Lato będzie gorące

O wyjątkowo trudnej sytuacji Autonomii Palestyńskiej, jedności Palestyńczyków na okupowanych ziemiach i milczeniu społeczności międzynarodowej Małgorzata Kulbaczewska-Figat i Maciej Wiśniowski (strajk.eu) rozmawiają z Rijadem al-Malikim, ministrem spraw zagranicznych Palestyńskiej Władzy Narodowej – rządu Autonomii Palestyńskiej.

Premier Palestyńskiej Władzy Narodowej, czyli rządu Autonomii Palestyńskiej, powiedział, że nadchodzące lato będzie gorące – i to na wielu poziomach. Jak to rozumieć? Czy w najbliższych miesiącach możemy spodziewać się prawdziwych wstrząsów na Bliskim Wschodzie?
To „gorące lato” ma wiele znaczeń. Po pierwsze – gospodarka. Izrael znacząco zredukował kwoty z podatków, jakie przekazuje co miesiąc do dyspozycji Autonomii Palestyńskiej. Jako że odmówiliśmy w takiej sytuacji przyjęcia jakichkolwiek pieniędzy z Tel Awiwu, musieliśmy zapożyczyć się w lokalnych bankach i czasowo obciąć wypłaty pracowników budżetówki o 50 proc. Za dwa, trzy miesiące skończy się również limit pożyczek bankowych. To będzie dla nas poważny problem.
Po drugie – polityka. Stany Zjednoczone zapowiadają, że wkrótce poznamy szczegóły „układu stulecia”, ich pomysłu na rozwiązanie kwestii palestyńskiej. Spodziewamy się, że USA będzie nadal naciskać na Palestyńczyków, by zrezygnowali z walki o swoje państwo. Musimy wypracować strategię, jak na te naciski odpowiedzieć. Nie jest wykluczone, że ta konfrontacja osiągnie „gorący” poziom.
Jest też nasz wewnętrzny problem. Ciągle nie ma porozumienia między rządem na Zachodnim Brzegu a Hamasem, który rządzi w Strefie Gazy. My czyniliśmy starania, by się z nimi dogadać, by mógł powstać palestyński Rząd Jedności Narodowej. Hamas najwyraźniej nie jest tym zainteresowany. Tymczasem jesteśmy w okresie, gdy Izrael nie ma stałego rządu, tylko tymczasowy. Premier Netanjahu sądzi, że w takim czasie może sobie pozwolić absolutnie na wszystko – i nikt nie pociągnie go do odpowiedzialności.
Liczycie się z tym, że spełni swoje groźby o przyłączeniu części Zachodniego Brzegu do państwa Izrael?
Nie tylko z tym. Żeby pozyskać koalicjantów ze skrajnej prawicy, a także odebrać im elektorat, Netanjahu przydałaby się wojna. Z kim? Widzę dwie możliwości – Hezbollah w Libanie i Hamas w Gazie.

Wojna z Hezbollahem byłaby jednak bardzo ryzykowna. I kosztowna.
Zgadzam się. Ich potencjał jest w zasadzie równy izraelskiemu. Mają broń, wyposażenie wysokiej jakości. Hamas jest zdecydowanie słabszy. Więc gdyby Netanjahu naprawdę poszedł na wojnę, to z Hamasem. Z myślą o przejmowaniu ultraprawicowych wyborców może zabić część przywódców Hamasu, dokonać nowych zniszczeń infrastruktury w Gazie. Musimy mieć przygotowaną odpowiedź na taki scenariusz.

A odpowiedź na „układ stulecia”? Co zrobicie, jeśli Jared Kushner w końcu ogłosi swój plan w całości i okaże się, że nie ma tam państwa palestyńskiego ani teraz, ani w bliskiej przyszłości? Można się tego spodziewać na podstawie jego komentarzy w mediach…
Kushner mówi o swoim planie pokojowym od dwóch i pół roku. Od dwóch, trzech miesięcy zapowiada, że wkrótce go ujawni – i nie ujawnia. Mogą być dwa powodu takiego stanu rzeczy. Być może w ogóle nie ma żadnego planu. Albo plan powstał, ale nie otrzymał poparcia ze strony tych państw, na które Kushner liczył.
Jestem przekonany, że Waszyngton starał się o poparcie dla swojej koncepcji w krajach arabskich, głównie w Arabii Saudyjskiej, ale okazało się, że tam wcale nie palą się do udzielania takiego wsparcia. Więc Kushner może sobie opowiadać dziennikarzom, co chce, ale to są tylko jego prywatne pomysły.

