Europejczycy już nie wierzą w USA

Na kryzys zaufania Europejczyków, jak twierdzą badacze, miała wpływ pandemia koronawirusa. Jednak poza wirusem można znaleźć wiele innych czynników, które naruszyły obraz USA jako wiarygodnego i godnego zaufania państwa.

O braku zaufania do Stanów Zjednoczonych pisze „The Guardian”, opierając się na wynikach badani opinii publicznej przeprowadzonych na zamówienie Europejskiej Rady ds. Stosunków Zagranicznych na przełomie kwietnia i maja tego roku w dziewięciu krajach UE, stanowiących dwie trzecie populacji Unii.
Ponad 60 proc. pytanych stwierdziło, że stracili zaufanie do USA jako do światowego lidera. Jednym z kluczowych czynników tego stanu, jest poczucie osamotnienia wobec pandemii, która zmusiła poszczególne kraje do radzenia sobie samotnie z wyzwaniem. Najwięcej respondentów z negatywnym stosunkiem do USA odnotowano w Danii (71 proc.), Portugalii (70 proc.), Francji (68 proc.), Niemczech (65 proc.), i Hiszpanii (64 proc.).
Analizy ekspertów wskazują, że postawa USA podczas pandemii miała decydujący wpływ na takie właśnie postrzeganie amerykańskiego państwa. Chodzi o kompromitującą walkę z koronawirusem na terenie USA i na obojętność wobec kryzysu, z jakim zetknęli się w Europie amerykańscy sojusznicy.
„The Guardian” powołuje się na wystąpienie kanclerz Angeli Merkel, która niedawno właśnie o tym wspominała: „Zaufanie Europejczyków w stosunku do USA zniknęło. Wielu było wstrząśniętych chaotyczną odpowiedzią Amerykanów na COVID-19, brakiem solidarności z Europejczykami, które pokazali zamykając granice przed członkami Schengen i brakiem ich roli w kierowaniu walką z kryzysem wywołanym przez koronawirusa lub choćby uczestnictwa w rozwiązaniu tego problemu, jeśli nie liczyć słownych przepychanek z WHO”, mówiła niemiecka kanclerz i ta jej wypowiedź dobrze charakteryzuje teraźniejsze postrzeganie USA przez Europejczyków.
„Europejczycy przyjęli do wiadomości fakt, że USA nie są już więcej bezwarunkowym przyjacielem Europy w trudnych czasach”, pisze jedna z ekspertek Susi Dennison.
Ilustracją tego braku wiary niech będzie fakt, że na pytanie, czy spodziewają się amerykańskiej pomocy od Stanów Zjednoczonych w odbudowie gospodarki UE, twierdząca odpowiedziało zaledwie 2 proc. pytanych w Niemczech i 3 proc. we Francji.
Eksperci zwracają też uwagę, że nie jest to dowód na niechęć do Donalda Trumpa i jego administracji. To kryzys zaufania do USA jako całości. Twierdzą też, że jeżeli USA szybko nie zareaguje na ten kryzys zaufania wobec ich kraju, to Europa sama będzie liczyć na siebie podczas rozwiązywania poważnych globalnych problemów takie jak klimat i przyszłe pandemie.
Opisywany sondaż pokazuje dowodnie to, co widać od dłuższego czasu gołym okiem: zmienia się świat, zmienia się rola USA. Kto tego nie dostrzega i nie wyciągnie z tego wniosków we właściwym czasie, ten przegra. Polska jest pierwsza w kolejce.

10 filmów, dzięki którym zrozumiesz, co się dzieje w USA

To, co w ostatnich tygodniach ma miejsce w Stanach Zjednoczonych i w większości państw zachodnich coraz bardziej przypomina rewolucję. Płoną komisariaty, burzone są pomniki, a liczba protestujących nie spada. Poniższa lista zawiera filmy, które pozwolą zrozumieć, skąd ten gniew, jakie przerażające wydarzenia i lata dyskryminacji go napędzają.

