O (braku) demokracji

Wielkie pieniądze i jeszcze większe nierówności przesądziły o tym, że demokracja w Ameryce jest fikcją.

,,Nie znam kraju, w którym miłości pieniądza zajmowałaby więcej miejsca w ludzkich sercach i w którym żywiono by głębszą niechęć do idei równości majątkowej” – pisał Alexis de Tocqueville w swoim klasycznym dziele ,,O demokracji w Ameryce”.
Niedawno administracja prezydenta Trumpa w ramach ,,pakietów pomocowych dla gospodarki” podarowała wielkim korporacjom setki miliardów dolarów, podczas gdy w tym czasie większość społeczeństwa w obliczu kryzysu i ogromnego wzrostu bezrobocia nie mogła liczyć na choćby symboliczne wsparcie. Co ciekawe, decyzja o takiej właśnie formie ,,ratowania gospodarki” spotkała się z aprobatą całej klasy politycznej. Demokraci, mający większość w Kongresie, nawet nie zaproponowali objęcia dystrybucji środków z pakietów pomocowych jakąkolwiek kontrolą. Wszyscy ,,wybrańcy narodu” wspólnie poparli tym samym bardzo kosztowny prezent dla wielkich firm, jednocześnie będąc całkowicie ślepymi na problemy społecznej większości. Skąd ta niespodziewana jednomyślność?
Partię Demokratyczną i Republikańską dzieli bowiem bardzo wiele, ale jedno łączy – siedzenie w kieszeni wielkiego biznesu. Było tak zawsze, jednak teraz, w obliczu rosnących bardzo szybko nierówności społecznych i osiągających niewyobrażalne rozmiary fortun najbogatszych przybrało to karykaturalne rozmiary. Politycy w USA coraz częściej nie udają już nawet mężów stanu i otwarcie ograniczają się do roli lobbystów swoich sponsorów. Warto więc w tym czasie przyjrzeć się mechanizmom, które umożliwiły amerykańskiej finansjerze całkowite podporządkowanie sobie aparatu państwowego.
Pierwszym z nich jest finansowe uzależnianie od siebie polityków. Uprawianie polityki kosztuje, trzeba dużych pieniędzy na kampanie wyborcze, spoty, banery, ulotki organizację wieców i spotkań, etc. Według ostatnich wyliczeń udana kampania do Izby Reprezentantów kosztuje ok. 2,5 mln dolarów. W większości państw europejskich jest tak, że te pieniądze pochodzą prawie wyłącznie z dwóch źródeł: składek członków partii oraz dofinansowania publicznego, a darowizny mogą wpłacać tylko osoby fizyczne (nie firmy) i są one ograniczone z reguły do niezbyt wysokich kwot (w Polsce jest to 15 – krotność minimalnego wynagrodzenia na rok).
W Stanach Zjednoczonych też oficjalnie istnieją bardzo podobne limity i ograniczenia. Jednak wyrok Sądu Najwyższego z 2010 roku otworzył nawet nie furtkę, ale szeroką bramę do ich obejścia. Zgodnie z nim wolność słowa oznacza wolność wydawania pieniędzy, ponieważ ,,pieniądze to też słowo”. W uzasadnieniu napisano, że skoro konstytucja gwarantuje każdemu Amerykaninowi nieograniczoną wolność słowa, to nie można ograniczać nikomu prawa do kupowania miejsca w mediach na głoszenie swoich poglądów. Daje to pole do nieograniczonego finansowania pośredniego kandydatów. Dalej nie wolno po prostu dawać partii czy politykowi pieniędzy, ale można bardzo łatwo założyć Political Action Committee, inaczej Super PAC. Takie Komitety mogą bez żadnych ograniczeń publikować mediach materiały wspierające swoich kandydatów i szaklujące ich konkurentów. Jest tylko jeden warunek, który realnie nie jest żadnym warunkiem – Super PAC nie mogą oficjalnie koordynować tych działań ze sztabem wyborczym.
Obecność we wszelkiego rodzaju mediach to szczególnie dzisiaj, w erze cyfrowej, podstawa wyborczego sukcesu. Pokazuje choćby zwycięska droga Donalda Trumpa do prezydentury. Jak w praktyce wygląda współdziałanie polityków i Super PAC? W trakcie jednej z ostatnich kampanii wyborczych Mitch McConnell, republikański senator, wrzucił na YouTube krótki, ale bardzo dziwny z pozoru film: widać na nim najpierw McConnella siedzącego przy biurku, w następnej scenie senator rozmawia z żoną, potem w kasku gawędzi z robotnikami, dalej przemawia do tłumów na spotkaniu. Wszystko to jednak bez żadnego dźwięku ani napisów. Taki materiał bowiem może sobie następnie wziąć wspierający go Super PAC, pociąć go i zrobić z tego spoty, dla których za miliony dolarów wykupi miejsce w mediach.
Kolejne orzeczenie Sądu Najwyższego jeszcze wielokrotnie tę patologię spotęgowało. W wyroku sąd uznał, że korporacja jest jak człowiek i też ma swoje niezbywalne prawo do wolności słowa, czyli w praktyce – że na Super PAC pieniądze mogą dawać też wielkie firmy. Dobrym przykładem tego, do jakich wynaturzeń prowadzą takie możliwości, jest działalność braci Koch – właścicieli paliwowej korporacji Koch Industries. Jako libertarianie przez dziesięciolecia wspierali oni w Partii Republikańskiej jej skrajnie wolnorynkowe skrzydło – tzw. TEA Party na czele z Tedem Cruzem. To ich setki milionów dolarów przesunęły poglądy Republikanów tak skrajnie na prawo w kwestiach gospodarczych.
Kupowanie sobie posłuszeństwa urzędników i deputowanych to jednak nie jedyny sposób, za pomocą którego wielki biznes robi z państwa prywatny folwark. Drugi to stała wymiana kadrowa na linii Wall Street – Waszyngton. Robert Rubin, najpierw współprezes Goldman Sachs, został potem w gabinecie Billa Clintona sekretarzem skarbu. W rządzie popierał daleko idącą deregulację rynku finansowego, która doprowadziła do kryzysu z 2008 roku. Henry Paulson, sekretarz skarbu G. Busha Jr., także był wcześniej prezesem Goldman Sachs. Larry Summers, dyrektor zarządzający funduszu arbitrażowego D. E. Shaw, został szefem Narodowej Rady Ekonomicznej w administracji Baracka Obamy. Obecny sekretarz skarbu Steve Mnuchin w czasie kryzysu w 2008 roku przewodził bankowi Indy Mac i dorobił się fortuny na wyrzucaniu ludzi z mieszkań z byle powodu. Liczne związki osobiste występują także na niższych szczeblach. To model tzw. ,,drzwi obrotowych” – członkowie zarządów banków obejmują wysokie urzędy publiczne, zyskując wpływ na legislację i regulacje finansowe, a byli funkcjonariusze publiczni trafiają do banków, gdzie mogą dorobić się milionowych fortun. Jest już swoistą tradycją, że pracownicy Goldman Sachs i JPMorgan po opuszczeniu pracy w banku idą do administracji, gdzie robią za misjonarzy światopoglądu Wall Street i pilnują, by nie działo się nic, co mogłoby zaszkodzić interesom wielkiej finansjery. Wszyscy kolejni prezydenci USA otaczają się takimi ludźmi.
W maju 2016 roku kolportowana była w USA broszura, wydana przez kogoś, kto podpisał się jako ,,kongresmen X”. Autor bez ogródek opisuje, jak naprawdę wyglądają działania ,,wybrańców narodu”: ,,Jesteśmy marionetkami interesów specjalnych, doprowadzając kraj do bankructwa. Robimy to po to, żeby usłać gniazdka własne oraz tych, którzy nas popierają. Kongres stworzył kulturę egoizmu i korupcji, która niszczy samą ideę demokracji”. ,,Waszyngton jest ściekiem pijawek. Każdy próbuje manipulować systemem politycznym dla swojej korzyści, często ze szkodą dla kraju” – pisze X. Ciężko o lepszy opis systemu politycznego USA. Fragment z refrenu hymnu Stanów Zjednoczonych, który mówi o nich jako ,,kraju wolnych ludzi” brzmi teraz w najlepszym razie jak bardzo ponury żart – dzisiaj USA to bankowa oligarchia, która zapisany w konstytucji ,,dobrobyt powszechny” ma w bardzo głębokim poważaniu. Wielki biznes cały czas przekracza kolejne granice bezczelności w pokazywaniu, jak bardzo zdanie i sytuacja obywateli nie mają dla niego żadnego znaczenia. Byle tylko zgadzała się liczba dolarów i sztabek w skarbcach, a burżuazyjna policja chroniła ich głowy i interesy. Alexis de Tocqueville mógłby obecnie pojechać do USA najwyżej w celach turystycznych, bowiem ,,O demokracji w Ameryce” można napisać tylko tyle, że jej nie ma.

Jedna bomba atomowa

Dwukrotnie byliśmy o krok od wybuchu pierwszej światowej wojny atomowej . Podczas kryzysu kubańskiego w 1962 roku i w czasie wojny koreańskiej w 1953 roku.

W końcu maja 1945 roku administracja USA ponaglała swojego radzieckiego sojusznika do złamania traktatu o nieagresji z Japonią . I uderzenia na okupowaną przez Japonię chińską Mandżurię. Amerykanie spodziewali się, że Japończycy stawią tam twardy opór, podobny do obrony Iwo Jimy. Jeszcze silniejszego spodziewano się w okupowanej przez nich Korei. Dlatego Pentagon uznał, że USA nie ma tam strategicznych interesów. Uważał Koreę za peryferyjny, biedny i drugorzędny kraj.
Wszystko zmieniało się po dwóch zrzuconych bombach atomowych na Japonię. Po kapitulacji armii cesarskiej na Pacyfiku i szybkim zajęciu przez armię radziecką graniczącej z Koreą Mandżurii. Bo stacjonująca tam, świetnie wyposażona, japońska armia tym razem nie stawiała większego oporu.
Nocą 10 sierpnia 1945 roku administracja USA uznała, że jednak warto okupować Koreę wspólnie z ZSRR. Dwaj niższej rangi oficerowie otrzymali rozkaz pilnego opracowania planów podziału kraju. Ponieważ nie mieli szczegółowych map Korei, tylko całego regionu, to z ignoranckiej perspektywy zauważyli, że 38 Równoleżnik przecina półwysep koreański na pół. Szybko zaproponowali taki podział, zwłaszcza, że stolica kraju przypadła strefie amerykańskiej. O opinię Koreańczyków nikt nie dbał.
Amerykanie obawiali się, że Rosjanie nie przyjmą tej propozycji, tylko zajmą cały kraj. Wszak Armia Czerwona przekroczyła już wtedy granicę chińsko- koreańską. A wojska amerykańskie dopiero lokowały się na wyspach japońskich. I pewnie pogodziliby się z radziecką okupacją całej Korei. Ale Stalin zgodził się na taki podział.
Chciał przede wszystkim utrzymać porządek pojałtański w Europie Środkowo- Wschodniej. W Azji najbardziej interesowało go kto przejmie władzę w Chinach, bo historycznie to Pekin zawsze zwasalizował sąsiednią Koreę. Nic dziwnego, że Amerykanie znów poczuli się zadowoleni z kooperacji z „dobrym wujkiem Joe”.
Słoń w porcelanie
Minął miesiąc i pierwsi ich wojskowi wylądowali na koreańskiej ziemi. Byli totalnie nieprzygotowani do zarządzania Koreą. Nie znali koreańskiego ani kultury tego kraju. Nie chcieli się też koreańskości uczyć, bo uważali swój pobyt za tymczasowy. Dopiero wojna zmusiła ich do tego.
Wychowani w przodującej cywilizacyjnie amerykańscy wojskowi znali Azję jedynie od japońskiej strony. Japonii nienawidzili za ciężkie straty zadane im przez cesarską armię. Ale też wielce podziwiali już po krótkim kontakcie z okupowanym krajem. Imponował im japoński poziom cywilizacyjny. A także japońskie poddaństwo, wschodnia służalczość wobec zwycięzców. Nie zauważyli, że przebiegli Japończycy traktując Amerykanów jak kastę nowych samurajów, a generała MacArtura jako nowego szoguna, unikają głębszych powojennych rozliczeń i mogą skupić się na odbudowie kraju.
Kiedy amerykańscy wojskowi przybyli do Seulu to przeżyli szok kulturowy. Ujrzeli biedy kraj, gdzie po wąskich kamienistych drogach podróżowano konnymi wozami. Czasami trafiał się pojazd samochodowy napędzany silnikiem opalany węglem drzewnym.
Ale najbardziej zszokował tam Amerykanów powszechny zapach ludzkich odchodów. Powszechnie używanych wtedy jako nawóz , zwłaszcza na orskich, karłowatych poletkach. Takie widoki i taki zapach sprawił, że Amerykanie od początku traktowali Koreańczyków jak dzikusów. Naród z którym nie warto rozmawiać.

