Polityka zagraniczna i wojsko

Globalizm okiem obywatela.

Nie jestem specjalistą od polityki zagranicznej ani od wojska dlatego piszę z pozycji kogoś kto czerpie informacje ze środków masowego przekazu i ma własne przemyślenia. Połączyłem politykę zagraniczną z wojskiem ze względu na znane powiedzenie Carla von Clausewitza że: „Wojna jest jedynie kontynuacją polityki innymi środkami”. Jak rozumiem obecne władze mają świadomość słabości swojej polityki zagranicznej i dlatego zwiększają wydatki na obronność i zamierzają to robić dalej.

Polityka zagraniczna państwa zainteresowana jest trzema głównymi obszarami: Unię Europejską, USA i bliskimi sąsiadami na wschodzie Europy. W żadnym z tych kierunków nie mamy znaczących sukcesów.
W Unii Europejskiej nasza słaba pozycja wynika z kiepskiego potencjału gospodarczego, mało entuzjastycznego stosunku władz kraju do dalszej integracji, naruszania zasad praworządności i demokracji oraz z przekonania wielu partnerów, że jesteśmy „koniem trojańskim” USA w Europie.
Amerykanie traktują nas jak partnera drugiej kategorii, gdyż nie uważają, aby większe zagrożenie dla nich mogło pochodzić z Europy. Wykorzystują strach przed Rosją, aby przymuszać Polskę do bezwzględnego popierania polityki USA i zakupów amerykańskiej broni. Władze uważają za sukces sprowadzenie amerykańskich żołnierzy. Ich liczba nie stanowi istotnego wzmocnienia polskiej obronności. Generuje za to dodatkowe koszty dla budżetu, gdyż bazy amerykańskie są budowane za polskie pieniądze. Baza w Redzikowie pod Słupskiem prawdopodobnie w przypadku pełnoskalowej wojny będzie miejscem ataku atomowego.
Wobec sąsiadów ze wschodu prowadzimy – chociaż tego oficjalnie nie mówimy – politykę osłabiania Rosji za wszelką cenę. Wynika to ze strachu. Bezkrytycznie popieramy Ukrainę i opozycję na Białorusi pod pozorem popierania demokracji. Chociaż brak demokracji w jeszcze większym stopniu w Tadżykistanie, Uzbekistanie, Chinach, Turcji, krajach arabskich, Azerbejdżanie i innych krajach nam nie przeszkadza. Za określone zachowania w Rosji czy Białorusi stosujemy sankcje, a do innych krajów jeszcze bardziej niedemokratycznych podchodzimy obojętnie.
Polska musi jasno określić, że najważniejszym kierunkiem w polityce zagranicznej jest Unia Europejska. Polska powinna być zwolennikiem jak najszybszej i głębszej integracji. W pierwszej kolejności, powinna opowiadać się za ustanowieniem odpowiednich instytucji unijnych, które umożliwią prowadzenie zintegrowanej polityki zagranicznej. W drugiej kolejności niezwykle ważne jest zorganizowanie w ramach NATO armii europejskiej, która zdolna była by do obrony Europy bez jakiejkolwiek pomocy USA. W trzeciej kolejności należy dążyć do ujednolicenia przepisów gospodarczych w tym podatkowych przy zachowaniu przez każde państwo prawa do ustalania własnych stawek podatkowych. Powinno to przynieść dalsze zniesienie barier w integracji gospodarczej. Trzeba także przystąpić do euro. Polska powinna być nie tylko być klientem Unii, ale jej aktywnym kreatorem Wzrost znaczenia instytucji Europejskich kosztem niezależności państw narodowych przyniesie Polsce wzrost bezpieczeństwa i poziomu życia.
Drugim ważnym partnerem są państwa poradzieckie na wschodzie Europy. Polska powinna przyjąć, że głównym partnerem jest Rosja ze względu na swój potencjał gospodarczy, militarny, ludnościowy i terytorialny. Jak rozumiem dzisiaj toczy globalna rozgrywka między Chinami, Unią Europejską i Stanami Zjednoczonymi o to czyim strategicznym partnerem będzie Rosja. W moim przekonaniu dzisiaj największe szanse mają Chiny, ale gdyby Unia Europejska zmieniła swoją politykę wobec Rosji rezygnując z sankcji a ukierunkowując się na szeroko rozumianą współpracę miałaby szanse wygrać ten wyścig. Zmiany w Rosji w kierunku większej demokracji i ochrony praw człowieka i obywatela będą postępowały, ale trzeba je umiejętnie wspierać , a nie zniechęcać polityką konfrontacji. Z Rosją powinniśmy mieć dobre stosunki między państwowe, wzajemnie korzystną współpracę: gospodarczą i polityczną na arenie międzynarodowej w celu rozwiązywania problemów. Trzeba kolejno rozwiązywać różne sporne sprawy. Moim zdaniem należy zacząć od wznowienia pracy komisji wspólnej, która działając przyniosła kilka pozytywnych efektów takich jak szerszy dostęp do archiwów rosyjskich, wspólna opinia na temat Katynia i wywózek Polaków na wschód. Pracę komisji należy wznowić i przedstawić wspólną historyczną faktografię, a jej interpretację każdy kraj może mieć własną. Polska powinna poprzeć budowę rurociągu północnego kierując się interesem Polski, a nie Ukrainy, USA i Białorusi. Kiedyś słuchałem dyskusji ekspertów na temat bezpieczeństwa dostaw gazu ziemnego. Określili oni, że polega to na zróżnicowaniu: państw od których kupujemy gaz, złóż gazu i dróg transportowych. Dzisiaj gaz z Rosji jest transportowany do Polski przez rurociągi, które przebiegają przez Rosję, Białoruś i Ukrainę. Tak więc zależni jesteśmy nie tylko od Rosji, ale także od Ukrainy i Białorusi. Przyłączenie do Nord Strem 2 daje nam większe bezpieczeństwo energetyczne bo zależni będziemy tylko od Rosji. Jeżeli Polska ma być Hubem gazowym to tym bardziej jest to zasadne. Gazoport w Świnoujściu mógłby skraplać gaz Rosyjski i go reeksportować . Kolejna sprawa sporna to wrak samolotu TU 154. Myślę, że główną przyczyną nie zwracania wraku jest brak zakończenia śledztwa polskiej prokuratury. Ten fakt jest wykorzystywany na potrzeby polskiej polityki. Nie współpracując z Rosją ponosimy istotne straty gospodarcze i w zakresie bezpieczeństwa. Sankcje powodują, że tracimy możliwość eksportu żywności na rynek rosyjski, inwestycje kapitałowe rosyjskich przedsiębiorstw są na ograniczonym poziomie, a zakup części zamiennych do sprzętu użytkowanego przez wojsko praktycznie nie istnieje co skutkuje katastrofami w których giną ludzie. Nie skorzystanie z możliwości zakupu rosyjskiej szczepionki na COVID 19 doprowadziło do śmierci wielu osób. Ja rozumiem, że ta szczepionka nie była przebadana tak jak oczekują to kraje UE, ale można było zakupić partię próbną i przeprowadzić badania w Polsce a potem zakupić szczepionkę i licencje na jej produkcję. Tak zrobiły niektóre kraje. Chcemy budować elektrownie jądrowe, ale nie korzystam z doświadczenia i realnych możliwości Rosatomu tylko podpisujemy umowę z USA, które ostatnio nie mają większych sukcesów w tej dziedzinie. Sprawą polityczną dużej wagi jest przyłączenie Krymu do Rosji Jest tu konflikt dwóch wartości integralności terytorialnej państw i samostanowienia narodów. Spraw jest o tyle trudna, że istnieje wcześniejszy przykład Serbii i Kosowa, gdzie państwa Unii poparły oderwanie Kosowa od Serbii. Rosjanie powołują się na to i wskazują na inne podejście do sprawy co ich zdaniem oznacza nie rzetelność w ocenie sytuacji tych dwóch spraw. Patrząc na sprawę Krymu historycznie, etnicznie i woli społeczeństwa bardziej on pasuje do Rosji niż do Ukrainy. Myślę, że rozwiązania są dwa Powtórzenie referendum pod nadzorem międzynarodowym, albo uznać odbyte referendum za wiarygodne i zapewnić Ukrainie oraz obecnym i byłym mieszkańcom Krymu odpowiednie odszkodowania jeśli ponieśli jakieś szkody materialne. Nie popieram dzisiejszych władz Rosji z Putinem na czele ponieważ są one prawicowe. Świadczy o tym stosunek do: religii, LGBT, praworządności, praw człowieka i obywatela i nacjonalizmu. Dlatego widzę spójność ideową miedzy rządami Polski i Rosji chociaż istnieje ostry spór polityczny. Mimo to należy odejść od zasady, że wszystko co osłabia Rosję, jest naszym interesem strategicznym. Rosja dzisiaj jest słabsza ludnościowo, gospodarczo i militarnie od Unii Europejskiej i nie ma siły, aby zagrozić militarnie Europejskim krajom NATO.
Pozostałe kraje poradzieckie powinny same decydować o swojej drodze rozwoju. Tak jak większa część krajów Europy integruje się w Unię Europejską, tak nie ma nic złego w tym że część krajów chce się integrować z Rosją. Stanowisko Polski powinno być przyjazne zarówno wobec krajów, które chcą się integrować z Rosją jak i z Unią Europejską. Zadaniem Polski powinno być sprzyjanie integracji Rosji z Unią bo zwiększyłoby to Polską pozycję w UE i wzmocniło korzystne stosunki z Rosją. Nie oznacza to, że mamy patrzeć przez palce na zjawiska, które nam się w Rosji i innych krajach nie podobają.
Stosunki z USA powinny opierać się na zasadzie pełnej suwerenności. Aby to osiągnąć musimy zrezygnować z roli proszącego o pomoc militarną. Będziemy atrakcyjni dla USA jako państwo o zdrowej gospodarce mające dobre stosunki z sąsiadami, będące członkiem NATO i UE. Powinniśmy być gotowi do współdziałania w akcjach międzynarodowych, w tym militarnych, jeżeli mają one poparcie wspólnoty międzynarodowej.
Tak jak pisałem wyżej siły zbrojne są ważnym elementem polityki zagranicznej. W moim przekonaniu najlepszym rozwiązaniem dla Polski jest jak najszybsze powołanie armii europejskiej jako komponentu NATO. Powinna być ona w stanie odeprzeć wszystkie zagrożenia dla Europy w zakresie wojny konwencjonalnej bez pomocy ze strony USA. Siły jądrowe Francji i Anglii byłyby w dalszym ciągu w dyspozycji tych państw. Budżet byłby składkowy państw wchodzących w skład armii europejskiej i był w dyspozycji komitetu sprawującego cywilną kontrolę nad armią. Wysokość poszczególnych składek byłaby iloczynem ilości składki na obywatela, ilości obywateli i współczynnika wynikającego z PKB na osobę w danym państwie. Ilość żołnierzy także byłaby proporcjonalna do ilości obywateli polegających służbie wojskowej z tolerancją 20%. Dowództwo byłoby międzynarodowe i nie byłoby powielania struktur dowódczych europejskich i narodowych. Pododdziały miałyby charakter narodowy z komendą w języku ojczystym z możliwością posiadania w składzie żołnierzy innych narodowości do 15%. W przypadku trwałego i znacznego naruszenia integralności terytorialnej członków sojuszu. decyzje o użyciu sił zbrojnych podejmowane byłyby automatycznie przez wojskowych bez akceptacji ze strony polityków różnego szczebla. Armia europejska będzie dążyć, aby w jak najkrótszym czasie uzyskać ujednolicenie uzbrojenia, wyposażenia i umundurowania. W moim przekonaniu najtrudniejszym problemem będzie wykorzystanie państwowych przedsiębiorstw zbrojeniowych. Uważam, że rozwiązania są dwa: albo powoła się dwa lub trzy europejskie koncerny zbrojeniowe które będą współwłasnością państw, które włożą w nie swoje aktywa, albo zostanie tak jak jest teraz i przedsiębiorstwa, które nie zdobędą kontraktów znajdą się w bardzo trudnej sytuacji. Jeżeli jakieś państwo obok uczestnictwa w europejskiej armii będą chciały mieć swoje siły zbrojne wyłączone ze wspólnego dowództwa to będzie to możliwe. Powołanie armii europejskiej zapewni następujące ewidentne korzyści dla naszego kraju: wzrost bezpieczeństwa, które umożliwi prowadzenie polityki wzajemnej współpracy wobec Rosji a nie polityki z pozycji strachu; uwolnienie od nacisków USA czego przykładem jest uczestnictwo w wojnie w Iraku; obniżenie wydatków na obronność gdyż armia europejska ujednolicając uzbrojenie i wyposażenie będzie miała niższe koszty zakupu tych że, nie będzie powielała struktur dowódczych oraz prawdopodobnie będzie mniej liczna i będzie posiadała mniej sprzętu niż suma obecnych armii europejskich.
Do momentu w którym powołana zostanie armia europejska trzeba zadbać o własne siły zbrojne. Moim zdaniem o zdolności armii do skutecznego działania w obronie kraju decydują następujące według ważności elementy: wyszkolenie żołnierzy i ich motywacja do walki, gotowość techniczna posiadanego sprzętu, stan rezerw ludzkich i materiałowych, poziom nowoczesności posiadanego wyposażenia i zdolność do jego remontu i produkcji nowego. Wyszkolenie i motywacja żołnierzy w wielu konfliktach zbrojnych miało decydujące znaczenie np. w Wietnamie, Syrii, Afganistanie czy wojnie Radziecko Fińskiej. Potęgi militarne nie potrafiły wygrać z gorzej uzbrojonymi, wyposażonymi i mniej licznymi wojskami. Szkolenia teoretyczne i poligonowe wyrabiają umiejętność wykorzystania sprzętu w pełnym zakresie i wyuczają automatyczność działania.
Ostatnio coraz częściej docierają sygnały, że znaczna część posiadanego przez wojsko sprzętu nie nadaje się do użytku. Przykładem jest modernizacja czołgów leopard A4 gdy cena tej modernizacji znacząco wzrosła bo czołgi oprócz modernizacji wymagały remontu, żeby mogły być użyte. Lepiej mieć przestarzały, ale sprawny sprzęt niż latami czekać na nowy, który też z czasem stanie się nie sprawny ze względu na brak remontów.
Brak powszechnego poboru do wojska powoduje że wojsko nie ma odpowiednio wyszkolonych rezerw kadrowych. Należy się zastanowić nad powrotem poboru do wojska. Służba wojskowa mogłaby być zdecydowanie krótsza np.: 3 miesięczna i odbywana na terenie województwa w którym poborowy mieszka. Można do tego wykorzystać powstałe brygady obrony terytorialnej.
Brakuje też nowoczesnej amunicji do nowych typów uzbrojenia w tym amunicji programowalnej. Są też braki w zapasach materiałów eksploatacyjnych do posiadanego sprzętu.
Oczywiście duże znaczenie ma zakup nowego i modernizacja istniejącego sprzętu. Ciągłe zmiany planu technicznej modernizacji sprzętu oraz zapowiedzi zakupów i następnie się z nich wycofanie świadczy o tym, że nie dzieje się w tej dziedzinie zbyt dobrze. Myślę, że wynika to z szybkich zmian koncepcji prowadzenia wojny, zadań jakie przed wojskiem stoją i ograniczonej ilości środków przeznaczonych na ten cel. Oprócz krajów NATO są inni znani producenci nowoczesnego sprzętu wojskowego z takich krajów jak: Rosja, Chiny, Indie, Israel, RPA, Brazylia, Japonia i Korea Południowa. Z wyjątkiem Izraela i Korei Południowej pozostałe kraje nie biorą udziału w przetargach na sprzęt wojskowy. Udział tych krajów w przetargach wzmocniłby konkurencję, a tym samym obniżył ceny. `Ja rozumiem, że kupowanie sprzętu od takiego kraju jak Rosja wiąże się z ryzykiem, że gdy będziemy potrzebowali części zamienne lub amunicje możemy ich nie otrzymać. Dlatego proponuję, aby przy przetargach na sprzęt wojskowy dla krajów pochodzących z poza NATO stawiać dodatkowe warunki. Dla przykładu dostawca sprzętu spoza NATO musiał by przekazać kody źródłowe. Kluczowe elementy takie jak np.: silniki, optoelektronika systemy łączności mogły by być wymieniane na urządzenia produkowane w Polsce lub innych krajach NATO-skich, przeglądy i naprawy powinny odbywać się w kraju. Warunkiem może też być wspólna produkcja lub przekazanie licencji. Wiem, że kraje zgadzają się na takie rozwiązania. Podstawową zasadą przy zakupach powinno być porównanie kosztu do efektu, a to oznacza, że nie zawsze sprzęt musi być najnowocześniejszy, może być wystarczająco dobry.
Zdolność do produkcji nowego sprzętu i remontu istniejącego została istotnie osłabiona przez błędną moim zdaniem decyzję o wydzieleniu z zakładów zbrojeniowych produkcji cywilnej. Przy znacznym zmniejszeniu zapotrzebowania na sprzęt przez wojsko polskie, zmniejszającym się eksporcie doprowadziło to do zapaści finansowej wielu spółek zbrojeniowych, a tym samym zlikwidowało ich możliwości rozwojowe. Negatywne skutki miała też sprzedaż zakładów PZL Świdnik i WSK Rzeszów. A jeżeli już istniała konieczność sprzedaży trzeba było przekazać licencje z możliwością ich dalszego przekazania do np. Instytutu Lotnictwa na produkowane konstrukcje, ich rozwój i ich serwisowanie. Dzisiaj jesteśmy w sytuacji, że gro wojskowych helikopterów zostanie bez możliwości napraw i remontu bo Leonardo właściciel Świdnika nie chce tego robić. Uważam, że aby odzyskać możliwości w zakresie produkcji i remontu sprzętu konieczne jest wznowienie produkcji cywilnej i zakupów licencji, które będą przydatne zarówno dla sprzętu wojskowego i cywilnego. Wzmocni to finansowo spółki zbrojeniowe i pozwoli unowocześnić produkcję.
Polska armia powinna być przede wszystkim być o charakterze obronnym. Determinuje to jakie rodzaje wojsk i uzbrojenia powinniśmy rozwijać. Są to wojska cybernetyczna chroniące przed atakami hakerskimi na kluczowe systemy informatyczne, systemy rozpoznania ostrzegające przed potencjalnym atakiem, wojska przeciw lotnicze i przeciw rakietowe chroniące kluczowe obiekty wojskowe i cywilne przed atakiem z powietrza i nasycenie wojsk systemami przeciw pancernymi mogącymi powstrzymać ataki jednostek pancernych i zmechanizowanych. Oddzielnego potraktowania wymaga marynarka wojenna. Jest dużo krytycznych uwag o jej krytycznym stanie i konieczności budowy nowych okrętów klasy fregaty i korwety. Nie podzielam tej ostatniej opinii. Na moje myślenie o obronie naszego wybrzeża i morza wpłynęła opinia którą kiedyś usłyszałem: „najlepszymi okrętami na Bałtyku są samoloty i helikoptery”. Dlatego moim zdaniem obrona wybrzeża i Bałtyku powinna opierać się na nadmorskich dywizjonach rakietowych, siłach uderzeniowych składających się z samolotów i helikopterów i łodzi podwodnych oraz takich okrętów które wykonają zadania niewykonalne dla lotnictwa np. patrolowców czy okrętów rozminowania. O takim moim podejściu do obrony granicy morskiej decyduje skuteczność udowodniona w czasie konfliktu o Falklandy, gdzie argentyńskie samoloty uzbrojone w francuskie rakiety przeciw okrętowe zadały największe straty brytyjskiej flocie inwazyjnej i gdyby nie lotnictwo brytyjskie konflikt mógłby zakończyć się inaczej. Drugim aspektem decydującym o moim przekonaniu są koszty. Za jedną fregatę można kupić od 5 do 10 samolotów, które można wykorzystać także do walk na lądzie.
Niezależnie od tego co napisałem o wojsku uważam, że lepiej jest prowadzić odpowiednią politykę, która w znaczący sposób może zmniejszyć koszty związane z obronnością Najlepszym przykładem są lata 1990-2014 w Europie. Bardzo na tym skorzystała Polska. Na koniec chcę się podzielić pewną swoją refleksją, która powstała podczas pisania tego tekstu i bardzo mnie zaskoczyła. Patrząc na Polskę z historycznego punktu widzenia przez ostatnie sto lat nasz kraj zachowywał się wyjątkowo racjonalnie. Po pierwszej wojnie światowej zawarliśmy sojusz z Francją największą potęgą w Europie. Po drugiej wojnie byliśmy sojusznikiem ZSRR jednym z super mocarstw, a po jego upadku z USA. Teraz gdy rośnie potęga Chin powinniśmy do nich zbliżyć.

