Jeszcze niedawno pomysł „stowarzyszonego członkostwa” Kanady w Unii Europejskiej brzmiałby jak polityczna fantazja. Dziś mówi o nim przewodnicząca Komisji Europejskiej, popiera go premier Kanady, a przewodnicząca Parlamentu Europejskiego wskazuje już na Australię i Nową Zelandię jako państwa, które w przyszłości mogłyby pójść podobną drogą
Powstaje więc pytanie znacznie większe niż samo członkostwo Kanady: czy na naszych oczach zaczyna kształtować się nowy blok gospodarczy państw, które chcą współpracować ze Stanami Zjednoczonymi, ale nie chcą być od nich zależne?
I czy w takim układzie USA z pozycji dominującego partnera stopniowo przesuną się w stronę jednego z kilku konkurentów?
Kanada może zostać pierwszym „stowarzyszonym członkiem” UE
16 września przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen zaproponowała Kanadzie stworzenie nowego rodzaju relacji z Unią Europejską – statusu „stowarzyszonego członka”.
Takiego statusu obecnie w prawie UE nie ma.
Nie oznaczałby on pełnego członkostwa Kanady w Unii. Ottawa nie otrzymałaby automatycznie miejsc w instytucjach europejskich ani praw przysługujących 27 państwom członkowskim.
Szczegółowe zasady nowego modelu dopiero muszą zostać wypracowane. W grę wchodzi jednak pogłębienie współpracy w dziedzinie handlu, nowych technologii, sztucznej inteligencji, energetyki, surowców krytycznych, obronności, badań i gospodarki cyfrowej.
To już wykracza daleko poza klasyczną umowę handlową.
Australia i Nowa Zelandia mogą być następne
17 września przewodnicząca Parlamentu Europejskiego Roberta Metsola poszła o krok dalej.
W rozmowie z Euronews stwierdziła, że w przyszłości podobnym modelem współpracy mogłyby zostać zainteresowane również Australia i Nowa Zelandia. Opisała „stowarzyszone członkostwo” jako swoistą trzecią drogę pomiędzy pełnym członkostwem w UE a statusem państwa kandydującego.
Trzeba jednak wyraźnie zaznaczyć: Australii i Nowej Zelandii nie przedstawiono jeszcze formalnej oferty.
Na razie jest to polityczna deklaracja kierunku, w którym mogłyby zmierzać przyszłe relacje Unii.
Ale sam fakt, że przewodnicząca Parlamentu Europejskiego wymienia te państwa publicznie, nie jest bez znaczenia.
Unia może zacząć budować wokół siebie szerszy krąg rozwiniętych państw, które nie są częścią Europy geograficznie, ale chcą uczestniczyć w coraz większej części europejskiej przestrzeni gospodarczej, technologicznej i politycznej.
Nie przypadkiem dzieje się to właśnie teraz
Moment nie jest przypadkowy.
Kanada prowadzi coraz trudniejszą politycznie i gospodarczo relację ze Stanami Zjednoczonymi. Przez dziesięciolecia jej gospodarka była niezwykle mocno związana z rynkiem amerykańskim.
To dawało ogromne korzyści, ale oznaczało również zależność.
Premier Mark Carney od pewnego czasu mówi o konieczności zwiększenia kanadyjskiej „strategicznej autonomii” i rozbudowania relacji z innymi partnerami.
Europa jest naturalnym kandydatem.
Kanada posiada ogromne zasoby surowców, rozwinięty przemysł, sektor energetyczny, technologie, zaplecze naukowe oraz bliskie Europie instytucje polityczne.
Europa ma natomiast około 450 mln konsumentów i jeden z największych jednolitych rynków świata.
Połączenie tych potencjałów nie wymaga tworzenia jednego państwa. Wystarczy coraz głębsza integracja gospodarcza.
Waszyngton zauważył, co się dzieje
Donald Trump zareagował wyjątkowo ostro.
Amerykański prezydent nazwał propozycję dotyczącą Kanady „śmieszną” i zagroził Unii Europejskiej poważnymi dodatkowymi cłami, jeżeli uzna, że nowa współpraca jest wymierzona przeciwko Stanom Zjednoczonym.
Bruksela odpowiada, że nie zamierza tworzyć sojuszu przeciwko Waszyngtonowi.
Podobnie mówi Mark Carney. Premier Kanady zaznaczył w Strasburgu, że celem nie jest powstanie konkurencyjnego bloku gospodarczego, lecz zwiększenie odporności i możliwości wyboru przez państwa średniej wielkości.
Formalnie więc nikt nie ogłasza narodzin „trzeciego bloku”.