Nie mogli też się z Koreańczykami porozumieć , bo Amerykanie nie znali języka koreańskiego. Zaś miejscowi Koreańczycy nie znali angielskiego, bo Japończycy ograniczyli ich edukację do poziomu szkół zawodowych. Wszystkich znających anielski wymordowali.
Amerykanie mieli liczne kadry japońskojęzyczne, bo od 1941 roku walczyli z cesarstwem japońskim. Dlatego przejmując formalnie władzę nad południem Korei najłatwiej dogadywali się z pozostałą tam administracją japońską. Zwłaszcza, że prześcigała się w lojalności wobec nowych władców. I tak dla swego świętego spokoju Amerykanie pozostawili tych „kulturalnych”, mówiących zrozumiałym językiem administratorów na ich stanowiskach. I znienawidzoną, kolaborującą miejscową policję, też.
To sprawiło, że dumni ze swej kultury i odrębności narodowej Koreańczycy od razu znienawidzili Amerykanów. Bo to przecież tak jakby po wyzwoleniu Polski spod okupacji niemieckiej pozostawić „kulturalnych” zarządców obozów koncentracyjnych, gubernatora Hansa Franka i granatową policję.
Dążąc do dominacji w Azji Południowo- Wschodniej Amerykanie zwykle kreowali miejscowych liderów lub popierali zastanych. Wybierali ich wedle swoich upodobań, nie zważając na miejscowe realia, poparcie społeczne. Nic dziwnego, że często ich typy przegrywały, a polityka USA wraz z nimi.
Tak było chińskim generalissimusem Czang Kaj- Szekiem, z południowo wietnamskim premierem Ngo Dinh Diemem, i tak też działo się z siedemdziesięcioletnim Li Syng Manem. Mieszkającym w USA Koreańczykiem, który zrobił doktorat na Princeton, za co administracja USA dała mu władzę na południu kraju. Niestety ten kulturalny pan po powrocie do Korei poczuł się jej niekontrolowanym władca. I całą swą energię poświęcił na walkę z konkurentami politycznymi. Zwłaszcza z działaczami Koreańskiej Republiki Ludowej. Był to utworzony na terenie całego kraju wspólny, patriotyczny front nacjonalistów o różnorodnych poglądach politycznych i liderów ugrupowań partyzanckich. Li Syng Man walczył z nimi pod hasłami walki z każdym przejawem „komunizacji” Korei, choć większość z nich była daleka od komunizmu. Ale o tym kto może być „komunistą” decydował Li Syng Man.
Po drugiej stronie 38 Równoleżnika radzieccy wojskowi zaakceptowali istniejące struktury tam Koreańskiej Republiki Ludowej. Zwłaszcza, że od lat tym regionie współpracowali z lewicowymi partiami lub ruchami politycznymi. Dzięki zręcznej polityce, często intrygom ,podporządkowywali sobie lokalnych liderów tych ruchów. Jeśli któryś nie spełniał ich oczekiwań, wywyższali następnego.
W tym czasie priorytetem dla Stalina były państwa Europy Środkowo- Wschodniej. Chciał je włączyć do swej strefy wpływów. Chiny chciałby mieć podzielone między zwalczającymi się komunistami Mao i nacjonalistami Czanga. Stalin obawiał się samodzielności Mao, bał się silnych, zjednoczonych Chin. Podobnie postrzegał Koreę. Dlatego do końca lat czterdziestych na północy tego kraju panował względny spokój polityczny i rozwój gospodarczy. Znacjonalizowano przemysł, ale niekonfliktowo, bo był on własnością japońskich okupantów. Przeprowadzono reformę rolną, ale zabrano ziemię przede wszystkim japońskim właścicielom i kolaborantom. Trudno dzisiaj uwierzyć, ale wtedy na północy było bogaciej niż na południu. A nawet były tam większe swobody demokratyczne.
Południowo koreański , importowany z USA reżim Li Syng Mana i amerykańskie władze walcząc z „komunistami” szukały dodatkowego poparcia. Najszybciej uzyskały ze strony byłych pro japońskich kolaborantów. Urzędników japońskiej administracji , kadr technicznych w fabrykach. Amerykanie traktowali Japończyków inaczej niż Niemców, nie przeprowadzili ani w Japonii , ani w Korei „de faszyzacji” . Nie było japońskiej Norymbergii.
Reżim Li Syng Mana podporządkował sobie kolaboracyjną policję i służby specjalne. Blokował przeprowadzenie reformy rolnej. Wszelkimi środkami zwalczał konkurentów politycznych, dopuszczając się licznych zbrodni. Walczył też z odradzającymi się związkami zawodowymi. Patronujący mu amerykańscy zarządcy nie zwracali na to uwagi. W lipcu 1948 roku doprowadzili do wyborów parlamentarnych . W sierpniu ogłoszono powstanie Republiki Południowej Korei .Prezydentem został Li Syng Man.
Zaraz potem nowy, „demokratyczny” prezydent całą swą uwagę skupił na wprowadzeniu w swym kraju bezlitosnej dyktatury. Dymisjonował wszystkich próbujących niezależności ministrów. Krwawo stłumił bunty lewicowców w Josu na południu kraju. W październiku 1949 roku w więzieniach południowo koreańskich znajdowało się ponad 90 tysięcy przeciwników politycznych.
Korea Północna swą niepodległość ogłosiła we wrześniu 1949 roku . Rządzony już wtedy przez ekipę Kim Ir Sunga , zwanego w naszym kraju Kim Ir Senen, kraj też nie był demokratyczny. Tam również bezwzględnie rozprawiano się z przeciwnikami politycznymi. Ale czyniono to bardziej skrycie. Bez pomoc dawnej kolaboracyjnej policji i pro japońskiej administracji.
Doradcy radzieccy intensywnie szkolili dawnych koreańskich partyzantów budując tam profesjonalną armię . Jesienią 1949 roku w sąsiednich Chinach ostatecznie zwyciężyła Armia Ludowo- wyzwoleńcza przewodniczącego Mao. Masę zdobytego na wojskach generalissimusa Czanga amerykańskiego sprzętu przekazano sojuszniczej armii koreańskiej. Za rok miał być użyty przeciwko wojskom USA.
Zdegustowani zamordystycznymi rządami Amerykanie rozpoczęli wycofywanie swego wojska z Korei. Musieli też tak uczynić, bo wojska radzieckie demonstracyjnie opuściły Północna Koreę. Pozostawili jednak wyszkolona armię i miejsce dla chińskich doradców wojskowych. Amerykanie pozostawili południowym Koreańczykom jedynie lekki sprzęt wojskowy . Skorumpowani południowokoreańscy wojskowi handlowali wojskowymi racjami żywnościowymi i odzieżą. A prezydent Ly skupiał swą uwagę na rozwoju tajnej policji politycznej.
Dlatego, kiedy 25 czerwca wojska północnokoreańskie wkroczyły na teren południowego sąsiada nie natrafiły na silny opór wojska i społeczeństwa. Często witano je radośnie.
Azja wstaje z kolan
Mao Zedong proklamując powstanie zjednoczonych i wolnych od obcych wpływów ludowych Chin obiecał też Chińczykom przywrócenie ich godności. Czas Chin kolonizowanych przez zachodnie mocarstwa i Japonię, Chin targanych wieloletnimi wojnami domowymi miał się zakończyć. Chiny miały wrócić na „należne im miejsce”, czyli azjatyckiego hegemona. Rządzący północną Koreą Kim Ir Sung również planował przywrócić Korei należne jej miejsce. Kraju zjednoczonego, związanego tradycyjnym geopolitycznym sojuszem z Chinami. Ale wewnętrznie suwerennym.
Dzięki otwartym przez Michaiła Gorbaczowa radzieckim archiwom wiemy już , że decyzję o zjednoczeniu Korei podjęli samodzielnie przywódcy Chin i północnej Korei. Stalin skupiał się na zwasalizowaniu państw Europy Środkowo- Wschodniej i utrzymaniu NRD. Zapewne dlatego , pomimo wrogości i regularnych incydentów zbrojnych na granicy koreańsko- koreańskiej, atak z północy był dla południowej Korei i USA zaskoczeniem.
Zabójcze wyzwolenie
Dobry scenariusz sensacyjnego serialu musi mieć liczne i niespodziewane zwroty akcji. Przebieg wojny koreańskiej 1950 -1953 to idealny materiał szkoleniowy dla przyszłych scenarzystów.
Zaczęła się rankiem 25 czerwca 1950 roku. Siedem dywizji północnokoreańskich wspartych brygadą czołgów T-34 i liczną artylerią zaatakował wojska południowe. Te stawiły słaby opór, poszły w rozsypkę. Były słabo wyszkolone. Służyły jako wsparcie policji politycznej prezydenta Ly Syng Mana.
Silnego oporu nie stawiły też nieliczne wojska amerykańskie. Złożone z rekrutów lub żołnierzy korzystających przez ostatnie lata z uroków okupowanej Japonii. Nic dziwnego, że armia północnokoreańska szybko zajęła Seul i posuwała się na południe . W sierpniu oponowała już cały kraj z wyjątkiem portu Pusan. Wydawało się, że Kim Ir Sunga zjednoczył Koreę.
Ale 15 września nastąpił niespodziewany desant wojsk USA w okolicach portu Inchhon i potem silne kontruderzenie. Amerykanie zapewnili swojej interwencji patronat ONZ i pomoc wojskową licznych państw członkowskich.
W efekcie ryzykownego desantu dowodzone przez ekscentrycznego generała Douglasa Mac Arthura rozbito rozciągnięte, wyczerpane wojska północno koreańskie. Potem siły ONZ ruszyły na północ . W październiku około 90% terytorium Korei Północnej znalazło się pod okupacją sojuszników z ONZ . Wydawało się, że zjednoczenie Korei nastąpi, ale przez siły południa.
Kiedy armie ONZ zbliżyły się do granicy z Chinami, ze zdumieniem napotkały inaczej wyglądające oddziały wojskowe. To przewodniczący Mao Zedong rzucił na front kilkusettysięczną armię, zwaną „oddziałami ochotników ludowych”.
Chciał by Chiny uczestniczyły w wojnie bez jej formalnego wypowiedzenia. Ponieważ chińscy „ochotnicy” byli weteranami niedawno zakończonej wojny domowej, a wojska ONZ składały się z rekrutów, to nastąpił kolejny zwrot. Ochotnicy żwawo pomaszerowali na południe i w styczniu 1951 roku zdobyli Seul.
Dalsze walki utrudniała wszystkim niezwykle surowa, koreańska zima. W tym czasie temperatura spada tam niekiedy poniżej 30 C. Jak wspominali weterani amerykańscy, brytyjscy, australijscy i chińscy strony miały tam „swój Stalingrad”. W tej wojnie najwięcej żołnierzy zmarło z mrozów, głodu, chorób. Nie w czasie starć militarnych.
W kwietniu 1951 roku wojska chińskie i północnokoreańskie przeprowadziły kolejna wielką ofensywę, która szybko załamała się. W lipcu 1951 roku rozpoczęła się rokowania pokojowe. Trwały do podpisanego 27 lipca 1953 w Panmundżomie rozejmu. Ustanowiono strefę demarkacyjną wzdłuż 38 równoleżnika.
Wrócono do stanu sprzed wojny.
Truman, Truman…
W Polsce w tym czasie opozycyjni „bikiniarze” podśpiewywali „Truman, Truman zrzuć ta bania, bo to nie do wytrzymania”. Nostalgicy „Jeszcze jedna atomowa i wrócimy znów do Lwowa”.
Były to echa propozycji generała Mac Arthur a. Odwetowego zrzucenie bomb atomowych na Chiny i w taki sposób wygrania wojny koreańskiej. Nie zważając, że groziło to globalną wojną.
Oszołomiony swymi zwycięstwami w wojnie z Japonią i desantem w Inchhon ekscentryczny generał zamarzył wtedy o prezydenturze USA. I przewodzeniu światem. Na szczęście prezydent Truman, przy cichym wsparciu Stalina, pohamował napoleońskie ambicje Mac Arthura. Dzięki sprawnym manipulacjom odsunięto go od władzy. Unikając tym groźby światowego konfliktu atomowego.
Najbardziej ucierpiały na atomowych mrzonkach Mac Arthura społeczeństwa państw zwasalizowanych przez ZSRR. Zwłaszcza Polska. Widmo nowej, atomowej wojny światowej spowodowało modyfikację przyjętego w 1950 roku gospodarczego planu sześcioletniego. Priorytet uzyskał przemysł ciężki, zwłaszcza zbrojeniowy, kosztem społecznej konsumpcji. Do Polski powróciła „gospodarka wojenna”. Lata eksploatowania ekonomicznego, wyzysku społeczeństwa, ale też forsownej industrializacji.
Po kilku latach te masowe wyrzeczenia przyniosły bunt społeczny w 1956 roku. Upadek systemu stalinowskiego . Liberalizację gospodarczą i polityczną.
„Bania Trumana” nie spadła na Polskę, ale samo jej widmo sprawiło, że życie w Polsce Ludowej stawało się coraz bardziej „do wytrzymania”.

