Trump ukarze nieposłusznych

Koniec z wyjątkowym traktowaniem niektórych państw kupujących ropę od Iranu. Stany Zjednoczone ogłosiły, że od 2 maja przestaną obowiązywać wprowadzone w ubiegłym roku wyjątki od sankcji.

Dalsze zwiększenie presji USA na Iran zapowiedział w poniedziałek Sekretarz Stanu Mike Pompeo. Oznajmił, iż Stany Zjednoczone od 2 maja będą obejmować sankcjami wszystkie bez wyjątku państwa, które sprowadzają ropę naftową z Iranu. Nie będzie już specjalnego traktowania dla krajów, którym w roku ubiegłym hegemon z Waszyngtonu łaskawie dał czas na dogadanie się z innymi dostawcami. Chodzi o Grecję, Włochy, Tajwan, Turcję, Chiny, Indie, Japonię i Koreę Południową.
Dla trzech pierwszych decyzja administracji Trumpa wiele nie zmienia: przewidując taki właśnie krok Waszyngtonu państwa te uległy presji i zakończyły import irańskiego surowca. W pozostałych pogróżki Pompeo, jak można się domyślić, nie zostały przyjęte z entuzjazmem. Minister spraw zagranicznych Turcji Mevlüt Çavuşoğlu napisał na Twitterze, że działania USA nie sprzyjają pokojowi i stabilności w regionie, a jego państwu nikt nie będzie dyktował, jak układać sobie relacje z innymi krajami. Turcja zapowiada również, że opracuje własny system, który pozwoli utrzymywać wymianę handlową z Iranem, omijając sankcje. Podobny system pozwala państwom Unii Europejskiej sprzedawać Teheranowi niektóre produkty medyczne i żywnościowe.
Pompeo z wyraźną dumą mówił, że za sprawą administracji Trumpa Iran eksportuje wyjątkowo mało ropy naftowej i stracił na tym co najmniej 10 mld dolarów.
– Chcemy pozbawić ten wyjęty spod prawa reżim funduszy, które są od dziesięcioleci używane do destabilizowania Bliskiego Wschodu, zmusić Iran, by zachowywał się jak normalne państwo – grzmiał Pompeo, oczywiście „zapominając” o wkładzie własnego kraju i jego przyjaciół w destabilizowanie Bliskiego Wschodu właśnie.
Kto ma zapełnić lukę na międzynarodowym rynku? Oczywiście wierni przyjaciele USA – Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Im za finansowanie fundamentalistów islamskich czy obracanie Jemenu w ruinę nic nie grozi. Już zapowiedziały, że zwiększą podaż ropy.
Represjonowanie państw trzecich za utrzymywanie kontaktów handlowych z naznaczonym przez USA państwami to swoiście amerykańska metoda szantażu gospodarczego, gdyż niemal wszystkie „strony trzecie” mają intersy gospodarcze związane z t było-nie było najsilniejszą gospodarką świata, a zatem wystawiają się na ryzyko odwetu. A wiadomo, że Waszyngton się przed nim nie cofa.

Transatlantycka rozbieżność

Unia Europejska zamierza inwestować na Kubie, utrzymywać z Hawaną poprawne stosunki i zdecydowanie nie godzi się na to, by właśnie za to europejskie firmy były karane przez Stany Zjednoczone.

Zaostrza się konflikt dyplomatyczny między USA z UE o stosunek do Kuby, która we przegłosowanej ostatnio przez naród nowej konstytucji podkreśliła przywiązanie do wartości idei socjalistycznych. Spór dotyczy zagranicznych firm inwestujących robiących interesy z Hawaną. Prezydent Donald Trump już w styczniu zapowiedział, a w marcu ponownie podkreślił, że w związku z amerykańskimi sankcjami, jakimi obłożona jest Kuba z powodów politycznych, spółki zagraniczne inwestujące na wyspie rewolucji będą musiały spodziewać się pozwów cywilnych ze strony obywateli Stanów Zjednoczonych. Chodzi głównie o mieszkających w USA spadkobierców zamożnych Kubańczyków, których majątki uspołeczniono po rewolucji w 1959 r.
Trump tym samym zapowiedział powrót do pełnego obowiązywania tzw. ustawy Helmsa-Burtona, która wprowadzona została w 1996 r. i dawała taką możliwość, ale od 1998 r. część jej postanowień uległa zawieszeniu na mocy umowy z krajami europejskimi i Kanadą, która prowadziły i nadal prowadzą z Kubą ożywioną wymianę gospodarczą. Był to krok powodowanych głównie troską o dobre stosunki między tymi państwami a USA. Po cofnięciu tych wyjątków, firmy pochodzące z UE mogą zostać zalane pozwami.
W środę spodziewane jest ogłoszenie przez Sekretarza Stanu USA Mike’a Pompeo nowych sankcji wobec Kuby, Wenezueli i Nikaragui, które dyplomaci Trumpa zaczęli propagandowo nazywać „trójką tyranii”, bo stanowią podstawę oporu wobec próby przywrócenia w Ameryce Łacińskiej hegemonii USA.
Tymczasem we wtorek agencja Reuters ujawniła list szefowej dyplomacji UE Federiki Mogherini i unijnego komisarza ds handlu Cecilii Malmström do Mike’a Pompeo, w którym stanowczo ostrzegają przed dyplomatycznymi i gospodarczymi konsekwencjami karania krajów UE za robienie interesów z Kubą. Waszyngton został przede wszystkim wezwany do zachowania wyjątków w ustawie Helmsa-Burtona.
„Jeżeli tak się nie stanie, UE będzie zmuszona zastosować wszelkie dostępne środki, by chronić swoje interesy, również w porozumieniu z pozostałymi partnerami zagranicznymi”, napisały Mogherini i Malmström. Wyraźnie zaznaczyły, że kraje Unii gotowe są w tej sprawie wszcząć przeciwko Stanom sprawę w ramach Światowej Organizacji Handlu. Uznają plany USA za nie do pogodzenia z prawem międzynarodowym prawem, przede wszystkim ze względu na próbę rozciągnięcia jednostronnych sankcji USA przeciwko Kubie na stronę trzecią.
W liście pada ostrzeżenie, że amerykańskie pozwy cywilne wobec europejskich firm „mogą doprowadzić do błędnego koła roszczeń, które wytworzą klimat nieprzyjazny dla biznesu, nie prowadząc jednocześnie do przywrócenia sprawiedliwości, ani nie wpływając w żaden korzystny sposób na sytuację na Kubie”.
W środę przedstawiciele UE powtórzyli sugestie zawarte w ujawnionym liście.
– Unia Europejska ponownie podkreśla swój sprzeciw wobec eksterytorialnego zastosowania jednostronnie nałożonych sankcji, które uznaje za sprzeczne z prawem międzynarodowym – usłyszeli w Brukseli dziennikarze od jednego z unijnych rzeczników.
Nie wiadomo nic o reakcjach Waszyngtonu na sprzeciw Unii Europejskiej. Prezydent Trump nie miał jednak do tej pory żadnych skrupułów w ostentacyjnym lekceważeniem europejskich partnerów. Najwyraźniej jest też zdeterminowany w kontynuowaniu ataków gospodarczych i politycznych przeciwko Kubie, również z powodu zdecydowanego zaangażowania Hawany po stronie prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro, którego Trump usiłuje obalić.
Bruksela tymczasem planuje rozszerzyć współpracę z Hawaną w ramach Planu na rzecz Zrównoważonego Rozwoju przyjętego przez ONZ, m.in. inwestując równowartość 62 mln dolarów w projekty z zakresu zrównoważonego rolnictwa i sektora energetycznego na Kubie.

Bez Palestyny

Nie ma zaskoczenia: w propozycji izraelsko-palestyńskiego traktatu pokojowego, który USA nazywają „układem stulecia”, najprawdopodobniej nie będzie choćby słowa o państwie palestyńskim.

