Chiny zawiniły, Rosję obwinili, Europa zapłaci

Prezydent USA Donald Trump ogłosił zerwanie traktatu INF zakazującego budowy i rozmieszczania rakiet średniego zasięg. Zawartego jeszcze w 1987 roku przez USA i Związek Radziecki. Porozumienie zakładało całkowitą likwidację odpalanych z lądu nuklearnych i konwencjonalnych rakiet i pocisków manewrujących o zasięgu od 500 do 5500 kilometrów.
Poprzedni spór zaczął się w 1975 roku, kiedy ZSRR rozpoczął rozmieszczanie w Europie nowego typu rakiet średniego zasięgu Pionier (SS-20). Miały one zastąpić przestarzałe systemy rakiet R-12 Dźwina (SS-4) i SS-5. Ale taka modernizacja zachwiała równowagę strategiczna z państwami Europy zachodniej.
NATO odpowiedziało rozmieszczaniem w Europie amerykańskich pocisków manewrujących BGM-109G i rakiet balistycznych MGM-31 Pershing. To doprowadziło do kolejnego wyścigu zbrojeń i eskalacji „zimnej wojny” w Europie pomiędzy państwami NATO i ówczesnego Układu Warszawskiego. Aby zapobiec dalszej kosztownej i niepotrzebnej eskalacji, obie strony rozpoczęły w 1980 rok w Genewie negocjacje o wycofania tej broni z Europy.
Po wieloletnim serialu spotkań w 1986 nastąpił przełom. W czasie szczytu amerykańsko- radzieckiego w Reykjaviku prezydent Reagan i gensek Gorbaczow zgodzili się na wzajemne wycofanie broni średniego i pośredniego zasięgu oraz ustalili limit głowic jądrowych, które mogły być instalowane na innych pociskach tego typu.
Rok później w Waszyngtonie USA i ZSRR podpisały ten traktat. Widmo wojny obu mocarstw w Europie przestało straszyć.

Dobry, choć martwy

Przez trzydzieści lat Europejczycy odzwyczaili się od wojennego zagrożenia, od wojen mocarstw na swym terenie. A po upadku ZSRR i rozszerzeniu Unii Europejskiej nastał w tym regionie przynajmniej dwudziestoletni okres wzrostu gospodarczego i cywilizacyjnego.
Tamto wzbogacenie się europejskich społeczeństw możliwe było też dzięki ograniczonym wydatkom na zbrojenia w tych państwach i późniejszej integracji z państwami z za „żelazną kurtyny”. A także dzięki wzmożonej kooperacji gospodarczej zachodniej Europy z Rosją. O czym dzisiaj, zwłaszcza w Polsce, zapomina się.
Z biegiem lat zawarty w Waszyngtonie traktat stawał się martwy. Nie tylko dlatego, że obaj sygnatariusze, czyli USA i Rosja, dziedzicząca go w spadku po ZSRR, obchodziły jego zapisy.
USA intensywnie rozwijały produkcję dalekosiężnych dronów, które okazywały się bardziej skuteczne w wojnach lokalnych niż tradycyjne rakiety średniego zasięgu.
Rosjanie unowocześniali i modyfikowali rakiety odpalane z okrętów, które formalnie nie podlegały ograniczeniom traktatowym, ale stanowiły siłę odstraszającą.
Taki właśnie rosyjski, zmodyfikowany pocisk 9M723 posłużył prezydentowi USA Trumpowi jako pretekst do wypowiedzenia traktatu INF.
Jednak, jak zgodnie podkreślają eksperci, to nie te rakiety znacząco zagroziły hegemonistycznej pozycji USA. Trump zerwał stary, martwy traktat z Rosją, aby zmusić Chiny do negocjacji czegoś nowego.
Rozpoczynając swą prezydenturę Donald Trump zapowiadał przegląd starych traktatów zawartych przez USA. Zerwanie „z iluzją traktatów”, które uzna za nieprzestrzegane albo efektywne dla interesów USA.
I właśnie za taki traktat uznał INF. Nie dlatego, że jego naruszanie ze strony Rosji rujnowało bezpieczeństwo USA. Przewaga militarna USA nad Rosją jest tak wielka, że nie zagrażają jej rakiety 9M723. Prezydent Trump chce zerwać ten traktat ze względu na wojnę polityczno-gospodarczą jaka rozpoczął z Chinami.
Podpisany w 1987 roku traktat INF nie obowiązuje Chin. Bo wtedy Chińska Republika Ludowa traktowana była jako biedne, zacofane technologicznie państwo „trzeciego świata”.
Ale w ciągu trzydziestu lat Chiny wyrosły na światową potęgę. Są dziś uznawane za drugą potęgę gospodarczą świata.
Jednocześnie Chiny konsekwentnie budowały i unowocześniały swe siły militarne. Robiły to „po chińsku”, czyli bez eksponowania swych atutów. Zajęta konfliktami na Bliskim Wschodzie, walką z terroryzmem islamskim, czy hybrydowymi wojnami na Ukrainie, atlantycka opinia publiczna nie interesowała się chińskimi zbrojeniami.
W państwach NATO wspominano o pierwszym chińskim lotniskowcu, ale nie zwracano uwagi na nowe chińskie rakiety średniego zasięgu. Zakazane w USA i Rosji, ale legalne w Chinach. Nie wspominano o stale rosnących tam budżetowych wydatkach na rozwój chińskiej marynarki wojennej, sił działających w cyberprzestrzeni i w sferze kosmosu.
Okazjonalnie wspominano też o chińskiej, konsekwentnej ekspansji na Morzu Południowo- Chińskim. O jednostronnym rozszerzeniu przez Chiny strefy swych wód terytorialnych. O przejmowaniu spornych archipelagów wysp Spratly i Paracelskich.
Co oznacza też przejęcie kontroli nad szlakami żeglugowymi w tamtym regionie. Nad handlem produktami „fabryk świata” z Chin i państw ASEAN.

Koniec lotniskowców

Jeszcze niedawno USA mogły panować nad szlakami handlowymi, czyli gospodarką, całego świata. Bo dysponowały dominującymi eskadrami lotniskowców. W razie konfliktu regionalnego USA wysyłało swe lotniskowce, osłaniane okrętami wsparcia, i otwierało parasol ochronny nad swymi sojusznikami. Parasol, który potrafił też skutecznie zaatakować.
Tak bywało w czasie wojen w Korei, Wietnamie. W czasie napięć Chiny – Taiwan, pomiędzy obu państwami koreańskimi. Teraz chińskie rakiety średniego zasięgu są w stanie zniszczyć taki parasol. Tym samym USA straciła swą przewagę w tym regionie.
Zatem zerwanie przez prezydenta Trumpa układu ograniczającego USA w produkcji i rozmieszczaniu rakiet średniego zasięgu to przede wszystkim straszak wobec Chin. Bo przecież od teraz amerykańskie rakiety mogą być zainstalowane na Tajwanie, w Republice Korei, czy w antychińskim dzisiaj Wietnamie.
Wizja amerykańskich rakiet w sojuszniczych państwach Azji Południowo- Wschodniej ma skłonić Chiny do ustępstw w amerykańsko- chińskiej wojnie gospodarczej.

