Ku cywilizacji XXII wieku

25 lip 2026

Rozważania wstępne:

Futurologiczne przewidywanie rozwoju naszej cywilizacji w XXI i XXII wieku jest przedsięwzięciem niezwykle atrakcyjnym, aczkolwiek bardzo trudnym i ryzykownym – pod względem merytorycznym i intelektualnym. Warto jednak podjąć taką poważną próbę tym bardziej, że nazbierało się już na świecie wiele cennych materiałów, prognoz i obserwacji na te tematy.

Studiuję nieustannie i pasjami owe materiały oraz staram się wyciągać stosowne wnioski z nich, nie tyle dla siebie, ile dla kolejnych pokoleń obywateli planety Ziemia. Jeśli ona przetrwa do XXII wieku, to – bez wątpienia – życie na niej będzie niezwykle fascynujące, choć zapewne dużo trudniejsze, wbrew pozorom, i bardziej burzliwe niż obecnie.

Główne tendencje i kierunki rozwoju naszej cywilizacji w prognozowanej przyszłości rysują się jeszcze dość niewyraźnie i mgliście na horyzoncie, ale można już mówić o tym, że są one zauważalne. Na danym etapie główna trudność analityczna i badawcza polega na tym, iż – w procesie przekształceń świata – występuje obecnie mnóstwo niejasności, kontrowersji, przeciwieństw i sprzeczności mieniących się pełną paletą barw – od bieli do czerni.

Prognozy przyszłego rozwoju cywilizacji oscylują od bardzo pesymistycznych do umiarkowanie optymistycznych. Jednak chyba i w tym przypadku ostateczne zwycięstwo odniesie teoria i praktyka „złotego środka”.

Póki co jednak, w analizowanych kwestiach mamy do czynienia z ewidentną powtórką klasycznej teorii przeciwieństw. Zapewne przyszła (lepsza?) cywilizacja człowiecza też powstanie w wyniku zderzenia współczesnych przeciwieństw?

Wykorzystuję skrzętnie ten instrument analityczny celem zarysowania przynajmniej generalnych tendencji rozwoju naszej cywilizacji. W znacznym uproszczeniu teoria przeciwieństw prezentuje się mniej więcej tak: od początku świata wszystko ulega nieustającym, często skrajnym przemianom.

Białe przemienia się w czarne, a czarne w białe, dzień przemienia się w noc, a noc w dzień, dobro przemienia się w zło, a zło w dobro, pokój przemienia się w wojnę, a wojna w pokój, anioł przemienia się w diabła, a diabeł w anioła, miłość przemienia się w nienawiść, a nienawiść w miłość (raczej rzadko), zimno przemienia się w ciepło, a ciepło w zimno itp., itd.

Skrajności i przeciwieństw jest bardzo dużo, choć niektóre z nich są nierealne, jak np.: młodzieniec przemienia się w starca, ale starzec w młodzieńca – już nie!

Teoria przeciwieństw przewija się złotą nicią w dziełach wielkich myślicieli wszechczasów, szczególnie filozofów – poczynając od Konfucjusza (ponad 2500 lat temu). Stosunkowo najpełniej znajduje ona swe odzwierciedlenie w twórczości Heraklita z Efezu (540–480 p.n.e.).

Do historii przeszły jego fundamentalne i ciągle aktualne konstatacje: „wszystko powstaje wskutek przeciwieństw”, „wszystko płynie, nic nie stoi w miejscu” (sławetne „panta rhei”).

Poważny wkład do ewolucji teorii przeciwieństw wniósł też Karol Marks (1818–1883) – wraz ze swoją filozofią materializmu dialektycznego zawierającą prawo stałego ścierania się przeciwieństw. W konsekwencji tego różne walory materialne znajdują się w stanie ciągłego antagonizmu – twierdził Karol Marks.

Historia świata uczy, iż teoria przeciwieństw sprawdzała się niejednokrotnie w praktyce. Np. z reguły dzieje się tak, iż po wojnie następuje pokój, a po nim znów wojna (niestety!), zaś po kryzysie – ożywienie gospodarcze i ponownie kryzys. A przecież wcale tak nie musi być, gdyby ludzie i decydenci byli racjonalniejsi i mądrzejsi.

Zasadnicze pytanie, które musimy sobie zadać na samym wstępie rozważań, brzmi następująco: czy zgodnie z analizowaną teorią obecny delikatny i kruchy pokój światowy – z licznymi wojnami regionalnymi – przekształci się w totalną wojnę globalną, czy też nie? Zaś obecny nieład globalny – w nowy ład światowy, czy też nie?

Osobiście sądzę, iż nowy ład światowy to kwestia dość odległej jeszcze przyszłości, choć – w obliczu wielkiego zagrożenia – bieg wydarzeń może ulec znacznemu przyspieszeniu. Zaś ryzyko wojenne jest obecnie wielkie, wręcz coraz większe z każdym dniem i wraz ze stałym wzrostem napięcia w stosunkach międzynarodowych.

Prof. Richard Pipes z Harvardu i ze Stanford University, znany politolog i sowietolog amerykański, uważał, iż ewentualna III wojna światowa mogłaby wybuchnąć np. w wyniku wkroczenia wojsk NATO na Ukrainę.

Mamy już do czynienia z II „zimną wojną”, w ramach której – w wielu miejscach naszej planety – tlą się nieustannie ww. liczne regionalne ogniska „gorącej wojny”, z których każde może stać się zarzewiem nowej wielkiej wojny globalnej. Doprawdy, niewiele już trzeba, żeby doprowadzić do przekroczenia granicy bezpieczeństwa i do eksplozji coraz większej masy wybuchowej na świecie.

Ludzkość nie może i nie powinna rozwijać się w warunkach nieustannego igrania z ogniem oraz z widmem śmierci i zniszczenia w oczach!

Większość zainteresowanych instytucji i uczonych, szczególnie futurologów, wystrzega się wybiegania myślami zbyt daleko w XXII wiek i dalej. Ograniczają się oni natomiast do przewidywań i prognoz na najbliższe 100 lat.

Tymczasem jednak to wystarcza nam w zupełności, żeby określić generalne ukierunkowanie toku rozwoju cywilizacyjnego, myślenia i prognozowania na dalszą metę. Np. the United Nations Population Bureau zapowiada, iż – do roku 2200 – średnia długość życia obywateli krajów rozwiniętych przekroczy 100 lat. Prognozy demograficzne wskazują zarazem na dalszy wzrost liczby ludności świata.

W dalszej perspektywie ma ona osiągnąć raczej nieprzekraczalną barierę wytrzymałości Ziemi, czyli 11 mld. Przewiduje się także, iż – wskutek zmian klimatycznych – wymrze do roku 2100 12% (czyli 1250 gatunków) wszystkich ptaków na naszej planecie. A co z ludźmi? Apokalipsa?!

Zapewnienie lepszej przyszłości w XXII wieku i dalej wymaga już teraz przezwyciężania wielu poważnych sprzeczności, skrajności i przeciwieństw makro w rozwoju naszej cywilizacji. Przystąpienie do realizacji tego wielkiego zadania – na miarę zniszczenia lub przetrwania życia na Ziemi – jest już poważnie spóźnione.

Trzeba było je podjąć nazajutrz po I rewolucji przemysłowej, która wyzwoliła i zapewniła (de facto) wielkie nadzieje i możliwości rozwojowe wykorzystywane jednak, w sumie, ze skutkiem destruktywnym, a nie konstruktywnym. Pilne powstrzymanie i odwrócenie tego trendu jest warunkiem sine qua non naszego przetrwania.

Aby uzmysłowić sobie lepiej powagę i skalę problemu, wyobraźmy sobie hipotetycznie, jak wyglądałby dziś świat i jakie byłyby warunki życia na Ziemi, gdyby zdobycze I rewolucji przemysłowej i kolejnych rewolucji tego rodzaju wykorzystywane były całkowicie w celach konstruktywnych, gdyby nie było morderczych wojen, kryzysów itp. oraz wielkich strat ludzkich i materialnych ponoszonych niepotrzebnie i bezproduktywnie.

Słowem, dylemat: konstrukcja czy destrukcja jest chyba największym przeciwieństwem makro naszej cywilizacji od jej powstania, a nie tylko od czasu I rewolucji przemysłowej. Bez rozwiązania tego dylematu pomyślny rozwój człowieczeństwa i zachowanie życia na Ziemi w XXI i XXII wieku oraz dalej może okazać się niemożliwe.

Sprzeczności i przeciwieństwa:

Pochodną owego dylematu jest kolejne przeciwieństwo makro trapiące ludzkość od jej zarania, a mianowicie filozofia (i praktyka) siły, brutalności i przemocy zamiast łagodności, dobroci i perswazji. Nawet najwięksi myśliciele wszechczasów nie byli i nie są w stanie wyjaśnić w sposób przekonujący, skąd bierze się tyle zła i tyle nienawiści w człowieku w stosunku do drugiego człowieka?

Przecież w całej masie gatunków fauny zamieszkującej Ziemię, do której zalicza się również homo sapiens, właśnie gatunek człowieczy jest najbardziej agresywny, napastliwy, zachłanny, zbrodniczy i krwiożerczy! Wielka ironia losu polega na tym, iż – wśród owej fauny – homo sapiens jest jedynym gatunkiem zdolnym do racjonalnego myślenia. Może więc myśleć, a jednak nie myśli poprawnie!

Historia świata dowodzi, iż człowiek – ze swą genetyczną wadą wrodzoną (przewaga zła nad dobrem w jego naturze) – sam stworzył sobie niewłaściwe warunki i otoczenie, które nasilało i potęgowało w nim dominację zła nad dobrem, doprowadzając obecnie ten stan rzeczy ad absurdum.

