W pogoni za chińskim marzeniem

Podczas kluczowego dorocznego wydarzenia w życiu politycznym Chin „mapa drogowa” wiodąca ku ziszczeniu się chińskiego marzenia zyskała nowe elementy i perspektywy.

Niemal równocześnie odbywające się sesje najwyższego ciała ustawodawczego i głównego organu doradczego są w zawsze w marcu tym momentem, kiedy ustalane są kierunki rozwoju. Cały świat spogląda na nie, starając się wywnioskować z nich coś pewnego w tych niepewnych czasach.
W ubiegłym roku chińska gospodarka, druga co do wielkości na świecie, urosła o 6,6 proc., przekraczając granicę 90 trylionów juanów (13.4 trylionów dolarów). Plan wzrostu na 2019 rok został ustalony na poziomie 6-6,5 proc., co pokazuje, że stałą tendencja wzrostowa nie ulega zmianie, a liczący blisko 1,4 mld ludzi kraj jest na szybkiej drodze socjalistycznej modernizacji.
Wykonanie planu jest związane z przywódczą rolą Komunistycznej Partii Chin, a w szczególności jej przewodniczącego Xi Jinpinga oraz dzięki ciężkiej pracy i wytrwałości Chińczyków. Co do tego zgadza się 5 tys. deputowanych i doradców politycznych.
Prezydent Xi, będący równocześnie sekretarzem generalnym Komunistycznej Partii Chin i przewodniczącym Centralnej Komisji Wojskowej wyłożył priorytety swojego rządu i strategiczne założenia.
Podczas „dwu sesji” prezydent Xi uczestniczył w posiedzeniach plenarnych, spotykał się z politycznymi doradcami i brał udział w zebraniach deputowanych Najwyższej Rady ludowej. Wypowiadał się na wiele tematów, od kwestii ochrony środowiska, zwalczania ubóstwa, rozwoju wsi, stymulowania przedsiębiorczości do wspomagania aktywności na polu kultury. A są to kwestie o zasadniczym znaczeniu nie tylko dla Chin, ale również dla innych krajów rozwijających się i poszukujących drogi do modernizacji.

Ludzie przede wszystkim

Dom Jihaoyeqiu stoi na szczycie wśród gór południowo-wschodniej prowincji Syczuan – w regionie uważanym za enklawę dotkliwego ubóstwa. Chiny zobowiązały się wyeliminować ubóstwo do 2020 roku. W związku z tym prezydent Xi odwiedził skromne domostwo Jihaoyeqiu niedługo przed początkiem chińskiego nowego roku księżycowego. Ta scena została uwieczniona na zdjęciu umieszczonym na ścianie nowego, liczącego 100 metrów kwadratowych apartamentu Jihaoyeqiu. Więcej – ku wielkiej radości Jihaoyequiu, prezydent wymienił jego nazwisko podczas transmitowanego przez telewizję noworocznego orędzia. „Cała rodzina klaskała i wiwatowała” – opowiada dziś o tym.
Rodzina przeniosła się z górskiego odludzia wraz ze stu innymi. W nowym otoczeniu magazyn Juhaoyeqiu zapełnił się towarami, a on sam planuje otwarcie sklepu. Jest już gotowy do obsługi klientów w systemie online.
W całych Chinach podobnie stało się z ponad 18,86 milionami ludzi, którzy wydobyli się z ubóstwa. W ciągu ostatnich sześciu lat liczba ubogich zmniejszyła się z 98,99 mln do 16,6 miliona. Znalazło to uznanie w oczach społeczności międzynarodowej. Sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres powiedział, że ze wszystkich państw świata to Chiny najwięcej uczyniły, aby zwalczyć ubóstwo w czasie ostatniej dekady.
Na czele tej walki stoi prezydent Xi. Odwiedził każdy z 14 najuboższych regionów. Podczas tegorocznych „dwu sesji” postawił sprawę jasno: „nie ma odwrotu, aż odniesiemy całkowite zwycięstwo”.
To, do czego zmierzają Chiny, to nie tylko wolność od ubóstwa, ale także demokracja, uczciwość, sprawiedliwość i dobre środowisko. Zasobne społeczeństwo zasługuje na to, aby żyć w takich warunkach, na których osiągnięcie pracują wszyscy Chińczycy.
Czyste powietrze, czysta woda, zdrowa gleba to największe wyzwania, o których mówi prezydent Xi. Kładzie nacisk na to, aby rozwój Chin był rozwojem „zielonym”, nawet jeśli wiąże się to z dodatkowymi trudnościami. „Nie ważcie się nawet zabawiać myślą o poświęceniu środowiska na rzecz wzrostu” – powiedział w ubiegłym tygodniu prezydent Xi, zwracając się do deputowanych z autonomicznego regionu Mongolii wewnętrznej. „Ekologicznej czerwonej linii nie można przekraczać” – dodał. „Musimy zacisnąć zęby, wspiąć się na tę górę i przejść na drugą stronę” – oświadczył, mówiąc o konieczności stosowania się do nakazów ograniczenia zanieczyszczenia.
Jia Run’an, szef fabryki chemicznej, który uczestniczył w spotkaniu panelowym z prezydentem Xi, mówi że zdał sobie sprawę, że bez rozwiązania kwestii czystego środowiska nie można mówić o nawet umiarkowanym dobrobycie społeczeństwa.
Zwalczanie ubóstwa, zanieczyszczenia środowiska i ograniczanie krytycznych zagrożeń nazywane jest „trzema kluczowymi bitwami”. Odniesienie w nich zwycięstwa oznaczać będzie gwarancję dla dobrostanu społeczeństwa.
Chińskie władze odnoszą się do wszystkich spraw, które dotyczą obywateli – jednej piątej ludności całego świata – poczynając od środowiska, do bezpieczeństwa żywności, od opieki zdrowotnej do edukacji i mieszkalnictwa. W toku minionego roku w miastach stworzono 12,61 mld miejsc pracy, 14 mln ludzi zamieszkało w odnowionych domach, ok. 80 mln ludzi uzyskało ulgi podatkowe, 17 nowych lekarstw na raka znalazło się na liście objętych ubezpieczeniami medycznymi, a ceny nieruchomości w głównych miastach ustabilizowały się. Nawet toalety doczekały się tego, że o nie zadbano – podczas „dwu sesji” prezydent Xi zapytał osobiście deputowanego z prowincji, jak radzi sobie z podnoszeniem standardu toalet. Nie ma więc tematów, które by tracił z oczu.
Rozmawiając z deputowanymi z prowincji Henan prezydent Xi wysłuchał, jakie są oczekiwania jej mieszkańców: dobre szkoły, szpitale, miejsca pracy niedaleko miejsc zamieszkania i poprawa stanu środowiska.
Prezydent Xi lubi spotykać się ludźmi. Podczas jego licznych podróży inspekcyjnych odwiedza domy przedstawicieli klasy pracującej. Zdarza mu się wmieszać w tłum, zatrzymać się aby porozmawiać z ludźmi. Gdy jedzie na wieś, rozmawia z mieszkańcami o ich potrzebach i oczekiwaniach.
„Naszym głównym celem jest służenie ludziom, aby nasze wysiłki sprawiły, aby żyli lepiej” – powiada prezydent Xi. „To ludzie są u podstaw naszej polityki” – dodaje.

Więcej reform i otwarcia

Być przywódcą największego państwa rozwijającego się to niełatwe zadanie. Tym bardziej, że świat, w którym żyjemy jest pełen niepewności. Chiny stoją przed głębokimi zmianami zachodzącymi w ich otoczeniu – spowolnieniem procesów globalizacji, wyzwaniami stawianymi multilateralizmowi i ciężarami transformacji gospodarczej. Mając tak wielką odpowiedzialność, prezydent Xi musi ciężko pracować. Jego plan dnia w ostatnich miesiącach robi się coraz bardziej napięty. Spotkanie za spotkaniem i coraz więcej spraw wymagających jego decyzji. „Płyniemy w głównym nurcie rzeki, gdzie prąd jest bardzo silny’ – powiedział kiedyś. „Ale nie mamy innego wyboru niż płynąć naprzód” – dodał.
Chiny muszą utrzymać wzrost gospodarczy pomimo presji na spowolnienie, a równocześnie muszą zmieniać model swojego rozwoju, zwiększać jego jakość. A równocześnie muszą poprawiać jakość życia swoich obywateli. Do tego potrzebna jest wizja, siła i zdecydowanie ich przywódcy. Ale prezydent Xi ma ich pod dostatkiem.
Kluczem są reformy i postępujące otwarcie, w tym ułatwienie w dostępie do rynku, tworzenie lepszego otoczenia dla przedsiębiorczości, wzmocnienie praw własności intelektualnej i aktywne wspieranie importu. Na tym polega mechanizm gospodarczego rozwoju Chin.
Podczas dwu sesji zostały zarysowane nowe reformy. Między innymi zaplanowana na 2019 r. dalsza redukcja podatków o 2 tryliony juanów wspomoże przedsiębiorczość i pomoże dokonać przełomy w kluczowych dziedzinach.
Chiny stymulują również konsumpcję w największej na świecie grupie społecznej o średnich dochodach, rozwijają zapewnienie opieki nad starszą częścią społeczeństwa, jak również opiekę nad dziećmi. Dlatego zasadniczym pytaniem podczas dwu sesji było jak stymulować sektor prywatny, który zapewnia 80 proc. miejsc pracy w miastach.
W listopadzie prezydent Xi uczestniczył w sympozjum biznesowym i zapewnił przedsiębiorców o swoim niezachwianym wsparciu, co sprawiło, że ich zaufanie wzrosło. Przywódca podkreśla, że gwarancją dla reform musi być praworządność. Do 2035 r. Chiny osiągną w tej mierze najwyższy standard.
Ochrona własności intelektualnej także została wzmocniona. W ubiegłym roku chińskie sądy przeprowadziły 41,8 proc. więcej spraw z tej dziedziny niż w 2017 roku. Jedna z nich dotyczyła praw autorskich do postaci z brytyjskiego serialu „Świnka Peppa”.
Projekt prawa dotyczącego zagranicznych inwestycji jest obecnie na etapie trzeciego czytania w parlamencie. Jest on określany jako słup milowy na drodze do otwarcia się Chin. Gdy zostanie przyjęty, stworzy przewidywalne, bezpieczne i atrakcyjne otoczenie dla zagranicznych inwestorów.
Chiny wspięły się o 32 miejsca w rankingu Banku Światowego dotyczącego łatwości w działaniach biznesowych. Niedawne badanie przeprowadzone przez Brytyjską Izbę Handlową w Chinach pokazało, że środowisko biznesowe jest zdecydowanie optymistyczne jeśli idzie o oczekiwania i perspektywy. Dwie trzecie firm planują rozszerzyć swoją działalność w Chinach. „Pomimo przeszkód, Chiny kierują gospodarką nadzwyczaj dobrze” – mówi Stephen Perry, prezes brytyjskiej „Grupy 48”.
Lin Yifu, doradca polityczny, a wcześniej główny ekonomista Banku Światowego, mówi, że udzieliłby Chinom ‚wotum zaufania”. „Jeśli będą dobrze zarządzane, wyzwania mogą zostać przekute na dobre rezultaty na rzecz narodowej odnowy” – mówi.