Część z filmów to dokumenty, opowiadające o tym, co miało miejsce naprawdę. Ale i w obrazach przynależących do sfery fikcji nawet mniej uważny widz dostrzeże analogie do scen, które naprawdę się wydarzyły. Celowo pominięto w tym zestawieniu megaprodukcje, o których trąbił cały przemysł filmowy. Część proponowanych filmów nie doczekała się nawet swojej oficjalnej premiery w Polsce. Dobór jest skoncentrowany na produkcjach amerykańskich, dotyczących sytuacji ludzi czarnoskórych w Stanach Zjednoczonych i ich walki o godne życie. Jednak podobne akty przemocy mają miejsce na całym świecie.
Hej dzieciaki, niech zapłoną serca! Dwa filmy od Spike’a Lee

Lee uchodzi za niekwestionowanego mistrza czarnego kina naszych czasów. Gdy tworzy filmy o społeczności, z której się wywodzi, bardzo często używa niekonwencjonalnych metod i praktyk. Nie ma chyba jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak robi. Może być to po prostu chęć eksperymentowania, a także próba zwrócenia uwagi, jak niejednorodne są społeczności czarnoskórych w USA.
Pierwszym filmem, który polecam wszystkim zobaczyć jest postmodernistyczne Ona się doigra (1986), o którym pisałem już przy okazji poprzedniej, tęczowej listy. Do tego jest dobra wiadomość dla osób, którym jednak lepiej wchodzą seriale niż filmy: Spike Lee w latach 2017-2019 nakręcił również serial na podstawie oryginalnej produkcji filmowej. Jedno i drugie dostępne jest na platformie Netflix.
Z kolei
Rób co należy (1989 )

to film, który wiernie pokazuje na ekranie to, co działo i dzieje się teraz w USA. Widzimy dzielnicę, która ledwo sobie radzi z falą upału, im dłużej film trwa, tym bardziej sytuacja staje się napięta, a atmosfera między czarnoskórymi i białymi gęstnieje z minuty na minutę. Film znajdziecie na dwóch polskich portalach VOD.
Paryż Płonie (1990)
jest jednym z trzech dokumentów w całym zestawieniu. Opowiada on o środowisku osób transpłciowych i homoseksualnych w Harlemie oraz Bronxie. Problemy miłosne i z rodziną nakładają się na konflikty klasowe i chociaż obraz Jennie Livingston powstał 30 lat temu, to nie stracił na aktualności. Tak właśnie żyje czarna społeczność LGBT+ w Stanach Zjednoczonych. Obraz dostępny jest za darmo na portalu YouTube.
Chłopaki z sąsiedztwa (1991)
to z jednej strony dramat rodzinny. Z drugiej – naprawdę porządnie zrobiony film gangsterski, można się też w nim doszukać jeszcze co najmniej kilku innych podgatunków. Nie zdradzam szczegółów fabuły, zalecam natomiast oglądanie w pełnym skupieniu, by poczuć klimat bijący z tego dzieła, zanurzyć się w gorącą atmosferę, podkręcaną oprawą muzyczną. Po seansie, zrozumienie motywacji uczestników amerykańskich protestów naprawdę stanie się prostsze. Aż cztery portale umożliwiają legalne obejrzenie filmu w internecie.
Historyczny film
Czarne Pantery. Awangarda Rewolucji (2015)
zniknął z portalu streamingowego Netflix szybciej niż na niego trafił. Ten, kto chce poznać historię jednej z najważniejszych grup politycznych domagających się równości dla praw osób czarnoskórych, może jednak znaleźć go w zasobach YouTube. Warto: dowiecie się, kim byli członkowie Partii Czarnych Panter, kim są teraz i co udało się im osiągnąć.