Otoczeniem tym były i są kolejne irracjonalne oraz nieadekwatne „systemy rozwojowe” wdrażane przez ludzi i przez ich przywódców od zarania dziejów do dziś, powodujące nasilanie dominacji zła nad dobrem w naturze człowieka oraz – niejako – zmuszające go do pogrążania się w takim stanie rzeczy.

Tak więc zaostrzająca się nieustannie walka o byt dehumanizuje coraz bardziej człowieka i kreuje patologie stymulujące jego nieludzkie właściwości i przymioty. Jest przeto jasne, że przerwanie odwiecznego błędnego koła przeciwieństw makro: przemoc czy perswazja?, zło czy dobro? powinno stanowić punkt wyjścia w niezbędnych, wręcz zbawiennych staraniach o lepszą przyszłość człowieka w bliższej i dalszej perspektywie.

Wymaga to naturalnie dogłębnej rewolucji i odwrócenia dotychczasowej sytuacji w świadomości i mentalności ludzkiej. Człowiek, stworzony – rzekomo – na „obraz i podobieństwo boże”, musi stać się wreszcie człowiekiem sensu stricto! Rehumanizacja życia na Ziemi – to nadrzędne zadanie dla wszystkich w XXI i XXII wieku.

Kolejne przeciwieństwa makro: konsekwencją ww. wad wrodzonych człowieka, jego poronionych pomysłów teoretycznych i poczynań praktycznych oraz niedowładu systemowego jest absurdalne i zgubne podejście do takich zagadnień, jak: skończoność a nieskończoność, oszczędność a marnotrawstwo, egocentryzm/indywidualizm a altruizm/uniwersalizm i in. Parę słów o każdym z tych dylematów.

W zasadzie, od pojawienia się homo sapiens na Ziemi do dziś, większości ludzi zdawało się zawsze i zdaje się nadal, że nasza planeta i życie na niej (oraz wszechświat) trwać będą wiecznie i że można się nie martwić o byt własnego i przyszłych pokoleń. A jednak trzeba się martwić!

Bowiem wyczerpywanie się i realna skończoność zasobów sprawi, że – w analizowanej i prognozowanej przyszłości – dokonywać się może dalsza dehumanizacja i zezwierzęcenie (brutalizacja) ludzkości na tle zaostrzonej rywalizacji o dostęp do zasobów. Procesu tego nie powstrzyma nawet coraz bardziej imponujący postęp naukowo-techniczny i jego zastosowania praktyczne, mające – przecież – służyć człowiekowi i ulepszać jego życie na Ziemi.

Pochodną iluzorycznego przekonania nt. nieskończoności jest irracjonalne podejście ludzi, szczególnie decydentów i producentów, do eksploatacji zasobów naturalnych Ziemi, także życiodajnej wody i powietrza. Od zarania dziejów jest to eksploatacja rabunkowa, złowieszcza i zgubna dla ludzkości.

Kiedyś bowiem wszelkie zasoby ulegną wyczerpaniu lub zdewastowaniu, przez co zanikną materialne podstawy życia i samo życie na Ziemi. W takiej sytuacji, filozoficznie rzecz ujmując, dla homo sapiens „skończyłby się” również czas, niezwykle cenny i – właściwie – jedyny surowiec nieodtwarzalny, jakim on dysponuje.

Tymczasem historia ludzkości to zarazem nieustający ciąg marnotrawienia czasu i jego nieekonomicznego wykorzystania. Pytanie retoryczne brzmi: jakże lepiej wyglądałby dziś świat, gdyby ludzkość nie zmarnowała bezproduktywnie ogromnych ilości czasu w ciągu swych dziejów?

Tytuł jednego z największych dzieł literackich wszechczasów: „W poszukiwaniu straconego czasu”, „À la recherche du temps perdu”, mówi sam za siebie (Marcel Proust, 1871–1922, cykl powieściowy w siedmiu tomach).

W świetle powyższego odwieczny dylemat człowieka: oszczędność a marnotrawstwo prezentuje się dziś w zupełnie odmiennym świetle niż w przeszłości, a to z dwóch zasadniczych powodów: oszczędzanie wszystkiego jest indywidualnym i uniwersalnym nakazem naszych czasów, ale jednocześnie nasila się skala marnotrawstwa, szczególnie ekonomicznego i ekologicznego.

Po drugie, oszczędzać trzeba było od niepamiętnych czasów – teraz bowiem może być już za późno. Miniaturyzacja produkowanych wyrobów, technologie materiało- i energooszczędne itp. – to zastosowania ze stosunkowo niedawnych okresów.

Poprzednie marnotrawne praktyki symbolizuje wymownie syndrom tzw. amerykańskich „krążowników szos”, na produkowanie których wykorzystywano nadmierne ilości metalu i które zużywały bardzo znaczne ilości paliwa. Trudno o lepszą ilustrację praktyczną złudnego przeświadczenia o nieskończoności (niewyczerpywalności) zasobów!

I wreszcie niesamowity odwieczny dylemat: egocentryzm – indywidualizm oraz altruizm – uniwersalizm. Historia świata uczy, iż – w dziejach ludzkości – zawsze dominowało (i dominuje nadal) to pierwsze nad tym drugim – i to w postawach pojedynczych ludzi, grup społecznych i całych narodów, a nawet tzw. społeczności międzynarodowej.

Np. Hitler ubzdurał sobie nawet „tysiącletnią Rzeszę”, zaś bzdura ta doprowadziła go do największej zbrodni w dziejach ludzkości. Tzw. „International Community” – to najczęściej kamuflaż dla dyktatu amerykańskiego, np. w kwestii irańskiej.

Z reguły każdy naród i każdy człowiek uważa się za najlepszego, za najmądrzejszego i za najważniejszego spośród innych. Zazwyczaj postępowano i kalkulowano też w kategoriach co najwyżej jednego pokolenia – nie troszcząc się o następne. Na tym tle rodziły się zjawiska patologiczne – nienawiść, agresywność, ludobójstwo, nacjonalizm, szowinizm i wiele innych.

Wielkie cywilizacje (od chińskiej poczynając, ponad 5000 lat temu) powstawały zazwyczaj wówczas, kiedy udawało się doprowadzić do uzyskania przewagi dobra zbiorowego nad dobrem indywidualnym. Jednak gdy te proporcje ulegały odwróceniu – cywilizacje, imperia itp. upadały.

Podobnie rzecz miała się z wielkimi odkrywcami, przywódcami politycznymi czy dowódcami wojskowymi. Z reguły były to bardzo silne indywidualności, zadufane w swoją mądrość, nieomylność i pewność zwycięstwa, ale tylko bardzo nieliczne z nich działały w imię dobra uniwersalnego i zapisały się pozytywnie na kartach historii (Konfucjusz, Kopernik, Kolumb i in.).

O tych niedobrych doświadczeniach historycznych należy pamiętać, szczególnie w naszych czasach, kiedy nasilają się symptomy dekadencji i upadku również naszej cywilizacji neoindustrialnej.

W ostatnich latach niemałą furorę i burzę intelektualną w świecie, nie tylko w kołach specjalistów, wywołują prace i pomysły futurologiczne znakomitego uczonego amerykańskiego, prof. George’a Friedmana (G.F.). W roku 2009 opublikował on książkę pt. „The Next 100 Years” („Następne 100 lat”).

Zasługuje ona na baczną uwagę, także jako świadectwo niebywałej fantazji i bujnej wyobraźni autora oraz jako cenny, acz kontrowersyjny przyczynek do dyskusji nt. bliższej i dalszej przyszłości naszej Matki Ziemi oraz jej nieposłusznych i niepoprawnych dzieci.

Subiektywnie można się zgodzić z niektórymi ocenami i prognozami autora, ale – w większości przypadków – trzeba je uznać za zbyt mało prawdopodobne, ryzykanckie lub wręcz histeryczne i amerykocentryczne. Podam kilka konkretnych przykładów zaczerpniętych z tej książki, pozostawiając ich ocenę Szanownym Czytelnikom.

G.F. twierdzi, iż – w ciągu obecnego stulecia – wybuchnie i prowadzona będzie II „zimna wojna” w świecie między Wschodem a Zachodem, szczególnie pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Rosją. Co więcej, prognozuje on nawrót do dominującej roli Stanów Zjednoczonych Ameryki w świecie XXI i XXII wieku.

Ocenę tę wiąże G.F. ze swą wizją rozpadu Federacji Rosyjskiej, „politycznego i kulturalnego” rozczłonowania Chińskiej Republiki Ludowej oraz dekadencji i fazy schyłkowej Unii Europejskiej. Jego zdaniem te trzy obecne wielkie mocarstwa znajdą się w permanentnym kryzysie i w stanie rozkładu, z którego nie zdołają się wydostać. Jednakże z tego może wyłonić się jakaś (zagadkowa) podmiotowość eurazjatycka.

Natomiast pojawią się nowe mocarstwa: Turcja, Polska (?!) i Japonia, które zaczną zagrażać wpływom i interesom amerykańskim. Powstanie, zdaniem G.F., tzw. „blok polski” („the Polish Block”), który będzie dążył do hegemonii Polski w Europie.

Dojdzie także do konfliktu między Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej a Stanami Zjednoczonymi Meksyku (Estados Unidos Mexicanos). Żeby przeciwstawić się tym zagrożeniom, Stany Zjednoczone zdecydują się na zawarcie sojuszu z Turcją.

W konsekwencji tych nowych kontrowersji i układów konfliktowych około roku 2050 dojdzie, zdaniem G.F., do wybuchu III wojny światowej, głównie pomiędzy USA i ich sojusznikami (the Polish Block, W. Brytania, Indie i Chiny?) a stroną turecko-japońską, do której dołączą Niemcy i Francja.

Ta strona zaatakuje jako pierwsza, żeby opanować Eurazję. Jednak zwycięstwo w wojnie odniosą Stany Zjednoczone i ich sojusznicy. W trakcie wojny the Polish Block poniesie ciężkie straty, ale szybko przystąpi do odbudowy zniszczeń.