O lepszy świat

W 2019 r. Chiny obchodziły rozpoczęcie nowego roku księżycowego premierą wysokobudżetowego filmu science-fiction „Wędrująca Ziemia”. Już po dwu tygodniach okazał się on drugą najbardziej dochodową produkcją w dziejach chińskiej kinematografii. Opowiada on o grupie Chińczyków uczestniczących w pracach grupy mającej zapobiec zderzeniu Ziemi z Jowiszem. „To nie jest film o konfliktach między ludźmi, narodami czy kulturami. To film opowiadający o ludzkości jako o całości, jedności, która stoi przed wspólną przyszłością” – mówi zdobywca nagrody Hugo, producent filmu Liu Cixin. Ta wizja – wspólnej przyszłości stojącej przed ludzkością propagowana jest przez prezydenta Xi i zdobywa sobie uznanie na całym świecie.
Wprowadzenie do myśli o rządzeniu światem chińskiej mądrości pozwoli na nowe perspektywy. Przede wszystkim – na to, że niekoniecznie ten, kto ma największe muskuły powinien mieć najwięcej do powiedzenia.
W 2018 r. prezydent Xi czterokrotnie podróżował za granicę i odwiedził 13 krajów. Wykorzystał te okazje aby podtrzymać międzynarodowy porządek, tworzyć partnerskie związki i promować otwartą gospodarkę. W listopadzie prezydent Xi otworzył Międzynarodową Wystawę Importu, bezprecedensowe wydarzenie, w którym uczestniczyły 172 kraje, regiony i organizacje międzynarodowe oraz ponad 3600 firm. Zawarte podczas targów transakcje sięgnęły 57,8 mld dolarów.
„Inicjatywa Pasa i Szlaku”, sześć lat po jej ogłoszeniu, spotyka się ze wzrastającym zainteresowaniem. Ponad 150 krajów i organizacji międzynarodowych podpisało umowy o współpracy z Chinami. Tymczasem handel między Chinami a ich partnerami w ramach tej inicjatywy osiągnął w ubiegłym roku wartość 1,3 tryliona dolarów.
Chiny odgrywają pozytywną rolę na rzecz reformy Światowej Organizacji Handlu, a także inicjatywy na rzecz trwałego rozwoju Narodów Zjednoczonych, jak również wdrażając Paryską Umowę o Zmianie Klimatu. „Za pomocą handlu i ciężkiej pracy Chiny wspierają światową gospodarkę” – ocenia szefowa Międzynarodowego Funduszu Walutowego Christine Lagarde, dodając że Chiny prowadzą we wspieraniu przedsiębiorczości, produkcyjności, innowacyjności i poprawie standardów życia w skali całego świata.
Prezydent Xi przewodzi Chonom w ich najlepszym czasie rozwoju. Naród staje w początku drogi do odnowy – chińskiego marzenia. Obserwatorzy uważają, że Chiny wstąpiły na szybką ścieżkę dzięki której przegonią wkrótce kraje Zachodu. Profesor Martin Jacques z Uniwersytetu w Cambridge ocenia, że Chiny całemu światu stwarzają nowe możliwości.
Bieżący rok to także 70. rocznica powstania Chińskiej Republiki Ludowej. Celem Chin jest doprowadzenie do socjalistycznej modernizacji do 2035 roku. W połowie tego wieku Chiny staną się wielkim, nowoczesnym państwem socjalistycznym.
Prezydent Xi podkreśla, że Chiny są w kluczowym dla swojego rozwoju momencie. „Z największą prędkością zmierzamy do spełnienia naszych marzeń” – mówi.

Przeszło 800 milionów internautów w Chinach

Z opublikowanego 28 lutego 2019 roku raportu Chińskiego Centrum Informacji Sieci Internetowej wynika, że do grudnia 2018 roku liczba użytkowników internetu wyniosła 829 milionów, w tym internauci mobilni stanowili 98,6 procent.

Według raportu, ponad 56 milionów to nowi chińscy internauci. Liczba użytkowników sieci wzrosła o 3,8 proc. w porównaniu z 2017 rokiem. Odnotowano 817 milionów internautów mobilnych, co oznacza wzrost ich liczby o 64,33 milionów. Używanie internetu przez telefony komórkowe w 2018 roku osiągnęło wartość 98,6 procent w porównaniu z 2017 rokiem, kiedy wartość ta wynosiła 97,5 procent. Jest to najczęściej wybierana droga połączenia się z internetem. Coraz więcej Chińczyków wybiera zakupy przez internet. Do końca ubiegłego roku liczba kupujących w sklepach internetowych w Chinach osiągnęła 610 milionów, wzrastając o 14,4 proc. w porównaniu z 2017 rokiem. Coraz popularniejsze jest zamawianie posiłków oraz zakup usług turystycznych – 400 milionów osób skorzystało z tego rodzaju oferty.
W 2018 roku wprowadzono oficjalnie „Ustawę o handlu elektronicznym”, która ma ważne znaczenie dla pobudzenia trwałego, zdrowego rozwoju branży.
Chińczycy przyzwyczajenie są do płatności za pomocą telefonów, tą metodą opłacono 67,2 proc. usług konsumpcyjnych.
Dojrzałość technologi internetowej pomaga w budowie rządu zorientowanego na usługi. Według raportu, liczba użytkowników usług rządowych online w Chinach osiągnęła 394 miliony, co stanowi 47,5 proc. wszystkich użytkowników internetowych. W 2018 roku chiński projekt „Internet + usługi rządowe” wspierał integrację online i offline oraz wzmacniał budowę jednolitej krajowej platformy udostępniania i wymiany danych.

Co poszło nie tak?

Mimo fiaska rozmów w Hanoi w sprawie dalszej denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego, porozumienie nadal jest możliwe. Strona amerykańska zwyczajnie przekonała się, że Kim Dzong Un nie przyjmie dowolnie surowych warunków, jakie mu postawią USA.

Wbrew sugestiom, które padały w większości światowych mediów głównego nurtu, ostatni szczyt w Hanoi między Donaldem Trumpem a Kim Dzong Unem nie zakończył się totalną klapą. Jego rezultat, a raczej brak takowego, należy oczywiście uznać za niepowodzenie. Sytuacja nie wygląda jednak tak, jak polskiej opinii publicznej usiłował wmówić żenujący tytuł w „Gazecie Wyborczej”: „Czy to koniec marzeń Trumpa o ucywilizowaniu północnokoreańskiego reżimu?”
Na ocenę wydarzeń miały z pewnością wpływ oczekiwania rozbudzone historycznym spotkaniem w Singapurze w czerwcu 2018 r., gdzie padła zapowiedź pełnej denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego. Spodziewano się nawet oficjalnego podpisania pokoju między USA a KRLD, które nie nastąpiło od czasu zakończenia działań wojennych w 1953 r. Tym razem politycy i dziennikarze rozjechali się w rzeczywiście zupełnie innej atmosferze. Rozmowy zakończyły się przed czasem, a obaj przywódcy opuścili podobno stolicę Wietnamu nie podawszy sobie nawet dłoni. W niczym nie przypominało to idyllicznych obrazków z poprzedniego szczytu.

Do czego doszło w Hanoi?

