Chińska gospodarka stabilna jak zawsze

Dzięki stabilności i postępowi, gospodarka Chin ma warunki do osiągnięcia oczekiwanych celów.

Według danych opublikowanych 16 grudnia przez Państwowy Urząd Statystyczny Chin, funkcjonowanie gospodarki krajowej wykazało pozytywne zmiany w listopadzie, a główne wskaźniki gospodarcze były lepsze niż oczekiwano, gospodarka narodowa utrzymała stabilny i progresywny trend rozwojowy. W obliczu złożonej sytuacji rosnącego ryzyka i wyzwań w kraju i za granicą, dane te pokazują silną odporność, potencjał i pole manewru chińskiej gospodarki, a także wskazują, że podstawowy trend stabilności gospodarczej i długoterminowej poprawy gospodarki w Chinach nie uległ zmianie.
Gospodarka chińska utrzymuje stabilny postęp, a odzwierciedleniem tego jest sytuacja dotycząca zatrudnienia. W pierwszych 11 miesiącach bieżącego roku w miastach i miasteczkach w całym kraju pojawiło się 12,79 miliona nowych miejsc pracy, co stanowi 116,3 proc. rocznego celu. Patrząc na cały rok, oczekuje się, że w kolejnym roku poziom wzrostu nowych miejsc pracy osiągnie ponad 13 milionów . Gdy zatrudnienie się ustabilizuje, środki do życia i i podstawa wzrostu gospodarczego Chin zostaną ustabilizowane.
Stabilność dotyczy także handlu zagranicznego i inwestycji zagranicznych. Do końca listopada ogólne obroty importu i eksportu Chin wzrosły o 2,4 proc. w porównaniu z analogicznym okresem 2018 roku, z czego całkowita wartość importu i eksportu z krajami ASEAN wzrosła o 12,7 proc. , a wartość ta z krajami wzdłuż „Pasa i Szlaku” wzrosła o 9,9 proc. . Ponadto, w kontekście globalnego spowolnienia inwestycji, faktyczne wykorzystanie przez Chiny inwestycji zagranicznych w 11 miesiącach 2019 roku wzrosło o 6 proc. w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Stały wzrost handlu zagranicznego i inwestycji zagranicznych pokazuje, że stopień integracji między rynkiem globalnym a chińską gospodarką nadal się pogłębia i będzie nadal pomagał chińskiej gospodarce w dalszym rozwoju.
Gospodarka chińska utrzymuje stabilny postęp, co oznacza ciągłą optymalizację  struktury gospodarczej, a rola popytu wewnętrznego w napędzaniu wzrostu gospodarczego Chin nadal rośnie. Do listopada krajowe inwestycje w środki trwałe (wykluczając rolnictwo) wzrosły o 5,2 proc. w porównaniu z analogicznym okresem 2018 roku, a całkowita sprzedaż detaliczna towarów konsumpcyjnych wzrosła o 8,0 proc. rok do roku. Tempo wzrostu inwestycji i konsumpcji jest znacznie wyższe niż tempo wzrostu eksportu, co wskazuje, że motorem wzrostu gospodarczego Chin jest w coraz większym stopniu popyt wewnętrzny, który sprzyja silnemu rynkowi wewnętrznemu. Jednocześnie wzrost konsumpcji jest szybszy niż wzrost inwestycji, co wskazuje, że struktura popytu krajowego jest nadal optymalizowana.
Ponieważ konsumpcja mieszkańców stale rośnie, wymagania Chińczyków dotyczące jakości tradycyjnych towarów wzrastają, podobnie jak popyt na usługi takie jak turystyka, opieka zdrowotna, edukacja i usługi emerytalne. Według wstępnych szacunków Państwowego Urzędu Statystycznego Chin, konsumpcja usług stanowi obecnie prawie 50 proc. konsumpcji gospodarstw domowych. Można przewidzieć, że siła konsumpcyjna o wyższej jakości będzie odgrywać coraz ważniejszą rolę w napędzaniu chińskiej gospodarki.
Jednocześnie postęp gospodarki chińskiej znajduje odzwierciedlenie w ciągłej optymalizacji struktury przemysłowej i pojawianiu się nowego impetu. W listopadzie wzrost sektorów zaawansowanych technologii i produkcji sprzętu wyniósł odpowiednio 8,9 proc. i 8,5 proc. , ci jest szybsze  niż wzrost gałęzi przemysłu powyżej wyznaczonych oczekiwań; rozwój nowoczesnych sektorów usług, takich jak technologie informacyjne, transmisja oprogramowania, usługi handlowe i leasingowe rosną szybciej niż indeksy produkcji wszystkich przemysłów usługowych. Warto zauważyć, że indeks PMI dla przemysłu produkcyjnego w Chinach wyniósł w listopadzie 50,2 proc. , co stanowi wzrost o 0,9 punktu procentowego w porównaniu z poprzednim miesiącem. Wskaźnik PMI dla sektorów nieprodukcyjnych i usługowych wyniósł odpowiednio 54,4 proc. i 53,5 proc. , oba są znacząco wyższe niż w poprzednim miesiącu. To pokazuje, że koncepcja rozwoju napędzanego innowacjami,  gromadzi stały strumień nowego impulsu dla chińskiej gospodarki, a oczekiwania rynku również stale się poprawiają.
Przy obecnym spowolnieniu wzrostu gospodarczego na świecie oraz wewnętrznej transformacji i modernizacji gospodarki nie jest łatwo gospodarce chińskiej uzyskać tak dobre efekty. Wynika to z ogromnej przewagi rynkowej Chin i potencjału popytu wewnętrznego, a także ogromnego kapitału i zasobów ludzkich, a także skoordynowanego wykorzystania przez rząd chiński solidnych polityk makroekonomicznych i elastycznych polityk mikro.
Od 2019 roku Chiny wprowadziły zakrojone na szeroką skalę środki obniżające podatki i opłaty, których łączna wartość za cały rok przekroczy 2 biliony juanów. Jednocześnie Chiny nieustannie wprowadzają środki ułatwiające handel. Na przykład w dalszym ciągu zmniejszyły negatywne listy dostępu do rynku inwestorów zagranicznych, budowały wiodącą strefę demonstracyjną Shenzhen, Nowy Obszar Lingang w Szanghajskiej Strefy Wolnego Handlu oraz  założyły 6 nowych stref pilotażowych wolnego handlu, aby stale optymalizować otoczenie biznesowe i wzmocnić żywotność rynku. W pierwszych 10 miesiącach 2019 roku średnia dzienna liczba nowo zarejestrowanych przedsiębiorstw w Chinach wynosiła blisko 20 000. W porównaniu z całym ubiegłym rokiem średnia dzienna liczba nowo powstałych przedsiębiorstw wzrosła o 7,1 proc. . To pokazuje, że chińskie i zagraniczne firmy są pełne zaufania do chińskich perspektyw gospodarczych.
Pozytywne zmiany w najnowszych danych ekonomicznych dodatkowo pokazują, że Chiny mają podstawy i warunki do osiągnięcia oczekiwanego celu wzrostu na 2019 rok. W przyszłości Chiny nadal będą trzymać się zasadę stabilności, dążyć do postępu, przestrzegać polityki reform i otwarcia, promując rozwój wysokiej jakości, przyczyniając się do wzrostu gospodarczego na świecie.

Liu Dong
Tłumaczenie: Zhong Lei

U progu trzeciej dekady

Czy Bernard Shaw miał rację?

Żyjemy w czasach kolejnego cywilizacyjnego przełomu. Dobrze charakteryzuje go akronim angielski VUCA ( Volatility- zmienność, Uncertainty-niepewność, Complexity-złożoność, Ambiguity-niejednoznaczność).To pojęcie ukute w USA ma ukazywać nowe zjawiska związane z nieprzewidywalnością, z dynamiką szybko zmieniającej się rzeczywistości, a także z coraz częstszymi elementami chaosu, który nierzadko robi wrażenie nie do ogarnięcia.
Wybitny pisarz irlandzki Bernard Shaw (1856-1950) mawiał, że są jedynie dwa niezmienne, główne problemy, wobec których stoi ludzkość: niedobór wody i nadmiar idiotów. Jest w tym sporo racji, ale w minionych dekadach sytuacja jeszcze bardziej się skomplikowała. Od czasu publikacji pierwszego raportu dla Klubu Rzymskiego Granice wzrostu w 1972 r. zaczęto sobie uświadamiać, że umiędzynarodowienie różnych sfer życia społecznego i gospodarczego, w powiązaniu z rewolucją naukowo-techniczną, zwłaszcza w dziedzinie informatyki i biotechnologii, prowadzi do powstania jakościowo nowej rzeczywistości. Podstawową kategorią jawi się obecnie współzależność. Coś, co się dzieje tam–często daleko od Europy–ma niekiedy błyskawiczny wpływ na nas. Naturalnie dzieje się też odwrotnie.
Świat stał się przy tym wielobiegunowy. Kluczowa jawi się obecnie piątka najważniejszych graczy: Stany Zjednoczone Ameryki, Chiny, Unia Europejska jako całość, Rosja i Indie. To nade wszystko z ich udziałem należy rozwiązywać liczne problemy oraz stawiać czoła wyzwaniom i zagrożeniom globalnym, mającym współcześnie najważniejsze znaczenie dla całej ludzkości. Analizowano je w wielu specjalnych dokumentach (przygotowanych przed laty np. pod kierownictwem Willy Brandta, Gro Harlem Brundtland, a potem m. in. w dorocznych raportach „o stanie świata” waszyngtońskiego Instytutu Worldwatch) oraz w trakcie całej serii dużych konferencji międzynarodowych, organizowanych w ramach systemu ONZ. Ograniczę się w tym miejscu do sześciu najistotniejszych obszarów.