Pisze o tym „Washington Post”: powołując się na źródła, które znają treść obecnej, jeszcze nieprzedstawionej opinii publicznej wersji propozycji porozumienia. Ostateczna wersja układu ma zostać zaprezentowana jeszcze w tym roku. Jej głównym autorem jest Jared Kushner, zięć Donalda Trumpa, który odegrał m.in. ogromną rolę w przeniesieniu ambasady amerykańskiej z Tel Awiwu do Jerozolimy i uznania tego miasta za stolicę Izraela. Jerozolima Wschodnia, w myśl wcześniejszych międzynarodowych porozumień, miała być stolicą niepodległego państwa palestyńskiego. Już po tym geście USA obserwatorzy sytuacji na Bliskim Wschodzie przestali mieć złudzenia: Waszyngton przeforsuje jednoznacznie korzystne dla Izraela rozwiązania, w ogóle nie licząc się ze stroną palestyńską.
Informacje „Washington Post” wskazują, że w porozumieniu mają znaleźć się deklaracje działań na rzecz poprawy sytuacji Palestyńczyków, ale o ich własnym, niezależnym państwie mowy nie ma. Potwierdzają to komentarze Jareda Kushnera i innych urzędników administracji Trumpa, którzy już wcześniej w okrągłych słowach sugerowali, iż w nowym planie pokojowym „państwowość nie musi być warunkiem wyjściowym”. Zamiast tego ogromny nacisk kładzie się na bezpieczeństwo jednej strony – izraelskiej.
Co zamiast państwa mieliby dostać Palestyńczycy? Według „Washington Post” – w zamian za wyrzeczenie się marzeń o państwie zaoferuje im się… „szanse rozwoju gospodarczego”, w tym prace modernizacyjne w Strefie Gazy. W dodatku najprawdopodobniej miałyby je finansować zamożne państwa arabskie znad Zatoki Perskiej.
Analitycy zajmujący się Bliskim Wschodem nie dają Trumpowi praktycznie żadnych szans na rozwiązanie konfliktu palestyńskiego, przy jego jednostronnie proizraelskim podejściu. Prawdopodobna jest jedynie dalsza realizacja przez rząd w Tel Awiwie polityki faktów dokonanych, jak sugerowanej przez Beniamina Netanjahu aneksji obszarów zajmowanych przez nielegalne osiedla na Zachodnim Brzegu.

Wymuszanie Guaidó

Mike Pence, prawicowy ekstremista, wiceprezydent USA, który 23 stycznia telefonicznie wyznaczył 35-letniego Juana Guaidó na „prezydenta” Wenezueli, domagał się w Nowym Jorku uznania go przez ONZ. Do tej pory jedynie zespół tradycyjnych satelitów imperium amerykańskiego (ok. 1/4 państw) poparł prowadzony z Waszyngtonu zamach stanu w Caracas. Władze wenezuelskie wyśmiały tę inicjatywę.

„Dziś [w środę] wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Mike Pence ośmieszył się w Radzie Bezpieczeństwa NZ. Nie rozumiem jego arogancji, pewności siebie i rasowego suprematyzmu” – mówił w telewizji wenezuelski prezydent Nicolas Maduro. „Grożenie Wenezueli inwazją wojskową w Radzie Bezpieczeństwa panie Pence, tego jeszcze nie było!” – dodał Maduro oskarżając przy okazji prezydenta Donalda Trumpa o chęć zaboru olbrzymich, największych na świecie rezerw ropy naftowej.
Pence ogłosił wcześniej, że jego kraj przedstawi projekt rezolucji uznającej Juana Guaidó za przywódcę Wenezueli. Projekt ma wpłynąć do Zgromadzenia Ogólnego ONZ, gdyż nie ma żadnych szans w Radzie Bezpieczeństwa (nie będzie więc wiążący). Jego znaczenie jest propagandowe, ma też zmusić więcej krajów do uznania amerykańskich planów polityczno-gospodarczych w Ameryce Łacińskiej. Pence zwrócił się bezpośrednio do przedstawiciela Wenezueli w ONZ Samuela Moncady domagając się, by wrócił do Caracas i powiedział prezydentowi Maduro, że „jego godziny są policzone”. Ogłosił jednocześnie, że USA dodatkowo zaostrzą sankcje przeciw Kubie, którym ten kraj podlega od niemal 60 lat, z powodu „jego złego wpływu na Wenezuelę”.
„Oto nowy epizod spektaklu, który ma obalić wenezuelski rząd” – odpowiedział mu przedstawiciel Rosji Wasilij Nebenzia, który wezwał USA do zaprzestania ingerowania w sprawy wewnętrzne innych krajów. Podobnie ambasador chiński sprzeciwił się amerykańskiej interwencji zbrojnej w Wenezueli. Zapowiadał ją w lutym Elliott Abrams, mianowany przez Trumpa specjalista od proamerykańskich zamachów stanu w Ameryce Łacińskiej.
Wenezuela, sparaliżowana przez amerykańskie sankcje, zgodziła się na pomoc humanitarną Międzynarodowego Czerwonego Krzyża – w kraju brakuje leków. Od momentu mianowania Guaidó przez Amerykanów krajem wstrząsają wielkie awarie elektryczności spowodowane sabotażami i zamachami bombowymi nieznanych sprawców. Konsekwencją tego jest brak bieżącej wody w niektórych miastach. Guaidó wezwał do manifestacji antyrządowych w Caracas, w których udział wzięło ok. 500 osób.

Wartości europejskie w akcji

Po siedmiu latach azylu w ambasadzie Ekwadoru w Londynie Julian Assange został siłą wywleczony przez funkcjonariuszy brytyjskiej policji. Oto kolejny przykład na to jak
bardzo europejskie rządy szanują podstawowe wolności i prawa obywatelskie.

Assange został wyprowadzony z ambasady siłą przez londyńskich funkcjonariuszy. Obecnie znajduje się w areszcie. Podstawą aresztowania jest fakt, że Australijczyk nie stawił się na wezwanie sądu w 2012 roku. Był wówczas objęty Europejskim Nakazem Aresztowania, wydanym przez Szwecję, gdzie oskarżano go o przestępstwa seksualne. Dwa lata temu nakaz został wycofany, a wstępne postępowanie umorzone – szwedzka prokuratura uznała, że nie jest w stanie przesłuchać Assange’a, który przebywał w ekwadorskiej ambasadzie w Londynie. Jednak jeśli do 2020 roku Szwecji uda się go sprowadzić do kraju, sprawa zostanie wznowiona. Jak twierdzi sam oskarżony, oskarżenia o gwałt służą jedynie temu, żeby przekazać go Stanom Zjednoczonym, a cała sprawa ma wymiar nie karny, a polityczny.
W Stanach Zjednoczonych oficjalnie nie zostały Assange’owi postawione żadne zarzuty, jednak w listopadzie ubiegłego roku w dokumentach dotyczących innej sprawy pojawiła się wzmianka o niejawnym postępowaniu wobec Australijczyka – prawdopodobnie pracownik prokuratury kopiując część treści tajnych dokumentów na temat Assange’a do podobnego aktu oskarżenia, zapomniał zmienić nazwiska oskarżonego.
Julian Assange założył stronę WikiLeaks w 2006 roku. Najbardziej znane i wstrząsające dla opinii publicznej były tajne dokumenty na tematy zbrodni wojennych i prawdziwej liczby ofiar cywilnych na wojnach w Afganistanie i Iraku (w tym polski ostrzał cywilów w Nangar Khel), a także szczegółowe informacje o torturach i pogwałceniach praw człowieka w nielegalnym amerykańskim więzieniu w Guantanamo. W 2016 roku na stronie pojawiły się także maile, wymieniane przez czołowych polityków Partii Demokratycznej, przez co Assange’a uznano za osobę zamieszaną w “Russiagate”, czyli domniemany spisek Kremla i “ustawienie” amerykańskich wyborów prezydenckich w taki sposób, żeby wygrał je Donald Trump. Komisja Muellera obaliła te zarzuty.
W odróżnieniu od wielu mediów głównego nurtu, WikiLeaks nigdy nie opublikowało nieprawdziwej informacji.
– Decyzja o odebraniu azylu Julianowi Assange’owi była suwerenną decyzją Ekwadoru, wynikała z wielokrotnych naruszeń konwencji międzynarodowych i przekraczania protokołów regulujących codziennie życie ambasady – stwierdził Lenin Moreno, prezydent południowoamerykańskiego państwa, narażonego na silne naciski USA.
Tymczasem ofiarą masowych naruszeń prawa międzynarodowego był właśnie Assange. Zgodnie z nim bowiem władze brytyjskie nie miały prawa go aresztować po udzieleniu mu azylu, tymczasem to właśnie ze względu na tę groźbę założyciel WikiLeaks nie mógł opuścić ambasady Ekwadoru. Przedstawiciele ONZ wielokrotnie podkreślali, iż Assange został nielegalnie pozbawiony wolności.

