej nie byłoby, gdyby jej autorzy nie liczyli na uzyskanie tą droga poparcia przynajmniej części społeczeństwa.
Trzydzieści lat temu kładąc podwaliny pod gmach polskiej demokracji byliśmy przekonani, że te upiory przeszłości zostały na zawsze złożone do grobu. Pamiętam jednak odbytą wiosną 1990 roku w Tel-Awiwie rozmowę z Szymonem Peresem, który deklarując poparcie Międzynarodówki Socjalistycznej dla nowopowstałej polskiej socjaldemokracji podkreślał swoje i innych socjalistów obawy o możliwość odradzania się w Polsce antysemickiej prawicy. Dziś lepiej niż wówczas widzę, jak bardzo miał rację.
Wzrost postaw
Społeczeństwo polskie nie jest antysemickie. Badania socjologiczne (zwłaszcza profesora Ireneusza Krzemińskiego) wskazują na wyraźny spadek postaw antysemickich i, co szczególnie ważne, wzrost postaw skierowanych przeciw antysemityzmowi. Trzeba o tym mówić bardzo wyraźnie, ale trzeba też mówić o utrzymywaniu się, a nawet radykalizowaniu się postaw i zachowań antysemickich a zwłaszcza o tolerancyjnym stosunku do nich ze strony aparatu państwowego.
Trzeba patrzeć prawdzie w oczy. Historia wprawdzie nigdy dosłownie się nie powtarza, ale historycznie uwarunkowane tendencje polityczne mają znaczną zdolność długiego trwania. Nie wolno tego lekceważyć, a tym bardziej usprawiedliwiać. Idzie tu bowiem nie tylko o dobre imię Polski w świecie, ale także o to, w jakim państwie chcemy i będziemy żyli. Propagandzie płynącej z niechętnych dzisiejszej Polsce ośrodków zagranicznych skutecznie możemy się przeciwstawić prawdą. Całą prawdą.

Palestyńczyk to nie człowiek

O tym, co dalej z „jedyną demokracją na Bliskim Wschodzie” i dlaczego marna to demokracja, Wojciech Łobodziński (strajk.eu) rozmawia w Jerozolimie z Oferem Neimanem, działaczem lewicy izraelskiej zaangażowanym w ruch Boycott, Divestment and Sanctions.