Europejska peryferia

Prezydent Donald Trump wielokrotnie wykazywał swą niechęć do integracji europejskiej. Krytykował europejskie państwa NATO za ograniczanie wydatków na zbrojenie. Przestrzegał, że USA nie będzie bronić europejskich sojuszników, jeśli oni sami się nie dozbroją.
Wypowiadając traktat INF prezydent Trump wciągnął cały świat w stan „bez traktatowy”. W nowy wyścig zbrojeń. Wielce kosztowny dla wszystkich.
Zapewne liczy na to, że tak przyciśnięte Chiny, i Rosja też, spasują w tej pokerowej rozgrywce. Zasiądą z nim do negocjacji. Aby podpisać zaproponowany im nowy traktat.
Bogaty prezydent bogatego państwa może sobie pozwolić na takie biznesowe zagrywki. Ale co stanie się w naszej Europie zanim wielcy tego świata siądą do stołu?
Jakie koszty poniesiemy kiedy oni nie podpiszą nowych porozumień?
Zaczynając taką rozgrywkę prezydent Trump pokazał, że interesy jego europejskich sojuszników są dla niego drugorzędne. To zrozumiałe dla przywódcy deklarujący dogmat „Ameryka wpierw”.
Ale czy Polska chce takiego wyścigu zbrojeń? I czy stać ją na to?
Polityka rządu PiS konsekwentnie doprowadziła do osłabienia więzi z państwami Unii Europejskiej. Polska przestała wspierać Europejską Politykę Bezpieczeństwa i Obrony/CSDP/. Demonstracyjnie zerwała kontrakty zbrojeniowe z francuskim Airbusem na rzecz mglistych, ale amerykańskich ofert.
Rząd PiS- u zademonstrował kilka wiernopoddaństwa aktow wobec ekipy prezydenta Trumpa. Kreując się na najwierniejszego sojusznika USA na wschodniej flance NATO.
Symbolem tej polityki stało się zbieganie, za wszelką cenę, o stałą amerykańską bazę wojskową. Nazwaną lizusowsko przez polskich polityków „Fort Trump”. Obecność amerykańskich wojsk na polski mogło sprzyjać wzrostowi bezpieczeństwa polskiego w czasie istnienia traktatu INF. Nawet nie w pełni przestrzeganego. Ale brak takiego traktatu i eskalacja nowej „zimnej wojny” sprawiają, że ten wymarzony „Fort Trump” już nie będzie w stanie zapewnić bezpieczeństwa Polsce w razie konfliktu z Rosją. Przeciwnie wzmocni rolę Polski jako pierwszorzędnego celu w razie każdego konfliktu Rosja – USA. Jako pierwszorzędnego, choć peryferyjnego sojusznika.
Elity PiS wielokrotnie deklarowały sojusz z Urbanowskimi Węgrami. Stawiając Węgry jako wzór suwerennej polityki międzynarodowej państwa Europy Środkowo- Wschodniej.
Tymczasem Węgry deklarują swą neutralność w wojnie gospodarczej pomiędzy USA i Chinami. Nie zrywają więzi gospodarczych z Pekinem. Podobnie traktują swą współprace gospodarczą z Rosją. W sferze militarnej ogłosiły właśnie, że zakupią helikoptery we Francji, czołgi w Niemczech, a samoloty od Szwecji.
I pomimo twego zachowują swe członkowstwo w NATO. I są szanowanym przez USA sojusznikiem w Europie.

Kim w Pekinie

Do stolicy Chin przybył przywódca Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej Kim Dzong-Un. Jego wizyta wpisuje się w ciąg działań mających doprowadzić do trwałego odprężenia na Dalekim Wschodzie, zainicjowanych przed rokiem jego noworocznym orędziem. Wskazuje też wyraźnie, że wbrew temu, co może myśleć sobie prezydent USA Donald Trump, nie jest to tylko rozgrywka między Waszyngtonem a Pjongjangiem, ale znaczący – jeśli nie zasadniczy – głos ma jeszcze jeden partner.

Wizyta Kim Dzong Una zaplanowana została na trzy dni – potrwa do 10 stycznia. Do ostatniej chwili była utrzymywana w tajemnicy – oficjalne media poinformowały o niej dopiero gdy południowokoreańska agencja Yonhap zauważyła, że specjalny pociąg przewodniczącego Kima przekroczył granicę w Dandong. Zauważono to dzięki wielkiej koncentracji sił bezpieczeństwa wokół stacji. Kim Dzong Un nie lubi bowiem latać samolotem – preferuje poruszać się swoim specjalnym, zielono-żółtym pociągiem. W ten sam sposób udał się do Pekinu w ubiegłym roku.

Przez pierwsze sześć lat, odkąd przejął władzę w Pjongjangu po swoim ojcu, Kim nie podróżował za granicę w ogóle. W ciągu ubiegłego roku był jednak w Pekinie i spotykał się z prezydentem Xi Jinpingiem trzy razy. Pokazuje to wyraźnie, jak ważnym partnerem są dla niego Chiny. Znamienne też jest, że do kolejnej wizyty dochodzi w czasie, gdy planowane jest drugie spotkanie między przywódcą KRLD i prezydentem USA Donaldem Trumpem. Domyślać się należy, że ma ona być przede wszystkim sygnałem, że Kim nie jest osamotniony, że Stany Zjednoczone nie mogą starać się go wyizolować i rozgrywać w pojedynkę, lecz cały proces wpisuje się bardzo szeroki kontekst regionalny, gdzie nie tylko Waszyngton ma swoich zależnych od siebie sojuszników. Warto zwrócić zresztą uwagę, że w podobną stronę zmierzają też enuncjacje prezydenta Korei Południowej Mun Dze Ina, który w ubiegłym roku kilkakrotnie roztaczał wizje planu pokojowego i przyszłego rozwoju regionalnego, także w wymiarze budowy rodzaju wspólnoty ekonomicznej, właśnie wymiarze regionalnym.

Noworoczne orędzie przewodniczącego Kim Dzong Una na rok 2018 okazało się sygnałem przełomu. Tegoroczne wpisywało się w proces odprężenia na Półwyspie Koreańskim, ale także zawierało istotne elementy. Przede wszystkim było sygnałem, że Pjongjang nie ma zamiaru podporządkować się amerykańskiemu dyktatowi, powtarzające argumentację, jak pojawiła się po północnokoreańskiej stronie po wypowiedzi doradcy prezydenta USA Johna Boltona, który pozwolił sobie na stawianie ultymatywnych warunków. Również więc i teraz przewodniczący Kim zaznaczył, że gotów jest na denuklearyzację, ale nie może to być rozbrojenie jednostronne, lecz muszą mu towarzyszyć gwarancje ze strony USA i konkretne kroki ze strony Waszyngtonu eliminujące zagrożenie wobec państwa północnokoreańskiego. Oprócz tego Korea Północna oczekuje, że jej zaangażowanie w proces rozbrojenia spowoduje zniesienie sankcji ekonomicznych, te jednak są w dalszym ciągu utrzymywane i strona amerykańska nie sprecyzowała, w którym momencie je zniesie.

Którędy, Europo?

Z europosłanką Marią João Rodrigues, wiceprzewodniczącą frakcji Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów (S&D), rozmawiają Piotr Gadzinowski i Grzegorz Waliński.

 

Czy lubi pani Fado?

Jestem Portugalką, ale w kategoriach emocjonalnych nie jestem jego największą wielbicielką Fado. To specyficzna tradycja Portugalii, wywodząca się ze splotu różnych wpływów kulturowych, ale jest smutne. A ja nie bardzo przepadam za takim stanami emocjonalnymi. Bliższe są mi emocje ludzi, którzy wyglądają ku lepszej przyszłości. To także część portugalskiej tradycji.

 

Moje pytanie nie było jednak przypadkowe. Pani jest z jednej strony Europy, ja – z drugiej strony Unii Europejskiej. Chcą się do niej dostać setki tysięcy ludzi, często ryzykując swoje życie. Z drugiej strony ci, którzy są w UE, coraz bardziej jej nienawidzą. Dlaczego?