Licytacja na terroryzm

Iran nie pozostaje dłużny Donaldowi Trumpowi. Władze w Teheranie zagroziły poważnymi retorsjami jeżeli zapowiedzi wpisania Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (KSRI) na amerykańską listę organizacji terrorystycznych zostałyby zrealizowane.

Oświadczenie o podjęciu działań zmierzających do uwzględnienia KSRI w spisie międzynarodowych organizacji terrorystycznych zostało opublikowane na stronie Białego Domu ósmego kwietnia: „W dniu dzisiejszym oficjalnie ogłaszam zamiar kierowanego przeze mnie rządu uznania Korpusu Strażników Islamskiej Rewolucji Islamskiej […] za Zagraniczną Organizację Terrorystyczną na mocy sekcji 219 ustawy o imigracji i obywatelstwie. Ten bezprecedensowy krok, podjęty przez Departament Stanu, będzie rzeczywistym opisem stanu faktycznego i wskazaniem, iż Iran jest nie tylko państwem-sponsorem międzynarodowego terroryzmu, ale także określeniem KSRI jako organizacji aktywnie uczestniczącej, finansującej i promującej terroryzm […] KSRI jest podstawowym instrumentem irańskiego rządu, który służy mu do kierowania globalną kampanią terrorystyczną” – czytamy m. in. w dokumencie.
Iran, podobnie jak większość państw na Bliskim Wschodzie, przyzwyczajona jest do rozmaitych pogróżek ze strony Waszyngtonu. Również takich, których ogólna forma wykracza dalece poza uznane standardy dyplomatycznej kultury. Teheran jednak jest jednym z niewielu krajów w regionie, który może pozwolić sobie na więcej samodzielności i powagi w stosunkach z USA.
Tamtejsze władze zareagowały błyskawicznie. Już dzień po tym jak Wall Street Journal doniósł o zamiarach Białego Domu (5 kwietnia) w irańskich mediach pojawiła się informacja o możliwości wpisania US Army na listę organizacji terrorystycznych w ramach działań odwetowych. Wspominaliśmy o tym również na stronach portalu Strajk. Wciąż jednak większość obserwatorów skłonna była to traktować jako blef. Dotychczas Waszyngton nigdy nie posunął się w swoich imperialnych fantazjach na tyle daleko, by opisać oficjalne siły zbrojne suwerennego państwa jako organizację terrorystyczną. Tymczasem Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej jest właśnie jedną z dwóch irańskich struktur militarnych.
Według irańskiej konstytucji armia odpowiedzialna jest za obronę granic Iranu, zaś KSRI borni osiągnięć rewolucji islamskiej. Do jego zadań należy m. in. zwalczanie „obcych wpływów”. W strukturze KSRI, liczącej łącznie ponad 160 tys. żołnierzy, funkcjonują wszystkie rodzaje sił zbrojnych, służby wywiadowcze, specjalna jednostka – Ghods oraz paramilitarny Związek Mobilizacji Uciemiężonych.
Jeżeli do tego dojdzie dowództwo amerykańskiej armii znajdzie się na tej samej liście, na której figuruje np. tzw. Państwo Islamskie. Heshmatollah Falahatpisheh, przewodniczący Komisji Bezpieczeństwa Narodowego i Polityki Zagranicznej irańskiego parlamentu, poinformował w rozmowie z dziennikarzami, że projekt ustawy w tej sprawie został już przygotowany.
Wydaje się, że ewentualne uznanie amerykańskiej armii za organizację terrorystyczną jest o wiele bardziej uzasadnione moralnie i politycznie. USA przeprowadziły na Bliskim Wschodzie dwie wojny napastnicze przeciwko Irakowi doprowadzając ten kraj do niemal zupełnej ruiny, dokonały inwazji na Libię co zakończyło się faktyczną likwidacją jej państwowości, wspierają radykalne ruchy religijne, które miały wysadzić w powietrze Syrię, aktywnie pomagają Arabii Saudyjskiej w systematycznym wyniszczaniu Jemenu, gdzie rozgrywa się przez to – jak wskazuje ONZ – największa katastrofa humanitarna na świecie. W tej chwili trwają aktywne przymiarki do wszczęcia kolejnej zbrojnej napaści – właśnie na Iran.

Tako rzecze Wielki Brat

Kurt Volker jest specjalnym wysłannikiem USA ds. Ukrainy. Do tej pory wstrzymywał się z okazywaniem poparcia jednemu z kandydatów. Do teraz.

Volker ogłosił, że kandydat, który zresztą wygrał I turę ze znaczną przewagą – Wołodymyr Zełenski jest kandydatem antysystemowym. To, w wydaniu Volkera oczywiste i jednoznaczne oskarżenie, ponieważ „system” to kształt ukraińskiego państwa, który został ostatecznie stworzony po Majdanie 2014 roku, i w który to projekt USA włożyły, jak przyznali oficjalnie amerykańscy politycy, miliardy dolarów. Poza tym, jak zauważa Volker, hasła wyborcze Zełenskiego brzmią populistycznie. Dodał następnie, że kandydat Poroszenko (niemal dwa razy mniej głosów niż Zełenski) „wiele pracował”, „wiele osiągnął” i przed nim jeszcze „wiele spraw [do załatwienia – przyp. red]”.
„Teraz ukraińska społeczność stoi przed wyborem – czy chcą kogoś, kto jest po prostu antyestabliszmentowy, obiecując wielkie reformy (…), czy chcą kogoś, kto być może niektórych rozczarował w pewnych sprawach, ale zrobił więcej w sprawie reform niż ktokolwiek na Ukrainie w ciągu ostatnich 20 lat?”, retorycznie pytał Volker. Pytany przez dziennikarza telewizji PBS, której udzielał wywiadu, czy ma na myśli Poroszenkę, odpowiedział twierdząco.
W I turze ukraińskich wyborów prezydenckich Wołodymyr Zełenski otrzymał 30,24 proc, zaś Poroszenki 15,95 proc. głosów, co odczytane zostało jako jednoznaczna zapowiedź przegranej Poroszenki w II turze, która odbędzie się 21 kwietnia. Jednak teraz, bo tak bezczelnym mieszaniu się USA w ukraińskie wybory poprzez udzielanie jednoznacznego poparcia jednemu z kandydatów, to już nie jest wcale takie pewne. Wsparcie Volkera dla Poroszenki może mieć wielkie znaczenie również w tym sensie, że gdyby doszło do masowych fałszerstw podczas głosowania i liczenia głosów, Stany Zjednoczone potrafią poprzez naciski spowodować, by nikomu w Unii Europejskiej to kompletnie nie przeszkadzało, nawet mimo niezbitych i licznych dowodów na oszustwa nad urnami.
Trudno znaleźć mocniejszy dowód na mieszanie się USA w wewnętrzne sprawy Ukrainy.

Psychopata na czele Banku Światowego?

63-letni Amerykanin David Malpass, gorący zwolennik prezydenta Donalda Trumpa, do tej pory krytyk „nieskutecznych” instytucji międzynarodowych, został szefem Banku Światowego (BŚ) na najbliższe 5 lat. Był jedynym kandydatem, gdyż tradycyjnie to administracja amerykańska wyznacza prezesa globalnej instytucji, której misją jest walka przeciw biedzie poprzez „ułatwianie inwestycji”. Problem: nowy szef budzi spore kontrowersje.

