Wybili się na samowystarczalność

To, że USA zaczęły sprzedawać więcej ropy niż kupować, to wiadomość dobra dla naszego kraju.

 

Według danych departamentu energii, Stany Zjednoczone stały się właśnie krajem per saldo dostarczającym światu ropę i jej produkty – a nie kupującym je.
Jak wynika z najbardziej aktualnych obliczeń, USA w ostatnim tygodniu listopada wyeksportowały więcej ropy i jej produktów niż zakupiły ich na świecie.
Osiągnięte zostało dodatnie historyczne saldo wymiany handlowej wynoszące 231 tys. baryłek dziennie.

 

Import spada, eksport rośnie

Ta nadwyżka wynika z obserwowanego, silnego obniżenia importu w listopadzie. Średni import ropy przez USA w całym tym miesiącu wyniósł 7,6 mln baryłek dziennie (podczas gdy amerykańskie wydobycie wyniosło 11,7 mln baryłek dziennie), natomiast w ostatnim tygodniu listopada tylko 7,2 mln.
Dodatkowo eksport zwiększył się o 760 tys. baryłek dziennie i wynosił 3,2 mln baryłek.
Cały czas jednak saldo wydobycia ropy pozostawało silnie ujemne – ale do obliczeń brany jest również bilans produktów ropy naftowej i częściowo wydobycia gazu.
Ponieważ z jednej baryłki ropy naftowej (42 galony) powstaje średnio 45 galonów produktów naftowych, to w samym procesie przerobu ropy pojawia się dodatkowo około 1 mln baryłek produktów naftowych dziennie (amerykańska benzyna jest eksportowana np. do Meksyku).
Bardzo mocno rośnie podaż produktów ciekłych (etan, propan, butan), które powstają w czasie przerobu gazu ziemnego oraz ropy naftowej. Ich produkcja wynosi ok. 4,5 mln baryłek dziennie, w większości są one eksportowane. One także wchodzą w bilans ropy naftowej i jej produktów. Dzięki rewolucji łupkowej w USA ich podaż wzrosła dwukrotnie w ciągu sześciu lat.

 

Cios w kartel producentów

W poprzedniej dekadzie Amerykanie importowali netto nawet 13 milionów baryłek dziennie ropy i jej produktów. To olbrzymia wielkość wynosząca ok. 15 proc. globalnego dziennego popytu. Stanowiło to także 25-krotność jednodniowego zapotrzebowania na ropę w Polsce.
Spadek zapotrzebowania na ropę i paliwa z zagranicy dało się zaobserwować w USA już od 2010 r., chociaż jeszcze wtedy deficyt wymiany handlowej tych towarów sięgał dziennie 10 mln baryłek. Dzięki rewolucji łupkowej malał on jednak sukcesywnie, by osiągnąć średni dzienny poziom we wrześniu tego roku na poziomie importu 2,27 mln baryłek. To była najniższa wartość przynajmniej od 1973 r.
Jak wskazuje portal Cinkciarz.pl , ten wynik prawdopodobnie się nie utrzyma, ale amerykańska niezależność energetyczna to już fakt – mimo że „oczyszczona” z tygodniowych wahań, stała nadwyżka, pojawi się za ok. dwa lata.
Wydarzenia na rynku surowców energetycznych zdecydowanie polepszają geopolityczną pozycję Stanów Zjednoczonych. Czy to może mieć także pozytywny wpływ dla Polski oraz Unii Europejskiej?
Fakt, że Amerykanie przestają wysysać ropę z całego świata, obniża ceny tego surowca, a więc ma pozytywne skutki dla krajów importujących ropę. Z kolei państwa należące do OPEC i Rosja czują się obecnie zagrożone, że premia, którą dotychczas uzyskiwały z eksportu „czarnego złota”, będzie się zmniejszać.
OPEC i Rosja próbują się ratować, zawiązując sojusz i ograniczając podaż, ale ma to tylko przejściowy pozytywny skutek dla tego kartelu. W kolejnych latach, dzięki rewolucji łupkowej w USA zarówno Polska, jak i cała Unia Europejska będą mniej płacić za ropę i jej produkty – a zatem więcej środków zostanie na inwestycje publiczne czy prywatne oraz konsumpcję gospodarstw domowych.

Przełom w światowym handlu

Prezydent Chin Xi Jinping i jego amerykański odpowiednik Donald Trump uzgodnili działania na rzecz ułatwień w dwustronnym handlu i zapowiedzieli utrzymywanie bliskich roboczych kontaktów – poinformował minister spraw zagranicznych Chin Wang Yi.

 

„Obaj prezydenci odbyli spotkanie w przyjaznej i rozluźnionej atmosferze i przeprowadzili głęboką dyskusję, która trwała dwie i pół godziny, znacznie przekraczając zaplanowany czas’ – powiedział minister Wang po spotkaniu, które odbyło się przy okazji szczytu grupy G20 w stolicy Argentyny Buenos Aires.

Było to pierwsze spotkanie obu przywódców od czasu wizyty prezydenta Trumpa w Chinach w listopadzie ubiegłego roku.