„Chińskie Marzenie” wyzwanie i szansa dla świata

Za kilka tygodni Chiny wkraczają w nowy rok – rok Tygrysa. Zaczynają kolejny etap wielkiego eksperymentu, nazywanego przez obecnego przewodniczącego CHRL i sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Chin Xi Jinpinga „chińskim marzeniem”.

Jest to program „budowania umiarkowanie zamożnego społeczeństwa pod każdym względem oraz nowoczesnego państwa socjalistycznego, które będzie pomyślne, silne, demokratyczne, harmonijne i zaawansowane pod względem kulturalnym” (Xi Jinping, „Zarządzanie Chinami”, Toruń 2029, s. 45). Na tę drogę Chiny weszły w 1978 roku, dwa lata po śmierci Mao Zedonga i po ukształtowaniu się nowego, reformatorskiego kierownictwa pod wodzą Deng Xiaopinga (1904-1997). Ponad czterdziestoletni okres chińskich reform to niezwykle interesujący przykład skutecznej realizacji programu, który dał Chinom radykalną zmianę ich sytuacji wewnętrznej i ich pozycji w świecie.
Reformy gospodarcze i ich efekty
Śmierć pierwszego przywódcy Chin Ludowych Mao Zedonga pociągnęła za sobą zmianę kursu polityki chińskiej – odejście od dogmatycznego marksizmu i zapoczątkowanie pragmatycznej polityki gospodarczej, której efekty przeszły najśmielsze oczekiwania zagranicznych obserwatorów. W latach 1978/2019 ich PKB wzrósł 39-krotnie, a PKB per capita niemal 27-krotnie. Według szacunku podanego przez znakomitego znawcę gospodarki chińskiej Grzegorza Kołodkę chiński PKB na osobę można szacować na około 10,2 tysięcy dolarów, a w ciągu trzech-czterech lat powinien on osiągnąć poziom 12 375 dolarów uważanych przez Bank Światowy za próg, od którego zaliczać się można do grupy krajów rozwiniętych (Grzegorz W. Kołodko, „Od ekonomicznej teorii do politycznej praktyki”, Warszawa 2020, s,101). Takiego tempa wzrostu nie notuje żadna z pozostałych wielkich gospodarek narodowych.
Burzliwy rozwój gospodarczy Chin przynosi z sobą ostry wzrost nierówności w tym narodziny silnej warstwy milionerów. Zarazem jednak udaje się Chinom redukować sferę biedy. Pod koniec ubiegłego roku Bank Światowy ogłosił, że Chiny zlikwidowały strefę skrajnego ubóstwa, co dla kraju jeszcze czterdzieści lat temu cierpiącemu na powtarzające się klęski głodu jest niebagatelnym osiągnięciem.
Chiny mają też niewątpliwe sukcesy w dziedzinie edukacji, której masowy zasięg połączony jest z utworzeniem znakomitych ośrodków naukowych o najwyższym światowym poziomie. Kiedy w 1996 odwiedzałem główne uniwersytety chińskie, uderzyło mnie to, że ich kierownictwo już wówczas znajdowało się w ręku młodych uczonych wykształconych na czołowych uniwersytetach światowych, zwłaszcza amerykańskich.
Jedną z konsekwencji obranej drogi wzrostu ekonomicznego jest stosunkowo znaczna równowaga społeczna wyrażająca się brakiem ostrych i masowych konfliktów ekonomicznych.
Chiński model gospodarczy (nazwany przez Grzegorza Kołodkę „chinizmem”) stanowi oryginalne połączenie mechanizmów rynkowych, silnego sektora prywatnego i aktywnej roli państwa w kierowaniu gospodarką narodową. Model ten jest atrakcyjny dla krajów, które usiłują wydobyć się z ekonomicznego zacofania i z zależności od kapitalistycznych metropolii. Wspomniany autor wymienia w tym kontekście kilkanaście państw, takich jak Brunei, Kambodża, Laos, Mjanma, Singapur i Wietnam w Azji Południowo Wschodniej, Azerbejdżan, Kazachstan, Tadżykistan, Turkmenistan i Uzbekistan w dawnej azjatyckiej części ZSRR, Iran, Oman i Zjednoczone Emiraty Arabskie na Bliskim Wschodzie, Algieria, Erytrea, Namibia, Sudan i Tanzania w Afryce, a także Nikaragua w Ameryce Łacińskiej (Kołodko, cyt.dz. s.120).
Obalone dogmaty
Chiński model państwa i gospodarki prowadzi do zakwestionowania trzech dogmatów, które szczególnie powodzenie zawdzięczają upadkowi państwowego socjalizmu w Europie i doświadczeniom przemian ustrojowych w tej części świata.
Pierwszym jest dogmat rzekomej „niereformowalności” socjalizmu. W czasie istnienia ZSRR i zależnego od tego mocarstwa bloku państw Europy środkowo-wschodniej dogmat ten był pielęgnowany z jednej strony przez komunistycznych doktrynerów traktujących wszelkie koncepcje reformatorskie jako szkodliwy „rewizjonizm”, a z drugiej – przez ideologów opozycji antykomunistycznej, którzy rzekomą niemożliwością zreformowania systemu uzasadniali konieczność jego obalenia. Fiasko odważnych reform Gorbaczowa potraktowane zostało – przez jednych i drugich – jako dowód, że system jest niereformowalny. Nigdy nie podzielałem tego zdania. W 1986 roku na łamach krakowskiego pisma „Zdanie” wyraziłem pogląd, ze system socjalistyczny stoi przed alternatywą: reforma lub upadek „Socjalizm a historyczna konieczność reform”, Zdanie, nr.9). W doświadczeniu owocnych reform chińskich widzę potwierdzenie tego stanowiska. Niepowodzenie ówczesnych reform radzieckich czy polskich nie było historycznie nieuniknione, lecz stanowiło przede wszystkim konsekwencję tego, że reformy te podjęto zbyt późno.
Drugim dogmatem – tym razem pieczołowicie podtrzymywanym przez teoretyków liberalno-demokratycznych – jest przekonanie, że reformy gospodarcze bez zmian demokratycznych nie mogą się powieść. Chiny pokazują, że tak nie jest, z czego nie wynika odrzucenie nadziei na to, że kiedyś i one wejdą na drogę budowy pluralistycznej demokracji. Okazuje się jednak, ze nie jest to warunek niezbędny powodzenia reform ekonomicznych i rozwoju cywilizacyjnego.
Trzecim wreszcie dogmatem zakwestionowanym przez doświadczenie chińskie jest przekonanie, ze wzrost gospodarczy niejako automatycznie rodzi impulsy prowadzące do demokracji. Przynajmniej jak dotąd przekonanie to nie sprawdza się w odniesieniu do Chin. Nie wykluczam, że w jakiejś (bliżej nieokreślonej) przyszłości proces taki może nastąpić, ale jak dotąd nic nie przemawia za automatycznym nadejściu zmian demokratycznych jako konsekwencji imponującego wzrostu gospodarczego.
Przywództwo i legitymizacja systemu politycznego
Po śmierci Mao Zedonga Chiny stanęły w obliczu ostrego kryzysu politycznego, którego istotą nie była zwykła walka o władzę w ramach rządzącej elity politycznej, lecz zasadniczy spór o kierunek rozwoju. Spór ten był pokłosiem niefortunnej „rewolucji kulturalnej” – autorytarnej próby wymienienia elity politycznej (a także naukowej i gospodarczej) i zastąpienia jej fanatykami z szeregów młodych komunistów („hunwejbinów). Chińscy reformatorzy, w tym obecny przywódca Xi Jinping) ciężko ucierpieli w czasie ekscesów tej rzekomej rewolucji i przez ponad czterdzieści lat, gdy są u władzy, dbają o to, by ten fatalny eksperyment już si ę nie powtórzył.
Deng Xiaoping zainicjował praktykę regularnego wymieniania centralnego kierownictwa politycznego, dzięki czemu Chiny unikają – tak szkodliwego dla późnego okresu państwowości radzieckiej – zjawiska utrzymywania się u steru rządów ( i umierania na Kremlu) kolejnych partyjnych przywódców: Breżniewa, Andropowa i Czernienki. Kolejni przywódcy okresu reform (Deng Xiaoping, Jing Ziemin i Hu Jintao) odchodzili ze stanowisk robiąc miejsce swym następcom w sposób gwarantujący ciągłość i stabilność władzy. Okaże się, czy wybrany w 2012 roku obecny przywódca Xi Jinping pójdzie tą samą drogą.
Stabilność systemu politycznego Chin opiera się na sile partii komunistycznej – autentycznie masowej, liczącej dziewięćdziesiąt milionów członków armii politycznej – i na autorytecie jej przywódców. Autorytet ten stanowi ciekawy przykład legitymizacji w oparciu o sukces, a więc inaczej niż w klasycznej typologii Maksa Webera (1864-1920), który wyróżniał trzy podstawowe rodzaju legitymizacji: tradycyjną, charyzmatyczną i prawną. Legitymizacja oparta na sukcesie wymaga stałego jej potwierdzania kolejnymi sukcesami. Jak dotąd, chińskim przywódcom to się udaje. Poza wielkimi (stłumionymi przez wojsko) demonstracjami z czerwca 1989 roku, system chiński funkcjonuje bez konieczności uciekania się do masowej przemocy, przy wyraźnym poparciu zdecydowanej większości obywateli.
Miejsce Chin w polityce światowej
Sukcesom gospodarczym towarzyszy imponujący wzrost pozycji Chin na arenie międzynarodowej. Są one obecnie nie tylko jedną z dwóch największych gospodarek światowych, ale także mocarstwem, wywierającym znaczący wpływ na tok spraw międzynarodowych. Tę pozycję Chiny zawdzięczają nie tylko własnej sile, ale także uformowaniu się bloku pięciu państw mających wspólny interes w przeciwstawieniu się światowej dominacji Stanów Zjednoczonych. Blok ten obejmuje Brazylię, Chiny, Indie, Republikę Południowej Afryki oraz Rosję i skupia ponad połowę ludności świata. Choć Chiny są w tym bloku największe i mają największy potencjał gospodarczy, to jednak nie są hegemonem, gdyż pozostałe państwa mają swe silne atuty, w tym rosyjski potencjał militarny ustępujący obecnie jedynie amerykańskiemu.
Rosnąca rola Chin rodzi pytanie o to, jakie będą ich relacje z innymi mocarstwami, w tym zwłaszcza ze Stanami Zjednoczonymi. Przywódcy chińscy deklarują wolę utrzymywania dobrych stosunków z tym mocarstwem ( a także z Unią Europejską) i nie ma powodu, by wątpić w szczerość tych deklaracji.
Jeden z najwybitniejszych znawców stosunków międzynarodowych Zbigniew Brzeziński (1928-2017) w książce wydanej kilka lat po zakończeniu zimnej wojny („Wielka szachownica”, 1997) przekonująco uzasadniał potrzebę prowadzenia przez USA polityki współpracy z Chinami i przestrzegał przed szkodliwą z amerykańskiego punktu widzenia sinofobią. Autor ten nie doceniał jednak dwóch kwestii. Po pierwsze: nie przewidział tak szybkiego awansu Chin, o których nawet napisał, że „w 2020 roku Chiny nawet w najbardziej sprzyjających okolicznościach prawdopodobnie nie staną się autentycznym – a zatem konkurencyjnym w kluczowych dziedzinach – mocarstwem światowym” (s.166). Po drugie: nie przewidział (jak zresztą wszyscy znawcy polityki amerykańskiej) wyboru Donalda Trumpa i fatalnych skutków jego polityki dla pozycji USA w świecie. Polityka amerykańska, dyktowana fobiami tego prezydenta, doprowadziła – wbrew ostrzeżeniom Brzezińskiego – do takiego stanu stosunków amerykańsko-chińskich, który powoduje, że znany brytyjski uczony i komentator stosunków międzynarodowych Timothy Garton Ash deklaruje: „mamy już nową zimna wojnę” (”Newsweek Polska”, 4-10 stycznia 2021). Przesadza, ale nie bez powodu.
Zażegnanie niepotrzebnego konfliktu z Chinami będzie jednym z ważniejszych zadań nowej administracji amerykańskiej, która zapewne będzie dążyła do przywrócenia stosunków podobnych do tych, które panowały za prezydentury Baracka Obamy. Należy życzyć jej powodzenia. Nie ma bowiem żadnego powodu, by uważać wzrost pozycji międzynarodowej Chin za zagrożenie dla reszty świata. Chiny nie są Związkiem Radzieckim epoki Stalina czy jego następców. Nie są mocarstwem ideologicznym w tym sensie, że nie dążą do światowego zwycięstwa socjalizmu. Ich notorycznie powtarzane deklaracje wierności marksizmowi (ale w chińskiej interpretacji) i socjalizmowi mają na celu konsolidację wewnętrzną i nie stanowią busoli chińskiej polityki zagranicznej. Chiny nie mają imperialnych celów w stosunku do reszty świata, czemu nie przeczy to, iż starannie budują swoje wpływy – zwłaszcza w Azji i Afryce. Polityka ta stanowi zaporę dla umacniania i rozszerzania hegemonii Stanów Zjednoczonych, co złości amerykańską prawicę, ale nie jest równoznaczne z narzucaniem chińskiej hegemonii reszcie świata.
Przeciwnicy dobrych stosunków z Chinami powołują się na racje moralne: stan praw człowieka i brak wolności demokratycznych w tym państwie. Jest to przejaw niezwykłej obłudy. Politykom amerykańskiej prawicy nie przeszkadza to, że ich bliski sojusznik Arabia Saudyjska pozostaje absolutną monarchią, w której kobiety pozbawione są elementarnych praw i w której funkcjonariusze służb specjalnych – w oczywisty sposób na polecenie płynące z najwyższego szczebla – zwabili do konsulatu w Istambule i zaszlachtowali opozycyjnego dziennikarza. Gdy się ma takich sojuszników – nie powinno się innym prawić morałów.
Rozwój Chin stanowi optymistyczny sygnał dla świata. Pokazują, że można – i to w imponującym tempie – wydźwignąć się z ekonomicznego zacofania i politycznej marginalizacji. Także dla Polski dobre stosunki i wielostronna współpraca z tym wielkim mocarstwem leżą w żywotnym interesie narodowym. Kiedyś przyjdzie – oby nie nazbyt odległy – czas, by tę oczywistą prawdę uczynić podstawą polskiej polityki wobec Chin. Dla obustronnego dobra. Póki to się nie stanie, warto dokładać starań, by do naszego społeczeństwa docierał prawdziwy obraz dzisiejszych Chin – fascynującego przykładu udanej drogi społecznego rozwoju.

Czas słowotwórstwa

Ostatnio ogarnął mnie pogodny nastrój. Wszystko jest dobrze i będzie coraz lepiej. Zawsze tak się dzieje, jak czołowi przedstawiciele narodu wpadają w okresy słowotwórstwa i lansują nowe określenia, które mają ilustrować ich radość i dumę, albo obawy i niezadowolenie.

Uszczęśliwili nas pięknym określeniem „miękiszon”, które znalazło już istotne odmiany jak np. „głupiszon”. Wszyscy są dumni z tego, co robili i osiągnęli w Brukseli i nie zwracają uwagi na nieustanne „kwitolenie” (też nowe słowo) politycznych przeciwników, którzy szukają dziury w całym, starając się, jak zwykle, obniżać wagę niesłychanych, osiągniętych przez nas sukcesów.

Wysłuchiwanie emitowanych przez stacje telewizyjne opinii i oświadczeń na ten temat, tak mnie skołowało, że postanowiłem sam dokonać analizy ostatnich wydarzeń i ich możliwych następstw. Pogoda wprawdzie podła, ale jednak usiadłem na przyzbie razem z moim niesłychanie inteligentnym psem niemieckiej rasy, który radośnie merda ogonem, jak widzi w telewizji panią kanclerz Merkel. Poczytałem „cos tam” w laptopie i prasie. I z wrodzoną nieśmiałością uznałem, że mogę podzielić się moimi przemyśleniami.

Ponure alternatywy

Najbardziej zabawne jest to, że po długotrwałej awanturze, okrzykach, że „veto albo śmierć”, opłakiwaniem rzekomo traconej suwerenności i groźbach popełnienia seppuku – jesteśmy po decyzjach brukselskiego szczytu, niemal dokładnie w tym samym punkcie, w którym byliśmy na początku. Miał być i jest dość korzystny dla na budżet, miała być i jest groźba finansowego karania za ograniczanie praworządności. Dodano jedynie coś w rodzaju opinii, kiedy i dlaczego można będzie te kary stosować, zostawiając jednak Komisji UE dalsze ich uszczegóławianie.
Impreza w Brukseli przebiegła dość spokojnie, mimo, że Polska i Węgry ciągle groziły zastosowaniem veta przy uchwalaniu budżetu. Mam wrażenie, że nikt zagranicą w to nie wierzył i sądzę, że nie wierzył także premier Węgier. Ryzyko opóźniania i możliwość ograniczania przepływu pieniędzy z Unii, oraz pogorszenia i tak już złej opinii w stosunkach międzynarodowych było zbyt duże. Ale – niestety – tradycyjna niezaradność w polityce wewnętrznej spowodowała, że manewry brukselskie odbiły się wyraźnie w naszej propagandzie, kierowanej do „ciemnego ludu”, i na relacjach między niektórymi partiami „zjednoczonej prawicy”
Bardziej niecierpliwa część narodu miała nadzieję, że te różnice poglądów, na znaczenie i skutki efektów naszych działań w Brukseli, spowodują odejście jednej, niewielkiej partii z rządzącej koalicji, która straci większość w Sejmie. To mogło doprowadzić do wcześniejszych wyborów, w niezłym dla opozycji okresie niezadowolenia, z prób bezsensownego wprowadzenia niemal całkowitego zakazu aborcji, wściekłości rolników i hodowców zwierząt futerkowych, a także powszechnej krytyki „władzy” za nieudolność w walce z pandemią COViD19.