Wcześniej na medialnej giełdzie spekulowano, czy prezesem nie zostanie raczej obecny szef departamentu skarbu Stanów Zjednoczonych, były dyrektor w Goldman Sachs Steven Mnuchin lub Ivanka Trump, córka prezydenta i jego doradczyni, lecz wyznaczono ostatecznie Malpassa, jednego z podwładnych Mnuchina. Jego zadaniem będzie odcięcie od kredytów Chin i innych krajów, które Stany Zjednoczone uznają za zbyt bogate lub zbyt konkurencyjne, by korzystać z usług BŚ.
Nazwisko Malpassa stało się szczególnie głośne w lutym, po doniesieniach New York Timesa o jego specyficznym stylu zarządzania. W departamencie skarbu USA zajmował się sprawami międzynarodowymi, lecz jego dział nie funkcjonował zbyt dobrze ze względu na niezwykłe ruchy personalne: ponad dwudziestu jego współpracowników odeszło twierdząc, że Malpass jest „psychopatą” lub „narcystycznym sadystą” itp. Tym niemniej prezydent Trump postawił właśnie na niego.
Malpass zajmował już drugorzędne stanowiska w departamencie skarbu za czasów Reagana i starszego Busha, by zostać potem głównym ekonomistą w wielkim banku inwestycyjnym Bear Stearns. Bank zbankrutował w 2008 r. na skutek kryzysu kredytów subprimes – wciskał kredyty hipoteczne ubogim rodzinom, których nie było stać na ich spłacanie (były to kredyty o ruchomej stopie procentowej – raty były najpierw niewielkie, by stale rosnąć).
Jeszcze przed samym upadkiem Bear Stearns (i innych banków) Malpass przekonywał, że żadnego kryzysu nie będzie. W maju 2016 r. dołączył do ekipy Donalda Trumpa, gdy trwała kampania wyborcza. Późniejszemu prezydentowi spodobała się jego „energia” i „oddanie”, co zapewniło mu rozwój kariery.

Co będzie z Ameryką, kiedy spisku brak?

Upadek Russiagate i gnicie kapitalizmu

W USA trwa burza wokół końcowego raportu komisji Roberta Muellera. Całości tekstu jeszcze nie ujawniono. Wiadomo tylko, że etatowi tropiciele „agentów Putina” mają dobre powody, by niejedną noc przepłakać do poduszki. Oczywiście kochają Amerykę. Tylko czym ta Ameryka dla nich jest?
– Właśnie przegraliśmy wojnę z Rosją, bez żadnej bitwy. Nie jesteśmy już wolnym narodem, nie jesteśmy już demokracją. Jesteśmy ofiarami bezkrwawego przewrotu – na razie bezkrwawego – zorganizowanego przez Rosję, przy w najlepszym razie zdradzieckim zobojętnieniu ze strony Republikanów i Donalda Johna Trumpa (…) Rosjanie chcieli, by ten człowiek rządził naszym krajem i dopięli swego!
Tak w listopadzie 2016 r. grzmiał Keith Olbermann, gwiazda telewizji MSNBC, nazywając Donalda Trumpa “ruską swołoczą” i ostrzegając Amerykanów, że jeżeli żadna z państwowych instytucji nie przeszkodzi mu w objęciu urzędu prezydenta, to wolnych wyborów w Stanach Zjednoczonych już nie będzie. Od tamtej pory głośna afera ochrzczona – całkiem nieironicznie – mianem Russiagate stała się oczkiem w głowie Partii Demokratycznej i sympatyzujących z nią liberalnych mediów. Były to dzienniki New York Times i Washington Post, kanał CNN i wspomniany MSNBC, gdzie oprócz Olbermanna w tropieniu zdrady stanu przodowała Rachel Maddow, niekwestionowana królowa telewizyjnego “ruchu oporu przeciwko Moskwie” w Waszyngtonie, otwarcie nazywająca Trumpa “rosyjskim agentem”.
Biorąc pod uwagę dwuletnie patriotyczne wzmożenie w środowisku, które samo się uważa za światłe, trudno od razu pojąć, czemu Rachel Maddow wyglądała jakby zaraz miała się rozpłakać, kiedy 22 marca informowała widzów o tym, że końcowy raport głównej komisji niezmordowanie tropiącej najdrobniejsze ślady spisku między Trumpem i Putinem, wedle dostępnych danych uwalnia prezydenta od podejrzeń o zdradę kraju. Ameryka jest wolna. Skąd więc gorycz? Cóż, liberalno-lewicujące media włożyły tyle serca i pasji w nakręcanie antyrosyjskiej histerii w imię “wolności i demokracji”, że gdy nagle pękł balonik Russiagate, ich gwiazdy mają prawo czuć się, jakby straciły ponad dwa lata życia. Kraj owszem, uratowany, “najmojsza racja” – przeciwnie. Powód do łez, jak widać, jest. Do wstydu… niekoniecznie. Dziś wiadomo, że opowieść o “przejęciu USA przez Rosję” była wyłącznie bajką. Nie warto jednak liczyć na to, że ci, którzy rozpuścili ten fake news, choć przez chwilę pomyślą o sobie jako o kłamcach.

