Sushi con carne

Władimir Putin opanował do perfekcji zasady przyjmowania do NATO kolejnych państw. I nie waha się tej wiedzy używać. Zasadą w NATO jest to, że kraje członkowie nie mogą mieć żadnych poważnych zatargów granicznych, ani mocnych sporów terytorialnych z innymi. O tym, że powinny sprawować suwerenną władzę na całym swoim terytorium, nie wspominając.

Dzięki czemu do NATO nie może, po rosyjskim ataku i utworzeniu dwóch dziwnych rosyjskich tworów parapaństwowych w swoich granicach, apirować Gruzja. Tak samo jak od zawsze Mołdowa z rosyjskim Naddniestrzem. Od kilku lat możliwość WNATOwstąpienia Putin odebrał również Ukrainie, zagarniając Krym i utrzymując ruchawkę w Donbasie.

Teraz Putin rozgrywa stare karty w zupełnie innej grze. Takiej na duże pieniądze. Gra nosi nazwę Nord Stream 2. Dokończenia budowy gazociągu nie chcą Stany Zjednoczone i wiele krajów Europejskich. To to samo grono, które chciałoby widzieć Ukrainę jako ostoję spokoju i stabilności.
Co zatem robi Putin? Przesuwa kilka oddziałów wojskowych w okolice granicy z Donbasem, dając do zrozumienia, że jak skończy się blokada gazociągu, to jednostki wrócą do siebie. A co jak blokada nie zniknie?

Od przygotowania stolika do takiej rozgrywki są pożyteczni idioci Putina, tacy jak Salvini i Orban oraz zapędzone przez przyjaźń z Węgrami nasze dyplomatołki. To ten tercet ma przygotować propagandowy grunt, do sytuacji, jak Putin, nie mogąc tłoczyć gazu do Niemiec, będzie musiał się na serio zająć Ukrainą. Medialny ostrzał już się zaczął. Rosjanie finansują dziennikarzom z różnych krajów wyjazd do Odessy na rocznicę masakry w Domu Związkowym. Rocznica nieudanego zajęcia Odessy przez „zielone ludziki” ma udowodnić wolnemu światu, jacy to banderowcy są źli.

Putin robi to wiedząc, że Ukraina – w razie czego – nie może liczyć na zapowiadaną pomoc Stanów Zjednoczonych. Bo niby jak Amerykanie mieliby się tam dostać? Z nielubiącej Ukraińców dzięki rządom PiS Polski, czy sprzymierzonych mentalnie i nie tylko z Putinem Węgier i Turcji?
Władimir Władimirowicz wie, że Biden ma mocno związane ręce i żadnych argumentów by zdusić inwestycje w Nord Stream 2. Może zatem liczyć na to, że amerykański prezydent za zachowanie resztki twarzy w sprawie gazociągu poprzez umycie od niego rąk, nie da Putinowi pretekstu do interwencji na Ukrainie.

Rosyjski prezydent musi coś ugrać. Rosjanie muszą go znów jąć postrzegać jako zwycięzcę. Obciach, którego sobie narobił z uwięzieniem Nawalnego, rozlał się po Rosji zbyt mocno. Zbyt wielu Rosjan zobaczyło też film z posiadłością Władimira Władimirowicza. Kreml potrzebuje na gwałt sukcesu. Najgorsze jest to, że dokończenie Nord Stream 2 to może dla publiki rosyjskiej za mało. Zwłaszcza, że koronawirus i niskie ceny ropy nie dają Moskwie pieniędzy, którymi mogłaby uspokoić sytuację. Niestety – jak strasznie z naszej perspektywy by to brzmiało – Donbas i Ługańsk wkrótce Ukraińskie już nie będą. Jednak nie podzielą losu Krymu i nie zostaną inkorporowane. Będą jak Naddniestrze i Abchazja. Wrzodem na tyłku Ukrainy, skutecznie uniemożliwiającym jej bycie branym pod uwagę jako sojusznik militarny Stanów Zjednoczonych.

Ciekawe jednak jak w tej sprawie zachowają się Chiny? Najprawdopodobniej z właściwym sobie dystansem. Pekinu nic tak przecież nie cieszy, jak to, że Waszyngton będzie miał wzrok skierowany gdziekolwiek, miast kombinować następną akcję w wojnie handlowej z azjatyckim gigantem. Biden zajęty Putinem, to dla Xi Jinpinga najlepsza wiadomość. Dzięki temu Chiny mogą spokojnie robić to co robią i wzmacniać swoje wpływy w każdym kraju, który ani na Rosję, ani na USA liczyć nie może. Choćby w Birmie.

Biden, Putin i koń Kaliguli

Rosja przez pewien czas po wyborze Joe Bidena prezydentem USA zachowywała wstrzemięźliwość w komentarzach politycznych. Później jednak działania ekipy Bidena zaczęto odbierać jako wręcz próbę organizowania i prowokowanie konfliktów innych państw z Rosją. Wskazywano na dostawy sprzętu bojowego i doradców wojskowych na Ukrainę, zwiększenie obecności okrętów amerykańskich na Morzu Czarnym, zamknięcie portów litewskich dla towarów rosyjskich. Stwierdzano, że USA nasiliły niedopuszczalne naciski polityczne na swoich sojuszników z NATO, aby powstrzymać budowę Nord-Stream-2.

