W Polsce nie nastąpi otrzeźwienie

– Nie można dziś oczekiwać politycznej przyzwoitości od Kaczyńskiego, Morawieckiego czy Dudy, w Waszyngtonie o tym wiedzą, a przyzwoitość ma aktualnie tam znaczenie, jest niezłą walutą, czego wulgarni populiści znad Wisły nie rozumieją. Jeżeli mamy kurs na tworzenie systemu autorytarnego i następuje niszczenie kolejnych demokratycznych instytucji, to nie możemy liczyć na przychylność USA. Świeża decyzja Waszyngtonu o zaprzestaniu blokowania budowy Nord Stream 2 potwierdza, że zdanie władzy PiS nie jest zupełnie brane pod uwagę przez Biały Dom – mówi w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co), były szef Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych prof. Roman Kuźniar.

JUSTYNA KOĆ: Kilka dni temu Joe Biden wezwał do rozejmu na Bliskim Wschodzie. Wiadomo, że Ameryka to strategiczny partner Izraela. Na ile zatem to są istotne słowa?
ROMAN KUŹNIAR: Trudno powiedzieć, bo nie wiemy, jak dalece premier Netanjahu i jego rząd zechcą brać pod uwagę zdanie prezydenta wywodzącego się z Partii Demokratycznej. Izrael przez ostatnie lata dowodził głębokiej autonomii wobec demokratycznych prezydentów Stanów Zjednoczonych. Oczywiście republikańscy prezydenci bardzo silnie i jednostronnie popierali Netanjahu i Izrael w konflikcie z Palestyńczykami czy innymi sąsiadami, więc „problemu autonomii” nie było.
Wobec prezydenta Obamy premier Izraela zachowywał się ostentacyjnie nieprzyjaźnie, aby nie powiedzieć pogardliwie, i trzymał go na dystans, jeżeli chodzi o sprawy bliskowschodnie. Doprowadziło to do tego, że prezydent Obama, mówiąc kolokwialnie, odpuścił sobie problem izraelsko-palestyński i przestał cokolwiek sugerować czy próbować reanimować tak zwany proces pokojowy. Netanjahu niezbyt poważnie traktował zresztą także administrację G.W. Busha. To za jego czasów izraelscy dyplomaci pozwalali sobie na dość ironiczne uwagi pod adresem Condoleezzy Rice, która dwa razy w tygodniu „meldowała się w Tel Awiwie”.
Aż nastał Donald Trump…
Największym przyjacielem Netanjahu był zdecydowanie Donald Trump, który miał z premierem Izraela swoiste pokrewieństwo ideowe. Tam zresztą nie było idei, tylko zbieżność temperamentów politycznych, jak i rozumienia sensu polityki. Obaj reprezentowali nurt silnie prawicowo-nacjonalistyczny, więc rozumieli się bez słów.
Zięć Trumpa, który miał słabe, mówiąc delikatnie, zrozumienie złożoności sytuacji na Bliskim Wschodzie, ale dysponował potęgą i pieniędzmi USA, uważał, że to wystarczy, wynegocjował jakieś niby-porozumienie między Izraelem a niektórymi krajami arabskimi. To miało krótkie nogi, bo nie tylko grzeszyło naiwnością, ale także ignorowało prawa Palestyńczyków.
Wybuch konfliktu był odłożony w czasie i to się właśnie teraz zdarzyło.
Biden zmieni politykę USA w stosunku do Izraela?
Administracja Bidena ma świadomość błędów, które popełniali poprzednicy. Jednak Waszyngton, podobnie jak inne zachodnie stolice, ma ograniczone pole manewru, jeżeli chodzi o wywieranie presji na Izrael w kontekście takich jego działań jak pacyfikacja Strefy Gazy przez wojsko izraelskie na rozkaz premiera Netanjahu. To jest sprawa historii, sojuszniczych więzów, pozycji lobby izraelskiego w USA.
Jednak niezależnie od tej tradycji Biden jest też pod rosnącą presją ze strony własnej partii oraz wyborców Sandersa, którzy zagłosowali ostatecznie na niego. Demokraci zaczynają się bulwersować, że ich administracja nie potrafi zerwać z wzorcem polityki bliskowschodniej Trumpa. W grę wchodzą także względy moralności, wcale teraz takie nie bez znaczenia w USA. Podejrzewam, że w prywatnej rozmowie z Netanjahu Biden był nieco bardziej szczery niż w publicznych wypowiedziach. Nie potrafię jednak powiedzieć, jak premier Izraela odczyta całą sytuację.
Wiadomo, że za Obamy, kiedy w Kongresie była większość republikańska, Netanjahu mógł pozwolić sobie na lekceważenie amerykańskiego, demokratycznego prezydenta. Jak teraz premier Izraela odczyta rozkład sił, wpływy w Waszyngtonie i na ile może pozwolić sobie w relacjach z nową administracją mocarstwa, od którego w dużym stopniu zależy bezpieczeństwo Izraela, to jest pytanie, na które odpowiedzi jeszcze nie znamy.
Netanjahu właściwie osiągnął już to, co zamierzał, czyli mocno zdewastował zdolności obronne i militarne Hamasu, zatem w związku z tym może lada dzień ogłosić sukces kampanii pacyfikacyjnej i odpuścić.
Wówczas Waszyngton także będzie mógł próbować wyjść z tego z twarzą pokazując, że doszło do tego pod wpływem perswazji Białego Domu. Będzie to jednak mało wiarygodne, także dla roli USA na Bliskim Wschodzie, bo będzie oznaczać, że Ameryce można grać na nosie.

Joe Biden w kampanii często uznawany był za nudnego staruszka, tymczasem jako prezydent wszystkich zaskoczył, a pierwsze miesiące jego prezydentury to spektakularny sukces. Kampania szczepionkowa przebiega znakomicie, udało mu się także przeforsować program za 5 bilionów dolarów, który ma podnieść gospodarkę, ale też zmniejszyć nierówności społeczne i pomóc najbiedniejszym. Jak pan ocenia te pierwsze miesiące?
Nie można oceniać ich inaczej niż piątka z plusem. Wszyscy jesteśmy zaskoczeni, łącznie z amerykańską opinią publiczną, wigorem i tempem, w jakim działa administracja. Okazuje się, że o ile Biden sam nie jest wulkanem energii czy emocji, jak ta nizina moralna Donald Trump, ale za to przyszedł świetnie przygotowany do swojej roli. Nie tylko wie, jak powinien działać prezydent, ale też wszedł do Białego Domu z planem uzdrawiania Ameryki, która od wielu lat jest w głębokim dołku, w grzęzawisku, w którym się stale pogrążała, a co dało właśnie grunt do zwycięstwa kogoś takiego jak Trump.
Biden ma świadomość, że musi osuszyć to amerykańskie bagno, żeby nie dopuścić do powtórki z prezydentury kogoś podobnego do Trumpa.
Zarówno kampania szczepionkowa, jak również kolejne pakiety pokazują, że Ameryka może być inna. Przede wszystkim, że w odróżnieniu od czasów Trumpa może być przyzwoita.
Amerykański prezydent zaproponował dwa pakiety, gdzie dwa biliony mają doprowadzić do odbicia gospodarczego, ale już kolejne dwa mają być przeznaczone na problemy społeczne. Mówi się nawet, że to ostateczne zerwanie z neoliberalizmem. Jak pan to ocenia?
Biden zaproponował pakiety stymulujące gospodarkę. To nie jest plan w stylu Polskiego Ładu Morawieckiego, gdzie mamy wyłącznie rozdawnictwo i dystrybucję. W planie Bidena jest szeroki pakiet ukierunkowany na rekonwalescencję Ameryki w tych miejscach, gdzie jej choroba była największa. Dotyczy to m.in. infrastruktury, od tej elementarnej, jak połączenia, aż do cyfryzacji, szkolnictwa i edukacji, która była katastrofalnie niska. Amerykańskie szkoły wypuszczały miliony infantylnych, niedouczonych ludzi, podatnych na manipulacje i demagogię, dlatego też ktoś taki jak Trump mógł zostać prezydentem.
Ale to nie jest zerwanie z neoliberalizmem, tylko uzupełnienie go o komponent socjalny i troski o kondycję ameryki. Biden ma świadomość, że musi się śpieszyć, bo za chwilę wybory uzupełniające i to „okno pogodowe”, czyli obecna przewaga demokratów w obu izbach Kongresu, może się zamknąć.
Wówczas Biden może powtórzyć los Obamy, który przyszedł również z konkretnym programem, ale nie potrafił go przeprowadzić.
Biden jako doświadczony parlamentarzysta spędził kilkadziesiąt lat w Kongresie, wie, jak się poruszać i jak rozmawiać zarówno w Izbie Reprezentantów, jak i w Senacie, aby pozyskiwać tych wahających się spośród republikanów. Poradzi sobie znacznie lepiej niż Obama.
Jak ocenia pan politykę zagraniczną?
Tu również jestem pod wrażeniem, bo mimo zapowiedzianej przez Bidena koncentracji na froncie wewnętrznym, w polityce zagranicznej jest także dużo inicjatywy i energii. To również dlatego, że została ona powierzona bardzo doświadczonym ludziom, z Blinkenem na czele, którzy dobrze rozumieją moment, w którym znalazł się świat. Dzięki temu dyplomacja amerykańska działa w sposób bardzo przemyślany, strategiczny, ukierunkowany.
Oczywiście zawsze jest do czego się przyczepić, np. Biden zapowiadał surowsze podejście do Arabii Saudyjskiej, którego już wiadomo, że nie ma, bo interesy przemysłu zbrojeniowego. Zobaczymy też, jak rozwinie się sytuacja na kierunku rosyjskim.
Była zapowiedź ostrego kursu, ale potem stonowanie i nagła propozycja Bidena spotkania z Putinem. Uważam, że zbyt wcześnie. Putin powinien na to zasłużyć wyhamowaniem antyzachodniej ofensywy, całej tej obrzydliwej retoryki i dywersji informacyjnej.
Jeżeli chodzi o podejście do Chin, do Europy czy do Sojuszu Atlantyckiego, to wszystko jest w najlepszym porządku, widać, że to także pola, które są bardzo przemyślane.
Z Europą widzimy przywracanie normalnych relacji, ich rewitalizację. Podobnie jeżeli chodzi o NATO. Czekamy na szczyt NATO 14 czerwca i zobaczymy, jak Biden wyobraża sobie obecną rolę Sojuszu. Mówi się o pewnym otwarciu w kierunku Indo-Pacyfiku, to byłoby interesujące.
Wracając do Chin, to widać wyraźnie, że Amerykanie chcą, aby ich polityka oraz stosunki dwustronne, ale także szerzej podejście do świata, były oparte na zasadach prawa, na respektowaniu tej postaci porządku międzynarodowego, który został wykształcony po zimnej wojnie. W rozumieniu Waszyngtonu Chiny nie mogą teraz wywracać stolika i ignorować reguły tego porządku zarówno w stosunkach globalnych, jak i swojej okolicy. To również bardzo obiecujące.
Polski prezydent Duda poprzez wideokonferencję spotkał się w Bukareszcie z Joe Bidenem. Czy widzi pan szanse na poprawę stosunków polskiej ekipy z nową administracją USA, bo już chyba czas przestać płakać po Trumpie?
Nie dziwę się, że Biden nie dzwonił do Dudy, bo prezydent Rzeczpospolitej jest osobą kompletnie nieistotną i zupełnie nielicząca się ani w polskiej polityce, ani nawet we własnej partii. Amerykanie doskonale wiedzą, jaka jest sytuacja w Polsce i jaką role odgrywa prezydent Duda. Szkoda czasu na telefon do Mr. Nobody.
Rozmowa w czasie spotkania w Bukareszcie nie była rozmową z Dudą, tylko z bukaresztańską dziewiątką. To jest format zaproponowany jeszcze przez prezydenta Komorowskiego zaraz po rosyjskiej agresji przeciwko Ukrainie.
Pierwsze spotkanie odbyło się w Warszawie w Pałacu Prezydenckim w 2014 r. Ponieważ Polska nie narzekała wówczas na brak sukcesów w stosunkach międzynarodowych, mogła dzielić się z innymi swoimi osiągnięciami i prezydent Komorowski zaproponował, aby kolejne spotkanie odbyło w Bukareszcie. To bardzo dobry pomysł, bo wtedy podmiotowo włączamy innych do takiego dialogu. Takie zabiegi dobrze służyły regionowi i pozycji Polski. Biden zgodził się połączyć zdalnie z bukaresztańską dziewiątką, ponieważ było to jedno z wielu spotkań przygotowawczych do szczytu Sojuszu Północnoatlantyckiego w czerwcu. Takich spotkań w różnych formatach przed szczytem jest wiele. Ta dziewiątka to państwa wschodniej flanki NATO.
Samo wystąpienie amerykańskiego prezydenta nie było transmitowane, ale wiadomo z relacji o czym mówił. Jak pan ocenia jego przekaz?
Biden wyraźnie na spotkaniu powiedział, że obecna sytuacja to nie jest tylko sprawa nieprzyjaznych militarnie zamiarów Rosji wobec krajów regionu czy NATO. Problemem, jak mówił Biden, są również takie oddziaływania Rosji czy Chin, które destabilizują demokratyczne ustroje państw NATO.
Andrzej Duda już się tym nie pochwalił, że Biały Dom wyraźnie podkreślił znaczenie tego aspektu bezpieczeństwa, jakim jest stabilność demokracji i rządy prawa, czyli tego wszystkiego, czego polski rząd nie rozumie, a co znajduje się w artykule 2 Traktatu Waszyngtońskiego.
To zadziwiające, że w Polsce uważa się, że z jednej strony może być u nas wojsko amerykańskie, a z drugiej rządy autorytarne rodem z Rosji.
To było główne przesłanie Bidena, dlatego że Polska i Węgry mają teraz największy problem z praworządnością.
Niestety wygląda na to, że polskie władze są odporne na tego typu sygnały, a rząd rzekomej prawicy ostentacyjnie ignoruje także UE w tej kwestii.
Zatem na nowe otwarcie na razie nie ma szans?
W stosunkach z USA nie widzę niestety ani potencjału na to, ani zapowiedzi. Bo to w Polsce musiałoby się wiele zmienić. Nie wystarczy nagle ogłosić, że prezydent Biden jest wspaniały i zapominamy o Trumpie. Najważniejsze jest to, abyśmy zachowywali się przyzwoicie, a nasza polityka musi być zgodna z kryteriami członkostwa w Sojuszu i UE.
Niestety, nie można dziś oczekiwać politycznej przyzwoitości od Kaczyńskiego, Morawieckiego czy Dudy, w Waszyngtonie o tym wiedzą, a przyzwoitość ma akurat tam znaczenie, jest niezłą walutą, czego wulgarni populiści znad Wisły nie rozumieją. Jeżeli mamy kurs na tworzenie systemu autorytarnego i następuje niszczenie kolejnych demokratycznych instytucji, to nie możemy liczyć na przychylność USA.
Jeżeli w tej kwestii nie nastąpi w Polsce otrzeźwienie, a nic na to nie wskazuje, aby tak się miało stać, to nie widzę perspektyw budowy korzystnych dla obecnej Warszawy stosunków z nową administracją USA.
Świeża decyzja Waszyngtonu o zaprzestaniu blokowania budowy Nord Stream 2 potwierdza, że zdanie władzy PiS nie jest zupełnie brane pod uwagę przez Biały Dom.