Według ministra Wanga obaj prezydenci osiągnęli znaczące porozumienie, a spotkanie wyznaczyło kurs relacji „chińsko-amerykańskich na przyszłość”.

Oba kraje ponoszą rosnącą odpowiedzialność za pokój i stabilizację na świecie i mają więcej wspólnych interesów niż dzielących je problemów – powiedział Wang.

Według słów ministra, prezydenci zgodzili się, że ich kraje „mogą i powinny” zapewnić sukces w dwustronnych relacjach, osadzony na zasadach współpracy, koordynacji i stabilności. Dodał też, że prezydenci Xi i Trump uzgodnili, że stosownym czasie wymienią wizyty.

Podczas roboczego obiadu obydwaj przywódcy odbyli „pozytywną i konstruktywną” rozmowę na tematy dotyczące gospodarki i handlu i uzgodnili, że nie będą więcej podnosić ceł.

Na rynek chiński trafi więcej importowanych z USA produktów, dzięki czemu stopniowo równoważyć się będzie bilans dwustronnej wymiany handlowej. Obie strony postanowiły otworzyć przed sobą swoje rynki wewnętrzne. Chiny w swojej polityce uwzględnią także słuszne zastrzeżenia strony amerykańskiej. Uzgodnienia zawarte między prezydentami będą teraz przedmiotem prac grup roboczych, których celem będzie wprowadzenie w życie tych ustaleń, co będzie wstępnym krokiem do dalszych negocjacji zmierzających do wycofania taryf celnych wprowadzanych w ostatnich miesiącach w możliwie jak najszybszym czasie i prowadzących do zawarcia obustronnie korzystnego porozumienia.

Konsensus, jaki został osiągnięty podczas spotkania głów państw nie tylko praktycznie powstrzymał dalszą eskalację napięcia w relacjach gospodarczych, lecz otworzył nowe perspektywy współpracy ku obustronnym korzyściom. Minister Wang wskazał, że korzyści wynikające z porozumienia chińsko-amerykańskiego nie ograniczą się tylko do tych dwu krajów, ale skorzysta nim cała gospodarka światowa, która dzięki niemu będzie miała zapewnione warunki do stabilnego wzrostu.

Obie strony uzgodniły również wzmocnienie współpracy w zakresie przeciwdziałania handlowi niedozwolonymi lekarstwami, w tym w szczególności fentanylem. Minister Wang dodał, że środki przedsięwzięte w tej sprawie przez Chiny spotkały się z pozytywnym odzewem na całym świecie. Chiny postanowił dodać fentanyl i pokrewne substancje do listy wyrobów objętych najściślejszą kontrolą.

Obie strony podtrzymały stanowisko w sprawie Tajwanu, a strona amerykańska potwierdziła, że będzie trzymać się polityki „jednych Chin”.

Wymieniono również poglądy na sytuację na Półwyspie Koreańskim. Chiny wspierają inicjatywę ponownego spotkania prezydenta Trumpa i przywódcy Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej Kim Dzong Una i mają nadzieję, że Waszyngton i Pjongjang spotkają się w pół drogi, aby uwzględnić wzajemnie swoje uzasadnione obawy i dzięki temu proces denuklearyzacji będzie mógł dalej postępować, prowadząc w ostatecznym efekcie do trwałego mechanizmu pokojowego na Półwyspie. Minister Wang podkreślił, że Waszyngton docenia pozytywną rolę odgrywaną przez Pekin w tym procesie i będzie utrzymywał w tym zakresie wymianę informacji i koordynował swoje działania z Chinami.

Amerykański kult sukcesu

Biblia była pierwszym „poradnikiem motywacyjnym” wspomagającą rozwój osobisty i zawodowy. Później przyszli Amerykanie i utworzyli cały rynek „psychologii sukcesu”.

 