Problemy demograficzne i żywnościowe

Na czoło wszelkich zagrożeń wysuwała się przez długi czas kwestia możliwości wyżywienia szybko rosnącej populacji Ziemi. Mająca ponad 200 lat, później modyfikowana – teoria maltuzjańska (od nazwiska ekonomisty i demografa Thomasa Malthusa, który w 1798 r. opublikował pracę Prawo ludności) głosiła, że o ile ludność naszej planety rośnie w postępie geometrycznym, to żywności przybywa w najlepszym razie w tempie arytmetycznym, co musi prowadzić do katastrofalnych następstw. Aby przekroczyć barierę jednego miliarda, ludzkość potrzebowała ok. 2 mln lat, drugiego – 100 lat, trzeciego – 30 lat, a następnie tempo to jeszcze narastało. Obecnie w ciągu sekundy rodzą się na Ziemi dwie osoby, czyli w ciągu roku 75 mln. Na całej kuli ziemskiej żyje dziś ponad 7,7 mld osób, z czego przeszło trzy czwarte w tzw. krajach Południa. Przewiduje się, że pod koniec tego stulecia na Ziemi przestanie przybywać mieszkańców. Z jednej strony społeczeństwa państw rozwiniętych (w tym w Europie) żyją coraz dłużej i problemy ludzi starszych, również w Polsce, stają się coraz istotniejsze, a z drugiej w Afryce, liczącej obecnie 1,2 mld osób średnia długość życia jest wciąż niska. Same Chiny i Indie to blisko 40 proc. populacji naszej planety, stąd tamtejsze rządy stosowały – często drastyczne- metody ograniczania przyrostu naturalnego. W każdym z tych państw, jak ocenia indyjski noblista Amartya Sen, brakuje ponad 100 mln kobiet, co jest efektem połączenia patriarchalnej kultury z ultrasonografią, pozwalającą ustalić płeć dziecka. Były premier ChRL Wen-Jiabao zaburzenia równowagi demograficznej uznał za jedną z trzech – obok epidemii AIDS i katastrofy ekologicznej – plag współczesnych, blisko półtoramiliardowych Chin. Warto odnotować, że Indira Gandhi, jako szef rządu indyjskiego, mawiała plastycznie przed laty, że najlepszą pigułką antykoncepcyjną jest rozwój.
Choć obecnie jest oczywiste, że koncepcja maltuzjańska okazała się fałszywa (nie doceniła m. in. postępu technicznego w zakresie produkcji rolnej), a Ziemia może z pewnością wyżywić co najmniej 15 mld osób, to na początku lat 70. nastąpił na pewien czas absolutny spadek produkcji rolnej w świecie. Tak zwana zielona rewolucja (nowe odmiany zbóż, głównie pszenicy, wyhodowane przez amerykańskiego badacza Normana Borlauga) wkrótce potem odniosła jednak ogromny sukces, zwłaszcza w Meksyku i Indiach, i oddaliła zagrożenie głodu w skali makro. Jednakże poważnym dylematem jest nierównomierność produkcji żywności w poszczególnych regionach globu. W Ameryce Północnej, Europie, Japonii czy Australii mamy do czynienia z nadwyżkami żywności, podczas gdy w wielu państwach Azji, a zwłaszcza Afryki, w największym stopniu w strefie Sahelu (m. in. Niger, Mali, Burkina Faso), ale i w Etiopii, Sudanie, Jemenie, czy Somalii, głodują miliony osób, w tym dzieci. Każdy kto je widział – wychudzone, lecz ze wzdętymi brzuszkami, często chore na bilharcjozę – nigdy tego nie zapomni. Najnowsze dane z 2019r. są alarmujące–już 820 mln ludzi cierpi z głodu i niedożywienia, a ponad 2 mld nie ma stałego dostępu do wartościowego jedzenia. Bez długofalowej pomocy międzynarodowej ten stan rzeczy – a Organizacja Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) ocenia, że co roku z głodu i niedożywienia umiera tyle osób, ile liczy Polska – nie ulegnie poprawie. Ale powinno chodzić głównie o pomoc rozwojową, inwestycyjną, a nie jedynie o tzw. pomoc żywnościową.

Surowce i energia

Pierwsze raporty dla Klubu Rzymskiego zwracały uwagę na groźbę wyczerpywania się surowców w skali światowej. Kryzysy naftowe, do których okresowo dochodziło po konflikcie na Bliskim Wschodzie w 1973 r., prowadziły do ogromnego wzrostu cen ropy i rysowały perspektywę radykalnego spowolnienia tempa globalnego rozwoju gospodarczego. To wówczas upowszechniły się takie terminy, jak „broń naftowa” – zwłaszcza w odniesieniu do polityki większości krajów Grupy Eksporterów (głównie arabskich) skupionych w Organizacji Państw Eksportujących Ropę Naftową, OPEC – czy „petrodolary”. Chodziło o to, że niektóre rządy próbowały wykorzystywać swą szczególną pozycję na rynku producentów tego surowca jako narzędzia nacisku politycznego, a inne (choć niekiedy te same, na przykład Libia) postanowiły ograniczać wydobycie, by zachować złoża dla przyszłych pokoleń. Mimo wielu zmian, późniejsze zawirowania m. in. wokół Iraku sprawiły, że cena baryłki ropy (159 l.) latem 2005 r. doszła do prawie 70 dol. i generalnie do dziś się utrzymuje mniej więcej na tym poziomie.
Historycznie rzecz ujmując, szczególnie od pierwszej rewolucji przemysłowej surowce i energia w dużej mierze warunkowały możliwości rozwoju gospodarczego. Dlatego też dostęp do nich i kontrola nad nimi stanowiła prawdziwy powód licznych konfliktów międzynarodowych, a nawet wojen. Rewolucja naukowo-techniczna tylko częściowo zmodyfikowała ów stan rzeczy. Z jednej strony producenci tych surowców koordynują swe poczynania w ramach różnego rodzaju karteli i organizacji (ropy, miedzi, cynku, aluminium itd.), zaś z drugiej – państwa wysoko rozwinięte zacieśniają swą współpracę w tej dziedzinie w ważnych instytucjach, na przykład w Banku Światowym, Międzynarodowym Funduszu Walutowym czy OECD.
Od dawna poszukuje się też alternatywnych w stosunku do tradycyjnych (gaz, ropa, węgiel) źródeł energii i sięga po różnorodne substytuty chemiczne. W największej mierze rzecz dotyczy energetyki jądrowej, ale liczne awarie i katastrofy jądrowej (w tym w Czarnobylu na Ukrainie w 1986 r.) częściowo zmieniły podejście do tego kierunku postępowania. W niektórych państwach, na przykład w Austrii, Skandynawii, wprowadzono nawet zakaz budowy elektrowni atomowych. Przypadek katastrofy w japońskiej Fukushimie w 2011r. był o tyle nietypowy, iż doszło do niej w wyniku fali tsunami spowodowanej trzęsieniem ziemi.
Światową tendencją jest stopniowe zmniejszanie się udziału ropy w produkcji energii na rzecz gazu ziemnego i węgla kamiennego, a problem zróżnicowania dostaw surowców i energii, szczególnie o tzw. znaczeniu strategicznym, stał się istotnym elementem polityki wielu państw (np. w kontekście budowy gazociągu Nord Stream 2).Pojęcie bezpieczeństwa surowcowego, głównie energetycznego, nabrało nowego znaczenia. Równocześnie widać dziś że mimo wszystko globalne zagrożenia w omawianym obszarze dają się kontrolować. Odrębne zagadnienie stanowi kwestia odnawialnych źródeł energii (OZE),co wiąże się z wyzwaniami ekologicznymi.