Rosja uważa, że wznowienie pretensji niektórych kręgów politycznych Japonii w sprawie Wysp Kurylskich również odbywa się z inspiracji USA, aby zablokować wyjście rosyjskiej floty na Pacyfik. Przyznawano, że Rosja, co prawda, na początku lat 90-tych widziała możliwość dyskusji w sprawie wysp, ale wtedy była słaba po rozpadzie Związku Radzieckiego. Od tamtego okresu Rosja się umocniła i dokonane zmiany w konstytucji nie pozwalają na przekazywanie komukolwiek terytoriów będących w jej władaniu. Nadzieje Japonii na zwrot Wysp Kurylskich są więc bezprzedmiotowe.
Czara goryczy się przelała, gdy Biden oskarżył Władimira Putina o ingerencję w wybory na korzyść Donalda Trumpa i sprowokowany przez dziennikarza zgodził się, że Putin ma krew na rękach i jest „zabójcą” pozbawionym „duszy”.
Po wypowiedzi Bidena w rosyjskich oficjalnych i społecznościowych środkach masowej informacji zawrzało. Takie słowa o przywódcy państwa uznano za rzecz niespotykaną w dyplomacji i „chamstwo”. Nasiliła się krytyka środowiska Bidena, że nadużywa słabości człowieka, który ma wyraźne braki w pamięcią. Oficjalne komentarze rosyjskie wskazują, że dwukrotne potknięcie się Bidena na trapie przy wejściu do samolotu trudno tłumaczyć wiatrem. Biden ma wyraźne problemy z koncentracją, przy podpisywaniu dokumentów długo patrzy na długopis i „mamrocze” pod nosem, że nie wie, co podpisuje. Myli imię swego największego wroga Donalda Trumpa. Nie pamięta nazwisk swoich współpracowników. Pojawia się tylko na oficjalnych uroczystościach i odczytuje przygotowane mu wystąpienia.
W komentarzach rosyjskich podkreśla się ponadto, że prezydentura jest dla Bidena ukoronowaniem jego czterdziestoletniej kariery politycznej, a teraz dziwnym trafem ukrywa się on przed dziennikarzami i jako jedyny prezydent USA bardzo długo nie spotkał się po wyborach z nimi w otwartej dyskusji. A kiedy w końcu spotkał się w ostatnich dniach marca, to odpowiadał tylko na zadane wcześniej na piśmie pytania i nie podjął wielu ważnych problemów, w tym stosunków z Rosją. Być może wynika to z ograniczonych możliwości fizycznych i psychicznych Bidena. Putin odpowiadając Bidenowi życzył mu przed wszystkim „dobrego zdrowia”. Niektórzy dopatrzyli się w tym sugestii, że w Rosji nie obrażają się na chorych. Putin życząc Bidenowi zdrowia, najzwyczajniej ulitował się nad chorym człowiekiem. Ale bardziej radykalni komentatorzy polityczni w USA dostrzegli w tych życzeniach zapowiedź rychłej śmierci Bidena. Ujrzeli długą rękę Kremla.
U was linczują Afroamerykanów
Rosjanie podkreślają, że oskarżanie przywódców innych krajów nie jest niczym nadzwyczajnym w amerykańskiej polityce. Tacy ludzie jak Biden linczowali Afroamerykanów w przeszłości oraz dokonali atomowych bombardowań Hiroszimy i Nagasaki, chociaż nie było ku temu żadnych militarnych przyczyn. Poza tym Putin przypomniał dziecięce porzekadło: „kto kogoś przezywa, ten sam się tak nazywa”. Można w związku z tym zrozumieć, że to Biden sam jest „bezdusznym mordercą”, ponieważ jako wiceprezydent sankcjonował uderzenia bezzałogowych dronów w innych krajach, w wyniku których zginęło 117 zwykłych obywateli, wliczając w to dzieci. Atak na Putina nie uznano za zbyt rozsądny, zwłaszcza, że Stany Zjednoczone mają problemy w stosunkach z Chinami. Poza tym, atak ten odzwierciedla punkt widzenia większości amerykańskich analityków, widzących w Putinie zwornik całego systemu politycznego Rosji i jego rozpad po dyskredytacji Putina…
Sytuacja jest dość niezręczna z ludzkiego punktu widzenia, ale życzenia dobrego zdrowia dla Bidena nie są zwykłą grzecznością Putina, tylko stanowczym atakiem przeciwko politycznemu otoczeniu Bidena, kompleksowi militarno-przemysłowemu, oskarżeniem ich, że nadużywają niedyspozycje chorego człowieka dla swoich celów politycznych. Putin wskazał przy tym, że Rosja nie ma potrzeby mieszania się w wybory w USA, ponieważ od lat bez względy na to, kto wygra wybory w Stanach Zjednoczonych, to polityka USA wobec Rosji zawsze pozostaje niezmienna. Rosja trwale pozostaje najgorszym wrogiem.
W ostatnich dniach rosyjska retoryka gwałtownie zaostrzyła się. Przybrała bardziej polityczny charakter. Przypomniano, że wcześniej w podobny sposób czarną kartkę dano Slobodanowi Miloševiciowi, Saddamowi Husajnowi, Muammarowi al-Kaddafiemu. Wskazano tez do jakich bezprawnych środków odwołano się aby ich zniszczyć. Zapowiedziano, że te scenariusze wobec Rosji i Putina nie sprawdzą się.
Ewentualna choroba Bidena i koń Kaliguli
Wydaje się, że wyższy od współczesnych polityków poziom świadomości sprzeczności pomiędzy kompetencjami urzędników a stosunkami społeczno-ekonomicznymi i politycznymi, miał cesarz Kaligula. Wybrał on jednak bardzo specyficzny sposób rozwiązania tej sprzeczności – mianował on swego konia senatorem i chciał później uczynić go Pierwszym Konsulem Imperium. Paradoksem jest to, że ten z pozoru bezsensowny czyn ma swoje logiczne i polityczne uzasadnienie również w dniu dzisiejszym. Przypomniał i analizował ten problem Jan Kurowickii.
Na nic zdały się argumenty przeciwników tej nominacji, że koń jest zwierzęciem i nie ma rozumu politycznego czy administracyjnego, że nie ma odpowiednich manier, nie umie zachowywać się przy stole, że nie ma odpowiedniego stosunku do religii, tradycji czy prezencji zewnętrznej. W ocenie Kaliguli koń miał bowiem jedną niepodważalną zaletę, był niezdolny do intryganctwa, pozostawał lojalny i wierny, był mądry mądrością wszystkich doradców. Nawet w czasach współczesnych wielu urzędników i deputowanych do ciał przedstawicielskich, szczególnie tych pochodzących z wyborów powszechnych, podobnych jest do konia Kaliguli – Incitatusa. Z uwagi na ogrom dziedzin podlegających władzy administracji państwowej, poszczególni urzędnicy często posiadają w niektórych podległych sobie dziedzinach kompetencje na miarę rozumu końskiego, chociaż nie jedzą owsa czy siana. Ale w związku z tym, jak pisał Kurowicki „Nic nie musi iść na opak, a podejmowane decyzje będą na miejscu i kompetentne, gdy otoczy go odpowiednio ukształtowana struktura rządzenia czy zarządzania. Każda bowiem decyzja może być w jej obrębie odpowiednio przygotowana i podsunięta do zatwierdzenia; każdy też, za przeproszeniem, koński czyn, czy gest władcy […] może dojść (lub nie dojść) do skutku zależnie od tego, jaka jest otaczająca go struktura (zaplecze) i stopień, w jakim je kontroluje”ii. Mądrość konia zależy więc od stajni i stajennych, którzy go otaczają i odwiedzają.
Trzeba przyznać, że Biden ma za sobą długą karierę polityczną, co przemawia na jego korzyść. Był piątym najmłodszym senatorem, przewodniczył Senackiej Komisji Spraw Zagranicznych i Sądownictwa, starał się dotrzeć do przeciwników wojny w Wietnamie, występował przeciwko przemocy domowej i napastowaniu seksualnemu kobiet, potępiał działania militarne w Iraku, popierał ruchy ekologiczne. Po wygranych wyborach prezydenckich 11 marca 2021 Joe Biden podpisał „Amerykański Plan Ratunkowy”, zakładający m.in. jednokrotne wypłacenie 1400 dolarów wszystkim dorosłym obywatelkom i obywatelom (skąd to znamy? Wielki kapitał rozdaje pieniądze, aby nie dopuścić do spadku cen i deflacji…).
Zdaniem Kurowickiego przykład konia Kaliguli „Pozwala […] zakwestionować oświeceniowe złudzenie, jakoby o efektywności władzy decydowały kompetencje, rozum i wola tych, co ją bezpośrednio z najwyższego szczebla sprawują. Więcej! Nawet najbardziej kompetentne i rozumne działania owych sprawujących władzę są zawsze (bezpośrednio lub pośrednio) determinowane przez konkretne układy sił w obrębie ich zaplecza”iii.
Wypływają z tego wnioski dla sprawujących władzę, podległych im urzędników i służących radą uczonych doradców. Przywódca, który nie będzie zdawał sobie sprawy z uzależnienia od swego otoczenia i zaplecza, nawet jeśli będzie najbardziej kompetentny i wykształcony, zostanie obalony przez swoje otoczenie i przestanie pełnić przywódczą rolę. O wiele łatwiej jest z przywódcą, który nie wie, co się z nim dzieje. Podwładny zaś i doradca, który będzie manifestacyjnie okazywał swoją kompetencję i wyższość intelektualną w stosunku do przywódcy i otocznia, zostanie usunięty również ze swego stanowiska. Podwładny, aby zająć pozycję i utrzymać ją, musi zatem wykazać się sprytem i umieć wykorzystywać nadarzające się sprzyjające okoliczności dla realizacji swoich propozycji.
O pozycji osób przewodzących i podwładnych decyduje bowiem nie tylko wiedza, ale również wyobraźnia historyczna i socjologiczna, a przede wszystkim zdolność do reprodukcji stosunków w najbliższym otoczeniu, zarówno tych towarzysko-zawodowych, jak i społeczno-politycznych. Krótko mówiąc decydują interesy osobiste i grupowe, bieżące i perspektywiczne. Obecnie każdy doradca nie tylko Bidena, ale i innych przywódców, musi gwarantować utrzymanie ich przywódczej roli, a ponadto musi zapewniać warunki do reprodukcji kapitalistycznych stosunków społeczno-ekonomicznych i politycznych. Musi też swoimi radami wspierać danego przywódcę w umocnieniu USA i globalnej ekspansji kapitału amerykańskiego. Tym bardziej, że w USA doszły obecnie do władzy te grupy kapitału, które zainteresowane są w dalszym rozwoju procesu globalizacji.
Z przypadku Incitatusa wynika, że nawet gdyby kandydat do sprawowania władzy był niekompetentny lub nijaki, ale zdolny do służenia celowi zasadniczemu, zostawał przez system wyposażony w te cechy, których osobiście mógł nie mieć. Roland Reagan, jak wiadomo cierpiał na chorobę Alzheimera, ale jego otoczenie potrafiło przygotowywać go do wystąpień publicznych. Czyżby nie chciało tego ryzykować z Bidenem?
Wystarczy, że jakaś partia wygra w Polsce wybory parlamentarne, a natychmiast pojawiają się ludzie z odpowiednimi „kwalifikacjami”, czy to członkowie tych partii, czy członkowie ich rodzin, czy znajomi. A gdy zajdzie potrzeba dokonuje się nawet transferów między klubami parlamentarnymi. Tak, czy owak, wszystkie boksy w stajni zostają zapełnione, a obsługa znajdująca się w cieniu dba o to, by interes kręcił się nadal…
Biden potrafi
Nie inaczej było zapewne również z Bidenem. Naśmiewanie się z niego, że czegoś nie potrafi, jest pozbawione głębszego sensu, bo władza polityczna to bardziej skomplikowany mechanizm, chyba, że chodzi o rozgrzeszenie pozostałych członków systemu decyzyjnego…
Biden ma oczywiście wielu podwładnych sobie urzędników, którzy bardzo dbają o niego. Idealny podwładny, zdaniem Kurowickiego, nie jest, wbrew powszechnym mniemaniom, ten, kto posiada doskonałe kwalifikacje do zajmowania danego stanowiska oraz odpowiednie cnoty moralne i obywatelskie. W rzeczywistości „Działają […] zgodnie z obowiązującymi w danej strukturze normami i zasadami, zadowalając się swym miejscem w danej strukturze. Przy czym nie przesuwają się oni w hierarchii struktury ani w górę, ani na boczny tor, ale też starają się nie spaść w dół. Gdyby bowiem mieli (i ujawnili) ambicje awansu, idealnymi podwładnymi już by nie byli. Stwarzaliby zagrożenie tym, co bezpośrednio nimi kierują lub dostarczali pretekstu do posądzenia, że działają nie z nakazu czystej sumienności, dla »sprawy«, a dla kariery, by być zauważonym i wyniesionym. Wystarczy tedy, aby dbali o to jeno, by ich nie zdegradowano albo przesunięto na boczny tor. […] Na przykład, gdy zauważy, że »góra« ma kwalifikacje na poziomie konia i popełnia ewidentne błędy, nie tylko nie wolno mu wprost zgłaszać zastrzeżeń do jej decyzji, ale, jeśli tylko może, tak musi wpływać na działania tej góry, by skutki nie szkodziły strukturze. Inaczej zagrozi sobie i swojej pozycji. Jest więc (wraz z innymi) ogonem, który czasami musi machać koniem”iv. Tak więc nie tylko w USA przywódcy się zmieniają, ale problemy i główne cele polityczne pozostają bez zmian…
Idealny podwładny, zdaniem Kurowickiego, nie powinien wynosić się ze swoimi kwalifikacjami ponad równych sobie stanowiskiem, jak i niżej stojących. Powinien chcieć żyć i dawać żyć innym, o ile ktoś nie kwestionuje jego kompetencji i nie podważa jego statusu. Dlatego zawsze będzie po stronie silniejszych w danym układzie personalnym, nawet gdyby to pociągało za sobą konieczność podejmowania działań czy decyzji niekompetentnych, lub wymagało nie dostrzegania ich. Sam zaś występować będzie przeciwko słabszej mniejszości, nawet jeśli po jej stronie będą racje merytoryczne i będzie z nią nieoficjalnie sympatyzował. Ponad te racje i prawdę przedłoży bowiem własną obecność w strukturze na danym stanowisku. Nie omieszka natychmiast przyłączyć się do mniejszości, gdy tej uda się zwyciężyć. Musi przy tym zawsze manifestować swoją partnerskość, otwartość, życzliwość i chęć służenia pomocą każdemu. „Konsekwencją tego wszystkiego jednak jest (bo być musi) coś paradoksalnego: obecność licznych, niekompetentnych działań lub decyzji idealnego podwładnego. I to mimo jego najdoskonalszych kwalifikacji! Co więcej: podjęte zostaną one przez niego z pełną świadomością. Te bowiem niekompetentne działania czy decyzje mają charakter nie podmiotowy, lecz strukturalny. Z jednej oto strony musi ów podwładny działać kompetentnie, bo […] tego wymaga jego status; z drugiej musi niejednokrotnie o swych umiejętnościach zapominać, jeśli chce utrzymać się w strukturze. Sprzeczność między jednym i drugim sprawia wszakże, że tylko drobna część jego działań będzie na miarę jego możliwości. Reszta zaś to osłanianie końskich kwalifikacji szefa, przymykanie oczu na błędy równych sobie lub niżej postawionych”.
Powinniśmy więc w działaniach poszczególnych przywódców w większym stopniu dostrzegać polityczną rolę ich najbliższego otoczenia. Jeśli więc Biden jest rzeczywiście chory, to czyni to całą sprawę bardzo nieprzyjemną z moralnego punktu widzenia. Jeśli zaś Biden jest zdrowy, to zapowiada to gwałtowne zaostrzenie stosunków międzynarodowych i nowe co najmniej lokalne wojny prowadzone przez USA cudzymi rękoma. Tak czy owak wywiad z Bidenem, w którym nazwał Putina „zabójcą”, który nie ma „duszy”, musiał być starannie przygotowany. Powstaje tylko pytanie: przez kogo i w jakim celu?
Sytuacja z Bidenem, jako żywo, przypomina ponowny wybór Borysa Jelcyna prezydentem Rosji. Pomimo zaawansowanej choroby Jelcyn został przez swoje otoczenie wystawiony w wyborach i musiał rywalizować z popularnym wówczas komunistą Giennadijem Ziuganowem. Po pół roku Jelcyn przekazał władzę Putinowi. Również dla Bidena wielu obserwatorów przypisuje przejściową rolę.
Koń Kaliguli, jeśli chodzi o kompetencje, przypominał osoby losowane na stanowiska przez starożytnych Ateńczyków. Osoby losowane w odróżnieniu od konia mogły nabywać doświadczenie i uczyć się bycia końmi. Koń zaś nie musiał uczyć się urzędowania i był „koński” z natury. Trwałość demokracji w warunkach jej medializacji wymaga, by miała ona swoje stajnie i swoje zaprzęgi konne, niezależnie od tego, że podlegają one okresowej krytyce i wymianie. Niestety mechanizm funkcjonowania każdej władzy jest podobny…