Nie macie złych przeczuć, słysząc, jak Kushner mówi, że „ma nadzieję, że kiedyś Palestyńczycy nauczą się rządzić”? To prawie jak powiedzenie wprost: USA nie pozwoli na powstanie niepodległej Palestyny.
My to odczytujemy inaczej. Po pierwsze, kim jest ten człowiek, żeby nas oceniać? Na jakiej podstawie decyduje, czy Palestyńczycy umieją rządzić, czy nie? On nie ma pojęcia o historii, o geografii, demografii, o polityce. To, że ktoś był przedsiębiorcą w branży nieruchomości, nie znaczy, że nadaje się do rozwiązywania konfliktów międzynarodowych!
To, co mówi Kushner, to wyraz jego antypalestyńskich uprzedzeń. Nie waham się powiedzieć: jego wypowiedzi to czysty rasizm! On mówi o nas jak o podludziach. Taki człowiek powinien stanąć przed sądem, a nie być przyjmowanym przez światowych przywódców. Jared Kushner jest szkodliwy dla swojego własnego kraju. Ale równocześnie uważam, że ten człowiek, tak jak nagle się pojawił, tak w którymś momencie nagle zniknie.

Być może tak będzie. Ale na razie, sam pan o tym opowiadał, sytuacja Palestyny jest coraz gorsza. Co się stanie, jeśli jej mieszkańcy zostaną całkowicie postawieni pod ścianą? Bez perspektywy poprawy swojej sytuacji na drodze dyplomatycznej, wobec coraz bardziej agresywnej polityki Izraela?
To prawda, że w palestyńskim społeczeństwie czuje się frustrację. Ale z drugiej strony nie jest tak, by ludzie chcieli buntować się przeciwko rządowi. Oni świetnie wiedzą, kto doprowadził do obecnej sytuacji, kto naprawdę ich zawiódł. Będą obwiniać za swoje położenie Izrael, Amerykę, milczącą społeczność międzynarodową, resztę świata arabskiego – ale nie palestyńskich przywódców.
Podam prosty przykład. Kiedy Izrael przestał przekazywać nam dotychczasowe sumy z podatków i musieliśmy zapożyczyć się, żeby zapłacić urzędnikom połowę wynagrodzeń, nikt nie protestował. Ludzie wiedzą, że to nie Mahmud Abbas chce wpędzić ich z nędzę. Oczywiście, są rozczarowani, w końcu taki stan rzeczy trwa już cztery miesiące i nie wiemy, czy nie okaże się, że będą konieczne jeszcze głębsze cięcia. Ale Palestyńczycy są na tyle dojrzałym społeczeństwem, by rozumieć, że atak na swoich przywódców w tym wypadku nie pomoże w walce z prawdziwym wrogiem.

Niemniej bez wsparcia zewnętrznego Autonomię Palestyńską czekają naprawdę trudne czasy. Gdzie widzicie potencjalnych sojuszników? Liczycie na świat arabski?
W kwietniu ubiegłego roku w Az-Zahran w Arabii Saudyjskiej odbył się szczyt Ligi Państw Arabskich. Gospodarz, król Salman, który jest dziś faktycznym przywódcą świata arabskiego, wystąpił na nim i powiedział: to jest szczyt w Jerozolimie, nie w Az-Zahran. Oznajmił też, że to, co odrzucają Palestyńczycy, odrzuca również on, a to, co oni akceptują, on przyjmuje. Dla nas to było jednoznaczne przesłanie. Tym bardziej, że król Salman w podobnym duchu wypowiadał się podczas szczytu UE-Liga Państw Arabskich w lutym tego roku. I nie tylko on – wszyscy arabscy przywódcy byli jednomyślni w sprawie Palestyny. To był jednoznaczny komunikat pod adresem Europy.
Tak samo było podczas nadzwyczajnego szczytu Ligi Państw Arabskich w Mekce kilkanaście dni temu. Wszystkie państwa arabskie poparły tam rezolucję w sprawie palestyńskiej. Mogę więc powiedzieć z pewnością: mamy ich wsparcie. Ich stanowisko się nie zmieniło.