Russiagate: racja najmojsza

22 miesiące działania osławionej komisji Roberta Muellera zakończyły się sporządzeniem przez przewodniczącego sprawozdania i przekazania go jego zwierzchnikowi, prokuratorowi generalnemu Williamowi Barrowi. Raport nadal nie został upubliczniony. Wszystko, co do tej pory wiadomo o zawartości dokumentu, wiadomo z pisma na ten temat, jakie Barr skierował do Kongresu. W swoim memorandum streszcza on wyniki śledztwa Muellera, sprowadzając rezultaty do dwóch zasadniczych tez. Po pierwsze, komisarz nadzwyczajny “nie znalazł dowodów na to, że sztab wyborczy Donalda Trumpa lub ktokolwiek z nim związany, spiskował lub współpracował z rządem Rosji” w próbach wpłynięcia na wynik wyborów prezydenckich w 2016 r. Po drugie, Mueller nie udzielił rozstrzygającej odpowiedzi na pytanie, czy prezydent dopuścił się “obstrukcji wymiaru sprawiedliwości” w trakcie pełnienia czynności śledczych przez komisję.
Wynik śledztwa jest miażdżącym ciosem dla Demokratów i sprzyjających im dziennikarzy, którzy w okresie ostatnich dwóch lat postawili wszystko na jedną kartę: Russiagate. Ewentualność, że Trump kolaborował z rosyjskimi służbami, by w zamian za odpowiadającą Moskwie politykę zausznicy Władimira Putina zmanipulowali na jego korzyść wybory, nie występowała w narracji mediów i polityków jako hipoteza, a jako fakt – jako realny, stwierdzony w zasadzie naocznie stan zagrożenia kraju: opanowanie Białego Domu przez wysłanników Moskwy.
Ktoś, kto przez dwa i pół roku wyraża się w tonie pewności ma zazwyczaj problem ze zmianą zdania w zetknięciu z faktami. Demokraci więc, co zrozumiałe, reagują histerycznie. Próbują podważać wiarygodność opinii prokuratora Barra, zarzucając mu stronniczość, tak jakby wierzyli w to, że w sytuacji, gdyby Barr kłamał na temat treści raportu, sam Mueller, któremu ufają bezgranicznie, siedziałby cicho i nie wychylał się. Korzystając z faktu, że raport nadal nie został upubliczniony, Jerrold Nadler, członek demokratów przewodniczący komisji sprawiedliwości Izby Reprezentantów otwarcie oskarżył prokuratora generalnego o stronniczość i naciąganie ustaleń Muellera w interesie Trumpa.
Od kiedy tylko Donald Trump objął urząd, partia Nadlera robiła wszystko, by oskarżenia pod jego adresem potraktować jako sposobność do wszczęcia impeachmentu. Teraz działa u nich mechanizm utopionych kosztów: czują że muszą dalej jeść tę żabę, nawet jeśli dalszy ciąg Russiagate musiałby przerodzić się w walkę z samym departamentem sprawiedliwości. W tej sytuacji nie tylko oni żądają jak najszybszego ujawnienia pełnej treści sprawozdania. Apelują o to również Republikanie, świadomi, że bez tego nie rozstrzygnie się ostatni etap rozgrywki. Rzeczywiście będzie musiało do tego dojść. Bez upublicznienia wyników postępowania w sprawie o takiej randze, po wsze czasy pozostanie ona tak przedmiotem jak i motorem samonapędzającej się irracjonalnej jatki politycznej. Z drugiej strony, już w tej chwili wydaje się to sednem amerykańskiej polityki.
Liberalne media, które rozkręciły całą aferę, również nie stanęły na wysokości w reakcji na memorandum Barra. New York Times przykładowo, relacjonując wnioski prokuratora generalnego, nie do końca chyba przyjął do wiadomości, że “Trump nie współpracował”. Doniesienia na ten temat opatrzono w dzienniku kuriozalnym komentarzem pt. “Nie potrzebujemy czytać raportu Muellera”, nie pozostawiającym wątpliwości, że Donald Trump jest urodzonym kłamcą, że dochodzenie dowiodło, iż jego ludzie kłamali, a zatem i specjalny komisarz dał się okłamać. Czołowy tytuł stojący na straży “wartości demokratycznych” swoje zatem wie i żadnych komisji mu nie potrzeba. W przekonaniu redakcji Trump jest winny z założenia i kropka. To kwestia nie wymagająca dyskusji.
Część komentatorów podkreśla, że powodzenie śledztwa Muellera doprowadziło do postawienia wielu zarzutów ludziom z otoczenia Trumpa, dlatego pogoń za “agentami Putina” należy uznać za owocną. Nic podobnego. Postawione zarzuty dotyczą nie współpracy z Rosjanami, a oszustw i krętactw, którymi nabrzmiały biznesy Donalda Trumpa, a które wyszły “w praniu”. Najbardziej wpływowa z osób, które w ten sposób wpadły, Paul Manafort, szef kampanii prezydenckiej Trumpa w 2016 r., został skazany za ujawnione w trakcie śledztwa przekręty podatkowe. Komisja została powołana w jednym celu: ustalenia, czy Trump dopuścił się współpracy z Rosjanami, zagrażającej suwerenności USA. I z nadzieją na potwierdzenie tej tezy liberalne media kibicowały Muellerowi. Dzisiaj jest pewne: przegrali z kretesem.
Egzamin zdały z kolei niewielkie lewicowe media antyestablishmentowe, takie jak The Intercept, The Real News, Truthdig, Democracy Now! czy Counterpunch, które mimo że pałają odrazą do Trumpa, w narracji o “agenturze Putina” widziały od początku przede wszystkim polityczną nagonkę, grę pozorów i niesmaczny spektakl w interesie elit wycierających sobie usta “patriotyzmem” i “dobrem kraju” i korzystających z okazji, by odwrócić uwagę ludzi od stanu, w jakim zostawiły USA po upływie kadencji Baracka Obamy. Znaleźli się niezależni i utytułowani dziennikarze, jak Glenn Greenwald, którzy w ciągu dwóch i pół roku bicia piany przez mainstream, potrafili jednak trzeźwo oddzielić suche fakty od fikcji.
To polowanie na czarownice, gdzie oskarżenia starczyły za dowody, przyprawiło wielu o skojarzenia z ponurymi czasami maccarthyzmu w latach 50. XX w – na szczęście jednak objęło prawie wyłącznie bogaczy z otoczenia Trumpa, nie ludzi kultury, nauki i działaczy społecznych. Po raz kolejny sprawdziła się zasada: “Jeśli mówią o patriotyzmie, to znaczy że znowu coś ukradli”. Skorzystać z tej mądrości potrafiła przede wszystkim konsekwentna lewica – zawsze sceptyczna wobec sloganów o “ojczyźnie” i “kraju wolnych ludzi”, z zażenowaniem patrząca na straszenie Amerykanów Rosją w zimnowojennym duchu. Na tle Russiagate doszło wszak do zalewu amerykańskiej opinii publicznej falą żenujących i niebezpiecznych fake newsów, łącznie z sensacją, którą upowszechniał m.in. Washington Post, że Rosjanie zhakowali sieć energetyczną w USA i są o krok o wyłączenia Amerykanom prądu na zimę.

Russiagate: historia szaleństwa

Tak bezpardonowy atak na Trumpa nie miałby miejsca, gdyby nie polityczne zaangażowanie służb wywiadowczych, których wierchuszka od początku wyborów w 2016 r. sprzyjała Hillary Clinton ze względu na jej jednoznacznie antyrosyjską i antyirańską politykę zagraniczną oraz personalne powiązania z obozem Demokratów. Po “szokującym” zwycięstwie Trumpa kierownictwo CIA i FBI chętnie podjęło temat podejrzeń wobec Trumpa o spisek z Rosjanami, “wrzucony” pierwotnie przez sztab Clinton po ujawnieniu jej kompromitujących maili przez Wikileaks. Demokraci zaczęli krzyczeć o rosyjskiej prowokacji. Służby zaczęły wydawać oświadczenia i analizy pisane językiem żądnej sensacji prasy, byle tylko dać mediom powód do drapieżnego ataku na prezydenta-elekta. Tytuły prasowe, które kilka lat wcześniej broniły Snowdena i Assange’a przed waszyngtońskimi służbami, w obliczu zagrożenia “wrogiem demokracji” Donaldem Trumpem, postanowiły bezkrytycznie polegać na każdym słowie CIA i FBI – do tego stopnia, że obydwu sygnalistów, hołubionych wcześniej jako ikony walki o demokrację, uznały w końcu za “agentów Putina”.
Nastawienia mediów nie zmieniło to, że pierwszy raport CIA, rzekomo dowodzący zhakowania przez Rosjan skrzynek mailowych Hillary Clinton i Johna Podesty, zostały wyśmiane przez środowisko ekspertów od cyberbezpieczeństwa. Nie zmienił go fakt, że raport połączonych służb opublikowany w styczniu 2017 r. powstał z naruszeniem reguł i składał się wyłącznie z ogólnikowych formułek sugerujących m.in., że już samo istnienie telewizji RT jest zamachem na suwerenność USA. Nie zmienił jej fakt, że FBI posunęło się nawet do opierania swych wniosków na absurdalnym “raporcie” Christophera Steela, którego czołowe media same wcześniej nie chciały publikować, bo uznały go za stek niepotwierdzonych plotek oczerniających Trumpa w celu szantażu. Wszystko to przestało się już wówczas liczyć. Czołowe media bezdyskusyjnie orzekły: Ameryka w szponach Putina. Bo CIA tak mówi.
Końcowe wnioski Muellera z prawie dwuletniego śledztwa przyznają – jak informuje William Barr – że działania Rosjan zmierzające do wyborczego wzmocnienia Trumpa faktycznie miały miejsce. Raport potwierdza zarzuty wobec osławionej Internet Research Agency, która miała prowadzić “dezinformację” w mediach społecznościowych, to jednak sprawa małego kalibru. Istotne jest to, że Mueller podtrzymał też tezę o ataku hakerskim Rosjan na serwery Demokratów, z których wykradziono materiały (faktycznie) kompromitujące Clinton i jej stronnictwo w partii, a następnie dostarczono je Wikileaks. Na tej podstawie Mueller już kilka miesięcy wcześniej sporządził akt oskarżenia wobec 12 obywateli Rosji.=
Trudno uznać to za dowód cyberagresji Rosjan, bo dowodów może dostarczyć tylko proces sądowy. Ten zaś prawdopodobnie w ogóle się nie odbędzie lub do niczego nie doprowadzi, ponieważ służby wywiadowcze – a tylko od nich mogą pochodzić przesłanki, na których oparł się Mueller – mają pełne prawo zasłonić się klauzulą tajności i odmówić ujawniania źródeł. Ukazały się poza tym co najmniej dwa amerykańskie raporty eksperckie kwestionujące sposób, w jaki zdaniem Muellera Rosjanie mieli wejść w posiadanie e-maili Hillary Clinton. Najbardziej wiarygodnym źródłem potwierdzającym jakkolwiek tezę o “rosyjskiej ingerencji” okazał się dotychczas syn samego prezydenta, Donald Trump Jr. Przesłuchiwany przez komisję Muellera, plącząc się w zeznaniach, przyznał on w końcu, że podczas głośnego spotkania w Trump Tower w czerwcu 2016 r. jako członek sztabu wyborczego swojego ojca otrzymał on pochodzącą od Rosjan ofertę pomocy w “załatwieniu” kandydatki Demokratów.
Oburzenie, jakie w świecie zachodnim wywołuje myśl o tym, że Rosjanie mogli skutecznie pomóc Trumpowi, a nawet że w ogóle tego próbowali, jest raczej wyrazem liberalnej pruderii i obłudnej zasady “amerykańskiego ekscepcjonalizmu”, niż szczerej wierności demokratycznym wartościom. Publika szkalująca Trumpa na zawołanie Rachel Maddows nie podnosiła tak epickiej wrzawy w związku z powtarzającymi się zbrodniczymi agresjami USA na suwerenne państwa, np. na Irak. Nie dostrzegają analogii z faktem, że “doradcy” z USA wygrali dla Borysa Jelcyna wybory w 1996 r., czym magazyn Times otwarcie się wówczas chwalił na okładce pisząc: “Usadziliśmy swojego człowieka na Kremlu”, a Zbigniew Brzeziński cieszył się wtedy, że “rosyjska gospodarka przejdzie na konto USA”.
Demokraci i ich wyborcy ze zrozumieniem obserwują obecne wysiłki Trumpa na rzecz obalenia rządu Nicolasa Maduro w Wenezueli – oczywiście pod hasłem “przywracania demokracji”. Bądźmy szczerzy: jeżeli doszło do próby wsparcia kampanii Trumpa przez Rosjan, to był przysłowiowy “mały Pikuś”. Straszenie Putinem ma przede wszystkim podłoże rusofobiczne, zakorzenione w mitach “cywilizowanego Zachodu” i “dzikiego, barbarzyńskiego Wschodu”. Jest to poza tym doskonała okazja do utwierdzenia samych siebie w przekonaniu o wielkości i unikalności amerykańskiej demokracji. Szkoda jednak, że coraz częściej w tę demokrację wątpią nawet amerykańscy politolodzy. O jakiej bowiem demokracji może być mowa, kiedy Kongres w połowie składa się z milionerów, a analizy statystyczne pokazują, że społeczne poparcie dla inicjatyw ustawodawczych ma zerowe przełożenie na szanse przyjęcia ich przez Izbę i Senat?

