Donald Trump mówił w Waszyngtonie o 250 latach od ogłoszenia Deklaracji Niepodległości. Zaczął od ojców założycieli, wojennych zwycięstw, astronautów i amerykańskiej wyjątkowości. Potem przeszedł do straszenia „komunistami”, własnych procesów i zmian w prawie wyborczym przed listopadowymi wyborami do Kongresu.
Przemówienie odbyło się późnym wieczorem 4 lipca, po burzy, która opóźniła uroczystości w stolicy USA i zmusiła część uczestników do opuszczenia terenu obchodów. Trump wystąpił na National Mall, reprezentacyjnej osi Waszyngtonu między Kapitolem a Memoriałem Lincolna, z Pomnikiem Waszyngtona pośrodku. To miejsce inauguracji prezydenckich, wielkich demonstracji i państwowych uroczystości. W sobotę było sceną jubileuszu amerykańskiej niepodległości.
Prezydent rozpoczął od pochwały Stanów Zjednoczonych. „Przez 250 lat Ameryka była nadzieją, światłem i chwałą wśród narodów świata” – mówił. Wspominał George’a Washingtona, Abrahama Lincolna, Davida Crocketta i Buffalo Billa. Na scenę zaproszono weteranów, w tym ponadstuletnich uczestników walk z czasów II wojny światowej, oraz astronautów misji Artemis II.
Przy fragmencie o równości wobec prawa zapisanej w Deklaracji Niepodległości Trump dodał, że „nie do końca” dotyczyła ona jego samego. Nawiązał do spraw, które ciągnęły się za nim przed powrotem do Białego Domu. W maju 2024 roku został pierwszym byłym prezydentem USA skazanym w procesie karnym, gdy ława przysięgłych w Nowym Jorku uznała go za winnego fałszowania dokumentacji biznesowej we wszystkich 34 punktach aktu oskarżenia w sprawie zapłaty za milczenie Stormy Daniels. Wcześniej mierzył się łącznie z czterema postępowaniami karnymi, obejmującymi sprawę nowojorską, dokumenty niejawne, próbę odwrócenia wyniku wyborów w 2020 roku i naciski wyborcze w Georgii.
Później przyszedł fragment o „komunistycznym” zagrożeniu. „Nie chcemy komunistów w naszym kraju. To nigdy nie działało i nigdy nie zadziała” – powiedział Trump. W innym miejscu porównał takie zagrożenie do raka. „Trzeba to wyciąć i trzeba to wyciąć szybko” – mówił. Słowa padły po serii zwycięstw progresywnych kandydatów w demokratycznych prawyborach. W Nowym Jorku trzech kandydatów popieranych przez burmistrza Zohrana Mamdaniego wygrało wyścigi do Izby Reprezentantów, a dwoje z nich określa się jako demokratyczni socjaliści.
Dzień wcześniej, pod Mount Rushmore, Trump również mówił o „komunistycznym zagrożeniu” i łączył je z lewym skrzydłem Partii Demokratycznej. W Waszyngtonie powtórzył ten sam podział. Po jednej stronie stawiał patriotów, po drugiej radykałów, socjalistów i „komunistów”. Republikanie wchodzą w kampanię przed wyborami do Kongresu, w których będą bronić większości, a lokalne zwycięstwa lewicy szybko stały się dla Trumpa ogólnokrajowym straszakiem.
W dalszej części przemówienia Trump przeszedł do gospodarki. Chwalił się wzrostami na Wall Street i mówił o bilionach dolarów inwestycji, które jego polityka miała przyciągnąć do Stanów Zjednoczonych. Wspominał amerykańskie zwycięstwa militarne, lot braci Wright, lądowanie na Księżycu i własne decyzje wobec Iranu. Kilkadziesiąt minut później nad Waszyngtonem rozbłysły fajerwerki.
Pod koniec prezydent wezwał Kongres do przyjęcia SAVE America Act. Projekt zaostrza zasady rejestracji wyborców w wyborach federalnych. Osoba zapisująca się do głosowania musiałaby przedstawić dokument potwierdzający obywatelstwo USA, a stany miałyby obowiązek sprawdzania list wyborców i usuwania z nich osób nieuprawnionych. Administracja Trumpa chce też ograniczyć głosowanie korespondencyjne do wyjątków obejmujących między innymi chorobę, niepełnosprawność, służbę wojskową i podróż.
„Nie będzie głosowania korespondencyjnego, poza chorobą, niepełnosprawnością, służbą wojskową albo podróżą” – powiedział Trump. Dodał, że wtedy „nie będzie już oszustw wyborczych”. Do tej tezy wraca od porażki w 2020 roku, choć zarzuty o masowe fałszerstwa nie zostały potwierdzone.
Opowieść o „skradzionych wyborach” była jednym z paliw wydarzeń z 6 stycznia 2021 roku. Tego dnia zwolennicy Trumpa zaatakowali Kapitol, gdy Kongres zatwierdzał zwycięstwo Joe Bidena. Obrady przerwano, parlamentarzystów ewakuowano, a budynek, jeden z symboli amerykańskiej demokracji, został na kilka godzin zajęty przez tłum. W sobotę Trump znów mówił o oszustwach wyborczych, tym razem podczas obchodów niepodległości i przed kolejnym głosowaniem do Kongresu.