Ale czy te gesty naprawdę mają znaczenie? Światu zachodniemu bardzo łatwo przychodzi ich ignorowanie. Skoro Palestyna ma takie poparcie, dlaczego nic nie zmienia się tam na lepsze?
Nie mamy armii, żeby wypowiedzieć wojnę tym, którzy codziennie nas krzywdzą. Musimy bazować na naszej wytrwałości, gotowości do stawiania oporu, miłości, jaką żywimy do naszej ziemi. Tego nam nikt nie odbierze.
Tak, nie możemy równać się ani ze Stanami Zjednoczonymi, ani z Izraelem. Ale jest nas 6,8 mln – 1,8 mln w Izraelu i 5 mln w Gazie oraz na Zachodnim Brzegu. Rząd Izraela może robić, co chce, ale ci ludzie nigdzie stamtąd nie wyjadą. Mogą nas zamykać, szykanować, odcinać nam prąd i wodę, ale my zostaniemy. Nie powtórzymy już roku 1948, kiedy ludzie uciekali ze swoich domów, ani roku 1967, kiedy część Palestyńczyków wyjechała.
Ich, izraelskich Żydów, też jest dokładnie 6,8 mln. Wnioski z tego są dość jasne. Nasza słabość może być też naszą siłą.

UE nie poszła na pasku

Kwestia irańska nie przestaje dzielić krajów Unii i Stanów Zjednoczonych. Podczas gdy Amerykanie i zaraz po nich Brytyjczycy orzekli, że to Iran jest winien ataku na dwa tankowce w zeszłym tygodniu, ministrowie spraw zagranicznych Unii zebrani w Luksemburgu przyjęli stanowisko wybrane przez ONZ: potrzebne jest najpierw śledztwo, potem wyrok.

W sprawie Iranu kraje Unii dały się nabrać amerykańskiej dyplomacji na początku tego roku: uznały mianowanego przez Waszyngton „prezydenta” Wenezueli, za co spodziewały się wyjątkowego zezwolenia na handel z Iranem, mimo amerykańskich sankcji nałożonych na ten kraj i na wszystkich, którzy zechcą z nim handlować. Bardzo szybko, już w lutym okazało się jednak, że USA nałożą sankcje również na kraje europejskie, gdyby chciały prowadzić wymianę z Iranem. Waszyngton jest niezadowolony, że kraje Unii próbowały ratować zerwane jednostronnie przez USA porozumienie atomowe z Teheranem, które tak nie podobało się Izraelowi.
Unia, wykiwana w kwestii Wenezueli, tym razem stanęła okoniem: amerykańsko-brytyjskie doniesienia, jakoby to Iran ostrzelał dwa tankowce, nie są jej zdaniem przekonujące. „Głównym zadaniem ministrów spraw zagranicznych jest uniknięcie wojny” – mówił szef luksemburskiej dyplomacji Jean Asselborn.
Niemiecki minister spraw zagranicznych Heiko Maas nadał ton zwracając uwagę, że na razie brak dowodów, że to Irańczycy zaatakowali tankowce: „Musimy być ostrożni, zbieramy informacje”. Wtórował mu austriacki minister Alexander Schallenberg: „Niebezpieczeństwo polega na tym, że chodzi o igranie z ogniem, a na koniec wszyscy będą przegrani.” Wyłowiony jakoby z wody irański paszport – w domyśle: zgubiony przez irańskiego terrorystę, który „przezornie” zabrał go ze sobą na akcję – europejskich dyplomatów nie przekonał do „jedynie słusznej” wersji ogłoszonej przez Waszyngton przy wtórze Londynu, Tel Awiwu i Rijadu.
Czwartkowy atak na tankowce do tej pory nie został wyjaśniony. Arabia Saudyjska i Izrael twierdzą, że to Iran, lecz ci amerykańscy sojusznicy od dawna prą do wojny przeciw Teheranowi.