Bardzo długo Unia Europejska była bardzo atrakcyjna. Wiele nowych państw chciało do niej dołączyć. To się jeszcze nie skończyło. Kraje bałkańskie, które jeszcze do Unii nie należą, nadal mają takie ambicje. Zatem nadal jest ona projektem atrakcyjnym. Muszę jednak przyznać, że Unie nie nie spełnia wszystkich oczekiwań, jakie w niej pokładamy. Potrzebujemy więc innej Unii. Myślę, że teraz nadszedł czas, aby postępowe siły zjednoczyły się w Europie, aby zmienić kierunek jej rozwoju. To jest konieczne. Musimy zmienić Europę.

 

Dziś uczestniczyliśmy w konferencji zatytułowanej „Za zjednoczoną Europą Socjalną”. Mówiono tam, że jesteśmy razem, że wracamy do starych wartości Unii, ale wielu uczestników tej dyskusji miało do tego wyraźnie sceptyczny stosunek. Że to tylko takie frazesy. Pojawia się więc pytanie, czy my, socjaliści, powinniśmy podtrzymywać ten stan Unii Europejskiej, czy mamy go zmieniać. Bo przez wielu naszych krytyków jesteśmy – jako Postępowi Socjaliści i Demokraci – postrzegani jako beneficjenci, rentierzy „dobrej” Unii. Jak mamy ją więc zmieniać.

To była konferencja na naprawdę wysokim szczeblu. Uczestniczyłam w wielu konferencjach na podobne tematy w całej Europie, mam zatem skalę porównawczą, aby powiedzieć, że to w czym brałam udział dziś to nie było prawienie okrągłych frazesów. Na dzisiejszej konferencji udało nam się określić nowe cele przed nami i potrafiliśmy przedstawić przygotowywane przez nas rozwiązania, dzięki którym zmienimy kierunek, w którym zmierza Europa. A potrzebne są konkrety. Jesteśmy pomiędzy globalnymi potęgami. Niektóre z nich zatapiają się w nacjonalistycznych iluzjach. Mówię tu o takich sprawach jak „America First”, ale też o tym jak swoją rolę w świecie widzą Chiny czy Rosja. Musimy zapewnić warunki, w których nasz europejski sposób życia będzie respektowany i będzie mógł trwać. To ważny powód sprawiający, że Unia Europejska musi być silna. Tylko w ten sposób będziemy w stanie rozmawiać z innymi globalnymi siłami, powiedzieć im, że my chcemy tu żyć tak jak żyjemy i oczekujemy, że to zostanie uszanowane. To musi być wyraźnie stawiane podczas negocjowania wielkich umów handlowych. Jest to oczywiste, że jeśli chcemy aby te umowy wpisywały się w nasze standardy, również nasze standardy stosunku ochrony środowiska, musimy używać pełnej siły Unii. Żadne z państw europejskich, nawet najsilniejsze,nie będzie miało tej siły negocjacyjnej.

Drugi powód, to skuteczność naszych działań wobec zmiany klimatu. Dziś dla każdego jest oczywiste, że ona następuje. Przyjęta została Deklaracja Paryska wyznaczająca nowe standardy, i Europa wzięła na siebie rolę lidera ich wcielania w życie. Ma to kluczowe znaczenie dla uratowania naszej planety. Chcemy też wspierać ludzi dotkniętych tą polityką. Jeśli pracownicy tracą miejsca pracy na skutek wdrażania nowej polityki energetycznej, jest oczywiste, że muszą oni otrzymać wsparcie umożliwiające im znalezienia nowego zatrudnienia. Tak rozumiem postępowe, europejskie podejście do zmiany polityki energetycznej.

Trzeci obszar, nie mniej istotny, ważny przede wszystkim dla młodych ludzi, to transformacja cyfrowa. W tym zakresie nasze podejście jest bardzo różne od tego, jak widzą tę sprawę Amerykanie czy Chińczycy. Wiemy, że chińska polityka w tym zakresie nie respektuje wolności osobistych, w Stanach Zjednoczonych prywatne dane osobowe są wykorzystywane w celu generowania zysków dla wielkich operatorów cyfrowych. Tymczasem podstawą podejścia europejskiego jest ochrona prywatności, zapewnienie, że nikt nie będzie manipulował naszą demokracją. W naszym rozumieniu rewolucja cyfrowa dokonująca się na naszych oczach ma służyć poprawie jakości życia, poprawić dostęp do służby zdrowia, do edukacji, do usług publicznych, do poprawy naszej samorządności. Wierzę głęboko, że tym okresie PES powinna stać się liderem zmian wynikających z transformacji naszego cyfrowego otoczenia w Europie.

 

Wszystko wskazuje na to, że w najbliższej przyszłości globalna sytuacja będzie wyglądać tak, że jej aktorami będą Unia Europejska, Stany Zjednoczone i Chiny. W jakimś stopniu może też Rosja i Indie. A tymczasem UE nie ma nadal wspólnej polityki wobec Chin. Chiny preferują stosunki bilateralne, czyli rozgrywają poszczególne państwa. Wręcz przekupują je, oferując duże kontakty. Na przykład na zakup samolotów od Airbusa, innych technologii od Niemiec. Jednocześnie, jeżeli się pojawi jakaś okazja, ja ta dzięki której Chiny mogą kupić port w Pireuse, traktują to jako soldy. W rezultacie UE jako całość jest wobec Chin dość bezbronna.

Należy wyjaśnić, na czym polega europejska strategia rozwijania stosunków z Chinami. Nie ulega wątpliwości, że są one jednym z najważniejszych graczy na świecie, a będą jeszcze ważniejszym. Pierwsza rzecz, to potrzeba bardziej skoordynowanego stanowiska. Musimy też monitorować chińskie inwestycje bezpośrednie w Europie. Generalnie, musimy zwracać uwagę na to, czy zewnętrzni inwestorzy w Europie nie naruszają naszych strategicznych interesów. Musimy panować nad naszą przestrzenią, która nie jest tylko rynkiem czy strefą walutową. Unia Europejska musi więc zachowywać się jako wspólna, geopolityczna jednostka. I powinno się to opierać tylko na grze ekonomicznych interesów, ale podlegać demokratycznej kontroli i brać pod uwagę również wymiar społeczny i kulturowy. Najwyższy czas, aby Unia stała się wreszcie takim organizmem strategicznym. Z tego powodu musimy określić spójną strategię wobec innych globalnych graczy. Jeśli idzie o Chiny, chcę przypomnieć, że mamy z nimi strategiczne partnerstwo. Brałam udział w przygotowaniach do europejsko-chińskich szczytów. Musimy powiedzieć stronie chińskiej, że oczekujemy wzajemności, że nie mogą oczekiwać od nas pełnego otwarcia naszego rynku podczas gdy swój trzymają zamknięty. Z drugiej strony muszę podkreślić, że należy przede wszystkim skupić się na pozytywnych aspektach współpracy między Europą a Chinami i je przede wszystkim rozwijać. Skupić się na tym, co jest naszym wspólnym interesem. Chiny zobowiązały się wdrażać porozumienie paryskie i agendę na rzecz trwałego rozwoju. Chiny pojęły wysiłek, aby stworzyć spójny system ochrony społecznej. W naszym najlepiej pojętym interesie jest, aby Chinom udało się te cele zrealizować. Podniesienie standardów społecznych w Chinach zmniejszy ich skłonność do dumpingu i wpłynie na zrównoważenie ich konkurencyjności w stosunku europejskiego modelu społecznego. Dlatego to są obszary, w których musimy z Chinami współpracować. Musimy także zachęcać na Chiny aby wspierały system światowy oparty na wielostronności, na który czynią zakusy takie kraje jak Stany Zjednoczone czy Rosja. Ostatnia sprawa związana jest z chińskim projektem Jedwabnego Pasa i Szlaku. To nie jest tylko frazeologia. To projekt, dzięki któremu Chiny chcą zdefiniować swoje miejsce w świecie. Na ten projekt Unia powinna odpowiedzieć równie ambitnym projektem. Musimy wspierać naszych sąsiadów, starać się ustanawiać pokój i inspirować rozwój wśród nich. Odnosi się to do Bałkanów, także do Ukrainy, ale też do Afryki.

