Paolo Sorrentino zrobił filmu o człowieku, bardzo włoski, bardzo katolicki i odrobinę humanistyczny. Ten humanizm najbardziej uwidocznił się w pokazaniu człowieka, polityka, fikcyjnego prezydenta Włoch. Katolika ale jakby trochę otwartego, cokolwiek to znaczy. Na zakończenie swojej kadencji zmierzyć się musi z kilkoma moralnymi problemami, istotnymi zwłaszcza z katolickiego punktu widzenia. Największy bo polityczny, stwarza mu ustawa o dobrej śmierci. Tej ustawy we Włoszech oczywiście nie ma, ale przepisy przyzwalające na „dobrą śmierć” wprowadziła Toskania. Nowe regulacje przewidują, że „wnioski pacjentów będą rozpatrywane w ciągu 30 dni przez komisję lekarską. Jeśli spełnią określone kryteria, służba zdrowia zapewni niezbędne leki i personel medyczny, chyba że pacjent zdecyduje się na przeprowadzenie procedury przez swojego lekarza”.
Czy na takie przepisy zgodziłby się filmowy prezydent Sorrentino? Nie wiemy, bo przezornie Sorrentino nie przedstawia treści projektu. Przedstawia tylko rozterki bohatera. Mnoży on zastrzeżenia, spotyka się z wysokimi urzędnikami kościoła. Co ciekawe zwolenniczką wejścia w życie przepisów jest jego córka, wierna współpracowniczka i asystentka. Z córkami bohater też ma problem. Jedno wyjechała za granicę, uciekając od ojca, druga poświęciło swoje prywatne życie , pracując dla niego. Koniec kariery politycznej ojca uwalania obie córki, jedną z ciążących obowiązków, drugą z budowania barier.
Oprócz tego prezydent ma podjąć decyzję o ułaskawianiu sprawców dwóch morderstw, kobiety i mężczyzny. Ma zdecydować, które z nich naprawdę kochało swojego partnera/partnerkę, zanim go zabiło. O decyzji o ułaskawieniu ma zdecydować prawdziwa miłość. „Prezydent” ma ułaskawić tego, kto kochał prawdziwie. Trzeci problem prezydenta, który zdaje się przyćmiewać pozostałe, to wiadomość o rzekomej zdradzie, jego zmarłej już żony. Nie mniej ważne niż , dlaczego do niej doszło, ważne jest z kim. Sorrentino funduje nam operę mydlaną z prawdziwymi problemami w tle. Operę, którą przeżywa skupiony na sobie człowiek, mierzący wszystkich swoją miarą. Zdrada dawano zmarłej żony jest dla niego największym problemem. Wszystko inne jest mniej istotne. Mimo wszystko ten bohater budzi współczucie. Nie jest jak innymi politycy, również politycy kościoła, amoralny, przekupny, żądnym władzy. Jest zagubiony w swoich emocjach. Tak bardzo, że odrzuca ofiarowany mu, przez scenariusz, cud ostatniej miłości.
Łaska dobrej śmierci schodzi na dalszy plan. A w rzeczywistości jest przecież coraz bardziej powszechna. Już nie tylko Holandia, Belgia, Luksemburg, Niemcy, Hiszpania, Austria i Portugalia, pozwalają na dobrą śmierć. Teraz dołączyła do nich Francja oraz włoska Toskania. Niemal cała zachodnia Europa przeszła na stronę humanizmu. Religijnego cierpienia bronią więc tylko kraje byłego bloku wschodniego i arcy-prawosławna Grecja. Co ciekawe w ateistycznych Czechach nie udało się zalegalizować eutanazji choć jak twierdzą lekarze, jest niemal na porządku dziennym.
Zadziwiający jest ten zwrot w etyce kościelnej potępiający dobrą śmierć, bo przecież dobija rannych był etycznym standardem średniowiecza. Każdy rycerz, nawet taki raubritter, nosił przy sobie mizerykordię. Oczywiście nie dla siebie, tylko dla pokonanego przeciwnika. Jej użycie nie było grzechem a raczej aktem litości. Dzisiejsze kościoły nie znają litości, dla nikogo, może poza swoimi urzędnikami. Litości też wydają się nie mieć społeczeństwa, uwiedzione neoliberalizmem ekonomicznym, które przecież również nie zna litości.
W Polsce nie mamy Toskanii, obce są nam zarówno francuskie jak i niemieckie wzorce. Jedyna szansa, dość odległa, to powolne wymarcie biskupów. To wymieranie już się zaczęło. Ja pewnie nie doczekam ale szczerze przyznam, że bardziej było mi żal dinozaurów.
La Grazia. Paolo Sorrentino.
Źródło: Aristoskr














