Trójmorze, co dalej…

Motto: Tempora mutantur et nos mutamur in illis.

Czasy się zmieniają i my zmieniamy się wraz z nimi, mówi łacińskie przysłowie. Czy, aby na pewno się zmieniamy? Czy obecna globalna sytuacja powinna nas skłonić do zmian w sposobie politycznego myślenia? George Friedman uważał, jeszcze przed Afganistanem, że kolejne porażki militarne Stanów Zjednoczonych wkalkulowane są w ogólną, dalekosiężną strategię, która pozwoli Stanom na utrzymanie światowego przywództwa do końca bieżącego stulecia. Bardziej jednak podoba mi się myśl Zbigniewa Brzezińskiego, że Stany mogą wiele, ale nie wszystko.

Uwarunkowania zewnętrzne i wewnętrzne

Czytam niedawno, że Bush był prezydentem niemądrym, Obama hamletyzował a Trump był nieprzewidywalny. To wszystko bardzo prawdopodobne, ale ich wybór wynikał z poziomu niezbyt wykształconego i ubogiego społeczeństwa, którym kierują i manipulują wykształcone i bogate elity. Tych elit oceniać nie mam zamiaru. Obecnie prezydentem Stanów Zjednoczonych jest demokrata Joe Biden, który zastąpił na tym urzędzie republikanina Donalda Trumpa. Ten ostatni ogłoszony został przyjacielem Polski, czego nie zamierzam podważać, tym bardziej, że kandydował będzie na to stanowisko po raz wtóry, a co ważne, był politykiem sprzyjającym Inicjatywie Trójmorza, bardzo potrzebnej naszemu regionowi.
Zastanowić się natomiast warto na ile amerykańscy demokraci, których prezydentów doradcą był Zbigniew Brzeziński wykazać mogą aktualnie zrozumienie dla specyfiki Europy Środkowej, dla jej wielu pomysłów integracyjnych. Z enuncjacji medialnych wiemy już, że w amerykańskim Kongresie zarówno republikanie, jak i demokraci wyrażają poglądy sprzyjające Inicjatywie.
Postawić można pytanie na ile myśl polityczna Zbigniewa Brzezińskiego, który rozumiał Europę Środkową, zapamiętana została wśród demokratów. Oczywiście, „co będzie pokaże czas”, ale istnieje pokusa znalezienia już teraz, przynajmniej w części, odpowiedzi na to pytanie. Z. Brzeziński już na początku swej działalności naukowej i politycznej opowiadał się za integracją Europy Środkowej i za powstaniem konfederacji polsko-czechosłowackiej. Na jego poglądy wpływ mógł mieć niewątpliwie m.in. fakt, że jego żoną była Emilie Beneš stryjeczna wnuczka prezydenta Czech Edvarda Beneša, który wraz z premierem Władysławem Sikorskim taką konfederację podczas II wojny światowej usiłował powołać. Jeszcze kilka lat przed śmiercią B. Brzeziński stwierdzał, że odpowiedzią Europy na wyzwania stojące przed nią i całym Zachodem powinna być współpraca regionalna, wzmocnienie Grupy Wyszehradzkiej i powiązań z krajami północnej Europy.
Takie poglądy prezentował Z. Brzeziński wtedy, gdy pozycja Ameryki na globalnym forum już słabła. Na temat Trójmorza nie zdążył się wypowiedzieć, bo zmarł w roku 2017, a więc zanim Inicjatywa nabrała kształtu. Czy obecnie, po klęsce w Afganistanie, zaprzątał by sobie głowę Polską i Europą Środkową? (Nawiasem mówiąc Z. Brzeziński uważał, że Europa Środkowa kończy się na Łabie. Nie była to jednak polityczna definicja regionu, lecz raczej ekonomiczno-społeczna. M.P.).
Zbigniew Brzeziński we wstępie do swej książki „Strategiczna wizja” napisał: „Tylko dynamiczna, postępująca zgodnie z przemyślaną strategią Ameryka może wraz z jednoczącą się Europą wspólnie działać na rzecz większego i bardziej żywotnego Zachodu, zdolnego do odgrywania w sposób odpowiedzialny roli partnera dla rosnącego w siłę i coraz bardziej pewnego siebie Wschodu.
W przeciwnym razie niewykluczone, że geopolitycznie podzielony i skupiony na sobie Zachód pogrąży się w historycznym upadku, który upodobni go do upokorzonych i bezsilnych dziewiętnastowiecznych Chin. Na Wschodzie zaś pojawi się pokusa powtórzenia katastrofalnej w skutkach próby sił pomiędzy państwami dwudziestowiecznej Europy.” Z. Brzeziński pisał te słowa w 2012 roku a od tego czasu zmian na lepsze nie widać. Wręcz przeciwnie.
Rola politycznego gracza
Unia Europejska nie osiągnęła dotąd roli politycznego gracza (Brzeziński uważał, że jest to projekt niedokończony), a Stanom Zjednoczonym do przodującej roli w świecie coraz dalej. Z chwilą objęcia urzędu przez Prezydenta Bidena pozycja Stanów Zjednoczonych w świecie ma jakąś szansę na poprawę, ale to poprzednik Bidena, Donald Trump wspierał ideę Trójmorza, a nie aktualny Prezydent, który z poparciem jeszcze nie zdążył. Co prawda poparcie dla Inicjatywy Trójmorza wyrażają obecnie zarówno demokraci, jak i republikanie, ale poparcie to nie jest przekonywujące.
I nie było przekonywujące od strony finansowej nawet za Trumpa. Więcej było w tym poparciu słów niż konkretu, a raczej: pomóżcie sobie sami, albo: niech wam Unia Europejska pomoże. I Unia Europejska pomaga, a przede wszystkim nie przeszkadza.
Amerykańskie wsparcie dla idei Trójmorza jest jednak nadal niezbędne. A tymczasem na globalnym horyzoncie kłębią się ciągle czarne chmury. Skończyła się już dość dawno „globalna supremacja” Zachodu, a trwające sukcesy Chin czynią z nich alternatywę systemową, bo system amerykański, jak zauważył Z. Brzeziński, zaczyna być postrzegany jako przestarzały. Ważnym wydarzeniem stało się wycofanie wojsk amerykańskich z Afganistanu. Decyzja Prezydenta Bidena w tej sprawie świadczy o przezorności jego i jego ekipy. Wszelkie ponawiane w przyszłości ewentualne militarne próby ratowania amerykańskiego imperium skończyć się mogą bardzo tragicznie i przyśpieszyć koniec, a nie uratować USA. A pokusy w Stanach powrotu do militarnych interwencji niestety nadal istnieją!
Renesans Ameryki
Tymczasem przywrócenie świetności Ameryki nastąpić może obecnie przede wszystkim poprzez sukcesy gospodarcze oraz na polu nauki i edukacji, w ścisłym sojuszu z Unią Europejską Analitycy polityki międzynarodowej i znawcy problematyki afgańskiej głowią się obecnie nad tym jakie będą skutki wycofania wojsk USA oraz ich sojuszników. Przeważać wydaje się opinia, że na ich miejsce wejdą do Afganistanu Chiny. Sam Prezydent Biden tak sądzi.
Amerykanie zostawili w Afganistanie mnóstwo wojskowego sprzętu, który, jak widać, niewiele pomógł w wygraniu tej wojny. Myślę zresztą, że talibom ten sprzęt też do niczego przydatny nie będzie. Przypatrzą mu się Chińczycy.
Już podczas wojny w Wietnamie odzywały się głosy, że aby wygrać podobny konflikt (są oczywiście także istotne różnice!) stosunek liczbowy sił inwazyjnych do sił miejscowego przeciwnika powinien być kilkakrotnie wyższy, a walka powinna przypominać walkę wręcz, czyli „face to face”. A tu niestety mamy do czynienia już z demografią. Kogo na Zachodzi stać na taką wojnę? A może stać Chińczyków? Z. Brzeziński uważał, że po wycofaniu wojsk amerykańskich nastąpi wewnętrzny rozkład kraju i rywalizacja o wpływy w Afganistanie wśród sąsiednich państw. Istnieje przy tym prawdopodobieństwo, pisał, że w Afganistanie na nowo rozpalą się namiętności religijne i etniczne.
Wydaje mi się jednak, że to m.in. rosnąca chińska obecność w Afganistanie ochłodzi tam nastroje i do większych militarnych perturbacji w tym kraju nie dojdzie. Brzeziński stwierdził przy tym że amerykańska skłonność do wycofywania się z Bliskiego Wschodu będzie zapewne wzrastać wraz ze słabnięciem globalnej pozycji USA, mimo wyrażanego publicznie poparcia dla Izraela. ( I tu zapalać się powinna dla politycznych decydentów czerwona lampka.
Jeśli Stany gotowe są opuścić Izrael, to co z Europą i z Europą Środkową?) Jego zdaniem długofalowym celem Stanów Zjednoczonych powinna być transatlantycka stabilność oparta na coraz pełniejszym porozumieniu między starymi potęgami Zachodu i nowymi potęgami Wschodu. Wymaga to starań przez kilka następnych dekad o połączenie zarówno Rosji, jak i Turcji, z Zachodem obejmującym już UE i USA, dzięki takim instytucjom jak UE i NATO.
Chiny – USA
Równocześnie strategiczne zaangażowanie USA w Azji powinno obejmować próby współpracy i partnerstwa z Chinami oraz promocję pojednania między Chinami i sprzymierzoną z USA Japonią. Brzeziński uważał, że Europa (Francja i Niemcy) popełniają błąd odrzucając europejskie aspiracje Turcji, która mogłaby osłaniać Europę od problemów i namiętności Bliskiego Wschodu. Turcja wykorzystując swe terytorialne i kulturowe związki z ludami starego imperium osmańskiego i postsowieckimi państwami Azji Środkowej, mogłaby podkopywać atrakcyjność islamskiego ekstremizmu i zwiększać stabilność regionalną, z korzyścią nie tylko dla Turcji, ale i dla Rosji i Europy. (Z. Brzeziński tego na napisał, ale podejrzewam, że chodziło mu także o zastąpienie na Bliskim Wschodzie Ameryki przez Turcję jako gwaranta bezpieczeństwa Izraela.
Można mieć jednak wątpliwości czy obecna Turcja spełnić może taką rolę. M.P.) Zauważmy, że w tym, z konieczności bardzo skrótowym, przedstawieniu ostatnich poglądów Zbigniewa Brzezińskiego jest miejsce dla Europy jako całości, ale nie ma miejsca dla Europy Środkowej. Brzeziński prezentował w roku 2012 swe poglądy z myślą o horyzoncie czasowym po 2025 roku.
Jeśli jego postulaty (prognozy?) nie uwzględniające Europy Środkowej zostaną zrealizowane, to czy w ich konsekwencji Niemcy (lub Unia Europejska) i Rosja podzielą się, zgodnie z historyczną tradycją, osamotnioną Europą Środkową. A może Stany realizować będą nadal koncepcję George’a Friedmana, według której Stany Zjednoczone nie dopuszczą do zbytniego zbliżenia Niemiec i Rosji?
Rozważyć można jeszcze jeden scenariusz, który przypominałby powrót do niemieckiej Mitteleuropy. Te 3. scenariusze wymagałyby być może oddzielnego rozpatrzenia, jakkolwiek wszystkie wydają się być z góry mało prawdopodobne, bo zakładają w podtekście nieprzyjazne relacje między Stanami a Unią Europejską.
Wydaje się jednak, że słabość Stanów i słabość Unii Europejskiej powinna skłaniać do ścisłego sojuszu.
Europejski instynkt polityczny
Jeżeli z kolei środkowoeuropejskie elity nie zawiedzie instynkt polityczny, to Europa Środkowa integrować się będzie w ramach Unii Europejskiej i to właśnie Unia Europejska pozostanie dla naszego regionu głównym i bezpiecznym partnerem, oczywiście w sojuszu z Ameryką Północną – tzn. Stanami i Kanadą. Co nie oznacza, że w Europie Środkowej nie będzie miejsca dla bezpośrednich partnerskich relacji ze Stanami Zjednoczonymi, Chinami, a także z Rosją. Napisałem niedawno, że z via Carpathia powinna się cieszyć również Rosja i wszyscy nasi wschodni sąsiedzi, bo nigdy nie mieli dobrej lądowej komunikacji z Bałkanami.
Sądzę przy tym, że chińska obecność w Afganistanie, na rosyjskim podbrzuszu, niekoniecznie sprzeczna w krótkim horyzoncie czasowym z interesem Zachodu i Ameryki, ostudzi nastroje w Europie Wschodniej (szczególnie w Rosji) i nastąpi wreszcie era współpracy Zachodu z Rosją, czego oczekiwał Z. Brzeziński.
A Chiny nie będą sprzeciwiać się tej współpracy, bo spokój na jedwabnym szlaku umożliwi im bezpieczny rozwój wymiany gospodarczej i handlu z Europą oraz z wszystkim krajami „po drodze”. A do zbliżenia, nie Niemiec, ale Unii Europejskiej z Rosją zapewne w dalszej perspektywie dojdzie, najlepiej przy amerykańskim współudziale. To zbliżenie poprze także Watykan, którego zauważalny długoletni dialog z Rosją zmierza właśnie w tym kierunku. Kiedy dokładnie nastąpi zbliżenie między całym Zachodem a Rosją, trudno w tej chwili przewidzieć, niemniej wydarzenia na świecie wydają się gwałtownie przyśpieszać. W każdym razie, do tego czasu, Europa Środkowa powinna już być maksymalnie zintegrowana, ale nie przeciw Niemcom, lecz w ramach Unii Europejskiej.
Skonfederowani?
Europy Środkowej nie udało się i nie uda nikomu na trwałe podbić siłą. Jej różnorodność narodowa, etniczna, kulturowa i religijna stanowi o jej niepowtarzalności, co równocześnie uniemożliwia narzucenie zwierzchnictwa jednego narodu drugiemu, a co dopiero całemu regionowi. Europa Środkowa nie potrzebuje hegemona, ani z zewnątrz, ani „własnego”; jedyny sposób, aby mówiła jednym głosem jest jej dobrowolne zjednoczenie na podstawie politycznej, gospodarczej, kulturalnej itd. w celu obrony wspólnych interesów. Proces ten może być długotrwały, co nie oznacza, że wizja Europy Środkowej zjednoczonej w ramach Unii Europejskiej jest wizją utopijną. Największym i niewybaczalnym błędem polskich i innych środkowoeuropejskich elit byłoby doprowadzenie krajów regionu do wyjścia z Unii Europejskiej.
Federaliści środkowoeuropejscy już od XIX wieku powtarzali, że obrona narodowych interesów małych i słabych środkowoeuropejskich krajów, w otoczeniu sąsiadujących z nimi potęg, wymaga rezygnacji ze skrajnych nacjonalizmów na rzecz zjednoczonego regionu. Rezygnacja ta nie wyklucza jednak rozumnego patriotyzmu. Myślano początkowo, że już wcześniej zjednoczona Środkowa Europa połączy się z Zachodem Europy. Stało się inaczej – do Unii Europejskiej weszły pojedyncze kraje środkowoeuropejskie, które dopiero obecnie, w ramach UE dokonują regionalnej integracji (m.in. Grupa Wyszehradzka, Trójmorze, chiński format współpracy obejmujący Chiny i kraje Europy Środkowej „17+1”). Zintegrowana Europa Środkowa, już jako samodzielny podmiot w UE, powinna w dogodnym dla siebie momencie zdecydować jaką formę federacji unijnej poprze, czy będzie to pełna federacja czy konfederacja. Wydaje się, że luźna konfederacja najbardziej odpowiadałaby obecnie możliwościom i potrzebom Europy. Przy czym w niektórych obszarach trudno wyobrazić sobie inne rozwiązania niż te, które przypominają scentralizowaną federację, chodzi np. o obronność czy walkę z cyberatakami. O pełnej suwerenności narodowej na podobnych polach należałoby raczej zapomnieć. Wiele obecnych sporów między poszczególnymi państwami unijnymi a brukselską administracją wynika z braku jasnych, nakreślonych uprawnień brukselskiej centrali (decydują często niewybierani lecz mianowani urzędnicy!) oraz państw członkowskich. Na te tematy powinni się wypowiedzieć konstytucjonaliści w państwach członkowskich Unii. Sądzę i mam nadzieję, że do dyskusji tej znaczący wkład wnieść może syn Zbigniewa Brzezińskiego, przyszły Ambasador Stanów Zjednoczonych w Polsce Mark Brzeziński. W dyskusji nad przyszłym kształtem Unii Europejskiej, procesem integracji środkowoeuropejskiej i miejsca w niej Polski, mogliby wziąć udział także polscy uczeni pracujący na zagranicznych uczelniach. W przeszłości to oni w dużym stopniu byli twórcami koncepcji Środkowej Europy.
Mówi się niekiedy, że polskie społeczeństwo podzielone jest mniej więcej równo na dwie części. Otóż w przypadku Unii Europejskiej jest inaczej: 4/5 Polaków (80 proc. ) opowiada się za obecnością w Unii. Tak wynika z badań opinii publicznej i to jest już bardzo dobra wiadomość. Nigdy jednak dotąd nie zadano społeczeństwu pytania odnośnie integracji środkowoeuropejskiej. Powodów jest wiele, a wśród nich podstawowy: społeczeństwo nie jest przygotowane do odpowiedzi, bo i pytanie trudno sformułować.
Czy społeczeństwo popiera dotychczasowe próby integracji regionalnej, np. Grupę Wyszehradzką? Wydaje się, że w tym przypadku zdecydowanie tak, ale co dalej? I tutaj jest pole do działania dla naszych elit politycznych. Wśród polityków popierających naszą obecność w Unii przeważa niestety pogląd, że w Unii niczego nie należy zmieniać, wystarczy ją popierać. Ponadto nasze elity nie wypowiedziały się na razie wyraźnie co do przyszłej, bardziej zintegrowanej niż dotąd, Europy Środkowej. Odpowiedź pozytywną otrzymujemy tylko w przypadku Grupy Wyszehradzkiej i tę próbę integracji należy zdecydowanie popierać, mimo, że nie zawsze zgadzamy się z linią polityczną poszczególnych krajów Grupy.
Jeżeli chodzi natomiast o szerszą integrację, całej Europy Środkowej, to inspiracje w tym kierunku przychodzą raczej z zewnątrz, np. ze Stanów Zjednoczonych i Chin niż z samego regionu. To, że świat dostrzega nasz region jako jedną całość, mimo wewnętrznego zróżnicowania, przyjmujemy jak rzecz zrozumiałą. Nie zawsze jednak tak było i w tym postrzeganiu nas przez świat obecnie wiązać można wiele nadziei. Jeżeli jednak Europa Środkowa nie wykorzysta sprzyjającego jej momentu, państwa narodowe regionu stracić mogą, jedyną być może, okazję zabezpieczenia swych dobrze rozumianych narodowych interesów. Jeżeli chodzi o Polskę, to już obecnie wielką szkodę naszym narodowym interesom przynieść mogą „mocarstwowe podrygi” jednych i błoga nieświadomość drugich polityków.
Wynikają one być może z przekonania, że sama Polska, bez wsparcia środkowoeuropejskich sąsiadów, jest w stanie prowadzić skuteczną politykę międzynarodową. Chciałoby się powiedzieć: więcej skromności, zanim ktoś nam powie: żadnych złudzeń Panowie! Polska (dotyczy to także pozostałych krajów Europy Środkowej) bez wsparcia naszego zintegrowanego regionu nie będzie w stanie prowadzić żadnej skutecznej polityki. Pomyślmy przez chwilę jaka byłaby przyszłość niezintegrowanych krajów Środkowej Europy. Ich los przypominałby, nigdy na szczęście nie zrealizowaną koncepcję Mitteleuropy, tym razem w wykonaniu Unii Europejskiej, czytaj najsilniejszych państw Unii; poszczególne państwa regionu w ważnych dla siebie sprawach nie miałyby wówczas nic do powiedzenia. Powoli, ale śpieszmy się! Tempus fugit! Czas ucieka i ktoś dodał, że nie wraca.

