Księga Wyjścia (43)

Ballada o strasznej oglądalności

Tym razem zacznę od strachu. Nawet więcej – przerażenia. Wyjątkowo zamiast we wtorek, piszę felieton w późny, środowy wieczór. W tym tygodniu wtorek zniknął z mojego życia. Zwaliło się tak dużo spraw i obowiązków – że najzwyczajniej nie dałem rady. Padłem z poczuciem niewykonanego planu.
Środa od samego rana zaczęła obfitować w tematy warte uwagi. Wszystko przez zwykłą rutynę, która zwykle gubi człowieka. Tym razem również trochę szkód narobiła. Winne jest oczywiście TVN24.
Jak zawsze rano, zaraz po przebudzeniu, zanim jeszcze sprawdziłem pocztę, wiadomości i fejsbuka – czyli całe swoje e-życie, włączyłem telewizor. Wiem, wiem, trochę to anachroniczne, ale mam już swoje lata, przyzwyczajenia i ten rodzaj konserwatyzmu, że posiadam telewizor.
Okazało się, że był to pierwszy błąd spowodowany rutyną. Automatycznie uruchomił się kanał, który oglądałem wczoraj jako ostatni. A że zasnąłem przy TVN24 – błąd numer dwa – to już postanowiłem go nie zmieniać czekając na rozmowę Piaseckiego. Robiąc sobie kawę słuchałem wiadomości, zerkając czasami na ekran. To był błąd numer trzy.
Będąc jeszcze na pograniczu snu i jawy, niby się obudziłem i wstałem zrobić tę kawę, mózg oscylował jeszcze w sennych majakach. Słuchałem więc informacji, i co najgorsze zacząłem je przyswajać, czyli bezkrytycznie wierzylemy w to co mówią – efekt całej serii wcześniejszych błędów.
Gdy czajnik oznajmił, że mogę już zalewać ulubioną plujkę, czym prędzej się za to zabrałem. W tym samym momencie zaczęły się Fakty. Jedna z pierwszych informacji jaka dotarła do mojej półprzytomnej świadomości, to – masowa tragedia w Chinach. Zmroziło mnie, a ciało przeszły dreszcze.
Przecież mój syn tam studiuje! – pomyślałem i ogarnęła mnie ogromna trwoga. Tysiące pytań w głowie; co się stało, czy nic mu nie grozi, czy żyje? Nie zastanawiałem się już co to za stacja, i że informacje trzeba sprawdzić w drugim źródle, bo zwykle są naciągane, by zwiększyć oglądalność.
O tym wszystkim zapomniałem. Nawet nie zauważyłem, że woda przelała się z kubka i zalała blat. Podbiegłem w stronę telewizora.
Wprawiona umiejętnie w ruch panika ma swoją bezwładność. I nawet gdy wiemy już, że jest to fałszywa informacja, to musi upłynąć chwila zanim to do nas dotrze i wtedy powoli szok uda się wyhamować. Ponieważ jednak nie miałem jeszcze powodu by nie wierzyć im w sprawach niezwiązanych z polityką. Przekonany, że Chińczycy dogorywają gdzieś na ulicach Pekinu czy Szanghaju cały czas zastanawiałem się co z synem, czy zdołał uciec, trochę mi ulżyło, że ma ferie i pojechał do Tajlandii.
To też ciekawe z perspektywy Grety Thunberg piszącej listy do niemieckich kolei. W Chinach na ogromnych przestrzeniach jeżdżą rożnego rodzaju pociągi, jedną z przygód które mi opowiadał, była jego jazda zwykłym chińskim składem, w przeraźliwym tłoku, dwadzieścia sześć godzin na stojąco.
Ale wróćmy do porannej sekwencji wydarzeń. Odstawiłem czajnik i pędem jak najbliżej monitora. Jakaś bardzo groźna mutacja grypy – powiedzieli. Mimo różnicy czasu, zresztą chyba nawet o tym nie pomyślałem, złapałem telefon i z duszą na ramieniu zacząłem wydzwaniać syna przez messengera. TVN24 cały czas podgrzewało temat, podobno wirus dotarł już do USA – usłyszałem, lekarze bezradni – mówi spiker.
W tym wszystkim wpadłem już w taką panikę, że zamiast messengera, to z pięć razy kliknąłem w ikonkę poczty, ze trzy razy fejsbuka, raz niechcący zupełnie wyłączyłem telefon. Gdy udało się w końcu trafić w komunikator, to wybrałem ze cztery połączenia do przypadkowych znajomych.
W końcu drżącymi rękami udało się wcisnąć odpowiednią ikonkę i połączyć z synem. Gdy zapytałem jak się czuje, czy nie musi się ewakuować, wpadł w konwulsyjny śmiech. Gdy radosnym tonem zaczął mi odpowiadać, czułem jak powoli kamień spada mi z serca. Powiedział, że jest jakaś mutacja ptasiej grypy, ale nie ma żadnej pandemii. Nie ma także masowych ofiar ornitologicznego pomoru – co cały czas sugeruje mi prosto w twarz, prezenter jednej z największych stacji telewizyjnych w kraju.
W całych Chinach zmarło cztery czy pięć osób. Pomyślałem, że u nas więcej umiera na zwykłą grypę. Oczywiście natychmiast przejrzałem w Internecie inne światowe doniesienia. I z ulgą odkryłem, że faktycznie, mój syn ma rację. Przy okazji dopytałem znajomych z Australii, jak to jest z tymi pożarami. Tu również zdziwienie.
Nie ma jakiejś specjalnej tragedii z punktu widzenia kontynentu. Pożary te są co roku, i to element ekosystemu, dzięki nim odradzają się jakieś specjalne odmiany roślin. Faktycznie w tym roku, ta pożoga była większa niż zazwyczaj, ale też nie było jakieś ogromnej katastrofy, którą straszyły polskie media. Prawdę mówiąc zgłupiałem. Z jednej strony największe stacje telewizyjne codziennie bombardują mnie przerażającymi obrazami, do tego wstrząsające komentarze. Relacje dzieci, które szyją małym kangurzym sierotom specjalne torby. A z drugiej strony opinia mieszkających tam znajomych. Wiem, że wiarygodność stacji jest znikoma, wiadomości niewiele bardziej sprawdzone niż posty na fejsbuku. Ale sądziłem, że dotyczy to jedynie szeroko rozumianej sfery politycznej. Drogi TVN-nie, dlaczego siejesz panikę tam, gdzie nie ma ku temu podstaw? Czy naprawdę jesteście tak podli, że posuniecie się do każdej, perfidnej manipulacji, by tylko podbić oglądalność?
Nie spodziewam się, że uzyskam odpowiedź od tej firmy. Pytania są retoryczne i bardziej by wyczulić Was, czytelników, że fałsz i manipulacja przebiły już warstwę mułu na dnie dziedziny informacyjnej i drążą dalej.
Pomyślałem wtedy, czy nie lepiej już regulować oglądalności Sławomirem, czy Zenkiem Martyniukiem? Przecież taka informacja może ludzi zabić, doprowadzić do zawału. Zwłaszcza tych, którzy mają tam bliskich i z rożnych powodów nie mogą natychmiast tej wiedzy zweryfikować.
Dotychczas byłem przekonany, że żadna stacja nie jest w stanie przebić w kłamstwie i manipulacji TVP. Jak się okazuje w tej branży nie ma już żadnych skrupułów. Nie ma zasad i żadnego wewnętrznego kodeksu jaki pamiętam jeszcze sprzed trzydziestu lat.
Szanowny TVN-nie, jesteście jedną z trzech największych stacji w Polsce. Pod względem oglądalności oczywiście. Śmiało można użyć dawnego zwrotu, że macie ją naprawdę „straszną”. I oglądalność i sposób jej pozyskania.
Jakiś czas temu, zastanawiałem się nad fenomenem PiS-u. Normalnie przecież wystarczyłaby jedna z tych afer, by na zawsze wysadzić rząd z przestrzeni publicznej. Faktem jest, że kościół pomaga im utrzymać władzę, ale sam ma kłopoty i traci społeczną wiarygodność. A skala afer i nadużyć jest tak ogromna, że to graniczy z cudem, w jaki sposób wciąż są przy władzy. W końcu rokminiłem ten fenomen. Schemat amerykańskich prezydentów, którzy zaliczyli wizerunkową wpadkę.
PiS sprytnie opracował system zarządzania wściekłością ludzi.
Rozbijając ją na kilka grubych afer, co nie pozwala ludziom skupić się na jednej. Zwróćcie uwagę, gdy tylko wypłynie coś, co już wydaje się, że powinno wysadzić ich z siodła, natychmiast wypływa inny, równie wielki skandal czy większa afera. Część ludzi swoją złość kieruje jeszcze na poprzednią, ale większość zaczyna drążyć tę drugą. Społeczna wściekłość równomiernie się rozmywa, co już osłabia każdą aferę. Nie ilością, a konsekwencją jednej i nie aferą z sądami, tylko tym co dotyczy zwykłych ludzi można im zaszkodzić. Ze wszystkich innych prób, tylko się śmieją.
Gdy po kilku miesiącach sprawa przyschnie, afera przepada w niepamięci. Natomiast, gdy ktoś chce do niej wrócić to zazwyczaj inni machają ręka mówiąc: „eeee, to stare, to już przecież było”.
Mainstream tego jednak nie pojmie, wydaje im się, że im więcej, tym lepiej – choć jak wykazałem jest zupełnie przeciwnie. Dokładnie tak robią prezydenci USA. Mają trochę łatwiej, bo zwykle celem jest przykrycie skandalu związanego z prezydentem. Wtedy zaczynają jakąś wojnę, powstały o tym dwa doskonałe filmy fabularne: „Fakty i akty” i „Operacja bekon”. Gdy Clinton drżał w posadzie z powodu Moniki Levinski, to NATO zaczęło bombardować Belgrad, gdy Bush zorientował się, że Amerykanie mają już go dość i w głos śmieją się z jego wystąpień, które prasa cytuje na pierwszych stronach, zatroszczył się o drugą turę mordując Afgańczyków. Donald Trump w obliczu Impeachmentu (odwołania) postanowił znienacka zaatakować Iran. Dawno odkryli, że konflikt zbrojny mobilizuje Amerykanów, a rozbuchany przez Hollywood pseudopatriotyzm, jest świetnym spoiwem w obliczu wyimaginowanego zagrożenia.
Wszyscy gromadzą się wokół głowy państwa odkładając na później wykrytą aferę. To „później” jednak nie nadejdzie nigdy, bo jeden konflikt, wywołuje kolejny. I tak całą kadencję, nawet dla następcy coś jeszcze zostanie, gdyby przypadkiem popadł w kłopoty w gabinecie owalnym z nieletnią lub nieletnim.
Wniosek z tego felietonu jest smutny. Jedna afera zmiecie rząd i formację, która go powołała w polityczny i publiczny niebyt. Natomiast seria afer – im więcej tym lepiej – nie spowoduje nawet żadnej dymisji.
Tak naprawdę nadzieja jest tylko w Banasiu. To nie drwina, naprawdę tak myślę. Ten człowiek na stanowisku szefa NIK, to pierwsze poważne pęknięcie obecnego monolitu. Może ta szczelina rozwali obecny układ. Ewentualnie wygrane wybory prezydenckie. O ile ktoś w to wierzy.
Jeśli jednak nic się nie zmieni, to tak naprawdę jedyną szansę mamy w Banasiu. Facet jest żądny zemsty, więc ta pomyłka może jeszcze prezesa dużo kosztować.
Czego Państwu i sobie życzę. Do przeczytania za tydzień.

