
Plakat filmu „Masakra w Nankinie”
Obejrzałem „Masakrę w Nankinie”, chiński dramat historyczny Shena Ao, który miał premierę w ubiegłym roku. Film oparty jest na prawdziwych wydarzeniach, świadectwach i zdjęciach związanych z masakrą nankińską. Opowiada o Chińczykach ukrywających się w pracowni fotograficznej podczas japońskiej rzezi, w której zginęło około 300 tysięcy ludzi, i o fotografiach zbrodni, które z czasem stają się dowodem przeciwko sprawcom.
O zbrodniach japońskiego militaryzmu czytałem wcześniej. Znałem fakty, liczby, opisy. Ale czym innym jest wiedzieć, a czym innym zobaczyć to na ekranie. Ten film jest bardzo mocny. I właśnie taki powinien być.
Ciężko mi znaleźć w polskim kinie wojennym coś równie wstrząsającego. Filmy o Powstaniu Warszawskim czy szerzej o II wojnie światowej robione u nas zazwyczaj nie są aż tak brutalne. A może po prostu często robi się je tak, żeby tę brutalność jakoś dopasować, przyciąć, oswoić. Żeby potem szkolne wycieczki mogły masowo chodzić na seanse w ramach „lekcji historii”. Sam pamiętam takie wyjścia z gimnazjum i liceum.
Jeśli już szukać jakiegoś odniesienia, to chyba najbliżej temu do filmu Smarzowskiego o rzezi wołyńskiej, choć to też zupełnie inaczej zrobione kino. I właśnie dlatego od razu po powrocie do domu odświeżyłem sobie „Wołyń”, żeby sprawdzić, czy to tylko świeże wrażenie po seansie. Nie. To naprawdę działa inaczej.
U Smarzowskiego groza buduje się powoli. Narasta, gęstnieje, długo wisi nad bohaterami, zanim w końcu wybuchnie. W „Masakrze w Nankinie” od początku czuć strach, chaos i śmierć wokół. Nawet kiedy na ekranie trwa zwykły dialog, ma się poczucie, że tuż obok ktoś ginie. Że nie ma bezpiecznej przestrzeni. Że wszystko dzieje się w cieniu rzezi.
Chińczycy zrobili to dobrze. Film o zbrodni nie ma rozmywać odpowiedzialności ani szukać wygodnych wyjątków po stronie sprawców. Ma uderzyć widza historyczną prawdą. Ten uderza. Nie dlatego, że epatuje przemocą dla samego efektu, tylko dlatego, że nie ucieka od okrucieństwa japońskiego militaryzmu i nie próbuje go oswoić.
Dobrze też, że taki film trafił do polskich kin za sprawą sieci Multikino. Skoro u nas wciąż brakuje równie bezkompromisowych filmów o niemieckich zbrodniach, choćby o Rzezi Woli, to tym bardziej warto zobaczyć „Masakrę w Nankinie” jako przypomnienie historii i przestrogę. A jeśli ktoś jeszcze nie miał okazji go zobaczyć, to naprawdę warto wypatrywać kolejnych seansów, a w przyszłości także obecności filmu w serwisach streamingowych. Na razie go tam nie znalazłem, a szkoda, bo zasługuje na szerokie rozpowszechnienie.
Najbardziej została mi w głowie jedna z końcowych kwestii, gdy listonosz Su Liuchang, udający pracownika pracowni fotograficznej, mówi do japońskiego fotografa Ito: „Nie jesteśmy przyjaciółmi”.
W tym zdaniu zamyka się sens całego filmu. Przez cały film Japończycy obsesyjnie próbują narzucić obraz rzekomej chińsko-japońskiej „przyjaźni”. Każą ludziom pozować do odpowiednio ustawionych zdjęć, pilnują własnego wizerunku, przejmują się tym, co zobaczą zagraniczne media i światowa opinia publiczna.