Ja, Jacob Blake

Kenosha, niespełna 100-tysięczne miasto w stanie Wisconsin, znane było dotąd jedynie z produkcji samochodów oraz jako miejsce urodzenia Orsona Wellesa i Marka Ruffalo, gwiazdora filmów z serii „Avengers”. Od kilku dni o tym, co stało się w Kenosha, donoszą wszystkie światowe media, a ulice amerykańskich miast znowu zapłonęły. Fala oburzenia po zamordowaniu George’a Floyda opadła, wznosi się kolejna bo, jak widać, nic się nie zmieniło.

Zdarzenie, do którego doszło o 17.00 w niedzielę 23 sierpnia, zostało zarejestrowane przez świadka, mieszkańca sąsiedniego domu, a film udostępniony w Internecie. Widać na nim czarnoskórego mężczyznę idącego do samochodu. Za nim, z wymierzoną w niego bronią, podążają dwaj policjanci. Mężczyzna podchodzi do samochodu od strony kierowcy. Policjant chwyta jego podkoszulek od tyłu i siedmiokrotnie strzela w plecy.
Gazeta ,,Kenosha News” podała, że mężczyzna próbował wcześniej rozdzielić bójkę pomiędzy dwiema kobietami. Laquisha Booker, partnerka Blake’a, ujawniła, że podczas zdarzenia ona i trójka ich dzieci znajdowali się w samochodzie.
Postrzelony został przewieziony do szpitala w Milwaukee. Żyje, ale po operacji jest w nadal stanie ciężkim, sparaliżowany od pasa w dół. Pociski uszkodziły m.in. jego rdzeń kręgowy, płuco i biodro.
29-letni Jacob Blake wychował się w niedalekim Evanston, w sąsiednim stanie Illinois. Jego rodzina ma długą historię aktywizmu społecznego. Dziadek Blake’a, także Jacob, był pastorem i lokalnym przywódcą ruchu na rzecz praw obywatelskich. Działał na rzecz tanich mieszkań i poprowadził swoją kongregację do wybudowania bloku mieszkalnego. Sam Blake zgłosił się niedawno jako wolontariusz do organizacji charytatywnej Black Urban Recycling, która zbiera aluminiowe puszki i przetwarza je, aby zebrać środki na centrum czarnej społeczności w Chicago.
Gubernator Wisconsin, Demokrata Tony Evers już w niedzielę wydał oświadczenie potępiające strzelanie do Blake’a. „Choć nie mamy jeszcze wszystkich szczegółów, to wiemy na pewno, że nie jest on pierwszym czarnym człowiekiem lub osobą, która została zastrzelona lub ranna, lub bezlitośnie zabita z rąk osób z organów ścigania w naszym stanie lub kraju” – przyznał. Zapowiedział podjęcie kroków mających wyjaśnić okoliczności zajścia. Po gwałtownych zamieszkach wprowadził w całym stanie stan wyjątkowy i wezwał na pomoc Gwardię Narodową.
Tymczasem w nocy z wtorku na środę na płonących ulicach Kenosha grasował 17-letni Kyle Rittenhouse z Antioch, ze śmiercionośnym karabinem półautomatycznym AR-15 w rękach. Jedną z ofiar trafił w brzuch, drugą w głowę. Zamordowane osoby to 26-latek z Silver Lake i 36-latek z Kenosha, zaś ranny w zajściu mężczyzna to 26-latek z West Allis.
Można założyć, że w tak ekstremalnej i jednoznacznej sytuacji amerykańska policja z pewnością użyje broni. Wszyscy zrozumieją, że było to konieczne, nikt nie będzie miał do niej o to żadnych pretensji. Morderca został jednak bez nadmiernej przemocy zatrzymany i znajduje się obecnie w ośrodku karnym dla młodocianych przestępców.
Zaskakujące? Wcale nie. Po prostu był biały.
Tylko tyle.

Kalifornia emituje więcej CO2 i brak jej prądu

Amerykański stan Kalifornia, potęga gospodarcza w USA, która od lat stawia na odnawialne źródła energii (OZE) padła ofiarą paradoksu: stan emituje więcej dwutlenku węgla niż poprzednio i brakuje mu elektryczności. Powody to brak wiatru, zapadanie nocy i zwiększony pobór prądu przez klimatyzatory: temperatury tego lata sięgają tam nawet 50 stopni.

Kalifornia lata temu postanowiła zrezygnować z energii uzyskiwanej dzięki paliwom kopalnym lub elektrowniom atomowym. Osiem lat temu zamknięto dwa reaktory, by je zastąpić niezliczoną liczbą wiatraków i wielkimi polami słonecznych ogniw fotowoltaicznych. Problem pojawia się, gdy nie ma wiatru, co trwa już od wielu tygodni, a nocami panele słoneczne nic nie dają. Operatorzy są zmuszeni odcinać prąd setkom tysięcy gospodarstw domowych i apelować do przedsiębiorstw, by spowolniły produkcję, jeśli potrzebuje ona elektryczności.
Już wcześniej elektrownie atomowe musiały zostać zastąpione elektrowniami na gaz, które emitują ok. 40 razy więcej dwutlenku węgla. Mimo decyzji politycznych o zamykaniu z kolei części elektrowni gazowych, powietrze stanu jest teraz bardziej zanieczyszczone, powodując poważny efekt cieplarniany. Gdy zapada noc, panele dają zero proc. energii, wiatraki ok. 17 proc., a resztę muszą zapewnić elektrownie gazowe w likwidacji, co staje się niemożliwe, kiedy ludzie korzystają z klimatyzatorów, by ochronić się przed wysokimi temperaturami. Niestety, każdy wiatrak potrzebuje setek ton betonu, by ustać, co przy ich wielkiej liczbie powoduje zamieranie ziemi i pustynnienie klimatu, z braku naturalnej irygacji. Wielkie pożary stały się częścią krajobrazu.
W związku z tą sytuacją Partia Demokratyczna, która już od półwiecza opowiadała się za rezygnacją z energii atomowej, zmieniła stanowisko: Joe Biden, jej kandydat na prezydenta, proponuje powrót do niej i budowę nowych elektrowni. Póki co, w Kalifornii przedsiębiorstwa Elona Muska budują gigantyczne baterie, które mają magazynować energię z paneli słonecznych, by można było korzystać z niej nocą. To zresztą jeden z powodów amerykańskiego zamachu stanu w Boliwii, która posiada złoża litu, niezbędnego w tym przedsięwzięciu. Elektryczne samochody Muska w Kalifornii musiały bardzo ograniczyć swe zasięgi, z powodu ograniczeń w dostawach prądu.

Wspólne rocznice

Stosunki dyplomatyczne między Polską a Wietnamem zostały nawiązane siedemdziesiąt lat temu, 4 lutego 1950 roku.
Polska była jednym z pierwszych państw, które odpowiedziały na apel Ho Chi Minha. Ówczesny przywódca Demokratycznej Republiki Wietnamu zwrócił się do świata o akceptację walczącego o niepodległość państwa. Powstałego pięć lat wcześniej.