Wdzięczność imperium

Rok mija właśnie, gdy niejaki Juan Guaido, mało znany w swym kraju wenezuelski deputowany, odebrał telefon od samego wiceprezydenta USA, raczej tępawego religijnego integrysty Mike’a Pence’a, by usłyszeć, że władze imperium mianują go „prezydentem” Wenezueli.

Oczywiście wszystko było dogadane już wcześniej, podczas licznych podróży Guaido i jego ludzi do Waszyngtonu, pozostało tylko czekać na ów telefon. Nastąpiła po nim seria nieudanych zamachów stanu. Guaido obiecał Amerykanom, że przeciągnie armię na swoją stronę i USA będą miały ropę, a on władzę. Z armią jednak wystąpił problem.
Z początku wszystko wydawało się mechanicznie proste. Naród trudno przekonać do Ameryki, to jednak nie są romantyczni Polacy. Wenezuelczycy historycznie odczuli na własnej skórze politykę waszyngtońskich gringos i przeważa tam mocne przekonanie „nigdy więcej”. Ale wystarczy jak zwykle przekonać/przekupić armię i dobra skrajna prawica wróci do władzy – wykoncypowali właściciele świata. Ku ich zdziwieniu, styczniowa próba przewrotu spełzła na niczym, choć Guaido, ten „nowoczesny”, „południowoamerykański Macron”, obiecywał, że wojsko praktycznie ma w kieszeni.
Potem były jeszcze jeszcze dwie próby – w kwietniu i listopadzie. Tę drugą można pominąć – była tak śmieszna, że światowa prasa nawet jej nie zauważyła. Miał to być podwójny sukces Ameryki, bo w Boliwii wszystko poszło gładko (tradycje zamachowe lokalnej oligarchii są tam żywsze, wręcz rutynowe), lecz obalenie socjalizmu w Wenezueli okazało się kolejnym złudzeniem. Największe nadzieje dawała próba kwietniowa: światowe telewizje pokazały wreszcie Guaido w otoczeniu wojskowych, stojącego na autostradzie pod bazą lotniczą La Carlota w Caracas z telefonem przy uchu. Obok major Hugo Perra, najwyższy stopniem zamachowiec, wypinał pierś do kamer.
Łącznie w tym telewizyjnym zamachu wzięło wtedy udział kilkudziesięciu wojskowych. Po klapie część z nich uciekła do sąsiedniej Kolumbii, część schroniła się w ambasadzie odzyskanej właśnie przez Amerykanów Brazylii w Caracas, a oficerowie zwiali bezpośrednio do USA. Hugo Parra, jak i inni, szczerze myślał, że zostanie przywitany z honorami i telewizją, jak bohater. Liczył na wdzięczność Ameryki. Kiedy wraz z kolegami wylądował w obozie więziennym dla nielegalnych imigrantów w Teksasie, myślał jeszcze, że to pomyłka. Siedzi tam do dzisiaj. Nic mu nie pomogły zapewnienia, że „sam prezydent Trump popierał Guaido”.
Chodzi o tzw. ironię losu. Major Parra siedzi bezterminowo w amerykańskim obozie koncentracyjnym zgodnie z polityką, którą chciał wprowadzić w swoim kraju. To socjaliści i inni rodacy mieli siedzieć w więzieniach, ale nie on. Amerykanie nie zgadzają się nawet, by wyszedł za kaucją. Cóż, gardzą „przegrywami”. Może się nimi zająć najwyżej policja imigracyjna. Co za kontrast z generałami z Boliwii, którzy dostali spore pieniądze. Oni też uciekli do USA (choć im się udało), by na wszelki wypadek nie mieć do czynienia z rodakami. Wolą się ukrywać, ale są na wolności.
A Guaido? Kilka dni temu spektakularnie przeskoczył płot, niczym kiedyś Wałęsa. Był to płot parlamentu w Caracas – zrobiono zdjęcia z tego wydarzenia w nadziei światowego rozgłosu. Co prawda obok była otwarta brama, a parlament wybrał innego przewodniczącego, lecz „prezydent” Guaido z przyzwyczajenia chciał się znowu proklamować, tym razem na tym stanowisku, nawet bez telefonu z Waszyngtonu. Waszyngton uważa go już za „przegrywa”. Amerykańskie media, jeszcze rok temu wyśpiewywały hołdy na cześć młodego, nieznanego „prezydenta”, a dziś traktują go lodowato.
Formalnie Polska, jak inne satelity imperium, uznała go za głowę państwa wenezuelskiego, wbrew elementarnej rzeczywistości. Nic to ją nie kosztuje, w końcu chodzi o jakiś daleki, nieistotny kraj koło San Escobar. Cierpliwie czeka na amerykańskie poważanie za tę bezinteresowną grzeczność, jak i za inne, już kosztowne pokłony, będąc pewna niczym major Parra, że Stany Zjednoczone nie będą jej uważać za dalekiego „przegrywa”, gdyby miały okazję
się odwdzięczyć.

