Mandat za pizzę z krewetkami nie był tylko absurdalny. Był prawnie wadliwy.
Państwo ukarało małego przedsiębiorcę po czynności, która nie służyła do tego, za co go ukarano. Nabycie sprawdzające to kontrolny zakup przez skarbówkę. Urzędnik przychodzi jak zwykły klient, kupuje towar albo usługę i sprawdza dwie rzeczy – czy sprzedaż trafiła na kasę i czy klient dostał paragon. Taki jest sens art. 94k ustawy o Krajowej Administracji Skarbowej.
W gdańskiej pizzerii podstawowy cel tego testu został zaliczony. Lokal nie ukrył sprzedaży i nie odmówił wydania dokumentu. Problem pojawił się dopiero przy stawce VAT. Na paragonie zastosowano 8 procent, a skarbówka uznała, że przy pizzy z krewetkami powinno być 23 procent.
Stawka VAT nie jest jednak sprawą do załatwienia zakupem kontrolnym. Jeśli urząd chce ją badać, powinien sprawdzić rozliczenia podatnika – deklaracje, dokumenty, klasyfikację sprzedaży i sposób naliczenia podatku. Dopiero w takim trybie można ustalić zaległość, wezwać do korekty rozliczenia i dopłaty podatku.
Mandat wymaga czegoś więcej niż wykrycia błędu. Trzeba wskazać konkretną podstawę z Kodeksu karnego skarbowego, winę i społeczną szkodliwość. Jeśli skarbówka próbowała oprzeć karę na art. 62 KKS, to rozciągnęła ten przepis poza jego sens. Nie jest on furtką do karania za każdą pomyłkę w stawce VAT na paragonie. Ale nawet gdyby ktoś próbował bronić tej decyzji formalnie, problem nie znika. Przy kilku złotych różnicy chore jest traktowanie właściciela lokalu jak człowieka, który zbudował biznes na zaniżaniu VAT od pizzy z krewetkami. Tu nie chodziło o luksusową kolację, tylko o zwykłą pizzę z kilkoma krewetkami. Przez taki dodatek całe danie wpada jednak w wyższą stawkę, bo politycy uznali, że owoce morza trzeba podatkowo traktować jak luksus. W efekcie właściciel lokalu ma nie tylko piec pizzę, płacić ludziom i obsługiwać klientów, ale też zawsze pamiętać, który składnik zwykłego dania zmienia je w podatkową pułapkę.
Największy szum wywołały jednak słowa Krzysztofa Stanowskiego, który komentując tę sprawę i inne podobne przykłady urzędniczej bezkarności, przeszedł do ostrej tyrady o odpowiedzialności funkcjonariuszy państwa. Mówił o publicznym upokorzeniu urzędniczki, o rozebraniu jej i przywiązaniu do słupa. To język skandaliczny. Po tych słowach Izba Administracji Skarbowej w Gdańsku skierowała zawiadomienie do prokuratury. Państwo bardzo szybko stanęło więc w obronie urzędniczki. Znacznie mniej energii widać przy pytaniu, kto odpowiada za krzywdę wyrządzoną przedsiębiorcy.
Nikt rozsądny nie powinien chyba twierdzić, że była to realna zapowiedź wymierzenia komukolwiek kary. Stanowski opisał karę dla urzędniczki w sposób skrajnie nieproporcjonalny, tak jak wcześniej urzędniczka ukarała małego przedsiębiorcę. Oboje przesadzili. Różnica polega na tym, że jedna przesada była słowna, a druga miała postać realnego mandatu.
Przedsiębiorca płaci od razu i dopiero potem, ewentualnie, walczy o swoje. Traci czas, nerwy i pieniądze. Urząd może zasłonić się procedurami. Odpowiedzialność konkretnej osoby za wadliwą decyzję rozmywa się w kolejnych formalnościach.
Ilu drobnych przedsiębiorców zapłaciło, bo uznali, że taniej jest przyjąć mandat, niż walczyć z państwem? Ilu machnęło ręką, choć miało rację? Ilu nie miało pieniędzy na prawnika, czasu na spór i siły na tłumaczenie urzędowi rzeczy oczywistych? A ilu przy wyższych karach mogło wpaść w spiralę odwołań, odsetek, egzekucji i komornika tylko dlatego, że aparat państwa znalazł sobie łatwy cel?
Tu zaczyna się asymetria w sprawności działania państwa. Przy pizzy wszystko poszło od razu. Przy większych pieniądzach sprawa wygląda inaczej. Gdy pojawiają się podejrzenia fikcyjnych dyżurów lekarzy, milionowych wynagrodzeń z publicznych środków, stanowisk rozdawanych po znajomości albo korporacyjnych sztuczek podatkowych, państwo przypomina sobie o ostrożności. Trwają kontrole. Sprawa jest badana. Nikt niczego nie przesądza. A gdy robi się zbyt głośno, najczęściej mamy do czynienia z ruchem pozornym – takim, który ma uciszyć społeczeństwo, nie usunąć patologię.
Bo większym wolno więcej. Szczególnie wtedy, gdy mają kancelarie, wpływy, znajomości, albo odpowiednie zaplecze partyjne.
Miało być państwo skuteczne. Wyszło państwo bezlitosne wobec krewetki i bezradne wobec prawdziwych patologii.











