Wykidajło z Kiszyniowa

Gdy w połowie listopada 60-letni minister obrony Izraela Awigdor Lieberman nieoczekiwanie podał się do dymisji, na palestyńskich terytoriach okupowanych wybuchła radość: w końcu to ten człowiek rozkazał zabijać mieszkańców Strefy Gazy, którzy manifestowali pod granicą, co skończyło się setkami zabitych i dziesiątkami tysięcy rannych. Była to jednak radość krótkotrwała, bo przecież nawet jeśli Lieberman wycofał się teraz, to w żadnym wypadku nie oznacza końca jego kariery politycznej, ani zmiany polityki terroru prowadzonej przez rząd izraelski. Jego nieprzejednany, agresywny rasizm cieszy się w Izraelu powszechnym poparciem.

 

„Zawsze wzbudzałem kontrowersje, bo proponuję nowatorskie idee” – wyjaśniał, kiedy w marcu 2015 r. pytano go o przemówienie na mityngu wyborczym w Hercliji pod Tel-Awiwem, kiedy przekonywał, że izraelskim Palestyńczykom (tej resztce, która pozostała w proklamowanym Izraelu po Nakbie, czystce etnicznej z 1948 r.) należy „obcinać głowy siekierą”, jeśli są nielojalni wobec państwa żydowskiego. Lieberman sugerował zresztą skazywać na śmierć wszystkich gojów, którzy krytykują politykę rządu. Jego wyborcy byli jak zwykle zachwyceni „nowatorskim pomysłem” i Lieberman odniósł kolejne zwycięstwo. Od 2000 r. już pięć razy podawał się do dymisji lub bywał odsuwany, gdy jego propozycje nie były wdrażane, ale zawsze dzięki poparciu narodu szybko wypływał na powierzchnię: zbyt wielu Izraelczyków wyznania żydowskiego widzi w nim uosobienie chwalebnej przyszłości Izraela.

Tym razem odszedł z rządu i wycofał swą partię Nasz Dom Izrael z koalicji rządowej z dwóch przyczyn: premier Netanjahu odmówił natychmiastowej, nowej kampanii masowych bombardowań Strefy Gazy i – co Liebermana jeszcze bardziej oburzyło – zgodził się wpuścić do zablokowanej od ponad 10 lat enklawy opłacone przez Katar paliwo dla tamtejszej elektrowni, co tymczasowo wydłużyło dostęp Palestyńczyków do elektryczności z (maksymalnie) czterech do dziewięciu godzin na dobę. Te, według niego, „karygodne” posunięcia rządu Netanjahu to co prawda stara strategia -od czasów działań premiera Szarona w 2004 r.: dać chwilę oddechu Gazie, by lepiej, poprzez nasiloną żydowską kolonizację i represje przeciw tubylcom, zlikwidować ideę państwa palestyńskiego na okupowanym Zachodnim Brzegu Jordanu. Ale Lieberman wie, za co kochają go rodacy. Mierzy wysoko.

 

Rzęsiste oklaski

Przez pierwsze 20 lat swego życia Lieberman był obywatelem Związku Radzieckiego, rosyjskojęzycznym Żydem z Kiszyniowa, stolicy Mołdawskiej SRR. Jego ojciec Lew, do 1940 r. obywatel rumuński, należał do ekstremistycznej organizacji syjonistycznej Betar, co syn uznał jednak za „mięczakowatość”. Po emigracji do Izraela, gdy został wykidajłą w telawiwskim nocnym klubie, wstąpił do terrorystycznej organizacji Kach amerykańskiego rabina Meira Kahane. W Izraelu stała się ona partią polityczną, głoszącą konieczność „transferu” wszystkich gojów (przede wszystkim Palestyńczyków) z Izraela i ziem przezeń okupowanych do sąsiednich państw arabskich. Kach nie wykluczała, a nawet promowała również drogę ludobójstwa, by osiągnąć „czystość narodową” Izraela, wzorem biblijnej księgi Jozuego, lecz kiedy zaczęła urządzać pogromy i masakry na własną rękę, została zakazana. Wtedy Lieberman przeszedł do legalnego, skrajnie prawicowego Likudu, by związać się z innym Amerykaninem – Benjaminem Netanjahu.

Metodyczna kolonizacja i terror na ziemiach okupowanych za czasów pierwszego premierostwa Netanjahu wydały się Liebermanowi zbyt powolne (wręcz „babskie”). On nie przestał domagać się „transferu”, wielkiego wygnania Palestyńczyków z ich kraju, które miałoby być dokończeniem Nakby i zapewnić niepodzielną supremację Żydów w Palestynie. W proteście porzucił więc Likud i w 1999 r. założył własne ugrupowanie, które z początku reprezentowało żydowskich emigrantów z Rosji, którzy, przyzwyczajeni do stalinowskich deportacji całych narodów, bez problemu poparli jego poglądy. W tym samym roku dostał się więc do Knesetu, by powrócić jednak do alternatywnej idei ludobójstwa, co wkrótce zapewniło mu znaczne poparcie i trwałe miejsce w izraelskiej polityce. Jeszcze w 2009 r. głośno domagał się zrzucenia izraelskiej bomby atomowej na Strefę Gazy, a to nieodmiennie zapewniało mu rzęsiste oklaski i wyrazy uwielbienia na mityngach. Pomimo pewnej „kontrowersyjności” tego ostatecznego rozwiązania, na co nieśmiało zwracała uwagę prasa światowa.

 

Bojownik o sprawiedliwość

W miesiąc po tej ostatniej deklaracji Awigdor Lieberman został szefem izraelskiej dyplomacji w drugim rządzie Netanjahu. By więc nie wypominano mu „kontrowersyjnych” wypowiedzi, głosił jedynie konwencjonalne wyniszczenie Palestyńczyków, a Mahmuda Abbasa, szefa Autonomii Palestyńskiej na Zachodnim Brzegu, który przeciw temu protestował, nazwał „terrorystą dyplomatycznym”. To od razu uciszyło i tak już cichutką krytykę zachodnią. Wiedział, że państwo Izrael cieszy się „bezwarunkowym” poparciem imperium amerykańskiego. Gdy zgłosił nowatorski pomysł, by wszystkich więźniów palestyńskich „utopić w Morzu Martwym” („zamiast ich utrzymywać”), nikt mu w zagranicznych kancelariach uwagi nie zwracał. W Izraelu ludowy nacisk na Netanjahu stał się tak mocny, że dwa i pół roku temu Lieberman zdobył w jego rządzie wymarzone stanowisko – ministra obrony.

Tu starał się naprawdę zrealizować. Jego kolejny pomysł – rozstrzelanie kilku posłów palestyńskich, którzy są w izraelskim parlamencie, nie został co prawda wykonany („Czyżbyśmy byli społeczeństwem mięczaków?” – pytał zawiedziony), ale za to mógł gorąco bronić „swoich” żołnierzy, kiedy zabijali Palestyńczyków, gdzie się da. Był na przykład oburzony, że dzielny żołnierz Elor Azaria, który zastrzelił na ulicy bezbronnego tubylca (co zostało „niestety” sfilmowane), musiał przesiedzieć w więzieniu ponad osiem miesięcy, czyli tyle samo co Palestynka Ahed Tamimi za wymierzenie policzka izraelskiemu oficerowi. Wydało mu się to krzycząco niesprawiedliwe. Poparł ministra edukacji Naftali Bennetta, który domagał się dożywocia dla palestyńskiej nastolatki i zwrócił się do prezydenta o ułaskawienie Azarii.

 

Walka ze stresem

Jego marzenie o wielkiej masakrze w Strefie Gazy zaczęło się spełniać w marcu tego roku, gdy Palestyńczycy, poruszeni przeniesieniem amerykańskiej ambasady do Jerozolimy, postanowili przypomnieć światu swoje marzenie o powrocie uchodźców do miast i wsi swego kraju. Lieberman pytany przez zagranicznych dziennikarzy, dlaczego każe strzelać do manifestujących mężczyzn, kobiet i dzieci, do karetek pogotowia i dziennikarzy, dlaczego izraelscy snajperzy używają międzynarodowo zakazanych pocisków typu dum-dum, czym łatwiej zabić lub trwale okaleczyć, wyjaśnił, że „nie ma niewinnych” w Strefie, że wszyscy (chociaż bez broni), należą do „wojskowego ramienia Hamasu”, partii rządzącej w Gazie.

Bardziej wiarygodne wyjaśnienie dostarczył, gdy na portalach społecznościowych ukazało się wideo „jego” żołnierzy zabawiających się głośno w celowanie do Palestyńczyków również wtedy, gdy nie ma manifestacji: tych przechodzących lub stojących gdzieś na horyzoncie. Na wideo słychać żołnierską radość z zabicia jednego z nich. „Snajperowi należy się medal, ale ten z kamerą zasługuje na degradację” – oświadczył Lieberman powtarzając, że „mamy najbardziej moralną armię na świecie, ale na froncie żołnierze są zestresowani. Trzeba zrozumieć, że mają ochotę wyładować stres, to normalne”. Sam Lieberman walczył ze stresem, wydając rutynowe rozkazy bombardowań lotniczych Strefy w oczekiwaniu na „wielką ofensywę”, która została w tym miesiącu zawieszona, powodując jego frustrację i dymisję.