Z jednej strony mamy więc uśmiechnięte kadry na pokaz. Z drugiej odcięte głowy, gwałty, mordy, upokorzenie i zdjęcia robione przez samych sprawców z sadystyczną satysfakcją, niemal jak pamiątki albo trofea. Dlatego ta końcowa kwestia tak uderza. To nie jest zwykłe odrzucenie jakiejś relacji. To odrzucenie całego okupacyjnego kłamstwa, w którym kat nie tylko zabijał, ale jeszcze próbował sprzedać światu obraz własnej „cywilizowanej” twarzy.
Po filmie byłem naprawdę przybity i przez chwilę próbowałem po prostu zebrać myśli. I właśnie wtedy usłyszałem za sobą rozmowę dwóch młodszych chłopaków, którzy rzucili, że to „propaganda”. Nie zdziwiło mnie to tak bardzo, jak może powinno.
W XXI wieku za łatwo zapomina się, jak naprawdę wyglądały zbrodnie wojenne. Historię się wygładza, skraca, dopasowuje do wygodniejszej wersji. Zostają daty, liczby i kilka nazwisk, a znika konkret cierpienia. Dlatego takie filmy są potrzebne. Nie po to, żeby kogokolwiek pocieszać, tylko żeby przypomnieć, czym naprawdę była taka zbrodnia.
Jako że to film fabularny, ktoś mógłby pomyśleć, że cały wątek z zakładem fotograficznym został wymyślony po to, żeby ułożyć historię bardziej liniowo i dać jej mocny punkt zaczepienia. Taki mechanizm jest przecież w kinie normalny. Tyle że tutaj nawet to nie zostało zmyślone od zera.
Filmowy zakład ma historyczny pierwowzór w Huadong Photo Studio w Nankinie, gdzie nastoletni praktykant Luo Jin wywoływał materiały przynoszone przez japońskich żołnierzy. Na kliszach nie zobaczył zwykłych wojennych pamiątek, tylko dowody zbrodni: odcięte głowy, półnagie kobiety, stosy ciał nad rzeką Qinhuai, sceny mordów, poniżania i grabieży. Japońscy żołnierze naprawdę fotografowali własne okrucieństwo jak trofea. Z części odbitek Luo Jin ułożył album, który po wojnie został wykorzystany jako dowód w procesie generała Hisao Taniego.
Dziś takie okrucieństwo wydaje się aż niewyobrażalne, więc komuś łatwo może się wydać, że film przesadza. Nie. W tle tej historii jest też słynny, opisywany przez japońską prasę „wyścig” dwóch oficerów, Toshiakiego Mukaia i Tsuyoshiego Nody, w zabijaniu Chińczyków mieczem. W relacjach prasowych padał nawet makabryczny wynik 106 do 105 i zapowiedź dalszej rywalizacji do 150 ofiar. Sam fakt masowych egzekucji, ścinania głów, mordowania jeńców i cywilów nie wymaga żadnego filmowego dopowiedzenia. To była rzeczywistość Nankinu.
Co do użytych w filmie fotografii, też trzeba doprecyzować jedną rzecz. To nie jest tak, że twórcy po prostu mechanicznie powklejali archiwalne zdjęcia do fabuły. Historyczne fotografie posłużyły jako pierwowzór i były bardzo wiernie odtwarzane w inscenizowanych kadrach. Reżyser Shen Ao pokazywał zestawienia prawdziwych „zdjęć przyjaźni” robionych przez Japończyków z odpowiadającymi im scenami filmu, a chińskie materiały o produkcji podają, że ekipa korzystała z ponad trzech tysięcy archiwalnych fotografii, żeby jak najdokładniej odtworzyć realia Nankinu.
Dzięki temu to nie jest luźna fantazja na temat masakry, tylko fabuła mocno osadzona w realnych obrazach i świadectwach. Film działa, bo przywraca właściwe proporcje pokazując sprawców jako sprawców, ofiary jako ofiary i zbrodnię jako zbrodnię. Tak właśnie powinno wyglądać kino o militaryzmie, odczłowieczeniu i masowym mordzie.