Prezydent Biden walczy z koronawirusem

Obejmując urząd prezydenta USA 20 stycznia 2021 r. Joe Biden złożył wiele obietnic politycznych i gospodarczych. Wśród nich na naczelnym miejscu była obietnica skutecznej walki z epidemią koronawirusa.

Oskarżył przy tym swojego poprzednika D. Trumpa o zaniedbania w walce z Covid-19. Kiedy Joe Biden obejmował urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych liczba śmiertelnych ofiar koronawirusa była większa od liczby amerykańskich ofiar w czasie drugiej wojny światowej, wojny koreańskiej i wojny wietnamskiej łącznie. Tuż przed objęciem urzędu prezydenta przez Bidena, podano do wiadomości 18 stycznia 2021 r., że globalnie na covid-19 zachorowało 95,5 miliona osób, w tym 24 milionów Amerykanów. Globalnie zmarło ponad 2 miliony osób. Dwie trzecie stanów USA wówczas odnotowało wzrost zakażeń. To co szczególnie zaniepokoiło Amerykanów to informacja o rozszerzającym się wpływie brytyjskiego wariantu koronawirusa uważanego za groźniejszy. Center for Disease Control and Protection wydał ostrzeżenie, że wariant brytyjski jest groźniejszy ponieważ szybciej się rozprzestrzenia. Najbardziej dotkniętym stanem była Arizona, gdzie w styczniu 2021 r. odnotowywano średnio 160 śmiertelnych przypadków dziennie.
Prezydent Trump w końcówce swej prezydentury zniósł ograniczenia w podróży Amerykanów do 26 krajów m. in. do europejskich krajów strefy Schengen oraz do Brazylii, Anglii i do Irlandii. Po tej decyzji Trumpa desygnowana na sekretarza prasowego Białego Domu Jen Psaki zapowiedziała, że administracja Bidena nie zamierza znieść tych ograniczeń. „W związku z pogarszającą się sytuacją pandemiczną i pojawieniem się bardziej zaraźliwych wariantów wirusa na świecie, nie jest to czas na zniesienie ograniczeń w podróżach zagranicznych” – powiedziała Jen Psaki.
Trzeciego dnia po objęciu prezydentury 21 stycznia 2021 r. Biden zapowiedział rozesłanie ponad 25 milionów masek do lokalnych ośrodków zdrowia, jadłodajni oraz kuchni w całym kraju Dotyczyło to osób o niskich dochodach. Biały Dom zapowiedział, że akcja ta obejmie 12-15 milionów Amerykanów. Prezydent powiedział, że będą to maski amerykańskie, wysokiej jakości i dostępne bezpłatnie.
Prezydent Biden wielokrotnie apelował do Amerykanów o noszenie maseczek. Sam dawał przykład pojawiając się publicznie zawsze w maseczce. Nakazał pracownikom administracji rządowej noszenie zawsze maseczek na terenie publicznym i wprowadził nakaz noszenia maseczek w transporcie publicznym, na lotniskach i stacjach tranzytowych. Dr. Anthony Fauci doradca prezydenta do spraw zdrowia poniżany przez Trumpa i powołany na to stanowisko przez Bidena wielokrotnie powtarzał, że maski są najbardziej skuteczną ochroną, nie tylko osoby noszącej maskę, ale także chronią innych od zakażeń.
Doradcy prezydenta Trumpa również proponowali rozsyłanie masek Amerykanom, ale prezydent blokował taka decyzję. Trump, jak wspominałem, przez wiele miesięcy sprzeciwiał się obowiązkowemu noszeniu maseczek i demonstrował ten sprzeciw na własnej osobie. Służba pocztowa Stanów Zjednoczonych planowała w kwietniu 2020 r. rozprowadzić 650 milionów maseczek. Ale Biały Dom Trumpa sprzeciwił się temu w obawie, że „spowoduje to strach i panikę”.
Plan Bidena walki z koronawirusem spotkał się z poparciem 150 najważniejszych liderów amerykańskiego biznesu. Poparli oni zapowiadany przez Bidena program pomocy w walce z koronawirusem, który ma kosztować 1,9 biliona dolarów. W tej grupie biznesu byli ważni przedstawiciele banków i gospodarki m.in. Goldman Sachs and Blackstone, Google, Intel, IBM, Leows Hotels and Co., United Airlines. Sprzeciw natomiast zgłaszali biznesmeni związani z Partią Republikańską.
5 lutego 2021 r. Kongres przyjął rezolucje w sprawie budżetu mimo opozycji republikanów w obu izbach Kongresu. W Senacie natomiast przyjęto poprawkę zgłoszoną przez demokratę Joe Manchina z Zachodniej Wirginii i republikankę Susan Collins z Maine, która uniemożliwia bogatym podatnikom otrzymywanie pomocy w wysokości 1400 dolarów.
Pandemia, która ogarnęła szerokie kręgi społeczeństwa amerykańskiego pogorszyła stan zdrowotny Amerykanów. Badania wykazały, że koronawirus obniżył średnią długość życia Amerykanów z 78,8 lat w 2019 r. do 77,8 w roku 2021 r. Średnia długość życia Afroamerykanów obniżyła się o 2,7 lat. Biden pocieszał jednak Amerykanów, że choć przez ostatnie cztery lata w informacjach dominował Trump to „zapewniam was” – powiedział Biden – „że w następnych czterech latach w wiadomościach dominować będą Amerykanie. Jestem zmęczony rozmowami na temat Trumpa”. Takie słowa wypowiedział Biden na spotkaniu z mieszkańcami Wisconsin 16 lutego 2021 r. i obiecał, że do końca lipca udostępni Amerykanom 600 milionów szczepień.
Mimo, że rządy Trumpa i Bidena nie zachęcały Amerykanów do podróżowania po kraju i za granicę sezon zimowy 2020/2021 jest najbardziej katastrofalny jeżeli chodzi o liczbę wypadków śmiertelnych. Urząd National Oceanic and Atmospheric Administration (NOAA) ostrzegał turystów przed lawinami w górach. Zimą 2020/2021 w wyniku lawin w górach zginęło 33 turystów, tylko o 3 mniej niż w rekordowych latach 2008 i 2010.
Ofiarą koronawirusa padło wielu marynarzy okrętów Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych. W lutym 2021 r. Dowództwo Marynarki Wojennej ujawniło, że kilkunastu marynarzy na pokładzie USS San Diego na wodach Środkowego Wschodu zachorowało na Covid-19. Podobnie było na pokładzie USS Philippine Sea. W 2020 r. na pokładzie okrętu „Theodore Roosevelt” prawie 20 proc. załogi miało pozytywny test na koronawirusa. Ponad 1000 członków załogi liczącej 4900 osób zachorowało i zostało ewakuowanych do szpitala na wyspę Guam.
Prezydent Biden, który lubi uchodzić za polityka doświadczonego, a takim na pewno jest, nie obiecywał Amerykanom kiedy zakończy się kryzys pandemiczny, ale zapewniał, że „robimy wszystko co możliwe aby taki dzień nadszedł wcześniej niż później. Wierzę, że zbliżymy się do normalności do końca tego roku i z Bożą pomocą tegoroczne Święta Bożego Narodzenia będą różnić się os ostatnich”. Dodał jednak, że nie może podjąć żadnych zobowiązań wobec społeczeństwa ponieważ nadal jest wiele niewiadomych zwłaszcza w sferze produkcji.
Biden w sytuacji napięć społecznych i politycznych w USA starał się zachować równowagę między optymizmem i realizmem jeżeli chodzi wyjście z kryzysu pandemicznego. Równocześnie wskazywał na możliwość pojawienia się niesprawiedliwych zdarzeń jak np. burze śnieżne w Teksasie, czy możliwości nowych groźnych odmian koronawirusa. „Wiem” – powiedział prezydent w czasie wizyty w koncernie Pfizera – „że natrafimy na wiele przeszkód, ze nie będzie nam łatwo, ale w końcu pokonamy wszystko”. Biden prezentował w ten sposób tradycyjny optymizm kulturowy Amerykanów. Równocześnie zapewniał Amerykanów, że zasięga opinii ekspertów przed podjęciem każdej ważnej decyzji, wsłuchuje się w uwagi swych doradców. Kontrastowało to z praktyką jego przeciwnika w Białym Domu. Donald Trump chełpił się, że podejmuje decyzje samodzielnie.
Administracja Bidena wyrażała zadowolenie z rozprowadzania szczepionek w Stanach Zjednoczonych. Fundacja Kaiser Family Foundation ujawniła jednak, że szczepionka rozprowadzana jest nierówno w społeczeństwie amerykańskim. Biali Amerykanie są szczepieni trzy razy częściej niż obywatele pochodzenia hiszpańskiego i dwa razy częściej niż Afroamerykanie. Badania przeprowadzono w 27 stanach. Administracja Bidena organizowała szczepienia we współpracy z lokalnymi władzami oraz z lokalnymi ośrodkami zdrowia. Aby dotrzeć do jak największej liczby ludności władze amerykańskie wykorzystywały specjalne samochody przystosowane do takiej akcji.
22 lutego 2021 r. liczba ofiar koronawirusa w Stanach Zjednoczonych przekroczyła 500 000. Była to najwyższa liczba ofiar w jakimkolwiek kraju na świecie i większa niż liczba Amerykanów poległych na frontach pierwszej i drugiej wojny światowej i wojny wietnamskiej łącznie. Profesor służby zdrowia Columbia University ocenił to jako przerażające świadectwo fiaska walki z wirusem w Stanach Zjednoczonych. Ofiary wirusa w USA stanowią 20 proc. światowych ofiar wirusa. Jedna osoba na 670 Amerykanów padła ofiarą koronawirusa. Przyczyniło się to również do obniżenia średniej długości życia Amerykanów.
Epidemia koronawirusa zaszkodziła gospodarce amerykańskiej. Przyczyniła się do wzrostu bezrobocia, zamknęła wiele biznesów i skomplikowała życie codzienne Amerykanów. W celu przywrócenia pewnej równowagi i zwiększenia pomocy rodzinom rząd Bidena mimo opozycji republikanów przyjął pomocowy program budżetowy wartości 1,9 bilionów dolarów.
Pandemia dotknęła szkolnictwo amerykańskie. Miliony uczniów od ponad roku są poza szkołą. Toczą się ostre spory wśród rodziców, nauczycieli, władz szkolnych jak rozwiązać ten problem. Prezydent Biden jest zwolennikiem otwarcia wszystkich szkół. Grozi wydaniem rozkazu w tej sprawie, ale sprawa nie jest prosta ponieważ szkolnictwo amerykańskie w przeciwieństwie do europejskiego jest pod kontrolą władzy lokalnej. Niektórzy proponują, aby dzieci rozsadzić w klasach luźniej, ale wiele szkół nie ma dostatecznej przestrzeni aby zrealizować ten postulat.
Niektóre władze lokalne, zwłaszcza republikańskie, sprzeciwiały się nakazom dla obywateli w walce z koronawirusem. Tak np. gubernator Teksasu Greg Abbott na początku marca 2021 r. w okresie szczytu pandemii opowiedział się za częściowym i stopniowym znoszeniem obowiązku noszenia maseczki. Decydować o tym powinny władze lokalne w poszczególnych powiatach. Również niektórzy biskupi kościoła katolickiego zalecali swoim wyznawcom aby nie przyjmowali szczepionki od firmy Johnson and Johnson.
Prezydent Biden na początku marca zapewniał Amerykanów, że Stany Zjednoczone będą miały dostateczną liczbę szczepionek by do końca maja 2021 r. zaszczepić wszystkich Amerykanów po tym jak agencja rządowa US Food and Drug Administration wydała zgodę na użycie szczepionki produkowanej przez firmę Johnson and Johnson, która wymaga jednorazowego zaszczepienia. Firma ta oświadczyła na początku marca 2021 r., że ma już 4 miliony szczepionek, a do polowy roku będzie gotowa dostarczyć 100 milionów szczepionek.
Dziennikarze, i nie tylko oni, pytają prezydenta kiedy Stany Zjednoczone powrócą do normalnego życia. Prezydent Biden odmawia odpowiedzi na to pytanie przyznając uczciwie, że nie wie. Jednak niektórzy gubernatorzy stanów podjęli już decyzje znoszące rozmaite restrykcje odnośnie m. in. noszenia maseczek czy funkcjonowania biznesu. Pocieszeniem dla administracji Bidena była wiadomość, że w lutym 2021 r. w gospodarce amerykańskiej przybyło 379 000 stanowisk pracy, a wiele stanów zniosło różne ograniczenia wynikające z pandemii. Władze federalne i lokalne zwiększyły również liczbę szczepionek przeciw koronawirusowi. 6 marca Senat USA uchwalił plan stymulujący gospodarkę wartości 1,9 biliona dolarów. Przewiduje on pomoc do końca lata setkom milionów obywateli dotkniętych bezrobociem oraz środki finansowe dla stanów, miast, szkół i małych biznesów w walce z pandemią.