 

Pomoc sojusznikom

We wrześniu amerykański magazyn Foreign Policy ujawnił, że ministerstwo Liebermana zbroiło i opłacało 12 różnych terrorystycznych ugrupowań antyrządowych operujących w Syrii. Izrael dokładał każdemu dżihadyście 75 dolarów do miesięcznej pensji wypłacanej przez Arabię Saudyjską. Oczywiście działo się to za pełną wiedzą Stanów Zjednoczonych. O ile jednak w Syrii Izraelczycy dostarczali „rebeliantom” broń amerykańską, na Ukrainie zbroją i sprzedają licencje na produkcję izraelskiej broni, szczególnie dla neonazistowskiego, oskarżonego o liczne zbrodnie pułku „Azow”. Przyczyna była dość prosta: w zeszłym roku amerykański Kongres odmówił dalszego finansowania „Azowa” ze względu na głoszony przezeń nazizm, więc administracja Trumpa zwróciła się do Izraela, który bez problemu zgodził się wykonać czarną robotę za nią. To we we współpracy obu krajów reguła, tak samo było np. w czasie znanej afery „contras” w Nikaragui.
Podczas gdy „obrońcy białej rasy” z „Azowa” kręcili wideo instruktażowe np. o izraelskich karabinach specjalnych Tavor (na Ukrainie nazywają się Fort), Lieberman w rozmowach z premierem Ukrainy Hrojsmanem załatwił znaczne rozszerzenie „współpracy wojskowej” między obu krajami. Niektórzy mogą się zdziwić, że Izrael zbroi ludzi, którzy by wyrazić nienawiść do prezydenta Rosji nazywają go „Żydem”, lecz dla realizacji interesów politycznych, szczególnie popierania skrajnej prawicy w Europie, Izrael nie zważa na kwestię antysemityzmu.

 

Między faszyzmem a nazizmem

Według izraelskiego historyka prof. Zeeva Sternhella, znanego specjalisty od europejskiego faszyzmu, Awigdor Lieberman, którego porównuje do Benito Mussoliniego, jest „najbardziej niebezpiecznym politykiem w historii Izraela”. Z kolei zdaniem prof. Noama Chomsky’ego to jeden z przedstawicieli izraelskiego „judeo-nazizmu”, który zaczyna rządzić polityką państwa żydowskiego. Inni zwracają uwagę, że od dawna są w niej obecni ludzie gorsi od Liebermana, który jednak odszedł od syjonizmu religijnego na rzecz świeckiego.
Przykładem może być religijny ekstremista i skrajny rasista-nacjonalista Naftali Bennett, minister edukacji, który zaraz po rezygnacji Liebermana zażądał dla siebie ministerstwa obrony. Jego marzenia są biblijne, o Wielkim Izraelu („po Eufrat”), więc na razie, ze względów dyplomatycznych, tej teki nie dostał. Premier Netanjahu może się cieszyć, że w porównaniu z takimi „jastrzębiami”, może uchodzić wręcz za „gołębia”. Zażegnał kryzys rządowy wywołany dymisją Liebermana, ominął niepewność wcześniejszych wyborów, ale do kiedy? W którą stronę ewoluuje izraelski, kolonialny reżim apartheidu? Niestety, coraz więcej obserwatorów nie wróży niczego dobrego.

Rywale pod Brzęczka

Fot. Reprezentacja Polski była losowana z pierwszego koszyka

 

 

W niedzielę w Dublinie rozlosowano grupy eliminacyjne mistrzostw Europy w 2020 roku.
Biało-czerwoni trafili do grupy G z zespołami Austrii, Izraela, Łotwy, Słowenii i Macedonii. Awans wywalczą dwie najlepsze ekipy. Pierwsze mecze zostaną rozegrane w marcu 2019 roku.

 

Mistrzostwa Europy 2020 zostaną po raz pierwszy rozegrane w aż 12 państwach. Miastami-gospodarzami będą Kopenhaga (Dania), Amsterdam (Holandia), Bukareszt (Rumunia), Dublin (Irlandia), Bilbao (Hiszpania), Budapeszt (Węgry), Glasgow (Szkocja), Monachium (Niemcy), Baku (Azerbejdżan), Sankt Petersburg (Rosja), Rzym (Włochy) i Londyn (Anglia). Turniej zostanie rozegrany od 12 czerwca do 12 lipca. Finał odbędzie się na Wembley w Londynie.
Kibice w Polsce się cieszą, bo losujący drużyny Robbie Keane oszczędził naszą reprezentację i nie wpakował jej do towarzystwa najmocniejszego zespołu z drugiego koszyka, Niemców, którzy wylądowali w grupie C, gdzie znów przyjdzie im mierzyć się z Holandią, z którą przegrali rywalizacje w Lidze Narodów.

Zamiast ekipy Joachima Loewa biało-czerwoni z drugiego koszyka Polacy wylosowali Austriaków. To z kolei wymarzony rywal dla obecnego selekcjonera kadry Jerzego Brzęczka, który w Austrii spędził większość swojej piłkarskiej kariery (grał tam w latach 1995-2007, z roczną przerwą na występy w izraelskim Maccabi Haifa).

Na mistrzostwa awansują dwie najlepsze drużyny z każdej grupy. Pozostałe cztery miejsca na mistrzostwach przysługują zwycięzcom barażów. Na turnieju zagrają 24 zespoły. I po raz pierwszy bezpośredni awans nie przysługuje państwom-gospodarzom, one także muszą walczyć w eliminacjach.

 

Podział na grupy el. Euro 2020:

Grupa A: Anglia, Czechy, Bułgaria, Czarnogóra, Kosowo.
Grupa B: Portugalia, Ukraina, Serbia, Litwa, Luksemburg.
Grupa C: Holandia, Niemcy, Irlandia Północna, Estonia, Białoruś.
Grupa D: Szwajcaria, Dania, Irlandia, Gruzja, Gibraltar.
Grupa E: Chorwacja, Walia, Słowacja, Węgry, Azerbejdżan.
Grupa F: Hiszpania, Szwecja, Norwegia, Rumunia, Wyspy Owcze, Malta.
Grupa G: Polska, Austria, Izrael, Słowenia, Macedonia, Łotwa.
Grupa H: Francja, Islandia, Turcja, Albania, Mołdawia, Andorra.
Grupa I: Belgia, Rosja, Szkocja, Cypr, Kazachstan, San Marino.
Grupa J: Włochy, Bośnia i Hercegowina, Finlandia, Grecja, Armenia, Lichtenstein.

 

Ramowy terminarz eliminacyjny:

21-23 marca 2019: kolejka 1
24-26 marca 2019: kolejka 2
7-8 czerwca 2019: kolejka 3
10-11 czerwca 2019: kolejka 4
5-7 września 2019: kolejka 5
8-10 września 2019: kolejka 6
10-12 października 2019: kolejka 7
13-15 października 2019: kolejka 8
14-16 listopada 2019: kolejka 9
17-19 listopada 2019: kolejka 10

Losowanie grup finałów turnieju odbędzie się 1 grudnia 2019 roku.

 

Sen o Powrocie, walka o przetrwanie Palestyna

Obóz dla uchodźców Dżalazun, siedem kilometrów na południe od Ramallah, to jedna czwarta kilometra kwadratowego i piętnaście tysięcy mieszkańców. Obóz Aida na przedmieściach Betlejem: jedna dziesiąta kilometra, pięć i pół tysiąca ludzi. Za ich bramami – całe najnowsze dzieje Palestyny w pigułce: tragedia sprzed 70 lat, opór, ofiary, marzenia i próby normalnego życia, które w tych warunkach samo w sobie jest dalszym ciągiem oporu.

 

Przy przyjeździe do Dżalazun potoczne skojarzenia z pojęciem „obóz dla uchodźców” zawodzą. Żadnych namiotów, pośpiesznie wytyczonych alejek i prowizorycznych baraków. Tak było siedemdziesiąt lat temu, gdy na Zachodnim Brzegu, wtedy jordańskim, pośpiesznie lokowano palestyńskich wygnańców, ofiary Nakby, Katastrofy.
Spodziewali się, że wrócą i to w krótkim czasie. Nie wrócili. Zamiast namiotów wyrosły domy, obóz przybrał wygląd ubogiego miasteczka, jakich tysiące na Bliskim Wschodzie: ciasno poustawiane domy, obowiązkowo z beczkami wody na dachu, wąskie ulice, bezładnie zaparkowane samochody, plątanina elektrycznych kabli, meczet z minaretem wzbijającym się w idealnie błękitne niebo. Są też punkt pomocy medycznej i szkoły dla dziewczynek i chłopców. Na ich siedzibach – tablice informacyjne agencji UNRWA, Agendy Narodów Zjednoczonych dla Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie. Pierwszy sygnał, że w zwyczajnym mieście jednak nie jesteśmy.
Kolejny, jeszcze dobitniejszy, dają sami mieszkańcy, jeśli tylko ktoś ich zapyta: skąd jesteś? Nie odpowiadają, że stąd, z Dżalazun, choćby tutaj się urodzili i nigdy nie mieszkali nigdzie indziej. Biuro Narodów Zjednoczonych ds. Koordynacji Pomocy Humanitarnej, opracowując dane statystyczne, spisało 36 różnych deklaracji. Jestem z Innaby, w dystrykcie Ramli. Nasza rodzina pochodzi z wioski al-Muzajri’a, też z tamtych okolic. Jesteśmy z Aj-Chajrijji, z regionu Jaffy, północ. My z Ad-Dawajimy, na zachód od Hebronu. Najwięcej rodzin wskazuje dwa miejsca – Al-Ludd i nieodległą od niego Bajt Nabalę.

