Armia suwerenności czy nowego konfliktu?

Kosowo ma armię wbrew NATO, ONZ, UE i Serbii

 

Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami Parlament Republiki Kosowa w piątek, 14 bm., przyjął ustawy w sprawie sił bezpieczeństwa KSF (alb. Forca e Sigurisë së Kosovës FSK, Kosovo Security Force ), nadając dotychczas istniejącym lekko uzbrojonym oddziałom porządkowym atrybuty armii. Zostały one uchwalone bez udziału posłów popieranej przez Belgrad „Srpskiej Listy”, którzy zbojkotowali sesję, nie biorąc w niej udziału.

 

Armia legalna czy nie?

Uchwalając ustawy o zmianie uprawnień KSF, parlament zlekceważył obowiązujące przepisy konstytucyjne – twierdzą niektórzy kosowscy prawnicy – które wymagały uzyskania dwóch trzecich głosów ze 120, w tym dwóch trzecich od 20 parlamentarzystów pochodzących z mniejszości narodowych, nie-Albańczyków. Na podstawie tych przepisów Serbowie, mający 10 miejsc przeznaczonych dla mniejszości narodowych, dotychczas skutecznie blokowali takie inicjatywy ustawodawcze.

Parlamentarzyści z „Srpskiej Listy” zapowiedzieli zaskarżenie tych ustaw do Trybunału Konstytucyjnego Kosowa.

Kadri Veseli, przewodniczący kosowskiego parlamentu, zaraz po glosowaniach oświadczył, że „ Od tego momentu oficjalnie mamy armię Kosowa” . Obecny podczas sesji prezydent Kosowa Hashim Thaci wyraził zadowolenie i następnie w mundurze wziął udział w wojskowym capstrzyku. Albańscy mieszkańcy Kosowa byli zachwyceni powołaniem regularnej armii twierdząc, że „teraz możemy powiedzieć, że jesteśmy państwem, bo nie ma państwa bez armii” .

Innego zdania są Serbowie zamieszkujący Kosowo, którzy obawiają się, że głównym celem tego ruchu jest przeprowadzenie czystki etnicznej w zdominowanej przez nich północnej części kraju. W ramach protestu w Mitrowicy i okolicznych miejscowościach masowo wywieszono serbskie flagi. Z kolei Prisztina i inne kosowskie miasta zostały udekorowane amerykańskimi flagami na znak wdzięczności dla Stanów Zjednoczonych, popierających nie tylko niepodległość Kosowa, ale również utworzenie przez nie armii.

Serbski prezydent Aleksandar Vućić powiedział na konferencji prasowej w piątek wieczorem, że Armia Kosowa jest nielegalna. Według niego takie posunięcie zagraża pokojowi i bezpieczeństwu. Dodał również, że „dziś stało się jasne, że USA, Wielka Brytania i Niemcy, jeśli chodzi o armię Kosowa, stoją za kosowskimi Albańczykami. Nie jesteśmy tym zaskoczeni” .

 

Możliwa destabilizacja Bałkanów?

W telewizyjnym przemówieniu do Serbów, Vućić stwierdził, że powołanie armii jest sprzeczne zarówno z prawem międzynarodowym (rezolucją 1244 Rady Bezpieczeństwa ONZ, która nie dopuszcza istnienia armii w tym kraju) jak i konstytucją Kosowa”. W związku z tym Serbia żąda natychmiastowego zwołania nadzwyczajnej sesji Rady Bezpieczeństwa ONZ. Vućić ogłosił, że Belgrad nie będzie brał udziału w dialogu z Prisztiną, dopóki nie wycofa się ona z wszystkich swoich wcześniejszych decyzji, w tym o nałożeniu 100 procentowych ceł na towary z Serbii.
Międzynarodowi obserwatorzy podkreślają, że dialog pomiędzy Prisztiną a Belgradem – zapoczątkowany w 2011 roku – ustał, gdy we wrześniu około stu członków sił specjalnych ROSU (Regionalna Jednostka Wsparcia Operacyjnego, odpowiednik amerykańskiego SWAT) zajęło serbską elektrownię wodną w Gazivodzie. Potem Serbia lobbowała skutecznie przeciwko członkostwu Kosowa w Interpolu, na co Kosowo odpowiedziało retorsyjnym obłożeniem serbskich i bośniackich towarów 100 procentowym cłem.

Wszystko to dzieje się w dziewięć dni po oświadczeniu premier Serbii Any Brnabić, która ostrzegła, że powołanie armii w Kosowie może spowodować „interwencję militarną Belgradu”. Później stanowisko to nieco złagodzono, wyjaśniając, że Serbia stanowczo sprzeciwia się temu posunięciu, ale jednocześnie ostrzega, że może to zdestabilizować sytuację na Bałkanach. Jest to odczytywane i rozumiane jednoznacznie jako przeszkoda w normalizacji serbsko-kosowskich relacji. Zapewnienia ze strony przedstawicieli rządu Kosowa, że armia ta ma być jedynie siłami pokojowymi, które nigdy nie zostaną skierowane przeciwko jakiemukolwiek narodowi na niewiele się zdają. Zwłaszcza, że wypowiada je premier Kosowa, Ramush Haradinaj, przeciwko któremu w Serbii wydano nakaz aresztowania pod zarzutem popełnienia zbrodni wojennych. Wobec tych faktów prezydent Vućić zapowiedział, że będzie kontrolował serbskie wojska stacjonujące wzdłuż granicy z Kosowem w ciągu najbliższych trzech dni.

Analitycy z Bałkanów twierdzą, że jakiekolwiek działania armii Serbii liczącej 28 000 żołnierzy przeciwko Kosowu są wysoce nieprawdopodobne, biorąc pod uwagę aspiracje Belgradu do członkostwa w UE. Kosowo utworzy ministerstwo obrony, a przyszła armia ma składać się z 5 000 zawodowych żołnierzy i 3000 rezerwistów. Przedstawiciele rządu w Prisztinie zapewniają, że proces tworzenia armii potrwa co najmniej 10 lat. Dowodzona przez NATO międzynarodowa, wojskowa misja pokojowa KFOR – odpowiedzialna za utrzymanie bezpieczeństwa i spokoju – w Kosowie liczy około 4000 żołnierzy.

 

Kto za, kto przeciw?

Proces przekształcenia sił bezpieczeństwa w Kosowie w regularną armię był i jest wspierany przez USA. Ambasador Philip S. Kosnett w Prisztinie powiedział, że naturalnym rozwiązaniem dla Kosowa, jako suwerennego, niezależnego państwa jest posiadanie zdolności do obrony. „Pamiętajmy, że bezpieczeństwo kraju zależy od jakości jego relacji z NATO – i pokojowych, obopólnie korzystnych stosunków z sąsiadami – tak samo jak od siły i profesjonalizmu sił zbrojnych” – napisał w piątek na Twitterze.

Włoska agencja prasowa ANSA, powołując się na własne źródła, podaje, że decyzja parlamentu kosowskiego została poparta przez Stany Zjednoczone, Wielka Brytanię i Niemcy. Jednak fakt ten może opóźnić akcesję zarówno Kosowa jak i Serbii do UE.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Rosji wezwało Misję ONZ w Kosowie do podjęcia prób demilitaryzacji i likwidacji wszelkich formacji zbrojnych. Utworzenie w Prisztinie pełnoprawnej armii stanowi rażące naruszenie rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ. Ten krok ma na celu poważne zaostrzenie sytuacji na Bałkanach – informuje rosyjska agencja TASS.

