Przełom w światowym handlu

Prezydent Chin Xi Jinping i jego amerykański odpowiednik Donald Trump uzgodnili działania na rzecz ułatwień w dwustronnym handlu i zapowiedzieli utrzymywanie bliskich roboczych kontaktów – poinformował minister spraw zagranicznych Chin Wang Yi.

 

„Obaj prezydenci odbyli spotkanie w przyjaznej i rozluźnionej atmosferze i przeprowadzili głęboką dyskusję, która trwała dwie i pół godziny, znacznie przekraczając zaplanowany czas’ – powiedział minister Wang po spotkaniu, które odbyło się przy okazji szczytu grupy G20 w stolicy Argentyny Buenos Aires.

Było to pierwsze spotkanie obu przywódców od czasu wizyty prezydenta Trumpa w Chinach w listopadzie ubiegłego roku.

Według ministra Wanga obaj prezydenci osiągnęli znaczące porozumienie, a spotkanie wyznaczyło kurs relacji „chińsko-amerykańskich na przyszłość”.

Oba kraje ponoszą rosnącą odpowiedzialność za pokój i stabilizację na świecie i mają więcej wspólnych interesów niż dzielących je problemów – powiedział Wang.

Według słów ministra, prezydenci zgodzili się, że ich kraje „mogą i powinny” zapewnić sukces w dwustronnych relacjach, osadzony na zasadach współpracy, koordynacji i stabilności. Dodał też, że prezydenci Xi i Trump uzgodnili, że stosownym czasie wymienią wizyty.

Podczas roboczego obiadu obydwaj przywódcy odbyli „pozytywną i konstruktywną” rozmowę na tematy dotyczące gospodarki i handlu i uzgodnili, że nie będą więcej podnosić ceł.

Na rynek chiński trafi więcej importowanych z USA produktów, dzięki czemu stopniowo równoważyć się będzie bilans dwustronnej wymiany handlowej. Obie strony postanowiły otworzyć przed sobą swoje rynki wewnętrzne. Chiny w swojej polityce uwzględnią także słuszne zastrzeżenia strony amerykańskiej. Uzgodnienia zawarte między prezydentami będą teraz przedmiotem prac grup roboczych, których celem będzie wprowadzenie w życie tych ustaleń, co będzie wstępnym krokiem do dalszych negocjacji zmierzających do wycofania taryf celnych wprowadzanych w ostatnich miesiącach w możliwie jak najszybszym czasie i prowadzących do zawarcia obustronnie korzystnego porozumienia.

Konsensus, jaki został osiągnięty podczas spotkania głów państw nie tylko praktycznie powstrzymał dalszą eskalację napięcia w relacjach gospodarczych, lecz otworzył nowe perspektywy współpracy ku obustronnym korzyściom. Minister Wang wskazał, że korzyści wynikające z porozumienia chińsko-amerykańskiego nie ograniczą się tylko do tych dwu krajów, ale skorzysta nim cała gospodarka światowa, która dzięki niemu będzie miała zapewnione warunki do stabilnego wzrostu.

Obie strony uzgodniły również wzmocnienie współpracy w zakresie przeciwdziałania handlowi niedozwolonymi lekarstwami, w tym w szczególności fentanylem. Minister Wang dodał, że środki przedsięwzięte w tej sprawie przez Chiny spotkały się z pozytywnym odzewem na całym świecie. Chiny postanowił dodać fentanyl i pokrewne substancje do listy wyrobów objętych najściślejszą kontrolą.

Obie strony podtrzymały stanowisko w sprawie Tajwanu, a strona amerykańska potwierdziła, że będzie trzymać się polityki „jednych Chin”.

Wymieniono również poglądy na sytuację na Półwyspie Koreańskim. Chiny wspierają inicjatywę ponownego spotkania prezydenta Trumpa i przywódcy Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej Kim Dzong Una i mają nadzieję, że Waszyngton i Pjongjang spotkają się w pół drogi, aby uwzględnić wzajemnie swoje uzasadnione obawy i dzięki temu proces denuklearyzacji będzie mógł dalej postępować, prowadząc w ostatecznym efekcie do trwałego mechanizmu pokojowego na Półwyspie. Minister Wang podkreślił, że Waszyngton docenia pozytywną rolę odgrywaną przez Pekin w tym procesie i będzie utrzymywał w tym zakresie wymianę informacji i koordynował swoje działania z Chinami.

Świat na rozdrożu

Na grupie G20 spoczywa odpowiedzialność za to, jaki kierunek globalizacji obierze świat – stwierdził brytyjskiego Klubu Grupy 48 Stephen Perry.

 

„Jeśli idzie o procesy globalizacyjne, świat znalazł się na rozdrożu. Albo naprawi błędy, albo ruszy w stronę protekcjonizmu” – powiedział Perry agencji Xinhua. – „Na barkach grupy G20 spoczywa ogromna odpowiedzialność, aby znaleźć rozwiązania, które pozwolą nam ruszyć naprzód” – dodał. „W obliczu niepewności G20 musi podjąć kroki, aby znaleźć prowadzące do większego zatrudnienia i większego wzrostu” – zaznaczył.

Tegoroczne spotkanie grupy G20 odbywało się 30 listopada i 1 grudnia w stolicy Argentyny Buenos Aires i wyznaczało 10. rocznicę spotkania światowych przywódców, które musiało stawić czoła globalnemu kryzysowi finansowemu. „Kryzys 2008 r. doprowadził do utworzenia G20, ponieważ świat nie miał odpowiedniego forum, na którym przywódcy kluczowych krajów mogliby się porozumieć” – powiedział Perry. – „Teraz nadchodzi czas, by przywódcy G20 powinni stać się bardziej odważni niż to było w przeszłości. Jeśli spojrzymy w przeszłość, staje się jasne, że zwrot wq stronę protekcjonizmu nie rozwiązuje nieczego, a nawet prowadzi do wojen. Dlatego tak ważne jest to, w jaki sposób g20 rozwiąże te sprzeczności. Żeby świat poszedł we właściwym kierunku globalizacja musi stać bardziej inkluzywna, aby korzystało z niej więcej krajów, także krajó rozwijających się. A do tej porzy dzielenie się korzyściami wynikającymi z globalizacji nie było sprawiedliwe. Dopóki kraje Afryki, Azji i Ameryki Południowej nie zaczną korzystać z globalizacji, problemy będą trwać nadal i rozwinięte gospodarki też na tym nie skorzystają” – zauważył.

Tematem szczytu G20 było „budowanie konsensusu dla trwałego rozwoju. Miał on zająć się takimi zagadnieniami jak światowa gospodarka, handel i inwestycje, trwały rozwój, infrastruktura i zmiana klimatu.

„Jeszcze trzy do pięciu lat temu brytyjskie gazety krytykowały Chiny za inwestowanie w infrastrukturę. Dziś większość ekonomistów uznaje, że nie można myśleć o długo-, a nawet średnioterminowym wzroście bez inwestycji w infrastrukturę – zauważył Perry.