Polityka międzynarodowa ma jednak to do siebie, że nie zawsze najważniejsze jest to, jak państwa nazywają swoje działania.
Liczy się również ich praktyczny skutek.
Europa może zmniejszać zależność od USA
Stany Zjednoczone pozostają jednym z najważniejszych partnerów gospodarczych Unii Europejskiej i nic nie wskazuje na możliwość szybkiego zerwania tych relacji.
Dlatego twierdzenie, że Amerykanie niedługo „nie będą mieli czego szukać” na europejskim rynku, byłoby dzisiaj przesadą.
Ale nie to jest najważniejsze.
Znacznie ciekawsze jest pytanie, czy Europa musi być od USA zależna w takim stopniu jak dotychczas.
Jeżeli UE będzie mogła sprowadzać więcej surowców strategicznych z Kanady i Australii, wspólnie rozwijać technologie, budować przemysł obronny, produkować energię, tworzyć cyfrowe standardy i otwierać wzajemnie rynki, jej pole manewru wyraźnie się zwiększy.
Waszyngton pozostanie potężnym partnerem.
Ale partner to nie to samo co patron.
Rosja znajduje się w zupełnie innym miejscu
W przypadku Rosji sytuacja jest odmienna.
Po rosyjskiej agresji na Ukrainę Unia Europejska ogranicza handel z Moskwą, wprowadza sankcje i zmniejsza zależność od rosyjskich surowców.
Rozwijanie nowych źródeł dostaw w Kanadzie i Australii może ten proces dodatkowo przyspieszyć.
Rosja przez lata budowała swoje wpływy w Europie między innymi poprzez energetykę.
Im więcej alternatywnych źródeł ropy, gazu, uranu czy surowców krytycznych będzie dostępnych dla europejskiego przemysłu, tym trudniej będzie Moskwie odzyskać dawną pozycję.
Dlatego wobec USA możemy mówić o dywersyfikacji zależności.
Wobec Rosji – o znacznie głębszym procesie gospodarczego oddalania się.
Nowy blok gospodarczy? Jeszcze nie
Na tym etapie łatwo dać się ponieść wielkim hasłom.
Nie powstała żadna „Unia Europejska 2.0”.
Kanada nie jest członkiem UE. Nie istnieje jeszcze nawet prawna definicja jej przyszłego statusu.
Australia i Nowa Zelandia nie otrzymały formalnych propozycji.
Część państw europejskich podchodzi do pomysłu ostrożnie, a według „Financial Times” niektóre stolice wolą najpierw lepiej wykorzystywać już istniejące umowy niż tworzyć zupełnie nową kategorię członkostwa.
To jednak nie znaczy, że nic się nie zmienia.
Zmienia się sposób myślenia o Unii.
Do tej pory integracja europejska była projektem przede wszystkim geograficznym. Granice UE mogły się przesuwać, ale zasadniczo chodziło o państwa europejskie.
Teraz pojawia się pomysł stworzenia czegoś innego: sieci państw związanych z Unią nie geografią, lecz wspólnymi interesami gospodarczymi, regulacyjnymi i politycznymi.
Co mogłaby oznaczać taka sieć?
Wyobraźmy sobie układ obejmujący Unię Europejską, Kanadę, Australię i Nową Zelandię.
Europa dysponowałaby ogromnym rynkiem konsumenckim i przemysłem.
Kanada – potężnym zapleczem surowcowym, energetycznym i technologicznym.
Australia – ogromnymi zasobami surowców krytycznych i znaczącą pozycją w regionie Indo-Pacyfiku.
Nowa Zelandia – rozwiniętym sektorem rolno-spożywczym i gospodarczymi powiązaniami z Azją.
Jeżeli współpraca objęłaby także Wielką Brytanię lub inne rozwinięte demokracje, powstałaby przestrzeń gospodarcza zdolna do znacznie bardziej samodzielnego działania wobec światowych mocarstw.
Nie musiałaby być antyamerykańska.
Wystarczyłoby, że byłaby mniej zależna od Ameryki.
Dla Polski to nie jest abstrakcyjna dyskusja
Polska również znalazłaby się w centrum tych zmian.
Jako członek UE uzyskałaby dostęp do nowych możliwości handlowych, inwestycyjnych i technologicznych.
Polskie przedsiębiorstwa mogłyby łatwiej docierać do klientów w Kanadzie, Australii czy Nowej Zelandii. Przemysł mógłby korzystać z bardziej zróżnicowanych źródeł surowców.
Możliwe byłyby również większe inwestycje w energetykę, badania, bezpieczeństwo i nowe technologie.