Sekretarz Generalny NATO, Jens Stoltenberg wyraził ubolewanie z powodu powołania armii przez władze Kosowa. „Choć przemiana sił bezpieczeństwa w Kosowie jest z zasady kwestią, o której decyduje Kosowo, jasno stwierdziliśmy, że posunięcie to nastąpiło w niewłaściwym momencie” – napisał sekretarz NATO w pisemnym oświadczeniu. Wezwał wszystkie strony do zadbania o to, aby decyzja parlamentu kosowskiego „nie zwiększała napięć w regionie”. Stoltenberg podkreślił, że Rada Północnoatlantycka w ramach swojego międzynarodowego mandatu będzie musiała ponownie zbadać stopień zaangażowania paktu w KSF. Zapewnił przy tym, że KFOR dalej będzie gwarantował bezpieczeństwo Kosowa, a stanowisko władz amerykańskich „poważnie zastanawia” .
Unia Europejska ostrzegła również Kosowo, by wywiązywało się ze swoich zobowiązań wynikających z pierwszego porozumienia zawartego w Brukseli w kwietniu 2013 r. dotyczących uzgodnień w zakresie bezpieczeństwa. Podobnie jak NATO, Unia Europejska nadal podziela pogląd, że „mandat KSF powinien zostać zmieniony jedynie poprzez wspólny i stopniowy proces ustaleń zgodnych z konstytucją Kosowa” – czytamy w piątkowym w oświadczeniu UE.

Specjalny przedstawiciel Sekretarza Generalnego ONZ i szef UNMIK (Misja Tymczasowej Administracji Organizacji Narodów Zjednoczonych w Kosowie ), Zahir Tanin odniósł się w piątek do rezolucji 1244 RB ONZ, która powierzyła społeczności międzynarodowej za pośrednictwem pokojowych sił KFOR odpowiedzialność za bezpieczeństwo w Kosowie. Powiedział on, że ONZ „zachęca wszystkie strony do powstrzymania się od działań, które mogłyby zaostrzyć napięcia a wszystkie problemy należy rozwiązywać poprzez dialog polityczny”.

Sekretarz generalny ONZ, Portugalczyk Antonio Guterres wyraził również zaniepokojenie powołaniem armii przez władze najmłodszej republiki w Europie.

I tak oto w 20 lat po powstaniu kosowskich Albańczyków przeciwko Serbom i dekadzie od uzyskania niepodległości, inicjatywa Kosowa, została uznana za „historyczne wydarzenie”, które albo wzmocni suwerenność tego młodego, malutkiego kraju, albo rozsadzi wciąż bardzo gorący bałkański kocioł.

Rosjanie u brzegów

Mogą Amerykanie latać wzdłuż Krymu, przy bazach Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu czy Noworosyjsku, no to teraz Rosjanie polatają wzdłuż Florydy i przy największej bazie US Navy w Norfolk. Niby zasada „lustrzanego odbicia” jest powszechnie znana, to jednak Amerykanie zareagowali nerwowo i zgoła mało dyplomatycznie.

 

Prawie drugie Pearl Harbor?

7 grudnia Amerykanie obchodzili uroczyście kolejną rocznicę ataku lotnictwa pokładowego Cesarskiej Marynarki Wojennej Japonii na bazę Floty Pacyfiku na Hawajach w 1941. Dla USA był de facto początek II wojny światowej i jedna z największych klęsk militarnych w jego historii. Okazało się wówczas, ze nie ma baz bezpiecznych w 100 proc., a płomień wojny może zawitać na terytorium Stanów Zjednoczonych.

Tymczasem, w tym czasie amerykańskiej zadumy, 10 grudnia br. do Wenezueli przyleciała grupa samolotów rosyjskich WajennoKosmiczieskich Sił – w celu prowadzenia manewrów i ćwiczeń nad Morzem Karaibskim.

I nie były to zwykłe samoloty. W skład rosyjskiego zespołu weszły dwa potężne, strategiczne bombowce typu Tu-160 („Władymir Sudec” i „Nikołaj Kuzniecow”) oraz najcięższy w linii samolot transportowy na świecie typu An-124 „Rusłan”. Całość uzupełniał wiozący żołnierzy obsługi lotniczej pasażerski samolot dalekiego zasięgu Ił-62 należący do WKS.

Samoloty rosyjskie wystartowały z baz na Półwyspie Kola, przeleciały wokół Norwegii, nad Morzem Północnym opodal Wielkiej Brytanii, dalej nad Oceanem Atlantyckim, tankując w powietrzu, przyleciały do Wenezueli.

Reakcja Amerykanów była natychmiastowa i wysoce niedyplomatyczna. Media tradycyjnie rozpętały histerię, „The New York Times” informował, że na horyzoncie rosnącego napięcia między USA i Rosją, Rosjanie przebazowali bombowce z bronią jądrową na pokładzie do Wenezueli. Oprócz tradycyjnego „wyrażenia zaniepokojenia rosyjskimi działaniami” przez Pentagon, szef Departamentu Stanu Mike Pompeo na Twitterze napisał: „Rosyjski rząd wysłał bombowce na pół świata do Wenezueli. Narody Rosji i Wenezueli powinny wiedzieć, że tak właśnie jest: dwa skorumpowane rządy marnują fundusze państwowe oraz tłumią wolność i prawa swobody, podczas gdy ich obywatele cierpią”.

I gdzie tu szefowi amerykańskiej dyplomacji równać się z wiedzą i kulturą bycia ministra Siergieja Ławrowa? Wszak Panowie się jeszcze nie raz się spotkają na płaszczyźnie międzynarodowej współpracy i jak sekretarz stanu USA przywita szefa dyplomacji „skorumpowanego rządu marnującego pieniądze podatnika”? Skąd taka niedyplomatyczna wściekłość? Wyjaśnię w dalszej części

 

Rosja i Chiny wspierają chavistów

Rządy lewicowego prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro, następcy legendarnego charyzmatycznego Hugo Rafaela Cháveza napotykają na szereg obiektywnych problemów. Stany Zjednoczone jawnie od lat wspierają opozycję i dążą do obalenia lewicowych władz. W sierpniu 2017 prezydent Donald Trump groził Wenezueli wręcz „opcją militarną”, wywołując skandal na arenie międzynarodowej. Kraj posiadający największe złoża ropy naftowej na świecie, pogrążony jest jednak w głębokim kryzysie ekonomicznym, szaleje inflacja, poziom życia bardzo się obniżył, a przeszło 3 miliony obywateli z przyczyn ekonomicznych i politycznych represji udało się na emigrację. W Wenezueli dochodzi tu do prób puczu wojskowych, zamachów na Maduro, burzliwych wystąpień opozycji i represji wobec niej ze strony rządzących.

Sojusznikiem Maduro są jednak Chiny, które włożyły w gospodarkę wenezuelską od 42 do 48 miliardów dolarów. Prezydent Chin Xi Jinping to strategiczny przyjaciel Wenezueli, choć nie jedyny. Kilka dni temu w wenezuelską gospodarkę zainwestowała również Turcja, a prezydent Recep Erdoğan osobiście spotkał się z prezydentem Wenezueli, kreśląc plany ekonomicznego wsparcia i tureckich inwestycji. 7 grudnia Nicolás Maduro wylądował w Moskwie, gdzie spotkał się z prezydentem Władimirem Putinem. Po spotkaniu wenezuelski prezydent ogłosił, że podpisał z Rosją umowy inwestycyjne na wartość 5 miliardów dolarów w sektorze naftowym (które wyłoży rosyjski gigant naftowy Gazprom). Dodatkowo Rosjanie zainwestowali dodatkowo miliard dolarów w górnictwo, w szczególności w wenezuelski sektor wydobycia złota.

W cieniu rozmów liderów państw, co mało kto dostrzegł, odbyło się też spotkanie ministra obrony Wenezueli generała Vladimira Padrino Lopeza z ministrem obrony Rosji generałem Siergiejem Szojgu. Omawiano tam kwestie dostaw rosyjskiej broni. Jednak z ust Siergieja Szojgu padło znamienne stwierdzenie, że „Rosja jest zainteresowana korzystaniem przez jej lotnictwo wojskowe i okręty marynarki wojennej z wenezuelskich lotnisk i portów nad Morzem Karaibskim”. I oto już po 3 dniach rosyjskie samoloty strategiczne lądowały już na lotnisku opodal Caracas.

Co nie mniej ciekawe, Iran zadeklarował skierowanie swoich 2-3 okrętów do portów Wenezueli w ramach wsparcia Maduro, oskarżającego USA i personalnie Johna Boltona o organizację wojskowego zamachu stanu mającego na celu obalenie rządów chavistów. Mamy oto klasyczne starcie ekonomiczne o bogatą w ropę Wenezuelę pomiędzy USA a blokiem państw mniej lub bardziej „antyamerykańskich” – Chiny, Rosja, Turcja i Iran.