To nieprawda, że naszym żołnierzom nic nie grozi

– Donald Trump najprawdopodobniej zdał sobie sprawę, że poszedł za daleko i eskalacja, czy twarda odpowiedź Iranowi byłaby niebezpieczna – mówi amb. Ryszard Schnepf w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

Długo kazał Donald Trump czekać na swoją wypowiedź. Amerykański prezydent wyjątkowo koncyliacyjne, jak na siebie, nie zapowiedział dalszej eskalacji zbrojnej. Jest pan zaskoczony?

RYSZARD SCHNEPF: Rzeczywiście podejrzewam, że trwały ustalenia, jaki ton nadać wypowiedzi amerykańskiego prezydenta. Ta sytuacja przypomina mi trochę – proszę wybaczyć porównanie – sytuację ciężko chorego człowieka, który ma ponad 40 stopni gorączki. Wówczas przykłada mu się do czoła zimny kompres, gorączka spada, chory czuje się lepiej, ale choroba nie jest zlikwidowana i dalej drąży jego ciało. To dość swobodny opis sytuacji, w której się znajdujemy.
Donald Trump prawdopodobnie zdał sobie sprawę, że poszedł za daleko i eskalacja czy twarda odpowiedź Iranowi byłaby niebezpieczna, zarówno ze względu za potencjalne ofiary, jak i jego przyszłość wyborczą.
Należy pamiętać, że Amerykanie, szczególnie średniego pokolenia, wciąż mają w pamięci wcześniejsze zaangażowania amerykańskie i dramaty, jakie się w związku z tym rozgrywały, jak chociażby wojnę wietnamską. Mam wrażenie, że powstała refleksja, że trzeba przyjąć jednak dość umiarkowaną odpowiedź Iranu za dobrą monetę i powiedzieć, że nic się nie stało, aczkolwiek ta wypowiedź była niekonsekwentna. Trump zapowiedział kolejne sankcje, chcąc ukarać, trudno powiedzieć już za co, Iran. Wydaje się, że atak irańskich rakiet był bardzo dokładnie kalibrowany, w taki sposób, aby przede wszystkim nie dotknąć opinii międzynarodowej. Trzeba pamiętać, że tam są rozlokowane, co prawda nieduże, ale jednak oddziały innych krajów. Ofiary wśród francuskich, niemieckich czy polskich obywateli doprowadziłyby do ogólnego potępienia Iranu. Wydaje się, że Iran przyjął wygodną dla siebie narrację ofiary, że to USA są agresorem i sprawcą całego wydarzenia.

Pojawiają się komentarze, że ten konflikt opłaca się obu stronom. Trump oddalił zainteresowanie procedurą impeachmentu, reżim w Iranie także nie jest w najlepszej formie, a wiadomo, że nic tak nie konsoliduje wokół przywódcy jak konflikt.

Tak, ale w tym przypadku stawka jest bardzo wysoka. Pamiętajmy, że są w tę sytuację zaangażowane kraje, które z całą pewnością są w posiadaniu broni atomowej. Jedna nieopatrznie wystrzelona rakieta może wywołać reakcje nieobliczalną. To wszystko zależy od tego, na ile kontroluje się swoje odruchy, a wygląda na to, że niektórzy politycy mają z tym problem. Słyszałem opinię, że na Bliskim Wschodzie panowała jednak zasada nieeliminowania głównych aktorów, bo byli przewidywalni i znani drugiej stronie. Ta zasada została zabiciem Sulejmaniego złamana.
To nie jest na rękę także Izraelowi, który musi teraz bardzo uważać na to, co stanie się dalej. Z kolei wezwanie skierowane do krajów, które są sygnatariuszami porozumienia nuklearnego z Iranem, tworzą nową sytuację, że to Stany Zjednoczone potrzebują wsparcia, aby wyjść z tej sytuacji. To oznacza, że powstaje sytuacja, w której można czegoś żądać od USA, a to nie jest dobre dla negocjacji z Chinami i relacji z Rosją. Powinno budzić też nasze zaniepokojenie, mimo że wezwanie do jedności NATO jest również gestem skierowanym do Polski, to jednak jest to wtórna sprawa.To główne wielkie mocarstwa decydują o tym, co będzie się dalej działo na bliskowschodnim froncie.

Przywódca Iranu ajatollah Chamenei mówił o „małym złym europejskim kraju”. Niektórzy spekulują, że może chodzić o Polskę. Jak pan uważa?

Oczywiście nie wiem, czy nasz kraj miał na myśli, chociaż wiele wskazuje na to, że mógł. Możemy podejrzewać, że miał na myśli konferencję bliskowschodnią, która miała miejsce w Warszawie. Moja opinia w tej sprawie nie zmieniła się, myślę, że przyszłość, rozwiązanie dla Bliskiego Wschodu może mieć miejsce tylko z udziałem Iranu. Nie da się zrobić konferencji, która miałaby coś wnieść do tego niezwykle skomplikowanego regionu, gdzie rolę odgrywają względy polityczne, gospodarcze, militarne i także religijne, z pominięciem takich krajów jak Iran. Tak chybiony pomysł, w który daliśmy się uwikłać, prowadzić może do niemiłych konsekwencji. Sam fakt, że ktoś może nam to pamięta, budzi niepokój.

Jak ocenia pan działania polskich władz? Opozycja apeluje o zwołanie RBN, prezydent na razie spotyka się tylko z przedstawicielami rządu.

Prezydent spotyka się dość często z ministrami i przedstawicielami rządu swojej własnej partii, w związku z tym to spotkanie nie wniosło nic nowego. Dodatkowo spowodowało takie samozadowolenie czy wręcz uśpienie, które jest chyba zbyt pochopne. Zwołanie RBN to minimum, które należało zrobić, a i też nie rozwiązałoby wszelkich problemów, ale dałoby chociaż podstawę do twierdzenia, że w tej materii mówimy jednym głosem.To kwestia dotycząca bezpieczeństwa całego narodu, a nie tylko wyborców jednej partii. Takie zachowanie jest lekceważące dla sytuacji, w której się znajdujemy.
Jestem zaskoczony słowami, że naszym żołnierzom nic nie grozi, bo to jest zwyczajnie nieprawda. Oczywiście, że im grozi, bo to nie jest koniec konfliktu, to jest kwestia, co należy zrobić, jakie decyzje podjąć, aby zapewnić polskim żołnierzom bezpieczeństwo, także decyzje polityczne. Tego nie było i to bardzo rozczarowujące, a wręcz niepoważne.

Polska jest chyba jedynym krajem, któremu udało się jednocześnie skonfliktować z Iranem i Izraelem.

To rzeczywiście sytuacja paradoksalna. Historia udziału prezydenta w obchodach rocznicy wyzwolenia Auschwitz jest jakimś dyplomatycznym blamażem. Nie znam szczegółów negocjacji czy rozmów, bo trudno to nazwać negocjacjami, ale w przyjaznych warunkach naprawdę można wszystko ustalić. Można uzgodnić także wystąpienie własnego prezydenta na konferencji, w której głos prezydenta Polski powinien zabrzmieć – to nie ulega najmniejszej wątpliwości. Nie ma co się obrażać, tylko trzeba pokazać skuteczność tam, gdzie jest potrzebna. Tyle razy mówiliśmy, że mamy takie możliwości, profesjonalną kadrę, świetną ambasadę, ale kiedy przychodzi do rozwiązywania sytuacji trudnych, okazuje się, że to nie działa. Następnym razem chętnie podpowiem, co trzeba zrobić.