Przywódca brytyjskiej Partii Pracy Clement Attlee powiedział kiedyś, że udostępnienie Anglikowi Biblii to rzecz niebezpieczna, gdyż znajdzie on w tej księdze różne koncepcje i pomysły, a później wyjdzie na ulicę aby je głosić. Brytyjscy protestanci nie ograniczali się do wychodzenia na ulicę. Wielu z nich wyruszyło za ocean do Kolonii Amerykańskich, gdzie mieli możliwość prowadzenia działalności kaznodziejskiej na szeroką skalę.
Nawoływanie do czytania Biblii i ciągłe powoływanie się na nią w otoczeniu ludzi niepiśmiennych było agitacją na rzecz walki z analfabetyzmem. Do tego potrzebne były szkoły, które z kolei stwarzały zapotrzebowanie na nauczycieli. Władze wielu stanów na różne sposoby wspierały uczelnie , które ich kształciły. Uczelnie te z czasem przekształcały się w uniwersytety. Kiedy Kolonie Amerykańskie stały się Stanami Zjednoczonymi procesy organizatorsko-edukacyjne uległy przyśpieszeniu. Szkoły odgrywały bowiem ważną rolę w kształtowaniu tożsamości obywateli Stanów Zjednoczonych, które w stosunkowo krótkim czasie stały się potęgą gospodarczą przyciągającą ogromne rzesze przybyszów z innych kontynentów.
Uczniowie szkół amerykańskich dowiadywali się i dowiadują, że są szczęściarzami, gdyż żyją w kraju wielkich możliwości. Tutaj w Ameryce każdy, kto jest inteligentny, pracowity i dzielny w przezwyciężaniu trudności może odnieść sukces-kupić elegancki samochód, założyć własną firmę, wybudować okazały dom i zgromadzić fortunę. Jak wiadomo mitologia narodowa zawsze odbiega od rzeczywistości. Kapitalizm amerykański wymusza dyscyplinę, wysiłek i rygorystyczne oszczędzanie, bez którego nie można opłacić surowo egzekwowanych rat i podatków. Skłania też do zdumiewającej mobilności w poszukiwaniu pracy, co powoduje, że stopa bezrobocia w Stanach Zjednoczonych jest względnie niska.
W czasach istnienia Związku Radzieckiego toczyły się-poufne i oficjalne – dyskusje na temat różnic w wydajności pracy w USA i ZSRR. Ludzie wychowani w duchu radzieckiej propagandy zastanawiali się, jak to jest, że w Kraju Rad, gdzie nie ma kapitalistycznych wyzyskiwaczy a robotnicy pracują „dla siebie” wydajność pracy jest niższa niż w Ameryce. „Ukochany kapitalista Kremla” Armand Hammer dał proste wyjaśnienie. Stwierdził, że system amerykański jest wydajniejszy, gdyż stawia ludziom wyższe wymagania.
Jednym ze skutków amerykańskiej mitologii narodowej jest fakt, że wielu Amerykanów sądzi, iż bezrobocie, brak wykształcenia i bieda to skutki lenistwa i pijaństwa. Jednym słowem biedacy są sami sobie winni. Inny skutek-to niechęć do przyznawania się do niepowodzeń. Amerykanin, który stracił pracę często utrzymuje, że sam z niej zrezygnował gdyż grozi mu popadnięcie w rutynę, a w nowym miejscu rozszerzy swoje doświadczenie zawodowe. W kraju wielkich możliwości nikt nie chce uchodzić za nieudacznika lub pechowca.
Obiektem powszechnego zainteresowania są ludzie sukcesu. Zwłaszcza ci, którzy zaczynali „od zera”, czasami nie mając formalnego wykształcenia, albo też zdobywając to wykształcenie w trudnych warunkach.
Dawno temu Donald Trump chciał uchodzić za jednego z tych,którzy do wielkiego majątku doszli sami. Tymczasem jego biografowie twierdzą, że ojciec przekazał mu wielką sumę na dobry start. Według niektórych były to 3 miliony dolarów, według innych-aż 38 milionów.. Tak czy owak o pionierskiej karierze finansowej obecnego prezydenta nie ma mowy. Brak też jasności co do jego rzeczywistego stanu majątkowego, gdyż Trump – wbrew dotychczasowej praktyce – w czasie kampanii wyborczej nie podał do publicznej wiadomości konkretnych informacji na ten temat. Być może zmusi go do tego nowowybrany Kongres w którym-jak wiadomo-większość ma Partia Demokratyczna.

 

Dale Carnegie ostrzega

Z czasem w USA powstała ogromna literatura na na temat ludzi sukcesu w różnych dziedzinach.
Jednym z klasyków tej literatury stał się Dale Carnegie. Jego książka „Jak zdobyć przyjaciół i wpływać na ludzi” – opublikowana po raz pierwszy w 1938 roku, wydawana była i jest w wielomilionowych nakładach. Przetłumaczona została na kilkadziesiąt języków , w tym i na polski. Przy jej pisaniu autor wykorzystał swoje osobiste-czasami bardzo trudne doświadczenia, ogromne oczytanie w literaturze z zakresu psychologii i historii, rozległą sieć kontaktów i nieprzeciętny spryt
Metodyczne i biograficzne książki Dale’a Carnegiego oraz jego działalność odczytowa w sumie zapoczątkowały sektor usług edukacyjnych obliczonych na samodoskonalenie i osiąganie sukcesów w różnych zawodach. Godny podkreślenia jest fakt,żę Carnegie wraz z praktycznymi radami dotyczącymi postępowania w życiu codziennym i w kontaktach biznesowych ostrzegał przed niebezpieczeństwem nacjonalizmu.
„Czy czujesz się lepszy od Japończyków? Prawda jest taka, że Japończycy uważają się za o wiele lepszych od ciebie. I tak np. konserwatywny Japończyk jest wściekły na widok białego człowieka tańczącego z japońską damą. Czujesz się lepszy od Hindusów w Indiach? Jest to twój przywilej, ale milion Hindusów czuje się o wiele lepszymi od ciebie, tak, że nie zniżyliby się do tego, aby łaskawie chociażby tknąć jedzenia na które padł twój cień i w ten sposób to jedzenie zanieczyścił.
Czujesz się lepszym od Eskimosów? Znów jest to twój przywilej. Tylko czy chciałbyś wiedzieć co rzeczywiście Eskimosi myślą o tobie? Wśród Eskimosów jest pewna ilość włóczęgów obijających się, unikających pracy. Eskimosi nazywają ich „białymi ludźmi”, co jest wyrazem krańcowej pogardy. Każdy naród czuje się wyższy od innych narodów. Powoduje to patriotyzm i wojny”.
Carnegie był studentem uczelni nauczycielskiej w Warrensburgu (Missouri), która obecnie stanowi University of Central Missouri. Obecnie na dziedzińcu Uniwersytetu znajduje się jego pomnik.

