Problemy imperium

Imperium amerykańskie ma problem ze stworzeniem antyirańskiej koalicji zbrojnej, która miałaby strzec „wolności żeglugi” w Zatoce Perskiej. Na razie deklaracje wstąpienia do niej zgłosiła tylko Wielka Brytania i po niej Izrael, co oburzyło władze irańskie. Jednocześnie poważny portal oilprice.com poinformował, że Iran i Rosja uzgodniły, że na wybrzeżu irańskim powstaną dwie rosyjskie bazy wojskowe, jedna morska i jedna lotnicza. Napięcie wokół Iranu nie spada.

Izrael nie ma żadnego energetycznego interesu w Zatoce. Ropę importuje głównie z irackiego Kurdystanu, kupuje ją też na wtórnych rynkach europejskich, a ostatnio od Amerykanów, którzy rozpoczęli eksploatację złóż syryjskich we wschodniej, okupowanej przez nich części kraju. Jest jednak krajem, który od lat pcha do wojny przeciw Iranowi i chce uczestniczyć w amerykańskiej strategii „maksymalnego nacisku” na to państwo. Zbliżenie się izraelskich okrętów podwodnych do granic Iranu już wywołuje reakcje w Teheranie, który uważa to za kolejne „poważne zagrożenie”, przeciw któremu ma zamiar się bronić.Uczestnictwo izraelskiego reżimu apartheidu w imperialnej koalicji potwierdził minister spraw zagranicznych Israel Katz, który nazwał to „misją bezpieczeństwa morskiego”. Izrael jest zaniepokojony informacjami na temat zbliżenia irańsko-rosyjskiego. Według nie potwierdzonych jeszcze doniesień, Iran, który nigdy nie zgadzał się na stacjonowanie u siebie obcych wojsk, miał uzgodnić z Rosją powstanie dwóch rosyjskich baz wojskowych, co miałoby być reakcją na zgodę Arabii Saudyjskiej ponownego stacjonowania tam armii amerykańskiej.
Według oilprice.com, Irańczycy i Rosjanie uzgodnili projekt budowy dwóch rosyjskich baz, po obu stronach strategicznej cieśniny Ormuz. Jedna – morska – miałaby powstać w porcie Buszehr położonym w Zatoce naprzeciw Kuwejtu, gdzie stacjonują wojska amerykańskie, i naprzeciw Arabii Saudyjskiej, która stanowi część antyirańskiej osi USA-Izrael-Arabia. Drugą, lotniczą, przewidziano pod Czabaharem nad Zatoką Omańską, po drugiej stronie cieśniny Ormuz. Według podejrzeń izraelskich, projekt ma być zatwierdzony na spotkaniu prezydentów Rosji Putina i Iranu Rohaniego w Soczi, do którego ma dojść jeszcze w tym miesiącu.

Dlaczego Amerykanie się zabijają?

Krwawe strzelaniny w pierwszych dniach sierpnia wstrząsnęły na nowo społeczeństwem amerykańskim. Szczególnie spokojne El Paso, leżące na granicy z Meksykiem w stanie Teksas, liczące prawie 700 000 tysięcy mieszkańców, nie może się otrząsnąć ze skutków ataku terrorystycznego domorosłego rasisty, który chciał zabić jak największą liczbę Latynosów – w jego przekonaniu, zagrażających „czystości białej rasy” w USA.

Został aresztowany i odpowie za morderstwa motywowane rasizmem. Przed zamordowaniem w sobotę w sierpniu 20 i ranieniu kilkudziesięciu dalszych osób pozostawił „manifest”, w którym pobrzmiewają echa antyimigranckiej i rasistowskiej retoryki Donalda Trumpa.
Motywy innego zabójcy, który dzień później zamordował 9 osób w Dayton w stanie Ohio i 27 ranił, nie są znane. W tym drugim przypadku sprawca zginął na miejscu. To 32 strzelanina tego typu
w tym roku.
Od 1970 roku w podobnych atakach zginęło blisko półtora miliona Amerykanów, z czego 2/3 to samobójcy. To najbardziej krwawe żniwo, nieporównywalne z żadną wojną czy atakami terrorystycznymi. Coraz więcej komentatorów zastanawia się, czy druga poprawka do Konstytucji Stanów Zjednoczonych, która gwarantuje każdemu dostęp do broni, jest rzeczywiście tak wielką wartością jak twierdzą zwolennicy jej posiadania. Prawie wszyscy kandydaci demokratów na urząd prezydenta uwzględniają w swoim programie konieczność rewizji tego problematycznego prawa.
W tym roku jedna ze studentek napisała u mnie interesującą pracę magisterską na temat „religii posiadania broni przez białego mężczyznę w USA”. Zgromadziła ogromną ilość materiału, potwierdzającą tezę, że dla wielu białych Amerykanów posiadanie bronie stało się najważniejszym wyznacznikiem ich tożsamości. To bardzo niebezpieczna, a nawet zabójcza religia. Zwłaszcza jeśli jej wyznawcami stają się ludzie niezrównoważeni, pełni resentymentów i uprzedzeń. To oni są głównymi „bohaterami” masowych zabójstw i to przekraczających granice USA. Przecież zabójca 50 muzułmanów w Nowej Zelandii w marcu tego roku też odwoływał się do retoryki Donalda Trumpa jako bezpośredniej inspiracji dla jego aktu terroryzmu.
Niektórzy, jak pochodzący z El Paso Beto O’Rourke, nie mają wątpliwości, że atak białego rasisty ma bezpośredni związek z nieodpowiedzialną i pełną nienawiści retoryką Trumpa wobec Latynosów. Sam Trump potępił atak jako „akt tchórzostwa”. Czy wpłynie on na zmianę jego retoryki? Raczej nie. Ona podtrzymuje jego popularność jako twardego polityka.
W Polsce od lat wzrasta agresja, na razie głównie werbalna. Wielu polityków i publicystów, a nawet przedstawicieli kościoła katolickiego, z języka nienawiści uczyniło jedyny sposób na istnienie w przestrzeni publicznej. Nigdy dość przypominania zabójstwa prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Teraz listy z groźbami otrzymuje jego następczyni Aleksandra Dudkiewicz. Związek między słowami a czynami jest oczywisty. W Polsce w języku nienawiści wyspecjalizowała się publiczna telewizja, na co od lat zwracają uwagę media niezależne.
Wcześniej czy później słowa mogą przerodzić się w czyny. Mam nadzieję, że nie dojdzie do sytuacji, w której obserwatorzy zagraniczni będą się zastanawiać, dlaczego Polacy się zabijają, jak Amerykanie.

Niebezpieczeństwa strategii szaleńca

Dwa mocarstwa nie zamierzają oddawać pola na gospodarczym polu bitwy.

