Morbital

5 lip 2026

„Nigdy bym nie pomyślał, że w świecie fundacji i stowarzyszeń, które za cel postawiły sobie ochronę zwierząt, jest tyle patologii. Jedna z najpiękniejszych idei, jakie tylko można sobie wyobrazić, przez lata zmienia się w coś, co trudno wyrazić słowami. Do opisania tego zjawiska nie wystarczy limitowany liczbą znaków wpis w Internecie – trudno byłoby zawrzeć całość w jednym lub nawet kilku reportażach”. – To nie są moje słowa. To są słowa Michała Kowalskiego, twórcy obecnej na FB „Czarnej Listy Organizacji Prozwierzęcych”. I pochodzą z jego książki, która właśnie miała premierę: „Jak zarobić na zwierzętach. Patologie petbiznesu”.

Ja mogłabym się pod powyższym cytatem spokojnie podpisać. A książkę Kowalskiego, pierwszą taką publikację na rynku polskim, po prostu połknęłam. Wygląda teraz jak przeżuta przez psa. Ma w cholerę znaczników i różnokolorowych zakreśleń. A dlaczego? Otóż historie, które przytacza, fragmenty zeznań, cóż, identyczne mam w swoich aktach prokuratorskich.

Nie da się też ukryć, że z patologicznym petbiznesem w Polsce są powiązani przedstawiciele Koalicji Obywatelskiej. Może dlatego, że to libki, a petbiznes przez luki w prawie staje się złotym interesem. A teraz zastanówcie się: kto stoi na straży tego prawa?

„Dopóki ktoś sam – lub ktoś mu bliski – się z tym systemem nie zetknie, dopóty będzie przekonany, że nikt przecież nie może bez powodu zabrać człowiekowi pupila, nikt nie ma interesu w tym, by wszczynać jakieś wieloletnie batalie prawne, a gdyby nawet tak się stało, to wystarczy przecież powiedzieć prawdę. Bo prawda sama się obroni… czy jak tam brzmi ten truizm. A później następuje szok, że jednak nie w każdym aspekcie prawa obowiązuje domniemanie niewinności. Że można z dnia na dzień mieć przeciwko sobie całkiem nieźle zorganizowaną grupę >>upoważnionych przedstawicieli<<, która dysponuje nieograniczonym budżetem, sprawdzonymi w boju manewrami oraz całym wachlarzem znajomości – od telewizji po politykę”. – I kolejny fragment z książki.

Istotnie „domniemania niewinności” w sprawach dot. „Ustawy o ochronie zwierząt” nie ma. Publika pierwsza ocenia. Niektórzy tego nie wytrzymują. Znikają. Rozpadają im się rodziny. Tracą pracę. Tracą wiarę w człowieka i wiarę w bezpieczeństwo swojego domu. Podejmują próby samobójcze. Rozchorowują się i z powodu tych chorób również umierają. Ponieważ ogromna ilość spraw dotyczących tzw. znęcania się nad zwierzętami dotyka seniorów, to łatwo stwierdzić, że epilog ich życia jest nadzwyczaj gorzki, a bywa i krótki. Co do zabranych zwierząt – umierają, rozchorowują się, znikają.

Po wygranej sprawie; a często żeby ją wygrać trzeba przejść i drugą instancję, albo – kogo stać – iść na kasację; tzw. wygrany dowiaduje się, że teraz może wezwać fundacje do oddania mu psa, ale cóż z tego? Może pojechać po swojego pupila, do siedziby rzeczonej fundacji i w asyście policji, ale cóż z tego? Może nawet wygrać kolejną sprawę i sąd może nakazać wydanie zwierzęcia, ale cóż z tego? Kiedy zwierzaka już nie ma.

