Dawid Kacprzyk, radny Ursusa związany z Koalicją Obywatelską i lekarz Warszawskiego Szpitala Południowego, zrezygnował z członkostwa w partii po publikacjach o swoich zarobkach i czasie pracy. Marcin Kierwiński poinformował, że przyjął jego rezygnację.
Kacprzyk jest lekarzem w trakcie specjalizacji z anestezjologii i intensywnej terapii. W Szpitalu Południowym pełnił funkcję koordynatora Szpitalnego Oddziału Ratunkowego. Z jego oświadczenia majątkowego wynika, że w 2025 roku osiągnął ponad 1,6 mln zł dochodu z działalności lekarskiej.
Według ustaleń Patryka Słowika opublikowanych w Kanale Zero Kacprzyk miał przepracować w samym Szpitalu Południowym 3976 godzin w 2025 roku. Daje to średnio 331 godzin miesięcznie, czyli prawie 11 godzin dziennie, także przy wliczeniu niedziel i świąt. Z dokumentacji, do której dotarł dziennikarz, wynika też, że lekarz miał często pracować po trzy doby z rzędu, bez przerwy. Chciałoby się napisać: „tytan pracy”. Tyle że dalej zaczyna się część znacznie mniej heroiczna.
Kanał Zero opisał bowiem konkretne daty, w których lekarz miał figurować w grafikach dyżurów, a równocześnie pojawiać się poza placówką. Chodziło m.in. o występ w TVP3 Warszawa, spotkanie z Małgorzatą Kidawą-Błońską i aktywność w radzie dzielnicy.
Lekarz miał więc jednocześnie dyżurować, działać samorządowo, występować publicznie i pracować także w innych placówkach medycznych. To przesuwa sprawę z poziomu wysokich zarobków na pytanie o realną kontrolę grafików i obecności w szpitalu. Bo przecież nie ma chyba brata bliźniaka?
Radni Ursusa cytowani przez Interię nie ukrywali zdziwienia. Z ich relacji wynika, że Kacprzyk był aktywny w radzie dzielnicy i nie sprawiał wrażenia osoby skrajnie wyczerpanej dyżurami. Jeden z rozmówców stwierdził ironicznie, że „nie wyglądał jak minister Szumowski w pandemii”.
Ratusz gasi pożar
Warszawski ratusz zapowiedział kontrolę. Rafał Trzaskowski polecił pilny audyt w Szpitalu Południowym oraz sprawdzenie SOR-ów w szpitalach Praskim, Czerniakowskim, Wolskim i Bielańskim. Wiceprezydentka Renata Kaznowska stwierdziła, że tak wysokie zarobki lekarzy w publicznym systemie są skandaliczne, choć nie są jednostkowym przypadkiem.
Tyle że na tym etapie brzmi to już jak gaszenie pożaru benzyną. Polityczne i organizacyjne szambo zdążyło się wylać, a kontrole mają dopiero odpowiedzieć na pytania, które ktoś powinien był zadać znacznie wcześniej.
Narodowy Fundusz Zdrowia ma sprawdzić m.in. obsadę lekarską na SOR i spełnianie wymogów kontraktowych. Osobny wątek prowadzi Naczelna Izba Lekarska. Rzecznik NIL Jakub Kosikowski przekazał, że złożono zawiadomienie do pionu odpowiedzialności zawodowej w związku z podejrzeniem opuszczenia dyżuru.
Teraz chodzi już nie tylko o to, ile dyżurów mógł opuścić jeden lekarz. Pytanie brzmi, jak długo trwało to dojenie publicznej kasy, kto je widział i ilu podobnych cwaniaków mieści się jeszcze w systemie ochrony zdrowia. Chyba że naprawdę mamy do czynienia z medyczną innowacją i jedynym takim człowiekiem roztrojonym niczym Trójca Święta.
Jeśli potwierdzi się, że publiczny szpital płacił za dyżury niewykonane albo tylko częściowo wykonane, sprawą powinien zająć się prokurator, a nienależnie wypłacone pieniądze powinny zostać odzyskane. Nie chodzi przecież o prywatny folwark, tylko o publiczny szpital i środki, których w ochronie zdrowia podobno stale brakuje.
Odejście z KO to klasyczny partyjny damage control. Nie odpowiada na pytania o nadzór i odpowiedzialność osób, które dopuściły do takiego modelu pracy w publicznej placówce.
Jak podaje Kanał Zero, dyrektorką Szpitala Południowego jest Anna Łukasik, była wiceminister zdrowia w rządzie PO-PSL. To oczywiście jeszcze nie dowód osobistej odpowiedzialności. Ale jak to miało być? Byle PiS nie rządził?












