Za zamkniętymi drzwiami Iran, atom i pytania o 7 października
Benjamin Netanjahu odbył niezapowiedzianą wcześniej wizytę w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Oficjalnie chodziło o stosunki dwustronne i „wyzwania regionalne”. Według źródeł CNN jednym z głównych tematów był jednak Iran, jego program nuklearny oraz izraelskie informacje wywiadowcze. W tle pozostaje znacznie bardziej niewygodne pytanie: co izraelski premier wiedział przed atakiem Hamasu z 7 października 2023 roku? A ponad tym wszystkim wisi jeszcze jeden problem — cenę kolejnej eskalacji na Bliskim Wschodzie mogą zapłacić nie politycy siedzący przy zamkniętych stołach, lecz miliony zwykłych ludzi.
Wizyta izraelskiego premiera w Abu Zabi odbyła się 27 września i początkowo nie została publicznie zapowiedziana. Dzień później Zjednoczone Emiraty Arabskie oficjalnie potwierdziły, że prezydent Mohammed bin Zayed Al Nahyan przyjął Netanjahu.
Emiracka agencja WAM poinformowała, że przywódcy rozmawiali o relacjach między oboma państwami i sposobach ich dalszego rozwijania. Strona izraelska mówiła również o „wyzwaniach regionalnych”. Według izraelskich urzędników cytowanych przez Reutersa spotkanie trwało około sześciu godzin, a jednym z jego głównych tematów był Iran.
Dyplomatyczny język jest jednak tylko pierwszą warstwą tej historii.
Netanjahu przywiózł informacje o Iranie
Według CNN izraelski premier miał przedstawić prezydentowi Emiratów nowe informacje izraelskiego wywiadu. Miały one wskazywać, że Iran ponownie rozwija elementy swojego programu nuklearnego.
Wśród przekazanych materiałów miały znaleźć się informacje dotyczące nowych prac w rejonie określanym jako Pickaxe Mountain, położonym około 140 mil, czyli około 225 kilometrów, na południe od Teheranu. Izraelskie służby mają uważać ten silnie chroniony kompleks za potencjalnie istotny dla przyszłości irańskiego programu nuklearnego.
Trzeba jednak bardzo precyzyjnie oddzielić fakt od oceny wywiadowczej.
Faktem jest wizyta Netanjahu w ZEA. Faktem są rozmowy dotyczące sytuacji regionalnej. Informacje o konkretnych zamiarach Iranu są natomiast ocenami izraelskich służb przekazanymi CNN przez źródło zaznajomione ze spotkaniem.
To istotne rozróżnienie, szczególnie w czasie konfliktu, kiedy informacje wywiadowcze stają się również narzędziem prowadzenia polityki.
Sama aktywność budowlana w rejonie Pickaxe Mountain nie jest wyłącznie izraelskim twierdzeniem. Analiza zdjęć satelitarnych przeprowadzona przez Center for Strategic and International Studies wskazywała na wzrost aktywności budowlanej, rozwój dróg i zabezpieczanie wejść do kompleksu. Jednocześnie eksperci cytowani przez CNN zaznaczali, że nie oznacza to automatycznie, iż obiekt jest już zdolny do wzbogacania uranu.
To właśnie w takich szczegółach ginie często pierwsza ofiara wojennej debaty: ostrożność.
„Iran prowadzi prace budowlane”, „izraelski wywiad uważa, że Iran odbudowuje program nuklearny” oraz „Iran posiada działającą w tym miejscu instalację do wzbogacania uranu” to trzy różne twierdzenia. Nie powinno się ich zamieniać w jedno.
Tajna dyplomacja i publiczna wojna
Spotkanie pokazuje jednocześnie, jak daleko zmieniła się polityczna mapa Bliskiego Wschodu.
Izrael i Zjednoczone Emiraty Arabskie nawiązały oficjalne stosunki dyplomatyczne w 2020 roku w ramach Porozumień Abrahamowych. Od tego czasu współpraca między oboma państwami wykroczyła daleko poza handel i turystykę.
