Polska może pomóc Ukrainie wygrać wojnę, a mimo to przegrać walkę o porządek, który powstanie po jej zakończeniu.
Po 2022 roku polska polityka wobec Ukrainy została zdominowana przez ideologiczny entuzjazm. Każdą próbę rozmowy o polskim interesie, gospodarce czy nierozliczonej historii przedstawiano niemal jako działanie na rzecz Rosji. W tym czasie Kijów zrozumiał, że szybko nie wejdzie do NATO, a jego droga do Unii Europejskiej będzie długa, dlatego postanowił zamienić doświadczenie wojenne w trwałą przewagę polityczną. Ukraina chce zostać najsilniejszym militarnie państwem Międzymorza — krajem, który zatrzymuje Rosję i staje się niezbędny dla bezpieczeństwa Europy. W Planie Zwycięstwa pojawiła się nawet propozycja, aby po wojnie ukraińskie oddziały zastąpiły część amerykańskich kontyngentów stacjonujących w Europie.
Na drodze do tej pozycji znajduje się Polska. Jeszcze w latach 2023–2024 zachodnia prasa zwracała uwagę, że rozwijamy się gospodarczo szybciej od wielu państw Zachodu, gwałtownie rozbudowujemy armię i możemy stać się głównym państwem wschodniej flanki NATO. Byliśmy również kluczowym zapleczem wojennym Ukrainy. Ukraina próbuje więc wyjąć Polsce z ręki jej najważniejszy atut — rosnące znaczenie militarne. Rozwija bezpośrednie relacje ze Skandynawią i państwami bałtyckimi, przedstawia swoją armię jako jedyną europejską siłę posiadającą realne doświadczenie wojenne i przekonuje Zachód, że może przejąć część odpowiedzialności ponoszonej dziś przez Amerykanów. Polska nie jest w tej koncepcji głównym partnerem. Jest konkurentem, którego można wykorzystywać jako zaplecze, ale którego znaczenie należy ograniczyć, jeżeli Kijów chce sam stanąć na czele Europy Środkowo-Wschodniej.
Ukraina znalazła przy tym wygodnego patrona — Niemcy. Berlin ma kapitał, technologie, przemysł i wpływy w instytucjach Unii Europejskiej. Kijów ma doświadczenie wojenne, zasoby, rynek oraz możliwości produkcyjne, których niemiecka gospodarka może potrzebować. Powstaje układ, w którym Ukraina uzyskuje bezpośredni dostęp do najważniejszego gospodarczego centrum Unii, a Niemcy odbudowują własne znaczenie na wschodzie Europy. Jednym ze skutków tej współpracy może być osłabienie pozycji polskiej gospodarki i przeniesienie części produkcji poza Polskę. Berlin i Kijów budują relację, która pozwala im ominąć Warszawę. Polska nadal nie ma wobec tego układu równie konkretnej strategii. Zbyt długo zakładaliśmy, że skala udzielonej pomocy sama zagwarantuje nam szczególną pozycję. Tymczasem trzeba twardo egzekwować polskie interesy w sprawach bezpieczeństwa, gospodarki i historii — od praw polskich przedsiębiorców po kult UPA i ekshumacje ofiar zbrodni wołyńskiej. Pomoc napadniętemu państwu nie oznacza obowiązku akceptowania działań wymierzonych w naszą pozycję.
Prawdziwa rozgrywka rozpocznie się jednak dopiero po wojnie, kiedy zacznie się walka o odbudowę Ukrainy, nowe fabryki, energetykę, przemysł zbrojeniowy i kontrakty warte setki miliardów euro. Niemcy już ustawiają się do tej rywalizacji. Polska nadal zachowuje się tak, jakby poniesione koszty i dotychczasowe zasługi miały automatycznie przełożyć się na udział w przyszłych korzyściach. Mogą się nie przełożyć. Najgorszy scenariusz nie polega na tym, że Ukraina okaże się niewdzięczna. Polega na tym, że Polska własnymi drogami, koleją i granicą dowiezie Niemcom i Ukrainie nowy układ sił, w którym dla niej samej zabraknie miejsca.