Kiedy je ogłaszano nie było ekip telewizyjnych i filmowych. Świadkowie zapamiętali, że Ho Chi Minh przyjechał na plac Ba Dinh w Hanoi francuskim samochodem, eskortowany przez gwardię rowerzystów. Półmilionowy, zebrany tam tłum ujrzał go na prowizorycznej trybunie. W otoczeniu ministrów proklamowanej wtedy Demokratycznej Republiki Wietnamu oraz grona amerykańskich oficerów.
„Wszyscy ludzie zostali stworzeni jako równi sobie. Stwórca obdarzył ich niepodważalnymi prawami do życia, prawem do wolności oraz prawem do poszukiwania szczęścia” – odczytał inwokację do napisanej przez siebie Deklaracji Niepodległości Wietnamu. Nawiązującej do Deklaracji Niepodległości USA.
Czynił tak nieprzypadkowo. Za plecami miał Archimedesa Patti, majora amerykańskiego wywiadu. Szefa delegacji armii Stanów Zjednoczonych. Armii, która uzbroiła defilujących przed trybuną partyzantów nacjonalistycznego Viet Minhu. Armii, której samoloty przelatywały nad placem i trybuną oddając zebranym przyjacielskie pozdrowienia.
Zwłaszcza jej sojusznikowi Ho Chi Minhowi, liderowi Viet Minhu, ogłaszającego wtedy – 2 września 1945 roku – powstanie Demokratycznej Republiki Wietnamu.
Proklamującemu niepodległość na wyrost, bo władza Ho Chi Minha długo w Hanoi się nie utrzymała. Tydzień później wkroczyły tam oddziały nacjonalistów Republiki Chińskiej, niechętnej niepodległemu Wietnamowi.
Wbrew  decyzji mocarstw
Chińczycy zajęli północne tereny Wietnamu, bo miesiąc wcześniej, podczas konferencji poczdamskiej, ówcześni przywódcy USA, ZSRR i Wielkiej Brytanii, podzielili świat na sfery swych wpływów. Tam też zadecydowano o przyszłości Wietnam. Byłą XIX wieczną kolonię francuską, okupowaną od 1940 przez Japończyków, podzielono arbitralnie na dwie strefy. Północne tereny dostały w zarządzanie sojusznicze Chiny, rządzone wtedy przez nacjonalistę Czang Kai – szeka. Południe kraju przypadło Wielkiej Brytanii usadowionej w niedalekiej Birmie.
Ponieważ Londyn potrzebował poparcia Francji dla swej polityki w Niemczech, to oddał „swoje” południe Wietnamu generałowi de Gaulle. Ponieważ Czang Kai -szek ciągle potrzebował pieniędzy na wojnę domową z chińskimi komunistami, to odsprzedał przydzieloną mu północ Wietnamu, też Francuzom.
Ku zadowoleniu Ho Chi Minha, który wolał mieć za przeciwnika dalekiego, europejskiego okupanta niż wielkiego, azjatyckiego sąsiada. Wietnam zmagał się z chińskimi dominacjami i okupacjami ponad tysiąc lat. Z francuską ekspansją kolonialną tylko od stu.
Uzbrojona przez Amerykanów, bitna wietnamska partyzantka przyjęła Francuzów wrogo. Na tradycyjnie wojowniczej Północy kraju już po kilku miesiącach walk Francuzi kontrolowali jedynie miasta i najważniejsze szlaki komunikacyjne. Na pozostałych terenach toczyła się nieustanna wojna partyzancka. Na tradycyjnie biznesowym Południu, Francuzi wskrzesili przeszłość. W 1949 roku powołali tam marionetkowy rząd z powszechnie nieszanowanym cesarzem Bao Daiem. Playboyem, bohaterem towarzyskich kronik w europejskich bulwarowych gazetach.
Po ośmiu latach wyczerpującej wojny doborowa armia francuska przegrała z mistrzowską partyzantką Viet Minhu. Jej klęskę pieczętuje bitwa w dolinie Dien Bien Phu. Stała się ona wzorem dla antykolonialnych partyzantek na całym świecie.
Po Dein Bien Phu Francuzi myśleli o jednym. Jak honorowo wycofać się z azjatyckich Indochin. Z Wietnamu, ale też ze zbuntowanych Laosu i Kambodży. Spróbować ocalić dla Francji śródziemnomorskie kolonie, zachować zamorską Algierię. Dlatego podczas międzynarodowej konferencji pokojowej w Genewie w 1954 roku Francuzi godzili się na przedkładane im propozycje pokoju. Wydało się, że Wietnam już wtedy zostanie zjednoczony.
  Jednak pozostałe delegacje miały już inne cele. Wielka Brytania chciała zachować podział Wietnamu. Liczyła, że tak osłabiony nie będzie wzorem dla jej kolonii i azjatyckich sojuszników. Amerykanie, przestraszeni wojną koreańską i narastającą popularnością komunistycznej ideologii w Azji, postanowili w Wietnamie zastopować widmo komunizmu. Nie mieli wtedy jeszcze sprecyzowanego planu jak to uczynić. Osłabiony śmiercią Stalina Związek Radziecki grał dalej rolę mocarstwa, ale w czasie negocjacji scedował azjatyckie rozgrywki na sojusznicze wtedy Chiny.
Dzięki temu wracający do zasad cesarskiej polityki w tym regionie Pekin ograł wszystkich. Wsparł prawicowe rządy w odzyskujących niepodległość Kambodży i Laosie aby przywrócić tam swe dawne wpływy. Wsparł ideę utrzymania dwóch konkurencyjnych państw na terenie Wietnamu graniczących na linii 17 równoleżnika. By zachować rolę przyszłego arbitra. Wolą konferencji zjednoczenie Wietnamu nastąpić miało dopiero po przeprowadzeniu wolnych wyborów w obu prowincjach. Wyznaczono ich ostateczny termin. Lipiec 1956 roku.
  Aktywność chińska zmobilizowała Stany Zjednoczone. Amerykanie postanowili zablokować wolne wybory, bo prognozy były jednoznaczne. Niezwykle popularny Ho Chi Minh i jego nacjonalistyczny Viet Minh wygrałby je zdecydowania na Północy. I również na Południu, choć z gorszym wynikiem.
Od jesieni 1954 roku Amerykanie zaczynają zajmować miejsce ustępujących Francuzów na wietnamskim Południu. Współtworzą tam Republikę Wietnamu. Alternatywną wobec północnej, coraz bardziej socjalistycznej Demokratycznej Republiki Wietnamu. Szukają też wietnamskiego lidera, alternatywnego wobec Ho Chi Minha. Swego niedawnego sojusznika w wojnie z Japończykami.
Tragedia pomyłek
Stawiają na niepodległościowego działacza, wietnamskiego katolika Ngo Dinh Diema. Powszechnie wtedy poważanego. Warto przypomnieć, że w 1945 roku Ho Chi Minh tworząc pierwszy rząd niepodległego Wietnamu zaproponował w nim  udział Ngo Din Diemowi. Ale ten odmówił i wyjechał do USA gdzie nawiązał wiele korzystnych politycznych kontaktów.
W 1954 roku Ngo Dinh Diem nie odmówił. Został premierem pro amerykańskiego Wietnamu. Dzięki pomocy USA ożywił gospodarkę wietnamską. Obalił archaicznego cesarza, ubrał Wietnam w republikańskie, demokratyczne szaty. Podczas swej wizyty w USA w 1957 amerykańskie media uznały go za „jedną z największych postaci XX wieku”. Atrakcyjnego prozachodniego demokraty z wietnamską twarzą.
Niestety premier Ngo Dinh miał do użytku wewnętrznego drugą twarz. Katolickiego, nepotycznego inkwizytora. Choć za granicą deklarował przywiązanie do demokracji, to u siebie surowo zwalczał każdą opozycję polityczną. Dodatkowo rozniecił konflikty z silnymi na Północy sektami religijnymi i początkowo sprzyjającymi mu buddystami.
Swą liczną, pazerną rodziną obsadził najważniejsze stanowiska w państwie. Od ministra – szefa policji po kardynała wietnamskiego kościoła katolickiego. Wtedy w Sajgonie żartowano, że przed braćmi Ngo Dinh nie ma ucieczki. Kontrolują wszystko co jest na ziemi, i jeszcze dodatkowo niebo.
W listopadzie 1966 roku wspierany przez wywiad USA pucz południowo wietnamskich wojskowych obalił rząd Ngo Dinh Diema. Znienawidzonego premiera i jego brata, szefa policji Ngo Dinh Nhu, wietnamscy żołnierze odnaleźli w katolickim kościele w chińskiej dzielnicy Cholon stołecznego Sajgonu. Zabili ich bez wahania. Na wieść o tym mieszkańcy Sajgonu szaleli z radości.
Krótka była ta radość, bo był to początek późniejszych, kolejnych klik wojskowych. Miały one wspólne cechy. Gigantyczny ciąg do korupcji oraz brak woli walki z miejscowymi partyzantami i armią Północy. Amerykanie uporczywie prowadzili tę, z góry skazaną na przegraną, wojnę. Nie pomogły setki tysięcy ich żołnierzy zaangażowanych w walki. Nie pomogła „wietnamizacja” wojny, czyli opłacanie armii Południa aby walczyła z partyzantką i wojskiem Północy.
Wojna wietnamska kosztowała USA  ponad 60 tysięcy zabity, 313 tysięcy rannych, w tym ponad 150 tysięcy inwalidów. Wietnam Południowy stracił prawie 300 tysięcy zabitych żołnierzy. Straty Wietnamu Północnego, sumując żołnierzy, partyzantów i cywilów, szacuje się nawet na ponad milion zabitych.
Znów sojusz
„Cieszymy się, że znów jesteście” – takimi transparentami witano Amerykanów w Hanoi i Ho Chi Minh City, czyli dawnym Sajgonie. w 1995 roku. Kiedy między nawiązano stosunki dyplomatyczne i zniesiono amerykańskie embarga.
Wietnam po wprowadzeniu prorynkowych reform „doi moi” stał się kolejnym gospodarczym „azjatyckim tygrysem”. Światowym liderem w produkcji kawy, ryżu, przypraw. Atrakcyjnym miejscem dla inwestycji przemysłowych. Przede wszystkim japońskich, południowokoreańskich, singapurskich, ale też amerykańskich i europejskich. Dwadzieścia pięć lat po nawiązaniu stosunków dyplomatycznych Wietnam jest nadal ważnym sojusznikiem USA w regionie Pacyfiku.
Dlatego liczne amerykańskie delegacje państwowe składające wieńce w mauzoleum Ho Chi Minha w Hanoi. Wielu amerykańskich historyków i publicystów skłania się ku tezie, że to Ho Chi Minh mógł być tym „azjatyckim Tito”. Autentycznym przywódcą narodu, zachowującym niezależność polityczną od Moskwy i Pekinu. Strategicznym sojusznikiem USA. I  gdyby w 1954 roku Amerykanie nie odrzucili możliwości współpracy z Ho Chi Minhem, to nie musieliby się angażować w niepotrzebną wojnę. Nie musieliby też uciekać z Wietnamu pozostawiając swych sojuszników na łasce zwycięzców.
Wspólna rocznica
W tym roku Wietnam obchodzi 75 rocznicę powstania Demokratycznej Republiki Wietnamu, odroczenia niepodległego wietnamskiego państwa. Świętują tą rocznicę także Wietnamczycy mieszkający w innych państwach, również w Polsce. Jednocześnie w Polsce Wietnamie obchodzimy siedemdziesiątą rocznicę nawiązania stosunków dyplomatycznych.
Warto przypomnieć, że po uznaniu Demokratycznej Republiki Wietnamu, Polska uznała także Narodowy Front Wyzwolenia Wietnamu Południowego za jedyną suwerenną siłę polityczną Wietnamu Południowego. W 1966 roku w Warszawie powstało przedstawicielstwo NFWWP, przekształcone następnie w Ambasadę Republiki Wietnamu.
Wcześniej, bo 1954 roku, po zakończeniu działań wojennych i pokojowej konferencji genewskiej, do Hanoi przybył pierwszy polski ambasador nadzwyczajny i pełnomocny Tomasz Piętka. Złożył na ręce prezydenta Ho Chi Minha listy uwierzytelniające.
Zaangażowanie Polski  w tym regionie przyniosło nasz udział w Międzynarodowej Komisji Nadzoru i Kontroli powołanej w efekcie konferencji genewskiej w 1954 i kolejnej Komisji powołanej na mocy pokojowych porozumień paryskich ze stycznia 1973 roku.
W ciągi siedemdziesięciu lat współpracy w Polsce zyskało wykształcenie ponad 10 tysięcy wietnamskich studentów i robotników wykwalifikowanych. Wielu z nich zajmowało i zajmuje ważne miejsce w środowiskach elit intelektualnych, administracyjnych i biznesowych w Wietnamie.
Wiele efektów tej współpracy ma dzisiaj charakter symboliczny. Jak Szkoła Średnia Przyjaźni Polsko-Wietnamskiej w Hanoi, szpital w mieście Vinh w prowincji Nghe An, odrestaurowane przez polskich konserwatorów bezcenne zabytki w Hue, Hoi An i My Son. Pomnik najsłynniejszego polskiego konserwatora Kazimiera Kwiatkowskiego, zwanego w Wietnamie „Kazikiem”, znajdziemy w centrum prześlicznego Hoi An.
Dziś w Polsce mieszka około 30 tysięcy Wietnamczyków. Cieszą się powszechną sympatią i poważaniem Polaków. Ich wkład w polską kulturę i gospodarkę nadaje obu rocznica dodatkowej rangi.