Reuters wskazuje, że w czasie obecnego konfliktu z Iranem ZEA pogłębiły relacje zarówno ze Stanami Zjednoczonymi, jak i z Izraelem.
W praktyce powstaje więc system regionalnych zależności, w którym dawni przeciwnicy mogą współpracować w sprawach wywiadu, obrony przeciwlotniczej czy bezpieczeństwa szlaków energetycznych. Nawet jeżeli w innych kwestiach pozostają po przeciwnych stronach.
Nie oznacza to jednak, że wszystkie interesy są wspólne.
Emiraty potrafią jednocześnie współpracować z Izraelem i ostro krytykować działania jego rządu. 29 września władze ZEA potępiły wejście izraelskiego ministra bezpieczeństwa narodowego Itamara Ben-Gvira wraz z osadnikami na teren kompleksu Al-Aksa, określając to jako prowokacyjną eskalację.
Bliski Wschód nie mieści się więc w wygodnym podziale na dwa zwarte obozy.
Państwa jednocześnie współpracują, konkurują, prowadzą rozmowy zakulisowe i publicznie się potępiają.
W tle pozostaje 7 października
Wizyta Netanjahu ma również drugi, niezwykle ważny wymiar.
Odbyła się zaledwie miesiąc przed izraelskimi wyborami zaplanowanymi na 27 października. Działo się to także w czasie ostrego sporu o odpowiedzialność władz za wydarzenia z 7 października 2023 roku.
Według wcześniejszych doniesień „Haaretz” i „The New York Times” przywódca ZEA Mohammed bin Zayed miał przed atakiem Hamasu ostrzec Netanjahu przed możliwością dużej operacji.
Kancelaria izraelskiego premiera temu zaprzecza.
Emiraty nie potwierdziły publicznie szczegółów rzekomego ostrzeżenia. W oficjalnym komunikacie z 8 września ich MSZ stwierdziło natomiast, że nie komentuje medialnych spekulacji dotyczących rozmów przywódców, a istotne informacje wywiadowcze są przekazywane Izraelowi odpowiednimi kanałami.
Associated Press podała, że jednym z powodów zainteresowania wizytą była właśnie sprawa domniemanego ostrzeżenia. Netanjahu zdecydowanie odrzuca relacje sugerujące, że otrzymał wcześniej taką informację i jej nie wykorzystał.
Nie ma więc podstaw, aby przedstawiać odpowiedzialność premiera za zignorowanie konkretnego ostrzeżenia jako ustalony fakt.
Jest jednak pełne prawo zadawać władzom pytania o odpowiedzialność.
Bo bezpieczeństwo państwa nie może polegać wyłącznie na tym, że po katastrofie politycy wskazują kolejnego zewnętrznego przeciwnika.
Państwo odpowiada także za jakość własnych instytucji, przepływ informacji między służbami, przygotowanie administracji i ochronę obywateli.
To jest kwestia szczególnie ważna z perspektywy społecznej: za błędy aparatu państwa najczęściej nie płacą ludzie podejmujący decyzje, tylko zwykli mieszkańcy.
Wojna ma również klasowy rachunek
W debacie o Bliskim Wschodzie dominuje język generałów i dyplomatów: rakiety, cele strategiczne, instalacje nuklearne, systemy obronne, sankcje.
Znacznie rzadziej mówi się o tym, kto finansuje długotrwałą militaryzację i kto ponosi jej ekonomiczne konsekwencje.
A te już są widoczne.
Cieśnina Ormuz należy do najważniejszych arterii energetycznych świata. Według amerykańskiej Energy Information Administration w pierwszej połowie 2025 roku przepływało przez nią średnio około 20,9 mln baryłek ropy i produktów naftowych dziennie. Ta ilość odpowiadała mniej więcej jednej piątej światowego zużycia płynnych paliw. Alternatywne rurociągi są w stanie przejąć tylko część tego ruchu.
Obecny konflikt już pokazał, co oznacza zagrożenie dla tego szlaku.