Zaostrzenie wojny handlowej USA – Chiny może mieć katastrofalne skutki nie tylko dla gospodarek tych krajów, ale także dla gospodarki globalnej. Tym bardziej, że opiera się na „strategii szaleńca”, czyli na podejmowaniu pozornie nieracjonalnych decyzji, żeby zdezorientować przeciwnika.
Za chwilę nie będziemy wiedzieli, które decyzje są realne, a które „dezorientacyjne”. To wprowadza chaos, niepewność i znacząco zwiększa ryzyko globalne.
Na przełomie lipca i sierpnia na rynkach finansowych zapanował chaos. Nie było to coś, co można by uznać za typową dla lata flautę często przeradzającą się nawet w letnią hossę. Tym razem była to letnia bessa. Teoretycznie najważniejszym wydarzeniem miało być to, że 31 lipca amerykańska Rezerwa Federalna (Fed) podejmie decyzję o obniżce stóp procentowych. I rzeczywiście stopy zostały obniżone o 25 pb. (do 2,25 proc.).
Jerome Powell, szef Fed, zasmucił jednak inwestorów mówiąc podczas konferencji prasowej, że cięcie nie jest początkiem całej serii obniżek. Powiedział też jednak, że jego wypowiedź nie musi sygnalizować, iż lipcowa obniżka będzie ostatnią. W ten sposób zostawił sobie możliwość cięcia stóp w przyszłości o ile sytuacja gospodarki USA będzie tego wymagała. Prawda jest taka, że ta gospodarka trzyma się na razie bardzo dobrze i co prawda widać pierwsze sygnały spowolnienia (rynek pracy, rynek nieruchomości), ale i tak jest ona w dużo lepszej formie niż na przykład gospodarka strefy euro.
Reakcją Wall Street na niedostatecznie „gołębie” przesłanie Powella były jednoprocentowe spadki indeksów. Już następnego dnia rynek wrócił jednak do formy, bo przecież Powell nie powiedział nic, co usprawiedliwiałoby przecenę.
Indeksy w połowie sesji odrobiły całe spadki z 31 lipca, ale wtedy pojawiły się tweety prezydenta Donalda Trumpa i sesja zakończyła się jednoprocentowymi spadkami.
Dzień po zakończeniu rozmów USA-Chiny w Szanghaju, które miały być preludium do kontynuacji rozmów we wrześniu, prezydent poinformował, że 1 września nałoży 10. procentowe cło na 300 mld dolarów importu z Chin.
Smaczkiem tej decyzji jest to, że prezydent twierdzi, iż to Chiny zapłacą te cła, kiedy każdy wie, że zapłacą je amerykańscy konsumenci. Pretekstem do takiej decyzja miało być to, że rozmowy idą za wolno, a Chiny nie wywiązują się z zobowiązań kupna wystarczającej ilości produktów rolnych produkowanych w USA. Ta decyzja doprowadziła do potężnej przeceny na globalnych giełdach.
Wall Street twierdzi, że prawdziwy powód decyzji Trumpa mógł być inny. Szef Fed podczas swojej konferencji prasowej mówił, że Rezerwa Federalna stopy obniża niejako ostrożnościowo, bo obawia się skutków wojny handlowej na linii USA – Chiny (a potem zapewne USA – UE). Donald Trump bez przerwy krytykuje Fed za to, że ten utrzymuje wysokie stopy procentowe (niesłusznie krytykuje). Mógł sobie wymyślić, że jeśli podkręci ogień pod wojną handlową USA – Chiny to zmusi Fed do kolejnych obniżek stóp, a potem doprowadzi do zawarcia umowy z Chinami (a niskie stopy na dłużej zostaną).
Ta „strategia szaleńca” (nie obrażam prezydenta – eksperci twierdzą, że to znana strategia polegająca na podejmowaniu pozornie nieracjonalnych decyzji, żeby zdezorientować przeciwnika), może doprowadzić do katastrofalnych skutków.
Donald Trump nie bierze według mnie pod uwagę tego, że dla Azjaty utrata twarzy jest dramatem, który np. w Japonii prowadził często do seppuku.
Xi Jinping, chiński prezydent, jest uważany za potężniejszego, niż w szczycie swojej władzy był Mao Zedong. On nie zostawi tego upokarzania Chin bez odpowiedzi. Być może nie natychmiast (Chiny potrafią czekać), ale z pewnością USA kiedyś za to wszystko zapłacą.
Na razie Chiny pozwoliły na dalsze osłabienie juana (pomagając w ten sposób eksporterom) oraz zakazały importu amerykańskich produktów rolnych. USA odpowiedziały twierdząc (po raz pierwszy od ponad dwudziestu lat), że Chiny manipulują walutą (to akurat prawda) i żądając pomocy ze strony MFW.
W tej chwili Chiny zahamowały osłabianie się juana (za szybkie doprowadzałoby do ucieczki zagranicznych inwestorów), ale problemem jest to, że ciąg dalszy tej rozgrywki zależy jedynie od tego, co nowego wymyśli i zatweetuje prezydent USA. A tego nikt nie jest w stanie przewidzieć.

Turcja idzie po Kurdów

Armia turecka od kilku dni gromadzi coraz większe siły przy granicy z Syrią. Wczoraj turecki prezydent Recep Erdoğan zapowiedział ofensywę w północnej Syrii, którą zajmuje kurdyjska autonomia (Rożawa).

Celem mają być tereny syryjskie po wschodniej stronie Eufratu, tej nielegalnie okupowanej przez Stany Zjednoczone. Minister spraw zagranicznych Turcji Mevlüt Çavuşoğlu wezwał Amerykanów do zerwania sojuszu z kurdyjskimi oddziałami YPG (Ludowe Jednostki Ochrony), które Turcy uważają za „terrorystyczne”.
Prezydent Erdoğan już w zeszłym roku, po zdobyciu przez turecką armię Afrinu – jednego z kantonów kurdyjskiej autonomii w Syrii, zapowiadał rozbicie całej Rożawy. Główny problem polegał na tym, że pozostałe dwa kantony autonomii znajdują się w amerykańskiej strefie okupacyjnej po wschodniej stronie Eufratu, czyli pod pieczą najważniejszego członka NATO, do którego Turcja należy. Turcja jest więc sojusznikiem USA, tak jak syryjscy Kurdowie, którzy jednak do żadnego podobnej organizacji nie należą.
Mimo powiązań sojuszniczych, Turcja nie może się pogodzić z obecnością kurdyjskich oddziałów zbrojnych przy swojej granicy, gdyż – nie bez podstaw – uważa Rożawę za emanację PKK (Partii Pracujących Kurdystanu) – kurdyjskiej organizacji zbrojnej w Turcji, oficjalnie uznanej przez USA i Unię Europejską za „terrorystyczną”. Tym niemniej Stany Zjednoczone, od 2014 r. (tj. od momentu zmiany celu syryjskiej wojny z obalenia syryjskiego rządu na obalenie Państwa Islamskiego) współpracują we wschodniej Syrii z władzami kurdyjskimi. Kurdowie m.in. pilnują wiezień z dżihadystami i syryjskich instalacji naftowych eksploatowanych przez Amerykanów.
Turcja i USA długo negocjowały w sprawie tzw. pasa bezpieczeństwa wzdłuż granicy tureckiej, ale rokowania nie zakończyły się żadnymi wiążącymi ustaleniami. Amerykanie spodziewali się tureckiej reakcji i w ciągu ostatnich dni dostarczyli oddziałom kurdyjskim masę broni. Erdoğan nie wyjawił, kiedy miałaby zacząć się turecka ofensywa, ale wiele wskazuje, że może do niej dojść już wkrótce. Turcy uprzedzili już Rosjan i Amerykanów, że są na nią zdecydowani. To będzie już trzecia ich wyprawa na Syrię (po tych z 2016 r. i 2018 r.). Syryjska wojna przyniesie kolejne ofiary.

Prawica pachnąca dolarami

Jak powszechnie wiadomo skrajną prawicę w Europie finansuje Kreml. Zresztą Kreml w ogóle finansuje całe zło tego świata i sam je też czyni. Głoszą to wszak zjednoczonym wrzaskiem obozy zarówno Gazety Polskiej, jak i Gazety Wyborczej. A które siły polityczne na Starym Kontynencie finansują Amerykanie? Jak powszechnie wiadomo skrajną prawicę w Europie finansuje Kreml. Zresztą Kreml w ogóle finansuje całe zło tego świata i sam je też czyni. Głoszą to wszak zjednoczonym wrzaskiem obozy zarówno Gazety Polskiej, jak i Gazety Wyborczej. A które siły polityczne na Starym Kontynencie finansują Amerykanie?