Powrót do przyszłości?

Szczyt chińsko-amerykański w Anchorage na Alasce zaczął się jak w hollywoodzkim filmie grozy. Od politycznego trzęsienia ziemi.

Zamiast tradycyjnego, kurtuazyjnego, grzecznego powitania delegacja chińska usłyszała od szefa amerykańskiej delegacji bezpardonową krytykę. Sekretarz Stanu USA wyraził „głębokie zaniepokojenie działaniami podejmowanymi przez Chiny, zwłaszcza w Sinkiangu, Hongkongu i na Tajwanie”. Anthony Blinken oskarżył też Chiny o cyberataki na USA i presję ekonomiczną wywieraną na międzynarodowych sojuszników Stanów Zjednoczonych.
„Każde z tych działań zagraża zasadom, na których opiera się światowy ład”, podsumował.
Po takim, niezgodnym z tradycyjnym protokołem dyplomatycznym powitaniu, głos zabrał chiński minister Yang Jiechi.
”USA już nie mogą mówić do nas z pozycji siły”, oświadczył. Nie mogą też recenzować innych państw z przestrzegania praw człowieka i ochrony praw mniejszości narodowych skoro władze USA nie przestrzegają praw człowieka u siebie i łamią prawa mniejszości etnicznych należne ich obywatelom. Na dowód wymienił liczne przykłady takich działań, zwłaszcza ruchu Black Live Matters.
„Stany Zjednoczone wykorzystują swoją siłę militarną i hegemonię finansową do narzucania swoich rządów i uciskania innych krajów, stwierdził minister Yang. Zarzucił administracji USA, że dla niej „bezpieczeństwo narodowe to tylko wymówka do utrudniania normalnej wymiany handlowej i podżegania niektórych krajów do atakowania Chin”.
Na koniec skierował ku gospodarzom spotkania radę: „USA powinny postarać się polepszyć swój image i porzucić wysiłki, by eksportować swój model demokracji. Bo bardzo wielu samych Amerykanów ma coraz mniej zaufania do demokracji w USA”.
Następnie obie delegacje przystąpiły do zaplanowanych rozmów. Ale już bez udziału mediów. A media gorąco relacjonowały pierwsze słowne starcie obu delegacji. Przewidując starcia kolejne, jeszcze bardziej gorące.  
Nowe czasy, nowy styl
Inauguracyjne wystąpienie sekretarza stanu Blinekena przypominało taktykę radzieckich wojskowych, zwaną „rozpoznanie przez walkę”. Polegała ona na gwałtownym ataku na siły wroga. Te odpowiadając na atak, ujawniały swoje zasoby, styl i wole walki. Taktyka taka była i jest skuteczna, ale zwykle przynosi duże straty atakujących.
Dowodzi też, że strona atakująca nie ma dobrego rozeznania sił przeciwnika i przede wszystkim nie ma jeszcze koncepcji prowadzenia wojny.
Spotkanie delegacji chińskiej i amerykańskiej w Anchorage dowiodło, że administracja nowego prezydenta USA Joe Bidena nie ma jeszcze nowej polityki wobec Chin.
Chce jednie powrotu do czasów minionych. Kiedy USA było jedynym światowym mocarstwem militarnym i jedynym hegemonem gospodarczym.
Kiedy administracja USA i politycy państw Sojuszu Północnoatlantyckiego przekonywali elity polityczne całego świata, że tylko zachodni system demokracji parlamentarnej oraz liberalnej, kapitalistycznej gospodarki rynkowej jest jedynym, który zapewnia nieustanny wzrost gospodarczy. Szczęście i bogacenie się obywateli całego świata.
I jako depozytariusz tego najlepszego na świecie modelu polityczno- gospodarczego mogą recenzować i pouczać inne państwa. Zwłaszcza kopiujące tren model u siebie.
A czasem warunkować przyznanie pomocy gospodarczej, technologicznej, humanitarnej nawet, koniecznością wprowadzenia u siebie modelu amerykańskiej demokracji i standardów praw człowieka.
Jednak ostatnie trzydzieści lat rozwoju Chin jednoznacznie udowodniły, że istnieją inne drogi prowadzące do wzrostu gospodarczego, poczucia szczęścia obywateli i przede wszystkim likwidacji ubóstwa.
Tym samym czasy hegemonii jednego mocarstwa i jednego modelu szczęścia skończyły się. Mamy teraz świat zglobalizowany, ale wielobiegunowy. Świat w którym międzynarodowe elity polityczne i gospodarcze mogą wybierać sobie modele rozwoju zgodnie z lokalnymi uwarunkowaniami i specyfikami.
Świat Henry Forda przekonującego, ze każdy może mieć samochód, pod warunkiem, że będzie to produkt Forda, to przeszłość. Warto by administracja nowego prezydenta Bidena miała tego świadomość.
Ciąg dalszy nastąpi
Pierwszą lekcję „nowego światowego ładu” już otrzymała. Po inauguracyjnym „trzęsieniu ziemi” na Alasce, pierwsze chińsko- amerykańskie spotkanie w nowym sezonie politycznym zakończyło się zgodnie i bezkonfliktowo.
Ustalono, że oba państwa stworzą grupę roboczą zajmującą się problemami polityki klimatycznej. Zadeklarowano ułatwienia pracy dyplomatów i dziennikarzy w obu krajach. Zaś inne kwestie, jak polityki obu państw wobec Afganistanu i Iranu będą rozwiązywane na bieżąco kanałami dyplomatycznymi.
Spotkanie w Anchorage uznano za pierwszy krok w powrocie do normalności w stosunkach między Chinami i Stanami Zjednoczonymi. Zwyciężyła pragmatyczna wola współpracy na bezspornych, wspólnych polach.
Zamiast oczekiwanego przez media horroru, zapowiada się serial o współpracy. Z oczekiwanymi już zwrotami akcji.

Ponura rocznica

18 lat temu, 20 marca, rozpoczęła się agresja koalicji państw pod przewodnictwem USA na Irak. Polska, rządzona wtedy przez rząd mieniący się lewicowym, ochoczo wzięła udział w tej awanturze u boku rydwanu światowego hegemona. Na koncie SLD zawsze pozostanie ta haniebna decyzja, choć gwoli sprawiedliwości wypada odnotować, że ktokolwiek by wtedy nie rządził, zapewne postąpiłby tak samo. Tak bardzo nasi politycy byli i są zaślepieni amerykanizmem i serwilizmem.

