Więcej rynku? Jeszcze czego!

Utarło się w Polsce przeświadczenie elit, mediów i całego mainstreamu, że państwo jest miejscem komfortu dla najbogatszych i elit, a zdecydowana większość ma się męczyć w wyścigu szczurów i nie oczekiwać gwarancji nawet jakichkolwiek podstawowych dóbr.

Nie mamy prawa oczekiwać, że państwo potraktuje poważnie naszą potrzebę posiadania mieszkania, pożywienia, czy czystego powietrza (UWAGA: STRASZNY KOMUNIS). Przez dekady maksymalnej, neoliberalnej propagandy weszło to ludziom tak do krwi, że często nawet biedni oburzają się na to, że ktoś proponuje by mieszkanie miał każdy, a praca była krótsza i po prostu znośna.

To jest największa potworność, bo systemowo usprawiedliwione jest zaszczuwanie ludzi pracy brakiem elementarnego bezpieczeństwa. A potem te same elity, które są wściekłe, że posiadanie dziecka uprawnia do jakiegokolwiek wsparcia od państwa, dumają nad rosnącymi wskaźnikami chorób psychicznych, czy niską jakością polskiej demokracji i słabym poziomem czytelnictwa.

Bo płaca poniżej minimalnej i groszowa renta, czy emerytura to żadna przemoc – to zachęta!!!

No to teraz kilka słów prawdy. Gospodarka nie jest od zaszczuwania. System nie ma działać na zasadzie bata i grozić śmiercią na mrozie bez dachu nad głową. Pieniądz jest tam, gdzie go umieścimy i gdzie dokonamy redystrybucji. Ludzkość potrafi też pracować bez groźby deklasacji i upadku na samo dno. Istnienie szajki miliarderów obok umierających z głodu jest barbarzyńskim zwyrodnieniem takim samym, jak eugenika, wojna i faszyzm. Ludzkość stać na komfort, zasługuje na komfort. A proludzki system społeczny i gospodarczy nie jest od wrzucania nędzy, bezdomności i śmierci, jako rynkowych opcji do stymulowania zysku najbogatszych.

I o to walczymy w socjalizmie. Odrynkowienie podstawowych dóbr! Teraz!
Kapitalizm nie widzi problemu.

Jesteś biedny? To nie jesz… I nigdy nie pytaj o milionerów, czy też o „klasę średnią” z pięciocyfrowymi zarobkami… Twoje cierpienie jest im potrzebne. Tak samo upodlenie.

Unia Europejska, szczepionki i lewica

Historia zakupu i wdrożenia szczepionek na COVID-19 obnażyła sprzeczności w Unii Europejskiej oraz ograniczenia rynku kapitalistycznego w radzeniu sobie z kryzysem. Zobaczyliśmy tarcia zarówno między UE a Wielką Brytanią, jak i wewnątrz samej Unii. Przypomina się kryzys zadłużenia z 2011 i 2012 roku. Wobec faktu, że dysponujemy już szczepionkami Oxford/AstraZeneca, produktami firm Pfizer/BioNTech, Moderna i innymi, które są już podawane na całym świecie, można by pomyśleć, że zbliżamy się do końca pandemii. Tak nie jest, bo spekulanci farmaceutyczni i polityczni przedstawiciele klasy rządzącej sprzeciwiają się wprowadzaniu produktów na rynek w niektórych z najbardziej dotkniętych wirusem krajów. Aby powrócić do „normalności” i rozruszać gospodarkę, ignorują naukę i idą na skróty, narażając tym samym życie ludzi na całym świecie. Big Pharma działa w szczególnie skandaliczny sposób, pokazując, że jej rolą w społeczeństwie nie jest dostarczanie leków ani żaden inny filantropijny cel, lecz po prostu osiąganie zysków i wypłacanie dywidend swoim akcjonariuszom.

