Memorandum podpisane przez Donalda Trumpa z Teheranem odsłoniło najpoważniejszy kryzys w relacjach USA–Izrael od lat. Izrael współtworzył wojnę przeciw Iranowi, ale został odsunięty od rozmów kończących konflikt, bo układ zamyka ją na warunkach, których rząd Benjamina Netanjahu nie akceptuje. Waszyngton szuka wyjścia z kosztownej wojny. Tel Awiw traci możliwość dalszego dyktowania tempa eskalacji, więc próbuje odzyskać inicjatywę przez prowokowanie Iranu i jego sojuszników.
Wojna zaczęła się 28 lutego, gdy setki amerykańskich i izraelskich samolotów wystartowały przeciw Iranowi. Netanjahu zabiegał o taki scenariusz od dekad. Trump wszedł w konflikt z przekonaniem, że szybkie uderzenie złamie system władzy Islamskiej Republiki i da mu kolejny pokaz siły po operacji przeciw Nicolasowi Maduro w Caracas.
Plan rozpadł się po pierwszych tygodniach. Irańskie władze przetrwały eliminację znacznej części kierownictwa, odpowiedziały militarnie i sparaliżowały Cieśninę Ormuz. Kryzys uderzył w globalny rynek energii, ceny paliw, Wall Street i kalkulacje Białego Domu przed zbliżającymi się wyborami uzupełniającymi.
Od tego momentu interesy Trumpa i Netanjahu zaczęły się rozchodzić. Premier Izraela potrzebował dalszej kampanii, bo rozejm korzystny dla Iranu niszczył jego polityczną narrację przed jesiennymi wyborami. Trump zaczął liczyć straty, nie izraelskie ambicje.
Zawieszenie broni z początku kwietnia otworzyło kanał rozmów USA–Iran bez udziału Izraela. Tel Awiw nie został dopuszczony do stołu, bo mógłby blokować układ kończący wojnę bez złamania Iranu. Według Axios 1 czerwca Trump miał ostro zaatakować Netanjahu w rozmowie telefonicznej po jego groźbach kolejnych uderzeń na Bejrut. „Jesteś kompletnie szalony” – miał powiedzieć izraelskiemu premierowi.
Środowe memorandum przewiduje częściowe złagodzenie sankcji, odblokowanie żeglugi przez cieśninę, zakończenie działań wojennych, także w Libanie, oraz 60 dni negocjacji nuklearnych. Poza dokumentem zostają irańskie rakiety balistyczne i regionalne sojusze Teheranu.
W Tel Awiwie taki układ jest odbierany jako strategiczna porażka i zdrada ze strony najważniejszego sojusznika. Iran nie zostaje politycznie rozbrojony, nie traci wpływów w regionie i nie przyjmuje ograniczeń dotyczących rakiet. Zapis o Libanie uderza bezpośrednio w izraelską swobodę prowadzenia działań przeciw Hezbollahowi (i cywilom).
Minister bezpieczeństwa narodowego Itamar Ben-Gvir odrzucił porozumienie narzucone z zewnątrz. Powiedział, że Izrael nie jest podporządkowany Stanom Zjednoczonym, jest suwerennym państwem i nie jest „republiką bananową”.
Waszyngton odpowiedział szybko. Wiceprezydent J.D. Vance, któremu powierzono obronę porozumienia i dalsze negocjacje z Iranem, powiedział, że gdyby był w rządzie Izraela, nie atakowałby jedynego potężnego sojusznika, jaki temu państwu pozostał. Publicznie przypomniał też, jak głęboko Tel Awiw zależy od amerykańskiego wsparcia militarnego.
Zwrot nie wynika z nagłej siły Trumpa wobec Netanjahu. Wynika z kosztów wojny, rosnącej niechęci do kolejnej interwencji i pęknięć w amerykańskiej prawicy. Według marcowego sondażu Pew Research Center 60 proc. Amerykanów ma negatywną opinię o Izraelu. W 2022 roku było to 42 proc.
Wojna w Strefie Gazy osłabiła poparcie dla Izraela, a konflikt z Iranem podzielił obóz MAGA. Ewangeliczni syjoniści pozostają przy Netanjahu. Nurt skupiony wokół Steve’a Bannona, Candace Owens i J.D. Vance’a idzie w stronę izolacjonizmu, sprzeciwu wobec wojen zagranicznych i podejrzliwości wobec Tel Awiwu.
Netanjahu próbuje uniknąć otwartej konfrontacji z Trumpem. W czwartek powiedział o potrzebie utrzymania „żywotnych relacji” z amerykańskim sojusznikiem. Jego skrajnie prawicowi ministrowie podnoszą jednak ton, którego premier nie chce wypowiedzieć wprost.
Po atakach z 7 października osłabła narracja o Netanjahu jako gwarancie bezpieczeństwa. Po memorandum z Iranem przestała działać także opowieść o wyjątkowym wpływie na Trumpa. Według i24News Likud wycofał kampanię medialną promującą bliską relację obu przywódców.
Izrael się nie wycofuje
Liban stał się miejscem, w którym izraelski rząd może próbować podważyć nowy układ. Netanjahu zapowiada, że armia zostanie tam tak długo, jak będzie to konieczne dla ochrony północnego Izraela. Rozejm z Hezbollahem wszedł w życie w piątek o godz. 15.00, ale walki nie ustały.
Po środowym memorandum USA–Iran Izrael przeprowadził masową kampanię bombardowań południowego Libanu. Ataki poprzedziły piątkowe zawieszenie broni z Hezbollahem, które weszło w życie o godz. 15.00. Według lokalnych władz zginęło prawie 50 osób.
W sobotę naloty nadal obejmują południe kraju. Libańskie źródła informują o bombardowaniu około dwudziestu wiosek, kolejnych ofiarach śmiertelnych i osobach zaginionych pod gruzami. Wśród zabitych miała znaleźć się rodzina z dziećmi w Barisz oraz libański żołnierz.
Te naloty działają jak próba sprowokowania odpowiedzi. Jeśli Hezbollah odpowie, Izrael będzie mógł twierdzić, że zawieszenie broni nie istnieje. Jeśli Iran zostanie wciągnięty w kolejną eskalację, rozmowy techniczne z USA staną się trudniejsze jeszcze przed ich realnym rozpoczęciem.
Hezbollah odpowiedział, że ma prawo reagować na izraelskie uderzenia. Deputowany Hassan Fadlallah oświadczył, że zawieszenie broni ma sens tylko wtedy, gdy Izrael w pełni je respektuje i nie próbuje zajmować nowych pozycji. Jednocześnie negocjacje techniczne USA–Iran zaplanowane na piątek zostały przełożone bez nowego terminu. Amerykański wysłannik Steve Witkoff jedzie do Szwajcarii, aby utrzymać porozumienie. Amerykańskie media podają, że spodziewany jest tam również Jared Kushner. W południowym Libanie ratownicy szukają ludzi pod gruzami zbombardowanych domów. Netanjahu dopnie swego?