Suwerenność

Już wiadomo, że do tego na razie nie dojdzie. Wysiedziane, ciepłe miejsca w miękkich fotelach administracji centralnej i terenowej oraz w spółkach skarbu państwa, są zbyt cenne, aby ta partia poświęcała je – dosłownie – dla idei. Zgrzytając zębami pozostanie w koalicji, robiąc tylko czasem groźne miny, pisemnie i ustnie krytykując niektóre decyzje rządu i zapewne – dla bardziej wyraźnego ostrzeżenia – od czasu do czasu głosując w sejmie inaczej, niż życzy sobie PIS.

Tymczasowo główną płaszczyzną krytyki jest suwerenność, stare słowo, ale teraz wyraźnie odświeżane. Pewna znana pani, przebywająca obecnie na odpoczynku w parlamencie europejskim, stwierdziła w piśmie do szefa niezadowolonej partii, że ci z nas, którzy „nigdy nie mieli Polski w sercu”, zaprzedali naszą suwerenność. Czołobitnie i po kawałku oddali ją głównie Niemcom i Francuzom.

Mój piesek, przypominam, że z niemieckim rodowodem, dał mi do zrozumienia, że jest jednym z przykładów powszechnego osłabiania suwerenności państw po II wojnie światowej. Tak się dzieje, bo świat tak bardzo powiązał się gospodarczo, że nikt nie jest w stanie funkcjonować bez udziału innych. Z Niemcami mamy największe obroty handlowe i rozbudowaną kooperację przemysłową. Z Francją i Włochami trochę mniejsze, ale też ograniczające naszą i ich gospodarczą suwerenność. Cała Europa traci jej część na rzecz Chin. Proszę sobie wyobrazić, że nagle zrywamy wszelkie kontakty z Chinami. Tysiące ludzi ze łzami w oczach błąka się po naszych ulicach i sklepach. Nic nie można kupić, bo zginęły wszelkie towary nawet światowych marek, z dyskretnie umieszczonymi napisami „Made In China”.

Ciągłe opowiadania o zagrożeniach naszej suwerenności u wielu ludzi – nie tylko mniej wykształconych – powodują, że zaciera się granica między nią, a niepodległością. „Tracimy niepodległość” powiedział mi ostatnio znajomy, którego uważam za inteligenta. Nieprawda, Nic nie tracimy, ale ktoś może uznać, że sami ją zmniejszamy.

Niepodległość, zwłaszcza w kraju, który kilka razy ją tracił, oznacza niezależność polityczną i militarną. Globalizacyjne i polityczne zmiany świata w połączeniu z postępem technicznym powodują jednak, że i w tym zakresie trzeba to rozumieć dzisiaj inaczej, niż np. 200 lat temu. Po przywróceniu niezależności politycznej nie chcieliśmy mieć u siebie wojsk rosyjskich. Ale koniecznie chcemy mieć amerykańskie i gotowi jesteśmy, w znacznym stopniu, pokrywać koszty ich utrzymania. Malkontent może powiedzieć, – co to za różnica, tak czy inaczej „obce” wojsko będzie się u nas rozpychać, obserwować i kontrolować.

Świat się zmienia

Werbalni obrońcy niepodległości i suwerenności zapominają też najczęściej, że współczesny konflikt militarny na większą skalę, byłby już powtórzeniem filmowej wojny maszyn, niszczącym ludzkość. Satelitarne możliwości obserwowania i sterowania bezzałogowym uzbrojeniem, broń atomowa o zróżnicowanej mocy, pływające miasta (lotniskowce) wyposażone w wyrzutnie rakietowe i samoloty dają zupełnie inny obraz takiego konfliktu w porównaniu z II wojną światową.

Na tle dalszego rozwoju tego nowego świata wydaje się nieuniknione, że szeroko rozumiana globalizacja i zmniejszanie samodzielności państw, będzie naturalną koniecznością. Wiem, że wbijam kijek w patriotyczne mrowisko, ale kiedyś już napisałem, że za następne sto lat możemy się doczekać powstania Zjednoczonych Państw Europy, zapewne podobnych do Zjednoczonych Stanów Ameryki. I żeby było śmieszniej z takim samym językiem federalnym, nauczanym równolegle z językami narodowymi. Ale mimo to, tak jak w USA, nie będzie to oznaczać całkowitej centralizacji władzy. W USA nawet w tak ważnej sprawie, jak stosowanie kary śmierci, decydują władze stanowe

Obecny rząd i jego opiekuńcze zaplecze polityczne, wydają się o tym wszystkim zapominać. Wierzą – moim zdaniem – w niezmienność wzorcowych zasad kierowania państwem z IXX i XX wieku. Wierzą w skuteczność ustroju łagodnej dyktatury, I – co najbardziej niebezpieczne – w nieomylność swoich poglądów i decyzji, najczęściej podsuwanych przez ich „głównego stratega”.. To nas może zaprowadzić w ślepą uliczkę, z której można wyjść tylko przez cofanie.

Światowy dom wariatów

W okresie pandemii globalnej zalewa nas powódź okolicznościowych informacji, publikacji, analiz i komentarzy. Ich autorzy koncentrują się przeważnie na medycznych, ekonomicznych i społecznych konsekwencjach zarazy. Tylko nieliczni tykają aspektów psy… (psychologicznych, psychiatrycznych i innych psy…). Nawet sławetna WHO (World Health Organization) wspomina o nich z rzadka i jak gdyby od niechcenia. Tymczasem problemy psy… są coraz bardziej poważne i takoż oddziałują na wszystko inne. Postanowiłem, przeto, jako psycholog – amator, przeanalizować dla Państwa te gardłowe i trudne problemy. Oto rezultaty moich przemyśleń i dociekań. Wedle danych WHO i Banku Światowego, średnia „stopa samobójców” na Ziemi wynosi 16,2 osób rocznie na 100.000 obywateli. Czyli 800.000 ludzi umiera w ten sposób (1 osoba co 40 sekund). Prognozy na rok 2020 głoszą, że liczba ta wzrośnie do 1,5 mln samobójców! To ewidentny skutek pandemii.

Od początku XX i – szczególnie – w XXI wieku ludzkość ulega szybko postępującej, wręcz dramatycznej, degeneracji psychicznej. Systematycznie wzrasta liczba nowych zachorowań i osób chorych psychicznie oraz samobójstw. Dla celów niniejszego opracowania, pod pojęciem degeneracji psychicznej, rozumiem pogarszający się stan zdrowia psychicznego człowieczeństwa, w szczególności, zwiększającą się liczbę zachorowań i chorych tego rodzaju oraz samobójstw. Zresztą, cała historia świata zna liczne przykłady przywódców upośledzonych psychicznie, którzy znaleźli się na najwyższych stanowiskach politycznych, z wiadomymi skutkami (np. Adolf Hitler).
Współcześnie – fachowcy biją głośno na alarm, ale decydenci, z reguły, zdają się nie dostrzegać problemu – nie podejmują więc odpowiednich działań profilaktycznych i środków zaradczych. Wręcz przeciwnie, niektórzy spośród decydentów świadomie i manipulacyjnie dążą do pogarszania sytuacji. Samo, przeważnie niewystarczające, leczenie czy rehabilitacja – post factum – to o dużo za mało.
Tymczasem koszty społeczne i ekonomiczno-finansowe degeneracji psychicznej rodzaju ludzkiego są już ogromne. W skali światowej na samo tylko leczenie osób psychicznie chorych (ponad 2 mld psychuszek) wydaje się znacznie ponad 3 bln USD rocznie, co stanowi około połowy łącznych globalnych (też rocznych) kosztów leczenia wszystkich Ziemian. W pracy nad niniejszym tekstem przeanalizowałem wnikliwie wiele interesujących opracowań krajowych i zagranicznych oraz najnowszych materiałów i danych statystycznych ONZ i WHO, a także innych instytucji specjalistycznych – z kraju i ze świata. Jestem do głębi wstrząśnięty tym, czego się dowiedziałem. Postanowiłem przeto podzielić się z Szanownymi Czytelnikami moim zatroskaniem i przemyśleniami politologicznymi w tym względzie.
Najpierw o sytuacji w Polsce, która – na tle globalnym – prezentuje się źle i coraz gorzej. W naszym kraju, w minionym ćwierćwieczu, i obecnie, gwałtownie wzrasta liczba osób chorych psychicznie i samobójców. W ostatnich latach, średniorocznie, trafia do szpitali specjalistycznych ponad 1,5 mln pacjentów. Jest to najwyższy wskaźnik w skali całej Unii Europejskiej. Łącznie – ponad 9 mln Polek i Polaków cierpi na takie czy inne schorzenia psychiczne. Aż 10 proc. spośród prawie 10 mln polskich dzieci i młodzieży wymaga opieki ze strony psychologów i psychiatrów. W naszym kraju jest pond pół miliona schizofreników.
Jeszcze w lutym 2014 r., PAP opublikowała zatrważające dane policyjne (KGP) o samobójstwach: średnio – codziennie 15 osób usiłuje odebrać sobie życie, z czego – w 11 przypadkach – kończy się to śmiercią. W roku 2012 – 4.177 osób umarło w taki właśnie sposób (3.569 mężczyzn oraz 177 nastolatków), na 5.791 podjętych prób samobójczych. Natomiast w roku 2013 – aż 8.579 osób (7.000 mężczyzn) targnęło się na własne życie (prawie o 3.000 więcej!), z czego 6.097 prób samobójczych zakończyło się śmiercią. W roku 2019 – zanotowano w PL ponad 5.000 samobójców (a „tylko” 2.810 osób straciło życie w wypadkach drogowych). Szybko wzrastała także liczba samobójców wśród młodzieży do 24 lat – np. 1.100, w roku 2013.
Rośnie też ilość samobójstw wśród dzieci (30 prób, 12 zgonów – w roku 2012 oraz 41 prób,22 zgony – w roku 2013). Tego wcześniej w Polsce nie bywało. Nową jakością są także głośne „seryjne samobójstwa polityczne” (np. Andrzej Lepper i in.) oraz z przyczyn ekonomiczno – finansowych. W warunkach polskich – współczesna wysoka dynamika wzrostu zachorowań na choroby psychiczne i samobójstw nie ma precedensu – w porównaniu do wcześniejszych okresów i do innych społeczeństw.
Generalnie, poziom degeneracji psychicznej społeczeństwa polskiego, szczególnie samobójstw, jest porównywalny do Grecji (średnio 6.000 samobójstw rocznie – przy mniejszej liczbie mieszkańców).
W polskich miastach zauważalne są niższe wskaźniki samobójstw niż na wsi, gdzie problemy społeczno-gospodarcze występują ze zwielokrotnioną ostrością (zadłużenie, bezrobocie, bieda, wykluczenie, frustracja, depresje i in.). Wystarczy bankructwo jedynego zakładu pracy w danej okolicy i całe rzesze mieszkańców zostają bez środków do życia, toną w otchłani niepewności jutra, bezradności, braku pomocy, zdenerwowania i napięcia psychicznego. „Panie premierze – jak żyć”? Oto jest znane pytanie Polaka! Nic dziwnego, że – niestety – niektórzy desperaci wolą umrzeć z własnej woli i własnym sumptem.
Naturalnie, problemy degeneracji psychicznej występują także w skali globalnej, we wszystkich krajach świata, rozwiniętych, rozwijających się i zacofanych – choć niekoniecznie ewoluują one w tak szybkim tempie jak w Polsce. Ale jednak. Np.: w ostatnim półwieczu liczba samobójstw w skali globalnej wzrosła o 60 proc. ! Współcześnie – na Chiny i na Indie, łącznie około 3 mld obywateli – przypada nieco ponad 30 proc. wszystkich samobójców na świecie, których liczba sięga ostatnio 1 mln rocznie.
W efekcie, jak wspomniałem, średnio co 40 sekund, ktoś popełnia samobójstwo na naszej udręczonej planecie, przy czym ogólna liczba samobójców – mężczyzn aż czterokrotnie przewyższa liczbę samobójczyń – kobiet. Z ogromnej masy przerażających danych statystycznych wybrałem – poniżej – tylko liczby najważniejsze i najbardziej wymowne – w dwu podstawowych kategoriach: choroby psychiczne i samobójstwa.
I tak, już 25 proc. obywateli Ziemi cierpi na rozmaite choroby i dolegliwości psychiczne – czyli co czwarty człowiek – a więc łącznie ponad 1,8 mld osób! Gdyby liczba Ziemian osiągnęła ponad 11 mld do roku 2100, jak prognozuje ONZ, to liczba chorych psychicznie może przekroczyć 3 mld albo i znacznie więcej. Takie też mogą być konsekwencje pandemii. W Europie, szczególnie w UE, nawet co trzeci dorosły obywatel jest chory psychicznie. Wskaźniki te systematycznie wzrastają. Koszmar!
Wśród owych dolegliwości przeważają depresje, stany maniakalne, histeryczne, paranoidalne i schizofreniczne. Zaś w pierwszej kategorii (choroby psychiczne) wybrane przykłady są następujące: USA – ponad 75 mln chorych psychicznie wśród dorosłych (tzn. 32,5 proc. , ogółu społeczeństwa, z czego 9 proc. – to stany ostre i bardzo ostre)*/; UE – 83 mln chorych (27 proc. dorosłych); Rosja – 32 mln chorych; Chiny – 300 mln chorych; Indie – 250 mln chorych i Japonia – 30 mln chorych. I druga kategoria – popełnione samobójstwa, w przeliczeniu na 100.000 obywateli danego kraju: USA – 12 (czyli ponad 36.000 samobójców rocznie), UE – 14 (czyli 126.000 samobójców rocznie, z czego 80 proc. – to mężczyźni). Rosja – 20, Chiny – 23, Indie – 11, Japonia – 22. Dla porównania – WNP (Wspólnota Niepodległych Państw, łącznie) – 21,5. Absolutnym rekordzistą świata w tej mierze jest, o dziwo, Grenlandia – ze wskaźnikiem 83/100.000 rocznie! Źle jest także na Litwie – 31/100.000 rocznie. Metody popełniania samobójstw są przeróżne.
Na pierwszym miejscu, pod względem liczebności przypadków, znajduje się śmierć przez powieszenie, na drugim – skok z wysokości i na trzecim – zażycie środków farmakologicznych. Zaś wśród przyczyn targnięcia się na własne życie, średnio, w skali światowej, dominują: 1. depresja, 2. kłopoty rodzinne, 3. problemy materialno-finansowe oraz 4. alkoholizm i narkomania. Podobnie jest w Polsce.
Psychologowie i psychiatrzy oraz inni specjaliści „wąskotorowi” zajmujący się analizowaną problematyką ogranicząją się, z reguły, do rozważania bezpośrednich przyczyn degeneracji psychicznej ludzkości.
Takich, mianowicie, jak: kryzys, bezrobocie, zaostrzenie walki o byt, wysokie tempo życia, rywalizacja międzyludzka, zjawiska patologiczne, złe odżywianie, alkoholizm, narkomania, lekomania, depresje, dehumanizacja, eksploatacja w życiu zawodowym, nerwowość w stosunkach społecznych, histerie polityczne i medialne, niepewność jutra, zagrożenia militarne i wiele innych.
W przeważającej mierze, są to więc tzw. przyczyny cywilizacyjne, którymi tylko w części można tłumaczyć degenerację psychiczną jednostek, społeczeństw i całej ludzkości.
Politolog powinien jednak sięgać znacznie wyżej, szerzej i dalej w dociekaniu przyczyn, przebiegu i skutków analizowanej degeneracji. Tak też zamierzam postępować, koncentrując się również (i – być może – przede wszystkim) na przyczynach systemowych. W moim przekonaniu, najpierwszą spośród głównych przyczyn tego rodzaju jest fakt, iż – od 1. rewolucji przemysłowej do dziś (choć również i znacznie wcześniej) – ludzkość nie zaznała systemu, który stawiałby dobro człowieka absolutnie na 1. miejscu. Słowem – postępująca dehumanizacja jest tragicznym znamieniem ewolucji naszej cywilizacji w ciągu całych tysiącleci i stuleci.
Kolejne systemy i ustroje były i są wybitnie antyludzkie (w wyjątkiem socjalizmu chińskiego i demokracji szwajcarsko-skandynawskiej): po kolei, feudalizm, wulgarny kapitalizm, faszyzm, sowietyzm, neoliberalizm i post liberalizm oraz (pomiędzy nimi) mnóstwo dyktatur i rządów autorytarnych przeróżnego rodzaju. Systemy i ustroje takie bazują na: egocentryźmie rządzących, interesach grupowych, poniżaniu i wyzysku rządzonych, stosowaniu metod zakłamania, zastraszania i terroru (także psychicznego) celem wymuszania posłuszeństwa, metodach siłowych, mordowaniu, prześladowaniu i więzieniu nieposłusznych – myślących inaczej, nachalnej i wulgarnej propagandzie oraz manipulacji intelektualnej i medialnej („psichołogiczeskaja obrabotka” – pojęcie z czasów stalinowskich).
W taki to sposób, w czasach nowożytnych – ale i w starożytności (np. „sztuczki” kapłanów egipskich) – przytłaczjąca większość człowieczeństwa żyła i żyje w nieustającym strachu, w biedzie urągającej godności człowieka i w niepewności jutra.
Dodatkowo, jest ona zastraszana co rusz panikarskimi wiadomościami o nadchodzącym końcu świata czy o (skądinąd – realnych) zagrożeniach kosmicznych (tzw. syndrom dinozaurów). Wszystko to czyni się w celu wymuszania przez rządzących i bogatych posłuszeństwa na rządzonych i biednych.
W świetle tego, warstwy strachu, prześladowań, niepewności i biedy odkładają się w kolejnych pokoleniach, w ich genach i w świadomości społecznej oraz – siłą rzeczy – muszą powodować bardzo negatywne skutki w psychice indywidualnej i zbiorowej.
Nie jest bynajmniej dziełem przypadku, iż degeneracja psychiczna nasiliła się w pokoleniach dziadków i ojców obecnych dzieci (np. dwie wojny światowe, bomby atomowe, bałagan, napięcia i niepokoje powojenne, kryzysy…) oraz – w bieżącym półwieczu – w pokoleniu współczesnych dzieci. Po części, wyssały one strach i inne obciążenia psychiczne z mlekiem matki, na co nałożyły się skutki realizacji założeń nieludzkiego neoliberalizmu oraz ideologii pieniądza (od czasów Ronald’a Reagan’a i Margaret Thatcher – poczynając).
We wszystkich nieludzkich systemach, rządzący dysponowali i dysponują nadal potężnymi instrumentami i środkami oddziaływania na świadomość i na psychikę społeczną oraz kształtowania jej po swojej myśli. Traktują oni ludzi i społeczeństwa – a priori – jako stada zidiociałych baranów idących potulnie na rzeź – pod batami wszechwładnych pastuchów. Jest to wyrazem wielkiej tragedii cywilizacji ludzkiej od samego początku jej istnienia i rozwoju – aż po dzień dzisiejszy.
Jednakże w niedawnych czasach neoliberalizmu i również obecnie – w okresie bezhołowia systemowego w świecie – dramaturgia sytuacji uległa bezprecedensowemu zaostrzeniu. W zasadzie we wszystkich krajach – rządzący dysponują bowiem najnowocześniejszymi i niezwykle efektywnymi instrumentami oraz środkami oddziaływania na psychikę ludzką i na świadomość społeczną rządzonych, stosując, m.in., metody manipulacji, selektywności, dezinformacji, czarnej lub białej propagandy, wojny hybrydowej, tzw. chipowania w zależności od przypadku – i to wszystko w skali masowej oraz z wielką szybkością (telewizja, telefony, multimedia, internet itp. – co mówi wymownie samo za siebie).
Tak więc, globalizacja neoliberalna obejmuje również proces degeneracji psychicznej. Doczekaliśmy czasów, w których tylko nieliczne „szczęśliwe” istoty ludzkie, żyjące w różnych niedostępnych zakamarkach na Ziemi, nie są przedmiotami oddziaływania polityczno-edukacyjno-propagandowo-medialnego, inspirującego i stymulującego ową degenerację. Twierdzę, przeto, iż ww. zdobycze naukowo – techniczne (a to przecież nie koniec postępu!), będące w rękach egocentrycznych i antyludzkich włodarzy oraz negatywne skutki ich stosowania, już dziś powodują pogłębianie procesu degeneracji psychicznej jednostek, społeczeństw i całej ludzkości oraz mogą zwiastować, wbrew iluzorycznym oczekiwaniom i pobożnym życzeniom, początek końca naszej cywilizacji – w jej dotychczasowym rozumieniu. Innymi słowy: człowiek, zatraciwszy swoje naturalne człowieczeństwo, przestanie być sobą. I co wtedy?
Przeanalizujmy te arcyważne kwestie na przykładzie Polski. Inne narody i państwa, które wkroczyły na drogę neoliberalizmu, też napotykają na tożsame lub analogiczne problemy (jak Polska). Najpierw, o kwestiach politycznych w zakresie „prania mózgów” i psychiczno-świadomościowego zniewolenia naszego społeczeństwa. W całym okresie postjałtańskim swej historii – ma ono wyjątkowy „niefart”, jeśli chodzi o występujące tu systemy (ustroje) oraz o kolejne ekipy rządzące.
Po wojnie, kraj wegetuje na zasadzie: od ściany (wschodniej) do ściany (zachodniej) i vice versa oraz od rewolucji do rewolucji. To jest bardzo szkodliwe, frustrujące i destabilizujące pod każdym względem. W zasadzie – społeczeństwo polskie doświadczyło, po wojnie, dwóch systemów: polskiej odmiany sowietyzmu i neoliberalizmu w stylu amerykańskim. Pomiędzy nimi wystąpił etap dyktatorskiej nijakości systemowej – w czasach panowania Wojciecha Jaruzelskiego.
Kraj zaznał wtedy „uroku” zarządców wojskowych. Polska – to kraina niespełnionych obietnic rządzących – w walce o koryto władzy. Każdy przywódca i każda formacja wiele obiecywała a priori i – z reguły – kończyło się to tylko na obietnicach (z nielicznymi wyjątkami).
Również każdy układ „rządzenia” w ww. okresach lądował na śmietniku historii w aurze wielkiego niepowodzenia, wstrząsu oraz buntu społecznego i przełomu politycznego, a także – nierzadko – przelewu krwi (1956 r. – upadek Bolesława Bieruta, 1970 r. – upadek Władysława Gomułki, 1980 r. – upadek Edwarda Gierka, 1989 r. – upadek Wojciecha Jaruzelskiego, 1995 r. – upadek Lecha Wałęsy; 2015 r.– upadek Bronisława Komorowskiego; następny upadek…?). Bowiem, wiele już wskazuje na to, że również obecny etap nijakości systemowej i podłego rządzenia zakończy się w analogiczny sposób.
Ów brak stabilizacji, ciągłości, pewności, obliczalności i przewidywalności systemowej oraz fatalne zarządzanie krajem – w całym okresie postjałtańskim – jest najpoważniejszą i nieustającą przyczyną makro degeneracji psychicznej społeczeństwa polskiego. Bowiem ma ono świadomość, iż kolejne zmiany, plany, zamiary, obietnice i transformacje nie prowadzą do cywilizacyjnego wydźwignięcia kraju z zapaści rozwojowej i do poprawy doli obywateli. To jest wielkie, masowe i powszechne obciążenie psychiczne.
Po upływie z górą 70 lat „rozwoju” postjałtańskiego, Polska zalicza się nadal do grona relatywnie najbiedniejszych krajów Europy, zmuszając miliony obywateli do prawie nędznej egzystencji czy do emigracji za chlebem – jak to już nie raz bywało. W kategoriach psychicznych i świadomościowych – szczególnie groźny jest fakt długotrwałego utrzymywania się marazmu i zastoju cywilizacyjno-rozwojowego oraz neokolonializmu w Polsce.
Niezależnie od zmiany nazwy (sowietyzm – neoliberalizm) sedno i istota systemu oraz trybu zarządzania, w zasadzie, nie uległa zmianie.
Bowiem, nieprzerwanie, władza jest sprawowana przez określone grupy interesów i – głównie – dla ich korzyści (np. nepotyzm). Troska o dobro narodu nie ma przy tym większego znaczenia.

