„Pracuj więcej, ucz się, nie narzekaj, a osiągniesz sukces” — to jedno z najwygodniejszych haseł współczesnej gospodarki. Wygodnych przede wszystkim dla tych, którzy już są na górze. Bo dane pokazują coś znacznie mniej romantycznego: wysiłek ma znaczenie, ale punkt startu potrafi znaczyć jeszcze więcej. Kraj urodzenia, majątek rodziny, wykształcenie rodziców, kontakty i dostęp do dobrych szkół mogą ważyć więcej niż setki dodatkowych godzin spędzonych w pracy.
Historie ludzi, którzy osiągnęli sukces bez kapitału początkowego, cieszą się ogromną popularnością ze względu na swoją narracyjną prostotę i walor motywacyjny. Doskonałym przykładem jest Oprah Winfrey, która dorastała w skrajnym ubóstwie i doświadczyła traumatycznego dzieciństwa, a mimo to zdołała zbudować globalne imperium medialne i zostać pierwszą czarnoskórą miliarderką w historii Stanów Zjednoczonych. Tego rodzaju biografie bywają jednak upraszczane, co prowadzi do złudnego wniosku, że determinacja jest jedynym czynnikiem decydującym o sukcesie.
Tyle że jednostkowa historia nie jest opisem całego społeczeństwa.
Obok człowieka, który rzeczywiście wspina się po społecznej drabinie od zera, są tysiące osób zaczynających dorosłe życie z mieszkaniem od rodziców, pieniędzmi na studia, znajomościami, możliwością odbywania bezpłatnych staży i pewnością, że jeśli coś pójdzie źle, rodzina pomoże.
Jedni startują na sygnał startera. Inni już są kilkadziesiąt metrów dalej.
I właśnie dlatego mit, że bogactwo jest przede wszystkim nagrodą za ciężką pracę, tak słabo wytrzymuje zderzenie z danymi.
Pracujemy długo. Czy jesteśmy od tego bogatsi?
Jednym z najciekawszych wniosków płynących z analizowanego materiału jest porównanie rocznego czasu pracy w krajach OECD. Dane te jednoznacznie pokazują, że mieszkańcy najbogatszych państw świata wcale nie muszą pracować najdłużej, aby osiągnąć wysoki poziom gospodarczy.
Przywołane dane wskazują, że przeciętny pracownik w Niemczech przepracowywał około 1340 godzin rocznie, w Danii około 1370, a w Norwegii około 1390 godzin. Polska znajdowała się znacznie wyżej — z wynikiem w okolicach 1810 godzin.
Jeszcze dłużej pracowano m.in. w Kolumbii, Meksyku i Kostaryce — ponad dwa tysiące godzin rocznie.
Gdyby bogactwo było prostym wynikiem liczby godzin spędzonych w pracy, Meksyk powinien zostawiać Niemcy daleko w tyle.
Nie zostawia.
Bo o poziomie życia nie decyduje wyłącznie to, ile człowiek pracuje, lecz przede wszystkim w jakiej gospodarce pracuje, jakim dysponuje kapitałem, technologią, infrastrukturą i jaką pozycję ma jego kraj w globalnym podziale pracy.
Pracownik obsługujący nowoczesną linię produkcyjną może w ciągu kilku godzin wytworzyć większą wartość niż człowiek wykonujący przez cały dzień ciężką pracę fizyczną przy znacznie prostszych narzędziach.
To nie oznacza, że ten pierwszy bardziej się stara.
Oznacza, że pracuje w innych warunkach.
Najbiedniejszym często sprzedaje się receptę: pracuj jeszcze więcej
To jeden z najbardziej przewrotnych elementów współczesnej narracji ekonomicznej.
Człowiek wykonujący ciężką, nisko opłacaną pracę słyszy, że powinien bardziej się postarać. Tymczasem człowiek z wysokimi dochodami bywa przedstawiany jako żywy dowód, że system premiuje talent i wysiłek.
Problem w tym, że kilkanaście godzin dodatkowej pracy miesięcznie znaczy coś zupełnie innego dla prawnika, programisty czy menedżera, a coś innego dla kasjerki, pracownika magazynu albo człowieka przy taśmie.
Badania opisane w materiale pokazują, że większa liczba przepracowanych godzin może rzeczywiście przekładać się na wyższe dochody. W jednej z przywołanych analiz grupa mężczyzn pracujących około 20 proc. więcej osiągała z czasem dochody wyższe mniej więcej o 35 proc.
Ale właśnie tutaj pojawia się zasadnicze „ale”.
Najbardziej opłaca się dodatkowo pracować tym, którzy mają zawód umożliwiający zdobywanie kolejnych kompetencji, klientów, pozycji i kontaktów.
Prawnik po kolejnych latach może zostać partnerem kancelarii. Specjalista IT może zostać architektem systemów. Menedżer może objąć wyższe stanowisko.
A pracownik magazynu?
Może szybciej rozładowywać palety.
To nie cynizm. To konstrukcja rynku pracy.
Największa przewaga często nie znajduje się w CV. Jest w domu rodzinnym
Jeszcze bardziej niewygodne są dane dotyczące pochodzenia społecznego.
W badaniach odniesiono się do danych OECD, które ilustrują mechanizmy dziedziczenia statusu społeczno-zawodowego. Statystyki pokazują, że potomkowie kadry zarządzającej w blisko 50% przypadków powtarzają zawodową ścieżkę rodziców. Z kolei dla osób pochodzących z rodzin robotniczych przesunięcie do wyższych warstw zawodowych stanowi rzadkość.