To nie jest historia, która się skończyła
Po seansie ciężko nie dopisać jeszcze jednego wątku. To nie jest film o czymś, co zostało zupełnie za nami. To także film o zbrodni, której pamięć wciąż bywa rozmywana i wybielana.
Kilka dni temu premier Japonii Sanae Takaichi wysłała do świątyni Yasukuni rytualne drzewko, a potem także ofiarę pieniężną. W tym samym czasie świątynię odwiedziło 126 japońskich parlamentarzystów. Warto przypomnieć, że nie był to pierwszy taki gest, bo politycy japońskiej prawicy robią to regularnie od lat.
Dlaczego jest to oburzające? Yasukuni to tokijska świątynia, w której czci się japońskich poległych, przede wszystkim żołnierzy cesarskiej armii. Wśród upamiętnionych znajdują się również skazani zbrodniarze wojenni klasy A, w tym Iwane Matsui, jeden z głównych odpowiedzialnych za masakrę nankińską.
Dlatego wizyty i ofiary składane przez japońskich polityków w Yasukuni nie są niewinnym rytuałem po zmarłych. Są politycznym sygnałem, że katów, zbrodniarzy i ludzi odpowiedzialnych za masowe mordy nadal można ubierać w język honoru, patriotyzmu i narodowej dumy. Zamiast nazwać ich po imieniu – sprawcami rzezi, okupantami i oprawcami bezbronnych cywilów.
W polskich realiach wyglądałoby to mniej więcej tak, jakby kanclerz Niemiec wysyłał podarunki do świątyni czczącej Heinza Reinefartha, jednego z katów Warszawy i Rzezi Woli. U nas nikt rozsądny nie nazwałby tego niewinnym rytuałem ani „złożoną polityką pamięci”. Każdy widziałby w tym moralnie obrzydliwy skandal.
Właśnie dlatego takie filmy są potrzebne. Pokazują to, co część japońskiej skrajnej prawicy od lat próbuje rozmiękczyć i zrelatywizować prostym mechanizmem – mniej mówić o tym, co Japonia zrobiła innym, a więcej budować wygodną narrację o własnej krzywdzie. Skąd my to znamy?
Ten proces zaczyna się nie tylko w świątyniach i politycznych gestach, ale także w szkole. Spór o japońskie podręczniki historii trwa od dekad, bo opis wojny w Azji, okupacji Chin, masakry nankińskiej czy systemowej przemocy wobec kobiet bywał w nich łagodzony, skracany albo przesuwany na margines. Jeżeli młody człowiek dostaje na lekcjach historii głównie opowieść o cierpieniu własnego narodu, a znacznie mniej o tym, co jego państwo zrobiło innym, to później łatwiej przyjąć wersję, w której kaci stają się „poległymi bohaterami”, a zbrodnia tylko niewygodnym, rozmytym szczegółem wojny.
Dlatego w ramach puenty przytoczę komentarz, który widziałem pod obejrzanym wczoraj w serwisie YouTube „Wołyniem”. Pisał go młody Ukrainiec. Mniej więcej tak, że w szkole nikt mu o tej zbrodni nie mówił, że filmy historyczne pomijały tragedię 1943 roku i że dopiero teraz naprawdę rozumie, za co przeprasza.
Właśnie po to robi się takie filmy. Nie po to, żeby kogokolwiek zbiorowo upokorzyć, tylko po to, żeby człowiek wychowany w innej pamięci historycznej w końcu zobaczył, co naprawdę wydarzyło się ofiarom, i przestał bezrefleksyjnie czcić tych, których wcześniej nauczono go nazywać bohaterami.
W tym sensie japońskie wybielanie zbrodniarzy tylko mocniej pokazuje, dlaczego Chińczycy mieli pełne prawo zrobić film tak brutalny i tak jednoznaczny. Takie filmy muszą powstawać, bo kiedy słabnie pamięć o ofiarach, zbyt łatwo wraca szacunek dla sprawców.