Najnowszym ukrzyżowanym za rzekome uprawianie polityki za krwawe ruble ma być Matteo Salvini, minister spraw wewnętrznych Włoch i najbardziej rozpoznawalny polityk w tym kraju. Facet politycznie bardzo nieprzyjemny – ekstremistyczny, prawicowy hardliner wywodzący się z separatystycznej Ligi Północnej, dziś znanej jako Liga. Obecnie jest to jedna z najbardziej prominentnych organizacji nacjonalistycznych w Europie. Partia ta uzyskała świetny wynik w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego. Wprawdzie sam zainteresowany zaprzeczył zarzutom związanym z zewnętrznym finansowaniem, rzecznik Kremla również i wkrótce pewnie wszystko rozejdzie się po kościach, ale smród „krwawych rubli” pozostanie. Choć nawet Deutsche Welle, które chętnie tropi miejsca tknięte przez macki moskiewskiej ośmiornicy dostrzega u Salviniego znak dolara, a nie rubla w oczach i partyjnej kasie. Dowodzi tego też portal Southern Povery Law Center monitorujący i mapujący rozrost prawicowego ekstremizmu w Stanach Zjednoczonych.
Salvini, wraz z Marine le Pen i Viktorem Orbanem stali się czymś na kształt trójcy świętej nowego establishmentu skrajnej prawicy w Europie. Ich przesłanie staje się coraz bardziej niebezpiecznie populistyczne. Jest agresywne i spiskowe, ale też coraz mocniej zniuansowane, tak by powstawało wrażenie jakiejś subtelności i realnej substancji w tym, co wygadują oni sami oraz ich propagandowe platformy. W tle zaś dyscyplinują się zarówno członkowie ich partii i ruchów wytworzonych wokół nich, a także ich elektorat.
Nowej dynamiki i tempa strukturom tym przydał z pewnością Brexit. Od momentu słynnego referendum w Zjednoczonym Królestwie (choć i wybór Trumpa na prezydenta USA miał tu niemałe symboliczne znaczenie) Europa się zmieniła. To właśnie zresztą skonstatował Salvini na triumfalnej konferencji w Mediolanie tuż po zamknięciu lokali w trakcie wyborów do PE. „To znak, że Europa się zmieniła” powiedział trzymając różaniec, całując krzyż. Potem dziękował „niepokalanemu sercu Maryi” i ogłosił, że „nadszedł czas, by ocalić judeochrześcijańskie korzenie Europy”. Orban zaś od lat ględzi o „nowej erze w europejskiej polityce”.
Powstawanie i przekształcanie się tych środowisk bardzo ostrożnie śledziły niektóre ośrodki w Stanach Zjednoczonych. Nie tylko ze względu na ogólne zaciekawianie kwestią brunatniejącej Europy i troskę o podstawowe prawa człowieka, ale też z powodu amerykańskiego wsparcia dla tych projektów.
Największe bodaj zasługi w tej materii położył liberalny portal openDemocracy, lewicowa dziennikarka Abbey Martin i New York Review of Books. Dziwnym trafem, w Polsce na temat jej ustaleń media milczą.
Ostrożne obserwacje, które później przekształciły się w dziennikarskie śledztwa zaczęły się przy okazji kampanii na rzecz wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. W ich toku wyłonił się obraz globalnego porozumienia, jeśli nie sojuszu, ekstremistycznej prawicy. Jego spoiwem jest wariacki, graniczący z zupełną paranoją konserwatyzm, który w Polsce personifikowałaby genetyczna krzyżówka Grzegorza Brauna, Kai Godek, Marka Jurka, Alicji Grześkowiak i Stefana Niesiołowskiego. Alternatywnie, jeśli dla kogoś rojalistyczno-rasistowska mizoginia jest mało atrakcyjna, może przystąpić w poczet „wolnościowców”, czyli prawicowych liberatarian i monarchistów z antysemickimi odlotami, przy których nasz rodzimy Korwin-Mikke wydać się może socjaldemokratą. Wyłoniła się patologiczna triada programowa w postaci frazy: „Życie-Rodzina-Wolność”, która pobrzmiewa w jednym z najważniejszych dokumentów programowych tego nurtu, tzw. Deklaracji Manhattańskiej (warto zwrócić uwagę, że jest to dzielnica Nowego Jorku, nie Moskwy).
Ten patologiczny konglomerat jest dobrze zorganizowany i nieźle uposażony.
Z dochodzenia przeprowadzonego przez openDemocracy, którego częściowe wyniki opublikowano w marcu br. wynika, że amerykańska ewangeliczna, proto-faszystowska prawica uzbroiła swoich europejskich pobratymców w, łącznie biorąc, ponad 50 mln dolarów. Dziennikarka Claire Provost, spiritus movens tego śledztwa oraz autorka zbiorczej publikacji na ten temat nazywa te środki „ciemnymi pieniędzmi” (dark money).
Z jej marcowej publikacji, jak też tekstów jej koleżanki Nandini Archer wynika, że ośrodki amerykańskie tworzyły na Starym Kontynencie istne „inkubatory prawicowego ekstremizmu”. Beneficjentami tego wsparcia były ultraprawicowe organizacje w Polsce, Hiszpanii, Serbii, Włoszech i na Węgrzech. Jeżeli chodzi o nazwiska, w Polsce udało się zidentyfikować m. in. Marka Jurka jako człowieka tego środowiska. Pada też nazwisko senatora PiS Antoniego Szymańskiego, łączy się też z tymi kręgami Joachima Brudzińskiego, który zapowiadał ratowanie Europy wraz z Salvinim.
Zresztą wskazane 50 mln dolarów, co jak na warunki europejskie jest ogromną kwotą, to zapewne jedynie wierzchołek góry lodowej. Przeanalizować udało się jedynie 12 amerykańskich stronnictwa o fundamentalistyczno-chrześcijańskim, prawicowym profilu. Niektóre tego rodzaju struktury zaś działają zarejestrowane jako kościoły, a te w USA nie mają obowiązku ujawniać swoich danych finansowych w zakresie zagranicznych transferów czy transakcji.
Dobrym przykładem będzie Stowarzyszenie Ewangelizacyjne Billy’ego Grahama (BGEA) założone dla wspierania misji ewangelizacyjnych amerykańskiego teologia i protestanckiego kaznodziei Williama Grahama. Chodzi o działalność wydawniczą i promowanie „chrześcijańskiego stylu życia”. Tylko w państwach europejskich na te cele organizacja ta wydała ponad 20 mln. dolarów w latach 2008-14. Dokumentacja dotycząca lat następnych nie jest już jednak publicznie dostępna, więc czy w trakcie następnej sześciolatki BGEA wydaje tyle samo, czy może na przykład dwa razy więcej nie mamy szans się dowiedzieć.
Spodziewanie, dość szybko wykryto tropy prowadzące też do osób związanych z rządem federalnym w Waszyngtonie. Dziennikarze New York Review of Books twierdzą, że istnieją oczywiste powiązania pomiędzy zarówno członkami rządu Stanów Zjednoczonych i przedstawicielami radykalnej europejskiej prawicy jak i całą plejadą doradców oraz „senior members”, czyli ważnymi osobistościami, tudzież szarymi eminencjami. Naturalnie, w tym wypadku także występuje problem dostępu do informacji finansowej. Dziennikarzom udało się jednak dokopać choćby do faktu, iż jedna z fundamentalistycznych grup, która wypompowała do Europy blisko 13 mln dolarów w latach 2008-17 jako swojego głównego doradcę wskazuje Jay’a Sekulowa. Ten zaś jest jednym z osobistych adwokatów Donalda Trumpa.