Jak zwykle wojna doprowadzi do niebywałego postępu naukowo-technicznego – wynalezione i wdrożone zostaną nowe technologie, np. produkować się będzie samoloty nadnaddźwiękowe (hypersonic aircraft; obecnie są „tylko” supersonic aircraft) i in.

Cóż mogę powiedzieć o tych i o innych pomysłach oraz prognozach prof. G.F.? Naturalnie szanuję jego poglądy, biorę je pod uwagę, co nie oznacza, że muszę się z nimi zgadzać. Niech nas rozsądzi historia przyszłości, jeśli tak wolno powiedzieć.

Jak widać, oceny profesora są nie tylko bardzo kontrowersyjne, ale niekiedy również sprzeczne wewnętrznie, choć – w niektórych przypadkach – zbliżone do prawdy. Tak jest np. w ww. kwestii II „zimnej wojny”, która nęka świat.

Mało powiedziane, ta „wojna” już trwa od pewnego czasu i jest tym groźniejsza, że zawiera w sobie liczne ogniska „gorącej wojny” w różnych zakątkach naszego globu. Fundamentalnym błędem w rozumowaniu i w futurologicznych prognozach G.F. jest jego amerykocentryzm.

Jednak nawrót do dominacji globalnej USA jest obecnie i w przyszłości bardzo mało prawdopodobny. W epoce postjałtańskiej był relatywnie krótki okres monocentryzmu USA (od upadku Związku Radzieckiego w 1991 r. do początku I kadencji prezydenckiej Baracka Obamy w 2009 r.).

Naturalnie Stany Zjednoczone będą usilnie, wręcz ryzykancko, dążyć do odzyskania swej pozycji monocentrycznej w świecie, ale obecnie jest to dużo mniej prawdopodobne niż kiedykolwiek przedtem.

Usiłując uzasadnić swą tezę, G.F. popełnia kolejny kardynalny błąd merytoryczny w ocenie sytuacji, prognozując rozpad/upadek Unii Europejskiej, Rosji i Chin. Nawet gdyby ta prognoza całkowicie sprawdziła się w praktyce, co graniczy z czystą fantazją, to i tak Stany Zjednoczone nie odzyskają swej pozycji monocentrycznej, bowiem – w tym celu – potrzebowałyby one współpracy i współdziałania właśnie ze strony Unii Europejskiej, Rosji, Chin i in.

Te trzy wielkie podmioty państwowe coraz lepiej współpracują między sobą, koordynują swe poczynania regionalne i globalne oraz będą starały się nie dopuścić do upadku któregokolwiek z nich i – tym bardziej – wszystkich trzech razem! Pół żartem, pół serio, znając prognozy G.F., ww. wielka trójka uczyni wszystko, aby się one nie sprawdziły!

Ponadto już teraz wyrastają nowe ośrodki siły, niejako nowe wielkie mocarstwa w świecie, jak np. BRICS+, ASEAN, Unia Afrykańska czy Brazylia, a nawet Meksyk, wspomniany przez G.F., które – nie wiadomo – czy pozwolą USA na odzyskanie ich pozycji monocentrycznej?

Czysto iluzoryczne jest także twierdzenie, że nowymi supermocarstwami będą Turcja, Japonia, Polska i jej „Polish Block”. Potencjał rozwojowy tych krajów jest poważny i niewykorzystany jeszcze w znacznym stopniu.

Ale nawet gdyby był on wykorzystywany w 100%, to i tak ww. państwom brakuje wielu niezbędnych atrybutów mocarstwowości – takich jak odpowiednie terytorium, liczba ludności, potencjał wytwórczy, innowacyjność, zasoby finansowe i surowcowe, siły zbrojne i in.

Dość surrealistycznie i złowieszczo brzmią prognozy G.F. dotyczące Polski i „the Polish Block”. Dlaczego? Są one mianowicie pochodną rozumowania G.F. ws. amerykańskiego monocentryzmu i rozpadu Rosji.

Aby to stało się prawdopodobne (bo raczej niemożliwe), Stanom Zjednoczonym potrzebna jest m.in. Polska – jako wielka, ale nie mocarstwowa baza amerykańska wymierzona właśnie przeciwko Rosji! USA aktywizują już teraz swe poczynania tego rodzaju na gruncie polskim.

Stanowi to jak najgorszą perspektywę i ewentualność dla naszej przyszłości (RP – między młotem a kowadłem, na I linii frontu itp.). Analogii nie trzeba szukać daleko: agresja amerykańska i okupacja Afganistanu oraz usadowienie się tam US Army też było pomyślane jako ostrze antyrosyjskie. I co z tego wynikło?!

Kolejnym kardynalnym nieporozumieniem, by nie powiedzieć błędem, w prognozach G.F. jest jego przywiązanie do anachronicznej i nierealnej obecnie koncepcji monocentryzmu amerykańskiego, podczas gdy tworzy się już nowy policentryczny (wielobiegunowy) ład i układ sił na świecie.

Jego główne filary są już dość wyraźnie zarysowane – Chiny i BRICS+. Ale jest więcej takich filarów, a w ich liczbie również USA i UE, dlaczego by nie? Taka jest perspektywa na XXI i XXII wiek.

Będzie to układ sił działający na zupełnie odmiennych zasadach niż do tej pory, układ wolny od dominacji neokolonialnej, od podziału na lepszych i gorszych oraz bazujący na zasadach pokojowej, partnerskiej, równoprawnej oraz wzajemnie korzystnej współpracy między wszystkimi państwami.

Utworzenie nowego układu, ładu i systemu światowego jest zadaniem niezwykle trudnym, ale innego wyjścia nie ma, jeśli nasza cywilizacja ma przetrwać i rozwijać się dalej w miarę pomyślnie. Dotychczasową drogą człowieczeństwo zabrnęło we współczesny ślepy zaułek krwi, cierpień i łez oraz niedorozwoju, anarchii, niepokojów, konfliktów, dyskryminacji, nierówności, patologii i zmarnowanych szans.

Tak dalej nie można i nie należy.

Prognozy alternatywne:

Jest ich już bardzo wiele i – w zdecydowanej większości – koncentrują się one właśnie wokół policentryzmu. Wielki kryzys ekonomiczno-finansowy z przełomu pierwszego i drugiego dziesięciolecia XXI wieku odegrał rolę bardzo silnego katalizatora w zakresie przemian jakościowych oraz strukturalnych w globalnej konfiguracji sił politycznych, strategicznych, społecznych i gospodarczych.

To dopiero początek, niejako punkt wyjścia i wstępny etap doniosłego procesu dziejowego, którego jesteśmy świadkami. Etap ten obejmuje okres od zakończenia II wojny światowej, czyli od zawarcia tzw. „zmowy jałtańsko-poczdamskiej”, a następnie – od przełamania przez ZSRR w 1949 r. monopolu atomowego USA (początek „I zimnej wojny”) do dnia dzisiejszego.

Ww. „zmowa” usankcjonowała bicentryczny układ sił na świecie, który dominował przez większość analizowanego okresu. Bicentryzm określany był rozmaicie, najczęściej jako przeciwstawienie: „komunizm – kapitalizm”, „Wschód – Zachód” czy też – w węższym zakresie – „Układ Warszawski – NATO” oraz „Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej – Europejska Wspólnota Gospodarcza”.

Ówczesnemu bicentryzmowi towarzyszyła, w kategoriach geopolitycznych, tzw. „równowaga strachu” oraz intensywny wyścig zbrojeń – również w kosmosie i w zakresie broni masowej zagłady.

Mimo kilku bardzo groźnych sytuacji wybuchowych, np. kryzysu koreańskiego, berlińskiego, indochińskiego, bliskowschodniego, bałkańskiego, środkowoafrykańskiego, ukraińskiego i wielu innych, oraz „I zimnej wojny”, ostrej rywalizacji i wrogości między obydwoma „blokami” przez prawie pół wieku, nie doszło jednak do wybuchu III wojny światowej.

Przypisuje się to efektowi „równowagi strachu” oraz obawom każdego z obydwu centrów („bloków”), iż może zostać on zdruzgotany przez oponenta posiadającego zdolność zadania niszczycielskiego ciosu odwetowego lub wyprzedzającego uderzenia przeciwnika.

Pozytywną rolę w niedopuszczeniu do III wojny światowej odegrało też wydatne zmniejszenie napięcia międzynarodowego w latach 70. XX wieku (tzw. odprężenie) oraz nadspodziewanie spokojne rozwiązanie systemu bicentrowego, szczególnie bezkonfliktowe zjednoczenie Niemiec (upadek „muru berlińskiego” w 1989 r.) oraz relatywnie bezkolizyjny rozpad Związku Radzieckiego [1].

Każdy z dotychczasowych globalnych systemów postjałtańskich był nonsensowny, irracjonalny, bezproduktywny, sprzeczny z fundamentalnymi wymaganiami (interesami) ludzkości oraz z potrzebami jej normalnego, zrównoważonego i efektywnego rozwoju społeczno-gospodarczego.

Najlepszym dowodem niezmiernej szkodliwości i debilizmu obydwu systemów jest fakt, iż nie wytrzymały one próby czasu i upadły. Jednak w wyniku ich istnienia i funkcjonowania zmarnowane zostały bezpowrotnie niepowtarzalne szanse postępu i olbrzymie środki, np. na wyścig zbrojeń, także kosmicznych, Star Wars itp., które można by było przeznaczyć na cele rozwojowe, np. na zmniejszenie przepaści między bogatymi i biednymi oraz na likwidację licznych zjawisk patologicznych.

Jeszcze w czasach bicentryzmu pojawiły się pierwsze symptomy powstawania rzeczywistego kolejnego ośrodka siły w świecie – Chin Ludowych, wokół których budowany jest innowacyjny policentryczny system stosunków i sił globalnych.