Tel Awiw nie Moskwa?

Komisja wywiadu amerykańskiego Senatu postanowiła zająć się podejrzeniem udziału państwa żydowskiego w nielegalnym wpływie na wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych. Podobno człowiekiem, który dużo o tym wie, jest Walter Soriano, szef londyńskiej, prywatnej spółki bezpieczeństwa USG Security – zaproszony na rozmowę w Waszyngtonie. Raczej nie będzie z tego nic głośnego.

Do tej pory senatorzy nie interesowali się rolą Izraela w śledztwie na temat wyborczych ingerencji zagranicznych. Właściwie miałoby chodzić o prywatne izraelskie spółki informatyczno-wywiadowcze. W zeszłym miesiącu odkryto, kto prowadził skoordynowane dostarczanie dezinformacji podczas wyborów w kilku krajach afrykańskich: izraelska spółka Archimedes Group spod Tel-Awiwu. Niektóre prywatne izraelskie spółki bezpieczeństwa służą izraelskiemu rządowi. Senat USA chce przyjrzeć się „kwestiom technicznym”.
Na początku roku znany lewicowy intelektualista amerykański Noam Chomsky powiedział, że „izraelska ingerencja w amerykańskie wybory przekracza wszystko, co kiedykolwiek mogli zrobić Rosjanie”, lecz przewiduje się, że śledztwo nie pójdzie w tym kierunku. Izrael tymczasem pragnie pozbyć się negatywnego wizerunku na świecie poprzez masową rekrutację użytkowników internetu, którzy będą publicznie popierać rząd. W Europie i na innych kontynentach sympatia dla Palestyńczyków niebezpiecznie wzrosła, od kiedy Izrael odnosi – dzięki Trumpowi – sukcesy w sprawie Jerozolimy.
Water Soriano ma renomę specjalisty od wywiadu gospodarczego, nie politycznego. W jego spółce USG Security pracują byli oficerowie FBI i Mosadu. Wzywają ją zwykle miliarderzy, kiedy muszą się czegoś koniecznie dowiedzieć o konkurencji. Jej rola w polityce ma być wyświetlona po przesłuchaniu Soriano przez Senat.

Kneset do poprawki

Największa partia Likud, zwycięzca kwietniowych wyborów, nie doszła do porozumienia z ugrupowaniem Nasz Dom Izrael. Oznacza to kryzys parlamentarny nie znany
wcześniej w dziejach Izraela. Oznacza to poważne kłopoty dla Benjamina Netanjahu. A we wrześniu kolejne wybory.