 

Prezydent Trump publicznie cieszył się z Brexitu. Kiedy do niego dojdzie, UE straci państwo, które nie tylko jest wielką gospodarką, ale dysponuje i bronią jądrową i wielką armią. Czy zatem Unia powinna budować własne siły zbrojne, skoro dotychczasowy sojusznik – USA – jest wobec UE sceptyczny, a jeden z jej filarów wypada poza nią. Czy my, socjaliści, powinniśmy popierać budowanie wspólnej europejskiej armii?

Proszę mi pozwolić zacząć od powiedzenia kilku słów o Brexicie. Musimy respektować podjętą w demokratyczny sposób decyzję Brytyjczyków. Należę jednak do tych, któzy są zdania, że była ona podjęta w oparciu o mylące informacje, albo wręcz brak informacji. Co się rzeczywiście stanie – nie wiemy, bo nadal czekamy na decyzję brytyjskiego parlamentu. Dopiero po niej nastąpi decyzja Parlamentu Europejskiego. Dostrzegamy, że administracja prezydenta Trumpa w sposób jednoznaczny wspiera zerwanie Wielkiej Brytanii z UE, co wskazuje, że że założeniem jej polityki jest dzielenie Unii, jej osłabianie. Tu sygnał głębokiej zmiany amerykańskiej polityki, która dotąd zawsze wspierała UE i sprzyjała europejskiej integracji. Dlatego PES zupełnie otwarty krytykuje stanowisko prezydenta Trumpa. Jeśli prezydent Tramp powiada, że Brexit może być przykładem dla innych członków Unii, uważam że to zupełnie błędne podejście. Wierzę, że za tym przykładem nikt inny nie podąży. Wszystkie sondaże opinii to potwierdzają. Obywatele Europy mogą być krytyczni wobec Unii, ale wiedzą też, że jest im potrzebna. A to wielka różnica.
Druga sprawa polega na tym, że Brexit zaowocował pewnym paradoksem. Właśnie wobec Brexitu i polityki prezydenta Trumpa staje się powodem, dla którego Europa tym bardziej powinna tworzyć własny potencjał obronny. Nie w takim rozumieniu, że miałby on zastąpić NATO, ale je uzupełnić, równocześnie dając nam autonomię w podejmowaniu decyzji. Z tego powodu widać jasno, że coraz więcej europejskich przywódców deklaruje wsparcie dla tworzenia wspólnego europejskiego potencjału obronnego. Na koniec chciałabym podkreślić, że dzięki temu projektowi będziemy mogli wyznaczyć wspólne standardy i wzmocnimy naszą pozycję na arenie międzynarodowej. Będzie lepsza koordynacja, nie mówiąc o tym, że będzie to kolejny krok eliminujący możliwość wewnątrzeuropejskich wojen, takich jak te w ubiegłym wieku.

 

Wróćmy do sprawy wspólnej Europy. Jestem częstym gościem w Azji, w Chinach, w Wietnamie, w Korei. Tam nasza Europa postrzegana jest na dwa sposoby. Z jednej strony region czysty ekologicznie, uregulowany, utrzymujący wysokie standardy, w którym nie ma podróbek, ale również jako taki „dom spokojnej starości”. Z drugiej strony – jako region nadal innowacyjny, produkujący patenty. Bardzo się ucieszyłem, że socjaliści optują za zwiększaniem programu Erasmus, ale Chińczycy wysyłają studentów na najlepsze amerykańskie, europejskie czy australijskie uczelnie, a jednocześnie mają program ściągania ich z powrotem. Czy my, socjaliści moglibyśmy stworzyć taki program, żeby nie tylko integrować naszych studentów, ale zapobiegać drenażowi mózgów? Dlaczego pozwalamy na to, że „produkując” dobrych studentów, także dzięki Erasmusowi, a równocześnie pozwalamy „podbierać” nam absolwentów.

Wskazuje pan na bardzo istotny problem. Przekuwanie edukacji i wiedzy w instrument, który będzie służył poprawie naszych standardów życia powinno być centralnym celem postępowej orientacji w Europie. To była sprawa, w którą byłam bardzo zaangażowana już w czasach, gdy była tworzona Strategia Lizbońska. W tedy strategiczne podejście do tych problemów było wypracowywane przez UE po raz pierwszy. Wtedy przyjęliśmy, że chcemy być kontynentem, którego siłą opiera się na edukacji i wynikającej z niej innowacyjności. Wówczas jeździłam po całej Europie prezentując tę strategię. Byłam również w Polsce, na spotkaniu z ciałem, które nazywało się Polska Rada Lizbońska. Wówczas udało się zmobilizować bardzo silne wsparcie dla tego podejścia. Potem jednak, na skutek kryzysu finansowego, Europa wytraciła moment. Musimy teraz wrócić do tego, aby wykorzystać edukację i innowację w celu generowania wzrostu, tworzenia nowych miejsc pracy, zielonej transformacji. Mamy wielki potencjał badawczy, mamy pokolenie najlepiej wykształcone w całej historii, ale nie umiemy dyrygować tą orkiestrą. Nie umiemy wspierać współpracy pomiędzy badaczami, przemysłem i innymi środowiskami. A to powinna być jeden z naszych centralnych celów na nadchodzący czas, aby taką współpracę tworzyć. Musimy ukierunkować na rzecz tego procesu dokonującą się właśnie rewolucję cyfrową. Europa jest zacofana w stosunku do Stanów Zjednoczonych i Chin w drugiej fazie tej rewolucji. Polega ona na usieciowianiu i udostępnianiu w sieci nowych obszarów. Mówimy o wprowadzaniu do sieci naprawdę gigantycznych ilości informacji, która powinna trafić w chmury obliczeniowe, tworzyć sztuczną inteligencję. Powinniśmy naprawdę skupić się na inicjowaniu rozwoju w tym kierunku, ale i na takim nim kierowaniu, aby wpisywał się w potrzeby naszego, europejskiego sposobu życia.

 

Dziękuję za rozmowę. I chciałbym wyrazić równocześnie nadzieję, że nasza europejska, wspólna ale i różnorodna inteligencja będzie lepsza niż sztuczna inteligencja stworzona przez Amerykanów czy Chińczyków. Bo w tej różnorodności kryje się jej wartość dodana.

 

 

Wywiad został przeprowadzony podczas konferencji „Za zjednoczoną Europą Socjalną – wznieść się ponad podziałami, zaoferować alternatywę”, która odbyła się w Krakowie, 30 listopada 2018 r.

Historia KFC w Chinach Od luksusu do powszechności

Fot. Autor (po lewej) wraz ze swoimi przyjaciółmi z uniwersytetu: Guan, Yin i Liang w restauracji KFC w Qianmen, Pekin, 8 grudnia 2018.