Największe zagrożenie

Polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych od lat jest nieprzewidywalna, imperialna, nieracjonalna. Amerykanie swoimi nieodpowiedzialnymi, często niezgodnymi z prawem międzynarodowym działaniami prowokują problemy, których potem sami nie potrafią rozwiązać. Za rządów Donalda Trumpa ta strategia została doprowadzona do absurdu.

Decyzje największego na świecie mocarstwa są uzależnione od kaprysów nieprzewidywalnego megalomana, który stosunki międzynarodowe traktuje jak grę komputerową, a głównym miejscem podejmowania przez niego decyzji jest twitter. Morderstwo Kasema Sulejmaniego było aktem politycznego terroru, którego nie da się w żaden sposób uzasadnić.
Zresztą to kolejny przykład barbarzyńskich działań USA, które mogą doprowadzić do nieobliczalnych konsekwencji. Tuż po zamordowaniu Sulejmaniego Trump zagroził, że jeżeli Iran odpowie na akt agresji, to wojska amerykańskie zbombardują 52 cele w Iranie, w tym centra kultury.
Innymi słowy po dokonaniu aktu terroru politycznego prezydent USA zapowiedział kolejne działania wojenne, na dodatek sprzeczne z konwencjami ONZ. Następnie, gdy parlament iracki zadeklarował, że nie życzy sobie wojsk amerykańskich na terenie kraju,
Trump ogłosił, że nie podporządkuje się tej decyzji, chyba, że Irak… zapłaci za bazy amerykańskie. Innymi słowy wydawałoby się suwerenny kraj ma płacić swojemu okupantowi za to, że ten rozbudował na jego terenie swoje bazy.
A skąd wzięły się bazy amerykańskie w Iraku? Z innej bezsensownej awantury opartej na kłamstwie. Gdy w 2003 roku wojska amerykańskie dokonały inwazji na Irak, głównym argumentem było posiadanie przez reżim Saddama Husseina broni masowego rażenia i jego rzekoma współpraca z Al Kaidą.
Dziś już wiemy, że były to fałszywe oskarżenia. Hussein nie miał broni chemicznej, biologicznej ani atomowej i nie współpracował z Al Kaidą. W wyniku kłamstw i manipulacji ówczesnej administracji amerykańskiej zginęło 200 tys. Irakijczyków, a na dodatek terroryści islamscy, Al Kaida, a potem ISIS urośli w siłę. Innym skutkiem tych działań było wzmocnienie wpływów irańskich szyitów na terenach irackich, z którymi do dzisiaj Amerykanie walczą.
Najpierw obalili Husseina, co doprowadziło do wzrostu siły Al Kaidy i powstania ISIS, teraz zamordowali generała Sulejmaniego, który zasłużył się głównie walką z… ISIS.
Czy zatem działania Amerykanów na Bliskim Wschodzie mają jakikolwiek sens? Wydaje się, że rządzi nimi jedna prosta zasada: gdy krajom regionu udaje się zaprowadzić względny porządek, Amerykanie go zaburzają, używając kłamstw i manipulacji, a na dodatek łamiąc prawa człowieka. Wtedy wraca chaos, a prezydent USA, rozkładając ręce, ogłasza, że wojska amerykańskie muszą stacjonować w całym regionie.
Jaka powinna być lekcja z tych wydarzeń dla Polski? Awanturnicza polityka USA nie jest w naszym interesie, a Stany Zjednoczone nie są krajem godnym zaufania w polityce międzynarodowej. Oczywiście warto dążyć do deeskalacji konfliktu, ale wraz z innymi krajami Unii Europejskiej powinniśmy jednoznacznie odciąć się od barbarzyńskiej polityki Donalda Trumpa.
Kilkanaście lat temu polskie władze przyniosły wstyd swojemu krajowi, angażując się w niesłuszną i szkodliwą wojnę. Obyśmy już nigdy nie powtórzyli tego błędu.

Konwulsje imperium

Zamordowanie gen. Ghasema Solejmaniego to bardzo zła wiadomość na początek 2020 roku.

Dowódca jednostki specjalnej Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej był legendą na całym Bliskim Wschodzie. Tworzone przez niego szyickie formacje walnie przyczyniły się do odwrócenia losów syryjskiej wojny na korzyść al-Asada i zatrzymania marszu Państwa Islamskiego w Iraku.
Zdawałoby się, bohater wojny z terroryzmem, którą USA ciągle mają na sztandarach. Donaldowi Trumpowi bliższe jest jednak dalsze podkladanie ognia pod Bliski Wschód, także w ramach wewnątrzamerykańskich rozgrywek. Skoro dławienie Iranu sankcjami nie dawało efektu, poszedł krok dalej.
Chciałoby się zwrócić uwagę na dwa aspekty, poza tymi oczywistymi, jak podwyżka cen ropy naftowej, która po wiadomości o ataku amerykańskich rakiet na bagdadzkie lotnisko obiegającej świat, idzie w górę, czy osłabieniu się dolara przy jednoczesnym wzroście ceny złota.
Czy wzrost napięcia w regionie, który i tak był jak beczka prochu. Paradoksalnie, największe ostatnio w nim wybuchy gniewu społecznego – w tych państwach, gdzie nie toczy się wojna – miały charakter klasowy, były wystąpieniami zdesperowanych bezrobotnych i biednych pracowników, a nie konfliktami etnicznymi. I ze względu na ten klasowy charakter mocno niepokoiły i polityków proamerykańskich, i Islamska Republikę Iranu, której interesy wyrażał w Iraku Solejmani (i która też niedawno takie wystąpienia u siebie tłumiła).
Jego śmierć to sygnał dla innych krajów, że można swych politycznych przeciwników zabijać choćby nawet na terytorium obcego państwa. Pod warunkiem, że reprezentuje się właściwy imperializm. Szum medialny i gromy napomnień w przypadku takich działań Rosji były zawsze ogromne ze strony Zachodu (vide Litwinienko, sprawa Skripala, a ostatnio Zelimchan Changoszwili). Ale już mniej krzyku było, gdy agenci Muhammada ibn Salmana „pokroili” w konsulacie saudyjskim w Stambule Dżamala Chaszukdżdżiego.
Jak ostro teraz zareagują politycy z Brukseli, tak czuli na przestrzeganie praw człowieka i mieszanie się w wewnętrzne sprawy innych państw? Czy ponownie pokażą się one tylko retoryczną maczugą do okładania przeciwników? Wszak Solejmani nie jest wyjątkiem. Amerykanie od wielu lat za pomocą dronów zabijają na całym świecie tych, kogo uważają za zagrożenie dla swoich interesów. Tak było na masową skalę i za Baracka Obamy, laureata pokojowej Nagrody Nobla.
A i przed epoką dronów mieli swoje metody. I jeśli teraz część lewicy zarzeka się, że nie ma czego przeżywać, bo jeden zbrodniarz zabił drugiego w ramach walki o wpływy, to niech ma na uwadze: tak samo byłoby (będzie?) i z autentycznymi ludowymi przywódcami na Bliskim Wschodzie, gdyby tacy się w toku protestów wyłonili i też zagrozili interesom imperium. No, chyba że imperium wcześniej umiejętnie zagra kartą islamskiego fundamentalizmu, by protesty rozmyły się zawczasu.
Na razie gra toczy się też o reelekcję Trumpa. I już słychać wypowiedzi licznych amerykańskich polityków – nie tytko z Partii Republikańskiej – i komentatorów, iż Ameryka jest w stanie wojny i trzeba się mobilizować wokół Prezydenta, który podjął słuszną decyzję. Podobieństwo do jedności narodu w przeddzień ataku na Afganistan czy Iraku nasuwa się samo. Głosy krytyki czy przestrogi – jak zawsze w takich wypadkach – będą piętnowane jako brak patriotyzmu, agenturę wrogą Ameryce itd.
Co do głosów polskich komentatorów w sprawie amerykańskiego ataku nie warto mówić wiele. Choć może warto wyróżnić przedstawiciela Lewicy posła Macieja Gdulę, który na Facebooku trafnie ocenił znaczenie tego zabójstwa i stwierdził, że gdyby na Bliskim Wschodzie zaczęła się nowa wojna, to Polska nie powinna brać w niej udziału. Ale znając serwilizm naszej elity wobec wszystkiego, co amerykańskie, ten głos rozsądku może zostać zignorowany.
Tak, jak mocarstwa nie wezmą pod uwagę głosu zrozpaczonych Irakijczykow, którzy na dzisiejszych protestach krzyczeli pod adresem Waszyngtonu i Teheranu: idźcie gdzie indziej ze swoją wojną! Chociaż wiedzieli dobrze, że konfrontacji mogą spodziewać się w perspektywie godzin. Imperia nie słuchają apeli zwykłych ludzi, nawet gdy to imperia słabnące. Albo padające w wyjątkowo paskudny sposób.