Inwazja na Irak została zorganizowana przy pomocy kilkunastomiesięcznej agresji medialnej przygotowującej światową opinię publiczną do wojny. Niezależne, ponoć wolne media i ich funkcjonariusze – zwani przez przypadek tylko dziennikarzami – bezkrytycznie powielali to, co przedstawiała administracja amerykańska prezydenta Busha jr,. stając się tym samym jedną z aktywnych stron tej neokolonialnej awantury. Za atakiem na Irak lobbował m.in. ówczesny wiceprezydent Dick Cheney (w latach prezydentury Busha seniora sekretarz obrony), z rodziny ściśle związanej z naftowym gigantem światowym Halliburton Company. Sami Bushowie także zajmowali uprzywilejowaną pozycje na firmamencie przemysłu naftowego w USA. Najbardziej zyskały na obaleniu Saddama Husajna, wchodząc aktywnie na irackie tereny roponośne, naftowe firmy z USA, Halliburton Company w pierwszej kolejności.
O agresji na suwerenny kraj zdecydowano wbrew wszelkim międzynarodowym prawom. Rada Bezpieczeństwa ONZ z jesieni 2002 r. w rezolucji nr 1441 dawała Irakowi 30 dni na ostateczne przedstawienie dowodów zniszczenia broni masowego rażenia i dopuszczenie inspektorów ONZ do wszystkich obiektów na terenie Iraku. Prowadzona intensywnie z racji rosnącej presji Amerykanów międzynarodowa inspekcja absolutnie nie potwierdziła obecności tego typu broni na terenie Iraku. Sekretarz Generalny ONZ Kofi Annan potwierdzał swym autorytetem te ustalenia, sprzeciwiając się akcji zbrojnej. Trzech stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ: Chiny, Rosja i Francja podkreślało, że art. 42 Karty ONZ wyraźnie zabrania militarnego naruszenia granic suwerennego państwa bez osobnej rezolucji Rady Bezpieczeństwa. Przeciwko planowanemu atakowi na Irak wypowiedziała się większość członków Rady Bezpieczeństwa – trzech z pięciu stałych (z których każdy ma prawo weta) oraz 7 z 10 członków niestałych.
Z czasem okazało się, iż oskarżenia Iraku o posiadanie broni masowego rażenia i groźba przekazania jej międzynarodówce terrorystycznej (o co oskarżali Jankesi Saddama) są pospolitym kłamstwem. Chodziło tylko o to, żeby zdobyć uznanie i akceptację dla inwazji. Medialna ściema z bronią masowego rażenia jakoby posiadaną przez Irak, którą ochoczo powtarzali także polscy dziennikarze, niebezpiecznie przypomina mi prowokację gliwicką, której ofiarą padł nasz kraj w 1939 roku. Nie wstyd wam, polscy publicyści? Chyba nie, bo nie widziałem, żeby ktokolwiek za dezinformację czy chociaż za pochopne przepisywanie po Amerykanach przeprosił.
Działania wojenne Stanów Zjednoczonych zostały oficjalnie nazwane operacją Wyzwolenie Iraku (potem: Wolność Iraku). Tymczasem 21 października 2006 r. prestiżowy brytyjski magazyn medyczny „The Lancet” podał, ile mogło paść ofiar po stronie irackiej tylko między marcem 2003 a czerwcem 2006 i poraził czytelników liczbą 655 tys. osób, w większości cywilów. Taka to „wolność”, „liberalna demokracja” i „jakość życia człowieka” przybyła nad Eufrat nad obcych bagnetach. Tak, Saddam Husajn również popełniał zbrodnie – lecz czyż po jego obaleniu nie miało być lepiej? Zresztą nie zapominajmy, że jego niedemokratyczne rządy bardzo długo Amerykanom nie przeszkadzały. Obalono go, bo przestał być potrzebny.
Przez pewien czas, tuż po samej agresji i do momentu instalacji rządzących w Bagdadzie marionetek amerykańskich, władzę nad krajem sprawowali de facto gubernatorzy mianowani przez Waszyngton. Jednym z nich został były polski premier lewicowego rządu RP Marek Belka. Eufemistycznie tę posadę nazywano przewodniczącym Międzynarodowego Zespołu Konsultacyjnego ds. Iraku. Była to jedyna, nagroda podarowana przez hegemona Polsce w podzięce za uczestnictwo w całej brudnej eskapadzie. O nigdy niespełnionych korzyściach gospodarczych, jakie mieliśmy w nagrodę pozyskać, którymi już ekscytowali się polscy pismacy… przez litość nie wspomnę. Nie mogę za to pominąć dalszych losów „przewodniczącego zespołu”. Dziś Marek Belka, eurodeputowany z listy lewicy do PE, prominentny członek frakcji S&D nawołuje głośno do kolejnych sankcji wobec Rosji w związku z aneksją Krymu. Chciałoby się w perspektywie jego udziału w podboju i zniszczeniu Iraku, podporządkowaniu tego państwa amerykańskim interesom zawołać; „panie europośle, może ciszej nad tą trumną ?”. Nie kto inny jak jeden z filarów myśli europejskiej, do których korzeni antycznych tak lubimy się odwoływać, nieśmiertelny Sokrates miał mówić „zacznij od siebie”, kiedy chcesz oceniać innych.
Niewiele osób z tzw. „świecznika” miało wówczas odwagę sprzeciwiać się jawnie i głośno tej hucpie, działaniom wbrew żywotnym interesom Polski. Gdy o „sojuszniczych zobowiązaniach” i przyszłych korzyściach rozprawiali prezydent Kwaśniewski czy premier Miler, głos rozsądku drukowały jedynie tygodniki ”Przegląd” i „NIE” czy miesięcznik „Dziś”. Personalnie krytykowali tę decyzję prof. Ludwik Stomma, Andrzej Walicki, Bronisław Łagowski, arabiści polscy jak Janusz Danecki czy Marek Dziekan. Ich głos tonął jednak w proamerykańskim, wojennym pohukiwaniu głównego nurtu. Dziś nad owym epizodem dziejów III RP się milczy – ci, którzy z taką ochotą rozbierali daleki kraj, nie są dziś chętni, by przeprosić i przyznać się do błędu politycznego. Tłumaczenia Aleksandra Kwaśniewskiego, że Amerykanie nas oszukali (a bo to nas pierwszych?!), nic nie wyjaśniają i nie zmywają irackiej hańby.
Filozof i myśliciel, prof. Uniwersytetu Wrocławskiego, Adam Chmielewski w eseju Polskie zjawy polityczne daje w kontekście tej ponurej rocznicy celną opinię, która dokładnie opisuje degenerację i jedną z przyczyn marginalizacji lewicy w Polsce. Jego zdaniem Polska rządzona przez SLD „….W celu pozyskania uznania i aprobaty ze strony administracji amerykańskiej (…) postanowiła przyłączyć się do koalicji chętnych do udziału w agresji na Irak, choć decyzja ta zantagonizowała Polskę z jej partnerami w UE, którzy w zdecydowanej większości uchylili się od udziału w tej kłamliwie uzasadnianej wojnie. (…) Sojusz Lewicy Demokratycznej zapłacił polityczną cenę za neoliberalną politykę i za nieprzemyślany udział w interwencji w Iraku”.
Patrząc na poczynania aktualnych liderów polskiej lewicy refleksji nad tą smutną sprawą nie widać. Aleksander Kwaśniewski to dziś jeden z idoli sejmowej Lewicy. Szkoda, bo uczciwa pamięć o irackiej hańbie mogłaby być lakmusowym papierkiem, iż przynajmniej w głowach owych, mieniących się lewicą, polityków coś się zmienia.

Rok wyzwań i nowych możliwości

Łatwo jest ocenić sytuację i zrzucić winę na politykę poprzedniej administracji USA, która zepchnęła świat na krawędź przepaści w wyniku swojej politycznej gry. Konieczne jest powołanie się nowe reguły regulujące stosunki międzynarodowe, które będą gwarantowały bezpieczeństwo i stabilność międzynarodową.