 

Prof. Wojciech Pomykało w oczach Amerykanów

W 1997 roku polski uczony prof. dr hab. Wojciech Pomykało uczestniczył w konferencji zorganizowanej przez University of Georgia z okazji dwusetnej rocznicy jego istnienia.
Gospodarz konferencji witając gości zagranicznych przedstawił ich sylwetki. Prof. Pomykało został przedstawiony znacznie obszerniej, aniżeli inni zagraniczni uczestnicy. Wymienione zostały ważne stanowiska partyjne i państwowe jakie profesor zajmował w czasach PRL. Następnie scharakteryzowano jego współczesną działalność naukową i organizatorską. Podczas przerwy w obradach prof. Pomykało dowiedział się skąd gospodarz konferencji uzyskał tak szczegółowe dane biograficzne. Okazało się, że w trakcie przygotowań do konferencji miejscowa prasa poinformowała o zaproszonych gościach zagranicznych. Wkrótce potem organizatorzy konferencji otrzymali anonimowy list od Polaka, który chciał zdyskredytować rodaka-profesora. W rozumieniu odbiorców listu fakt, iż prof. Pomykało w przeszłości pełnił ważne funkcje polityczne i administracyjne, a obecnie jest znanym uczonym i założycielem Wyższej Szkoły Społeczno-Ekonomicznej świadczy o jego wybitnych zdolnościach oraz pragnieniu działania na rzecz społeczeństwa. W tym duchu sylwetka polskiego profesora-człowieka sukcesu została przedstawiona amerykańskiemu i międzynarodowemu audytorium.

Dwie twarze USA

Jak informuje amerykański portal ABC News, jego doradca Jared Kushner, zięć i doradca Donalda Trumpa, uprawia aktywny lobbing na rzecz zwiększenia sprzedaży broni Arabii Saudyjskiej. Miał w tym celu odbyć rozmowy z przedstawicielami Departamentów Stanu i Obrony.

 

W maju ubiegłego roku podczas wizyty Trumpa w Rijadzie USA i Arabia Saudyjska podpisały ramowe porozumienie o dostawach amerykańskiego uzbrojenia na sumę 110 miliardów dolarów. Porozumienie to nie zawiera żadnych szczegółów dotyczących konkretnych kontraktów, płatności itp. Następnie strona saudyjska zwróciła się do USA o dostarczenie sprzętu bojowego takiego, jak śmigłowce, czołgi, okręty wojenne oraz uzbrojenia wartości 14 miliardów USD oraz systemu obrony przeciwlotniczej THAAD kosztującego kolejne 15 miliardów. W oparciu o informacje pochodzące z Białego Domu ABC News twierdzi, iż Kushner przekonywał resort obrony i spraw zagranicznych, by sprzedano Arabii Saudyjskiej możliwie największą ilość uzbrojenia w celu zacieśnienia wzajemnych stosunków.

Starania prezydenckiego doradcy są zgodne z polityką samego Trumpa, który nadal uznaje Arabię Saudyjską za swojego – jak to określił – „spektakularnego sojusznika” oraz zadeklarował, że nie będzie wobec tego kraju stosować żadnych środków represyjnych pomimo tego, że znany mu jest raport CIA, z którego wynika, że sprawujący faktyczną władzę w Arabii Saudyjskiej książę Mohammed bin Salman osobiście zlecił zamordowanie saudyjskiego dziennikarza Dżamala Chaszoddżiego. Jako dowód CIA przytacza podsłuch rozmowy telefonicznej podczas której Salman wyraźnie mówi o „uciszeniu” niewygodnego dziennikarza.

Arabia Saudyjska neguje ustalenia raportu.

Mohammed bin Salman weźmie udział w szczycie G20, który odbędzie się w najbliższy piątek i sobotę w Buenos Aires. Po drodze do Argentyny odwiedził Zjednoczone Emiraty Arabskie, Bahrajn, Egipt i Tunezję. W Kairze został został ciepło przywitany przez prezydenta el-Sisi, natomiast w Tunisie na znak protestu przeciwko jego wizycie na ulice wyszły tysiące demonstrantów.
Z kolei organizacja obrony praw człowieka Human Rights Watch zwróciła się do władz Argentyny, aby wykorzystała swoje prawo do wszczęcia dochodzenia przeciwko Salmanowi na podstawie oskarżenia o zbrodnie przeciwko ludzkości w związku z wojną w Jemenie oraz o zabójstwo Chaszoddżiego. Argentyna uznaje powszechną jurysdykcję, pozwalającą na uruchomienie dochodzenia wobec osób oskarżonych o przestępstwa kryminalne bez względu na to, gdzie zostały one popełnione.