Russiagate: kapitalizm

W 2019 r. trudno zachowując przytomność umysłu twierdzić jednocześnie, że Trump jest agentem Kremla w Waszyngtonie – i to zupełnie abstrahując od ustaleń komisji Muellera. Polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych pozostaje całkowicie antyrosyjska, a stosunki między obydwoma krajami są gorsze niż pod koniec kadencji Obamy. Zaostrzenie sankcji to jeszcze nic. Odżywają najgorsze demony zimnej wojny: stoimy u progu nowego wyścigu zbrojeń i prężenia przez mocarstwa muskułów nuklearnych po tym, jak rząd Trumpa postanowił jednostronnie wycofać USA z układu o nierozprzestrzenianiu broni atomowej średniego zasięgu. Prezydent postanowił na dodatek otwarcie zbroić Ukrainę przeciwko Rosji, nawet w sytuacji, gdy Kongres zwątpił w sens dalszego popierania ukraińskiej skrajnej prawicy.
Donald Trump wbrew niedawnym deklaracjom nie zamierza wycofywać reszty wojsk z Syrii ani z Iraku, idąc w ten sposób na pogłębienie konfliktu z Rosją. Zarzewiem kolejnej wasni z Moskwą staje się Wenezuela. Jest również na prostej drodze do wojny z Iranem, która była odwiecznym marzeniem Hillary Clinton. Jeśli więc faktycznie w 2016 r. obiecywali sobie coś po Trumpie, bo na złość “Killary” głosił hasło polityki “nieinterwencji”, to postawili na złego konia. “Dobrego” zresztą być nie może, bo nawet Trump – chodzący pomnik megalomanii – nie jest w stanie rządzić wyłącznie według własnego widzimisię. Każdy prezydent USA jest zakładnikiem amerykańskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego, dla którego samo istnienie Rosji zawsze będzie pretekstem do wszczynania kolosalnie zyskownych wojen. A antyrosyjska panika “obrońców demokracji” w USA jest jak woda na młyn najagresywniejszych “jastrzębi” z CIA, Pentagonu i lobby zbrojeniowego.
Czym więc była Russiagate i czym może być w kolejnych swych odsłonach? Na pewno nie miała nic wspólnego z aferą Watergate – co najwyżej jako jej parodia. Siła i znacznie Watergate opierały się bowiem na wyrokach amerykańskich sądów, a nie na medialnej nagonce żywiącej się tym, co prasie podrzuci CIA. Pogoń za “agentami Putina” była bez wątpienia spektaklem, dzięki któremu Demokraci i ich media miały nadzieję zmieść przeciwnika bez konieczności rozliczania się z ich smutnym dorobkiem, który sprawił, że sfrustrowane masy wolały w 2016 r. zagłosować na politycznego klauna, jawnego rasistę, mizogina, mitomana, miliardera-chama, który kobiety “łapie za cipę” i obiecuje posłać do diabła wszystko co nieamerykańskie, niż na ich “damę”, reprezentującą podobno demokratyczne wartości i poprawność polityczną.
Wraz z upadkiem Russiagate Trump dostał wymarzone paliwo wyborcze na przyszłoroczne wybory. Ktokolwiek zechce rzucić mu poważne wyzwanie, będzie musiał przeciwstawić jego nienawistnemu show umiejętność i odwagę podjęcia palących problemów społecznych przygniatających większość Amerykanów w ich codziennym życiu. To nierówności sięgające poziomu absurdu; podporządkowanie państwa i gospodarki najbogatszemu jednemu procentowi; niekończąca się recesja; nieprzerwane bogacenie się bogatych i biednienie biednych; obozy namiotowe w metropoliach, gdzie koczują nędzarze, którzy potracili domy. To miażdżące koszty opieki zdrowotnej; konieczność chwytania się przez ludzi kilku prac, by przeżyć do pierwszego; “śmieciowe” zatrudnienie; deterioracja infrastruktury i usług publicznych; studencka spirala zadłużenia na opłacenie czesnego; rosnąca represyjność policji; pękające w szwach więzienia prowadzone jako intratny biznes…
Tak przedstawia się USA po ośmioletnich rządach Obamy, który osobiście chwalił się przed przedstawicielami Wall Street, że jego prezydentura uczyniła ich tak bogatymi, jak jeszcze nigdy nie byli. To jest porządek klasowy, który reprezentują Demokraci. Nie ma możliwości, by zmierzyli się z Trumpem na tym gruncie w sposób wiarygodny dla społeczeństwa coraz bardziej niechętnego oderwanym od rzeczywistości elitom. Są bowiem częścią elity na równi z Trumpem. On ma dla ludzi bajkę o “Wielkiej Ameryce” podlanej pobudzającym sosem ksenofobii. Tamci zaś myśleli, że opowiedzą lepszą bajkę, a “ciemny lud to kupi” – stąd “Ameryka w szponach Putina”. Część Demokratów pewnie sam w nią uwierzyła.
Wszystko, co najgorsze w polityce Donalda Trumpa: szczucie na imigrantów i zamykanie meksykańskich dzieci w obozach koncentracyjnych, lekceważenie zubożenia społeczeństwa i coraz wyższe koszty życia, ulgi podatkowe dla najbogatszych, policyjna przemoc dla najbiedniejszych, postępująca katastrofa ekologiczna, uwikłanie w niekończące się wojny pożerające już setki miliardów dolarów – to tylko nasilenie tendencji, które rozwijały się za Obamy. I to nie z powodu indywidualnej polityki głowy państwa. Rzecz w tym, że konsekwentna krytyka Trumpa nieuchronnie musi prowadzić do krytyki kapitalizmu w jego schyłkowej, gnijącej wersji, który trwa głównie dzięki sprzedaży ludziom fantazji lub napuszczaniu ich na siebie nawzajem. Trump robi to doskonale. Okazało się Amerykanom można z powodzeniem wciskać obrzydliwość, cynizm i przemoc kapitalizmu, jego wściekły darwinizm społeczny, bez żadnych upiększających pozorów, jedynie z rozbrajającym uśmiechem opalonego w solarium “Janusza biznesu”, urągającego bez ogródek kolorowym, “pedałom” i feministkom. Demokraci są po staroświecku przywiązani do pozorów demokracji, namiastki równości, która ma utrzymywać z ryzach porządek klasowy. Trump dowiódł, że to już nie działa. Po bladze straszenia Putinem kompletnemu wypaleniu uległ turbopatriotyzm w wydaniu “szlachtnym”. Nowej drogi politycznej na razie nie widać. Nie widać autentycznej siły społecznej. Nie widać nadziei dla Ameryki.