Jednak na początku drugiego dziesięciolecia XXI wieku świat znalazł się w bardzo niebezpiecznej i konfliktogennej „próżni systemowej” – między monocentryzmem a policentryzmem. W żywotnym interesie wszystkich państw i narodów świata leży skrócenie do minimum czasu trwania owej próżni oraz jej zlikwidowanie.

Za koniec monocentryzmu, supremacji i hegemonizmu USA, uważa się rok 2009, tzn. objęcie władzy przez prezydenta Baracka Obamę i kulminację kryzysu gospodarczo-finansowego w USA, a następnie na całym świecie.

W końcu maja 2010 r. nowy rząd amerykański (Barack Obama – Hillary Clinton) przyjął dokument ws. bezpieczeństwa narodowego pn. „National Security Strategy”, w którym przyznał po raz pierwszy, iż USA nie panują już samodzielnie nad światem i nie kontrolują jego ewolucji, która zmierza w kierunku policentryzmu.

Za głównych partnerów USA w tej mierze uznano Chiny, Indie i Rosję. To ciekawe o tyle, o ile pozostaje w sprzeczności z ambicjami monocentrycznymi USA (vide powyżej: G.F.).

System monocentryczny trwał krótko: zaledwie 17 lat. Zniknęły stare podziały – Wschód – Zachód, „komunizm – kapitalizm” i in. – ale utrzymuje się nadal enigmatyczna klasyfikacja w rodzaju: Północ (bogata) – Południe (biedne) czy kraje rozwinięte (23 Industrialized Nations, w tym USA i Eurozone), kraje rozwijające się (62 Emerging Nations, w tym Polska).

Pozostałe państwa znajdują się w jakiejś strefie nijakości – ni to rozwinięte, ni to rozwijające się. Nota bene: do ONZ należą obecnie 194 państwa. Ponadto jest 10 niepełnoprawnych „tworów państwowych”, np. Tajwan, oraz dwa suwerenne podmioty prawa międzynarodowego: Stolica Apostolska i Zakon Kawalerów Maltańskich.

W sferze teorii istnieje dość duża zbieżność, wręcz zgodność poglądów między autorami różnych definicji centryzmu.

Syntezę tych definicji można by ująć następująco: centrum w stosunkach międzynarodowych oraz w globalnym czy też regionalnym układzie sił jest mocarstwo (państwo) lub grupa (organizacja) państw dysponująca odpowiednim, największym potencjałem politycznym, strategicznym, ekonomicznym, finansowym, ideologicznym, kulturalnym, naukowo-technicznym, demograficznym, terytorialnym i in., a także usiłująca odgrywać wiodącą (dominującą) czy przewodnią rolę w świecie bądź w danym regionie.

Otoczenie centrum określane było z reguły mianem „obozu” czy też „sfery wpływów”. „Obóz” radziecki rozpadł się po demontażu ZSRR, co nie oznacza bynajmniej, iż jego następczyni – Federacja Rosyjska – nie zachowała znacznej części swoich wpływów w byłym „obozie CCCP”.

Niektórzy z jej przywódców politycznych dążą wręcz do rekonstrukcji supermocarstwa rosyjskiego i jego „obozu” w nowym kształcie. Po rozpadzie systemu bicentrycznego (dwubiegunowego) wiele państw z „obozu” radzieckiego przeszło do „obozu” amerykańskiego czy też europejskiego, niejako spod skrzydeł jednego „starszego brata” pod skrzydła drugiego „starszego brata”. Dotyczy to przede wszystkim Polski i innych państw Europy Środkowo-Wschodniej.

W przypadku USA nastąpiło pewne, choć tylko przejściowe, umocnienie efektu dominującego i ich „sfery wpływów” w świecie – po upadku ZSRR i „obozu” radzieckiego – szczególnie w okresie monocentryzmu.

Ale Stany Zjednoczone także popełniły stary „błąd radziecki”: zachłanność, agresywność, brak realizmu w ocenie sytuacji, zbytnia pewność siebie, przecenianie własnej nieomylności, potencjału sił i środków itp. – oraz „poszły na świat” zbyt szerokim frontem, którego nie są w stanie utrzymać.

Ryzykując wiele, np. w stosunkach z Chinami, Stany Zjednoczone dążą usilnie do odbudowania swych pozycji, głównie w Azji, nie mogąc jednak uwolnić się od balastu i od odium przegranych wojen w Korei, w Indochinach, w Iraku czy w Afganistanie oraz od utraty takich byłych „filarów” amerykańskiej „strefy wpływów” na Bliskim i Środkowym Wschodzie, jak Iran, Irak czy – przejściowo – Egipt.

Podobne ryzyko, tym razem w stosunkach z Rosją, związane jest z aktywnością USA w kwestii ukraińskiej.

Jeszcze w XIX wieku Alexis de Tocqueville (1805–1859), wybitny myśliciel francuski, pisał m.in.: „jestem bardzo daleki od myślenia, że powinniśmy iść za przykładem demokracji amerykańskiej i kopiować metody (środki) przez nią stosowane dla osiągnięcia swoich celów…; uważałbym za wielkie nieszczęście dla ludzkości, gdyby wolność istniała na świecie tylko pod jedną postacią…” (por. „Demokracja w Ameryce”, część I, rozdział 17).

Ta dosadna i trafna ocena została potwierdzona w praktyce już niejednokrotnie w całym okresie istnienia USA. Jest ona tym bardziej słuszna na obecnym etapie walki o policentryzm w świecie.

W świetle współczesnych realiów oraz dynamicznego rozwoju sytuacji międzynarodowej tradycyjne definicje i atrybuty centryzmu wymagają niezbędnych korekt i unowocześnienia. Dlatego też wprowadzam kategorie „centrów sensu stricto” oraz „centrów sensu largo”.

Do pierwszej kategorii zaliczają się pojedyncze wielkie mocarstwa i inne mocne państwa, czyli klasyczne i współczesne ośrodki siły, oddziaływania oraz wpływów regionalnych i globalnych, np. Australia, Chiny, Rosja, Indie, Japonia, Indonezja, Iran, Egipt, Nigeria, RPA, Niemcy, Francja, Turcja, USA, Brazylia i in.

Natomiast pojęcie „centrów sensu largo” odnosi się do grup i organizacji państw odgrywających czołowe role w ewolucji świata. We współczesnych czasach systematycznie wzrasta znaczenie wielu organizacji tego rodzaju, tzn. centrów sensu largo.

Bezsprzecznie czołową rolę wśród nich odgrywa Stowarzyszenie BRICS+ (Brazylia – Rosja – Indie – Chiny – South Africa – Afryka Południowa plus inne państwa).

Pozostałe najważniejsze centra sensu largo to: ASEAN (Stowarzyszenie Państw Azji Południowo-Wschodniej), APEC (Asia-Pacific Economic Cooperation), SOW (Szanghajska Organizacja Współpracy), WNP (Wspólnota Niepodległych Państw), LA (Liga Arabska), UA (Unia Afrykańska), UE (Unia Europejska), USMCA (United States–Mexico–Canada Agreement, następca NAFTA) i CELAC (Comunidad de los Estados Latinoamericanos y del Caribe – Wspólnota Państw Ameryki Łacińskiej i Karaibów).

W putinowskich planach jest utworzenie Unii Eurazjatyckiej [2]. Zaś w zamierzeniach obamowskich – powołanie do życia strefy wolnego handlu USA–UE oraz tzw. TPP (Trans-Pacific Partnership).

Istnieją jeszcze schyłkowe centra sensu largo, będące pozostałością po imperiach kolonialnych, np. brytyjskim (the British Commonwealth of Nations) i francuskim (la Francophonie Mondiale).

Obecne głębokie przetasowania i metamorfozy jakościowe w układzie sił globalnych powodują także zasadnicze zmiany w zakresie wartości, środków, metod, taktyki oraz strategii stosowanej przez centra, szczególnie te sensu stricto, czyli przez wielkie mocarstwa.

W okresie bicentryzmu zauważalna była daleko posunięta zbieżność, wręcz tożsamość, w stosowaniu różnych instrumentów polityki, strategii i metodologii supermocarstw – USA i ZSRR – wobec innych państw, szczególnie z ich „sfer wpływów”.

W dużej skali praktykowały one nade wszystko hard power: metody i środki siły, przemocy, represji, agresywnego oddziaływania propagandowego, ideologicznego i kulturalnego – żeby tylko utrzymać swoje panowanie nad podwładnymi.

Przykładów tego jest wiele: stłumienie przez armię radziecką powstania węgierskiego, pacyfikacja Czechosłowacji, okupacja Afganistanu i in. W przypadku ZSRR na nic się to zdało i nie powstrzymało rozpadu tego bieguna i jego „obozu”.

Podobnie było z USA, w jeszcze większej skali – globalnej: US Army prowadziła wojny w Korei, w Indochinach, w Iranie, w Iraku, w regionie Zatoki Perskiej, w Afganistanie, na Bałkanach oraz – per procura – w Afryce Północnej i na Ukrainie, na Bliskim Wschodzie (Libia, Syria) i in. Główne wojny z tej serii zostały przegrane przez USA.

Jednakże metody siłowe i inne środki z repertuaru hard power, szczególnie te stosowane przez Stany Zjednoczone w okresie monocentryzmu, nie przyniosły pożądanych rezultatów, powodując jedynie gwałtowne nasilenie terroryzmu międzynarodowego oraz stymulując antyamerykańskie rewolucje islamskie i inne bunty społeczne.