Perry podkreśla, że chińskie inicjatywy takie jak „Pas” i „Szlak” to jedna z najbardziej „transformacyjnych” platform, jakie zmieniają światowe rynki, a Chiny po czterdziestu latach reform, otwierania się na świat mają i środki, i doświadcznie i umiejętności aby te inicjatywy wcielić w życie. „Inicjatywa Pasa i Szlaku ma transformacyjny charakter, gdyż jest transnarodowa, więc rozwój infrastrukturowy w ich ramach stwarza możliwość inkluzywności ich uczestnikom” – powiedział.

Flaczki tygodnia

Cała nadzieją w panu prezydencie Andrzeju Dudzie. Jedynym prezydencie państwa o mocarstwowych ambicjach, który zaszczyci swą obecnością katowicki szczyt poświęcony globalnej polityce klimatycznej. Pan prezydent otworzy szczyt, zapewne ociepli coraz bardziej chłodną imprezę swych uroczym uśmiechem. I może nawet powie coś, co ku uciesze dziennikarzy, przebije się potem do światowych mediów. Nie tylko do internetowych memów.

***

Dlatego pan prezydent Andrzej Duda nie może ten szczyt tylko rutynowo otworzyć. Nie może tylko oczarować zebranych swym perlistym słowotokiem. Wypróbowanym patriotycznym bla-bla-bla. Powinien, musi wręcz, powiedzieć coś tak uciesznego, tak niespodziewanego, że wybije się na paski najważniejszych globalnych programów informacyjnych. Jak choćby niedawno, kiedy swój wielki żal ujawnił. Kiedy ku zdumieniu niemieckiego partnera rozprawiał o złej Unii Europejskiej mordującej nam stare, dobre jeszcze żarówki. Co z tego, że żarły one energię na potęgę, skoro tak wyrazistym światłem świeciły! Jak one potrafiły dawać po oczach!

***

Dlatego panie prezydencie, proszę nie pękać. Proszę znowu coś takiego palnąć. Inaczej medialny pies z kulawą nogą nie wspomni na czołówkach o katowickim szczycie.

***

Z kronikarskiego obowiązku Flaczki przypominają, że szczyt klimatyczny ONZ rozpocznie się oficjalnie w ten poniedziałek i potrwa aż do 14 grudnia. Tego roku. W tym czasie do stolicy Górnego Śląska powinno przybyć prawie 30 tysięcy dyskutantów z całego świata. Wśród nich winni być przywódcy państw o największym potencjalne gospodarczym, odpowiedzialnych za systematyczny proces globalnego ocieplenia.
Niestety, pomimo, że szczyt potrwa prawie dwa tygodnie, to nie pojawią się na nim ani prezydent USA Donald Trump, ani pani kanclerz Niemiec Angela Merkel, ani prezydent Chin Xi Jinping, ani prezydent Rosji Władimir Władimir Putin, ani prezydent Francji Emmanuel Macron, ani nawet spragniony kontaktów międzynarodowych prezydent Ukrainy Petro Poroszenko. Osłodą dla organizatorów szczytu miał być premier pierwszoligowej politycznie Francji Edouard Philippe. Ale i on odwołał, w ostatniej chwili, swój przyjazd. Winę za swą absencję zwalił na protestujących we Francji radykałów z ruchu „żółtych kamizelek”. Podpalających w Paryżu samochody, czyli środki komunikacji zwiększające emisję gazów cieplarnianych.

***

Taka zbiorowa absencja na szczycie ludzi decydujących o polityce klimatycznej stawia pod znakiem zapytania jego skuteczność. Cóż to bowiem będzie za „szczyt”, skoro najważniejsze państwa świata powysyłały tam polityków średniego szczebla. To zapowiedź pagórka politycznego. Szansy na solidną, światową konferencję poświęconą fundamentalnym dla naszego świata zagrożeniom. Zapewne będziemy tam świadkami wielu kompetentnych debat, ale bez cienia nadziei, że w Katowicach zapadną jakieś nowe, ważne dla naszego świata decyzje.

***

Szczyt średniego szczebla politycznego to niestety stracona szansa na promocję naszego państwa w świecie. Zauważcie, że im głośniej elity PiS krzyczą o potrzebie promowania Polski, im więcej szastają pieniędzmi na „politykę godnościową”, tym gorsze są efekty. Nie wystarczy pomalować wszystkie samoloty PLL LOT na biało-czerwono. Niekompetencji, braku szacunku międzynarodowego nie da się zamalować patriotycznymi kolorami.

***

Jak poważane są elity PiS na świecie świadczyły dwa listy niedawno wysłane do nich przez ambasadorów, nie wrogich, lecz „zaprzyjaźnionych, sojuszniczych” państw.

***

Pierwszy list-komunikat JE Ambasador Izraela strofujący polskiego wicepremiera, ministra kultury pana Piotra Glińskiego jedynie za drobną, dygresyjną wypowiedź w popularnym tygodniku „Wprost”

***

I ten drugi. List JE Ambasador USA do pana prezydenta IV RP i pana premiera IV RP dosadnie przypominający im, że wara im od własności amerykańskiej znajdującej się na polskiej ziemi.
I przy okazji wara im od cenzurowania amerykańskich mediów zarabiających na rynku medialnym IV RP. Stawiający ich na baczność. Aby znali swoje miejsce w globalnych szyku sojuszników USA.

***

Zdaniem wielu zawodowych propagandzistów PiS pogrzebana przed 30 lat Polska Ludowa była państwem zniewolonym przez ZSRR. Niesuwerennym. Dopiero obecna IV Rzeczpospolita wstała z politycznych kolan. Odzyskała godność państwową i pełnię suwerenności.

***

Tylko jaka to jest godność i suwerenność, skoro pani Ambasador Izraela publicznie strofuje polskiego wiece premiera i ministra kultury, jak byle uczniaka z oślej ławki. I protekcjonalnie zalecam mu przymusowe korepetycje w izraelskiej instytucji oświatowej.

***

Jak pogodzić deklaracje o godności i suwerenności z listem JE Ambasador USA traktującej Polskę jak sojuszniczą „bananową republikę”? A jej prezydenta i premiera jak ubogich klientów amerykańskiej administracji?

***

Opluwana przez elity PiS Polska Ludowa była państwem niesuwerennym. Ale przywódcy ZSRR nie przekazywali do publicznej opinii dokumentów, listów w których bezceremonialnie manifestowali kolonialną zależność naszego kraju. Oni udawali, że wszystkie państwa w bloku radzieckim są równe.