Kolejną amerykańską organizacją, co do której nie ma wątpliwości, że wydaje w Europie pieniądze na skrajną prawicę jest Acton Institute, swego rodzaju think-tank, który łączy skrajny ekonomiczny liberalizm z bardzo solidnym konserwatyzmem. Stanisław Michalkiewicz i Janusz Korwin-Mikke lubią to. Z ustaleń dziennikarzy New York Review of Books wynika, że Acton nieustannie inwestuje jakieś środki w Europie, od 2008 r. wydało (sumy, które udało się wyśledzić) już około 2 mln. dolarów. W Europie swoją centralę ma w Rzymie; współpracuje z różnej maści chrześcijańskimi talibami, którzy zawzięcie krytykują obecnego papieża za nie dość fundamentalistyczny kurs.
Jedną z takich organizacji jest think tank Dignitatis Humanae Institute (tłum. instytut godności ludzkiej). Jego patronem jest były strateg Trumpa i jeden z guru amerykańskiego alt-rightu Steve Bannon.
O tej organizacji zrobiło się ostatnio wcale głośno, gdyż Bannon planował wynająć XIII-wieczny klasztor niedaleko Rzymu z zamiarem przekształcenia go w istną kuźnię kadr. Będą stamtąd wypuszczani w świat nowi Orbanowie, Wildersi i Kaczyńscy. W wywiadzie w telewizji NBC Bannon powiedział, że chce „założyć nową szkołę, która skupi najlepszych myślicieli i zdoła wyszkolić współczesnych gladiatorów”. Strona włoska anulowała jednak tę transakcję powołując się na naruszenia proceduralne.
Powstała wokół tego sprawa sądowa okazała się bardzo pomocna dla dziennikarzy openDemocracy, którzy dzięki składamy w sądzie dokumentom zdołali dowiedzieć się w jaki sposób DHI polegał na Acton Institute w materii wsparcia i procedowania wniosku o zgodę na wynajem wspomnianego klasztoru. Natrafiono na opisy wspólnego działania tych organizacji na przestrzeni ostatnich pięciu lat.
Misją amerykańskich donatorów jest z pewnością powołanie do życia w Europie ruchów społecznych, które będą łączyły kapitalistyczną wolną amerykankę ze skrajnym konserwatyzmem, co na Starym Kontynencie było mieszanką – jeszcze do niedawna – niemal nieobecną. Tak samo jak mało znaczące były ruchy zwalczające prawo do aborcji (poza Polską); tzw. denializm klimatyczny (podważanie prawdziwości tez o zagrożeniu wynikającym ze zmian klimatu) także nie był popularny. Ten szczególnych rodzaj połączeń ideowo-etycznych jest bowiem charakterystyczny właśnie dla USA. Teraz rozkwita także w Europie.
Najsilniejszą póki co ekspozyturą globalnego porozumienia konserwatywno-liberatiariańskiej prawicy był przeprowadzony niedawno w Weronie Światowy Kongres Rodzin. Cała ta wielka szczujnia została w całości fantastycznie udokumentowana przez portal The Face. Wcześniejsze edycje tego wydarzenia odbywały się w Kiszyniowie i w Budapeszcie. W 2007 r. Kongres gościł w Warszawie. Miał na nim przemawiać nawet Lech Kaczyński. W tym roku openDemocracy i grupie deputowanych do parlamentu europejskiego udało się wykazać, jak to określono, „głęboko niepokojącą koordynację tych środowisk i ruchów”. Jej przedmiotem jest chęć zdobycia politycznej władzy w jak największej liczbie krajów na świecie.
W Weronie jednym z najważniejszych osobistości był niejaki Ignacio Arsuaga, który jest jednym z liderów organizacji CitizenGO. Została ona założona po Światowym Kongresie Rodzin przeprowadzonym w Hiszpanii w 2013 r. W założeniu ma to być konserwatywne, prawicowa odpowiedź na Avaaz i Change.org, czyli platformom służącym do gromadzenia podpisów i mobilizacji online. CitizenGO stara się robić to samo, tylko angażując różne prawicowe klisze. I tak organizacja ta stała się znana głównie z petycji przeciwko dopuszczeniu małżeństw jednopłciowych czy aborcji. W niektórych europejskich miastach prowadziła też kampanie przeciwko „feminazistkom„. Ma się rozumieć, pompowano do granic możliwości kwestię „marksizmu kulturowego”. Arsuaga mówił w Weronie, że nastał czas walki przeciw połączonym siłom „totalitarystów LGBT”, „radykalnych feministek”, i „kulturowych marksistów”, a wszyscy oni są rzekomymi spadkobiercami ideologii wypracowanej przez włoskiego komunistę Antonio Gramsciego. „Ta wojna, jest wojną światową” oświadczył Hiszpan i wezwał, by podążać do władzy dwojaką drogą – poprzez wybory oraz dążąc do „kontroli środowiska”, czyli tak naprawdę narracji i ram debaty publicznej.
CitizenGo w Polsce przedstawiane jest jako rosyjska inicjatywa. Dowodem na to ma być obecność Konstantina Małofiejewa, konserwatywnego, ostentacyjnie prawosławnego oligarchy. Niewykluczone, że człowiek ten ma swój udział w sponsorowaniu tej organizacji, ale nie jest jasne dlaczego równocześnie pomija się np. Briana Browna. Ten Amerykanin również zasiada w kierownictwie CitizenGO i jest bardzo znanym homofobem, szefem Międzynarodowej Organizacji ds. Rodziny, która koordynuje Światowy Kongres Rodzin.
New York Review of Books przywołuje rozmowę, jaką ich dziennikarz przeprowadził z Asuargą, podając się za potencjalnego darczyńcę. Oprócz tego, że oczarowywany był wizją „mocnego pchnięcia” skrajnej prawicy ku władzy w wielu europejskich krajach, Asuarga wyjaśniał także, iż jego organizacja uzyskuje wsparcie eksperckie od specjalistów opłacanych własnie przez Browna. Najważniejszym z nich jest Darian Rafie, który współtworzy z Brownem inicjatywę ActRight, która zachęcała ludzi do dziękowania prezydentowi Trumpowi za „powstrzymanie transseksualnego szaleństwa w wojsku”. Rafie jest też związany z partią republikańską, a konkretnie jej radykalnym skrzydłem zwanym Tea Party, czyli jest drugim, ewentualnie trzecim kręgiem amerykańskiego establishmentu. Małofiejew nie ma takiej roli ani u siebie, ani tym bardziej w CitizenGO. O jego aktywnościach wiadomo tyle, że prawdopodobnie opłacił część kosztów związanych ze Światowym Kongresem Rodzin w Kiszyniowie. I jest to raczej spekulacja jednoznacznie prozachodniego portalu Balkan Insight. Natomiast Jaś Kapela stawia sprawę dość jednoznacznie i pyta „Dlaczego Putin chce, żeby polskie kobiety rodziły więcej niechcianych dzieci?”.
No, ale tak to już u nas w Polsce jest. USA – damo dobro, Rosja – samo zło. Ot, scheda transformacji. Chce się wierzyć, że obraz świata ludzi dorosłych będzie kiedyś nieco bardziej zniuansowany, a dobro i zło będą kategoriami operacyjno-poznawczymi dla dzieci. Może wówczas będzie tu można z kimś rozmawiać poważnie.
W każdym razie pecunia non olet forever! To powinien być slogan wyborczy nowej brunatnej międzynarodówki europejskiej.