W okresie dominacji dwóch supermocarstw w stosunkach światowych priorytet miały więc takie kategorie teoretyczne, polityczne i strategiczne, jak: „polityka z pozycji siły”, „prawo pięści”, „prawo silniejszego”, „prawo dżungli”, „równowaga strachu”, „zapewnione wzajemne zniszczenie” (tzw. MAD = mutually assured destruction), „strategia kanonierek” (w nowej wersji), „uderzenie wyprzedzające” (pre-emptive strike) i in.

Kardynalnym założeniem doktrynalnym w polityce globalnej USA jest nadal tzw. „obsesja demokracji”, czyli hipoteza, iż „jedno państwo demokratyczne nie zaatakuje drugiego państwa demokratycznego”. Uczyni to natomiast państwo niedemokratyczne.

Dlatego też Stany Zjednoczone usiłowały i usiłują nadal narzucać siłą zbrojną czy też agresją subkulturalną oraz ideologiczno-propagandową swój model „demokracji” jak największej liczbie innych krajów. Jest to tzw. „eksport demokracji amerykańskiej”.

Nie da się jednak ustanowić systemu „demokracji”, szczególnie amerykańskiej, w krajach niemających żadnych tradycji i doświadczeń demokratycznych, np. Irak, Afganistan, Libia czy Arabia Saudyjska.

Prof. Kenneth Waltz – K.W. [3] popiera strategię prowadzenia wojen przez „państwa demokratyczne” przeciwko „państwom niedemokratycznym”. Dodaje, że większa liczba takich „nieuchronnych wojen” może zmniejszyć liczbę „państw niedemokratycznych”.

Prof. K.W. przyznaje jednak, że polityka pokojowa zwiększa pożyteczną współzależność ekonomiczną między państwami. Jego zdaniem NATO uniemożliwiło kiedyś inwazję radziecką przeciwko Zachodowi, ale później stało się potulnym narzędziem w rękach jednego supermocarstwa.

A przecież Indie, największe państwo demokratyczne świata, ustanowiły samodzielnie własny sprawny ustrój polityczny – bez niczyjej „pomocy” z zewnątrz.

Niegdysiejsze dominujące supermocarstwa nie zdobyły się na inne treści, formy i metody postępowania, jak tylko te z zakresu hard power, które zdecydowanie dominowały w ich polityce oraz w strategii regionalnej i globalnej.

Dlaczego nie rozwiązywano metodami cywilizowanymi i pokojowymi nabrzmiałych problemów regionalnych czy globalnych, kiedy już od dawna było oczywiste, iż hard power jest drogą donikąd!? Metody z zakresu hard power i ich konsekwencje – to wielki i bezprecedensowy błąd polityczny i strategiczny niektórych supermocarstw.

Dlatego właśnie przyszły system policentryczny musi radykalnie zerwać ze złymi teoriami i praktykami z przeszłości oraz wprowadzić jakościowo nowe wartości na przyszłość.

Zamiast skompromitowanych i irracjonalnych metod hard power należy stosować nowatorskie i racjonalne instrumenty soft power; zamiast zezwierzęcenia – humanizm; zamiast egocentryzmu – altruizm; zamiast neokapitalizmu – społeczną gospodarkę rynkową; zamiast nierówności i dysproporcji – optymalny egalitaryzm i równość szans; zamiast podsycania ognisk konfliktów, napięć i wojen – rozwiązywanie sporów metodami pokojowymi; zamiast troski o bezpieczeństwo tylko dla wybranych – zapewnienie równego bezpieczeństwa wszystkim państwom i narodom świata itp.

Sprawą o kardynalnym znaczeniu jest odstąpienie od metod przemocy, agresji, dyktatu oraz wyzysku neokolonialnego na rzecz metodologii pokojowej i negocjacyjnej, a także równoprawnego i partnerskiego traktowania wszystkich państw: dużych i małych, silnych i słabych, tych z Północy i tych z Południa, tych ze Wschodu i tych z Zachodu.

Nie ma i chyba nie może być jednomyślności czy też zgodności poglądów ws. przyszłego policentryzmu na świecie. W pewnym sensie zbliżona do ww. mojej koncepcji groźnej „próżni systemowej”, jaka istnieje obecnie w stosunkach międzynarodowych, jest teza o tzw. bezcentrowości.

Jej rzecznikiem jest np. prof. Richard N. Haass, znany politolog amerykański z Council on Foreign Relations i wydawca czasopisma „Foreign Affairs”. Głosi on mianowicie, iż – po załamaniu się monocentryzmu amerykańskiego – na świecie nie ma już żadnego solidnego centrum.

Zamiast tego istnieją liczne podmioty centropodobne o różnym, acz niedostatecznym potencjale oraz o niewystarczających wpływach regionalnych czy też globalnych. Dotychczasowe centra – supermocarstwa oraz inne państwa narodowe – utraciły swój monopol na dominację i na wpływy w świecie oraz na decydowanie o jego losach.

Już ponad 50% wszystkich rezerw walutowych na Ziemi przechowuje się w innych walutach, a nie w dolarach amerykańskich. Możliwe, że państwa produkujące ropę naftową i gaz oraz inne surowce strategiczne będą rozliczać się ze swymi odbiorcami nie w USD, lecz w innych mocnych walutach.

Świat ulega postępującej dekoncentracji i decentralizacji, przy czym – w owym procesie – coraz większą rolę odgrywają organizacje międzynarodowe – regionalne i globalne.

Niezależnie od swej preferencji bezbiegunowej Richard N. Haass jest jednak zdania, iż policentryzm może okazać się korzystny dla świata, choć nie dla wszystkich, celem uniknięcia anarchii oraz chaosu w poszczególnych krajach, w regionach i w skali globalnej.

Dlatego też niezbędna jest efektywna współpraca i koordynacja poczynań między państwami, narodami i organizacjami międzynarodowymi, czego obecnie tak bardzo brakuje.

Przeobrażenia praktyczne:

Chińska Republika Ludowa jest promotorem i główną siłą motoryczną epokowych przemian w kierunku świata policentrycznego (wielobiegunowego). Rolę tę spełniała ona nie tylko w okresie od upadku systemu monocentrycznego (2009 r.), lecz – faktycznie – od rozpoczęcia swej polityki reform systemowych i otwarcia na świat (1978 r.), zainicjowanej przez Przewodniczącego Denga Xiaopinga.

Polityka ta jest niezwykle efektywna. Kierownictwo chińskie podkreśla jednak, iż ChRL jest ciągle krajem rozwijającym się. Wprawdzie to wielkie mocarstwo zajmuje już II miejsce w świecie pod względem absolutnej wartości PKB (20,9 bln USD; USA – 32,4 bln USD), ale znajduje się ono na odległym 96. miejscu, jeśli chodzi o wartość PKB per capita.

Uwzględniając wszakże najważniejsze wskaźniki makroekonomiczne Chin, znakomite efekty reform systemowych, otwarcia na świat itp. oraz duże terytorium, drugą największą na świecie liczbę ludności oraz sukcesy kosmiczne i innowacyjne, a także systematyczne umacnianie i modernizację sił zbrojnych oraz inne parametry, należy jednoznacznie stwierdzić, iż ChRL przekształca się dość szybko w czołowe wielkie mocarstwo rozwijające się.

To nowa kategoria politologiczna. Zapewne już niedługo stanie się ono głównym ośrodkiem świata policentrycznego (wielobiegunowego).

Utworzenie BRICS+, w którym ChRL odgrywa kluczową rolę, nadaje wymiar międzykontynentalny i globalny jej staraniom na rzecz takiego świata oraz nowego ładu politycznego, społecznego i ekonomicznego na Ziemi.

Nie jestem zwolennikiem analizowania spraw pryncypialnych w stylu: „od Adama i Ewy”. Jednakowoż licząca wiele tysięcy lat historia rozwoju naszej cywilizacji zna niemało istotnych – merytorycznie i komparatywnie – przypadków upadłego centryzmu, szczególnie imperialnego monocentryzmu.

Wspominam jedynie: cesarstwo egipskie (3150 r. s.e. – 1285 r. s.e.); cesarstwo rzymskie (188 r. s.e. – 244 r. n.e.); imperium brytyjskie (1815–1914).

Różnica między wymienionymi przykładami a monocentryzmem USA polega na tym, że ten ostatni nie miał charakteru imperialnego, choć mówiono czasami o imperializmie amerykańskim.

Historia prejałtańska zna także przypadki bicentryzmu, np.: W. Brytania i Francja „panowały” nad światem jeszcze w XVII i XVIII wieku; mocarstwa centralne – państwa sojusznicze w I wojnie światowej; państwa osi – państwa sojusznicze (+ neutralne) w II wojnie światowej i in.

W okresie swego monocentryzmu USA nie dysponowały jednak pełnią władzy regionalnej czy globalnej, były uzależnione od mniejszych państw, ale nadużywały swej hard power, szczególnie US Army, na arenie międzynarodowej i dlatego przegrały.

Monocentryzm doprowadził do sytuacji parawojennej i do anarchii w stosunkach międzynarodowych, którą widać obecnie gołym okiem. W skład amerykańskiej „sfery wpływów” wchodziły i wchodzą nadal niektóre kraje znacznie słabsze od USA, ale zachowujące niewielką dozę swobody politycznej i ekonomicznej, niezależnie od tego, że w „strefie wpływów” główne supermocarstwo nie ma konkurencji. Gdy tylko ona się pojawia, jedyny ośrodek dominacji zanika.

Generalnie i z punktu widzenia własnych interesów USA zaprzepaściły totalnie szansę naprawienia świata, jaką stanowił dla nich okres monocentryzmu. Widać to zwłaszcza przez pryzmat licznych irracjonalnych, morderczych, acz kosztownych i bezproduktywnych wojen prowadzonych przez Stany Zjednoczone w owym okresie.

Prof. Nuno P. Monteiro (Wydział Nauk Politycznych Uniwersytetu Yale) jest zdania, iż skłonność do prowadzenia wojen jest immanentną cechą supermocarstwa monocentrycznego. Wojny takie prowadzone są z reguły ze słabszymi państwami.