Co po zamachu na gen. Solejmaniego?

Chusty, koszule, szaliki leciały w stronę platformy z trumnami zabitych w piątkowym amerykańskim zamachu bombowym, którego głównym celem był charyzmatyczny irański gen. Kasem Solejmani. Ta scena powtarzała się podczas uroczystości pogrzebowych w Iraku i w samym Iranie. W obu krajach zawieszonych dziś między płaczem a gniewem, jak na całym nieszczęsnym Bliskim Wschodzie, śmierć generała wywołała wstrząs, którego fala obiegła całą planetę pod postacią panicznych obaw przed „trzecią wojną światową”.

Gazeta.pl informowała swoich czytelników, że w uroczystościach w Teheranie wzięły udział „tysiące” osób. Dwa-trzy tysiące? Nie, to były dwa-trzy miliony, jak w Awhazie, Meszhedzie i innych miastach żegnających zabitych w bagdadzkim zamachu. Żałobnicy zjeżdżali się z regionów tych metropolii, jakby cały kraj chciał wziąć udział w pogrzebie. Tysiące rzucanych chust i koszul, jeśli dotarły do mężczyzn na platformie, wracały odrzucone w tłum po otarciu ich o trumnę generała, by stać się znakiem jedności, rodzajem relikwii po „męczenniku”, które mają wzmocnić pogrążonych w żałobie.
Jeśli porównać irański status społeczny gen. Solejmaniego do polskiej historii, byłby on skrzyżowaniem Kościuszki i Lelewela, z dodatkiem Piłsudskiego. Byłby uosobieniem hasła „za wolność naszą i waszą” skierowanym przeciw mocarstwom, które chcą kontrolować nie tylko Iran, ale i cały roponośny region. Rytualne slogany przeciw imperium amerykańskiemu i jego regionalnym sojusznikom – izraelskiemu reżimowi apartheidu i saudyjskiej tyranii – wykrzykiwane na pogrzebie, zostały w różnych formach powtórzone w Jemenie, Libanie, Palestynie, Syrii i Iraku, lecz rozkazodawca zamachu Donald Trump musi czuć się pewnie: chodzi wszak o kraje skutecznie przetrącone kolonialnymi wojnami i okupacjami, które przyszły z Zachodu.

Śmierć na zamówienie

Gen. Solejmani znalazł się na celowniku Izraelczyków w 2006 r., zaraz po kolejnej, zbrojnej napaści państwa żydowskiego na Liban. W regionie nazywają te wydarzenia „wojną 33-dniową”: Izraelczykom udało się wtedy zniszczyć prawie całą libańską infrastrukturę cywilną, jako tako odbudowaną po poprzednich wojnach, ale pierwszy raz zostali wypchnięci z kraju przez zjednoczone siły Hezbollahu (Partii Boga) i libańskiego wojska. Solejmani był już wtedy od sześciu lat szefem operacji zagranicznych Korpusu Strażników Rewolucji: to on nauczył wtedy Libańczyków, jak powstrzymać armię izraelską i odtąd datuje się jego renoma „geniusza wojskowego”, szczególnie speca od tzw. działań asymetrycznych, na które skazane są słabsze strony konfliktu.
Izraelczycy starali się więc go zabić, ale słynna skuteczność Mosadu doznała pewnej kompromitacji – nic z tego nie wychodziło. W końcu dwa lata temu zwrócili się do Amerykanów, by zrobili to swoimi środkami, lecz Trump wtedy odmówił zadowalając się pochwaleniem izraelskich zamiarów. Według Times of Israel, ostatnia izraelska próba miała miejsce trzy miesiące temu, kiedy agenci podłożyli pół tony trotylu pod podłogę miejsca, gdzie generał miał się pojawić, lecz się nie pojawił. Wysiłki izraelskiej skrajnej prawicy i amerykańskich neokonserwatystów, by Stany Zjednoczone zaryzykowały otwartą napaść na Iran musiały poczekać na odpowiedni kontekst natury wyborczej.

Kłopoty bliźniaków

To, co najbardziej zdziwiło bliskowschodnich komentatorów, to fakt, że Amerykanie przyznali się do zamachu. Mogli działać „po izraelsku”, dyskretnie, czyli udawać, że to nie oni, co nie dałoby natychmiastowego pretekstu władzom irańskim do otwartego organizowania odwetu. Teoria iracko-irańska jakoby Trump wziął po prostu na siebie działanie izraelskie ma pewne podstawy, ale właściwie nie ma znaczenia. Obaj przywódcy – Netanjahu i Trump – są w podobnej sytuacji: mają na karku procesy w swoich krajach (karne w Izraelu, destytucja w Stanach) i widmo wyborów przed sobą. Są politycznymi bliźniakami: należą do skrajnej, nacjonalistycznej prawicy, dla której ewentualna wojna stanowi „pewną” szansę na przedłużenie władzy.
Ale nie da się zredukować czynu Trumpa/Netanjahu do chęci przykrycia swoich kłopotów w Kongresie czy Knesecie. Trump od początku kadencji deklarował, że nie chce wojny z Iranem (wbrew Netanjahu), gdyż uznawał, że może być wyborczo niebezpieczna, a jednocześnie robił wszystko, by doprowadzić na jej skraj, na wypadek, gdyby okazała się jednak użyteczna (w zgodzie z Netanjahu). Dlatego uległ izraelskim naciskom na wycofanie się z układu atomowego z Iranem, nałożył sankcje i wprowadził „politykę maksymalnego nacisku”. Zamach na Solejmaniego to przyznanie, że ta polityka poniosła porażkę, że prowokacja do ewentualnej wojny potrzebuje czegoś mocniejszego.

Drugie przyjście Jezusa

Sytuacja polityczna Trumpa w Stanach jest mocniejsza od politycznego losu Netanjahu w Izraelu. Zebrał już tyle pieniędzy na kampanię, że wszyscy Demokraci mogą się już schować i pozostała mu tylko dbałość o los Izraela, bo to zapewni mu głosy dziesiątek milionów wyznawców syjonizmu chrześcijańskiego. Od ponad 70 lat wierzą oni, że popieranie Izraela przyśpieszy – poprzez „wielką wojnę Armageddon” – koniec obecnego świata i paruzję Jezusa Chrystusa. Ten super-twardy elektorat jest ważniejszy nawet od lokalnego lobby proizraelskiego, które zaczyna się mocno wahać, jeśli chodzi o los samego Netanjahu. Jednak polityczna alternatywa izraelska, tj, gen. Benny Gantz, tak samo popiera wojnę przeciw Iranowi, jak Netanjahu. Tu być może kryje się rozwiązanie zagadki przyznania się do zamachu. Trump zaczyna być pewien, że wygra wybory w obu przypadkach, mimo lub dzięki wojnie.
Solejmani był przydatny Amerykanom, kiedy zmienili priorytet wojny w Syrii, z obalenia tamtejszego rządu na walkę z dżihadystami, którzy mieli służyć temu obaleniu. Popierane wcześniej przez USA Państwo Islamskie (PI) stało się niebezpieczne szczególnie w Iraku, więc irackie, proirańskie oddziały Haszd asz-Szaabi (Siły Mobilizacji Ludowej lub Jednostki Pospolitego Ruszenia), którym patronował Solejmani, mogły wygrać wojnę przeciw PI przy wsparciu amerykańskiego lotnictwa i irackiej armii. W Syrii jednak elitarne, irańskie jednostki Solejmaniego zapędziły się za PI i Al-Kaidą aż pod izraelską granicę, podczas gdy Izrael wspierał przez nią dżihadystów (nawet leczył w swoich szpitalach), dla podtrzymania osłabiającego Syrię chaosu. Wcześniej, czy później, irański generał-strateg musiał więc zostać zlikwidowany, poniekąd w imię przyjścia Jezusa.

