To nie wypadek przy pracy. To dziurka od klucza, przez którą wystarczyło zajrzeć, żeby zobaczyć, jak działa folwark.
Sprawa Dawida Kacprzyka ujawniła mechanizm, który nie powstał wczoraj. 28-letni lekarz i radny Koalicji Obywatelskiej zarabiał w miejskim szpitalu milionowe kwoty, a pytania o dyżury, faktury i rozliczenia unaoczniły opinii publicznej stopień upartyjnienia publicznej placówki. Liczne fotografie z czołowymi politykami KO, Porsche Panamera i majątek, którego przeciętny pracownik publicznej ochrony zdrowia nie zobaczy przez całe życie.
Jedni dowiedzieli się o tym dopiero teraz. Inni wiedzieli wcześniej i nie widzieli problemu. W Szpitalu Południowym działał prywatny salonik polityczny. Nie miał służyć tylko do przeczekania. Podobno miały być tam wykonywane proste procedury medyczne – podanie leku, zastrzyk, kroplówka. Mówi się również, że politycy, którzy kończyli imprezę, lądowali w tym szpitalu po to, żeby odtruć się poalkoholowo, bo właśnie tam mieli do tego warunki. To nie była tylko poczekalnia. To była osobna ścieżka.
Najbardziej obciążające jest to, skąd wziął się ten pokój. Pomieszczenie miało zostać wyłączone z normalnej obsługi pacjentów i przekazane na potrzeby VIP-roomu. Wcześniej służyło pacjentom chirurgii kręgosłupa. Nie mówimy więc o pustym gabinecie, który ktoś przypadkowo urządził fotelami. Mówimy o pomieszczeniu odebranym pacjentom i przeznaczonym dla wybranych.
Nie da się tej sprawy zamknąć w nazwisku Kacprzyka. Koordynator SOR nie tworzy sam politycznych ścieżek, nie zmienia sam funkcji pomieszczeń i nie wypłaca sam sobie pieniędzy. W szpitalu jest drabina kierownicza. Ktoś musiał wiedzieć. Ktoś musiał podpisać. Ktoś musiał zatwierdzić. Ktoś chciał zrobić dobrze tym wyżej.
Koalicja Obywatelska szła do wyborów w 2023 roku z obietnicą innych standardów niż PiS. Miało nie być swoich ludzi ustawianych w wygodnych miejscach, partyjnego zawłaszczania instytucji i układów pracujących dla zaplecza politycznego. Patryk Słowik pokazał nie tylko patologię w warszawskim szpitalu, ale też hipokryzję obozu, który sam siebie przedstawiał jako ekipę od rozliczeń. Gdy patologia dotyczy przeciwników, mówi się o zawłaszczeniu państwa. Gdy dotyczy własnych ludzi, pojawia się audyt, nieprzesądzanie i czekanie na wyniki kontroli.
Ten szpital był pilnowany także od strony edukacyjnej. Studenci nie mieli tam odbywać praktyk albo mieli odbywać je na specjalnych zasadach. Publiczna placówka powinna kształcić przyszłych lekarzy i pielęgniarki, a nie ograniczać ich obecność w miejscu niewygodnym dla kierownictwa i polityków. Mniej studentów oznacza mniej oczu, mniej pytań i mniej informacji wychodzących na zewnątrz. Jeżeli w publicznym szpitalu dzieją się rzeczy, których nie powinien widzieć student medycyny, placówka nie ma problemu z edukacją. Ma problem z prawdą.
Marcin Kierwiński powinien ponieść konsekwencje już za to, że publicznie podważał informacje o saloniku VIP i zasłaniał się oświadczeniem szpitala. Potem lekarz ze Szpitala Południowego pod nazwiskiem potwierdził, że pomieszczenie istniało i zostało odebrane pacjentom z chorym kręgosłupem. Polityk, który w takiej sprawie uspokaja opinię publiczną nieprawdziwym komunikatem, nie powinien sprawować ważnej funkcji. Po takim zaprzeczeniu deklaracje Kierwińskiego, także te dotyczące własnych związków ze szpitalem, nie powinny być przyjmowane na wiarę. Potrzebna jest weryfikacja, nie kolejne oświadczenie.