Dwa filmy od Jordana Peele,
czyli zupełnie nowe spojrzenie na horror oraz problematykę rasową. Określane mianem posthorroru filmy Uciekaj (2017) i To my (2019) są niepowtarzalnymi seansami. W Polsce ten gatunek nie cieszy się zbytnią popularnością, chociaż podbił serca widzów na całym świecie. Jordan Peele jest niezwykle utalentowanym scenarzystą, który potrafi oddać w filmie to, czego sam był świadkiem, a może nawet i przeżył. Oba filmy pokazują dystopijną, ale silnie inspirowaną teraźniejszością rzeczywistość. Pierwszy film dostępny jest na trzech platformach VOD, To my zaś, można zobaczyć aż w czterech miejscach.
Film
LA 92 z 2017 roku
bardzo często przywoływany jest w kontekście dzisiejszych wydarzeń. Tytuł sugeruje, że dokument ten dotyczy zamieszek, które wybuchły po pobiciu Rodneya Kinga. Jednak aby wytłumaczyć sens tamtych wypadków, obraz na początku zagłębia się w problematykę rasowo-klasową lat 50. i 60. Co to za kraj, w którym jesteśmy w stanie wysłać człowieka na księżyc, a nie potrafimy opanować choroby w naszych miastach – słyszymy w pewnym momencie. Czy te słowa się zdezaktualizowały? Bynajmniej. Choć pierwsze zdjęcia ukazane w filmie i nasze czasy dzieli kilkadziesiąt lat, to łatwo zauważyć, że w kwestii równości nie zmieniło się praktycznie nic. Możecie zobaczyć go w serwisie Netflix.
Nienawiść, którą dajesz (2018).
Film bardzo trudny do oceny, ale na pewno warty obejrzenia. George Tillman Jr. stworzył manifest skierowany przeciwko rasizmowi, państwu i systemowej przemocy wobec jednostki. Polityczna otoczka scenariusza rozwijana jest przy pomocy młodej nastolatki o imieniu Starr. Jej świat wywraca się o 180 stopni, gdy jej przyjaciel zostaje zamordowany przez policjanta. Skojarzenia same cisną się na usta, ale problematyka filmu okazuje się jeszcze trudniejsza: wszystko rozgrywa się w świecie ludzi dopiero wchodzących w dorosłość. Trzy polskie serwisy VOD umożliwiają jego obejrzenie – szykujcie się na niełatwy w odbiorze seans. Niesprawiedliwość bijąca z ekranu powoduje, że chce się wejść na barykady i położyć jej kres.
Przepraszam, że przeszkadzam (2018)
jest filmem o jednym z nowszych wynalazków kapitalizmu – telemarketingu. Scenariusz skupia się bowiem na zdesperowanym mężczyźnie, który nie potrafi odnaleźć się w neoliberalnej rzeczywistości, w jakiej żyje. Zatrudnia się zatem w firmie sprzedającej praktycznie wszystko. Na każdym kroku przekonuje się, jak rasistowski jest kapitalistyczny rynek pracy. Elementy science-fiction przedstawione w produkcji nie służą wcale przeniesieniu akcji poza prawdziwy świat, a właśnie temu, by ukazać go w pełni, takim, jakim jest. Obraz Bootsa Rileya znajdziecie na czterech polskich platformach VOD.
Zamiast zakończenia
Jeśli zaczynaliście seans jednego z tych filmów całkowicie nieprzekonani do idei walki o prawa represjonowanych, mam nadzieję, że wasz pogląd na te sprawy się zmienił. Natomiast, jeśli oburzenia nie wzbudziło w was pobicie Rodney Kinga, jeśli nie nie oburzyło was zabójstwo George’a Floyda, jeśli nadal uważacie, że problem was nie dotyczy, bo dzieje się za oceanem i dotyczy ludzi o innym pochodzeniu niż wy, to ruszcie wasze białe dupy pod najbliższy komisariat policji. Nie musisz od razu wybijać szyb, ani wszczynać zamieszek. 9 czerwca Polskę obiegła wiadomość, że sąd w Poznaniu umorzył śledztwo w sprawie zabójstwa Igora Stachowiaka przez policję. Nie będzie pokoju bez sprawiedliwości. Weź ze sobą znicz, znajomych lub rodzinę i zapal choćby to małe światło dla solidarności z ofiarami systemowej, policyjnej przemocy.