Od momentu zamordowania Ghasema Solejmaniego cały świat patrzy na Bliski Wschód z wielkim niepokojem. A ty, przedstawiciel izraelskiej lewicy, boisz się o przyszłość?
Ja widzę dwie koalicje zła: jedną tworzą Iran, Rosja i Syria pod rządami Baszszara al-Asada, a drugą – Stany Zjednoczone, Arabia Saudyjska i Izrael. W krajowej polityce nie spodziewam się żadnego przełomu.
To od czego powinniśmy zacząć rozmowę o polityce współczesnego Izraela?
Od tego, że epoka Netanjahu dobiega końca. Na naszych oczach kończy się okres dominacji polityka, który przez ostatnie dwadzieścia pięć lat był najpotężniejszą i najbardziej wpływową osobą w Izraelu. Pierwszy raz został premierem w 1996 r., ale już wcześniej był znaczną postacią po stronie opozycji.
Jak udało mu się dominować przez tak długi czas?
Netanjahu doszedł do władzy dzięki wielu czynnikom. Po pierwsze miał i nadal ma silne poparcie ze strony establishmentu amerykańskiego, tak od strony Demokratów, jak i Republikanów. Dzięki szerokim znajomościom za oceanem posiada dużą sieć indywidualnych sponsorów, przyjaznych think tanków, lobbystów. Po drugie, Netanjahu wygrał, bo obiecał wyjście z kryzysu. W latach 90. Izrael zaczął „otwierać się na świat”, rozpoczynał się proces prywatyzacji. Netanjahu reprezentował obietnicę lepszej przyszłości, którą miały dać ekonomia neoliberalna, leseferyzm i otwarty rynek.
Netanjahu grał instrumentalnie hasłami nacjonalistycznymi czy w nie wierzył?
Wielu mówi, że to populista. Ja bym powiedział, że nawet jeśli jego działania wpisują się w definicję populizmu, to jest to najbardziej „ideologiczny” premier w historii Izraela. Jego poglądy to czysty kanon prawicowej myśli syjonistycznej – idea Wielkiego Izraela. Jeśli chcemy go zrozumieć z tej strony, musimy zrozumieć jego ojca Bencijjona Netanjahu (1910-2012), historyka i zarazem ekstremistycznego syjonistę, powiedziałbym wręcz – faszystą z narodowo-romantyczną wizją.
A gospodarka według Netanjahu to…
Klasyka reaganeconomics: neoliberalizacja gospodarki i usług publicznych, uzależnienie emerytur od poziomu inwestycji – stały się one przedmiotem gry na giełdzie.
To dlatego jego epoka już się kończy? Zwykle za neoliberalizacją idzie pauperyzacja większości obywatelek i obywateli.
Osłabienie Netanjahu to z jednej strony po prostu kwestia czasu. Jeśli jest się u władzy tak długo, to z każdym rokiem liczba twoich przeciwników się powiększa. Udało mi się do tej pory grać na różnych frontach, jednak dziś większość opinii publicznej raczej jest mu wroga. Po drugie, swoje robią podziały na Żydów aszkenazyjskich, pochodzących z Europy, i mizrachijczyków, którzy przybyli z państw arabskich. Chociaż sam Netanjahu jest aszkenazyjczykiem, to Likud uważany jest za partię mizrachijczyków.
Aszkenazyjczycy, ludzie tacy jak ja, biali, od początku istnienia państwa traktowali mizrachijczyków jak ludzi drugiej lub trzeciej kategorii, podobnie jak Arabów. W późnych latach od lat 40. do końca lat 60. miały miejsce takie praktyki jak porywanie dzieci Żydów pochodzących z krajów arabskich i bałkańskich, które następnie oddawano „białym”, którzy przeżyli Holocaust. Ten ogromny rachunek krzywd dopiero od niedawna staje się obiektem debaty publicznej. Netanjahu ma ogromne poparcie właśnie wśród tych grup. Bazuje ono również na resentymencie wobec Partii Pracy i jej dawnemu establishmentowi, który w znacznej mierze legitymizował powyższe działania wobec „nie-białych” Żydów, szczególnie w początkowej fazie powstawania państwa Izrael pod rządami Ben Guriona. Mizrachijczycy dostawili w przydziale najgorsze osiedla w jakiś odciętych od świata czarnych dziurach pośród pustyni albo w górach. Polityka Partii Pracy była rasistowska nie tylko w stosunku do Palestyńczyków. Jeśli chcemy zrozumieć izraelską politykę, to trzeba rozumieć te wszystkie poziomy wykluczenia, które towarzyszą naszej historii.