 

 

Kiedy w ubiegłym tygodniu przyjechało do Pekinu kilku moich dawnych kolegów z uniwersytetu, planowaliśmy zrobić to, co zwykle: znajdziemy dobrą restaurację, może nawet trochę luksusową, gdzie będzie można dobrze zjeść. Kiedy ktoś zaproponował, że pójdziemy do KFC, myśleliśmy, że nie mówi tego zbyt poważnie.
Qianmen, co oznacza „Wieża Frontowa”, to ważny budynek, jak Champs-Élysées w Paryżu. Obiekt położony na południe od placu Tiananmen, jest ważnym centrum kulturalnym i handlowym. Kiedy spacerowaliśmy tam w grudniowy wieczór, szukaliśmy restauracji KFC, którą odwiedziliśmy razem przeszło 30 lat temu. Restauracja ta wygląda podobnie jak wszystkie inne KFC na świecie. Wyjątkiem jest to, że nad jej drzwiami wisi napis „12 LISTOPADA 1987. PIERWSZY PUNKT W CHINACH” w języku angielskim i chińskim, wraz z wizerunkiem Harlanda Sandersa, założyciela międzynarodowej sieci fast food.
Czy to aby na pewno to miejsce, które odwiedziliśmy wspólnie wiele lat temu? Mieliśmy wątpliwości. Nawet ja, choć od jej otwarcia mieszkałem w Pekinie. Sprzedawca zapewnił nas, że restauracja od lat jest w tym samym miejscu. Trudno to stwierdzić, bo wokół niej powstało wiele nowych budynków, a pierwsze i drugie piętro zmieniło się w restaurację Pizza Hut oraz hotel. W końcu zamówiliśmy posiłek – nasz kolega Liang jest entuzjastą zdrowego odżywiania, dlatego wybór z menu zajął mu trochę czasu, w końcu zamówił piersi kurczaka. Usiedliśmy przy stole i rozpoczęliśmy podróż do naszych wspomnień.
Otwarcie pierwszego chińsko-amerykańskiego joint venture było pierwszą wiadomością tego dnia w Chinach. Ambasador Stanów Zjednoczonych i urzędnicy wysokiego szczebla w Pekinie zostali zaproszeni do przecięcia wstęgi podczas ceremonii otwarcia. Uroczystości towarzyszyło przedstawienie Yangko, czyli tradycyjny taniec, który wykonuje się podczas żniw. Tłum klientów chciał wejść do restauracji, policjanci formowali kolejki. Mieszkańcy Pekinu czekali nawet 2 godziny, by móc spróbować amerykańskiego fast foodu.
KFC było nieosiągalne dla większości Chińczyków. Jeden kawałek kurczaka kosztował dwa i pół juana, co było luksusem, gdyż przeciętne wynagrodzenie pracownika rządowego osiągało około 100 juanów miesięcznie.
Jednak ceny nie odstraszały. KFC było symbolem zachodniego stylu życia. Zdarzało się nawet, że na drugim piętrze KFC przy Qianmen młodzi pekińczycy brali ślub.
Dopiero kilka miesięcy po otwarciu restauracji przy Qianmen mój nauczyciel angielskiego zaprosił wszystkich 18 uczniów z naszej klasy do poznania „amerykańskiej kultury”. Entuzjastycznie przyjęliśmy tę wiadomość. Wtedy nie przyszłoby mi do głowy, że pójdę do KFC sam, bo jeden posiłek tam kosztował mnie tyle, ile wydawałem na jedzenie przez 4 dni.
Kiedy siedzieliśmy tam, jedząc kurczaka, w tym samym miejscu trzydzieści lat później, wspominaliśmy nasz pierwszy posiłek w KFC. Pamiętaliśmy kolejkę, w której staliśmy ponad godzinę. Spróbowałem wtedy wszystkiego co było w ofercie: kurczaka, ziemniaki, chleb, nawet sałatkę coleslaw, która była nieco zbyt słodka jak na mój gust, ale zjadłem, bo pomyślałem sobie, że nie może się to zmarnować.
Nasza koleżanka Guan, obecnie będąca profesorem na uniwersytecie w Chicago, zapamiętała, że kiedy jej ojciec odwiedził Pekin zaproponował, że zabierze ją na kolację. Bez wahania wybrała restaurację KFC na Qianmen. Ojciec zamówił dla niej posiłek, ale nie dla siebie, mówiąc, że już zjadł coś wcześniej. Dziś myślę, że tego dnia nic nie jadł – powiedziała Guan z poczuciem winy.
Rozmawialiśmy długo, aż do godziny 23. Rozejrzałem się po cichej restauracji. Para nastolatków słuchała czegoś na komórce, używając jednej pary słuchawek. Nad nimi wisiał plakat informujący, że w 2010 roku KFC miała 3000 punktów w Chinach. Teraz sieć ma ponad 5300 restauracji w ponad tysiącu miast i miasteczek.
Pomimo otwarcia nowych punktów, przez lata KFC straciło swój blask jako ekskluzywna restauracja. Teraz tak jak wiele innych restauracji w okolicy, KFC oferują tani fast food dla uczniów czy studentów.
Dziś zwykły posiłek w KFC to zaledwie jedna siódma dziennego wynagrodzenia chińskiego pracownika. Dostępne są inne restauracje, w których można spróbować potraw z różnych regionów Chin czy świata. Wystarczy przespacerować się po ulicy przy Qianmen, gdzie znajdują się restauracje w stylu włoskim, niemieckim, hiszpańskim, meksykańskim i japońskim, nie wspominając już o sklepach oferujących chińskie specjały jak hotpot i pieczona kaczka.
Żywność to tylko mała część wydatków, zwłaszcza dla mieszkańców chińskich miast. Chińczycy wydają pieniądze na kupno domu lub samochodu, wakacje w Chinach lub za granicą, studia dla swoich dzieci poza Chinami. Coś co jeszcze nie tak dawno było luksusem, jak siłownia, masaż czy kino, dziś jest codzienną przyjemnością.
Smażony kurczak z KFC może i smakował tak samo, ale nasze wybory się zmieniły.

Li Peichun jest starszym redaktorem serwisu angielskiego, Chińskie Radio Międzynarodowe, Chińska Grupa Mediów.

Cud eliminacji ubóstwa dzięki reformom i otwarciu Chin 40 lat chińskich reform

Fot. Liu Ying, z Prefektury autonomicznej mniejszości etnicznej Miao i Dong w prowincji Guizhou, pomogła ponad 2 tysiącom kobiet w znalezienie zatrudnienia przy w haftowaniu tkanin. Dochód każdej rodziny zwiększył się o 10 tysięcy juanów. Na zdjęciu: 9 grudnia 2018 roku, Liu Ying (po lewej) udziela koleżance instrukcji dotyczących haftowania.

 

 

W ciągu 40 lat reform i otwarcia na świat ponad 700 milionów Chińczyków wyszło z absolutnego ubóstwa. Stanowi to ponad 70% ludzi, którzy wyszli z biedy w skali całego świata. Oznacza to, że stopa ubóstwa zmniejszyła się o 94,4%. Chiny są pierwszym krajem rozwijającym się, który zrealizował ONZ-etowski cel zlikwidowania ubóstwa w ramach Milenijnych Celów Rozwoju.

 

Jako kraj rozwijający się posiadający największą populację, Chiny są konsekwentnie aktywnym inicjatorem i silnym promotorem globalnych działań mających na celu likwidację ubóstwa. W latach 2012 – 2017 zanotowano w Chinach najlepszy wynik w historii w walce z biedą: z ubóstwa zostało wyciągniętych 70 milionów mieszkańców, w każdej minucie 26 osób wyszło z biedy, stopa ubóstwa spadła z 3,1% do 10,2%, liczba ubogich powiatów zmniejszyła się o 153. Dzięki reformom i otwarciu redukcja ubóstwa w Chinach przebiega według właściwych zasad. Podstawowa strategia to precyzyjna redukcja biedy, która skutecznie rozwiązuje problem „kto, komu i jak pomaga” w walce z ubóstwem. Wytyczono politykę, która pozwoliła stworzyć system redukcji ubóstwa, w którym dominującą rolę odgrywa rząd.
Zdaniem sekretarza generalnego ONZ António Guterresa, strategia precyzyjnej redukcji ubóstwa to jedyny sposób pomagania najbiedniejszym ludziom i realizacji celów Agendy na Rzecz Zrównoważonego Rozwoju 2030. Chiny wyciągnęły już kilkaset milionów ludzi z ubóstwa i chętnie dzielą tym doświadczeniem z innymi państwami rozwijającymi się.
Obecnie Chiny zamierzają do osiągnięcia kolejnego celu, czyli likwidacja ubóstwa na wsiach do 2020 roku zgodnie z obowiązującym standardem w Chinach, co wyprzedza cele Agendy na Rzecz Zrównoważonego Rozwoju 2030 o 10 lat. „Oczekuję, że w przyszłości będzie więcej krajów takich jak Chiny, które osiągnęły sukces w walce z ubóstwem” – powiedział prezes AIIB Jin Liqun. Dodał, że wraz z rozwojem gospodarki chińskiej, Chiny będą wspierać coraz bardziej społeczność międzynarodową. Połączenie własnych wysiłków i współpracy międzynarodowej przyniesie lepsze i szybsze wyniki.