Środa była ostatecznym terminem, do kiedy dotychczasowy premier Benjamin Netanjahu musiał sformować nową koalicję rządzącą i powołać nowy gabinet. Ponieważ do tego nie doszło, Kneset podjął bezprecedensową decyzję o samorozwiązaniu. Zapadła ona stosunkiem głosów 74 do 45. Następuje to po raz pierwszy w historii Izraela i to zaledwie 7 tygodni po ostatnich wyborach, do których również doszło w wyniku kryzysu rządowego. Kolejne zaplanowano na 17 września.
Partia premiera Likud, która w kwietniu zdobyła najwięcej mandatów do parlamentu, nie zdołała porozumieć się z kluczowym z potencjalnych koalicjantów, skrajnie prawicowym ugrupowaniem Nasz Dom Izrael, któremu przewodzi były minister obrony Awigdor Lieberman. Kością niezgody była nieustępliwość Liebermana w kwestii powszechnej służby wojskowej w Izraelu, która jego zdaniem musi obejmować również ultraortodoksyjnych wyznawców judaizmu, czyli w praktyce studentów szkół religijnych. Na ten pomysł od dawna nie godzą się mniejsze partie związane z ortodoksami, które miały wchodzić w skład nowej koalicji. Ponieważ dla skrajnej prawicy postępująca militaryzacja kraju i zaostrzenie represji wobec ludności Palestyńskiej są kluczowymi hasłami politycznymi, Nasz Dom Izrael nie wahał się doprowadzić do upadku rozmów koalicyjnych.
– To wprost nie do wiary – komentował Benjamin Netanjahu cytowany przez dziennik Haaretz. Premier nie szczędził krytyki Liebermanowi, który jego zdaniem „doprowadza do upadku prawicowe rządy tylko dlatego, że chce mieć kilka głosów więcej. I tak ich nie dostanie”.
Sformowanie nowego rządu było jak najbardziej w interesie samego Netanjahu, ponieważ deputowani jego partii planowali wprowadzić ustawę, która miała go chronić przed procesem sądowym w związku z zarzutami korupcji i oszustwa finansowego. Ma wyznaczony termin przesłuchania przedprocesowego wyznaczony na październik. Politycy Likudu zapowiedzieli, że nie dopuszczą, by Netanjahu stanął przed sądem, kiedy będzie pełnił funkcję premiera. Planują wprowadzenie nowego prawa, które będzie w praktyce ograniczało możliwość odebrania mu immunitetu przez Sąd Najwyższy. Realizacja tego zamiaru nie będzie jednak możliwa, dopóki Kneset nie zacznie prowadzić normalnej pracy. W tej sytuacji Netanjahu ma zdecydowanie mniejsze szanse na to, że mu się „upiecze”
Sam „Bibi” zapowiedział tymczasem, że Likud ponownie wygra jesienne wybory.
– Wygramy my i wygra społeczeństwo – oświadczył Benjamin Netanjahu.

Po incydencie

Fakt, że incydent w Tel Awiwie został upubliczniony i skomentowany przez najwyższe osobistości w państwie świadczy, że rządzące środowiska polityczne postanowiły zagrać „kartą żydowską” w przededniu wyborów – uważa Konferencja Ambasadorów RP. Publikujemy stanowisko polskich dyplomatów w sprawie incydentu z Markiem Magierowskim z roli głównej.

Krajowe media poinformowały o incydencie, którego ofiarą miał się stać ambasador RP w Izraelu Marek Magierowski. Wg dziennikarzy został zaatakowany przez mężczyznę przy wjeździe do budynku przedstawicielstwa w Tel Awiwie. Z opisów wynika, że obywatel izraelski zachował się agresywnie, uderzając ręką w karoserię samochodu, a następnie, w reakcji na widok fotografującego zdarzenie ambasadora (!), opluł szybę oficjalnego pojazdu. Swoje oburzenie wyrazili premier Mateusz Morawiecki i prezydent Andrzej Duda; ambasador Izraela w Warszawie została wezwana do MSZ. Tyle sytuacja.
Historia dyplomacji zna wiele takich, a nawet znacznie gwałtowniejszych zdarzeń. Niemal każdy pracownik dyplomatyczny pracujący za granicą, w tym także wielu ambasadorów, doświadczyło mniej lub bardziej agresywnych zachowań ze strony mieszkańców kraju urzędowania. Wielokrotnie zdarzało się, że agresja wywoływana była wrogością do kraju, który dyplomata reprezentował. Publiczna wiedza o tych przypadkach jest jednak znikoma. Wynika to z pragmatyki nakazującej przedkładanie relacji między dwoma państwami nad osobiste poczucie krzywdy czy urażonej godności dyplomaty.
Owszem, w wewnętrznych raportach przedstawicieli Polski pojawiają się skargi na fizyczną agresję, obrazę i brak uszanowania ze strony miejscowych władz czy obywateli. To zawsze była ciemna karta uprzywilejowanego – jak się powszechnie uważa – życia dyplomatów. Nigdy jednak informacje te nie przedostawały się do publicznej wiadomości, ponieważ zagrażałyby powodzeniu ważniejszych spraw, a jednocześnie pokazywały brak profesjonalizmu skarżącego się dyplomaty. Zasada jest prosta: jeśli nie doszło do jawnej przemocy skutkującej uszczerbkiem na zdrowiu poszkodowanego, wypadek stanowi jedynie element wewnętrznej analizy poziomu bezpieczeństwa dyplomatycznego.
Fakt, że incydent w Tel Awiwie został upubliczniony i skomentowany przez najwyższe osobistości w państwie świadczy, że rządzące środowiska polityczne postanowiły zagrać „kartą żydowską” w przededniu wyborów. Podjęto decyzje o podniesieniu incydentu do rangi konfliktu z państwem, które jeszcze niedawno uznawane było za przyjazne, sojusznicze, a nawet strategiczne dla interesów Polski. Kiedy głos zabierają głowa państwa i szef rządu, wydarzenie przybiera rozmiary konfliktu międzypaństwowego. W tym cynicznym rozumowaniu polska racja stanu nie ma znaczenia. Bezcenne jest utrzymanie władzy.
Jan Barcz
Iwo Byczewski
Maria Krzysztof Byrski
Mieczysław Cieniuch
Tadeusz Diem
Paweł Dobrowolski
Grzegorz Dziemidowicz
Urszula Gacek
Maciej Klimczak
Michał Klinger
Tomasz Knothe
Maciej Kozłowski
Andrzej Krzeczunowicz
Henryk Lipszyc
Piotr Łukasiewicz
Anna Niewiadomska
Jerzy Maria Nowak
Piotr Nowina-Konopka
Agnieszka Magdziak-Miszewska
Piotr Ogrodziński
Ryszard Schnepf
Grażyna Sikorska
Andrzej Towpik
Wojciech Tomaszewski
Jan Truszczyński