Trump – prezydent miłujący demokrację i logikę

Prezydent USA groził policyjną represją przeciwko wszelkim protestującym, którzy gromadzili się, aby go potępić podczas jegow wiecu wyborczego w Tulsa w Oklahomie. Potem poggrążył się bardziej. Zakomunikował, że na jego polecenie służby sanitarne kraju znacząco spowolniły testowanie obywateli na obecność koronawirusa żeby było mniej zakażeń.

„Wszyscy protestujący, anarchiści, agitatorzy, rabusie i łobuzy, którzy jedziecie do Oklahomy, musicie zrozumieć, że nie będziecie traktowani tak, jak w Nowym Jorku, Seattle czy Minneapolis. To będzie zupełnie inna scena!” – zapowiedział prezydent USA Donald Trump w piątek na Twitterze. Tym samym zrównał protestujących ze złodziejami sugerując, że, jeśli nie odstąpią od protestu, zostaną brutalnie potraktowani przez policję. Tweet prezydenta, oprócz gróźb, zawiera również fałszywą sugestię, jakoby w wymienionych wyżej miastach policja wykazywała powściągliwość w swoich reakcjach na pokojowe demonstracje.
Przeciwnicy Trumpa są oburzeni. „Prezydent wyraża zamiar naruszenia Konstytucji, odmawiając Amerykanom prawa do pokojowego gromadzania się w ramach Pierwszej Poprawki do konstytucji” – napisał na Twitterze Demokrata Don Beyer, członek Izby Reprezentantów. „Trump ubóstwia dyktatorów, którzy reagują przemocą i krytyką. Nie nadaje się na urząd” – dodał.
Republikański burmistrz Tulsy, gdzie ma odbyć się rzeczony wiec, G. T. Bynum, prewencyjnie wprowadził godzinę policyjną, która ma obowiązywać aż do najbliższej niedzieli w godz. od 22.00 do 6.00 rano w okolicach, w których Trump będzie agitował wyborców. W ramach uzasadnienia powołał się na rzekome „informacje z Departamentu Policji w Tulsa i innych organów ścigania, z których wynika, że ​​osoby z zorganizowanych grup, które były zaangażowane w destrukcyjne lub agresywne zachowania w innych stanach, planują podróż do miasta Tulsa w celu spowodowania niepokoju w okolicach wiecu”. No, jasne!
Oskarżany o dyktatorskie zapędy, o brak zrozumienia, czym jest wolność słowa i prawo do zgromadzeń, Trump znalazł sposób na to, by szczuć Amerykanów na siebie, oddzielając rzekomo dobrych protestujących od złych. W przemówieniu w Białym Domu na początku tego miesiąca amerykański prezydent przedstawił się jako „sojusznik wszystkich pokojowych protestujących”, a zarazem przeciwnik „zawodowych anarchistów, brutalnych tłumów, podpalaczy, łupieżców, przestępców, uczestników zamieszek, Antify i innych”.
Piątkowy tweet prezydenta wskazuje na to, że „podpalaczami” i „przestępcami” są dla niego wszyscy ci, którzy nie zgadzają się z jego polityka i głośno dają temu wyraz. Pod pretekstem zaprowadzania porządku na ulicach amerykańskich miast postępuje zjawisko kryminalizacji protestu jako takiego, zwłaszcza gdy ma on charakter lewicowy i postępowy.
Na słowa Trumpa zareagowała organizacja American Civil Liberties Union (ACLU), która zapowiedziała, że jeśli organy ścigania zaatakują pokojowych demonstrantów w Tulsa, skieruje wobec nim wniosek do sądu.
„Każdy prezydent, burmistrz lub szef policji, który atakuje protestujących, powinien zrozumieć, że zostanie pozwany, tak jak to zrobiliśmy w D.C., Seattle i Minneapolis” – czytamy w oświadczeniu organizacji.