Zagadka K-1

Ostatni, gwałtowny zwrot polityczny zaczął się 27 grudnia 2019 r., kiedy nie wiadomo kto zabił, nie wiadomo kogo. Stało się to w amerykańskiej bazie wojskowej K-1 pod Kirkukiem na północy Iraku. Jacyś niezidentyfikowani sprawcy ostrzelali tę bazę i mieli zabić jednego, niespodziewanie anonimowego Amerykanina, określanego przez Pentagon jako „przedsiębiorca” lub „podwykonawca” (ale nie „cywil”), co oznacza prawdopodobnie najemnika którejś z amerykańskich, prywatnych spółek wojskowych, jeśli ów człowiek w ogóle istniał.
Tak, czy inaczej, następnego dnia do premiera Iraku Abd al-Mahdiego zadzwonił Mark Esper, sekretarz obrony USA, żeby go poinformować o decyzji zbombardowania „baz Haszd asz-Szaabi i Hezbollahu”. Premier poprosił Espera o spotkanie i odrzucił tę decyzję z powodu dwóch problemów: nie ma czegoś takiego jak „bazy Haszd asz-Szaabi”, gdyż jednostki te już kilka lat temu zostały wcielone do armii irackiej (pod nadzorem amerykańskim zresztą) i nie ma żadnego dowodu, by domniemanej śmierci Amerykanina było winne irackie wojsko, które nota bene stacjonuje razem z Amerykanami w K-1. Esper zwrócił uwagę, że nie dzwoni, by negocjować, a jedynie informować, i niecałe pół godziny później amerykańskie samoloty posiekały bombami irackie posterunki na pustynnej granicy z Syrią, ponad pół tysiąca kilometrów od K-1.

Iracki gniew

Wśród prawie setki zabitych i rannych żołnierzy irackich, dziewięciu miało na mundurach naszywki jednostki, w którą teoretycznie celowali Amerykanie. Strefę tę bombardowali już wcześniej Izraelczycy, przy okazji rutynowego bombardowania Syrii. Dla Amerykanów irackie pilnowanie granicy było zbyt szczelne, gdyż stanowiło przeszkodę w napływie byłych irackich dżihadystów, zatrudnianych przez nich do pomocy przy pilnowaniu syryjskich pól naftowych na wschodzie tego kraju, które Trump postanowił zatrzymać do dyspozycji Stanów Zjednoczonych.
Jak wiadomo, amerykańska jatka wywołała manifestację protestu pod ambasadą imperium w Bagdadzie, w czasie której nikomu włos z głowy nie spadł. Wybito z trudem dwie pancerne szyby, ale to wszystko. Zrealizowało się natomiast marzenie gen. Solejmaniego – iracka klasa polityczna w końcu zjednoczyła się przeciw Amerykanom. Projekt ustawy o wyrzuceniu obcych wojsk z Iraku powstał jeszcze przed zamachem na generała, gdy przebywał w Libanie. Gestykulacje Trumpa, w postaci gróźb nałożenia sankcji na Irak, czy masowego bombardowania Iranu, przykrywają nagi fakt, że Stany Zjednoczone nie są w stanie utrzymać swych wpływów w Iraku, mimo zabicia setek tysięcy Irakijczyków, śmierci własnych żołnierzy i najemników, wydania bilionów dolarów, zachowania baz wojskowych i podległego im do niedawna rządu.

Co teraz?

Po zamachu na Solejmaniego wszyscy jakby wstrzymali oddech. W Europie wielu publicystom przypomniał się zamach na austriackiego arcyksięcia, który uchodzi za przyczynę pierwszej wielkiej rzezi światowej: stąd nieco automatyczne obawy przed trzecią. Tercet USA-Izrael-Saudowie ma teraz przeciw sobie całą „oś ruchu oporu” (jak lubi się nazywać) w sześciu krajach Bliskiego Wschodu, nieporównanie od niego słabszych, jeśli odliczyć Iran, który ma jednak pewien potencjał obronny. Niektórzy oczekują riposty Iranu z dnia na dzień, choć Solejmaniego jeszcze nie pogrzebano. „Ruch oporu” musi najpierw zorientować się, kto i jak zdradził generała. Póki co, odpowiada groźbami na groźby Trumpa.
To, co się obecnie dzieje się złego na Bliskim Wschodzie ma głębokie korzenie historyczne: przeszłość kolonialną, gdy europejskie mocarstwa po I wojnie światowej rysowały granice podległych państw bez oglądania się na realności narodowo-wyznaniowe, a potem powstanie kolonialnego państwa Izrael, co skazało region na rodzaj wiecznej wojny. Napaści amerykańskie i zachodnie wzniecanie wahhabickiego dżihadyzmu przyczyniło się do dzieła zniszczenia, przeciw któremu walczył zabity generał. Dziesiątki tysięcy rodzin zawdzięczają mu ocalenie z tej ogólnej masakry, lecz nadchodzi jej nowy rozdział, który może zakrwawić chusty i koszule.

Striptease kontra bezdomność

Amerykańscy samorządowcy z Seattle w ramach przeciwdziałania problemowi bezdomności w tym mieście sfinansowali z publicznej kiesy… erotyczny show z genderowym aspektem.