Świat stoi przed wyzwaniami, którym nie będzie w stanie sprostać samotnie żaden kraj, a poradzić może sobie tylko spójna społeczność międzynarodowa, to sposób na przywrócenie naszego stylu życia i naszego człowieczeństwa, któremu zagroziła polityka „twórczego chaosu” . Nie chodzi tylko o doświadczenia Bliskiego Wschodu, ale doświadczenia całego świata, człowieczeństwo jest ostatnim ratunkiem dla świata.
Czego chcemy wczoraj, dziś i jutro?
Po latach konfliktu zbrojnego Palestyńczycy weszli na ścieżkę pokojowych negocjacji w poszukiwaniu rozwiązania konfliktu w oparciu o wzajemne uznanie i rozwiązanie dwupaństwowe na granicach z 4 czerwca 1967 r., z Jerozolimą jako stolicą palestyńskiego państwa i zapewnianie Palestyńskim uchodźcom prawa do powrotu do ojczyzny.
Ciągłe zwlekanie przez Izrael, negocjacje nie przynoszące rezultatów mające na celu przedłużenia obecnej sytuacji, to wszystko wymagało jasnego i jednoznacznego stanowiska Palestyny. Stanowisko to nie mogło być inne niż odrzucenie polityki Izraela i amerykańskiego dyktanda, które na różne sposoby próbowało narzucić rozwiązanie – tzw. plan stulecia, który nie oferował Palestyńczykom żadnych akceptowalnych rozwiązań i był receptą do utrwalania konfliktu.
„Iluzja Abrahama”: stawiać wóz przed koniem.
Podczas warsztatów w Manamie w 2019 r. zdemaskowano fałszywe obietnice Trumpa, o których niektórzy błędnie myśleli, że mogą stanowić bazę do przyszłych rozwiązań. Administracja amerykańska chciała narzucić swój plan nazywany „Porozumieniem Abrahama”, który omijał warunki sprawiedliwego pokoju wyznaczone przez kraje arabskie.
Uznajemy, że administracja amerykańska częściowo odniosła sukces w rozmowach z niektórymi krajami arabskimi, jednak większość, a zwłaszcza kraje pierścieniowe, które są zasadniczo powiązane z porozumieniami pokojowymi z Izraelem, odrzuciłe te porozumienia, podkreślając arabskie stanowisko dotyczące rozwiązania konfliktu zgodnie z Arabską Inicjatywą Pokojową z 2002r. Jest to inicjatywa wzywająca do całkowitego wycofania się Izraela z okupowanych ziem arabskich, w tym z syryjskich Wzgórz Golan i dotychczas okupowanych terytoriów libańskich, uznania Państwa Palestyny ​​na granicach z 4 czerwca 1967 r. z Jerozolimą jako stolicą, oraz rozwiązania kwestii uchodźców palestyńskich, a później normalizacje stosunków, co zostało potwierdzone na Radzie Ministrów Spraw Zagranicznych Krajów Arabskich w lutym 2021 roku.
Normalizacja, która nie przyniosła korzyści, nie osiągnęła przełomu w procesie pokojowym, raczej pogłębiła niestabilność przez oddalenie się od arabskiego konsensusu, co ma swoje reperkusje na poziomie wewnętrznym i arabskim, zwłaszcza że kraje te nie są na pierwszej linii frontu z „Izraelem”, a ich porozumienia nie stanowiły dźwigni dla pokoju. W rezultacie postawiły wóz przed koniem i wzmogły zagrożenie w regionie na korzyść izraelskiej okupacji.
Zwrócenie się do Międzynarodowego Trybunału Karnego
Zwrócenie się do Międzynarodowego Trybunału Karnego było wyraźną deklaracją strony palestyńskiej, która odrzuciła narrację przemocy. Palestyna chce pokojowego rozwiązania konfliktu zgodnie z traktatami międzynarodowymi i decyzjami społeczności międzynarodowej, a także realizacji prawa do ochrony narodu palestyńskiego przed zbrodniami okupacji izraelskiej. To stanowisko wybrzmiewało jeszcze mocniej w obliczu rażącej stronniczości administracji USA za prezydentury Donalda Trumpa.
Sprawiedliwość i sprawczość są niezbędne do osiągniecia pokoju, należy zakończyć okres, w którym Izrael stoi ponad prawem i nie ponosi żadnej odpowiedzialności.
W marcu 2021 roku MTK w Hadze ogłosił wszczęcie śledztwa w sprawie zbrodni wojennych popełnionych przez Izrael na okupowanych terytoriach palestyńskich z 4 czerwca 1967 roku.
Po wysłuchaniu wszystkich zainteresowanych stron, w tym Izraela, który „odmówił wyrażenia swojej opinii”, wydano wstępny wyrok dotyczący prawa Palestyny do wykonywania jej uprawnień wynikających ze Statutu Rzymskiego. Fakt, że zbrodnie Izraela trwają, są systematyczne i powszechne, sprawia, że śledztwo jest pilne i konieczne, jest też zgodnie z mandatem Międzynarodowego Trybunału Karnego do zwalczania bezkarności i powstrzymania sprawców tych zbrodni.
Nowa administracja prezydenta Joe Bidena i Bliski Wschód
Obecny prezydent USA Joe Biden był wiceprezydentem USA, co oznacza, że doskonale zna problemy regionu, a za jego kadencji administracja prezydenta Obamy nie dokonała znaczącego przełomu w procesie politycznym, ale też nie zapowiedział wojny tak jak to miało miejsce w czasie administracji Trumpa.
Negatywne reperkusje polityki jego poprzednika, które zaszkodziły roli USA w regionie, nadal wymagają rozwiązania. Sekretarz Stanu Blinken odbył spotkania z grupami amerykańsko-arabskimi, podczas których przekazywał ostrożne przesłania dotyczące trzymania się koncepcji współpracy międzynarodowej w rozwiązywaniu konfliktu palestyńsko-izraelskiego, a także reaktywował Departament ds. Palestyny ​​w amerykańskim Departamencie Stanu i mianował amerykańskiego dyplomatę libańskiego pochodzenia, Hadiego Amra, który prowadził już rozmowy z premierem Palestyny.
Niemniej jednak jest pewne, że obecna administracja prezydenta Bidena w USA różni się od poprzedniej, lecz jest za wcześnie, aby ją oceniać.
Nie ma czasu do stracenia
Rozumiemy, że problemy regionu nie kończą się na konflikcie izraelsko-arabskim, mimo, że ten konflikt jest ogniskiem wszystkich innych w regionie. Śledząc dotychczasowe komunikaty administracji prezydenta Joe Bidena wynika, że priorytetem dla nowej administracji amerykańskiej w regionie Bliskiego Wschodu jest irański program nuklearny, rola Iranu w regionie, bezpieczeństwo Izraela i utrwalenie pokoju, zakończeniu wojen w Jemenie i Libii oraz przestrzeganie Praw Człowieka w regionie.
Poza deklaracjami nie widzimy by administracja ameryńska kładła nacisk na kwestie Bliskiego Wschodu, Pomimo działań innych graczy w regionie, takich jak Rosja, Chiny czy Unia Europejska społeczność międzynarodowa czeka na ruch supermocarstwa. Administracja amerykańska mimo chęci nie zdoła zniwelować wpływu i roli tych graczy w regionie.
Unia Europejska jako mediator
Unia Europejska jest ważnym graczem i może odegrać skuteczną rolę na Bliskim Wschodzie i przyczynić się do znalezienia rozwiązania opartego na legitymacji międzynarodowej, spełniającego aspiracje obu stron.
Niektórzy politycy i analitycy uważają, że Unia Europejska mogła przyczynić się do powstania niezależnego państwa palestyńskiego i miała wiele możliwości w ciągu ostatnich piętnastu lat, ale robiła wszystko, by chronić umów z Oslo..?
Oznacza to, że uznanie Państwa Palestyny przez Unię Europejską i kraje Unii jest ważnym krokiem na drodze do dwupaństwowego rozwiązania na granicach z 4 czerwca 1967 r., bo to jest istota decyzji międzynarodowych i umów bilateralnych. Akceptowanie przez UE uników Izraela i uchylania się przez niego od zobowiązań wobec procesu pokojowego jest absolutne ryzykowne i nie przyczyni się do osiągnięcia politycznego rozwiązania, a okupantowi daje możliwość narzucenia narracji i może zostać ona przyjęta jako fakt przez administrację USA. Fakty, które są fałszywe i sprzeczne z rezolucjami międzynarodowymi.
Palestyna, Izrael… Wyjście z tunelu
W świetle wielkich wyzwań stojących przed regionem, Palestyńczycy odbyli wiele rund rozmów. Prezydent Mahmoud Abbas wydał 15 stycznia 2021 roku dekret prezydencki określający terminy wyborów parlamentarnych i prezydenckich .
Wierzymy w konieczność zapewnienia przez społeczność międzynarodową warunków zapewniających powodzenie tego demokratycznego procesu, umożliwiając Palestyńczykom z Jerozolimy kandydowania i głosowania w wyborach, a także uznanie wyników tych wyborów przez społeczność międzynarodową.
W przeciwieństwie do palestyńskiego przypadku, wybory w Izraelu są jedną z metod uchylania się od zobowiązań wobec procesu pokojowego i tak się dzieje od 14. wyborów do Knesetu w maju 1996 r. .
23 marca 2021 r. o 120 mandatów w Knesecie rywalizować będą kandydaci z 39 list partyjnych. a żadna z tych konkurujących partii nie stawia pokoju na liście swoich priorytetów, wręcz przeciwnie, podejście do kwestii negocjacji jest tematem tabu.
Wybory w Palestynie i Izraelu są w tym szczególnym czasie konieczne, trudne i będą decydujące, stanowią wyjście z tunelu, jednak ważniejsze jest, aby Palestyna i Izrael były gotowe podjąć się trudu prawdziwego procesu pokojowego i zrobiły krok naprzód dla obu narodów. Żadna ze stron nie może zaprzeczać istnienia drugiej strony, a w interesie Izraelczyków jest poważne zaangażowanie się w zawarcie pokoju, zaprzestanie polityki unikania, fałszowania, szantażu i demonizowania drugiej strony.
Pokój – uchwycić moment
Powołanie się na międzynarodową legitymację było odpowiedzialną i odważną decyzją Palestyny, której celem było ratowanie sytuacji i oszczędzenie ludności regionu wielu lat wojny. Potwierdził to po raz kolejny prezydent Palestyny Mahmoud Abbas podczas 75. sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ, które odbyło się 25 września 2020 r., w wystąpieniu Abbas wezwał Sekretarza Generalnego, Międzynarodowy Kwartet i Radę Bezpieczeństwa do zorganizowania międzynarodowej konferencji na początku przyszłego roku, której celem jest zaangażowanie się w rzeczywisty proces pokojowy na podstawie prawa międzynarodowego, międzynarodowej legitymacji prowadzący do zakończenia okupacji i odzyskania przez Naród Palestyński wolności i niezależności w suwerennym państwie z Jerozolimą jako jego stolicą na granicach z 1967 r. i rozwiązania wszystkich problemów, w tym zgodnie z rezolucją 194 ONZ kwestię najważniejszą – sprawę uchodźców.
To jest prawo i sprawiedliwość, a odkładanie jej nie zapewni stabilności w regionie.

Jaka będzie polityka Joe Bidena wobec Chin

Polityka Stanów Zjednoczonych wobec Chin przeszła znaczącą ewolucje od czasu pamiętnej wizyty prezydenta Richarda Nixona w Chinach w lutym 1972 r. do obecnego prezydenta USA Joe Bidena. Po okresie względnie dobrych stosunków i współpracy nastąpiło wyraźne pogorszenie relacji wzajemnych stosunków w okresie prezydentury Donalda Trumpa (2017-2021).