Wirus modyfikowany politycznie

Odtajniono raport wywiadu USA, którego sporządzenie zlecił w maju 2021 r. prezydent.

Kiedy świat stoi przed ryzykiem kolejnych pandemicznych fal, kiedy rzetelni naukowcy walczą z anty szczepionkowymi szarlatanami, Biały Dom zdecydował o odtajnieniu raportu amerykańskiego wywiadu badającego pochodzenie wirusa COVID-19.
Odtajniono w jawnej publikacji biura Dyrektora Wywiadu Narodowego, ale bez wielkiej celebry i medialnej odprawy, z lekkim poczuciem zażenowania.
I trudno się temu dziwić. Po dziewięć dziesięciodniowym dochodzeniu wywiad największego mocarstwa świata nadal znajduje się w punkcie rozpoczęcia dochodzenia.
Ustalono bezsprzecznie dwa źródła pochodzenia wirusa:

  • Wirus SARS-CoV-2 naturalnie „przeskoczył” ze zwierząt na ludzi, prawdopodobnie na którymś z targów zwierząt.
  • Wirus wyciekł z laboratorium w Wuhanie.
    Ustalono też, że obie teorie są jednakowo wiarygodne. Czyli każdy może używać tej wersji wydarzeń, która uzna za użyteczną dla swych interesów.
    Cóż, rzekłbym, że sam doszedłbym też do takich zdroworozsądkowych konkluzji, gdybym otrzymał z Białego Domu zlecenie na taki raport. Uczyniłbym to szybciej i znacznie taniej niż zjednoczone siły wywiadu USA. Ale nie przesadzajmy z żartami z tak poważnego i smutnego tematu.
    Wykonany na zlecenie prezydenta Bidena raport ma też pozytywne treści.
    Informuje, że wywiad USA jednoznacznie ustalił, że COVID-19 nie powstał w chińskich laboratoriach jako broń biologiczna.
    A taką tezę już w ubiegłym roku głosili niektórzy republikańscy politycy próbując podgrzać anty chińskie nastroje.
    Amerykańskie spec służby oceniły też, że mało prawdopodobną jest teoria o genetycznej modyfikacji wirusa.
    Amerykański raport został szybko skomentowany przez władze chińskie. „USA nie dbają o fakty i prawdę, ale o to, jak oczernić Chiny”, oświadczył Zhao Lijian, rzecznik chińskiego ministerstwa spraw zagranicznych.
    Pożytki z wirusa?
    Koronawirus to efekt naturalnej ewolucji, tak nadal uważa większość naukowców na świecie. Teza ta, najbardziej prawdopodobna, nie budzi jednak w mediach takich społecznych emocji jak inne, zwłaszcza te spiskowe. Znacznie mniej prawdopodobne, albo zwyczajnie fałszywe, ale za to przyciągające większą uwagę odbiorców mediów. Rozbudzające emocje opinii publicznej w wielu krajach.
    Jeszcze w ubiegłym roku poglądy, sugestie nawet, że SARS-CoV-2 to produkt inżynierii genetycznej, albo wirus wyniesiony na zewnątrz przez przypadkowo zakażonego pracownika laboratorium, traktowany był przez środowiska naukowe jako nieudokumentowane teorie.
    Biolodzy, genetycy i epidemiolodzy spierali się o to, które zwierzę stało się pomostem między nietoperzem a człowiekiem. Bo poważne analizy genomu SARS-CoV-2 wskazywały na efekt naturalnej ewolucji.
    Teraz hipoteza o wycieku wirusa hodowanego w chińskim laboratorium, dyskredytowana niedawno jako nieudokumentowana spekulacja, stała się tematem komentarzy w przeróżnych pismach, także naukowych, nagłośnionych śledztw dziennikarskich i analiz w czołowych amerykańskich gazetach.
    Nietrudno zgadnąć, że strona chińska nie pozostała dłużna. Skoro zdaniem amerykańskich komentatorów wirus mógł powstać w laboratorium, to nie można wykluczyć jego amerykańskiego pochodzenia.
    Chińskie media przypomniały, że w sierpniu 2019 roku zamknięto ze względów bezpieczeństwa amerykańskie laboratorium biologiczne Fort Detrick. To jedno z ponad dwustu amerykańskich laboratoriów, w których prowadzone są badania biologiczne dla celów wojskowych.
    Chińskie media przypomniały też, że w 2019 roku w Światowych Wojskowych Igrzyskach Sportowych w Wuhan uczestniczyli amerykańscy żołnierze stacjonujący w okolicach Fortu Detrick.
    W ślad za tymi doniesieniami mediów władze chińskie wezwały administrację USA do zaproszenia międzynarodowej komisji złożonej z ekspertów WHO, aby zbadać i wyjaśnić sytuację w Fort Detrick.
    Według sondażu magazynu „The Economist” i ośrodka YouGov, aż 58 procent Amerykanów jest przekonanych, że źródłem pochodzenia zabójczego wirusa było chińskie laboratorium. To o 10 procent więcej niż w podobnych sondażach robionych w maju 2020 roku. Zapewne ten wzrost niepotwierdzonej naukowo tezy, to efekt prawicowej propagandy telewizji Fox News, która preferuje antynaukowy styl przekazu. Zwłaszcza kiedy minimalizuje problem zmian klimatycznych albo zagrożenia koronawirusem.
    To też efekt popularnych w USA „naukowych influencerów”, jak Bret Weinstein, trąbiących w mediach społecznościowych o tym, że SARS CoV-2 jest efektem genetycznych manipulacji „podstępnych Chińczyków”.
    Prawda się obroni ?
    „Jedynym dowodem, jaki mają zwolennicy teorii wycieku z laboratorium, jest to, że laboratorium znajduje się w Wuhanie”, mówił Peter Daszak, specjalista chorób wirusowych i członek misji WHO.
    Eksperci tej organizacji chwalili stronę chińską za stworzenie im warunków do działania, dostępu do newralgicznych miejsc. Zastrzegli też, że pozostało jeszcze pól do badań, zwłaszcza analizy łańcuchów dostaw na zwierzęce targi i testowanie próbek zwierzęcych.
    Niestety sporządzony przez nich raport Światowej Organizacji Zdrowia /WHO/ wykluczający wyciek wirusa z laboratorium nie ma szans na taką popularność. Nie budzi takich emocji jak wszelkie teorie spiskowe. Nie służy administracji USA w tworzeniu negatywnego obrazu Chin w społeczeństwie amerykańskim i światowej opinii publicznej. Przydatnego do długofalowej politycznej i gospodarczej konfrontacji z rosnącą gospodarką chińską. Nie służy światowym mediom preferującym napędzające zyski emocje odbiorców niż „nudną”, niezyskowną prawdę.
    W oparach takich politycznych i medialnych gier światowa opinia publiczna zapomina o podstawowej w czasie pandemii wartości. Jedności we współpracy w walce z zarazą.

PS. Warto przypomnieć, że wyjaśnianie epidemii SARS z 2003 roku, w efekcie której zmarło prawie 800 osób, zajęło światowym wirusologom 14 lat.

O Chinach i USA po nowemu

Grono znanych polskich naukowców i publicystów przygotowało interesującą publikację. Zbiór esejów zatytułowanych „Wizja człowieka przyszłości w świetle współzawodnictwa ChRL i USA”.

Inicjatorem i redaktorem tomu jest profesor Wojciech Pomykało. A wśród jego autorów znajdujemy publicystów stale goszczących na łamach „Trybuny”: marszałka Longina Pastusiaka, profesorów Marie Szyszkowską i Wojciecha Pomykałę, publicystów Andrzeja Ziemskiego i Piotra Gadzinowskiego.
W zeszłym tygodniu z autorami i wydawcami publikacji spotkał się zastępca ambasadora Chin w Polsce JE Yao Dongye.
W czasie spotkania profesor Pomykało omówił treść tej nowej publikacji poświęconej chińskiej problematyce. Zwrócił uwagę na jej interdyscyplinarny charakter. Przypomniał,że jej autorzy reprezentują różne dziedziny nauki:filozofię, pedagogikę, nauki prawne, historię idei oraz nauki o polityce.
To sprawia, że czytelnicy mogą spojrzeć z różnych perspektyw na współzawodnictwo chińsko- amerykańskie.
Profesor Maria Szyszkowska zwróciła uwagę na uniwersalność myśli konfucjańskiej i jej obecność w europejskiej filozofii.
Redaktor Piotr Gadzinowski zaprezentował najważniejsze problemy poruszane w czasie ostatnich dyskusji o polskiej polityce wobec Chin.
Ambasador Yao podziękował autorom i wydawcą za ciekawą inicjatywę. Zadeklarował promocję publikacji w Chinach. Tłumaczenie jej i publikację na chińskim rynku wydawniczym.
Redakcja „Trybuny” będzie powracać do problematyki zawartej w publikacji. Planujemy zaprezentować artykuły jej autorów, fragmenty zamieszczonych w niej esejów.

Rurociągi i rakiety

Po roku 1989 sam fakt istnienia rurociągu Przyjaźń był często traktowany jako symbol uzależnienia Polski od ZSRR. Następny rurociąg byłby traktowany jako kolejne uzależnienie. Nic też dziwnego, że w wyniku współdziałania rosyjsko-niemieckiego powstał gazociąg Nord Stream dostarczający rosyjski gaz przez Bałtyk, a więc z pominięciem Ukrainy i Polski. Stało się to przedmiotem krytyki. Wspomniane pominięcie uznano za przejaw dyskryminacji państw tranzytowych.