Sytuacja jest rzeczywiście skandaliczna – moralnie, politycznie i ekonomicznie; niestety w bardzo symboliczny sposób ujawnia potworności neoliberalnego myślenia.
Seattle mierzy się problemem narastającej bezdomności od kilku lat. Ze względu na skalę – pomimo, iż dalece nie jest jedynym miastem w USA dotkniętym tym problemem – bezdomność w Seattle stała się swego rodzaju punktem odniesienia w debacie publicznej. Lokalna telewizja KOMO-TV (spółka-córka stacji ABC) wyemitowała nawet kilka miesięcy temu film dokumentalny na ten temat zatytułowany Seattle umiera.
I choć film ten spotkał się z uzasadnioną krytyką w związku z przesadzoną ekspozycją przemocy i narkotyków w środowisku osób bezdomnych i nawoływania do policyjnych rozwiązań (niektórzy komentatorzy, np. Tim Harris twierdzili, że jest to „pornografia biedy”), to jednoznacznie sygnalizował, że narastająca bezdomność jest wynikiem zupełnego braku polityki mieszkaniowej władz miejskich oraz że te nie reagowały przez lata pomimo, iż były świadome sytuacji.
Dopiero niedawno lokalni politycy, np. burmistrzyni Jenny Durkan ubolewała na brak środków i wyjaśniała, że „problemu tego nie da się rozwiązać z dnia na dzień”. Jednocześnie tamtejszy ratusz wyjaśniał dziennikarzom indagującym o tę kwestię na rozlicznych konferencjach prasowych, iż miasto wydaje rocznie zawrotną sumę 1 mld dolarów finansując swoje dążenia do ograniczenia bezdomności. Niestety, wygląda na to, że pieniądze te są w dużej mierze marnotrawione i to w niezwykle cyniczny sposób.
Doskonałym tego przykładem jest ubiegłotygodniowa konferencja dotycząca problematyki bezdomności zorganizowana w South Seattle College. Zorganizowała ją dyrektorka samorządowej agencji All Home, która powołana została, aby koordynować działania władz w tym zakresie w hrabstwie King. Kira Zylstra, o niej mowa, została wysłana na urlop i oczekuje nie tylko na zwolnienie z pracy, lecz również na wyniki wszczęto przeciwko niej śledztwa. Potwierdziła to w rozmowie z dziennikarzami Denise Rothleutner, szefowa Departamentu Spraw Społecznych i Usług Publicznych hrabstwa.
Oburzenie eksplodowało po tym jak na corocznej konferencji „Dekolonizacja naszej pracy zbiorowej” (Decolonizing our Collective Work; doprawdy, cokolwiek to znaczy), zorganizowanej przez All Home, doszło do pewnego wydarzenia. Zaraz po lunchu uczestnikom wydarzenia ukazała się postać transpłciowej stripteaserki. Beyoncé Black St. James tańczyła topless, przytulała i całowała widzów. Jej występ został nawet zarejestrowany przy pomocy smartfona i opublikowany na portalu społecznościowym YouTube.
Po tym jak informacja się rozeszła mieszkańcy Seattle i całego regionu zaczęli umieszczać pełne oburzenia komentarza na sposób wydatkowania pieniędzy przeznaczonych dla agencji All Home, której, przypomnijmy, jedynym zadaniem jest koordynowanie skutecznego zwalczania problemu bezdomności. Sprawa szybko trafiła do mediów. Wówczas wspomniana wcześniej Denise Rothleutner zdecydowała się na kroki w stosunku do All Home i szefowej tej instytucji. Jako się rzekło – trwa śledztwo, a Zylstra przebywa na przymusowym urlopie w oczekiwaniu na jego wyniki. Sprawa okazała się tak bulwersująca i do tego stopnia zaważyła na reputacji agencji, że władze w hrabstwie King zdecydowały o jej pospiesznym rozwiązaniu, choć decyzję tę motywowały „brakiem widocznych efektów” jej prac.
Tymczasem bezdomnych w Seattle i okolicach z dnia na dzień przybywa. Citi Journal, prestiżowy kwartalnik podejmujący zagadnienia polityki miejskiej, urbanistyki, architektury, transportu i problemy wspólnot miejskich w Stanach Zjednoczonych, publikował w najnowszym numerze obszerną analizę pt. Oblężone Seattle (Seattle Under Siege). Dziennikarz Christopher F. Rufo zwraca uwagę, iż od 2017 r. doszło do „eksplozji bezdomności”, a na ulicach miasta z tygodnia na tydzień widocznie przybywa ludzi koczujących w namiotach lub szałasach.
„Przez lata (władze w – przyp. red.) Seattle utrzymywały, że potrzebują więcej środków na rozwiązanie problemu bezdomności. Klip wideo (z występem stripteaserki – przyp. red.) dowodzi jednak, że płacenie za show transpłciowej stripteaserki celem lepszego dotarcia do organizacji non-profit zajmujących się bezdomnością, jak i tych utrzymywanych z publicznych środków, jest (zdaniem władz – przyp. red.) jak najbardziej na miejscu” – napisał Rufo na portalu społecznościowym Twitter.
Przykład konferencji dotyczącej bezdomności w Seattle i jej erotycznych elementów wyraźnie pokazuje, że polityki tożsamości i afirmatywne działania dotyczące niuansów genderowych wykorzystywane są w neoliberalizmie nie po to by jakieś realne socjo-kulturowe problemy rozstrzygać, lecz by takowe przysłaniać.

Pierwsza setka marszałka

W siedzibie Akademii Vistula odbyła się promocja kolejnej książki byłego marszałka Senatu RP, profesora Longina Pastusiaka zatytułowanej „Świat i Polska”. Setnej książki napisanej przez niego.

Zebrani w auli liczni i zacni czytelnicy przypominali zasługi profesora, czasem też i swoje, żarliwie też dyskutowali o relacjach Polski z USA, USA-Chiny, a także mozolnych trudach autorów książek. Całość sprawnie moderował Wojciech Kostecki, też profesor.

Patrząc z podziwem na wspaniały dorobek marszałka, profesora Longina Pastusiaka apelujemy do obecnych naukowców i polityków. Mniej sporów,mniej brylowania w mediach, do piór!
Niedokończone książki czekają.

 

O zmaganiach słoni i zdeptanej trawie

Wojna handlowa wypowiedziana Chinom przez prezydenta Trumpa budzi obawy na całym świecie. Informacjom o kolejnych podwyżkach ceł, o dalszych utrudnieniach i ograniczeniach towarzyszą niepokojące spekulacje na temat „konieczności” powstrzymania Chin i rzekomej nieuchronności – w dalszej perspektywie-wielkiego konfliktu zbrojnego.

Nasuwają się liczne pytania dotyczące nie tylko przyszłości stosunków chińsko-amerykańskich, ale także ich znaczenia dla innych państw, a w tym i dla Polski. Na wiele z tych pytań usiłowali odpowiedzieć uczestnicy niedawnej konferencji-”Chiny i USA” zorganizowanej przez prof. Grzegorza Kołodkę w Akademii Leona Koźmińskiego. W przemówieniu inauguracyjnym ambasador Chińskiej Republiki Ludowej w Polsce Liu Guangyuan zaakcentował wysoki stopień komplementarności i współzależności pomiędzy gospodarką chińską i amerykańską. W roku 2018 sprzedaż usług i produktów przedsiębiorstw amerykańskich funkcjonujących w Chinach wyniosła około 700 miliardów dolarów, a zyski tych przedsiębiorstw przekroczyły 90 miliardów. Ogromna jest skala kontaktów turystycznych i biznesowych. Co 17 minut startuje samolot kierujący się z Chin do USA lub z USA do Chin. Amerykańska kampania propagandowa, nie licząca się z tymi faktami stwarza przysłowiową zasłonę dymną, za którą kryją się często rdzennie amerykańskie bolączki. Ambasador Liu zacytował słowa Newta Gingricha o tym, że Amerykanie nie powinni zrzucać na Chińczyków odpowiedzialności za własne błędy i niepowodzenia. Konflikty i konfrontacje prowadzą do ślepej uliczki. Ujawnia się powrót do myślenia w kategoriach zimnowojennych – jeżeli „oni” zyskują, to „my” automatycznie tracimy. I odwrotnie. W gwarze politologów oznacza to traktowanie konfliktów bilateralnych jako gry o sumie zerowej. Zimna wojna pozostawiła bagaż obaw i podejrzeń. Ambasador Liu zacytował słynnego amerykańskiego filozofa Ralpha Waldo Emersona „nie marnuj życia na wątpliwości i obawy”.
Prof. Grzegorz Kołodko zwrócił uwagę na ważną zmianę w procesach dyfuzji innowacji pomiędzy Chinami a państwami zachodnimi. Chiny odchodzą od strategii innowatora-wczesnego naśladowcy do strategii innowatora-pioniera; wysuwają się na czołowe miejsca w dziedzinie cyfryzacji i sztucznej inteligencji. Przeznaczają ogromne środki na badania i rozwój, poszukują w świecie nosicieli nowych rozwiązań.
W stosunkach z Chinami konstruktywne, pragmatyczne podejście stosują-Unia Europejska i Indie.
Prof. Marcin Piątkowski podkreślił zdumiewające tempo przemian gospodarczych w Chinach, które ilustruje fakt, iż w ciągu ostatnich 40 lat dochód narodowy na głowę ludności wzrósł 30-krotnie (w Polsce-3-krotnie).
Prof. Bogdan Góralczyk wyraził pogląd, że położenie Polski pomiędzy Niemcami a Rosją czyni nasz kraj interesującym dla Chin ośrodkiem biznesowym. Do roku 2040 Chiny zamierzają stać się nowym światowym centrum. Nie oznacza to, że kultura chińska miałaby stać się kulturą uniwersalną. Na jej ważne, specyficzne cechy zwrócił uwagę w swoim czasie Lee Kuan Yew – ówczesny premier Singapuru.
W wystąpieniu końcowym prof. Kołodko stwierdził, że Inicjatywa Pasa i Szlaku – będąca wielkim projektem geopolitycznym – oznacza eksport nadwyżek mocy produkcyjnych w takich sektorach jak stal i szkło. Chiny borykają się z ważnymi problemami wewnętrznymi do których należą m.in. zadłużenie przedsiębiorstw państwowych i ciągle jeszcze wielkie ubóstwo na wsi.
W obecnej konfiguracji globalnej w interesie Polski jest zacieśnianie współpracy w ramach Unii Europejskiej. Przy kształtowaniu stosunków polsko-amerykańskich należy brać pod uwagę mankament amerykański jakim jest życie na kredyt, życie ponad stan. Może to oznaczać podejmowanie przez amerykańskich polityków decyzji jednostronnie korzystnych dla USA, bez liczenia się z interesami państw sojuszniczych.
W kontekście amerykańsko-chińskiej wojny handlowej celowe jest zachowanie ostrożności w angażowaniu się po stronie amerykańskiego sojusznika. Warto brać pod uwagę przypomniane przez prof. Góralczyka azjatyckie przysłowie: kiedy walczą ze sobą dwa słonie najbardziej cierpi trawa.