 

Wypędźcie ich

Ar-Ramla i Al-Ludd, łącznie liczące 50-70 tys. arabskich mieszkańców, według rezolucji ONZ z listopada 1947 r., miały znaleźć się w granicach państwa palestyńskiego. Jednak podczas wojny izraelsko-arabskiej, w lipcu 1948 r. zostały zajęte przez wojsko izraelskie. Jordański Legion Arabski, który miał bronić tego obszaru, stawił jedynie nieznaczący opór.
Jak zapisał w swoich wspomnieniach Icchak Rabin, późniejszy premier i pokojowy noblista, a w 1948 r. oficer i zastępca dowódcy operacji ataku na al-Ludd i ar-Ramlę, 12 lipca o losie Palestyńczyków z dwóch miast zdecydował osobiście Dawid Ben Gurion. Na pytanie, co zrobić z arabskimi mieszkańcami zdobytych miast, pierwszy premier Izraela machnął tylko ręką, co Rabin zrozumiał jako: wypędźcie ich. Taki też rozkaz podpisał tego samego dnia.
W 35-stopniowym upale, bez wody i żywności mieszkańcy al-Ludd musieli przejść najpierw siedem kilometrów do Bajt Nabali, zajmowanej przez izraelskie wojska już od kwietnia, potem kolejne dziesięć do Barfilijji. Po drodze porzucali resztki dobytku, które wcześniej ze sobą zabrali (większość i tak musieli zostawić na miejscu). Mienie innych rabowali po drodze izraelscy żołnierze. Ilu uchodźców zmarło po drodze z wyczerpania? Izraelski historyk Benny Morris twierdzi, że była to „mała grupa, może kilkadziesiąt osób”. Autor palestyński, Arif al-Arif, że życie straciło 350 osób starszych, kobiet i dzieci. Dopiero po trzech dniach żołnierze Legionu Arabskiego przewieźli ocalałych na Zachodni Brzeg. W cieniu strasznych wspomnień wyrosły kolejne pokolenia, które nigdy nie miały szansy przeżyć choć dnia w ziemi przodków, ale mówią o sobie: jesteśmy stamtąd.
Na bramie prowadzącej do Aidy wisi ogromny klucz, symbol Powrotu. Wiele rodzin ciągle przechowuje, jak relikwie, klucze do domów, które musieli wtedy porzucić.

 

Walka o przetrwanie

Wiceprzewodniczący samorządu mieszkańców Dżalazun, kiedy pytam, gdzie miejscowi znajdują pracę i czy nie rozważają wyprowadzki z obozu za (trochę) lepszym życiem, odpowiada tylko na pierwszą część pytania. Tak, o pracę bardzo trudno. Bezrobocie wśród mieszkańców to blisko 60 proc., wśród kobiet – jeszcze więcej. W końcu ile miejsc pracy może być na jednej czwartej kilometra? Około dwóch tysięcy osób ma zatrudnienie w Ramallah i w sąsiednim Al-Bira. Wyjeżdżają i wracają z nadzieją, że droga do obozu nie będzie akurat zamknięta przez żołnierzy z izraelskiego posterunku w Beit El. Co, jeśli jest? Pozostaje jechać naokoło, przez wioskę Surda, nadkładając dwa razy drogi. A jeśli właśnie wtedy, gdy Izraelczycy zamykają przejazd, ktoś z mieszkańców obozu potrzebuje szybko pilnie pomocy medycznej, bardziej skomplikowanej, niż ta podstawowa udzielana na miejscu, i spieszy się do szpitala w Ramallah? W zasadzie może się… pomodlić. I niewiele więcej.
Ale opuścić obozy? To by przecież oznaczało rezygnację ze statusu uchodźcy i prawa do powrotu, zapisanego w prawie międzynarodowym. Pogodzenie się z tym, że pewnych faktów się już nie odwróci. Nie, większość mieszkańców nawet nie bierze tego pod uwagę.
A przecież bezrobocie to tylko pierwszy z listy problemów. Następny – przeludnienie. Gdy obóz powstawał, był przeznaczony dla dwóch-trzech tysięcy osób. Rodziły się dzieci, liczba mieszkańców rosła, ale wydzielone terytorium dla uchodźców – nie. Dalej: przychodnię i działanie szkół dla chłopców i dziewczynek opłaca UNRWA. Wieść o tym, że Donald Trump obciął jej finansowanie, wywołała w samorządzie mieszkańców Dżalazun autentyczną trwogę. Gdyby nie amerykańskie wpłaty na fundusz, w 2014 r. nie udałoby się rozbudować szkoły dla dziewczynek o 31 nowych sal, otworzyć sali komputerowej, boiska. Rozbudowa była konieczna, bo szkołę budowano dla kilkudziesięciu uczennic, a dzisiaj uczęszcza do niej tysiąc najmłodszych mieszkanek. Co będzie dalej?
W Aidzie w 1948 r. znalazło schronienie 1125 wygnańców, dziś mieszka tu pięć i pół tysiąca uchodźców. Bezrobocie? „Tylko” 43 proc. Byłoby może mniej, gdyby nie to, że obóz przylega do Muru Separacyjnego, dojazd do niego jest regularnie zamykany. Stałej przychodni nie ma, UNRWA opłaca jedynie regularne przyjazdy lekarza. Niemalże stałe są natomiast problemy z dostawami wody. Działają dwie szkoły, dzięki zagranicznym dobroczyńcom powstało centrum kulturalne Ar-Rowwad, gdzie najmłodsi mieszkańcy mogą chociaż trochę cieszyć się dzieciństwem: mają świetlicę, kolorową bibliotekę, salę komputerową, chodzą na warsztaty fotografii, teatru, tańca. W 2009 r. występowali przed papieżem Benedyktem XVI. Zwierzchnik Kościoła katolickiego w czasie tamtej pielgrzymki wyraził żal, że uchodźcy żyją w tak niepewnych i trudnych warunkach.

 

Ekspansja

Izraelski posterunek po drugiej stronie drogi z Ramallah, niemalże naprzeciwko Dżalazun, powstał w 1970 r., trzy lata po wojnie sześciodniowej, w której Jordania straciła Zachodni Brzeg. Przy niewielkiej bazie zamieszkało siedemnaście rodzin. Dziś osiedle Beit El ma sześć i pół tysiąca mieszkańców, wielokrotnie było powiększane. Izraelska organizacja Pokój Teraz, opowiadająca się za rozwiązaniem dwupaństwowym i wycofaniem osadników z terytoriów okupowanych, szacuje, że 96,5 proc. zajmowanego przez Beit El terenu to ziemie siłą odebrane palestyńskim właścicielom. Aida też sąsiaduje z osiedlami: wystarczy wejść na dach jednego z domów i widać rozłożone na wzgórzach Har Homa i Gilo.
Osadnicy nie dają nam spokoju – słyszymy w Dżalazun. – Przychodzą do obozu nad ranem, potrafią wejść do domu, grozić bronią, wrzucić granat hukowy. Straszą dzieci, niszczą samochody mieszkańców obozu.
W Aidzie eksperci z Centrum Praw Człowieka przy Uniwersytecie Kalifornijskim przeprowadzili badania terenowe, by zweryfikować doniesienia o nieustannym nękaniu. Byli świadkami używania gazu łzawiącego przeciwko przypadkowym, nieuzbrojonym mieszkańcom. Niezależnie od nich Pierre Krähenbühl z UNRWA alarmował: żadna populacja na świecie nie jest tak narażona na działanie takich środków w takim natężeniu, jak mieszkańcy obozu w sąsiedztwie Betlejem.
Osadnicy odpowiadają na łamach izraelskiej prasy: nic podobnego nie ma miejsca. Wręcz przeciwnie, to palestyńscy sąsiedzi z obozu są agresywni, rzucają w nas kamieniami, palą opony. Właśnie dlatego, wyłącznie dla obrony, przekonują, w 2017 r. Beit El zostało otoczone murem i jest ściśle chronione. Żeby nie dochodziło do zamieszek, oni chcą przecież spokojnie żyć. Na czyjej ziemi, jakim kosztem? Do tej kwestii osadnicy już się nie odnoszą.
Dla ruchu osadniczego Beit El, ze względu na swoje położenie w kluczowej strefie Zachodniego Brzegu, ma szczególne symboliczne znaczenie. Jest jak forpoczta, przednia straż w dziele kolonizacji „ziemi darowanej przez Boga Izraelowi”. Większość mieszkańców osiedla głosuje w wyborach na skrajną prawicę i nie zawodzi się – w 2017 r. premier Netanjahu osobiście wyraził zgodę na powiększenie osiedla o kolejne 300 domów. Beit El swojego czasu wspierał też finansowo obecny ambasador USA w Izraelu David Friedman.