Opozycja w USA? Nie stwierdzam

Nader chętnie i spontanicznie odczuwam empatię do tzw. narodu amerykańskiego. Ma ów bowiem przesrane jak my w Polsce, tylko wielokrotnie bardziej. Ze względu na to, że nie nigdy nie udało się tam powołać jankeskiej republiki ludowej, porządek cywilizacyjny obniżony jest w stosunku do tego, który znamy o kilka diapazonów. Brak jest na ten przykład systemu powszechnej opieki zdrowotnej, a publiczna edukacja występuje li tylko w niektórych stanach i to w szczątkowej formie. Dodatkowo szefem państwa jest ekscentryczny prawicowy szur, przy którym nasz Prezes di tutti capi jawi się niczym lekko sfrustrowane i neurotyczne, acz niegroźne książątko. Niemniej, obaj symbolizują wcale mroczną dekadencję nowoczesnej – jakkolwiek jednak przydatnej – państwowości jaką znamy i o jakiej nas nauczano.

Administracje prawicowych autorytarnych dziadów o mikroskopijnych kompetencjach politycznych mają jednak w sobie też coś z politycznej metafizyki.
Ich mandaty upływają na ogół w pasmach zarządczych i liderskich porażek przetykanych jednakowoż barokowo-bombastyczną propagandą, w którą sami niekiedy zdają się wierzyć, i nerwowymi ukłonami w stronę faktycznych dzierżawców władzy; w naszym wypadku w stronę Waszyngtonu, w wypadku Waszyngtonu, w stronę tamtejszych oligarchów. Klimat gęstnieje od tego okrutnie, estetyka, etyka i polityka zastąpione zostają brunatną pulpą, która napędza w społeczeństwie agresję i wrogość, a – co socjologicznie doprawdy ciekawe – w opozycji uwiąd.
Z Polski znamy to lepiej niż byśmy chcieli, z USA – mniej. Od kiedy Trump w 2016 roku zdetronizował Putina jako najbardziej bezmyślnie demonizowana przez światowe media persona, każdy, kto splunie na obecnego lokatora Białego Domu, uznawany jest natychmiast za wielką nadzieję białych i czciciela dobra. Zbliżające się wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych mogłyby, w obecnych okolicznościach, być okazją do wielkiego politycznego skoku dla Amerykanek i Amerykanów, jednak architektura tamtejszego reżimu nie daje im szans. Ubiegłotygodniowa konwencja wyborcza Partii Demokratycznej dowodzi tego ponad wszelką wątpliwość; była tyleż komiczna, co obraźliwa dla suwerena.
Przeprowadzana częściowo online okazała się benefisem politycznej reprezentacji oligarchii i jej urzędowego optymizmu z jednej strony oraz jawnego zakłamania o niespotykanej skali. Stała się też demonstracją ostatecznych granic cywilizacyjnych amerykańskiego systemu, który reprodukuje się w coraz bardziej dokuczliwej wersji. Demokraci mogliby wziąć hurtem całą władzę, na każdym szczeblu gdyby mieli choćby minimum czelności i odwagi, i zapowiedzieli objęcie wszystkich mieszkańców powszechnym ubezpieczeniem zdrowotnym. Gdyby zaś dorzucili do tego jeszcze wykup długów studenckich i likwidację czesnego oraz przedłużenie moratorium na eksmisje, zagwarantowaliby sobie władzę na jakiejś 10 następnych kadencji. Niedoczekanie.
Zamiast tego mamy naloty dywanowe na opinię publiczną z najtańszego agit-propu.
Na przykład burmistrz Nowego Jorku Andrew Cuomo powiedział, że wszystko będzie dobrze, dlatego, że “jesteśmy Ameryką, wygrywamy wojny i jesteśmy najlepszym państwem na kuli ziemskiej”. Jasne – ostatnio widać spektakularną “wygraną” w “wojnie” z SARS-CoV-2. Przedtem była Syria, Irak i Afganistan, a jeszcze wcześniej Wietnam. Nie należy także zapominać o dwóch tyleż słynnych, co szczególnych wojnach – tej z terroryzmem i z narkotykami.
Największym smutkiem napawała bodaj przemowa zdradzieckiego amerykańskiego socjaldemokraty Bernarda Sandersa, który obiecał (nie na swój rachunek, więc co mu tam), że “Joe odbuduje naszą zdewastowaną infrastrukturę”, jak również, że “podejmie walkę z zagrożeniami klimatycznymi poprzez przejście na w pełni ekologiczną energię w ciągu 15 lat”. Dziadkowi Berniemu udzieliła się chyba demencja “śpiącego Joe”, kandydata, którego tak żarliwie nagle poparł, bo wszak ów był za Obamy wiceprezydentem przez osiem lat i zrobił dokładnie zero, jeśli chodzi o inwestycje publiczne. Sam Obama zaś nie raz i nie dwa publicznie ekscytował się błyskawicznie rozrastającą się za jego kadencji siatką ropociągów.
Sanders zapewniał także, że “Joe ma plan rozszerzenia dostępu do opieki zdrowotnej i obniżenia cen leków receptowych”. Być może wie coś czego nikt inny nie wie, bo nic podobnego Biden nie zapowiadał, wręcz przeciwnie. A jeśli takowy rzeczywiście powstał, to z pewnością w zgodzie i w porozumieniu z mafiami farmaceutyczną i ubezpieczeniową, co w żaden sposób nie naruszy patologicznych fundamentów amerykańskiego systemu “opieki” zdrowotnej – korporacyjnej studni bez dna, która połykając rokrocznie kilkanaście procent federalnego PKB z budżetu i kasując obywatelki i obywateli na gigantyczne kwoty z tytułu “ubezpieczeń”, jest najmniej dostępna i wydajna na świecie (tudzież, spośród krajów rozwiniętych).
Najbardziej żenującą częścią wystąpienia Sandersa było przyrzeczenie wyborcom jakoby “śpiący Joe” miał skończyć z patologią w systemie sądownictwa i więziennictwa. Jasne! Zapomniał tylko dodać, naprawdę szkoda, że to właśnie Biden jest jednym z jej architektów. Staremu Sandersowi coś może styki pamięciowe słabną, więc przypomnijmy, przy okazji i polskim zawodowym obrońcom demokracji i praworządności, że to właśnie on jest autorem słynnego Crime Bill z 1994 roku (za Clintona), który wzmógł masową inkarcerację do stopnia czyniącego z USA największą kolonię karną na świecie.
Potem Michelle Obama powiedziała, że ostatnio dużo myśli o empatii o tym jak jest potrzebna. I to by było na tyle, jak mawiał ongiś pewien satyryk.


Znany amerykański lewicowy dziennikarz Greg Palast twierdzi, że Donald Trump wygra listopadowe wybory; argumentuje to działaniami jego urzędników masowo odbierającym – pod idiotycznymi pretekstami i za pomocą praw sfalandyzowanych do entej potęgi – prawo głosu. Wydał na ten temat nawet wyjątkowo ciekawą książkę obrazującą zupełny, nie tyle upadek, co wręcz niebyt zjawiska powszechnie znanego jako “amerykańska demokracja”.
Niemniej, Jak wynika z powyżej załączonego obrazka, nawet bez tych manipulacji elekcyjnych, Trump może przegrać jedynie sam ze sobą.

Historyczna ściema

Od dobrych kilku dni ludzie słyszą o „historycznym dniu”! O układzie Emiratów z Izraelem informacje podały nawet bardzo lokalne portale, które na co dzień piszą o kotach, czy celebrytach, jakby chodziło o szczęście całej ludzkości. Niestety, nie o to chodzi.

„Historyczność” zaprzyjaźnienia się Zjednoczonych Emiratów Arabskich (ZEA) z Izraelem polega na tym, że Emiraty znad Zatoki Perskiej są pierwszym arabskim krajem na świecie, któremu nie trzeba za to płacić. Bo owszem, Egipt i później Jordania podpisały „zdradzieckie” układy z państwem żydowskim w Palestynie, ale za to Stany Zjednoczone od dziesięcioleci muszą im płacić coroczną daninę w miliardach. W innych krajach arabskich określano to jako zdradę Palestyńczyków, zdradę arabskiej solidarności i oporu wobec kolonializmu. Czasy się jednak zmieniają i doszło właśnie do „historycznej” sytuacji. Marszałek as-Sisi z Egiptu natychmiast zresztą pogratulował księciu Muhammadowi ben Zajedowi (rządzi w ZEA), „decyzji, która przyczyni się do pokoju na Bliskim Wschodzie”.
As-Sisi i ben Zajed dobrze się znają, od pięciu lat razem pomagają rodzinie Saudów zbrojnie katować Jemen, który w związku z globalną sytuacją sanitarną jakby utracił oenzetowskie miano najbardziej poszkodowanego kraju świata, rozpłynął się w innych nieszczęściach. Wszystko to naturalnie pod patronatem światowego imperium. Ekipa z Waszyngtonu jest oczywiście dumna, że doprowadziła do otwartego porozumienia emirackiej dyktatury z izraelskim reżimem apartheidu w perspektywie wojny z Iranem.
Jasne, dzień był historyczny również dlatego, że „historyczny kompromis” w postaci propozycji pokojowej z 2002 r. Abdallaha Sauda, króla Arabii, poszedł właśnie do kosza. Kraje arabskie, w tym ZEA, deklarowały w niej, mogą nawiązać oficjalne stosunki z Izraelem, jeśli wycofa się z okupowanych terytoriów w Palestynie, jeśli się znajdzie rozwiązanie kwestii uchodźców palestyńskich i miejsce na dwa państwa. Abdallah dostał za to od Wałęsy nagrodę pieniężną wysokości 100 tys. euro. Było to sponsorowane przez bank wożenie drewna do lasu, ale nieosiągalny „pokój na Bliskim Wschodzie” był wart tego teatru. Dziś można o nim spokojnie zapomnieć.
Historyczne były też poukładowe deklaracje! W krajach arabskich największe medialne wzięcie miała wypowiedź ben Zajeda: „układ przewiduje koniec kontynuacji aneksji terytoriów palestyńskich”. Zanim połapano się, że to dosłownie nic nie znaczy, telewizje ogłosiły, że Izraelczycy niniejszym rezygnują z aneksji zaplanowanej na 1 lipca, która jak dotąd nie wypaliła. „Przynoszę pokój, a aneksję zrealizujemy!” – ogłosił radośnie w Izrelu premier Netanjahu – „Nadeszła nowa era!” Chwalił się, ile to pieniędzy Emiraty zainwestują w Izraelu i jak będzie pięknie.
Światowe media postanowiły to wypośrodkować i donosiły np. że aneksja jest wstrzymana lub „odroczona”. Owszem jest „odroczona”, ale nie wskutek układu Izraela z Emiratami, tylko okoniego oporu jordańskiej monarchii, która, co do aneksji, ma pretensje do Ameryki: chce więcej pieniędzy, grożąc nawet zerwaniem układu. Problemem centralnym całej tej sprawy jest kwestia palestyńska i oto ZEA oficjalnie porzuca Palestyńczyków. To nie jest takie znowu historyczne, bo już sam Muhammad ben Salman, dzisiejszy przywódca Arabii Saudyjskiej, ten, który każe kroić na kawałki nieprzychylnych dziennikarzy, okazywał zniecierpliwienie aspiracjami Palestyńczyków.
Tyrania saudyjska i inne postkolonialne dyktatury Zatoki zbliżają się do Izraela od dawna, bo można z nim robić interesy, budować koalicję antyirańską i jeszcze zadowolić imperium, nie musząc jednocześnie liczyć się z opinią publiczną. W arabskich krajach Maghrebu starają się z tego względu dbać o pozory lub wręcz oficjalnie współgrać z ludową solidarnością wobec Palestyńczyków, więc wygląda to nieco inaczej. „Zdrada” ZEA, pierwszego kraju, któremu nie trzeba płacić, to solidny wyłom, a szykuje się do tego rodzina Saudów.
Czy dla Palestyńczyków to „dzień historyczny”? Ben Zajed coś jednak dla nich wywalczył: w ciągu roku o tysiąc z nich więcej będzie mogło wejść do swego świętego meczetu Al-Aksa i się pomodlić. Na to zgodził się Izrael. Aneksja zostanie przeprowadzona, gdy jordańskie królestwo zostanie jakoś rozmasowane. Jeśli więc chodzi o Palestyńczyków, to dla nich kolejny „nóż w plecy”, z serii, którą zdążyli już dobrze poznać, bo stanowi część ich historii. To po prostu jeszcze jeden smutny dzień ich bezsilności, nowy dowód skazania na polityczny niebyt. Ale to oczywiście nie koniec. Netanjahu i Trump, obaj w wewnętrznych kłopotach, cieszą się jak dzieci, że coś może przykryć ich problemy. Lecz to tylko chwilowe, co wskakuje jak reklama w telewizji. Tylko krótki oddech w długiej historii.