Hasłem wyborczym i myślą przewodnią polityki prezydenta Donalda Trumpa był slogan „America First” („Ameryka przede wszystkim”). Świadom zmniejszającej się roli Stanów Zjednoczonych w międzynarodowym układzie i rosnącej gospodarczej, politycznej i militarnej roli Chin Trump uznał Chiny za główne zagrożenie dla interesów amerykańskich w świecie i odpowiednio do tego zagrożenia formułował politykę Waszyngtonu wobec Pekinu. Nic wiec dziwnego, że stosunki amerykańsko-chińskie w czasie prezydentury Donalda Trumpa systematycznie się pogarszały. Chiny nie mogły pozostać obojętne na decyzje administracji Trumpa systematycznie ograniczające współpracę z Pekinem.
Moje wystąpienie chcę poświęcić prognozom polityki prezydenta Bidena wobec Chin.
Przede wszystkim kilka słów na temat osobowości obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych.
W przeciwieństwie do Trumpa, który w momencie zgłoszenia swojej kandydatury w wyborach prezydenckich miał zero doświadczenia politycznego, Biden ma za sobą ogromne, wieloletnie, bogate doświadczenie polityczne. W 1973 r. został senatorem Stanów Zjednoczonych ze stanu Delaware. W Senacie przewodniczył m. in. Komisji Sprawiedliwości, był przewodniczącym senackiej Komisji Spraw Zagranicznych, a w latach 2009-2017 wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych przy prezydencie Baracku Obamie.
Biden nie był malowanym wiceprezydentem w administracji Obamy. Obama szeroko wykorzystywał doświadczenie swojego wiceprezydenta w polityce zagranicznej.
20 stycznia 2021 r. Biden został zaprzysiężony jako 46-ty prezydent Stanów Zjednoczonych. W wygłoszonym 4 lutego br. przemówieniu w Departamencie Stanu zapowiedział zasadnicze zmiany w polityce zagranicznej USA. Stwierdził m. in. „dyplomacja powraca jako centrum polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych” i zapowiedział „przywrócenie miejsca Ameryki w świecie”.
Jak na tym tle może przedstawiać się polityka administracji Bidena wobec Chin?
Istnieją na ten temat zarówno oficjalne wypowiedzi samego prezydenta jak i członków obecnej administracji oraz mnóstwo nieoficjalnej spekulacji.
Zacznijmy od oficjalnych wypowiedzi.
Administracja Bidena zapowiada twardą politykę wobec Chin i obronę Tajwanu i takie sygnały przekazuje swoim sojusznikom w Azji i Chinom. Nie jest przypadkiem, że przedstawiciel Tajwanu był zaproszony do Waszyngtonu na uroczystość zaprzysiężenia prezydenta Bidena. Kiedy samoloty chińskie znalazły się w obszarze powietrznym Tajwanu Departament Stanu oświadczył, że amerykańskie zobowiązanie wobec Tajwanu jest „mocne jak skała” („rock solid”).
W czasie wizyty w Pentagonie Biden powiedział: „Musimy sprostać rosnącym wyzwaniom ze strony Chin aby utrzymać pokój i bronić naszych interesów w Indo-Pacyfiku i globalnie”. 17 lutego br. Biden poinformował o powołaniu zespołu 15 ekspertów cywilnych i wojskowych w celu dokonania przeglądu polityki Stanów Zjednoczonych wobec Chin i przedstawienia zaleceń prezydentowi. Na czele tego zespołu stanął Ely Ratner specjalny asystent Sekretarza obrony Lloyda Austina. Zespół ten ma w ciągu czterech miesięcy przedstawić zalecenia odnośnie amerykańskiej strategii wobec Chin, stosunków w dziedzinie technologii i bilateralnych stosunków z Pekinem w dziedzinie obronnej. Biden pragnie aby zalecenia tego zespołu były przedstawione obu partiom w Kongresie.
Ostatnio 17 lutego 2021 r. okręty amerykańskiej marynarki wojennej pojawiły się na wodach Morza Południowochińskiego należących do ChRL. Administracja Bidena twierdzi, że są to wody dostępne dla żeglugi międzynarodowej. Ta operacja US Navy nastąpiła po oświadczeniu Bidena, że Chiny są „najpoważniejszym konkurentem” Stanów Zjednoczonych i wobec tego Amerykanie mają prawo sprostać wezwaniom ze strony Pekinu. Biden oświadczył również, że Waszyngton znajduje się w „ekstremalnej rywalizacji” („extreme competition”) z Chinami. Po objęciu urzędu prezydenta Biden potwierdził również poparcie dla Filipin i Japonii do roszczeń wysp uznawanych przez Chiny za ich własne terytorium. Prezydent amerykański powołał się przy tym na wzajemne traktaty obronne zobowiązujące Waszyngton do obrony roszczeń filipińskich i japońskich do tych wysp.
Władze Chin zarzucają Waszyngtonowi, że operacje marynarki wojennej USA nie tylko naruszają suwerenność Chin na tym obszarze, ale również prowadzą do niebezpiecznych napięć. Zdaniem władz chińskich obecność amerykańskich okrętów wojennych na wodach terytorialnych Chin „poważnie narusza chińską suwerenność, bezpieczeństwo i poważnie zagraża regionalnemu pokojowi i stabilności”.
W odpowiedzi na stanowisko Chin Joe Biden 19 lutego br. potwierdził globalne przywództwo Stanów Zjednoczonych, rolę ich sojuszników i obronę demokracji w USA i zagranicą.
Joe Biden zdecydowanie odcina się od neoizolacjonistycznej polityki swojego poprzednika i przyrzeka, że „poprowadzi świat, a nie wycofa się z niego”. Przyrzeka, że jego administracja nie tylko przywróci globalne przywództwo Stanów Zjednoczonych w świecie, ale stworzy także liberalny ład międzynarodowy.
Biden zdaje sobie sprawę, że Chiny z największą marynarką wojenną, drugą na świecie największą gospodarką stanowią wyzwanie dla Stanów Zjednoczonych i roli tego kraju na świecie. Komentatorzy amerykańscy uważają, że sukces polityki zagranicznej Bidena w znacznym stopniu zależeć będzie od tego jak poradzi on sobie z wyzwaniem ze strony Chin. Wielu Amerykanów twierdzi, że Biden chce uniknąć „ Nowej Zimnej Wojny” by uniknąć globalnego konfliktu i zachować regionalne i globalne wpływy USA w świecie. W tym celu Waszyngton powinien utrzymać m. in. z Chinami dobre stosunki handlowe, współpracę w dziedzinie zmian klimatycznych, zdrowia publicznego itp.
Henry Kissinger ostrzega Bidena aby nie spowodował on katastrofy światowej i podjął kroki zapobiegające konfrontacji amerykańsko-chińskiej. Niektórzy komentatorzy w USA opowiadają się za polityką „chłodnego pokoju” wobec Pekinu, za polityka powstrzymywania Chin i równoczesnego zaangażowania Chin we współpracę międzynarodową.
Nie ulega wątpliwości, że jak dotąd jest spory zakres podobieństw w polityce Trumpa i Bidena wobec Chin. Istnieje też w Waszyngtonie dwupartyjny consensus aby prowadzić twardą politykę wobec Pekinu. Jak głosi Biden „Stany Zjednoczone muszą być twarde wobec Chin”.
Chiny oczywiście są zainteresowane utrzymaniem dobrych stosunków ze Stanami Zjednoczonymi, z którymi d lat mają dodatni bilans handlowy. Prezydent Biden zachowuje dużą ostrożność w stosunkach z Chinami. Świadczy o tym m. in. fakt, że dopiero po 22 dniach od zaprzysiężenia zdecydował się odbyć rozmowę telefoniczną z chińskim przywódcą Xi Jinpingiem.

Wyścig gigantów

„Wyścig gigantów. Stan i Wizja współzawodnictwa ChRL i USA” – taki tytuł nosi najnowsza książka profesora Wojciecha Pomykało. Już na wstępie autor zadaje trzy fundamentalne pytania. 1. Jak Chińczycy nadrobili i nadrabiają stracony czas? 2. Czy detronizacja USA jest możliwa i co przyniesie? 3. Kto i dlaczego wygra globalne współzawodnictwo?

Zdaniem autora Chiny w coraz większym stopniu „stają się ważnym czynnikiem określającym przyszłość, nie tylko swojego narodu, ale człowieka globalnego dopiero nadchodzącego świata”. W niniejszym artykule recenzującym skupie się na stosunkach chińsko-amerykańskich, który prof. Pomykało poświęca w swej książce dużo uwagi.
Jak wiadomo zarówno Pekin jak i Waszyngton przywiązują dużą wagę do rywalizacji we wdrażaniu sztucznej inteligencji. Zdaniem autora Chiny są w lepszej sytuacji w tej rywalizacji. Wynika to z przewagi chińskiego systemu społeczno-ekonomicznego, który daje większe niż system amerykański możliwości realizacji tak wielkich przedsięwzięć, jakim jest niewątpliwie przejście z epoki elektryczności do epoki sztucznej inteligencji.
Współzawodnictwo chińsko-amerykańskie jest częścią składową panoramy współczesnego świata. „Element, niestety charakteryzujący się tym – pisze prof. Pomykało – że przynajmniej po amerykańskiej i ogólno-kapitalistycznej stronie, charakter tego konfliktu i jego perspektywy rozwojowe, skądinąd alternatywne wobec Chin są ciągle mało uświadomione przez większość ludzi współczesnego świata. W tym też, zwłaszcza przez coraz większą i dominującą w kapitalistycznym, współczesnym świecie, grupę wykształconych analfabetów. W sumie jednakże można powiedzieć, że choć nie istnieją pełne podstawy do tego, aby mieć mocne przesłanki do przekonania, że konflikt ten rozstrzygnie się w najbliższy dziesięcioleciu (2020-2030), to jednak należy się spodziewać, że w tym dziesięcioleciu, będzie on przebiegał ze szczególnie natężoną siłą. W dużej mierze też, będzie przesądzał jego generalne losy. Natomiast jego skutki i związane z tym perspektywy człowieka, powstaną w rezultacie jego funkcjonowania”.
Znaczna część omawianej książki poświęcona jest Stanom Zjednoczonym oraz współzawodnictwu chińsko-amerykańskiemu. Zdaniem autora współczesny naród amerykański jest prawie całkowitym przeciwieństwem narodu chińskiego i to we wszystkich dziedzinach. Ale równocześnie autor stwierdza, ze obok daleko idących różnic i przeciwieństw występują też częściowe podobieństwa obu narodów. Prof. Pomykało twierdzi że narody amerykański i chiński są współcześnie najważniejszymi narodami świata. Naród chiński do takiej pozycji „awansował dopiero całkiem niedawno” zdobywając dominujące znaczenie w globalnym świecie w okresie ostatnich dziesięcioleci.
Wiele uwagi autor poświęca przeciwieństwom charakteryzującym oba narody i odmiennej ich historii. Jego zdanie naród amerykański posiada własną historię całkowicie odmienną wręcz przeciwstawną do historii narodu chińskiego. Zdaniem prof. Pomykały Amerykanie to ludzie ogromnej energii, siły woli, przedsiębiorczości, radykalnie różni od pozostających na swej starej ziemi ich braci i sióstr narodowych.
Stosunki chińsko-amerykańskie sa wielopłaszczyznowe i jak stwierdza autor mają „przed sobą bardzo długą i dość krętą drogę”. Autor uważa, że koronawirus spowodował komplikację we współzawodnictwie ChRL-USA. Prezydent Donald Trump obciążał Chiny winą za rozprzestrzenienie się koronawirusa. W Stanach Zjednoczonych ofiara epidemii padło już ponad 500 tys. obywateli.
W końcowej części książki prof. W. Pomykało przedstawia wnioski i rekomendacje. Stwierdza m. in. że „Wśród wszystkich wydarzeń jakie przeżywała cala ludzkość zwłaszcza w nowożytnych czasach, współzawodnictwo chińsko-amerykańskie, urasta do rangi najwyższej. Z wszystkich dotychczasowych wydarzeń, wysuwa się ono nie tylko na czoło, ale głęboko dystansuje inne wydarzenia. Od ostatecznych wyników tego współzawodnictwa zależy bowiem nie tylko los rodzaju ludzkiego ale kształt wizji i kreacji globalnego człowieka przyszłości”’
Mnie osobiście zabrakło w tej książce charakterystyki polityki prezydenta Donalda Trumpa wobec Chin.
Od czasu ukazania się książki zmieniła się polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych. Nowa administracja Joe Bidena zapowiada twardą politykę wobec Chin i obronę Tajwanu i takie sygnały przekazuje swoim sojusznikom w Azji i Chinom. Nie jest przypadkiem, że przedstawiciel Tajwanu był zaproszony do Waszyngtonu na uroczystość zaprzysiężenia prezydenta Bidena. Kiedy samoloty chińskie znalazły się w obszarze powietrznym Tajwanu Departament Stanu oświadczył, że amerykańskie zobowiązanie wobec Tajwanu jest „mocne jak skała” („rock solid”).
W czasie wizyty w Pentagonie Biden powiedział: „Musimy sprostać rosnącym wyzwaniom ze strony Chin aby utrzymać pokój i bronić naszych interesów w Indo-Pacyfiku i globalnie”. 17 lutego br. Biden poinformował o powołaniu zespołu 15 ekspertów cywilnych i wojskowych w celu dokonania przeglądu polityki Stanów Zjednoczonych wobec Chin i przedstawienia zaleceń prezydentowi. Na czele tego zespołu stanął Ely Ratner specjalny asystent Sekretarza obrony Lloyda Austina. Zespół ten ma w ciągu czterech miesięcy przedstawić zalecenia odnośnie amerykańskiej strategii wobec Chin, stosunków w dziedzinie technologii i bilateralnych stosunków z Pekinem w dziedzinie obronnej. Biden pragnie aby zalecenia tego zespołu były przedstawione obu partiom w Kongresie.
Joe Biden zdecydowanie odcina się od neoizolacjonistycznej polityki swojego poprzednika i przyrzeka, że „poprowadzi świat, a nie wycofa się z niego”. Przyrzeka, że jego administracja nie tylko przywróci globalne przywództwo Stanów Zjednoczonych w świecie, ale stworzy także liberalny ład międzynarodowy.
Biden zdaje sobie sprawę, że Chiny z największą marynarką wojenną, drugą na świecie największą gospodarką stanowią wyzwanie dla Stanów Zjednoczonych i roli tego kraju na świecie. Komentatorzy amerykańscy uważają, że sukces polityki zagranicznej Bidena w znacznym stopniu zależeć będzie od tego jak poradzi on sobie z wyzwaniem ze strony Chin. Wielu Amerykanów twierdzi, że Biden chce uniknąć „ Nowej Zimnej Wojny” by uniknąć globalnego konfliktu i zachować regionalne i globalne wpływy USA w świecie. W tym celu Waszyngton powinien utrzymać m. in. z Chinami dobre stosunki handlowe, współpracę w dziedzinie zmian klimatycznych, zdrowia publicznego itp.
Henry Kissinger ostrzega Bidena aby nie spowodował on katastrofy światowej i podjął kroki zapobiegające konfrontacji amerykańsko-chińskiej. Niektórzy komentatorzy w USA opowiadają się za polityką „chłodnego pokoju” wobec Pekinu, za polityka powstrzymywania Chin i równoczesnego zaangażowania Chin we współpracę międzynarodową.
Nie ulega wątpliwości, że jak dotąd jest spory zakres podobieństw w polityce Trumpa i Bidena wobec Chin. Istnieje też w Waszyngtonie dwupartyjny consensus aby prowadzić twardą politykę wobec Pekinu. Jak głosi Biden „Stany Zjednoczone muszą być twarde wobec Chin”.
Chiny oczywiście są zainteresowane utrzymaniem dobrych stosunków ze Stanami Zjednoczonymi, z którymi d lat mają dodatni bilans handlowy. Prezydent Biden zachowuje dużą ostrożność w stosunkach z Chinami. Świadczy o tym m. in. fakt, że dopiero po 22 dniach od zaprzysiężenia zdecydował się odbyć rozmowę telefoniczną z chińskim przywódcą Xi Jinpingiem.
Wojciech Pomykało, Wyścig Gigantów. Stan i wizja współzawodnictwa ChRL i USA, Warszawa 2021, s 247.