Ochrona środowiska i katastrofy klimatyczne

Gens una sumus – „jesteśmy jednym rodzajem ludzkim”. Ta łacińska formuła, będąca mottem funkcjonowania Narodów Zjednoczonych, trafnie uzmysławia wyzwania związane z koniecznością takiego kształtowania środowiska życia człowieka, by elementy przyrody łączyły się harmonijnie z wytworami techniki i cywilizacji. Chodzi zatem o właściwe, praktyczne współistnienie praw przyrody i rozwoju społecznego, o ochronę wszystkich elementów środowiska przed niekorzystnym wpływem działania człowieka i utrzymania ich naturalnego charakteru.
Środowisko naturalne tworzy przecież jeden zintegrowany system, w którym czynniki kluczowe dla egzystencji człowieka (choćby zanieczyszczenia czy erozja gleb) nie znają i nie uznają granic państwowych. Po raz pierwszy na szersze forum międzynarodowe tę problematykę wprowadził raport ówczesnego sekretarza generalnego ONZ, Birmańczyka U Thanta z 1969 r., nt. środowiska życia człowieka, którego efektem stało się zwołanie specjalnej konferencji w Sztokholmie w 3 lata później. Zgodzono się wówczas, że następuje degradacja wody, powietrza, gleb oraz żywych komponentów przyrody (flory, fauny i samego człowieka). Zrozumiano, iż takie kwestie, jak pustynnienie globu, stan oceanów zajmujących trzy czwarte powierzchni naszej planety, atmosfery okołoziemskiej czy „zielonych płuc” świata (lasy Amazonii) muszą stanowić przedmiot wspólnej troski. Czynniki degradacyjne środowiska, a więc np.: ścieki przemysłowe i komunalne, odpady, wyrobiska i hałdy górnicze, zanieczyszczenia pyłowe i gazowe atmosfery przecież się potęgują. Postanowiono dlatego powołać do życia wyspecjalizowany organ ONZ – Program Ochrony Środowiska (UNEP), który w 1973 r. znalazł swą siedzibę w stolicy Kenii Nairobi. Prowadzi on pożyteczne akcje (stworzono na przykład Światową Listę Rezerwatów Biosfery obejmującą sieć prawie 500 obiektów), ale nie może naturalnie zastąpić działalności poszczególnych państw.
Nader pożyteczną rolę w uświadamianiu tego typu zagrożeń odgrywają przy tym niektóre ruchy i partie polityczne (m. in. Zieloni) oraz organizacje pozarządowe i ich struktury ponadnarodowe (Greenpeace i in.). Problemy ekologiczne dotyczą oczywiście wszystkich składników ekosystemu – ziemi, wody i powietrza, ale najgroźniejsze w skali makro są skutki emisji szkodliwych pyłów i gazów (głównie dwutlenku węgla, tlenków siarki i azotu, a także węglowodorów). To ich rezultatem są na przykład efekt cieplarniany, dziura ozonowa i kwaśne deszcze. Właśnie tymi problemami zajął się tzw. Szczyt Ziemi w Rio de Janeiro w 1992 r., który wprowadził do powszechnego użycia pojęcie zrównoważonego rozwoju. Ma to być ekorozwój – czyli spełniający wymogi ekologiczne, odnoszący się zarówno do państw wysoko, jak i słabo rozwiniętych, gdyż w przeciwnym razie perspektywa globalnej katastrofy może okazać się realna. Istotne znaczenie miało przyjęcie później kilku konwencji międzynarodowych, a szczególnie o zmianach klimatu, których podstawowym celem jest zapobieganie efektowi cieplarnianemu poprzez ograniczenie emisji gazów do atmosfery (głównie dwutlenku węgla), oraz o biologicznej różnorodności mającej gwarantować ochronę flory i fauny oraz zapobieżenie ponadto światowej pladze karczowania lasów. Ramowa Konwencja Narodów Zjednoczonych w sprawie zmiany klimatu zakłada obowiązek stabilizacji emisji gazów cieplarnianych, ale kluczowy tzw. Protokół z Kioto z 1997r. (obowiązywał od roku 2005) – ustalający pułapy emisji gazów i regulujący zasady swoistego handlu ich kwotami-nie został ratyfikowany m. in. przez USA, co znacznie ograniczyło jego efekty. Co więcej ,w grudniu 2015r. Protokół ten de facto został zastąpiony Porozumieniem z Paryża, które po czterech latach wprost wypowiedział prezydent Trump. Czołowa trójka globalnych emitentów dwutlenku węgla to :Chiny, Indie i Stany Zjednoczone. Okresowo nawet Kanada nie była skłonna poddać się ostrym regulacjom.
W 10 lat po szczycie w Rio, odbyła się- z udziałem ponad stu przywódców państw i rządów – konferencja w Johannesburgu. Już wtedy skonstatowano brak dostatecznego postępu w dziedzinie ochrony środowiska, wskazując, że globalne, pozytywne rezultaty można uzyskać jedynie przy podejmowaniu działań na wszystkich szczeblach, zaś biedne kraje nie mają na to dostatecznych środków. Istnieje bowiem ścisły związek między programami zwalczania ubóstwa i ochrony środowiska.
Rosnąca populacja i urbanizacja, rozwój przemysłu i niechęć do redukcji emisji zanieczyszczeń już w efekcie prowadzą do poważnych zmian klimatycznych Ocenia się, że przy utrzymaniu obecnego poziomu emisji dwutlenku węgla na głowę (rocznie do atmosfery trafia 22 mld ton) faktyczna emisja w ciągu 50 lat wzrośnie o prawie jedną trzecią, co wpłynie na wzrost w końcu tego stulecia średniej temperatury na Ziemi o 1,4 – 5,8 stopnia. To z kolei oznaczałoby podniesienie poziomu wód oceanów nawet o 1 metr – z różnorodnymi, tragicznymi skutkami (np. zalanie szeregu państw wyspiarskich). Niedawno w czasie pobytu zarówno w argentyńskiej, jak i chilijskiej części Patagonii oglądałem topniejące lodowce i widok ten jest wstrząsający. Porównywalny w jakimś stopniu tylko z efektami pustynnienia (np. wraki statków w stepie, na obszarze części byłego Morza Aralskiego w Uzbekistanie).Tymczasem reakcja świata na globalne ocieplenie przypomina sytuację z AIDS. W obu przypadkach doszło stosunkowo szybko do ustaleń naukowych, po których nastąpiło unikanie tematu, zaprzeczanie (tak postępuje choćby obecny prezydent USA) i wzajemne obwinianie się. Prawdopodobnie sytuacja nie ulegnie zmianie na korzyść bez reformy globalnego systemu zarządzania i utworzenia np. Światowej Organizacji Ochrony Środowiska oraz bez zapewnienia specjalnych środków na ten cel. Bez tego nie można nawet wykluczyć konfliktów zbrojnych na tle zmian klimatycznych (w związku z falami uchodźców itd.).