Kiedy minie sen sekretarza stanu USA o „prowokowaniu Chin” w Europie Środkowo-Wschodniej?

Na Placu Marszałka Józefa Piłsudskiego w Warszawie w sobotę sekretarz stanu USA Mike Pompeo i prezydent Polski Andrzej Duda wzięli udział w obchodach Święta Wojska Polskiego i 100-lecia rocznicy Bitwy Warszawskiej.

100 lat temu pod dowództwem marszałka Piłsudskiego wojska polskie odparły Armię Czerwoną i odniosły zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej. 100 lat później Stany Zjednoczone nie wahały się zapłacić ceny za podzielenie Europy, próbując przyciągnąć do siebie Polskę i innych sojuszników z Europy Środkowo-Wschodniej przeciwko Rosji i Chinom oraz wykupić kartę przetargową do wyborów prezydenckich w USA.
Wizyta w Polsce była ostatnim przystankiem w trakcie podróży Pompeo „w poszukiwaniu przyjaciół” w Europie Środkowo-Wschodniej. Od 11 sierpnia amerykański polityk odwiedził kolejno Czechy, Słowenię i Austrię. Pompeo powiedział dziennikarzom przed wizytą: „Mam nadzieję, że będzie to bardzo ważna i owocna podróż”. Nazwał te kraje „Przyjaciółmi Ameryki”. Można zauważyć, że sekretarz stanu celowo unikał Niemiec podczas swojej podróży do Europy Środkowo-Wschodniej, zamiast tego wybrał sąsiadujące państwa.
Ian Lesser, zastępca dyrektora brukselskiego biura German Marshall Fund of the United States, powiedział: „Jeśli Mike Pompeo jest zainteresowany rozwiązaniem podstawowych problemów obecnych stosunków transatlantyckich, powinien odwiedzić Brukselę, Paryż i Berlin”. Sekretarz stanu USA napisał w 2019 roku na Twitterze, że Niemcy są „jednym z najbardziej zaufanych przyjaciół, ważnym sojusznikiem i bliskim partnerem do współpracy Stanów Zjednoczonych, Europy i świata”. Jednak w ciągu niecałego roku „dobrym przyjacielem” Pompeo zamiast Niemiec, stała się Polska i inne kraje Europy Środkowej i Wschodniej. Co się stało?
Okazało się, że Niemcy i inne kraje Europy Zachodniej wyraźnie odrzuciły zastraszanie Stanów Zjednoczonych i „manipulację polityczną”. Pompeo i inni amerykańscy politycy mogą zwrócić się tylko do niektórych krajów Europy Środkowo-Wschodniej, które pragną współpracy i zależności od Stanów Zjednoczonych, przekonać ich do podpisania wspólnego oświadczenia o bezpieczeństwie 5G, negować Chiny i Rosję na polu gospodarczym, technologicznym i wojskowym, zaburzyć relacje między Chinami a krajami tego regionu. Na tej podstawie Stany Zjednoczone wzmocnią współpracę z państwami, które łączy „inicjatywa Trójmorza”, poprzez stacjonowanie wojska amerykańskiego w Polsce, irańską kwestię jądrową i inne działania.
Podczas podróży Mike’a Pompeo do Europy Środkowej i Wschodniej, Chiny były tematem często poruszanym przez niego. Sekretarz stanu USA wygłosił przemówienie w czeskim Senacie, które było pełne zimnowojennego myślenia. Wypowiadając się do środkowo-wschodnich mediów oskarżał rządzącą w Chinach Komunistyczną Partię Chin mówiąc, że jest to zagrożenie dla świata. W Słowenii podpisał „Wspólne oświadczenie o bezpieczeństwie 5G”, twierdząc, że w ten sposób „sieć zostanie oczyszczona”. W Austrii, pojawiła się kwestia chińska, podczas rozmów o „trójstronnych negocjacjach w sprawie kontroli zbrojeń”. Zaś w Polsce Chiny zostały oskarżone o sprzedaż broni Iranowi, co doprowadziło do zniesławienia Chin. Ale kraje Europy Środkowej i Wschodniej nie kupują tej „politycznej manipulacji” Mike’a Pompeo.
Premier Czech Andrej Babiš odmówił wykluczenia chińskiej firmy Huawei jako potencjalnego partnera przy budowie 5G. Słowenia wyjaśniła Chinom, że wspólne oświadczenie o bezpieczeństwie 5G podpisane ze Stanami Zjednoczonymi nie jest skierowane przeciwko Chinam i chińskim firmom. Austria i Stany Zjednoczone zawsze różniły się co do budowy gazociągu „Nord Stream 2” i sieci 5G. Austriacki minister spraw zagranicznych Alexander Schallenberg oświadczył również na konferencji prasowej, w której uczestniczył Pompeo, że austriacka polityka bezpieczeństwa sieci 5G nie dotyczy zakazu lub ograniczenia działania konkretnej firmy, ale chce stworzyć wiarygodny system informacyjny. Rozmawiając z Pompeo o współpracy w zakresie bezpieczeństwa 5G premier Polski Mateusz Morawiecki powiedział: „Czekamy na szczegóły, ale Polska jest gotowa do tego, aby podjąć współpracę z amerykańskimi firmami, a także europejskimi firmami, które będą kooperowały wokół tego tematu oraz z innymi przedsiębiorstwami globalnymi, które zapewnią odpowiednie warunki bezpieczeństwa informacji, bezpieczeństwa infrastruktury (…) w tym kluczowym obszarze rozwoju technologii ”.
Chiny i kraje Europy Środkowo-Wschodniej nie mają w historii żadnych konfliktów geopolitycznych ani rzeczywistych konfliktów interesów. Wręcz przeciwnie, obie strony prowadziły wzajemnie korzystną i przyjazną współpracę w różnych dziedzinach, takich jak współpraca 17 + 1 i „Współpraca Trójmorza” łącząca inicjatywę „Pasa i Szlaku”. Potencjał jest ogromny. Jak powiedział ambasador Chin w Polsce Liu Guangyuan w ekskluzywnym wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”: „Rozumiemy i szanujemy relacje polsko-amerykańskie, które mogą iść w parze z przyjazną i wzajemnie korzystną współpracą między Chinami i Polską. Na relacje Chiny-Polska nie będą i nie powinny wpływać strony trzecie”.
Nic, co zrobiono na siłę, nie będzie przyjemne. Podczas globalnej epidemii sekretarz stanu USA wybrał na trzecią wizytę kraje Europy Środkowej i Wschodniej, które jego zdaniem powinny były „posłuszne”. Powinna to być wizyta „niskiego ryzyka”. Wyraził on nadzieję, że dojdzie do sukcesu w polityce zagranicznej. Jednak czy to w rozmowach z odpowiednimi głowami państw, czy podczas spotkań z dziennikarzami, Pompeo nie uzyskał jednostronnej przychylności, na jaką liczył. Jego marzenie o „sprowokowaniu Chin” podczas wizyty w Europie Środkowo-Wschodniej nie doszło do skutku.
Profesor Radosław Rybkowski, dyrektor Instytutu Amerykanistyki i Studiów Polonijnych na Uniwersytecie Jagiellońskim, zwrócił uwagę, że głównym celem wizyty Mike’a Pompeo dotyczyła działań związanych z wyborami prezydenckim w kraju. Jego zdaniem, był to celowy wybór krajów Europy Środkowej i Wschodniej, które są posłuszne Stanom Zjednoczonym, a nie krajów Europy Zachodniej, które są ważniejsze dla Stanów Zjednoczonych ze strategicznego lub gospodarczego i handlowego punktu widzenia. Umowa podpisana podczas tej wizyty stanie się prawdopodobnie martwą literą po objęciu urzędu przez nowego prezydenta USA w przyszłym roku, bez żadnego praktycznego znaczenia.
Podobnie jak w setną rocznicę Bitwy Warszawskiej podczas swojej wizyty w Polsce, kiedy Pompeo odwiedził Czechy, udał się do Pilzna, aby oddać hołd pomnikowi żołnierzy amerykańskich, którzy wyzwolili miasto na początku maja 1945 roku. Świadomy wybór daty wizyty przez amerykańskiego polityka, łączący się z wydarzeniem z XX wieku, nie gwarantuje, że „polityczna manipulacja” Stany Zjednoczone zostanie w przyszłości wprowadzona w życie przez państwa.
Polska noblistka Olga Tokarczuk w powieści „Dom dzienny, dom nocny” opisuje historię, która łączy rzeczywistość i sen w jedno. Nie wiemy, kiedy Mike Pompeo i inni amerykańscy politycy obudzą się ze snu o „sprowokowaniu Chin” w Europie Środkowo-Wschodniej i na całym świecie? Obawiamy się, że to marzenie będzie trwać aż do wyniku wyborów prezydenckich w USA.

Ujgurzy, nowa zabawka Ameryki

Obraz muzułmańskich Ujgurów z północno-zachodniej, chińskiej prowincji Sinciang wygląda obecnie w zachodnich mediach następująco: trwa tam właśnie ludobójstwo, a miliony z nich siedzą w obozach koncentracyjnych, gdzie tortury są na porządku dziennym. Prześladowana reszta musi jeść wieprzowinę, islam jest zakazany, a kobiety idą do masowej sterylizacji lub są zmuszane do małżeństw z Chińczykami, natomiast dzieci ujgurskie zabija się lub trwale kaleczy, by eksportować ich organy. Czasem te rewelacje pisze się lub mówi w trybie warunkowym, ale każdy, kto wierzył w irackie bronie masowego rażenia i inne klasyczne, przedwojenne kampanie medialne, musi być dotknięty do żywego.