Pod koniec 2020 roku Der Spiegel doniósł, że Pfizer negocjował z Europejską Agencją Leków (EMA) możliwość wyodrębnienia szóstej dawki z każdej wyprodukowanej fiolki preparatu. Mogło to oznaczać zwiększenie tempa wdrażania leku o 20 proc.. W warunkach gospodarki planowej byłaby to doskonała wiadomość. Nie w kapitalizmie – początkowo Pfizer zapowiadał, że zmiana zostanie dokonana w celu zwiększenia możliwości szczepień, tylko po to, by w rzeczywistości zmniejszyć zasięg dostaw, za to zwiększyć swoje zyski o 17 proc. Pfizer „skorygował” swoje dostawy, szacując, że umowa dotyczyła jednej dawki, a nie jednej fiolki preparatu. Tylko na tym zarobił 17 proc. Pfizer ogłosił, że w pierwszej partii wyprodukuje 100 milionów fiolek, a nie 120 milionów, jak uzgodniono. Co stałoby się z 20 milionami dawek po 12 euro za dawkę? Pfizer sprzedałby je najwyżej licytującemu na rynku międzynarodowym. O tajnych porozumieniach między Pfizerem a Komisją Europejską dotyczących cen szczepionek dowiedzieliśmy się dopiero dzięki usuniętemu później tweetowi belgijskiej minister Evy de Bleeker. Są też inne przykłady postawienia interesów wielkich firm przed interesem ludzi: na razie tylko Włochy, pod naciskiem stowarzyszeń konsumenckich, planują pozwać Pfizera do sądu za niedostarczone szczepionki. Belgia, gdzie produkowana jest szczepionka, woli nie wytaczać procesów, prawdopodobnie z obawy, że koncern może zdecydować się na przeniesienie produkcji. Rząd francuski wynegocjował umowę, na mocy której produkować i dystrybuować szczepionkę Pfizera będzie „narodowe konsorcjum” Sanofi, jednak nie o obronę interesów francuskich obywateli tu chodzi, a właśnie o wsparcie rzeczonego koncernu.
AstraZeneca również znalazła się w centrum uwagi. W przeddzień zatwierdzenia szczepionki przez Europejską Agencję Medyczną, jej dyrektor generalny Pascal Soriot udzielił skandalicznego wywiadu dziennikowi La Reppublica. Najpierw zganił UE za to, że „spóźniła się” w negocjacjach, podpisując umowę trzy miesiące później niż Wielka Brytania, a potem stwierdził, że „ludzie stają się zbyt emocjonalni”. Dlaczego? Dlatego, że sugerują, jakoby produkcja szczepionek miała służyć ludzkości, a nie zyskom.
To nie koniec: unijni urzędnicy są już praktycznie przekonani, że AstraZeneca próbowała uniknąć wypełnienia zobowiązań podjętych wobec UE, która dokonała przedpłaty w wysokości setek milionów euro. Innymi słowy, koncern spekulował szczepionką i pieniędzmi zaoferowanymi przez UE. Podczas spotkania w dniu 25 stycznia pomiędzy urzędnikami państw członkowskich i UE oraz przedstawicielami brytyjsko-szwedzkiego konglomeratu farmaceutycznego AstraZeneca delegacja z Brukseli usłyszała zresztą od ludzi koncernu, że produkcja szczepionek będzie daleka od zobowiązań kontraktowych. AstraZeneca prowadzi z UE grę w kotka i myszkę i trzyma się twardo swoich racji, twierdząc, że umowa wymaga od niej jedynie „najlepszych starań”. Jako że wynegocjowane kontrakty pozostają całkowicie lub częściowo tajne, można zakładać, że przedstawiciele firmy mówią prawdę. Dlaczego miałby kłamać, skoro sam ryzykuje co najwyżej tym, że UE opublikuje umowę? W takim wypadku to Komisja Europejska pokaże swoją niezdolność do negocjowania kontraktów z myślą o zdrowiu publicznym i wszyscy będą mogli się przekonać, że zdolna do skutecznego negocjowania jest tylko wtedy, gdy jest to korzystne dla Big Pharmy. To właśnie UE robiła przez ostatnie siedem dekad! Problem polega na tym, że interesy niektórych firm farmaceutycznych stoją w sprzeczności z interesami państw (mieszkańców) UE…
Sytuacja zaczyna rozwija się w myśl hasła „każdy działa na własną rękę”. Węgry już ogłosiły, że będą kupować szczepionki z Rosji i Chin, pomimo braku zgody (lub nawet prośby o zgodę w przypadku Chin) ze strony władz europejskich. Sandra Gallina, negocjatorka umów między UE a Big Pharmą, ogłosiła 12 stycznia, że nie wie o żadnych innych umowach poza tymi wynegocjowanymi przez Komisję, a gdyby takie istniały, to – jak powiedziała – byłyby sprzeczne z Traktatem (TFUE). Węgry jednak nie wydają się tym poruszone. Także niemiecka elita rządząca nie wydaje się zainteresowana jakąkolwiek „europejską solidarnością”. Coraz wyraźniej widać, że tak zwana „jedność europejska” rozpada się, gdy tylko pojawia się kryzys. Nie inaczej będzie w przypadku pandemii COVID-19. Widzieliśmy to zresztą jeszcze zanim doszło do pierwszych szczepień. Przypomnijmy, że Komisja Europejska nie raz proponowała ustanowienie europejskich przepisów dotyczących podróży obywateli UE, w granicach wspólnoty. Jednak do tej pory wszystkie środki były wdrażane na poziomie krajowym, bez żadnej koordynacji między państwami członkowskimi.
A teraz kontrola!
Unia Europejska jest przede wszystkim strefą wolnego handlu i rynkiem. 70 lat integracji europejskiej stworzyło klub, którego członkowie są zmuszeni do zawierania porozumień, aby móc odgrywać rolę na rynkach światowych. Historia jest jednak pełna dziwnych wydarzeń. Obecny kryzys zmusił Unię Europejską do zaproponowania kontroli eksportu w celu zapewnienia, że Pfizer, AstraZeneca i i inni nie będą eksportować części szczepionek za granicę. Spowodowało to natychmiastowy konflikt między Unią Europejską a Wielką Brytanią, zaledwie trzy tygodnie po wystąpieniu tej ostatniej z UE.
