Izraelski Wietnam w Syrii

O obecnym izraelskim ministrze obrony Naftalim Bennetcie Polska usłyszała w czasie awantury o pisowską ustawę „pamięciową”, którą musiała po cichu odwołać, gdyż w Izraelu zrozumiano ją jako oburzający zakaz krytykowania Polaków za ich domniemaną rolę w hitlerowskim Holokauście.

Bennett nie był wówczas ministrem obrony, tylko edukacji, ale już wtedy stosunki zagraniczne traktował jak wojnę: rzucał symbolicznymi granatami gróźb i robił wybuchowe miny tak niechętne naszemu skołowanemu krajowi, że lepiej o nich zapomnieć. Dziś nikt już o nim w Polsce nie mówi, było-minęło, a tymczasem on mówi bez przerwy, tyle, że na tematy bardziej światowe.
Uśmiechnięty Bennett to jeden z przywódców młodej, ultranacjonalistycznej skrajnej prawicy religijnej, zawsze w politycznej parze z byłą minister sprawiedliwości w rządzie Natanjahu Ayelet Shaked z Żydowskiego Domu, tą, która w tegorocznych wyborach najdosłowniej reklamowała się „faszyzmem”. Naturalnie oboje wielu bardziej pasują do nazizmu niż faszyzmu, ale to tylko marginalny niuans: Bennett zyskał sławę i popularność innym oświadczeniem (z lipca 2013 r.): „Zabiłem wielu Arabów i nie mam z tym żadnego problemu.” To ono, tak szczere, wyniosło go na polityczne wyżyny, więc naturalnie kontynuował w tym guście. Np. groził Libanowi, że „odeśle go do średniowiecza”. Innych krajów, nawet niegraniczących z Izraelem, też nie oszczędzał.
U nas raczej nie, ale na Bliskim Wschodzie wszyscy nadstawili uszu, kiedy w ostatnim Maariv (drugi największy dziennik izraelski) z hukiem powrócił do tego stylu. Zapowiedział mianowicie, że jego kraj „zrobi Wietnam z Syrii”, przeciw obecności Irańczyków, że użyje „wszelkich środków”, żeby ich usunąć z tego kraju. Minister obrony Bennett ma na myśli oddziały irańskie, bez porównania mniejsze od syryjskiego wojska, czy Rosjan, które pomagają tam walczyć z dżihadystami z Al-Kaidy i Państwa Islamskiego (PI), gnieżdżącymi się teraz w północnej prowincji Idlib. Izraelczycy uważają po prostu, że Irańczycy nie lubią ich bardziej niż wszyscy napadnięci przez Izrael sąsiedzi i nawet okupowani Palestyńczycy.
Naturalnie minister Bennett nie powiedział jak ten przyszły „Wietnam” będzie konkretnie wyglądał. Ale Syria od dawna go w zasadzie przypomina, więc pierwsze komentarze były rodzajem zdziwienia dystrybucją ról. No bo tak: Amerykanami w Syrii nie byliby Amerykanie, którzy są sojusznikami Izraela w Syrii, lecz Irańczycy, a rolę zwycięskich Wietnamczyków grałby… kto? Jakieś tajne oddziały izraelskie, w stożkowatych kapeluszach non-la, skradające się w syryjskiej dżungli? Nie, bo tam jest głównie pustynia oraz armia syryjska – można w nią walić najwyżej z góry. Czyli kto? Nie mogą być to prawdziwi Amerykanie, gdyż są zainteresowani już tylko syryjską ropą, a poza tym i tak dużą dają, politycznie nie wypada. Czyli? No tak, ci, co od początku robią rodzaj generalnego wietnamu-kołomyi-tragedii w Syrii, czyli dżihadyści.
Izrael od początku syryjskiej wojny – tak samo jak dyktatury z naftowe z Zatoki oraz USA, Francja i Wielka Brytania z NATO – popierał aktywnie syryjską Al-Kaidę, a za jej pośrednictwem PI. Po prostu to oni mieli osiągnąć cel wojny, zmianę rządu w Syrii na saudyjsko-podobny, bardzo religijny a jednocześnie całkiem oddany i posłuszny. Ten cel, wymyślony przez Amerykanów i Brytyjczyków, był dla Izraela o wiele bardziej obojętny, niż się na ogół przyjmuje: już samo utrzymanie chaosu w Syrii jest dobre dla państwa żydowskiego, zdaniem jego przywódców, gdyż to trwale osłabia potencjalnego wroga. Pamiętajmy, że część Syrii Izrael zwyczajnie okupuje. W syryjskim scenariuszu Bennetta Syryjczycy więc nie istnieją.
Podsumujmy: minister Bennett dał rolę przegranych w Wietnamie Amerykanów Irańczykom, którzy najchętniej pomogliby Syryjczykom przegnać z Syrii dżihadystów, Amerykanów i Izraelczyków, a na Wietnamczyków wyznaczył starych, dobrych, międzynarodowych dżihadystów z Al-Kaidy, którzy podobnie jak PI, nic złego Izraelowi nie czynią, a teraz dostaną najwyżej skośnych oczu, gdy przyjdzie im walczyć z wrogami Izraela. Znowu więc pójdą broń i pieniądze na chaos i wojnę w Syrii, z wsparciem lotniczym w pakiecie.
Wyjaśnijmy, że chodzi o projekt, który pewnie wejdzie w życie. Rząd Netanjahu, którego prokuratura oskarża o poważne przestępstwa (ale nie zbrodnie wojenne) gra o przetrwanie, chce uniknąć trzecich wyborów w ciągu roku. Netanjahu, by zdobyć rządzącą koalicję, obiecał właśnie, że przeprowadzi aneksję części palestyńskich ziem okupowanych i będzie musiał to zrobić, bo dzięki temu jako premier z immunitetem nie pójdzie do więzienia, będzie dalej rządził. To są ostatnie jego karty, a do nich należą groźby Bennetta. Ta wielka gra o wolność Netanjahu toczy się kosztem innych wolności i życia innych ludzi, ale czyż sytuacja pojedynczych polityków tak samo nie wpływała na przedłużanie koszmarnej wojny w Wietnamie? Pomylona wizja Bennetta może się zrealizować.