 

Rosyjskie „Białe łabędzie” – czym są i co mogą

Tu-160 zwane przez Rosjan z racji wyglądu i malowania „białymi łabędziami” to największe i najpotężniejsze samoloty bojowe w historii lotnictwa. Zaprojektowane i wybudowane w schyłkowym okresie ZSRR były i są postrachem USA i NATO.

Pierwotnie 19 T-160 weszło na wyposażenie 184 Gwardyjskiego Pułku Ciężkich Bombowców stacjonującego w Priłukach w Ukraińskiej Republice ZSRR.

W ramach schedy bo byłym Związku Radzieckim przypadły niepodległej Ukrainie. Amerykanie mieli cały czas owe samoloty na oku i w ramach Programu Kooperatywnego Zmniejszania Zagrożeń (Program Nunna-Lugara, (Cooperative Threat Reduction – CTR) w latach 1998-2001 – zapłacili Ukrainie miliony dolarów, aby 9 bombowców pocięto na złom. 8 Tu-160 Ukraina w 1998 przekazała Rosji w zamian za umorzenie kilkumiliardowego długu za dostawy gazu.

Dziś te niesamowite maszyny stanowią wyposażenie 121 Gwardyjskiego Sewastopolskiego Pułku Ciężkich Bombowców, stacjonującego w bazie Engels. Pułk posiada na stanie 16 szt „białych łabędzi”. W roku 2017 Rosjanie podjęli decyzję wznowienia produkcji zmodernizowanej wersji Tu-160M2 w ilości aż 50 od 2021 roku.

Tu-160 posiada 4 osobową załogę. Długość kadłuba sięga 54 metrów, a rozpiętość skrzydeł o zmiennej geometrii od 35 m, do (przy skrajnym położeniu 55 metrów). Maksymalna masa tego największego bombowca w historii świata to 275 ton. Pomimo to, rosyjski kolos wyposażony w 4 silniki turboodrzutowe NK-32, o sile ciągu 137 kN każdy, osiąga dwukrotną prędkość dźwięku tj. 2230 km/h. Amerykański odpowiednik, bombowiec strategiczny B1B tylko 1300 km/h. „Biały łabędź” według rosyjskiej nomenklatury to nosiciel rakiet (rakietonosiec). Samolot wyposażony jest w system nawigacyjno-celowniczy umożliwiający lot na bardzo małej wysokości z omijaniem przeszkód terenu. System składający się z około 100 komputerów pozwala również precyzyjnie trafiać w cele, niezależnie od pory dnia i pogody. Do zapewnienia łączności służy wielokanałowy cyfrowy kompleks łączności radiowej z elementami łączności satelitarnej. Do własnej obrony samolot używa systemu walki radioelektronicznej, umożliwiającego lokalizację pracujących stacji radiolokacyjnych oraz generowanie na ich pasmach pracy silnych zakłóceń.

W dwóch bębnowych komorach samolot przenosi 12 rakiet manewrujących wykonanych w technologii stealth, czyli o obniżonej wykrywalności przez radary typu Ch-101 (z głowicą konwencjonalną) lub Ch-102 (z głowicą jądrową o sile 250 kt lub 1 Megatony). Dla przykładu bomba atomowa zrzucona przez Amerykanów na japońskie miasto Hiroszimę, Little Boy miała moc 15 kt. Amerykańska bomba zabiła w ciągu jednego dnia ponad 100 tysięcy Japończyków, na chorobę popromienną i inne powikłania będące bezpośrednim skutkiem wybuchu zmarło w ciągu kilku kolejnych lat dodatkowo około 65 tysięcy ludzi. Wyliczono po latach, że bomba ta uśmierciła 54 proc. populacji Hiroszimy, nie licząc osób poranionych zarówno fizycznie, jak i psychicznie, którzy mimo wszystko przeżyli. Wielu Japończyków straciło wzrok, kończyny, utraciło najbliższych, nie licząc również wielu przypadków śmierci zmutowanych płodów ludzkich i noworodków, jako późniejszych, daleko idących następstw wybuchu. Można sobie tylko wyobrazić co może zrobić rosyjska rakieta, skoro jej głowica jest 50 razy mocniejsza, trafiając np. w Boston. Każdy z dwóch rosyjskich bombowców jakie dziś bazują w Wenezueli może unicestwić po 12 celów. Dwa samoloty lecące z dwukrotną prędkością dźwięku w wciągu kilku minut znajdą się gdzieś nad bezkresem Oceanu Atlantyckiego i z odległości 5500 km, bo taki zasięg mają Ch-102, mogą odpalić, prawie niewykrywalne przez radary 24 rakiety mknące tuż nad powierzchnia wody z prędkością 270 m/s. Gdyby się to udało, jest to wyrok śmierci dla 20 miast wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych i około 50 milionów zamieszkujących je mieszkańców. Boston, Waszyngton, Nowy York, Norfok, Filadelfia, Baltimor itd. Zamieniłyby się w kupę radioaktywnych płonących gruzów.

Apokaliptyczny scenariusz. Co z niego wynika? Otóż tym posunięciem Rosjanie przypomnieli Amerykanom, że dysponują realnymi narzędziami zagrażającymi samemu terytorium USA.
Jest to swoisty rewanż, za amerykańskie manewry lotnicze na Ukrainie. Do tej pory to amerykańskie samoloty wojskowe patrolowały obszar przyległy do Okręgu Kaliningradzkiego, startując np. z baz w Polsce. Patrolowały wybrzeże rosyjskie na Morzu Czarnym startując z baz w Rumunii czy we Włoszech (Sigonella). Niemal każdego dnia samoloty szpiegowskie RC-135, zwiadowcze Boeing P-8A Poseidon należące do US Navy czy strategiczny dron rozpoznawczy „Global Hawak” krążą wzdłuż granic Ukrainy i Rosji, wokół Krymu i na wysokości baz Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu czy Noworosyjsku. Rosjanie jedynie co mogli, to rozbudowywać wzdłuż wybrzeża siły OPL, rozmieszczając kolejne kosztowne jednostki wyposażone w przeciwlotnicze systemy rakietowe S-300 WM „Antiej-2500” i S-400 „Triumf”.

Teraz wydatki poniesie podatnik amerykański. Amerykanie będą musieli doposażyć i odnowić zasady użycia własnych myśliwców bazujących na lotniskach znajdujących się terytorium macierzystym uwzględniając możliwości bojowe bombowców Tu-160 i rakiet Ch-102. Jedynym antidotum, a i tu o ograniczonym zakresie, pozwalającym na relatywnie wczesne wykrycie rakiet manewrujących są latające radary czyli słynne E-3 Sentry AWACS. Póki Rosjanie będą w „gościnie” na terytorium Wenezueli, jeden taki samolot wskazane, aby był w powietrzu. Muszą zatem Amerykanie na przyszłość mieć odpowiednią ich liczbę na terenie USA. Skoro będą tam, to będzie ich mniej nad Morzem Śródziemnym, Morzem Czarnym, czy nad Europą Wschodnią czy Syrią. Amerykanie muszą też pomyśleć o utworzeniu strefowej, nowoczesnej obrony przeciwlotniczej składającej się z systemu radarów i rakiet przeciwlotniczych. Tak oto Rosjanie „przebili piłkę na drugą stronę boiska”. Do tej pory to Moskwa „łatała” własne granice i uszczelniała OPL, teraz czeka to Amerykanów.

Ma Tu-160 i swój mankament, jakim jest spore echo radarowe – świeci na radarach jak przysłowiowa stodoła, ale rosyjski samolot nie jest bombowcem, nie musi nadlecieć nad cel, lecz pędzi z dwukrotną prędkością dźwięku, a do celu wysyła manewrujące trudno wykrywalne przez radary rakiety manewrujące o zasięgu 5500 km. Rosjanie przećwiczyli tego typu operacje kilkukrotnie w Syrii, gdy startujące z baz pod Murmańskiem Tu-160, lecąc wokół Norwegii, Wielkiej Brytanii, wlatywały na Morze Śródziemne przez Cieśninę Gibraltarską i odpalały Ch-101, które z „chirurgiczną precyzją” celnością do 10 metrów niszczyły cele terrorystów na terenie Syrii.