Dysproporcje rozwojowe, bieda i wykluczenie społeczne

Czy marzenia o bezpieczeństwie i powszechnej sprawiedliwości społecznej są realne? Prawdopodobnie przesądzi o tym kierunek oraz charakter globalizacji – na ile będzie miała ona ludzką twarz i czy będzie w stanie być demokratyczna i wrażliwa społecznie. Czy da się ją regulować, opierając się na podstawowych wartościach?
Faktem jest, że w 1960 r. najzamożniejsza piąta część ludzkości zagospodarowywała 60 proc. światowego bogactwa, a współcześnie już ponad 85 proc. , podczas gdy odpowiedni wskaźnik dla najbiedniejszych zmniejszył się w tym czasie z 2,3 proc. do 1,3 proc. . Obecnie na Ziemi miliard ludzi pozostaje bez pracy, tyle samo osób nie ma trwałego dostępu do zdrowej wody pitnej, analfabetów jest 900 mln, a 1,6 mld ludzi – nie tylko w Etiopii, Kongo czy Bangladeszu – żyje za mniej niż 2 dol. dziennie (ok. miliarda za mniej niż 1 dol.!), z reguły zresztą nie posługując się w ogóle pieniędzmi. Afryka wyłączona jest w większości z dobrodziejstw globalizacji; to ojczyzna 25 mln chorych na AIDS (w samej RPA jest ok. 6 mln nosicieli wirusa HIV – najwięcej na świecie). Malaria (350 mln chorych) i gruźlica rozwijają się w najlepsze. Używając innego porównania – w ciągu minionego ćwierćwiecza stosunek dochodów 20 proc. najbogatszych państw do 20 proc. najbiedniejszych wzrósł z 30:1 do 60:1. Te wielkie dysproporcje rozwojowe w zakresie rozwoju społeczno-gospodarczego między państwami tzw. Północy i Południa (de facto – Zachodu i Południa), które przed wielu laty wybitny badacz szwedzki Gunnar Myrdal określił jako największy dramat XX wieku, bynajmniej nie maleją w obecnym stuleciu. Są one źródłem ogromnych i różnorodnych zagrożeń globalnych, nie tylko buntów społecznych.
Dla wielu to właśnie jest największa sprzeczność, a zarazem hańba, współczesnego świata – rosnący dystans między państwami wysoko i słabo rozwiniętymi, bogatymi i biednymi. To na tym tle zrodziły się ruchy oraz protesty antyglobalistów i alterglobalistów, uważających, że wielkie międzynarodowe koncerny oraz takie struktury, jak Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy czy Światowa Organizacja Handlu nie są zainteresowane globalnym postępem społecznym. Innym nie podoba się także to, że spośród stu największych gospodarek świata aż połowa to monopole, a nie poszczególne państwa. Majątek naftowego Exon Mobilu jest większy od produktu narodowego Szwecji, General Motors od Danii, Daimlera Chryslera od 270-milionowej Indonezji, zaś amerykańskiego Forda większy od PKB Polski. Poszerzanie się luki rozwojowej idzie w parze z rosnącą biedą i wykluczeniem dużych grup społecznych. Dotyczy ono szczególnie bezrobotnych lub pracujących sezonowo (na naszej planecie nie brak przy tym reliktów niewolnictwa), kobiet i mniejszości seksualnych. Sytuację pogarsza też problem zadłużenia międzynarodowego, gdyż największy w nim udział mają oczywiście państwa tzw. Południa. Ćwierć wieku temu dostęp do kredytów był stosunkowo łatwy, a i ich obsługa niezbyt kosztowna. Niestety, potem trzeba było zaciągać nowe kredyty, by spłacać same procenty od zadłużenia i stąd wiele państw znalazło się w swoistej pułapce. Szukano rozmaitych rozwiązań zarówno w rokowaniach z tzw. Klubem Paryskim (skupiającym rządy wierzycieli), jak i Londyńskim (obejmującym banki komercyjne). W grę wchodziła zmiana ustalonych uprzednio warunków obsługi zadłużenia, czyli tzw. restrukturyzacja i konwersja. Niektóre państwa zadłużone zawieszały jednostronnie spłatę długów, a swoistym przekroczeniem Rubikonu była w tej mierze decyzja Meksyku z 1983 r. Dziś nie ulega żadnej wątpliwości, że wiele z nich, zwłaszcza krajów afrykańskich i azjatyckich, nigdy nie będzie w stanie wywiązać się ze zobowiązań, a szereg państw najwyżej rozwiniętych oraz organizacji międzynarodowych zaczyna to rozumieć. Dlatego za zjawisko pozytywne należy uznać coraz częstsze decyzje o umarzaniu długów krajom najbiedniejszym, podjęte na przykład w 2005 r. po tragedii tsunami przez członków tzw. Grupy G-7.
Próbą rozwiązania kwestii globalnych dysproporcji rozwojowych stało się wysunięcie na VI specjalnej sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ w roku 1974 koncepcji ustanowienia tzw. Nowego Międzynarodowego Ładu Ekonomicznego. Chodziło o solidarne zapewnienie krajom rozwijającym się odpowiednio wysokiego tempa wzrostu dochodu narodowego i produkcji żywności po to, by do 2012 r. czterokrotnie zmniejszyć wspomniane dysproporcje. Ale mimo wielu negocjacji na linii Północ-Południe, toczących się m. in. w Paryżu i meksykańskim Cancun, nie osiągnięto trwałego porozumienia w żadnej z podstawowych kwestii.
Nie zgodzono się na szereg oryginalnych propozycji, na przykład amerykańskiego noblisty z dziedziny ekonomii Jamesa Tobina, by wprowadzić podatek od transakcji finansowych monopoli i przeznaczyć uzyskane kwoty na pomoc rozwojową.
W 2000r. na tzw. Szczycie Millennijnym w Nowym Jorku przedstawiciele 189 państw członkowskich ONZ zobowiązali się do realizacji do roku 2015 ośmiu celów rozwojowych w ramach globalnego partnerstwa. Znalazły się wśród nich takie zadania, jak: zmniejszenie o połowę zarówno udziału ludzi żyjących za mniej niż 1 dolara dziennie, jak i głodujących, zapewnienie powszechnej możliwości kończenia szkoły podstawowej oraz eliminacja różnic w dostępie do oświaty między chłopcami a dziewczętami, zmniejszenie o 2/3 wskaźnika śmiertelności wśród dzieci poniżej 5 lat i o 3/4 śmiertelności matek przy porodzie, zahamowanie rozprzestrzeniania się AIDS, malarii i innych głównych chorób, znaczące polepszenie warunków życia co najmniej 100 mln osób mieszkających w slumsach.

Mimo znaczącego postępu daleko było do pełnego sukcesu. Dlatego też we wrześniu 2015r.wszystkie 193 państwa członkowskie ONZ postanowiły zastąpić Millennijne Cele Rozwoju 17 celami Zrównoważonego Rozwoju i związanymi z nimi 169 konkretnymi zadaniami, które mają zostać osiągnięte do roku 2030. Chyba wszyscy zdają sobie już sprawę z tego, iż nie ma żadnej planety „B”.

Wojny i rozprzestrzenianie broni jądrowej

Przez setki lat różnego rodzaju konflikty zbrojne, a zwłaszcza wojny, niosły ze sobą największe zagrożenia dla ludzi w relacjach dwustronnych i wielostronnych, choć nawet obie tzw. wojny światowe na szczęście nie wciągnęły wbrew nazwie w orbitę działań zbrojnych większości populacji Ziemi. Rozwój broni masowego rażenia, w tym chemicznej i biologicznej, a szczególnie broni nuklearnej użytej jedynie dwukrotnie, ale z tragicznymi następstwami w sierpniu 1945 r. przez Stany Zjednoczone wobec ludności Hiroszimy i Nagasaki, uzmysłowił skalę potencjalnego zagrożenia. Od tego czasu najczarniejszy scenariusz dla rodzaju ludzkiego to sytuacja globalnego konfliktu jądrowego.
Dlatego istniała świadomość konieczności zapobieżenia takiemu rozwojowi wydarzeń. Od lat 60. toczyły się rozmaite rokowania rozbrojeniowe, przy czym za rzecz najważniejszą słusznie uznano nierozprzestrzenianie broni nuklearnej poza grono pięciu wielkich mocarstw (USA, ZSRR, Francję, Wielką Brytanię i Chiny). W 1968 r. został zawarty Traktat o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (NPT) , do którego przystąpiło ponad 150 państw. Szczególną rolę odegrały umowy rozbrojeniowe z początku lat 90. USA – ZSRR i USA – Rosja (START I i START II) dotyczące broni strategicznych. Nadal dużą wagę ma kontrola zbrojeń i proces budowy środków zaufania. Paradoksalnie swoista równowaga strachu (Stany Zjednoczone i Rosja jako jedyne państwa spośród 9 nią dysponujących mają zdolność do tzw. drugiego uderzenia atomowego, gdyż przez 24 godz. na dobę utrzymują samoloty i okręty podwodne z bronią jądrową na pokładzie), system wzajemnych obserwacji, inspekcji i kontroli, stanowią łącznie najlepszą gwarancję pokoju globalnego, zaś specjalny system łączności ma zapobiec wybuchowi wojny, choćby w drodze pomyłki komputerów. To naturalnie nie oznacza stuprocentowej gwarancji bezpieczeństwa międzynarodowego, ale minimalizuje zagrożenia w skali makro.
Rozmaitych konfliktów zbrojnych o charakterze lokalnym czy regionalnym naturalnie wciąż nie brakuje, by przywołać tylko nadal aktualne czy niedawne przypadki z terenu Bałkanów, Kaukazu, Bliskiego Wschodu (w tym Syrii od 2011r.) bądź Afganistanu. Ale na szczęście nie niosą one raczej realnej groźby przekształcenia się w konflikt globalny, pomijając sprawę zagrożenia terrorystycznego (choć w Syrii istniało niedawno ryzyko starcia przebywających tam jednostek rosyjskich i amerykańskich). Nie może to wszakże oznaczać lekceważenia różnorodnych niebezpieczeństw związanych w największej mierze z prawdopodobieństwem dostania się broni masowego rażenia np. w ręce nieodpowiedzialnych dyktatorów. Rozpad Związku Radzieckiego w końcu 1991r. zaowocował m. in. podjęciem pracy przez licznych tamtejszych fizyków atomowych w wielu krajach Azji i Afryki. Czerwona lampka zapala się więc w związku z posiadaniem broni jądrowej przez takie państwa, jak: Indie, Pakistan, Izrael (oficjalnie do tego się nie przyznaje), od niedawna Korea Północna oraz z perspektywą jej wyprodukowania np. przez Iran. Niektóre z tych państw znajdują się w sytuacji konfliktu z sąsiadami, co może zwiększać niebezpieczeństwo ulegania pokusie użycia tej broni. Na szczęście nie wszystkie one dysponują środkami przenoszenia.