Płoną palestyńskie auta

Ponad 160 palestyńskich samochodów zostało rozbitych lub uszkodzonych w czasie nocnej eskapady izraelskich kolonistów do palestyńskich dzielnic okupowanej wschodniej Jerozolimy. Dziś rano ludzie odkryli też na murach domów całą serię napisów w rodzaju „Arabowie – wrogowie”, „Goje precz z Izraela” itp. Według policji, sprawcami mieli być jacyś niezidentyfikowani Żydzi religijni, lecz na razie nie udało się jej nikogo złapać.

Stanowi to sporą nowość, bo do tej pory ekstremistyczni, rasistowscy koloniści działali raczej na wsi, na okupowanym Zachodnim Brzegu Jordanu, gdzie zwykle niszczą palestyńskie sady drzew oliwnych lub inne plantacje, odcinają elektryczność całym wsiom, albo wodę, jeśli nie zanieczyszczają jej fekaliami. To należy do codzienności izraelskiej okupacji Palestyny. Bywały też oczywiście akcje niszczenia samochodów (niszczeniem palestyńskich domów zajmuje się raczej armia), ale nikt nie pamięta tak dużej akcji w Jerozolimie.
Świadkowie mówią o trzyosobowych, uzbrojonych grupach zamaskowanych mężczyzn, które przecinały wszystkie opony, wybijały szyby lub podpalały pojazdy. Chodzi w sumie o typową akcję nazywaną przez skrajnych kolonistów „ceną do zapłacenia”, to jest zemstą za jakieś nieposłuszeństwo lub opór Palestyńczyków, tyle, że przeprowadzoną w nietypowy sposób. Nie wiadomo na razie za co mścili się izraelscy rasiści, więc Palestyńczycy uważają, że chodziło raczej o „uczczenie” przedwczorajszej obietnicy premiera Netanjahu – oficjalnego anektowania części palestyńskich ziem okupowanych.
Netanjahu powtórzył wczoraj głośno swój pomysł. Ma nadzieję, że w ten sposób uda mu się jednak stworzyć większościową koalicję rządzącą i uniknąć kolejnych, trzecich już przedterminowych wyborów. Zostały mu już tylko dwa dni, a owe trzecie wybory może całkiem przegrać i nawet pójść do więzienia, gdyż został oficjalnie oskarżony przez prokuraturę generalną o liczne przestępstwa. Argumentu wyborczego dostarczyli mu w listopadzie Amerykanie, jednostronnie uznając, że żydowska kolonizacja ziem okupowanych przez Izrael „nie jest niezgodna z prawem międzynarodowym”.

Izrael stłumi protesty boliwijskiej lewicy?

Lewicowy prezydent Boliwii Evo Morales, przeciw któremu 10 listopada USA zorganizowały zamach stanu, bez żadnych wątpliwości wygrał październikowe wybory prezydenckie w pierwszej turze: taki jest wynik badań i analiz statystycznych przeprowadzonych przez profesorów nauk statystycznych z USA oraz znanych naukowców i specjalistów z wielu innych krajów świata. To już trzecia niezależna kontrola, która jasno wskazuje, że to nie boliwijska administracja popełniła oszustwo wyborcze, tylko Stany Zjednoczone i Organizacja Państw Amerykańskich, które okłamywały świat od samego początku.