 

Tułaczka, zniszczenie, przemoc

W Dżalazun wiedzą, że w związku z powyższym osadnicy są w zasadzie bezkarni. Tak samo, jak bezkarni są ci, którzy zniszczyli wioski i miasta, które oni podają jako miejsce pochodzenia. Tych miejsc tak naprawdę już nie ma. Zostały tylko na historycznych mapach Palestyny sprzed 70 lat i w bazach danych tworzonych przez historyków i wolontariuszy.
Nie ma Bajt Nabali, zajętej przez oddziały żydowskiej Hagany w maju 1948 r. i zniszczonej we wrześniu tego samego roku. Zburzono meczet, po domach zostały fundamenty. Dziś na miejscu arabskiej wsi są osady żydowskie.
Po Al-Chajrijji pozostało kilka opuszczonych domów, opisał je jeszcze w 1992 r. palestyński badacz Walid Chalidi. Dziś to puste pola i wysypisko śmieci, częściowo rekultywowane.
Zniknęła Innaba, wioska z 417 domami, własną szkołą, meczetem, otoczona przez pola uprawne. Od 1952 r. kultywują je, już w ramach moszawu Kefar Szemu’el, Żydzi przybyli z Rumunii.
W Ad-Dawajimie w październiku 1948 r. jeden z batalionów 8 brygady wojska izraelskiego zamordował co najmniej 80 osób. Inni uciekli, ratując życie.
W Al-Ludd na miejscu arabskich mieszkańców osiedlili się Żydzi z Północnej Afryki i ze Związku Radzieckiego. Miasto ma teraz hebrajską nazwę Lod i motto z Księgi Jeremiasza, które brzmi jak cyniczny żart: „I wrócą synowie do swoich siedzib”.
Kiedy pamięć o dawnych upokorzeniach łączy się z doświadczeniem dzisiejszych, codziennych, wtedy faktycznie w pobliżu posterunku przy Beit El i przed bramą Aidy do zamieszek dochodzi. Mieszkańcy, zwłaszcza ludzie młodzi, wiedzą, na co się narażają, paląc opony pod nosem osadników lub rzucając kamieniem w żołnierza. Codziennie, chodząc wąskimi ulicami obozu, mijają bojowe graffiti i rozklejone na ścianach portrety takich jak oni, niektóre z datą śmierci, inne z emblematami palestyńskich organizacji walczących z okupacją. Jedni się ze zdjęć uśmiechają, patrzą spokojnie w oczy przechodniów, innych uwieczniono z flagami, gdy walczyli. Zanim zginęli.
Żyjący wiedzą, że nic ich w tym życiu nie czeka, oprócz egzystencji pod okupacją, w przeludnionym obozie. Gniew pokonuje instynkt samozachowawczy. Skoro i tak można zostać postrzelonym, zranionym, nawet zabitym, jeśli znajdzie się w niewłaściwym miejscu i czasie – czy nie warto zaryzykować, by chociaż na chwilę przełamać bezradność?
W centrum Dżalazun wznosi się pomnik przywódców Organizacji Wyzwolenia Palestyny – Jasira Arafata, Abu Ijada, Abu Dżihada. Na murach obozu, na przemian z tęsknymi malowidłami przedstawiającymi Jerozolimę i Kopułę na Skale, pojawiają się kolejne postacie męczenników.
W centrum Ar-Rowwad kierują się filozofią „pięknego oporu” – przełamywania okupacyjnej rzeczywistości przez sztukę, kultywowanie tradycji, odkrywanie talentów, zachęcanie kobiet do aktywności społecznej. Uprawianie sportu czy robienie zdjęć staje się samo w sobie aktem sprzeciwu. Pokazaniem, że okupacja nie odebrała chęci do życia, nie załamała.

 

Zanim wybuchnie pożar

Palestyńscy przywódcy z Ramallah mówią o pokojowym oporze. O zachęcaniu do przyjeżdżania do Palestyny, ujmowaniu gościnnością, pokazywaniu tutejszej kultury, przełamywaniu stereotypów. Politycy i działacze podkreślają: chcemy pokoju, więc idziemy na ustępstwa, jesteśmy za rozwiązaniem dwupaństwowym, opartym o granice sprzed wojny sześciodniowej. Chcemy międzynarodowej mediacji, wielostronnej konferencji pokojowej, skoro już wiadomo, że USA nie jest neutralnym rozjemcą.
Może i brzmi to rozsądnie, dyplomatycznie, mądrze. Ale w oczy palestyńskiej młodzieży rzuca się co innego: że po drugiej stronie nie ma woli ustąpienia choćby na krok, za to jest naga siła. Budowanie murów, burzenie domów, zabór ziemi, zamknięte drogi, posterunki wojskowe. Rozwiązanie dwupaństwowe staje się nieokreślonym majakiem, a gniew i rozpacz są tutaj i teraz, w obozach dla uchodźców coraz silniejsze… W Aidzie – z każdym spojrzeniem na mur oddzielający Autonomię Palestyńską, który mija się po drodze do obozu i widzi z dachów domów. W Dżalazun – z każdym dniem, kiedy droga do Ramallah była zamknięta i przejechanie siedmiu kilometrów znowu zajęło blisko godzinę. Wszędzie w Palestynie – z każdym wspomnieniem nieistniejących domów, wyciętych drzew oliwkowych, wiosek zrównanych z ziemią.
Jeśli nic się nie zmieni – wybuch musi nastąpić.

 

Korzystałam z prac Ilana Pappe „Czystki etniczne w Palestynie” (Wydawnictwo Książka i Prasa, Warszawa 2017), Benny’ego Morrisa „The Birth of the Palestinian Refugee Problem, 1947–1949″ (Cambridge University Press, Cambridge 1987) oraz z bazy danych Palestine Remembered.

900 dzieci w areszcie

Wzmaga się przemoc izraelskich okupantów w stosunku do nieletnich Palestyńczyków. W tym roku aresztowano ich już ponad 900. Ponad 200 nadal jest pozbawionych wolności.

 

Stowarzyszenie Więźniów Palestyńskich (Palestinian Prisoner Society – PPS) przedstawiło we wtorek dane świadczące o tym, że od początku 2018 r. do końca października państwo Izrael aresztowało 908 palestyńskich dzieci. 270 spośród nich nadal jest przetrzymywanych w aresztach w miejscowościach Megiddo i Ofer. Ponadto nieokreślona liczba nieletnich osób przebywa zamknięta w policyjnych miejscach odosobnienia na terenie Jerozolimy.

Stowarzyszenie zwraca uwagę, że izraelskie siły okupacyjne często dokonują aresztowań dzieci w środku nocy, albo nad ranem, po wdarciu się do ich domów. W miejscu przetrzymywania poddawane są torturom, najczęściej biciu, w celu wymuszenia zeznań. Znaczna część z nich przebywa w więzieniach nie tylko bez możliwości kontynuowania edukacji, ale pozbawiane są też kontaktu z rodzinami, a nawet opieki medycznej – również w przypadku osób przewlekle chorych. Znany jest przypadek 17-letniego Hasana at-Tamimi, który podczas uwięzienia w izraelskim areszcie w tym roku stracił wzrok na skutek celowego zaniedbania jego zdrowia.

Zdaniem PPS po 2015 r. nastąpiła wyraźna zmiana w polityce izraelskich okupantów wobec małoletnich Palestyńczyków. Wielokrotnie nowelizowano prawo tak, by wojsku, policji i sądom umożliwić pozbawianie dzieci wolności na dłuższe okresy, łącznie z możliwością stosowania kary dożywotniego więzienia za rzucenie kamieniem w kierunku izraelskiego żołnierza lub osadnika.

Jak wrażliwego polskiego Polaka wrażliwi izraelscy Żydzi po rusku obsobaczyli

Dlaczego JE Ambasador Izraela w IV RP zachowuje się jak rosyjski w I Rzeczpospolitej?

 

Pan wicepremier i minister kultury Piotr Gliński poczuł się w Polsce Żydem, czyli Polakiem gorszego sorta. Bo taki wrażliwy jest. Zwłaszcza na wypowiadane słowa. Takie przewrażliwienie na słowa to taka nasza wspólna cecha polsko – żydowska. I żydowsko-polska też. Taki mamy tu klimat.

Listopad to niebezpieczna dla Polaków pora. Toteż nie zdziwiłem się, kiedy na dziennikarskie pytanie o trudności w budowaniu wspólnoty polsko – polskiej, przeczytałem w tygodniku „Wprost” gorzkie żale wrażliwego pana wicepremiera.

Rzekł on, że spór między wojującymi plemionami PO i PiS jest „szczególnie ostry, codziennie podsycany, w warstwie językowej i symbolicznej. Jeśli przewodniczący Rady Europejskiej przyjeżdża dzień przed świętem ,jednym na sto lat, i mówi o neobolszewikach, to znaczy, że mamy sytuację ekstraordynaryjną, nie do zaakceptowania z punktu widzenia polskiej racji stanu i dowodzącą, że druga strona, nie mając dla Polaków propozycji programowych, będzie każdą, nawet najświętsza okazję, wykorzystywać do szerzenia nienawiści. Gdy brakuje programu. Walka przenosi się w sferę emocji”.

I potem wypowiedział słowa, które wywołały niespodziewaną reakcję wrażliwego izraelskiego ministerstwa spraw zagranicznych i Ambasador Izraela w IV RP, Jej Ekscelencji Anny Azari.
Ale zanim on, wyżalając się pod adresem elit Platformy Obywatelskiej: „Język, którym mówi się o PiS, ma wykluczać, unicestwiać, ma nas odczłowieczać, delegitymizować, mamy być traktowani jak Żydzi przez Goebbelsa. Ma wzbudzać do nas obrzydzenie. W opozycji byliśmy wykluczani, traktowani jak trędowaci/…/”.