***

Poinformowano też, że 16 lutego 2019 roku odbędzie się Dziewiętnasty Charytatywny Bal Dziennikarzy. Ostatni już.
Bal ten był symboliczny dla III Rzeczpospolitej. Był miejscem bratania się komercyjnego dziennikarstwa z politycznymi elitami. Orgią medialnego zakłamania i kabotyństwa obu środowisk.
Bal to będzie ich ostatni. Bo związane z TVN, „Gazetą Wyborczą” środowiska dziennikarskie tak już zubożały i spsiały, że nawet hojni sponsorzy nie chcą już sypać groszem na taką coroczną bibkę.
Zwłaszcza, że wojna plemienna PO-PiS doprowadziła do takiej nienawiści i trwałych podziałów w środowisku dziennikarskim, że trudno dziś zebrać odpowiednio ważny, topowy kontyngent balowiczów.

***

I po balu, panno Lalu.

Wypychanie Chin

Narasta napięcie między Stanami Zjednoczonymi a Chinami przed szczytem grupy G20, który ma się odbyć 30 listopada w Buenos Aires. Prezydenci Donald Trump i Xi Jinping wyrażali wcześniej nadzieję, że jeszcze przed konferencją w stolicy Argentyny dojdzie do rozwiązania protekcjonistycznego konfliktu handlowego między obydwoma mocarstwami, nazwanego przez światowe media wojną taryfową. Niestety, w świetle wydarzeń ostatnich dni nie zanosi się na to.

 

Doradca prezydenta USA ds. handlu międzynarodowego, Robert Lighthizer, opublikował raport, w którym oskarża chińskie państwo o szpiegostwo gospodarcze. Jego zdaniem proceder ten zachodzi na skalę globalną i skoncentrowany jest na pozyskiwaniu strategicznych informacji handlowych. Lighthizer piętnuje ponadto Chiny za nieuczciwy sposób traktowania firm zagranicznych, które w zamian za zgodę na inwestycje w Państwie Środka mają obowiązek dzielić się z chińskimi przedsiębiorstwami swoimi technologiami.

– Nasz najnowszy raport dowodzi, że Chiny w żaden istotny sposób nie zmieniły swoich nieuczciwych, nierozsądnych praktyk, zaburzających działanie rynku – oświadczył Lighthizer.
W odpowiedzi na to rzecznik chińskiego MSZ odesłał jedynie doradcę Trumpa do oficjalnych dokumentów, w których – jak twierdzi – rząd ChRL stwierdza, że ich kraj “w pełni chroni prawa własności intelektualnej”.

W ekipie Trumpa Robert Lighthizer wyróżniał się do tej pory zdecydowanie najostrzejszym podejściem do Chin. Od dawna wyrażał stanowisko, zgodnie z którym USA powinny dążyć do pozbawienia Państwa Środka obecnej silnej pozycji w Światowej Organizacji Handlu (WTO). Teraz jednak we wrogości wobec Chin prześcignął go Kevin Hasset, przewodniczący prezydenckich doradców ds. gospodarczych. Stwierdził on, że w ramach WTO Chiny “postępują karygodnie” i organizacja powinna wręcz rozważyć wyrzucenie Pekinu ze swojego grona.

Brakiem porozumienia zakończył się wcześniej szczyt APEC – organizacji współpracy krajów Azji i Pacyfiku. Nie przyjęto wspólnej deklaracji końcowej. Wang Yi, chiński minister spraw zagranicznych, oświadczył, że do porozumienia nie doszło z powodu egoistycznej postawy Stanów Zjednoczonych i ich stronników w regionie. Strona amerykańska, reprezentowana przez wiceprezydenta Mike’a Pence’a, miała wykazywać nieprzejednanie w kwestiach ceł, bezpieczeństwa w rejonie Morza Południowochińskiego oraz skali zaangażowania gospodarczego i militarnego w regionie Pacyfiku.

Od początku roku prezydent USA Donald Trump obciążył nowymi lub dodatkowymi cłami towary z Chin o łącznej wartości sięgającej 250 mld USD. Pekin odpowiedział własnymi taryfami, które objęły amerykańskie produkty warte łącznie ok. 110 mld USD. WTO wydała ostatnio ostrzeżenie, że kontynuacja amerykańsko-chińskiej wojny handlowej stanowi poważne zagrożenie dla światowej gospodarki i niesie ryzyko likwidacji milionów miejsc pracy na całym świecie.

Nasi siatkarze o igrzyska zagrają z Francją, Słowenią i Tunezją

Nasza reprezentacja siatkarzy w rankingu FIVB znalazła się na 4. miejscu. Mistrzów świata na światowej liście wyprzedziły Brazylia, USA i Włochy.

 

Przy ustalaniu nowego rankingu FIVB liczyły się wyniki osiągnięte w ostatnich igrzyskach olimpijskich i mistrzostwach świata oraz kwalifikacjach do mistrzostw świata, a także lokata zajęta w ostatnim Pucharze Świata i Lidze Światowej w 2017 roku. Sklasyfikowanie na czwartej pozycji sprawia, że nasi siatkarze w turnieju interkontynentalnym zagrają w jednej grupie z dziewiątym, szesnastym i dwudziestym pierwszym zespołem w rankingu. I tak rywalami reprezentacji Polski będą Francja, Słowenia i Tunezja. Prawo do gry o olimpijskie medale w Tokio uzyskają jedynie zwycięzcy sześciu turniejów interkontynentalnych. Drugą i ostatnią szansą na olimpijski awans będą turnieje kontynentalne w 2020 roku.

 

Grupy kwalifikacyjne do IO 2020

Grupa A: Brazylia, Egipt, Bułgaria, Korea Płd./Portoryko;
Grupa B: USA, Belgia, Holandia, Korea Płd./Portoryko;
Grupa C: Włochy, Serbia, Australia, Kamerun;
Grupa D: Polska, Francja, Słowenia, Tunezja;
Grupa E: Rosja, Iran, Kuba, Meksyk;
Grupa F: Kanada, Argentyna, Finlandia, Chiny.
Korea Południowa i Portoryko zajmują ex aequo 24. miejsce, decyzję o ich przydziale do grup podejmie FIVB.

 

Sztuka promocji

Odzyskaną przez Polskę niepodległość świętowałem w Wietnamie. Wśród ludzi, którzy znają wartość i cenę niepodległości. Bo nieraz swą niepodległość tracili. Walczyli o nią z sąsiadami, z francuskimi i amerykańskimi kolonizatorami. Także ze sobą, tocząc bratobójcze walki.

 

Świętowałem polską niepodległość bez pompatycznych marszów, cenzurowanych sztandarów. Świętowałem na siedząco. Przekonując się raz jeszcze, jak bardzo punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia.

„Kino to najważniejsza ze sztuk” – powiedział kiedyś Włodzimierz I. Lenin dowodząc mistrzostwa lapidarnej syntezy nowych zjawisk. Dzisiaj ta teza brzmi banalnie, ale ciągle bardzo prawdziwie.
Dlatego Stowarzyszenie Filmowców Polskich, z okazji stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości, przygotowało projekt „Polish history in film masterpieces”, czyli historia Polski w arcydziełach polskiej kinematografii. Postanowiło tak promować nasz kraj.