Przypomnijmy, co się stało: 21 października, już w dzień po głosowaniu w wyborach powszechnych, Waszyngton ogłosił, że liczenie głosów w Boliwii jest „zmanipulowane”, co było znakiem dla przekupionych wcześniej przez CIA dowódców armii i policji, by dokonać zamachu stanu, do którego doszło trzy tygodnie później. Tego samego dnia pod kłamstwem amerykańskiego departamentu stanu gołosłownie podpisała się Organizacja Państw Amerykańskich (OPA) struktura polityczną z siedzibą w Waszyngtonie – zespół latynoamerykańskich państw bezpośrednio podporządkowanych Stanom Zjednoczonym. Wówczas rząd boliwijski popełnił błąd: nie mając sobie nic do zarzucenia zaprosił kontrolerów OPA do zbadania prawidłowości liczenia głosów.
Podobnie jak w innych krajach Ameryki Południowej, boliwijskie prawo wyborcze przewiduje, że druga tura wyborów prezydenckich jest niepotrzebna, jeśli zajmujący pierwsze miejsce kandydat przekroczy 40 proc. głosów i ma 10 proc. przewagi nad kandydatem następnym, którym był neoliberał Carlos Mesa. Według oficjalnych wyników Evo Morales zdobył ponad 47 proc. głosów i miał 10,6 proc. przewagi nad Mesą. Kontrolerzy OPA spełnili oczywiście życzenie Waszyngtonu twierdząc bez żadnych dowodów, że przewaga Moralesa była mniejsza, co powinno dać drugą turę. Oszustwo OPA zostało kolejny raz ujawnione przez międzynarodowy zespół naukowców w brytyjskim The Guardian, (pełna lista sygnatariuszy wraz z ich tytułami jest tutaj), którzy domagają się od OPA przyznania się do swej haniebnej roli w organizacji zamachu stanu w Boliwii.
Tymczasem nielegalny rząd wybranej przez rząd USA dyktatorki Boliwii, „prezydentki” Jeanine Anez, która zaraz po dojściu do władzy nawiązała stosunki dyplomatyczne z Izraelem, zwrócił się oficjalnie do tego państwa o pomoc w tłumieniu protestów. „Minister spraw wewnętrznych” proamerykańskiej dyktatury Arturo Murillo przyznał Reutersowi, że do Boliwii przyjadą izraelskie oddziały specjalne, które mają pomóc „w walce z lewicowym terroryzmem”, tj. manifestacjami zwolenników wygnanego Evo Moralesa, protestującymi przeciw zamachowi stanu. „Zaprosiliśmy Izraelczyków, bo znają się na rzeczy” – mówił Murillo. Chodzi o oddziały morderców wyspecjalizowanych w tzw. pozaprawnych egzekucjach, mających wielkie doświadczenie w łamaniu palestyńskiego oporu przeciw okupacji.

Nie chce siedzieć

Kruchy rozejm po izraelskich atakach na Gazę nie trwał długo: izraelskie lotnictwo znów bombarduje Strefę, Jest już co najmniej kilkadziesiąt ofiar, w tym całe rodziny po stronie palestyńskiej i jedna osoba lekko ranna po izraelskiej, gdy ruch oporu ripostował wystrzeliwując swe niecelne „rakiety”. Premier Benjamin Netanjahu liczy, że napad na Gazę pozwoli mu zostać u władzy i uniknąć więzienia za przekupstwo i oszustwa.

Tym razem Izraelczycy postanowili celować również w Hamas, który rządzi w Gazie, gdyż w Izraelu rozległa się krytyka rywali Netanjahu, że bombardowania skupiają się na siłach PDI (Palestyńskiego Dżihadu Islamskiego), zamiast iść po całości. Przed samym rozejmem Izraelczycy zrównali z ziemią dom Rasmiego Abu Malhusa, razem z nim, dwiema kobietami i pięciorgiem dzieci. Twierdzili, że to dowódca PDI, co zdementowali Palestyńczycy. W końcu wojsko przyznało, że są „nieoczekiwane” ofiary śmiertelne wśród cywilów.
Napad na Gazę to sprytny ruch polityczny premiera Izraela, któremu nie udało się po wrześniowych wyborach sformować rządzącej koalicji. Miał to być sposób na zachowanie immunitetu i uniknięcie aresztowania jako oskarżonego w kilku sprawach. Jego ostatnia nadzieja to rząd „jedności narodowej”, w którym rządziłby na zmianę ze swoim politycznym konkurentem gen. Bennym Gantzem, który na zlecenie prezydenta próbuje teraz zmontować swoją, niezależną od Netanjahu koalicję rządzącą. Potrzeba do tego choćby częściowego udziału posłów palestyńskich Izraela, do czego Netanjahu nie ma zamiaru dopuścić: wojna usztywni postawy i Gantzowi nie powinno się udać. Wtedy Netanjahu uniknie więzienia, będzie „musiał” rządzić dalej.
W zamkniętej Strefie Gazy ponad połowa populacji nie ma pracy, 90 proc. sklepów zamknięto, bo jest blokada, a 96 proc. wody pitnej nie nadaje się do picia, z powodu zniszczonej kanalizacji – nawet bez bombardowań Strefa jest na krawędzi zapaści. Po ostatnim dużym napadzie na Strefę w 2014 r. (2250 zabitych cywilów, w tym ok. 500 dzieci) władze izraelskie obiecały ulgi w blokadzie, ale nigdy do nich nie doszło. W tym roku, od stycznia do września izraelskie wojsko 54 razy wtargnęło do Strefy, razem z nalotami.