I pewnie po kilku dniach zmarłyby medialnie te gorzkie żale pana wicepremiera. Świadczące jedynie jak wielkie są napięcia w wojnie plemiennej PiS – PO. I pewnie jako jeden z niewielu skomentowałbym słowa wicepremiera przypominając niedawną PiSowską mowę nienawiści traktujących „postkomuchów” też jak Żydów. I w propagandzie nazistowskiej i propagandzie ONR w końcówce II Rzeczpospolitej. Gdyby nie wyjątkowo przewrażliwiona reakcja izraelskiego MSZ i ambasady tego państwa w Warszawie.

Dzień po publikacji wywiadu JE Ambasador Anna Azari przesłała Polskiej Agencji Prasowej następujący komunikat: „Z niedowierzaniem i zdziwieniem przyjęliśmy wypowiedź Wicepremiera, Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pana prof. Piotra Glińskiego dla tygodnika Wprost: „Mamy być traktowani jak Żydzi przez Goebbelsa”. Świadczy ona o głębokiej niewiedzy i ignorancji oraz braku wrażliwości. Zalecalibyśmy Panu Premierowi wizytę w Instytucie Pamięci Yad Vashem w Jerozolimie i bliższe zapoznanie się tą problematyką”.

Następnie JE Ambasador Izraela Anna Azari wyjaśniała w polskim mediach, zwłaszcza w Radiu TOK FM, powody tak niewspółmiernie gromkiej reakcji na publicystyczne porównanie pana wicepremiera Glińskiego. I tam JE Ambasador Azari oświadczyła, że takie porównanie losu plemienia PiS w IV RP do Żydów w III Rzeszy uwłacza Żydom. I najlepiej byłoby gdyby w polskich dyskusjach nie używać porównań „z czasów II wojny światowej”. Czyli zagłady Żydów.

Można dyskutować o stosowności używania historycznych porównań i wrażliwości ich czytelników. Zwłaszcza wśród narodów tak wrażliwych na Słowo, jak Polacy i Żydzi.
Ale nie jest rolą Ambasadora akredytowanego w zaprzyjaźnionym państwie publicznie, butnie i niewrażliwie na lokalną wrażliwość oceniać publicystyczne wypowiedzi ministrów tegoż państwa. Zwłaszcza w państwie tak wrażliwym na punkcie swojej suwerenności jak obecne państwo polskie.

Jeśli wrażliwy izraelski MSZ i równie wrażliwa na słowa JE ambasador Anna Azari poczuli się urażeni porównaniem pana wicepremiera PiSowców do Żydów, to JE Ambasador Azari ma wystarczająco wiele sposobów aby swoje uczucia urażenia panu wicepremierowi Glińskiemu w sposób dyskretny i jednocześnie skuteczny przekazać.

A nie strofować go publicznie i jak złego ucznia, rechotliwie, przy całej klasie politycznej, wysyłać na korepetycje do instytutu Yad Vashem.

Czy na zasadzie wzajemności mogę zaproponować JE Ambasador Azari lekcje dobrego wychowania, dobrych zwyczajów obowiązujących w Polsce?

Pan wicepremier Piotr Gliński nie należy do mojej rodziny politycznej, ale jest wicepremierem państwa polskiego. Mojego państwa.
Dlatego jako wrażliwy państwowiec nie zgadzam się, aby JE Ambasador izraelskiego państwa publicznie komentowała wypowiedzi polskiego wicepremiera z iście neokolonialną butą.

Polska jest suwerennym państwem, nie jest protektoratem.

Nie zgadzam się też ze stwierdzeniem, że my Polscy nie mamy prawa do publicystycznych porównań „z czasów II wojny światowej”.

Tak jak niedawno protestowałem po uchwaleniu przez Sejm RP nowelizacji ustawy o IPN wprowadzającej cenzurę w debatach o relacjach polsko – żydowskich, tak teraz protestuję przeciwko wprowadzaniu przez Ambasadę Izraela cenzury dotyczącej publicystycznych porównań dotyczących najnowszej historii Żydów. Nawet z historii zagłady Żydów.

Bo to jest też nasza wspólna historia. Mieszkających tu Polaków, Żydów, Polaków z żydowskimi korzeniami i Żydów z polskimi. Nikt nam tej historii nie odbierze. Nikt nie zakaże czerpania z niej jakichkolwiek porównań.

Bo taką tu, w tej naszej części Europy, mamy wrażliwość na słowa.

Hara szel ha haim, jak mawiały moje żydowskie, przyszywane ciotki.

Ambasada potępia

Poniżej zamieszczamy tekst komunikatu Ambasady Palestyny w Warszawie w sprawie izraelskiego ataku w Strefie Gazy.

 

Elitarna jednostka izraelska wieczorem, w ub. niedzielę (11 listopada) zakradła się na terytorium dystryktu Khan Younis w Strefie Gazy. Grupa używała samochodu marki Volkswagen z palestyńskim numerem rejestracyjnym. Miała za zadanie uprowadzić obywateli Palestyny pełniących funkcje w strukturach Hamasu oraz monitorować sprzęt i sieci komunikacyjne organizacji palestyńskich.

Samochód, którego korzystali Izraelczycy posiadał rozbudowane wyposażenie techniczne, któe było w stanie wykrywać tunele, sprzęt telekomunikacyjny i monitorować połączenia. Misja została wykryta przed jej wykonaniem. Nastąpiła wzajemna wymiana ognia, w wyniku której zabitych zostało siedmiu Palestyńczyków i dowódca izraelskiej grupy.

Następnie nastąpiła interwencja izraelskich samolotów i helikoptera, które miały na celu uratować grupę przed aresztowaniem i zniszczyć samochód używany przez jednostkę, a ją samą doprowadzić do płotu granicznego.

Potępiamy tę izraelską misję, która doprowadziła do kolejnej eskalacji konfliktu i wzywamy społeczność międzynarodową do wdrożenia międzynarodowych rezolucji i wypełnienia swoich obowiązków, by zapewnić ochronę palestyńskiej ludności cywilnej i zakończyć zbrodnie okupacyjne przeciwko naszemu narodowi.

Potępiamy milczenie przed tymi zbrodniami i próbę odwrócenia faktów.

Przeprosiny po latach

Premier Kanady Justin Trudeau wygłosił w środę w Izbie Gmin oficjalne przeprosiny za odmówienie schronienia 907 niemieckim Żydom przybyłym w czerwcu 1939 roku na pokładzie statku „St. Louis”. Do przeprosin dołączyli się przedstawiciele wszystkich partii parlamentarnych.

 

Statek „St. Louis” przybił do wybrzeży Nowej Szkocji 7 czerwca 1939 roku, po odmowie znajdującym się na pokładzie uchodźcom wstępu do Kuby i Stanów Zjednoczonych. Statek zawrócił do Europy, gdzie schronienia Żydom udzieliły Wielka Brytania, Belgia, Francja i Holandia. Ostatecznie 254 osoby spośród pasażerów statku zginęły w obozach koncentracyjnych. „Chylimy głowy przed wszystkimi, którzy stali się ofiarami straszliwego Holokaustu” – powiedział szef kanadyjskiego rządu.

Trudeau przeprosił potomków uchodźców żydowskich za prowadzoną wtedy antysemicką politykę imigracyjną realizowaną pod hasłem „żaden to już za dużo”. Przeprosił też Żydów niesłusznie uwięzionych w czasie II wojny światowej oraz członków żydowskiej społeczności w Kanadzie, których apele o pomoc były ignorowane. – Poprzez te przeprosiny, mam szczerą nadzieję, że uda nam się naświetlić ten bolesny rozdział naszej historii i sprawić, żeby lekcja ta nigdy nie była zapomniana – powiedział premier w oficjalnym komunikacie. – Antysemityzm, ksenofobia i nienawiść nie mają miejsca w tym kraju, ani nigdzie na świecie – dodał.

Zarówno Trudeau, jak i przedstawiciele partii opozycyjnych w swoich wystąpieniach przywołali też niedawny atak na synagogę w Pittsburghu, w którym zginęło 11 osób. – Niedawne ataki na społeczność żydowską pokazują, ile jeszcze przed nami pracy – stwierdził premier. Jak podkreślił, 17 procent przestępstw motywowanych nienawiścią w Kanadzie wymierzonych jest w Żydów, co czyni z nich najczęściej atakowaną grupę w kraju.

Ze względu na restrykcyjną politykę imigracyjną, w okresie od 1933 do 1945 roku Kanada przyjęła tylko około pięć tysięcy uchodźców żydowskich. Po zakończeniu wojny w Kanadzie osiedliło się około 40 tysięcy ocalałych z Holokaustu Żydów. „Prawdziwym wstydem byłoby zapomnienie” Również lider głównej partii opozycyjnej, konserwatysta Andrew Scheer, wyraził żal z powodu incydentu sprzed wybuchu II wojny światowej. Jak powiedział, „umiejętność wyraźnego spojrzenia na historię i zobaczenia zarówno jej jasnych jak i ciemnych stron jest oznaką zdrowego społeczeństwa (…). Jako państwo, nie jest wstydem przyznanie się do haniebnych czynów z naszej przeszłości. Prawdziwym wstydem byłoby ich zapomnienie”.

Apartheid w Izraelu

Premier Izraela daje zielone światło dla procedowania ustawy, która ma ułatwić orzekanie kary śmierci wobec Palestyńczyków oskarżanych o terroryzm. Chodzi o przypadki zabójstwa obywateli narodowości żydowskiej. Nikt tymczasem nie mówi o tym, żeby Izraelczycy mordujący Palestyńczyków z pobudek politycznych i religijnych przestali otrzymywać wyłącznie symboliczne wyroki. Tak pogłębia się apartheid w państwie Izrael.