Tak prywatnie sobie myślę, że skończy się to, tj. ten bajzel, kiedy tzw. „interwencja” aktywistyczna będzie miała miejsce na posesji mocno wkurwionych Ukraińców albo mocno wkurwionych Kolumbijczyków, którym ktoś będzie chciał zabrać zwierzęta… A nie daj Bóg aktywiszcze im jeszcze mamę, żonę czy dziecko posiniaczy… Ja osobiście życzę tym skurwielom z fundacji, aby natknęli się na Korsykanów, ale chyba Korsykanie jeszcze do Polski za chlebem nie przyjeżdżają. Ale, cóż, każdy może mieć marzenia, prawda?

„Najczęściej – ale nie zawsze – na celowniku organizacji od pseudoochrony zwierząt trafiają osoby starsze, samotne, mniej zaradne lub w inny sposób bezbronne. Pewnie dlatego, że łatwiej im wmówić, iż człowiek w mundurze zamówionym na chińskim serwisie aukcyjnym jest przedstawicielem jakiejś służby państwowej”. – Kolejny cytat.

I jeszcze jeden – „Wypada teraz odpowiedzieć na pytanie, które na pewno komuś zaświta w głowie. Po co to wszystko? Czemu ktoś miałby zabierać jakiemuś dziadkowi psa, jeśli pilnego ratunku ten pies w ogóle nie potrzebuje? Przecież nikt nie skrzywdziłby człowieka i jego zwierzęcia bez powodu – można by rzec, nie bez racji. Ale powodów jest więcej, niż komukolwiek się wydaje. A pierwszy i najważniejszy okazuje się prozaiczny. Oczywiście chodzi o pieniądze. A te, wśród najpotężniejszych organizacji tego typu, liczone są obecnie w milionach. Codziennie nowa ofiara, codziennie nowa zrzutka. A pomiędzy nimi historie tak naciągane, że aż trudno uwierzyć, że ktoś daje się na to nabrać”.

Dobra, to o sumach jakiego rzędu myślimy? Dziś pytanie i wreszcie dziś odpowiedź: „Rynek ochrony zwierząt generuje dziesiątki milionów złotych przychodów rocznie. A może setki milionów… właściwie nikt nie wie, ile. Najbogatsze organizacje operują budżetem rzędu 20 milionów, ale nie brakuje takich, które prowadząc absolutnie niszową, trudną do zauważenia w skali ogólnokrajowej działalność, oscylują w okolicy miliona”. Zdecydowanie warto się ponasuwać… A przecież apetyt rośnie w miarę jedzenia. Bo gdyby było inaczej to w pewnym momencie towarzystwo dałoby sobie spokój i zaczęło po prostu odcinać kupony od działalności albo zmieniło działalność. Można napisać, że ludzie związani z patologicznym petbiznesem nie potrafią „tworzyć” niczego innego niż „petbiznes”… A polityka? Tu nie potrzebują geniuszy intelektu, a nawet geniusze intelektu są niewskazani, bo zaraz będą szukać dziury w całym.

Aj, zapomniałam, w polityce to wy już jesteście. Najpierw w samorządach, a dalej – pchacie się do sejmu. Co niektórym wychodzi, a innym – nie. A jak już jesteście to media same do was przychodzą. W ogóle tutaj koło jest zamknięte – jeśli chcesz zdobyć głosy, przepchnąć ustawę, która jest do bani dla ogółu, ale okey dla wybranych, albo jest tylko do bani, za to krzyżuje inicjatywę rywala politycznego, to biegniesz do fundacji pro-zwierzęcej i nawet może to nie są twoi kumple, po prostu biegniesz do tych, którzy mają największe zasięgi w necie. Sytuacja zmieniła się trochę po aferze w Kłodzku. Teraz polityk pokazujący się z suką (mam na myśli sukę psa, a nie np. francowatą polityczkę) ryzykuje niedyskretne pytanie: „czy to nie jest pana narzeczona?”