Izrael wyrzuca szefa Human Rights Watch

Izraelski Sąd Najwyższy zatwierdził decyzję ministerstwa spraw wewnętrznych o deportacji Omara Shakira, Amerykanina i dyrektora Human Rights Watch (HRW) na Izrael i terytoria palestyńskie.

Szef organizacji obrony praw ludzkich był podejrzany o popieranie kampanii solidarności z Palestyną (BDS).
Shakir będzie miał trzy tygodnie na wyjazd, a jeśli nie wyjedzie, zostanie deportowany siłą. Izrael jest czwartym krajem świata, po Korei Północnej, Iranie i Egipcie, który nie chce HRW na swoim terenie, jak i na ziemiach, które Izrael siłą okupuje.
Władze izraelskie wyrzucają Omara Shakira na podstawie ustawy sprzed dwóch lat zezwalającej na deportacje cudzoziemców podejrzanych o popieranie BDS. „Cieszę się bardzo, że Sąd Najwyższy zatwierdził moją decyzję o nie przedłużeniu wizy Omara Shakira” – mówił po ogłoszeniu wyroku Arie Dery, szef ortodoksyjnej partii religijnej Sefaradów Wiernych Torze i minister spraw wewnętrznych. „Każdy, kto działa przeciw Izraelowi, musi wiedzieć, że nie pozwolimy mu tu przebywać ani pracować.” – podkreślił minister.
HRW odrzuca izraelskie zarzuty. Utrzymuje, że izraelska decyzja jest motywowana wyłącznie zamknięciem ust międzynarodowej organizacji obrony praw człowieka. Według izraelskiego reżimu apartheidu, kampania BDS jest antysemicka, czemu BDS zaprzecza.

Niepotrzebne wybory

Dwa publiczne pytania pojawiły się w dniu ogłoszenia ostatecznych wyników przedterminowych wyborów parlamentarnych: czy Netanjahu utrzyma głowę ponad wodą i czy należy deportować dawnych służących z dziećmi urodzonymi w Izraelu? Oba nie są nowe w kraju, gdzie religijne wtręty pojawiły się podręcznikach szkolnych – modlitwy o deszcz zaleca się jako poważny sposób wpływu na pogodę. Mimo wyników, na razie nikt nie ryzykuje prognozy politycznej – wrześniowe wybory dały właściwie to samo, co kwietniowe, po których Netanjahu nie był w stanie zbudować rządzącej koalicji. Ale odpowiedź na oba pytania brzmi „tak”.