Protestuje ale deportuje

Władze Meksyku skierowały pod adresem USA pretensje w związku z użyciem gazu łzawiącego na ich terytorium. Sprawa dotyczy niedzielnych wydarzeń na granicy meksykańsko-amerykańskiej, w których ucierpieli członkowie słynnej “karawany uchodźców”. Jednak sam Meksyk również staje się mniej przychylny dla migrantów – rozpoczyna deportacje.

 

Meksykańskie MSZ poinformowało w poniedziałek, że wystosowało notę dyplomatyczną do ambasady Stanów Zjednoczonych z prośbą o wszczęcie dochodzenia w sprawie incydentu, do którego w niedzielę doszło w Tijuanie, na granicy obu krajów.

W mieście tym przebywa obecnie kilka tysięcy migrantów, którzy w kilku grupach składających się na “karawanę uchodźców” z Ameryki Środkowej, dotarli pod granicę USA. Cały czas liczą na możliwość przedostania się na terytorium Stanów Zjednoczonych, które są ich celem, mimo że poważnych szans na to nie mają. Prezydent Donald Trump uruchomił wielką kampanię nienawiści wobec pochodu migrantów z Południa, notorycznie strasząc swych rodaków, że w karawanie idą przeważnie bandyci i roszczeniowcy, którzy zamierzają żerować na Amerykanach. Trump tworzy atmosferę poważnego zagrożenia ze strony „obcych” i granicę meksykańską obsadził siłami wojskowymi w liczbie 7 tys żołnierzy.

W niedzielę, setki migrantów wyczerpanych oczekiwaniem i trudnymi warunkami bytowymi zorganizowały demonstrację pod samym ogrodzeniem granicznym, skandując m.in. „Nie jesteśmy przestępcami! Ciężko pracujemy!” Meksykańska straż graniczna podjęła próbę zatrzymania przemieszczającej się manifestacji, ostatecznie jednak część jej uczestników usiłowała sforsować zasieki rozdzielające dwa kraje. Amerykańscy funkcjonariusze użyli wówczas pocisków z gazem łzawiącym i gumowych kul wobec nieuzbrojonego tłumu, w którym znajdowały się rodziny z dziećmi, a który cały czas przebywał formalnie na terytorium Meksyku. Tego właśnie dotyczą pretensje meksykańskiej dyplomacji.

25 listopada strona meksykańska wyraziła oburzenie z powodu postępowania amerykańskich służb granicznych. Domaga się rzetelnego śledztwa w tej sprawie i ukarania winnych. MSZ napisało, że zamierza „chronić prawa człowieka i bezpieczeństwo migrantów”. Również przyszła minister spraw wewnętrznych Olga Sanchez zapewniała, że dla postępowego rządu prezydenta-elekta Andresa Manuela Lopeza Obradora sprawą pryncypialną będzie „respektowanie praw człowieka chroniących migrantów i zapewnienie im odpowiedniej ilości pożywienia, usług medycznych i zakwaterowania”. Zaprzeczyła, by jej przyszły rząd godził się na jakiekolwiek porozumienie z USA w sprawie powstrzymania napływu migrantów, o którym obecnie plotkują media.

W duchu wsparcia dla uchodźców wypowiedział się też minister dyplomacji Hondurasu – kraju, z którego wyruszyła pierwsza grupa „karawany”. Wezwał Stany Zjednoczone do „uszanowania praw człowieka (…) tak jak nakazuje prawo międzynarodowe”, a postępowanie amerykańskiej straży granicznej uznał nawet za “atak na jedność mieszkańców Ameryki Środkowej”. Działania USA potępił też południowoamerykański oddział organizacji humanitarnej Oxfam, podkreślając, że użycie gazu i gumowych kul przeciwko bezbronnym przyniósł „wstyd” Stanom Zjednoczonym.
Mimo, że meksykańska dyplomacja ujęła się częściowo za migrantami, ministerstwo spraw wewnętrznych określiło grupę protestujących w niedzielę na granicy jako “agresywną”. Potępili “prowokatorów”, którzy zdaniem instytucji doprowadzili do eksplozji przemocy na granicy. Ministerstwo zapowiedziało, że zgodnie z meksykańskimi przepisami deportowane mogą zostać osoby „zagrażające porządkowi prawnemu”. Zapowiedziało również, „wykrycie źródeł” takie niebezpiecznego ich zdaniem postępowania, by móc im na przyszłość zapobiec, również przez „wzmocnienie granicy”. Instytut Imigracji rozpoczął już procedury deportacyjne wobec blisko stu osób.

Szacunki mówią o ok. 6-7 tys. ludzi, którzy w „karawanie uchodźców” przybyli z kilku krajów Ameryki Środkowej uciekając stamtąd przed biedą i szalejącą przemocą, a obecnie przebywają na terenie obozów przejściowych na obrzeżach Tijuany, która graniczy z amerykańskim hrabstwem San Diego. Liczą na azyl w USA, do którego mają prawo zgodnie z amerykańskim prawem.