Po 16 latach oczekiwania, w 2026 roku implementowano do ustawy o ochronie zwierząt prawodawstwo europejskie, ale wciąż brakuje uściśleń i przede wszystkim brakuje realnej kontroli w obszarze wymaganych ustawowo zmian, czyli znowu brakuje klepniętych przepisów. I znowu trzeba się będzie przebijać przez wianuszek albo wieniec rozćwierkanych pań z pseudofundacji buszujących w Sejmie na komisjach i w kuluarach. Ciekawa w sumie rzecz – w tym biznesie jest nadwymiarowość pań. Jak już się pojawiają panowie, to jeden w drugiego, przypominają jakiegoś sekciarza z literatury amerykańskiej czasów Wielkiego Kryzysu. Cóż, jak to było…? „Gdzie kura gdacze tam kogut milczy”? W sumie to powinno być: „Gdzie kogut milczy, tam kura gdacze”. Tutaj panie są specjalistkami od czarnej roboty, czyli histerii na wysokim levelu i knucia, kogucik tylko przyjdzie i zbierze owoce. Albo sobie zrobi lansik w internecie niby opierzony, udręczony Che Guevara…

Instynkt macierzyński, którego podobno nie ma, a chyba jednak jest, też nie pomaga, bo laski się wkręcają. Menopauza, syndrom pustego gniazda albo – proszę wybaczyć – „brak bolca” robi swoje. To, że dla kobiety przewidziano zdecydowanie krótszą karierę zawodową, w gorszych branżach, a i tak nim oficjalnie im się podziękuje, to walą głową w szklany sufit uniemożliwiający awans też nie pomaga. I mamy wysiew fanatyczek, cwanych fanatyczek i najcwańszych fanatyczek. Pomiędzy nimi snują się wolontariuszki pełne zapału, serca i dobrej woli, które albo skutecznie zostają wykorzystane, albo rozsądnie kończą tę trefną imprezę, albo jej nie kończą, tylko zamieniają się w fanatyczki – z własnej woli lub przez szantaż, bo mimowolnie wdepnęły w gówno. Pomimo ogromnego hajsu to nie jest biznes dla pragmatycznego faceta, on ukręci większe lody – w ciszy i bez widoku zwierzęcej krwi tej prawdziwej czy tej zrobionej z soku pomidorowego.

Cytat: „Osobnym wątkiem (również ten jeszcze kilka lat temu nie przyszedłby mi do głowy) jest działalność kryminalna pod przykrywką tej społecznej. No bo jak? Przestępca to wielki facet, który w kominiarce włamuje się do czyjegoś domu. Z pewnością nie jest to filigranowa pani w średnim wieku, która mieszka z tuzinem kotów. Ale i tu granice zaczęły się zacierać. Ba, pojawiły się nawet i kominiarki oraz nocne wejścia do cudzych domów. Tyle że nikt tego w Polsce nie traktuje jako działalności przestępczej. Mam nadzieję, że kiedyś to się zmieni”.

I jeszcze jedno, o czym Kowalski napomyka. Otóż kiedyś, kiedy zabierano zwierzęta w tzw. „trybie interwencyjnym” to niekoniecznie wchodziła w to prokuratura. Rzecz toczyła się trybem administracyjnym. Była straż miejska, byli miejscy urzędnicy, byli policjanci, jakiś prokurator tam się omsknął, ale… Rzecz zmieniła się mniej więcej po tym jak pod patronatem Ministra Sprawiedliwości wydano broszurkę „Ustawa o ochronie zwierząt – informator prawny dla praktyków”. Było to za czasów Ministra Ziobry, który miał dość katońskie podejście do prawa.

Nikt nie kwestionuje tego, że są ludzie, którzy katują swoje zwierzęta, są bydlakami i trzeba ich za to ukarać. Skoro ustawa była nie do ruszenia, powstała broszurka, która tłumaczyła aktywistom, jak jeszcze lepiej mogą zabezpieczać los cierpiących zwierząt, prokuratorom tłumaczyła, że nie muszą rozkładać rąk, a raczej łapać za długopis i zabezpieczać zwierzęta od dewiantów jako tzw. „dowód w sprawie”, a sędziom wykładała, żeby spraw nie olewali. Autorką broszury rozesłanej hurtowo do sądów i prokuratur jest mecenas Katarzyna Topczewska. I cudownie, ale…