Najpierw demokratycznie wybrana komisja filmoznawców wybrała siedem filmów o tematyce historycznej najcelniej odzwierciedlających najnowszą historię Polski. Są to „Popiół i diament” i „Ziemia obiecana”, Andrzeja Wajdy, „Noce i dnie” Jerzego Antczaka, „Człowiek z marmuru”, również Andrzeja Wajdy, „Pianista” Romana Polańskiego, „Miasto 44” Jana Komasy i „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego.

Taką siódemkę Stowarzyszenie postanowiło pokazać w kilkunastu państwach wykorzystując swe kontakty oraz umowy o współpracy z instytucjami filmowymi na całym świecie.

Projekt wystartował w połowie roku i pierwsze efekty przerosły początkowe oczekiwania. Dzisiaj wiem, że pokażemy te filmy w przynajmniej dwudziestu państwach na całym świecie. W bliskiej mi Azji Południowo-Wschodniej właśnie oglądają je widzowie Chińskiej Republiki Ludowej. Obejrzeli już w Japonii i Republice Korei. W styczniu 2019 roku także na Tajwanie. Na szczęście tradycyjny Nowy chiński rok rozpoczyna się tam na początku lutego 2019. Zatem dla tradycyjnych Chińczyków najbliższy styczeń będzie jeszcze rokiem 2018.

Dlaczego postanowiliśmy pokazać filmową Polskę też w Wietnamie?

Wietnam to najszybciej rozwijające się – poza Chinami – państwo Azji Południowo-Wschodniej. Ma już ponad 100 milionów mieszkańców i jeden z najwyższych na świecie wskaźników przyrostu demograficznego. Mieszka tam ponad trzy tysiące robotników, głównie z przemysłu stoczniowego i maszynowego, którzy przeszli praktyki w Polsce. Znają nasz kraj, często mówią po polsku. Mieszka tam też ponad cztery tysiące absolwentów polskich uczelni. Wszyscy rozumieją polski język, wielu świetnie mówi po polsku. Wielu w nich jeszcze niedawno zajmowało eksponowane stanowiska. Mieliśmy „polskiego” prezydenta Hanoi, kilku ministrów, szefa wietnamskiej państwowej telewizji. Dzisiaj większość z nich to emeryci. Ale nadal są bardzo aktywni i propolscy, co mogliśmy naocznie stwierdzić.

Zaczęliśmy świętować w Hanoi. Podczas 5 HANIFF, czyli międzynarodowego festiwalu filmowego. Allan Starski został zaproszony do Jury, a film „Cicha noc” Piotra Domalewskiego do konkursowych zmagań. Dodatkowo Polska, obok Iranu, miała specjalne pokazy swych filmów. Pokazaliśmy tam pięć polskich filmów historycznych z proponowanej siódemki i jeszcze: „Tatarak” Andrzeja Wajdy, „Plan B” Kingi Dębskiej, „Idę” Pawła Pawlikowskiego i „Bilet na księżyc” Jacka Bromskiego. Mieliśmy też czterogodzinne seminarium o polskim kinie. Zaczął profesor Andrzej Pitrus, który w 45 minutach skondensował historię polskiego kina i Polski. Początkowo myślałem, że na wykładzie i kilku gładkich wystąpieniach cała impreza zakończy się. Tymczasem wykład zapoczątkował wielowątkową, burzliwą dyskusję. Byliśmy zdumieni jak wiele wiedziano tam o polskim kinie. Jak duży wpływ „polska szkoła filmowa” miała na wietnamskich i innych azjatyckich twórców.

Po seminarium i prezentacjach przyszedł czas na finał Festiwalu. Film „Cicha noc” zdobył główną nagrodę za reżyserię. Arkadiusz Jakubik największe oklaski i miłość publiczności za najdowcipniejszą wypowiedź podczas odbioru nagród. Agata Trzebuchowska została Miss fotoreporterów akredytowanych na Festiwalu.

I tak przez pięć dni polskie kino obecne było na najważniejszym wietnamskim festiwalu. Pokazy polskich filmów odbyły się przy pełnych widowniach. Przez pięć dni największe wietnamskie i azjatyckie telewizje wiele razy wspominały „Ba Lan”, czyli Polskę. Miliony Wietnamczyków przypomniały sobie o istnieniu Polski. Wielu młodych Wietnamczyków dowiedziało się, że jest w Europie taki kulturalny i sympatyczny kraj.

Po hanojskim Festiwalu ruszyliśmy do Ho Chi Minh City, czyli do Sajgonu. Wielkiej, kilkunastomilionowej metropolii. Tam pokazaliśmy sześć polskich filmów historycznych najbardziej prestiżowym kinie, w BHD Star Cineplex. Podczas projekcji filmu otwarcia, czyli „Pianisty” Romana Polańskiego, sala na 250 foteli, zapełniła się do ostatniego miejsca. Kolejne projekcje też miały komplety widowni.

Tak wielkiej frekwencji nie mieliśmy w Da Nang. Mieście już 1,5 milionowym, szybko rozwijającym się. Ale tam mieszka jedynie kilku Polaków i kilku polskich Wietnamczyków. Na projekcje przychodzili ludzie zawodowo związani z kulturą i miejscowi studenci, którzy zrobili nam promocję na Facebooku. Wielu z nich widziało polski film pierwszy raz w życiu. Pierwszy raz zobaczyli jak wyglądają ludzie w Ba Lan. Po raz pierwszy zainteresowali się Polską.

Wróciłem do Polski dzień po Marszu Niepodległości. Od razu wpadłem w polskie kłótnie o to kto lepiej niepodległość uświęcił, kto lepiej Polskę wypromował. Spory o kolejne promocyjne kompromitacje narodowo-katolickich fundacji, które zmarnowały kolejne miliony złotych.

Dlatego apeluję do prawicowych, polskich polityków. Bijcie się ze sobą, skoro tak to polubiliście. Ale nie przenoście waszych bijatyk za polskie granice.

I nie przeszkadzajcie polskim artystom w efektywnym promowaniu naszego kraju na całym świecie.

Czy Chiny zbawią świat?

Dawno, dawno temu, bo w drugiej połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku studiowałem nauki polityczne na szacownym Uniwersytecie Warszawskim. I wówczas zdarzało mi się jeszcze usłyszeć prognozę, że „Komunizm zwycięży”. Już wtedy wzbudzała ona powątpiewanie ówczesnych studentów, wzmocnione zwykle sarkastycznym rechotem.

 

Do Chin pierwszy raz trafiłem w 2000 roku. W drodze powrotnej z Korei Północnej. W tamtym czasie byłem posłem do Sejmu RP, pracowałem w polsko-azjatyckich grupach parlamentarnych . Dzięki temu mogłem w praktyce kontynuować studia uniwersyteckie. Dwa lata później byłem przewodniczącym parlamentarnej grupy polsko-chińskiej. Najliczniejszej z bilateralnych grup. Najaktywniejszej też. To sprawiało, że regularnie odwiedzałem Chiny. Czasem kilka razy w roku. I zawsze tam widziałem radykalne zmiany. Zawsze na lepsze.