Nie ma powodu wierzyć również w to, że audyt miasta w miejskim szpitalu zarządzanym przez polityczne zaplecze miasta cokolwiek realnie wyjaśni. Może stać się przygotowaniem do czyszczenia dokumentacji, a nie do dojścia do prawdy. W tej sprawie są dane medyczne, systemy informatyczne, ślady przyjęć i nazwiska osób obsługiwanych poza kolejnością. Do szpitala powinna wejść prokuratura i NIK, bo tylko organy z realnymi uprawnieniami mogą zabezpieczyć materiał, zanim zostanie uporządkowany pod potrzeby polityczne.
Kacprzyk zwrócił Szpitalowi Południowemu 500 tys. zł. To nie zamyka sprawy. Zwrot pieniędzy nie unieważnia mechanizmu, tylko może co najwyżej niwelować wysokość ewentualnej kary. Jest okolicznością łagodzącą, a nie rozgrzeszeniem.
Najpoważniejsze pytanie brzmi inaczej. Kto podpisał umowy? Kto uruchomił cały ciąg proceduralny? Kto przyjął dokumenty? Kto je zweryfikował? Kto zatwierdził wypłaty? Kto w księgowości i nadzorze nad kontraktami uznał, że wszystko jest w porządku? Faktura nie przechodzi przez szpital sama.
Miliony bez reformy
Ta sprawa jest wejściem do większej rozmowy o pieniądzach w ochronie zdrowia. Przez lata słyszeliśmy, że lekarzy jest za mało, więc trzeba płacić więcej. Trzeba podnosić stawki, zwiększać kontrakty, dosypywać kolejne miliardy i nie drażnić środowiska. Kolejne rządy wybierały najprostsze rozwiązanie, bo realna reforma ochrony zdrowia wchodzi na odcisk zbyt wielu grupom – lekarzom, pielęgniarkom, fizjoterapeutom, psychologom, firmom farmaceutycznym, producentom sprzętu, samorządom, dyrektorom szpitali i lokalnym układom. Politycy wolą ciepłą wodę w kranie niż spór z ludźmi, którzy potrafią sparaliżować każdą próbę zmiany.
Nie każda wysoka płaca lekarza jest patologią. Jeśli ktoś jest wybitnym specjalistą, wykonuje zabiegi ratujące ludzi i ma efekty na światowym poziomie, niech zarabia bardzo dużo. Patologia zaczyna się tam, gdzie milionowe kwoty wynikają z funkcji, dyżuru, stanowiska albo partyjnego układu, a nie z unikalnej kompetencji. Sama obecność na dyżurze, na którym czasami nic się nie dzieje, nie jest wyznacznikiem wartości.
Nie ma rynku tam, gdzie państwo najpierw ogranicza kształcenie lekarzy, a potem mówi, że ich wynagrodzenia mają być rynkowe. Dostęp do zawodu jest regulowany, a liczba miejsc limitowana. Później ci sami ludzie tłumaczą, że stawki są wynikiem rynku. Albo kształcimy lekarzy tylu, ilu możemy, tworzymy realną konkurencję i wtedy rozmawiamy o rynku, albo przestajemy udawać, że niewidzialna ręka rynku działa w systemie, którego państwo samo nie chce otworzyć.
Lekarzy musi być więcej. Pielęgniarek musi być więcej. Państwo powinno inwestować w kształcenie, a nie latami płacić za własny brak decyzji. Jeżeli część środowiska jednocześnie mówi, że lekarzy brakuje, że są przeciążeni i że nie należy kształcić większej liczby lekarzy, trudno nie zobaczyć interesu korporacyjnego. Mniej konkurencji oznacza większe pieniądze i większą siłę nacisku. W tym samym czasie coraz więcej lekarzy odpływa do branży beauty, prywatnych klinik i działalności, która nie ma nic wspólnego z przyjmowaniem zwykłych pacjentów z NFZ. Publiczny system płaci za kształcenie. Prywatny rynek zbiera owoce.