Mimo że regulowanie handlu zagranicznego jest antytezą wszystkiego, za czym opowiada się Komisja Europejska, uparta rzeczywistość jest taka, że aby utrzymać pozory kontroli nad sytuacją, musiała ona zaproponować mechanizm kierowania produkcją szczepionek. Mechanizm ten został ogłoszony przez europejską komisarz ds. zdrowia i bezpieczeństwa żywności Stellę Kyriakides w piątek 29 stycznia… i w ciągu 48 godzin musiał zostać wycofany z powodu skarg rządu irlandzkiego, gróźb odwetu ze strony Wielkiej Brytanii i krytyki w Komisji Europejskiej ze strony tych, którzy (logicznie!) postrzegali go jako obciążenie dla wolnego rynku. Irlandzki premier szybko zadzwonił do Ursuali Von der Leyen, aby poskarżyć się na użycie artykułu 16 umowy Brexitowej UE-Wielka Brytania, który miał narzucić kontrolę na granicy brytyjsko-irlandzkiej. Reakcja ta nastąpiła znacznie szybciej niż dziesięć lat temu, gdy irlandzka gospodarka zbankrutowała, co pokazuje, jak wrażliwa będzie kwestia granicy w nadchodzących miesiącach, gdy porozumienie w sprawie Brexitu zostanie w pełni wdrożone. Jak powiedział premier Irlandii, Micheál Marti, kwestia ta ma „wybuchowe implikacje polityczne”.
Komisja Europejska stoi przed nierozwiązywalnym problemem reprezentowania interesów Big Pharmy, łagodzenia różnic pomiędzy poszczególnymi członkami bloku i utrzymywania pozorów troski o miliony Europejczyków zarażonych wirusem COVID-19. To jest niemożliwe; nie można służyć dwóm panom. Albo broni się zysków wielkich wielonarodowych firm farmaceutycznych, albo tworzy się plan masowego wprowadzenia szczepionki na całym kontynencie. Oczywiście wybór został dokonany na samym początku, bo UE jest ciągle rynkiem i nie ma bezpośrednich narzędzi wpływu. Wielkie deklaracje stają się farsą w porównaniu z rzeczywistością.
Lewica i nacjonalizacja
Wydawałoby się, że sytuacja jest skrojona na miarę lewicy. Potrzeba nacjonalizacji przemysłu farmaceutycznego jeszcze nigdy nie została podniesiona tak wyraźnie. Nasi oponenci to zrozumieli: prasa prawicowo-liberalna argumentowała przeciwko takiemu posunięciu, otwierając debatę, zanim padł jakikolwiek mocny głos za upaństwowieniem. Libération, niegdyś lewicowa gazeta we Francji, dziś głos liberalnej burżuazji, kilka dni temu zamieściła artykuł, w którym pytała, czy istnieje potrzeba nacjonalizacji. Brukselski korespondent piszący artykuł broni obecnego sposobu produkcji, a także polityki oszczędności. Pisze: „Jedynym sposobem na zaspokojenie ogromnego zapotrzebowania na szczepionki jest zatem zwiększenie linii produkcyjnych w firmach, które mają taką zdolność. Taką drogę wybrała francuska Sanofi, która od tego lata będzie produkować szczepionkę BioNTech-Pfizer, oraz Recipharm, który zawarł porozumienie z firmą Moderna”.
Jak dotąd brakowało wezwań do nacjonalizacji ze strony wybranych przedstawicieli tak zwanych partii komunistycznych, zarówno na szczeblu krajowym, jak i Parlamentu Europejskiego. Można założyć, że stare kontynentalne partie socjalistyczne dawno zapomniały o takich żądaniach, ale po kryzysie gospodarczym w 2008 roku byliśmy świadkami pewnej radykalizacji i powstania nowych lewicowych partii, których obecne milczenie wiele mówi. Bardzo niewiele z nich wysuwa żądanie nacjonalizacji. Kierownictwo związków zawodowych jest również niezwykle nieśmiałe w wysuwaniu żądań, smutno narzekając na brak przejrzystości i potrzebę innego podejścia, jak gdyby ten system w ogóle na inne podejście pozwalał. We Francji Sanofi ogłosił likwidację 400 miejsc pracy w dziale badawczym w tym samym czasie, kiedy rząd pośredniczy w zawarciu umowy na produkcję szczepionki Pfizer, a mimo to CGT nie wystąpiła z żądaniem nacjonalizacji! Jak dotąd większość lewicy i związków zawodowych wzywała co najwyżej do wywarcia presji na WTO, aby wymusiła zawieszenie TRIPS (porozumienia WTO chroniącego prawo do szczepionek) w odniesieniu do szczepionki i leków COVID-19 oraz do podpisania europejskiej inicjatywy obywatelskiej w celu ustanowienia prawa do szczepionek.
Komunistyczna posłanka do PE Sira Riga i poseł do PE Marc Botenga z Belgijskiej Partii Robotniczej [Portal Strajk rozmawiał z nim o pandemii i dostępie do szczepień – przyp. red.] napisali w ostatni weekend stanowisko, którego główny postulat brzmi następująco: „Wbrew pozorom nie jesteśmy wcale skazani na nadużycia przemysłu farmaceutycznego. Musimy po prostu działać w oparciu o mechanizmy, którymi dysponujemy. Potrzebujemy produkcji m.in. Pfizera i AstraZeneca, a realne koszty tej produkcji można zniwelować. Za szczepionkę zapłaciliśmy już czterokrotnie. Zrywając ich monopol, moglibyśmy szybko zwiększyć produkcję. Oznaczałoby to, owszem, mniejsze dywidendy dla akcjonariuszy firm farmaceutycznych, ale więcej szczepionek dla wszystkich i ratowanie życia w Europie i na całym świecie. Narzędzia techniczne i polityczne są na stole. Nadszedł czas, aby ich użyć”.
Przypomnijmy sobie, na co zwracał uwagę Trocki w Programie Przejściowym:
„Socjalistyczny program wywłaszczenia, tj. politycznego obalenia burżuazji i likwidacji jej dominacji ekonomicznej, nie powinien w żadnym wypadku w obecnym okresie przejściowym przeszkadzać nam w wysunięciu, gdy okazja tego wymaga, żądania wywłaszczenia kilku kluczowych dla bytu narodowego gałęzi przemysłu lub najbardziej pasożytniczej grupy burżuazji.” (…) „Konieczność wysuwania hasła wywłaszczenia w toku codziennej agitacji w formie cząstkowej, a nie tylko w naszej propagandzie w jej bardziej wszechstronnych aspektach, podyktowana jest tym, że różne gałęzie przemysłu znajdują się na różnych szczeblach rozwoju, zajmują różne miejsce w życiu społeczeństwa i przechodzą różne stadia walki klasowej. Tylko ogólny zryw rewolucyjny proletariatu może postawić na porządku dziennym całkowite wywłaszczenie burżuazji. Zadaniem postulatów przejściowych jest przygotowanie proletariatu do rozwiązania tego problemu”.
Obecny kryzys Unii Europejskiej i pandemia COVID-19 powinny być doskonałą okazją do przedstawienia alternatywy dla obecnego systemu gospodarczego, a nie budowania iluzji opierających się na „istniejącym systemie”.
Zamiast tego należy zwrócić uwagę na prawdziwe źródło tego kryzysu: system kapitalistyczny i jego nieszczęsnych przedstawicieli politycznych. I podnieść żądanie nacjonalizacji przemysłu farmaceutycznego bez odszkodowania, aby dać nam prawdziwe rozwiązanie problemu globalnej pandemii.