Energetyczne gry

Gaz przetaczany pod powierzchnią Bałtyku i tankowce pływające przez Cieśninę Ormuz, choć geograficznie odległe, mają ze sobą wiele wspólnego. I obie podejrzanie interesują Wuja Sama.

Komisja spraw zagranicznych amerykańskiego Senatu przyjęła projekt ustawy nakładającej sankcje na przedsiębiorstwa biorące udział w budowie gazociągu Nord Stream 2. projekt autorstwa senatorów Teda Cruza i Jeanne Shaheen poparli zarówno demokraci jak republikanie. Za jego przyjęciem głosowało 20 członków komisji, przeciw padły dwa głosy.
Jeśli wejdzie w życie ustawa zabroni wjazdu do USA wszelkim osobom mającym związek ze „sprzedażą, dzierżawą, udostępnianiem lub pomocą w udostępnianiu statków” do układania rosyjskich gazociągów morskich na głębokości 30 metrów i więcej, a także zamrożenie ich aktywów, znajdujących się pod jurysdykcją Stanów Zjednoczonych. Takie sformułowanie oznacza, że zapisy ustawy będą mogły się stosować również do budowy innych gazociągów, na przykład między Rosją a Turcją.
Projekt powiela modelowe rozwiązania chętnie stosowane przez USA wobec firm i osób wziętych na celownik, opierające się na założeniu, że prawodawstwo amerykańskie może się rozciągać na wszystkich, którzy robią coś, co Ameryce się nie podoba. A nawet ingerować w sprawy, które Stanów Zjednoczonych nie dotyczą, nie dzieją się na ich terytorium i penalizować działania innych niż amerykańskie podmioty w nich uczestniczących. Już sam tytuł ustawy „Ustawy o ochronie bezpieczeństwa energetycznego Europy” brzmi ciekawie, bo – jakkolwiek sprawa budowy gazociągu Nord Stream 2 w Unii Europejskiej budzi kontrowersje i jest niechętnie traktowana przez szereg państw (m.in. Polskę), obrona „bezpieczeństwa energetycznego” kontynentu położonego po drugiej stronie Atlantyku w stosunku do USA jest obroną nieproszoną. Inna tylko sprawa, że tytuł mówiący wprost, że chodzi o obronę amerykańskich interesów przed konkurencją w postaci możliwości zwiększenia dostaw rosyjskiego gazu do Zachodniej Europy (przepustowość Nord Stream 2 ma wynieść miliardów metrów sześciennych gazu rocznie) wobec ambicji zastąpienia ich droższym skroplonym gazem amerykańskim. A zatem – jest to czysta hipokryzja i obrona nie Europy, a własnych interesów ekonomicznych.
Należy spodziewać się, że ustawa – choć musi być jeszcze przyjęta przez obie izby Kongresu i ewentualnie „sklejona” z projektem przygotowywanym przez Izbę Reprezentantów oraz podpisana przez prezydenta – wejdzie w życie. Pytanie, czy na tyle szybko, żeby faktycznie mogła zablokować budowę Nord Stream 2, bo według szefa austriackiego koncernu naftowo-gazowego OMV Rainera Seele układanie rurociągu zostało już zakończone w 70 proc. Oznacza, że pierwszy gaz może popłynąć jeszcze w tym roku.
Tymczasem sankcji doczekał się irański minister spraw zagranicznych Mohammad Dżawad Zarif. Amerykański Departament Skarbu ogłosił w tym samym komunikacie wszakże przedłużenie zgody na działanie zagranicznych firm biorących udział w irańskim cywilnym programie nuklearnym. Te sprzeczne sygnały tłumaczy, że dzięki temu jest wgląd w jego funkcjonowanie.
Z kolei amerykańskie projekty zablokowania Iranu poprzez zorganizowanie wspólnej misji wojskowej w cieśninie Ormuz, przez którą przepływa ok. 20 proc. światowego handlu ropą naftową, zorganizowanej pod hasłem „obrony bezpieczeństwa żeglugi” poza Wielką Brytanią nie spotykają się z entuzjastycznym przyjęciem. Zdecydowanie negatywnie wypowiedział się o niej wicekanclerz i minister finansów RFN Olaf Scholz. Słowa Scholza należy uznać za wiążącą decyzję, gdyż zastępuje on faktycznie Angelę Merkel podczas urlopu. W publicznej telewizji ZDF powiedział on, iż ewentualny udział Niemiec w sporze między Iranem i Stanami Zjednoczonymi mógłby doprowadzić do dalszej eskalacji konfliktu, a sytuacja w regionie jest już i tak nadzwyczaj napięta.
Inicjatywa powołania wspólnych sił morskich operujących w tym rejonie pojawiła się po incydentach z udziałem jednostek irańskich oraz po zatrzymaniu przez Iran brytyjskiego tankowca Stena Impero pod zarzutem dokonania wykroczeń.

Antyfaszysta to terrorysta

Prezydent Donald Trump rozstawia akcenty zgodnie ze swoim światopoglądem. Bez żadnych podstaw żąda na Twitterze, by amerykańska Antifa została zaliczona do organizacji terrorystycznych.

Trump ogłosił na TT, że administracja prezydenta rozpatruje projekt nowego prawa, by aktywistów, których uważa za lewicowych radykałów, uznać za terrorystów.
„Jest rozpatrywana możliwość, by ogłosić ANTIFA, tych nienormalnych tchórzliwych lewicowych radykałów, którzy biją ludzi po głowach kijami bejsbolowymi (tylko tych, którzy nie mogą im oddać), jako terrorystyczną organizacją na równi z MS-13 [jedna z najbardziej niebezpiecznych band przestępczych w USA – przyp. red.] Policji ułatwi to pracę”, napisał prezydent USA.
Reakcja Trumpa została wywołana wydarzeniami z 30 czerwca, kiedy w Portland doszło do zamieszek. Prawica, reprezentowana przez organizację Proud Boys (Dumni chłopcy) miała zamiar przejść ulicami miasta w sprzeciwie przeciwko obchodzeniu Miesiąca Dumy przez środowiska LGBT. Nieśli ze sobą portrety prezydenta Trumpa i banery ze swoimi hasłami. W wyniku starć kilkanaście osób zostało rannych. Lewicowi demonstranci rzucali „koktajlami wegańskimi” z mleka, choć zdarzały się i takie, w skład których wchodził szybkoschnący cement. W ruch poszły jajka i butelki z wodą, którymi oberwali także niektórzy funkcjonariusze policji. Demonstranci rozpylali gaz łzawiący i grozili tłumowi pałkami czy kijami.
6 lipca podobna akcja miała miejsce w Waszyngtonie, choć do bezpośrednich starć nie doszło, wywrócono jedynie kilka stoisk z prawicowymi gazetami.
Gdyby pomysł Trumpa wszedł w życie, to działanie szeroko rozumianych lewicowych organizacji w USA zostałoby znacznie ograniczone.

Głupota Macrona?

Amerykański prezydent wystąpił w obronie GAFA (Google, Amazon, Facebook, Apple) – czołowych amerykańskich koncernów technologii internetowych, które Francja próbuje opodatkować. GAFA i inne amerykańskie giganty stosują ucieczki podatkowe na wielką skalę – w Europie właściwie nie płacą nic. Francja jest pierwszym krajem, który chce to zmienić. Trump już mówi o „wojnie”.