W tamtym czasie Chiny miały złą reputację wśród polskich elit politycznych. Bo głupi polski antykomunizm zdominował polskie media. I polskie elity polityczne też. Już sam przymiotnik „komunistyczny” był obelgą polityczną. Nic zatem dziwnego, że rządzone przez komunistyczna partię Chiny traktowane były przez polską prawicę z wyjątkową pogardą. Jako wielki, ale biedy kraj. Pogardzany Trzeci Świat.

W tamtym czasie dominował pogląd, że wzrost gospodarczy, szczęście i dobrobyt obywateli zapewnić może jedynie liberalna, całkowicie sprywatyzowana gospodarka wolnorynkowa wraz z systemem demokracji parlamentarnej. Rządzone przez „komunistów” Chiny mogłyby wyjść z biedy i zacofania gdyby przyjęły zachodni ideologiczny chrzest. Sprywatyzowały gospodarkę i skopiowały zachodnią demokrację. Dowodem i przykładem takiego udanego zmodernizowania kawałka Chin był wtedy Tajwan. Zachwycający nowoczesnymi technologiami i nadwyżkami w handlu międzynarodowym.

Kiedy po każdym powrocie opowiadałem w polskim Sejmie o rosnącym potencjale gospodarczym Chińskiej Republiki Ludowej, nie wierzono mi. To zwykła, kłamliwa komunistyczna propaganda, słyszałem w odpowiedzi. Ten wzrost gospodarczy to efekt sfałszowanych statystyk. Te gigantyczne fabryki i nowoczesne dzielnice wielkich miast to tylko jakieś „potiomkinowskie wioski”.

 

Czerwone karty kredytowe

Nawet kiedy rządziła w Polsce lewicowa SLD, ton polityce polsko-chińskiej nadawali moralizatorzy z Unii Wolności. „SLD mniej wolno”, orzekli liderzy tej partii. Chińskiej Republice Ludowej było wolno jeszcze mniej. Cóż z tego, że chińskie PKB przez kilkanaście lat rosło w tempie dwucyfrowym. Cóż z tego, że w ciągu dwudziestu lat ponad pół miliarda Chińczyków wyszło ze stanu biedy. Chiny nie mogły być partnerem dla Polski , bo nie przestrzegano tam praw człowieka. Jeszcze w 2008 roku ówczesny premier Donald Tusk, lider Platformy Obywatelskiej, ogłosił publicznie, że bojkotuje Olimpiadę w Pekinie. Choć nawet jeszcze nie dostał zaproszenia na nią.

Dwa lata później prezydent Bronisław Komorowski podpisał w Pekinie porozumienie o strategicznym partnerstwie z Chińską Republiką Ludową. W imieniu Rzeczpospolitej uznał wtedy, że kwestia praw człowieka to wewnętrzna sprawa Chin i władze polskie nie będą już recenzowały chińskich partnerów. Zaraz potem problematyka łamania praw człowieka w Chinach zniknęła z łamów „Gazety Wyborczej”.

W roku 2012 z chińskiej inicjatywy powstała grupa szesnastu państw współpracujących gospodarczo z Pekinem. Nieformalną stolicą tej grupy, zwanej „Formatem 16+1” , została Warszawa. Podczas inauguracyjnego spotkania premier Donald Tusk adorował chińskiego premiera Wen Jiabao niczym ministrant księdza proboszcza.

A wszystko dlatego, że te jeszcze niedawno pogardzane i wyśmiewane przez polskie elity polityczne i dziennikarskie komunistyczne Chiny stały się bankierem świata. Drugą po USA globalną gospodarką. Polskie przedsiębiorstwa zaczęły marzyć o wejściu na gigantyczny chiński rynek. Kolejne polskie rządy jęły umizgiwać się do rządzących Chinami w nadziei na chińskie kredyty finansujące polskie wielkiej projekty infrastrukturalne.

Komunistyczne chińskie symbole przestały uwierać nawet najbardziej zagorzałych polskich antykomunistów. Nawet tych z PiS. Aby ułatwić obcowanie z chińskimi, komunistycznymi dygnitarzami, minister Jan Parys zdefiniował na użytek polskiego MSZ obecną Chińską Republikę Ludową jako państwo „postkomunistyczne”. Co rozśmieszyło jedynie dyplomatów chińskich.
Ale skoro chińskie banki mają współfinansować Centralny Port Komunikacyjny imienia Lecha Kaczyńskiego, to nie wypada, aby były to „komunistyczne pieniądze”.

 

Komunizm czy chinizm?

Sami Chińczycy przez wiele lat tworzony u siebie nowy system gospodarczy i polityczny nazywali „socjalizm z chińską charakterystyką”. Co pozwalało nakleić etykietkę na wolnorynkową gospodarkę państwowo-prywatną i system rządów autorytarnej merytokracji. Rządów Komunistycznej Partii Chin, która jest nowocześnie i sprawnie zarządzaną, efektywną korporacją i jednocześnie nową dynastią panującą i nowoczesnym chińskim cesarzem.

Ale ta wyrosła z chińskiej kultury definicja nie przystawała do zachodniej politologii. I tu pionierski wkład wniósł profesor Grzegorz Kołodko. Intelektualista, ekonomista i były polityk. Jeden z architektów polskich reform gospodarczych, tych udanych. Były wicepremier i minister finansów. Popularyzator wiedzy społeczno-ekonomicznej.
W niedawno opublikowanej książce „Czy Chiny zbawią świat?” prezentuje toczone w środowiskach naukowych dyskusje o tym czy w Chinach panuje jeszcze „komunizm”, czy już jednak przeważa „kapitalizm”. Po czym celnie określa obecny chiński system polityczno-gospodarczy jako „chinizm”.

System dzięki któremu Chiny stały się znów potęgą gospodarczą, ale nie pozwalając kapitałowi zdobyć władzy politycznej. Chiński system zliberalizował gospodarkę, zniósł biurokratyczną gospodarkę planową, ale zachował interwencjonizm państwa w strategicznych sektorach gospodarki. Korporacja KPCh nie zajmuje się już planowaniem produkcji dóbr konsumpcyjnych. Panuje za to nad wielką infrastrukturą komunikacyjną. Właśnie oddano tam do użytku najdłuższy na świecie most łączący kontynent z wyspami Hongkongu i Macau.

Zarządzająca Chinami warstwa merytokratyczna zachowuje też kontrolę nad systemem bankowym i planuje wielkie, globalne już projekty komunikacyjne. Jak choćby Nowy Jedwabny Szlak, dzięki któremu chińska gospodarka będzie mogła wyeksportować nadwyżki swych mocy produkcyjnych. Bo w „chiniźmie” to gospodarka podporządkowana jest polityce, a w krajach liberalnego Zachodu i ich naśladowcach, to elity polityczne są na służbie wielkiego biznesu.