Irlandczyk: USA bez cenzury

Zastrzec należy, że produkcja Netfliksa to ani głęboki film psychologiczny, ani świetne kin obyczajowe. To film, którego polityczność jest przy tym dość oczywista i bezpośrednia. Niestety nie dla większości polskich recenzentów, chociaż bez tego kontekstu niej prawidłowe odczytanie znaczenia filmu staje się niemożliwe.

Obraz Martina Scorsese jest bez wątpienia przełomowy. To pierwszy tak bardzo mainstreamowy, amerykański film, który z dokumentalnym wręcz zacięciem pokazuje powiązania władzy, czy też czołowego amerykańskiego związku zawodowego z amerykańską mafią. To także pierwsze dzieło, które tak otwarcie pokazuje przestępcze powiązania Kennedych – zwyczajowo wybielanych za wszelką cenę. Przy okazji pozornie niewinnej politycznie fabuły dokonuje się pełna demistyfikacja amerykańskiego kapitalizmu, a system „amerykańskiej demokracji” staje się nagi. Przygody tytułowego gangstera, który staje się mordercą do wynajęcia i eliminuje kolejnych przeciwników z mafijnego układu to drobny element historii.

Scorsese nie szuka przestępców pośród sprawiedliwych. Jego teza jest prosta: system polityczno-gospodarczy USA jest systemem przestępczym, gdzie wszystkie szczeble władzy są uzależnione od współpracy z mafią, To ona umożliwia zwycięstwo w wyborach prezydenckich: przeżartych korupcją i działających na zasadzie kapitalistyczno-przestępczej licytacji. Ostatecznie to także ta współpraca nieomalże nie doprowadza do wojny atomowej i zagłady świata, ponieważ to właśnie amerykańska mafia usilnie wpływa na rząd Stanów Zjednoczonych, by ten z całych sił walczył o odzyskanie Kuby. Po co? Dla zysku z tamtejszych kasyn. Scena, kiedy lekko skonsternowani gangsterzy pośrednio orientują się, że ich wpływy mogą przynieść zagładę całej planecie jest zresztą jedną z najmocniejszych.

Krew się leje

Film unaocznia, jak mafia brała czynny udział w uzbrajaniu najemników, których wysłano potem przeciwko kubańskim rewolucjonistom w ramach Inwazji w Zatoce Świń. Sam Fidel Castro – choć obecny w filmie tylko symbolicznie – jest w zasadzie jedynym jednoznacznie pozytywnym bohaterem całego dzieła, którego zresztą mafia solidarnie pragnie zlikwidować.
Nie da się tego powiedzieć o ukazanym na ekranie związku zawodowym. Jego lider Jimmy Hoffa żyje ze współpracy z mafią i stale użycza jej nawet związkowych środków. Penetracja władz ruchu związkowego przez przestępczy/szkodliwy element to jeden z głównych tematów całego filmu. To również element, któremu należałoby się też szerzej przyjrzeć również i w polskim kontekście.
Nieprzypadkowe w filmie są także wyświetlane wciąż „paski informacyjne”, które pojawiają się przy co drugiej filmowej postaci i informują nas o tym, jak skończyła. Kilka kul w głowę. Znaleziony martwy. Zabity w czasie strzelaniny… Zgon z przyczyn naturalnych to naprawdę rzadki przywilej. Przypadek zabójstwa Marka Papały, który do tej pory stanowi gorący temat dla polskich mediów w USA byłby raczej dość krótkim, medialnym przerywnikiem. W tym momencie rodzi się też fundamentalne pytanie. Jaka demokracja może być importowana z kraju, gdzie w taki sposób wyglądają rzeczywiste relacje władzy?

Gorzka prawda

„Irlandczyk” nie jest żadną fantazją. To film historyczny, z realnymi postaciami i historiami, które naprawdę się wydarzyły. W zasadzie powinien to być też film absolutnie obowiązkowy dla wszystkich, którzy dalej uważają, że amerykańska polityka może być dla Polski jakimkolwiek wzorem. Wyobraźnia polskich polityków, którzy USA mają wciąż za kolebkę wolności, cywilizacji, wyższej kultury politycznej jest w rzeczywistości totalnie wypaczona kolonialnymi wyobrażeniami na temat nieosiągalnego ideału, jaki dla peryferii stanowi zawsze stolica wielkiego imperium. W praktyce okazuje się, że stolica jest kolebką dla przestępczości zorganizowanej i bezlitosnych kryminalistów, a polityczne sprawy załatwia się tam w obowiązkowej współpracy z wybranymi bossami świata mafijnego. W takim kontekście przykładem zbliżania się Polski do amerykańskich wzorów może być raczej sprawa szefa NIK i jego kontaktów ze światem kryminalnym.

Film Martina Scorsese to także nowa jakość kina gangsterskiego. W radykalny sposób zrywa z pokazywaniem gangsterów, jako herosów, którzy zdobywają duże pieniądze, a potem wracają do kochającej, bezpiecznej familii. Tu sytuacja jest zupełnie inna: rodziny zamieszanych we współpracę z mafią praktycznie stale drżą o własne życie. Żona jednego z głównych bohaterów boi się przekręcić kluczyki w stacyjce: nie wie bowiem, czy nie podłożono jej bomby. Rodziny świetnie wiedzą, czym zajmują się „bohaterscy tatusiowie”. Tradycyjna, religijno-konserwatywna otoczka działa wyłącznie w charakterze pustej symboliki.

W „Irlandczyku” elementy rodem z dawnej wiary w american dream mieszają się z zupełnie bezlitosną i amoralną walką o władzę. Wzlot Franka Sheerana to stawanie się trybikiem w gangsterskiej maszynie, działającej zgodnie z życzeniem najsilniejszych. Sceny morderstw, którymi zajmuje się Frank, są krótkie, przepełnione racjonalnością zabójcy i pokazane jako element załatwiania interesów. Natomiast powrót do domu po „mokrej robocie” nigdy nie przynosi satysfakcji i poczucia bezpieczeństwa.

Nie ma sprawiedliwości

Zbrodnia bez kary jest nie tylko możliwa, ale i oczywista, do załatwienia. Tytułowy „Irlandczyk” kończy swoje życie spokojnie. Ostatnie chwile spędza w luksusowym domu opieki i nie dosięga go żadna sprawiedliwa kara. Spowiada go ksiądz, któremu nie chce się wnikać w jego gangsterskie czyny. Natomiast wielce spóźnionym państwowym służbom „Irlandczyk” nawet po latach nie wyjawia tego, co naprawdę zaszło w czasie popełnianych przez niego zbrodni. Zmowa milczenia trwa wiecznie, wyrzuty sumienia stają się elementem dawnej pracy, ewentualną historyjką do opowiadania na emeryturze.

A ofiary? Zwyczajnie znikają, jak Jimmy Hoffa, kiedy bardzo skromnie się mafii postawił. On zostaje odnaleziony dopiero w kinie, dzisiaj. Być może nie na próżno. Ale sam fakt, że umiarkowanie precyzyjną wiedzę o tym wszystkim otrzymujemy dopiero 40 lat po fakcie daje już dużo do myślenia.