Premier Izraela ma ten przywilej, że nie oficjalne oskarżenie, lecz dopiero skazanie, po wyczerpaniu wszystkich odwołań, może go zmusić do dymisji. To dałoby Benjaminowi Netanjahu parę lat spokoju, gdyby pozostał premierem. W którejś szufladzie czekają na niego kajdanki, w związku z licznymi aferami finansowo-politycznymi, o które obwinia go policja. Netanjahu jest więc bardzo zdeterminowany, by dalej rządzić.
O niego też wszystko się rozbija. Mecz między prawicami gen. Benny’ego Gantza (Niebieskobiali, od kolorów flagi państwowej) i Benjamina Netanjahu z Likudu – 33:32 w liczbie posłów – zakończył się właściwie remisem. Partie były konkurencyjne, ale są bliźniacze, nacjonalistyczne, więc naturalnie obie zaproponowały sobie utworzenie wspólnej koalicji, prosił o to też prezydent Rivlin. Takie proste wyjście zapewniłoby stabilny rząd. Ale Niebieskobiali chcą Likud bez Netanjahu, co stworzyło nieprzekraczalny problem.
Obie partie mogą stworzyć oddzielne koalicje, ale wtedy żadna nie zdobędzie 61 posłów, czyli większości w 120-miejscowym Knesecie. Netanjahu zbiera góra 55 posłów, a gen. Gantz 57, a i to tylko wtedy, gdy do jego ewentualnej koalicji dołączyć Palestyńczyków ze Zjednoczonej Listy Arabskiej (13 miejsc), czego nikt nie chce. Wśród wybranych z palestyńskiej listy są żydowscy komuniści i antysyjoniści.
Dwie koalicje
Obóz Demokratyczny to koalicja gen. Baraka, lewicowego Merecu i Zielonych. flash90
Póki co, możliwa koalicja Netanjahu składałaby się oprócz Likudu z posłów Yaminy („Na prawo”), która grupowała ekstremistyczne partie nacjonalistyczno-religijne, z takimi figurami jak Ayelet Shaked, która perfumowała się „faszyzmem”, czy Naftali Bennettem, który strofował Polskę za jej pamiętne pomysły ustawowe. Oboje to skrajna prawica, rasistowska i fanatycznie nacjonalistyczna. Do tego premier ma jeszcze do dyspozycji dwie religijne partie haredim: sefardyjskich i aszkenazyjskich ortodoksów (9 i 7 miejsc). To wszystko.
Generał Gantz był przez Netanjahu nazywany „nędznym lewakiem”, gdyż tolerowałby w koalicji malutką lewicę i izraelskich Palestyńczyków. Jego Niebieskobiali przytulili na razie resztkę Partii Pracy, dawnej lewicy syjonistycznej, która długo rządziła, a potem poszła na prawo, bliżej Netanjahu. Poza tym, z Gantzem pozostaje Obóz Demokratyczny, podobny do naszej koalicji wokół SLD: pod nijaką nazwą wymyśloną przez gen. Ehuda Baraka kryje się pięcioosobowa, parlamentarna ekipa żydowskiej lewicy, z Zandberg i Horowicem z dość radykalnego Merecu – są syjonistami, ale przeciw okupacji ziem palestyńskich. Za nimi są już tylko Palestyńczycy, z reguły antysyjoniści, którzy mogliby częściowo poprzeć generała, by obalić Netanjahu.
Laicki Izrael?
Awigdor Liberman, by szef resortu obrony w rządzie Netanjahu, przewodniczący partii, która uczyniłaby premierem gen. Gantza lub Netanjahu, gdyby zechciała wejść do którejś z tych koalicji, też wzywa do naturalnego połączenia Niebieskobiałych i Likudu, ale sam do nikogo dołączać nie chce. Nie może tolerować haredim i „mesjanistów”, jak nazywa ludzi wyborczej Yaminy, nienawidzi Netanjahu i nie wyobraża sobie, by w rządzącej koalicji byli jacyś goje, co go jednak do Netanjahu bardzo zbliża. Jest przekonanym antyklerykałem, zwolennikiem laicyzmu, którego upowszechnienie pozwoliłoby lepiej zgnieść opór Palestyńczyków. Jego zdaniem ortodoksi powinni służyć w wojsku, jak wszyscy. I „nigdy w życiu” nie zasiądzie w jednej ławie z Arabami, gdyż reżim apartheidu wydaje mu się naturalny.
Izraelscy zwolennicy laicyzmu nie są specjalnie mniej gorliwymi nacjonalistami niż mocno wierzący. Te niczego nie rozstrzygające wybory, w kilka miesięcy po poprzednich, zwracają jednak uwagę na coraz bardziej widoczne społeczne pęknięcie między świeckimi a praktykującymi. Minister edukacji wzywa do leczenia homoseksualistów metodą, którą sam przeszedł, a pobożny
Minister zdrowia nie podaje ręki zagranicznym ministrom, jeśli są płci żeńskiej. Liberman ich nie znosi, ale był z nimi w rządzie Netanjahu. Premier zawsze wita szefa Zjednoczonego Judaizmu Tory, tj. partii ortodoksyjnych aszkenazów (Żydów z naszych stron) rabina Jakowa Litzmana z największą rewerencją. To on został ministrem zdrowia.
Ofensywa pobożnych