Bez Palestyny

Nie ma zaskoczenia: w propozycji izraelsko-palestyńskiego traktatu pokojowego, który USA nazywają „układem stulecia”, najprawdopodobniej nie będzie choćby słowa o państwie palestyńskim.

Pisze o tym „Washington Post”: powołując się na źródła, które znają treść obecnej, jeszcze nieprzedstawionej opinii publicznej wersji propozycji porozumienia. Ostateczna wersja układu ma zostać zaprezentowana jeszcze w tym roku. Jej głównym autorem jest Jared Kushner, zięć Donalda Trumpa, który odegrał m.in. ogromną rolę w przeniesieniu ambasady amerykańskiej z Tel Awiwu do Jerozolimy i uznania tego miasta za stolicę Izraela. Jerozolima Wschodnia, w myśl wcześniejszych międzynarodowych porozumień, miała być stolicą niepodległego państwa palestyńskiego. Już po tym geście USA obserwatorzy sytuacji na Bliskim Wschodzie przestali mieć złudzenia: Waszyngton przeforsuje jednoznacznie korzystne dla Izraela rozwiązania, w ogóle nie licząc się ze stroną palestyńską.
Informacje „Washington Post” wskazują, że w porozumieniu mają znaleźć się deklaracje działań na rzecz poprawy sytuacji Palestyńczyków, ale o ich własnym, niezależnym państwie mowy nie ma. Potwierdzają to komentarze Jareda Kushnera i innych urzędników administracji Trumpa, którzy już wcześniej w okrągłych słowach sugerowali, iż w nowym planie pokojowym „państwowość nie musi być warunkiem wyjściowym”. Zamiast tego ogromny nacisk kładzie się na bezpieczeństwo jednej strony – izraelskiej.
Co zamiast państwa mieliby dostać Palestyńczycy? Według „Washington Post” – w zamian za wyrzeczenie się marzeń o państwie zaoferuje im się… „szanse rozwoju gospodarczego”, w tym prace modernizacyjne w Strefie Gazy. W dodatku najprawdopodobniej miałyby je finansować zamożne państwa arabskie znad Zatoki Perskiej.
Analitycy zajmujący się Bliskim Wschodem nie dają Trumpowi praktycznie żadnych szans na rozwiązanie konfliktu palestyńskiego, przy jego jednostronnie proizraelskim podejściu. Prawdopodobna jest jedynie dalsza realizacja przez rząd w Tel Awiwie polityki faktów dokonanych, jak sugerowanej przez Beniamina Netanjahu aneksji obszarów zajmowanych przez nielegalne osiedla na Zachodnim Brzegu.