„Tylko my mamy prawo nakładać podatki na amerykańskie przedsiębiorstwa” – kłamał amerykański prezydent, zapowiadając „odpowiedź na głupotę Macrona”. Cło na francuskie wina, sprzedające się w Ameryce bardzo dobrze, zapewne mocno wzrośnie. „Wino amerykańskie jest dużo lepsze niż francuskie” – ogłosił Trump, który nie pije alkoholu.
W tym miesiącu francuski parlament przyjął ostatecznie ustawę o opodatkowaniu francuskiej działalności GAFA. Jest to prawo pionierskie, gdyż do tej pory w Europie te koncerny unikały podatków, wykorzystując strach tubylców przed imperium. Amerykanie uważają, że płacenie podatków zagranicą to „dyskryminacja”. Rzecznik Białego Domu Judd Deere zapowiedział, że „administracja nie pozostanie z założonymi rękami, nie będzie tolerować dyskryminacji przedsiębiorstw amerykańskich”.
Francuski podatek nie będzie liczony od zysku, zazwyczaj konsolidowanego w oficjalnych rajach podatkowych, jak Irlandia, tylko od obrotu (3 proc.) we Francji, dopóki OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju) nie skoordynuje wprowadzenia nowych reguł pobierania takich podatków dla wszystkich członków organizacji. Francuski podatek GAFA ma obowiązywać wstecznie, od 1 stycznia bieżącego roku. Zapłacą go firmy, których obroty na świecie wynoszą ponad 750 milionów euro, a we Francji dwadzieścia pięć milionów.
Ekonomiczny doradca Trumpa Larry Kudlow nazwał decyzję Francji „grubym, bardzo grubym błędem”. Ameryka nie jest zadowolona, ale Francuzi na razie nie miękną, zapowiadają wprowadzenie w życie ustawy.

Wojenny budżet

Amerykanie skończyli z wydawaniem setek miliardów na wojsko, teraz będą wydawać biliony. Republikanie i demokraci zgodzili się na przyznanie armii 2,7 bilionów dolarów na dwa lata, tj. 1 35o 000 000 000 dolarów rocznie. To najnowszy, absolutny rekord wydatków wojskowych na świecie. Wielu deputowanych nazywa ten budżet „astronomicznym” lub „obscenicznym”, inni po prostu „wojennym”, ale większość, w tym tzw. progresywna frakcja demokratów, głosowała za.

Tylko 16 demokratów głosowało przeciw (w tym znane posłanki Ilhan Omar i Ayanna Pressley z lewego skrzydła partii). Reszta zaaprobowała umowę z republikanami, co dla lokalnych dysydentów oznacza „niekontrolowany wpływ lobby Pentagonu i przemysłu zbrojeniowego”. Dla części republikańskich deputowanych najnowsze liczby były jeszcze za małe. Z kolei inni przeciwnicy giga-budżetu dla wojska podkreślali, że niebezpiecznie wzrośnie deficyt budżetowy Stanów Zjednoczonych, i tak obciążony potężnymi długami.
Demokraci, którzy głosowali za, wyjaśniali dziennikarzom, że to z powodu wrażliwości społecznej, gdyż przy okazji znacznie wzrośnie cywilny fundusz dla rodzin wojskowych. W kwietniu „progresiści” na swym zjeździe podjęli decyzję o sprzeciwie wobec zwiększania „szalonego” budżetu Pentagonu, lecz w czasie głosowania przeciw były tylko wyjątki.
Prezydent Donald Trump będzie najbardziej uzbrojonym amerykańskim prezydentem w historii. Według niektórych komentatorów, przeważyła perspektywa konfliktu z Iranem, dalszego nacisku na Wenezuelę i inne kraje, nie mówiąc o zapewnieniu „decydującej przewagi” wobec Chin i Rosji.

Polonia a prawa wyborcze

Państwo Polskie w znikomym stopniu inwestuje w Polonię, a społeczeństwo często traktuje nas jak dezerterów i się na nas obraża. Jest to nie tylko bardzo przykre, ale także bardzo nierozsądne trwonienie olbrzymiego potencjału, jaki stanowi 20-milionowa grupa naturalnych ambasadorów Polski rozlokowana na całym globie i zintegrowana z lokalnymi społecznościami. Niestety coraz częściej słychać nawoływania, aby Polonii odebrać prawa wyborcze. Doszło do tego, że nawet wielu expatów ma wątpliwości czy powinno głosować. Spróbujmy się nad tym zastanowić.
Ogólnie rzecz biorąc, w interesie nas wszystkich jest, aby jak najwięcej osób czuło się związanych z projektem Polska. Takie osoby pomagają tworzyć kontakty handlowe, kulturalne, naukowe i towarzyskie. Zachęcają do odwiedzania Polski oraz lobbują w krajach zamieszkania na rzecz naszego kraju. Opinia o Polsce jako kraju zamieszkałego przez przyjaznych i racjonalnych ludzi jest również ważna dla naszego bezpieczeństwa narodowego. Łatwiej jest dokonać inwazji na państwo, za którym nie wstawi się „światowa opinia publiczna”, niż kraj powiązany silnymi więzami społeczno-ekonomiczno-kulturowymi.
Stopień powiązania z Polską może być bardzo różny: od oczywistego jak Polacy mieszkający w Polsce i obywatele polscy mieszkający za granicą; przez osoby z podwójnym obywatelstwem lub urodzone za granicą; do osób jedynie posiadających polskich przodków i nieznających języka polskiego. Powiązania mogą być jednak jeszcze subtelniejsze. Przykładowo, jeżeli mieszkając za granicą, dobrze wykonam swoją pracę, to w przyszłości moi kontrahenci będą chętniej współpracować z innymi Polakami oraz rozpowszechniać pozytywną opinię o nas. W ten sposób staną się w pewnym sensie ambasadorami Polski, pomimo że formalnie nic ich z naszym krajem nie łączy. Idąc jeszcze dalej, jeśli nawet w zwykłej rozmowie, ktoś mnie polubi, a jestem pierwszym Polakiem, którego spotka, to od tego momentu ta osoba będzie lubiła wszystkich Polaków, bo tego typu poglądy mają tendencje do bardzo szerokiej generalizacji. To jak słabo wykorzystujemy nasz polonijny potencjał, jest bardziej widoczne, gdy porównamy się z innymi nacjami. Żydzi stanowią obecnie chyba najsprawniejszą diasporę. Są oni dobrze zintegrowani z lokalną społecznością i są jego ważną oraz integralną częścią, ale także równocześnie są mocno powiązani z Izraelem. Pomiędzy Izraelem a diasporą istnieje intensywny przepływ kulturalny, naukowy, religijny i ekonomiczny. Społeczność żydowska potrafi również skutecznie lobbować w sprawach dla siebie ważnych. Przykładem może być choćby głośna ustawa 447 o restytucji mienia żydowskiego przyjęta przez Kongres USA i podpisana przez Donalda Trumpa. Nie chcę zajmować się tutaj samą ustawą. Pragnę jedynie zwrócić uwagę, że Polsce brak porównywalnych sukcesów. Od wielu lat bezskutecznie zabiegamy o ruch bezwizowy, a Fort Trump najprawdopodobniej nigdy nie powstanie.

Jak to jest z tą Polonią?