28 września ropa Brent kosztowała ponad 105 dolarów za baryłkę, a Reuters wskazywał na zakłócenia transportu ropy i gazu przez Ormuz jako jeden z czynników podbijających ceny.
To nie jest abstrakcyjny problem rynków finansowych.
Droższa ropa oznacza droższy diesel. Droższy diesel oznacza wyższy koszt przewozu żywności, materiałów budowlanych czy towarów do sklepów. Więcej płacą przedsiębiorstwa transportowe, samorządy, rolnicy i gospodarstwa domowe.
I ostatecznie wyższe koszty najmocniej uderzają nie w tych, którzy mają duży majątek i oszczędności, lecz w ludzi przeznaczających znaczną część pensji na podstawowe potrzeby.
Europa już płaci
Europa również nie stoi obok tego konfliktu.
Według danych Komisji Europejskiej przytoczonych przez Reutersa państwa UE wydały w 2026 roku około 17,9 mld euro na działania łagodzące skutki wzrostu cen energii dla gospodarstw domowych i przedsiębiorstw. Komisja wskazuje jednocześnie, że pomoc powinna być lepiej kierowana do najbardziej narażonych grup. Zamiast tego obecnie opiera się przede wszystkim na kosztownych, powszechnych obniżkach cen.
To właśnie tutaj geopolityka spotyka się z polityką społeczną.
Każdy dodatkowy miliard potrzebny na nadzwyczajne dopłaty do energii jest miliardem, który państwo musi znaleźć w podatkach, długu albo przesunięciach budżetowych.
Dlatego hasło „bezpieczeństwo” nie może sprowadzać się wyłącznie do kolejnych kontraktów zbrojeniowych.
Bezpieczeństwo oznacza również możliwość ogrzania mieszkania, zatankowania samochodu, dojazdu do pracy, utrzymania publicznego transportu i ochronę gospodarstw domowych przed kolejnym szokiem inflacyjnym.
Państwo, które potrafi kupować systemy rakietowe, ale nie potrafi ochronić swoich obywateli przed ekonomicznymi skutkami kryzysu, realizuje tylko część swoich obowiązków.
Co to oznacza dla Polski?
Polska nie jest bezpośrednią stroną konfliktu izraelsko-irańskiego, ale nie oznacza to braku konsekwencji.
Pierwszą są ceny energii i paliw. Polska funkcjonuje na europejskim i światowym rynku surowców. Długotrwały wzrost cen ropy oznacza presję na ceny paliw, transportu i produkcji.
Drugą jest inflacja. Jeżeli koszty energii utrzymują się wysoko, z czasem mogą przenosić się na ceny szerokiej grupy towarów i usług.
Trzecią jest bezpieczeństwo transportu morskiego i infrastruktury energetycznej. Zakłócenia na Bliskim Wschodzie przypominają, że dywersyfikacja źródeł energii jest nie tylko elementem polityki klimatycznej, lecz także bezpieczeństwa państwa.
Czwartą jest ryzyko polityczne i informacyjne.
Im poważniejszy konflikt, tym więcej pojawia się przekazów opartych na anonimowych źródłach, przeciekach wywiadowczych, materiałach propagandowych oraz informacjach publikowanych przez strony bez możliwości niezależnego potwierdzenia.
Polskie instytucje i media powinny więc bardzo wyraźnie odróżniać potwierdzone zdarzenie od oceny wywiadowczej oraz ocenę wywiadowczą od politycznej interpretacji.
W przypadku informacji o programie nuklearnym Iranu jest to szczególnie istotne.
UE powinna patrzeć dalej niż na kolejny kryzys paliwowy
Rosnące koszty energii ponownie pokazują również słabość europejskiego modelu bezpieczeństwa opartego na dużej zależności od importowanych paliw.
Komisja Europejska ostrzegała pod koniec września przed skutkami zakłóceń na światowych rynkach ropy i gazu. UE pozostaje silnie zależna od importu gazu, choć jej sytuacja jest lepsza niż podczas kryzysu energetycznego związanego z Rosją. Udało się to dzięki rozbudowie infrastruktury LNG, odnawialnych źródeł energii i ograniczeniu zużycia.