Krytyka ta przypominała rozdwojenie jaźni jakie demonstrowali politycy w sprawie naszej przynależności do NATO. Już po podjęciu decyzji w tej sprawie polscy politycy i dyplomaci z uporem dzięcioła wypytywali swoich rosyjskich partnerów, co sądzą o polskiej obecności w NATO. Rosjanie odpowiadali, że nie uważają tego za dobry pomysł. Polska reakcja:Jesteśmy suwerenni, chcemy wejść do NATO i wejdziemy. Chyba ostatnia tego rodzaju dyskusja miała miejsce z udziałem ministra Bronisława Geremka i premiera Jurija Primakowa. Geremek zapytał – co sądzicie o naszym wstąpieniu do NATO? Primakow odpowiedział „Jesteście suwerenni. Jak będziecie chcieli to wstąpicie. Tylko nie zmuszajcie nas, abyśmy się z tego powodu cieszyli.”
Sprawa rurociągu gazowego stała się przedmiotem ostrej krytyki po podjęciu decyzji o budowie Nord Stream 2. Krytyka ta nie była jednak na tyle istotna, aby miała spowodować zahamowanie budowy. W końcowej fazie budowy głośne stało się żądanie rezygnacji z tego projektu zgłaszane przez władze polskie, a także przez rządy innych państw regionu. Jak pamiętamy – w wyniku rozmów kanclerz Merkel i prezydenta Bidena-uznano, że gazociąg powinien być zakończony i oddany do użytku. Rozstrzygnięcie to jest zrozumiałe. W budowę Nord Stream 2 zainwestowane zostały ogromne środki. Rezygnacja z gazociągu oznaczałaby jego demontaż, który mógłby być równie kosztowny jak jego budowa. Kto miałby za to zapłacić? Za budowę zapłacą w nadchodzących latach miliony użytkowników rosyjskiego gazu w kilku krajach zachodnioeuropejskich.
Przeciwnicy Nord Stream 2 widzą w nim potencjalny instrument nacisku rosyjskiego na państwa-odbiorców. Warto zauważyć jednak, że Rosja – eksporter surowców – jest prawdopodobnie jeszcze bardziej zainteresowana stałym funkcjonowaniem gazociągu aniżeli odbiorcy. Proponowane utrącenie Nord Stream 2 miało służyć zapobieganiu wojnie ekonomicznej. Jednakże to utrącenie byłoby aktem rozpoczynającym tego rodzaju wojnę.
Wrogość Trumpa wobec Nord Stream 2 wynikała z chęci pozbycia się konkurenta. Prezydent Trump uczestnicząc w Warszawie w uroczystościach dotyczących wydarzeń z czasów wojny i okupacji oświadczył, że jest gotów za pół godziny podpisć umowę na dostawy amerykańskiego gazu skroplonego.
Norwegia – odkąd stała się północnym odpowiednikiem Kuwejtu – jest konkurentem Rosji jako eksportera surowców energetycznych. Transport gazu norweskiego do Polski i Danii ułatwi rozpoczęty niedawno gazociąg Baltic Pipe Project, który ma być ukończony w roku 2022.
Szkodliwa bariera
Jest rzeczą godną zastanowienia, jak to się stało, że Rosja dysponująca nowoczesnym przemysłem kosmicznym była i jest głównie eksporterem surowców, a nie nowoczesnych produktów naukochłonnych. Przyczyna jest prosta. W Związku Radzieckim istniała – wywodząca się z przesadnej troski o tajemnice państwowe – bariera pomiędzy sektorem rakietowo-kosmicznym, a cywilnymi sektorami gospodarki. Dyfuzja innowacji była możliwa jedynie w odniesieniu do sektora zbrojeniowego, co sprawiło, że Rosja jest obecnie ważnym eksporterem nowoczesnego uzbrojenia. Według oficjalnych informacji podanych przez kanał telewizyjny Rossija 24 (24 sierpnia 2021 r. ) rosyjski przemysł zbrojeniowy jest obłożony zamówieniami do roku 2028 na łączną kwotę ponad 51 miliardów dolarów. Natomiast pozycja Rosji na międzynarodowych rynkach cywilnych produktów nowoczesnych jest raczej skromna.
Etapy wyścigu
Wyścig kosmiczny pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a ZSRR wyznaczają daty pierwszego sputnika (4 października 1957), lotu Gagarina (12 kwietnia 1961) i pierwszego amerykańskiego lądowania na Księżycu (21 lipca 1969).
Po locie Gagarina Ameryka doznała szoku. Sądzono, że lot ten jest świadectwem radzieckiej przewagi naukowo-technicznej, której źródła należy zbadać. Centralna Agencja Wywiadowcza (CIA) opublikowała raport zawierający analizę porównawczą systemów edukacyjnych ZSRR i USA. Analicy CIA interesowali się jakim zasobem słownictwa posługują się mały Iwan (Wania) i mały John (Johny) i jak biegli są oni w matematyce na poszczególnych poziomach nauczania.
Kiedy w przestrzeni okołoziemskiej pojawili się amerykańscy astronauci niektórzy inżynierowie doszli do wniosku, że strona radziecka dysponuje lepszym paliwem rakietowym. Zastanowienie budził fakt, iż radzieccy kosmonauci wracając ze swych wypraw lądowali na twardym gruncie, natomiast kapsuły w których byli ich amerykańscy koledzy- na powierzchni morza. Wymagało to – rzecz oczywista – specjalnej ochrony ze strony U. S. Navy.
W gorączkowej dyskusji, w roku 1961 zabrał głos prezydent John F. Kennedy zapowiadając, że pierwszym człowiekiem, który znajdzie się na powierzchni Księżyca będzie Amerykanin. Prezydent zginął tragicznie w roku 1963. Jego zapowiedź została spełniona w roku 1969.
Uczestnictwo Stanów Zjednoczonych w wyścigu kosmicznym stało się potężnym impulsem wprowadzenia na rynek amerykański i globalny tysięcy nowoczesnych wyrobów. Program Apollo doprowadził nie tylko do lądowania na Księżycu, lecz również do uzyskania około 15 tysięcy opatentowanych wynalazków, które znalazły zastosowanie nieomal we wszystkich gałęziach produkcji.
Przed amerykańskim lądowaniem
W trakcie realizacji programu Apollo obserwujący uważnie radziecką rzeczywistość amerykańscy sowietolodzy i politycy zdali sobie sprawę, że amerykańskie przodownictwo w wyścigu na Księżyc będzie dla Związku Radzieckiego szokiem, który mógłby sprzyjać zachowaniom irracjonalnym. Postanowili ten szok – chociażby trochę – złagodzić. Do Moskwy przyleciał astronauta Frank Borman z żoną. Nazajutrz po przylocie zjawił się z wieńcem na Placu Czerwonym, przed mauzoleum Lenina. Jego żona spotkała się z małżonkami radzieckich kosmonautów. Wyznała, że gdyby coś się stało jej mężowi, to miałaby pretensję do Rosjan „bo wy żeście to wszystko zapoczątkowali”.
Zachwyt silniejszy niż strach
22 lipca 1969 roku w dniu święta narodowego PRL na przyjęciu w Ambasadzie w Moskwie zjawił się premier Aleksiej Kosygin i liczne grono radzieckich znakomitości. Był wśród nich sympatyczny, piegowaty mężczyzna średniego wzrostu – kosmonauta Aleksiej Leonow – pierwszy człowiek w otwartej przestrzeni kosmicznej. Zapytałem go jak silna była jego obawa, kiedy znalazł się na zewnątrz statku kosmicznego. Odpowiedział, że niezwykły i budzący zachwyt był widok gwiazd oglądanych bez pośrednictwa atmosfery. Ten zachwyt był silniejszy niż strach.
Wiadomość o amerykańskim lądowaniu na Księżycu była na pierwszej stronie dziennika Prawda jako trzecia z kolei informacja. Prawie cały numer wypełniony był tekstami na temat Polski Ludowej i jej święta.
Nieprzypadkowa zbieżność dat
W okresie zimnej wojny w państwach zachodnich i w krajach bloku wschodniego występowała skłonność do pomniejszania znaczenia nauki radzieckiej. W pewnym stopniu była to reakcja na naiwną, radziecką kampanię propagandową prowadzoną pod hasłem „ Rosjanie wszystko odkryli i wynaleźli pierwsi”. Kampania ta nie przekonywała, lecz stwarzała inspirację do licznych dowcipów.
Tymczasem osiągnięcia radzieckich fizyków były rewelacyjne. W roku 1958, a więc w rok po sputniku w gronie noblistów znaleźli się P. Czerenkow, M. Frank i I. Tamm. W rok po locie Gagarina nagrodę Nobla otrzymał Lew D. Landau. W roku 1964 noblistami zostali N. Basow i A. Prochorow.
Zaskakująca propozycja
W roku 1986 w Nowym Jorku odbywała się dwutygodniowa sesja ONZ-owskiego Międzyrządowego Komitetu Nauki i Techniki. Byłem jednym z dwóch sprawozdawców (rapporteurs) sesji zobowiązanych do przygotowania raportu końcowego. Funkcja ta wymagała ciągłych kontaktów z szefami delegacji państw uczestniczących z których najważniejsze były wówczas USA i ZSRR. Pewnego razu szefowie delegacji obu supermocarstw-posiadający rangę ambasadorów- poinformowali mnie, że następnego dnia nie będzie obrad plenarnych, lecz poufne spotkanie dwustronne amerykańsko-radzieckie. Zaproponowali mi pełnienie funkcji tłumacza, gdyż dobrze radziłem sobie z terminologią naukowo-techniczną. W obszernym zakresie terminologię angielską przyswoiłem sobie w Sheffield i Minneapolis, a rosyjską w Moskwie, o czym moi rozmówcy wiedzieli. Wyraziłem zgodę na pełnienie obowiązków tłumacza.
Inicjator spotkania – ambasdor amerykański – szczerze wyznał, iż strona amerykańska wie, że uczeni radzieccy – w obrębie kilkudziesięciu specjalności, w badaniach podstawowych w dziedzinie fizyki i chemii – wyprzedzili uczonych amerykańskich. Ponieważ badania te są czasochłonne władze amerykańskie chciałyby mieć dostęp do ich wyników. Oczywiście nie za darmo.
Chodziło o badania podstawowe, które nie miały bezpośrednich zastosowań, lecz mogły stanowić punkt wyjścia do badań stosowanych prowadzących do wynalazków. Zaskoczony tą propozycją ambasador radziecki oświadczył, że nie może podjąć decyzji w kwestii jej przyjęcia, gdyż konieczne jest przedstawienie tej sprawy władzom w Moskwie. Dyskusja dotyczyła głównie posunięć organizacyjnych, jakie byłyby konieczne w przypadku przyjęcia propozycji. Naturalnie nie padło pytanie skąd pochodzą informacje o stanie zaawansowania radzieckich badań. Delegacja amerykańska nie podawała przykładów, które mogłyby być pomocne w ewentualnym zidentyfikowaniu źródeł i metod uzyskania informacji. Ponieważ spotkanie było ściśle poufne nie zostało ono uwzględnione w jakimkolwiek dokumencie ONZ. Nie było też żadnej wzmianki w amerykańskich mediach. Jako tłumacz byłem zobowiązany do dyskrecji. Oznaczało to m. in. brak możliwości interesowania się losami amerykańskiej inicjatywy.
x x x
W stosunkach pomiędzy wielkimi mocarstwami występują równolegle przejawy współpracy, konkurencji i konfrontacji. W interesie pokoju światowego jest rozszerzanie współpracy, ograniczanie konfrontacji i nadawanie konkurencji cywilizowanego charakteru. Omawiana powyżej propozycja amerykańska była czynnikiem obliczonym na rozszerzanie pola współpracy. Obecnie, w obliczu zagrożeń globalnych-zmian klimatycznych, epidemii i masowych ruchów migracyjnych międzynarodowa współpraca pomiędzy uczonymi oraz praktyczne wykorzystanie rezultatów ich badań są jeszcze ważniejsze, aniżeli w latach zimnej wojny.

Porobiło się w Afganistanie

Po niemal dwudziestu latach przywracania pokoju i krzewienia demokracji w Afganistanie amerykańskie siły zbrojne wycofują się z tego kraju. Zaskakującym jest tempo, w jakim jest to czynione, co przypominana niesławny odwrót z Wietnamu płd. (z Sajgonu) jankeskiego personelu wojskowego i cywilnego w kwietniu 1975 roku.

Zdumienie budzi tempo ofensywy talibów, swego rodzaju Blizkrieg w wykonaniu armii sfanatyzowanych wojowników w turbanach.
Sztandarowa baza wojskowa USA w Bagram, właściwie to, co z niej zostało po wyjściu personelu amerykańskiego, wpadła w ręce brodatych bojców z kałachami. Ci, jak donoszą media, stoją już u wrót Kabulu, którego nikt nie zamierza bronić, ludność zaś nie ma jak i dokąd uciec.
Tak zwane afgańskie siły rządowe, uzbrojone i wyszkolone przez wuja Sama, składają broń i poddają się talibom.
Amerykańskie helikoptery ewakuują w pośpiechu swoich obywateli oraz co niektórych Afgańczyków. Mam swoje zdanie na temat amerykańskiego odwrotu: wojna jest rodzajem uprawiania polityki, oraz biznesem, tyle że prowadzonymi przy użyciu siły militarnej. Ma, jak wszystko w życiu, swoją cenę.
Administracja amerykańska najwyraźniej podliczyła sobie, że „biznes” przestał się opłacać i od dłuższego czasu jankeski podatnik coraz więcej dopłaca do interesu, nie mówiąc o przelewanej krwi chłopców z Teksasu i Kalifornii.
Mamy przy tym do czynienia z przeniesieniem ciężaru amerykańskiej polityki na obszar wschodniej Azji, gdzie na głównego siewcę globalnej niezgody, robiącemu Amerykanom wbrew, słowem, na poważne zagrożenie, wyrastają Chiny.
Zagrożenie rosyjskie, moim zdaniem iluzoryczne i propagandowo rozdymane, pozostaje pod opieką NATO z naciskiem na europejskich członków Sojuszu. Trudno teraz ocenić jakie skutki dla światowej polityki, nie mówiąc o samych Afgańczykach, będą miały rządy islamskich fanatyków, którym całkiem poważnie roi się ogólnoświatowy dżihad.
Wprowadzenie szariatu, czyli prawa koranicznego, wydaje się być czymś niechybnym w tym sponiewieranym wieloletnią wojną kraju. Część obywateli Afganistanu, zwłaszcza kobiety – szerzej młodzież – zdążyła przez lata nasiąknąć wzorcami zachodniej demokracji. Z góry wiadomo, że te zostaną skasowane i wróci „stare” w najbardziej sfanatyzowanej wersji praktyki Islamu.
Nie ma wątpliwości, że Stany Zjednoczone wychodzą z Afganistanu jako strona pokonana, co będzie musiało mieć wpływ, już zaczyna mieć, na wizerunek Ameryki w świecie.
Jakkolwiek na ogólniejsze wnioski trzeba jeszcze poczekać, mamy po stronie USA do czynienia z przegrupowaniem sił i środków; ze koncentrowaniem ich po obszarze wschodniej Azji. Do progów „europejskiego raju” zaczynają już pukać afgańscy uchodźcy. Ludzka fala wzbiera i wkrótce nabierze krzepkiego potencjału.
Coś mi się widzi, że w obliczu rzeki uchodźców, która zaczyna przesączać się do Tadżykistanu i pozostałych postradzieckich republik na tym obszarze, Rosja, dla utrzymania względnej równowagi politycznej w strefach, które traktuje jako domeny swoich wpływów, może zostać przymuszona do podjęcia ograniczonych działań militarnych w północnych regionach Afganistanu. Nie wiem, czy również nie o to chodziłomającej na pieńku z Putinem administracji Bidena.
To oczywiście daleko idąca spekulacja, znajdująca jednak pewne podstawy w faktach, z którymi świat ma do czynienia w tym obszarze Azji. No, to się porobiło.