 

Po ostatnim spotkaniu z przedstawicielami koalicji rządzącej Benjamin Netanjahu wyraził opinię, że obiekcje ze strony armii i służby bezpieczeństwa Szin Bet nie powinny stać na przeszkodzie, by Knesset podjął decydujące głosowanie w sprawie kontrowersyjnej ustawy o karze śmierci.

Kara śmierci w Izraelu formalnie obowiązuje, ale w 1954 r. praktycznie zawieszono jej stosowanie, wyjątek robiąc wyłącznie dla Adolfa Eichmanna w 1962 r. Rosną jednak naciski polityczne, by przywrócić jej stosowanie w ramach “walki z terroryzmem”. Głównym promotorem ustawy, która ma temu służyć jest minister obrony Avigdor Lieberman, który znajduje się ostatnio w ogniu krytyki prowadzonej z prawicowych pozycji przez ministra edukacji Naftalego Benneta. Liberman, który zdaniem Benneta jest zbyt wyrozumiały dla Palestyńczyków, jako dla terrorystów, już rok temu uznał wspomnianą ustawę za kluczową dla bezpieczeństwa wewnętrznego państwa.

– Nie możemy pozwolić na to, żeby terroryści, którzy popełnili morderstwo, siedzieli spokojnie w więzieniach i korzystali z dobrych warunków, a w przyszłości mogli zostać zwolnieni – mówił Lieberman w 2017 r. Niedawno wyrażał obawę, że przedłużanie wdrożenia ustawy przez główną partię koalicyjną Likud, oznacza niechęć do “rozprawienia się z terrorem”.

Sprawa dotyczy postępowania wobec osób, które dopuszczają się zabójstw o charakterze uznawanym za terrorystyczny, czyli w praktyce wobec Palestyńczyków dopuszczających się zabójstw Żydów na terytoriach okupowanych. Teoretycznie, zgodnie z obowiązującymi przepisami, możliwe jest orzekanie w stosunku do nich kary śmierci przez sądy wojskowe, lecz konieczna jest do tego jednomyślna decyzja trzech sędziów trybunału. Proponowana ustawa ma złagodzić ten warunek. Zgodnie z jej zapisami wyrok kary śmierci mógłby w takich przypadkach zapaść stosunkiem głosów 2-1.

Palestyńczycy zabijający Żydów są obecnie sądzeni przez sądy wojskowe, ponieważ do takich zabójstw dochodzi głównie na terenach Zachodniego Brzegu, nielegalnie okupowanych przez izraelskie wojsko. Żydzi zabijający Palestyńczyków – najczęściej członkowie ekstremistycznych grup syjonistycznych wywodzący się ze środowisk osadników, sądzeni są przez sądy cywilne, które nie mogą orzekać kary śmierci, i otrzymują symboliczne wyroki. Jest tak w przypadku osadnika, który w 2015 r. podpalił dom palestyńskiej rodziny, a w pożarze spaliło się żywcem małe dziecko. Oskarżony został ostatecznie skierowany do aresztu domowego. Żołnierz, który zastrzelił bezbronnego Palestyńczyka dostał wyrok dziewięciu miesięcy.

Obrońcy praw człowieka w Izraelu i za granicą protestują przeciwko rzeczonej ustawie. Argumentują, że chociaż nie określa ona jasno żadnej grupy, przeciwko której ma być stosowana, jasne jest że jest wymierzona przeciwko Palestyńczykom i stanowi część tendencji pogłębiania w Izraelu polityki apartheidu, czyli nierównego traktowania Żydów i Arabów. Normalizację nierówności prawnej gwarantuje tzw. ustawa o państwie żydowskim przyjęta przez Knesset w czerwcu. Nowe prawo o karze śmierci było wstępnie głosowane przez parlament w styczniu i przeszło do dalszego procedowania niewielką większością głosów.

Iran się nie da Trumpowi

Donald Trump spełnił swoje pogróżki: USA ponownie nałożyły na Iran wszystkie sankcje, które zdjęły w 2015 r., a także dodały kolejne. Odpowiedź z Teheranu jest stanowcza.

 

Dotknięty sankcjami zostanie sektor energetyczny (na który wypada 80 proc. dochodów Iranu z eksportu), a także transportowy (przesył ropy i gazu, porty) i finansowy (w tym system bankowy). USA zamierzają karać nie tylko sam Iran, ale również państwa, które nie zerwą z nim wymiany gospodarczej. Donald Trump łaskawie zgodził się tymczasowo wyłączyć spod sankcji osiem krajów importujących irańską ropę, m.in. Chiny, Indie, Turcję, Koreę Południową, Japonię, Włochy. Unii Europejskiej jako całości wyjątek nie dotyczy. Tymczasem Francja, Niemcy i Wielka Brytania, które w 2015 r. obok USA, Rosji, Chin i Iranu sygnowały porozumienie nuklearne, zapowiadają, że nie wycofają się z układu tak, jak zrobił to Trump. Wprowadzenie wyjątku dla ośmiu importerów ma zapobiec masowym zwyżkom cen ropy na światowym rynku.

W Teheranie decyzję Trumpa przyjęto bojowo. Tysiące mężczyzn i kobiet zebrało się pod budynkiem dawnej amerykańskiej ambasady w stolicy Iranu, w rocznicę jej zajęcia przez zwolenników rewolucji islamskiej i wzięcia dyplomatów jako zakładników (zostali zwolnieni po 444 dniach) . Do zgromadzonych przemówił dowódca Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej gen. Mohammad Ali Dżafari. – Chciałbym coś powiedzieć Ameryce i jej dziwnemu prezydentowi. Nigdy nie straszcie Iranu, bo my wciąż pamiętamy przerażone krzyki waszych żołnierzy na pustyni – powiedział, odnosząc się do nieudanej amerykańskiej akcji odbicia zakładników (operacji Orli Szpon).

Z kolei prezydent Hasan Rouhani w transmitowanym w telewizji przemówieniu powiedział, że jego kraj nie zaprzestanie handlu ropą.

Władze Iranu zachowują stanowczość, ale sytuacja ekonomiczna kraju nie jest dobra. W ostatnich miesiącach regularnie w różnych obszarach kraju wybuchały protesty przeciwko podwyżkom cen i bezrobociu, które dotyka zwłaszcza młode pokolenie. Tymczasem kryzys może się pogłębiać, gdyż część państw, których na razie sankcje nie dotyczą, np. Indie, już ograniczyło skalę importu z Iranu.

Kraje UE, które nie wypowiedziały układu nuklearnego, wyraziły żal z powodu postępowania Trumpa. We wspólnym oświadczeniu deklarują wsparcie dla miejscowych firm, które będą chciały kontynuować „legalny biznes w Iranie”. Podobnie Chiny stoją na stanowisku, że ich interesy w Iranie nie powinny być utrudniane przez USA. Entuzjastyczne poparcie dla ruchu amerykańskie prezydenta popłynęło natomiast z wiernie sojuszniczych Zjednoczonych Emiratów Arabskich, a także z Izraela. Tamtejszy minister obrony Avigdor Liberman zamieścił na Twitterze wylewne podziękowanie, w którym nazwał sankcje ruchem, na który czekał cały Bliski Wschód i który powstrzyma zaangażowanie irańskie w Syrii, Iraku, Jemenie, Strefie Gazy oraz Libanie.
Zagraniczne zaangażowanie Iranu, krzyżujące niejednokrotnie amerykańskie pomysły na urządzanie Bliskiego Wschodu po swojemu, wyjątkowo kłuje Waszyngton w oczy. Wśród warunków, które Teheran miałby spełnić, by sankcje cofnięto, jest nie tylko zamknięcie programu nuklearnego, ale także faktyczne zrzeczenie się samodzielnej polityki zewnętrznej. To żądanie oficjalnie nazywa się „zaprzestaniem wspierania terroryzmu” – pod adresem sojuszników USA takowego nikt nie wysuwa.

Jest okupacja – jest opór. Spotkanie z rodziną Ahed Tamimi

Jej los, to los całej palestyńskiej młodzieży dorastającej pod jarzmem wojskowej przemocy. Mogą zostać aresztowani za podniesienie ręki na Izraelczyka, albo zwyczajnie za to, że krzywo na niego spojrzeli. Tu nikt już nie pyta o powody. Wiedzą, że ich jedyną „winą” jest fakt zamieszkiwania ziemi, której chce Izrael. Czynny sprzeciw rzadko jest w ich odczuciu bohaterstwem – jest codziennością, sposobem na zachowanie w życiu minimum godności. Symbolem tego oporu, rozpoznawalnym na świecie, stała się właśnie Ahed. Dziś ucieleśnia ich wszystkich.