Broszurka jest interpretacją prawa mecenas Katarzyny Topczewskiej. A jak wiadomo po to mamy sale sądowe, żeby zbijały się na nich interpretacje – ta prokuratorska i ta obrończa. Sąd rozsądzi. Sąd powinien mieć szerszy horyzont. Zatem – paradoksalnie – ta broszura nigdy nie powinna trafić do sądów, a jak już to z logo Prokuratora Generalnego, a nie Ministra Sprawiedliwości. Bo podoba nam się to czy nie podoba, znęcanie się nad zwierzętami, stanowi czyn o niskiej szkodliwości społecznej. I nie można żądać kary dla kogoś, kto nawet zabił swojego psa, większej niż dla kogoś, kto zgwałcił kobietę. To znaczy żądać można, ale Sąd musi wziąć pod uwagę całe orzecznictwo, a przede wszystkim (Sąd nie jest Herkulesem) powinno mu się tłuc w głowie coś tam o domniemaniu niewinności, interpretowaniu dowodów (dowody sporne albo durne interpretuje się na korzyść oskarżonego), istnieje ochrona praworządności w Konstytucji RP, a Sędzia Polski jest Sędzią Unijnym, jak tego nie rozumie – to później Ministerstwo Sprawiedliwości buli kasę, tym z wyrokami ETPCz…

Rozsądnie też należałoby zauważyć iż Sędzia może mieć w lodówce kawałek martwej świni lub krowy przerobionej na wędlinę, a rzeźnie to my mamy w Polsce wielkie i szybkie. Zabijamy w nich zwierzęta taśmowo, a skoro taśmowo to tam są nadużycia i okrucieństwa. Świnia – czy nam się to podoba czy nie – jest inteligentniejsza od psa. Zatem jest trochę hipokryzji w tym, a jak nie hipokryzji to zawężonych horyzontów, że Sędzia ma się przyłączyć do jatki sądowej przeciwko jednemu katu zwierząt (a jak życie pokazało często Bogu ducha winnej osobie, z której kata chce się zrobić dla hajsu), a po robocie (bo to praca jest), chlapnąć kawałek wieprzowej kiełbasy i zapić piwkiem. Nie, nie zamierzam pisać broszurki…

Próbuję uświadomić, że miało być fajnie i humanitarnie i światowo, a wyszło jak zwykle. Skoro można kroić z forsy frajerów i samorządów to czemu nie można kroić z forsy frajerów i budżet Prokuratury? To też pieniądze. A prokurator to też człowiek. Chce być popularny, a ma jak w banku popularność jak stanie za obrońcami zwierząt – prawdziwymi czy też nie. Za to jak nie stanie – to ma przerąbane. Prokurator to też człowiek, a człowiek potrzebuje pieniędzy i ma kolegów, którzy potrzebują pieniędzy, a czasem, cóż, ci koledzy są biegłymi sądowymi, albo zaprzyjaźnił się nasz prokurator z całkiem wydawało się fajnymi babkami, które prowadzą przytulisko… Jedna przysługa, druga przysługa… Pieniądz. Sędzia też człowiek i kurator sądowy też człowiek. A Sędzia to zawsze marzył o tym, żeby mieć takiego pieska, co to właśnie trafił z interwencji do budy… A kuratorowi sądowemu to nie starcza do pierwszego. A tu człowiek się starzeje, prokurator łysieje, lepszy sweterek by się przydał. I czemu jeździć jakimś rumplem, jak można nową mazdą.