Kronika 40 lat reform i otwarcia Chin na świat

1978  Trzecia sesja plenarna KC KPCh XI kadencji w Pekinie
Trzecia sesja plenarna KC KPCh XI kadencji, która miała miejsce w grudniu, była symbolicznym rozpoczęciem polityki wewnętrznych reform i otwarcia na świat. Postanowiono wówczas, że od 1979 roku praca całej partii będzie skierowana na budowę socjalistycznej modernizacji. Ponadto wskazano, że zadaniem partii w nowej erze jest budowa Chin jako nowoczesnego, potężnego kraju socjalistycznego.

 

1979 Utworzenie specjalnych stref ekonomicznych
Chiny zdecydowały się stworzyć w Shenzhenie, Zhuhai, Shantou i Xiamenie próbne specjalne strefy. W 1980 roku nazywano „specjalne strefy” oficjalnie „specjalnymi strefami ekonomicznymi”. Na początku reform i otwarcia w sytuacji braku doświadczenia wymiany gospodarczej z zagranicą i niedoskonałości systemu prawa wewnętrznego, utworzenie specjalnych stref ekonomicznych odegrało zdecydowanie ważną rolę w rozszerzeniu wymiany gospodarczej z zagranicą.

 

1992 Przemówienia Denga Xiaopinga
Na początku 1992 roku w czasie inspekcji w południowych Chinach główny architekt chińskiej polityki reform i otwarcia Deng Xiaoping wygłosił serię przemówień dotyczących reform gospodarczych. W jego przemówieniach powtórzono konieczność i wagę pogłębiania reform oraz przyspieszania rozwoju. Deng podkreślił, że należy kłaść nacisk na rozwój gospodarczy i podtrzymywać zasadniczą politykę partyjną przez kolejne sto lat, aby móc stopniowo tworzyć wspólny dobrobyt, wskazywać drogę dla reform i otwarcia się w nowej erze.

 

2001 Chiny dołączyły do WTO
11 grudnia 2001 roku Chiny oficjalnie przystąpiły do Światowego Organizacji Handlu (WTO), co symbolizuje wkroczenie w nowy etap chińskiej reformy i otwarcia. Po wstąpieniu do WTO Chiny uczestniczyły w pogłębieniu procesu globalizacji gospodarczej i stworzyły wielką szansę rynkową dla świata.

 

 2013 Inicjatywa „Pasa i Szlaku” oraz przygotowanie do założenia AIIB
Jesienią 2013 roku przewodniczący ChRL Xi Jinping przedstawił inicjatywę „ekonomicznego pasa wzdłuż Jedwabnego Szlaku” oraz „morskiego Jedwabnego Szlaku XXI wieku”. W celu pobudzenia koncepcji „Pasa i Szlaku” Xi Jinping zaproponował założenie Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB). 25 grudnia 2015 roku AIIB oficjalnie powstał, a w styczniu 2016 roku rozpoczął funkcjonowanie. AIIB jest pierwszą wielostronną instytucją finansową z inicjatywą chińską. Obecnie w jego ramach działa 87 państw członkowskich.

 

2013 Powstanie pierwszej chińskiej pilotażowej strefy wolnego handlu
We wrześniu 2013 roku chińska Rada Państwa zatwierdziła powstanie Szanghajskiej Pilotażowej Strefy Wolnego Handlu. Celem tej strefy jest pogłębienie i udoskonalenie systemu zarządzenia inwestycjami, nadzoru handlu i innowacji finansowych. Obecnie Chiny utworzyły już 11 pilotażowych stref wolnego handlu, m.in. w Szanghaju, Guangdong, Tianjin, Fujian i Shaanxi.

 

2017 XIX zjazd KPCh
W październiku 2017 roku odbył się XIX zjazd KPCh w Pekinie. Na zjeździe wypracowano konkretny plan na pogłębienie reform Chin. Postanowiono, że należy nieustannie pobudzać modernizację systemów i zdolności zarządzenia państwem, a także utworzyć kompletne, naukowe, znormalizowane i skuteczne systemy.

 

Pierwsze China International Import Expo w Szanghaju
W listopadzie w 2018 roku w pierwszych China International Import Expo wzięło udział ponad 400 tysięcy nabywców krajowych i zagranicznych. Wartość intencyjnych zakupów wynosiła 57,83 mld dolarów. Była to pierwsza na świecie wystawa na szczeblu państwa zorientowana na import. Targi te stanowią ważne przedsięwzięcie Chin dla wsparcia liberalizacji handlu i globalizacji gospodarki oraz aktywnego otwarcia rynku na świat.

Przełom w światowym handlu

Prezydent Chin Xi Jinping i jego amerykański odpowiednik Donald Trump uzgodnili działania na rzecz ułatwień w dwustronnym handlu i zapowiedzieli utrzymywanie bliskich roboczych kontaktów – poinformował minister spraw zagranicznych Chin Wang Yi.

 

„Obaj prezydenci odbyli spotkanie w przyjaznej i rozluźnionej atmosferze i przeprowadzili głęboką dyskusję, która trwała dwie i pół godziny, znacznie przekraczając zaplanowany czas’ – powiedział minister Wang po spotkaniu, które odbyło się przy okazji szczytu grupy G20 w stolicy Argentyny Buenos Aires.

Było to pierwsze spotkanie obu przywódców od czasu wizyty prezydenta Trumpa w Chinach w listopadzie ubiegłego roku.

Według ministra Wanga obaj prezydenci osiągnęli znaczące porozumienie, a spotkanie wyznaczyło kurs relacji „chińsko-amerykańskich na przyszłość”.

Oba kraje ponoszą rosnącą odpowiedzialność za pokój i stabilizację na świecie i mają więcej wspólnych interesów niż dzielących je problemów – powiedział Wang.

Według słów ministra, prezydenci zgodzili się, że ich kraje „mogą i powinny” zapewnić sukces w dwustronnych relacjach, osadzony na zasadach współpracy, koordynacji i stabilności. Dodał też, że prezydenci Xi i Trump uzgodnili, że stosownym czasie wymienią wizyty.

Podczas roboczego obiadu obydwaj przywódcy odbyli „pozytywną i konstruktywną” rozmowę na tematy dotyczące gospodarki i handlu i uzgodnili, że nie będą więcej podnosić ceł.

Na rynek chiński trafi więcej importowanych z USA produktów, dzięki czemu stopniowo równoważyć się będzie bilans dwustronnej wymiany handlowej. Obie strony postanowiły otworzyć przed sobą swoje rynki wewnętrzne. Chiny w swojej polityce uwzględnią także słuszne zastrzeżenia strony amerykańskiej. Uzgodnienia zawarte między prezydentami będą teraz przedmiotem prac grup roboczych, których celem będzie wprowadzenie w życie tych ustaleń, co będzie wstępnym krokiem do dalszych negocjacji zmierzających do wycofania taryf celnych wprowadzanych w ostatnich miesiącach w możliwie jak najszybszym czasie i prowadzących do zawarcia obustronnie korzystnego porozumienia.