Amerykańska wojna w Somalii po pół wieku się kończy… czy na pewno?

Korzenie wojny w Somalii sięgają czasów zimnej wojny. Ta się skończyła, więc Amerykanie nazywają swoje zaangażowanie w tym kraju „wojną z terroryzmem”. W grudniu 2020 roku administracja Trumpa ogłosiła decyzję o wycofaniu wojsk i spotkała się z ostrą krytyką mediów pro-interwencjonistycznych. W końcu chodzi o utrzymanie geopolitycznej przewagi w Rogu Afryki.

Między innymi magazyn Foreign Affairs wezwał administrację Bidena do „ponownego zaangażowania” się w walkę z bojówkami asz-Szabab, które stały się głównym ogniskiem oporu po dekadach zagranicznej ingerencji w tym afrykańskim kraju. Wymieniona jako organizacja terrorystyczna przez Departament Stanu w 2008 roku, asz-Szabab (z arabskiego: Młodzież) jest częścią szerszej koalicji walczącej o niepodległość regionu, obok narodowych sił bezpieczeństwa i niektórych frakcji wchodzących w skład somalijskiego rządu. Czy zresztą warto w ogóle mówić o ponownym angażowaniu się, skoro wycofanie wojsk amerykańskich z Somalii to zaledwie przesunięcia amerykańskich sił do innych części Afryki Wschodniej? Rzecznik AFRICOM, płk Chris Karns, przyznał, że „ograniczona obecność sił zbrojnych nadal będzie miała miejsce”. Wcale też nie skończyły się amerykańskie ataki powietrzne na cele w Somalii. Ich częstotliwość jest większa niż wcześniej i to w zasadzie rozwiewa ostatnie złudzenia, jakoby Stany Zjednoczone miały zamiar naprawdę zostawić ten kraj w spokoju.
Zimnowojenny początek
Federalna Republika Somalii jest jednym z czterech krajów położonych w regionie określanym mianem Rogu Afryki, który od XIX wieku stanowi ważną arterię światowego handlu. Położone jest tam źródło rzeki Nil, blisko jest też do bliskowschodnich pól naftowych oraz szlaków handlowych Oceanu Indyjskiego, nie dziwi więc, że Róg Afryki od dawna był celem kolonialnych potęg Wielkiej Brytanii i Francji, a także faszystowskich Włoch w czasie II wojny światowej.
Amerykańskie zaangażowanie przyszło dużo później. Kiedyw latach 60. Somalijczycy uzyskali niepodległość, a Somaliland Brytyjski i Somaliland Włoski znalazły się pod jedną flagą, arbitralne wytyczenie granic terytorialnych sprawiło, że znaczna część etnicznych Somalijczyków została rozproszona na obrzeżach nowego kraju. Wpływy w nowym kraju chciał mieć i Związek Radziecki, i jego wielki rywal. Somalijsko-radziecki układ zbrojeniowy z 1963 roku dał przewagę Moskwie, a jeszcze większą kontrolę nad tym afrykańskim krajem Sowieci zdawali się zyskiwać po wojskowym zamachu stanu w 1969 r., dokonanym przez skrajnie lewicowych nacjonalistów pod wodzą generała Siada Barre. W odpowiedzi USA udzieliły znacznej pomocy wojskowej sąsiedniej Etiopii, co doprowadziło do regularnych starć zbrojnych między obiema stronami. Jednak i w Etiopii interesy amerykańskie szły źle – w 1975 r. wspierany przez Amerykanów cesarz Hajle Sellasje został obalony, władzę w wyniku zamachu stanu przejął Derg – rada lewicowych, marksistowskich oficerów. Ona również porozumiała się ze Związkiem Radzieckim, co sprawiło, iż Amerykanie zaczęli… udzielać pomocy wojskowej i ekonomicznej socjalistycznemu rządowi Barre w Somalii. Wojna o Ogaden pomiędzy Etiopią a Somalią, rozpoczęta przez Barre w 1977 roku, doprowadziła do ostatecznego zerwania stosunków między Somalią a Związkiem Radzieckim. ZSRR zawarła układ z Fidelem Castro, aby sprowadzić 5 000 kubańskich żołnierzy w celu wsparcia Etiopii, co doprowadziło do klęski armii Saida Barre i przyczyniło się do końca odprężenia w relacjach pomiędzy USA a Związkiem Radzieckim pod koniec lat 70.
W 1979 roku inwazja Związku Radzieckiego na Afganistan stała się punktem wyjścia dla Operacji Cyklon – programu CIA zainicjowanego przez prezydenta Jimmy’ego Cartera, mającego na celu finansowanie afgańskich grup oporu, mudżahedinów. Ta najdłużej trwająca tajna operacja w historii USA przez lata pochłonęła ponad 20 miliardów dolarów na uzbrojenie i szkolenie tych grup. Mudżahedini nie pozwolili ZSRR opanować Afganistanu, ale Amerykanie stworzyli, jak pisał The Guardian, Frankensteina, rozbudzili fundamentalizm islamski. A on współtworzy dziś tak oblicze Bliskiego Wschodu i polityki USA wobec niego, jak i oblicze Somalii.
Przebój kasowy
Dzięki Hollywood wielu Amerykanów słyszało o jednej z największych porażek Stanów Zjednoczonych w Somalii od czasu, gdy po upadku Związku Radzieckiego Waszyngton podwoił wysiłki, by narzucić swoją władzę w tym regionie. Jednak film Helikopter w ogniu, historia o tym, jak 18 amerykańskich żołnierzy zostało zestrzelonych z nieba przez somalijskich watażków, nie mówi całej prawdy.
W ramach operacji Przywrócić Nadzieję, administracja George’a H.W. Busha i ONZ, oficjalnie w ramach misji humanitarnej, wysłały do Somalii 30 tys. belgijskich żołnierzy w celu stworzenia „bezpiecznego środowiska dla ostatecznego politycznego pojednania” w następstwie wywołanego wojną głodu, który pochłonął życie setek tysięcy ludzi. Misja szybko przekształciła się w operację wojskową, która z kolei doprowadziła do wybuchu powstania somalijskich watażków; oddziały „pokojowe” zaczęły prześladować lokalnych przywódców klanowych i zaostrzać napięcia. Następca Busha, Bill Clinton, rozszerzył „misję” i eskalował konflikt, tak, że ten przerodził się w wojnę domową w pełnym tego słowa rozumieniu.
Generał Mohamed Farah Aideed, popularny przywódca opozycji i przewodniczący Zjednoczonego Kongresu Somalijskiego, stał się szczególnym celem amerykańskich interwentów. Umożliwili oni rywalizującym watażkom zajęcie miast kontrolowanych przez sojuszników generała i nakazali jego aresztowanie. Akcja ta uczyniła z sił pokojowych ONZ wspólnego wroga Somalijczyków. Ludzie Aideeda ruszyli do kontrataku i zmusili siły „pokojowe” do wycofania się. W odpowiedzi Clinton wysłał amerykańskich żołnierzy, aby schwytali Aideeda i jego oficerów. Właśnie tę haniebną operację, która doprowadziła do śmierci 18 żołnierzy amerykańskich i setek Somalijczyków, misję typu „zlokalizuj i porwij” mającą na celu schwytanie dwóch oficerów Aideeda w stolicy kraju, Mogadiszu, pokazuje wspomniany film.
W operacji wzięło udział łącznie 160 żołnierzy, 19 samolotów i 12 pojazdów. Miejscowa milicja wciągnęła najeźdźców w 18-godzinną wymianę ognia i zestrzeliła dwa amerykańskie helikoptery Black Hawk, a międzynarodowe serwisy informacyjne przedstawiały obrazy martwych amerykańskich żołnierzy wleczonych po ulicach. W obliczu takiego publicznego upokorzenia, Clinton przerwał misję i wycofał siły amerykańskie w marcu 1994 roku.
Amerykanie jednak nie odeszli na dobre. Działali, nie ujawniając się. W 2001 r. Stany Zjednoczone rozpoczęły w Somalii szeroko zakrojone działania w szpiegowskie. Połączone Dowództwo Operacji Specjalnych Pentagonu (JSOC) przejęło inicjatywę w operacjach nadzoru, rozpoznania i przechwytywania, które trwały do 2016 roku i doprowadziły do zabicia setek bojowników asz-Szabab, głównego celu operacji. W 2011 r. prezydent Obama zaczął rozmieszczać w regionie drony, które stały się podstawą imperialnych wojen Ameryki, dodając do ogromnego inwentarza bomb i pocisków kolejną broń zabijającą tysiące niewinnych cywilów bez jakiejkolwiek odpowiedzialności.
Krwawe dziedzictwo
Można postawić tezę, że to, co nazwano wojną domową w Somalii, było jedynie nieustanną kampanią obcych państw, mającą na celu kontrolowanie obszaru o kluczowym znaczeniu dla funkcjonowania ich globalnych interesów handlowych. Wykorzystywanie takich czy innych nastrojów, jakie ich agenci mogą wywołać w społeczeństwie? Rzucanie pieniędzy i broni w ręce tej czy innej frakcji? Wszystko to tylko środki służące temu celowi. To samo dotyczy uzasadnień ideologicznych. Amerykanie mogli przez dziesiątki lat wspierać zdeklarowanego socjalistę Saida Barre, gdy widzieli w tym sens. Na tej samej zasadzie mogą teraz niszczyć „islamskich terrorystów”, bojówki, które swojego czasu sami tworzyli.
22 stycznia, ledwie tydzień po oficjalnym wycofaniu amerykańskich wojsk, 189 bojowników asz-Szabab zostało zmasakrowanych przez wspierane przez USA Ugandyjskie Ludowe Siły Obrony (UPDF). Uderzenie było skoordynowane z misją Unii Afrykańskiej w Somalii (AMISOM), która współpracuje z agentami CIA działającymi” w ramach programu antyterrorystycznego w Somalii. Joe Biden mógł obiecywać w kampanii „zakończenie wiecznych wojen”. Nowa administracja USA raczej nie zmodyfikuje swojej polityki wobec Somalii. Niektórzy już wzywają do tego, aby prezydent cofnął decyzję Trumpa o wycofaniu wojsk, co dodatkowo ujawnia, że wycofanie nie jest niczym więcej niż polityczną sztuczką. Nawet arcyneokonserwatywni politycy z American Enterprise Institute rozumieją, że położono wystarczające podwaliny, aby kontynuować krwawe dziedzictwo USA… nawet bez stałego kontyngentu marines.