Minister edukacji, rabin Rafi Peretz to z kolei szef Żydowskiego Domu, partii religijnej skrajnej prawicy, kolebki ultranacjonalistów Shaked i Bennetta, którzy założyli bardziej radykalną Nową Prawicę. To zresztą Bennett rozpoczął tę tendencję, był poprzednim ministrem edukacji. Peretz nie owija w bawełnę: „Każdy, kto studiował Biblię nie może mieć żadnych pytań na temat naszego prawa do Ziemi Izraela”. Albo: „Dawniej zamiast uniwersytetów były szkoły prorokowania. Dziś zrobiliśmy wielki krok naprzód w kierunku przywrócenia proroctw Erec Israel” – gratulował sobie, bo znowu zwiększył nauczanie religii w szkołach publicznych. Teraz jest jej trzy i pół razy więcej niż w średnio w Europie.
Za Netanjahu edukacja religijna jest dużo lepiej finansowana, niż świecka. No i te nastroje. W sierpniu stolica Tel-Awiw dostarczyła do swoich szkół książkę, gdzie matka z córką rozmawiają pedagogicznie o demokracji, gender, wyborach, decyzjach do podjęcia i przyszłych wyborach osobistych. Wtedy odezwała się Szoszana Nagar, inspektorka generalna szkolnictwa, i kazała szkołom natychmiast odesłać wszystkie te podręczniki, gdyż „są obrazą dla wizji świata religijnego syjonizmu, który pragnie pozostać w zgodzie z Torą, i dla ducha wychowania szkolnego.” Nie poszło o jakąś tęczę, lecz „skandaliczną” i „fałszywą” informację, że w szabat decyzja o podróżowaniu należy do obywatela, nie do państwa. Szoszana Nagar dostanie awans niezależnie od koalicji, bo siła religii rośnie.
Wyrzucić ich!
Minister edukacji ostrzega np., że Żydom grozi „nowa Zagłada”, gdyż w Stanach coraz częściej mieszają się z gojami. Przyszły holokaust jest zawsze obecny w kampaniach wyborczych i w wyobraźni polityków miewa najróżniejsze przyczyny. Kwestia zabronionego „mieszania krwi” w samym Izraelu pozostaje jednak ciągła: na czele ministerstwa spraw wewnętrznych stoi Arje Deri, szef Szasu, tj. partii sefardyjskich haredim, który tego nie odpuszcza. W czasie kampanii, przez całe lato kazał urządzać łapanki na Filipinki, z reguły służące i opiekunki starszych osób, które pozostały w Izraelu po wygaśnięciu wizy. Ich największą winą jest złamanie zakazu uprawiania seksu przez gojów pracujących w państwie żydowskim. Jeśli więc mają dzieci, podlegają automatycznej deportacji. Cała społeczność filipińska żyje w strachu.
Dla Szasu i innych religijnych nacjonalistów policyjna kampania deportacyjna to pewny argument wyborczy. Hałas robią jednak niektóre stowarzyszenia, jak United Children of Israel (UCI), które sprzeciwiają się deportacji dzieci, nie znających kraju pochodzenia swych rodziców i mówiących tylko po hebrajsku. „Naszym dzieciom lepiej w Izraelu. Nie mają krwi żydowskiej, ale są Izraelczykami” – przekonywała przewodnicząca UCI, Filipinka Beth Franco. Izraelczycy widzą to jednak inaczej.
Minister spraw wewnętrznych Arje Deri, 2018. twitter
Nagle do domów Filipinek zaczęła wyborczo wdzierać się policja, by przewozić je z dziećmi do aresztu na lotnisku w Tel-Awiwie i wysłać „do domu”, choćby pozostawały na miejscu od wielu lat. Uznano niebezpieczeństwo, że będą psuć żydowską krew, za determinujące. Zakaz zakochiwania się dla pracujących nie-żydów funkcjonuje za słabo, co grozi zabrudzeniem krwi, czyli w efekcie Holokaustem – rozumują nacjonaliści. Teraz rodziny „nielegalnych” służących ukrywają się, wychodzą tylko nocą. Niektórych ukrywają Izraelczycy, ale codzienne życie w strachu przed łapanką stało się dla nich koszmarem. Na dodatek wygląda na to, że Netanjahu będzie dalej rządził. Kurs religijny się nie zmieni.
Natanjahu do oporu
Wczoraj wieczorem prezydent podjął decyzję: misję sformowania koalicji i rządu powierzył Netanjahu, wszystko wraca więc do martwego punktu z kwietnia. Gen. Gantz ciągle odmawia rządzenia razem z nim, mimo zaproszenia. Netanjahu, który był premierem już w ubiegłym wieku, musi dosztukować do swej niepełnej koalicji część posłów Gantza lub przeciągnąć na swoją stronę Partię Pracy z centrystami, która w zasadzie nie ma nic przeciw, ale oczekuje propozycji. Może Liberman się jednak skusi. Osiągnięcie magicznej liczby 61 pozwoli premierowi uniknąć Arabów w koalicji rządzącej i więzienia.
W kwietniu nie udało mu się z koalicją, mimo takiej samej prezydenckiej nominacji, lecz myśl o trzecich wyborach parlamentarnych w tym roku jest przyjmowana raczej z niechęcią. Tym razem musi mu się udać. Prezydent sugerował rotację na stanowisku premiera, niech Gantz i Netanjahu się zmieniają, ale jeśli Gantz się uprze, a Netanjahu nie zdąży skleić koalicji, może wyznaczyć na premiera Gantza. I dopiero kiedy generałowi się nie uda, dojdzie do kolejnych wyborów. Nominacja dla Netanjahu przypadła na tydzień przed spodziewanym oficjalnym oskarżeniem go przez prokuratora generalnego. Trzyma więc głowę ponad wodą i może nawet z niej się otrząsnąć, by długo jeszcze rządzić Izraelem.