Doświadczenia praktyczne z okresu monocentryzmu i wcześniejsze potwierdzają jednoznacznie tę ocenę. W ciągu ponad 30 lat, jakie upłynęły od zakończenia „zimnej wojny”, Stany Zjednoczone prowadziły działania bojowe przez 13 lat!

Te lata – to nieledwie 10% całej historii USA, ale – jednocześnie – to aż 25% całej wojennej części ich historii. Zaś obecnie USA dążą usilnie do włączenia do swej „strefy wpływów” krajów, które należały kiedyś do radzieckiej „strefy wpływów”, łącznie z Polską i Ukrainą.

Równie negatywnie należy ocenić efektywność rozwoju Europy, Unii Europejskiej, szczególnie strefy euro, w okresie monocentryzmu. Doprowadziło to do bardzo poważnego osłabienia pozycji i wpływów UE w świecie.

Obecny kryzys w Unii pogłębia się, co nie jest bynajmniej dziełem przypadku, lecz konsekwencją kryzysu amerykańskiego i globalnego oraz licznych zaniedbań, słabości, egoizmu, braku realizmu, ociężałości i niedowładu w łonie UE.

W obecnej sytuacji w USA, w UE i na świecie nie ma bynajmniej pewności, iż ww. spóźniona propozycja Baracka Obamy ws. utworzenia strefy wolnego handlu USA–UE [4] przyczyni się do uzdrowienia sytuacji politycznej i społeczno-gospodarczej po obydwu stronach Północnego Atlantyku.

Bowiem kapitał atlantycki przegrywa już rywalizację z kapitałem Azji i Pacyfiku. UE ma wielkie ambicje i zamiary ws. przyszłego policentryzmu. Lansuje ona mianowicie tzw. politykę wielostronności (multilateralizmu) i partnerstwa strategicznego.

Jednak poziom integracji i zwartości paneuropejskiej, szczególnie w UE, jest ciągle niewystarczający. Bowiem państwa i społeczeństwa europejskie nadal preferują walory suwerenności, pewnego izolacjonizmu i samodzielności bardziej niż zjednoczenie całego kontynentu.

Dlatego też perspektywa utworzenia Stanów Zjednoczonych Europy czy Konfederacji Państw Europejskich jest raczej odległa i wręcz mało realna. Nie powiodły się także próby utworzenia solidnych instrumentów wspólnotowych, np. sił zbrojnych – jako równoważnika dla armii USA, Rosji czy Chin.

Mało tego, w UE pokutuje nadal swoiste rozdwojenie jaźni: część państw, sił politycznych i społeczeństw popiera współpracę z NATO, a część wolałaby własne europejskie wspólne siły zbrojne oraz własną politykę bezpieczeństwa.

Co więcej, nie istnieje jednorodna polityka zagraniczna UE, a jeśli ktoś twierdzi, że tak – to jest ona rachityczna, rozlazła i nieefektywna.

W dzisiejszych warunkach globalnych wspólny rynek i wspólna waluta części państw europejskich – to zdecydowanie za mało, żeby zapewnić sobie solidną pozycję UE w systemie policentrycznym.

Żeby tak się stało, UE powinna spełnić sześć kardynalnych warunków: 1. prowadzenie wspólnej polityki zagranicznej, bezpieczeństwa i obronnej; 2. uregulowanie nabrzmiałych problemów ekonomiczno-finansowych; 3. zrezygnowanie z praktyk protekcjonistycznych; 4. uzgodnienie wspólnego stanowiska ws. rozszerzenia UE, np. casus turecki; 5. prowadzenie wspólnej polityki azylowej i imigracyjnej; 6. zrezygnowanie przez W. Brytanię i Francję ze swych miejsc stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ i zapewnienie tam jednego miejsca tego rodzaju dla UE.

Podobnie jak w przypadku „demokracji” amerykańskiej, trzeba rozwiać wszelkie mity i kłamstwa odnośnie do współczesnej tzw. „demokracji” europejskiej.

Czyli inaczej – Włochy, Grecja, Polska lub Irlandia mogą, jeśli zechcą, cieszyć się z tej całej swojej „demokracji”, ale tylko dopóty, dopóki zwycięzcy w wyborach nie uzyskają odpowiednich rozkazów do wykonania – bynajmniej nie od swych wyborców – lecz z Brukseli, Paryża czy Berlina.

Stolice te nie wypowiadają się wprawdzie jednoznacznie w tej kwestii, ale ich stanowisko można ująć następująco: podjęliśmy stosowne decyzje ws. niedopuszczenia do rozpadu strefy euro. Każde odstępstwo od tych decyzji jest wyrazem braku odpowiedzialności.

W związku z tym faktyczni decydenci unijni polegają na elitach politycznych we Włoszech, w Hiszpanii, w Grecji czy gdzie indziej w zakresie realizowania swych decyzji – niezależnie od okoliczności, także wyborczych.

Przy takim podejściu pojawiają się wszakże dwa poważne problemy: najbardziej oczywistym z nich jest ten, że są to najzwyklejsze kpiny z demokracji („a mockery of democracy”). Bowiem jeśli linii politycznej nie można zmienić, niezależnie od wyników wyborów, to takie wybory oznaczają najzwyklejszą farsę. Stanowią one jedynie marną i pozbawioną swej istoty (treści) namiastkę suwerenności wyborców.

Ponadto farsa taka dotyka także kwestii demokratycznego rozliczania wybrańców ludu, szczególnie odpowiedzialnych przywódców politycznych, którzy najwyraźniej nie mają innego wyjścia, jak tylko podporządkować się decyzjom jaśnie oświeconego kierownictwa unijnego.

Jest to jednak polityka samobójcza – jak świadczyły o tym minione wybory w Hiszpanii, w Grecji, we Włoszech czy nawet do Parlamentu Europejskiego.

Unijne politykierstwo, bazujące na zasadach gier zakulisowych, kumoterstwa i „konsensusu”, uprawiane przez całe dziesięciolecia, przekonało być może czołowych polityków państw UE, że powinni oni udawać porządnych Europejczyków. Ale społeczeństwa europejskie najwyraźniej nie zgadzają się na to.

Z kolei UE stara się, aby ów brak zgody społecznej wyprać z jakiegokolwiek znaczenia i przymusza narody do realizowania polityki unijnej – niezależnie od wyników wyborów. Jest to jednak bardzo niebezpieczna gra.

Kładąc nacisk na „brak alternatywy”, niektórzy politycy unijni zachęcają wręcz wyborców do tego, aby udowodnili im, że nie mają oni racji!

Szkoda, że tak się dzieje w UE, bowiem pozycję USA w nowym systemie policentrycznym mogłaby zająć zjednoczona i silna Europa, która jednak nie rysuje się na horyzoncie. Ale i tak niektóre mocarstwa i państwa, np. Rosja, obawiają się rozszerzania UE i NATO na Wschód.

Gideon Rachman, znany publicysta z „Financial Times”, tłumaczy dość przewrotnie słabość UE w kontekście przyszłego świata policentrycznego. Twierdzi on, że Unia nie powinna obawiać się tego systemu i że wybór dokonany przez nią jest prawidłowy.

Taki mianowicie: niech USA pozostaną nadal supermocarstwem militarnym, nie będąc „żandarmem światowym”; Chiny – supermocarstwem gospodarczym; zaś UE – supermocarstwem w zakresie jakości życia („lifestyle”).

Słabość i bezpodstawność merytoryczna tego rozumowania polega wszakże na tym, że USA nie staną się supermocarstwem militarnym bez odpowiedniej podbudowy ekonomicznej i bez silnej pozycji w świecie oraz że z jakością życia w Europie bywa coraz gorzej, np. Grecja, Portugalia, Hiszpania, Polska, Irlandia i in., zahamowanie wzrostu gospodarczego, bezrobocie, zadłużenie, starzenie się społeczeństw, migracje itp.

W związku z powyższym analitycy nie mają jeszcze jasności i pewności, które niehegemonistyczne wielkie mocarstwo zajmie I miejsce, opróżnione przez USA, w świecie policentrycznym? Wahania intelektualne i prognostyczne oscylują między Chinami a Rosją, ale skłaniają się raczej w stronę Chin.

W świetle współczesnej sytuacji w USA i UE oraz ich słabnących pozycji w układzie globalnym na czołowe miejsce w procesie przemian i tworzenia systemu wielobiegunowego wysuwają się kraje rozwijające się z Globalnego Południa i Wschodu (KR) – u boku Chin.

KR wytwarzają już ponad 45% wartości ogólnoświatowej produkcji towarów i usług (30% w 2004 r.). Około roku 2025 KR wytwarzały już większość Światowego Produktu Brutto (ŚPB).

Swoistym fenomenem naszych czasów jest szybkie tempo (stopa) wzrostu gospodarczego Afryki Subsaharyjskiej, wynoszące obecnie ponad 6% rocznie. Indie, Indonezja, Turcja, Meksyk, Brazylia i in. – to kolejne wymowne przykłady wysokiej dynamiki rozwoju KR.

To one właśnie dyktują tempo w zakresie nowoczesności, konkurencyjności i innowacyjności. Np. Chiny przeznaczają ponad 1,5% wartości swego olbrzymiego PKB na postęp naukowo-techniczny.

W KR zauważalne jest ciekawe zjawisko zmniejszania się orientacji eksportowej w rozwoju gospodarczym na rzecz konsumpcji wewnętrznej oraz inwestycji krajowych, a także zwiększania importu. Będzie to konsolidowało jeszcze bardziej potencjał KR.

Z dotychczasowej analizy ewolucji układu sił w świecie i w jego poszczególnych regionach wynika, iż – w kategorii centrów sensu stricto – największe szanse mają następujące państwa: Australia, Indonezja, Wietnam, Chiny, Rosja, Indie, Iran, Turcja, Arabia Saudyjska, Nigeria, RPA, Niemcy, USA i Brazylia.