Cichy wyścig zbrojeń

Cały czas trwa przy tym cichy wyścig zbrojeń, choć nie przybiera on takich form, jak w latach 70. i 80.Stale rosną wydatki na obronę/zbrojenia (do wyboru stopień eufemizmu).Nakłady na ten cel, według najnowszych danych sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem (SIPRI) wyniosły w 2018r. łącznie 1,82 bilionów dol. Największy w nich udział mają USA (649 mld dol. czyli 36 proc. całości),a następnie: Chiny (250 mld dol.),Arabia Saudyjska i Indie (po ok. 67 mld dol.) oraz Rosja (61 mld dol.). Polska plasuje się na 19. miejscu z poziomem 11,6 mld dol.. Ogromne wydatki na zbrojenia obiektywnie zmniejszają szanse rozwiązania sygnalizowanych wcześniej palących wyzwań globalnych związanych z biedą, dysproporcjami rozwojowymi i wykluczeniem społecznym. Rosyjskie operacje na Krymie, Ukrainie, w Syrii, a wcześniej w Gruzji sprawiły, że przyrost tych wydatków jest szczególnie widoczny w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, które otwarcie głoszą tezę o zagrożeniu stwarzanym przez politykę rządu w Moskwie. Nowym zjawiskiem w ostatnich latach jest też wzrost strategicznego znaczenia obszaru Arktyki. Np. Rosja dysponuje już bazami w 48 miejscach Arktyki (m. in. na Nowej Ziemi i na Wyspie Wrangla,) zaś prezydent Trump (naiwnie) proponował Danii sprzedaż Grenlandii.
Niepokojące jest przy tym widoczne w kilku ostatnich latach wycofywanie się stron z niektórych ważnych porozumień np. rozbrojeniowych, co m. in. podważa wzajemne zaufanie niezbędne do znajdywania właściwych odpowiedzi na wyzwania globalne. Dla ilustracji tylko dwa przykłady. Po długich i żmudnych negocjacjach doszło w 2015r. do porozumienia z Iranem grupy 5+1 (wielkie mocarstwa i Niemcy). Zakładało ono rezygnację tego państwa z programu nuklearnego w zamian za zniesienie nałożonych przez ONZ,USA i Unię Europejską sankcji. Miało to wielkie znaczenie dla sytuacji na Bliskim i Środkowym Wschodzie, gdyż przez długie lata Stany Zjednoczone uważały politykę rządu w Teheranie za główne zagrożenie dla stabilizacji w tym regionie, m.in. dla swych głównych sojuszników, czyli Izraela i Arabii Saudyjskiej. I choć Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej (MAEA) uznała, iż Iran wywiązuje się ze swych zobowiązań, to Stany Zjednoczone zerwały w maju 2018r. jednostronnie tę umowę (pozostali sygnatariusze nie).Z kolei w 2019r., w atmosferze wzajemnych oskarżeń o naruszanie porozumienia, Rosja i USA de facto wycofały się z historycznego (podpisanego jeszcze przez Reagana i Gorbaczowa w 1987r.) układu o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych średniego i pośredniego zasięgu (od 500 do 5500 km).O losach porozumienia klimatycznego z Paryża z 2015r. już wspominałem.

Zderzenie czy dialog cywilizacji

Nie wchodząc w spory na temat samego pojęcia „cywilizacja”, przyjąć można, że tworzy ona pewną całość kulturową w szerokim tego słowa znaczeniu, której zasadniczym elementem jest religia. Pewne cywilizacje upadały, inne trwają od tysięcy lat. Mogą przy tym obejmować jedno państwo lub dużą ich grupę. Nie ma zgody co do pełnej liczby istniejących obecnie cywilizacji. Główne z nich to: chińska, japońska, hinduistyczna, islamska, prawosławna, zachodnia (składają się na nią m. in. niemal cała Europa i Ameryka Północna), latynoamerykańska i afrykańska.
Wybitny uczony amerykański (którego przed laty poznałem na Harvardzie) Samuel Huntington w swej książce Zderzenie cywilizacji wydanej w roku 1996 analizował rzeczywistość międzynarodową poprzez oddziaływania wspomnianych cywilizacji. Nie wykluczył on, że próba dominacji zachodniego uniwersalizmu może w rezultacie przynieść globalną, międzykulturową wojnę prowadzoną przez państwa stanowiące centra kluczowych cywilizacji. W jednym ze scenariuszy mogłaby uformować się wówczas antyzachodnia koalicja międzycywilizacyjna, której osią byłby sojusz islamsko-chiński (konfucjański). Dla wielu zwykłych ludzi, ale i analityków, liczne wydarzenia i procesy przebiegające od czasu terrorystycznego ataku na światowe Centrum Handlu w Nowym Jorku i waszyngtoński Pentagon 11 września 2001 r., stanowią absolutne potwierdzenie słuszności tez formułowanych przez Huntingtona, który zresztą w opublikowanej w 2004 r. innej pracy przewidywał w dalekiej przyszłości rozpad Stanów Zjednoczonych na dwie części: białą i latynoską. Traktowanie zderzenia cywilizacji jako nieuchronnego byłoby swoiście porównywalne z przygotowywaniem się na inny wariant najgorszego scenariusza dla ludzkości, o skutkach zbliżonych do katastrofy nuklearnej. Tymczasem realną, rzeczywistą alternatywą dla owego zderzenia jawi się dialog cywilizacyjny – międzykulturowy i międzyreligijny. Z inicjatywy Iranu taką koncepcję przyjęła Organizacja Narodów Zjednoczonych. W Warszawie w latach 2002 i 2003 odbyły się specjalne międzynarodowe konferencje poświęcone właśnie takiemu dialogowi z udziałem ludzi nauki, duchownych i polityków .

xxx

W syntetyczny sposób przedstawiłem jedynie sześć zasadniczych problemów i obszarów zagrożeń globalnych. Jest ich oczywiście więcej, na przykład związanych z niebezpieczeństwem naruszania na masową skalę praw człowieka czy nawrotem funkcjonowania systemów niedemokratycznych, a nawet dyktatorskich. Blisko 8 mld ludzi na świecie to de facto jedna rodzina, bo przecież żyjemy na samotnej planecie – by użyć nazwy świetnego australijskiego wydawnictwa podróżniczego. Ale jedni mieszkają w Bangladeszu, a inni robią interesy na nowojorskiej Wall Street. Odmiennie postrzegają różnorakie zagrożenia. Także w Polsce niewielka grupa osób lata prywatnymi samolotami, zaś bez porównania większa- robiąc zakupy w lokalnych sklepach na wsi musi brać podstawowe artykuły „na kreskę”. I tu postrzeganie problemów bywa diametralnie odmienne. W obu przypadkach obie strony wiedzą o sobie sporo w dobie dominacji mediów, rozwiniętych technik komputerowych, Internetu, CNN, zbliżonej mody czy znanych niemal wszystkim piosenek. Niekiedy żyją wszak niemal w odrębnych galaktykach, stąd tym bardziej warto zdawać sobie sprawę ze wspólnych problemów globalnych.

 

10 fundamentalnych pytań do prof. Grzegorza Kołodki

W nowej serii pt. „10 pytań do…” Filip Lamański rozmawia z prof. Grzegorzem W. Kołodko, który opowiada m.in. o tym w którym kierunku zmierza nasz świat, jak powinny wyglądać relacje między Chinami i USA oraz czy ludzkość poradzi sobie z kryzysem klimatycznym?

Dokąd zmierza świat?

G.W.K. Hmm… Starałem się odpowiedzieć na to pytanie całą książką, 448 stron, zatytułowaną „Dokąd zmierza świat. Ekonomia polityczna przyszłości”, ale tak najkrócej to do epoki chaosu. Każda epoka jednakże mija, przejdzie zatem i ten okres zamętu, choć zajmie to wiele dziesięcioleci. Narastać będą napięcia, sytuacja będzie nieustannie konfliktogenna, ale wielkich otwartych konfliktów może udać się uniknąć. Nadzieja w tym, że piętrzące się przed ludzkością i współczesną cywilizacją problemy – łącznie z ich potężną piątką, czyli zmianami klimatycznymi, wyczerpywaniem się nieodnawialnych zasobów Ziemi, masowymi migracjami ludności, nierównościami warunków życia oraz konfliktami zbrojnymi – są rozwiązywalne. Rozwiązywalne wszak nie oznacza, że będę rozwiązane.

Czy narastające nacjonalizmy, o których pisze Pan w swoich książkach, mogą zatrzymać globalizację?