W Tulsie Trump opowiadał też, że testowanie ujawniały rosnąca liczbę zarażonych (!). „To kij o dwóch końcach. (…) Oto jak wygląda zła strona: kiedy testuje się w takiej skali, to potwierdza się coraz więcej przepadków pozytywnych. Dlatego poprosiłem swoich ludzi – przystopujcie testowanie”, mówił Trump, cytowany przez CNN. Na tym tle wezwania Lecha Wałęsy, by stłuc termometr, żeby nie mieć gorączki, wyglądają jak niewinny żarcik.
Opozycyjna wobec Trumpa CNN, która poinformowała o tej wypowiedzi amerykańskiego prezydenta, nazwała ją „oszałamiającą szczerością”, jeśli zważyć jak ważną role pełni testowanie w walce z epidemią oraz fakt, że zmarło już około 120 tysięcy ludzi.
Sztab Trumpa i wiceprezydent Pence, próbowali usprawiedliwić swojego pryncypała twierdzeniem, że to był „oczywisty żart”, ale to nie przynosi żadnych skutków, a polityczni konkurenci Trumpa wykorzystują tę jego wypowiedź na całego. Chwyt, że głupie słowa to tylko „żarty” raczej nie są skuteczną taktyką w przedwyborczej walce w USA.
– Nie żartuję. Pozwólcie mi to powiedzieć. Pozwólcie, że wyjaśnię – odpowiedział na te próby obrony jego inteligencji Trump dziennikarzom, gdy dopytywali się, czy jego uwagi na wiecu wyborczym w sobotę w Tulsie, w Oklahomie, były zamierzone jako żart.
– Mamy najlepszy program testowy na świecie. Testujemy lepiej niż ktokolwiek inny na świecie. Nasze testy są najlepsze na świecie i mamy ich najwięcej – mówił.
– Robiąc więcej testów, ujawniamy więcej przypadków – demonstrował swój stan intelektualny kilka godzin przed podjęciem Andrzeja Dudy.
Na wspomnianym wiecu w Oklahomie Trump obiecał, że w listopadzie zwyciężą „sennego Joe Bidena”. Jednak jeszcze kilka takich ataków szczerości amerykańskiego prezydenta i to zwycięstwo może okazać się trudniejsze niż się Trumpowi wydaje.

Generał Jaruzelski i USA

Wojciech Jaruzelski jako generał i polityk wielokrotnie wypowiadał się na temat polityki Stanów Zjednoczonych i stosunków polsko-amerykańskich. M.in. 30 października 1967 r. ambasador USA w Polsce John Gronouski w rozmowie z wiceministrem spraw zagranicznych Marianem Naszkowskim wyraził niepokój z powodu wypowiedzi ówczesnego wiceministra obrony narodowej Wojciecha Jaruzelskiego, który rzekomo porównał działania amerykańskie w Wietnamie do działań wojsk Hitlera podczas II wojny światowej. To oznaczało oskarżenie USA o ludobójstwo.

Ambasador, który uczestniczył w II wojnie światowej, tym boleśniej odczuwał takie porównanie. Świadczy to – zdaniem ambasadora – że nasze rozbieżności przybierają inny charakter niż w przeszłości. Porównywanie Stanów Zjednoczonych z hitlerowskimi Niemcami jest poważną sprawą i Amerykanie odczuwają ją boleśnie. Ambasador Gronouski podkreślił, że rozumiał dotychczasową polską krytykę polityki amerykańskiej w Wietnamie i nie protestował, choć nie podobała mu się ta krytyka, natomiast kojarzenie tej polityki z polityką Hitlera wywołuje zaniepokojenie strony amerykańskiej.
Naszkowski odpowiedział, że nie porównujemy systemu amerykańskiego z systemem, jaki stworzył Hitler w Niemczech. „Natomiast okrucieństwo wojny prowadzonej przez USA , metody i skutki te wojny przypominają nam postępowanie hitlerowców wobec Polski. Trudno by takie analogie się nie narzucały, kiedy bombarduje się dzielnice mieszkaniowe Hanoi i zrzuca się bomby kulkowe przeznaczone do zabijania ludzi”.