Co więc kieruje opozycją wobec Likudu?
Wobec Netanjahu zawsze istniała jakaś opozycja ze strony ludzi takich jak ja – Żydów aszkenazyjskich o poglądach sekularnych. Ale dynamice całej sytuacji nadały ruchy Awigdora Liebermana, pochodzącego z Mołdawii potężnego polityka, który politycznie dojrzał w Likudzie. Był on de facto prawą ręką Netanjahu, organizował Likud, kiedy był w opozycji. W 1999 odszedł i założył własną neokonserwatywną partię, Nasz Dom Izrael, która próbuje do dziś dotrzeć do rosyjskich Żydów, chociaż nie tylko. Osiąga poparcie rzędu czterech procent do kilkunastu. Lieberman od 1999 r. nie raz wchodził do rządów formowanych przez Netanjahu. Trzeba dodać, że reprezentuje on w znacznej mierze osadników, ludzi, którzy zajmują ziemię Palestyńczyków. Jednocześnie nie nazwałbym go fanatykiem religijnym. Jest w stanie zgodzić się pod pewnymi warunkami na rozwiązanie niektórych osiedli i dogadanie się z Autonomią Palestyńską, co dla religijnych osadników w ogóle nie wchodzi w grę.
Coś musiało się wydarzyć na linii Netanjahu – Lieberman. Przez tyle lat rządzili razem, dziś są sobie przeciwni. Z pewnością ma to wiele wspólnego z zarzutami korupcyjnymi pod adresem Netanjahu, zwłaszcza, że wszyscy wiedzą, że to zarzuty prawdziwe.
I to właśnie Lieberman zakończy erę Netanjahu? Jeden prawicowiec zastąpi drugiego?
Lieberman nie jest głupi i ma ambicje, by zostać najpierw języczkiem u wagi przy formowaniu nowej koalicji, a potem kolejnym premierem. Bez niego sformować rządu nie będzie się dało, chyba, że coś się zmieni na lewicy. Jego dotychczasowe wymówki są absurdalne. „Nie mogę stworzyć rządu z Netanjahu, ponieważ nie chciał zmusić ultraortodoksów do służby w armii” – nie, Lieberman po prostu gra na upadek dawnego kompana.
Z drugiej strony Netanjahu może pochwalić się tym, że wywindował Izrael na pozycję mocarstwa, może nie globalnego, ale regionalnego. Dziś na Bliskim Wschodzie, cokolwiek się stanie, wszyscy zwracają swe oczy w kierunku Izraela, czekają na jego reakcję i potem to ona w znacznej mierze konstruuje bieg wydarzeń. Ponadto wszystkie państwa graniczące z Izraelem są dziś pogrążone w kryzysie.
I to jest jego główna karta przetargowa. Izrael jest dziś potężniejszy niż kiedykolwiek, jest w sojuszu z Arabią Saudyjską i Egiptem, ma zabezpieczone granice i może sięgać dalej. Netanjahu uwielbia chwalić się mocarstwowością i hołubić własne dokonania, co oczywiście znajduje niemały poklask. W jego narracji wszystkie sukcesy ekonomii, przemysłu zbrojeniowego i high tech w Izraelu to jego własne dokonania, nawet jeśli nasza zbrojeniówka od dawien dawna była w globalnej czołówce. A rywale? Ich premier przedstawia jako ludzi bez wizji, zajętych miałką polityką.
Trudno powiedzieć, by lider Niebiesko-Białych Benny Gantz był „człowiekiem bez wizji”.
Dlatego retoryka Netanjahu wcale nie musi zadziałać w jego wypadku. Nie wykluczam, że to Niebiesko-Biali będą największymi wygranymi nowych wyborów. Gantz jest popularny, reprezentuje moje „plemię”: aszkenazyjskich, liberalnych, świeckich Żydów. Jego fenomen jest drugą stroną rasizmu wewnątrz naszej społeczności. Ludzie uwielbiają go za jego niebieskie oczy, wzrost i muskulaturę, mundur, medale i piękny język oraz sposób przemawiania.
A jaki program polityczny się za tym kryje?
Stanowisko liberalne obyczajowo i neoliberalne ekonomicznie. Co do gospodarki mamy praktycznie konsensus. W kwestii palestyńskiej w zasadzie też, bo jak inaczej odczytać słowa Gantza: „Nie zaatakujemy nikogo, jeśli nikt nas nie zaatakuje”? On nawet nie udaje, że chce jakichś negocjacji pokojowych.
A co z Partią Pracy?