Kiedyś u steru rządów była partia proradziecka, jej instancje, organizacje oraz posłuszna administracja i zausznicy. Teraz są to proamerykańskie partyjki rządzące – jedna za drugą, powiązane z nimi grupy interesów, krajowe i zagraniczne, wpływowe ugrupowania nieformalne, nepotyści, oligarchowie, przedstawiciele resortów siłowych, kościoła, ośrodków opiniotwórczych itp.
Kiedyś partia, reprezentująca zdecydowaną mniejszość społeczeństwa, wymuszała posłuszeństwo większości obywateli metodami terroru fizycznego i psychicznego (nota bene: kombinacja tych metod osiągnęła swe apogeum w czasach hitleryzmu i stalinizmu). Teraz zaś, rządzący – też reprezentujący mniejszość społeczeństwa (a nawet mniejszość uprawnionych wyborców), wymuszają posłuszeństwo ogółu bardziej wyrafinowanymi metodami terroru psychicznego i finansowego oraz – w mniejszym stopniu – terroru fizycznego. Zachowują przy tym pozory „demokracji” (tzw. kolesiowskiej), organizują ukartowane a priori wybory, dopuszczają na niby różnorodność opinii, choć system cenzury, w nieco odmienionej formie, działa nadal jak za starych „dobrych czasów”.
Teraz o społecznych aspektach i konsekwencjach postępującej degeneracji psychicznej w Polsce i gdzie indziej. Nasiliły się one bardzo poważnie w ostatnich kilku latach. Ich wyrazem jest, przede wszystkim, izolacjonizm i osamotnienie człowieka w społeczeństwie oraz konflikty i nienawiść międzyludzka. To wynik neoliberalnej zasady: „radź sobie sam” czy też: „jak sam sobie nie pomożesz, to nikt ci nie pomoże”. Porozrywane zostały więzi solidarności międzyludzkiej i społecznej. Z szumnych ideałów i dokonań „S” nie pozostało prawie nic. Przy czym, neoliberałowie twierdzą obłudnie i cynicznie, że ich system zapewnia, rzekomo, odpowiednie warunki rozwoju ludziom zaradnym i przedsiębiorczym.
Tych jest jednak mniejszość. Co zrobić natomiast z większością niezaradnych i nieprzedsiębiorczych? Skazać ich na zagładę? Skutki takiego podejścia są tragiczne. Z badań wynika, iż największa liczba osób porażonych psychicznie, wykluczonych z neoliberalizmu – jak powiadają i samobójców wywodzi się właśnie z grona tych, którzy nie potrafią lub nie mogą odnaleźć się w nowym antyludzkim systemie albo też którzy ponieśli porażkę w swej nieudacznej zaradności i przedsiębiorczości. Tych ostatnich przypadków jest coraz więcej. Natomiast – komu się powiodło? Niewątpliwie, niektórym zdolnym i uczciwym przedsiębiorcom oraz – głównie – ludziom powiązanym z rządzącymi i im posłusznym, niegodziwcom, malwersantom, cwaniaczkom, złodziejaszkom, układom mafijnym i in.
W analizowanej grupie tematycznej, wśród bezpośrednich przyczyn degeneracji psychicznej jedno z czołowych miejsc zajmuje zapaść i niewydolność służby zdrowia. Z tego powodu umierają niepotrzebnie setki tysięcy chorych pacjentów. Pandemia może poważnie zwiększyć te dane statystyczne.
Konsekwencje tej tragicznej sytuacji są dwojakiego rodzaju: – nosiciele chorób psychicznych nie są leczeni w odpowiedni sposób, co pogarsza ich stan zdrowia i zwiększa umieralność. Zaś – pozostali pacjenci, mając świadomość, że nie mogą być leczeni szybko, sprawnie i właściwie, popadają w depresje i powiększają szeregi psychicznie chorych. Ich umieralność wzrasta jeszcze bardziej.
To – w połączeniu ze słabym przyrostem demograficznym – powoduje gwałtowny spadek liczby ludności Polski. Prognozy ONZ-owskie zakładają, że liczba ta może zmniejszyć się aż o połowę w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat (obecnie: 37,8 mln obywateli oraz tylko 27 mln – 35 mln do roku 2050. Zaś ogólna liczba mieszkańców Ziemi ma wzrosnąć do 11 mld – do roku 2100).
I wreszcie, względy edukacyjne, kulturalne i obyczajowe – potęgujące degenerację psychiczną i umysłową. Większości słabowitych zarządców na świecie zależy, najwyraźniej, na tym, żeby utrzymywać społeczeństwa na odpowiednim poziomie głupoty, niedokształcenia i nieświadomości. Wtedy łatwiej jest nimi manipulować i zarządzać – bez obawy o konsekwencje społeczne i polityczne takiego zarządzania. Kryzys, pandemia i ciągłe perturbacje w systemie oświaty, nauki, techniki i szkolnictwa wyższego w Polsce i w wielu innych krajach sprawiają, iż szkoły, uczelnie i instytuty naukowe „kształcą” niedouczonych ćwierć – i półinteligentów, którzy potem pracują jakże często „na zmywakach” brytyjskich. Stopa bezrobocia wśród absolwentów szkół wyższych w RP sięga 60 proc. .
Nie może to nie wpływać destrukcyjnie na stan świadomości i psychiki tej grupy społecznej. Dodajmy do tego żałosną subkulturę polską – zamiast Kultury przez duże „K” oraz niesamowity rozkwit przeróżnych patologii – typu: korupcja, przekupstwo, nepotyzm, pedofilia, alkoholizm, narkomania, brak charyzmatycznych autorytetów, impotencja organizacji społecznych, szczególnie związków zawodowych, mnogość afer przestępczych „zamiatanych pod dywan”, bezkarność przestępców, paraliż systemu wymiaru sprawiedliwości i wiele, wiele innych – a pełny obraz demoralizacji i degrengolady społecznej ukaże się w swym przerażającym świetle.
Presja ekonomicza na społeczeństwo – jest to wyjątkowo perfidny (acz bardzo skuteczny – dla władzy) instrument dyscyplinowania obywateli i neutralizowania nastrojów rewolucyjnych oraz… pogarszania stanu ich zdrowia psychicznego. Pierwszy potężny szok nastąpił już na samym początku transformacji – w wyniku wprowadzenia tzw. planu Sachs’a/Balcerowicza („terapia wstrząsowa”). Nie zastosowano jej w żadnym innym kraju eurazjatyckim. Z perspektywy lat widać, iż owa „terapia” przyniosła opłakane rezultaty długofalowe i lawinę niespełnionych obietnic (np. europejski dobrobyt, „wakacje pod palmami” i in.).
Większość społeczeństwa czuje się zawiedziona i oszukana, tym bardziej, że – wprowadzony po „terapii” – neoliberalizm a l’americaine nie zdał egzaminu w praktyce polskiej (i, zresztą, w samych Stanach Zjednoczonych! Kryzys itd.).
Bowiem – za pełną propagandowego blichtru fasadą rozwoju neokapitalistycznego oraz wzrostu dobrobytu rządzących i niektórych jednostek – społeczeństwu i państwu przysporzono masę poważnych problemów: brak racjonalnej alternatywy programowej wobec neoliberałów, rozwój na kredyt – to nie rozwój, życie na kredyt – to nie życie, spadek przyrostu PKB od 7 proc. do obecnych – (minus) 0,40 proc. , olbrzymie łączne zadłużenie RP (już ponad 8 bln zł), niedorozwój infrastrukturalny, dzika prywatyzacja = wyprzedaż majątku narodowego, np. sektora bankowego, galopujące bezrobocie, nędza i wykluczenie milionów obywateli, jedne z najniższych płac, rent, emerytur i świadczeń socjalnych w Europie, rosnąca przepaść między bogatymi i biednymi, przekształcenie Polski w półkolonię zachodnią (np., 80 proc. dotacji unijnych powraca na Zachód, szczególnie do Niemiec), wciągnięcie wielu młodych Polaków (tzw. frankowiczów) do pułapki kredytowej do końca życia, co skutecznie niweluje ich zapał reformatorski i rewolucyjny, pogorszenie stanu bezpieczeństwa państwa – mimo przynależności do UE i do NATO (kraj znów znalazł się między młotem amerykańskim i niemieckim a kowadłem rosyjskim i ukraińskim oraz został pozbawiony niezawodnych sojuszników. Dosłownie – RP znalazła się na 1. linii frontu globalnego – w świetle kryzysu ukraińskiego i in.
Władze stosują w coraz większym stopniu terroryzm biurokratyczny i finansowy wobec obywateli – wyciągając z ich kieszeni maksymalną ilość pieniędzy celem łatania dziur budżetowych, spłacania długów, finansowania rozdętej biurokracji, gigantomanii inwestycyjnej itp. Świadomość tych trudności i problemów oraz niepewność jutra ekonomiczno-finansowego wywiera kolosalny negatywny wpływ na stan psychiczny społeczeństwa, na jego nastroje oraz na rozwojową wolę i siłę motoryczną.
W Polsce funkcjonuje na całego mechanizm „błędnego koła”: narastające trudności materialne (fizyczne) potęgują kłopoty moralne (psychiczne) wśród obywateli; zaś, te, z kolei, nie ułatwiają przezwyciężania ww. trudności materialnych itp.itd. Takie są skutki neoliberalnej ideologii i praktyki pieniądza, spychającej dobro i godność człowieka na dalszy plan oraz pogłębiającej dehumanizację stosunków społecznych. Czy tak to miało wyglądać w założeniach inspiratorów i realizatorów „rewolucji solidarnościowej” oraz transformacji systemowej w Polsce? Z pewnością – nie tak!
Manipulacje medialne: doprowadzono je do zenitu w ostatnich czasach. De facto, władza została przekształcona w jedno wielkie ministerstwo propadandy w centrali – z filiami terenowymi. Tzw. telewizja publiczna została całkowicie podporządkowana władzy, stała się tendencyjna, selektywna, nieobiektywna i jednostronna. W ślad za tym podążają niektóre telewizje prywatne, stacje radiowe, prasa drukowana (np. „Gazeta Wyborcza”) i in. W większości – media, niektóre serwisy internetowe, wydawnictwa itp. są w rękach zagranicznych właścicieli (np. Axel Springer Verlag, Passauer Presse i in.) oraz wykonują potulnie ich rozkazy – raczej nie w interesie Polski. Niemniej jednak, władza dysponuje znacznym instrumentarium propagandowego oddziaływania na społeczeństwo (tzw.: PR = Public Relations). Korzysta ona coraz bardziej agresywnie i bezceremonialnie z tego instrumentarium – popełniając przy tym nierzadko kardynalne błędy, które przynoszą skutki odwrotne od zamierzonych. Rządzeni są coraz bardziej nieufni wobec rządzących, których zdenerwowanie nasila się z każdym dniem.
Dwa przykłady: 1. – tzw. propaganda sukcesu – zazwyczaj intensyfikuje się ją wówczas, kiedy sukcesów nie ma lub kiedy trzeba zakamuflować ewidentne wpadki. Rządzący łakną sukcesów – jak kania dżdżu. Wykorzystują oni każdą nadarzającą się sposobność w celu gloryfikowania własnych (i cudzych) „dokonań”, wyolbrzymiając je do niebotycznych rozmiarów.. Np. wrzawa propagandowa ws. „zielonej wyspy”, sportowych sukcesów olimpijskich, sojuszu z USA i in. oraz grobowa cisza propagandowa, np., ws. winowajców tragedii smoleńskiej. 2. – liczenie na głupotę i na nieświadomość obywateli. Propaganda obliczona jest nie tylko na robienie z ludzi bezwolnych „wariatów” lecz również na to, iż rządzeni są znacznie głupsi od rządzących, którzy, rzekomo, wszystko wiedzą lepiej i zawsze mają rację. Tymczasem, w polityce, w życiu czy na polu walki obowiązuje zasada, iż „przeciwnik może okazać się mądrzejszy” i przebieglejszy ode mnie. Lekceważenie tej zasady prowadzi, z reguły, do przegranej.
W sferze metodologicznej, w PR RP obowiązuje zasada ręcznego sterowania, czyli udzielania instrukcji odgórnych i ścisłej koordynacji poczynań informacyjno-propagandowych mediów prorządowych. W efekcie tego, np., nadawane są codziennie takie same albo bardzo podobne serwisy informacyjne i komentarze. Angażuje się do nich stale te same „gadające twarze”, co znacznie obniża wiarygodność takich praktyk, ich efektywność i siłę oddziaływania na świadomość społeczną. Do monstrualnych rozmiarów podniesiono, wraz z propagandą sukcesu oraz z zasadą: „kłamstwo powtórzone sto razy staje się prawdą”, ogłupianie społeczeństwa – rozsiewanie psychozy strachu, zagrożenia, patologii i taniej sensacji. W mediach – trup pada gęsto i krew leje się strumieniami…
W efekcie tego, serwisy informacyjne TV, filmy, reportaże, niektóre gazety i periodyki (np. brukowce springerowskie) oraz inne media ulegają zastraszającej kryminalizacji – stają się rzeczywiście kronikami policyjno-sądowymi. Grają na najniższych instynktach i gustach ludzkich. Głównymi „bohaterami” wielu programów są notorycznie policjanci, prokuratorzy i sędziowie oraz przestępcy różnego rodzaju. Jakże często – info (news!?) kończy się stwierdzeniem, że za to czy za tamto wykroczenie grozi tyle a tyle lat więzienia. Ludzie mają się bać! Szerzy się wulgarna golizna i seksomania. „Głupi naród” jest tumaniony i demoralizowany coraz bardziej.
Spustoszenie umysłowe i wyobcowanie (alienację) powoduje postępująca amerykanizacja programowo-metodologiczna mediów, także lingwistyczna. Używany przez nie „język polski”, pełen wulgaryzmów, nowomowy i neologicznych dziwolągów, ma coraz mniej wspólnego z oryginałem tego języka. W czasie pandemii – amerykanizm „social distancing” zamieniono dosłownie na „dystans społeczny” zamiast polskiego odstępu między ludźmi. Zaś, np., „Polskie Radio” nadaje już prawie wyłącznie melodyjki i songi zza oceanu.
W telewizjach małpujących programy zachodnie – młodzież śpiewa raczej tylko „cover’y” – po amerykańsku. Starsze pokolenia nie ulegają zbyt łatwo takiej „psichołogiczieskoj obrabotce”, ale młode – niestety, tak – i to bardzo! Dla nich jest to coś normalnego i zastanego w życiu – od urodzenia. Dlatego też spustoszenie moralne i psychiczne w ich mózgownicach jest niezwykle szkodliwe i raczej nieodwracalne. Na to liczą bardzo rządzący i ich medialne sługusy.
Inną metodą jest ciągłe nadawanie i publikowanie materiałów wywołujących współczucie, litość i silne wzruszenie u obywateli. W sposób bezwzględny eksploatuje się przeto tematykę biednych, chorych czy zabijanych dzieci, ludzi znajdujących się w tragicznej sytuacji (bezdomni, ciężko chorzy i in.), maltretowanych zwierząt itp. Szczytem wszystkiego było uczestniczenie ówczesnego premiera w pogrzebie noworodka, który stracił życie w wyniku błędu lekarskiego i ogólnej zapaści w tzw. służbie zdrowia, za co odpowiada właśnie premier i jego minister zdrowia. Decydenci i ich media mają natomiast niebywałe „szczęście” (tzw. fart), jeśli chodzi o nieustającą obfitość tematów zastępczych (np.: ś.p. polski papież, Ukraina, mała Madzia i wielu innych nieszczęśliwych maluchów, pedofile, kibole, olimpiada, piłka nożna i in., którymi dość skutecznie kamuflują realne i poważne problemy kraju i świata oraz usiłują odwracać uwagę społeczeństwa od tych problemów. W ten sposób, władze, nie rozwiązując realnych kłopotów, starają się przedłużać swoją egzystencję oraz korzystać z apanaży i z możliwości zarabiania pieniędzy, jakie daje sprawowanie władzy. Jest to jednak metodologia i taktyka bardzo krótkowzroczna i zgubna.
W kategoriach merytorycznych, zauważalne jest systematyczne obniżanie poziomu jakości i niegdysiejszego wyrafinowania mediów, bowiem dominują w nich płycizny i słabizny. Media stają się coraz bardziej prowincjonalne i zaściankowe. Propagowane są przeważnie treści coraz gorsze, tendencyjne i negatywne – zamiast coraz lepszych, obiektywnych i pozytywnych (relacje z wydarzeń na Ukrainie są tego jaskrawym dowodem).
Takie podejście raczej deprymuje ludzi a nie zachęca ich do aktywnego życia i pracy oraz do działania w interesie własnym i społecznym. Wielu zapytuje: „po co mam się trudzić i starać, skoro mogę na tym więcej stracić niż zyskać?”. Oto skutki tego, że media wykorzystywane są, nade wszystko, w interesie rządzących a nie rządzonych oraz że przeważa w nich banalna forma nad poważną treścią. Szkodliwa jest także niebywała monotonia medialna – człowiek włącza telewizor, otwiera internet czy kupuje brukowiec i – a priori – wie, czego może się po nich spodziewać?! Wielkie zdenerwowanie, oburzenie i gniew społeczny budzi także lansowanie stale tych samych „celebrytów” – zasobnych, dobrze odzianych i zdemoralizowanych. Czy oni mają stanowić wzory do naśladowania dla większości biednego społeczeństwa i zwichrowanej młodzieży, dla których owe wzory są nieosiągalne?
Generalnie, w zakresie nadawanych i publikowanych treści – poza dezinformacją, manipulacją i czarną propagandą – niezwykle szkodliwa, pod względem psychicznym, jest pogłębiająca się przepaść między tymi lukrowanymi treściami a brutalnymi realiami rozwoju kraju i świata oraz życia, pracy i przyszłości obywateli. Jak bumerang, stale powraca hasło: „prasa kłamie, media kłamią”. W tym kontekście, szczególnie w okresach przedwyborczych, nasilają się manipulacje treściami i tematami mogącymi służyć modelowaniu preferencji wyborców i wpływaniu na wyniki wyborów, na sprawdzanie których wyborcy nie mają żadnego wpływu. Brak możliwości wpływania na bieg wydarzeń w kraju i we własnym środowisku potęguje uczucia bezsilności i frustracji wśród obywateli.
W celach przedwyborczych i wyborczych wykorzystuje się w mediach bezpłodne dyskusje i puste przepychanki słowne oraz, zwłaszcza, tzw. sondaże opinii publicznej, często manipulowane, rozbieżne i surrealistyczne. Jednym słowem, zarówno pod względem treści, jak i formy, polskie media prezentują się jak wielkie stajnie augiaszowe wymagające gruntownej czystki i reformy oraz odstąpienia od izolacjonizmu i od zaściankowości, a także – i przede wszystkim – rezygnacji z funkcji prania i zniewalania mózgów oraz otępniania społeczeństwa, szczególnie młodszej jego części. Media nie mogą być instrumentem prowadzącym do pogłębiania degeneracji psychicznej obywateli. W ostatecznym rozrachunku – szkodzi ona nie tylko konsumentom mediów lecz również producentom opacznych treści, nawet opakowanych w pozornie atrakcyjne formy, szkodzi państwu i jego pozycji w świecie.
W konkluzji, szokujące i bardzo niekorzystne dla telewizji polskiej i dla Internetu, tzw. mediów społecznościowych (?) (odgrywających główną rolę degeneracyjną) jest ich jakościowe porównanie z innymi mediami i telewizjami europejskimi, np., niemiecką, francuską, brytyjską czy włoską.
Ponadto, jeśli by zsumować wszystkie przeanalizowane powyżej przejawy, przyczyny i motywy degeneracji psychicznej społeczeństwa polskiego i innych społeczeństw oraz ich dotychczasowe konsekwencje, to trzeba powiedzieć jasno i zdecydowanie: na jego (ich) umysłowości, świadomości, psychice i przyszłości (w efekcie) dokonywana jest bezprecedensowa zbrodnia przeciwko ludziom, której pierwsze dramatyczne konsekwencje widać już dziś.
W interesie wszystkich, także mądrych, rozumnych i normalnych obywateli jest przeto niedopuszczenie do przekształcenia Polski i świata w jeden wielki dom wariatów. STOP! Trzeba zatrzymać wzrost liczby chorych psychicznie i samobójców! Mój ś.p. profesor filozofii, jeden z najwybitniejszych polskich uczonych czasów nowożytnych, ostrzegał mnie (na ostatnim egzaminie): „pamiętaj, młodzieńcze, iż – w domu wariatów – mądry człowiek traktowany jest jak głupi”. Te prorocze słowa są jeszcze bardziej aktualne w świetle obecnych realiów w kraju i na świecie. Ale słowa te nie powinny się spełnić!