Nie. Narastające nacjonalizmy – tak te stare, jak w Indiach czy Rosji, jak i te nowe, skierowane przeciwko globalizacji – oraz populizm to złe odpowiedzi na neoliberalizm i niesprawiedliwą odsłonę globalizacji. Nie walczy się złem ze złem, jedną głupotą z inną. Nasza szansa na znośną, a może nawet dużo lepszą przyszłość musi polegać na globalizacji inkluzyjnej, sprawiedliwiej dzielącej efekty zintegrowanego rozwoju gospodarczego. O tym właśnie mówi Nowy Pragmatyzm. Nacjonalizmy i populizmy – i ten prawicowy, współcześnie silniejszy, i ten lewacki – dodatkowo komplikują funkcjonowanie światowej gospodarki i hamują proces globalizacji, ale ze względu na globalne łańcuchy dostaw, siłę transferów kapitałowych, umiędzynarodowienie produkcji i handlu, potęgę transnarodowych firm, a także ze względów kulturowych (podróże, wymiana kulturalna, kontakty międzyludzkie) globalizacji nie zatrzymają. W długim okresie jest to proces nieodwracalny. I dobrze, gdyż jego korzystne strony przeważają nad ułomnościami.

Czy Chiny będą w stanie przeciwstawić się w dłuższej perspektywie USA i czy czeka nas zmiana światowego hegemona?

I o tym napisałem książkę – o połowę krótszą, bo dokładnie 224 strony – pod prowokacyjnym tytułem „Czy Chiny zbawią świat?”. Otóż nie zbawią, ale odegrają niepomierną rolę w tym, by się nie wywrócił. Chiny nie zepchną też Stanów Zjednoczonych na drugi tor i nie staną się światowym hegemonem, ale nieuchronnie będą coraz potężniejsze. Świat jest pojemny i da się w nim pomieścić więcej niż jedną superpotegę. Rozpętanie przez USA wojny handlowej to brak rozsądku, a nakręcanie przezeń spirali zbrojeń i nowej zimnej wojny to szaleństwo. Chinom nie należy się antagonistycznie przeciwstawiać, ale trzeba z nimi po partnersku się układać; nie tylko w sprawach dwustronnych, lecz także globalnych, odnoszących się do mechanizmów pokojowego rozwoju całego świata.

Czy czeka nas po raz kolejny polaryzacja świata, jak to miało miejsce w czasie I Zimnej Wojny?

Niekoniecznie. Nieracjonalne zachowania obecnej administracji amerykańskiej miną wraz z prezydenturą Donalda Trumpa, Unia Europejska postępuje rozsądnie, Indie, Rosja i inni globalni gracze oraz regionalne potęgi, takie jak Pakistan, Turcja, Nigeria, Brazylia, Meksyk, nie są zainteresowane zimną wojną, bo bynajmniej nie sprzyja to ich gospodarczemu rozwojowi. Oczywiście, kluczowe są i będą stosunki chińsko-amerykańskie i dlatego z uwagą trzeba obserwować ich ewolucję, a nade wszystko sprzyjać łagodzeniu napięć i poszukiwaniu nowych sposobów sterowania współzależną, wewnętrznie sprzężoną w wyniku globalizacji gospodarką XXI wieku. Ogromne przy tym znaczenie ma ułożenie się wielostronnych stosunków chińsko-rosyjskich. Obecna zimna wojna (nazwałem ją kiedyś II zimną wojną, zob. „Nowy pragmatyzm z chińską charakterystyką”, ledwie się rozkręca, ale bynajmniej nie musi trwać podobnie długo, jak ta poprzednia (o której teraz już możemy mówić I zimna wojna).

Zmiany w europejskiej demografii mogą wymagać od nas „sprowadzenia” rąk do pracy z innych kontynentów. Czy jesteśmy skazani na imigrację?

Tak. Trwać będą wewnątrz europejskie wędrówki ludów (więcej rodaków do kraju wróci niż stąd wyjedzie), jak i zwłaszcza imigracja do Europy. To jedno z największych wyzwań, przed jakimi stoimy, zresztą nie tylko w naszej części świata. Nieuchronna jest zarówno większa tolerancja, otwarcie i wielokulturowość, jak i zasadniczo zwiększona pomoc rozwojowa (finansowa, edukacyjna, polityczna) dla krajów biedniejszych, uwikłanych w konflikty etniczne i zbrojne oraz dewastowanych przez zmiany klimatyczne.

Z drugiej strony rosnące koszty pracy w Europie i Azji mogą doprowadzić do „przeniesienia przemysłu” do krajów afrykańskich. Czy Afryka może być dla Zachodu tym, czym dotychczas były Chiny?

Nie. Ze względów klimatycznych i kulturowych. Tylko część produkcji tam trafi. Już to się dzieje w niektórych krajach – tak subsaharyjskich, jak Lesotho, Tanzania, Kenia czy Etiopia, jak i arabskich, jak Egipt, Tunezja, Algieria czy Maroko – podobnie jak przejmowanie niektórych sektorów wytwórczych i usługowych przez uboższe azjatyckie kraje (a więc i z tańszą siłą roboczą), jak Wietnam, Bangladesz, Pakistan czy Myanmar. Nie przesadzajmy z tym „przenoszeniem przemysłu”, gdyż występują tu znaczące ograniczenia, zwłaszcza w gałęziach bardziej nasyconych zaawansowaną technologią. One muszą być ulokowane w klastrach zasobnych w wykwalifikowaną siłę roboczą, z odpowiednią infrastrukturą i otoczeniem instytucjonalnym. Nie da się przenieść przemysłu elektronicznego z Shenzhen do Lagos, ale da się alokować fabrykę konfekcji z przedmieść Chengdu na peryferie Dar es Salam. Co zaś do Afryki, to powoli i tam autonomicznie rozwijać będą się rozmaite rodzaje przemysłów przetwórczych; już to się dzieje. Jednakże Afryka to nie będą „drugie Chiny”.

Czy ciągły wzrost gospodarczy ma szanse mieć miejsce w długiej perspektywie, mając na uwadze wyczerpujące się zasoby i coraz większa degradację Ziemi?

Bynajmniej. Trzeba odejść od ekonomii i polityki nieustannego wzrostu gospodarczego. Jak pokazuje to Nowy Pragmatyzm, jesteśmy już w poPKBowskiej rzeczywistości, co wymaga poPKBowskiej teorii ekonomii i opartej na niej poPKBowskiej polityki zintegrowanego, czyli potrójnie – ekonomicznie, ekologicznie i społecznie – zrównoważonego rozwoju. W przyszłości coraz większą uwagę trzeba będzie zwracać na imperatyw równowagi, relatywnie mniej natomiast przeć na szybki ilościowy wzrost produkcji. W skali świata wymaga to zróżnicowanego tempa wzrostu. Trzeba zachować dostateczną przestrzeń ekologiczną do szybkiego wzrostu gospodarczego narodów na dorobku, co zarazem wymaga kontrolowanego – i trwałego – jego spowolnienia w krajach, które już się dorobiły. W innym przypadku światowa gospodarka napotka nie tylko bariery surowcowe i ekologiczne, lecz także społeczne i polityczne. To droga do megakryzysu – czy też, jak to określiłem w „Wędrującym świecie”, Jeszcze Większego Kryzysu, JWK – który z dzisiejszej perspektywy jest jeszcze wciąż możliwy do uniknięcia. Nałożenie się na siebie eskalujących faz kryzysów ekonomicznego, demograficznego i klimatycznego to kataklizm.

Jak Pan widzi przyszłość UE i strefy euro? Czy ten projekt będzie dalej się rozwijał, czy może z czasem dojdzie do jego rozpadu? Czy Polska, Czechy, Węgry, Szwecja i Dania w końcu dołączą do strefy euro, czy będą twardo stać na straży niezależności walutowej i odkładać ten proces?

Z realistycznym optymizmem. Unia Europejska poszerzy się o kraje bałkańskie, z czasem może także o Norwegię i Islandię. Nie wejdzie w jej skład ani Turcja, ani Ukraina i z zupełnie innych przyczyn również Szwajcaria. Integracja europejska będzie pogłębiać się na wszystkich płaszczyznach – gospodarczej, kulturowej, społecznej i politycznej – ale będzie to wspólnota narodów, a nie unia w pełnym tego słowa znaczeniu. Mało będzie federacji, dużo koordynacji. Zgrzytać będzie nieustannie, od czasu do czasu przeżywać będziemy rozmaite kryzysy – bardzo poważne też – których rozumne przezwyciężanie będzie z czasem wzmacniać integrację. Unia Europejska, to wiodące w skali świata ugrupowanie zrzeszające ponad pół miliarda ludzi, będzie skutecznie konkurować zarówno ze Stanami Zjednoczonymi, jak i z Chinami, stanowiąc trzeci główny filar globalnego układu.
Oczywiście, w odróżnieniu od rozpadu USA, do którego dojść nie może, nie można wykluczyć rozpadu UE, ale jest to wariant na tyle mało prawdopodobny, że w scenariuszach na przyszłość można go spokojnie nie brać pod uwagę. Większe natomiast – choć wciąż bardzo znikome – jest prawdopodobieństwo rozkładu strefy wspólnej waluty euro. Uważam jednak, że nie tylko przetrwa ono okres obecnych trudności, ale wyjdzie z nich wzmocnione. Z czasem udział euro w zasobach światowych rezerw walutowych będzie rósł (skądinąd podobnie jak chińskiego juana, a w obu przypadkach kosztem amerykańskiego dolara). Przez czas jakiś jeszcze – warunkowany raz to politycznie, kiedy indziej ekonomicznie – niektóre kraje członkowskie UE będą pozostawały poza obszarem euro, ale w końcu doń przystąpią. Chorwacja już niedługo, nieco później Bułgaria, później kolejne kraje, w tym Polska w drugiej połowie dekady 2020. Sądzę, że też Dania – jedyny kraj (poza Wielką Brytanią opuszczającą Unię) na mocy traktatowej mogący pozostawać poza unią walutową – dołączy do tego grona. Za kilkanaście lat Unia Europejska może liczyć ponad 30 członków i wszystkie one będą miały w obiegu euro. Mogą, nie muszą.
W przypadku krajów małych i średnich nie ma lepszego sposobu na stawianie czoła wyzwaniom globalizacji – maksymalizacji płynących zeń korzyści i minimalizacji nieodzownie towarzyszących jej kosztów – jak regionalna integracja opierająca się na instytucjach społecznej gospodarki rynkowej.