No i przecież… Tak czy siak walczymy o dobrą sprawę – o to, żeby zwierzęta nie cierpiały! I to się nazywa Panie Ministrze Żurek, kurwa mać – korupcja. Więc może teraz dla zachowania proporcji to należałoby zakupić książkę Kowalskiego do bibliotek sądowych? Albo do czytelni akt. O tu, tu…! Bo ja się Prokuratury najmniej czepiam – nie żyjemy w świecie idealnym, żyjemy w świecie, w którym Prokurator ma doprowadzić podejrzanego do celi. To taki sport. Ale jak Prokurator przekurwi tysiące na niepotrzebnych biegłych, weterynarzy, opiekunów zwierząt, to czy dał się zrobić w balona (tak jak miliony zwykłych Polaków, którzy wysyłają te płatne SMS-y, robią te przelewy, wrzucają te grosiki do psich misek, a nie wiedzą, że fundują zwierzakom morbital) to ma dopiero przerąbane, bo to nie jest już towarzyski wyścig, to jest dyscyplinarka, to jest paragraf, to jest korupcja. A przecież nauczono go, że ma olewać tzw. okoliczności łagodzące, niby i jest coś takiego w Kodeksie Karnym, ale… Jak łatwiej jest zamknąć do pierdla bezradnego dziada bez forsy, którego stareńki pies ma świerzb niż bandytę z forsą, który rekreacyjnie zgwałcił swojego psa, bo akurat tego numeru jeszcze nie próbował, a chciał żyć w myśl zasady – „Jestem człowiekiem i nic, co ludzkie, nie jest mi obce” – to się zamyka dziada, a stareńkiemu psu podaje się morbital w łapę. A społeczeństwo liberalne ma na to wyrąbane – i dziad, i pies są nieproduktywni, a jeszcze z tzw. błogosławieństwem nie można ich przerobić na klej kostny, żeby pośmiertnie, a produktywnie kleili kartki papieru, a nie – żywi, psuli widoki tym młodszym oraz zaradniejszym. I wybaczcie sarkazm.


Michał Kowalski (Czarna Lista Organizacji Prozwierzęcych) „Jak zarobić na zwierzętach. Patologie petbiznesu”, Gyldendal Astra/Gyldendal A/S, Copenhagen 2026

Najnowsze

Ten i tamten naród

Ten i tamten naród

Mieszkanie pani Ani zostało zlicytowane za długi. Miała trudny okres. Mąż pijak jak od niej odchodził, zabrał...

Sprawdź również

Chłód prywatny, kryzys publiczny

Chłód prywatny, kryzys publiczny

Są na tym świecie niepoprawni optymiści, którzy mówią, że bogate kraje szybko się adaptują do zmian, a histerycy ogłaszają „armagedon”. Najzabawniejsi są Amerykanie, którzy pouczają Europejczyków, że powinni natychmiast zainstalować sobie klimatyzację. Gdyby wszyscy...

Nowoczesność bez kontroli jest tylko droższym chaosem

Nowoczesność bez kontroli jest tylko droższym chaosem

Polska chce leczyć pacjentów metodami znanymi z systemów o większych budżetach zdrowotnych. I tak powinno być. Chory nie ma dostawać gorszej diagnostyki, słabszego implantu albo starszej metody tylko dlatego, że NFZ jest słabszym płatnikiem niż kasa w Niemczech czy...

Upały zabijają. Nierówności decydują kogo

Upały zabijają. Nierówności decydują kogo

Mam nadzieję, że nikt z was się nie ugotował w ten weekend. Był rekord temperaturowy, ale to nie on jest najważniejszy, ale fakt, że „żyjemy w przyszłości” i ekstremalne temperatury przestają być ekstremum, a stają się normą. Co prawda od prawicy, tej co to „wyłącza...

Ile zarabia lekarz? Państwo woli nie widzieć, a powinno

Ile zarabia lekarz? Państwo woli nie widzieć, a powinno

Milion złotych rocznie z publicznego szpitala nie jest prywatną sprawą lekarza. To jest sprawa państwa, NFZ i każdego, kto płaci składkę zdrowotną. Przez lata przy zarobkach lekarzy podawano głównie jedną odpowiedź, bardzo wygodną dla środowiska lekarskiego – na...

Gnoza grozy

Gnoza grozy

Nadejście wakacji w Polsce zwiastują „paragony grozy”. Publikowane w internecie zdjęcia rachunków wystawionych w barach i restauracjach. Zlokalizowanych w popularnych wakacyjnych kurortach. Zawsze też ilustrowane wizerunkami dań, jakie po zamówieniu otrzymaliśmy. Bez...