Można podpowiedzieć, że media amerykańskie – zarówno liberalne, niechętne Trumpowi, jak i The Fox News – odetchnęły z ulgą. Ich przekaz mógł bowiem z powodzeniem trzymać się starych, sprawdzonych torów: Kim zdradził, okazał się niewiarygodny, potwierdził, że Korea Północna jest globalnym zagrożeniem. Trump zatem musi „otrzeźwieć”, nie ustępować ani na krok i wrócić do obrony „wolnego świata” przed potworem z Pjongjangu. Ten spłycony i tendencyjny obraz warto zatem skorygować o fakty, które go komplikują, lecz świadczą jednocześnie o tym, że szansa na normalizację stosunków na Półwyspie Koreańskim jak najbardziej istnieje. Droga do niej jednak nie będzie łatwa ani oczywista.
Po pierwsze i najważniejsze, bezpośrednio po Hanoi obie strony potwierdziły gotowość do dalszych negocjacji – trzeba bowiem pamiętać, że w Singapurze Kim Dzong Un nie wyraził zamiaru jednostronnej rezygnacji z całości programu nuklearnego, tylko wyraził też oczekiwania ustępstw ze strony USA. Prezydent Trump, zanim opuścił stolicę Wietnamu powiedział wyraźnie: „Do następnego razu” i to zaraz po tym, jak w zniekształconej formie zrelacjonował stanowisko strony koreańskiej, próbując winą za brak wyniku obciążyć Kim Dzong Una. Zamiar dalszych rozmów deklaruje sekretarz stanu Mike Pompeo, którego w dużym stopniu należy obarczyć odpowiedzialnością za fiasko w Hanoi. Szans dialogowi nie odmawia nawet John Bolton, doradca Trumpa, który do niedawna regularnie i otwarcie wzywał dosłownie do wojny z Koreą Północną, i który w okresie prezydentury George’a W. Busha przyczynił się do zrujnowania programu porozumienia zapoczątkowanego za Billa Clintona.
Optymistyczny kurs został poza tym utrzymany w oficjalnym oświadczeniu, które padło w północnokoreańskiej telewizji. Narracja, jaką władze wypracowały na użytek polityki wewnętrznej, nieustannie, począwszy od czerwca, stara się zaszczepić Koreańczykom z północy rzeczywistą nadzieję na postęp dialogu ze Stanami Zjednoczonymi i wizję ostatecznego pojednania z Południem. Już sam ten fakt świadczy o historycznym przełomie i nadziei na jego kontynuację, jaką żywią władze. Sprawy zaszły już tak daleko, że w lecie 2018 r. Kim Dzong Un postanowił odwołać coroczne obchody rocznicy wybuchu wojny koreańskiej, które zawsze obfitowały w antyamerykańskie hasła i rytualne odgrażanie się Stanom Zjednoczonym. O samym przywódcy USA media rządowe zaczęły wyrażać się ze względnym szacunkiem, tytułując go nawet mianem prezydenta, a nie określając go lakonicznie „Trump”, jak miało to miejsce jeszcze rok temu. Oznacza to, że władza zamierza dalej targować się z USA, mając nadzieję na przezwyciężenie politycznej izolacji.
Ostatni szczyt zakończył się bez porozumienia, ponieważ obie strony „przestrzeliły” w swoich żądaniach. Trzeba przy tym koniecznie zauważyć, że Donald Trump minął się z faktami, zwyczajnie koloryzował, kiedy zaraz po przedwczesnym zakończeniu rozmów oświadczył, że Kim chciał od USA „zniesienia wszystkich sankcji”. Nie było tak. Mimo to wersję tę powtórzyli zarówno Pompeo, jak i Bolton. Strona koreańska zareagowała zwołaniem konferencji prasowej w środku nocy, na której minister spraw zagranicznych Ri Jong Ho wyjaśniał, że KRLD liczyła na zniesienie sankcji nałożonych na kraj po 2016 r. właśnie za kontynuację prac nad bronią jądrową. W zamian Kim Dzong Un oferował Trumpowi „trwały i pełny demontaż zakładów produkcji nuklearnej w strefie Jongbjon, łącznie z pozyskiwaniem plutonu i uranu, dokonany przy współpracy techników z obu krajów, w obecności ekspertów z USA”.
Ri podkreślił, że stanowisko Pjongjangu w sprawie sankcji, w tym zakresie jaki został wymieniony, „nigdy nie ulegnie zmianie”, sugerując zapewne, że nie oczekują od Amerykanów żadnej „mniejszej ulgi”. Stwierdził jednocześnie, że „lepsze porozumienie” cały czas jest możliwe, wspominając przy tym, że działania USA „na polu militarnym” mają dla jego rządu nawet większe znaczenie niż kwestia sankcji. To stanowisko konsekwentne w stosunku do ramowej deklaracji podpisanej w Singapurze, gdzie strony zapewniły o „budowaniu nowych relacji między obydwoma krajami” i „działaniach na rzecz utrwalania pokoju na Półwyspie Koreańskim”. Trump zdecydował się faktycznie na skromne ustępstwa w tym zakresie: najpierw zawiesił, potem znacznie zmniejszył skalę wspólnych ćwiczeń wojsk amerykańskich i południowokoreańskich, które odbywają się rokrocznie u granic Północy. Pjongjang od początku podkreślał, że jest to dla nich sprawa o kluczowym znaczeniu i oczekiwali w tej mierze więcej, czyli zwyczajnie planu wycofania wojsk, biorąc zwłaszcza pod uwagę, że w ramach własnych zobowiązań już wcześniej rozpoczęli wygaszanie Jongbjon, który w ich programie nuklearnym pozostawał najważniejszym kompleksem produkcyjnym .
Donald Trump mówił z kolei, że oczekiwał od Kima czegoś więcej niż zamknięcie Jongbjon. Miał na myśli udzielenie Amerykanom dostępu do wszystkich miejsc wytwarzania materiałów rozszczepialnych służących programowi nuklearnemu na terenie całej KRLD i umożliwienie im pomiaru rzeczywistych zdolności produkcyjnych. W praktyce oznacza to jednorazowe wyłożenie wszystkich kart na stół i położenie się „brzuchem do góry” w kwestii zdolności obronnych. Nic więc dziwnego, że Pjongjang nie jest na to gotowy, mając zwłaszcza na uwadze – jak określił to minister Ri – „obecny poziom zaufania”. Jest to zresztą bardzo drażliwa sprawa, obciążona historycznymi zaszłościami, bo na tle niezgody na to, by delegacje z USA mogły na terenie Korei Płn. szacować dokładnie jej zdolności produkcyjne, zerwany został plan porozumienia na początku lat 90. Wtedy jednak Amerykanie usiłowali ten warunek przeforsować całkowicie jednostronnie i poza pisemnymi ustaleniami – dzisiaj jest to część oficjalnego stanowiska negocjacyjnego.

Droga do klęski

Obie strony chciały za dużo. Dlaczego nie mogło dojść do porozumienia gwarantującego „trochę za trochę”, czyli częściowe ustępstwa po każdej stronie? Można przyjmować wyjaśnienia wizerunkowe: każdy z przywódców chciał w oczach swoich ludzi wyjść na „twardego”, żądając jak najwięcej. Ze strony Kima to zrozumiałe, bo mimo że posiada w swoim kraju pełnię władzy, to zdaje sobie sprawę, że historyczne otwarcie KRLD na świat kapitalistyczny może zachwiać pozycją elit partyjnych i wojskowych, od których w praktyce zależy.
W dniach 28-29 lutego Trump również znajdował się pod dużą presją, ponieważ w tym samym czasie Waszyngtonie przed Komisją Izby Reprezentantów ds. Nadzoru zeznawał jego były współpracownik Michael Cohen, po którym wszyscy spodziewali się ujawnienia nadużyć obciążających prezydenta. W tej sytuacji Trump nie mógł sobie praktycznie pozwolić na żadne ustępstwa wobec Kima, bo Demokraci i ich media by go „zjedli”. Jeszcze przed szczytem w Singapurze czołowi politycy Demokratów bezpardonowo atakowali go za „dogadywanie się z dyktatorem”. Teraz zatem faktycznie mógł sobie pozwolić tylko na twardą linię i pełen sukces w negocjacjach z Kim Dzong Unem lub odejście od stołu – co też ostatecznie zrobił.
Jednak poważniejsza refleksja nad przyczynami obustronnej porażki w Hanoi zwraca uwagę na fakt, że rozmowy dyplomatyczne niższego szczebla i tak skazały konferencję Kim-Trump na przegraną. Toczące się wcześniej negocjacje przygotowawcze osiągnęły identyczne rezultaty, czyli żadne. Na dodatek ich stanowiska negocjacyjne były identyczne – spotkanie Kima z Trumpem było po prostu ich powtórzeniem. Na co więc liczono? Dlaczego szczyt samych przywódców miałby się zakończyć powodzeniem? Nadzieje na to w pewnym stopniu wyjaśniają słowa Mike’a Pompeo: „Kiedy rozmawia się takimi krajami jak Korea Północna, często tylko najwyżsi rangą przywódcy są w stanie podejmować ważne decyzje”. W przypadku Kim Dzong Una to z pewnością prawda, oczywiście z wymienionym już zastrzeżeniem, że w obecnie zachodzącym procesie, który w dłuższym okresie teoretycznie może zachwiać całym systemem, musi on się liczyć ze swoimi kadrami.
W mniejszym stopniu jest to prawda w odniesieniu do obecnego prezydenta USA. Rzeczywiście, słynie on z autorytarnego stylu i kwestię dialogu z KRLD traktuje najwyraźniej jako punkt honoru, jednak doświadczenie już pokazało, że puszczony na tym polu samopas zachowuje się jak słoń w składzie porcelany. Na szczęście szkody, które narobił wcześniej okazały się odwracalne. Tak czy inaczej, po stronie amerykańskiej sprawa koreańska angażuje zbyt wiele grup interesu, by liczyć na to, że sama wola prezydenta jest rozstrzygająca. Liczy się tu nie tylko głos niesławnego kompleksu wojskowo-przemysłowego. Ważą się również stosunki z Chinami, które od czasu konferencji singapurskiej otwarcie chcą uchodzić za gwaranta porozumienia, czytaj: dają do zrozumienia, że ich interes też ma być wzięty pod uwagę.
Faktycznie więc, jeżeli zespoły robocze reprezentujące punkt widzenia szerszych gremiów odeszły z niczym od stołu negocjacyjnego, to w Hanoi prezydenci mogli tylko wykonywać rytualne gesty i dobrą minę do złej gry. Zawiódł bowiem cały proces dyplomatyczny, który miał miejsce po Singapurze. Oparty był na błędnych przesłankach. Strony myliły po pierwsze wszystkim w kwestii oczekiwań rywala. Przede wszystkim myliły się Stany Zjednoczone, sądząc, że Kim zgodzi się na wszystko w zamian za choćby namiastkę zniesienia sankcji. Tak oczywiście nie jest, bo w kwestiach gospodarczych Pjongjang ma w odwodzie właśnie Chiny i Kim jasno dał to do zrozumienia, kiedy zaraz po szczycie w czerwcu, tak samo jak i teraz, złożył serię wizyt w Pekinie. KRLD kilkukrotnie dawała z kolei do zrozumienia, że liczy na poważne kroki Stanów Zjednoczonych na obszarze demilitaryzacji półwyspu i oficjalnego zakończenia wojny. Od czasu Singapuru Amerykanie wykonali w tej sferze jedynie symboliczne gesty.
Zawiódł też plan oparty na założeniu, że po czerwcowej deklaracji Koreańczycy będą tak uszczęśliwieni faktem, że Trump chce w ogóle z nimi rozmawiać, że biorąc to za dobrą monetę zgodzą się już naó wszystko. Tak oczywiście nie było. Amerykańska grupa ds. KRLD, kontrolowana w dużej mierze przez samego Pompeo, nie osiągnęła w ciągu lata 2018 r. żadnego postępu, bo ciągle tylko chcieli kolejnych kroków Korei na drodze do „pełnej denuklearyzacji” (po tym, jak KRLD już je podjęła) nie dając nic w zamian. Nie chcieli słyszeć o oficjalnym zakończeniu wojny. Skończyło się na tym, że podczas lipcowej wizyty Pompeo w Pjongjangu Kim odmówił spotkania z nim, a wizyta zaplanowana na sierpień w ogóle została odwołana. Strona Trumpa sprawiała wrażenie jakby Kim Dzong Un pozbył się już całego arsenału i programu nuklearnego, oddał wszystkie atuty i był zdany na łaskę Waszyngtonu. A przecież sam fakt przyjaznej postawy premiera Korei Płd. Mun Dze Ina jest mu bardzo na rękę. Z powodu naiwności Amerykanów nad porozumieniem zawisło wtedy widmo kompletnego fiaska. Dała o sobie też pewnie znać arogancja znana z przeszłości, kiedy USA usiłowały Kimom jednostronnie narzucać swoje warunki.
Sytuacja nieco się zmieniła, kiedy rolę specjalnego wysłannika ds. Korei Płn. objął Stephen Biegun. On również starał się uzyskać od Pjongjangu zgodę na dokładne oszacowanie przez Amerykanów produkcji uranu i plutonu, tylko planował dochodzić do tego stopniowo. Najpierw oparł się na warunku ujawnienia rozmieszczenia całej infrastruktury nuklearnej, bo w tej kwestii wywiad USA ma rozbieżne dane. W międzyczasie Amerykanie oferowali wzmożenie wymiany dyplomatycznej, m.in. uruchomienie biur łącznikowych w stolicach obu krajów. Zapadła w końcu decyzja o ograniczeniu manewrów wojskowych na Południu. Biegun okazywał pewność siebie i oświadczył nawet w pewnym momencie, że Kim Dzong Un zgodził się na „pełne wstrzymanie działania zakładów wzbogacania uranu i plutonu”.
Tuż przed szczytem przywódców w Hanoi, zespół negocjacyjny z USA postawił warunek pisemnej gwarancji wstrzymania całej produkcji materiałów rozszczepialnych i demontażu infrastruktury bez godzenia się na złagodzenie sankcji. Brali pod uwagę jedynie pojedyncze wyjątki od sankcji ONZ i wznowienie pomocy humanitarnej przez organizacje pozarządowe. W tej sytuacji strona koreańska „podziękowała” Waszyngtonowi, a konferencja w Wietnamie była tylko spektaklem.