Tekst oryginalny ukazał się na portalu In Defence of Marxism. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu).

Klęska wolnego rynku

Globalny kryzys spowodowany COVID-19, który dotknął gospodarki wszystkich państw, obalił podstawowy mit zwolenników liberalnej szkoły ekonomii o niezawodności samoregulującego się rynku.

Należy podkreślić, że państwo może i musi prowadzić szeroką politykę fiskalną, nawet kosztem deficytu w celu pobudzania popytu zagregowanego (przesuwania go w prawo), aby utrzymywać okrężny obieg gospodarki w trakcie kryzysu i łatwiejszego wychodzenia z niego. Pobudzanie popytu agregatowego zgodnie z klasyczną szkołą keynesowską musi polegać na zwiększaniu wydatków publicznych, obniżce stóp procentowych, tworzeniu miejsc pracy w celu zmniejszania stopy bezrobocia i zwiększaniu emisji obligacji skarbowych.

Czym właściwie jest deficyt?

Należy najpierw odkłamać bzdurę, której liberalne rządy trzymają się od lat – utrzymywanie budżetu bez deficytu.

Po pierwsze, szkoła Nowoczesnej Teorii Monetarnej (Modern Monetary Theory, MMT), która zyskuje na popularności dzięki takim ekonomistkom jak Stephanie Kelton i Pavlina R. Tcherneva, mówi jasno, że deficyt nie jest problemem a ze zrównoważonego budżetu państwo nie stworzy nowych miejsc pracy (wzrost bezrobocia jest pogłębianiem problemu lepkości cen, które polegają na opóźnionym dostosowaniu się cen do sił popytu i podaży), nie zapewni bezpieczeństwa socjalno-finansowego i nie pobudzi zagregowanego popytu, gdy nie podejmie się zwiększania wydatków publicznych, które są kluczowe dla wzrostu PKB. Po drugie, żyjemy w epoce pieniądza fiducjarnego. Czasy pieniądza opartego o kruszec są za nami i powrót takiego pieniądza zabiłby efektywność gospodarczą, ale także doprowadziłyby do deflacji, zjawiska drogich kredytów, zwiększonych kosztów eksportu i spadku produkcji (spadek cen powoduje spadek produkcji).

Pieniądz fiducjarny, jak sama nazwa wskazuje, w swojej istocie jest oparty o zaufanie. Państwo ma monopol na pieniądz i nie ma prawa wykręcać się brakiem środków na finansowanie konkretnych operacji gospodarczych. Dług publiczny i dług prywatny to całkowicie dwie inne kwestie; gospodarka państwa nie działa jak firma, państwo ma moc fiskalną, jakiej przedsiębiorstwa nie mają. Deficyty dostarczają pieniądz do gospodarki – złotówka za złotówkę, dlatego nie mogą „okradać” sektora prywatnego. Jednak szkoła MMT nie proponuje nieograniczonego deficytu, nie chodzi o ciągłe bilansowanie budżetu i wprowadzanie gospodarki w marazm, a o pobudzanie jej efektywności przy polityce pełnego zatrudnienia przy stabilności cen. Trend deficytów przy pełnym zatrudnieniu jest malejący nawet w przypadku szerokiej polityki fiskalnej. Dlaczego? Sektor prywatny zawsze korzystnie reaguje w przypadku niskiej stopy bezrobocia oraz pojawia się delewarowanie; rosną wydatki i inwestycje, o których wcześniej wspomniałem, są korzystne przy polityce pobudzania zagregowanego popytu, dla wyższych wpływów z podatków a co za tym idzie wyższego PKB. Konkluzja jest oczywista: polityka sztucznego tworzenia stabilnego budżetu jest zabójcza dla potencjału gospodarki.

Co ze strefą Euro?

Z punktu widzenia socjaldemokraty i zwolennika suwerennej polityki monetarnej, euro w Polsce jest projektem na tyle długookresowym i egzogenicznym (ma bardziej aspekt polityczny niż ekonomiczny), że nie warto na tę chwilę brać go pod uwagę. W przypadku zmiany waluty na euro Bank Centralny Polski zostaje ograniczony, co w efekcie musi przyczynić się do osłabienia polityki monetarnej Polski. Bank Centralny Polski nie może w takiej sytuacji szybko reagować np. na fluktuację, nie może samodzielnie ustalić konkretnych stóp procentowych dla danej fazy koniunkturalnej kraju, a także konsekwencją jest osłabienie polityki fiskalnej. Z technicznego punktu widzenia kraj, który emituje i kontroluje własną walutę, nie może zbankrutować. Państwo w przypadku posiadania suwerennej waluty może prowadzić odpowiednie wydatki publiczne w sposób elastyczny. Polski Bank Centralny w czasie kryzysu (i nie tylko, ale w fazie kryzysu powinien mieć obowiązek) wykupuje obligacje skarbu państwa, mimo teoretycznego zakazu monetyzacji długu. Z praktycznego punktu widzenia Banki Centralne zakupują dług państwa w sposób pośredni – odkupując od banków komercyjnych. Powodem tego jest formalny zakaz zakupu długu państwa przez Bank Centralny w sposób bezpośredni. Najlepszym przykładem takiej praktyki jest Japonia. W skrócie rząd uzyskuje środki przez ich kreację w Banku Centralnym w sposób pośredni – z pomocą banków komercyjnych na zasadzie rynkowej. W przypadku braku suwerennej polityki monetarnej Bank Centralny traci kontrolę nad funkcjonującą walutą.

Dlaczego obniżamy stopy procentowe?

Skoro była mowa o stopach procentowych, warto zastanowić się, dlaczego Banki Centralne mają obowiązek obniżania stóp procentowych na czas kryzysu.

Stopa procentrowa jest ceną pieniądza, która warunkuje cenę, jaką banki sprzedają pieniądze na kredyt oraz po jakiej cenie oddaje się je w depozyt bankom. Celem odpowiedzialnej polityki monetarnej i zadaniem Banku Centralnego powinno być zapewnienie stabilności polskiej waluty. Skupmy się jednak nad obecnym (specyficznym) kryzysem i dlaczego w odpowiedzi poprawnym jest ustalanie niskich stóp procentowych (aktualna główna stopa procentowa wynosi 0,1 proc.). Kapitał portfelowy, czyli kapitał krótkoterminowy jest lokowany w rządowych papierach wartościowych, w celu zwiększenia ich ceny obniża się stopy procentowe, aby banki wykupywały je po wyższych i atrakcyjniejszych dla państwa cenach. W celu prowadzenia ekspansywnej polityki monetarnej (która jest kluczowa przy zjawisku stagflacji, czyli zjawiska wzrostu cen i spadku produkcji) udostępnia się kapitał coraz większej ilości osób, co za tym idzie – zwiększa się podaż pieniądza. W takim przypadku Bank Centralny tworzy atrakcyjne warunki kredytowe, tak żeby zachęcały ludzi do ich zaciągania – obniżka stóp procentowych.