Konsensus, jaki został osiągnięty podczas spotkania głów państw nie tylko praktycznie powstrzymał dalszą eskalację napięcia w relacjach gospodarczych, lecz otworzył nowe perspektywy współpracy ku obustronnym korzyściom. Minister Wang wskazał, że korzyści wynikające z porozumienia chińsko-amerykańskiego nie ograniczą się tylko do tych dwu krajów, ale skorzysta nim cała gospodarka światowa, która dzięki niemu będzie miała zapewnione warunki do stabilnego wzrostu.

Obie strony uzgodniły również wzmocnienie współpracy w zakresie przeciwdziałania handlowi niedozwolonymi lekarstwami, w tym w szczególności fentanylem. Minister Wang dodał, że środki przedsięwzięte w tej sprawie przez Chiny spotkały się z pozytywnym odzewem na całym świecie. Chiny postanowił dodać fentanyl i pokrewne substancje do listy wyrobów objętych najściślejszą kontrolą.

Obie strony podtrzymały stanowisko w sprawie Tajwanu, a strona amerykańska potwierdziła, że będzie trzymać się polityki „jednych Chin”.

Wymieniono również poglądy na sytuację na Półwyspie Koreańskim. Chiny wspierają inicjatywę ponownego spotkania prezydenta Trumpa i przywódcy Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej Kim Dzong Una i mają nadzieję, że Waszyngton i Pjongjang spotkają się w pół drogi, aby uwzględnić wzajemnie swoje uzasadnione obawy i dzięki temu proces denuklearyzacji będzie mógł dalej postępować, prowadząc w ostatecznym efekcie do trwałego mechanizmu pokojowego na Półwyspie. Minister Wang podkreślił, że Waszyngton docenia pozytywną rolę odgrywaną przez Pekin w tym procesie i będzie utrzymywał w tym zakresie wymianę informacji i koordynował swoje działania z Chinami.

Świat na rozdrożu

Na grupie G20 spoczywa odpowiedzialność za to, jaki kierunek globalizacji obierze świat – stwierdził brytyjskiego Klubu Grupy 48 Stephen Perry.

 

„Jeśli idzie o procesy globalizacyjne, świat znalazł się na rozdrożu. Albo naprawi błędy, albo ruszy w stronę protekcjonizmu” – powiedział Perry agencji Xinhua. – „Na barkach grupy G20 spoczywa ogromna odpowiedzialność, aby znaleźć rozwiązania, które pozwolą nam ruszyć naprzód” – dodał. „W obliczu niepewności G20 musi podjąć kroki, aby znaleźć prowadzące do większego zatrudnienia i większego wzrostu” – zaznaczył.

Tegoroczne spotkanie grupy G20 odbywało się 30 listopada i 1 grudnia w stolicy Argentyny Buenos Aires i wyznaczało 10. rocznicę spotkania światowych przywódców, które musiało stawić czoła globalnemu kryzysowi finansowemu. „Kryzys 2008 r. doprowadził do utworzenia G20, ponieważ świat nie miał odpowiedniego forum, na którym przywódcy kluczowych krajów mogliby się porozumieć” – powiedział Perry. – „Teraz nadchodzi czas, by przywódcy G20 powinni stać się bardziej odważni niż to było w przeszłości. Jeśli spojrzymy w przeszłość, staje się jasne, że zwrot wq stronę protekcjonizmu nie rozwiązuje nieczego, a nawet prowadzi do wojen. Dlatego tak ważne jest to, w jaki sposób g20 rozwiąże te sprzeczności. Żeby świat poszedł we właściwym kierunku globalizacja musi stać bardziej inkluzywna, aby korzystało z niej więcej krajów, także krajó rozwijających się. A do tej porzy dzielenie się korzyściami wynikającymi z globalizacji nie było sprawiedliwe. Dopóki kraje Afryki, Azji i Ameryki Południowej nie zaczną korzystać z globalizacji, problemy będą trwać nadal i rozwinięte gospodarki też na tym nie skorzystają” – zauważył.

Tematem szczytu G20 było „budowanie konsensusu dla trwałego rozwoju. Miał on zająć się takimi zagadnieniami jak światowa gospodarka, handel i inwestycje, trwały rozwój, infrastruktura i zmiana klimatu.

„Jeszcze trzy do pięciu lat temu brytyjskie gazety krytykowały Chiny za inwestowanie w infrastrukturę. Dziś większość ekonomistów uznaje, że nie można myśleć o długo-, a nawet średnioterminowym wzroście bez inwestycji w infrastrukturę – zauważył Perry.

Perry podkreśla, że chińskie inicjatywy takie jak „Pas” i „Szlak” to jedna z najbardziej „transformacyjnych” platform, jakie zmieniają światowe rynki, a Chiny po czterdziestu latach reform, otwierania się na świat mają i środki, i doświadcznie i umiejętności aby te inicjatywy wcielić w życie. „Inicjatywa Pasa i Szlaku ma transformacyjny charakter, gdyż jest transnarodowa, więc rozwój infrastrukturowy w ich ramach stwarza możliwość inkluzywności ich uczestnikom” – powiedział.

Flaczki tygodnia

Cała nadzieją w panu prezydencie Andrzeju Dudzie. Jedynym prezydencie państwa o mocarstwowych ambicjach, który zaszczyci swą obecnością katowicki szczyt poświęcony globalnej polityce klimatycznej. Pan prezydent otworzy szczyt, zapewne ociepli coraz bardziej chłodną imprezę swych uroczym uśmiechem. I może nawet powie coś, co ku uciesze dziennikarzy, przebije się potem do światowych mediów. Nie tylko do internetowych memów.

***

Dlatego pan prezydent Andrzej Duda nie może ten szczyt tylko rutynowo otworzyć. Nie może tylko oczarować zebranych swym perlistym słowotokiem. Wypróbowanym patriotycznym bla-bla-bla. Powinien, musi wręcz, powiedzieć coś tak uciesznego, tak niespodziewanego, że wybije się na paski najważniejszych globalnych programów informacyjnych. Jak choćby niedawno, kiedy swój wielki żal ujawnił. Kiedy ku zdumieniu niemieckiego partnera rozprawiał o złej Unii Europejskiej mordującej nam stare, dobre jeszcze żarówki. Co z tego, że żarły one energię na potęgę, skoro tak wyrazistym światłem świeciły! Jak one potrafiły dawać po oczach!

***

Dlatego panie prezydencie, proszę nie pękać. Proszę znowu coś takiego palnąć. Inaczej medialny pies z kulawą nogą nie wspomni na czołówkach o katowickim szczycie.

***

Z kronikarskiego obowiązku Flaczki przypominają, że szczyt klimatyczny ONZ rozpocznie się oficjalnie w ten poniedziałek i potrwa aż do 14 grudnia. Tego roku. W tym czasie do stolicy Górnego Śląska powinno przybyć prawie 30 tysięcy dyskutantów z całego świata. Wśród nich winni być przywódcy państw o największym potencjalne gospodarczym, odpowiedzialnych za systematyczny proces globalnego ocieplenia.
Niestety, pomimo, że szczyt potrwa prawie dwa tygodnie, to nie pojawią się na nim ani prezydent USA Donald Trump, ani pani kanclerz Niemiec Angela Merkel, ani prezydent Chin Xi Jinping, ani prezydent Rosji Władimir Władimir Putin, ani prezydent Francji Emmanuel Macron, ani nawet spragniony kontaktów międzynarodowych prezydent Ukrainy Petro Poroszenko. Osłodą dla organizatorów szczytu miał być premier pierwszoligowej politycznie Francji Edouard Philippe. Ale i on odwołał, w ostatniej chwili, swój przyjazd. Winę za swą absencję zwalił na protestujących we Francji radykałów z ruchu „żółtych kamizelek”. Podpalających w Paryżu samochody, czyli środki komunikacji zwiększające emisję gazów cieplarnianych.