Mordercy nadziei

Kilka lat temu napisałem: „Jedną z największych zbrodni jest danie komuś nadziei, by potem ją zabić”. Wróciły do mnie te słowa dzisiaj, po tym co się stało teraz w Afganistanie.

Cuchnący obłudą Zachód na czele z USA ( Kreml ma też swój śmierdzący w tym interes, ale nie wprowadzał za jego pobytu w Afganistanie rewolucji obyczajowej), który dał przed laty nadzieję wielu Afgańczykom, teraz ją brutalnie zamordował.
Ciekawe czy Biden wypoczywając w swojej letniej rezydencji, ma jakieś wyrzuty sumienia, że zrealizował umowę zawartą przez jego poprzednika, strojącego wiecznie durne miny błazna, i wyprowadził swoich żołnierzy z Afganistanu?
Na razie, od czasu wkroczenia talibów do Kabulu, milczy. A przecież jego najbliżsi współpracownicy nakłaniali go do wycofania się z umowy zawartej z talibami przez Trumpa. Ciekawe też, jak się mają agenci CIA i innych służb wywiadowczych, którzy nie mieli żadnego rozeznania, że po wyjściu ich wojsk talibowie w ciągu tygodnia zawładną całym krajem.
Kiedy Amerykanie wkraczali do Afganistanu dawali ludziom nadzieję na lepsze, normalne życie. Kobiety poczuły zapach wolności, mogły pracować, studiować, chodzić do salonów piękności, nie nosić burek i innych oznak zniewolenia; dziewczynki mogły się uczyć,.. Duże i małe oznaki wyjścia z wielowiekowego pomiatania, poniżania…
Wszystko to szlag trafił! Wyobraźcie sobie teraz te wyzwolone kobiety, które znowu zostaną zmuszone do włożenia na siebie burkowych obroży, hidżabów, itp,.które po kilkuletnim napawaniu się wolnością, zostaną ponownie uwięzione w domach, z których będą mogły wychodzić tylko pod dozorem męża; wyobraźcie sobie, jak się czują matki, którym już teraz odbiera się kilkuletnie córeczki by wydawać je za mąż za obleśnych, starych mudżahedinów.
Około pół roku temu słyszałem w telewizji wywód jakiegoś mędrca, że każde społeczności, w tym afgańska, mają swoje obyczaje i należy je szanować, chociaż nam się nie podobają.
Ciekawe, czy też by tak twierdził, gdyby jego córeczkę jakiś stary satyr będący przy władzy mu odebrał i wziął za żonę.
Działam pod szczególnymi emocjami, które towarzyszyły mi, gdy pracowałem nad moją ostatnią powieścią „Piekło niejedno ma imię”, analizując i opisując kilka ludzkich wielkich podłości. Byłem przekonany, że już swoje emocje z tego czasu wyciszyłem, ale dzisiaj wróciły do mnie na nowo. Ich zapłonem było wspomnienie tragedii pewnej afgańskiej dziewczynki o której m.in. pisałem w książce, opierając się na informacjach z New York Timesa.
Dziesięciolatka została zgwałcona przez mułłę tak brutalnie, że miała pękniętą ścianę między pochwą i odbytem i niemal się nie wykrwawiła. Zajęła się nią lekarka, która prowadziła stowarzyszenie na rzecz kobiet w Afganistanie i uratowała jej życie.
Na krótko. Policja sprowadziła dziecko do domu, gdzie rodzina zamierzała dokonać na niej rytualnego mordu, bo uprawiała rzekomo seks pozamałżeński. Rodzina nie uwierzyła dziewczynce i lekarce, ale mulle, który twierdził, że uprawiała seks pozamałżeński.
Nie wiem jakie były dalsze losy dziecka, ale mogę się z dużym prawdopodobieństwem domyślać jakie będą teraz losy lekarki prowadzącej stowarzyszenie na rzecz kobiet w Afganistanie.
Brat w wierze talibów, ajatollah Chomeini pisał, że mężczyzna może doświadczać seksualnej przyjemności z dzieckiem tak młodym jak niemowlę, byle nie wykorzystywał go dopochwowo. Ale analnie jak najbardziej może.
Małżeństwo i seks z nieletnimi jest tam akceptowanym i powszechnym zjawiskiem. Przecież sam Mahomet poślubił Aiszę, gdy miała 6 lat, a 3 lata później zaczął uprawiać z nią seks.
Takie oto perspektywy zafundowali teraz na nowo afgańskim kobietom i dzieciom Amerykanie i ich satelici. Ci sami, z których ust leci non stop słowotok frazesów o równości, wolności, itp.
Nie pochwalam przemocy w żadnej postaci, ale nie jestem w stanie wyzbyć się sympatii do kapitana amerykańskich sił specjalnych w Afganistanie Quinna Dana, który wraz z sierżantem Charlesem Martlandem pobili dowódcę jednej z jednostek afgańskiej milicji, którego nakryli na gwałceniu małego chłopca przykutego kajdankami do łóżka.
Dowództwo armii natychmiast odwołało kapitana Quinna z Afganistanu, a on na znak protestu przeciwko politycznemu charakterowi jego odwołania wystąpił z wojska.
Quinn działał impulsywnie. Może miał małego synka i dlatego tak zareagował, a może po prostu nie wytrzymał widząc bydlaka znęcającego się nad chłopcem.
Trump a teraz Biden i jego satelici, na zimno, z wyrachowaniem, bo nie widzieli już w Afganistanie swoich interesów, umyli ręce i zostawili afgańskie kobiety i dzieci na pastwę wynaturzonych brodatych starców, a przede wszystkim zamordowali nadzieję, którą im wcześniej dali.

CIA, opium i rozpacz

Gdy publikujemy ten materiał talibowie być może zajęli już stolicę Afganistanu – Kabul. Dlaczego tak się zdarzyło, czemu tak szybko, i jaka w tym wszystkim jest rola Amerykanów?