Mądrzy po szkodzie?

Sprawa nie jest jednak stracona, ponieważ obie strony chcą dalszych rozmów. Potwierdza to fakt, że Trump z Kimem porozumieli się jednak w sprawie biur łącznikowych i Pompeo zadeklarował, że współpraca na tej płaszczyźnie będzie się rozwijać. Należy uznać, że Hanoi zamknęło pewien konkretny etap na drodze do porozumienia, podczas którego strony nauczyły się nawzajem czegoś na własnych błędach. Prawdopodobnie porzucą podejście typu „wszystko albo nic” i przyjmą wariant stopniowych ustępstw, których realizacja pozwoli zbudować wzajemne zaufanie. Oczekiwane zmiany, których ukoronowaniem ma być podpisanie oficjalnego porozumienia pokojowego mają zbyt systemowy charakter, by mogły zostać wprowadzone „za jednym razem”.
Amerykanie przekonali się już też, że sankcje nie są dla Pjongjangu końcem świata. Owszem, ten ich zakres, w którym uchylenia ich chciał Kim, obejmuje m.in. handel surowcami, dostawy energii i żywności. To rzeczy o dużym znaczeniu dla koreańskiej gospodarki, która po 2016 r. została prawie całkowicie odcięta od świata. Dlatego podczas negocjacji strona koreańska dobitnie wskazywała, że chodzi o towary najistotniejsze dla zwykłych obywateli. Nie próbowano nawet podnosić kwestii zniesienia embarga np. na handel bronią. Kim Dzong Unowi zależy oczywiście na uchyleniu sankcji, ale dopóki będzie miał furtkę w postaci Chin, Trumpowi nie uda się go w tej sprawie postawić pod ścianą.
Żeby wywiązać się z własnej części deklaracji singapurskiej Amerykanie muszą wreszcie zrozumieć, że stawką jest całkowite odsunięcie groźby wojny na Półwyspie, a oni nie są tam u siebie – w coraz większej mierze myślą tak też Koreańczycy z Południa.
Pakt podpisany w Singapurze mówił też o budowie nowych relacji na bazie tworzenia dobrobytu. Jeżeli USA chcą dowieść rzeczywiście dobrej woli w kwestii przyszłości Półwyspu, będą mogli się wykazać w obliczu faktu, że Korea Płn. cierpi teraz dodatkowo z powodu potwierdzonej przez ONZ klęski nieurodzaju, która znacznie pogorszyła sytuację żywnościową w kraju. Waszyngton może więc poważnie potraktować potrzebę pomocy humanitarnej z prawdziwego zdarzenia – nie „fejkowej”, jak w przypadku Wenezueli, gdzie okazała się czystą prowokacją polityczną. Prawdopodobnie będzie to składnik dalszych rozmów między Pjongjangiem a Waszyngtonem.

Chiny przywiązują wagę do rozwoju gospodarki i rozszerzenia otwarcia w 2019 roku

Druga sesja Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych XIII kadencji została otwarta 5 marca w Wielkiej Sali Ludowej w Pekinie. Premier Li Keqiang wygłosił sprawozdanie z pracy rządu, w którym przedstawił przedsięwzięcia rozwoju gospodarki i rozszerzenia otwarcia Chin w 2019 roku.

Cele na 2019 rok

Li Keqiang powiedział, że główne chińskie cele rozwoju gospodarki i społeczeństwa w 2019 roku to:
– wzrost PKB o 6-6,5 procent;
– stworzenie 11 milionów nowych miejsc pracy w miastach;
– miejska stopa bezrobocia wyniesie około 5,5 procent;
– wzrost wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych o 3 procent;
– zasadnicze zrównoważenie bilansu płatniczego i poprawa jakości importu i eksportu na podstawie ich stabilizacji;
– zasadniczo stabilny markroekonomiczny stopień dźwigni finansowej i skuteczne zapobieganie ryzykom finansowym i fiskalnym;
– zmniejszenie liczby ubogich na wsiach o ponad 10 milionów i synchroniczny wzrost dochodów mieszkańców wraz ze wzrostem gospodarczym;
– dalsza poprawa środowiska ekologicznego, zmniejszenie zużycia energii na jednostkę PKB o około 3 procent, spadek emisji głównych zanieczyszczeń.

Zadania rządu na 2019 roku

Wśród 10 najważniejszych zadań rządu w 2019 roku jest wiele przedsięwzięć na rzecz wspierania rozwoju gospodarki. W zakresie redukcji podatku i kosztu, zmniejszony zostanie poziom VAT w przemyśle wytwórczym z 16 do 13 procent. W ramach stymulowania żywotności uczestników rynku zostanie skrócona lista negatywna dostępu do rynku, zaś wcielona zostanie w życie zasada „natychmiastowe wejście na rynek, bez zakazu na liście”. W bieżącym roku konieczne będzie przeprowadzenie reformy dotyczącej przyznawania licencji i koncesji dla przedsiębiorstw, aby mogły one jak najszybciej uzyskać licencję biznesową i zacząć swoją działalność. W dziedzinie finansów udoskonalony będzie mechanizm wsparcia finansowego i tworzenie parkietu giełdowego dla innowacji naukowej i technologicznej. Wprowadzony zostanie pilotażowy system rejestracji, aby pobudzać zdrowy i stabilny rozwój wielopoziomowego rynku kapitałowego. W sektorze inwestycji nastąpi rozszerzenie efektywnych inwestycji.
Zainwestowanych zostanie 800 miliardów juanów na kolej i 1,8 biliona juanów na drogi lądowe i wodne. Rozpocznie się realizacja projektów budownictwa wodnego oraz przyspieszone zostanie projektowanie i budowanie połączenia kolejowego Syczuan-Tybet. W tegorocznym budżecie centralnym udział kapitału inwestycyjnego wynosi 577,6 miliardów juanów, co oznacza o 40 miliardów więcej niż w 2018 roku.

Kontynuacja rozszerzenia otwarcia

Oprócz przedsięwzięć na rzecz rozwoju gospodarki, w sprawozdaniu wymieniono również zabiegi dotyczące rozszerzenia otwarcia. Trzeba pobudzać wszechstronne otwarcie na świat, kształtować nową współpracę i konkurencyjność w gospodarce międzynarodowej.
Li Keqiang oznajmił, że należy wspierać poprawę jakości importu i eksportu, zapewnić stabilizację oraz dywersyfikację rynku eksportowego. Trzeba rozszerzyć pokrycie ubezpieczeń kredytów eksportowych, reformować i udoskonalić politykę dla nowych branż, np. transgraniczny handel elektroniczny. Ponad to należy pobudzać innowacyjny rozwój handlu usług, poprowadzić transformację handlu przetwórczego przenosząc go w środkową i zachodnią część kraju, zoptymalizować strukturę importu i aktywnie rozszerzyć import, a także zorganizować drugą edycję China International Import Expo i usprawnić odprawy celne.
Poza tym, należy zwiększyć intensywność przyciągania inwestycji zagranicznych, w dalszym ciągu rozluźnić system dostępu rynku, skrócić listę negatywną dla kapitału zagranicznego. Powinno się umożliwić przeprowadzenie działalności gospodarczej przez przedsiębiorstwa zagraniczne w wielu dziedzinach.
Zdaniem premiera Chin, należy wzmocnić przejrzystość polityki i spójność jej wdrażania oraz stworzyć sprawiedliwe rynkowe środowisko dla przedsiębiorstw zarówno krajowych, jak i zagranicznych. Chińskie środowisko inwestycyjne ma stać się szansą rozwoju dla przedsiębiorstw zagranicznych w Chinach.
Budowa „Pasa i Szlaku” jest równie ważna. Należy postępować zgodnie z zasadami rynkowymi i międzynarodowymi regułami, aby pobudzać połączenie infrastruktury, wzmocnić międzynarodową współpracę zdolności produkcyjnej.
Li Keqiang podkreślił w sprawozdaniu z pracy rządu, że należy pobudzać liberalizację oraz ułatwienia w handlu i inwestycjach. Chiny stanowczo chronią globalizację gospodarki i wolny handel, aktywnie uczestniczą w reformie Światowej Organizacji Handlu. Chiny optują za współpracą korzystną dla obu stron oraz za rozwojem typu „win-win”, a także konsekwentnie opowiadają się za rozwiązaniem sporów handlowych na drodze konsultacji.

Chiny zawiniły, Rosję obwinili, Europa zapłaci

Prezydent USA Donald Trump ogłosił zerwanie traktatu INF zakazującego budowy i rozmieszczania rakiet średniego zasięg. Zawartego jeszcze w 1987 roku przez USA i Związek Radziecki. Porozumienie zakładało całkowitą likwidację odpalanych z lądu nuklearnych i konwencjonalnych rakiet i pocisków manewrujących o zasięgu od 500 do 5500 kilometrów.
Poprzedni spór zaczął się w 1975 roku, kiedy ZSRR rozpoczął rozmieszczanie w Europie nowego typu rakiet średniego zasięgu Pionier (SS-20). Miały one zastąpić przestarzałe systemy rakiet R-12 Dźwina (SS-4) i SS-5. Ale taka modernizacja zachwiała równowagę strategiczna z państwami Europy zachodniej.
NATO odpowiedziało rozmieszczaniem w Europie amerykańskich pocisków manewrujących BGM-109G i rakiet balistycznych MGM-31 Pershing. To doprowadziło do kolejnego wyścigu zbrojeń i eskalacji „zimnej wojny” w Europie pomiędzy państwami NATO i ówczesnego Układu Warszawskiego. Aby zapobiec dalszej kosztownej i niepotrzebnej eskalacji, obie strony rozpoczęły w 1980 rok w Genewie negocjacje o wycofania tej broni z Europy.
Po wieloletnim serialu spotkań w 1986 nastąpił przełom. W czasie szczytu amerykańsko- radzieckiego w Reykjaviku prezydent Reagan i gensek Gorbaczow zgodzili się na wzajemne wycofanie broni średniego i pośredniego zasięgu oraz ustalili limit głowic jądrowych, które mogły być instalowane na innych pociskach tego typu.
Rok później w Waszyngtonie USA i ZSRR podpisały ten traktat. Widmo wojny obu mocarstw w Europie przestało straszyć.