Remis wyborczy

Przedterminowe wybory parlamentarne w Izraelu nie przyniosły rozstrzygnięcia, o którym marzył premier Benjamin Netanjahu. Jego od lat rządząca formacja – skrajnie prawicowy Likud – będzie miała tyle samo miejsc w parlamencie, co konkurencyjna, równie nacjonalistyczna partia Niebieskobiałych gen. Benny’ego Gantza. Żadna z tych partii nie będzie w stanie stworzyć rządzącej koalicji bez ugrupowania innego skrajnego nacjonalisty Awigdora Libermana, który wzywa do sformowania rządu jedności narodowej, tyle, że bez swego osobistego wroga – Netanjahu.

Przypomnijmy: w kwietniu odbyły się już wybory, lecz Netanjahu rozwiązał Kneset (parlament) i zarządził nowe głosowanie, gdyż nie był w stanie sformować większościowej koalicji, która uchroniłaby go przed więzieniem – ciążą na nim oskarżenia o korupcję i malwersacje finansowe. Wczorajsze wybory przyniosły jednak bardzo podobne wyniki do kwietniowych: oba czołowe ugrupowania – Likud i Niebieskobiali (otrzymały po 32 posłów) nie mają przed sobą możliwości sformowania rządzących koalicji, które dawałyby większość 61 miejsc w 120-osobowym Knesecie. W tej sytuacji Niebieskobiali zaproponowali koalicję ze swym przeciwnikiem Likudem, jeśli Netanjahu zechce odejść z polityki.
Do tego samego wzywa szef partii Nasz Dom Izrael Awigdor Liberman, lecz na razie Likud wyklucza tę opcję, co oznacza kolejny pat polityczny. Do ostatniego momentu przed głosowaniem Netanjahu i Likud próbowali przepchnąć przez parlament ustawę, według której w lokalach wyborczych izraelskich Palestyńczyków należałoby zainstalować kamery, co miało ich odstraszyć od głosowania. Nie zdążyli jednak uchwalić tego prawa. W efekcie Palestyńczycy będą mieli 12 posłów, o dwóch więcej niż poprzednio. To nie poprawi ich sytuacji, lecz komplikuje wyłonienie rządu.
Oczywiście zarówno Likud, jak i Liberman wykluczają przyjęcie Palestyńczyków do jakiejkolwiek koalicji rządzącej, bardzo niechętnie patrzą na to też Niebieskobiali, wszystko zależy więc od Libermana, który może przyłączyć się do jednych lub drugich. Otwiera się więc okres handlu politycznego o bardzo niepewnym rezultacie. Likud wspomina już o możliwości trzeciego głosowania, jeszcze w tym roku. Między czołowymi partiami nie ma większych różnic – wszystkie są ostro nacjonalistyczne, więc połączenie ich w „rząd jedności narodowej” pozostaje jednak możliwe.

Poparcie dla Netanjahu

Dwa dni przed wyborami parlamentarnymi w Izraelu amerykański prezydent Donald Trump premiera Benjamina Netanjahu i ujawnił dyskusje na temat traktatu obronnego między USA a państwem żydowskim. „To scementuje wyjątkowy sojusz między naszymi krajami” – pisał na Twitterze. W zamian oczekuje poparcia wpływowej, amerykańskiej społeczności żydowskiej przed przyszłorocznymi wyborami w Ameryce.

„Państwo żydowskie nigdy nie miało tak wielkiego przyjaciela w Białym Domu” – odpowiedział Netanjahu. Projekt nazwał „historycznym traktatem obronnym”, lecz izraelska prasa nazywa go jedynie „formalnym”, gdyż oba kraje są już ściśle wojskowo powiązane – dzielą tajne informacje, prowadzą wspólne ćwiczenia i współpracę. USA od dziesięcioleci finansują co roku izraelskie wojsko i wyposażają je w najlepszą broń. Ewentualny traktat zmusiłby jednak imperium amerykańskie do automatycznej interwencji w przypadku ataku na izraelski reżim apartheidu.
Izraelskie media są raczej sceptyczne, gdyż według nich ów formalny traktat nie powstanie zbyt szybko i jest raczej wspólnym posunięciem wyborczym Donalda Trumpa i izraelskiego premiera. Wyborczy konkurent Benjamina Netanjahu gen. Benny Ganz nie ma tak rozległych relacji z amerykańskimi organizacjami żydowskimi jak Netanjahu, więc Trump stawia na tego drugiego w perspektywie przyszłorocznych wyborów w Stanach. Zależy mu na jak najmocniejszym poparciu społeczności żydowskiej i jej wpływów politycznych, szczególnie w mediach, na razie pozostających częściowo wrogich. Trump stawia też w ten sposób na wielomilionową społeczność chrześcijańskich syjonistów, którzy wierzą, że należy pomagać Izraelowi, gdyż to przyśpieszy drugie nadejście Jezusa i koniec obecnego świata.
Wtorkowe wybory w Izraelu są przedterminowe: poprzednie miały miejsce w kwietniu, jednak Netanjahu nie udało się stworzyć koalicji rządzącej z powodu oporu swego byłego ministra obrony Awigdora Liebermana, szefa partii Nasz Dom Izrael, złożonej w znacznej części z rosyjskojęzycznych Żydów. Lieberman dalej nienawidzi Netanjahu, którego uważa za „mięczaka”, a sondaże wskazują na powtórzenie się sytuacji z kwietnia. Znaczy to, że Lieberman może zdecydować, kto będzie rządził, w zależności od tego, czy zechce przyłączyć się do Likudu Netanjahu lub Niebiesko-białych gen. Ganza (oba ugrupowania są skrajnie nacjonalistyczne). Na razie straszy, że jeśli Netanjahu wygra, Izrael stanie się jeszcze bardziej „państwem wyznaniowym i mesjanistycznym”.

Problemy imperium

Imperium amerykańskie ma problem ze stworzeniem antyirańskiej koalicji zbrojnej, która miałaby strzec „wolności żeglugi” w Zatoce Perskiej. Na razie deklaracje wstąpienia do niej zgłosiła tylko Wielka Brytania i po niej Izrael, co oburzyło władze irańskie. Jednocześnie poważny portal oilprice.com poinformował, że Iran i Rosja uzgodniły, że na wybrzeżu irańskim powstaną dwie rosyjskie bazy wojskowe, jedna morska i jedna lotnicza. Napięcie wokół Iranu nie spada.