Oczywiście nie jest to korzystne dla banków komercyjnych, ale te sobie poradzą (a jeśli nie, to… Volenti non fit iniuria), stawką jest ujarzmienie kryzysu i zapewnienie dobrobytu ludziom; ułatwienie zakupu mieszkania i mniejszych kosztów z tytułu kredytu. W przypadku liberalnego systemu gospodarczego oczywiście deweloperzy będą zwiększać ceny nieruchomości (co wynika ze zwiększonego popytu na zakup nieruchomości), dlatego niezbędna jest interwencja państwa w celu kontroli i regulowania cen. Oczywiści stopy procentowe nie mogą być stale utrzymywane na jednym, niskim poziomie, można je lekko podwyższać w czasie koniunktury w celu zapobiegnięcia zjawiska pękniętej bańki spekulacyjnej, lecz nie może ona być na tyle podwyższona, by pobudzony zagregowany popyt drastycznie malał. Inflacja jest całkowicie zrozumiałą konsekwencją takiej polityki, ale problem inflacji spowodowanej zwiększoną podażą pieniądza i niskimi stopami procentowymi rozwiązuje się progresją podatkową, która wypompowuje pieniądze z rynku, powodując efektywniejsze ulokowanie kapitału, a także zwiększa krańcową skłonność do konsumpcji. Większa stawka podatkowa dla zamożnej jednostki powoduje większy dochód rozporządzalny, czego następstwem jest zwiększona konsumpcja. Progresja podatkowa daje szersze możliwości fiskalne państwa, które pomogą mniej zamożnym pobudzić zagregowany popyt wewnętrzny, a co za tym idzie zwiększyć efektywność gospodarki danego państwa.

Jak trwoga, to do… państwa

Ambitną próbę pogodzenia wody z ogniem podjął Witold Gadomski celem ratowania wyznawanych, ekonomicznych poglądów.

Znanym i czasem skutecznym sposobem odwrócenia uwagi od popełnionych błędów, innych mankamentów myślenia i działania jest wskazanie kogoś-czegoś ponoszącego jakoby winę za zaistniałą sytuację. Takiej właśnie metody, nierzadkiej zresztą w tym tytule, uchwycił się szef działu ekonomicznego „Gazety Wyborczej” w tekście „Państwo źle działa? Więcej państwa!” (22.04.2020).

Nie miejsce

tu na roztrząsanie różnych definicji neoliberalizmu, głównych jego nurtów i szkół. W pewnym skrócie można jednak uznać, że ta myśl ekonomiczna preferuje „nieufność wobec zawodności państwa, i przez dążenie do masowej prywatyzacji, deregulacji, zaciskania pasa wydatków publicznych, redukcji podatków, oraz minimalizacji ingerencji politycznych w gospodarkę” (Wikipedia).W tym kontekście już sam tytuł wypowiedzi Gadomskiego – jednego z polskich koryfeuszy neoliberalizmu – budzi co najmniej zdziwienie, gdyż szuka przyczyn i ratunku w czasach pandemii w strukturach państwa, które tak bardzo ogranicza jego ekonomiczna doktryna.

„Pandemia pokazała,

– uściśla autor – że państwa działają nieskutecznie, urzędnicy są mało kreatywni, często tchórzliwi i nieempatyczni” i tę tezę , na licznych przykładach ze świata, stara się potwierdzić. Dokumentuje ją niejako bogactwem przywoływanych państw, w których, których liderzy źle zdali ten egzamin, a rządy są dysfunkcyj­ne.

Jedynie radzą sobie nieźle „Rządzone przez partię komunistyczną Chiny po­zują na lidera walki z koronawirusem, ale to w ich kraju epidemia wybuchła”, a o Kerali, ponad 30 milionowym stanie w Indiach rządzonym przez komunistów Gadomski nie czytał, w bardzo obszernym i dobrze udokumentowanym artykule „GW” z 18 kwietnia br., że są chwalone przez Światową Organizację Zdrowia za wzorową strategię walki z epidemią. Ale to przecież zupełnie inne bajki.

„Fi­nancial Times” pisał:

„Będą musiały być przedstawione radykalne reformy, które odwrócą do­minujący kierunek polityki ostatnich czterech dekad…Rządy będą musiały zaak­ceptować bardziej aktywną rolę w go­spodarce. Muszą postrzegać usługi publiczne jako inwestycje, a nie pasy­wa, i szukać sposobów na zmniejsze­nie niepewności rynków pracy. Redystrybucja znów znajdzie się w porząd­ku obrad, a zakwestionowane zosta­ną przywileje osób starszych i zamoż­nych. Konieczne będą strategie do nie dawna uważane za ekscentryczne, ta­kie jak gwarancja podstawowego do­chodu i podatki majątkowe”.

Na to odpowiada Gadomski: „to stek bzdur… to nie mechanizmy ryn­kowe zawiodły, lecz struktury pań­stwa. Epidemia nie została zawinio­na przez „chciwych bankierów”, ale przez nie do końca kompetentnych urzędników państwowych…ingeren­cje w gospodarkę nie uchronią nas przed kolejnymi katastrofami, któ­rych rząd nie jest w stanie przewi­dzieć, a gdy już nastąpią, nie potrafi sobie z nimi radzić.” A jeszcze wcześniej: „w dyskusji intelektual­nej na temat możliwych skutków pan­demii dominuje pogląd, że jest ona do­wodem na klęskę rynku!”

Dawno już nie czytałem

tak pełnej gniewu wypowiedzi w obronie wyznawanej idei, adresowanej, tym razem, do bardzo elitarnego, poważnego na świecie tytułu. Równie dawno nie spotkałem się z tak pokrętną argumentacją i matactwem pojęciowym, nadto dopełnionym nieprawdziwymi zarzutami.