Kara główna za aborcję

Republikanie z amerykańskiego stanu Ohio przedstawili projekt ustawy stanowej „House Bill 565”, która zrównuje aborcje z morderstwem i kryminalizuje ją bezwarunkowo. Przesłanką do przerwania ciąży według nowych przepisów nie jest ani zagrożenie życia matki, ani gwałt czy kazirodztwo.

 

Ustawa przeszła przez Stanową Izbę Reprezentantów. Zmiany w przepisach mają na celu rozszerzenie definicji „osoby” w Kodeksie karnym Ohio na nienarodzone dzieci. Aborcja zrównałaby się wówczas z morderstwem – a za to w siódmym najludniejszym stanie USA grozi nawet kara śmierci. Przepisy trafiły do stanowego Kongresu w maju i od tego czasu jest procedowana w komisji zdrowia. Budzi postrach nawet wśród stanowych organizacji sprzeciwiających się aborcji. Nie uznaje bowiem żadnych wyjątków, aborcję definiuje jako „bezprawne przerwanie ciąży powodujące śmierć nienarodzonego człowieka, dowolną metodą”.

Jednocześnie na początku miesiąca przez Izbę Reprezentantów przeszła tzw. ustawa o biciu serca, która, według „Newsweeka”, „kryminalizuje aborcję od momentu, gdy możliwe jest wykrycie bicia serca dziecka (ok. szóstego tygodnia ciąży). Podobną ustawę przyjęto w 2016 roku – ale wówczas zawetował ją gubernator John Kasich, uznając przepisy za niekonstytucyjne. Obecnie Republikanie mają jednak wystarczająco dużo głosów w stanowym Kongresie, by obalić weto”.

W dodatku, od stycznia urząd gubernatora przejmie republikanin Mike DeWine, który już zapowiedział, że ustawę podpisze. Z pewnością będzie ona przygrywką do rozszerzenia definicji osoby w stanowym kodeksie karnym, jednak mimo wszystko „ustawa o biciu serca” dopuszcza przynajmniej możliwość przerwania ciąży w przypadku zagrożenia życia matki.

Przy Roe vs. Wade (prawie, które od 1973 r. konstytucyjnie gwarantuje kobietom dostęp do aborcji) w ostatnim czasie „majstruje” wiele stanów: Iowa (która także w tym roku przyjęła ustawę o „biciu serca”), Dakota Północna, Zachodnia Wirginia, Alabama. USA powoli wycofują się z konstytucyjnej wolności i stawiają na kryminalizację przerywania ciąży.

Komentatorzy twierdzą, że po ostatniej serii nominacji sędziów przez ekipę Donalda Trumpa, Sąd Najwyższy już staje się bastionem konserwatyzmu. Aborcji dokonała w swoim życiu przynajmniej raz jedna na cztery Amerykanki przed 45. rokiem życia.

Wypychanie Chin

Narasta napięcie między Stanami Zjednoczonymi a Chinami przed szczytem grupy G20, który ma się odbyć 30 listopada w Buenos Aires. Prezydenci Donald Trump i Xi Jinping wyrażali wcześniej nadzieję, że jeszcze przed konferencją w stolicy Argentyny dojdzie do rozwiązania protekcjonistycznego konfliktu handlowego między obydwoma mocarstwami, nazwanego przez światowe media wojną taryfową. Niestety, w świetle wydarzeń ostatnich dni nie zanosi się na to.

 

Doradca prezydenta USA ds. handlu międzynarodowego, Robert Lighthizer, opublikował raport, w którym oskarża chińskie państwo o szpiegostwo gospodarcze. Jego zdaniem proceder ten zachodzi na skalę globalną i skoncentrowany jest na pozyskiwaniu strategicznych informacji handlowych. Lighthizer piętnuje ponadto Chiny za nieuczciwy sposób traktowania firm zagranicznych, które w zamian za zgodę na inwestycje w Państwie Środka mają obowiązek dzielić się z chińskimi przedsiębiorstwami swoimi technologiami.

– Nasz najnowszy raport dowodzi, że Chiny w żaden istotny sposób nie zmieniły swoich nieuczciwych, nierozsądnych praktyk, zaburzających działanie rynku – oświadczył Lighthizer.
W odpowiedzi na to rzecznik chińskiego MSZ odesłał jedynie doradcę Trumpa do oficjalnych dokumentów, w których – jak twierdzi – rząd ChRL stwierdza, że ich kraj “w pełni chroni prawa własności intelektualnej”.

W ekipie Trumpa Robert Lighthizer wyróżniał się do tej pory zdecydowanie najostrzejszym podejściem do Chin. Od dawna wyrażał stanowisko, zgodnie z którym USA powinny dążyć do pozbawienia Państwa Środka obecnej silnej pozycji w Światowej Organizacji Handlu (WTO). Teraz jednak we wrogości wobec Chin prześcignął go Kevin Hasset, przewodniczący prezydenckich doradców ds. gospodarczych. Stwierdził on, że w ramach WTO Chiny “postępują karygodnie” i organizacja powinna wręcz rozważyć wyrzucenie Pekinu ze swojego grona.

