Polska chce leczyć pacjentów metodami znanymi z systemów o większych budżetach zdrowotnych. I tak powinno być. Chory nie ma dostawać gorszej diagnostyki, słabszego implantu albo starszej metody tylko dlatego, że NFZ jest słabszym płatnikiem niż kasa w Niemczech czy Francji. Z tego nie wynika jednak, że każde badanie, każdy zakup i każda nowa metoda mają być finansowane tak, jakby samo słowo „nowoczesne” kończyło rozmowę.
OECD podaje, że Polska wydaje na zdrowie 8,1 proc. PKB przy średniej OECD 9,3 proc. Wydatki na mieszkańca wynoszą 4284 dolary wobec 5967 dolarów średnio w OECD. To nie są liczby przeciwko pacjentom. To liczby przeciwko marnowaniu pieniędzy. System, który ma mniej środków, nie może beztrosko płacić za powtórzone badania, źle ustawione wyceny, nietrafione zakupy sprzętu i umowy, po których przez lata trzeba osobno płacić za serwis, części i aktualizacje.
W rachunku za leczenie coraz więcej jest pozycji, których pacjent nawet nie widzi. Aparatura, implanty, materiały jednorazowe, licencje, oprogramowanie, przeglądy, części zamienne, szkolenia i serwis. Sprzęt kupuje się raz, ale płaci się za niego latami. Szpital może mieć nowoczesne urządzenie, a potem przez długi czas być przywiązany do kosztów napraw, aktualizacji i materiałów potrzebnych do każdego kolejnego użycia.
To nie jest argument przeciwko technologii. Nowoczesna metoda może skrócić hospitalizację, zmniejszyć liczbę powikłań i szybciej postawić człowieka na nogi. Ale opis z folderu producenta nie wystarczy, żeby płacić publicznymi pieniędzmi. Tak samo wpisanie procedury do rozliczenia nie znaczy jeszcze, że pacjent został dobrze leczony. Państwo powinno wiedzieć, komu dana metoda naprawdę pomaga, co zmienia w terapii i ile kosztuje po doliczeniu całego zaplecza.
Najprościej widać to przy diagnostyce. Tomografia, rezonans, gastroskopia i kolonoskopia są potrzebne. Bez nich nie ma poważnej medycyny. Problem zaczyna się wtedy, gdy system płaci za wykonane badanie, ale za słabo pilnuje, czy skierowanie miało sens, opis był dobrej jakości, a wynik zmienił dalsze leczenie. Pacjent z bólem pleców czasem powinien trafić na rezonans od razu. Czasem powinien najpierw przejść badanie lekarskie, leczenie zachowawcze, fizjoterapię albo prostszą diagnostykę. To nie jest odbieranie nowoczesnej medycyny. To jest jej uporządkowanie.
Kontrole NFZ przy rezonansach kręgosłupa pokazały, jak działa system bez takiego porządku. Wśród 12 tys. kontrolowanych badań wskazano ponad 8,2 tys. przypadków, w których pacjentom wykonywano kilka badań w bliskich terminach, choć diagnostyka kilku obszarów co do zasady powinna być objęta jednym badaniem. Tak nie działa system, który widzi pacjenta. Tak działa system, który pozwala mnożyć pozycje do zapłaty. Faktura nie mnoży się sama. Ktoś ją wystawia, ktoś przyjmuje, ktoś zatwierdza, a na końcu płaci za to publiczny pieniądz.
Fundusz może odpowiedzieć po księgowemu i zapłacić mniej za badania ponad kontrakt. Tylko że od niższej stawki państwo nie zacznie widzieć, które badanie było naprawdę potrzebne. Nie zobaczy, które zrobiono za wcześnie, które trzeba było powtórzyć przez złą jakość, a które rozbito na kilka rachunków, bo tak było wygodniej. Tego nie załatwia cięcie. Tego wymaga standard kierowania na badania, kontrola jakości opisów i audyt miejsc, w których diagnostyka rośnie szybciej niż sensowne decyzje kliniczne.
Drugi rachunek jest mniej widowiskowy, ale będzie rósł przez demografię. W 2023 roku publiczne finansowanie wyrobów medycznych wydawanych na zlecenie wyniosło 2,67 mld zł, a pacjentom wydano prawie 413 mln takich wyrobów. To pieluchomajtki, worki stomijne, aparaty słuchowe, wózki, ortezy i protezy. Nie wyglądają jak wielka technologia z sali operacyjnej, ale dla chorego człowieka często decydują o tym, czy może wyjść z domu, poruszać się i zachować samodzielność. Do 2060 roku liczba osób w wieku 75+ ma się w Polsce podwoić, a zapotrzebowanie na takie wyroby wzrosnąć o ponad 40 proc. Tych wydatków będzie więcej, nie mniej.
Przy takich liczbach nie wystarczy raz wpisać limitu do tabeli i uznać sprawy za załatwioną. Państwo musi regularnie przeglądać wykaz, aktualizować limity, pilnować dopłat pacjentów i sprawdzać, czy finansowane wyroby faktycznie poprawiają funkcjonowanie chorych. Inaczej wybór będzie prosty i brutalny. Albo pacjent dopłaci więcej, albo NFZ zapłaci więcej bez pewności, że robi to rozsądnie.
Skoro coraz większa część rachunku będzie dotyczyła sprzętu, wyrobów, diagnostyki, serwisu i oprogramowania, medtech przestaje być branżową ciekawostką. Polska nie wyprodukuje wszystkiego i nie powinna udawać samowystarczalności. Tam, gdzie trzeba kupować najlepsze rozwiązania z zagranicy, trzeba je kupować. Ale tam, gdzie można budować własny serwis, własne wdrożenia, własne firmy i własne zaplecze badawcze, państwo nie powinno zachowywać się jak bierny klient.
Przy dużych zakupach publicznych trzeba pytać nie tylko o cenę urządzenia. Trzeba pytać, ile będą kosztować części, przeglądy, naprawy, aktualizacje, szkolenie personelu i kolejne lata użytkowania. Najtańsza oferta na papierze może szybko przestać być najtańsza. Wystarczy, że po zakupie szpital przez lata musi wracać do tego samego dostawcy po części, naprawy i aktualizacje.
Więcej pieniędzy na zdrowie jest potrzebne. Tyle że większy budżet bez takiej kontroli najpierw zasili te miejsca, gdzie najłatwiej wystawić fakturę, wykonać badanie, sprzedać sprzęt albo dopisać usługę serwisową. Pacjent może dalej czekać, powtarzać diagnostykę, dopłacać do wyrobów i słyszeć, że pieniędzy znowu zabrakło.
NFZ nie powinien płacić za samą obietnicę nowoczesności. Ma widzieć nie tylko procedurę, ale też pacjenta, decyzję, koszt i skutek leczenia. Bez tego publiczny system będzie płacił za każdą nową ofertę, a pacjent dalej będzie słyszał, że na leczenie brakuje pieniędzy.