Depesza od Reagana
W lutym 1981 roku z okazji objęcia przez Wojciecha Jaruzelskiego funkcji premiera prezydent Reagan przesłał depeszę gratulacyjną. Życzył „powodzenia w wysiłkach dla spokojnego rozwiązana problemów stojących obecnie przed narodem polskim. Odnosimy się do tych wysiłków z sympatią, zgodnie z duchem przyjaźni i wzajemnego poszanowania, który charakteryzuje nasze stosunki. Liczę na współpracę z Panem dla dalszego konstruktywnego rozwoju tych stosunków”.
Na zakończenie posiedzenia Krajowej Rady Bezpieczeństwa, 26 marca 1981 roku, sekretarz prasowy prezydenta złożył oświadczenie sugerujące, że liczy się z możliwością siłowego rozwiązania wewnętrznych problemów Polski. Prezydent Reagan powiedział wówczas: „Stany Zjednoczone z rosnącym niepokojem obserwowały objawy tego, że władze polskie mogą przygotowywać się do użycia siły dla rozwiązania przeciągających się sporów w ich kraju między władzami a związkami zawodowymi. Oświadczenie złożone zostało w okresie napięć wewnętrznych spowodowanych zajściami w Bydgoszczy.
Prezydent Reagan stwarzał nadzieję na udzielenie Polsce pomocy gospodarczej, ale dawał do zrozumienia, że będzie to zależało od postawy rządu polskiego wobec opozycji.
20 października premier W. Jaruzelski przyjął delegację 47 prezesów i dyrektorów największych koncernów amerykańskich. Premier wyraził zadowolenie z powodu przyjazdu do Polski wybitnych przedstawicieli świata gospodarczego Stanów Zjednoczonych, co służyć powinno lepszemu wzajemnemu zrozumieniu oraz pożytecznej i przyjaznej współpracy. Premier przedstawił również charakter trudności przeżywanych przez kraj i sposoby ich przezwyciężenia, wskazał, że Polska jest krajem zasobnym w surowce, dysponującym liczną i wykszatłconą kadra inżynierów, techników i robotników, a także rozwiniętym potencjałem produkcyjnym. Ma więc wszelkie dane po temu, aby po pokonaniu ostrego kryzysu a przede wszystkim ustabilizowaniu sytuacji w kraju, stać się znów pełnowartościowym partnerem w międzynarodowej współpracy gospodarczej.
Dziękując za gościnę w Polsce, Sol Linovitz przekazał wyrazy sympatii dla społeczeństwa i rządu polskiego, a także słowa zrozumienia dla trudności jakie przeżywa nasz kraj. Podjął wyrażoną przez premiera Wojciecha Jaruzelskiego myśl, że Polska podźwignie się z obecnych trudności, które mają jego zdaniem charakter przejściowy.
22 grudnia 1981 roku ambasador USA w Warszawie Francis Meehan złożył wizytę ministrowi spraw zagranicznych Józefowi Czyrkowi. Wręczył mu list prezydenta Reagana adresowany do premiera Wojciecha Jaruzelskiego, w którym informował rząd polski o zawieszeniu amerykańskiej pomocy ekonomicznej dla polski.
Reagan zaniepokojony
23 grudnia prezydent Reagan skierował list do premiera Jaruzelskiego, w którym wyraził „zaniepokojenie” z powodu wprowadzenia stanu wojennego. „Celem tego listu – pisał prezydent nie jest kwestionowanie charakteru systemu politycznego Polski, czy też sojuszy militarnych. Jednak rząd Stanów Zjednoczonych nie może pozostać biernym i zignorować powszechnych pogwałceń praw człowieka występujących w Polsce”. Następnie Reagan wylicza sankcje jakie zastosował wobec Polski. List kończył się apelem do Jaruzelskiego o „podjęcie kroków dla skierowania Polski ku polityce prawdziwego kompromisu i negocjacji”. Reagan wyraził gotowość odwołania sankcji „z chwilą, gdy przekonamy się, że rząd Pański podjął konkretne kroki dl położenia kresu represjom”.