Izrael nie ma żadnego energetycznego interesu w Zatoce. Ropę importuje głównie z irackiego Kurdystanu, kupuje ją też na wtórnych rynkach europejskich, a ostatnio od Amerykanów, którzy rozpoczęli eksploatację złóż syryjskich we wschodniej, okupowanej przez nich części kraju. Jest jednak krajem, który od lat pcha do wojny przeciw Iranowi i chce uczestniczyć w amerykańskiej strategii „maksymalnego nacisku” na to państwo. Zbliżenie się izraelskich okrętów podwodnych do granic Iranu już wywołuje reakcje w Teheranie, który uważa to za kolejne „poważne zagrożenie”, przeciw któremu ma zamiar się bronić.Uczestnictwo izraelskiego reżimu apartheidu w imperialnej koalicji potwierdził minister spraw zagranicznych Israel Katz, który nazwał to „misją bezpieczeństwa morskiego”. Izrael jest zaniepokojony informacjami na temat zbliżenia irańsko-rosyjskiego. Według nie potwierdzonych jeszcze doniesień, Iran, który nigdy nie zgadzał się na stacjonowanie u siebie obcych wojsk, miał uzgodnić z Rosją powstanie dwóch rosyjskich baz wojskowych, co miałoby być reakcją na zgodę Arabii Saudyjskiej ponownego stacjonowania tam armii amerykańskiej.
Według oilprice.com, Irańczycy i Rosjanie uzgodnili projekt budowy dwóch rosyjskich baz, po obu stronach strategicznej cieśniny Ormuz. Jedna – morska – miałaby powstać w porcie Buszehr położonym w Zatoce naprzeciw Kuwejtu, gdzie stacjonują wojska amerykańskie, i naprzeciw Arabii Saudyjskiej, która stanowi część antyirańskiej osi USA-Izrael-Arabia. Drugą, lotniczą, przewidziano pod Czabaharem nad Zatoką Omańską, po drugiej stronie cieśniny Ormuz. Według podejrzeń izraelskich, projekt ma być zatwierdzony na spotkaniu prezydentów Rosji Putina i Iranu Rohaniego w Soczi, do którego ma dojść jeszcze w tym miesiącu.

Na Zachodnim Brzegu

Sześć tysięcy nowych domów dla osadników i 700 nowych budynków, w których będą mogli zamieszkać Palestyńczycy – to najnowsze oficjalne plany Izraela dotyczące Zachodniego Brzegu. Informację o tym podano w przededniu przyjazdu do Tel Awiwu Jareda Kushnera, który ma omawiać z premierem Netanjahu szczegóły swojego „planu stulecia” w kwestii bliskowschodniej.

Sześć tysięcy nowych domów dla żydowskich osadników albo zacznie powstawać dopiero teraz, albo istnieje już od dawna, tyle że do tej pory formalnie pozostawały nielegalnie. Tak czy inaczej, rozbiórka takim obiektom nie grozi, w odróżnieniu od tych, w których żyją Palestyńczycy. Wszystkie domy zlokalizowane będą w strefie C, czyli w tych częściach Zachodniego Brzegu, gdzie w myśl porozumień z Oslo Izrael sprawuje pełną kontrolę.
Zapowiedź kolejnej rozbudowy osiedli na Zachodnim Brzegu jest jednoznacznym sygnałem przed przyjazdem amerykańskiego wysłannika i zięcia Donalda Trumpa do Tel Awiwu. Izrael nie zamierza godzić się na państwo palestyńskie w regionie, gdzie miało ono powstać według koncepcji zawartej w porozumieniach z Oslo. Zgadzając się na symboliczną liczbę domów dla ludności arabskiej pozoruje, dla mniej zorientowanych, że poszukuje kompromisowego rozwiązania i uwzględnia interesy wszystkich stron.
O tym, że ciągle nieznany w szczegółach „plan stulecia” nie będzie żadnym kompromisem, świadczy jednak już samo oświadczenie Kushnera, że nie będzie w nim mowy o państwach palestyńskim i izraelskim, gdyż, jak stwierdził Amerykanin, termin „rozwiązanie dwupaństwowe” każda strona rozumie inaczej. Stany Zjednoczone dawały również do zrozumienia, że zgodzą się na utrzymanie niektórych osiedli (dziś wszystkie są nielegalne w świetle prawa międzynarodowego), a Palestyńczycy dopiero w przyszłości „nauczą się rządzić”.
Obecnie w osiedlach na Zachodnim Brzegu żyje 600 tys. osadników. Pozostanie osiedli na miejscu jest w zasadzie kwestią konsensusu w izraelskiej klasie politycznej. W środę lider centroprawicowego bloku Biało-Niebieskich, który w ostatnich wyborach parlamentarnych zajął drugie miejsce, również zabrał głos w sprawie osadników i przyszłego porozumienia pokojowego: oznajmił, że Dolina Jordanu musi w każdych okolicznościach pozostać pod kontrolą Izraela, a mieszkańcom osiedli należy się plan rozwoju infrastruktury i rolnictwa. Palestyńczykom Gantz łaskawie obiecał, że „będą mogli pozostać w dolinie”.