 

Asymetryczna odpowiedź – „aerodromy padskoka”?

Oczywiście nikt nie mówi o budowie stałej rosyjskiej bazy lotniczej w Wenezueli, co wiązałoby się z wielkimi kosztami i utrzymaniem tam licznego komponentu lotniczego pozwalającego skutecznie bazę ochronić. Z wojskowego i ekonomicznego punktu widzenia jest to niecelowe bo bardzo kosztowne. Nikt jednak nie powiedział, że Rosjanie nie stworzą w ramach „asymetrycznej odpowiedzi” na wyjście USA z traktatu RSMD (traktat o likwidacji rakiet średniego i krótkiego zasięgu), budową na terenie Wenezueli, Nikaragui i Kuby tzw. „aerodromów padskoka”., czyli odpowiednio doposażonych lotnisk, ze szkieletową obsługą i odpowiednio zaopatrzonymi magazynami, na których w każdej chwili mogą wylądować i zostać przygotowane do dalszego lotu samoloty Dalnoj Awiacji Wazduszno-Kosmieczieskich Sił. 12 grudnia rosyjskie Tu-160, latając przeszło 10 godzin nad Morzem Karaibskim, ćwiczyły wspólne loty i procedury w eskorcie wenezuelskich Su-30 i F-16.

Tak więc osłonę myśliwską zapewnią Rosjanom lokalni sojusznicy.

Równolegle z przebazowaniem rosyjskich bombowców Tu-160 do Wenezueli, na nieodległej Kubie przebywał szef rosyjskiego wywiadu zagranicznego Siergiej Naryszkin. Odbył tam spotkania na najwyższym szczeblu w tym z Raúlem Castro i przewodniczącym rady państwa Miguelem Díaz-Canelem . Rosjanie prawdopodobnie przygotowują tam jakiś poważny projekt. Szykowana jest też w 2019 wizyta prezydenta Władimira Putina na Kubie, podczas której mają być podpisane ważne umowy.

 

Co dalej?

W 2001 roku Prezydent Stanów Zjednoczonych George Bush jednostronnie wypowiedział traktat ABM o zakazie broni antybalistycznej. Zawarty w 1972 r. pomiędzy USA a Związkiem Radzieckim traktat zabraniał budowy broni i systemów chroniących przed rakietami balistycznymi. Miało to zapobiec naruszeniu równowagi sił między supermocarstwami. Układ ten, jak twierdzili Amerykanie, uniemożliwiał im budowę ogólnokrajowego systemu obrony przeciwrakietowej, który ma chronić USA przed atakiem ze strony tzw. państw nieprzewidywalnych – Korei Północnej czy Iranu. Prezydent Rosji Władimir Putin ostrzegał, że narusza to strategiczny balans między USA i Rosją co doprowadzi to wyścigu zbrojeń. Putin mówił też, że Rosja będzie musiała odpowiedzieć na działania USA i zrobi to w sposób „asymetryczny”. W obliczu zacofania technologicznego, wielkiego kryzysu finansowego i ogólnego upadku w jakim było państwo rosyjskie w latach 90 tych XX w., czyli w okresie prezydentury Borysa Jelcyna, Waszyngton uznał słowa Putina za blef. Wojskowi stratedzy USA twierdzili, że współczesna Rosja nie jest wstanie wybudować i sfinansować budowy odpowiednika amerykańskiej „tarczy antyrakietowej”. Sytuacja taka pozwoli zatem na wyjście Stanów Zjednoczonych na niekwestionowaną pozycję globalnego supermocarstwa i osiągniecie bezdyskusyjnej przewagi militarnej nad Rosją, czyniąc jej potencjał nuklearny bezużytecznym. Mylili się – w 2018 roku Rosjanie odpowiedzieli „asymetrycznie” na budowę amerykańskie „tarczy antyrakietowej” w tym jej elementy w Polsce i Rumunii systemami ofensywnymi zdolnymi ją przełamać. To co zaprezentowali Rosjanie to prawdziwa rewolucja techniczna. Pokazano systemy rakiet hiperdźwiękowych, „Kindżał” czy manewrujące moduły nuklearne „Awangard” Od istniejących rodzajów sprzętu bojowego „Awangard” wyróżnia się zdolnością do latania w gęstych warstwach atmosfery na międzykontynentalnych odległościach z hiperdźwiękową prędkością przekraczającą liczbę Macha ponad 20 razy. Podczas ruchu do celu głowica wykonuje głębokie manewrowanie – zarówno poprzeczne, jak i pionowe. To sprawia, że jest odporna na wszelkie środki obrony powietrznej i obrony przeciwrakietowej”.

Należy się zatem spodziewać, że po deklaracji prezydenta Donalda Trumpa o wyjściu z drugiego traktatu ograniczającego zbrojenia nuklearne jakim jest traktat RSMD, Rosjanie nie rzucają słów na wiatr. Odpowiedzą „asymetrycznie” i owe lotniska „padskoka” nad Morzem Karaibskim to jedna z opcji. Tak czy inaczej, Amerykanie muszą wydać niebawem kolosalne pieniądze na modernizację i rozbudowę obrony przeciwlotniczej terytorium macierzystego, bo wizyty „białych łabędzi” nad Morzem Karaibskim mogą stać się częstsze. Rosjanie wznowili bowiem w 2017 roku ich produkcję w wersji zmodernizowanej (Tu-160M2) w wielkich Zakładach KAPO im. S.P. Gorbunowa w Kazaniu (należące do koncernu OAO Tupolew) a pierwszy samolot przedseryjny już wyprodukowano.

Wybili się na samowystarczalność

To, że USA zaczęły sprzedawać więcej ropy niż kupować, to wiadomość dobra dla naszego kraju.

 

Według danych departamentu energii, Stany Zjednoczone stały się właśnie krajem per saldo dostarczającym światu ropę i jej produkty – a nie kupującym je.
Jak wynika z najbardziej aktualnych obliczeń, USA w ostatnim tygodniu listopada wyeksportowały więcej ropy i jej produktów niż zakupiły ich na świecie.
Osiągnięte zostało dodatnie historyczne saldo wymiany handlowej wynoszące 231 tys. baryłek dziennie.

 

Import spada, eksport rośnie

Ta nadwyżka wynika z obserwowanego, silnego obniżenia importu w listopadzie. Średni import ropy przez USA w całym tym miesiącu wyniósł 7,6 mln baryłek dziennie (podczas gdy amerykańskie wydobycie wyniosło 11,7 mln baryłek dziennie), natomiast w ostatnim tygodniu listopada tylko 7,2 mln.
Dodatkowo eksport zwiększył się o 760 tys. baryłek dziennie i wynosił 3,2 mln baryłek.
Cały czas jednak saldo wydobycia ropy pozostawało silnie ujemne – ale do obliczeń brany jest również bilans produktów ropy naftowej i częściowo wydobycia gazu.
Ponieważ z jednej baryłki ropy naftowej (42 galony) powstaje średnio 45 galonów produktów naftowych, to w samym procesie przerobu ropy pojawia się dodatkowo około 1 mln baryłek produktów naftowych dziennie (amerykańska benzyna jest eksportowana np. do Meksyku).
Bardzo mocno rośnie podaż produktów ciekłych (etan, propan, butan), które powstają w czasie przerobu gazu ziemnego oraz ropy naftowej. Ich produkcja wynosi ok. 4,5 mln baryłek dziennie, w większości są one eksportowane. One także wchodzą w bilans ropy naftowej i jej produktów. Dzięki rewolucji łupkowej w USA ich podaż wzrosła dwukrotnie w ciągu sześciu lat.