Jakie rozwiązać te wszystkie problemy Wędrującego Świata, z którymi już musimy się mierzyć lub przyjdzie nam się mierzyć w niedalekiej przyszłości?

Jeden z rozdziałów „Wędrującego świata” zaczynam maksymą: „Dojść do idealnego świata nie sposób, ale iść trzeba.” Otóż wszystkich problemów rozwiązać się nie da, ale niejeden jak najbardziej. Sztuka polityki – także tej ponadnarodowej, a w przypadku wielkich tego świata wręcz globalnej – polega z jednej strony na wykorzystywaniu nadarzających się okazji, a z drugiej na unikaniu przeradzania się sytuacji konfliktowych w otwarte konflikty – od gospodarczych do zbrojnych. Największe wyzwanie, przed jakim stoi ludzkość w XXI wieku, to reinstytucjonalizacja globalizacji. Skoro ta jest nieodwracalna, to już wyłoniona współzależna gospodarka światowa wymaga odpowiedniego sterowania. Nie rządzenia czy kierowania, ale właśnie sterowania. Po angielsku powiedziałbym, że chodzi o global governance.
Rozpętana przez amerykańskiego prezydenta wojna handlowa i podsycanie nowej zimnej wojny to zaprzeczenie tego, na czym nam musi zależeć, jeśli naprawdę mamy na uwadze dobrą przyszłość całej cywilizcji. Gra powinna iść o global publico bono. Świat potrzebuje nowego ładu, a tymczasem nieudaczni politycy tu i tam serwują mu nowy chaos. Negocjacje, przeformułowanie ponadnarodowych reguł gry i ich przestrzeganie, tworzenie przyczółków globalnej spójności społecznej, ratowanie liberalnej demokracji przed kryzysem, który sama sobie zafundowała flirtowaniem z cynicznym neoliberalizmem, oraz zdroworozsądkowe ograniczanie nacjonalizmów i populizmów – to droga na przyszłość. Na gruncie ekonomicznym trzeba opierać się na Nowym Pragmatyzmie. On też świata nie zbawi, ale trochę pomóc mu może.

Jak Pan wyobraża sobie świat i ludzkość za 100 lat? Czy poradzimy sobie z postępującą dewastacją środowiska naturalnego oraz globalnym ociepleniem?

To będzie lepszy świat niż też nam dany. Za 100 lat będzie nas 10 miliardów i choć już teraz moglibyśmy wyeliminować ubóstwo, to i wtedy jeszcze jakiś miliard będzie żył w biedzie i nędzy. Wciąż w niektórych miejscach ludzi będzie za mało i może nie starczać rąk (a raczej) głów do pracy, gdzie indziej nieustannie będzie ich zbyt wiele. Z postępującą dewastacją środowiska naturalnego oraz globalnym ociepleniem sobie poradzimy; ludzkość nie popełni masowego samobójstwa. Pomoże nam w tym technologia i polityka polegająca na globalnym sterowaniu masowymi działaniami. Niezbywalne są przy tym stosowne przemiany kulturowe zmierzające do coraz większej dozy spójności społecznej i wypierania mentalności w stylu „moja chata z kraja”.

Neoliberalne utopie głoszące, że rynek samodzielnie rozwiąże i te problemy, należy wreszcie wyrzucić na śmietnik historii. Następne 100 lat (i później też) to okres nieustannych poszukiwań i doskonalenia twórczej synergii potęg rynku i regulacji, tym razem już ponadpaństwowej, a w niektórych sferach wręcz ogólnoświatowej. To nie jest łatwe, ale jest to możliwe. I choć podkreślam, że ani rynek nie wyklucza nieuczciwości, ani demokracja nie eliminuje głupoty, to wiem, iż w przyszłości jednego i drugiego może być mniej. Oby!

Prof. Grzegorz W. Kołodko, najczęściej na świecie cytowany polski ekonomista, członek Europejskiej Akademii Nauk, wykładowca Akademii Leona Koźmińskiego, czterokrotnie wicepremier i minister finansów w latach 1994-97 i 2002-03. Autor ekonomicznych bestsellerów

Globalizacja na rozdrożu

Jak dotąd wwehikuł ekonomicznej globalizacji zawsze podążał naprzód, niezależnie od tego, czy był ciągniony przez zwierzęta, napędzany silnikami spalinowymi, sterowany algorytmami czy komputerami. Nie oznacza to, że zawsze była to podróż łątwa – na swojej drodze globalizacja napotykała bowiem wiele zakrętów i zwrotów.

Dziewięćdziesiąt lat temu Herbeert Hoover wygrał w Stanach Zjednoczonych wybory prezydenckie obiecując wyższe taryfy celne, aby chronić amerykańskich farmerów przed konkurencją ze strony wspieranych przez proteksjonistyczne praktyki rywali. Nie minęło dziesięć miesięcy i nastąpił Wielkio Kryzys. Podpisana w następnym roku przez Hoovera ustawa Smoota-Hawleya pogłębiła jeszcze protekcjonizm i doprowadziła do wykładniczego spadku światowego handlu. Globalizacja ekonomiczna doznała mocnego ciosu. Dziewięć dekad później globalizacja doszła do rozdroża, ekonomiści ostrzegają przed kolejną recesją, jeśli nawet nie wręcz powtórką z kryzysu 1929 roku.

Na takim tle rozpoczęło się we wtorek Światowe Forum Ekonomiczne 2019, którego hasłem jest „Globalizacja 4.0: Kształtowanie globalnej architektury w wieku Czwartej Rewolucji Industrialnej”. Temat ten jasno wskazuje, czym zajmują się tytani biznesu i politycy z całego świata, którzy zebrali się w śnieżnym szwajcarskim kurorcie.

Gdy prezydent XI Jinping wystąpił w Davos dwa lata temu, mówił o „świecie sprzeczności” i ostrzegał przed protekcjonizmem i wojnami handlowymi. W ciągu ostatnich dwu lat protekcjonizm, nacjonalizm ekonomiczny i populizm podniosły głowy. Oparty na zasadach wielostronny system gospodarczy Światowej Organizacji Handlu stał się obiektem bezprecedensowego ataku. Globalizacja zdaje się tracić parę.

Naczelnym pytaniem tej epoki jest, dlaczego tak wielu, szczególnie na Zachodzie poczuło się zdradzonych przez elity rządzące swoich własnych krajów. Kluczowym powodem jest, że choć światowy handel generuje ogromne bogactwa, wiele krajów Zachodu zawiodło w roli jego redystrybutora i nie trafia ono do obywateli. W rezultacie ekonomiczna polaryzacja powiększa się z roku na rok. To dlatego „żółte kamizelki” we Francji domagają się na uli9cach Paryża niższych podatków, wyższych dochodów i lepszych służb publicznych. A to tylko szczyt tej góry lodowej niezadowolenia.

Rosnąca rola mediów społecznościowych umożliwia ludziom ze wszelkich grup wyrażać swoje żale i tworzyć nowe tożsamości grupowe. Wzrost poczucia tożsamości opartej na identyfikacji religijnej czy narodowej jeszcze bardziej wzmogło populistyczne nastawienie, podzieliło społeczeństwa, utrudniając politykom Zachodu przeprowadzenie niezbędnych reform społecznych.

Aby wygrać wybory, politycy schlebiają populistycznej demagogii i wskazują na zagranicę jako na źródło problemu, na wzrost znaczenia krajów rozwijających się i przesunięcie środka ciężkości globalnego handlu. Wschodzące gospodarki od czasu zakończenia zimnej wojny przyjmowały zasady pochodzące ze świata Zachodu i integrowały się ze światowym systemem ekonomicznym.