Pandemia COVID-19 oznaczała śmierć dla wielu gałęzi przemysłu w Afganistanie. Organizacje charytatywne i pomocowe ostrzegały, że zawirowania gospodarcze mogą wywołać powszechny głód. Ale jeden sektor wciąż kwitnie: nielegalny handel opium.
W ubiegłym roku afgańska uprawa maku lekarskiego wzrosła o ponad jedną trzecią. Według niektórych szacunków kraj ten jest źródłem ponad 90 proc. całego nielegalnego opium na świecie, z którego wytwarzana jest heroina i inne opioidy. W Afganistanie przeznacza się więcej ziemi pod uprawę opium niż w całej Ameryce Łacińskiej, a produkcja tego narkotyku bezpośrednio zatrudnia około pół miliona ludzi.
W dalekich latach 70. XX wieku produkcja maku była minimalna i przeznaczona głównie na konsumpcję krajową. Zmieniło się to w 1979 roku, kiedy CIA rozpoczęła operację Cyklon, szeroko zakrojone finansowanie afgańskich milicji mudżahedinów. Jej cel był jasny – wykrwawić ZSRR, który rozpoczął wcześniej interwencję w Afganistanie. W ciągu następnej dekady CIA ściśle współpracowała ze swoim pakistańskim odpowiednikiem, ISI, aby przekazać broń i pomoc o wartości 2 miliardów dolarów różnym grupom mudżahedinów, w tym niesławnemu obecnie Osamie Bin Ladenowi i innym watażkom. – Z oświadczeń ambasadora USA [w Iranie] Richarda Helmsa wynika, że ​​w połowie lat 70. produkcja heroiny w Azji Środkowej była niewielka – powiedział MintPress profesor Alfred McCoy, autor „The Politics of Heroin: CIA Complicity in the Global Drug Trade”.
Wraz z początkiem tajnej wojny CIA produkcja opium na granicy afgańsko-pakistańskiej gwałtownie wzrosła. Zakłady produkcyjne wkrótce wyrosły w całym afgańskim krajobrazie. „Ciężarówki załadowane bronią finansowaną przez amerykańskich podatników podróżowały z Pakistanu do sąsiada na zachodzie, wracając wypełnione po brzegi opium, a ich śmiercionośny produkt lądował na ulicach całego świata. Wraz z napływem afgańskiego opium w latach 80. uzależnienie od heroiny w Stanach Zjednoczonych zwiększyło się ponad dwukrotnie – twierdzi Jeffrey St. Clair, współautor „Whiteout: The CIA, Drugs and the Press”.
– Aby sfinansować ruch oporu przez dłuższy czas, mudżahedini musieli wymyślić środki do życia wykraczające poza broń dostarczaną przez CIA – powiedział McCoy, zauważając, że wydana broń nie mogła wyżywić rodzin bojowników ani im zwrócić kosztów za utraconą pracę. Sięgnęli więc po opium. Afganistan w latach 70. produkował około 100 ton opium rocznie. W latach 1989-1990, pod koniec tej 10-letniej operacji CIA było to już 2000 ton rocznie, 75 proc. nielegalnego opium na świecie.
CIA osiągnęła swój cel, ZSRR nie zdołał stłumić rebelii mudżahedinów i w 1989 r. wycofał się z Afganistanu. Ale amerykańskie pieniądze i broń zmieniły Afganistan w niebezpiecznie niestabilne miejsce pełne walczących frakcji, które używały opium by sfinansować swoje walki wewnętrzne. Do 1999 roku roczna produkcja wzrosła do 4600 ton. Ostatecznie dominującą siłą w kraju stali się talibowie, którzy spróbowali zdobyć międzynarodową legitymację poprzez zlikwidowanie handlu. Odnieśli zresztą na tym polu niezwykły sukces. W tym odnieśli niezwykły sukces. Zakaz uprawy opium wprowadzony w 2000 r. przez rząd talibów doprowadził do spadku produkcji do zaledwie 185 ton zebranych w następnym roku. Przerażeni rolnicy zdecydowali się nie ryzykować gniewu władz. Talibowie mieli nadzieję, że program likwidacji handlu opium zdobędzie przychylność Waszyngtonu i zachęci Stany Zjednoczone do udzielenia Afganistanowi pomocy humanitarnej. Stało się inaczej.
Niecały miesiąc po tym, jak samoloty uderzyły w World Trade Center, wojska amerykańskie patrolowały pola Afganistanu.
Pierwsze na świecie państwo narkotykowe
Efektem okupacji było rozszerzenie produkcji narkotyków do bezprecedensowych rozmiarów, Afganistan stał się, w ocenie profesora McCoya, pierwszym prawdziwym państwem narkotykowym na świecie. McCoy zauważa, że ​​do 2008 roku opium odpowiadało za ponad połowę produktu krajowego brutto kraju. Dla porównania, nawet w najczarniejszych dniach Kolumbii kokaina stanowiła tylko 3 proc. jej PKB. Obecnie Organizacja Narodów Zjednoczonych szacuje, że rocznie produkuje się w Afganistanie około 6300 ton opium z 224 000 hektarów – obszaru wielkości Rhode Island – obsadzonych polami maku.
Swojego czasu USA finansowały szeroko zakrojoną i śmiertelną kampanię oprysków z powietrza w Kolumbii. W Afganistanie odmówiły wykonania podobnego ruchu. „Nie możemy znaleźć się w sytuacji, w której usuniemy jedyne źródło dochodu ludzi żyjących w drugim najbiedniejszym kraju na świecie, nie mogąc zapewnić im alternatywy” – powiedział rzecznik NATO James Appathurai.
Czy naprawdę żarliwe zaangażowanie w obronę jakości życia najbiedniejszych było powodem odrzucenia tej polityki? Matthew Hoh, były kapitan Korpusu Piechoty Morskiej USA, jest co do tego nastawiony sceptycznie. W rozmowie z MintPress opowiada, że fumigacja nie została przeprowadzona, ponieważ byłaby poza kontrolą afgańskich urzędników rządowych, a ci byli głęboko zamieszani w handel narkotykami, będąc właścicielami pól maku i samych zakładów produkcyjnych. – Bali się, że gdyby doszło do likwidacji pól opium z powietrza, amerykańscy piloci po prostu zlikwidowaliby wszystkie możliwe cele, a tym samym wiele z ich własnych pól makowych stałoby się celem operacji – mówi. W 2009 roku Hoh w proteście zrezygnował ze stanowiska w Departamencie Stanu. – Siły NATO pod pozorem działań antypartyzanckich strzegły pól i produkcji maku i produkcji maku. Logika była taka: „nie chcemy odbierać ludziom środków do życia”. Ale tak naprawdę to, co robiliśmy w tamtym momencie, to ochrona bogactwa naszych przyjaciół u władzy w Afganistanie – powiedział w rozmowie z Mintpress. Według Hoha wśród żołnierzy, którzy na co dzień musieli ryzykować życiem na takim posterunku, panowało powszechne rozczarowanie. „Co my tu robimy? To bzdura” – było powszechnym odczuciem wśród szeregowych.
Handel heroiną dotyczył praktycznie wszystkich, w tym brata afgańskiego prezydenta Hamida Karzaja, Ahmeda Waliego, jednego z największych i najbardziej znanych narkotykowych królów na południu kraju, człowieka, który powszechnie uważany był za agenta CIA.
Amerykańskie próby utrudnienia handlu opium, takie jak polityka płacenia krajowym milicjom za niszczenie pól maku, często przynosiły odwrotne skutki od zamierzonych. Miejscowi wymyślili sposoby na utrzymanie produkcji, takie jak unikanie tworzenia dużych pól położonych na jednym obszarze, zbieranie dużych sum pieniędzy od sił okupacyjnych i wykorzystywanie tej gotówki, by sadzić gdzie indziej. Co gorsza, lokalni watażkowie i bossowie narkotykowi niszczyli plony swoich rywali i zbierali za to pieniądze z USA.
Jednym z godnych uwagi przykładów jest lokalny watażka Gul Agha Sherzai, który dosłownie wykorzenił uprawy swoich konkurentów w prowincji Nangarhar, ale po cichu pozostawił nietknięte własne uprawy w prowincji Kandahar. USA uważało go jednak za godnego zaufania lokalnego polityka, który dążył do wyeliminowania nielegalnego handlu narkotykami. – Dosłownie daliśmy facetowi 10 milionów dolarów w gotówce za to, że zniszczył swoją konkurencję – powiedział Hoh.
– Gdybyś miał napisać film o tym, powiedzieliby: „To jest zbyt naciągane. Nikt w to nie uwierzy. Nic nie jest tak szalone ani głupie”. Ale tak właśnie było!
McCoy zauważył, że talibowie byli jednym z głównych beneficjentów handlu narkotykami i wykorzystali go do zwiększenia swojej władzy i pokonania USA: „Ta dynamicznie rozwijająca się produkcja opium i niemożność jej powstrzymania przez Stany Zjednoczone zapewniły większość finansowania dla talibów, którego używali do utrzymywania operacji partyzanckich w ciągu ostatnich 20 lat, stając się decydującym czynnikiem w klęsce USA w Afganistanie”.
Bilans szkód
Uprawa opium nie jest szczególnie trudna. Mak lekarski kwitną w ciepłych i suchych warunkach, z dala od wilgoci i wiatru. W rezultacie znalazły żyzny dom w większości środkowej i zachodniej Azji. Roślina rozkwitła w Afganistanie, szczególnie w południowych prowincjach, takich jak Helmand, w pobliżu trójstyku, w którym Afganistan łączy się z Pakistanem i Iranem. Duża część systemu irygacyjnego w Helmand była gwarantowana przez USAID, organizację frontową CIA. W pełnym rozkwicie pola makowe wyglądają spektakularnie, z pięknymi kwiatami w żywym różu, czerwieni lub bieli. Pod kwiatami znajduje się duży strąk nasienny. Rolnicy zbierają je, następnie osuszając je z soku, który zasycha w żywicę. Często jest on wywożony z kraju tzw. „Trasą Południową” przez Pakistan lub Iran. Ale, jak w przypadku każdego rurociągu, duża część produktu jest rozlewana po drodze, powodując epidemię uzależnień w całym regionie.
Skutki dla ludności afgańskiej były katastrofalne. W latach 2005-2015 liczba dorosłych osób zażywających narkotyki wzrosła z 900 tys. do 2,4 miliona, według Organizacji Narodów Zjednoczonych, która szacuje, że prawie co trzecie gospodarstwo domowe jest bezpośrednio dotknięte uzależnieniem. „Podczas gdy Afganistan produkuje również duże ilości marihuany i metamfetaminy, opioidy są narkotykami pierwszego wyboru, ponieważ uzależnionych jest od nich około 9 proc. dorosłej populacji (i coraz więcej dzieci). Do tego dochodzi wzrost liczby przypadków HIV, ponieważ użytkownicy dzielą się igłami” – powiedział MintPress profesor Julien Mercille, autor „Cruel Harvest: U.S. Intervention in the Afghan Drug Trade”.