Kaliningradzka rubież i sępy

– czyli kto kogo prowokuje i czym się to może dla Polski skończyć.

W ostatnich tygodniach jesteśmy świadkami kolejnych odsłon militarnej rozgrywki wokół najbardziej na zachód wysuniętego skrawka Rosji. Okręg Kaliningradzki, niczym samotna wyspa otoczona przez kraje NATO, musi stawić czoła coraz bardziej agresywnym posunięciom członków paktu. Obserwujemy więc pojawienie się nowych rodzajów uzbrojenia, nowe jednostki wojskowe, przesunięcia wojsk NATO w tym żołnierzy USA nad samą granicę z Rosją. Towarzyszą temu intensywne manewry wojsk lądowych i floty, a w ostatnim miesiącu intensywne loty samolotów, w tym amerykańskich bombowców strategicznych B-52, a także potężnych samolotów szpiegowskich oraz WRE (walki radiowo-elektronicznej), które niczym sępy krążyły wokół Okręgu Kaliningradzkiego. Wszystko to jednak pod płaszczykiem hałaśliwej retoryki „powstrzymywania Rosji”, „manifestowania obrony sojuszników przez USA” i opowieści o wielkim zagrożeniu ze strony „państwa Putina”.
Warto prześledzić, co się dzieje naprawdę i jak spirala zbrojeń w regionie zamiast bezpieczeństwo wzmacniać, to osiąga skutek dokładnie odwrotny od zamierzonego. Uczciwie trzeba przyznać, Rosjanie ze swej strony nie pozostają bierni i swoimi wojskowymi kontrposunięciami niwelują uzyskiwaną czasowo, niemałym kosztem, regionalną przewagę militarną wojsk USA i krajów NATO, w tym Polski. Powoduje to z kolei „eksplozję” kolejnych pomysłów „nadwiślańskich rusofobicznych jastrzębi”, oczekujących a to nowych baz wojsk USA, a to zakupów nowej broni. Pamiętać należy, że utrzymanie PiS-owskiej wizji tzw. Fortu Trump oraz zakup nowych „zabawek” dla naszej armii z fabryk zbrojeniowych zza oceanu, finansowany będzie z naszej kieszeni, polskich podatników. Nikt się jednak w Polsce tym nie przejmuje, ani sprawujący władzę, ani liberalna opozycja, ani nawet rachityczna dziś polska lewica.
Rządzące aktualnie Polską prawicowe elity nie pojmują, że wyścig zbrojeń jest kontrproduktywny i prowadzi w „ślepą uliczkę”. Potrzeba zaś Rzeczpospolitej dziś polityków z pomysłami niosącymi obniżenie napięcia międzynarodowego. Wizjonerów, ludzi zdolnych do wypracowania procedur deeskalacji na linii NATO-Rosja. Polityków tej miary jak onegdaj minister spraw zagranicznych Adam Rapacki, który na formum ONZ w 1957 r. ogłosił plan denuklearyzacji Europy Środkowej, czy jak szwedzki premier Olof Palme, z jego inicjatywami państw niezaangażowanych, służących obniżeniu napięcia pomiędzy blokiem NATO i USA, a ZSRR i Układem Warszawskim w latach 70. i 80. XX w. Jeszcze w latach 80-tych XX w Polska była inicjatorem ograniczenia zbrojeń i zwiększenia zaufania pomiędzy blokiem NATO a Układem Warszawskim, co zawarte było w memorandum rządu PRL 8 maja 1987 r., tzw. Planie Jaruzelskiego.
Dziś takie inicjatywy płynące z polskich elit – póki co – to marzenie ściętej głowy. Może jednak już czas na głos w tej kwestii polskiej lewicy, gdyż to lewica całego świata zawsze stoi na pozycjach zachowania pokoju i w kontrze do prawicy i liberałów forsujących jak zbrojenia.

Marcowe „przeciąganie liny”, czyli kto i jak daleko kontroluje przestrzeń powietrzną