Wyjaśnijmy więc sobie po kolei:

• możliwe skutki pandemii przez nikogo nie są, i zapewne nie będą, traktowane jako klęska rynku, a w domyśle wolnego rynku. Świat, nawet komunistyczne Chiny w decydującym stopniu, nie dopracował się jak dotąd lepszego, pomimo znanych wad, mechanizmu jak wolny rynek, a więc daleko mu od klęski;

• wolny rynek to nie wzorzec metra z Sèvres i poza pewnymi fundamentalnymi założeniami, w praktyce był zawsze różny z wielu powodów wyznaczanych poprzez realizowaną praktykę ekonomiczną, kierującą się często odmiennymi doktrynami;

• stąd wielkie wołanie Gadomskiego o wolny rynek jest tylko niedopowiedzeniem i taktycznym manewrem, gdyż idzie mu w rzeczywistości o jego neoliberalny kształt.

• niepokój i idące za nim sugestie brytyjskich dziennikarzy wywołały, opisane także acz źle odczytane przez Gadomskiego, powszechna nieprzewidywalność, niesprawność i zagubienie się prawie wszystkich rządów w obliczu pandemii. A jeżeli zjawisko ma tak generalny charakter to jednostkowe przykłady błędów prezydentury Donalda Trumpa i premierostwa Borisa Johnsona, krajów bogatych jak Francja i sprawnie funkcjonujących jak Niemcy prowadzą nie tylko autorów z „FT” do wniosku, że przyczyna tkwi nie w instytucjach państw i potencji ich urzędników, a w zasadach i preferencji celów jakimi się kierują;

• stwierdzenie Gadomskiego, że chciwi bankierzy nie są winni zaistniałej epidemii jest oczywiście prawdziwe, ale nie kto inny, jak ci sami bankierzy ze swoimi rynkami finansowymi mieli i mają decydujący wpływ na ekonomiczną politykę rządów. Warto tu zacytować fragment tekstu Agnieszki Zakrzewicz z portalu Lewica.pl: „Gadomski twierdzi, że to nie neoliberalna ideologia jest winna kryzysowi, ale wprost przeciwnie – winne jest państwo, którego aktywności sprzeciwia się przecież neoliberalizm. Pisze więc „Moja teza jest łatwa do udowodnienia. To nie rynki finansowe zmuszają państwa do zaciągania długu, ale politycy i urzędnicy.”. Tymczasem ów „koronny argument” jest całkowicie błędny, wręcz dowodzi czegoś dokładnie przeciwnego: gdyż to, że „politycy i urzędnicy” zadłużają państwo to właśnie wynik neoliberalnej ideologii, która każe im to robić…To neoliberałowie nawoływali zawsze do obniżania podatków, przymykając jednocześnie oko na rosnący w wyniku tych obniżek deficyt i dług publiczny.”

• W kolejnym tekście „PiS wprowadza chaos, w którym utonie” („GW”, 28.04.2020) autor, skądinąd ostro i słusznie obwinia PiS za aktualny stan państwa i położenie Polaków, nie odstępując jednak od swojej poprzedniej, przewodniej myśli, że „Polską rządzą ludzie bez kompetencji, doświadczenia, wiedzy, a za to nadmiarem tupetu”.

Trawersując znane powiedzenie

„tak czy owak – Zenon Nowak”, Gadomski, w myśl swej niezachwianej neoliberalnej wiary za wszelką przyczynę ekonomicznego zła, także koronawirusowej pandemii i jej skutków, uważa – tak czy owak – zawsze państwo. I można by z pewnym trudem zrozumieć to trwałe przywiązanie, gdyby nie tytułowe wezwanie autora: „Więcej państwa!”

„Nawet działacze

Business Centre Club – pisał Wojciech Orliński („GW”, 14-15.03.2020) ogłosili, żeby rząd w inte­resie społeczeństwa wsparł finansowo przedsiębiorców, którzy ponoszą stra­ty w związku z epidemią. Jak to? To nagle działacze BCC prze­stali wierzyć w słynne cytaty z Margaret Thatcher, że „nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo” albo: „rząd nie ma żadnych swoich pieniędzy”? Od 30 lat słyszeliśmy od naszych autorytetów, że najlepsze, co pań­stwo może zrobić dla przedsiębior­ców, to im nie przeszkadzać w dzia­łaniu… Najbogatsi ludzie żyli przez ostat­nie 30 lat złudzeniem, że pieniądze i przywileje mogą ich uchronić przed problemami społecznymi. Tymcza­sem koronawirus nie respektuje gra­nic klasowych. Nie zatrzymują go ta­bliczki w rodzaju „wstęp tylko dla po­siadaczy platynowych kart”. Problemy społeczne można roz­wiązywać tylko na szczeblu państwa.”

Te diametralnie

przeciwstawne opinie na łamach jednego tytułu nie są, jak może redakcja tłumaczy, dowodem na jego otwartość dla różnych stanowisk i poglądów. „GW” to nie periodyk prezentujący wybrane teksty z innych tytułów w rodzaju „Angory”, choć i tam obowiązuje pewna linia programowa i określony wybór materiałów. „Gazeta Wyborcza” ma jednak nadal poważny wpływ na politykę, także ekonomiczną, a przede wszystkim na poglądy i świadomość szeregu kręgów społecznych. Ale ma również nie raz prezentowane ambicje aktywnego uczestniczenia w dyskusji o koniczności zasadniczych zmian nie tylko polskiego świata. Publikacja tekstu Gadomskiego temu zaprzecza, może dowodzi zajęcia bezpiecznej postawy okrakiem, ale na pewno obnaża niemoc i obawy przed nadchodzącymi zmianami.

Natomiast sednem oceny

zaprezentowanych wywodów Witolda Gadomskiego, idąc utartym przez niego szlakiem, jest stwierdzenie, że to stek bzdur panie redaktorze.

Małe firmy – dużo patologii

Politycy prawie wszystkich opcji politycznych od wielu lat powtarzają, że mikroprzedsiębiorstwa są największym bogactwem Polski, o które należy się troszczyć.

Stąd kolejne programy ulg, zwolnień i dopłat, licytacja, kto bardziej obniży podatki i składki dla najmniejszych firm, obietnice dotyczących ułatwień w prowadzeniu działalności gospodarczej. Dane jednak pokazują, że warunki pracy w mikroprzedsiębiorstwach pozostawiają wiele do życzenia i trudno zgodzić się, że najmniejsze firmy są naszym największym dobrem. Wydaje się raczej, że w najmniejszych firmach panuje największy wyzysk, zazwyczaj niepoddany niczyjej kontroli.