Dobry, choć martwy

Przez trzydzieści lat Europejczycy odzwyczaili się od wojennego zagrożenia, od wojen mocarstw na swym terenie. A po upadku ZSRR i rozszerzeniu Unii Europejskiej nastał w tym regionie przynajmniej dwudziestoletni okres wzrostu gospodarczego i cywilizacyjnego.
Tamto wzbogacenie się europejskich społeczeństw możliwe było też dzięki ograniczonym wydatkom na zbrojenia w tych państwach i późniejszej integracji z państwami z za „żelazną kurtyny”. A także dzięki wzmożonej kooperacji gospodarczej zachodniej Europy z Rosją. O czym dzisiaj, zwłaszcza w Polsce, zapomina się.
Z biegiem lat zawarty w Waszyngtonie traktat stawał się martwy. Nie tylko dlatego, że obaj sygnatariusze, czyli USA i Rosja, dziedzicząca go w spadku po ZSRR, obchodziły jego zapisy.
USA intensywnie rozwijały produkcję dalekosiężnych dronów, które okazywały się bardziej skuteczne w wojnach lokalnych niż tradycyjne rakiety średniego zasięgu.
Rosjanie unowocześniali i modyfikowali rakiety odpalane z okrętów, które formalnie nie podlegały ograniczeniom traktatowym, ale stanowiły siłę odstraszającą.
Taki właśnie rosyjski, zmodyfikowany pocisk 9M723 posłużył prezydentowi USA Trumpowi jako pretekst do wypowiedzenia traktatu INF.
Jednak, jak zgodnie podkreślają eksperci, to nie te rakiety znacząco zagroziły hegemonistycznej pozycji USA. Trump zerwał stary, martwy traktat z Rosją, aby zmusić Chiny do negocjacji czegoś nowego.
Rozpoczynając swą prezydenturę Donald Trump zapowiadał przegląd starych traktatów zawartych przez USA. Zerwanie „z iluzją traktatów”, które uzna za nieprzestrzegane albo efektywne dla interesów USA.
I właśnie za taki traktat uznał INF. Nie dlatego, że jego naruszanie ze strony Rosji rujnowało bezpieczeństwo USA. Przewaga militarna USA nad Rosją jest tak wielka, że nie zagrażają jej rakiety 9M723. Prezydent Trump chce zerwać ten traktat ze względu na wojnę polityczno-gospodarczą jaka rozpoczął z Chinami.
Podpisany w 1987 roku traktat INF nie obowiązuje Chin. Bo wtedy Chińska Republika Ludowa traktowana była jako biedne, zacofane technologicznie państwo „trzeciego świata”.
Ale w ciągu trzydziestu lat Chiny wyrosły na światową potęgę. Są dziś uznawane za drugą potęgę gospodarczą świata.
Jednocześnie Chiny konsekwentnie budowały i unowocześniały swe siły militarne. Robiły to „po chińsku”, czyli bez eksponowania swych atutów. Zajęta konfliktami na Bliskim Wschodzie, walką z terroryzmem islamskim, czy hybrydowymi wojnami na Ukrainie, atlantycka opinia publiczna nie interesowała się chińskimi zbrojeniami.
W państwach NATO wspominano o pierwszym chińskim lotniskowcu, ale nie zwracano uwagi na nowe chińskie rakiety średniego zasięgu. Zakazane w USA i Rosji, ale legalne w Chinach. Nie wspominano o stale rosnących tam budżetowych wydatkach na rozwój chińskiej marynarki wojennej, sił działających w cyberprzestrzeni i w sferze kosmosu.
Okazjonalnie wspominano też o chińskiej, konsekwentnej ekspansji na Morzu Południowo- Chińskim. O jednostronnym rozszerzeniu przez Chiny strefy swych wód terytorialnych. O przejmowaniu spornych archipelagów wysp Spratly i Paracelskich.
Co oznacza też przejęcie kontroli nad szlakami żeglugowymi w tamtym regionie. Nad handlem produktami „fabryk świata” z Chin i państw ASEAN.

Koniec lotniskowców

Jeszcze niedawno USA mogły panować nad szlakami handlowymi, czyli gospodarką, całego świata. Bo dysponowały dominującymi eskadrami lotniskowców. W razie konfliktu regionalnego USA wysyłało swe lotniskowce, osłaniane okrętami wsparcia, i otwierało parasol ochronny nad swymi sojusznikami. Parasol, który potrafił też skutecznie zaatakować.
Tak bywało w czasie wojen w Korei, Wietnamie. W czasie napięć Chiny – Taiwan, pomiędzy obu państwami koreańskimi. Teraz chińskie rakiety średniego zasięgu są w stanie zniszczyć taki parasol. Tym samym USA straciła swą przewagę w tym regionie.
Zatem zerwanie przez prezydenta Trumpa układu ograniczającego USA w produkcji i rozmieszczaniu rakiet średniego zasięgu to przede wszystkim straszak wobec Chin. Bo przecież od teraz amerykańskie rakiety mogą być zainstalowane na Tajwanie, w Republice Korei, czy w antychińskim dzisiaj Wietnamie.
Wizja amerykańskich rakiet w sojuszniczych państwach Azji Południowo- Wschodniej ma skłonić Chiny do ustępstw w amerykańsko- chińskiej wojnie gospodarczej.

Europejska peryferia

Prezydent Donald Trump wielokrotnie wykazywał swą niechęć do integracji europejskiej. Krytykował europejskie państwa NATO za ograniczanie wydatków na zbrojenie. Przestrzegał, że USA nie będzie bronić europejskich sojuszników, jeśli oni sami się nie dozbroją.
Wypowiadając traktat INF prezydent Trump wciągnął cały świat w stan „bez traktatowy”. W nowy wyścig zbrojeń. Wielce kosztowny dla wszystkich.
Zapewne liczy na to, że tak przyciśnięte Chiny, i Rosja też, spasują w tej pokerowej rozgrywce. Zasiądą z nim do negocjacji. Aby podpisać zaproponowany im nowy traktat.
Bogaty prezydent bogatego państwa może sobie pozwolić na takie biznesowe zagrywki. Ale co stanie się w naszej Europie zanim wielcy tego świata siądą do stołu?
Jakie koszty poniesiemy kiedy oni nie podpiszą nowych porozumień?
Zaczynając taką rozgrywkę prezydent Trump pokazał, że interesy jego europejskich sojuszników są dla niego drugorzędne. To zrozumiałe dla przywódcy deklarujący dogmat „Ameryka wpierw”.
Ale czy Polska chce takiego wyścigu zbrojeń? I czy stać ją na to?
Polityka rządu PiS konsekwentnie doprowadziła do osłabienia więzi z państwami Unii Europejskiej. Polska przestała wspierać Europejską Politykę Bezpieczeństwa i Obrony/CSDP/. Demonstracyjnie zerwała kontrakty zbrojeniowe z francuskim Airbusem na rzecz mglistych, ale amerykańskich ofert.
Rząd PiS- u zademonstrował kilka wiernopoddaństwa aktow wobec ekipy prezydenta Trumpa. Kreując się na najwierniejszego sojusznika USA na wschodniej flance NATO.
Symbolem tej polityki stało się zbieganie, za wszelką cenę, o stałą amerykańską bazę wojskową. Nazwaną lizusowsko przez polskich polityków „Fort Trump”. Obecność amerykańskich wojsk na polski mogło sprzyjać wzrostowi bezpieczeństwa polskiego w czasie istnienia traktatu INF. Nawet nie w pełni przestrzeganego. Ale brak takiego traktatu i eskalacja nowej „zimnej wojny” sprawiają, że ten wymarzony „Fort Trump” już nie będzie w stanie zapewnić bezpieczeństwa Polsce w razie konfliktu z Rosją. Przeciwnie wzmocni rolę Polski jako pierwszorzędnego celu w razie każdego konfliktu Rosja – USA. Jako pierwszorzędnego, choć peryferyjnego sojusznika.
Elity PiS wielokrotnie deklarowały sojusz z Urbanowskimi Węgrami. Stawiając Węgry jako wzór suwerennej polityki międzynarodowej państwa Europy Środkowo- Wschodniej.
Tymczasem Węgry deklarują swą neutralność w wojnie gospodarczej pomiędzy USA i Chinami. Nie zrywają więzi gospodarczych z Pekinem. Podobnie traktują swą współprace gospodarczą z Rosją. W sferze militarnej ogłosiły właśnie, że zakupią helikoptery we Francji, czołgi w Niemczech, a samoloty od Szwecji.
I pomimo twego zachowują swe członkowstwo w NATO. I są szanowanym przez USA sojusznikiem w Europie.

Kim w Pekinie

Do stolicy Chin przybył przywódca Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej Kim Dzong-Un. Jego wizyta wpisuje się w ciąg działań mających doprowadzić do trwałego odprężenia na Dalekim Wschodzie, zainicjowanych przed rokiem jego noworocznym orędziem. Wskazuje też wyraźnie, że wbrew temu, co może myśleć sobie prezydent USA Donald Trump, nie jest to tylko rozgrywka między Waszyngtonem a Pjongjangiem, ale znaczący – jeśli nie zasadniczy – głos ma jeszcze jeden partner.

Wizyta Kim Dzong Una zaplanowana została na trzy dni – potrwa do 10 stycznia. Do ostatniej chwili była utrzymywana w tajemnicy – oficjalne media poinformowały o niej dopiero gdy południowokoreańska agencja Yonhap zauważyła, że specjalny pociąg przewodniczącego Kima przekroczył granicę w Dandong. Zauważono to dzięki wielkiej koncentracji sił bezpieczeństwa wokół stacji. Kim Dzong Un nie lubi bowiem latać samolotem – preferuje poruszać się swoim specjalnym, zielono-żółtym pociągiem. W ten sam sposób udał się do Pekinu w ubiegłym roku.