 

Znaleźć się na Zachodnim Brzegu, jechać do Nabi Salih na rozmowę z Ahed Tamimi i po drodze dowiedzieć się, że jednak jej nie będzie… Cóż, lepiej milczeć przez resztę drogi, nie patrzeć sobie w oczy – każdy komentarz wydaje się zbędny i pogarsza tylko nasze położenie. Miała wrócić z Turcji poprzedniego dnia – nie wróciła. Co się stało? Nie wiadomo dokładnie, coś ją zatrzymało, wróci za tydzień, kiedy nas już tu nie będzie. Ahed od niedawna podróżuje po Europie jako ambasadorka sprawy palestyńskiej. Ma do tego pełne prawo. Nie ma sensu jej rozliczać. Pech to pech – nie ma powodu z nim dyskutować.
Trudno. Przecież nie zawrócimy. Po mniej więcej godzinie jazdy autem z Ramallah docieramy do celu. Gdyby nie wijący się wzdłuż dróg Mur, podróż trwałaby jakieś dwadzieścia minut. Oficjalnie wybudowany dla „ochrony” nielegalnych izraelskich osiedli – a faktycznie by podzielić palestyńskie terytoria – wywołuje w przyjezdnych wrażenie, że Palestyna jest większa niż w rzeczywistości. Konieczność objeżdżania wszystkiego dookoła może często umykać nam, gościom na tej pustynnej ziemi. Tutejszym nie umyka. Nawet jeżeli do niej przywykli i przeszła w monotonię codzienności, gniewnie wdziera się do świadomości za każdym razem, kiedy okazuje się, że okupant zablokował drogę, na której nie ma prawa stać. Krew człowieka zalewa i klnie: by dojechać dokądkolwiek, trzeba improwizować, kręcić bocznymi, ledwo istniejącymi drogami, ryzykując utratę podwozia.
Mijamy posterunek wojskowy, znajdujący się tu bez wątpienia ze względu na bliskość izraelskiego osiedla Halamish, w cieniu którego od lat żyją mieszkańcy Nabi Salih, skazani na regularne „wizyty” sił okupacyjnych, które czasem kończyły się śmiertelnie. Plan nieustannej ekspansji Izraela w głąb terytoriów palestyńskich poprzez rozbudowę nielegalnych osiedli jest głównym źródłem militarnej presji wywieranej na mieszkańców takich miejscowości jak Nabi Salih. Na wzgórzach okalających miasteczko majaczą domy osadników. Od ich strony na głowy Palestyńczyków kamienie mogą lecieć bez problemu – w drugą stronę już nie mogą, bo to „terroryzm”. Serca krzepi tablica z wizerunkiem jasnowłosej Ahed Tamimi, który upewnia nas, że jesteśmy na miejscu.
Nastolatka, która zadziwiła świat, wymierzając policzek izraelskiemu żołnierzowi w obronie rodziny, za co spędziła ponad pół roku w więzieniu, jest dumą tej okolicy i całej Palestyny. Nie ma jednak statusu gwiazdy ani świętej. Jej los, to los całej palestyńskiej młodzieży dorastającej w warunkach okupacji. Mogą zostać aresztowani za podniesienie ręki na Izraelczyka, albo zwyczajnie za to, że krzywo na niego spojrzeli. Tu nikt już nie pyta o powody. Wiedzą, że ich jedyną „winą” jest fakt zamieszkiwania ziemi, której chce Izrael. Czynny sprzeciw rzadko jest w ich odczuciu bohaterstwem – jest codziennością, sposobem na zachowanie w życiu minimum godności. Symbolem tego oporu, rozpoznawalnym na świecie, stała się właśnie Ahed. Dziś ucieleśnia ich wszystkich.
To tutaj. Przez zwieńczoną łukiem furtkę wchodzi się do ogrodu, gdzie oprócz trójki ciekawskich dzieciaków witają nas dwie kobiety. Jedną z nich gdzieś już widzieliśmy… Tak, to oczywiście matka Ahed, Nariman Tamimi, tak jak na wszystkich zdjęciach i materiałach wideo owinięta w nieodłączną czarną chustę. Bardzo skromna, delikatnie uśmiechnięta, jakby nieśmiała. Trudno wyobrazić sobie taką osobę skutą kajdankami, prowadzoną do celi. A jednak to ona towarzyszyła córce w więzieniu. Zaprasza nas do wnętrza. Wchodzimy do parterowego domku z piaskowca typowego dla całego regionu.
Rozmowę zaczynamy od przyjęcia do wiadomości, że Ahed została w Turcji, bo otrzymała zaproszenie na spotkanie z prezydentem Erdoganem. No, dzięki, Ahed – wystawieni do wiatru dla Erdogana… Na szczęście nie mamy czasu, by skupiać się na dramatach polskiej lewicy zdradzonej o świcie.
Siedzimy z rodziną w przestronnym pokoju dziennym. Wyposażenie już widać wiekowe, wszystko jednak bardzo schludnie utrzymane. Dwaj chłopacy szybko przestają przejmować się gośćmi i zaczynają „rypać” w jakieś gry na swoich komórkach.
Nariman wyjaśnia, jak doszło do głośnego uwięzienia jej i córki na początku roku. To była jedna z rutynowych interwencji izraelskiego wojska. Żołnierze mogą wtargnąć do palestyńskich domów w każdej chwili. Nieraz wrzucają też granaty gazowe. Obok znajduje się dom jej kuzynów, gdzie tak się ostatnio stało i dzieciaki się mało nie podusiły. Ahed znała te sytuacje od dziecka. Kiedy miała 11 lat takie granaty wpadły do ich domu, jeden z nich złamał jej rękę. Nariman twierdzi, że tu żadne dziecko nie czuje się bezpiecznie, dlatego dorośli uczą je, że jedynym wyjściem jest stawianie oporu okupantom. Tak się też zachowała Ahed: broniła swojego kuzyna.
Stało się to, kiedy żołnierze weszli jak zwykle, a dzieci pobiegły zobaczyć, co się dzieje. Wkroczenie, choć jest normą, zawsze budzi gwałtowną reakcję mieszkańców – wszyscy rzucają się, by przeciwstawić się intruzom, nawet jeżeli wiedzą, że jest to tylko akt rozpaczy. Izraelczycy nie mają zwykle oporów przed strzelaniem ostrą amunicją pod pozorem „obrony”, kiedy więc żołnierz wystrzelił do jej kuzyna, Ahed, która znajdowała się obok, wymierzyła mu siarczysty policzek. Broniła krewnego i swojego domu, tłumaczy Nariman. Więzy rodzinne są dla Arabów święte.
W pełni rozumie zachowanie córki. Wszyscy w Nabi Salih je rozumieją. W pobliżu znajduje się izraelskie osiedle, a to oznacza codzienne zagrożenie. Stawianie oporu jest jedynym wyjściem, inaczej już by ich nie było na tej ziemi. Brak oporu oznaczałby niejako przyznanie, że nie ma okupacji. Życie w kłamstwie, z podkulonymi ogonami byłoby dla tych ludzi hańbą. Cała, bardzo rozległa rodzina – właściwie klan – Tamimi, znana jest od zawsze z bojowej postawy względem Izraelczyków. Wielu z nich – zarówno mężczyźni jak i kobiety – przebywało w więzieniach. Tak jak kuzynka Nariman, która siedzi z nami w salonie, paląc jednego papierosa za drugim.
Walka nie omija dzieci. W europejskim kręgu kulturowym sposobienie dzieci do walki spotyka się często z potępieniem. Mieszkańcy Nabi Salih utrzymują tymczasem, że nie mają wyjścia. Terror izraelskiego wojska jest codziennością, jak wschód i zachód słońca – dzieci muszą nauczyć się z nim sobie radzić, by społeczność przetrwała i zachowała tożsamość. Jedyną alternatywą jest zgoda na wyrzucenie ich z własnego domu. Dzieci o tym wiedzą.
Jest z nami mała bratanica Nariman – jej ojciec zmarł pięć lat temu. Jest też jedenastoletni Mohammad, kuzyn Ahed, jeden z chłopaków grających na smartfonach. Dwa lata temu został postrzelony. Tak, wojsko strzela do dziewięcioletnich dzieci. Pytamy chłopaka o tę sytuację. Grzecznie odkłada komórkę i spokojnie tłumaczy: wojsko strzelało, wszyscy się rozpierzchli, on uciekał jako ostatni i oberwał. To tyle. Tak tu się żyje.
Jak było w więzieniu? Przebywały początkowo osobno, dopiero po szesnastu dniach umieszczono je razem. Codziennie były przesłuchiwane dla samego wywarcia nacisku psychicznego. Ahed została przemaglowana w stopniu stawiającym ja na skraju wytrzymałości psychicznej.
Dla więźniarek politycznych najgorszy jest moment, kiedy zabierają ich do sądu o dwunastej lub pierwszej w nocy. Jadą klimatyzowanym wozem policyjnym i kiedy jest zimno, włączany jest nawiew zimnego powietrza, a kiedy jest gorąco, powiedzmy latem, to leci gorące. Potem jest sprawa w sądzie między 9 a 18, a przez cały czas są w kajdankach. Po rozprawie wracają do więzienia tym samym „klimatyzowanym” pojazdem, do celi trafiają znów o dwunastej – pierwszej w nocy. Ten dzień jest najgorszy.
Przebywają w jednym więzieniu z izraelskimi kryminalistami. Kiedy ci widzą, że idzie dziewczyna, to ściągają spodnie, obnażają się, robią upokarzające gesty, wykrzykują obelgi. Podczas transportu do sądu jest kontrola, gdzie kobiety muszą się rozebrać do naga, a to jest pomieszczenie, gdzie w każdym momencie może wejść jakiś żołnierz, mężczyzna. Po powrocie z sądu jest to samo. A przecież to bez sensu, ona nigdzie nie wychodzi, nic nie może wnieść, ani wynieść, przewożą ją tylko z więzienia do sądu i z powrotem.
