
Czytam kolejne analizy o tym, że Chiny znowu „zagrażają” Europie i Ameryce. Tym razem nie chodzi już o tanią odzież, elektronikę montowaną dla zachodnich marek ani wielką montownię świata. Chodzi o samochody elektryczne, baterie, fotowoltaikę, robotykę i zaawansowany przemysł. Czyli o te dziedziny, które jeszcze niedawno miały być przyszłością zachodniego kapitalizmu.
Tyle że zachodnie firmy przegrywają nie dlatego, że po drugiej stronie stoją wyłącznie tańsze fabryki. To było aktualne w latach dziewięćdziesiątych. Dzisiaj kłopot jest znacznie poważniejszy, bo Pekin wszedł w produkcję wysokiej wartości dodanej i występuje już nie jako wykonawca cudzych projektów, lecz jako jeden z głównych organizatorów światowej modernizacji przemysłowej.
Nie wszyscy na Zachodzie chcą przyjąć do wiadomości, że dawny porządek już minął. Przez dekady Chiny miały być ogromnym zapleczem produkcyjnym. Można było przenieść tam fabryki, korzystać z tańszej pracy, obniżać koszty, sprzedawać towary z wysoką marżą i dalej udawać, że centrum technologii, finansów oraz politycznych reguł gry znajduje się wyłącznie w Waszyngtonie, Berlinie, Paryżu czy Londynie. Państwo Środka miało w tym układzie swoje miejsce. Wielkie, pracowite, ważne, ale jednak podporządkowane.
Tyle że ten kolos wyrósł. I nie zadowala się już dawną rolą podwykonawcy.
Gdy Pekin zaczął przechodzić od montażu do projektowania, od nadrabiania zaległości do wyznaczania tempa w kluczowych branżach, stary układ zaczął się chwiać. Pojawiło się bardzo wygodne wyjaśnienie. Nie przegrywamy z Chinami w technologii, organizacji produkcji czy długofalowym planowaniu. Nie. To wszystko wina „nieuczciwej konkurencji”. Dochodzi do tego jeszcze typowy antykomunistyczny odruch, w Polsce doprowadzony do poziomu tikowego zaburzenia, skoro państwo jest komunistyczne, to jego sukces z definicji musi być podejrzany, sztuczny albo nieuczciwy.
Tak, Chiny wspierają swoje firmy tanimi kredytami, dotacjami, zamówieniami publicznymi, polityką kursową, kontrolą kapitału i całym zestawem narzędzi państwa rozwojowego. Straszne rzeczy. Zachód podobno nigdy by czegoś takiego nie zrobił.
No chyba że mówimy o historii Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Niemiec, Japonii, Korei Południowej i właściwie każdego kraju, który naprawdę się uprzemysłowił.
Bo cała ta opowieść o wolnym rynku jest mocno wybiórcza. Kraje, które chroniły własny przemysł, wspierały strategiczne branże, pompowały pieniądze w zamówienia publiczne i budowały potęgę dzięki bliskiej współpracy kapitału z administracją, dzisiaj pouczają Pekin o zasadach uczciwej konkurencji. Wychodzi z tego lekcja moralności gospodarczej prowadzona przez ludzi, którzy sami zdali egzamin przy ściągach, a teraz zabraniają innym korzystać z notatek.
Ha-Joon Chang nazwał to w jednej z książek, które kiedyś czytałem, „odkopywaniem drabiny”. Najpierw kraje bogate korzystają z protekcjonizmu, aktywnej roli państwa, ochrony rynku i polityki przemysłowej, a potem tłumaczą reszcie świata, że jedyną dopuszczalną drogą rozwoju jest deregulacja, otwarcie gospodarki i wiara w cudowną mądrość globalnego kapitału. Innymi słowy: my mogliśmy, wy już nie możecie.
Chiny tej lekcji nie przyjęły. I chyba właśnie to najbardziej irytuje zachodnie stolice.
Pekin potraktował rozwój przemysłowy serio. Nie uznał, że rola państwa kończy się na pilnowaniu, żeby najwięksi gracze mogli robić, co chcą. Wyznaczono kierunki, uruchomiono kapitał, rozbudowano infrastrukturę, wsparto sektory uznane za strategiczne i konsekwentnie przesunięto gospodarkę w stronę technologii ważnych w XXI wieku. Można dyskutować o kosztach takiego modelu. Można wskazywać napięcia, błędy i nadmierną rywalizację w niektórych branżach. Nie da się jednak udawać, że to się nie udało.