W Stanach Zjednoczonych pojawiły się informacje, że wywiad rosyjski rozsyła dezinformacje o dwóch szczepionkach używanych w USA oraz o różnych aspektach polityki amerykańskiej. Informacje na ten temat podał na początki marca 221 r. Global Engagement Center i dziennik „The Wall Street Journal”. Rzecznik Kremla zaprzeczył informacjom amerykańskim jakoby rosyjskie służby wywiadowcze rozsyłały dezinformacje. Rzecznik rosyjski Dmitry Peskov oświadczył: „To jest nonsens. Rosyjskie służby specjalne nie mają nic wspólnego z krytyką szczepionek”.
W sobotę 6 marca 2021 r. zaszczepiono rekordową liczbę Amerykanów 2,9 mln w ciągu jednego dnia. Republikanie zamiast pogratulować prezydentowi Bidenowi tego sukcesu oskarżyli go, że próbuje swój sukces wykorzystać dla partykularnych celów politycznych. Przywódca mniejszości republikańskiej w Senacie Kevin McCarthy określił walkę Bidena z pandemią mianem „najgorszej partyjnej polityki”. A inny senator republikański Ron Johnson nazwał walkę Bidena z pandemią „Jeszcze jedną próbą nieuznawania dziedzictwa Donalda Trumpa”.
10 marca 2021 r. Kongres przyjął ustawę, a prezydent 2 dni później ją podpisał przyznająca 1,9 biliona dolarów na walkę z Covid-19. Ustawa m.in. przeznacza 1400 dolarów dla milionów Amerykanów, dodatki dla bezrobotnych i miliony dolarów na pomoc stanom i lokalnym rządom w walce z epidemią. Ustawa przeszła w Izbie Reprezentantów glosami 220 za i 211 przeciw. Żaden republikanin nie poparł ustawy. Ustawa przeznacza m.in. 8,5 mld dolarów dla szpitali i ośrodków zdrowia walczących z koronawirusem.
Sondaż przeprowadzony przez CNN wykazał, że 61 proc. Amerykanów poopiera pomocowy program Bidena. Niektóre konkretne programy uzyskały nawet wyższe poparcie. Natomiast mniejsze poparcie 59 proc. otrzymała propozycja przeznaczenia 350 mld. dolarów na pomoc stanowym i lokalnym samorządom. Również propozycja w planie Bidena podwyżki płacy minimalnej z 7,25 dolara za godzinę do 15 dolarów poparta została w sondażach przez 55 proc. Amerykanów. Prezydent podpisał ustawę 11 marca 2021 r.
12 marca 2021 r. w przemówieniu w Białym Domu adresowanym do wszystkich Amerykanów Biden przedstawił plan powstrzymania rozszerzania się epidemii w Stanach Zjednoczonych. Obiecał również, że święto narodowe USA 4 lipca będą mogli celebrować bez ograniczeń, „niezagrożeni wirusem”. „Każdy Amerykanin” – powiedział Biden – „znajdzie światło w ciemności. Wiemy, ze musimy pokonać tego wirusa”. Wezwał Amerykanów do „narodowej jedności” i zaniechania partyjnych walk w sprawie masek i rożnych ograniczeń. Przemówienie zakończył apelem: „potrzebuję aby każdy Amerykanin czynił wszystko co może w walce z wirusem”. Prezydent poinformował, że dotąd ofiarą koronawirusa padło 527 726 Amerykanów i dodał, że jest to więcej ofiar amerykańskich aniżeli łącznie pochłonęły obie wojny światowe, wojna w Wietnamie i zamachy terrorystyczne w Nowym Jorku 11 września 2001 r.
W 2020 r. odnotowano w USA największą roczną liczbę zgonów w historii tego kraju. W drugiej połowie marca 2021 r. liczba zakażeń zaczęła spadać. W związku z tym trendem władze stanowe Teksasu i Missisipi mimo sprzeciwu rządu USA i epidemiologów zniosły nakaz noszenia maseczek i ograniczenia w handlu.
Nieoczekiwanie zaskoczył Amerykanów były prezydent Donald Trump. Jako prezydent nie był on entuzjastą szczepień przeciw wirusowi Covid-19. Nieoczekiwanie jednak były prezydent 16 marca 2021 r. wystąpił z oświadczeniem zachęcającym Amerykanów do szczepień mówiąc, że są one „bezpieczne i skuteczne”. Pogląd ten był o tyle zaskakujący, że wielu republikanów z rezerwą się odnosiło do obowiązkowych szczepień wprowadzonych przez rząd federalny i władze lokalne.
W drugiej połowie marca 2021 r. rząd amerykański po dłuższym namyśle podjął decyzję wysłania 2,5 miliona szczepionek AstraZeneca do Meksyku i 1,5 miliona do Kanady. Wszystko to w ramach trójstronnej współpracy dobrosąsiedzkiej.
Mimo epidemii i apeli o ograniczenie podróży Amerykanów, podróże samochodowe i samolotowe odbywały się normalnie. Amerykanie są ruchliwym, mobilnym społeczeństwem. W szczycie pandemii w marcu 2021 r. codziennie ponad milion Amerykanów podróżowało samolotem. W piątek 19 marca rekordowa liczba Amerykanów 1,4 miliona poleciała samolotem. Ilu podróżowało samochodem to trudno podliczyć. „To co robimy to rozszerzamy działanie wirusa w całym kraju” – powiedział dr Peter Hotez dziekan National Tropical Medicine w College of Medicine.
25 marca 2021 r. prezydent Biden oświadczył, że przeznacza 10 mld dolarów aby ułatwić Amerykanom dostęp do szczepionek. Środki na ten cel dostaną lokalne społeczności w wysokości 300 mln dolarów, a 32 mln dolarów przeznaczonych będzie na szkolenie i pomoc techniczną dla lokalnych władz. Biden również zapewnił, że do 1 maja wszyscy dorośli Amerykanie uzyskają dostęp do szczepionki. Do czwartku 25 marca 545 282 Amerykanów straciło życie w wyniku zarażenia wirusem covid-19.
Tak wielka strata ludzi spowodowała dyskusję, czy można było zapobiec tak olbrzymim ofiarom. Dr Deborah Birx, która była w Białym Domu w okresie prezydentury Trumpa stwierdziła w końcu marca, że liczba śmiertelnych ofiar „mogła być znacznie zmniejszona” gdyby stany i miasta wcześniej i bardziej agresywnie przystąpiły do walki z koronawirusem. Studium przeprowadzone przez Columbia University w Nowym Jorku wykazało, ze gdyby władze amerykańskie przystąpiły wcześniej do energicznej walki z epidemią można było uratować życie dziesiątkom tysięcy ludzi. Lekarze, którzy służyli w administracji Trumpa stwierdzili, że jego rząd zbyt późno przystąpił do walki z epidemią. Rząd prezydenta Bidena oświadczył 26 marca 2021 r., że chce wykonać 200 milionów szczepionek w ciągu pierwszych 100 dni jego prezydentury.
W końcu marca 2021 r. sześciu lekarzy, którzy pracowali na rzecz Białego Domu w czasie prezydentury Donalda Trumpa oświadczyło, że prezydent Trump nie wyrażał zgody na ujawnienie informacji o zagrożeniu wirusem Covid-19. Wśród nich byli m. in. dr Deborah Birx, dr Anthony Fauci i dr Brett Giroir. Lekarze ci oświadczyli, że w wyniku takiej polityki Trumpa setki tysięcy Amerykanów niepotrzebnie straciło życie.
29 marca przywódca mniejszości republikańskiej w Senacie Mitch McConnell zaapelował do republikanów aby pozbyli się sceptycyzmu i zaszczepili się. McConnell oświadczył, że nie ma argumentów aby się nie szczepić. Według sondażu CNN 92 proc. demokratów zaszczepiło się, podczas gdy odsetek republikanów wynosił ok. 50 proc. . Aż 46 proc. republikanów oświadczyło, że nie poddadzą się zaszczepieniu. Podobna sytuacja istniała w Kongresie. W marcu 2021 r. podano, że spośród 219 demokratycznych członków Izby Reprezentantów 189 zaszczepiło się, podczas gdy spośród 211 republikanów w Izbie Reprezentantów szczepionkę przyjęło tylko 53 członków kongresu.
W pierwszych dniach kwietnia 2021 r. rząd federalny ogłosił, że 2,99 mln Amerykanów dziennie otrzymuje szczepienia antywirusowe. To rzeczywiście rekordowa liczba i świadczy o rozmachu antywirusowej akcji rządu amerykańskiego. Mimo epidemii i niskiego poziomu funkcjonowania gospodarki, w Stanach Zjednoczonych przybyło w marcu 916 000 stanowisk pracy. Centers for Disease Control and Prevention ostrzegał, że w pełni zaszczepieni Amerykanie mogą podróżować przy niskim stopniu ryzyka, ale nadal musza nosić maski, myć często ręce i zachowywać odpowiedni dystans. Zaszczepieni Amerykanie nawet z negatywnym wynikiem testu powracający z zagranicy w ciągu trzech do pięciu dni po powrocie do USA powinni ponownie przeprowadzić test na koronawirusa.
Prezydent Biden obiecał, że wszyscy dorośli Amerykanie powyżej 16 roku życia zostaną zaszczepieni przeciw koronawirusowi. Według oceny administracji amerykańskiej 90 proc. Amerykanów mieszka w odległości najwyżej 5 mil od najbliższego punktu szczepień. Szczepienia prowadzą nie tylko 1470 federalnych ośrodków zdrowia, ale także 40 000 aptek. Akcje szczepień prowadzą stanowi gubernatorzy i władze lokalne zaopatrywane w szczepionki przez władze federalne.
19 kwietnia 2021 r. Departament Stanu ogłosił listę 80 proc. krajów z zaleceniem „nie podróżuj” do nich („Do not travel”), ponieważ Covid-19 „stanowi bezprecedensowe ryzyko dla osób podróżujących”. Zdaniem władz amerykańskich osoby niezaszczepione narażone są na szczególne ryzyko i dlatego rząd amerykański wystąpił z zaleceniem: „odłóż podróż dopóki nie jesteś w pełni zaszczepiony”. Unia Europejska postanowiła wynagrodzić tych Amerykanów, którzy zaszczepili się przeciw Covid-19, a Ursula Von der Leyen oświadczyła 25 kwietnia 2021 r., że ci Amerykanie którzy są w pełni zaszczepieni będą mogli odwiedzić w lecie Unię Europejską.
Wielu Amerykanów uważało, że Stany Zjednoczone są dotknięte dwoma nieszczęściami: epidemią Covid-19 oraz masowymi zbrodniami z użyciem broni. Prezydent Biden nie podzielał tego poglądu. O ile zgodził się, że Covid-19 i ogromne ofiary śmiertelne jakie powoduje są ważnym narodowym problemem o tyle ofiary masowych strzelanin uznał za „narodową kompromitację”. Rocznie z broni palnej ginie w USA kilkanaście tysięcy osób.
W ciągu ostatniej dekady tempo przyrostu ludności w Stanach Zjednoczonych było najniższe od lat 1930-tych. Wynikało to zarówno z niższego poziomu imigracji jak i urodzeń. Największy przyrost ludności zyskały stany Południa i Zachodu kosztem stanów Północnowschodnich i stanów Środkowego Zachodu. Według danych US Census Bureau opublikowanych 27 kwietnia 2021 r. Stany Zjednoczone liczyły 331,4 milionów mieszkańców. Mimo panującej pandemii gospodarka amerykańska w pierwszym kwartale 2021 r. rozwijała się w tempie 1,6 proc. co oznaczało wzrost w rocznym tempie 6,4 proc. .
Na przełomie kwietnia i maja 2021 r. prezydent Biden z dumą poinformował, że 100 milionów Amerykanów, czyli ok 30 proc. , zostało w pełni zaszczepionych przeciw koronawirusowi. Nadal jednak wielu nie zgadzało się na przyjęcie szczepionki. Taką opinię wyrażało 44 proc. republikanów, 28 proc. tzw. niezależnych wyborców i tylko 8 proc. demokratów. Opór przeciw szczepieniu był szczególnie silny wśród młodych republikanów. 4 maja 2021 r. Biden zapowiedział, że na dzień Święta Narodowego Stanów Zjednoczonych 4 lipca 2021 r. 70 proc. dorosłych Amerykanów będzie zaczepionych przynajmniej jedną dawką, a 160 mln Amerykanów będzie zaszczepionych w pełni. W maju 2021 r. agencja rządowa FDA wyraziła zgodę na szczepienie preparatem firmy Pfizer młodzieży w wieku 12-15 lat. Stany Zjednoczone, mimo że poniosły największą liczbę ofiar, udzielały pomocy innym krajom wysyłając w kwietniu 2021 r. 60 milionów szczepionek AstraZeneca i prezydent zapowiedział przekazanie dalszych szczepionek różnym krajom.
Ponieważ od maja 2021 r. liczba zakażeń w USA wyraźnie zmniejszyła się rząd podjął decyzję, że w pełni zaszczepieni Amerykanie nie będą zmuszani do noszenia maseczek i mogą nawiązywać kontakty towarzyskie z innymi osobami.