Obecnie w brytyjskiej bazie RAF Fairford stacjonuje sześć amerykańskich bombowców strategicznych B-52H, należących do 2 Skrzydła Lotnictwa Bombowego USAF. Przybyły one 14 i 15 marca z Barksdale Air Force Base w Luizjanie, między innymi w celu odbycia szeregu ćwiczeń z „wysuniętymi nawigatorami naprowadzania w Polsce i na Litwie”.
Ambasada USA w Warszawie informuje językiem propagandowej nowomowy, że „operowanie „z wysuniętych pozycji” umacnia współdziałanie obronne w ramach NATO, a jednocześnie umożliwia „rozpiętość działań strategiczno-operacyjnych niezbędnych dla odstraszania przeciwnika oraz zapewnienia bezpieczeństwa” sojusznikom i partnerom. „Bombowce B-52 prowadzą szkolenie z NATO-wskimi Joint Terminal Attack Controllers (wysuniętymi nawigatorami naprowadzania lotnictwa), przydzielonymi do wielonarodowej batalionowej grupy bojowej na Litwie oraz ćwiczyły z Grupą Bojową Polska. Na terenie Litwy B-52 dokonywały zrzutu bomb bez materiału wybuchowego oraz doskonaliły elementy bezpośredniego wsparcia lotniczego z udziałem litewskich odrzutowców szkoleniowych L-39 Albatros”.
W rzeczywistości potężne amerykańskie bombowce startowały z bazy Fairford zbliżały się na ok 130 km od bazy Floty Bałtyckiej w Kaliningradzie symulując nalot i zawracały nad Polską, na wysokości Lęborka, z powrotem. W innych przypadkach latały wokół Okręgu Kaliningradzkiego, dokonując bombardowań na poligonach w Estonii czy na Litwie i zbliżając się na 190 km od drugiego miasta Rosji – Sankt Petersburga. Równocześnie z lotami bombowców, np. 20 marca, samolot zwiadu elektronicznego i dowodzenia Boeing E-3 „Sentry” AWACS śledził sytuację nad Kaliningradem latając nad linią Ostrołęką-Łomża, a brytyjski ciężki samolot zwiadu elektronicznego RC-135W, wylatujący z bazy w Middelton w Wielkiej Brytanii, krążył nad Bałtykiem i prowadził misje szpiegowską polegającą na namierzaniu rosyjskich emisji radarowych w Okręgu Kaliningradzkim. W kolejnych dniach w celu identyfikacji nadlatujących bombowców, aby nie włączać określonych radarów, z rosyjskiej bazy w Czkałowsku startowały myśliwce Su-27SM, przechwytując i eskortując amerykańskie bombowce nad wodami międzynarodowymi Bałtyku. Wobec takiego ruchu 25 marca w Polsce na lotnisku w Powidzu pojawiły się amerykańskie myśliwce F-15E Strike Eagle należące do 48 skrzydła myśliwskiego stacjonującego w bazie Lakenheath w Wielkiej Brytanii. Według informacji amerykańskiej ambasady w Warszawie „doskonalą kolektywną gotowość, umacniają relacje z sojusznikami NATO i krajami partnerskimi oraz dowodzą zaangażowania USA na rzecz regionalnego bezpieczeństwa. Ćwiczenia „Rapid Panther” nie mają odniesienia do jakiejkolwiek sytuacji rzeczywistej na świecie”.
Wbrew tym deklaracjom ambasady, mają i to bardzo dużo. Skąd ta nagła aktywność i testowanie możliwości obronnych rosyjskiej OPL w Okręgu Kaliningradzkim?
Otóż 13 stycznia Rosjanie poinformowali, że przystąpili do odtwarzania w bazie Czkałowsk legendarnego 689 Gwardyjskiego Pułku Myśliwskiego im asa radzickiego lotnictwa Aleksandra Pokryszkina. Pułk uzbrojono w myśliwce Su-27SM3, z opcją przezbrojenia w najbliższym czasie na Su-35.
4 marca 2019 r. służby prasowe Zachodniego Okręgu Wojskowego FR poinformowały, że obrona powietrzna w Obwodzie Kaliningradzkim została wzmocniona przez pułk rakiet przeciwlotniczych wyposażony w rakiety dalekiego zasięgu S-400 „Triumf”, który wszedł w skład sił Floty Bałtyckiej.
Pułk wyposażony w systemy S-400 „Triumf” dotarł na stację stałego bazowania w Obwodzie Kaliningradzkim z terenu poligonu Kapustin Jar w Regionie Astrachańskim, gdzie przeprowadzono intensywne szkolenie, w tym z strzelania rakietowe. Rozwinięty przez Rosjan pułk przeciwlotniczy to element ochrony rosyjskich granic powietrznych najbardziej wysunięty na zachód. Pozycje ogniowe i radiolokacyjne jego dywizjonów znajdują się na i w pobliżu Mierzei Wiślanej. Stąd rubież kontroli przestrzeni powietrznej, sięga daleko w głąb terytorium Polski nad Hel, Trójmiasto i w głąb Województw Pomorskiego i Warmińsko-Mazurskiego.
Przezbrojony w systemy S-400, to relatywnie słabszy bo dwudywizjonowy 1545 Pułk Przeciwlotniczy, który wchodzi w skład 44 Dywizji Obrony Przeciwlotniczej Floty Bałtyckiej. Fundamentem siły bojowej 44 dywizji OPL jest bowiem 183 Gwardyjski Mołodeczeński Pułk Rakietowy, dysponujący aż czterema dywizjonami S-400 „Triumf” i dwoma dywizjonami S-300PS „Faworit”.
Tak więc na dziś, przeciwlotnicze zgrupowanie rakietowe 44 Dywizji Obrony Powietrznej Floty Bałtyckiej w Obwodzie Kaliningradzkim, składa się z sześciu dywizjonów rakietowych sytemu S-400 „Triumf” i dwóch dywizjonów rakietowych wyposażonych w S-300PS. Nie wykluczone, że w rezerwie 1545 pułku, znajdują się nie rozwinięte na pozycjach bojowych rezerwowe S-300PS . Żołnierze tej rosyjskiej jednostki są na nim przeszkoleni, przezbroili się na S-400 „Triumf”, jednak na wypadek wojny, rezerwiści mogą obsadzić zdany na magazyn sprzęt lub stanowi on po prostu rezerwę, na wypadek zniszczenia przez przeciwnika sprzętu etatowego. Osłonę dywizjonom rakiet dalekiego zasięgu zapewniają organiczne poddziały wyposażone w przeciwlotnicze artyleryjsko rakietowe systemy krótkiego zasięgu „Pancyr-S” zdolne do niszczenia rakiet manewrujących, bezpilotowców, a nawet artyleryjskich pocisków rakietowych. W skład 44 Dywizji Obrony Powietrznej Floty Bałtyckiej wchodzi również 81 Pułk Radiotechniczny.
Reasumując, przezbrojenie pułków OPL Floty Bałtyckiej w systemy S-400 „Triumf” w Obwodzie Kaliningradzkim to element budowania przez Federację Rosyjską systemu antydostępowego. Polega on na tym, aby jak najdalej od granic Rosji można było zwalczać ewentualne środki napadu powietrznego potencjalnego przeciwnika, bądź wykrywać i reagować na jego ofensywne ruchy w powietrzu. W tym konkretnym przypadku Rosjanie kontrolują przestrzeń powietrzną i mogą razić cele powietrzne w promieniu do 400 km.
System S-400 „Triumf” pozwala niszczyć tak samoloty, śmigłowce i pociski manewrujące jak i rakiety balistyczne. Instalacja amerykańskiej „Tarczy antyrakietowej” w Rędzikowie pod Słupskiem i wystrzeliwane stamtąd rakiety mogą być zatem skutecznie przez Rosjan niszczone. Ponadto „parasol przeciwlotniczy” osłania własne rosyjskie zgrupowanie wojsk, w tym lotniska i pozycje 152 gwardyjskiej brygady rakietowej wyposażonej w rakiety „Iskander-M”. Celem rakiet owej brygady według specjalistów jest unieszkodliwienie w przypadku wojny z USA, amerykańskiej bazy w Rędzikowie. Tym samym budowana wielkim kosztem baza amerykańska, główny port Polskiej Marynarki Wojennej na Oksywiu, oraz lotniska w Babich Dołach, w Gdańsku, Pruszczu Pomorskim i Malborku, skąd dziś operują portugalskie F-16, znalazły się w polu oddziaływania tak rosyjskiej OPL jak i rakiet operacyjno-taktycznych.
I to właśnie przetestowaniu tego rosyjskiego systemu antydostępowego służy kompleks manewrów i ćwiczeń NATO, w tym lotnictwa strategicznego USA, prowadzonych właśnie teraz, w znacznej części powietrzu nad polskim wybrzeżem Bałtyku i wprost nad Polską
Warto jednak pamiętać natchnionym tym wspólnym z Amerykanami „testowaniem Rosjan” nadwiślańskim strategom, o schłodzeniu rozgrzanej głowy. Marzącym o powtórce „Cudu nad Wisłą” i chwale zwycięstwa nad Pregołą, którzy widzą się już roli zwyciężającego Moskali Józefa Piłsudskiego, warto przestudiować smutny losy prezydenta Gruzji Michaiła Saakaszwilego i operację „Przymuszenie Gruzji do pokoju”.
Cierpliwość rosyjska ma bowiem swoje granice. Prezydent Władimir Putin w jednym z wywiadów przywołał jedno z doświadczeń życiowych wyniesionych z czasów dzieciństwa, jaką dała mu ulica Leningradzka. „Jeśli draka nieizbieżna, bit’ nada pierwym” – „Jeśli awantura jest nieunikniona, bić trzeba jako pierwszy”. Obyśmy w tych amerykańskich manewrach i ćwiczeniach wokół Kaliningradu się nie zagalopowali, a nasze polskie i naszych sojuszników z NATO intencje ćwiczebne nie zostały błędnie zinterpretowane w Moskwie jako atak. Bo jeśli nastąpi rosyjskie prewencyjne „przymuszenie Polski do pokoju”, to w kilka dni zostaniemy cofnięci cywilizacyjnie kilka dekad wstecz.
I wcale nie musi nastąpić to za pomocą broni jądrowej. Zrobią to Rosjanie z chirurgiczną precyzją, najnowocześniejszą, dokładną bronią, której moc pokazali w Syrii. Może zamiast „warczeć” i zaczepiać, z podpuszczenia sojuszniczego zaoceanicznego supermocarstwa, warto z wschodnim sąsiadem zacząć, zapewne bardzo trudny, ale jakże potrzebny dialog. Nikt nas Polaków w tym nie wyręczy.