 

Cios w kartel producentów

W poprzedniej dekadzie Amerykanie importowali netto nawet 13 milionów baryłek dziennie ropy i jej produktów. To olbrzymia wielkość wynosząca ok. 15 proc. globalnego dziennego popytu. Stanowiło to także 25-krotność jednodniowego zapotrzebowania na ropę w Polsce.
Spadek zapotrzebowania na ropę i paliwa z zagranicy dało się zaobserwować w USA już od 2010 r., chociaż jeszcze wtedy deficyt wymiany handlowej tych towarów sięgał dziennie 10 mln baryłek. Dzięki rewolucji łupkowej malał on jednak sukcesywnie, by osiągnąć średni dzienny poziom we wrześniu tego roku na poziomie importu 2,27 mln baryłek. To była najniższa wartość przynajmniej od 1973 r.
Jak wskazuje portal Cinkciarz.pl , ten wynik prawdopodobnie się nie utrzyma, ale amerykańska niezależność energetyczna to już fakt – mimo że „oczyszczona” z tygodniowych wahań, stała nadwyżka, pojawi się za ok. dwa lata.
Wydarzenia na rynku surowców energetycznych zdecydowanie polepszają geopolityczną pozycję Stanów Zjednoczonych. Czy to może mieć także pozytywny wpływ dla Polski oraz Unii Europejskiej?
Fakt, że Amerykanie przestają wysysać ropę z całego świata, obniża ceny tego surowca, a więc ma pozytywne skutki dla krajów importujących ropę. Z kolei państwa należące do OPEC i Rosja czują się obecnie zagrożone, że premia, którą dotychczas uzyskiwały z eksportu „czarnego złota”, będzie się zmniejszać.
OPEC i Rosja próbują się ratować, zawiązując sojusz i ograniczając podaż, ale ma to tylko przejściowy pozytywny skutek dla tego kartelu. W kolejnych latach, dzięki rewolucji łupkowej w USA zarówno Polska, jak i cała Unia Europejska będą mniej płacić za ropę i jej produkty – a zatem więcej środków zostanie na inwestycje publiczne czy prywatne oraz konsumpcję gospodarstw domowych.

Przełom w światowym handlu

Prezydent Chin Xi Jinping i jego amerykański odpowiednik Donald Trump uzgodnili działania na rzecz ułatwień w dwustronnym handlu i zapowiedzieli utrzymywanie bliskich roboczych kontaktów – poinformował minister spraw zagranicznych Chin Wang Yi.

 

„Obaj prezydenci odbyli spotkanie w przyjaznej i rozluźnionej atmosferze i przeprowadzili głęboką dyskusję, która trwała dwie i pół godziny, znacznie przekraczając zaplanowany czas’ – powiedział minister Wang po spotkaniu, które odbyło się przy okazji szczytu grupy G20 w stolicy Argentyny Buenos Aires.

Było to pierwsze spotkanie obu przywódców od czasu wizyty prezydenta Trumpa w Chinach w listopadzie ubiegłego roku.

Według ministra Wanga obaj prezydenci osiągnęli znaczące porozumienie, a spotkanie wyznaczyło kurs relacji „chińsko-amerykańskich na przyszłość”.

Oba kraje ponoszą rosnącą odpowiedzialność za pokój i stabilizację na świecie i mają więcej wspólnych interesów niż dzielących je problemów – powiedział Wang.

Według słów ministra, prezydenci zgodzili się, że ich kraje „mogą i powinny” zapewnić sukces w dwustronnych relacjach, osadzony na zasadach współpracy, koordynacji i stabilności. Dodał też, że prezydenci Xi i Trump uzgodnili, że stosownym czasie wymienią wizyty.

Podczas roboczego obiadu obydwaj przywódcy odbyli „pozytywną i konstruktywną” rozmowę na tematy dotyczące gospodarki i handlu i uzgodnili, że nie będą więcej podnosić ceł.

Na rynek chiński trafi więcej importowanych z USA produktów, dzięki czemu stopniowo równoważyć się będzie bilans dwustronnej wymiany handlowej. Obie strony postanowiły otworzyć przed sobą swoje rynki wewnętrzne. Chiny w swojej polityce uwzględnią także słuszne zastrzeżenia strony amerykańskiej. Uzgodnienia zawarte między prezydentami będą teraz przedmiotem prac grup roboczych, których celem będzie wprowadzenie w życie tych ustaleń, co będzie wstępnym krokiem do dalszych negocjacji zmierzających do wycofania taryf celnych wprowadzanych w ostatnich miesiącach w możliwie jak najszybszym czasie i prowadzących do zawarcia obustronnie korzystnego porozumienia.

Konsensus, jaki został osiągnięty podczas spotkania głów państw nie tylko praktycznie powstrzymał dalszą eskalację napięcia w relacjach gospodarczych, lecz otworzył nowe perspektywy współpracy ku obustronnym korzyściom. Minister Wang wskazał, że korzyści wynikające z porozumienia chińsko-amerykańskiego nie ograniczą się tylko do tych dwu krajów, ale skorzysta nim cała gospodarka światowa, która dzięki niemu będzie miała zapewnione warunki do stabilnego wzrostu.

Obie strony uzgodniły również wzmocnienie współpracy w zakresie przeciwdziałania handlowi niedozwolonymi lekarstwami, w tym w szczególności fentanylem. Minister Wang dodał, że środki przedsięwzięte w tej sprawie przez Chiny spotkały się z pozytywnym odzewem na całym świecie. Chiny postanowił dodać fentanyl i pokrewne substancje do listy wyrobów objętych najściślejszą kontrolą.

Obie strony podtrzymały stanowisko w sprawie Tajwanu, a strona amerykańska potwierdziła, że będzie trzymać się polityki „jednych Chin”.

Wymieniono również poglądy na sytuację na Półwyspie Koreańskim. Chiny wspierają inicjatywę ponownego spotkania prezydenta Trumpa i przywódcy Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej Kim Dzong Una i mają nadzieję, że Waszyngton i Pjongjang spotkają się w pół drogi, aby uwzględnić wzajemnie swoje uzasadnione obawy i dzięki temu proces denuklearyzacji będzie mógł dalej postępować, prowadząc w ostatecznym efekcie do trwałego mechanizmu pokojowego na Półwyspie. Minister Wang podkreślił, że Waszyngton docenia pozytywną rolę odgrywaną przez Pekin w tym procesie i będzie utrzymywał w tym zakresie wymianę informacji i koordynował swoje działania z Chinami.

Amerykański kult sukcesu

Biblia była pierwszym „poradnikiem motywacyjnym” wspomagającą rozwój osobisty i zawodowy. Później przyszli Amerykanie i utworzyli cały rynek „psychologii sukcesu”.

 