Przez pierwsze sześć lat, odkąd przejął władzę w Pjongjangu po swoim ojcu, Kim nie podróżował za granicę w ogóle. W ciągu ubiegłego roku był jednak w Pekinie i spotykał się z prezydentem Xi Jinpingiem trzy razy. Pokazuje to wyraźnie, jak ważnym partnerem są dla niego Chiny. Znamienne też jest, że do kolejnej wizyty dochodzi w czasie, gdy planowane jest drugie spotkanie między przywódcą KRLD i prezydentem USA Donaldem Trumpem. Domyślać się należy, że ma ona być przede wszystkim sygnałem, że Kim nie jest osamotniony, że Stany Zjednoczone nie mogą starać się go wyizolować i rozgrywać w pojedynkę, lecz cały proces wpisuje się bardzo szeroki kontekst regionalny, gdzie nie tylko Waszyngton ma swoich zależnych od siebie sojuszników. Warto zwrócić zresztą uwagę, że w podobną stronę zmierzają też enuncjacje prezydenta Korei Południowej Mun Dze Ina, który w ubiegłym roku kilkakrotnie roztaczał wizje planu pokojowego i przyszłego rozwoju regionalnego, także w wymiarze budowy rodzaju wspólnoty ekonomicznej, właśnie wymiarze regionalnym.

Noworoczne orędzie przewodniczącego Kim Dzong Una na rok 2018 okazało się sygnałem przełomu. Tegoroczne wpisywało się w proces odprężenia na Półwyspie Koreańskim, ale także zawierało istotne elementy. Przede wszystkim było sygnałem, że Pjongjang nie ma zamiaru podporządkować się amerykańskiemu dyktatowi, powtarzające argumentację, jak pojawiła się po północnokoreańskiej stronie po wypowiedzi doradcy prezydenta USA Johna Boltona, który pozwolił sobie na stawianie ultymatywnych warunków. Również więc i teraz przewodniczący Kim zaznaczył, że gotów jest na denuklearyzację, ale nie może to być rozbrojenie jednostronne, lecz muszą mu towarzyszyć gwarancje ze strony USA i konkretne kroki ze strony Waszyngtonu eliminujące zagrożenie wobec państwa północnokoreańskiego. Oprócz tego Korea Północna oczekuje, że jej zaangażowanie w proces rozbrojenia spowoduje zniesienie sankcji ekonomicznych, te jednak są w dalszym ciągu utrzymywane i strona amerykańska nie sprecyzowała, w którym momencie je zniesie.

Którędy, Europo?

Z europosłanką Marią João Rodrigues, wiceprzewodniczącą frakcji Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów (S&D), rozmawiają Piotr Gadzinowski i Grzegorz Waliński.

 

Czy lubi pani Fado?

Jestem Portugalką, ale w kategoriach emocjonalnych nie jestem jego największą wielbicielką Fado. To specyficzna tradycja Portugalii, wywodząca się ze splotu różnych wpływów kulturowych, ale jest smutne. A ja nie bardzo przepadam za takim stanami emocjonalnymi. Bliższe są mi emocje ludzi, którzy wyglądają ku lepszej przyszłości. To także część portugalskiej tradycji.

 

Moje pytanie nie było jednak przypadkowe. Pani jest z jednej strony Europy, ja – z drugiej strony Unii Europejskiej. Chcą się do niej dostać setki tysięcy ludzi, często ryzykując swoje życie. Z drugiej strony ci, którzy są w UE, coraz bardziej jej nienawidzą. Dlaczego?

Bardzo długo Unia Europejska była bardzo atrakcyjna. Wiele nowych państw chciało do niej dołączyć. To się jeszcze nie skończyło. Kraje bałkańskie, które jeszcze do Unii nie należą, nadal mają takie ambicje. Zatem nadal jest ona projektem atrakcyjnym. Muszę jednak przyznać, że Unie nie nie spełnia wszystkich oczekiwań, jakie w niej pokładamy. Potrzebujemy więc innej Unii. Myślę, że teraz nadszedł czas, aby postępowe siły zjednoczyły się w Europie, aby zmienić kierunek jej rozwoju. To jest konieczne. Musimy zmienić Europę.

 

Dziś uczestniczyliśmy w konferencji zatytułowanej „Za zjednoczoną Europą Socjalną”. Mówiono tam, że jesteśmy razem, że wracamy do starych wartości Unii, ale wielu uczestników tej dyskusji miało do tego wyraźnie sceptyczny stosunek. Że to tylko takie frazesy. Pojawia się więc pytanie, czy my, socjaliści, powinniśmy podtrzymywać ten stan Unii Europejskiej, czy mamy go zmieniać. Bo przez wielu naszych krytyków jesteśmy – jako Postępowi Socjaliści i Demokraci – postrzegani jako beneficjenci, rentierzy „dobrej” Unii. Jak mamy ją więc zmieniać.

To była konferencja na naprawdę wysokim szczeblu. Uczestniczyłam w wielu konferencjach na podobne tematy w całej Europie, mam zatem skalę porównawczą, aby powiedzieć, że to w czym brałam udział dziś to nie było prawienie okrągłych frazesów. Na dzisiejszej konferencji udało nam się określić nowe cele przed nami i potrafiliśmy przedstawić przygotowywane przez nas rozwiązania, dzięki którym zmienimy kierunek, w którym zmierza Europa. A potrzebne są konkrety. Jesteśmy pomiędzy globalnymi potęgami. Niektóre z nich zatapiają się w nacjonalistycznych iluzjach. Mówię tu o takich sprawach jak „America First”, ale też o tym jak swoją rolę w świecie widzą Chiny czy Rosja. Musimy zapewnić warunki, w których nasz europejski sposób życia będzie respektowany i będzie mógł trwać. To ważny powód sprawiający, że Unia Europejska musi być silna. Tylko w ten sposób będziemy w stanie rozmawiać z innymi globalnymi siłami, powiedzieć im, że my chcemy tu żyć tak jak żyjemy i oczekujemy, że to zostanie uszanowane. To musi być wyraźnie stawiane podczas negocjowania wielkich umów handlowych. Jest to oczywiste, że jeśli chcemy aby te umowy wpisywały się w nasze standardy, również nasze standardy stosunku ochrony środowiska, musimy używać pełnej siły Unii. Żadne z państw europejskich, nawet najsilniejsze,nie będzie miało tej siły negocjacyjnej.

Drugi powód, to skuteczność naszych działań wobec zmiany klimatu. Dziś dla każdego jest oczywiste, że ona następuje. Przyjęta została Deklaracja Paryska wyznaczająca nowe standardy, i Europa wzięła na siebie rolę lidera ich wcielania w życie. Ma to kluczowe znaczenie dla uratowania naszej planety. Chcemy też wspierać ludzi dotkniętych tą polityką. Jeśli pracownicy tracą miejsca pracy na skutek wdrażania nowej polityki energetycznej, jest oczywiste, że muszą oni otrzymać wsparcie umożliwiające im znalezienia nowego zatrudnienia. Tak rozumiem postępowe, europejskie podejście do zmiany polityki energetycznej.

Trzeci obszar, nie mniej istotny, ważny przede wszystkim dla młodych ludzi, to transformacja cyfrowa. W tym zakresie nasze podejście jest bardzo różne od tego, jak widzą tę sprawę Amerykanie czy Chińczycy. Wiemy, że chińska polityka w tym zakresie nie respektuje wolności osobistych, w Stanach Zjednoczonych prywatne dane osobowe są wykorzystywane w celu generowania zysków dla wielkich operatorów cyfrowych. Tymczasem podstawą podejścia europejskiego jest ochrona prywatności, zapewnienie, że nikt nie będzie manipulował naszą demokracją. W naszym rozumieniu rewolucja cyfrowa dokonująca się na naszych oczach ma służyć poprawie jakości życia, poprawić dostęp do służby zdrowia, do edukacji, do usług publicznych, do poprawy naszej samorządności. Wierzę głęboko, że tym okresie PES powinna stać się liderem zmian wynikających z transformacji naszego cyfrowego otoczenia w Europie.

 

Wszystko wskazuje na to, że w najbliższej przyszłości globalna sytuacja będzie wyglądać tak, że jej aktorami będą Unia Europejska, Stany Zjednoczone i Chiny. W jakimś stopniu może też Rosja i Indie. A tymczasem UE nie ma nadal wspólnej polityki wobec Chin. Chiny preferują stosunki bilateralne, czyli rozgrywają poszczególne państwa. Wręcz przekupują je, oferując duże kontakty. Na przykład na zakup samolotów od Airbusa, innych technologii od Niemiec. Jednocześnie, jeżeli się pojawi jakaś okazja, ja ta dzięki której Chiny mogą kupić port w Pireuse, traktują to jako soldy. W rezultacie UE jako całość jest wobec Chin dość bezbronna.

Należy wyjaśnić, na czym polega europejska strategia rozwijania stosunków z Chinami. Nie ulega wątpliwości, że są one jednym z najważniejszych graczy na świecie, a będą jeszcze ważniejszym. Pierwsza rzecz, to potrzeba bardziej skoordynowanego stanowiska. Musimy też monitorować chińskie inwestycje bezpośrednie w Europie. Generalnie, musimy zwracać uwagę na to, czy zewnętrzni inwestorzy w Europie nie naruszają naszych strategicznych interesów. Musimy panować nad naszą przestrzenią, która nie jest tylko rynkiem czy strefą walutową. Unia Europejska musi więc zachowywać się jako wspólna, geopolityczna jednostka. I powinno się to opierać tylko na grze ekonomicznych interesów, ale podlegać demokratycznej kontroli i brać pod uwagę również wymiar społeczny i kulturowy. Najwyższy czas, aby Unia stała się wreszcie takim organizmem strategicznym. Z tego powodu musimy określić spójną strategię wobec innych globalnych graczy. Jeśli idzie o Chiny, chcę przypomnieć, że mamy z nimi strategiczne partnerstwo. Brałam udział w przygotowaniach do europejsko-chińskich szczytów. Musimy powiedzieć stronie chińskiej, że oczekujemy wzajemności, że nie mogą oczekiwać od nas pełnego otwarcia naszego rynku podczas gdy swój trzymają zamknięty. Z drugiej strony muszę podkreślić, że należy przede wszystkim skupić się na pozytywnych aspektach współpracy między Europą a Chinami i je przede wszystkim rozwijać. Skupić się na tym, co jest naszym wspólnym interesem. Chiny zobowiązały się wdrażać porozumienie paryskie i agendę na rzecz trwałego rozwoju. Chiny pojęły wysiłek, aby stworzyć spójny system ochrony społecznej. W naszym najlepiej pojętym interesie jest, aby Chinom udało się te cele zrealizować. Podniesienie standardów społecznych w Chinach zmniejszy ich skłonność do dumpingu i wpłynie na zrównoważenie ich konkurencyjności w stosunku europejskiego modelu społecznego. Dlatego to są obszary, w których musimy z Chinami współpracować. Musimy także zachęcać na Chiny aby wspierały system światowy oparty na wielostronności, na który czynią zakusy takie kraje jak Stany Zjednoczone czy Rosja. Ostatnia sprawa związana jest z chińskim projektem Jedwabnego Pasa i Szlaku. To nie jest tylko frazeologia. To projekt, dzięki któremu Chiny chcą zdefiniować swoje miejsce w świecie. Na ten projekt Unia powinna odpowiedzieć równie ambitnym projektem. Musimy wspierać naszych sąsiadów, starać się ustanawiać pokój i inspirować rozwój wśród nich. Odnosi się to do Bałkanów, także do Ukrainy, ale też do Afryki.