Wniosek społeczny powinien być prosty.
Transformacja energetyczna nie jest luksusem dla bogatych państw ani dodatkiem do polityki klimatycznej.
Im mniej gospodarka zależy od ropy i gazu transportowanych przez najbardziej zapalne regiony świata, tym trudniej kolejnej wojnie wystawić europejskim gospodarstwom domowym rachunek za cudze decyzje polityczne.
Ale transformacja musi być sprawiedliwa.
Jeżeli jej koszty zostaną przerzucone przede wszystkim na pracowników i gospodarstwa o niskich oraz średnich dochodach, powstanie kolejny społeczny konflikt. Państwo powinno więc inwestować w transport publiczny, termomodernizację, energetykę odnawialną, sieci i tańszą energię. Zamiast tego obecnie oczekuje się, że każdy obywatel sam kupi sobie bezpieczeństwo energetyczne.
Bezpieczeństwo to także bezpieczeństwo cywilów
W polityce międzynarodowej szczególnie łatwo przyjąć perspektywę rządów i armii.
Iran staje się wtedy „problemem nuklearnym”. Izrael — „partnerem strategicznym”. Emiraty — „regionalnym graczem”. Cieśnina Ormuz — „szlakiem transportowym”.
Za każdym z tych pojęć stoją jednak społeczeństwa.
Wojny oznaczają zabitych i rannych, zniszczone mieszkania i infrastrukturę, przerwaną edukację, przeciążone szpitale, migracje oraz ogromne wydatki publiczne przesuwane z potrzeb społecznych do sektora bezpieczeństwa.
Dlatego demokratyczna kontrola nad polityką zagraniczną i wojskową nie jest przeszkodą w zapewnianiu bezpieczeństwa. Jest jego częścią.
Obywatele mają prawo wiedzieć, dlaczego podejmowane są decyzje mogące prowadzić do eskalacji. Powinni także wiedzieć, na jakich informacjach są oparte i jakie alternatywy dyplomatyczne zostały wykorzystane.
Za zamkniętymi drzwiami decyduje się o sprawach otwartych dla całych społeczeństw
Spotkanie Netanjahu z Mohammedem bin Zayedem jest ważne właśnie dlatego, że łączy kilka kryzysów naraz.
Pierwszy dotyczy irańskiego programu nuklearnego i zagrożenia dalszą eskalacją wojskową.
Drugi dotyczy nowego układu sił na Bliskim Wschodzie, w którym Izrael coraz głębiej współpracuje z częścią monarchii Zatoki.
Trzeci dotyczy odpowiedzialności izraelskich władz za przygotowanie państwa przed atakiem 7 października 2023 roku.
Czwarty jest ekonomiczny i zdecydowanie wykracza poza region.
Kiedy przez Ormuz przepływa ropa, problem wydaje się odległy. Kiedy ruch tankowców zostaje zakłócony, skutki szybko docierają na europejskie stacje paliw, do firm transportowych, sklepów i domowych budżetów.
I dlatego pytanie o spotkanie w Abu Zabi nie powinno brzmieć wyłącznie: co Netanjahu powiedział prezydentowi Emiratów?
Ważniejsze jest coś innego.
Czy spotkanie zwiększa szanse na dyplomatyczne ograniczenie konfliktu, czy przygotowuje grunt pod jego kolejną fazę? Jak wiarygodne są informacje wykorzystywane do uzasadniania dalszych działań? Jakie zabezpieczenia mają państwa dla zwykłych ludzi przed gospodarczymi następstwami wojny?
Bo historię kolejnych konfliktów bardzo często piszą przywódcy.
Ale rachunek niezwykle rzadko trafia na ich stół.
Źródła
Artykuł opracowano na podstawie informacji CNN, Reutersa, Associated Press, Emirates News Agency, U.S. Energy Information Administration oraz oficjalnych komunikatów władz Zjednoczonych Emiratów Arabskich.