Do kompletnego upadku afgańskiego społeczeństwa przyczyniło się również 20 lat wojny i amerykańskiej okupacji. Liczba Afgańczyków żyjących w ubóstwie wzrosła z 9,1 mln w 2007 r. do 19,3 mln w 2016 r. Ostatni sondaż przeprowadzony przez Gallupa wykazał, że Afgańczycy są najsmutniejszymi ludźmi na Ziemi, prawie 9 na 10 respondentów uważa, że „cierpi”. Poproszeni o ocenę swojego życia na podstawie dziesięciu punktów, Afgańczycy udzielili średniej odpowiedzi 2,7, co jest rekordowo niską wartością. Co gorsza, gdy poproszono o przewidzenie jakości ich życia za pięć lat, średnia odpowiedź była jeszcze niższa, i wynosiła 2,3.
Skutki operacji CIA mającej na celu wykrwawienie ZSRR w Afganistanie spowodowały również kryzys humanitarny w sąsiednim Pakistanie. Jak zauważył McCoy, pod koniec lat 70. w Pakistanie praktycznie nie było uzależnionych od opioidów. Ale do 1985 r. statystyki rządu pakistańskiego donosiły o ponad 1,2 miliona, zamieniając oba narody w „globalne epicentrum handlu narkotykami” niemal z dnia na dzień. Od tego czasu problem tylko się nasilił. Raport ONZ z 2013 r. oszacował, że prawie 7 milionów Pakistańczyków używa narkotyków, a 4,25 miliona wymaga pilnego leczenia z powodu uzależnienia. Prawie 2,5 miliona z tych osób nadużywało heroiny lub innych opioidów. Każdego dnia z przedawkowania umiera około 700 osób. Nic dziwnego, że najwyższy wskaźnik zależności występuje w prowincjach przy granicy z Afganistanem, gdzie produkuje się heroinę. To samo badanie ONZ odnotowuje, że 11 proc. ludzi w północno-zachodniej prowincji Chyber Pasztunchwa używa nielegalnych substancji – głównie heroiny. Kryzys narkotykowy jest oczywiście również kryzysem medycznym, z przeciążonymi szpitalami publicznymi wypełnionymi chorobami związanymi z narkotykami. Społeczne piętno uzależnienia rozdarło rodziny, a pieniądze i władza, które przyniosły nielegalne narkotyki, zamieniły wiele miast w ogniska przemocy.
Iran ma podobną liczbę osób używających opiatów, ogólnie szacowaną na od dwóch do trzech milionów. W miastach w pobliżu granicy afgańsko-pakistańskiej gram opium można kupić za drobne – od ćwierćdolarówki do pięćdziesięciu centów. Tak więc, pomimo niezwykle surowych kar za posiadanie i dystrybucję narkotyków w oficjalnych księgach, kraj ten ma najwyższy wskaźnik uzależnień na świecie. Na poziomie mikro uzależnienie rozrywa rodziny i rujnuje życie społeczne. Jednak w skali międzynarodowej boom na opium spowodował znaczne napięcie w całym regionie. Dlatego jedną z konsekwencji polityki USA na Bliskim Wschodzie – od wspierania dżihadystów po okupacje – było rozpętanie ogólnoświatowego uzależnienia od opium, które uczyniło kilka osób fantastycznie bogatymi, jednocześnie niszcząc życie dziesiątkom milionów.
Rozpacz
Według Organizacji Narodów Zjednoczonych w ciągu ostatniej dekady liczba zgonów związanych z opiatami wzrosła na całym świecie o 71 proc.. Wiele produktów uprawianych przez afgańskich watażków trafia na zachodnie ulice. „Nie rozumiem, jak to może być zbiegiem okoliczności. Masz gwałtowny wzrost produkcji maku w Afganistanie, a potem masz ogólnoświatową epidemię opioidów” – stwierdził Hoh, powiązanie, które podnosi pytanie, czy użytkownicy w Berlinie, Bostonie lub Brazylii należy postrzegać jako ofiary wojny w Afganistanie w takim samym stopniu, jak poległych żołnierzy. Jeśli tak, liczby byłyby oszałamiające. Prawie 841 tys. Amerykanów zmarło z powodu przedawkowania narkotyków od początku wojny w Afganistanie, w tym ponad 70 tys. w samym tylko 2019 roku. Większość nadużywała opioidów.
Oficjalnie DEA twierdzi, że zasadniczo wszystkie nielegalne opioidy wprowadzane do Stanów Zjednoczonych są uprawiane w Ameryce Łacińskiej. Hoh jednak uważa to za nieprzekonujące. „Kiedy spojrzysz na ich własne informacje i ich raporty na temat nielegalnej produkcji opiatów w Meksyku i Ameryce Południowej, jasne jest, że na półkuli zachodniej nie ma wystarczającej produkcji, aby zaspokoić popyt na nielegalne opiaty w USA” – powiedział. MintPress.
Brudna historia
Rząd USA ma długą historię bezpośredniego angażowania się w światowy handel narkotykami. W Kolumbii współpracował z prezydentem Alvaro Uribe w ramach ogólnokrajowej wojny narkotykowej, nawet gdy wewnętrzne dokumenty amerykańskie zidentyfikowały Uribe jako jednego z najważniejszych handlarzy narkotyków w kraju, pracownika niesławnego kartelu Medellin i „bliskiego, osobistego przyjaciela” króla narkotykowego Pabla Escobara. To jego zyski finansowały kampanie wyborcze Uribe w 2002 i 2006 roku.
Generał Manuel Noriega był także kluczowym sojusznikiem USA Przez wiele lat Panamczyk był na liście płac CIA – mimo że Waszyngton wiedział, że był zaangażowany w handel narkotykami od co najmniej 1972 roku. Kiedy został de facto dyktatorem Panamy w 1984 roku, niewiele się zmieniło. Dyrektor Agencji ds. Walki z Narkotykami początkowo pochwalił go za „energiczną politykę antynarkotykową”. Ostatecznie jednak Stany Zjednoczone zdecydowały się napaść na kraj i schwytać Noriegę, skazując go na 40 lat więzienia federalnego za przestępstwa narkotykowe, które w dużej mierze popełniono, gdy był jeszcze na rachunku CIA.
W tym samym czasie dziennikarz śledczy Gary Webb ujawnił, w jaki sposób CIA pomogła sfinansować swoją brudną wojnę z lewicowym rządem Nikaragui poprzez sprzedaż cracku czarnym dzielnicom w całych Stanach Zjednoczonych.
Do dziś rząd USA nadal wspiera honduraskiego watażkę Juana Orlando Hernandeza, pomimo jego ugruntowanych powiązań z handlem kokainą. Na początku tego roku amerykański sąd skazał Tony’ego, brata Hernandeza, na dożywocie za międzynarodowy przemyt narkotyków, podczas gdy sam Juan był nieoskarżonym współspiskowcem w tej sprawie. Niemniej jednak prezydent Hernandez udowodnił, że jest skuteczny w tłumieniu antyimperialistycznej lewicy w swoim kraju i cementowaniu wspieranego przez USA wojskowego zamachu stanu z 2009 roku, co jest jednym z powodów, dla których jest mało prawdopodobne, aby stanął w obliczu zarzutów w najbliższej przyszłości.
Używanie nielegalnego handlu narkotykami i zysków z niego do finansowania celów imperialnych było stałą cechą wielkich imperiów od wieków. Na przykład w latach 40. i 50. Cesarstwo Francuskie wykorzystywało uprawy opium w tak zwanym regionie „Złotego Trójkąta” w Indochinach, aby pomóc odeprzeć rosnący wietnamski ruch niepodległościowy. Cofając się w przeszłość, Brytyjczycy użyli swojej maszyny opiumowej, aby ujarzmić i ekonomicznie podbić znaczną część Chin. Nienasycone pragnienie chińskiej herbaty w Wielkiej Brytanii zaczęło doprowadzać kraj do bankructwa, ponieważ Chińczycy przyjmowali jako zapłatę tylko złoto lub srebro. W związku z tym Wielka Brytania wykorzystała siłę swojej marynarki wojennej, aby zmusić Chiny do oddania Hongkongu, z którego Wielka Brytania zaczęła zalewać Chiny opium, które wyhodowała w swoich posiadłościach w Azji Południowej.
Humanitarny wpływ wojny opiumowej był oszałamiający. Do 1880 r. Brytyjczycy zalewali Chiny ponad 6500 ton opium każdego roku — co odpowiada wielu miliardom dawek, powodując masową społeczną i gospodarczą dyslokację, ponieważ Chiny zmagały się z wyniszczającym uzależnieniem obejmującym całe imperium. Dziś wielu Chińczyków nadal nazywa tę epokę „wiekiem upokorzeń”. Również w Indiach i Pakistanie efekt był nie mniej dramatyczny, ponieważ koloniści zmusili rolników do sadzenia niejadalnych pól maku (a później herbaty) zamiast upraw na własne potrzeby, powodując fale klęsk głodu o niespotykanej wcześniej częstotliwości.
Miliony przegranych
Historia jest o wiele bardziej zniuansowana niż niektóre teorie spiskowe mówiące, że „CIA kontroluje światowy handel narkotykami”. Nie ma amerykańskich żołnierzy ładujących opium do afgańskich wozów. Jednak wielu dowódców świadomie umożliwia pracę watażkom, którzy rozprowadzają opium po całym globie. „Wojsko USA i CIA ponoszą dużą odpowiedzialność za boom produkcji opium w Afganistanie” – powiedział profesor Mercille, wyjaśniając: „Po 11 września w zasadzie CIA i USA sprzymierzyły się z wieloma afgańskimi watażkami, którzy byli w jakiś sposób zaangażowani w produkcję narkotyków i handel nimi. Osoby te działały jako lokalni sojusznicy USA i NATO, a zatem były w dużej mierze chronione przed karą lub aresztowaniem za handel narkotykami”.
Z zewnątrz, wojna w Afganistanie bardzo przypominała wojnę z narkotykami w Ameryce Łacińskiej i poprzednie kampanie kolonialne w Azji, z szybką militaryzacją obszaru i upodmiotowieniem uległych lokalnych elit, które natychmiast zaczynają defraudować ogromne zyski które po cichu znikają w czarnych dziurach. Przez cały czas miliony ludzi płacą cenę, cierpiąc w zmilitaryzowanej strefie śmierci i sięgając po narkotyki jako mechanizm radzenia sobie z otaczającą ich rzeczywistością. W historii boomu na opium jest niewielu zwycięzców, są natomiast miliony przegranych.