 

Prezydent Trump publicznie cieszył się z Brexitu. Kiedy do niego dojdzie, UE straci państwo, które nie tylko jest wielką gospodarką, ale dysponuje i bronią jądrową i wielką armią. Czy zatem Unia powinna budować własne siły zbrojne, skoro dotychczasowy sojusznik – USA – jest wobec UE sceptyczny, a jeden z jej filarów wypada poza nią. Czy my, socjaliści, powinniśmy popierać budowanie wspólnej europejskiej armii?

Proszę mi pozwolić zacząć od powiedzenia kilku słów o Brexicie. Musimy respektować podjętą w demokratyczny sposób decyzję Brytyjczyków. Należę jednak do tych, któzy są zdania, że była ona podjęta w oparciu o mylące informacje, albo wręcz brak informacji. Co się rzeczywiście stanie – nie wiemy, bo nadal czekamy na decyzję brytyjskiego parlamentu. Dopiero po niej nastąpi decyzja Parlamentu Europejskiego. Dostrzegamy, że administracja prezydenta Trumpa w sposób jednoznaczny wspiera zerwanie Wielkiej Brytanii z UE, co wskazuje, że że założeniem jej polityki jest dzielenie Unii, jej osłabianie. Tu sygnał głębokiej zmiany amerykańskiej polityki, która dotąd zawsze wspierała UE i sprzyjała europejskiej integracji. Dlatego PES zupełnie otwarty krytykuje stanowisko prezydenta Trumpa. Jeśli prezydent Tramp powiada, że Brexit może być przykładem dla innych członków Unii, uważam że to zupełnie błędne podejście. Wierzę, że za tym przykładem nikt inny nie podąży. Wszystkie sondaże opinii to potwierdzają. Obywatele Europy mogą być krytyczni wobec Unii, ale wiedzą też, że jest im potrzebna. A to wielka różnica.
Druga sprawa polega na tym, że Brexit zaowocował pewnym paradoksem. Właśnie wobec Brexitu i polityki prezydenta Trumpa staje się powodem, dla którego Europa tym bardziej powinna tworzyć własny potencjał obronny. Nie w takim rozumieniu, że miałby on zastąpić NATO, ale je uzupełnić, równocześnie dając nam autonomię w podejmowaniu decyzji. Z tego powodu widać jasno, że coraz więcej europejskich przywódców deklaruje wsparcie dla tworzenia wspólnego europejskiego potencjału obronnego. Na koniec chciałabym podkreślić, że dzięki temu projektowi będziemy mogli wyznaczyć wspólne standardy i wzmocnimy naszą pozycję na arenie międzynarodowej. Będzie lepsza koordynacja, nie mówiąc o tym, że będzie to kolejny krok eliminujący możliwość wewnątrzeuropejskich wojen, takich jak te w ubiegłym wieku.

 

Wróćmy do sprawy wspólnej Europy. Jestem częstym gościem w Azji, w Chinach, w Wietnamie, w Korei. Tam nasza Europa postrzegana jest na dwa sposoby. Z jednej strony region czysty ekologicznie, uregulowany, utrzymujący wysokie standardy, w którym nie ma podróbek, ale również jako taki „dom spokojnej starości”. Z drugiej strony – jako region nadal innowacyjny, produkujący patenty. Bardzo się ucieszyłem, że socjaliści optują za zwiększaniem programu Erasmus, ale Chińczycy wysyłają studentów na najlepsze amerykańskie, europejskie czy australijskie uczelnie, a jednocześnie mają program ściągania ich z powrotem. Czy my, socjaliści moglibyśmy stworzyć taki program, żeby nie tylko integrować naszych studentów, ale zapobiegać drenażowi mózgów? Dlaczego pozwalamy na to, że „produkując” dobrych studentów, także dzięki Erasmusowi, a równocześnie pozwalamy „podbierać” nam absolwentów.

Wskazuje pan na bardzo istotny problem. Przekuwanie edukacji i wiedzy w instrument, który będzie służył poprawie naszych standardów życia powinno być centralnym celem postępowej orientacji w Europie. To była sprawa, w którą byłam bardzo zaangażowana już w czasach, gdy była tworzona Strategia Lizbońska. W tedy strategiczne podejście do tych problemów było wypracowywane przez UE po raz pierwszy. Wtedy przyjęliśmy, że chcemy być kontynentem, którego siłą opiera się na edukacji i wynikającej z niej innowacyjności. Wówczas jeździłam po całej Europie prezentując tę strategię. Byłam również w Polsce, na spotkaniu z ciałem, które nazywało się Polska Rada Lizbońska. Wówczas udało się zmobilizować bardzo silne wsparcie dla tego podejścia. Potem jednak, na skutek kryzysu finansowego, Europa wytraciła moment. Musimy teraz wrócić do tego, aby wykorzystać edukację i innowację w celu generowania wzrostu, tworzenia nowych miejsc pracy, zielonej transformacji. Mamy wielki potencjał badawczy, mamy pokolenie najlepiej wykształcone w całej historii, ale nie umiemy dyrygować tą orkiestrą. Nie umiemy wspierać współpracy pomiędzy badaczami, przemysłem i innymi środowiskami. A to powinna być jeden z naszych centralnych celów na nadchodzący czas, aby taką współpracę tworzyć. Musimy ukierunkować na rzecz tego procesu dokonującą się właśnie rewolucję cyfrową. Europa jest zacofana w stosunku do Stanów Zjednoczonych i Chin w drugiej fazie tej rewolucji. Polega ona na usieciowianiu i udostępnianiu w sieci nowych obszarów. Mówimy o wprowadzaniu do sieci naprawdę gigantycznych ilości informacji, która powinna trafić w chmury obliczeniowe, tworzyć sztuczną inteligencję. Powinniśmy naprawdę skupić się na inicjowaniu rozwoju w tym kierunku, ale i na takim nim kierowaniu, aby wpisywał się w potrzeby naszego, europejskiego sposobu życia.

 

Dziękuję za rozmowę. I chciałbym wyrazić równocześnie nadzieję, że nasza europejska, wspólna ale i różnorodna inteligencja będzie lepsza niż sztuczna inteligencja stworzona przez Amerykanów czy Chińczyków. Bo w tej różnorodności kryje się jej wartość dodana.

 

 

Wywiad został przeprowadzony podczas konferencji „Za zjednoczoną Europą Socjalną – wznieść się ponad podziałami, zaoferować alternatywę”, która odbyła się w Krakowie, 30 listopada 2018 r.

Historia KFC w Chinach Od luksusu do powszechności

Fot. Autor (po lewej) wraz ze swoimi przyjaciółmi z uniwersytetu: Guan, Yin i Liang w restauracji KFC w Qianmen, Pekin, 8 grudnia 2018.

 

 

Kiedy w ubiegłym tygodniu przyjechało do Pekinu kilku moich dawnych kolegów z uniwersytetu, planowaliśmy zrobić to, co zwykle: znajdziemy dobrą restaurację, może nawet trochę luksusową, gdzie będzie można dobrze zjeść. Kiedy ktoś zaproponował, że pójdziemy do KFC, myśleliśmy, że nie mówi tego zbyt poważnie.
Qianmen, co oznacza „Wieża Frontowa”, to ważny budynek, jak Champs-Élysées w Paryżu. Obiekt położony na południe od placu Tiananmen, jest ważnym centrum kulturalnym i handlowym. Kiedy spacerowaliśmy tam w grudniowy wieczór, szukaliśmy restauracji KFC, którą odwiedziliśmy razem przeszło 30 lat temu. Restauracja ta wygląda podobnie jak wszystkie inne KFC na świecie. Wyjątkiem jest to, że nad jej drzwiami wisi napis „12 LISTOPADA 1987. PIERWSZY PUNKT W CHINACH” w języku angielskim i chińskim, wraz z wizerunkiem Harlanda Sandersa, założyciela międzynarodowej sieci fast food.
Czy to aby na pewno to miejsce, które odwiedziliśmy wspólnie wiele lat temu? Mieliśmy wątpliwości. Nawet ja, choć od jej otwarcia mieszkałem w Pekinie. Sprzedawca zapewnił nas, że restauracja od lat jest w tym samym miejscu. Trudno to stwierdzić, bo wokół niej powstało wiele nowych budynków, a pierwsze i drugie piętro zmieniło się w restaurację Pizza Hut oraz hotel. W końcu zamówiliśmy posiłek – nasz kolega Liang jest entuzjastą zdrowego odżywiania, dlatego wybór z menu zajął mu trochę czasu, w końcu zamówił piersi kurczaka. Usiedliśmy przy stole i rozpoczęliśmy podróż do naszych wspomnień.
Otwarcie pierwszego chińsko-amerykańskiego joint venture było pierwszą wiadomością tego dnia w Chinach. Ambasador Stanów Zjednoczonych i urzędnicy wysokiego szczebla w Pekinie zostali zaproszeni do przecięcia wstęgi podczas ceremonii otwarcia. Uroczystości towarzyszyło przedstawienie Yangko, czyli tradycyjny taniec, który wykonuje się podczas żniw. Tłum klientów chciał wejść do restauracji, policjanci formowali kolejki. Mieszkańcy Pekinu czekali nawet 2 godziny, by móc spróbować amerykańskiego fast foodu.
KFC było nieosiągalne dla większości Chińczyków. Jeden kawałek kurczaka kosztował dwa i pół juana, co było luksusem, gdyż przeciętne wynagrodzenie pracownika rządowego osiągało około 100 juanów miesięcznie.
Jednak ceny nie odstraszały. KFC było symbolem zachodniego stylu życia. Zdarzało się nawet, że na drugim piętrze KFC przy Qianmen młodzi pekińczycy brali ślub.
Dopiero kilka miesięcy po otwarciu restauracji przy Qianmen mój nauczyciel angielskiego zaprosił wszystkich 18 uczniów z naszej klasy do poznania „amerykańskiej kultury”. Entuzjastycznie przyjęliśmy tę wiadomość. Wtedy nie przyszłoby mi do głowy, że pójdę do KFC sam, bo jeden posiłek tam kosztował mnie tyle, ile wydawałem na jedzenie przez 4 dni.
Kiedy siedzieliśmy tam, jedząc kurczaka, w tym samym miejscu trzydzieści lat później, wspominaliśmy nasz pierwszy posiłek w KFC. Pamiętaliśmy kolejkę, w której staliśmy ponad godzinę. Spróbowałem wtedy wszystkiego co było w ofercie: kurczaka, ziemniaki, chleb, nawet sałatkę coleslaw, która była nieco zbyt słodka jak na mój gust, ale zjadłem, bo pomyślałem sobie, że nie może się to zmarnować.
Nasza koleżanka Guan, obecnie będąca profesorem na uniwersytecie w Chicago, zapamiętała, że kiedy jej ojciec odwiedził Pekin zaproponował, że zabierze ją na kolację. Bez wahania wybrała restaurację KFC na Qianmen. Ojciec zamówił dla niej posiłek, ale nie dla siebie, mówiąc, że już zjadł coś wcześniej. Dziś myślę, że tego dnia nic nie jadł – powiedziała Guan z poczuciem winy.
Rozmawialiśmy długo, aż do godziny 23. Rozejrzałem się po cichej restauracji. Para nastolatków słuchała czegoś na komórce, używając jednej pary słuchawek. Nad nimi wisiał plakat informujący, że w 2010 roku KFC miała 3000 punktów w Chinach. Teraz sieć ma ponad 5300 restauracji w ponad tysiącu miast i miasteczek.
Pomimo otwarcia nowych punktów, przez lata KFC straciło swój blask jako ekskluzywna restauracja. Teraz tak jak wiele innych restauracji w okolicy, KFC oferują tani fast food dla uczniów czy studentów.
Dziś zwykły posiłek w KFC to zaledwie jedna siódma dziennego wynagrodzenia chińskiego pracownika. Dostępne są inne restauracje, w których można spróbować potraw z różnych regionów Chin czy świata. Wystarczy przespacerować się po ulicy przy Qianmen, gdzie znajdują się restauracje w stylu włoskim, niemieckim, hiszpańskim, meksykańskim i japońskim, nie wspominając już o sklepach oferujących chińskie specjały jak hotpot i pieczona kaczka.
Żywność to tylko mała część wydatków, zwłaszcza dla mieszkańców chińskich miast. Chińczycy wydają pieniądze na kupno domu lub samochodu, wakacje w Chinach lub za granicą, studia dla swoich dzieci poza Chinami. Coś co jeszcze nie tak dawno było luksusem, jak siłownia, masaż czy kino, dziś jest codzienną przyjemnością.
Smażony kurczak z KFC może i smakował tak samo, ale nasze wybory się zmieniły.