  • Znamienne, iż systematycznie pogarsza się stan psychiczny żołnierzy i oficerów US Army. Aż 2,6 mln spośród nich uczestniczyło, w ostatnich latach, w wojnie afgańskiej, irackiej, syryjskiej i in. oraz w innych misjach bojowych poza granicami Stanów Zjednoczonych. Po powrocie do domu, połowa z nich żali się, iż władze nie zajmują się nimi w odpowiednim stopniu – także jeśli chodzi o zdrowie psychiczne. W efekcie tego, poczynając od roku 2008, więcej żołnierzy amerykańskich zginęło we własnym kraju (najczęściej śmiercią samobójczą) niż poza jego granicami (w działaniach bojowych). Nierzadko dochodzi do strzelaniny, powodowanej często przez psychicznie chorych, nawet na terenie amerykańskich baz wojskowych.

Chińska gospodarka stabilna jak zawsze

Dzięki stabilności i postępowi, gospodarka Chin ma warunki do osiągnięcia oczekiwanych celów.

Według danych opublikowanych 16 grudnia przez Państwowy Urząd Statystyczny Chin, funkcjonowanie gospodarki krajowej wykazało pozytywne zmiany w listopadzie, a główne wskaźniki gospodarcze były lepsze niż oczekiwano, gospodarka narodowa utrzymała stabilny i progresywny trend rozwojowy. W obliczu złożonej sytuacji rosnącego ryzyka i wyzwań w kraju i za granicą, dane te pokazują silną odporność, potencjał i pole manewru chińskiej gospodarki, a także wskazują, że podstawowy trend stabilności gospodarczej i długoterminowej poprawy gospodarki w Chinach nie uległ zmianie.
Gospodarka chińska utrzymuje stabilny postęp, a odzwierciedleniem tego jest sytuacja dotycząca zatrudnienia. W pierwszych 11 miesiącach bieżącego roku w miastach i miasteczkach w całym kraju pojawiło się 12,79 miliona nowych miejsc pracy, co stanowi 116,3 proc. rocznego celu. Patrząc na cały rok, oczekuje się, że w kolejnym roku poziom wzrostu nowych miejsc pracy osiągnie ponad 13 milionów . Gdy zatrudnienie się ustabilizuje, środki do życia i i podstawa wzrostu gospodarczego Chin zostaną ustabilizowane.
Stabilność dotyczy także handlu zagranicznego i inwestycji zagranicznych. Do końca listopada ogólne obroty importu i eksportu Chin wzrosły o 2,4 proc. w porównaniu z analogicznym okresem 2018 roku, z czego całkowita wartość importu i eksportu z krajami ASEAN wzrosła o 12,7 proc. , a wartość ta z krajami wzdłuż „Pasa i Szlaku” wzrosła o 9,9 proc. . Ponadto, w kontekście globalnego spowolnienia inwestycji, faktyczne wykorzystanie przez Chiny inwestycji zagranicznych w 11 miesiącach 2019 roku wzrosło o 6 proc. w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Stały wzrost handlu zagranicznego i inwestycji zagranicznych pokazuje, że stopień integracji między rynkiem globalnym a chińską gospodarką nadal się pogłębia i będzie nadal pomagał chińskiej gospodarce w dalszym rozwoju.
Gospodarka chińska utrzymuje stabilny postęp, co oznacza ciągłą optymalizację  struktury gospodarczej, a rola popytu wewnętrznego w napędzaniu wzrostu gospodarczego Chin nadal rośnie. Do listopada krajowe inwestycje w środki trwałe (wykluczając rolnictwo) wzrosły o 5,2 proc. w porównaniu z analogicznym okresem 2018 roku, a całkowita sprzedaż detaliczna towarów konsumpcyjnych wzrosła o 8,0 proc. rok do roku. Tempo wzrostu inwestycji i konsumpcji jest znacznie wyższe niż tempo wzrostu eksportu, co wskazuje, że motorem wzrostu gospodarczego Chin jest w coraz większym stopniu popyt wewnętrzny, który sprzyja silnemu rynkowi wewnętrznemu. Jednocześnie wzrost konsumpcji jest szybszy niż wzrost inwestycji, co wskazuje, że struktura popytu krajowego jest nadal optymalizowana.
Ponieważ konsumpcja mieszkańców stale rośnie, wymagania Chińczyków dotyczące jakości tradycyjnych towarów wzrastają, podobnie jak popyt na usługi takie jak turystyka, opieka zdrowotna, edukacja i usługi emerytalne. Według wstępnych szacunków Państwowego Urzędu Statystycznego Chin, konsumpcja usług stanowi obecnie prawie 50 proc. konsumpcji gospodarstw domowych. Można przewidzieć, że siła konsumpcyjna o wyższej jakości będzie odgrywać coraz ważniejszą rolę w napędzaniu chińskiej gospodarki.
Jednocześnie postęp gospodarki chińskiej znajduje odzwierciedlenie w ciągłej optymalizacji struktury przemysłowej i pojawianiu się nowego impetu. W listopadzie wzrost sektorów zaawansowanych technologii i produkcji sprzętu wyniósł odpowiednio 8,9 proc. i 8,5 proc. , ci jest szybsze  niż wzrost gałęzi przemysłu powyżej wyznaczonych oczekiwań; rozwój nowoczesnych sektorów usług, takich jak technologie informacyjne, transmisja oprogramowania, usługi handlowe i leasingowe rosną szybciej niż indeksy produkcji wszystkich przemysłów usługowych. Warto zauważyć, że indeks PMI dla przemysłu produkcyjnego w Chinach wyniósł w listopadzie 50,2 proc. , co stanowi wzrost o 0,9 punktu procentowego w porównaniu z poprzednim miesiącem. Wskaźnik PMI dla sektorów nieprodukcyjnych i usługowych wyniósł odpowiednio 54,4 proc. i 53,5 proc. , oba są znacząco wyższe niż w poprzednim miesiącu. To pokazuje, że koncepcja rozwoju napędzanego innowacjami,  gromadzi stały strumień nowego impulsu dla chińskiej gospodarki, a oczekiwania rynku również stale się poprawiają.
Przy obecnym spowolnieniu wzrostu gospodarczego na świecie oraz wewnętrznej transformacji i modernizacji gospodarki nie jest łatwo gospodarce chińskiej uzyskać tak dobre efekty. Wynika to z ogromnej przewagi rynkowej Chin i potencjału popytu wewnętrznego, a także ogromnego kapitału i zasobów ludzkich, a także skoordynowanego wykorzystania przez rząd chiński solidnych polityk makroekonomicznych i elastycznych polityk mikro.
Od 2019 roku Chiny wprowadziły zakrojone na szeroką skalę środki obniżające podatki i opłaty, których łączna wartość za cały rok przekroczy 2 biliony juanów. Jednocześnie Chiny nieustannie wprowadzają środki ułatwiające handel. Na przykład w dalszym ciągu zmniejszyły negatywne listy dostępu do rynku inwestorów zagranicznych, budowały wiodącą strefę demonstracyjną Shenzhen, Nowy Obszar Lingang w Szanghajskiej Strefy Wolnego Handlu oraz  założyły 6 nowych stref pilotażowych wolnego handlu, aby stale optymalizować otoczenie biznesowe i wzmocnić żywotność rynku. W pierwszych 10 miesiącach 2019 roku średnia dzienna liczba nowo zarejestrowanych przedsiębiorstw w Chinach wynosiła blisko 20 000. W porównaniu z całym ubiegłym rokiem średnia dzienna liczba nowo powstałych przedsiębiorstw wzrosła o 7,1 proc. . To pokazuje, że chińskie i zagraniczne firmy są pełne zaufania do chińskich perspektyw gospodarczych.
Pozytywne zmiany w najnowszych danych ekonomicznych dodatkowo pokazują, że Chiny mają podstawy i warunki do osiągnięcia oczekiwanego celu wzrostu na 2019 rok. W przyszłości Chiny nadal będą trzymać się zasadę stabilności, dążyć do postępu, przestrzegać polityki reform i otwarcia, promując rozwój wysokiej jakości, przyczyniając się do wzrostu gospodarczego na świecie.

Liu Dong
Tłumaczenie: Zhong Lei

U progu trzeciej dekady

Czy Bernard Shaw miał rację?

Żyjemy w czasach kolejnego cywilizacyjnego przełomu. Dobrze charakteryzuje go akronim angielski VUCA ( Volatility- zmienność, Uncertainty-niepewność, Complexity-złożoność, Ambiguity-niejednoznaczność).To pojęcie ukute w USA ma ukazywać nowe zjawiska związane z nieprzewidywalnością, z dynamiką szybko zmieniającej się rzeczywistości, a także z coraz częstszymi elementami chaosu, który nierzadko robi wrażenie nie do ogarnięcia.
Wybitny pisarz irlandzki Bernard Shaw (1856-1950) mawiał, że są jedynie dwa niezmienne, główne problemy, wobec których stoi ludzkość: niedobór wody i nadmiar idiotów. Jest w tym sporo racji, ale w minionych dekadach sytuacja jeszcze bardziej się skomplikowała. Od czasu publikacji pierwszego raportu dla Klubu Rzymskiego Granice wzrostu w 1972 r. zaczęto sobie uświadamiać, że umiędzynarodowienie różnych sfer życia społecznego i gospodarczego, w powiązaniu z rewolucją naukowo-techniczną, zwłaszcza w dziedzinie informatyki i biotechnologii, prowadzi do powstania jakościowo nowej rzeczywistości. Podstawową kategorią jawi się obecnie współzależność. Coś, co się dzieje tam–często daleko od Europy–ma niekiedy błyskawiczny wpływ na nas. Naturalnie dzieje się też odwrotnie.
Świat stał się przy tym wielobiegunowy. Kluczowa jawi się obecnie piątka najważniejszych graczy: Stany Zjednoczone Ameryki, Chiny, Unia Europejska jako całość, Rosja i Indie. To nade wszystko z ich udziałem należy rozwiązywać liczne problemy oraz stawiać czoła wyzwaniom i zagrożeniom globalnym, mającym współcześnie najważniejsze znaczenie dla całej ludzkości. Analizowano je w wielu specjalnych dokumentach (przygotowanych przed laty np. pod kierownictwem Willy Brandta, Gro Harlem Brundtland, a potem m. in. w dorocznych raportach „o stanie świata” waszyngtońskiego Instytutu Worldwatch) oraz w trakcie całej serii dużych konferencji międzynarodowych, organizowanych w ramach systemu ONZ. Ograniczę się w tym miejscu do sześciu najistotniejszych obszarów.

Problemy demograficzne i żywnościowe

Na czoło wszelkich zagrożeń wysuwała się przez długi czas kwestia możliwości wyżywienia szybko rosnącej populacji Ziemi. Mająca ponad 200 lat, później modyfikowana – teoria maltuzjańska (od nazwiska ekonomisty i demografa Thomasa Malthusa, który w 1798 r. opublikował pracę Prawo ludności) głosiła, że o ile ludność naszej planety rośnie w postępie geometrycznym, to żywności przybywa w najlepszym razie w tempie arytmetycznym, co musi prowadzić do katastrofalnych następstw. Aby przekroczyć barierę jednego miliarda, ludzkość potrzebowała ok. 2 mln lat, drugiego – 100 lat, trzeciego – 30 lat, a następnie tempo to jeszcze narastało. Obecnie w ciągu sekundy rodzą się na Ziemi dwie osoby, czyli w ciągu roku 75 mln. Na całej kuli ziemskiej żyje dziś ponad 7,7 mld osób, z czego przeszło trzy czwarte w tzw. krajach Południa. Przewiduje się, że pod koniec tego stulecia na Ziemi przestanie przybywać mieszkańców. Z jednej strony społeczeństwa państw rozwiniętych (w tym w Europie) żyją coraz dłużej i problemy ludzi starszych, również w Polsce, stają się coraz istotniejsze, a z drugiej w Afryce, liczącej obecnie 1,2 mld osób średnia długość życia jest wciąż niska. Same Chiny i Indie to blisko 40 proc. populacji naszej planety, stąd tamtejsze rządy stosowały – często drastyczne- metody ograniczania przyrostu naturalnego. W każdym z tych państw, jak ocenia indyjski noblista Amartya Sen, brakuje ponad 100 mln kobiet, co jest efektem połączenia patriarchalnej kultury z ultrasonografią, pozwalającą ustalić płeć dziecka. Były premier ChRL Wen-Jiabao zaburzenia równowagi demograficznej uznał za jedną z trzech – obok epidemii AIDS i katastrofy ekologicznej – plag współczesnych, blisko półtoramiliardowych Chin. Warto odnotować, że Indira Gandhi, jako szef rządu indyjskiego, mawiała plastycznie przed laty, że najlepszą pigułką antykoncepcyjną jest rozwój.
Choć obecnie jest oczywiste, że koncepcja maltuzjańska okazała się fałszywa (nie doceniła m. in. postępu technicznego w zakresie produkcji rolnej), a Ziemia może z pewnością wyżywić co najmniej 15 mld osób, to na początku lat 70. nastąpił na pewien czas absolutny spadek produkcji rolnej w świecie. Tak zwana zielona rewolucja (nowe odmiany zbóż, głównie pszenicy, wyhodowane przez amerykańskiego badacza Normana Borlauga) wkrótce potem odniosła jednak ogromny sukces, zwłaszcza w Meksyku i Indiach, i oddaliła zagrożenie głodu w skali makro. Jednakże poważnym dylematem jest nierównomierność produkcji żywności w poszczególnych regionach globu. W Ameryce Północnej, Europie, Japonii czy Australii mamy do czynienia z nadwyżkami żywności, podczas gdy w wielu państwach Azji, a zwłaszcza Afryki, w największym stopniu w strefie Sahelu (m. in. Niger, Mali, Burkina Faso), ale i w Etiopii, Sudanie, Jemenie, czy Somalii, głodują miliony osób, w tym dzieci. Każdy kto je widział – wychudzone, lecz ze wzdętymi brzuszkami, często chore na bilharcjozę – nigdy tego nie zapomni. Najnowsze dane z 2019r. są alarmujące–już 820 mln ludzi cierpi z głodu i niedożywienia, a ponad 2 mld nie ma stałego dostępu do wartościowego jedzenia. Bez długofalowej pomocy międzynarodowej ten stan rzeczy – a Organizacja Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) ocenia, że co roku z głodu i niedożywienia umiera tyle osób, ile liczy Polska – nie ulegnie poprawie. Ale powinno chodzić głównie o pomoc rozwojową, inwestycyjną, a nie jedynie o tzw. pomoc żywnościową.

