Donald Trump podpisał w środę wieczorem w Wersalu memorandum z Iranem. Stany Zjednoczone rozpoczęły wojnę pod hasłem zatrzymania irańskiego programu nuklearnego i osłabienia pozycji Teheranu w regionie. Po kilku miesiącach walk zaakceptowały dokument przewidujący otwarcie Cieśniny Ormuz, rozmowy o sankcjach, plan odbudowy Iranu wart co najmniej 300 mld dolarów i wygaszenie działań wojennych także w Libanie.
Trump będzie przedstawiał memorandum jako sukces własnej dyplomacji. Można nawet ironizować, że to kolejna zakończona przez niego wojna. Fakty są jednak mniej wygodne dla Białego Domu. Iran przetrwał amerykańską presję, nie przyjął twardych ograniczeń nuklearnych, zachował regionalne karty nacisku i doprowadził Waszyngton do rozmów na warunkach dalekich od pierwotnych celów USA.
Teheran zatwierdził memorandum zdalnie, a podpisanie potwierdził pakistański premier Shehbaz Sharif. Formalne rozmowy techniczne mają rozpocząć się w piątek w Szwajcarii. Amerykański prezydent parafował dokument po zakończeniu szczytu G7 w Évian i przed kolacją w Wersalu, bez zapowiadanej wcześniej ceremonii politycznej nad szwajcarskim jeziorem.
Ormuz jako karta nacisku
Pierwszy skutek porozumienia ma być natychmiastowy. Iran ma ponownie otworzyć Cieśninę Ormuz, a Stany Zjednoczone znieść blokadę morską. Przez ten szlak przechodzi około jednej piątej światowego transportu ropy. Sam fakt, że przepływ przez cieśninę znalazł się wśród pierwszych punktów memorandum, ponownie pokazuje, gdzie znajdowała się realna dźwignia nacisku.
Dokument uruchamia 60-dniową fazę rozmów technicznych. Strony mogą ją przedłużyć za obopólną zgodą. Dla Iranu to wygodny mechanizm. Najtrudniejsze kwestie zostaną przeniesione z poziomu politycznych deklaracji do rozmów eksperckich, gdzie łatwiej grać czasem, szczegółami i procedurą.
Iran zobowiązuje się do zapewnienia bezpiecznego przepływu statków handlowych przez okres negocjacji. Dalsze zasady mają być przedmiotem rozmów z Omanem i państwami Zatoki Perskiej. Teheran nie oddaje więc instrumentu, który zmusił Waszyngton do zmiany tonu.
Uran zostaje na stole
Najważniejszy spór dotyczy programu nuklearnego. Waszyngton uzasadniał wojnę zagrożeniem irańską bronią jądrową, ale w memorandum nie uzyskał gwarancji rozbrojeniowych, których oczekiwał. Iran zobowiązuje się jedynie, że nigdy nie będzie produkował ani nabywał takiej broni. Teheran deklarował to także przed wojną. Pytanie o sens całej operacji wraca więc ze zdwojoną siłą.
Sprawa zapasów wzbogaconego uranu została odsunięta na później. USA i Iran mają dopiero uzgodnić mechanizm ich eliminacji. Minimalnym wariantem ma być rozcieńczanie uranu na miejscu pod nadzorem Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. Kluczowy punkt konfliktu nie został rozstrzygnięty w samym dokumencie.
O porażce Waszyngtonu mówi także lista spraw pominiętych. Memorandum nie ogranicza irańskiego programu rakiet balistycznych. Nie rozlicza proirańskich grup zbrojnych w regionie, w tym Hezbollahu, milicji w Iraku i Hutich w Jemenie. Nie ustanawia też trwałego modelu zarządzania Cieśniną Ormuz po zakończeniu obecnej fazy rozmów.
Ropa, pieniądze i Liban
Najdalej idą zapisy gospodarcze. Memorandum przewiduje plan odbudowy i rozwoju Iranu z finansowaniem na poziomie co najmniej 300 mld dolarów. Mają go przygotować Stany Zjednoczone i ich partnerzy regionalni, przede wszystkim państwa Zatoki Perskiej.
Trump publicznie zaprzecza, że USA będą płacić za irańską odbudowę. To wygodne politycznie, ale nie zmienia sensu zapisu. Nie musi chodzić o bezpośredni przelew z Departamentu Skarbu. Chodzi o amerykańską zgodę na program finansowy dla państwa, które miało zostać zmuszone do ustępstw, a wychodzi z wojny z perspektywą rozmów o pieniądzach.
Teheran ma także odzyskać część dochodów z eksportu ropy. Memorandum zakłada sankcyjne zwolnienia dla sprzedaży surowca oraz odblokowanie części zamrożonych środków Islamskiej Republiki. Narzędzia, które miały dusić Iran, stają się elementem pakietu negocjacyjnego.
Osobny ciężar ma zapis o Libanie. Memorandum mówi o „natychmiastowym i ostatecznym zakończeniu wojny na wszystkich frontach, w tym w Libanie”. To punkt najtrudniejszy do wykonania, bo Izrael nie był formalną stroną rozmów USA z Iranem i nie uznał publicznie, że traktuje libański warunek jako własne zobowiązanie.
Według zachodnich relacji porozumienie zostało domknięte bez pełnej izraelskiej kontroli nad jego treścią. Rząd Benjamina Netanjahu sygnalizował, że zachowa swobodę działania przeciw Hezbollahowi. Oznacza to, że po podpisaniu memorandum spór nie znika, lecz przechodzi na relacje między Waszyngtonem a Tel Awiwem.
Stany Zjednoczone mają tu jednak realne instrumenty nacisku: wsparcie wojskowe, osłonę dyplomatyczną, współpracę wywiadowczą i polityczny parasol. Bez nich izraelska swoboda działania byłaby znacznie mniejsza. Pytanie brzmi więc nie, czy Trump może naciskać na Netanjahu, lecz czy będzie chciał wymusić koniec bombardowań, które uderzają także w ludność cywilną.
Dla Teheranu sam fakt wpisania Libanu do memorandum jest sukcesem. Irańskie władze od lat mówią o jedności frontów w regionie i wspierają sieć sojuszników od Libanu po Jemen. Rozmowy z USA objęły więc nie tylko Ormuz, sankcje i ropę, lecz także regionalny układ sił. Memorandum śmiało można więc nazywać kapitulacją Trumpa. Stanom Zjednoczonym nie udało się szybko złamać Iranu, wymusić jednoznacznych ustępstw nuklearnych ani narzucić własnych reguł regionalnego porządku.