Jeszcze w 1820 roku cesarskie Chiny były pierwszą gospodarką świata. Potem straciły mocarstwowy status, bo nie chciały wejść na globalną arenę gospodarczą. Były okupowane przez nowe mocarstwa. Grabione i poniżane. Teraz ze swym unowocześnionym „chinizmem” wracają do światowej czołówki gospodarczej i cywilizacyjnej.

Teraz wiele państw azjatyckich, afrykańskich i południowoamerykańskich stara się naśladować chiński model rozwoju gospodarczego i politycznego. Tworzyć chinizm ze swoją specyfiką. Chinizm próbuje naśladować w Rosji prezydent Putin, echo chinizmu usłyszymy w polityce gospodarczej prezydenta USA Donalda Trumpa…

Czy zatem zachodnia liberalna demokracja to już pieśń przeszłości, ubiegłowieczny anachronizm?

Szukajcie na to odpowiedzi w książce profesora Grzegorza Kołodki.

 

Tekst ten ukazał się też w tygodniku „Fakty i Mity”.

 

Grzegorz Kołodko – „Czy Chiny zbawią świat?”, Wydawnictwo Pruszyński i S-ka, Warszawa 2018, str. 216, ISBN 978-83-8123-262-3.

Chińskie zbawienie

Grzegorz Kołodko jest bezsprzecznie myślicielem oryginalnym. Osobiście podejrzewam, że posiadanie opinii odrębnej sprawia mu co najmniej tyle radości, co posiadanie racji – czego łączenie jest o tyle nietrudne, że opinie polskich komentatorów i ekspertów z zasady mieszczą się w spektrum politycznej poprawności, niekoniecznie wyznaczanej rozumem. Tak jest niewątpliwie w przypadku Chin.

 

O Chinach w Polsce wolno mieć dwie opinie. Pierwsza: to brutalna komunistyczna dyktatura i moralnym obowiązkiem każdego człowieka Zachodu jest pouczanie jej w zakresie łamania praw człowieka. Tym aspektem Kołodko, z właściwą sobie dezynwolturą wobec oczekiwań elit, nie zajmuje się w ogóle. I druga: że Chiny są niebezpieczne, dążą do dominacji nad światem i za wszelką cenę należy stawić im odpór. Polemice z tym dogmatem poświęcona jest najnowsza książka prof. Kołodki, zatytułowana prowokacyjnie „Czy Chiny zbawią świat?”. W ramach spoilera wyjawię, że odpowiedź jest w zasadzie pozytywna.

Jako amerykanofoba najbardziej raduje mnie, gdy Kołodko zestawia międzynarodową aktywność Chin i Stanów Zjednoczonych, wykazując nie tylko praktyczną, ale także moralną przewagę tych pierwszych. Podczas swej wizyty w Afryce były już dziś sekretarz stanu USA, Rex Tillerson, oskarżał Chiny o to, że „uzależniają, stosują skorumpowane umowy i zagrażają zasobom naturalnym” państw afrykańskich. „Jakże mało przekonujące są te zarzuty, gdy ktoś konfrontuje skromne pół miliarda dolarów, które przy okazji wizyty Tillersona Stany Zjednoczone przeznaczają na dodatkową pomoc dla Afryki, z dziesiątkami miliardów dolarów, które inwestują tam Chińczycy, mając ponadto w żywej pamięci fakt, że prezydent Trump zaledwie kilka tygodni wcześniej określił biedne państwa afrykańskie w mianem »shithole countries«” – zauważa Kołodko, gdzie indziej dodając nie bez złośliwości, że „najbogatszy kraj świata, Stany Zjednoczone, zamiast w trosce o współtworzenie ekonomicznych przesłanek pokojowego rozwoju zwiększać swoje wydatki pomocowe, obcina je po to, aby mieć więcej środków na zbrojenia”.

Zgoda – Chiny prowadzą międzynarodową ekspansję, ale nie jest to „walka o dominację nad światem”, tyko działanie obliczone na realizację celów wewnętrznych, jakim jest stały rozwój gospodarczy. Chiny z powodzeniem szukają rynków zbytu na całym świecie, także w USA – ale, po pierwsze, fatalny bilans handlowy Stanów w tej relacji „jest w pierwszej kolejności funkcją ich słabej, niedostatecznie konkurencyjnej oferty eksportowej, a nie – jak chcą Donald Trump i inni ulegający sinofobii – nieuczciwej chińskiej konkurencji”. A pod drugie, i zapewne ważniejsze, przy okazji Chiny, swoimi inwestycjami, transferem technologii, tanimi i umarzalnymi kredytami, przyczyniają się do rozwoju ubogich krajów, w których inwestują. Do „przezwyciężenia zacofania niejednokrotnie będącego skutkiem wcześniejszego kapitalistycznego wyzysku” – jak z wdziękiem ujmuje to prof. Kołodko. Na niespotykaną dotychczas skalę efekt ten zrealizować może inicjatywa zwana oficjalnie „Belt and Road Initiative” (BRI), a publicystycznie „Nowym Jedwabnym Szlakiem”. To wielki projekt, przede wszystkim infrastrukturalny, obejmujący 65 państw na 3 kontynentach. Skądinąd Chiny bez żadnych wcześniejszych uzgodnień poinformowały potencjalnych parterów o swojej jednostronnej decyzji włączenia ich w BRI, przeciwko czemu żaden z tych krajów nie zaprotestował – także Polska.

Jeśli nawet – pisze Kołodko nie bez złośliwości – rozwój potęgi Chin „rzeczywiście zagraża równowadze wpływów, to miast bezproduktywnie krytykować chińską ekspansję, lepiej zwiększyć własną pomoc bogatego Zachodu”.

Autor z pewnym rozbawieniem odnosi się też do niekończących się dyskusji o tym, czy w Chinach panuje socjalizm, czy kapitalizm – proponując w zamian termin „chinizm”. Ów chinizm –unikalną chińską drogę przemian gospodarczych – Kołodko opisuje w sposób, w którym, przynajmniej dla człowieka lewicy, przeważają pozytywy. Największy brzmi: „Chiny stały się potęgą gospodarczą, nie pozwalając kapitałowi na zdobycie władzy”.

O ile dziś już każdy, z wyjątkiem Leszka Balcerowicza, rozumie, że świat, w którym 8 facetów ma tyle samo majątku, co uboższa połowa ludzkości, jest popieprzony – o tyle zrozumienie przyczyn tej sytuacji zależy od światopoglądu. Entuzjaści wolnorynkowej utopii składają ją na karb postępu technicznego, albo „fazy globalizacji” – w duszy lewaka nie ma natomiast wątpliwości co do tego, że dzieje się tak, ponieważ władzę nad światem z rąk polityków przejęli kapitaliści. Którzy, z definicji, działają we własnym, a nie społecznym, interesie. A ich skuteczność jest efektem ukochanej przez liberałów „deregulacji”, czyli wycofywania się państwa z ustalania standardów: pracowniczych, płacowych, ekologicznych, konsumenckich i jakichkolwiek innych, a także z kontrolowania rynków finansowych – czyli wszystkich tych ograniczeń, które stoją kapitalistom na drodze do maksymalizacji zysku, bez oglądania się na koszty społeczne.