Niestety Polonia jest mało aktywna, co widać w ilości osób biorących udział w wyborach.
Liczebność aktywnej Polonii jest mniejsza niż powyższe wskaźniki, ponieważ uwzględniono w nich również osoby czasowo przebywające poza Polską np. turystów. Ogólnie można założyć, że frekwencja wyborcza w Polonii wynosi około 1 proc.. Przypuszczam, że osoby, które opuściły Polskę niedawno, czują się bardziej związane z krajem i chętniej głosują. W wyborach prezydenckich w 2015 roku w Wielkiej Brytanii, gdzie wielu Polaków dopiero co przyjechało, zagłosowało 61.227 osób, a w USA jedynie 19.151 pomimo dziesięciokrotnie większej Polonii.
Zależność ta działa też w drugą stronę: dzięki temu, że Polonia może głosować, czuje się bardziej związana z krajem. Dla osób mieszkających za granicą pójście na wybory jest czymś więcej niż dla osób w Polsce. Jest to duże święto i przez ten rytuał możemy poczuć się częścią Polski. Sama możliwość spotkania się z ludźmi, którzy rozmawiają po polsku, jest czymś wyjątkowym. To jest trochę jak z wodą dla ryby. Gdy ryba w niej pływa, to mniej ją ceni, niż gdy jest poza nią. Dla osób mieszkających za granicą ważne jest, aby wiedzieć, skąd się pochodzi i co ich ukształtowało. Uczestnictwo w polskich rytuałach daje możliwość odświeżenia relacji z krajem. Zdecydowanie takim rytuałem są wybory, ale także WOŚP, wizyty w polskim kościele, spotkania polonijne, śledzenie polskiej prasy i przyjazdy do Polski.
Niestety Polacy w kraju oraz państwo polskie nie zachęcają Polonii do integracji. Coraz częściej słyszę pomysły, aby odebrać Polonii prawa wyborcze. To trochę tak jakby ktoś chciał mi powiedzieć, że już nie jestem prawdziwym Polakiem. Niepokoi mnie ta narastająca tendencja do wykluczania kolejnych grup z Polski. Za Komuny wyrzuciliśmy Żydów i opozycjonistów. Niedawno Ludzki Pan podzielił nas na lepsze i gorsze sorty, połowę Polaków nawał zdrajcami i daje im do zrozumienia, że nie będzie w Polsce miejsca dla nich. Narasta fobia przed obcymi i imigrantami. Przyjeżdżającym do Polski Ukraińcom skrupulatnie przypominamy o wszystkim, co nasze narody dzieli. To trochę tak jakbyśmy dążyli do tego, aby Polska była krajem jednego Polaka, bo dwóch to już będzie za dużo i nadal trzeba będzie kombinować jak się tego niechcianego współlokatora pozbyć. (Ewentualnie jesteśmy w stanie tolerować naszego brata bliźniaka lub czasowo zaakceptować osoby, które zgadzają się zachowywać jak nasze klony.) Jest to całkowicie irracjonalne, bo w naszym wspólnym interesie jest, aby z Polską identyfikowało się i sympatyzowało jak najwięcej osób.

Nieporozumienia

Głosy, aby wykluczyć Polonię, najczęściej padają ze strony środowisk liberalnych. Głównie oparte jest to na nieporozumieniu, że to dzięki Polonii PiS doszedł do władzy. Po wyborach parlamentarnych w 2015 roku widziało się wiele tytułów w gazetach typu „¾ osób w USA głosowało na PiS”. To wystarczyło, aby wyrobić sobie mylną opinię, że cała Polonia popiera PiS, i to właśnie głosy Polonii przeważyły. W USA głosowało jedynie 24.856 osób na 15,6 miliona w całym kraju. 72 proc. poparło PiS — głównie w Chicago i na Wschodzie, gdzie znajdują się największe skupiska Polonii. Na Zachodzie USA głosowało bardzo mało osób i preferencje były zupełnie inne. Natomiast na całym świecie zagłosowało 174.805 osób i PiS zdobył 33,61 proc. poparcia, czyli mniej niż w Polsce (37,58 proc.). W ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego Koalicja Europejska wygrała z PiS 36,70 proc. :29,15 proc., a Wiosna uzyskała 14,74 proc. i była na trzecim miejscu.
Relatywnie dużym poparciem w Polonii niestety cieszą się ugrupowania radykalne, w których liderami są Kukiz, Korwin, a nawet Braun. Udaje się im razem zdobyć nawet do 40 proc.. Liberałowie potrafią również otrzymać ponad 50 proc., co i tak mnie dziwi, ponieważ liderzy ugrupowań radykalnych oraz PiS-u są o wiele bardziej aktywni. W USA ciągle organizują jakieś spotkania, które są profesjonalnie przygotowane. Widać tutaj metodyczność oraz zaplecze finansowe. Nie ma podobnej aktywności ze strony liderów ugrupowań prodemokratycznych.
Co więcej, wielu moich znajomych z Polonii sama wyraża wątpliwość czy ma prawo głosować. Takich dylematów nie mają zwolennicy ugrupowań radykalnych. Paradoksalnie akcja środowisk liberalnych zniechęcająca Polonię do głosowania przynosi odwrotny skutek. Osoby liberalne zastanawiają się, czy warto pchać się tam, gdzie nas nie chcą, a radykałowie pójdą zagłosować nawet na przekór. Dlatego w interesie środowisk liberalnych jest zachęcanie Polonii udziału w wyborach.
Powinniśmy zacząć od uporania się z kilkoma, szczególnie często, lecz również bezmyślnie, powtarzanymi opiniami.

Cała Polonia popiera PiS

Dyskusję z opinią, że cała Polonia popiera PiS, podjąłem już wyżej. Z perspektywy danych jest to nieprawda, ale gdyby zintegrować środowisko liberalne i przekonać, że mają prawo głosować, to należałoby się spodziewać znacznie lepszego wyniku. Trudno mi zliczyć ile razy ktoś „pluł mi w twarz” w Internecie za to, że ja i moi znajomi wybraliśmy PiS. Wielu moich znajomych mocno to zniechęciło, pomimo iż popierają zupełnie inne opcje. Nawet po zorganizowaniu protestów wspierających manifestacje KOD-u w Polsce, słyszeliśmy nieprzyjemne komentarze. Często mnie wtedy współpracownicy pytali: „Po co my to robimy i dla kogo?”. Wielu się zniechęciło.
Polonia nie powinna głosować, ponieważ nie płaci podatków
Ta opinia sprowadza Polskość i bycie Polakiem do płacenia podatków — trochę na zasadzie: skoro nie zrzucasz się z nami na kolację, to nie masz prawa z nami biesiadować. Fakty są natomiast takie, że Polonia praktycznie nie korzysta z polskiej infrastruktury i znikoma część budżetu jest na nią przeznaczana. Do tego często jeździmy do Polski i wydajemy zarobione za granicą pieniądze.
Jednak widzenie Polski jedynie jako budżetu jest bardzo ograniczone. Polonia nawiązuje kontakty handlowe i kulturalne oraz przywozi nowe pomysły ze świata. Za granicą promuje Polskę i stara się reprezentować jej interes. Wartości te trudno mierzyć w złotówkach. Wkład w projekt Polska może mieć bardzo różny charakter.