Jest pewna różnica: normalnie, jak w podobnych przypadkach, chiński przywódca Xi Jinping powinien występować w mediach jako „Hitler”, jak np. al-Asad, Kaddafi, czy Saddam Husajn, ale tu wybrano „Stalina”, bo teraz Chiny nie uchodzą już za kraj „kapitalistyczny”, który bierze owocny udział w wymyślonej na Zachodzie globalizacji, tylko ściśle „komunistyczny”, z całym bezwzględnym i zbrodniczym terrorem, który miałby za tym stać.
Tłem tej kampanii jest rosnące napięcie między Stanami Zjednoczonymi a Chinami (z konfliktem handlowym na czele) i amerykańskie wybory prezydenckie, w których promowana, „jednocząca” wrogość wobec Chin stanowi poręczną odskocznię od licznych, wewnętrznych problemów Ameryki, wykorzystywaną zarówno przez Republikanów Donalda Trumpa, jak i Demokratów Joe Bidena, głównych konkurentów. Wrócimy do tego, lecz najpierw warto zarysować historię, która sprawiła, że los chińskich Ujgurów znalazł się na medialnym talerzu.
Hen, daleko
Można powiedzieć, że z Sinciangu wszędzie blisko, bo prowincja sąsiaduje z aż dziewięcioma krajami, ale w oczach Chińczyków ten środek Azji pozostaje nawet do dziś czymś w rodzaju Bieszczad dla Polaków, symbolem oddalonej, zabitej dechami i nieco egzotycznej pustki. Sinciang do XVIII w. nazywano w Europie Chińskim Tatarstanem, a dla Turków był to Wschodni Turkiestan. Jest to kraina o powierzchni ponad pięciu Polsk, zajęta w większości przez piaszczystą pustynię. Mieszka tam dziś ok. 11 milionów Ujgurów, a reszta, w podobnej liczbie, to Chińczycy i inne mniejszości.
Co do Chińczyków, byli tam obecni już pół tysiąclecia przed narodzinami Polski, niezrażeni faktem, że „nic tam nie ma”. Przecierali najkrótszą drogę na zachód, która stała się w końcu Jedwabnym Szlakiem, z Kaszgarem jako właściwie jedyną miejscowością po drodze. Ujgurzy są potomkami dawnych, turkofońskich plemion koczowniczych, do których, mimo istnienia nitek Szlaku, nowości docierały bardzo rzadko. Nawet islam ustalił się wśród nich bardzo późno, dobre 700-800 lat po jego powstaniu na Półwyspie Arabskim, podczas gdy muzułmanie zdążyli już zakończyć swą wielowiekową implantację w zachodniej Europie. Ów islam był raczej prosty, łagodny, z inspiracji sufickiej, ograniczał się w sumie do niektórych rytuałów. To się zmieniło, gdy Amerykanie postanowili wskrzesić w Azji „świętą wojnę” na użytek wyrzucenia wojsk ZSRR z Afganistanu, na początku lat 80 ub. wieku.
Od Brzezińskiego do Erdogana
To nasz amerykański rodak Zbigniew Brzeziński wpadł na pomysł wykorzystania radykalnego islamu dla celów politycznych Stanów Zjednoczonych i później NATO, który stał się doktryną funkcjonującą do dziś. Poszły na to wielkie pieniądze: na szkoły dżihadu, nowe medresy w Pakistanie, którym paliwa ideowego dostarczała Arabia Saudyjska. Nauczano tam islamu w saudyjskiej wersji wahhabickiej z akcentem na bojowy takfiryzm, tj. radykalne odrzucenie innych muzułmańskich wyznań oprócz rygorystycznego sunnizmu: stały się one wręcz równe „niewiernym”. Dziś to ideał Państwa Islamskiego, Al-Kaidy i innych podobnych ugrupowań w Azji, Europie i Afryce.
Wydawany w Arabii Koran i literatura dżihadu zaczęły dość szybko przenikać przez górskie, raczej niedostępne, ale porowate granice z Indii, Pakistanu i Afganistanu do chińskiego Sinciangu; towarzyszyły im saudyjskie i amerykańskie pieniądze na działalność religijną. CIA uważała, że ten przemyt się opłaca, bo Ujgurzy nie byli trudno zauważalną, małą grupą etniczną w azjatyckiej mozaice, jak w 1949, gdy powstały Chiny Ludowe, lecz już narodem, o potencjale wywrotowym. Stało się tak, bo władze chińskie wyłączyły ich, jak i inne mniejszości, z prawie czterdziestoletniej polityki „jednego dziecka”. Przy jednoczesnej poprawie warunków życia i ochronie zdrowia dało to dzisiejsze ponad 10 milionów chińskich Ujgurów. Zarówno propaganda dżihadu, jak literatura religijna, były tłumaczone na ich język. Na dodatek obecny prezydent Recep Erdogan, gdy tylko został premierem Turcji w 2003 r., wbił sobie do głowy, że Turkiestan Wschodni jest historyczną kolebką Turków, co bardzo Amerykanom pomogło.
Syryjski przełom
Erdogan już wcześniej miał bzika na tym mocno niepewnym punkcie, postawił nawet „pomnik Ujgura”, gdy był burmistrzem Stambułu. Turcy zresztą, jak i Pakistańczycy, jeszcze w czasie wojny przeciw ZSRR w Afganistanie, pomagali Ujgurom na zlecenie amerykańskie dołączać do tworzącej się tam Al-Kaidy i walk z „niewiernymi”. Nazwę „Ujgurzy” ustalili Brytyjczycy w latach 30. ub. wieku, kiedy próbowali tam stworzyć rodzaj antyradzieckiego państwa. Ograniczyło się ono do Kaszgaru i przetrwało raptem trzy miesiące, ale pozostała z tamtych czasów ujgurska flaga narodowa, odkurzona i zmodyfikowana nieco 70 lat później przez MIT (tureckie służby specjalne), by wyglądała bliźniaczo z turecką. NATO zaczęło po cichu popierać i zbroić tworzący się ujgurski ruch niepodległościowy, a szczególnie ich najważniejszą organizację: Islamską Partię Turkiestanu Wschodniego (ETIM – w nomenklaturze natowskiej), choć i ona zmodyfikowała brytyjską flagę prowincji, dokładając do jej tureckiej wersji szahadę. W amerykańskim obozie więziennym Guantanamo siedziało wtedy 26 Ujgurów.
Wraz z wybuchem wojny syryjskiej ETIM stała się częścią irackiej i syryjskiej Al-Kaidy. Chińscy Ujgurzy przechodzili przez tureckie i amerykańskie obozy szkoleniowe i walczyli później również dla Państwa Islamskiego, lecz większość została przy lokalnej Al-Kaidzie pozostającej pod bezpośrednią opieką NATO. Jako bojownicy, Ujgurzy zdobyli sobie wśród międzynarodówki dżihadystów renomę waleczności dorównującą rosyjskim Czeczenom, których nierzadko przewyższali w okrucieństwie. Potrafili „wycinać” całe wioski w rekordowym czasie, co budziło poważanie najwyższych szarż obu organizacji dżihadu. Teraz, na skutek syryjsko-rosyjskich transferów dżihadystów oraz decyzji tureckiej, prawie wszyscy siedzą w syryjskim Idlibie, na razie tylko do połowy wyzwolonym przez Syryjczyków. Jest ich tam ok. 15 tys. wraz z rodzinami.
Ponad dwa lata temu, przed tureckim atakiem na Afrin, jeden z kurdyjskich kantonów b. Rożawy w Syrii, tureckie media transmitowały na żywo odprawę bojowników ujgurskich ze Stowarzyszenia Kultury i Solidarności Turkiestanu Wschodniego. Organizacji o podobnie niewinnych nazwach powstało w Turcji sporo i w zasadzie wszystkie są separatystyczne, skrajnie islamskie i protureckie. Erdogan w przedinwazyjnym przemówieniu przekonywał uroczyście: „Wiedzcie, że otrzymaliśmy rozkaz tej operacji od Boga, zwycięstwo należy do Niego.” „Będziemy bić się w Afrinie u boku armii tureckiej! Jesteśmy świadomi, że będziemy bronić ostatniego bastionu Islamu [tj. Turcji]!” – przysięgał wtedy Seyit Tümtürk, przewodniczący Stowarzyszenia. Erdogan konkuruje z rodziną Saudów o miano przywódcy sunnickiego świata muzułmańskiego i, jak widać, ma część Ujgurów po swojej stronie. Dziś Turcy wysyłają dżihadystów ujgurskich do Libii, by przyczynili się do utwierdzenia wpływów tureckich na terenach dawnego Imperium Osmańskiego…
Twarz Ujgurów
Erdogan pohamował jednak nieco swe oddanie Ujgurom z Sinciangu, ze względu na mocno pogarszające się stosunki z Chinami. MIT przestał rozdawać im tureckie paszporty, zresztą „sprawę ujgurską” otwarcie przejęli Amerykanie. Od kilku lat naciskają na wręczenie pokojowej nagrody Nobla 71-letniej ujgurskiej miliarderce, byłej chińskiej „komunistce”, która przed emigracją do USA w 2005 r. przesiedziała prawie pięć lat w więzieniu za „szpiegostwo”. Amerykanie oddali za nią dwóch Chińczyków więzionych w Stanach za to samo.
Rebiya Kadeer, nazywana „matką Ujgurów” jest honorową przewodniczącą Światowego Kongresu Ujgurów (WUC) z siedzibą w Monachium (na podstawie porozumienia CIA z niemiecką BND i tureckim MITem). Według Amerykanów, potrzebuje ona większej międzynarodowej promocji, gdyż reprezentuje nie-dżihadystowską twarz Ujgurów. Oficjalnie ubiega się ona jedynie o „przestrzeganie konstytucji Chin” w kwestii „prawdziwej’ autonomii Ujgurskiego Regionu Autonomicznego Sinciang. Rządzą nim co prawda Ujgurzy, lecz zdaniem WUC są to ludzie niereprezentatywni, gdyż oddani Chinom.
Rebiya Kadeer zachowuje niezbędną ambiwalencję, jeśli chodzi o niepodległość Sinciangu/Turkiestanu Wschodniego. We wrześniu ubiegłego roku pojechała do Paryża, gdzie uzyskała zgodę na utworzenie komitetu przygotowawczego dla powstania „parlamentu ujgurskiego na uchodźstwie”, w imię demokracji. Sam parlament dotąd nie powstał, bo stosunki francusko-tureckie uległy silnej degradacji na tle interwencji Erdogana w Libii, która pomieszała tam Francuzom szyki polityczne, długo liczących na obalenie rządu w Trypolisie.
Powrót do Sinciangu
W 2009 r. w stolicy Sinciangu Urumczi, jakaś do dziś nie wyjaśniona iskra wywołała pogrom Chińczyków. Tłum Ujgurów zabił wtedy na ulicach blisko 200 chińskich przechodniów. Miejscowe władze odpowiedziały szeroką kampanią aresztowań prowadzonych na ślepo – kilkudziesięciu zamkniętych wtedy Ujgurów do dziś nie wróciło do domów. Jeśli był to spontaniczny wybuch przemocy, to wraz z rozpoczęciem natowskiej wojny przeciw Syrii i Libii, krajom laickim, które psuły obraz świata muzułmańskiego, jaki miał obowiązywać, rozpoczęła się w Chinach – bez wątpienia zorganizowana, konspiracyjna – seria zamachów bombowych. W latach 2011-2014 było ich tyle, we wszystkich częściach Chin, nie wyłączając Pekinu, że seria zamachów w Europie wydaje się małą sukcesją drobnych incydentów. W zachodniej prasie można spotkać się z poglądem, że nagła zmiana kursu prezydenta Xi Jinpinga wobec Sinciangu w 2014 r. wiązała się z jednym z zamachów ujgurskich nożowników na dworcu, który miał go szczególnie zdenerwować, lecz właściwie chodziło o proklamację Państwa Islamskiego w Syrii i Iraku, którą uznano za szczególnie niebezpieczną.
Ówczesna reakcja Chińczyków sprawiła, że odtąd nie doszło do ani jednego zamachu dżihadystów. Prezydent Chin powiedział wówczas, że „odpowiedź na radykalizm musi być radykalna” i taka ona jest: wymieniono w meczetach wszystkich duchownych o orientacji wahhabickiej bądź pantureckiej, a na wszelki wypadek osoby do 18 r. życia mają w ogóle zakaz chodzenia do meczetów. Prewencja zrobiła się systematyczna, a represje bardzo surowe. Obozy reedukacyjne, gdzie koszaruje się część osób między 18 a 30 rokiem życia na rok albo i więcej, mają służyć walce z „trzema plagami Sinciangu” – terroryzmem, separatyzmem i radykalizmem religijnym, „odkręcaniu” propagandy dżihadu. Nie wygląda to zachwycająco, bo skoszarowani nie tylko muszą douczać się chińskiego (szkoły ujgurskie nie zawsze odnoszą w tym sukces), ale i śpiewać na długich apelach patriotyczne pieśni, czy wysłuchiwać z głośników „myśli Xi Jinpinga” o tym, jak dobrze jest żyć razem w „harmonii”. To nie są obozy pracy, ale dużo kosztują i nie wiadomo właściwie jaka jest ich propagandowa skuteczność.
Słynny milion
Pełna wiara w oficjalny, chiński dyskurs byłaby naiwnością, ale to, co wyczyniają Amerykanie, bywa bardziej groteskowe od mało subtelnej, chińskiej propagandy w Sinciangu. W naszej prasie można przeczytać np., że w obozach reedukacyjnych przebywa jeden do trzech milionów Ujgurów. Sami Ujgurzy za Zachodzie promują „milion”, a czasem media dodają, że tylu miałoby być reedukowanych „według ONZ”. ONZ ma z tym tyle wspólnego, że na jednym z zebrań liczbę tę wymienił przedstawiciel USA. Gdyby to był rzeczywiście milion, spotkanie na ulicy młodego, dorosłego Ujgura byłoby wręcz niemożliwe, co się całkowicie kłóci z rzeczywistością. Region pozostaje otwarty dla chińskich turystów, którzy publikują tysiące filmików i zdjęć z różnych zakątków Sinciangu.
Liczba milion (do trzech) padła w raporcie opublikowanym przez waszyngtońską Sieć Praw Człowieka w Chinach (CHRD). Źródłem tej rewelacji jest amerykańskie Radio Wolna Azja (RFA), którego liczbowy szacunek opiera się na „relacjach ośmiu ważnych świadków”. Bez wątpienia liczba uwięzionych „terrorystów” ujgurskich podana w zeszłym roku przez władze chińskie (blisko 3 tys.) nie obejmuje wszystkich aresztowanych na skutek lokalnej „wojny z terroryzmem”. Do paki idzie się np. za dżihadystowski/niepodległościowy filmik w telefonie, które są sprawdzane zresztą regularnie przez ujgursko-chińską policję na ulicy, jak tylko nie przejdzie się jej po pasach. Głośniki na policyjnych wozach wzywają do denuncjowania osób zainteresowanych takimi filmikami lub „nieodpowiednimi” pismami religijnymi, co kłóci się z kolei z radosną kampanią propagandową o ogólnym szczęściu życia we współczesnych Chinach.
Zachodnie media odgrzebały ostatnio filmik z organizacji transportu setek więźniów do nowego więzienia w Urumczi, we wrześniu ub. roku. Więzienie to jest prezentowane jako przykład obozu reedukacyjnego, choć nie ma z tym nic wspólnego. Przykładem „niszczenia kultury ujgurskiej” jest wyburzenie części starówki w Kaszgarze. Doszło do tego po kolejnym trzęsieniu ziemi w mieście (Sinciang jest regionem sejsmicznym). Stare miasto wybudowano na nowo, prawie identycznie. Jest antysejsmicznie i czyściutko, „turystycznie” i ciągle mieszkają tam ujgurskie rodziny, ale póki co, wygląda to jak kinowa dekoracja.
Opowieści amerykańskie
„Kwestia ujgurska” jest teraz podnoszona przez propagandę zachodnią, bo Amerykanie wymyślili, że reszta ich sporów z Chinami (handlowych i politycznych) tak akcentowanych w czasie bieżącej kampanii wyborczej jest zbyt skoncentrowana na interesach amerykańskich, podczas gdy oburzenie prześladowaniem dalekiego narodu muzułmańskiego może być uniwersalne. Naturalnie chodzi o oburzenie mocno selektywne, bo np. ani birmańscy (mjanmarscy) Rohingja, ani Palestyńczycy, Syryjczycy czy Jemeńczycy, nie mogą liczyć na żadną medialną litość, niezależnie od skali prawdziwych zbrodni na tych narodach.
Administracja amerykańska będzie propagandowo bombardować Chiny co najmniej do dnia wyborów prezydenckich, a co będzie później nie wiadomo, tak jak nie wiadomo właściwie, jaka część Ujgurów popiera ambicje separatystyczne ETIM i WUC. Tak, czy inaczej, polska publiczność będzie miała do czynienia z fantastycznymi opowieściami o musowym jedzeniu wieprzowiny, czy krojeniu dzieci na części w Sinciangu, gdyż tego wymaga bieżąca polityka światowego imperium Stanów Zjednoczonych. Tylko dlatego.