Biden prywatyzuje wojnę w Afganistanie.

Ponad 18 000 osób zatrudnionych przez Pentagon pozostaje w Afganistanie. Joe Biden wycofa 2500 żołnierzy, ale pozostawi na miejscu amerykańskie wojska specjalne, najemników i agentów wywiadu.

14 kwietnia prezydent Joe Biden ogłosił, że zakończy najdłuższą wojnę w historii USA i wycofa amerykańskie wojska z Afganistanu w 20. rocznicę ataków terrorystycznych z 11 września 2001 roku. Do tego czasu wycofanych zostanie także ponad 6 tys. żołnierzy NATO.
– Wojna w Afganistanie nigdy nie miała być przedsięwzięciem wielopokoleniowym – powiedział Biden podczas swojego wystąpienia z Sali Traktatowej Białego Domu, w tym samym miejscu, gdzie prezydent George W. Bush ogłosił rozpoczęcie wojny w październiku 2001 roku. – Zostaliśmy zaatakowani. Poszliśmy na wojnę z jasnymi celami. Osiągnęliśmy te cele. Bin Laden nie żyje, a al-Kaida została pokonana w Afganistanie i nadszedł czas, by zakończyć wojnę na zawsze.
To ostatnie to jednak tylko wersja dla publiczności.
Jak podał The New York Times, po formalnym opuszczeniu Afganistanu przez wojska amerykańskie pozostaną tam „wojska operacji specjalnych, podwykonawcy Pentagonu i tajni agenci wywiadu”. Ich misją będzie „znalezienie i zaatakowanie najbardziej niebezpiecznych zagrożeń ze strony al-Kaidy lub Państwa Islamskiego”. Źródłem informacji są anonimowi amerykańscy urzędnicy, z dawnych i obecnej administracji.
The Times poinformował, że Stany Zjednoczone utrzymają całą konstelację baz lotniczych w regionie Zatoki Perskiej, jak również w Jordanii, a także główne dowództwo lotnicze w Katarze. Wszystkie one mogłyby stanowić platformę startową dla bombowców dalekiego zasięgu lub misji dronów przeprowadzanych na terytorium Afganistanu.
Matthew Hoh, niepełnosprawny weteran wojenny, który zrezygnował z pracy w Departamencie Stanu w 2009 roku w proteście przeciwko wojnie, stwierdził, że prawdziwy proces pokojowy w Afganistanie jest „zależny od opuszczenia Afganistanu przez obce siły”. – Niezależnie od tego, czy 3500 żołnierzy amerykańskich opuści Afganistan, wojsko amerykańskie będzie nadal obecne w postaci tysięcy pracowników służb specjalnych i personelu CIA w Afganistanie, jak i wokół niego, poprzez dziesiątki eskadr załogowych samolotów szturmowych i dronów stacjonujących w bazach lądowych i na lotniskowcach w regionie – podsumował.
Najemnicy
Bezpodstawność „pokojowych” zapowiedzi prezydenta Bidena staje się oczywista, gdy weźmiemy pod uwagę, że na każdego żołnierza służącego w Afganistanie przypada siedmiu zatrudnionych przez Pentagon podwykonawców. Dziesięć lat temu stosunek ten wynosił 1:1. W styczniu, według raportu Departamentu Obrony, w Afganistanie przebywało ponad 18 tys. najemników na kontraktach, podczas gdy oficjalna liczba żołnierzy została zredukowana do 2500.
Te liczby odzwierciedlają strategię rządu amerykańskiego polegającą na outsourcingu wojny na rzecz prywatnych korporacji najemniczych. W ten sposób wojna jest oddalana od opinii publicznej i nie wywołuje protestów społecznych, ponieważ stosunkowo niewielu Amerykanów jest nią bezpośrednio dotkniętych. Większość najemników to byli weterani wojskowi, choć pewien odsetek stanowią obywatele państw trzecich, którym płaci się nędzne wynagrodzenie za wykonywanie obowiązków na rzecz wojska.
Jedną z największych firm najemniczych jest DynCorp International z Falls Church Virginia, która w 2019 roku otrzymała ponad 7 miliardów dolarów w kontraktach rządowych na szkolenie afgańskiej armii i zarządzanie bazami wojskowymi w Afganistanie. Od 2002 do 2013 roku DynCorp otrzymał 69 procent wszystkich funduszy Departamentu Stanu na ten cel. Magazyn Forbes nazwał ją „jednym z wielkich zwycięzców wojen w Iraku i Afganistanie” – przegrani to prawie wszyscy inni.
Wzorcem dla amerykańskiej strategii w Afganistanie jest tajna wojna w Laosie w latach 1959-1975, gdzie CIA współpracowała z setkami cywilnych kontrahentów. To oni latali samolotami zwiadowczymi, prowadzili bazy naziemne i obsługiwali stacje radarowe w cywilnych ubraniach, jednocześnie tworząc własną prywatną armię do walki z lewicowym Pathet Lao. CIA i amerykańskie wojska specjalne stale podejmują próby werbunku, bazując na podziała plemiennych w Afganistanie. Podobnie jak w Laosie, wikłają się przy tym w lokalne konflikty. Do tego przez lata amerykańscy agenci sił specjalnych szkolili afgańskie siły bezpieczeństwa jako armię zastępczą.
Czego naprawdę chce Wujek Sam w Afganistanie
Republikański jastrząb Jim Inhofe skrytykował plan wycofania Bidena, stwierdzając, że jest to „lekkomyślna i niebezpieczna decyzja”. Zasugerował, że „arbitralne terminy /wycofania/ mogą narazić żołnierzy na niebezpieczeństwo, zniweczyć postępy, jakie poczyniliśmy, doprowadzić do wojny domowej w Afganistanie i stworzyć wylęgarnię międzynarodowych terrorystów”.
Inhofe, należy zauważyć, jest spekulantem wojennym. Zainwestował w akcje wiodącego producenta broni Raytheon w tym samym czasie, gdy jako przewodniczący senackiej komisji ds. służb zbrojnych wzywał do zwiększenia budżetu na obronę. A co do jego oceny sytuacji – fakty są takie, że talibowie, według think-tanku Council on Foreign Relations, są silniejsi niż kiedykolwiek od 2001 roku i kontrolują około jednej piątej Afganistanu. Poza tym to Afganistan nigdy nie był wylęgarnią międzynarodowych terrorystów. Porywacze z 11 września pochodzili głównie z Arabii Saudyjskiej, a talibowie zgodzili się oddać Osamę Bin Ladena w ręce międzynarodowego trybunału po atakach z 11 września.
Wojna w Afganistanie będzie trwała w nieskończoność nie ze względu na zagrożenie terroryzmem – które jest spotęgowane przez obecność wojsk amerykańskich – ale dlatego, że Stany Zjednoczone nie ustąpią pola w regionie. Stany Zjednoczone ogłosiły zamiar utrzymania co najmniej dwóch baz wojskowych w Afganistanie po oficjalnym wycofaniu wojsk, a w czasie wojny założyły ponad 1000 placówek.
Wujek Sam pożąda również afgańskich bogactw mineralnych. Badanie przeprowadzone w 2007 roku przez Służbę Geologiczną Stanów Zjednoczonych odkryło złoża mineralne o wartości prawie 1 bln dolarów, w tym ogromne pokłady żelaza, miedzi, kobaltu, złota i metali przemysłowych o kluczowym znaczeniu, takich jak lit, który jest używany w produkcji baterii do laptopów i telefonów komórkowych.
W wewnętrznej notatce Pentagonu stwierdzono, że Afganistan może stać się „Arabią Saudyjską litu”.
W 2001 roku, kiedy USA po raz pierwszy najechały na Afganistan, były w trakcie rozbudowy swojej infrastruktury wojskowej w Azji Środkowej. Afganistan stanowił kluczowy punkt orientacyjny do tego nowego „naftowego dorado”, w którym znajduje się aż 200 miliardów baryłek ropy – około 10 razy więcej niż na Morzu Północnym i jedna trzecia całkowitych rezerw Zatoki Perskiej. Afganistan był wówczas wyceniany jako kluczowa lokalizacja dla ropociągu, który transportowałby ropę z Azji Środkowej do Oceanu Indyjskiego z pominięciem Rosji.
W latach 90. XX wieku południowokalifornijski koncern naftowy Unocal rozpoczął działania na rzecz budowy rurociągu, zabiegając nawet o względy talibów. W 2018 r. rozpoczęto budowę nowego rurociągu wspieranego przez Stany Zjednoczone, który będzie transportował ropę z Turkmenistanu do północnych Indii. Największą obawą amerykańskiego establishmentu rządzącego jest to, że całkowite wycofanie się USA z Afganistanu doprowadzi do utraty tego strategicznego przyczółka na rzecz głównych rywali geopolitycznych: Rosji i Chin. Chiny zwiększyły ostatnio handel i inwestycje w Afganistanie, z którym graniczą, a także starają się nawiązać lepsze relacje z afgańskim rządem i talibami.
Rosja natomiast w 2014 roku ponownie otworzyła centrum kulturalne w Kabulu, odbudowała opuszczone radzieckie centrum przyjaźni, powiększyła personel swojej ambasady, zwiększyła inwestycje gospodarcze i dostarczyła afgańskiemu rządowi 10 tys. karabinów Kałasznikowa. Moskwa wsparła również afgańskie projekty mieszkaniowe i wykorzystała kontakty w Kabulu do odnowienia więzi z częścią prorządowo nastawionych plemion z północy kraju, jednocześnie po cichu zabiegając o talibów.
Jak udokumentował CovertAction Magazine, obecny rząd afgański pod przywództwem Ashrafa Ghaniego jest w dużej mierze tworem Stanów Zjednoczonych. Jego wojsko jest finansowane przez Stany Zjednoczone, a utrzymanie go wynosi około 4 miliardów dolarów rocznie. Wsparcie to będzie kontynuowane – o ile Kongres go nie odetnie – wraz z wielkoskalowymi programami pomocy zagranicznej USA, które wynoszą prawie 1 miliard dolarów rocznie.
USA chcą utrzymać Ghaniego u władzy lub zastąpić go innym pełnomocnikiem, który pomoże im wygrać geopolityczną rywalizację z Rosją i Chinami, która niewiele różni się od XIX-wiecznej „wielkiej gry” między Wielką Brytanią a carską Rosją.
Tak długo, jak imperium amerykańskie pozostanie nienaruszone, wojna w tej czy innej postaci będzie trwała.