W odpowiedzi na sankcje amerykańskie W. Jaruzelski jako premier wystosował list do prezydenta USA R. Reagana będący odpowiedzią na jego pismo z 23 grudnia 1981 roku. List zawierał wyjaśnienia przyczyn, dla których wprowadzono stan wojenny w Polsce z podkreśleniem, iż decyzja ta stanowiła „wewnętrzną, suwerenną sprawę państwa polskiego”, a także – protest przeciwko kampanii propagandowej prowadzonej przez Głos Ameryki i Wolną Europę w stosunku do Polski. W. Jaruzelski wyraził również ubolewanie z powodu ogłoszenia amerykańskich sankcji gospodarczych, stwierdzając, że decyzja ta jest sprzeczna z tradycjami przyjaźni polsko-amerykańskiej.
W przemówieniu w Jastrzębiu premier Jaruzelski stwierdził m.in. iż jeśli administracja amerykańska kontynuować będzie antypolską kampanię rząd PRL ograniczy płaszczyznę współpracy z USA. Przede wszystkim polskie instytucje i placówki zerwą kontakty z Agencją Informacyjną Stanów Zjednoczonych.
Sankcje w ostatecznym wyniku – mówił premier Wojciech Jaruzelski – godzą w naród polski, w każdego Polaka. „Cel sankcji jest jasny: sparaliżować gospodarkę polską, uniemożliwić wyjście z kryzysu, wziąć głodem, sprowokować do wewnętrznego konfliktu. Oto miara rzekomego humanitaryzmu. Oto lekcja, której musimy nauczyć się na pamięć. Polaków pragnie się ukarać za to, że nie dopuścili do zbudowania w sercu Europy ofiarnego stosu, na którym spłonąć mogło ich państwo za to, że chociaż raz okazali się mądrzy przed szkodą.
Nie istnieją granice obłudy. Rząd, który od lat torpeduje zastosowanie sankcji wobec wielkiego obozu koncentracyjnego, jakim jest Republika Południowej Afryki, nie doznaje żadnych wahań, stosując sankcje wobec Polski”.
„Polski nacjonalista”
28 grudnia 1981 r. nie zidentyfikowany z nazwiska „wysoki przedstawiciel” Departamentu Stanu w udzielonym wywiadzie dla prasy europejskiej przyznał, że odnośnie do postawy gen. Jaruzelskiego są wyrażane różne opinie. Jedni uważają go za „polskiego nacjonalistę”, który uratował Polskę przed interwencją radziecką, drudzy podejrzewają, że jest on narzędziem polityki radzieckiej. „Nie wyślemy do polski żadnej pomocy humanitarnej ani jakiejkolwiek innej, jeżeli nie będziemy pewni, że trafi ona do rąk tych, dla których jest przeznaczona” – powiedział. Nie wszyscy Amerykanie popierali konfrontacyjną polityką Waszyngtonu wobec Polski. Richard Spielman proponował, aby zrezygnować z „nieskutecznych sankcji”, ponieważ taka polityka „zmniejsza szanse na kompromis w Polsce”. „Jaruzelski – pisał on – nie jest radziecką marionetką. Ma on ograniczoną, ale autentyczną autonomię działania w sytuacji kryzysowej”.
W wywiadzie dla japońskiego dziennika „Nikon Keizai Shimbun” W. Jaruzelski powiedział, że „rząd Stanów Zjednoczonych a pod jego naciskiem i niektóre inne rządy zachodnie jednostronnie zerwały wiele zawartych z nami umów, zastosowały bezwzględne restrykcje. Ośmielono się stawiać Polsce warunki, co jest nie do pogodzenia z naszą suwerennością, z naszą duma narodową. Kroki te wykazały, że gospodarka polska była pod wieloma względami nadmiernie uzależniona od importu z krajów niesocjalistycznych”.