Ale nie można sprowadzać całej dyskusji do pytania, ile dodatkowych miliardów pojawi się w statystykach eksportu.
Liczy się również to, kto rzeczywiście skorzysta na pogłębieniu integracji.
Wolny handel nie może oznaczać wolnej ręki dla korporacji
Historia globalizacji pokazuje, że samo otwieranie rynków nie gwarantuje poprawy sytuacji zwykłych ludzi.
Kapitał korzysta z międzynarodowej integracji znacznie łatwiej niż pracownik.
Duża korporacja może przenieść produkcję, kapitał czy własność intelektualną pomiędzy państwami. Pracownik zazwyczaj ma znacznie mniej możliwości.
Dlatego ewentualne nowe porozumienia powinny zawierać nie tylko zasady ochrony inwestycji i swobodnego przepływu towarów, ale również rzeczywiste gwarancje praw pracowniczych.
Prawo do działalności związkowej.
Minimalne standardy zatrudnienia.
Bezpieczeństwo pracy.
Ochronę konsumentów.
Standardy środowiskowe.
Ochronę przed dumpingiem społecznym.
Jeżeli ma powstawać szeroka przestrzeń gospodarcza demokratycznych państw, nie może być ona jedynie klubem dla największych koncernów.
Wielka szansa czy kolejna globalizacja dla najbogatszych?
To będzie jeden z najważniejszych sporów wokół projektu.
Z jednej strony głębsza współpraca może zwiększyć odporność europejskiej gospodarki, dać przemysłowi nowe rynki i ograniczyć uzależnienie od pojedynczych mocarstw.
Z drugiej – liberalizacja handlu może zwiększać presję konkurencyjną na pracowników, rolnictwo i małe przedsiębiorstwa.
Nie każdy sektor gospodarki odniesie takie same korzyści.
Dlatego europejska polityka handlowa nie może polegać wyłącznie na podpisywaniu kolejnych porozumień i liczeniu wzrostu PKB.
Trzeba także pytać, czy wypracowany wzrost przełoży się na wyższe wynagrodzenia, stabilniejsze zatrudnienie, bezpieczniejsze emerytury i silniejsze usługi publiczne.
Świat coraz mniej chce wybierać między mocarstwami
Najważniejsza zmiana może jednak zachodzić jeszcze głębiej.
Przez lata państwom przedstawiano świat jako wybór pomiędzy największymi potęgami.
USA albo Chiny.
Waszyngton albo Pekin.
Zachód albo Rosja.
Tymczasem Kanada, Europa czy Australia mogą dochodzić do wniosku, że najlepszą odpowiedzią nie jest wybór nowego patrona, lecz stworzenie układu, w którym żaden partner nie może dyktować warunków wszystkim pozostałym.
Kanada nie musi zrywać więzi z USA.
Europa nie musi zamykać amerykańskich firm poza swoim rynkiem.
Australia nie musi odwracać się od gospodarek Azji.
Mogą natomiast zbudować tak rozbudowaną sieć współpracy, żeby szantaż handlowy jednego partnera przestał paraliżować pozostałych.
I być może właśnie dlatego reakcja Waszyngtonu jest tak zdecydowana.
Czy więc rodzi się nowy blok?
Jeszcze nie.
Ale fundamenty pod taki układ rzeczywiście zaczynają być widoczne.
Jeżeli Kanada otrzyma specjalny status w relacjach z UE, a w kolejnych latach podobną drogą pójdą Australia, Nowa Zelandia czy inne rozwinięte demokracje, światowy układ gospodarczy może wyglądać inaczej niż obecnie.
USA pozostałyby jednym z największych rynków i mocarstw gospodarczych świata.
Nie byłyby jednak jedynym centrum, wokół którego muszą krążyć państwa Zachodu.
Rosja zostałaby jeszcze bardziej odsunięta od największych rozwiniętych rynków.
A Unia Europejska mogłaby przekształcić się z regionalnego projektu integracyjnego w centrum znacznie szerszej sieci gospodarczej.
Najważniejsze pytanie brzmi więc nie: czy Europa chce zerwać z Ameryką?
Nie chce.
Pytanie brzmi: czy Europa, Kanada, Australia i Nowa Zelandia zaczynają budować układ wystarczająco silny, aby żadna z wielkich potęg – ani USA, ani Chiny, ani Rosja – nie mogła już narzucać im warunków gry?
Jeżeli projekt stowarzyszonego członkostwa Kanady ruszy dalej, odpowiedź na to pytanie może stać się jednym z najważniejszych tematów gospodarczych najbliższych lat.