Przywódca brytyjskiej Partii Pracy Clement Attlee powiedział kiedyś, że udostępnienie Anglikowi Biblii to rzecz niebezpieczna, gdyż znajdzie on w tej księdze różne koncepcje i pomysły, a później wyjdzie na ulicę aby je głosić. Brytyjscy protestanci nie ograniczali się do wychodzenia na ulicę. Wielu z nich wyruszyło za ocean do Kolonii Amerykańskich, gdzie mieli możliwość prowadzenia działalności kaznodziejskiej na szeroką skalę.
Nawoływanie do czytania Biblii i ciągłe powoływanie się na nią w otoczeniu ludzi niepiśmiennych było agitacją na rzecz walki z analfabetyzmem. Do tego potrzebne były szkoły, które z kolei stwarzały zapotrzebowanie na nauczycieli. Władze wielu stanów na różne sposoby wspierały uczelnie , które ich kształciły. Uczelnie te z czasem przekształcały się w uniwersytety. Kiedy Kolonie Amerykańskie stały się Stanami Zjednoczonymi procesy organizatorsko-edukacyjne uległy przyśpieszeniu. Szkoły odgrywały bowiem ważną rolę w kształtowaniu tożsamości obywateli Stanów Zjednoczonych, które w stosunkowo krótkim czasie stały się potęgą gospodarczą przyciągającą ogromne rzesze przybyszów z innych kontynentów.
Uczniowie szkół amerykańskich dowiadywali się i dowiadują, że są szczęściarzami, gdyż żyją w kraju wielkich możliwości. Tutaj w Ameryce każdy, kto jest inteligentny, pracowity i dzielny w przezwyciężaniu trudności może odnieść sukces-kupić elegancki samochód, założyć własną firmę, wybudować okazały dom i zgromadzić fortunę. Jak wiadomo mitologia narodowa zawsze odbiega od rzeczywistości. Kapitalizm amerykański wymusza dyscyplinę, wysiłek i rygorystyczne oszczędzanie, bez którego nie można opłacić surowo egzekwowanych rat i podatków. Skłania też do zdumiewającej mobilności w poszukiwaniu pracy, co powoduje, że stopa bezrobocia w Stanach Zjednoczonych jest względnie niska.
W czasach istnienia Związku Radzieckiego toczyły się-poufne i oficjalne – dyskusje na temat różnic w wydajności pracy w USA i ZSRR. Ludzie wychowani w duchu radzieckiej propagandy zastanawiali się, jak to jest, że w Kraju Rad, gdzie nie ma kapitalistycznych wyzyskiwaczy a robotnicy pracują „dla siebie” wydajność pracy jest niższa niż w Ameryce. „Ukochany kapitalista Kremla” Armand Hammer dał proste wyjaśnienie. Stwierdził, że system amerykański jest wydajniejszy, gdyż stawia ludziom wyższe wymagania.
Jednym ze skutków amerykańskiej mitologii narodowej jest fakt, że wielu Amerykanów sądzi, iż bezrobocie, brak wykształcenia i bieda to skutki lenistwa i pijaństwa. Jednym słowem biedacy są sami sobie winni. Inny skutek-to niechęć do przyznawania się do niepowodzeń. Amerykanin, który stracił pracę często utrzymuje, że sam z niej zrezygnował gdyż grozi mu popadnięcie w rutynę, a w nowym miejscu rozszerzy swoje doświadczenie zawodowe. W kraju wielkich możliwości nikt nie chce uchodzić za nieudacznika lub pechowca.
Obiektem powszechnego zainteresowania są ludzie sukcesu. Zwłaszcza ci, którzy zaczynali „od zera”, czasami nie mając formalnego wykształcenia, albo też zdobywając to wykształcenie w trudnych warunkach.
Dawno temu Donald Trump chciał uchodzić za jednego z tych,którzy do wielkiego majątku doszli sami. Tymczasem jego biografowie twierdzą, że ojciec przekazał mu wielką sumę na dobry start. Według niektórych były to 3 miliony dolarów, według innych-aż 38 milionów.. Tak czy owak o pionierskiej karierze finansowej obecnego prezydenta nie ma mowy. Brak też jasności co do jego rzeczywistego stanu majątkowego, gdyż Trump – wbrew dotychczasowej praktyce – w czasie kampanii wyborczej nie podał do publicznej wiadomości konkretnych informacji na ten temat. Być może zmusi go do tego nowowybrany Kongres w którym-jak wiadomo-większość ma Partia Demokratyczna.

 

Dale Carnegie ostrzega

Z czasem w USA powstała ogromna literatura na na temat ludzi sukcesu w różnych dziedzinach.
Jednym z klasyków tej literatury stał się Dale Carnegie. Jego książka „Jak zdobyć przyjaciół i wpływać na ludzi” – opublikowana po raz pierwszy w 1938 roku, wydawana była i jest w wielomilionowych nakładach. Przetłumaczona została na kilkadziesiąt języków , w tym i na polski. Przy jej pisaniu autor wykorzystał swoje osobiste-czasami bardzo trudne doświadczenia, ogromne oczytanie w literaturze z zakresu psychologii i historii, rozległą sieć kontaktów i nieprzeciętny spryt
Metodyczne i biograficzne książki Dale’a Carnegiego oraz jego działalność odczytowa w sumie zapoczątkowały sektor usług edukacyjnych obliczonych na samodoskonalenie i osiąganie sukcesów w różnych zawodach. Godny podkreślenia jest fakt,żę Carnegie wraz z praktycznymi radami dotyczącymi postępowania w życiu codziennym i w kontaktach biznesowych ostrzegał przed niebezpieczeństwem nacjonalizmu.
„Czy czujesz się lepszy od Japończyków? Prawda jest taka, że Japończycy uważają się za o wiele lepszych od ciebie. I tak np. konserwatywny Japończyk jest wściekły na widok białego człowieka tańczącego z japońską damą. Czujesz się lepszy od Hindusów w Indiach? Jest to twój przywilej, ale milion Hindusów czuje się o wiele lepszymi od ciebie, tak, że nie zniżyliby się do tego, aby łaskawie chociażby tknąć jedzenia na które padł twój cień i w ten sposób to jedzenie zanieczyścił.
Czujesz się lepszym od Eskimosów? Znów jest to twój przywilej. Tylko czy chciałbyś wiedzieć co rzeczywiście Eskimosi myślą o tobie? Wśród Eskimosów jest pewna ilość włóczęgów obijających się, unikających pracy. Eskimosi nazywają ich „białymi ludźmi”, co jest wyrazem krańcowej pogardy. Każdy naród czuje się wyższy od innych narodów. Powoduje to patriotyzm i wojny”.
Carnegie był studentem uczelni nauczycielskiej w Warrensburgu (Missouri), która obecnie stanowi University of Central Missouri. Obecnie na dziedzińcu Uniwersytetu znajduje się jego pomnik.

 

Prof. Wojciech Pomykało w oczach Amerykanów

W 1997 roku polski uczony prof. dr hab. Wojciech Pomykało uczestniczył w konferencji zorganizowanej przez University of Georgia z okazji dwusetnej rocznicy jego istnienia.
Gospodarz konferencji witając gości zagranicznych przedstawił ich sylwetki. Prof. Pomykało został przedstawiony znacznie obszerniej, aniżeli inni zagraniczni uczestnicy. Wymienione zostały ważne stanowiska partyjne i państwowe jakie profesor zajmował w czasach PRL. Następnie scharakteryzowano jego współczesną działalność naukową i organizatorską. Podczas przerwy w obradach prof. Pomykało dowiedział się skąd gospodarz konferencji uzyskał tak szczegółowe dane biograficzne. Okazało się, że w trakcie przygotowań do konferencji miejscowa prasa poinformowała o zaproszonych gościach zagranicznych. Wkrótce potem organizatorzy konferencji otrzymali anonimowy list od Polaka, który chciał zdyskredytować rodaka-profesora. W rozumieniu odbiorców listu fakt, iż prof. Pomykało w przeszłości pełnił ważne funkcje polityczne i administracyjne, a obecnie jest znanym uczonym i założycielem Wyższej Szkoły Społeczno-Ekonomicznej świadczy o jego wybitnych zdolnościach oraz pragnieniu działania na rzecz społeczeństwa. W tym duchu sylwetka polskiego profesora-człowieka sukcesu została przedstawiona amerykańskiemu i międzynarodowemu audytorium.

Dwie twarze USA

Jak informuje amerykański portal ABC News, jego doradca Jared Kushner, zięć i doradca Donalda Trumpa, uprawia aktywny lobbing na rzecz zwiększenia sprzedaży broni Arabii Saudyjskiej. Miał w tym celu odbyć rozmowy z przedstawicielami Departamentów Stanu i Obrony.

 

W maju ubiegłego roku podczas wizyty Trumpa w Rijadzie USA i Arabia Saudyjska podpisały ramowe porozumienie o dostawach amerykańskiego uzbrojenia na sumę 110 miliardów dolarów. Porozumienie to nie zawiera żadnych szczegółów dotyczących konkretnych kontraktów, płatności itp. Następnie strona saudyjska zwróciła się do USA o dostarczenie sprzętu bojowego takiego, jak śmigłowce, czołgi, okręty wojenne oraz uzbrojenia wartości 14 miliardów USD oraz systemu obrony przeciwlotniczej THAAD kosztującego kolejne 15 miliardów. W oparciu o informacje pochodzące z Białego Domu ABC News twierdzi, iż Kushner przekonywał resort obrony i spraw zagranicznych, by sprzedano Arabii Saudyjskiej możliwie największą ilość uzbrojenia w celu zacieśnienia wzajemnych stosunków.

Starania prezydenckiego doradcy są zgodne z polityką samego Trumpa, który nadal uznaje Arabię Saudyjską za swojego – jak to określił – „spektakularnego sojusznika” oraz zadeklarował, że nie będzie wobec tego kraju stosować żadnych środków represyjnych pomimo tego, że znany mu jest raport CIA, z którego wynika, że sprawujący faktyczną władzę w Arabii Saudyjskiej książę Mohammed bin Salman osobiście zlecił zamordowanie saudyjskiego dziennikarza Dżamala Chaszoddżiego. Jako dowód CIA przytacza podsłuch rozmowy telefonicznej podczas której Salman wyraźnie mówi o „uciszeniu” niewygodnego dziennikarza.