Artykuł ukazał się pierwotnie na portalu MintPressNews. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu).

Flaczki tygodnia

Agencja Mienia Wojskowego od poniedziałku 16 sierpnia zaczyna opróżniać swe magazyny. Za niewygórowaną cenę można będzie kupić wojskowe mundury, łopatki, samochody transportowe i łaziki. Kupić szybciej niż obiecywane wojsku samoloty F-35, systemy Patrioty i czołgi Abramsy. Wziąłeś 500+ ? To kup sobie trochę uzbrojenia.

Aktywistkom ze Strajku Kobiet polecamy oferowane przez Agencję hełmy i pałki, pozostałość po Milicji Obywatelskiej. Dzięki nim wasza milicja obroni was przed agresją i rozwydrzeniem obecnej policji. Przed łamaniem rąk i uderzeniami pałkami teleskopowymi. Parlamentarzystom wszystkich klubów polecamy maski przeciwgazowe. Bez maski nie podchodź do policyjnych kordonów otaczających budynki Sejmu RP i innych sanktuariów. A wyborcom PiS polecamy lornetki polowe. Może wreszcie zobaczą swą „Polskę powstającą z kolan”.

W dniu wojska polskiego władza PiS rozpoczęła wojnę dyplomatyczną z Izraelem. O odszkodowania. Izrael wezwał na pomoc USA, z którymi władza PiS jest już w stanie wojny o TVN. Roszczący Izrael, władza PiS olała aryjskim moczem i odesłała do Niemiec, z którymi PiS wojuje od dawna. Konflikt z Niemcami rozgorzeje niebawem, bo kanclerz Merkel wybiera się do Rosji. Do państwa z którym władza PiS wojuje od dawien dawna. Do Rosji wybiera się też prezydent Francji, kolejny śmiertelny wróg elit PiS.

Z Rosją skłóciły się ostatnio Czechy, ale to nie da aliansu, bo z Czechami mamy wojnę o elektrownię Turów. Z ich sąsiadem, ze Słowacją też już wojujemy. O zdelegalizowanie aborcji dla Polek.

Po chwilowym rozejmie zapowiada się wojna kulturowa elit PiS ze szwedzką oświatą o „ideologię gender”. Z Danią jest chwilowy rozejm w sprawie „Baltic pipe”, ale wyraźnie kruchy. Podobny jest z Ukrainą. W przyszłym tygodniu zaplanowano w Kijowie spotkanie Platformy Krymskiej. Okazji do bitki nie zabraknie. Z państw frontowych pozostaje jeszcze Białoruś. Z nią walczymy hybrydowo. Wyganiając kierowanych stamtąd afgańskich uchodźców.

Afgańskie domino

Ciągle mam przed oczami pośpieszny odwrót Amerykanów z Afganistanu, po dwudziestu latach wojny, która pochłonęła ponad 100 tys. ofiar wśród miejscowej ludności. Oczywiście nie dając im obiecanej demokracji… O setkach miliardów dolarów utopionych w środkowoazjatyckich pustkowiach nawet nie wspominam.

Nie wypada chyba zgryźliwie dodać „a nie mówiłem”, ale merytorycznie, niestety, się zgadza: już w bestsellerowej Doktrynie szoku można przeczytać o tym, jak działa kapitalizm kataklizmowy. Chaos, szok i przerażenie opinii publicznej, wsparte zmasowana manipulacją i propagandą medialną, są doskonałym polem dla pomnażania kapitału mega-korporacji związanych z tzw. kompleksem militarnym i bankowością z Wall Street. Oczywiście przy pomocy środków militarnych. Przez takie działania pogłębia się jedynie wolnorynkową, neoliberalną wersję globalizacji, stanowiącą podstawę doktryny i polityki niezwykle szkodliwej dla światowej gospodarki i toksycznej dla pojęć wolności, demokracji, humanizmu i człowieczeństwa.
Symbolem wyjścia z Afganistanu pozostanie opuszczona baza wojskowa Bagram, ta sama, w której swego czasu przebywali żołnierze polskiego kontyngentu wspierającego interwencję USA w Afganistanie. Pusta baza z setkami, tysiącami porzuconego, różnego rodzaju, sprzętu wojskowego. Przejąć ją miały lojalne wobec rządu w Kabulu oddziały armii afgańskiej. Dowodzący nimi generał o możliwości wejścia na jej teren dowiedział się telefonicznie od Amerykanów, gdy oni byli już na pokładach samolotów lecących do USA. Porzucony sprzęt trafił w ręce talibów – nie było innej możliwości. Wojska miejscowe stojące dotąd po stronie interwentów rozpadły się zresztą w oczach, gdy tych zabrakło.
Dlaczego Amerykanie nie ewakuowali tego sprzętu? Tak, jak zrobiły to – w świetle kamer – odchodzące z Afganistanu wojska ZSRR?
Wojska radzieckie odchodziły przez most na Amu-Darii, w pobliżu miasta Hairatan. Amerykanom zamknęły się obie drogi, które wykorzystywali wcześniej do przewozu sprzętu na afgańskie pustkowia. Lotnicza droga przez Rosję i środkowoazjatyckie republiki poradzieckie (amerykańską bazę wojskową w Kirgistanie zamknięto kilka lat temu na żądanie władz w Biszkeku) odpadła wraz z dramatycznym pogorszeniem się relacji na linii Moskwa – Waszyngton. Droga lądowa może być wykorzystywana jedynie szosą z Peszawaru do Kabulu, łączącą Azję Środkową z Pakistanem, wiodąca przez góry Hindukusz i przełęcz Hajberską. To szlak o wielkiej historii – wykorzystywany w przeszłości m.in. przez Aleksandra Wielkiego podczas inwazji na Indie w IV w. p.n.e. czy przez Babura, założyciela Dynastii Wielkich Mogołów w XVI w. n.e., gdy rozpoczynał podbój Półwyspu Indyjskiego – ale łatwy do zablokowania. Talibowie mają możliwości operacyjno-taktyczne, by choćby symbolicznie zakłócić ruch na tej trasie i zablokować transport na kilka dób. Ot, dla końcowego upokorzenia odchodzących interwentów.
Zresztą stosunki niedawnych bliskich sojuszników USA i Pakistanu uległy dramatycznemu ochłodzeniu. Już akcja komando amerykańskiego zabijającego na terytorium pakistańskim ibn Ladena i część jego rodziny, bez powiadomienia władz w Islamabadzie wywołały głębokie oburzenie i złość w różnych, politycznie często opozycyjnych wobec siebie, częściach elit pakistańskiej władzy. Od tej pory obserwuje się coraz bardziej zdecydowany, nastawiony na bliską współpracę w wielu kluczowych dziedzinach gospodarki, ale też i polityki, alians Islamabadu i Pekinu. Dla Chin ścisły sojusz z Pakistanem jest niezwykle istotny. Historia wykazała, iż ten kto zajmuje kluczową pozycję w Pakistanie, kontroluje w także po części Afganistan, w jakimś sensie Azję Centralną, ale przede wszystkim ma możliwość decydowanie o tzw. wrotach Zatoki Perskiej (cieśnina Ormuz), którędy przechodzi 30 proc. światowego transportu ropy. Z tego 70 proc. trafia do Chin. W tym celu ChRL organizuje na terytorium Pakistanu potężną bazę morską, ale też i ma to być docelowo niezwykle ważny port na jednej z odnóg Nowego Jedwabnego szlaku (Gwadar). To radykalna zmiana sytuacji w całej Azji południowej i wschodniej.
Zwycięstwo talibów wywołuje poważne obawy również w Tadżykistanie, Uzbekistanie, Turkmenistanie. Nie bez znaczenia jest tu rola Rosji i Chin inwestujących w tych krajach spory kapitał. Rosja z kolei utrzymuje wojskowy kontyngent w ramach sojuszu wojskowego z Tadżykistanem na długiej, ponad 1300-kilometrowej granicy tadżycko-afgańskiej. Chodzi o blokowanie islamistów i różnego rodzaju terrorystów z ogarniętego od dekad chaosem Afganistanu na północ. Jest to też jeden z głównych, światowych kierunków przemytu opium i heroiny z terenów Afganistanu.
Krucha stabilność może zawalić się jak domek z kart. Zamilkli mesjasze amerykańskich marzeń, głosiciele sukcesów Amerykanów, krzewiciele wiary w powszechną i absolutną dominację Waszyngtonu wraz z jej dobroczynnymi skutkami. Afganistan znowu został grobem imperium. Co z jego mieszkańcami, którzy nie umieją sobie nawet wyobrazić życia w pokoju? Co z mieszkańcami krajów sąsiednich?