Netanjahu zostaje

Po policzeniu blisko 98 proc. głosów oddanych wczoraj w wyborach parlamentarnych nie ma wątpliwości, że premier Benjamin Netanjahu dalej będzie kierował izraelskim rządem. Centroprawicowa koalicja Niebieskobiałych z gen. Bennym Gantzem na czele zdobyła tyle samo miejsc w parlamencie, co Likud, partia Netanjahu, ale pozostaje zbyt osamotniona, by móc przejąć władzę. Przyszła koalicja rządowa będzie miała ultranacjonalistyczny i rasistowski profil polityczny, co zapewni trwanie apartheidu i nielegalnej okupacji ziem palestyńskich.

Oba czołowe ugrupowania – Likud i Niebieskobiali – zdobyły po 35 miejsc w 120 osobowym Knesecie, lecz to przyszła koalicja wokół Likudu zapewni sobie większość ok. 65 posłów, dzięki udziałowi partii religijnych i faszyzujących. Partia Nasz Dom Izrael byłego ministra obrony Awigdora Liebermana dostała się do parlamentu i już wybrała współrządzenie z Likudem, mimo że wcześniej rząd opuściła. Partie religijne – zarówno sefardyjska, jak i aszkenazyjska – zdobyły razem 16 miejsc, do tego dochodzą neonaziści z Unii Partii Prawicy i to wystarczy: większość Izraelczyków głosowała na skrajną prawicę.
Wzruszony i radosny premier Netanjahu ogłosił swe zwycięstwo na kilka godzin przed ogłoszeniem pierwszych rezultatów: ten wynik pozwoli mu pobić izraelski rekord długości premierowania, jeśli jego kłopoty z policją i oskarżeniami prokuratury o malwersacje finansowe, korupcję i oszustwa polityczne nie przerwą jego kolejnej kadencji. W czasie kampanii wyborczej Netanjahu forsował obraz polityka mającego świetne kontakty międzynarodowe, w czym pomogli mu prezydenci USA Donald Trump i Rosji Władimir Putin – przyjmując go z pompą przed samym głosowaniem.
Wśród partii syjonistycznych, lewica będzie reprezentowana tylko przez Merec Tamar Zandberg. Będzie mieć czterech posłów. Partie izraelskich Palestyńczyków – jedyne niesyjonistyczne ugrupowania w Knesecie – zdobyły razem 10 miejsc. Ich udział w pracach parlamentu pozostanie w zasadzie jedynie symboliczny. Palestyńczycy z terytoriów okupowanych i kolonizowanych przez Izrael oczywiście nie mieli prawa głosu.
Władze Autonomii Palestyńskiej, zarządzającej kilkoma kawałkami ziemi palestyńskiej o statusie bantustanów, są załamane wynikiem wyborów, gdyż oznaczają one ostateczne pożegnanie z wizją państwa palestyńskiego, usytuowanego obok żydowskiego. Premier Netanjahu, pewien bezwarunkowego poparcia Stanów Zjednoczonych, ogłosił zresztą zamiar nielegalnej aneksji ziem okupowanych.

Izrael głosował

Wtorek 9 kwietnia to dzień głosowania powszechnego w Izraelu i rozstrzygnięcia, jaka formacja polityczna będzie rządzić: skrajna prawica Beniamina Netanjahu czy centroprawica gen. Benny’ego Gantza.