W poprzednim wieku była ona jedną z najpotężniejszych partii w kraju. Dziś wymiera. W poprzednich wyborach ledwo udało jej się zdobyć kilka procent poparcia, teraz nawet nie wiem, czy wejdą do parlamentu. Warto przypomnieć też jeszcze jedną partię lewicową, dziś bliską upadku – Merec, której przewodzi Tamar Zandberg. Dawniej sam na nich głosowałem, jednak odszedłem przez rasistowską retorykę wymierzoną w Palestyńczyków i mizrachijczyków. Nie obchodzi ich okupacja Zachodniego Brzegu, choć często o niej mówią, używając właśnie terminu okupacja, jako jedyna partia żydowska. To jest symbolicznie ważne, lecz nie pociąga za sobą żadnych działań.
Lista arabsko-żydowska zdobyła w ostatnich wyborach najwyższy wynik w swej historii. Ma trzynastu posłów. Może to oni są nadzieją?
Ten wynik sprawił mi wielką radość. Okazało się, że bez partii palestyńskich Gantz nie jest w stanie stworzyć rządu. Ale sam nie jestem pewien, czy bym chciał koalicji pod wodzą Niebiesko-Białych. Partie arabskie poniosłyby zbyt dużą cenę. Większość polityków arabskich chce tej współpracy, lecz część kompletnie jej sobie nie wyobraża. Jedną z koalicji, wchodzących w skład jednej listy arabsko-żydowskiej, będących za takim rozwiązaniem, jest Hadasz i współtworzącą ją partia komunistyczna, Maki, która łączy palestyńskich obywateli Izraela i Żydów. Na jej czele stoi Ayman Odeh. W moim przekonaniu ci, którzy chcą koalicji z liberałami widzą tylko wąski interes Palestyńczyków posiadających obywatelstwo Izraela. Zapominają o uchodźcach i ludziach z Gazy oraz Zachodniego Brzegu. Ja jako uprzywilejowany, lewicowy Żyd uważam za swój obowiązek patrzeć z szerokiej perspektywy, która obejmuje mieszkających za murem. Boję się tego, że apartheid wobec nich, wspierany przez część partii arabskich, spotęguje tyko koszmar rasizmu.
Zadam zresztą proste pytanie: co stanie się z taką koalicją dzień po tym, gdy Izrael znów zbombarduje Gazę? Przecież wśród Palestyńczyków nastąpi wtedy rozłam: jedni poprą partie wchodzące w skład rządu Niebiesko-Białych, inni będą upominać się o prawa Gazy. Zresztą to pytanie abstrakcyjne. Gantz nie różni się w podejściu do Palestyńczyków od Netanjahu…
Ale to Netanjahu mówił o aneksji Doliny Jordanu, co jest bardzo prawdopodobne w świetle zajęcia przez niego Wzgórz Golan i rozwiązania kwestii ambasady USA w Jerozolimie.
Trzeba czytać pomiędzy słowami. Niebiesko-Biali nie inicjują takich rozwiązań, nie stosują takiej retoryki, nie zaanektują Doliny Jordanu, jednak nie będą mieli nic przeciwko, jeśli zrobi to Netanjahu. Jeśli świat temu przyklaśnie, sami to zaakceptują. Cieszyli się przecież, gdy ambasada USA była przenoszona do Jerozolimy. Nie mają też nic przeciwko budowie kolejnych osiedli, które tylko wzmacniają już i tak niezwykle silne napięcia w rejonach znajdujących się pod okupacją. Mówią, że Izrael powinien anektować osiedla, by zapewnić sobie „bezpieczeństwo”. Rzekomo to „blok osiedli” ochroni Izrael. Nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością.
Taka retoryka ma na celu legitymację okupacji. Netanjahu jest czystym nacjonalistą, Niebiesko-Biali będą retorycznie kluczyć, ale w rzeczywistości skończy się na tym samym. Co do murów, osiedli, okupacji i checkpointów istnieje konsensus mainstreamowych partii. Traktowanie Palestyńczyków z terenów okupowanych jak ludzi nie mieści się w horyzoncie dzisiejszej polityki izraelskiej.
Da się z tym skończyć?
Jedyną opcją jest stworzenie izraelskiej lewicy opartej na Palestyńczykach, która będzie otwarta na Żydów i współtworzona również przez nich. Musi powstać siła, która połączy obie grupy i będzie walczyć z każdym rodzajem opresji, od ekonomicznej po rasistowską. Dziś połączona lista arabska daje pewne nadzieje, znajdują się na niej oczywiście też islamiści, ale znaczna część jest lewicowa. Problemem jest podejście do kwestii jednego państwa. Większość, tak jak komuniści, chce niestety utworzenia dwóch państw.