Cnoty niewieście

Miała być nowa, przedwojenna sanacja, wyszła PiS-owi recydywa czasów saskich.
„Wzmacniamy obronę na wypadek, gdyby wydarzyło się nieszczęście”, tak pan prezes i wicepremier ds. bezpieczeństwa Jarosław Kaczyński uzasadniał decyzję o zamówieniu 250 czołgów Abrams M1A2. Taką radosną nowinę ogłosił w siedzibie Pierwszej Brygady Pancernej w Warszawie-Wesołej. Pewnie dlatego, żeby wizjonerska zapowiedź zabrzmiała wiarygodnie i poważnie. I tak stało się. Zapowiedź zakupu czołgów za przynajmniej 23 miliardy złotych, bez przetargu i wcześniejszych analiz, rozpalił głowy parlamentarzystów i ekspertów. Wszyscy chwalili jakość amerykańskiego produktu, ale większość zanegowała celowość tego zakupu. Bo wprowadzi on chaos w wojsku, właśnie gdzie modernizuje się stare po radzieckie czołgi T-72 i niemieckie Leopardy, a teraz wprowadza się trzeci typ czołgu. Działającego wedle innego systemu łączności i zaopatrywania niż te posiadane. Zakup Abramsów to przekreślenie planów projektowania i produkcji czołgu „nowego typu” wraz z Francją i Niemcami, które prowadzą taki program rozwojowy.
Zakup gotowego amerykańskiego produktu to zarzynanie polskiego przemysłu zbrojeniowego, któremu pozostanie jedynie rządowy program przemalowywania poradzieckich hełmów w barwy godne dumnego Wojska Polskiego. Na szczęście zapowiedź pana prezesa obyła się bez udziału przedstawiciela USA. To świadczyć może,że jest ona częścią kampanii wyborczej jaką sztabowcy PiS już rozpoczęli. Aby odwrócić uwagę mediów, opinii publicznej i opozycji od serii swoich kompromitujących porażek i złodziejskich afer, zaczęli wywoływać konflikty społeczne i kreować zagrożenia narodu polskiego. Robić to, w czym wyspecjalizowali się już wcześniej.
Kij i marchewka dla Bidena
To nie przypadek, że przy ogłoszeniu zakupów amerykańskich czołgów nie było żadnego przedstawiciela producenta. Administracja nowego prezydenta Bidena uznała ekipę PiS za koniecznych, ale nieprzyjaznych sojuszników. Demonstracyjnie zwlekała z przysłaniem do Warszawy swego ambasadora. Przypominała i pouczała o konieczności przestrzegania praw ludzkich, przynależnych również osobom LGBTI.
W odpowiedzi pan prezes Kaczyński postanowił „zagrać ostro”. Co lubi, co zawsze u polityków ceni. Nawet tak dalekich mu jak Aleksander Kwaśniewski. Tupnął nóżką i wydał administracji prezydenta Bidena wydał małą wojenkę propagandową. Najpierw jako „kija” użył znanego intelektualistę PiS, pana posła Marka Suskiego. Ten wyciągnął projekt ustawy odbierającej koncesję telewizji TVN lub zmuszającej amerykańskich właścicieli całej grupy TVN SA do odsprzedaż przynajmniej części udziałów.
Jednocześnie zablokowano kandydaturę Marka Brzezińskiego na ambasadora USA w Polsce. Pretekst jest proceduralny, ktoś przebiegły wykrył, że amerykański dyplomata nadal ma polskie obywatelstwo. Ma z „automatu”, bo takie władze III RP przyznało jego ojcu Zbigniewowi Brzezińskiemu. Teraz Mark Brzeziński żeby objąć placówkę musiałby się zrzec polskiego obywatelstwa przed panem prezydentem Andrzejem Dudą. Wtedy od razu, ten reprezentant prezydenta Bidena, stałby się chłopcem do bicia zjednoczonego frontu propagandowego. Od TVP info po koncern braci Karnowskich. No, bo tylko potwór może zrzec się polskiego obywatelstwa,nieprawdaż ? I po takim występku ten „antyPolak” chce być ambasadorem w Polsce! Co za ohydna prowokacja!
Elity PiS nie potrzebują dobrych relacji z administracją Bidena. Bo wiedzą, że niczego więcej od niej nie dostaną. Przeciwnie każdy bliższy kontakt może dać okazję Amerykanom do kolejnego potępienia ksenofobów z PiS, do publicznego ich pouczania. A to może obniżyć autorytet elit PiS wśród narodowo-katolickich wyborców.
Elity PiS wiedzą, że najlepiej cementuje i mobilizuje się ich wyborców, ten przysłowiowy „ciemny lud” pokazując zagrożenia dla polskości i tradycyjnych wartości. Dla tych „cnót niewieścich”.
Na owe „cnoty” codziennie czyha zdegenerowana telewizja TVN. Pan poseł Suski chciał ją nawrócić na drogę „cnót”, ale nowa,antypolska administracja USA przeszkodziła mu z tym zbożnym dziele. Na szczęście w efekcie pracy pana posła wszyscy prawdziwi i katoliccy Polacy wiedzą jakie to gagatki pracują w tym TVN. Wiedzą, że lepiej TVN nie oglądać. Aby nie być posądzonym o antyamerykańskie fobie propagandziści PiS przygotowali dla Waszyngtonu giga marchewkę. Ofertę zakupu 250 czołgów – taki program 21 miliardów +.
Jeśli Amerykanie połaszą się, będą musieli publicznie elitom PiS podziękować. Uchylić symbolicznie kapelusza przed panem prezesem i jego drużyną. Jeśli Amerykanie nie uczynią tego przed wyborami, to PiS media oskarża ich o „antypolonizm”. O nowy „Pakt Biden- Putin”. Znów Polska PiSiolska stanie się samotną redutą walczącą z wrażą, obcą nawałnicą. Tym, co wyborcy PiS uwielbiają.
Wojna ze wszystkimi
Pani poseł Małgorzata Janowska, która pod koniec czerwca triumfalnie ogłaszała odejście z klubu parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości zostanie członkinią Partii Republikańskiej Adama Bielana. To oznacza to jej powrót na łono PiS-u.
Wcześniej do klubu PiS powrócił pan poseł Arkadiusz Czartoryski, też chwilowy dysydent. Dzięki temu pan prezes Kaczyński znów ma niewielką większość w Sejmie RP. Swoich 232 parlamentarzystów i głosy przekupionych politycznie Kukizowców – synonimów „kurestwa politycznego” w tej kadencji Sejmu RP.
Przypadki pani poseł Janowskiej i pana posła Czartoryskiego wskazują, że „niepokorni” parlamentarzyści PiS są do kupienia. Wracamy tym do sejmów z czasów saskich, kiedy takie procedery były parlamentarnymi normami. Nawet cenniki transakcji bywały z góry określone. Ta odzyskana większość daje elitom PiS pewność i zachęca do kolejnych propagandowych wojen.
Teraz wojny o „suwerenność IV Rzeczpospolitej”. Wojny z wrażą Unią Europejską.
Zdaniem europejskiego Trybunału władza PiS naruszyła prawo i zobowiązania związane z podpisaniem przez Polskę traktatów o Unii Europejskiej oraz Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej.
Teraz zgodnie z prawem, które obowiązuje we wszystkich państwach Unii Europejskiej, Polska powinna zmienić przepisy dotyczące Izby Dyscyplinarnej i całego systemu dyscyplinowania sędziów.
Ale władza PiS nie zamierza tego uczynić, bo załatwiła sobie orzeczenia swojego Trybunału Konstytucyjnego, które mówią o wyższości prawa wynikającego z Konstytucji PR nad prawem Unii Europejskiej.
Będziemy mieć teraz kampanię propagandową PiS przeciwko instytucjom Unii Europejskiej. Chaos prawny,czyli to co elity PiS lubią szczególnie. Oczywiście jeśli Polska nie zastosuje się do wyroku TSUE, sprawa może zakończyć się dotkliwymi karami finansowymi. Ale elity PiS nie przejmują się ty. Oni przecież nie zapłacą ze swojej kieszeni za te kary. Podobnie jak za niepotrzebne nam amerykańskie czołgi. Zapłacą podatnicy, czyli my.
Ale dopiero za kilka lat, kiedy elity PiS zostaną odsunięte od władzy. Bezpiecznie spadną na przygotowane sobie zawczasu poduszki finansowe. Teraz czeka nas czas chaosu. Recydywa „czasów saskich”, znanych niektórym z polskiej historii. Wojen „cnót niewieścich” z „neoliberalizmem, genderem i neomarksizmem”. Sporów modernizatorów z rewolucyjnymi kontr reformatorami. Powolnego, kroczącego Polexitu.
Tak będzie, bo opozycja nie jest w stanie wyłonić alternatywnego premiera. A ta lewicowa dodatkowo zajęta jest właśnie dzieleniem się. Traci tym kredyt zaufania otrzymany w 2019 roku przez wyborców – kredyt, przypomnę, za uzyskaną jedność.