Państwo Środka stało się jednym z kluczowych producentów technologii zielonej transformacji i nowoczesnego przemysłu. Rozwinęło ogromne zaplecze produkcyjne, logistyczne i infrastrukturalne. Rozwiązania, które miały być drogie, elitarne i dostępne głównie dla bogatych społeczeństw, zaczęły gwałtownie tanieć. Nie dlatego, że zachodnie koncerny nagle odkryły w sobie wielką odpowiedzialność za klimat. Stało się tak przede wszystkim dzięki chińskiej skali produkcji.
Tu właśnie zaczyna się największy paradoks obecnej antychińskiej debaty w zachodnich mediach. Gdy chińska modernizacja obniża próg wejścia w technologie przyszłości, słyszymy o zagrożeniu. Gdy USA i Europa wspierają koncerny paliwowe, zbrojeniówkę, banki i własne oligopole, słyszymy o bezpieczeństwie, stabilności i odpowiedzialnej polityce gospodarczej.
Publiczne pieniądze od lat płyną do przemysłu zbrojeniowego, sektora paliw kopalnych, instytucji finansowych i wielkich firm, które mają wystarczająco dużo siły, żeby ustawiać przepisy pod siebie. To jedne z najbardziej wpływowych grup interesu na planecie. Ich pozycja nie bierze się wyłącznie z innowacyjności. Bierze się z dostępu do państwa, lobbingu, zamówień publicznych, ulg podatkowych, politycznej ochrony i stałego przerzucania kosztów na społeczeństwa.
Tak wygląda zachodnia polityka przemysłowa u schyłku. Zamiast budować przyszłość, konserwuje interesy tych, którzy zarabiają na wojnach, drogich kredytach, wysokich rachunkach i dalszym spalaniu paliw kopalnych.
A potem ci sami ludzie opowiadają, że chińska modernizacja jest wielkim zagrożeniem dla światowego porządku. Przez lata słyszeliśmy, że trzeba ratować klimat, rozwijać odnawialne źródła energii oraz ograniczać zależność od ropy, gazu i węgla. Kiedy pojawiło się państwo zdolne robić to na ogromną skalę, nagle okazało się, że to też źle. Bo produkcja nie jest nasza. Bo marże nie zostają tam, gdzie powinny. Bo ktoś spoza dawnego centrum przestał pytać o pozwolenie.
Lęk przed Pekinem nie dotyczy więc wyłącznie konkurencji handlowej. Dotyczy przykładu. Skoro państwo może organizować rozwój wokół konkretnych celów technologicznych, infrastrukturalnych i społecznych, to trudniej dalej opowiadać, że nic się nie da. Nie idealnie, nie bez kosztów, nie bez błędów, ale jednak skutecznie.
A to pokazuje dość niewygodną prawdę o zachodnim modelu. Państwo bywa tam bezradne wobec biedy, mieszkań, ochrony zdrowia czy klimatu, ale nagle staje się bardzo sprawne, gdy trzeba ratować banki, zwiększać wydatki wojskowe albo zabezpieczać zyski wielkich koncernów.
Cała awantura o chińską konkurencję jest więc także awanturą o kompromitację zachodnich elit. Bo jeśli państwo chińskie potrafiło zbudować zaplecze modernizacji, którego Zachód sam dziś nie umie szybko odtworzyć, to trudniej udawać, że zachodni model jest jedynym możliwym i najbardziej racjonalnym.
Nie ma tu żadnej tajemnicy. Państwo Środka zagrało w grę, którą Zachód sam wymyślił, tylko lepiej dobrało stawkę. Zamiast pompować wszystko w gospodarkę rent, wojen i paliw kopalnych, postawiło na produkcję, infrastrukturę i technologie mające znaczenie dla przyszłego układu sił.
Zachodni politycy mogą dalej narzekać. Mogą nakładać cła, straszyć własne społeczeństwa chińskimi samochodami, pisać raporty o zagrożeniu i udawać, że największym problemem świata jest chińska konkurencja, a nie drogie wojny, drożejąca energia i gospodarka podporządkowana rentierom. Mogą nawet przez jakiś czas spowolnić ekspansję chińskich firm na własnych rynkach.
Nie cofną jednak tego, co już się stało. Chiny przestały być wykonawcą cudzych projektów. Same projektują, produkują i coraz częściej wyznaczają tempo globalnej modernizacji. Dlatego Zachód się boi. Nie słabości Chin, ale ich skuteczności.