Tak się kończy dyplomatołectwo

Stało się to, co przewidywali komentatorzy polityki światowej i spece od dyplomacji międzynarodowej. Nie dość, że główne obchody wyzwolenia obozu śmierci Auschwitz-Birkenau nie odbędą się w Polsce, a w Izraelu, to jeszcze zabraknie tam polskiego prezydenta. To są skutki wieloletniego prowadzenia polityki zagranicznej po amatorsku, żeby nie powiedzieć – dyletancko.

Nie może dawać innych owoców niż gorzkie orientowanie się we wszystkich sprawach na jednego i tylko jednego sojusznika i trzymanie się jego poły surduta niczym przysłowiowy rzep psiego ogona. Serwilistyczne podejście do Waszyngtonu, potrząsanie szabelką w kierunku Brukseli i niepohamowana chęć poniżania Rosji może kończyć się tylko jednym: traktowaniem Polski jako niewychowanego uczniaka, którego można postawić do kąta, a nie dopuścić do poważnych dyplomatycznych rozgrywek. Mielibyśmy potencjał, by było inaczej. I co z tego, skoro nasze „elity” uparcie nie chcą go wykorzystać.
Dyplomacja Izraela uzależniała przyjazd Knesetu na uroczyste posiedzenie w Auschwitz, do miejsca symbolizującego Holocaust, od zaproszenia do Polski prezydenta Rosji, państwa-sukcesorki ZSRR. W Izraelu pamięć o Armii Czerwonej, która unicestwiając III Rzeszę uchroniła resztki ocalałych z Shoah Żydów środkowo-europejskich od śmierci, jest żywa i kultywowana. Ale polska dyplomacja stawała na głowie, by za pomocą zwodów pominąć Putina. Skończyło się tak, jak w poważnych grach dyplomatycznych się kończy: inicjatywę przejęli inni.
Polscy analitycy nie byli nawet w stanie porządnie wyjaśnić związku między zaplanowaną na 23 stycznia uroczystością w Jerozolimie, a słowami Putina o początkach II wojny światowej. Skupiono się wyłącznie na wymiarze „obrazy narodu i państwa polskiego”, nie zastanawiając się, do kogo i dlaczego akurat teraz przesłanie Putina było adresowane. A było ono m.in. przygotowaniem właśnie wizyty w Jad Waszem i atmosfery jej towarzyszącej. Putin postanowił pokazać izraelskim rządzącym, których przychylność może mu się przydać przy dalszych grach z Ameryką o Bliski Wschód, że zjawisko antysemityzmu jest mu osobiście wrogie, za to w Europie różnie z tym bywa.
Nieetyczne to wszystko? Pewnie tak i lewica winna walczy o inny model relacji międzynarodowych. Ale dopóki go nie ma, należy umieć odnaleźć się w realiach. Do tego jednak prawica musiałaby zrozumieć, że dyplomacja to nie prostackie pogrywanie symbolami z zerową empatią wobec sąsiadów.
To, że głównych obchodów wyzwolenia Auschwitz nie będzie w Polsce i że nikogo z Polski na nich nie będzie to klęska wizerunkowa i polityczna. Żadna Polska Fundacja Narodowa nie da rady zamknąć ust obserwatorom, którzy z tej nieobecności wyciągną konkretne wnioski i opowiedzą je na całym świecie. Nieobecni nie mają racji!

 

Izraelski Wietnam w Syrii

O obecnym izraelskim ministrze obrony Naftalim Bennetcie Polska usłyszała w czasie awantury o pisowską ustawę „pamięciową”, którą musiała po cichu odwołać, gdyż w Izraelu zrozumiano ją jako oburzający zakaz krytykowania Polaków za ich domniemaną rolę w hitlerowskim Holokauście.