Artykuł ukazał się pierwotnie na portalu The Grayzone. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu).

Ormianie, Biden i drony

Prezydent USA Joe Biden jako pierwszy lokator Białego Domu nazwał rzeź Ormian – ale też Greków, Asyryjczyków, innych chrześcijan i jezydów – w Imperium Osmańskim, w 1915 r., ludobójstwem.

Stwierdzenie to ma mocne, historyczne podstawy. Ale czy jest szczere, a nie koniunkturalne? Czy o prawdę i pamięć tu chodzi, czy raczej „nie leży” prezydent Turcji Erdogan? I to nawet nie z racji swoich autokratycznych ciągot, co z tytułu kursu politycznego, który kłóci się z tym amerykańskim? Uwierzyłbym w szczerość Bidena, gdyby na innych skandalicznych polach realizowania polityki USA próbował coś zmienić. Podkreślam – choćby próbował. Ale ze znalezieniem takich przejawów aktywności prezydenta mam już problem.
Przypomnę pewną historię. Anwar Nasser al-Awlaki, z pochodzenia Jemeńczyk, ale urodzony i wykształcony w Ameryce, imam i jeden z organizatorów al-Kaidy na Półwyspie Arabskim został zabity 30 września 2011 r. atakiem amerykańskiego drona na terytorium Jemenu. To prezydent Obama, laureat pokojowej Nagrody Nobla, nakazał już w 2010 r. zabicie tego obywatela amerykańskiego, chociaż nigdy nie został on oskarżony o żadne przestępstwo (ani tym bardziej skazany w procesie sądowym). Od tego momentu ataki dronów wobec prawdziwych (czy domniemanych) wrogów Ameryki stały się praktyką i nie generowały już zainteresowania opinii publicznej. Tandem Obama / Biden uprościł znacznie – oddając w ręce wywiadów i wojskowych – całą procedurę tych śmiercionośnych ataków na osoby czy obiekty rozsiane po całym świecie, uznawane za szkodliwe dla interesów i pozycji USA. Tzw. wojna z terroryzmem jest świetną przykrywką dla takich akcji – samo hasło zniechęca do zadawania pytań.
Dwa tygodnie później w kolejnym uderzeniu amerykańskiego drona w Jemenie zabito 16-letniego Abdulrahmana al-Awlakiego, syna Anwara, też urodzonego w Ameryce, wraz z 17-letnim kuzynem i kilkoma innymi Jemeńczykami. USA zakwalifikowały tę śmierć jako „poboczny skutek” operacji specjalnej. Chłopiec nie był, jak zapewniano początkowo, celem. Dopiero potem sekretarz prasowy Białego Domu, Robert Gibbs, spróbował uzasadnić decyzję o zabiciu nastolatka. Otóż Abdulrahman… powinien był „mieć bardziej odpowiedzialnego ojca”.
A kto pamięta o córce Anwar, Nawar (zdrobniale – Norze) al-Awlaki? Miała osiem lat, gdy 29 stycznia 2019 r. komandosi Navy Seal Team 6, używając uzbrojonych dronów Reaper do osłony, przeprowadzili atak na osadę mającą być siedzibą bojowników al-Kaidy w południowym Jemenie. Amerykańscy wojskowi początkowo zaprzeczali jakimkolwiek ofiarom cywilnym, ale raporty mediów zmusiły ich do sprostowania: nastąpiła pomyłka, w wyniku ataku zabito samych cywili. Śmierć poniosło kilkanaście kobiet i siedmioro dzieci. Jedną z ofiar była Nora al-Awlaki, którą w szyję trafił pocisk jankeskiego komandosa, mającego szerzyć demokrację i wolność w tym zapomnianym, niegościnnym zakątku świata. Zmarła na oczach dziadka, Nasira al-Awlakiego, znanego w Jemenie polityka, byłego ministra rolnictwa. Mężczyzna relacjonował: Została trafiona kulą w szyję i cierpiała przez dwie godziny.
To od rządów tandemu Obama / Biden amerykańskie ataki za pomocą dronów pilotowanych ze specjalnych bunkrów zlokalizowanych w Górach Skalistych radykalnie się nasiliły. Ofiary są anonimowe, gdyż pochodzą z krajów zapomnianych przez cywilizowaną Europę, traktowanych jako obszary dla neokolonialnej eksploatacji i ekspansji zachodniego kapitału. Przemoc w Mińsku zasługuje na drobiazgowe relacjonowanie i upamiętnianie poszkodowanych. Zabici gdzieś na arabskim wschodzie nikogo nie obchodzą. Przynajmniej nie w Polsce, bo wojna z terroryzmem przy pomocy dronów budzi jednak zastrzeżenia obrońców praw człowieka i cywilizowanych intelektualistów, a nawet niektórych polityków. W Warszawie jednak nie pamiętam milczących pikiet pod ambasadą amerykańską z portretami Nory al-Awlaki. Trudno mi też przywołać z pamięci, by nasi „prowolnościowi liberałowie”, szczycący się solidarnościowym rodowodem, próbowali chociaż podjąć debatę na takie tematy jak wojna za pomocą dronów i zabijanie niewinnych ludzi przez sojusznika zza oceanu. Hipokryzja i nieuczciwość intelektualna czy zwyczajny serwilizm i polityczna prostytucja?
Operator / operatorka drona siedzący na swoim stanowisku, wyposażonym w klimatyzację i luksusowe zaplecze (sauny, prysznice, living-roomy, dystrybutory fast-foodów i napojów chłodzących) dostaje współrzędne geograficzne obiektu, nad który musi zaprowadzić drona i odpalić rakietę niszczącą dany obiekt. Reszta go nie interesuje. Pozostaje potężny – zależny od siły ładunku – lej i dymiące szczątki. Ze wspomnień pewnej żołnierki-operatorki wyczytać można, jak to podczas jednej z akcji śpieszyła się bardzo, bo na popołudnie miała zaplanowaną imprezę urodzinową córki. Odpalenie rakiety, powrót drona w miejsce stacjonowania (często są to rozsiane po wszystkich morzach okręty US-Navy), kawa, szybki prysznic i do domu.
Nora al-Awlaki jest dla mnie wzorcowym przykładem bezsensownej, zdehumanizowanej przemocy, w imię rzekomego prawa Imperium do decydowania o ludziach i świecie. Amerykanie są przekonani, iż demokracja wypracowana przez ich społeczeństwo jest już ostateczna. Teraz nastał czas wdrażania tych wartości wedle ich koncepcji na całym świecie. Nieważne, że jak napisał jemeński pisarz Ibrahim Mothana, że „Ataki dronów powodują, że coraz więcej Jemeńczyków nienawidzi Ameryki i przyłącza się do radykalnych bojowników. Niestety, liberalne głosy w Stanach Zjednoczonych w dużej mierze się ignoruje, jeśli kraj ten akceptuje śmierci cywilów w wyniku pozasądowych zabójstw”. I to może służyć za najlepsze podsumowanie tego smutnego tekstu.
A kto nadal wierzy w dobre intencje Bidena, niech oprócz dronów przypomni sobie jeszcze obóz w Guantanamo.

Unia powstrzyma się

Administracja prezydenta Bidena doskonale wie, że USA nie są w stanie same zrealizować zapowiadanej przez prezydenta strategii „powstrzymywania Chin”.

Nie uda się dokonać tego na polu gospodarczym, ani tym bardziej na arenie politycznej. Zaś każda próba „powstrzymywania” na polu militarnym to już polityczne awanturnictwo, zaproszenie do próby zagłady ludzkości.
Dlatego prezydent Joe Biden postanowił pozyskać europejskich sojuszników wspierających go w rywalizowaniu z Chinami.
Nawiązuje tym do polityki byłego prezydenta USA Baraca Obamy. Ten ogłaszając „The pivot to Asia”, deklarował powrót USA do dominującej roli w region Azji Południowo- Wschodniej. Co oznaczało wypieranie stamtąd wpływów chińskich. Zwłaszcza z terenów spornych archipelagów na Morzu Południowo- Chińskim.
Wówczas administracja USA też szukała politycznych sojuszników w tamtym regionie. Odnowiła przyjaźń z Japonią, Filipinami i Republiką Korei. Nawiązała strategiczne relacje z niedawnym swym wrogim- „komunistycznym” Wietnamem. Ale poza składanymi obietnicami ci starzy i nowi sojusznicy USA niczego więcej nie zyskali. Zwłaszcza, że następca Obamy, prezydent Donald Trump porzucił ten azjatycki „pivot” i zobowiązania swego poprzednika.
Trump próbował „powstrzymywać” Chiny wedle swojego uznania, próbując pozyskać ich tradycyjnych sojuszników. W Azji nawiązał osobiste relacje z przywódcą Koreańskiej Republiki Ludowo- Demokratycznej. W Europie Środkowo-Wschodniej wspierał regionalne porozumienie „Trójmorza” . Liczył, że będzie ono konkurencyjne wobec istniejącego już chińsko- europejskiego Formatu 17 + 1, też działającego w tym regionie. Więcej sukcesów niż Obama nie odniósł.
Teraz administracja nowego prezydenta Bidena chce dla swego planu „powstrzymywania Chin” pozyskać wszystkie państwa Unii Europejskiej i Sojuszu Północnoatlantyckiego. Stworzyć globalny, antychiński sojusz dwóch oceanów. Atlantyku i Pacyfiku.
Aby łatwiej pozyskać europejską opinię publiczną, administracja USA odwołuje się do wspólnej historii. Przypomina sojusz zachodniej Europy i USA w walce z hitlerowskimi Niemcami. Ale to przywołanie dawnych, wspólnych i chlubnych lat nie jest dziś efektywne. Warto przecież pamiętać, że ważnym sojusznikiem tamtej koalicji były też Chiny. Przez lata biorące na siebie ciężar walki z japońskimi ,faszyzującymi militarystami. O czym często w USA i Europie już zapomina się.
Dla pozyskania sympatii europejskiej administracja USA kreuje też inne historyczne odwołanie. Przypomina powojenny, wspólny front transatlantyki „powstrzymujący” Związek Radziecki. Zwany w USA „Imperium zła”. Wtedy taka wspólna polityka państw „Zachodu” doprowadziła do upadku ZSRR . Czy teraz uda się USA doprowadzić do powtórki takiego sojuszu ?
Koncert mocarstw?
Już sama próba stworzenia takiego sojuszu wskazuje na Ameryko centryczny punkt widzenia. Postrzegania Europy jako monolitycznej jedności. Nie dostrzegania zmian jakie w Europie zaszły właśnie po upadku ZSRR.
Zwłaszcza w Unii Europejskiej. Warto przypomnieć, że jej początkiem była wola wyeliminowania groźby kolejnej wojny w Europie. Środkiem do realizacji tego celu była postępująca unia gospodarcza. Potem powstawała unia polityczna. Potem rozrastająca się Unia Europejska zwiększała swe pola integracji i wspólnej polityki.
Jednak obecna Unia Europejska nadal nie jest ścisłą federacją państw członkowskich. Nadal daje im możliwości prowadzenia własnej polityki dla realizacji własnych, lub grupowych interesów.
Najlepiej widać to na przykładzie dyplomacji. Państwa członkowskie Unii zachowują instytucje swych ambasadorów, choć w wielu państwach istnieją też ambasadorowie całej Unii. Taki unijny ambasador reprezentuje interesy całej Unii, ale może też pełnić role ambasadora poszczególnego państwa stowarzyszonego.
Istotą i fundamentem polityki międzynarodowej Unii Europejskiej jest multilateralizm. Wykluczający dominację na naszym globie przez dwa mocarstwa. Konkurujące ze sobą lub kooperujące.
Polityka „koncertu dwóch mocarstw” jest sprzeczna z podstawowymi zasadami i wartościami państw Unii Europejskiej. Bo taki dualizm zawsze prowadził do militarnej konfrontacji. Do wojen, które Unia Europejska wyklucza.
Większość państw Unii Europejskiej związana jest z USA militarnym Sojuszem Północnoatlantyckim NATO. Podobnie jak połowa państw bałkańskich pozostających jeszcze poza Unią Europejską.
Ale sojusz NATO tradycyjnie dotyczy regionalnego bezpieczeństwa państw europejskich. Chiny leżą poza obszarem Paktu Północnoatlantyckiego. Nie grożą agresją militarną USA, ani któremuś z państw członków NATO. Dlatego pewnie nie uda się administracji prezydenta Bidena zmobilizować europejskich państw NATO pod tym pretekstem militarnego zagrożenia ze strony Chin.
Przeciwnie, to państwa europejskie mogą znaleźć sojusznika w Chinach dla realizowania wielu ze swym polityk. Na pewno chińska polityka tworzenia „zielonych”, odnawialnych źródeł energii jest zbieżna z polityką Unii Europejskiej. Podobnie jak chińska polityka zahamowania degradacji środowiska naturalnego i ocieplania się klimatu. W tych przypadkach państwa europejskie na pewno nie będą „powstrzymywać” Chin.
Nie ma mowy o „powstrzymywaniu” Chin przez państwa Europy Środowo-Wschodniej, zwłaszcza Polski, zainteresowanych budową szlaków kolejowych i drogowych łączących Europę z Chinami i innymi państwami Azji. Zwłaszcza, że Europa i Azja geograficznie są jednym kontynentem, a to determinuje silne więzi gospodarcze. Nie ma też mowy o „powstrzymywaniu” Chin przez największe europejskie gospodarki. Przez ograniczanie współpracy gospodarczej. Przez wspieranie hegemonii dolara USA, co proponuje administracja Bidena. Bo to oznaczałoby zgodę Europy na samo degradację swej gospodarki. Na politykę osłabiania europejskiej waluty euro.
„Uważam, że politycznie Chiny są znacznie trudniejsze dla obecnej administracji USA niż były dla poprzedniej. Ale wciąż musimy prowadzić handel z naszym największym partnerem handlowym na świecie-Chinami. Mam nadzieję, że uda nam się jakoś oddzielić kwestie własności intelektualnej, praw człowieka i innych rzeczy od handlu i w dalszym ciągu będziemy promować środowisko nieskrępowanego handlu pomiędzy tymi dwoma gigantami. Nie możemy sobie pozwolić na to, by być wyłączonymi z chińskiego rynku. Nasza konkurencja natychmiast wskoczy na nasze miejsce”.
To powiedział Dave Calhoun, prezes koncernu Boeing podczas Szczytu Lotniczego Izby Handlowej Stanów Zjednoczonych.
I on to najtrafniej odpowiedział dlaczego administracji prezydenta Bidena nie uda się zjednoczyć państw europejskich w jej planie „powstrzymywania” Chin. Dlaczego Unia Europejska powstrzyma się od takich działań.