Chiny – dowodzi Kołodko – uniknęły tej pułapki. Tamtejsza liberalizacja ekonomiczna, odejście od gospodarki planowej, nie oznaczało przyjęcia neoliberalnej doktryny, iż państwo nie ma nic do powiedzenia w gospodarce – wręcz przeciwnie, władze Chin postawiły na silny interwencjonizm. Prowadzą aktywną politykę przemysłową, zachowały kontrolę nad systemem bankowym i strategicznymi gałęziami przemysłu, przyjmują i realizują długofalowe plany rozwojowe. Po trosze wynika to z chińskiej filozofii. Chińczycy mają nad ludźmi Zachodu tę przewagę – sugeruje Kołodko – że w chińskiej kulturze jest oczywistym, że rezygnacja z długofalowego myślenia i planowania na rzecz biernego poddania się działaniu niewidzialnej ręki rynku jest przejawem zbrodniczej krótkowzroczności; my tymczasem musimy się tego boleśnie uczyć na własnych błędach.

Jednak zasadnicza różnica między „chinizmem” i światem Zachodu jest taka, że w Chinach gospodarka służy polityce, a u nas jest odwrotnie. Co jest, jakby to źle nie brzmiało, pewnym dobrodziejstwem braku demokracji. Tego prof. Kołodko nie pisze wprost, ale zdaje się sugerować – na przykład wtedy, gdy wspomina o tym, że Chiny wolne są od „negatywnego wpływu cykli politycznych typowych dla zachodnich liberalnych demokracji”. A także, gdy cytuje chińskich ekonomistów, zauważających, iż ich krajowi nie grozi jego własna „arabska wiosna” – rewolty w krajach arabskich były powiem efektem nakładania się stagnacji ekonomicznej i autorytarnych reżimów. W Chinach, wysokie tempo dynamiki wzrostu gospodarczego przekłada się na wzrost dochodów ludności, co „ułatwia utrzymanie ładu społecznego” – pisze Kołodko.

Oczywiście, przed chińskimi władzami stoją niewiarygodnie trudne zadania – w tym, przede wszystkim, długofalowe (jak wszystko w Chinach) działania na rzecz redukcji nierówności majątkowych, które są ubocznym efektem obecnego sukcesu gospodarczego, ale które, w dłuższej perspektywie, grożą, krótko mówiąc, rewolucją. Jeśli Komunistyczna Partia Chin chce utrzymać władzę, musi zadbać o to, żeby chiński państwowy kapitalizm w większym stopniu realizował zasadę „podporządkowywania interesów prywatnych, kapitalistycznych, interesom ogólnospołecznym” – jak uprzejmie definiuje to prof. Kołodko. Po naszemu: wziąć kapitał za ryj i zmusić go do przyzwoitego płacenia ludziom.

Są też inne zagrożenia – a tym takie, które mogą nam się zdać zupełnie dziwacznymi. Na przykład: za mało dzieci. Serio. Brutalnie skuteczna polityka ograniczania przyrostu naturalnego zapoczątkowana w latach 70. okazała się ogromnie trudna do odwrócenia. Dziś, kiedy Chińczycy zaczynają się starzeć i na horyzoncie majaczy widmo braku rąk do pracy, rząd zachęca do bardziej entuzjastycznego rozmnażania – ale większość młodej klasy średniej nie chce nawet o tym słyszeć. Nowy, bardziej nastawiony na konsumpcję styl życia, aspiracje życiowe i zawodowe kobiet, sprawiają, że w dylemacie „drugie samochód czy drugie dziecko” młodzi obywatele ChRL bez wahania stawiają na samochód. Inny fundamentalny problem to stan środowiska naturalnego – dużo już zrobiono w tym kierunku, dla przy takim poziomie zatłoczenia, nie wspominając już o uprzemysłowieniu, kolosalnie wiele pozostało do zrobienia. Jednak w kraju, gdzie decyzje gospodarcze podporządkowane są celom politycznym, taki efekt osiągnąć łatwiej niż tam, gdzie politykom decyzje dyktuje kapitał, w swoim galopie do maksymalizacji zysków doskonale obojętny na społeczne koszty swoich działań.

Oczywiście, prof. Kołodko nie sugeruje, że drogą do naprawienia schrzanionego świata jest wprowadzenie monopartyjnej dyktatury – ale niewątpliwie wzywa do wyciągnięcia wniosków z chińskiego sukcesu gospodarczego, zrodzonego z systemu będącego odwrotnością neoliberalizmu, czyli podporządkowania państwa rynkowi. Podobne rozwiązania można osiągnąć także w prawdziwie funkcjonującej demokracji – czego dowodem są państwa skandynawskie, a także np. Kanada.

A prawda jest i taka – to już nie konkluzje Kołodki, tylko moje – że nasze, polskie i generalnie zachodnie przekonanie, iż mamy nie tylko prawo, ale i obowiązek pouczać innych, jak mają żyć, bo my wiemy lepiej, co jest dla nich dobre, jest przejawem kolonialnego chamstwa. Chińczyków jest prawie półtora miliarda, z czego do partii należy niespełna 90 milionów. Gdyby obywatele ChRL chcieli obalić ustrój, zrobiliby to – z wielkimi niewątpliwie ofiarami, ale bez specjalnego trudu. Chińska droga przemian – która, zgodnie z oficjalnymi dokumentami Komunistycznej Partii Chin, ma doprowadzić, w perspektywie roku 2050, do zbudowania „wielkiego nowoczesnego kraju socjalistycznego, który będzie prosperujący, silny, demokratyczny, kulturowo zaawansowany, harmonijny i piękny” – jest dla Chin dobrą drogą, jak długo Chińczycy nie zdecydują inaczej. I nic nam do tego.

 

Grzegorz W. Kołodko: „Czy Chiny zbawią świat?”, str. 224, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2018, ISBN: 978-83-8123-262-3.

Prawo i skuteczność

Nowy impuls dla przyśpieszenia polsko-chińskiej współpracy gospodarczej.