Arabia Saudyjska neguje ustalenia raportu.

Mohammed bin Salman weźmie udział w szczycie G20, który odbędzie się w najbliższy piątek i sobotę w Buenos Aires. Po drodze do Argentyny odwiedził Zjednoczone Emiraty Arabskie, Bahrajn, Egipt i Tunezję. W Kairze został został ciepło przywitany przez prezydenta el-Sisi, natomiast w Tunisie na znak protestu przeciwko jego wizycie na ulice wyszły tysiące demonstrantów.
Z kolei organizacja obrony praw człowieka Human Rights Watch zwróciła się do władz Argentyny, aby wykorzystała swoje prawo do wszczęcia dochodzenia przeciwko Salmanowi na podstawie oskarżenia o zbrodnie przeciwko ludzkości w związku z wojną w Jemenie oraz o zabójstwo Chaszoddżiego. Argentyna uznaje powszechną jurysdykcję, pozwalającą na uruchomienie dochodzenia wobec osób oskarżonych o przestępstwa kryminalne bez względu na to, gdzie zostały one popełnione.

Protestuje ale deportuje

Władze Meksyku skierowały pod adresem USA pretensje w związku z użyciem gazu łzawiącego na ich terytorium. Sprawa dotyczy niedzielnych wydarzeń na granicy meksykańsko-amerykańskiej, w których ucierpieli członkowie słynnej “karawany uchodźców”. Jednak sam Meksyk również staje się mniej przychylny dla migrantów – rozpoczyna deportacje.

 

Meksykańskie MSZ poinformowało w poniedziałek, że wystosowało notę dyplomatyczną do ambasady Stanów Zjednoczonych z prośbą o wszczęcie dochodzenia w sprawie incydentu, do którego w niedzielę doszło w Tijuanie, na granicy obu krajów.

W mieście tym przebywa obecnie kilka tysięcy migrantów, którzy w kilku grupach składających się na “karawanę uchodźców” z Ameryki Środkowej, dotarli pod granicę USA. Cały czas liczą na możliwość przedostania się na terytorium Stanów Zjednoczonych, które są ich celem, mimo że poważnych szans na to nie mają. Prezydent Donald Trump uruchomił wielką kampanię nienawiści wobec pochodu migrantów z Południa, notorycznie strasząc swych rodaków, że w karawanie idą przeważnie bandyci i roszczeniowcy, którzy zamierzają żerować na Amerykanach. Trump tworzy atmosferę poważnego zagrożenia ze strony „obcych” i granicę meksykańską obsadził siłami wojskowymi w liczbie 7 tys żołnierzy.

W niedzielę, setki migrantów wyczerpanych oczekiwaniem i trudnymi warunkami bytowymi zorganizowały demonstrację pod samym ogrodzeniem granicznym, skandując m.in. „Nie jesteśmy przestępcami! Ciężko pracujemy!” Meksykańska straż graniczna podjęła próbę zatrzymania przemieszczającej się manifestacji, ostatecznie jednak część jej uczestników usiłowała sforsować zasieki rozdzielające dwa kraje. Amerykańscy funkcjonariusze użyli wówczas pocisków z gazem łzawiącym i gumowych kul wobec nieuzbrojonego tłumu, w którym znajdowały się rodziny z dziećmi, a który cały czas przebywał formalnie na terytorium Meksyku. Tego właśnie dotyczą pretensje meksykańskiej dyplomacji.

25 listopada strona meksykańska wyraziła oburzenie z powodu postępowania amerykańskich służb granicznych. Domaga się rzetelnego śledztwa w tej sprawie i ukarania winnych. MSZ napisało, że zamierza „chronić prawa człowieka i bezpieczeństwo migrantów”. Również przyszła minister spraw wewnętrznych Olga Sanchez zapewniała, że dla postępowego rządu prezydenta-elekta Andresa Manuela Lopeza Obradora sprawą pryncypialną będzie „respektowanie praw człowieka chroniących migrantów i zapewnienie im odpowiedniej ilości pożywienia, usług medycznych i zakwaterowania”. Zaprzeczyła, by jej przyszły rząd godził się na jakiekolwiek porozumienie z USA w sprawie powstrzymania napływu migrantów, o którym obecnie plotkują media.

W duchu wsparcia dla uchodźców wypowiedział się też minister dyplomacji Hondurasu – kraju, z którego wyruszyła pierwsza grupa „karawany”. Wezwał Stany Zjednoczone do „uszanowania praw człowieka (…) tak jak nakazuje prawo międzynarodowe”, a postępowanie amerykańskiej straży granicznej uznał nawet za “atak na jedność mieszkańców Ameryki Środkowej”. Działania USA potępił też południowoamerykański oddział organizacji humanitarnej Oxfam, podkreślając, że użycie gazu i gumowych kul przeciwko bezbronnym przyniósł „wstyd” Stanom Zjednoczonym.
Mimo, że meksykańska dyplomacja ujęła się częściowo za migrantami, ministerstwo spraw wewnętrznych określiło grupę protestujących w niedzielę na granicy jako “agresywną”. Potępili “prowokatorów”, którzy zdaniem instytucji doprowadzili do eksplozji przemocy na granicy. Ministerstwo zapowiedziało, że zgodnie z meksykańskimi przepisami deportowane mogą zostać osoby „zagrażające porządkowi prawnemu”. Zapowiedziało również, „wykrycie źródeł” takie niebezpiecznego ich zdaniem postępowania, by móc im na przyszłość zapobiec, również przez „wzmocnienie granicy”. Instytut Imigracji rozpoczął już procedury deportacyjne wobec blisko stu osób.

Szacunki mówią o ok. 6-7 tys. ludzi, którzy w „karawanie uchodźców” przybyli z kilku krajów Ameryki Środkowej uciekając stamtąd przed biedą i szalejącą przemocą, a obecnie przebywają na terenie obozów przejściowych na obrzeżach Tijuany, która graniczy z amerykańskim hrabstwem San Diego. Liczą na azyl w USA, do którego mają prawo zgodnie z amerykańskim prawem.

Kara główna za aborcję

Republikanie z amerykańskiego stanu Ohio przedstawili projekt ustawy stanowej „House Bill 565”, która zrównuje aborcje z morderstwem i kryminalizuje ją bezwarunkowo. Przesłanką do przerwania ciąży według nowych przepisów nie jest ani zagrożenie życia matki, ani gwałt czy kazirodztwo.

 

Ustawa przeszła przez Stanową Izbę Reprezentantów. Zmiany w przepisach mają na celu rozszerzenie definicji „osoby” w Kodeksie karnym Ohio na nienarodzone dzieci. Aborcja zrównałaby się wówczas z morderstwem – a za to w siódmym najludniejszym stanie USA grozi nawet kara śmierci. Przepisy trafiły do stanowego Kongresu w maju i od tego czasu jest procedowana w komisji zdrowia. Budzi postrach nawet wśród stanowych organizacji sprzeciwiających się aborcji. Nie uznaje bowiem żadnych wyjątków, aborcję definiuje jako „bezprawne przerwanie ciąży powodujące śmierć nienarodzonego człowieka, dowolną metodą”.

Jednocześnie na początku miesiąca przez Izbę Reprezentantów przeszła tzw. ustawa o biciu serca, która, według „Newsweeka”, „kryminalizuje aborcję od momentu, gdy możliwe jest wykrycie bicia serca dziecka (ok. szóstego tygodnia ciąży). Podobną ustawę przyjęto w 2016 roku – ale wówczas zawetował ją gubernator John Kasich, uznając przepisy za niekonstytucyjne. Obecnie Republikanie mają jednak wystarczająco dużo głosów w stanowym Kongresie, by obalić weto”.