Sushi con carne

Władimir Putin opanował do perfekcji zasady przyjmowania do NATO kolejnych państw. I nie waha się tej wiedzy używać. Zasadą w NATO jest to, że kraje członkowie nie mogą mieć żadnych poważnych zatargów granicznych, ani mocnych sporów terytorialnych z innymi. O tym, że powinny sprawować suwerenną władzę na całym swoim terytorium, nie wspominając.

Dzięki czemu do NATO nie może, po rosyjskim ataku i utworzeniu dwóch dziwnych rosyjskich tworów parapaństwowych w swoich granicach, apirować Gruzja. Tak samo jak od zawsze Mołdowa z rosyjskim Naddniestrzem. Od kilku lat możliwość WNATOwstąpienia Putin odebrał również Ukrainie, zagarniając Krym i utrzymując ruchawkę w Donbasie.

Teraz Putin rozgrywa stare karty w zupełnie innej grze. Takiej na duże pieniądze. Gra nosi nazwę Nord Stream 2. Dokończenia budowy gazociągu nie chcą Stany Zjednoczone i wiele krajów Europejskich. To to samo grono, które chciałoby widzieć Ukrainę jako ostoję spokoju i stabilności.
Co zatem robi Putin? Przesuwa kilka oddziałów wojskowych w okolice granicy z Donbasem, dając do zrozumienia, że jak skończy się blokada gazociągu, to jednostki wrócą do siebie. A co jak blokada nie zniknie?

Od przygotowania stolika do takiej rozgrywki są pożyteczni idioci Putina, tacy jak Salvini i Orban oraz zapędzone przez przyjaźń z Węgrami nasze dyplomatołki. To ten tercet ma przygotować propagandowy grunt, do sytuacji, jak Putin, nie mogąc tłoczyć gazu do Niemiec, będzie musiał się na serio zająć Ukrainą. Medialny ostrzał już się zaczął. Rosjanie finansują dziennikarzom z różnych krajów wyjazd do Odessy na rocznicę masakry w Domu Związkowym. Rocznica nieudanego zajęcia Odessy przez „zielone ludziki” ma udowodnić wolnemu światu, jacy to banderowcy są źli.

Putin robi to wiedząc, że Ukraina – w razie czego – nie może liczyć na zapowiadaną pomoc Stanów Zjednoczonych. Bo niby jak Amerykanie mieliby się tam dostać? Z nielubiącej Ukraińców dzięki rządom PiS Polski, czy sprzymierzonych mentalnie i nie tylko z Putinem Węgier i Turcji?
Władimir Władimirowicz wie, że Biden ma mocno związane ręce i żadnych argumentów by zdusić inwestycje w Nord Stream 2. Może zatem liczyć na to, że amerykański prezydent za zachowanie resztki twarzy w sprawie gazociągu poprzez umycie od niego rąk, nie da Putinowi pretekstu do interwencji na Ukrainie.

Rosyjski prezydent musi coś ugrać. Rosjanie muszą go znów jąć postrzegać jako zwycięzcę. Obciach, którego sobie narobił z uwięzieniem Nawalnego, rozlał się po Rosji zbyt mocno. Zbyt wielu Rosjan zobaczyło też film z posiadłością Władimira Władimirowicza. Kreml potrzebuje na gwałt sukcesu. Najgorsze jest to, że dokończenie Nord Stream 2 to może dla publiki rosyjskiej za mało. Zwłaszcza, że koronawirus i niskie ceny ropy nie dają Moskwie pieniędzy, którymi mogłaby uspokoić sytuację. Niestety – jak strasznie z naszej perspektywy by to brzmiało – Donbas i Ługańsk wkrótce Ukraińskie już nie będą. Jednak nie podzielą losu Krymu i nie zostaną inkorporowane. Będą jak Naddniestrze i Abchazja. Wrzodem na tyłku Ukrainy, skutecznie uniemożliwiającym jej bycie branym pod uwagę jako sojusznik militarny Stanów Zjednoczonych.

Ciekawe jednak jak w tej sprawie zachowają się Chiny? Najprawdopodobniej z właściwym sobie dystansem. Pekinu nic tak przecież nie cieszy, jak to, że Waszyngton będzie miał wzrok skierowany gdziekolwiek, miast kombinować następną akcję w wojnie handlowej z azjatyckim gigantem. Biden zajęty Putinem, to dla Xi Jinpinga najlepsza wiadomość. Dzięki temu Chiny mogą spokojnie robić to co robią i wzmacniać swoje wpływy w każdym kraju, który ani na Rosję, ani na USA liczyć nie może. Choćby w Birmie.

Biden, Putin i koń Kaliguli

Rosja przez pewien czas po wyborze Joe Bidena prezydentem USA zachowywała wstrzemięźliwość w komentarzach politycznych. Później jednak działania ekipy Bidena zaczęto odbierać jako wręcz próbę organizowania i prowokowanie konfliktów innych państw z Rosją. Wskazywano na dostawy sprzętu bojowego i doradców wojskowych na Ukrainę, zwiększenie obecności okrętów amerykańskich na Morzu Czarnym, zamknięcie portów litewskich dla towarów rosyjskich. Stwierdzano, że USA nasiliły niedopuszczalne naciski polityczne na swoich sojuszników z NATO, aby powstrzymać budowę Nord-Stream-2.