Surowce i energia

Pierwsze raporty dla Klubu Rzymskiego zwracały uwagę na groźbę wyczerpywania się surowców w skali światowej. Kryzysy naftowe, do których okresowo dochodziło po konflikcie na Bliskim Wschodzie w 1973 r., prowadziły do ogromnego wzrostu cen ropy i rysowały perspektywę radykalnego spowolnienia tempa globalnego rozwoju gospodarczego. To wówczas upowszechniły się takie terminy, jak „broń naftowa” – zwłaszcza w odniesieniu do polityki większości krajów Grupy Eksporterów (głównie arabskich) skupionych w Organizacji Państw Eksportujących Ropę Naftową, OPEC – czy „petrodolary”. Chodziło o to, że niektóre rządy próbowały wykorzystywać swą szczególną pozycję na rynku producentów tego surowca jako narzędzia nacisku politycznego, a inne (choć niekiedy te same, na przykład Libia) postanowiły ograniczać wydobycie, by zachować złoża dla przyszłych pokoleń. Mimo wielu zmian, późniejsze zawirowania m. in. wokół Iraku sprawiły, że cena baryłki ropy (159 l.) latem 2005 r. doszła do prawie 70 dol. i generalnie do dziś się utrzymuje mniej więcej na tym poziomie.
Historycznie rzecz ujmując, szczególnie od pierwszej rewolucji przemysłowej surowce i energia w dużej mierze warunkowały możliwości rozwoju gospodarczego. Dlatego też dostęp do nich i kontrola nad nimi stanowiła prawdziwy powód licznych konfliktów międzynarodowych, a nawet wojen. Rewolucja naukowo-techniczna tylko częściowo zmodyfikowała ów stan rzeczy. Z jednej strony producenci tych surowców koordynują swe poczynania w ramach różnego rodzaju karteli i organizacji (ropy, miedzi, cynku, aluminium itd.), zaś z drugiej – państwa wysoko rozwinięte zacieśniają swą współpracę w tej dziedzinie w ważnych instytucjach, na przykład w Banku Światowym, Międzynarodowym Funduszu Walutowym czy OECD.
Od dawna poszukuje się też alternatywnych w stosunku do tradycyjnych (gaz, ropa, węgiel) źródeł energii i sięga po różnorodne substytuty chemiczne. W największej mierze rzecz dotyczy energetyki jądrowej, ale liczne awarie i katastrofy jądrowej (w tym w Czarnobylu na Ukrainie w 1986 r.) częściowo zmieniły podejście do tego kierunku postępowania. W niektórych państwach, na przykład w Austrii, Skandynawii, wprowadzono nawet zakaz budowy elektrowni atomowych. Przypadek katastrofy w japońskiej Fukushimie w 2011r. był o tyle nietypowy, iż doszło do niej w wyniku fali tsunami spowodowanej trzęsieniem ziemi.
Światową tendencją jest stopniowe zmniejszanie się udziału ropy w produkcji energii na rzecz gazu ziemnego i węgla kamiennego, a problem zróżnicowania dostaw surowców i energii, szczególnie o tzw. znaczeniu strategicznym, stał się istotnym elementem polityki wielu państw (np. w kontekście budowy gazociągu Nord Stream 2).Pojęcie bezpieczeństwa surowcowego, głównie energetycznego, nabrało nowego znaczenia. Równocześnie widać dziś że mimo wszystko globalne zagrożenia w omawianym obszarze dają się kontrolować. Odrębne zagadnienie stanowi kwestia odnawialnych źródeł energii (OZE),co wiąże się z wyzwaniami ekologicznymi.

Ochrona środowiska i katastrofy klimatyczne

Gens una sumus – „jesteśmy jednym rodzajem ludzkim”. Ta łacińska formuła, będąca mottem funkcjonowania Narodów Zjednoczonych, trafnie uzmysławia wyzwania związane z koniecznością takiego kształtowania środowiska życia człowieka, by elementy przyrody łączyły się harmonijnie z wytworami techniki i cywilizacji. Chodzi zatem o właściwe, praktyczne współistnienie praw przyrody i rozwoju społecznego, o ochronę wszystkich elementów środowiska przed niekorzystnym wpływem działania człowieka i utrzymania ich naturalnego charakteru.
Środowisko naturalne tworzy przecież jeden zintegrowany system, w którym czynniki kluczowe dla egzystencji człowieka (choćby zanieczyszczenia czy erozja gleb) nie znają i nie uznają granic państwowych. Po raz pierwszy na szersze forum międzynarodowe tę problematykę wprowadził raport ówczesnego sekretarza generalnego ONZ, Birmańczyka U Thanta z 1969 r., nt. środowiska życia człowieka, którego efektem stało się zwołanie specjalnej konferencji w Sztokholmie w 3 lata później. Zgodzono się wówczas, że następuje degradacja wody, powietrza, gleb oraz żywych komponentów przyrody (flory, fauny i samego człowieka). Zrozumiano, iż takie kwestie, jak pustynnienie globu, stan oceanów zajmujących trzy czwarte powierzchni naszej planety, atmosfery okołoziemskiej czy „zielonych płuc” świata (lasy Amazonii) muszą stanowić przedmiot wspólnej troski. Czynniki degradacyjne środowiska, a więc np.: ścieki przemysłowe i komunalne, odpady, wyrobiska i hałdy górnicze, zanieczyszczenia pyłowe i gazowe atmosfery przecież się potęgują. Postanowiono dlatego powołać do życia wyspecjalizowany organ ONZ – Program Ochrony Środowiska (UNEP), który w 1973 r. znalazł swą siedzibę w stolicy Kenii Nairobi. Prowadzi on pożyteczne akcje (stworzono na przykład Światową Listę Rezerwatów Biosfery obejmującą sieć prawie 500 obiektów), ale nie może naturalnie zastąpić działalności poszczególnych państw.
Nader pożyteczną rolę w uświadamianiu tego typu zagrożeń odgrywają przy tym niektóre ruchy i partie polityczne (m. in. Zieloni) oraz organizacje pozarządowe i ich struktury ponadnarodowe (Greenpeace i in.). Problemy ekologiczne dotyczą oczywiście wszystkich składników ekosystemu – ziemi, wody i powietrza, ale najgroźniejsze w skali makro są skutki emisji szkodliwych pyłów i gazów (głównie dwutlenku węgla, tlenków siarki i azotu, a także węglowodorów). To ich rezultatem są na przykład efekt cieplarniany, dziura ozonowa i kwaśne deszcze. Właśnie tymi problemami zajął się tzw. Szczyt Ziemi w Rio de Janeiro w 1992 r., który wprowadził do powszechnego użycia pojęcie zrównoważonego rozwoju. Ma to być ekorozwój – czyli spełniający wymogi ekologiczne, odnoszący się zarówno do państw wysoko, jak i słabo rozwiniętych, gdyż w przeciwnym razie perspektywa globalnej katastrofy może okazać się realna. Istotne znaczenie miało przyjęcie później kilku konwencji międzynarodowych, a szczególnie o zmianach klimatu, których podstawowym celem jest zapobieganie efektowi cieplarnianemu poprzez ograniczenie emisji gazów do atmosfery (głównie dwutlenku węgla), oraz o biologicznej różnorodności mającej gwarantować ochronę flory i fauny oraz zapobieżenie ponadto światowej pladze karczowania lasów. Ramowa Konwencja Narodów Zjednoczonych w sprawie zmiany klimatu zakłada obowiązek stabilizacji emisji gazów cieplarnianych, ale kluczowy tzw. Protokół z Kioto z 1997r. (obowiązywał od roku 2005) – ustalający pułapy emisji gazów i regulujący zasady swoistego handlu ich kwotami-nie został ratyfikowany m. in. przez USA, co znacznie ograniczyło jego efekty. Co więcej ,w grudniu 2015r. Protokół ten de facto został zastąpiony Porozumieniem z Paryża, które po czterech latach wprost wypowiedział prezydent Trump. Czołowa trójka globalnych emitentów dwutlenku węgla to :Chiny, Indie i Stany Zjednoczone. Okresowo nawet Kanada nie była skłonna poddać się ostrym regulacjom.
W 10 lat po szczycie w Rio, odbyła się- z udziałem ponad stu przywódców państw i rządów – konferencja w Johannesburgu. Już wtedy skonstatowano brak dostatecznego postępu w dziedzinie ochrony środowiska, wskazując, że globalne, pozytywne rezultaty można uzyskać jedynie przy podejmowaniu działań na wszystkich szczeblach, zaś biedne kraje nie mają na to dostatecznych środków. Istnieje bowiem ścisły związek między programami zwalczania ubóstwa i ochrony środowiska.
Rosnąca populacja i urbanizacja, rozwój przemysłu i niechęć do redukcji emisji zanieczyszczeń już w efekcie prowadzą do poważnych zmian klimatycznych Ocenia się, że przy utrzymaniu obecnego poziomu emisji dwutlenku węgla na głowę (rocznie do atmosfery trafia 22 mld ton) faktyczna emisja w ciągu 50 lat wzrośnie o prawie jedną trzecią, co wpłynie na wzrost w końcu tego stulecia średniej temperatury na Ziemi o 1,4 – 5,8 stopnia. To z kolei oznaczałoby podniesienie poziomu wód oceanów nawet o 1 metr – z różnorodnymi, tragicznymi skutkami (np. zalanie szeregu państw wyspiarskich). Niedawno w czasie pobytu zarówno w argentyńskiej, jak i chilijskiej części Patagonii oglądałem topniejące lodowce i widok ten jest wstrząsający. Porównywalny w jakimś stopniu tylko z efektami pustynnienia (np. wraki statków w stepie, na obszarze części byłego Morza Aralskiego w Uzbekistanie).Tymczasem reakcja świata na globalne ocieplenie przypomina sytuację z AIDS. W obu przypadkach doszło stosunkowo szybko do ustaleń naukowych, po których nastąpiło unikanie tematu, zaprzeczanie (tak postępuje choćby obecny prezydent USA) i wzajemne obwinianie się. Prawdopodobnie sytuacja nie ulegnie zmianie na korzyść bez reformy globalnego systemu zarządzania i utworzenia np. Światowej Organizacji Ochrony Środowiska oraz bez zapewnienia specjalnych środków na ten cel. Bez tego nie można nawet wykluczyć konfliktów zbrojnych na tle zmian klimatycznych (w związku z falami uchodźców itd.).

Dysproporcje rozwojowe, bieda i wykluczenie społeczne

Czy marzenia o bezpieczeństwie i powszechnej sprawiedliwości społecznej są realne? Prawdopodobnie przesądzi o tym kierunek oraz charakter globalizacji – na ile będzie miała ona ludzką twarz i czy będzie w stanie być demokratyczna i wrażliwa społecznie. Czy da się ją regulować, opierając się na podstawowych wartościach?
Faktem jest, że w 1960 r. najzamożniejsza piąta część ludzkości zagospodarowywała 60 proc. światowego bogactwa, a współcześnie już ponad 85 proc. , podczas gdy odpowiedni wskaźnik dla najbiedniejszych zmniejszył się w tym czasie z 2,3 proc. do 1,3 proc. . Obecnie na Ziemi miliard ludzi pozostaje bez pracy, tyle samo osób nie ma trwałego dostępu do zdrowej wody pitnej, analfabetów jest 900 mln, a 1,6 mld ludzi – nie tylko w Etiopii, Kongo czy Bangladeszu – żyje za mniej niż 2 dol. dziennie (ok. miliarda za mniej niż 1 dol.!), z reguły zresztą nie posługując się w ogóle pieniędzmi. Afryka wyłączona jest w większości z dobrodziejstw globalizacji; to ojczyzna 25 mln chorych na AIDS (w samej RPA jest ok. 6 mln nosicieli wirusa HIV – najwięcej na świecie). Malaria (350 mln chorych) i gruźlica rozwijają się w najlepsze. Używając innego porównania – w ciągu minionego ćwierćwiecza stosunek dochodów 20 proc. najbogatszych państw do 20 proc. najbiedniejszych wzrósł z 30:1 do 60:1. Te wielkie dysproporcje rozwojowe w zakresie rozwoju społeczno-gospodarczego między państwami tzw. Północy i Południa (de facto – Zachodu i Południa), które przed wielu laty wybitny badacz szwedzki Gunnar Myrdal określił jako największy dramat XX wieku, bynajmniej nie maleją w obecnym stuleciu. Są one źródłem ogromnych i różnorodnych zagrożeń globalnych, nie tylko buntów społecznych.
Dla wielu to właśnie jest największa sprzeczność, a zarazem hańba, współczesnego świata – rosnący dystans między państwami wysoko i słabo rozwiniętymi, bogatymi i biednymi. To na tym tle zrodziły się ruchy oraz protesty antyglobalistów i alterglobalistów, uważających, że wielkie międzynarodowe koncerny oraz takie struktury, jak Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy czy Światowa Organizacja Handlu nie są zainteresowane globalnym postępem społecznym. Innym nie podoba się także to, że spośród stu największych gospodarek świata aż połowa to monopole, a nie poszczególne państwa. Majątek naftowego Exon Mobilu jest większy od produktu narodowego Szwecji, General Motors od Danii, Daimlera Chryslera od 270-milionowej Indonezji, zaś amerykańskiego Forda większy od PKB Polski. Poszerzanie się luki rozwojowej idzie w parze z rosnącą biedą i wykluczeniem dużych grup społecznych. Dotyczy ono szczególnie bezrobotnych lub pracujących sezonowo (na naszej planecie nie brak przy tym reliktów niewolnictwa), kobiet i mniejszości seksualnych. Sytuację pogarsza też problem zadłużenia międzynarodowego, gdyż największy w nim udział mają oczywiście państwa tzw. Południa. Ćwierć wieku temu dostęp do kredytów był stosunkowo łatwy, a i ich obsługa niezbyt kosztowna. Niestety, potem trzeba było zaciągać nowe kredyty, by spłacać same procenty od zadłużenia i stąd wiele państw znalazło się w swoistej pułapce. Szukano rozmaitych rozwiązań zarówno w rokowaniach z tzw. Klubem Paryskim (skupiającym rządy wierzycieli), jak i Londyńskim (obejmującym banki komercyjne). W grę wchodziła zmiana ustalonych uprzednio warunków obsługi zadłużenia, czyli tzw. restrukturyzacja i konwersja. Niektóre państwa zadłużone zawieszały jednostronnie spłatę długów, a swoistym przekroczeniem Rubikonu była w tej mierze decyzja Meksyku z 1983 r. Dziś nie ulega żadnej wątpliwości, że wiele z nich, zwłaszcza krajów afrykańskich i azjatyckich, nigdy nie będzie w stanie wywiązać się ze zobowiązań, a szereg państw najwyżej rozwiniętych oraz organizacji międzynarodowych zaczyna to rozumieć. Dlatego za zjawisko pozytywne należy uznać coraz częstsze decyzje o umarzaniu długów krajom najbiedniejszym, podjęte na przykład w 2005 r. po tragedii tsunami przez członków tzw. Grupy G-7.
Próbą rozwiązania kwestii globalnych dysproporcji rozwojowych stało się wysunięcie na VI specjalnej sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ w roku 1974 koncepcji ustanowienia tzw. Nowego Międzynarodowego Ładu Ekonomicznego. Chodziło o solidarne zapewnienie krajom rozwijającym się odpowiednio wysokiego tempa wzrostu dochodu narodowego i produkcji żywności po to, by do 2012 r. czterokrotnie zmniejszyć wspomniane dysproporcje. Ale mimo wielu negocjacji na linii Północ-Południe, toczących się m. in. w Paryżu i meksykańskim Cancun, nie osiągnięto trwałego porozumienia w żadnej z podstawowych kwestii.
Nie zgodzono się na szereg oryginalnych propozycji, na przykład amerykańskiego noblisty z dziedziny ekonomii Jamesa Tobina, by wprowadzić podatek od transakcji finansowych monopoli i przeznaczyć uzyskane kwoty na pomoc rozwojową.
W 2000r. na tzw. Szczycie Millennijnym w Nowym Jorku przedstawiciele 189 państw członkowskich ONZ zobowiązali się do realizacji do roku 2015 ośmiu celów rozwojowych w ramach globalnego partnerstwa. Znalazły się wśród nich takie zadania, jak: zmniejszenie o połowę zarówno udziału ludzi żyjących za mniej niż 1 dolara dziennie, jak i głodujących, zapewnienie powszechnej możliwości kończenia szkoły podstawowej oraz eliminacja różnic w dostępie do oświaty między chłopcami a dziewczętami, zmniejszenie o 2/3 wskaźnika śmiertelności wśród dzieci poniżej 5 lat i o 3/4 śmiertelności matek przy porodzie, zahamowanie rozprzestrzeniania się AIDS, malarii i innych głównych chorób, znaczące polepszenie warunków życia co najmniej 100 mln osób mieszkających w slumsach.

Mimo znaczącego postępu daleko było do pełnego sukcesu. Dlatego też we wrześniu 2015r.wszystkie 193 państwa członkowskie ONZ postanowiły zastąpić Millennijne Cele Rozwoju 17 celami Zrównoważonego Rozwoju i związanymi z nimi 169 konkretnymi zadaniami, które mają zostać osiągnięte do roku 2030. Chyba wszyscy zdają sobie już sprawę z tego, iż nie ma żadnej planety „B”.