Brakiem porozumienia zakończył się wcześniej szczyt APEC – organizacji współpracy krajów Azji i Pacyfiku. Nie przyjęto wspólnej deklaracji końcowej. Wang Yi, chiński minister spraw zagranicznych, oświadczył, że do porozumienia nie doszło z powodu egoistycznej postawy Stanów Zjednoczonych i ich stronników w regionie. Strona amerykańska, reprezentowana przez wiceprezydenta Mike’a Pence’a, miała wykazywać nieprzejednanie w kwestiach ceł, bezpieczeństwa w rejonie Morza Południowochińskiego oraz skali zaangażowania gospodarczego i militarnego w regionie Pacyfiku.

Od początku roku prezydent USA Donald Trump obciążył nowymi lub dodatkowymi cłami towary z Chin o łącznej wartości sięgającej 250 mld USD. Pekin odpowiedział własnymi taryfami, które objęły amerykańskie produkty warte łącznie ok. 110 mld USD. WTO wydała ostatnio ostrzeżenie, że kontynuacja amerykańsko-chińskiej wojny handlowej stanowi poważne zagrożenie dla światowej gospodarki i niesie ryzyko likwidacji milionów miejsc pracy na całym świecie.

3 tysiące w Tijuanie

Do miasta granicznego, Tijuany, dotarły prawie 3 tysiące ludzi. Po drugiej stronie granicy czeka na nich 6 tysięcy amerykańskich żołnierzy wysłanych przez Trumpa.

 

Amerykańska straż graniczna rozpatruje około 100 wniosków azylowych dziennie. Tymczasem władze miasta obawiają się, że w ciągu najbliższych dni ilość migrantów przybyłych do Tijuany i okupujących przejście może wzrosnąć nawet do 10 tysięcy kiedy do granicy dotrze „reszta” karawany. Mieszkańcy protestują: „Nie chcemy ich tu!” – krzyczeli podczas niedzielnego protestu.

Kilkaset osób wykrzykiwało „Precz, precz!”, kilkadziesiąt zorganizowało manifestację poparcia.

Ale mimo że Tijuana jest przyzwyczajona do fal migrantów przechodzących przez miasto w obie strony, nastoje nie są zbyt przyjazne. Mniej więcej jedna trzecia chciałaby pozbyć się przybyszów idących z Hondurasu.

Lokalny samorząd stwierdził, że jest w stanie utrzymać i wykarmić w przygotowanych na tę okoliczność obozach przejściowych około 3 tysięcy osób przez 2 miesiące. Później potrzebne będzie odgórne wsparcie rządu federalnego Meksyku (na razie obiecał dać 4 mln dolarów). Natomiast rząd Hondurasu, skąd pochodzi większość imigrantów, urządził nawet „ruchomy konsulat” – można tam uzupełnić dokumentację, aby ubiegać się o azyl w wymarzonym amerykańskim raju.

W Tijuanie mieszka na stałe około 2 milionów ludzi. W okolicznych fabrykach i montowniach na imigrantów czeka 5-6 tysięcy miejsc pracy, ale tylko nieliczni z karawany decydują się ją podjąć i osiedlić się w Meksyku. Twierdzą, że nie po to przemierzyli na piechotę 2 tysiące kilometrów, aby poddać się przed samą granicą „krainy mlekiem i miodem płynącej”. Ale niektórych przekonują argumenty, że prawdopodobnie i tak nie dadzą rady osiedlić się w USA. Kilkadziesiąt osób, w większości matek lub ojców wielodzietnych rodzin, zdecydowało się przyjąć oferty pracy w okolicy, by po prostu nie umrzeć z głodu. Nawet ci, którzy już złożyli wnioski o azyl, spędzą bowiem w Meksyku wiele miesięcy, ponieważ na rozpatrzenie sprawy czeka się około pół roku. Wielu koczujących przy przejściu z San Diego nie zdaje sobie z tego sprawy.

Do Tijuany zbliża się dalsza część rozproszonego pochodu. W pobliżu przejścia na migrantów czekają metalowe bramki na drogach dojazdowych, płot graniczny zaś wzmocniono drutem kolczastym. Po drugiej stronie czekają uzbrojeni żołnierze wysłani przez Donalda Trumpa. Meksykanie odradzają migrantom drogę „na dziko” czyli próby okrążenia płotu drogą morską lub przez pustynię. Burmistrz miasta, Juan Manuel Gastelumm, jednoznacznie wyraził swoje stanowisko: – To dla mnie są nie żadni imigranci, tylko banda niepożądanych włóczęgów i ćpunów.

Twierdzi, że w najbliższym czasie ogłosi w Tijuanie referendum na temat tego, czy mieszkańcy chcą obecności migrantów. Największe obawy, jakie wyrażają Meksykanie, to fakt, że wielotysięczne obozowiska będą utrzymywane z podatków. W drodze do miasta granicznego jest kolejna wielka fala pielgrzymów, uciekających przed ubóstwem i przemocą.