Właśnie tu zaczyna się odpowiedzialność Ministerstwa Zdrowia. Jeżeli wiceminister odpowiedzialna za kształcenie kadr medycznych mówi, że nie potrzebujemy więcej lekarzy, to znaczy, że nie rozumie przyszłości systemu. Za taki brak przewidywania nie powinno się płacić ministerialnej pensji.
Publiczne koszty, prywatne przywileje
Tak wygląda pełzająca prywatyzacja – publiczny szpital, publiczny sprzęt, prywatny strumień pieniędzy. Placówka pozostaje utrzymywana ze środków wspólnych, ale coraz więcej wygód, zysków i przywilejów przesuwa się do ludzi z pieniędzmi, stanowiskiem albo znajomościami. Czyli prywatyzacja zysków, upaństwowienie kosztów. Koniec tej drogi znamy ze Stanów Zjednoczonych – bez pracy, pieniędzy i dobrego ubezpieczenia zostaje choroba bez leczenia.
Mentalność tej patologii odsłania artykuł prof. Wiesława Jędrzejczaka, który zwala z krzesła. Autor pyta, dlaczego wszyscy mają stać w tej samej kolejce, skoro w różny sposób składają się na koszty jej obsługi. Pisze o sobie, że płaci trzy składki zdrowotne — od emerytury, od umowy o pracę i od działalności gospodarczej — i nie widzi powodu, by siedzieć w tej samej kolejce co równolatkowie, dla których pójście do lekarza ma być główną atrakcją towarzyską dnia. Dalej przytacza przypadek prezesa dużej firmy, którego godzina pracy jest rzekomo tak cenna, że czekanie w kolejce może oznaczać straty dla firmy i dla budżetu państwa. To nie jest niewinna prowokacja. To jest klasowa segregacja pacjentów przebrana za ekonomiczny rozsądek.
Jeżeli taki sposób myślenia wchodzi do kształcenia kadr medycznych, system będzie patologizował się dalej. Pacjent nie może mieć różnej wartości ekonomicznej na SOR-ze. Składka zdrowotna nie jest biletem premium.
Środowisko lekarskie nie może udawać, że sprawa go nie dotyczy. Koncepcja, żeby za wynaturzenia lekarzy nie obciążać środowiska lekarzy, jest urocza. A kogo mamy obciążać? Szewców, hydraulików, krawcowe? Jeżeli ludzie ze środowiska przyznają, że o patologicznych mechanizmach w szpitalach wiedziano od lat, pojawia się proste pytanie – dlaczego nic z tym nie zrobiono? Autonomia zawodowa bez odpowiedzialności zamienia się w przywilej.
Hasło „Pokaż lekarzu, co masz w garażu” było kiedyś traktowane jak brutalna przesada. Dzisiaj już nie wystarcza. Trzeba pytać o kontrakty, dochody z NFZ, majątek i liczbę nieruchomości. Skoro radny i poseł pokazują majątek, lekarz zarabiający gigantyczne pieniądze w publicznej ochronie zdrowia nie powinien być poza podobną przejrzystością.
Potrzebna jest jawność wynagrodzeń pochodzących z NFZ, jawność kontraktów zawieranych przez publiczne szpitale, przejrzyste limity wynagrodzeń i realny nadzór nad pieniędzmi ze składki zdrowotnej. Ustawa kominowa dla lekarzy wykonujących świadczenia finansowane z publicznych pieniędzy przestaje być tematem radykalnym. Staje się minimalną odpowiedzią na system, który sam nie potrafi wyznaczyć granic.
Same polityczne konsekwencje powinny być poważne. W ratuszu i w szpitalu potrzebne są decyzje personalne. W Ministerstwie Zdrowia również. Tu nie wystarczy skalpel. Przy takim stopniu gnicia potrzeba tasaka. Nie po to, żeby karać wszystkich lekarzy, ale po to, żeby przeciąć układ. Publiczny szpital nie może mieć bocznego wejścia dla swoich.