Państwo nieatomowe

Zapowiedziane przez prezydenta Trumpa wycofanie części wojsk amerykańskich z Niemiec spowodowało spekulacje dotyczące m. in. przeniesienia do Polski rakiet i głowic nuklearnych.

Tego rodzaju przeniesienie oznaczałoby pogorszenie bezpieczeństwa naszego państwa i byłoby sprzeczne z polską racją stanu. W tym kontekście warto przyjrzeć się doświadczeniom Norwegii będącej ważnym uczestnikiem stosunków międzynarodowych. Jak wiadomo- pierwszym Sekretarzem Generalnym był Norweg Trygve Lie. Obecny Sekretarz Generalny NATO to Norweg Jens Stoltenberg.
Po roku 1945 politycy norwescy zastanawiali się nad miejscem ich ojczyzny na geopolitycznej mapie Europy. Rozważano opcję neutralności i sojusz państw skandynawskich. Stalinowski ekspansjonizm spowodował wybór miejsca w zwartym sojuszu zachodnim. Szczególne znaczenie miały wydarzenia w roku 1948-polityczny przewrót w Czechosłowacji i tragiczna śmierć ministra Jana Masaryka oraz radziecko-fiński układ dwustronny ograniczający swobodę działania Finlandii na forum międzynarodowym. Kiedy w 1949 roku powstał sojusz NATO Norwegia stała się jego członkiem. Władze norweskie zdecydowały się na członkostwo o charakterze specyficznym-bez możliwości stacjonowania w Norwegii obcych wojsk. W 1957 roku wprowadzono też zakaz składowania na terytorium Norwegii broni atomowej w czasie pokoju. Norweski socjolog Trond Andreassen podkreśla, że zasadność tego zakazu potwierdziła blokada Kuby, kiedy to ludzkość znalazła się na krawędzi III Wojny Światowej. Prezydent John F. Kennedy i amerykańscy generałowie zastanawiali się wówczas nad możliwością zbombardowania radzieckich wyrzutni rakietowych znajdujących się na Kubie. Liczyli się też z możliwością radzieckich działań retorsyjnych w postaci zniszczenia amerykańskich wyrzutni rakietowych Jupiter, które były wówczas na terytorium Turcji, w pobliżu granicy z ZSRR. Było prawdopodobne, że pierwszymi ofiarami globalnego konfliktu stałyby się Kuba i Turcja.
Kryzys kubański zakończył się usunięciem rakiet i głowic przez ZSRR w zamian za rezygnację rządu USA z następnej inwazji na Kubę. Radziecki premier Nikita Chruszczow obwieścił światu że rakiety i głowice usunął w odpowiedzi na apel filozofa Bertranda Russella.
Kilka miesięcy potem amerykańskie rakiety Jupiter zostały zabrane z Turcji. Oficjalnie nie było iunctim pomiędzy tym posunięciem a sytuacją na Kubie. W opublikowanych oświadczeniach -przyczyną decyzji rządu amerykańskiego było to, że-rakiety były przestarzałe.
W sztabach wielkich mocarstw stratedzy i planiści wojskowi wymyślają makabryczne scenariusze, ponieważ sądzą, że są od tego, aby myśleć o tym co jest nie do pomyślenia. O scenariuszach z czasów zimnej wojny wiadomo, że przewidywały one-w przypadku III Wojny Światowej zniszczenie nieprzyjacielskich baz z bronią atomową znajdujących się w pobliżu granic. Zniszczenia byłyby olbrzymie. Być może spowodowałyby one decyzję o zawieszeniu broni. Całe szczęście, że „zimna” wojna nie przekształciła się w „gorącą”.
Pułkownik Ryszard Kukliński przekazując Centralnej Agencji Wywiadowczej 35 tysięcy stron dokumentów dotyczących m. in. rozmieszczenia na terenie Polski baz radzieckich zwiększał prawdopodobieństwo uderzenia prewencyjnego. Jako doświadczony oficer zdawał sobie sprawę z takiej możliwości.
29 grudnia 1940 roku prezydent Roosevelt w przemówieniu radiowym podkreślił: ”Nasza polityka narodowa nie jest nakierowana na wojnę. Jej jedynym celem jest utrzymanie wojny daleko od naszego kraju i naszego narodu”. Przyjmując nominację na kandydowanie- po raz czwarty- w dniu 20 lipca 1944 roku prezydent stwierdził: ”Dzisiaj obrona Oklahomy i Kalifornii ma miejsce w Normandii i na Saipanie . Tam muszą one być bronione, gdyż to co się dzieje w Normandii i na Saipanie ma wpływ na bezpieczeństwo i pomyślność Oklahomy i Kalifornii.
Obecnie prezydent Donald Trump ciągle powtarza „najpierw Ameryka”. Oznacza to – sojusznicy później. Jeżeli w ogóle…
Norwegia jest państwem aktywnym w polityce światowej. Jej przedstawiciele odgrywali i odgrywają ważną rolę w organizacjach międzynarodowych. Należy tu wymienić Gro Harlem Brundtland- dwukrotnie zajmującą stanowisko premiera, a w latach 1998-2003-dyrektora generalnego Światowej Organizacji Zdrowia.
Norweski minister spraw zagranicznych J. Holst pośredniczył w nawiązaniu tajnych rozmów pomiędzy Organizacją Wyzwolenia Palestyny a Izraelem. Rozmowy te nie doprowadziły do rozwiązania izraelsko-palestyńskiego węzła gordyjskiego. Skuteczne natomiast było norweskie pośrednictwo w konflikcie pomiędzy Tamilami i Syngalezami, który to konflikt przez wiele lat niszczył Sri Lankę. Polityka zagraniczna Norwegii służy pokojowi, bezpieczeństwu i rozwojowi gospodarczemu. Nie jest instrumentem osiągania korzyści strategicznych, takich jak zakładanie baz, lub politycznych-jak uzależnianie innych państw, jak to ma miejsce w przypadku wielkich mocarstw. Dlatego też – jak sądzę – zasługuje ona na nasze szczególne zainteresowanie.