Li Peichun jest starszym redaktorem serwisu angielskiego, Chińskie Radio Międzynarodowe, Chińska Grupa Mediów.

Cud eliminacji ubóstwa dzięki reformom i otwarciu Chin 40 lat chińskich reform

Fot. Liu Ying, z Prefektury autonomicznej mniejszości etnicznej Miao i Dong w prowincji Guizhou, pomogła ponad 2 tysiącom kobiet w znalezienie zatrudnienia przy w haftowaniu tkanin. Dochód każdej rodziny zwiększył się o 10 tysięcy juanów. Na zdjęciu: 9 grudnia 2018 roku, Liu Ying (po lewej) udziela koleżance instrukcji dotyczących haftowania.

 

 

W ciągu 40 lat reform i otwarcia na świat ponad 700 milionów Chińczyków wyszło z absolutnego ubóstwa. Stanowi to ponad 70% ludzi, którzy wyszli z biedy w skali całego świata. Oznacza to, że stopa ubóstwa zmniejszyła się o 94,4%. Chiny są pierwszym krajem rozwijającym się, który zrealizował ONZ-etowski cel zlikwidowania ubóstwa w ramach Milenijnych Celów Rozwoju.

 

Jako kraj rozwijający się posiadający największą populację, Chiny są konsekwentnie aktywnym inicjatorem i silnym promotorem globalnych działań mających na celu likwidację ubóstwa. W latach 2012 – 2017 zanotowano w Chinach najlepszy wynik w historii w walce z biedą: z ubóstwa zostało wyciągniętych 70 milionów mieszkańców, w każdej minucie 26 osób wyszło z biedy, stopa ubóstwa spadła z 3,1% do 10,2%, liczba ubogich powiatów zmniejszyła się o 153. Dzięki reformom i otwarciu redukcja ubóstwa w Chinach przebiega według właściwych zasad. Podstawowa strategia to precyzyjna redukcja biedy, która skutecznie rozwiązuje problem „kto, komu i jak pomaga” w walce z ubóstwem. Wytyczono politykę, która pozwoliła stworzyć system redukcji ubóstwa, w którym dominującą rolę odgrywa rząd.
Zdaniem sekretarza generalnego ONZ António Guterresa, strategia precyzyjnej redukcji ubóstwa to jedyny sposób pomagania najbiedniejszym ludziom i realizacji celów Agendy na Rzecz Zrównoważonego Rozwoju 2030. Chiny wyciągnęły już kilkaset milionów ludzi z ubóstwa i chętnie dzielą tym doświadczeniem z innymi państwami rozwijającymi się.
Obecnie Chiny zamierzają do osiągnięcia kolejnego celu, czyli likwidacja ubóstwa na wsiach do 2020 roku zgodnie z obowiązującym standardem w Chinach, co wyprzedza cele Agendy na Rzecz Zrównoważonego Rozwoju 2030 o 10 lat. „Oczekuję, że w przyszłości będzie więcej krajów takich jak Chiny, które osiągnęły sukces w walce z ubóstwem” – powiedział prezes AIIB Jin Liqun. Dodał, że wraz z rozwojem gospodarki chińskiej, Chiny będą wspierać coraz bardziej społeczność międzynarodową. Połączenie własnych wysiłków i współpracy międzynarodowej przyniesie lepsze i szybsze wyniki.

Kronika 40 lat reform i otwarcia Chin na świat

1978  Trzecia sesja plenarna KC KPCh XI kadencji w Pekinie
Trzecia sesja plenarna KC KPCh XI kadencji, która miała miejsce w grudniu, była symbolicznym rozpoczęciem polityki wewnętrznych reform i otwarcia na świat. Postanowiono wówczas, że od 1979 roku praca całej partii będzie skierowana na budowę socjalistycznej modernizacji. Ponadto wskazano, że zadaniem partii w nowej erze jest budowa Chin jako nowoczesnego, potężnego kraju socjalistycznego.

 

1979 Utworzenie specjalnych stref ekonomicznych
Chiny zdecydowały się stworzyć w Shenzhenie, Zhuhai, Shantou i Xiamenie próbne specjalne strefy. W 1980 roku nazywano „specjalne strefy” oficjalnie „specjalnymi strefami ekonomicznymi”. Na początku reform i otwarcia w sytuacji braku doświadczenia wymiany gospodarczej z zagranicą i niedoskonałości systemu prawa wewnętrznego, utworzenie specjalnych stref ekonomicznych odegrało zdecydowanie ważną rolę w rozszerzeniu wymiany gospodarczej z zagranicą.

 

1992 Przemówienia Denga Xiaopinga
Na początku 1992 roku w czasie inspekcji w południowych Chinach główny architekt chińskiej polityki reform i otwarcia Deng Xiaoping wygłosił serię przemówień dotyczących reform gospodarczych. W jego przemówieniach powtórzono konieczność i wagę pogłębiania reform oraz przyspieszania rozwoju. Deng podkreślił, że należy kłaść nacisk na rozwój gospodarczy i podtrzymywać zasadniczą politykę partyjną przez kolejne sto lat, aby móc stopniowo tworzyć wspólny dobrobyt, wskazywać drogę dla reform i otwarcia się w nowej erze.

 

2001 Chiny dołączyły do WTO
11 grudnia 2001 roku Chiny oficjalnie przystąpiły do Światowego Organizacji Handlu (WTO), co symbolizuje wkroczenie w nowy etap chińskiej reformy i otwarcia. Po wstąpieniu do WTO Chiny uczestniczyły w pogłębieniu procesu globalizacji gospodarczej i stworzyły wielką szansę rynkową dla świata.

 

 2013 Inicjatywa „Pasa i Szlaku” oraz przygotowanie do założenia AIIB
Jesienią 2013 roku przewodniczący ChRL Xi Jinping przedstawił inicjatywę „ekonomicznego pasa wzdłuż Jedwabnego Szlaku” oraz „morskiego Jedwabnego Szlaku XXI wieku”. W celu pobudzenia koncepcji „Pasa i Szlaku” Xi Jinping zaproponował założenie Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB). 25 grudnia 2015 roku AIIB oficjalnie powstał, a w styczniu 2016 roku rozpoczął funkcjonowanie. AIIB jest pierwszą wielostronną instytucją finansową z inicjatywą chińską. Obecnie w jego ramach działa 87 państw członkowskich.

 

2013 Powstanie pierwszej chińskiej pilotażowej strefy wolnego handlu
We wrześniu 2013 roku chińska Rada Państwa zatwierdziła powstanie Szanghajskiej Pilotażowej Strefy Wolnego Handlu. Celem tej strefy jest pogłębienie i udoskonalenie systemu zarządzenia inwestycjami, nadzoru handlu i innowacji finansowych. Obecnie Chiny utworzyły już 11 pilotażowych stref wolnego handlu, m.in. w Szanghaju, Guangdong, Tianjin, Fujian i Shaanxi.

 

2017 XIX zjazd KPCh
W październiku 2017 roku odbył się XIX zjazd KPCh w Pekinie. Na zjeździe wypracowano konkretny plan na pogłębienie reform Chin. Postanowiono, że należy nieustannie pobudzać modernizację systemów i zdolności zarządzenia państwem, a także utworzyć kompletne, naukowe, znormalizowane i skuteczne systemy.

 

Pierwsze China International Import Expo w Szanghaju
W listopadzie w 2018 roku w pierwszych China International Import Expo wzięło udział ponad 400 tysięcy nabywców krajowych i zagranicznych. Wartość intencyjnych zakupów wynosiła 57,83 mld dolarów. Była to pierwsza na świecie wystawa na szczeblu państwa zorientowana na import. Targi te stanowią ważne przedsięwzięcie Chin dla wsparcia liberalizacji handlu i globalizacji gospodarki oraz aktywnego otwarcia rynku na świat.