Czy przebywając w zamknięciu zdawały sobie sprawę, że ich zyskały rozgłos za granicą? Trochę. Pewne sygnały do nich docierały, jednak dopiero po opuszczeniu więzienia doświadczyły pełnej skali zainteresowania mediów. Ahed stała się osobą publiczną i zaczęła wyjeżdżać za granicę. Władze Izraela nie chciały się początkowo na to zgodzić, jednak nacisk społeczny– również zagraniczny – zrobił swoje.
Trudno powiedzieć, czym spośród całej palestyńskiej młodzieży, zamykanej za to, że chcą u siebie żyć jak u siebie, akurat Ahed zasłużyła sobie na taki rozgłos. Matka uważa – i trudno się z nią nie zgodzić – że musi to mieć po części związek z jej wyglądem, niezwykłym jak na Arabkę. Czy to możliwe, by świat oburzył się sprawą izraelskiej przemocy, dopiero kiedy jej ofiarą padnie blondynka? Czy odbiorcy BBC i CNN bardziej są wtedy skłonni do empatii, bo widzą w niej swoje odbicie? Nariman twierdzi jednak, że największe znaczenie miał kontekst międzynarodowy: oto arabska dziewczyna policzkuje nie tylko pojedynczego żołnierza – wymierza cios całemu Izraelowi, który czuje się bezkarny dzięki pełnemu i bezwarunkowemu poparciu Donalda Trumpa. Biblijny mit Dawida i Goliata tym razem, paradoksalnie, przemówił przeciwko Izraelczykom.
Nariman Tamimi nie wie, jak odpowiedzieć na pytanie, czy doświadczenie z Ahed zmieniło ją samą. Nieszczególnie wydaje się też być przekonana, że ostatnie miesiące odmieniły jej córkę. Sugeruje wręcz, że spotkał ją los, na który konsekwentnie pracowała od małego. Ona i jej rodzina, dla której opór przeciw okupacji zawsze był składnikiem tożsamości. To zresztą nie pierwszy raz, kiedy media zwróciły uwagę na Ahed. Po raz pierwszy miało to miejsce kilka lat wcześniej, kiedy jedna z kamer uchwyciła ją – wtedy jeszcze dziecko – jak zamachuje się pięścią na uzbrojonego po zęby żołnierza. Obecna sytuacja to zwieńczenie tamtej. Ahed od dawna żyła wyobrażeniem o swojej dorosłości jako pełnym oddaniu sprawie jej narodu. Mówiła rodzicom, że chce studiować prawo i w ten sposób służyć Palestynie. I właśnie tak się pewnie stanie – najpierw musi tylko skończyć szkołę średnią.
Ostatni temat: polityka. Ahed jest dziś symbolem Palestyny rozumianej niepodzielnie, zarówno w oczach Palestyńczyków jak i zagranicy. Jednak nawet kraj pod okupacją ma swoje wewnętrzne życie polityczne nacechowane podziałami. Dziewczyna nie dostała oficjalnej oferty od żadnej partii i z tego, co mówi jej matka, do żadnej nie chce wstępować. Cała jej rodzina była przez lata silnie związana z Fatah, założoną przez Jasera Arafata, dzisiejszą partią rządzącą w Autonomii. Ahed jednak się od niej dystansuje. Dostrzega złożoność polityki, nieprzejrzystość zamiarów tworzących ją aktorów i chyba niespecjalnie im ufa. Wie, że wolna Palestyna jako ziemia, ludzie i idea, jest ponad to wszystko. Wydaje się też rozumieć, że zbyt mało jest doświadczona, by rozeznać się we wszystkich układach – że musi się jeszcze wiele nauczyć. Podczas podróży po Europie trudno było jej zrozumieć polityczną natarczywość wielu dziennikarzy. Czy naprawdę ją, siedemnastolatkę, chcą traktować jako wytrawną dyplomatkę? Pytali ją przykładowo, czemu spotyka się z prezydentem Erdoganem, skoro ten morduje Kurdów? Ahed nie ma nic przeciwko Kurdom, wie tylko, że Erdogan głośno opowiada się za Palestyńczykami. Dlatego się z nim widziała.
Czas upływa. Kończymy. Żegnają nas wylewnie. Serdeczni ludzie, ci Tamini. Prosimy, by pozdrowili od nas Ahed. Czeka na nas reszta Palestyny.
Podróżowanie po drogach i bezdrożach tego kraju z arabskim kierowcą to zdecydowanie inne doświadczenie niż wycieczka po tych terenach z izraelskim przewodnikiem. „Dejr Jasin. Zaraz tutaj była ta masakra Palestyńczyków w 1948 r.”. „O, z tego osiedla pochodzi ten, który kazał Palestyńczykowi wypić benzynę, a potem go podpalili”. Doświadczenia pokoleń Tamimich w Nabi Salih nie wydają się tu nikomu niczym szczególnym, raczej potwierdzeniem wspólnoty losów. Dla osób, którym nikt na co dzień nie grozi bronią maszynową, które przyjeżdżają z kraju, gdzie nie napotyka się co chwila w pełni uzbrojonych patroli wojskowych, dość niezwykłym przeżyciem jest ciągłe obcowanie z osobami, z których prawie każda siedziała w izraelskich więzieniach lub ma w rodzinie kogoś zabitego przez okupacyjne wojsko.
Cały świat zna obrazki ze Strefy Gazy – to dobrze, bo właśnie dzieją się tam rzeczy potworne. Opresja na Zachodnim Brzegu ma inny charakter. Polega na codziennym zatruwaniu życia Palestyńczyków „drobiazgami”, takimi jak uniemożliwianie przemieszczania się czy bezprawna konfiskata przez Izrael kolejnych źródeł wody pitnej w pustynnym przecież kraju. Arabscy mieszkańcy Jerozolimy są dyskryminowani przez specjalnie wymierzone przeciwko nim przepisy praktycznie uniemożliwiające im wznoszenie nowych budynków. Polska dziennikarka Ala Quandil twierdzi, że w Gazie młodzież, chociaż cierpi nieustanne braki materialne i stopniowy zanik wszelkich usług publicznych, w tym medycznych, wewnątrz strefy czuje się jednak swobodnie, podczas gdy w Jerozolimie i w dużej części Zachodniego Brzegu, w miastach takich jak Hebron, każde wyjście na ulicę, do szkoły czy do sklepu, naraża ją na wojskową i policyjną przemoc – na zatrzymanie, bicie, tortury, a nawet śmierć. Wyroki więzienia i zabójstwa, mające pozornie postać szeregu pojedynczych przypadków, sumują się w doświadczenie kształtujące tożsamość narodu.
Na tego rodzaju ucisk narażone są szczególnie społeczności żyjące przy Murze oddzielającym ziemie zajęte już nielegalnie przez Izrael od tych, które dopiero zamierza zająć drogą powolnego nękania ludności cywilnej. Wyjątkowo odczuwalne jest to w obozach uchodźców z okresu Nakby. Ze względów politycznych państwu Izrael bardzo zależy na przekonaniu świata do poglądu, że Palestyńczyków, którzy mają status uchodźców jest kilkadziesiąt tysięcy, a nie kilka milionów. Dlatego obozy funkcjonujące pod egidą UNRWA znajdują się pod bardzo silną presją Izraelczyków mającą na celu wypchnięcie stamtąd ludzi żyjących w nich od pokoleń. Woleliby, żeby miejsca te stały się oficjalnie częścią Autonomii Palestyńskiej, bo oznaczałoby to rezygnację z „prawa do powrotu” oo miejscowości, z których ich rodzice zostali przemocą wygnani w ramach czystki etnicznej towarzyszącej powstaniu Państwa Izrael w 1948 r. Ta sytuacja powoduje, że prawie codziennie obozy te są nachodzone przez wojsko, a ludzie zastraszani, by ich życie w tych miejscach uczynić nie do zniesienia. Jednak kolejne pokolenia nie zamierzają obozów opuszczać, zachowując prawo do powrotu.
Odwiedziliśmy dwa takie obozy: Dżalazun pod Ramallah i Aidę pod Betlejem, tuż przy słynnej części muru. Warunki materialne, w jakich żyją ich mieszkańcy są trudne, choć znośne w porównaniu do sytuacji uchodźców palestyńskich np. w Libanie, ponieważ tutaj mogą liczyć na pomoc ze strony władz Autonomii. Jednak ich życie upływa w ciągłej obawie o doczekanie kolejnego dnia w spokoju. Relacje mieszkańców nie pozostawiają wątpliwości: prawie każdej nocy nad ranem, uzbrojone wojsko wkracza do wybranych domów siejąc terror, zabierając młodych, czasem wręcz dzieci, gdy tylko próbują stawiać opór.
Wszyscy Palestyńczycy żyjący w cieniu Muru dzielą ze sobą ten sam los naznaczony okupacyjną przemocą, niezależnie od konkretnego miejsca i jego oficjalnego statusu terytorialnego: sytuacja w obozach i w Nabi Salih jest podobna. Jest jednak coś jeszcze. Życie w obozach jest też odbiciem filozofii oporu głoszonej przez rodzinę Tamimich. Mieszkańcy Aidy i Dżalazun to ci, którzy kiedyś ulegli, których opór złamano – przemocą wygnano ich z ziemi przodków. Myśleli, że znaleźli schronienie na przyjaznym miejscu. Dziś, po kilkudziesięciu latach, znów miażdżeni są przez walec izraelskiej przemocy, powoli choć nieubłaganie sunący się wgłąb ich terytorium. Już teraz okupant przeznaczył im skrawki i peryferie. Co jeśli w przyszłości również ich zabraknie? Czy w tej sytuacji rezygnacja z walki jest w ogóle możliwa?