Rosja uważa, że wznowienie pretensji niektórych kręgów politycznych Japonii w sprawie Wysp Kurylskich również odbywa się z inspiracji USA, aby zablokować wyjście rosyjskiej floty na Pacyfik. Przyznawano, że Rosja, co prawda, na początku lat 90-tych widziała możliwość dyskusji w sprawie wysp, ale wtedy była słaba po rozpadzie Związku Radzieckiego. Od tamtego okresu Rosja się umocniła i dokonane zmiany w konstytucji nie pozwalają na przekazywanie komukolwiek terytoriów będących w jej władaniu. Nadzieje Japonii na zwrot Wysp Kurylskich są więc bezprzedmiotowe.
Czara goryczy się przelała, gdy Biden oskarżył Władimira Putina o ingerencję w wybory na korzyść Donalda Trumpa i sprowokowany przez dziennikarza zgodził się, że Putin ma krew na rękach i jest „zabójcą” pozbawionym „duszy”.
Po wypowiedzi Bidena w rosyjskich oficjalnych i społecznościowych środkach masowej informacji zawrzało. Takie słowa o przywódcy państwa uznano za rzecz niespotykaną w dyplomacji i „chamstwo”. Nasiliła się krytyka środowiska Bidena, że nadużywa słabości człowieka, który ma wyraźne braki w pamięcią. Oficjalne komentarze rosyjskie wskazują, że dwukrotne potknięcie się Bidena na trapie przy wejściu do samolotu trudno tłumaczyć wiatrem. Biden ma wyraźne problemy z koncentracją, przy podpisywaniu dokumentów długo patrzy na długopis i „mamrocze” pod nosem, że nie wie, co podpisuje. Myli imię swego największego wroga Donalda Trumpa. Nie pamięta nazwisk swoich współpracowników. Pojawia się tylko na oficjalnych uroczystościach i odczytuje przygotowane mu wystąpienia.
W komentarzach rosyjskich podkreśla się ponadto, że prezydentura jest dla Bidena ukoronowaniem jego czterdziestoletniej kariery politycznej, a teraz dziwnym trafem ukrywa się on przed dziennikarzami i jako jedyny prezydent USA bardzo długo nie spotkał się po wyborach z nimi w otwartej dyskusji. A kiedy w końcu spotkał się w ostatnich dniach marca, to odpowiadał tylko na zadane wcześniej na piśmie pytania i nie podjął wielu ważnych problemów, w tym stosunków z Rosją. Być może wynika to z ograniczonych możliwości fizycznych i psychicznych Bidena. Putin odpowiadając Bidenowi życzył mu przed wszystkim „dobrego zdrowia”. Niektórzy dopatrzyli się w tym sugestii, że w Rosji nie obrażają się na chorych. Putin życząc Bidenowi zdrowia, najzwyczajniej ulitował się nad chorym człowiekiem. Ale bardziej radykalni komentatorzy polityczni w USA dostrzegli w tych życzeniach zapowiedź rychłej śmierci Bidena. Ujrzeli długą rękę Kremla.
U was linczują Afroamerykanów
Rosjanie podkreślają, że oskarżanie przywódców innych krajów nie jest niczym nadzwyczajnym w amerykańskiej polityce. Tacy ludzie jak Biden linczowali Afroamerykanów w przeszłości oraz dokonali atomowych bombardowań Hiroszimy i Nagasaki, chociaż nie było ku temu żadnych militarnych przyczyn. Poza tym Putin przypomniał dziecięce porzekadło: „kto kogoś przezywa, ten sam się tak nazywa”. Można w związku z tym zrozumieć, że to Biden sam jest „bezdusznym mordercą”, ponieważ jako wiceprezydent sankcjonował uderzenia bezzałogowych dronów w innych krajach, w wyniku których zginęło 117 zwykłych obywateli, wliczając w to dzieci. Atak na Putina nie uznano za zbyt rozsądny, zwłaszcza, że Stany Zjednoczone mają problemy w stosunkach z Chinami. Poza tym, atak ten odzwierciedla punkt widzenia większości amerykańskich analityków, widzących w Putinie zwornik całego systemu politycznego Rosji i jego rozpad po dyskredytacji Putina…
Sytuacja jest dość niezręczna z ludzkiego punktu widzenia, ale życzenia dobrego zdrowia dla Bidena nie są zwykłą grzecznością Putina, tylko stanowczym atakiem przeciwko politycznemu otoczeniu Bidena, kompleksowi militarno-przemysłowemu, oskarżeniem ich, że nadużywają niedyspozycje chorego człowieka dla swoich celów politycznych. Putin wskazał przy tym, że Rosja nie ma potrzeby mieszania się w wybory w USA, ponieważ od lat bez względy na to, kto wygra wybory w Stanach Zjednoczonych, to polityka USA wobec Rosji zawsze pozostaje niezmienna. Rosja trwale pozostaje najgorszym wrogiem.
W ostatnich dniach rosyjska retoryka gwałtownie zaostrzyła się. Przybrała bardziej polityczny charakter. Przypomniano, że wcześniej w podobny sposób czarną kartkę dano Slobodanowi Miloševiciowi, Saddamowi Husajnowi, Muammarowi al-Kaddafiemu. Wskazano tez do jakich bezprawnych środków odwołano się aby ich zniszczyć. Zapowiedziano, że te scenariusze wobec Rosji i Putina nie sprawdzą się.
Ewentualna choroba Bidena i koń Kaliguli
Wydaje się, że wyższy od współczesnych polityków poziom świadomości sprzeczności pomiędzy kompetencjami urzędników a stosunkami społeczno-ekonomicznymi i politycznymi, miał cesarz Kaligula. Wybrał on jednak bardzo specyficzny sposób rozwiązania tej sprzeczności – mianował on swego konia senatorem i chciał później uczynić go Pierwszym Konsulem Imperium. Paradoksem jest to, że ten z pozoru bezsensowny czyn ma swoje logiczne i polityczne uzasadnienie również w dniu dzisiejszym. Przypomniał i analizował ten problem Jan Kurowickii.
Na nic zdały się argumenty przeciwników tej nominacji, że koń jest zwierzęciem i nie ma rozumu politycznego czy administracyjnego, że nie ma odpowiednich manier, nie umie zachowywać się przy stole, że nie ma odpowiedniego stosunku do religii, tradycji czy prezencji zewnętrznej. W ocenie Kaliguli koń miał bowiem jedną niepodważalną zaletę, był niezdolny do intryganctwa, pozostawał lojalny i wierny, był mądry mądrością wszystkich doradców. Nawet w czasach współczesnych wielu urzędników i deputowanych do ciał przedstawicielskich, szczególnie tych pochodzących z wyborów powszechnych, podobnych jest do konia Kaliguli – Incitatusa. Z uwagi na ogrom dziedzin podlegających władzy administracji państwowej, poszczególni urzędnicy często posiadają w niektórych podległych sobie dziedzinach kompetencje na miarę rozumu końskiego, chociaż nie jedzą owsa czy siana. Ale w związku z tym, jak pisał Kurowicki „Nic nie musi iść na opak, a podejmowane decyzje będą na miejscu i kompetentne, gdy otoczy go odpowiednio ukształtowana struktura rządzenia czy zarządzania. Każda bowiem decyzja może być w jej obrębie odpowiednio przygotowana i podsunięta do zatwierdzenia; każdy też, za przeproszeniem, koński czyn, czy gest władcy […] może dojść (lub nie dojść) do skutku zależnie od tego, jaka jest otaczająca go struktura (zaplecze) i stopień, w jakim je kontroluje”ii. Mądrość konia zależy więc od stajni i stajennych, którzy go otaczają i odwiedzają.
Trzeba przyznać, że Biden ma za sobą długą karierę polityczną, co przemawia na jego korzyść. Był piątym najmłodszym senatorem, przewodniczył Senackiej Komisji Spraw Zagranicznych i Sądownictwa, starał się dotrzeć do przeciwników wojny w Wietnamie, występował przeciwko przemocy domowej i napastowaniu seksualnemu kobiet, potępiał działania militarne w Iraku, popierał ruchy ekologiczne. Po wygranych wyborach prezydenckich 11 marca 2021 Joe Biden podpisał „Amerykański Plan Ratunkowy”, zakładający m.in. jednokrotne wypłacenie 1400 dolarów wszystkim dorosłym obywatelkom i obywatelom (skąd to znamy? Wielki kapitał rozdaje pieniądze, aby nie dopuścić do spadku cen i deflacji…).
Zdaniem Kurowickiego przykład konia Kaliguli „Pozwala […] zakwestionować oświeceniowe złudzenie, jakoby o efektywności władzy decydowały kompetencje, rozum i wola tych, co ją bezpośrednio z najwyższego szczebla sprawują. Więcej! Nawet najbardziej kompetentne i rozumne działania owych sprawujących władzę są zawsze (bezpośrednio lub pośrednio) determinowane przez konkretne układy sił w obrębie ich zaplecza”iii.
Wypływają z tego wnioski dla sprawujących władzę, podległych im urzędników i służących radą uczonych doradców. Przywódca, który nie będzie zdawał sobie sprawy z uzależnienia od swego otoczenia i zaplecza, nawet jeśli będzie najbardziej kompetentny i wykształcony, zostanie obalony przez swoje otoczenie i przestanie pełnić przywódczą rolę. O wiele łatwiej jest z przywódcą, który nie wie, co się z nim dzieje. Podwładny zaś i doradca, który będzie manifestacyjnie okazywał swoją kompetencję i wyższość intelektualną w stosunku do przywódcy i otocznia, zostanie usunięty również ze swego stanowiska. Podwładny, aby zająć pozycję i utrzymać ją, musi zatem wykazać się sprytem i umieć wykorzystywać nadarzające się sprzyjające okoliczności dla realizacji swoich propozycji.
O pozycji osób przewodzących i podwładnych decyduje bowiem nie tylko wiedza, ale również wyobraźnia historyczna i socjologiczna, a przede wszystkim zdolność do reprodukcji stosunków w najbliższym otoczeniu, zarówno tych towarzysko-zawodowych, jak i społeczno-politycznych. Krótko mówiąc decydują interesy osobiste i grupowe, bieżące i perspektywiczne. Obecnie każdy doradca nie tylko Bidena, ale i innych przywódców, musi gwarantować utrzymanie ich przywódczej roli, a ponadto musi zapewniać warunki do reprodukcji kapitalistycznych stosunków społeczno-ekonomicznych i politycznych. Musi też swoimi radami wspierać danego przywódcę w umocnieniu USA i globalnej ekspansji kapitału amerykańskiego. Tym bardziej, że w USA doszły obecnie do władzy te grupy kapitału, które zainteresowane są w dalszym rozwoju procesu globalizacji.
Z przypadku Incitatusa wynika, że nawet gdyby kandydat do sprawowania władzy był niekompetentny lub nijaki, ale zdolny do służenia celowi zasadniczemu, zostawał przez system wyposażony w te cechy, których osobiście mógł nie mieć. Roland Reagan, jak wiadomo cierpiał na chorobę Alzheimera, ale jego otoczenie potrafiło przygotowywać go do wystąpień publicznych. Czyżby nie chciało tego ryzykować z Bidenem?
Wystarczy, że jakaś partia wygra w Polsce wybory parlamentarne, a natychmiast pojawiają się ludzie z odpowiednimi „kwalifikacjami”, czy to członkowie tych partii, czy członkowie ich rodzin, czy znajomi. A gdy zajdzie potrzeba dokonuje się nawet transferów między klubami parlamentarnymi. Tak, czy owak, wszystkie boksy w stajni zostają zapełnione, a obsługa znajdująca się w cieniu dba o to, by interes kręcił się nadal…
Biden potrafi
Nie inaczej było zapewne również z Bidenem. Naśmiewanie się z niego, że czegoś nie potrafi, jest pozbawione głębszego sensu, bo władza polityczna to bardziej skomplikowany mechanizm, chyba, że chodzi o rozgrzeszenie pozostałych członków systemu decyzyjnego…
Biden ma oczywiście wielu podwładnych sobie urzędników, którzy bardzo dbają o niego. Idealny podwładny, zdaniem Kurowickiego, nie jest, wbrew powszechnym mniemaniom, ten, kto posiada doskonałe kwalifikacje do zajmowania danego stanowiska oraz odpowiednie cnoty moralne i obywatelskie. W rzeczywistości „Działają […] zgodnie z obowiązującymi w danej strukturze normami i zasadami, zadowalając się swym miejscem w danej strukturze. Przy czym nie przesuwają się oni w hierarchii struktury ani w górę, ani na boczny tor, ale też starają się nie spaść w dół. Gdyby bowiem mieli (i ujawnili) ambicje awansu, idealnymi podwładnymi już by nie byli. Stwarzaliby zagrożenie tym, co bezpośrednio nimi kierują lub dostarczali pretekstu do posądzenia, że działają nie z nakazu czystej sumienności, dla »sprawy«, a dla kariery, by być zauważonym i wyniesionym. Wystarczy tedy, aby dbali o to jeno, by ich nie zdegradowano albo przesunięto na boczny tor. […] Na przykład, gdy zauważy, że »góra« ma kwalifikacje na poziomie konia i popełnia ewidentne błędy, nie tylko nie wolno mu wprost zgłaszać zastrzeżeń do jej decyzji, ale, jeśli tylko może, tak musi wpływać na działania tej góry, by skutki nie szkodziły strukturze. Inaczej zagrozi sobie i swojej pozycji. Jest więc (wraz z innymi) ogonem, który czasami musi machać koniem”iv. Tak więc nie tylko w USA przywódcy się zmieniają, ale problemy i główne cele polityczne pozostają bez zmian…
Idealny podwładny, zdaniem Kurowickiego, nie powinien wynosić się ze swoimi kwalifikacjami ponad równych sobie stanowiskiem, jak i niżej stojących. Powinien chcieć żyć i dawać żyć innym, o ile ktoś nie kwestionuje jego kompetencji i nie podważa jego statusu. Dlatego zawsze będzie po stronie silniejszych w danym układzie personalnym, nawet gdyby to pociągało za sobą konieczność podejmowania działań czy decyzji niekompetentnych, lub wymagało nie dostrzegania ich. Sam zaś występować będzie przeciwko słabszej mniejszości, nawet jeśli po jej stronie będą racje merytoryczne i będzie z nią nieoficjalnie sympatyzował. Ponad te racje i prawdę przedłoży bowiem własną obecność w strukturze na danym stanowisku. Nie omieszka natychmiast przyłączyć się do mniejszości, gdy tej uda się zwyciężyć. Musi przy tym zawsze manifestować swoją partnerskość, otwartość, życzliwość i chęć służenia pomocą każdemu. „Konsekwencją tego wszystkiego jednak jest (bo być musi) coś paradoksalnego: obecność licznych, niekompetentnych działań lub decyzji idealnego podwładnego. I to mimo jego najdoskonalszych kwalifikacji! Co więcej: podjęte zostaną one przez niego z pełną świadomością. Te bowiem niekompetentne działania czy decyzje mają charakter nie podmiotowy, lecz strukturalny. Z jednej oto strony musi ów podwładny działać kompetentnie, bo […] tego wymaga jego status; z drugiej musi niejednokrotnie o swych umiejętnościach zapominać, jeśli chce utrzymać się w strukturze. Sprzeczność między jednym i drugim sprawia wszakże, że tylko drobna część jego działań będzie na miarę jego możliwości. Reszta zaś to osłanianie końskich kwalifikacji szefa, przymykanie oczu na błędy równych sobie lub niżej postawionych”.
Powinniśmy więc w działaniach poszczególnych przywódców w większym stopniu dostrzegać polityczną rolę ich najbliższego otoczenia. Jeśli więc Biden jest rzeczywiście chory, to czyni to całą sprawę bardzo nieprzyjemną z moralnego punktu widzenia. Jeśli zaś Biden jest zdrowy, to zapowiada to gwałtowne zaostrzenie stosunków międzynarodowych i nowe co najmniej lokalne wojny prowadzone przez USA cudzymi rękoma. Tak czy owak wywiad z Bidenem, w którym nazwał Putina „zabójcą”, który nie ma „duszy”, musiał być starannie przygotowany. Powstaje tylko pytanie: przez kogo i w jakim celu?
Sytuacja z Bidenem, jako żywo, przypomina ponowny wybór Borysa Jelcyna prezydentem Rosji. Pomimo zaawansowanej choroby Jelcyn został przez swoje otoczenie wystawiony w wyborach i musiał rywalizować z popularnym wówczas komunistą Giennadijem Ziuganowem. Po pół roku Jelcyn przekazał władzę Putinowi. Również dla Bidena wielu obserwatorów przypisuje przejściową rolę.
Koń Kaliguli, jeśli chodzi o kompetencje, przypominał osoby losowane na stanowiska przez starożytnych Ateńczyków. Osoby losowane w odróżnieniu od konia mogły nabywać doświadczenie i uczyć się bycia końmi. Koń zaś nie musiał uczyć się urzędowania i był „koński” z natury. Trwałość demokracji w warunkach jej medializacji wymaga, by miała ona swoje stajnie i swoje zaprzęgi konne, niezależnie od tego, że podlegają one okresowej krytyce i wymianie. Niestety mechanizm funkcjonowania każdej władzy jest podobny…

Powrót do przyszłości?

Szczyt chińsko-amerykański w Anchorage na Alasce zaczął się jak w hollywoodzkim filmie grozy. Od politycznego trzęsienia ziemi.