Zaś w kategorii centrów sensu largo prym wiodą: BRICS+, APEC, ASEAN, SOW, WNP, LA, UA, UE, USMCA i CELAC.

Zapewne przyszły system policentryczny świata wyłoni się około roku 2030 w wyniku optymalnej symbiozy największych, najsilniejszych, najbardziej konkurencyjnych oraz zdecydowanie innowacyjnych centrów sensu stricto i sensu largo.

W sumie będzie to chyba około 10 centrów (biegunów) z obydwu kategorii albo nieco więcej. W politologii światowej wspomina się natomiast o „czołowej siódemce” („top seven”): Chiny, strefa euro, USA, Indie, Japonia, W. Brytania oraz Indonezja.

Chyba rażącym błędem w tej prognozie jest pominięcie Rosji, ASEAN-u i UA. Niemcy występują w niej tylko w ramach Eurozone.

Prognozy średnioterminowe:

W zdecydowanej większości przypadków są to właśnie przewidywania o takim zasięgu, obejmujące okres od dziś do 2030 roku, kiedy może się pojawić system policentryczny bądź jego solidne zręby.

Prof. Gunilla Herolf (SIPRI, Sztokholm) jest zdania, iż ewolucja świata w kierunku policentryzmu jest już ewidentna i nieodwracalna oraz że USA będą musiały „podzielić się władzą” z innymi wielkimi mocarstwami.

W prognozach dominuje też przeświadczenie, iż system ten może okazać się najlepszym i najbardziej efektywnym dla świata spośród wszystkich dotychczasowych układów bi- lub monocentrycznych.

Jednak warunkiem jego trwałości i efektywności musi być harmonijne współdziałanie, zdrowa konkurencja i koordynowanie poczynań pomiędzy poszczególnymi centrami. Są to jednocześnie warunki sine qua non realnego powstrzymania współczesnej anarchizacji życia międzynarodowego.

Policentryzm jest jeszcze wielką niewiadomą i zagadką intelektualną. Istnieje bowiem dość duża doza jasności, jeśli chodzi o wpływ mono-, bi- i trójcentryzmu na rozwój naszej cywilizacji. Natomiast prawie nic nie wiadomo w sprawie ewentualnego oddziaływania policentryzmu na ten rozwój.

Panuje jednak przeświadczenie, że zapewni on większą stabilizację oraz bardziej zrównoważony i ustabilizowany rozwój niż poprzednie upadłe „systemy”.

Mniejsze państwa obawiają się mimo to, iż największe centra (bieguny) nowego systemu mogą znów wykazywać skłonność do „rządzenia” i panoszenia się w stosunku do innych państw, tym bardziej że system policentryczny zapewni mocarstwom większe i lepsze możliwości w tej mierze.

Dlatego już teraz np. Francja domaga się, aby – w warunkach policentryzmu – USA były partnerem, a nie liderem.

Poza wszystkim w czasach globalizacji, wioski globalnej – global village, coraz większa współzależność polityczna, strategiczna, ekonomiczna, dyplomatyczna i in. poszczególnych państw sprawia, iż żadne z nich nie może działać autarkicznie i na własną rękę, nie licząc się z innymi.

Funkcjonuje już kategoria międzycentryzmu (interpolarity) – dla określania wzajemnych powiązań i większego uzależnienia między nowymi centrami oraz grupami państw.

A priori wprowadza się obecnie rozmaite zmyłkowe podziały i przeciwieństwa między nimi: centra demokratyczne – centra autorytarne, państwa prawa – państwa bezprawia i in. Są to jednak zabiegi przedwczesne i rażące sztucznością oraz wywodzące się z repertuaru „dziel i rządź”.

Jak było do przewidzenia, narodzinom policentryzmu towarzyszy swoisty mętlik ideologiczny, koncepcyjny i programowy w tym zakresie.

Bowiem obecny pęd ku policentryzmowi bazuje raczej na intuicji państw i narodów oraz stymulowany jest on przede wszystkim wysokim poziomem nienawiści, o podłożu psychologicznym, politycznym i materialnym, wobec USA, ich hegemonizmu, neoliberalizmu i jego tragicznych skutków dla świata.

Przeciwko USA różne państwa świata zawierały formalne lub ciche sojusze, partnerstwa strategiczne itp. Tymczasem przyszłe wielkie centra, szczególnie Chiny, Indie, Brazylia i Rosja, nie dysponują jeszcze kompleksowymi oraz innowacyjnymi programami i receptami o zasięgu globalnym na utworzenie systemu policentrycznego.

Wprawdzie np. model „socjalizmu o specyfice chińskiej” cieszy się dużym zainteresowaniem i uznaniem w świecie, ale niektóre kraje i społeczeństwa nadal borykają się z dylematem, czy dynamiczny rozwój Chin – to szansa, czy też zagrożenie dla innych? Jest to wszakże dylemat pozorny, a nie realny.

Co więcej, niektóre państwa, szczególnie sąsiadujące z Chinami, obawiają się na wyrost ewentualnych niebezpiecznych posunięć z ich strony.

W tej sytuacji przyszłe centra będą raczej dążyły do wprowadzenia i utrzymania optymalnej równowagi sił – oby nie „równowagi strachu” – w nowym systemie, celem niedopuszczenia do asymetrii i dysproporcji brzemiennych w negatywne skutki.

W nowej sytuacji, w której centrum chińskie już stanowi skuteczną przeciwwagę wobec byłego centrum amerykańskiego, gruntownego wyjaśnienia będzie wymagało podejście USA do tej nowej sytuacji: czy będą one preferowały współpracę, czy też dominację, ewentualnie innymi metodami niż hard power?

W niektórych fragmentach globalnego układu sił policentryzm de facto już istnieje i funkcjonuje od dłuższego czasu. Dotyczy to w szczególności mocarstw nuklearnych: USA, W. Brytanii, Francji, Rosji, Chin, Indii, Pakistanu, Korei Północnej, Izraela i in. To główne „centra nuklearne”.

Jednak wedle szacunkowych danych co najmniej kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt krajów świata jest w stanie wyprodukować broń nuklearną i wejść w posiadanie środków jej przenoszenia – nieomalże z dnia na dzień.

W gronie takich krajów wymienia się zwłaszcza Koreę Południową, Iran, Australię, Japonię, Afrykę Południową, Kanadę, Brazylię, Argentynę, Kazachstan, Ukrainę, Niemcy, Włochy, Turcję, Belgię, Holandię, a nawet Polskę.

Globalny „klub nuklearny” dysponuje łącznie około 12 187 głowicami nuklearnymi, z których około 4012 jest rozmieszczonych (dane SIPRI, stan na styczeń 2026 r.).

Innym przykładem policentryzmu de facto jest oddziaływanie znakomitej kultury i sztuki – starożytnej i nowożytnej, klasycznej i modernistycznej – niektórych państw oraz regionów na całą społeczność międzynarodową.

W tym gronie wymienić trzeba przede wszystkim kulturę chińską, indyjską, rosyjską, francuską, afrykańską i latynoską. Zaś USA, ze swoją subkulturą hollywoodzko-westernową i broadwayowską, nie zaliczają się raczej do tej kategorii centryzmu, ale agresywnie eksportują swą subkulturę do wielu krajów świata.

Swoisty rodzaj policentryzmu, tzw. elitarnego, którego obawiają się inne państwa, występuje np. w przypadku Rady Bezpieczeństwa ONZ, powstałej jeszcze w czasach „zimnej wojny”, G-20 czy tzw. sekstetu bliskowschodniego: ONZ, USA, UE, ChRL, Rosja i Liga Arabska.

Centra decyzyjne zauważalne są także w ramach wielu organizacji regionalnych, takich jak UE – ośrodek niemiecki, ASEAN i UA.

Policentryzm występuje również w postaci istnienia kilku najważniejszych i najsilniejszych ośrodków gospodarczo-finansowych i naukowo-technicznych w świecie, tzn. wielkich mocarstw, państw i organizacji, które – niezależnie od kryzysu – odgrywają wiodącą rolę ekonomiczną w skali światowej i w swoich regionach.

Są to w większości wielkie kraje rozwijające się, w których utrzymuje się wysoka stopa wzrostu gospodarczego. Naturalnie obecne i przyszłe centra gospodarcze – bardziej niż militarne – mieć będą priorytetowe znaczenie i wielki wpływ na tworzenie oraz na ostateczny kształt systemu policentrycznego (wielobiegunowego) na świecie.

Wraz z postępem w procesie policentryzmu i z osłabieniem USA kończy się monopol dolara amerykańskiego – jako głównej waluty globalnej, rezerwowej i rozliczeniowej.

Analitycy, przedsiębiorcy i finansiści prognozują coraz częściej trójcentryczny system walutowy już w niedługiej przyszłości: dolar – juan – euro. Perspektywę tego rodzaju dostrzega także Bank Światowy.

W opracowaniu pn. „Global Development Horizons” eksperci BŚ stwierdzają, że nie będzie jednej waluty dominującej w świecie, lecz ww. system trójwalutowy.

Nie należy sądzić, iż system ów stanie się od razu lekarstwem na główne niedomagania gospodarstwa światowego. Raczej nie, bowiem jak każde rozwiązanie globalne oparte na walutach narodowych, i on mieć będzie również swoje słabości.

Ich zapowiedzią jest trwająca obecnie tzw. wojna walutowa w świecie, mimo że MFW zdecydowanie zaprzecza temu.

Racjonalnym i chyba efektywnym wyjściem z sytuacji byłoby utworzenie w świecie policentrycznym nowego systemu finansowo-bankowego, zamiast trwającego do dziś systemu postjałtańskiego z Bretton Woods, oraz wprowadzenie wspólnej waluty wszystkich państw – np. globala, podzielonego na 100 centów globalnych.