Strzelaj do geja

W USA nacjonaliści wyprodukowali grę, w której strzela się do osób LGBT. Stoi za nią działacz ruchu alt-right Christopher Cantwell, zwany „Płaczącym Nazistą”, uczestnik marszu białych suprematystów w Charlottesville. W grze przewidział możliwość wcielenia się… w siebie, w celu zabijania osób LGBT i ocalenia prezydenta Trumpa przed zagładą.

 

Gra miała premierę 13 listopada. „Angry Goy II” to druga część wypuszczonej w zeszłym roku przez grupę Wheel Marker Studios gry „Angry Goy” – w poprzedniej trzeba było ratować Europę – w tym celu strzelano do Żydów oraz migrantów. Wykorzystywała jawnie nazistowską symbolikę. Teraz „misję” przeniesiono na nowy poziom. Akcja rozgrywa się w USA. Donald Trump został porwany przez lewicowych terrorystów. Aby go ocalić, należy wcielić się w postać Christophera Cantwella lub innego prawicowego aktywistę, a później zabijać wrogie zastępy osób LGBT, dziennikarzy, a także mniejszości etnicznych, m.in. latynosów (na przykład Meksykanów w charakterystycznych kapeluszach) i osoby czarnoskóre. Również używa się w niej symbolu swastyki.

Jest też przeniesiona na ekran komputera tragiczna sytuacja z 2016, kiedy w klubie Pulse z Orlando zastrzelono prawie 50 osób. „Misja” to wtargnięcie do klubu „Agenda HQ” i zabicie jak największej liczby gejów. W grze pada też sugestia, że są oni również pedofilami.

Twórca gry promuje ją na platformie Gab, ponieważ amerykański YouTube zdjął jej trailer za „mowę nienawiści”, jednak cały czas są tam dostępne 2 filmy reklamowe.

Wypuszczenie gry na rynek wywołało już silny sprzeciw w mediach i wśród internautów w Stanach, natomiast sam Cantwell uważa, że wręcz walczy z realną przemocą. Z dumą oświadczył: – To gratka dla wszystkich białych mężczyzn, którzy mają już dość całego tego żydowskiego i innego gówna. Ale zamiast zabijać realnych ludzi, mogą walczyć z degeneratami na swoich komputerach!
Natomiast po śmierci Heather Heyer w Charlottesville, twierdził coś zupełnie innego: „Jeszcze wiele osób zginie, zanim nasza misja się zakończy”.

Eskalacja zbrodni

Od czasu, gdy Donald Trump został prezydentem Stanów Zjednoczonych, poziom przestępczości na tle nienawiści rasowej, narodowościowej i religijnej nieustannie rośnie. To nie tylko spektakularne zamachy, ale przede wszystkim codzienne napaści i pogróżki.

 

Głośnych w ostatnich latach aktów terroru z udziałem białych suprematystów w USA nie należy traktować jako przypadków izolowanych od innych przemian społecznych. Najnowszy raport FBI dowodzi, że Ameryka jest zalewana falą przestępstw z nienawiści, która wzbiera cały czas od momentu objęcia funkcji prezydenta przez Donalda Trumpa.

W latach 2013-2015 liczba przestępstw z nienawiści na terenie Stanów Zjednoczonych oscylowała wokół wartości 5500. Dzień po wyborze Trumpa na prezydenta, 9 listopada 2016 r., policja odnotowała wzrost liczby przestępstw na tle pochodzenia i tle rasowym z 10 (poprzedniego dnia) do 26 i rosła dalej przez kolejne 10 dni. Od tamtego czasu roczny poziom nienawistnej aktywności ciągle wzrasta, mimo że ogólny poziom przestępczości w USA nieznacznie spadł.

Tegoroczny raport FBI podaje, że liczba odnotowanych karalnych aktów nienawiści wyniosła w 2017 r. już 7106. Około 60 proc. spośród nich dotyczyło rasy lub pochodzenia osób poszkodowanych. Kolejne 20 proc. miało podłoże religijne. Wśród poszkodowanych znalazło się ponad 2000 Afroamerykanów i ponad 900 amerykańskich Żydów. W ponad 4000 przypadków ofiarom grożono śmiercią lub napaścią fizyczną, a w ponad 3000 – zniszczeniem mienia, w tym podpaleniami.

Wnioski FBI skomentowali przedstawiciele mniejszości etnicznych w Stanach Zjednoczonych. Maya Berry z Amerykańskiego Instytutu Arabskiego jednoznacznie obwinia obecny rząd: – To jasne, że administracja Trumpa w dużej mierze przestała przywiązywać wagę do urzędowego obowiązku walki z przemocą opartą na uprzedzeniach, a retoryka samego prezydenta w wielu przypadkach stanowiła wyraźny wkład w jej szerzenie”. Wyraziła poza tym przekonanie, że stosowany przez policję system zgłoszeń jest wadliwy i nie odpowiada rzeczywistym potrzebom ochrony mniejszości przez nienawiścią.