Kilka dni temu Główny Urząd Statystyczny przedstawił szczegółowe dane dotyczące działalności przedsiębiorstw o liczbie pracujących do 9 osób w 2018 r. To rzadko prezentowane dane, ponieważ zazwyczaj GUS prezentuje wskaźniki dla podmiotów zatrudniających ponad 9 osób. Z raportu wynika, że sytuacja w małych przedsiębiorstwach jest znacznie gorsza niż w tych większych.

W 2018 r. działalność gospodarczą w Polsce prowadziło aż 2,15 mln przedsiębiorstw o liczbie pracujących do 9 osób, co oznacza wzrost ich liczby o 3,5 proc. w skali roku. W 2017 r. w mikroprzedsiębiorstwach pracowało 4,17 mln osób, czyli o 83,4 tys. więcej niż rok wcześniej. GUS wskazuje, że od lat regularnie rośnie liczba mikrofirm oraz osób w nich zatrudnionych. Od 2013 r. przybyło blisko 400 tys. mikrofirm i ponad 700 tys. osób w nich pracujących!

Niestety wciąż płace w małych firmach są bardzo niskie. W 2018 r. przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w mikroprzedsiębiorstwach wyniosło 3081 zł brutto, czyli zaledwie 2169 zł na rękę. Wynagrodzenia w mikroprzedsiębiorstwach są wciąż radykalnie niższe niż w firmach zatrudniających ponad 9 osób – w tych ostatnich średnia płaca w 2018 r. wynosiła 4852 zł, czyli aż o 1771 zł więcej!

Z danych GUS wynika, że branżami o najniższych płacach w mikroprzedsiębiorstwach w 2018 r. były: zakwaterowanie i gastronomia – 2420 zł oraz Rolnictwo, leśnictwo, łowiectwo i rybactwo – 2439. We wszystkich branżach istnieje przepaść w porównaniu z poziomem wynagrodzeń w większych przedsiębiorstwach. Innymi słowy najmniejsze firmy ciągną w dół standardy płacowe. Dotyczy to również handlu, gdzie rząd wielokrotnie bronił najmniejsze sklepy. Tymczasem płace w większych placówkach są średnio o ponad wyższe 1000 zł miesięcznie niż w tych małych! Dążenie do zmiany struktury rynku mające na celu wzmocnienie drobnego handlu nie jest więc korzystne dla pracowników.

W mikroprzedsiębiorstwach dominują umowy niestandardowe. Umowę o pracę ma tylko 1,43 mln na 4,17 mln pracujących, czyli 34,3 proc. Reszta, czyli blisko dwie trzecie pracowników mikrofirm, ma umowy innego rodzaju. Ponadto w mikroprzedsiębiorstwach uzwiązkowienie jest bliskie zeru, a łamanie praw pracowniczych ma miejsce na masową skalę i zazwyczaj nieuczciwi pracodawcy pozostają bezkarni. Do zdecydowanej większości mikrofirm nie docierają kontrole Państwowej Inspekcji pracy, co sprawia, że w wielu z nich panują stosunki folwarczne. Stąd olbrzymia skala nadużyć odnośnie wypłaty wynagrodzeń na czas, ewidencji czasu pracy czy płacenia za nadgodziny.

Duża liczba mikroprzedsiębiorstw nie stanowi o sile gospodarki, lecz jej słabości. W najmniejszych firmach są najniższe płace, największa skala wyzysku, najmniejsze uzwiązkowienie, najniższa jakość usług. Ponadto małe firmy są najbardziej podatne na kryzys i najmniej innowacyjne. Zamiast wspierać drobny biznes, państwo powinno dbać o przestrzeganie praw pracowniczych w całej gospodarce.

Młodzi Polacy patrzą na wolny rynek

Jak najwięcej dla siebie, nic dla dobra wspólnego – jak wynika z badań dr hab. Adama Mrozowickiego z Uniwersytetu Wrocławskiego i dr. Jana Czarzastego ze Szkoły Głównej Handlowej tak mogłaby brzmieć dewiza współczesnego młodego Polaka. Może w trochę mniejszym stopniu młodej Polki, w końcu na Lewicę częściej głosują w tym kraju kobiety. Tak czy inaczej: młode pokolenie okazało się nie tylko niesolidarne, ślepo zachwycone wolnym rynkiem mimo kolejnych kryzysów, ale również mało przewidujące.