***

Taka zbiorowa absencja na szczycie ludzi decydujących o polityce klimatycznej stawia pod znakiem zapytania jego skuteczność. Cóż to bowiem będzie za „szczyt”, skoro najważniejsze państwa świata powysyłały tam polityków średniego szczebla. To zapowiedź pagórka politycznego. Szansy na solidną, światową konferencję poświęconą fundamentalnym dla naszego świata zagrożeniom. Zapewne będziemy tam świadkami wielu kompetentnych debat, ale bez cienia nadziei, że w Katowicach zapadną jakieś nowe, ważne dla naszego świata decyzje.

***

Szczyt średniego szczebla politycznego to niestety stracona szansa na promocję naszego państwa w świecie. Zauważcie, że im głośniej elity PiS krzyczą o potrzebie promowania Polski, im więcej szastają pieniędzmi na „politykę godnościową”, tym gorsze są efekty. Nie wystarczy pomalować wszystkie samoloty PLL LOT na biało-czerwono. Niekompetencji, braku szacunku międzynarodowego nie da się zamalować patriotycznymi kolorami.

***

Jak poważane są elity PiS na świecie świadczyły dwa listy niedawno wysłane do nich przez ambasadorów, nie wrogich, lecz „zaprzyjaźnionych, sojuszniczych” państw.

***

Pierwszy list-komunikat JE Ambasador Izraela strofujący polskiego wicepremiera, ministra kultury pana Piotra Glińskiego jedynie za drobną, dygresyjną wypowiedź w popularnym tygodniku „Wprost”

***

I ten drugi. List JE Ambasador USA do pana prezydenta IV RP i pana premiera IV RP dosadnie przypominający im, że wara im od własności amerykańskiej znajdującej się na polskiej ziemi.
I przy okazji wara im od cenzurowania amerykańskich mediów zarabiających na rynku medialnym IV RP. Stawiający ich na baczność. Aby znali swoje miejsce w globalnych szyku sojuszników USA.

***

Zdaniem wielu zawodowych propagandzistów PiS pogrzebana przed 30 lat Polska Ludowa była państwem zniewolonym przez ZSRR. Niesuwerennym. Dopiero obecna IV Rzeczpospolita wstała z politycznych kolan. Odzyskała godność państwową i pełnię suwerenności.

***

Tylko jaka to jest godność i suwerenność, skoro pani Ambasador Izraela publicznie strofuje polskiego wiece premiera i ministra kultury, jak byle uczniaka z oślej ławki. I protekcjonalnie zalecam mu przymusowe korepetycje w izraelskiej instytucji oświatowej.

***

Jak pogodzić deklaracje o godności i suwerenności z listem JE Ambasador USA traktującej Polskę jak sojuszniczą „bananową republikę”? A jej prezydenta i premiera jak ubogich klientów amerykańskiej administracji?

***

Opluwana przez elity PiS Polska Ludowa była państwem niesuwerennym. Ale przywódcy ZSRR nie przekazywali do publicznej opinii dokumentów, listów w których bezceremonialnie manifestowali kolonialną zależność naszego kraju. Oni udawali, że wszystkie państwa w bloku radzieckim są równe.

***

Poinformowano też, że 16 lutego 2019 roku odbędzie się Dziewiętnasty Charytatywny Bal Dziennikarzy. Ostatni już.
Bal ten był symboliczny dla III Rzeczpospolitej. Był miejscem bratania się komercyjnego dziennikarstwa z politycznymi elitami. Orgią medialnego zakłamania i kabotyństwa obu środowisk.
Bal to będzie ich ostatni. Bo związane z TVN, „Gazetą Wyborczą” środowiska dziennikarskie tak już zubożały i spsiały, że nawet hojni sponsorzy nie chcą już sypać groszem na taką coroczną bibkę.
Zwłaszcza, że wojna plemienna PO-PiS doprowadziła do takiej nienawiści i trwałych podziałów w środowisku dziennikarskim, że trudno dziś zebrać odpowiednio ważny, topowy kontyngent balowiczów.

***

I po balu, panno Lalu.

Wypychanie Chin

Narasta napięcie między Stanami Zjednoczonymi a Chinami przed szczytem grupy G20, który ma się odbyć 30 listopada w Buenos Aires. Prezydenci Donald Trump i Xi Jinping wyrażali wcześniej nadzieję, że jeszcze przed konferencją w stolicy Argentyny dojdzie do rozwiązania protekcjonistycznego konfliktu handlowego między obydwoma mocarstwami, nazwanego przez światowe media wojną taryfową. Niestety, w świetle wydarzeń ostatnich dni nie zanosi się na to.

 

Doradca prezydenta USA ds. handlu międzynarodowego, Robert Lighthizer, opublikował raport, w którym oskarża chińskie państwo o szpiegostwo gospodarcze. Jego zdaniem proceder ten zachodzi na skalę globalną i skoncentrowany jest na pozyskiwaniu strategicznych informacji handlowych. Lighthizer piętnuje ponadto Chiny za nieuczciwy sposób traktowania firm zagranicznych, które w zamian za zgodę na inwestycje w Państwie Środka mają obowiązek dzielić się z chińskimi przedsiębiorstwami swoimi technologiami.

– Nasz najnowszy raport dowodzi, że Chiny w żaden istotny sposób nie zmieniły swoich nieuczciwych, nierozsądnych praktyk, zaburzających działanie rynku – oświadczył Lighthizer.
W odpowiedzi na to rzecznik chińskiego MSZ odesłał jedynie doradcę Trumpa do oficjalnych dokumentów, w których – jak twierdzi – rząd ChRL stwierdza, że ich kraj “w pełni chroni prawa własności intelektualnej”.

W ekipie Trumpa Robert Lighthizer wyróżniał się do tej pory zdecydowanie najostrzejszym podejściem do Chin. Od dawna wyrażał stanowisko, zgodnie z którym USA powinny dążyć do pozbawienia Państwa Środka obecnej silnej pozycji w Światowej Organizacji Handlu (WTO). Teraz jednak we wrogości wobec Chin prześcignął go Kevin Hasset, przewodniczący prezydenckich doradców ds. gospodarczych. Stwierdził on, że w ramach WTO Chiny “postępują karygodnie” i organizacja powinna wręcz rozważyć wyrzucenie Pekinu ze swojego grona.

Brakiem porozumienia zakończył się wcześniej szczyt APEC – organizacji współpracy krajów Azji i Pacyfiku. Nie przyjęto wspólnej deklaracji końcowej. Wang Yi, chiński minister spraw zagranicznych, oświadczył, że do porozumienia nie doszło z powodu egoistycznej postawy Stanów Zjednoczonych i ich stronników w regionie. Strona amerykańska, reprezentowana przez wiceprezydenta Mike’a Pence’a, miała wykazywać nieprzejednanie w kwestiach ceł, bezpieczeństwa w rejonie Morza Południowochińskiego oraz skali zaangażowania gospodarczego i militarnego w regionie Pacyfiku.

Od początku roku prezydent USA Donald Trump obciążył nowymi lub dodatkowymi cłami towary z Chin o łącznej wartości sięgającej 250 mld USD. Pekin odpowiedział własnymi taryfami, które objęły amerykańskie produkty warte łącznie ok. 110 mld USD. WTO wydała ostatnio ostrzeżenie, że kontynuacja amerykańsko-chińskiej wojny handlowej stanowi poważne zagrożenie dla światowej gospodarki i niesie ryzyko likwidacji milionów miejsc pracy na całym świecie.