Oryginalny tekst ukazał się na stronie MintPressNews. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu).

Studniówka

100 dni mija, a ja niczyja, mógłby zanucić pan prezydent Duda trawestując popularny sanatoryjny smuteczek. Faktycznie – prezydent Joe Biden zdążył już w tym czasie porozmawiać z kilkudziesięcioma szefami rządów i ważnych międzynarodowych instytucji, a dla Dudy czasu ciągle nie znalazł.

Nasz prezydent w końcu nie wytrzymał i – jak sam powiedział, wysłał do niego obszerny list. Zastanawiam się, o czym mógł pisać? Skoro „obszernie”, to ryzykując niezbyt wiele można przyjąć, że pan Duda przedstawił panu Bidenowi rys historyczny ilustrujący polską drogę ku demokracji. Ta, jak wiadomo, swój prawdziwy początek ma dopiero w roku 2015, gdy wreszcie PiS doszedł do władzy. Potem, jak znam tę śpiewkę, pan Duda tłumaczył, że po tylu latach niewoli, zamordyzmu, ponurego „komunizmu”, no i co tu dużo mówić – zaprzaństwa elit, trudno się dziwić, że w Polsce standardy demokratyczne siłą rzeczy muszą nieco odbiegać od zachodnich wzorców. Polska kroczy bowiem swoją, narodową drogą „tak nam dopomóż Bóg”. Jest ona trochę wyboista i dłuższa niestety, czego syte zachodnie demokracje nie rozumieją. Gdy bowiem one rozkwitały, Polska jęczała za drutami szepcząc święte słowa swojej modlitwy: „Jarosław Polskę zbaw”…
Myślę sobie, że o tym właśnie był ów „obszerny” list, no bo cóż innego mogłoby się w naszej głowie państwa ulęgnąć? Pan Duda przecież w kółko powtarza to samo. Powtórzył więc raz jeszcze, tym razem zapewne dodatkowo poganiany pragnieniem, żeby pan Biden poznał prawdę z pierwszych ust, zanim niechętni Polsce Brukselczycy tyłek nam w Białym Domu obrobią…
Tak się teraz zastanawiam – jeśli rzeczywiście było tak, jak się domyślam, to czy na pewno to był dobry pomysł? Kto jak kto, ale akurat amerykańscy prezydenci i bez Dudy bardzo dobrze wiedzą jak Polska wybijała się na niepodległość. Kibicowali tym procesom wytrwale przez pół wieku, a nawet odgrywali ważną dla ich przebiegu rolę inspiratora, inicjatora, pocieszyciela, obrońcy, a jak trzeba było to i sponsora.
Ciekawą rozmowę na ten temat przeprowadził w sierpniu ub. roku dziennikarz ONET-u Tomasz Awłasewicz z Seth G. Jonesem – autorem książki pt. „A Covert Action”. Rzecz zaczyna się od podpisania przez R. Reagana zgody na operację „QRHELPFUL”. W jej efekcie CIA stała się „niewidzialną ręką”, która latami wspomagała „Solidarność. Niezwykle krętymi drogami (m.in. przez Watykan) do Polski płynęły z różnych stron świata powielacze, papier, tusze, no i pieniądze. Autor „A Covert Action” korzystał z archiwów CIA, a jego publikacja została zatwierdzona przez amerykański wywiad. Skoro pochylił się nad nią pan red. Awłasewicz, to musi ona być tego warta. W końcu redaktor to fachowiec, że tak powiem z cenzusem. Jak czytam – po studiach z zakresu
bezpieczeństwa wewnętrznego zajął się badaniami dotyczącymi służb specjalnych. Był nawet wykładowcą na wyższych uczelniach Poznania i Warszawy prowadząc zajęcia na temat kontrwywiadowczego zabezpieczenia państwa. Musiał więc sobie zdawać sprawę, jakie znaczenie dla postrzegania najnowszej historii stosunków polsko-amerykańskich ma książka, którą poprzez rozmowę z jej autorem i jej publikację w tak znamienitym portalu jak ONET, przybliża publiczności.
Okazuje się oto nagle, że coś, co nawet dziś traktowane jest jak plotka, owe słynne „pieniądze CIA”, plotką wcale nie były. Pamiętam, że gdy w latach 80 jakieś strzępki informacji na ten temat przebijały się do opinii publicznej, traktowane były jako kłamliwe wytwory „komunistycznej propagandy”. Dziś te szańce niepokalanego patriotyzmu nie są już bronione z takim poświęceniem (bohaterowie w większości sami się pozagryzali), ale nadal lepiej o tym nie mówić niż mówić. Tymczasem książka Setha G. Jonesa – „A Covert Action” jest kolejna publikacją amerykańską, z której dowiadujemy się po latach, że te powielacze, tusze, papier na podziemną prasę i dla „niezależnych oficyn”, ale także tomiki poezji i prozy, najbardziej poczytny polski miesięcznik wydawany na emigracji, słowem cała ta „przestrzeń wolności”, jak wówczas mówiono, była efektem operacji „QRHELPFUL”. Łącznie z jej bohaterami, bo jak czytam w artykule – „dodatkowa pomoc udzielana była również ludziom zaangażowanym w te działania”. To chyba o jakieś honoraria chodzi, czyż nie? Może pensje? Autor książki oblicza, że osób, które udanie łączyły patriotyzm z pragmatyzmem, mogło być „nawet trzydzieści”…
Co trzeba Amerykanom przyznać, to to, że bardzo pilnowali swoich interesów. Doglądali „procesu dochodzenia do demokracji” przez wszystkie lata Polski Ludowej, a już zwłaszcza po 56. Urzędujący prezydenci USA gościli tu w kilkanaście razy. Nixon, Ford, Carter, Clinton, obaj Bushowie, Obama, no i Trump na końcu. Niektórzy byli dwa, trzy razy. Pozdrawiali wiwatujące tłumy jadąc otwartymi limuzynami po kwiatach, które rzucano im pod koła. Jak ktoś nie wierzy, że coś takiego było możliwe, wystarczy nieco rozsunąć ciężką kurtynę państwowej propagandy i zajrzeć do starych fotografii…
Mniejsza o to, dość, że stosunki polsko-amerykańskie przez te wszystkie lata były bardzo intensywne i to na różnych poziomach: prezydenci – I sekretarze, Kirk Douglas w łódzkiej „filmówce” – „Poznańskie Słowiki” w Carnegie Hall, Kukliński – Zacharski, mnóstwo tego było. Wystarczy z naddatkiem, żeby przywódcy USA mieli własne spojrzenie i swój pogląd na zmiany polityczne w Polsce. Obecnego prezydenta nie wyłączając. Przecież on sam pospieszył już z oceną sytuacji w Polsce, którą wygłosił w trakcie trwającej jeszcze kampanii wyborczej. Polskę Kaczyńskiego i Dudy zaliczył wówczas – obok Białorusi i Węgier,- do krajów odradzającego się autorytaryzmu. Kto wie, czy jego niedająca się już ukryć niechęć do rozmowy z prezydentem Dudą, nie jest w tej sytuacji tym bardziej wymowna.
Słowem jest kłopot. Andrzej Duda, choćby z racji pełnionej funkcji, powinien utrzymywać jak najlepsze stosunki z prezydentem Bidenem i to mimo, że pała afektem do jego przeciwnika. Problem w tym, że Joe Biden o tym wie. Wie też jakie jest rzeczywiste znaczenie prezydenta Dudy. Może dlatego wciąż nie odpowiada na jego list? Często milczenie jest najlepszą odpowiedzią.