Chiny miały wątpliwości w sprawie globalizacji, ale dokonały historycznego wyboru aby wejść na tę falę i otworzyć się na świat pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Po czterdziestu latach reform i postępującego otwierania się stały się drugą co do wielkości gospodarką świata, której bilans handlowy eksportu i importu przekracza 3 tryliony dolarów. „Zachłystywaliśmy są wodą, napotykaliśmy na wiry i mielizny, ale w konsekwencji nauczyliśmy się pływać” – powiedział prezydent Xi dwa lata temu w Davos.

Zmagając się z problemami globalizacji Chiny nie przestały zwracać uwagi na swoje sprawy wewnętrzne. Pekin zdaje sobie sprawę, że jak nie istotne by były problemy o skali światowej, tym bardzie ważne jest dokonywanie reform wewnętrznych i zapewnienie uczciwej redystrybucji bogactwa. Z tego powodu Chiny z taką determinacją zaangażowały się w sprawę redukcji ubóstwa. W kwietniu ubiegłego roku prezydent XI ogłosił na Forum Azjatyckim w Boao w prowincji Hainan cały pakiet reform, w tym obniżenie ceł, poszerzanie dostępu do rynków, tworzenie środowiska przyjaznego dla inwestycji, ochronę własności intelektualnej i wspomaganie eksportu.

Organizując pierwsze w Chinach EXPO w Szanghaju w ubiegłym roku i pozwalając zagranicznym formom na posiadanie swoich gałęzi w większej liczbie sektorów gospodarki, Chiny udowodniły, że dotrzymują swoich obietnic.

W tym krytycznym dla światowej gospodarki momencie wybór kierunku, w którym potoczy sie dalej proces globalizacji będzie miał decydujące znaczenie dla przyszłości świata. Jak powiedział to prezydent Xi w Davos: Czy się to nam podoba, czy nie, światowa gospodarka jest jak ocean i nie uciekniemy z niej”.

Globalizacji nigdy nie będzie doskonałą. Będzie niszczyć i w tym samym czasie budować nowe. Globalizacja 4.0 nie jest więc tu wyjątkiem. jedyne pytanie to to, czy narody świata zdecydują działać w kaki sposób, aby ten proces okiełznać, aby służył dla ich pożytku. Bo drogi wstecz nie ma.

Joseph Conrad – prorok globalizmu Recenzja

Do kolosalnej bibliografii publikacji poświęconych życiu i twórczości Josepha Conrada dołączyła kolejna.

 

Maya Yasanoff nie stworzyła swojej biograficznej opowieści o Conradzie wyłącznie przy biurku. By zbliżyć się do conradowskiego doświadczenia, dotknąć go, odbyła liczne podróże jego śladami, od Kongo po Kraków. Opowieść Yasanoff powstała wiele lat po fundamentalnych biografiach Conrada, autorstwa Gerarda Jean-Aubry, Jocelyna Bainesa, Fredericka Karla, Johna Stape’a i Zdzisława Najdera, więc świadoma tego autorka, aby nie powielać wyznaczonych przez nie tropów, musiała znaleźć swoją własną formułę, własny klucz do opowiedzenia o Conradzie. Tym kluczem stał się fakt, że zarówno życie Conrada, jego podróże i jego twórczość były pierwszą w dziejach literatury eksploracją, a zarazem opisem narodzin globalnego świata. „To Conrad był w awangardzie. Z pokładu statku oglądał narodziny globalnie powiązanego ze sobą świata…” – napisała autorka we wstępie. I dodaje: „Ponieważ termin „globalizacja” został spopularyzowany w latach 80. XX wieku, łatwo przyjąć, że większość tego, co się z nim łączy – wzajemnie zależna gospodarka, otwarte granice, różnorodne etnicznie i powiązane zawodowo społeczeństwa, instytucje i standardy międzynarodowe, wspólne kulturowe punkty odniesienia – pochodzi z tamtych czasów…”. „Conrad nie znał słowa „globalizacja”, ale droga którą przebył z prowincji imperialnej Rosji przez morza i oceany do podlondyńskich hrabstw była uosobieniem tego terminu. Przekuł swoje globalne spojrzenie na prozę (…), a „mapa pisanego świata Conrada jest (…) odległa od mapy ludzi mu współczesnych”. Porównywano go do Rudyarda Kiplinga, autora „Księgi dżungli”, ale Kipling odszedł do przeszłości wraz z Imperium Brytyjskim, które opiewał, za to „świat Conrada skrzy się pod powierzchnią naszego własnego. Współczesne światłowody biegną dnem morza obok starych przewodów telegraficznych. Bohaterowie Conrada szepczą do uszu nowym pokoleniom antyglobalistów i orędownikiem wolnego handlu, liberalnym interwencjonistom i radykalnym terrorystom, aktywistom działającym na rzecz sprawiedliwości społecznej i ksenofobicznym natywistom. – pisze Yasanoff i konkluduje: „W życiu i twórczości Conrada odnalazłam, krótko mówiąc, historię globalizacji widzianą od środka”. Autorka pomija to, na czym zazwyczaj koncentrowali się biografowie Conrada: na męce pisania, chronicznych kłopotach finansowych, zdrowotnych, na perypetiach z wydawcami, na życiu rodzinnym. Yasanoff poszła inną drogą. Zrezygnowała z pokazywania biografii swojego bohatera od wewnątrz, jako podmiotu biografii, na rzecz pokazania jej niejako od zewnątrz, jako przedmiotu historii, co pozwoliło dokonać rozróżnienia między tym, co było efektem jego świadomych wyborów, a tym, co przynosił mu niezależny od niego los. „W całym swoim pisarstwie – pisze Yasanoff – niezależnie od miejsca akcji, Conrad zmagał się z konsekwencjami życia w globalnym świecie: z moralnym i materialnym wpływem przemieszczania się, z napięciami i szansami w wieloetnicznych społeczeństwach, z wstrząsem wywołanym przemianami technologicznymi. (…) Conrad uważał, że ludzie nigdy tak naprawdę nie mogą umknąć przed ograniczeniami ze strony sił potężniejszych niż oni sami, że nawet w najwyższym stopniu wolną wolę może ograniczyć to, co nazwałby losem. Powieści Conrada „stanowią wyraz rozmyślań nad tym, jak się zachowywać w globalizującym się świecie, w którym stare zbiory zasad wychodzą z użytku, lecz nikt nie napisał jeszcze nowych”. Paradoksalnie, autorka, która nie koncentruje się na prywatnej biografii Conrada i chce opowiadać o nim jako o proroku globalizacji, najbardziej drobiazgowo ukazała polski fragment jego biografii, wczesne dzieciństwo, pobyt z rodzicami zesłanymi na Syberię za udział w Powstaniu Styczniowym, krakowskie dzieciństwo i fragment młodości. Jest to trochę zagadkowe, bo nie konweniuje z globalistycznym aspektem opowieści Yasanoff. Może potraktowała wstępną, prowincjonalną część biografii Conrada jako kontrast do jego późniejszych losów, jako sposób uwypuklenia ich globalistycznego wymiaru? By pokazać drogę od przynależności do Narodu, do przynależności do świata Globalnego. Opowieść Yasanoff nie jest pracą literaturoznawczą, więc analiza niektórych jego utworów zajmuje relatywnie niewiele miejsca, ale uwypukla w nich te aspekty, które dotykają kwestii globalizacji, w tym zawarte w jednej z najbardziej z tego punktu widzenia reprezentatywnych powieści, czyli „Nostromo”, mówiącej o globalizacji kapitalistycznego wyzysku. Z kolei analizując „Jądro ciemności” zwraca uwagę na globalizację okrucieństwa i zła. Szczęśliwie jednak Yasanoff nie jest w pełni konsekwentna w przeprowadzaniu tezy o globalistycznym aspekcie biografii i tematyki pisarstwa Conrada. Taka konsekwencja prowadziłaby bowiem być może do monotonii. Jest więc z pożytkiem dla czytelnika, że autorka opowiada także o ważnych dla niej aspektach biografii i twórczości Conrada, także takich, które z kwestią globalizacji mają luźny związek albo go nie maja go wcale. Możemy więc na przykład przeczytać interesującą egzegezę „Tajnego agenta”, powieści tematycznie słabiej powiązanej z tym zagadnieniem, a wyraźnie szczególnie cenionej przez Yasanoff czy liczne uwagi dotyczące życia rodzinnego pisarza. Atrakcyjność tej lektury podwyższa także fakt, że została znakomicie, zajmująco napisana, potoczystym, barwnym językiem.

 

Maya Jasanoff – „Joseph Conrad i narodziny globalnego świata”, przekł. Krzysztof Cieślik, Maciej Miłkowski, Wydawnictwo Poznańskie 2018, str. 391, ISBN 978-83-7976-974-2.