Zdeklarowani polscy prawicowi patrioci wykryli nowy antypolski spisek. Rządząca koalicja chce karmić polskie dzieci. Niepolskim, a nawet antypolskim jedzeniem. Przez żołądki dotrzeć do serc ich. Aby dziatwę nam wynarodowić i zniewolić. Polscy narodowo-katoliccy prawicowcy wierzą, że dziecko karmione niepolskimi potrawami wszelką polskość porzuci i przejdzie na stronę wrogów polskiego narodu.
Nic dziwnego, że patriotyczne fora internetowe zaroiły się od debat lustrujących potrawy. Pod względem polskiego pochodzenia, polskiego charakteru i i patriotycznej prawicowej poprawności politycznej. I sporów : Staropolski schabowy czy kosmopolityczna komosa, kaszą wspierana?
Rozstrzygane są odczuciami. Rzadko argumentami, zwłaszcza historycznymi.
Bo wtedy okazuje się, że „staropolski” kotlet schabowy pojawił się w Polsce dopiero w drugiej połowie XIX wieku. Był podróbką sznycla wiedeńskiego wyrosłego z włoskiego cotoletta alla milanese. W znanym nam schaboszczaku zamieniono drogie, wykwintne mięso cielęce na tańszą świninę. Pierwsi uczynili to skąpi gastronomicznie Niemcy. Stamtąd schaboszczaki do Polski przyszły. Podobnie jak masowa hodowla świń.
Miano „króla polskich stołów” schabowy zyskał w pogardzanej przez narodowo katolicką prawicę Polsce Ludowej. Stał się symbolem niedzielnego obiadu i luksusowej zakąski pod pół litra.
Im mniej świń hodowano w Polsce Ludowej, tym bardziej rósł kult kotleta schabowego.
W czasach staropolskich, tak ukochanych przez narodowo katolicką prawicę, ówczesna szlachta i magnateria pogardzała świniną. Preferowano kapłony, pulardy, cielęcinę i wołowinę. Świniną kraszono kasze i inne potrawy.
Kasze nasi, polscy przodkowie jadali od zawsze. Zwłaszcza jęczmienne, jaglane, pszeniczne grysiki. Też kaszę krakowską gryczana, niepaloną, o delikatnym smaku. Ulubioną królowej Anny Jagiellonki, przysyłaną jej regularnie z Krakowa na dwór królewski w Warszawie.
Wojciech Bogusławski ojciec polskiego teatru prowadził pamiętnik. Zapisywał swe wizyty u potencjalnych sponsorów, a przy okazji czym go tam ugoszczono. Zwykle „zjadł kaszę”. Rzadko z mięsem. Echo tego jadło usłyszymy w jego „Krakowiakach i Góralach”.
W śpiewce : „Lepsza co jest tatarczana kasza, Niźli pańskie kołacze, bo po kaszy głowa się nie mąci, Po kołaczach człek płacze”.
Kaszę gryczaną zwano „tatarczaną”, bo jej jedzenia i przyrządzania nauczyli nas Mongołowie. Podobnie jak pierogów, dziś sztandarowego dania kuchni staropolskiej. Na dawnych polskich Kresach, nostalgicznie wspominanych przez narodowo katolickich patriotów, kaszę gryczaną zwano hreczką. Uprawiali i zajadali się nią „hreczkosieje”. Tak złośliwie zwano tamtejszą ubogą szlachtę. Nie stać jej było na niemieckie schaboszczaki. Zamiast nich były hreczaniki, czyli kotlety z kaszy gryczanej i twarogu i pierogi też hreczką nadziewane. Pomimo takiego jadłospisu polskości nie stracili. W polskiej mitologii są wzorcami urody i zdrowia.
Dzisiejsi narodowi patrioci nie chcą pamiętać, że ich ojciec ideowy Roman Dmowski był zdeklarowanym wegetarianinem. Regularnie odwiedzał kultowe na przełomie XIX i XX wieku sanatorium wegetariańskie dr Apolinarego Tarnawskiego w Kosowie Huculskim. Promował wegetarianizm jako higieniczny styl życia sprzyjający siłom witalnym narodu polskiego. Potem traktował dietę bezmięsną jako kurację oczyszczania ludzkiego organizmu. Okresową prozdrowotną dietę. Podobne poglądy prezentowali inni liderzy przedwojennej endecji.
Kult, czasem wręcz religijny, mięsa pojawił się w Polsce Ludowej i pierwszej dekadzie III Rzeczpospolitej. Dla inteligencji i drobnomieszczaństwa pochodzenia chłopskiego i robotniczego potrawy mięsne były symbolem awansu społecznego. Zmitologizowanego jedzenia „po pańsku”, „tak ja we dworach przed wojną jadano”. Wszyscy chcieli żreć tak bogato, jak wyglądały pańskie kosze z wielkanocnymi święconkami, zapamiętane przez ich babcie i dziadków. Pochodzących zwykle z dworusów, małorolnych, komorników i gospodarzy.
Zwłaszcza, że mieniąca się wtedy „ludową” władza, stale obiecywała to masom pracującym miast i wsi. Kupując tak legitymizację swych rządów.
W III RP zaroiło się od restauracji i darmowych bankietów oferujących „chłopskie jadło”. Kanonadę szynek, kiełbas, golonek, salcesonów i smalcu. Jadła tak samo „chłopskiego”, jak „japońskim” jest polskie danie, „śledziem po japońsku” zwane.
Zapewne prawicowi narodowo-katoliccy politycy wiedzą, że cała ta obrona schabowego, to kolejna ściema dla ich wyborczego „ciemnego ludu”. Skoro komuna, migranci, LGBTI, Ukraińcy przejedli się już, to może teraz kupi lud strach przed wrażą kaszą. Deklarację, że prawica nie da sobie w kaszę dmuchać.
Ponieważ jestem ekumienicznie nastawiony, to proponuję karmić polskie dzieci codziennie kaszanką. A na deser dać pieczoną, polską świnię kaszą tatarską nadziewaną. Z polskim jabłkiem w ryju. Nawet nie kwiknie wtedy.