Wojny i rozprzestrzenianie broni jądrowej

Przez setki lat różnego rodzaju konflikty zbrojne, a zwłaszcza wojny, niosły ze sobą największe zagrożenia dla ludzi w relacjach dwustronnych i wielostronnych, choć nawet obie tzw. wojny światowe na szczęście nie wciągnęły wbrew nazwie w orbitę działań zbrojnych większości populacji Ziemi. Rozwój broni masowego rażenia, w tym chemicznej i biologicznej, a szczególnie broni nuklearnej użytej jedynie dwukrotnie, ale z tragicznymi następstwami w sierpniu 1945 r. przez Stany Zjednoczone wobec ludności Hiroszimy i Nagasaki, uzmysłowił skalę potencjalnego zagrożenia. Od tego czasu najczarniejszy scenariusz dla rodzaju ludzkiego to sytuacja globalnego konfliktu jądrowego.
Dlatego istniała świadomość konieczności zapobieżenia takiemu rozwojowi wydarzeń. Od lat 60. toczyły się rozmaite rokowania rozbrojeniowe, przy czym za rzecz najważniejszą słusznie uznano nierozprzestrzenianie broni nuklearnej poza grono pięciu wielkich mocarstw (USA, ZSRR, Francję, Wielką Brytanię i Chiny). W 1968 r. został zawarty Traktat o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (NPT) , do którego przystąpiło ponad 150 państw. Szczególną rolę odegrały umowy rozbrojeniowe z początku lat 90. USA – ZSRR i USA – Rosja (START I i START II) dotyczące broni strategicznych. Nadal dużą wagę ma kontrola zbrojeń i proces budowy środków zaufania. Paradoksalnie swoista równowaga strachu (Stany Zjednoczone i Rosja jako jedyne państwa spośród 9 nią dysponujących mają zdolność do tzw. drugiego uderzenia atomowego, gdyż przez 24 godz. na dobę utrzymują samoloty i okręty podwodne z bronią jądrową na pokładzie), system wzajemnych obserwacji, inspekcji i kontroli, stanowią łącznie najlepszą gwarancję pokoju globalnego, zaś specjalny system łączności ma zapobiec wybuchowi wojny, choćby w drodze pomyłki komputerów. To naturalnie nie oznacza stuprocentowej gwarancji bezpieczeństwa międzynarodowego, ale minimalizuje zagrożenia w skali makro.
Rozmaitych konfliktów zbrojnych o charakterze lokalnym czy regionalnym naturalnie wciąż nie brakuje, by przywołać tylko nadal aktualne czy niedawne przypadki z terenu Bałkanów, Kaukazu, Bliskiego Wschodu (w tym Syrii od 2011r.) bądź Afganistanu. Ale na szczęście nie niosą one raczej realnej groźby przekształcenia się w konflikt globalny, pomijając sprawę zagrożenia terrorystycznego (choć w Syrii istniało niedawno ryzyko starcia przebywających tam jednostek rosyjskich i amerykańskich). Nie może to wszakże oznaczać lekceważenia różnorodnych niebezpieczeństw związanych w największej mierze z prawdopodobieństwem dostania się broni masowego rażenia np. w ręce nieodpowiedzialnych dyktatorów. Rozpad Związku Radzieckiego w końcu 1991r. zaowocował m. in. podjęciem pracy przez licznych tamtejszych fizyków atomowych w wielu krajach Azji i Afryki. Czerwona lampka zapala się więc w związku z posiadaniem broni jądrowej przez takie państwa, jak: Indie, Pakistan, Izrael (oficjalnie do tego się nie przyznaje), od niedawna Korea Północna oraz z perspektywą jej wyprodukowania np. przez Iran. Niektóre z tych państw znajdują się w sytuacji konfliktu z sąsiadami, co może zwiększać niebezpieczeństwo ulegania pokusie użycia tej broni. Na szczęście nie wszystkie one dysponują środkami przenoszenia.

Cichy wyścig zbrojeń

Cały czas trwa przy tym cichy wyścig zbrojeń, choć nie przybiera on takich form, jak w latach 70. i 80.Stale rosną wydatki na obronę/zbrojenia (do wyboru stopień eufemizmu).Nakłady na ten cel, według najnowszych danych sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem (SIPRI) wyniosły w 2018r. łącznie 1,82 bilionów dol. Największy w nich udział mają USA (649 mld dol. czyli 36 proc. całości),a następnie: Chiny (250 mld dol.),Arabia Saudyjska i Indie (po ok. 67 mld dol.) oraz Rosja (61 mld dol.). Polska plasuje się na 19. miejscu z poziomem 11,6 mld dol.. Ogromne wydatki na zbrojenia obiektywnie zmniejszają szanse rozwiązania sygnalizowanych wcześniej palących wyzwań globalnych związanych z biedą, dysproporcjami rozwojowymi i wykluczeniem społecznym. Rosyjskie operacje na Krymie, Ukrainie, w Syrii, a wcześniej w Gruzji sprawiły, że przyrost tych wydatków jest szczególnie widoczny w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, które otwarcie głoszą tezę o zagrożeniu stwarzanym przez politykę rządu w Moskwie. Nowym zjawiskiem w ostatnich latach jest też wzrost strategicznego znaczenia obszaru Arktyki. Np. Rosja dysponuje już bazami w 48 miejscach Arktyki (m. in. na Nowej Ziemi i na Wyspie Wrangla,) zaś prezydent Trump (naiwnie) proponował Danii sprzedaż Grenlandii.
Niepokojące jest przy tym widoczne w kilku ostatnich latach wycofywanie się stron z niektórych ważnych porozumień np. rozbrojeniowych, co m. in. podważa wzajemne zaufanie niezbędne do znajdywania właściwych odpowiedzi na wyzwania globalne. Dla ilustracji tylko dwa przykłady. Po długich i żmudnych negocjacjach doszło w 2015r. do porozumienia z Iranem grupy 5+1 (wielkie mocarstwa i Niemcy). Zakładało ono rezygnację tego państwa z programu nuklearnego w zamian za zniesienie nałożonych przez ONZ,USA i Unię Europejską sankcji. Miało to wielkie znaczenie dla sytuacji na Bliskim i Środkowym Wschodzie, gdyż przez długie lata Stany Zjednoczone uważały politykę rządu w Teheranie za główne zagrożenie dla stabilizacji w tym regionie, m.in. dla swych głównych sojuszników, czyli Izraela i Arabii Saudyjskiej. I choć Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej (MAEA) uznała, iż Iran wywiązuje się ze swych zobowiązań, to Stany Zjednoczone zerwały w maju 2018r. jednostronnie tę umowę (pozostali sygnatariusze nie).Z kolei w 2019r., w atmosferze wzajemnych oskarżeń o naruszanie porozumienia, Rosja i USA de facto wycofały się z historycznego (podpisanego jeszcze przez Reagana i Gorbaczowa w 1987r.) układu o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych średniego i pośredniego zasięgu (od 500 do 5500 km).O losach porozumienia klimatycznego z Paryża z 2015r. już wspominałem.

Zderzenie czy dialog cywilizacji

Nie wchodząc w spory na temat samego pojęcia „cywilizacja”, przyjąć można, że tworzy ona pewną całość kulturową w szerokim tego słowa znaczeniu, której zasadniczym elementem jest religia. Pewne cywilizacje upadały, inne trwają od tysięcy lat. Mogą przy tym obejmować jedno państwo lub dużą ich grupę. Nie ma zgody co do pełnej liczby istniejących obecnie cywilizacji. Główne z nich to: chińska, japońska, hinduistyczna, islamska, prawosławna, zachodnia (składają się na nią m. in. niemal cała Europa i Ameryka Północna), latynoamerykańska i afrykańska.
Wybitny uczony amerykański (którego przed laty poznałem na Harvardzie) Samuel Huntington w swej książce Zderzenie cywilizacji wydanej w roku 1996 analizował rzeczywistość międzynarodową poprzez oddziaływania wspomnianych cywilizacji. Nie wykluczył on, że próba dominacji zachodniego uniwersalizmu może w rezultacie przynieść globalną, międzykulturową wojnę prowadzoną przez państwa stanowiące centra kluczowych cywilizacji. W jednym ze scenariuszy mogłaby uformować się wówczas antyzachodnia koalicja międzycywilizacyjna, której osią byłby sojusz islamsko-chiński (konfucjański). Dla wielu zwykłych ludzi, ale i analityków, liczne wydarzenia i procesy przebiegające od czasu terrorystycznego ataku na światowe Centrum Handlu w Nowym Jorku i waszyngtoński Pentagon 11 września 2001 r., stanowią absolutne potwierdzenie słuszności tez formułowanych przez Huntingtona, który zresztą w opublikowanej w 2004 r. innej pracy przewidywał w dalekiej przyszłości rozpad Stanów Zjednoczonych na dwie części: białą i latynoską. Traktowanie zderzenia cywilizacji jako nieuchronnego byłoby swoiście porównywalne z przygotowywaniem się na inny wariant najgorszego scenariusza dla ludzkości, o skutkach zbliżonych do katastrofy nuklearnej. Tymczasem realną, rzeczywistą alternatywą dla owego zderzenia jawi się dialog cywilizacyjny – międzykulturowy i międzyreligijny. Z inicjatywy Iranu taką koncepcję przyjęła Organizacja Narodów Zjednoczonych. W Warszawie w latach 2002 i 2003 odbyły się specjalne międzynarodowe konferencje poświęcone właśnie takiemu dialogowi z udziałem ludzi nauki, duchownych i polityków .

xxx

W syntetyczny sposób przedstawiłem jedynie sześć zasadniczych problemów i obszarów zagrożeń globalnych. Jest ich oczywiście więcej, na przykład związanych z niebezpieczeństwem naruszania na masową skalę praw człowieka czy nawrotem funkcjonowania systemów niedemokratycznych, a nawet dyktatorskich. Blisko 8 mld ludzi na świecie to de facto jedna rodzina, bo przecież żyjemy na samotnej planecie – by użyć nazwy świetnego australijskiego wydawnictwa podróżniczego. Ale jedni mieszkają w Bangladeszu, a inni robią interesy na nowojorskiej Wall Street. Odmiennie postrzegają różnorakie zagrożenia. Także w Polsce niewielka grupa osób lata prywatnymi samolotami, zaś bez porównania większa- robiąc zakupy w lokalnych sklepach na wsi musi brać podstawowe artykuły „na kreskę”. I tu postrzeganie problemów bywa diametralnie odmienne. W obu przypadkach obie strony wiedzą o sobie sporo w dobie dominacji mediów, rozwiniętych technik komputerowych, Internetu, CNN, zbliżonej mody czy znanych niemal wszystkim piosenek. Niekiedy żyją wszak niemal w odrębnych galaktykach, stąd tym bardziej warto zdawać sobie sprawę ze wspólnych problemów globalnych.

 

10 fundamentalnych pytań do prof. Grzegorza Kołodki

W nowej serii pt. „10 pytań do…” Filip Lamański rozmawia z prof. Grzegorzem W. Kołodko, który opowiada m.in. o tym w którym kierunku zmierza nasz świat, jak powinny wyglądać relacje między Chinami i USA oraz czy ludzkość poradzi sobie z kryzysem klimatycznym?

Dokąd zmierza świat?

G.W.K. Hmm… Starałem się odpowiedzieć na to pytanie całą książką, 448 stron, zatytułowaną „Dokąd zmierza świat. Ekonomia polityczna przyszłości”, ale tak najkrócej to do epoki chaosu. Każda epoka jednakże mija, przejdzie zatem i ten okres zamętu, choć zajmie to wiele dziesięcioleci. Narastać będą napięcia, sytuacja będzie nieustannie konfliktogenna, ale wielkich otwartych konfliktów może udać się uniknąć. Nadzieja w tym, że piętrzące się przed ludzkością i współczesną cywilizacją problemy – łącznie z ich potężną piątką, czyli zmianami klimatycznymi, wyczerpywaniem się nieodnawialnych zasobów Ziemi, masowymi migracjami ludności, nierównościami warunków życia oraz konfliktami zbrojnymi – są rozwiązywalne. Rozwiązywalne wszak nie oznacza, że będę rozwiązane.

Czy narastające nacjonalizmy, o których pisze Pan w swoich książkach, mogą zatrzymać globalizację?

Nie. Narastające nacjonalizmy – tak te stare, jak w Indiach czy Rosji, jak i te nowe, skierowane przeciwko globalizacji – oraz populizm to złe odpowiedzi na neoliberalizm i niesprawiedliwą odsłonę globalizacji. Nie walczy się złem ze złem, jedną głupotą z inną. Nasza szansa na znośną, a może nawet dużo lepszą przyszłość musi polegać na globalizacji inkluzyjnej, sprawiedliwiej dzielącej efekty zintegrowanego rozwoju gospodarczego. O tym właśnie mówi Nowy Pragmatyzm. Nacjonalizmy i populizmy – i ten prawicowy, współcześnie silniejszy, i ten lewacki – dodatkowo komplikują funkcjonowanie światowej gospodarki i hamują proces globalizacji, ale ze względu na globalne łańcuchy dostaw, siłę transferów kapitałowych, umiędzynarodowienie produkcji i handlu, potęgę transnarodowych firm, a także ze względów kulturowych (podróże, wymiana kulturalna, kontakty międzyludzkie) globalizacji nie zatrzymają. W długim okresie jest to proces nieodwracalny. I dobrze, gdyż jego korzystne strony przeważają nad ułomnościami.

Czy Chiny będą w stanie przeciwstawić się w dłuższej perspektywie USA i czy czeka nas zmiana światowego hegemona?

I o tym napisałem książkę – o połowę krótszą, bo dokładnie 224 strony – pod prowokacyjnym tytułem „Czy Chiny zbawią świat?”. Otóż nie zbawią, ale odegrają niepomierną rolę w tym, by się nie wywrócił. Chiny nie zepchną też Stanów Zjednoczonych na drugi tor i nie staną się światowym hegemonem, ale nieuchronnie będą coraz potężniejsze. Świat jest pojemny i da się w nim pomieścić więcej niż jedną superpotegę. Rozpętanie przez USA wojny handlowej to brak rozsądku, a nakręcanie przezeń spirali zbrojeń i nowej zimnej wojny to szaleństwo. Chinom nie należy się antagonistycznie przeciwstawiać, ale trzeba z nimi po partnersku się układać; nie tylko w sprawach dwustronnych, lecz także globalnych, odnoszących się do mechanizmów pokojowego rozwoju całego świata.

Czy czeka nas po raz kolejny polaryzacja świata, jak to miało miejsce w czasie I Zimnej Wojny?

Niekoniecznie. Nieracjonalne zachowania obecnej administracji amerykańskiej miną wraz z prezydenturą Donalda Trumpa, Unia Europejska postępuje rozsądnie, Indie, Rosja i inni globalni gracze oraz regionalne potęgi, takie jak Pakistan, Turcja, Nigeria, Brazylia, Meksyk, nie są zainteresowane zimną wojną, bo bynajmniej nie sprzyja to ich gospodarczemu rozwojowi. Oczywiście, kluczowe są i będą stosunki chińsko-amerykańskie i dlatego z uwagą trzeba obserwować ich ewolucję, a nade wszystko sprzyjać łagodzeniu napięć i poszukiwaniu nowych sposobów sterowania współzależną, wewnętrznie sprzężoną w wyniku globalizacji gospodarką XXI wieku. Ogromne przy tym znaczenie ma ułożenie się wielostronnych stosunków chińsko-rosyjskich. Obecna zimna wojna (nazwałem ją kiedyś II zimną wojną, zob. „Nowy pragmatyzm z chińską charakterystyką”, ledwie się rozkręca, ale bynajmniej nie musi trwać podobnie długo, jak ta poprzednia (o której teraz już możemy mówić I zimna wojna).

Zmiany w europejskiej demografii mogą wymagać od nas „sprowadzenia” rąk do pracy z innych kontynentów. Czy jesteśmy skazani na imigrację?

Tak. Trwać będą wewnątrz europejskie wędrówki ludów (więcej rodaków do kraju wróci niż stąd wyjedzie), jak i zwłaszcza imigracja do Europy. To jedno z największych wyzwań, przed jakimi stoimy, zresztą nie tylko w naszej części świata. Nieuchronna jest zarówno większa tolerancja, otwarcie i wielokulturowość, jak i zasadniczo zwiększona pomoc rozwojowa (finansowa, edukacyjna, polityczna) dla krajów biedniejszych, uwikłanych w konflikty etniczne i zbrojne oraz dewastowanych przez zmiany klimatyczne.

Z drugiej strony rosnące koszty pracy w Europie i Azji mogą doprowadzić do „przeniesienia przemysłu” do krajów afrykańskich. Czy Afryka może być dla Zachodu tym, czym dotychczas były Chiny?

Nie. Ze względów klimatycznych i kulturowych. Tylko część produkcji tam trafi. Już to się dzieje w niektórych krajach – tak subsaharyjskich, jak Lesotho, Tanzania, Kenia czy Etiopia, jak i arabskich, jak Egipt, Tunezja, Algieria czy Maroko – podobnie jak przejmowanie niektórych sektorów wytwórczych i usługowych przez uboższe azjatyckie kraje (a więc i z tańszą siłą roboczą), jak Wietnam, Bangladesz, Pakistan czy Myanmar. Nie przesadzajmy z tym „przenoszeniem przemysłu”, gdyż występują tu znaczące ograniczenia, zwłaszcza w gałęziach bardziej nasyconych zaawansowaną technologią. One muszą być ulokowane w klastrach zasobnych w wykwalifikowaną siłę roboczą, z odpowiednią infrastrukturą i otoczeniem instytucjonalnym. Nie da się przenieść przemysłu elektronicznego z Shenzhen do Lagos, ale da się alokować fabrykę konfekcji z przedmieść Chengdu na peryferie Dar es Salam. Co zaś do Afryki, to powoli i tam autonomicznie rozwijać będą się rozmaite rodzaje przemysłów przetwórczych; już to się dzieje. Jednakże Afryka to nie będą „drugie Chiny”.

Czy ciągły wzrost gospodarczy ma szanse mieć miejsce w długiej perspektywie, mając na uwadze wyczerpujące się zasoby i coraz większa degradację Ziemi?

Bynajmniej. Trzeba odejść od ekonomii i polityki nieustannego wzrostu gospodarczego. Jak pokazuje to Nowy Pragmatyzm, jesteśmy już w poPKBowskiej rzeczywistości, co wymaga poPKBowskiej teorii ekonomii i opartej na niej poPKBowskiej polityki zintegrowanego, czyli potrójnie – ekonomicznie, ekologicznie i społecznie – zrównoważonego rozwoju. W przyszłości coraz większą uwagę trzeba będzie zwracać na imperatyw równowagi, relatywnie mniej natomiast przeć na szybki ilościowy wzrost produkcji. W skali świata wymaga to zróżnicowanego tempa wzrostu. Trzeba zachować dostateczną przestrzeń ekologiczną do szybkiego wzrostu gospodarczego narodów na dorobku, co zarazem wymaga kontrolowanego – i trwałego – jego spowolnienia w krajach, które już się dorobiły. W innym przypadku światowa gospodarka napotka nie tylko bariery surowcowe i ekologiczne, lecz także społeczne i polityczne. To droga do megakryzysu – czy też, jak to określiłem w „Wędrującym świecie”, Jeszcze Większego Kryzysu, JWK – który z dzisiejszej perspektywy jest jeszcze wciąż możliwy do uniknięcia. Nałożenie się na siebie eskalujących faz kryzysów ekonomicznego, demograficznego i klimatycznego to kataklizm.