Bennett nie był wówczas ministrem obrony, tylko edukacji, ale już wtedy stosunki zagraniczne traktował jak wojnę: rzucał symbolicznymi granatami gróźb i robił wybuchowe miny tak niechętne naszemu skołowanemu krajowi, że lepiej o nich zapomnieć. Dziś nikt już o nim w Polsce nie mówi, było-minęło, a tymczasem on mówi bez przerwy, tyle, że na tematy bardziej światowe.
Uśmiechnięty Bennett to jeden z przywódców młodej, ultranacjonalistycznej skrajnej prawicy religijnej, zawsze w politycznej parze z byłą minister sprawiedliwości w rządzie Natanjahu Ayelet Shaked z Żydowskiego Domu, tą, która w tegorocznych wyborach najdosłowniej reklamowała się „faszyzmem”. Naturalnie oboje wielu bardziej pasują do nazizmu niż faszyzmu, ale to tylko marginalny niuans: Bennett zyskał sławę i popularność innym oświadczeniem (z lipca 2013 r.): „Zabiłem wielu Arabów i nie mam z tym żadnego problemu.” To ono, tak szczere, wyniosło go na polityczne wyżyny, więc naturalnie kontynuował w tym guście. Np. groził Libanowi, że „odeśle go do średniowiecza”. Innych krajów, nawet niegraniczących z Izraelem, też nie oszczędzał.
U nas raczej nie, ale na Bliskim Wschodzie wszyscy nadstawili uszu, kiedy w ostatnim Maariv (drugi największy dziennik izraelski) z hukiem powrócił do tego stylu. Zapowiedział mianowicie, że jego kraj „zrobi Wietnam z Syrii”, przeciw obecności Irańczyków, że użyje „wszelkich środków”, żeby ich usunąć z tego kraju. Minister obrony Bennett ma na myśli oddziały irańskie, bez porównania mniejsze od syryjskiego wojska, czy Rosjan, które pomagają tam walczyć z dżihadystami z Al-Kaidy i Państwa Islamskiego (PI), gnieżdżącymi się teraz w północnej prowincji Idlib. Izraelczycy uważają po prostu, że Irańczycy nie lubią ich bardziej niż wszyscy napadnięci przez Izrael sąsiedzi i nawet okupowani Palestyńczycy.
Naturalnie minister Bennett nie powiedział jak ten przyszły „Wietnam” będzie konkretnie wyglądał. Ale Syria od dawna go w zasadzie przypomina, więc pierwsze komentarze były rodzajem zdziwienia dystrybucją ról. No bo tak: Amerykanami w Syrii nie byliby Amerykanie, którzy są sojusznikami Izraela w Syrii, lecz Irańczycy, a rolę zwycięskich Wietnamczyków grałby… kto? Jakieś tajne oddziały izraelskie, w stożkowatych kapeluszach non-la, skradające się w syryjskiej dżungli? Nie, bo tam jest głównie pustynia oraz armia syryjska – można w nią walić najwyżej z góry. Czyli kto? Nie mogą być to prawdziwi Amerykanie, gdyż są zainteresowani już tylko syryjską ropą, a poza tym i tak dużą dają, politycznie nie wypada. Czyli? No tak, ci, co od początku robią rodzaj generalnego wietnamu-kołomyi-tragedii w Syrii, czyli dżihadyści.
Izrael od początku syryjskiej wojny – tak samo jak dyktatury z naftowe z Zatoki oraz USA, Francja i Wielka Brytania z NATO – popierał aktywnie syryjską Al-Kaidę, a za jej pośrednictwem PI. Po prostu to oni mieli osiągnąć cel wojny, zmianę rządu w Syrii na saudyjsko-podobny, bardzo religijny a jednocześnie całkiem oddany i posłuszny. Ten cel, wymyślony przez Amerykanów i Brytyjczyków, był dla Izraela o wiele bardziej obojętny, niż się na ogół przyjmuje: już samo utrzymanie chaosu w Syrii jest dobre dla państwa żydowskiego, zdaniem jego przywódców, gdyż to trwale osłabia potencjalnego wroga. Pamiętajmy, że część Syrii Izrael zwyczajnie okupuje. W syryjskim scenariuszu Bennetta Syryjczycy więc nie istnieją.
Podsumujmy: minister Bennett dał rolę przegranych w Wietnamie Amerykanów Irańczykom, którzy najchętniej pomogliby Syryjczykom przegnać z Syrii dżihadystów, Amerykanów i Izraelczyków, a na Wietnamczyków wyznaczył starych, dobrych, międzynarodowych dżihadystów z Al-Kaidy, którzy podobnie jak PI, nic złego Izraelowi nie czynią, a teraz dostaną najwyżej skośnych oczu, gdy przyjdzie im walczyć z wrogami Izraela. Znowu więc pójdą broń i pieniądze na chaos i wojnę w Syrii, z wsparciem lotniczym w pakiecie.
Wyjaśnijmy, że chodzi o projekt, który pewnie wejdzie w życie. Rząd Netanjahu, którego prokuratura oskarża o poważne przestępstwa (ale nie zbrodnie wojenne) gra o przetrwanie, chce uniknąć trzecich wyborów w ciągu roku. Netanjahu, by zdobyć rządzącą koalicję, obiecał właśnie, że przeprowadzi aneksję części palestyńskich ziem okupowanych i będzie musiał to zrobić, bo dzięki temu jako premier z immunitetem nie pójdzie do więzienia, będzie dalej rządził. To są ostatnie jego karty, a do nich należą groźby Bennetta. Ta wielka gra o wolność Netanjahu toczy się kosztem innych wolności i życia innych ludzi, ale czyż sytuacja pojedynczych polityków tak samo nie wpływała na przedłużanie koszmarnej wojny w Wietnamie? Pomylona wizja Bennetta może się zrealizować.