Zniknęłoby wówczas tzw. ryzyko kursowe, a gospodarstwo światowe i gospodarki narodowe uzyskałyby wielkie oszczędności, nie musząc wymieniać swych pieniędzy na waluty światowe – rozliczeniowo-rezerwowe – i odwrotnie.

Konkluzje i perspektywy:

Dylemat powstający w kontekście perspektywy policentryzmu (wielobiegunowości) w świecie jest bardzo poważny. Wymaga on głębokich analiz futurologicznych i jednoznacznego wyjaśnienia: czy policentryzm oznacza nowe ryzyko – konfrontacji i konfliktów – czy też nową, niepowtarzalną szansę – współpracy i rozwoju – dla ludzkości? Albo, albo?!

W trwającej batalii o racjonalny policentryzm na świecie stawka jest więc olbrzymia, najwyższa. Bowiem chodzi o zachowanie życia i o przetrwanie rodzaju ludzkiego na Ziemi.

Dziś nie trzeba bynajmniej broni nuklearnej czy uderzenia z kosmosu, żeby zniszczyć życie. Wystarczą „bronie” pozamilitarne – też wyprodukowane przez człowieka oraz przez niewłaściwe systemy i mechanizmy rozwoju.

Np. groźna tzw. „bomba ekologiczna”. Niemniej niebezpieczna jest „bomba socjologiczna”, zwana też „bombą demograficzną”.

Nie chodzi tu bynajmniej o to, że liczba ludności świata przekroczyła już dość znacznie 8 mld osób. Przy racjonalnym gospodarowaniu i sprawiedliwym podziale dóbr Ziemia jest w stanie wyżywić oraz zapewnić optymalne warunki życia i pracy dla 9–11 mld swoich obywateli.

Nie gwarantuje tego jednak obecna irracjonalna polityka społeczno-gospodarcza w skali globalnej – jeśli można traktować ją jako wypadkową, średnią ważoną polityk tego rodzaju, prowadzonych przez wszystkie państwa i zainteresowane organizacje międzynarodowe.

Obecny kryzys globalny uzewnętrznił jaskrawo dramatyczne skutki owej „polityki” oraz rosnący potencjał wybuchowy „bomby socjologicznej”: gwałtowny wzrost zadłużenia, obszarów biedy i nędzy w świecie; pogłębianie się przepaści między bogatymi a biednymi; znaczny wzrost bezrobocia [5]; głód – zwiększenie się do ponad 2 mld liczby osób dysponujących zaledwie sumą 1–2 USD na dzienne utrzymanie; intensyfikacja chorób i epidemii, brak opieki lekarskiej i lekarstw; liczba osób niemających dostępu do czystej wody, szczególnie pitnej, przekroczyła 1 mld; obniżanie średnioświatowego poziomu moralności, wykształcenia, edukacji, kultury i świadomości społecznej etc.

Zadanie ustanowienia policentryzmu w świecie będzie więc bardzo trudne i niezwykle skomplikowane w realizacji, ale całkiem możliwe. Przede wszystkim należy liczyć się z oporem i przeciwdziałaniem ze strony byłego supermocarstwa monocentrycznego oraz jego najwierniejszych sojuszników.

Policentryzm osłabi jeszcze bardziej wpływy tego supermocarstwa w świecie. Ponadto dojście nowych głównych ośrodków siły do odpowiedniego potencjału, do niezbędnej mocy i wpływów wymagać będzie dość dużo czasu – około dziesięciolecia – oraz poważnych nakładów sił i środków, a także odpowiednich przygotowań teoretyczno-programowych i nakładów finansowych oraz sprzyjającego otoczenia międzynarodowego.

Tymczasem w świecie utrzymuje się wysoki poziom napięcia, nasilają się nowe zagrożenia, szczególnie terroryzm, które nie służą budowaniu nowatorskiego policentryzmu.

Droga do niego prowadzi więc poprzez eliminowanie przeszkód i ruin pozostawionych w spadku przez poprzednie „systemy”, niwelowanie strat spowodowanych przez kryzys globalny oraz zapewnianie warunków dla pokojowego, bezpiecznego i zrównoważonego rozwoju wszystkich krajów oraz całego świata.

Z powyższych rozważań wynika, że alternatywa rozwojowa makro, przed którą staje nasza cywilizacja w perspektywie XXII wieku, jest następująca: anachroniczny i przestarzały monocentryzm – jednobiegunowość – albo innowacyjny policentryzm – wielobiegunowość?

Teoretycznie możliwy jest ewentualnie także bicentryzm – dwubiegunowość – ale oznaczałoby to powrót do niedobrej przeszłości.

Poza Stanami Zjednoczonymi żadne inne wielkie mocarstwo czy grupa państw, np. UE, ASEAN i in., nie dąży do monocentryzmu.

Niemniej jednak globalne ambicje dominacyjne i hegemonistyczne USA są raczej niemożliwe do zrealizowania środkami pokojowymi, gdyż zdecydowana większość państw świata zmierza w kierunku optymalnego policentryzmu. Taka jest również moja prognoza makro.

Poza wszystkim zasadnicza zmiana układu sił na niekorzyść USA sprawia, że dążenia i aspiracje amerykańskie pozostaną na zawsze, najprawdopodobniej, tylko w sferze iluzorycznych marzeń i niezbyt pobożnych życzeń.

Przypisy:

[1]. Układ o likwidacji Związku Radzieckiego został zawarty przez przywódców ZSRR, Ukrainy i Białorusi dnia 8 grudnia 1991 r. w miejscowości Wiskula na Białorusi;

[2]. Prezydent W. Putin zgłosił propozycję utworzenia Unii Eurazjatyckiej („od Lizbony do Władywostoku”) w dniu 7 maja 2012 r., mniej więcej 20 lat po upadku ZSRR;

[3]. Prof. Kenneth Neal Waltz, wybitny politolog amerykański, wykładowca na uniwersytetach California, Berkeley i Columbia. Autor teorii neorealizmu w stosunkach międzynarodowych;

[4]. Propozycja ta została przedstawiona przez prezydenta Baracka Obamę w Orędziu o stanie państwa w lutym 2013 r.; można się w niej doszukać reakcji na propozycje W. Putina ws. Unii Eurazjatyckiej;

[5]. Według aktualnych statystyk Międzynarodowej Organizacji Pracy (MOP) liczba bezrobotnych na świecie wynosi obecnie ponad 186 mln osób. Stanowi to ponad 5% ogółu ludzi zdolnych do pracy w skali globalnej. MOP prognozuje jednocześnie, iż do roku 2030 stopa bezrobocia światowego może przekroczyć 15% ludzi zdolnych do pracy i pragnących pracować.

Najnowsze

Sprawdź również

Wojna z planetą. Ekologiczne koszty zbrojeń

Wojna z planetą. Ekologiczne koszty zbrojeń

Trwa debata nad europejską gorączką zbrojeń. W tle konflikty wokół Ukrainy, Iranu, Gazy, Tajwanu. Mącą ludziom w głowach byli wojskowi, pseudoeksperci z think-tanków, z naciskiem na tanki, ale bez własnych myśli. Główne aspekty tego galimatiasu poznawczo-praktycznego...

Politycy walczą o wpływy, kurierzy o przyszłość

Politycy walczą o wpływy, kurierzy o przyszłość

Rozeszli się, a może się nie rozeszli. Morawiecki z ekipą został wyrzucony czy sami odeszli. Mówią, że lewacy dramatyzują, ale wszystkie inby w lewicowych grupkach są niczym w porównaniu z tymi łzawymi spektaklami na prawicy. W dodatku temat został podchwycony i...

Sprzedamy „tanio” – za 700 tysięcy…

Sprzedamy „tanio” – za 700 tysięcy…

Spółka Skarbu Państwa PKP S.A. oferuje na swojej stronie sprzedaż nieruchomości głównie mieszkaniowych, usytuowanych w różnych miejscowościach, które przedstawia jako „tanie”. Choć niektóre z cen faktycznie nie wydają się w obecnych realiach wygórowane, to wśród ofert...

Pokaż twarz robocie!

Pokaż twarz robocie!

Chińcyki - roboty trzymają się mocno. Są trendy w tym sezonie politycznym. Podobnie też chińskie samochody elektryczne i chińskie nowości AI. Czyli „sztucznej inteligencji”, po angielsku zwanej „Artificial Intelligence”. Zaś Chińczycy często na AI mówią „Shēndù...

Kijów i Berlin mogą ominąć Warszawę

Kijów i Berlin mogą ominąć Warszawę

Polska może pomóc Ukrainie wygrać wojnę, a mimo to przegrać walkę o porządek, który powstanie po jej zakończeniu. Po 2022 roku polska polityka wobec Ukrainy została zdominowana przez ideologiczny entuzjazm. Każdą próbę rozmowy o polskim interesie, gospodarce czy...

Rządy „prawa” czy wielkich korporacji

Rządy „prawa” czy wielkich korporacji

Lekarstwo Pfizera na poprawę ostrości widzenia Firmy z Zachodu przez stulecia korzystały z taniej pracy, tanich surowców, rynku zbytu kolonii. Ale musiały znaleźć sposób na dalszą ich eksploatację, kiedy te odzyskały niepodległość. Zachodni kolonialiści tracili...

Współlokator+ nie ocalił koalicyjnej hipokryzji

Współlokator+ nie ocalił koalicyjnej hipokryzji

Prezydent zawetował ustawę o „osobie najbliższej”. Stało się więc to, co było oczywiste, że się stanie. Nawrocki opowiada bajki o „obronie małżeństwa”, ponieważ jak podkreśla bezustannie „nic, co jest quasi-małżeństwem, nie może liczyć na moje wsparcie”. Krucha jest...