W dodatku, od stycznia urząd gubernatora przejmie republikanin Mike DeWine, który już zapowiedział, że ustawę podpisze. Z pewnością będzie ona przygrywką do rozszerzenia definicji osoby w stanowym kodeksie karnym, jednak mimo wszystko „ustawa o biciu serca” dopuszcza przynajmniej możliwość przerwania ciąży w przypadku zagrożenia życia matki.

Przy Roe vs. Wade (prawie, które od 1973 r. konstytucyjnie gwarantuje kobietom dostęp do aborcji) w ostatnim czasie „majstruje” wiele stanów: Iowa (która także w tym roku przyjęła ustawę o „biciu serca”), Dakota Północna, Zachodnia Wirginia, Alabama. USA powoli wycofują się z konstytucyjnej wolności i stawiają na kryminalizację przerywania ciąży.

Komentatorzy twierdzą, że po ostatniej serii nominacji sędziów przez ekipę Donalda Trumpa, Sąd Najwyższy już staje się bastionem konserwatyzmu. Aborcji dokonała w swoim życiu przynajmniej raz jedna na cztery Amerykanki przed 45. rokiem życia.

Wypychanie Chin

Narasta napięcie między Stanami Zjednoczonymi a Chinami przed szczytem grupy G20, który ma się odbyć 30 listopada w Buenos Aires. Prezydenci Donald Trump i Xi Jinping wyrażali wcześniej nadzieję, że jeszcze przed konferencją w stolicy Argentyny dojdzie do rozwiązania protekcjonistycznego konfliktu handlowego między obydwoma mocarstwami, nazwanego przez światowe media wojną taryfową. Niestety, w świetle wydarzeń ostatnich dni nie zanosi się na to.

 

Doradca prezydenta USA ds. handlu międzynarodowego, Robert Lighthizer, opublikował raport, w którym oskarża chińskie państwo o szpiegostwo gospodarcze. Jego zdaniem proceder ten zachodzi na skalę globalną i skoncentrowany jest na pozyskiwaniu strategicznych informacji handlowych. Lighthizer piętnuje ponadto Chiny za nieuczciwy sposób traktowania firm zagranicznych, które w zamian za zgodę na inwestycje w Państwie Środka mają obowiązek dzielić się z chińskimi przedsiębiorstwami swoimi technologiami.

– Nasz najnowszy raport dowodzi, że Chiny w żaden istotny sposób nie zmieniły swoich nieuczciwych, nierozsądnych praktyk, zaburzających działanie rynku – oświadczył Lighthizer.
W odpowiedzi na to rzecznik chińskiego MSZ odesłał jedynie doradcę Trumpa do oficjalnych dokumentów, w których – jak twierdzi – rząd ChRL stwierdza, że ich kraj “w pełni chroni prawa własności intelektualnej”.

W ekipie Trumpa Robert Lighthizer wyróżniał się do tej pory zdecydowanie najostrzejszym podejściem do Chin. Od dawna wyrażał stanowisko, zgodnie z którym USA powinny dążyć do pozbawienia Państwa Środka obecnej silnej pozycji w Światowej Organizacji Handlu (WTO). Teraz jednak we wrogości wobec Chin prześcignął go Kevin Hasset, przewodniczący prezydenckich doradców ds. gospodarczych. Stwierdził on, że w ramach WTO Chiny “postępują karygodnie” i organizacja powinna wręcz rozważyć wyrzucenie Pekinu ze swojego grona.

Brakiem porozumienia zakończył się wcześniej szczyt APEC – organizacji współpracy krajów Azji i Pacyfiku. Nie przyjęto wspólnej deklaracji końcowej. Wang Yi, chiński minister spraw zagranicznych, oświadczył, że do porozumienia nie doszło z powodu egoistycznej postawy Stanów Zjednoczonych i ich stronników w regionie. Strona amerykańska, reprezentowana przez wiceprezydenta Mike’a Pence’a, miała wykazywać nieprzejednanie w kwestiach ceł, bezpieczeństwa w rejonie Morza Południowochińskiego oraz skali zaangażowania gospodarczego i militarnego w regionie Pacyfiku.

Od początku roku prezydent USA Donald Trump obciążył nowymi lub dodatkowymi cłami towary z Chin o łącznej wartości sięgającej 250 mld USD. Pekin odpowiedział własnymi taryfami, które objęły amerykańskie produkty warte łącznie ok. 110 mld USD. WTO wydała ostatnio ostrzeżenie, że kontynuacja amerykańsko-chińskiej wojny handlowej stanowi poważne zagrożenie dla światowej gospodarki i niesie ryzyko likwidacji milionów miejsc pracy na całym świecie.

3 tysiące w Tijuanie

Do miasta granicznego, Tijuany, dotarły prawie 3 tysiące ludzi. Po drugiej stronie granicy czeka na nich 6 tysięcy amerykańskich żołnierzy wysłanych przez Trumpa.

 

Amerykańska straż graniczna rozpatruje około 100 wniosków azylowych dziennie. Tymczasem władze miasta obawiają się, że w ciągu najbliższych dni ilość migrantów przybyłych do Tijuany i okupujących przejście może wzrosnąć nawet do 10 tysięcy kiedy do granicy dotrze „reszta” karawany. Mieszkańcy protestują: „Nie chcemy ich tu!” – krzyczeli podczas niedzielnego protestu.

Kilkaset osób wykrzykiwało „Precz, precz!”, kilkadziesiąt zorganizowało manifestację poparcia.

Ale mimo że Tijuana jest przyzwyczajona do fal migrantów przechodzących przez miasto w obie strony, nastoje nie są zbyt przyjazne. Mniej więcej jedna trzecia chciałaby pozbyć się przybyszów idących z Hondurasu.

Lokalny samorząd stwierdził, że jest w stanie utrzymać i wykarmić w przygotowanych na tę okoliczność obozach przejściowych około 3 tysięcy osób przez 2 miesiące. Później potrzebne będzie odgórne wsparcie rządu federalnego Meksyku (na razie obiecał dać 4 mln dolarów). Natomiast rząd Hondurasu, skąd pochodzi większość imigrantów, urządził nawet „ruchomy konsulat” – można tam uzupełnić dokumentację, aby ubiegać się o azyl w wymarzonym amerykańskim raju.

W Tijuanie mieszka na stałe około 2 milionów ludzi. W okolicznych fabrykach i montowniach na imigrantów czeka 5-6 tysięcy miejsc pracy, ale tylko nieliczni z karawany decydują się ją podjąć i osiedlić się w Meksyku. Twierdzą, że nie po to przemierzyli na piechotę 2 tysiące kilometrów, aby poddać się przed samą granicą „krainy mlekiem i miodem płynącej”. Ale niektórych przekonują argumenty, że prawdopodobnie i tak nie dadzą rady osiedlić się w USA. Kilkadziesiąt osób, w większości matek lub ojców wielodzietnych rodzin, zdecydowało się przyjąć oferty pracy w okolicy, by po prostu nie umrzeć z głodu. Nawet ci, którzy już złożyli wnioski o azyl, spędzą bowiem w Meksyku wiele miesięcy, ponieważ na rozpatrzenie sprawy czeka się około pół roku. Wielu koczujących przy przejściu z San Diego nie zdaje sobie z tego sprawy.

Do Tijuany zbliża się dalsza część rozproszonego pochodu. W pobliżu przejścia na migrantów czekają metalowe bramki na drogach dojazdowych, płot graniczny zaś wzmocniono drutem kolczastym. Po drugiej stronie czekają uzbrojeni żołnierze wysłani przez Donalda Trumpa. Meksykanie odradzają migrantom drogę „na dziko” czyli próby okrążenia płotu drogą morską lub przez pustynię. Burmistrz miasta, Juan Manuel Gastelumm, jednoznacznie wyraził swoje stanowisko: – To dla mnie są nie żadni imigranci, tylko banda niepożądanych włóczęgów i ćpunów.

Twierdzi, że w najbliższym czasie ogłosi w Tijuanie referendum na temat tego, czy mieszkańcy chcą obecności migrantów. Największe obawy, jakie wyrażają Meksykanie, to fakt, że wielotysięczne obozowiska będą utrzymywane z podatków. W drodze do miasta granicznego jest kolejna wielka fala pielgrzymów, uciekających przed ubóstwem i przemocą.