Między państwami występują ogromne różnice. W jednych system społeczny stosunkowo skutecznie umożliwia awans ludziom z mniej zamożnych rodzin. W innych miejsce zajmowane przez rodziców wyjątkowo mocno określa przyszłość dziecka.
I to jest sedno sprawy.
Mobilność społeczna nie spada z nieba. Jest efektem polityki.
Zależy od jakości publicznej edukacji, dostępności mieszkań, kosztów studiów, transportu publicznego, ochrony zdrowia, prawa pracy, systemu podatkowego i tego, czy młody człowiek może przez kilka lat zdobywać wykształcenie bez konieczności jednoczesnego utrzymywania całej rodziny.
Dziedziczymy nie tylko pieniądze
Kapitał rodzinny to nie wyłącznie mieszkanie, samochód czy konto bankowe.
Dziedziczymy także coś trudniejszego do przeliczenia na złotówki: kontakty, język, pewność siebie, sposób poruszania się po instytucjach i wiedzę o tym, gdzie znajdują się najlepsze możliwości.
Dziecko lekarzy zwykle wie, jak wygląda droga na studia medyczne. Dziecko prawnika wcześniej dowie się, jakie praktyki warto odbyć. Dziecko menedżera może od najmłodszych lat obserwować świat korporacji, negocjacji i wysokich stanowisk.
A dziecko rodziny żyjącej od wypłaty do wypłaty?
Może być równie inteligentne. Może mieć równie dobre oceny. Może pracować znacznie ciężej.
Ale niekoniecznie zna kogoś, kto powie mu, do której firmy wysłać CV, jak zachować się na rozmowie kwalifikacyjnej, jakie studia naprawdę otwierają drzwi albo gdzie właśnie pojawił się atrakcyjny staż.
Ten kapitał jest prawie niewidoczny.
Dopóki nie zobaczymy jego efektów.
Dyplom pomaga. Ale nie kasuje klasowego punktu startu
Edukacja pozostaje jednym z najważniejszych narzędzi awansu społecznego. Nie ma jednak magicznej mocy wymazywania nierówności.
Z analizy wynika, że status społeczno-ekonomiczny rodziny silnie rzutuje na przyszłość młodego pokolenia. Potomkowie osób z wyższym wykształceniem nie tylko częściej idą w ślady rodziców i kończą studia, ale wchodząc na rynek pracy, mogą liczyć na lepsze zarobki – nawet wtedy, gdy ich kwalifikacje są dokładnie takie same jak osób pochodzących z mniej zamożnych domów.
To szczególnie ważne, bo podważa popularną opowieść: „wszyscy chodziliście do szkoły, więc mieliście takie same szanse”.
Nie mieliśmy.
Jeden student mieszka w mieszkaniu kupionym przez rodziców i może skupić się na nauce oraz zdobywaniu doświadczenia.
Drugi pracuje wieczorami, żeby zapłacić za pokój.
Jeden może przyjąć bezpłatny staż.
Drugi potrzebuje pensji od pierwszego dnia miesiąca.
Jeden po nieudanym biznesie wraca do rodzinnego mieszkania.
Drugi po nieudanym biznesie zostaje z długami.
Na papierze obaj mieli „wolny wybór”.
W praktyce ich ryzyko było zupełnie inne.
Bieda nie jest dowodem lenistwa !!
To może być najważniejszy wniosek z całej tej dyskusji.
Sukces finansowy nie jest certyfikatem pracowitości. Bieda nie jest świadectwem lenistwa.
Oczywiście, wysiłek ma znaczenie. Kompetencje mają znaczenie. Edukacja, dyscyplina, przedsiębiorczość i rozsądne decyzje także.
Ale człowiek nie podejmuje tych decyzji w próżni.
Robi to w konkretnym kraju, konkretnej rodzinie, przy określonych dochodach, cenach mieszkań, jakości szkół i dostępności opieki zdrowotnej.
Niektórzy mogą sobie pozwolić na ryzyko. Inni muszą przede wszystkim przetrwać do pierwszego.
Dlatego opowiadanie człowiekowi pracującemu fizycznie za niewielkie pieniądze, że jego największym problemem jest brak przedsiębiorczości, przypomina pouczanie kogoś stojącego w wodzie po szyję, że powinien szybciej biec.
Równość szans wymaga czegoś więcej niż motywacyjnych haseł
Społeczeństwo nie stanie się sprawiedliwe dlatego, że będziemy częściej powtarzać dzieciom: „ucz się i ciężko pracuj”.
Równość szans wymaga dobrych szkół niezależnie od kodu pocztowego. Dostępnych mieszkań. Publicznej ochrony zdrowia. Transportu umożliwiającego dojazd do pracy i uczelni. Stabilnego zatrudnienia. Dostępnych studiów. Żłobków i przedszkoli. Systemu podatkowego, który nie przerzuca całego ciężaru utrzymania państwa na ludzi żyjących z pracy.
Bo jeżeli człowiek z biednego domu musi być dwa razy lepszy, żeby dostać się w to samo miejsce co człowiek z domu zamożnego, to trudno mówić o równych szansach.
Można oczywiście nadal powtarzać, że każdy jest kowalem własnego losu.
Tyle że jedni dostają kuźnię, narzędzia i zapas stali.
A inni najpierw muszą znaleźć młotek.
Prawdziwa równość szans nie polega więc na tym, że wszystkim mówimy: „pracujcie ciężej”. Polega na tym, żeby ciężka praca rzeczywiście dawała człowiekowi szansę na lepsze życie — niezależnie od tego, kim byli jego rodzice i w jakim domu się urodził.