Płoną palestyńskie auta

Ponad 160 palestyńskich samochodów zostało rozbitych lub uszkodzonych w czasie nocnej eskapady izraelskich kolonistów do palestyńskich dzielnic okupowanej wschodniej Jerozolimy. Dziś rano ludzie odkryli też na murach domów całą serię napisów w rodzaju „Arabowie – wrogowie”, „Goje precz z Izraela” itp. Według policji, sprawcami mieli być jacyś niezidentyfikowani Żydzi religijni, lecz na razie nie udało się jej nikogo złapać.

Stanowi to sporą nowość, bo do tej pory ekstremistyczni, rasistowscy koloniści działali raczej na wsi, na okupowanym Zachodnim Brzegu Jordanu, gdzie zwykle niszczą palestyńskie sady drzew oliwnych lub inne plantacje, odcinają elektryczność całym wsiom, albo wodę, jeśli nie zanieczyszczają jej fekaliami. To należy do codzienności izraelskiej okupacji Palestyny. Bywały też oczywiście akcje niszczenia samochodów (niszczeniem palestyńskich domów zajmuje się raczej armia), ale nikt nie pamięta tak dużej akcji w Jerozolimie.
Świadkowie mówią o trzyosobowych, uzbrojonych grupach zamaskowanych mężczyzn, które przecinały wszystkie opony, wybijały szyby lub podpalały pojazdy. Chodzi w sumie o typową akcję nazywaną przez skrajnych kolonistów „ceną do zapłacenia”, to jest zemstą za jakieś nieposłuszeństwo lub opór Palestyńczyków, tyle, że przeprowadzoną w nietypowy sposób. Nie wiadomo na razie za co mścili się izraelscy rasiści, więc Palestyńczycy uważają, że chodziło raczej o „uczczenie” przedwczorajszej obietnicy premiera Netanjahu – oficjalnego anektowania części palestyńskich ziem okupowanych.
Netanjahu powtórzył wczoraj głośno swój pomysł. Ma nadzieję, że w ten sposób uda mu się jednak stworzyć większościową koalicję rządzącą i uniknąć kolejnych, trzecich już przedterminowych wyborów. Zostały mu już tylko dwa dni, a owe trzecie wybory może całkiem przegrać i nawet pójść do więzienia, gdyż został oficjalnie oskarżony przez prokuraturę generalną o liczne przestępstwa. Argumentu wyborczego dostarczyli mu w listopadzie Amerykanie, jednostronnie uznając, że żydowska kolonizacja ziem okupowanych przez Izrael „nie jest niezgodna z prawem międzynarodowym”.