O 120 miejsc w Knesecie ubiega się 46 ugrupowań, w większości prawicowych i nacjonalistycznych. Bez względu jednak na to kto wygra, kolonialny reżim apartheidu zostanie utrzymany. Gwałtowna kampania wyborcza w Izraelu zakończyła się „rzutem na taśmę” premiera Netanjahu, który podobnie jak cztery lata temu, w ostatniej chwili ogłosił, że jest gotów oficjalnie przyłączyć do Izraela kolonie żydowskie na okupowanych ziemiach palestyńskich (na Zachodnim Brzegu Jordanu). Wszystkie te kolonie są nielegalne według prawa międzynarodowego. Taki gest pogrzebałby ostatecznie wizję państwa palestyńskiego.
Według ostatnich sondaży, dwie główne siły polityczne – partia Likud premiera Netanjahu i koalicja Niebieskobiałych gen. Gantza – idą łeb w łeb. Obie będą mieć po ok. 30 posłów, czyli do większości (61 na 120) mają daleko i będą musiały połączyć się z innymi ugrupowaniami, by rządzić. Projekcje sondażowe wskazują, że łatwiej będzie skonstruować koalicję rządzącą Netanjahu, gdyż bez problemu akceptuje on partie rasistowskie i neonazistowskie. Podobnie jak one, Netanjahu nazywa syjonistyczną centroprawicę Niebieskobiałych (od kolorów flagi izraelskiej) „niebezpiecznymi lewakami”.
Gen. Gantz, który jej przewodzi, polemizował do ostatniej chwili: „To nie prawica jest w niebezpieczeństwie, tylko Netanjahu, to wszystko” – mówił w radiu. „Ten kraj potrzebuje zmiany” – podkreślał i zwracał uwagę na liczne afery korupcyjne i oszustwa polityczne, które mogą doprowadzić do upadku szefa Likudu.
Eksperci ostrzegają przed zbyt pośpiesznymi wnioskami z wyników sondaży. Duża część wyborców pozostaje niezdecydowana. Ponadto partie religijne, tradycyjni alianci Netanjahu, mogą tym razem nie przekroczyć progu wyborczego (3,25 proc.).
W wyborach brały też udział partie Palestyńczyków, którzy mimo Nakby pozostali w Izraelu i stanowią dziś ok. 18 proc. mniejszość. W Knesecie będą tradycyjnie izolowane. Na palestyńskich afiszach wyborczych wielokrotnie nieznani sprawcy dopisywali rasistowskie groźby.

Rocznica Powrotu

Mimo rzęsistego deszczu, dziesiątki tysięcy mieszkańców zamkniętej Strefy Gazy wzięły udział w rocznicowej manifestacji pod granicą z Izraelem, który rozlokował tam tysiące żołnierzy, dziesiątki snajperów, drony, czołgi i artylerię. Izraelczycy zabili co najmniej cztery osoby i ranili kilkaset.

Palestyńczycy z Gazy od roku manifestują przeciw blokadzie swej enklawy trwającej już ponad 10 lat i na rzecz prawa powrotu na swoją ziemię, z której zostali wygnani w wyniku Nakby – żydowskiej czystki etnicznej z 1948 r. W ciągu tego roku izraelskie wojsko zabiło blisko 270 osób, w tym kobiety i dzieci, i raniło kilkadziesiąt tysięcy. Tysiące ludzi zostało okaleczonych do końca życia.
Wczoraj większość manifestantów pozostawała poza zasięgiem snajperów, jednak małe grupki młodzieży podchodziły do bariery granicznej na odległość kilkudziesięciu metrów, by próbować rzucać kamieniami w izraelskich strzelców i zaraz się wycofać. Izraelczykom udało się jednak zastrzelić na miejscu trzech siedemnastolatków i jednego dwudziestolatka nie ponosząc żadnych strat.
Po manifestacji czołgi i artyleria otworzyły ogień w kierunku środkowej części enklawy i na wschód od miasta Gaza. Według izraelskiego wojska, była to riposta na pięć palestyńskich „rakiet” własnej roboty wystrzelonych w kierunku Izraela, z których żadna nie zdołała doń dolecieć.
ONZ i międzynarodowe organizacje praw człowieka oskarżają kolonialne państwo żydowskie o nieproporcjonalne użycie siły i zbrodnie wojenne w Strefie Gazy, podczas gdy Izrael twierdzi, że broni jedynie swej granicy.