Ktoś, kto nie mieszka w Polsce, nie powinien decydować o tym, co się tu dzieje

W tym argumencie mamy założenie, że Polska jest jedynie obszarem geograficznym. Jeżeli ktoś w tym obszarze nie przebywa, to nie powinien mówić osobom, które tam przebywają, co mają robić.
Polska to jednak dużo więcej niż tylko ziemia. Polska to przede wszystkim ludzie, ale także język i kultura, ale także opinie o Polsce na świecie i wszelkiego rodzaju więzi z naszym krajem.
Chętnie powołujemy się na Polaków za granicą, gdy odniosą sukces. Aby być konsekwentnym, trzeba by uznać za niepolską działalność i osiągnięcia Adama Mickiewicza, Fryderyka Chopina, Czesław Miłosza, Zbigniewa Brzezińskiego, Zygmunta Baumana, Ignacego Paderewskiego, Marii Curie Skłodowskiej, Tadeusza Kościuszki i wielu innych. Czy ich też chcemy wyrzucić z Polski, bo tam nie przebywali, ani nie płacili podatków?
Powtórzę jeszcze raz, że wszystkim nam opłaca się, aby z projektem Polska czuło się związanych i sympatyzowało jak najwięcej osób. Dla Polonii też jest ważne, aby wiedzieć, skąd pochodzimy i co nas ukształtowało. Tak naprawdę, przedstawiciele wybrani w wyborach decydują nie tylko o losach osób mieszkających w Polsce, ale także o Polonii i sprawach jej dotyczących. To, że polscy politycy (zwłaszcza liberalni) nie troszczą się szczególnie o Polonię, jest zupełnie inną kwestią. Tak naprawdę, przedstawiciele wybrani w wyborach decydują nie tylko o losach osób mieszkających w Polsce, ale także o Polonii i sprawach jej dotyczących. To, że polscy politycy (zwłaszcza liberalni) nie troszczą się szczególnie o Polonię, jest zupełnie inną kwestią.

Polonia nie wie co się dzieje w Polsce i jest niezdolna do właściwych wyborów

To taka trochę wizja, jakby Polonia mieszkała na jakiejś odizolowanej wyspie. W dzisiejszych czasach, dzięki Internetowi, bardzo łatwo jest śledzić polską prasę. Polonia rozmawia z rodziną i znajomymi mieszkającymi w Polsce oraz często odwiedza kraj. Oczywiście rodacy za granicą różnią się między sobą pod względem intensywności kontaktów. Na pewno łatwiej politykom wmówić Polonii różne rzeczy i ogólnie rzecz biorąc trudniej zauważyć bardziej subtelne zmiany. Ja niedawno sam byłem zaskoczony liczbą Ukraińców w Polsce. Dlatego trzeba Polonię właśnie zachęcać do podtrzymywania więzi. Z drugiej strony czy Polacy mieszkający w Polsce sami dobrze się orientują co się tam dzieje?
Nie zauważa się, że spojrzenie Polonii może być bardziej obiektywne, ponieważ nie jesteśmy tak bardzo uwikłani w codzienne sprawy. Na co dzień funkcjonujemy w często zupełnie innej rzeczywistości, dlatego może być nam łatwiej wychodzić poza utarte schematy myślowe i proponować bardziej nowatorskie rozwiązania. Dlatego zachęcam do patrzenia na Polonię raczej jako pewnego potencjału, niż czegoś, od czego należy się odgrodzić chińskim murem.

Skoro uciekli, to niech się odczepią

Mam jednak wrażenie, że dyskutowane tutaj opinie są raczej racjonalizacjami mającymi uzasadnić bardziej emocjonalną postawę wobec Polonii. Często traktowani jesteśmy jak dezerterzy, którzy uciekli z tonącego okrętu. Często w żartach zarzuca się nam, że teraz pławimy się w wygodach, zamiast dzielić wspólną biedę. To wspólne bycie w cierpieniu ma dla nas jakąś świętą wartość. Jeśli ktoś się z tego wyłącza, to jakby wyłączał się z polskiej wspólnoty, bo co taka osoba może rozumieć, jeśli nie cierpi tutaj razem z nami. To my tutaj płacimy „podatek cierpienia”, a oni się migają. Mam uczucie, że dla wielu z nas (najczęściej nieświadomie), traktuje współuczestnictwo w cierpieniu jako esencję polskości. W innych krajach wygląda to zupełnie inaczej i może właśnie Polonia jest w stanie przywieźć nowe — pozytywne wartości.

Podsumowanie

* Polska jest bardzo szerokim, wielowymiarowym i różnorodnym projektem
* W naszym wspólnym interesie jest, aby jak najwięcej osób z nim się identyfikowało i sympatyzowało
* Polonia jest bardzo słabo wykorzystanym atutem Polski
* Udział w wyborach jest formą budowania więzi
* Trzeba namawiać Polonię do głosowania (zwłaszcza tę prodemokratyczną i zniechęconą)
Potrzebna jest pomoc Polaków mieszkających w Polsce
* Konieczna jest ogólnoświatowa debata na temat Polonii
Debata o Polonii
Kampania wyborcza jest bardzo dobrą okazją, aby zapytać, jak politycy planują wykorzystać polonijny potencjał. Dotychczas państwo polskie prowadziło głównie działalność konsularną. Funkcjonują polskie szkoły, choć ma się uczucie, że brakuje im środków i należytego rozmachu. Polonijne stowarzyszenia często są uśpione. Grupom aktywistów udaje się organizować polskie festyny i wydarzenia kulturalne. Często robią to w swoim prywatnym czasie i borykają się z ograniczeniami finansowymi. Potrzebne są bardziej profesjonalne i systemowe rozwiązania. W obecnej chwili głównym organizatorem życia polonijnego jest Kościół Katolicki. Styl, w jakim to robią, może się niektórym nie podobać, ale gdyby ich nie było, to w niektórych rejonach nie byłoby życia polonijnego wcale.
Głównym problemem Polonii jest brak kanałów komunikacyjnych i fatalny przepływ informacji. Przydałoby się jakieś centralne miejsce w Internecie, gdzie Polonia mogłaby dowiedzieć się o wydarzeniach w swojej okolicy, umieścić ogłoszenie, wypytać się o różne praktyczne sprawy itd.
Bardzo wiele osób w USA, które spotykam, ma polskich przodków. Oprócz tego, że o tym pamiętają i mówią, nic więcej ich z Polską nie łączy. Gdyby takim osobom wysłać list z informacją o przodkach i miejscowościach, z których pochodzili, może zwiększyłoby to zainteresowanie naszym krajem. Można by pomóc im odnaleźć kontakty do rodziny i zachęcić do przyjazdu. Dla każdego ważne jest, aby wiedzieć, skąd się pochodzi i rozumieć co go ukształtowało. Polska powinna animować i wspierać tego typu genealogiczne przedsięwzięcia.
Gdy powstawał KOD, bardzo mi się podobało, że Polonia miała status regionu tak samo, jak każde z województw. Dlaczego by Polonia nie miała mieć podobnego miejsca w strukturze administracyjnej państwa, skoro jest nas 20 milionów? Oczywiście mamy zupełnie inną specyfikę, ale może warto nam poświęcić równie dużo czasu i zasobów jak innym regionom. Jestem pewien, że ta inwestycja zwróciłaby się wielokrotnie.
Jakiś czas temu założyłem na Facebooku grupę „Pozytywna Polonia”, gdzie dyskutowaliśmy istotne dla Polski i Polonii sprawy. Zadaliśmy sobie tam poniższe pytania:
Co to znaczy być Polakiem? Kto jest Polakiem?
Co to znaczy być polakiem za granicą?
Co polacy mieszkający za granicą mogą zaoferować Polsce?
Czego Polonia potrzebuje od państwa polskiego?
Czy Polonia powinna głosować?
Czym jest dzisiaj patriotyzm?
W jaki sposób wychowywać dzieci za granicą żeby czuły pozytywne przywiązanie do Polski i polskiej kultury?
W jaki sposób burzyć stereotypy o polskich imigrantach?
Jakie cechy kulturowe wywiezione z Polski pomagają a jakie przeszkadzają w budowaniu sobie życia poza granicami Polski?
Jakie powinny być priorytety w Polityce zagranicznej Polski?
Zapraszam do pamiętania o Polonii i zastanawiania się nad nią. Chęć utrzymywania więzi musi być odwzajemniona. Inaczej przywiązanie będzie się szybko rozmywać.