Zamiast tradycyjnego, kurtuazyjnego, grzecznego powitania delegacja chińska usłyszała od szefa amerykańskiej delegacji bezpardonową krytykę. Sekretarz Stanu USA wyraził „głębokie zaniepokojenie działaniami podejmowanymi przez Chiny, zwłaszcza w Sinkiangu, Hongkongu i na Tajwanie”. Anthony Blinken oskarżył też Chiny o cyberataki na USA i presję ekonomiczną wywieraną na międzynarodowych sojuszników Stanów Zjednoczonych.
„Każde z tych działań zagraża zasadom, na których opiera się światowy ład”, podsumował.
Po takim, niezgodnym z tradycyjnym protokołem dyplomatycznym powitaniu, głos zabrał chiński minister Yang Jiechi.
”USA już nie mogą mówić do nas z pozycji siły”, oświadczył. Nie mogą też recenzować innych państw z przestrzegania praw człowieka i ochrony praw mniejszości narodowych skoro władze USA nie przestrzegają praw człowieka u siebie i łamią prawa mniejszości etnicznych należne ich obywatelom. Na dowód wymienił liczne przykłady takich działań, zwłaszcza ruchu Black Live Matters.
„Stany Zjednoczone wykorzystują swoją siłę militarną i hegemonię finansową do narzucania swoich rządów i uciskania innych krajów, stwierdził minister Yang. Zarzucił administracji USA, że dla niej „bezpieczeństwo narodowe to tylko wymówka do utrudniania normalnej wymiany handlowej i podżegania niektórych krajów do atakowania Chin”.
Na koniec skierował ku gospodarzom spotkania radę: „USA powinny postarać się polepszyć swój image i porzucić wysiłki, by eksportować swój model demokracji. Bo bardzo wielu samych Amerykanów ma coraz mniej zaufania do demokracji w USA”.
Następnie obie delegacje przystąpiły do zaplanowanych rozmów. Ale już bez udziału mediów. A media gorąco relacjonowały pierwsze słowne starcie obu delegacji. Przewidując starcia kolejne, jeszcze bardziej gorące.  
Nowe czasy, nowy styl
Inauguracyjne wystąpienie sekretarza stanu Blinekena przypominało taktykę radzieckich wojskowych, zwaną „rozpoznanie przez walkę”. Polegała ona na gwałtownym ataku na siły wroga. Te odpowiadając na atak, ujawniały swoje zasoby, styl i wole walki. Taktyka taka była i jest skuteczna, ale zwykle przynosi duże straty atakujących.
Dowodzi też, że strona atakująca nie ma dobrego rozeznania sił przeciwnika i przede wszystkim nie ma jeszcze koncepcji prowadzenia wojny.
Spotkanie delegacji chińskiej i amerykańskiej w Anchorage dowiodło, że administracja nowego prezydenta USA Joe Bidena nie ma jeszcze nowej polityki wobec Chin.
Chce jednie powrotu do czasów minionych. Kiedy USA było jedynym światowym mocarstwem militarnym i jedynym hegemonem gospodarczym.
Kiedy administracja USA i politycy państw Sojuszu Północnoatlantyckiego przekonywali elity polityczne całego świata, że tylko zachodni system demokracji parlamentarnej oraz liberalnej, kapitalistycznej gospodarki rynkowej jest jedynym, który zapewnia nieustanny wzrost gospodarczy. Szczęście i bogacenie się obywateli całego świata.
I jako depozytariusz tego najlepszego na świecie modelu polityczno- gospodarczego mogą recenzować i pouczać inne państwa. Zwłaszcza kopiujące tren model u siebie.
A czasem warunkować przyznanie pomocy gospodarczej, technologicznej, humanitarnej nawet, koniecznością wprowadzenia u siebie modelu amerykańskiej demokracji i standardów praw człowieka.
Jednak ostatnie trzydzieści lat rozwoju Chin jednoznacznie udowodniły, że istnieją inne drogi prowadzące do wzrostu gospodarczego, poczucia szczęścia obywateli i przede wszystkim likwidacji ubóstwa.
Tym samym czasy hegemonii jednego mocarstwa i jednego modelu szczęścia skończyły się. Mamy teraz świat zglobalizowany, ale wielobiegunowy. Świat w którym międzynarodowe elity polityczne i gospodarcze mogą wybierać sobie modele rozwoju zgodnie z lokalnymi uwarunkowaniami i specyfikami.
Świat Henry Forda przekonującego, ze każdy może mieć samochód, pod warunkiem, że będzie to produkt Forda, to przeszłość. Warto by administracja nowego prezydenta Bidena miała tego świadomość.
Ciąg dalszy nastąpi
Pierwszą lekcję „nowego światowego ładu” już otrzymała. Po inauguracyjnym „trzęsieniu ziemi” na Alasce, pierwsze chińsko- amerykańskie spotkanie w nowym sezonie politycznym zakończyło się zgodnie i bezkonfliktowo.
Ustalono, że oba państwa stworzą grupę roboczą zajmującą się problemami polityki klimatycznej. Zadeklarowano ułatwienia pracy dyplomatów i dziennikarzy w obu krajach. Zaś inne kwestie, jak polityki obu państw wobec Afganistanu i Iranu będą rozwiązywane na bieżąco kanałami dyplomatycznymi.
Spotkanie w Anchorage uznano za pierwszy krok w powrocie do normalności w stosunkach między Chinami i Stanami Zjednoczonymi. Zwyciężyła pragmatyczna wola współpracy na bezspornych, wspólnych polach.
Zamiast oczekiwanego przez media horroru, zapowiada się serial o współpracy. Z oczekiwanymi już zwrotami akcji.

Ponura rocznica

18 lat temu, 20 marca, rozpoczęła się agresja koalicji państw pod przewodnictwem USA na Irak. Polska, rządzona wtedy przez rząd mieniący się lewicowym, ochoczo wzięła udział w tej awanturze u boku rydwanu światowego hegemona. Na koncie SLD zawsze pozostanie ta haniebna decyzja, choć gwoli sprawiedliwości wypada odnotować, że ktokolwiek by wtedy nie rządził, zapewne postąpiłby tak samo. Tak bardzo nasi politycy byli i są zaślepieni amerykanizmem i serwilizmem.

Inwazja na Irak została zorganizowana przy pomocy kilkunastomiesięcznej agresji medialnej przygotowującej światową opinię publiczną do wojny. Niezależne, ponoć wolne media i ich funkcjonariusze – zwani przez przypadek tylko dziennikarzami – bezkrytycznie powielali to, co przedstawiała administracja amerykańska prezydenta Busha jr,. stając się tym samym jedną z aktywnych stron tej neokolonialnej awantury. Za atakiem na Irak lobbował m.in. ówczesny wiceprezydent Dick Cheney (w latach prezydentury Busha seniora sekretarz obrony), z rodziny ściśle związanej z naftowym gigantem światowym Halliburton Company. Sami Bushowie także zajmowali uprzywilejowaną pozycje na firmamencie przemysłu naftowego w USA. Najbardziej zyskały na obaleniu Saddama Husajna, wchodząc aktywnie na irackie tereny roponośne, naftowe firmy z USA, Halliburton Company w pierwszej kolejności.
O agresji na suwerenny kraj zdecydowano wbrew wszelkim międzynarodowym prawom. Rada Bezpieczeństwa ONZ z jesieni 2002 r. w rezolucji nr 1441 dawała Irakowi 30 dni na ostateczne przedstawienie dowodów zniszczenia broni masowego rażenia i dopuszczenie inspektorów ONZ do wszystkich obiektów na terenie Iraku. Prowadzona intensywnie z racji rosnącej presji Amerykanów międzynarodowa inspekcja absolutnie nie potwierdziła obecności tego typu broni na terenie Iraku. Sekretarz Generalny ONZ Kofi Annan potwierdzał swym autorytetem te ustalenia, sprzeciwiając się akcji zbrojnej. Trzech stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ: Chiny, Rosja i Francja podkreślało, że art. 42 Karty ONZ wyraźnie zabrania militarnego naruszenia granic suwerennego państwa bez osobnej rezolucji Rady Bezpieczeństwa. Przeciwko planowanemu atakowi na Irak wypowiedziała się większość członków Rady Bezpieczeństwa – trzech z pięciu stałych (z których każdy ma prawo weta) oraz 7 z 10 członków niestałych.
Z czasem okazało się, iż oskarżenia Iraku o posiadanie broni masowego rażenia i groźba przekazania jej międzynarodówce terrorystycznej (o co oskarżali Jankesi Saddama) są pospolitym kłamstwem. Chodziło tylko o to, żeby zdobyć uznanie i akceptację dla inwazji. Medialna ściema z bronią masowego rażenia jakoby posiadaną przez Irak, którą ochoczo powtarzali także polscy dziennikarze, niebezpiecznie przypomina mi prowokację gliwicką, której ofiarą padł nasz kraj w 1939 roku. Nie wstyd wam, polscy publicyści? Chyba nie, bo nie widziałem, żeby ktokolwiek za dezinformację czy chociaż za pochopne przepisywanie po Amerykanach przeprosił.
Działania wojenne Stanów Zjednoczonych zostały oficjalnie nazwane operacją Wyzwolenie Iraku (potem: Wolność Iraku). Tymczasem 21 października 2006 r. prestiżowy brytyjski magazyn medyczny „The Lancet” podał, ile mogło paść ofiar po stronie irackiej tylko między marcem 2003 a czerwcem 2006 i poraził czytelników liczbą 655 tys. osób, w większości cywilów. Taka to „wolność”, „liberalna demokracja” i „jakość życia człowieka” przybyła nad Eufrat nad obcych bagnetach. Tak, Saddam Husajn również popełniał zbrodnie – lecz czyż po jego obaleniu nie miało być lepiej? Zresztą nie zapominajmy, że jego niedemokratyczne rządy bardzo długo Amerykanom nie przeszkadzały. Obalono go, bo przestał być potrzebny.
Przez pewien czas, tuż po samej agresji i do momentu instalacji rządzących w Bagdadzie marionetek amerykańskich, władzę nad krajem sprawowali de facto gubernatorzy mianowani przez Waszyngton. Jednym z nich został były polski premier lewicowego rządu RP Marek Belka. Eufemistycznie tę posadę nazywano przewodniczącym Międzynarodowego Zespołu Konsultacyjnego ds. Iraku. Była to jedyna, nagroda podarowana przez hegemona Polsce w podzięce za uczestnictwo w całej brudnej eskapadzie. O nigdy niespełnionych korzyściach gospodarczych, jakie mieliśmy w nagrodę pozyskać, którymi już ekscytowali się polscy pismacy… przez litość nie wspomnę. Nie mogę za to pominąć dalszych losów „przewodniczącego zespołu”. Dziś Marek Belka, eurodeputowany z listy lewicy do PE, prominentny członek frakcji S&D nawołuje głośno do kolejnych sankcji wobec Rosji w związku z aneksją Krymu. Chciałoby się w perspektywie jego udziału w podboju i zniszczeniu Iraku, podporządkowaniu tego państwa amerykańskim interesom zawołać; „panie europośle, może ciszej nad tą trumną ?”. Nie kto inny jak jeden z filarów myśli europejskiej, do których korzeni antycznych tak lubimy się odwoływać, nieśmiertelny Sokrates miał mówić „zacznij od siebie”, kiedy chcesz oceniać innych.
Niewiele osób z tzw. „świecznika” miało wówczas odwagę sprzeciwiać się jawnie i głośno tej hucpie, działaniom wbrew żywotnym interesom Polski. Gdy o „sojuszniczych zobowiązaniach” i przyszłych korzyściach rozprawiali prezydent Kwaśniewski czy premier Miler, głos rozsądku drukowały jedynie tygodniki ”Przegląd” i „NIE” czy miesięcznik „Dziś”. Personalnie krytykowali tę decyzję prof. Ludwik Stomma, Andrzej Walicki, Bronisław Łagowski, arabiści polscy jak Janusz Danecki czy Marek Dziekan. Ich głos tonął jednak w proamerykańskim, wojennym pohukiwaniu głównego nurtu. Dziś nad owym epizodem dziejów III RP się milczy – ci, którzy z taką ochotą rozbierali daleki kraj, nie są dziś chętni, by przeprosić i przyznać się do błędu politycznego. Tłumaczenia Aleksandra Kwaśniewskiego, że Amerykanie nas oszukali (a bo to nas pierwszych?!), nic nie wyjaśniają i nie zmywają irackiej hańby.
Filozof i myśliciel, prof. Uniwersytetu Wrocławskiego, Adam Chmielewski w eseju Polskie zjawy polityczne daje w kontekście tej ponurej rocznicy celną opinię, która dokładnie opisuje degenerację i jedną z przyczyn marginalizacji lewicy w Polsce. Jego zdaniem Polska rządzona przez SLD „….W celu pozyskania uznania i aprobaty ze strony administracji amerykańskiej (…) postanowiła przyłączyć się do koalicji chętnych do udziału w agresji na Irak, choć decyzja ta zantagonizowała Polskę z jej partnerami w UE, którzy w zdecydowanej większości uchylili się od udziału w tej kłamliwie uzasadnianej wojnie. (…) Sojusz Lewicy Demokratycznej zapłacił polityczną cenę za neoliberalną politykę i za nieprzemyślany udział w interwencji w Iraku”.
Patrząc na poczynania aktualnych liderów polskiej lewicy refleksji nad tą smutną sprawą nie widać. Aleksander Kwaśniewski to dziś jeden z idoli sejmowej Lewicy. Szkoda, bo uczciwa pamięć o irackiej hańbie mogłaby być lakmusowym papierkiem, iż przynajmniej w głowach owych, mieniących się lewicą, polityków coś się zmienia.