 

„Zgodnie z prawem i skutecznie” – tak działać będzie powołana 22 września w Warszawie „Chińsko-Polska Izba Gospodarcza”. Powiedział o tym jej prezes Han Bao Hua, który zapewnił , że promowanie solidnych, wiarygodnych chińskich firm będzie jednym z podstawowych zadań Izby.
Polska dzięki swemu położeniu geograficznemu jest bramą do Europy wielkiego chińskiego globalnego projektu geopolitycznego, znanego jako „Nowy Jedwabny Szlak. Morski i lądowy”. Warszawa jest nieformalną stolicą chińsko – europejskiej grupy współpracy gospodarczej , zwanej „Formatem 16 + 1”. Nic dziwnego, że chińskie zainteresowanie Polską w ostatnich latach wzrasta. Widać to nie tylko dzięki wzmożonej aktywności delegacji chińskiego biznesu, ale też turystów z Chin – mówił podczas inauguracji Izby ambasador Chińskiej Republiki Ludowej Liu Guangyuan.
W zeszłym roku Polskę odwiedziło 140 tysięcy Chińczyków, w tym roku prognozy sięgają 200 tysięcy. W Polsce mieszka już ponad 15 tysięcy Chińczyków, reprezentujących liczne chińskie firmy.
Ambasador Liu Guangyuan oświadczył, że władze chińskie przyjęły politykę popierania chińskich społeczności żyjących poza granicami Państwa Środka, zwłaszcza wspierania aktywności ich firm.
Do dotychczasowej działalności biznesowej mieszkających w Polsce Chińczyków nawiązał w swym wystąpieniu były wicepremier i minister gospodarki, prezes Izby Przemysłowo Handlowej Polska – Azja Janusz Piechociński. Przypomniał wzorcową współpracę gminy Lesznowola z chińskim biznesem, której efektem jest największe w Europie Środkowo – Wschodniej azjatyckie centrum handlowe w Wólce Kosowskiej, Zarządzane przez firmę GD Poland.
Teraz to Chińskie Centrum Handlowe powinno przekształcić się z polskiego w centrum środkowo europejskie, przekonywał Janus Piechociński. Zaproponował też, aby każda chińska firma wchodząca na rynek polski i europejski przeszła szkolenie z obowiązującego w Unii Europejskiej prawa. Pozwoli to uniknąć ewentualnych sporów z administracją i polskimi partnerami.
Symbolem takiej dbałości o poszanowanie prawa przez nowopowstała Izbę był wykład profesora Hieronima Kulczyckiego z Naczelnego Sadu Administracyjnego. Prezentujący polski , czyli europejski system rozstrzygania sporów gospodarczych chińskim partnerom.
„Dbałość o przestrzeganie prawa jest warunkiem koniecznym dla funkcjonowania chińskich firm w Polsce”, podkreśliła przewodnicząca Rady Nadzorczej Izby, znana ekspertka gospodarcza Zange Czeng Jaworska. „Jednak niezwykle ważne jest też poznanie polskiej kultury biznesowej przez chińskich biznesmenów i chińskiej kultury biznesowej przez biznes polski.
Także kultury i historii obu narodów.
I w Polsce i w Chinach popularne jest przysłowie „ Przez żołądek do serca”. Nasza Izba Gospodarcza chce promować i uczyć nie tylko kulturę biznesową obu narodów. Biznes powinien wpierać promocję chińskiej i polskiej kultury, upowszechnianie i zrozumieniu historii obu naszych narodów”.

USA wyjdą z WTO?

Prezydent USA skarży się, że jego kraj pada ofiarą niesprawiedliwości ze strony Światowej Organizacji Handlu. Ostrzega, że Ameryka może opuścić jej struktury. Poszło o wojnę handlową z Chinami.

 

– Jeżeli się nie ogarną, wycofam się z WTO – taką deklarację w sprawie udziału Stanów Zjednoczonych w Światowej Organizacji Handlu złożył Donald Trump w wywiadzie, jakiego udzielił portalowi Bloomberg News. Prezydent nie pozostawił żadnych wątpliwości: – To jest najgorsza umowa handlowa, jaka kiedykolwiek powstała – stwierdził.

Nie po raz pierwszy Trump wyraża się źle o WTO. Miesiąc wcześniej mówił, że USA są w „złej sytuacji” w Organizacji i są przez nią źle traktowane. Wówczas jednak sekretarz handlu Wilbur Ross otwarcie wyraził opinię, że obecnie na wycofanie się USA jest „za wcześnie”. W ubiegłym roku wypowiadając się dla Fox News Donald Trump sugerował, że WTO jest rodzajem sprzysiężenia przeciwko jego krajowi: – Ta organizacja powstała po to, żeby przynosić korzyści wszystkim, tylko nie nam.

Donald Trump nie mógł przeboleć, że USA przegrywają prawie wszystkie sprawy międzynarodowe, jakie rozstrzyga WTO. Głównym powodem jego zarzutów jest jednak pozycja Chin w Organizacji. Reprezentant USA ds. handlu Robert Lighthizer głosił wcześniej tezę, że przyjęcie Chin do WTO w 2001 r. było dużym błędem, bo “nie jest to gospodarka rynkowa”. Lighthizer oskarżał też Organizację o interwencję w suwerenność Stanów Zjednoczonych. Chodzi o liczne wyroki niekorzystne dla USA w sprawach antydumpingowych. Amerykanie zaczęli więc blokować wybór sędziów do sądu apelacyjnego w WTO. Lightizer od początku był promotorem “ostrego podejścia” do WTO.

Prezydent Trump prowadzi wojnę handlową z Pekinem i mówił Bloombergowi, że zamierza doprowadzić do objęcia wysokimi cłami chińskie towary o łącznej wartości 200 mld dolarów. Chińczycy jednak odpowiadają kontrtaryfami. Trump uważa, że jego postępowanie pozostaje w najzupełniejszym porządku, a Chin jest niedopuszczalne. Starał się uzyskać pomoc WTO w walce Chińskimi cłami odwetowymi, bo jego zdaniem są nielegalne w świetle przepisów Organizacji. Nie znalazł jednak poparcia dla swojego stanowiska. Nic dziwnego – amerykańskie taryfy dotykają też innych krajów członkowskich, m.in. partnerów europejskich.

Po wycofaniu się USA z Paryskiego Porozumienia Klimatycznego i Rady Praw Człowieka ONZ słowa Trumpa należy traktować jako coś więcej niż tylko czcze pogróżki. Opuszczenie tej organizacji przez Stany Zjednoczone miałoby na światową sytuację na pewno znacznie większy wpływ niż bieżąca wojna handlowa z Chinami. Na pewno znacząco odbiłaby się również na sytuacji samych Amerykanów. Trudno bowiem poważnie traktować opinie prezydenta na temat zasad działania Organizacji i roli, jaką pełnią w niej USA. Kraj ten miał kluczowe znaczenia dla powstania i działania tej największej dotychczas neoliberalnej umowy handlowej na świecie. Rozwiązanie, które formalnie miało służyć liberalizacji handlu, faktycznie doprowadziło do poważnego wzmocnienia krajów bogatej Północy w światowej wymianie gospodarczej. Doprowadzono przede wszystkim do praktycznego zniszczenia rolnictwa wielu krajów Ameryki Łacińskiej, Afryki i Azji Południowo-Wschodniej poprzez zalanie ich tanimi i dotowanymi produktami z USA, Europy i Kanady.