I nie są to wnioski z jednorazowych badań sondażowych, które łatwo można by było zakwestionować. Pracownicy naukowi swoje „Oswajanie niepewności”, bo taki tytuł głosi praca robiąca od kilku dni furorę, przygotowywali przez kilka lat. Dokładnie trzy lata trwało ustalanie, co najmłodsi polscy wyborcy – w wieku od 18 do 30 lat – myślą o działaniu gospodarki, o roli państwa, o wolnym rynku i o tym, jak sami chcieliby na tym rynku funkcjonować. Mowa o doświadczeniach pokolenia, które nie zna już z autopsji żadnej innej gospodarczej rzeczywistości, z jednej strony było wychowywane w absolutnym kulcie rynku, z drugiej jednak – miało szansę, za sprawą rodzinnych doświadczeń, przekonać się również o jego ciemnych stronach. Najstarsi z ankietowanych ponadto wchodzili w dorosłość dokładnie w czasie wielkiego gospodarczego kryzysu r. 2008 i statystycznie rzecz ujmując trudno, by młodość nie kojarzyła im się z umowami śmieciowymi. A jednak idea wolnego rynku nadal budzi jednoznacznie pozytywne skojarzenia, a zasadę konkurencji w gospodarce przyjmuje się bez zastrzeżeń. W badaniach pozytywnie wypowiada się o jednym i drugim 78 proc. odpowiadających. Tu jeszcze zaskoczenia nie ma. Trzydzieści lat wpajania, także w szkołach, kultu przedsiębiorczości czy bardzo długa absolutna dominacja neoliberalnych ekspertów ekonomicznych w głównych mediach – relatywnie niedawno podważona – musiały zrobić swoje. Jednak młoda polska miłość do nieskrępowanego wolnego rynku jest wyjątkowo niekonsekwentna. Chwaląc ideę, młodzi Polacy nie dostrzegają wszystkich jej konsekwencji.
Nie chcę płacić podatków, ale…
Zerwanie związków przyczynowo-skutkowych nabiera szczególnie tragicznego – tragikomicznego, jeśli ktoś lubi czarny humor – wymiaru we fragmentach dotyczących podatków oraz usług publicznych. Wieloletnie wbijanie ludziom do głów, że państwo zabiera (kradnie) im pieniądze, do spółki z obserwowaniem polskich instytucji publicznych z kartonu, dało efekt: 46,5 proc. młodych opowiada się za radykalnym obniżeniem obciążeń podatkowych. Wszystkim. 55 proc. nie chce płacić również składki emerytalnej, bo wychodzi z założenia, że bez powszechnego systemu emerytalnego byłoby lepiej, a każdy na przyszłość powinien odkładać sam. Efekt tego myślenia, nie tylko w wykonaniu młodych, można było zobaczyć, gdy na początku swojej kampanii kandydat Lewicy Robert Biedroń opowiedział o emerytce, której świadczenie wynosi niewiele ponad 200 zł. „Nie pracowała, ma za swoje”, „Popieram Pana, ale to już populizm, ona sama jest sobie winna” – takie komentarze posypały się także ze strony zdeklarowanych zwolenników socjaldemokratów.
Wracając jednak do poglądów najmłodszych wyborów. Otóż ci sami ludzie, którzy najchętniej nie oddaliby państwu ani złotówki, oczekują, że to samo państwo zapewni im bezpłatną służbę zdrowia (można się domyślić, że na lepszym poziomie niż ta, jaką oferuje dziś). Leczyć się za darmo chciało 72 proc. odpowiadających. Zdecydowanie przeważają również młodzi ludzie, którzy chcieliby stabilnego zatrudnienia na etatach – tu własne doświadczenie ze śmieciówek zdaje się wygrywać z indoktrynacją. Skąd państwo, pozbawione przychodów, miałoby finansować publiczne szpitale i przychodnie? Dlaczego nieskrępowany wolny rynek miałby nagle zrezygnować z umów, które pozwalają oszczędzać na pracownikach? Takie pytania pozostały poza horyzontem większości młodzieży.
Kiedy młodzież przyzwoliłaby na łamanie zasady wolnej konkurencji i nie sarkałaby, że państwo nie jest tylko nocnym stróżem? Okazuje się, że wtedy, gdy to, co publiczne, subsydiowałoby prywatne. Jeśli niemal 4/5 młodzieży uważa, że wolny rynek jest super, to niemal dokładnie tyle jest przekonanych, że wspieranie polskich firm przez państwo jednak jest pożądane. Ponad połowa (56 proc.) uważa również, że państwo powinno wprost pomagać w zakładaniu własnego biznesu, kierując fundusze z pieniędzy podatników na ten cel. Złośliwie można by dodać: przecież pieniędzy z podatków powinno być jak najmniej. Znowu jednak sprzeczność pozostała przez ankietowanych niezauważona. Prof. Juliusz Gardawski, charakteryzując postawy Polaków wobec gospodarki, nazwał podobną postawę ekonomicznym infantylizmem: sami nie chcemy dzielić się ani złotówką, ale wierzymy, że państwo z niczego stworzy coś, a konkretnie usługi publiczne na wysokim poziomie. Jeden z moich facebookowych znajomych, wyborca Lewicy z tych bardziej czerwonych, powiedział jeszcze dosadniej, że ze współczesnych Polaków, mimo wszystkich historycznych zawirowań, nie przestaje wychodzić paradoksalna mentalność mieszająca pozostałości po pańszczyźnie z myśleniem szlachciców na zagrodzie. Coś w tym jest.
Wychować swój elektorat
Niezależnie jednak od tego, jak bardzo polski kult małej i średniej firmy (bo już wielkich koncernów aż tak nie kochamy, nawet jeśli też nie nienawidzimy) oraz przedsiębiorczości ogólnie ma swoje korzenie w historii dalekiej, czy też ze szczególną intensywnością wtłaczano go do głów przez ostatnie dekady, jedno nie ulega wątpliwości: dobrze, że przynajmniej na socjaldemokratycznych polityków w Polsce ten czar już nie działa. Znakomicie, że publicyści i aktywiści piszą i krzyczą o dziurach w polityce mieszkaniowej, sprawniej łącząc fakty niż młodzież z badań Czarzastego i Mrozowickiego, związkowcy pokazują palcem niskie płace czy rozkwit śmieciówek, a posłowie i posłanki Lewicy potrafią z sejmowej trybuny napiętnować dziury w prawicowej polityce społecznej. Gorzej, że ci, którzy na nich głosowali, często nie myślą podobnie. Sprawa emerytki, która „sama sobie była winna”, to raczej symptom niż przykry wyjątek.
Na początku grudnia badania politycznych preferencji Polaków – już ze wszystkich kategorii wiekowych – przeprowadzone tradycyjnie przez CBOS pokazało, że 24 proc. zdeklarowanego elektoratu Lewicy najchętniej sprywatyzowałaby przedsiębiorstwa państwowe (wszystkie, tak wynikało z pytania), a 50 proc. popiera elastyczny rynek pracy. To mniej niż odsetek miłośników wolnego rynku bez ograniczeń w badaniu młodzieży, ale więcej niż wśród… zwolenników Konfederacji w badaniu CBOS. O wiele bardziej niż poglądy gospodarcze elektorat lewicowej koalicji jednoczyły sprzeciw wobec nacjonalizmu, rozmontowywania mechanizmów liberalnej demokracji czy zamachiwania się na prawa kobiet i mniejszości. Czy o to chodzi?
Na progu nowego kryzysu gospodarczego – raczej nie. Lewica ma przed sobą wielkie zadanie. Byłoby optymizmem nad wyraz powiedzieć, że spustoszenie w umysłach po tylu latach rynkowej indoktrynacji da się odkręcić. Działać w tym kierunku jednak trzeba. Może akurat wiara w to, że państwo jednak musi obywatelom coś zapewniać, może być punktem zaczepienia? By do tego patrzenia na gospodarkę wprowadzić chociaż minimum logiki?