Jak Pan widzi przyszłość UE i strefy euro? Czy ten projekt będzie dalej się rozwijał, czy może z czasem dojdzie do jego rozpadu? Czy Polska, Czechy, Węgry, Szwecja i Dania w końcu dołączą do strefy euro, czy będą twardo stać na straży niezależności walutowej i odkładać ten proces?

Z realistycznym optymizmem. Unia Europejska poszerzy się o kraje bałkańskie, z czasem może także o Norwegię i Islandię. Nie wejdzie w jej skład ani Turcja, ani Ukraina i z zupełnie innych przyczyn również Szwajcaria. Integracja europejska będzie pogłębiać się na wszystkich płaszczyznach – gospodarczej, kulturowej, społecznej i politycznej – ale będzie to wspólnota narodów, a nie unia w pełnym tego słowa znaczeniu. Mało będzie federacji, dużo koordynacji. Zgrzytać będzie nieustannie, od czasu do czasu przeżywać będziemy rozmaite kryzysy – bardzo poważne też – których rozumne przezwyciężanie będzie z czasem wzmacniać integrację. Unia Europejska, to wiodące w skali świata ugrupowanie zrzeszające ponad pół miliarda ludzi, będzie skutecznie konkurować zarówno ze Stanami Zjednoczonymi, jak i z Chinami, stanowiąc trzeci główny filar globalnego układu.
Oczywiście, w odróżnieniu od rozpadu USA, do którego dojść nie może, nie można wykluczyć rozpadu UE, ale jest to wariant na tyle mało prawdopodobny, że w scenariuszach na przyszłość można go spokojnie nie brać pod uwagę. Większe natomiast – choć wciąż bardzo znikome – jest prawdopodobieństwo rozkładu strefy wspólnej waluty euro. Uważam jednak, że nie tylko przetrwa ono okres obecnych trudności, ale wyjdzie z nich wzmocnione. Z czasem udział euro w zasobach światowych rezerw walutowych będzie rósł (skądinąd podobnie jak chińskiego juana, a w obu przypadkach kosztem amerykańskiego dolara). Przez czas jakiś jeszcze – warunkowany raz to politycznie, kiedy indziej ekonomicznie – niektóre kraje członkowskie UE będą pozostawały poza obszarem euro, ale w końcu doń przystąpią. Chorwacja już niedługo, nieco później Bułgaria, później kolejne kraje, w tym Polska w drugiej połowie dekady 2020. Sądzę, że też Dania – jedyny kraj (poza Wielką Brytanią opuszczającą Unię) na mocy traktatowej mogący pozostawać poza unią walutową – dołączy do tego grona. Za kilkanaście lat Unia Europejska może liczyć ponad 30 członków i wszystkie one będą miały w obiegu euro. Mogą, nie muszą.
W przypadku krajów małych i średnich nie ma lepszego sposobu na stawianie czoła wyzwaniom globalizacji – maksymalizacji płynących zeń korzyści i minimalizacji nieodzownie towarzyszących jej kosztów – jak regionalna integracja opierająca się na instytucjach społecznej gospodarki rynkowej.

Jakie rozwiązać te wszystkie problemy Wędrującego Świata, z którymi już musimy się mierzyć lub przyjdzie nam się mierzyć w niedalekiej przyszłości?

Jeden z rozdziałów „Wędrującego świata” zaczynam maksymą: „Dojść do idealnego świata nie sposób, ale iść trzeba.” Otóż wszystkich problemów rozwiązać się nie da, ale niejeden jak najbardziej. Sztuka polityki – także tej ponadnarodowej, a w przypadku wielkich tego świata wręcz globalnej – polega z jednej strony na wykorzystywaniu nadarzających się okazji, a z drugiej na unikaniu przeradzania się sytuacji konfliktowych w otwarte konflikty – od gospodarczych do zbrojnych. Największe wyzwanie, przed jakim stoi ludzkość w XXI wieku, to reinstytucjonalizacja globalizacji. Skoro ta jest nieodwracalna, to już wyłoniona współzależna gospodarka światowa wymaga odpowiedniego sterowania. Nie rządzenia czy kierowania, ale właśnie sterowania. Po angielsku powiedziałbym, że chodzi o global governance.
Rozpętana przez amerykańskiego prezydenta wojna handlowa i podsycanie nowej zimnej wojny to zaprzeczenie tego, na czym nam musi zależeć, jeśli naprawdę mamy na uwadze dobrą przyszłość całej cywilizcji. Gra powinna iść o global publico bono. Świat potrzebuje nowego ładu, a tymczasem nieudaczni politycy tu i tam serwują mu nowy chaos. Negocjacje, przeformułowanie ponadnarodowych reguł gry i ich przestrzeganie, tworzenie przyczółków globalnej spójności społecznej, ratowanie liberalnej demokracji przed kryzysem, który sama sobie zafundowała flirtowaniem z cynicznym neoliberalizmem, oraz zdroworozsądkowe ograniczanie nacjonalizmów i populizmów – to droga na przyszłość. Na gruncie ekonomicznym trzeba opierać się na Nowym Pragmatyzmie. On też świata nie zbawi, ale trochę pomóc mu może.

Jak Pan wyobraża sobie świat i ludzkość za 100 lat? Czy poradzimy sobie z postępującą dewastacją środowiska naturalnego oraz globalnym ociepleniem?

To będzie lepszy świat niż też nam dany. Za 100 lat będzie nas 10 miliardów i choć już teraz moglibyśmy wyeliminować ubóstwo, to i wtedy jeszcze jakiś miliard będzie żył w biedzie i nędzy. Wciąż w niektórych miejscach ludzi będzie za mało i może nie starczać rąk (a raczej) głów do pracy, gdzie indziej nieustannie będzie ich zbyt wiele. Z postępującą dewastacją środowiska naturalnego oraz globalnym ociepleniem sobie poradzimy; ludzkość nie popełni masowego samobójstwa. Pomoże nam w tym technologia i polityka polegająca na globalnym sterowaniu masowymi działaniami. Niezbywalne są przy tym stosowne przemiany kulturowe zmierzające do coraz większej dozy spójności społecznej i wypierania mentalności w stylu „moja chata z kraja”.

Neoliberalne utopie głoszące, że rynek samodzielnie rozwiąże i te problemy, należy wreszcie wyrzucić na śmietnik historii. Następne 100 lat (i później też) to okres nieustannych poszukiwań i doskonalenia twórczej synergii potęg rynku i regulacji, tym razem już ponadpaństwowej, a w niektórych sferach wręcz ogólnoświatowej. To nie jest łatwe, ale jest to możliwe. I choć podkreślam, że ani rynek nie wyklucza nieuczciwości, ani demokracja nie eliminuje głupoty, to wiem, iż w przyszłości jednego i drugiego może być mniej. Oby!

Prof. Grzegorz W. Kołodko, najczęściej na świecie cytowany polski ekonomista, członek Europejskiej Akademii Nauk, wykładowca Akademii Leona Koźmińskiego, czterokrotnie wicepremier i minister finansów w latach 1994-97 i 2002-03. Autor ekonomicznych bestsellerów

Globalizacja na rozdrożu

Jak dotąd wwehikuł ekonomicznej globalizacji zawsze podążał naprzód, niezależnie od tego, czy był ciągniony przez zwierzęta, napędzany silnikami spalinowymi, sterowany algorytmami czy komputerami. Nie oznacza to, że zawsze była to podróż łątwa – na swojej drodze globalizacja napotykała bowiem wiele zakrętów i zwrotów.

Dziewięćdziesiąt lat temu Herbeert Hoover wygrał w Stanach Zjednoczonych wybory prezydenckie obiecując wyższe taryfy celne, aby chronić amerykańskich farmerów przed konkurencją ze strony wspieranych przez proteksjonistyczne praktyki rywali. Nie minęło dziesięć miesięcy i nastąpił Wielkio Kryzys. Podpisana w następnym roku przez Hoovera ustawa Smoota-Hawleya pogłębiła jeszcze protekcjonizm i doprowadziła do wykładniczego spadku światowego handlu. Globalizacja ekonomiczna doznała mocnego ciosu. Dziewięć dekad później globalizacja doszła do rozdroża, ekonomiści ostrzegają przed kolejną recesją, jeśli nawet nie wręcz powtórką z kryzysu 1929 roku.

Na takim tle rozpoczęło się we wtorek Światowe Forum Ekonomiczne 2019, którego hasłem jest „Globalizacja 4.0: Kształtowanie globalnej architektury w wieku Czwartej Rewolucji Industrialnej”. Temat ten jasno wskazuje, czym zajmują się tytani biznesu i politycy z całego świata, którzy zebrali się w śnieżnym szwajcarskim kurorcie.

Gdy prezydent XI Jinping wystąpił w Davos dwa lata temu, mówił o „świecie sprzeczności” i ostrzegał przed protekcjonizmem i wojnami handlowymi. W ciągu ostatnich dwu lat protekcjonizm, nacjonalizm ekonomiczny i populizm podniosły głowy. Oparty na zasadach wielostronny system gospodarczy Światowej Organizacji Handlu stał się obiektem bezprecedensowego ataku. Globalizacja zdaje się tracić parę.

Naczelnym pytaniem tej epoki jest, dlaczego tak wielu, szczególnie na Zachodzie poczuło się zdradzonych przez elity rządzące swoich własnych krajów. Kluczowym powodem jest, że choć światowy handel generuje ogromne bogactwa, wiele krajów Zachodu zawiodło w roli jego redystrybutora i nie trafia ono do obywateli. W rezultacie ekonomiczna polaryzacja powiększa się z roku na rok. To dlatego „żółte kamizelki” we Francji domagają się na uli9cach Paryża niższych podatków, wyższych dochodów i lepszych służb publicznych. A to tylko szczyt tej góry lodowej niezadowolenia.

Rosnąca rola mediów społecznościowych umożliwia ludziom ze wszelkich grup wyrażać swoje żale i tworzyć nowe tożsamości grupowe. Wzrost poczucia tożsamości opartej na identyfikacji religijnej czy narodowej jeszcze bardziej wzmogło populistyczne nastawienie, podzieliło społeczeństwa, utrudniając politykom Zachodu przeprowadzenie niezbędnych reform społecznych.

Aby wygrać wybory, politycy schlebiają populistycznej demagogii i wskazują na zagranicę jako na źródło problemu, na wzrost znaczenia krajów rozwijających się i przesunięcie środka ciężkości globalnego handlu. Wschodzące gospodarki od czasu zakończenia zimnej wojny przyjmowały zasady pochodzące ze świata Zachodu i integrowały się ze światowym systemem ekonomicznym.

Chiny miały wątpliwości w sprawie globalizacji, ale dokonały historycznego wyboru aby wejść na tę falę i otworzyć się na świat pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Po czterdziestu latach reform i postępującego otwierania się stały się drugą co do wielkości gospodarką świata, której bilans handlowy eksportu i importu przekracza 3 tryliony dolarów. „Zachłystywaliśmy są wodą, napotykaliśmy na wiry i mielizny, ale w konsekwencji nauczyliśmy się pływać” – powiedział prezydent Xi dwa lata temu w Davos.

Zmagając się z problemami globalizacji Chiny nie przestały zwracać uwagi na swoje sprawy wewnętrzne. Pekin zdaje sobie sprawę, że jak nie istotne by były problemy o skali światowej, tym bardzie ważne jest dokonywanie reform wewnętrznych i zapewnienie uczciwej redystrybucji bogactwa. Z tego powodu Chiny z taką determinacją zaangażowały się w sprawę redukcji ubóstwa. W kwietniu ubiegłego roku prezydent XI ogłosił na Forum Azjatyckim w Boao w prowincji Hainan cały pakiet reform, w tym obniżenie ceł, poszerzanie dostępu do rynków, tworzenie środowiska przyjaznego dla inwestycji, ochronę własności intelektualnej i wspomaganie eksportu.

Organizując pierwsze w Chinach EXPO w Szanghaju w ubiegłym roku i pozwalając zagranicznym formom na posiadanie swoich gałęzi w większej liczbie sektorów gospodarki, Chiny udowodniły, że dotrzymują swoich obietnic.

W tym krytycznym dla światowej gospodarki momencie wybór kierunku, w którym potoczy sie dalej proces globalizacji będzie miał decydujące znaczenie dla przyszłości świata. Jak powiedział to prezydent Xi w Davos: Czy się to nam podoba, czy nie, światowa gospodarka jest jak ocean i nie uciekniemy z niej”.

Globalizacji nigdy nie będzie doskonałą. Będzie niszczyć i w tym samym czasie budować nowe. Globalizacja 4.0 nie jest więc tu wyjątkiem. jedyne pytanie to to, czy narody świata zdecydują działać w kaki sposób, aby ten proces okiełznać, aby służył dla ich pożytku. Bo drogi wstecz nie ma.

Joseph Conrad – prorok globalizmu Recenzja

Do kolosalnej bibliografii publikacji poświęconych życiu i twórczości Josepha Conrada dołączyła kolejna.

 

Maya Yasanoff nie stworzyła swojej biograficznej opowieści o Conradzie wyłącznie przy biurku. By zbliżyć się do conradowskiego doświadczenia, dotknąć go, odbyła liczne podróże jego śladami, od Kongo po Kraków. Opowieść Yasanoff powstała wiele lat po fundamentalnych biografiach Conrada, autorstwa Gerarda Jean-Aubry, Jocelyna Bainesa, Fredericka Karla, Johna Stape’a i Zdzisława Najdera, więc świadoma tego autorka, aby nie powielać wyznaczonych przez nie tropów, musiała znaleźć swoją własną formułę, własny klucz do opowiedzenia o Conradzie. Tym kluczem stał się fakt, że zarówno życie Conrada, jego podróże i jego twórczość były pierwszą w dziejach literatury eksploracją, a zarazem opisem narodzin globalnego świata. „To Conrad był w awangardzie. Z pokładu statku oglądał narodziny globalnie powiązanego ze sobą świata…” – napisała autorka we wstępie. I dodaje: „Ponieważ termin „globalizacja” został spopularyzowany w latach 80. XX wieku, łatwo przyjąć, że większość tego, co się z nim łączy – wzajemnie zależna gospodarka, otwarte granice, różnorodne etnicznie i powiązane zawodowo społeczeństwa, instytucje i standardy międzynarodowe, wspólne kulturowe punkty odniesienia – pochodzi z tamtych czasów…”. „Conrad nie znał słowa „globalizacja”, ale droga którą przebył z prowincji imperialnej Rosji przez morza i oceany do podlondyńskich hrabstw była uosobieniem tego terminu. Przekuł swoje globalne spojrzenie na prozę (…), a „mapa pisanego świata Conrada jest (…) odległa od mapy ludzi mu współczesnych”. Porównywano go do Rudyarda Kiplinga, autora „Księgi dżungli”, ale Kipling odszedł do przeszłości wraz z Imperium Brytyjskim, które opiewał, za to „świat Conrada skrzy się pod powierzchnią naszego własnego. Współczesne światłowody biegną dnem morza obok starych przewodów telegraficznych. Bohaterowie Conrada szepczą do uszu nowym pokoleniom antyglobalistów i orędownikiem wolnego handlu, liberalnym interwencjonistom i radykalnym terrorystom, aktywistom działającym na rzecz sprawiedliwości społecznej i ksenofobicznym natywistom. – pisze Yasanoff i konkluduje: „W życiu i twórczości Conrada odnalazłam, krótko mówiąc, historię globalizacji widzianą od środka”. Autorka pomija to, na czym zazwyczaj koncentrowali się biografowie Conrada: na męce pisania, chronicznych kłopotach finansowych, zdrowotnych, na perypetiach z wydawcami, na życiu rodzinnym. Yasanoff poszła inną drogą. Zrezygnowała z pokazywania biografii swojego bohatera od wewnątrz, jako podmiotu biografii, na rzecz pokazania jej niejako od zewnątrz, jako przedmiotu historii, co pozwoliło dokonać rozróżnienia między tym, co było efektem jego świadomych wyborów, a tym, co przynosił mu niezależny od niego los. „W całym swoim pisarstwie – pisze Yasanoff – niezależnie od miejsca akcji, Conrad zmagał się z konsekwencjami życia w globalnym świecie: z moralnym i materialnym wpływem przemieszczania się, z napięciami i szansami w wieloetnicznych społeczeństwach, z wstrząsem wywołanym przemianami technologicznymi. (…) Conrad uważał, że ludzie nigdy tak naprawdę nie mogą umknąć przed ograniczeniami ze strony sił potężniejszych niż oni sami, że nawet w najwyższym stopniu wolną wolę może ograniczyć to, co nazwałby losem. Powieści Conrada „stanowią wyraz rozmyślań nad tym, jak się zachowywać w globalizującym się świecie, w którym stare zbiory zasad wychodzą z użytku, lecz nikt nie napisał jeszcze nowych”. Paradoksalnie, autorka, która nie koncentruje się na prywatnej biografii Conrada i chce opowiadać o nim jako o proroku globalizacji, najbardziej drobiazgowo ukazała polski fragment jego biografii, wczesne dzieciństwo, pobyt z rodzicami zesłanymi na Syberię za udział w Powstaniu Styczniowym, krakowskie dzieciństwo i fragment młodości. Jest to trochę zagadkowe, bo nie konweniuje z globalistycznym aspektem opowieści Yasanoff. Może potraktowała wstępną, prowincjonalną część biografii Conrada jako kontrast do jego późniejszych losów, jako sposób uwypuklenia ich globalistycznego wymiaru? By pokazać drogę od przynależności do Narodu, do przynależności do świata Globalnego. Opowieść Yasanoff nie jest pracą literaturoznawczą, więc analiza niektórych jego utworów zajmuje relatywnie niewiele miejsca, ale uwypukla w nich te aspekty, które dotykają kwestii globalizacji, w tym zawarte w jednej z najbardziej z tego punktu widzenia reprezentatywnych powieści, czyli „Nostromo”, mówiącej o globalizacji kapitalistycznego wyzysku. Z kolei analizując „Jądro ciemności” zwraca uwagę na globalizację okrucieństwa i zła. Szczęśliwie jednak Yasanoff nie jest w pełni konsekwentna w przeprowadzaniu tezy o globalistycznym aspekcie biografii i tematyki pisarstwa Conrada. Taka konsekwencja prowadziłaby bowiem być może do monotonii. Jest więc z pożytkiem dla czytelnika, że autorka opowiada także o ważnych dla niej aspektach biografii i twórczości Conrada, także takich, które z kwestią globalizacji mają luźny związek albo go nie maja go wcale. Możemy więc na przykład przeczytać interesującą egzegezę „Tajnego agenta”, powieści tematycznie słabiej powiązanej z tym zagadnieniem, a wyraźnie szczególnie cenionej przez Yasanoff czy liczne uwagi dotyczące życia rodzinnego pisarza. Atrakcyjność tej lektury podwyższa także fakt, że została znakomicie, zajmująco napisana, potoczystym, barwnym językiem.

 

Maya Jasanoff – „Joseph Conrad i narodziny globalnego świata”, przekł. Krzysztof Cieślik, Maciej Miłkowski, Wydawnictwo Poznańskie 2018, str. 391, ISBN 978-83-7976-974-2.