Generał Jaruzelski jako I sekretarz KC PZPR wielokrotnie wypowiadał się w pierwszej połowie 1983 r. na temat stosunków polsko-amerykańskich. Tak np. w przemówieniu na wojewódzkiej konferencji sprawozdawczo-programowej w Katowicach 21 lutego 1983 r. gen Jaruzelski zwrócił uwagę, że Stany Zjednoczone są główną lokomotywą próbującą przedstawić stosunki krajów kapitalistycznych z socjalistycznymi na tory konfrontacji. „Antypolską politykę Stanów Zjednoczonych scharakteryzowałem w grudniu ubiegłego roku w Jastrzębiu. Potwierdzam, że przyszłość stosunków polsko-amerykańskich zależy przede wszystkim od tego, czy rząd USA powróci do przestrzegania powszechnie obowiązujących norm i porozumień międzynarodowych”.
W wystąpieniu na warszawskiej konferencji PZPR w dniu 26 lutego 1983 roku gen. W. Jaruzelski powiedział m.in.: „Polska znajduje się nadal na pierwszej linii ataku skrajnych sił imperializmu. Eksploatacja tematu polskiego jest wygodnym pretekstem dla podgrzewania międzynarodowej nieufności, pobudzania wyścigu zbrojeń, ataku na Związek Radziecki, na socjalistyczną wspólnotę. Przeciwnik chce nas zepchnąć w zaułek niemocy, beznadziejności, wiecznego przygnębienia. Jeśli nie udał się gwałtowny wybuch bratobójczy, to niech przynajmniej się tli, to może się uda długotrwałe zatruwanie i nadwyrężenie społeczno-gospodarczych struktur socjalistycznej Polski.
To się oczywiście też udać nie może, ale koszty wydłużającego się kryzysu, straty ponoszone w sferze świadomości gospodarki mogą być duże. Partia powinna pokazywać społeczeństwu ten haniebny, brutalny mechanizm. Uderza on we wszystkich Polaków, niezależnie od ich światopoglądu i przekonań. Uderza w ich byt materialny, w perspektywę normalizacji. Już raz – 13 grudnia 1981 roku okazaliśmy się mądrzy przed szkodą. Rozumiejąc istotę tej antypolskiej gry musimy okazać się mądrzy i dziś”.
Na krajowej naradzie aktywu robotniczego w końcu marca 1983 roku gen. Jaruzelski powiedział: „Są na Zachodzie potężne i wpływowe siły, którym z oczywistych powodów zależy na tym, aby Polska była „chorym człowiekiem Europy”, państwem, którego granice można kwestionować. Są siły zainteresowane w tym, aby przezwyciężenie naszego kryzysu trwało jak najdłużej. Im ludziom w Polsce żyje się gorzej – tym lepiej dla Waszyngtonu. Są tacy, którzy dla swych własnych imperialistycznych celów gotowi są „wojować do ostatniego Polaka”.
Kto się z tymi siłami dobrowolnie lub z bezmyślności sprzymierza, kto daje posłuch obcej propagandzie uprawianej dla obcych celów, za obce pieniądze, przez obcych obywateli – ten nie ma moralnego prawa, aby rozprawiać o Polsce. Siłę kraju wyznacza nie tylko jego potencjał militarny, system sojuszów obronnych, poziom cywilizacyjny i stan gospodarczy, lecz w tej samej mierze określa ją stan umysłów, poczucie narodowej wspólnoty interesów i dążeń. Jątrzenie, skłócanie i dzielenie narodu, podsycanie nieufności i nienawiści, żadnym polskim interesom służyć nie mogą”.
Koła imperialistyczne
W przemówieniu 1-majowym w Warszawie gen. W. Jaruzelski powiedział: „Koła imperialistyczne wciąż jeszcze liczą, że kraj nasz stanie się areną, na której Polacy – nie rozumiejąc, kto i w jakim celu ich do tego podżega – będą się ze sobą zderzać w imię cudzych, obcych nam interesów.
Wyróżnia się w tym rząd Stanów Zjednoczonych. Stosując i inspirując bezprawne restrykcje, bezprzykładną agresję propagandową, próbuje wtrącać się w nasze sprawy. W tym świetle musimy spojrzeć ostrzej i na zamiar rozmieszczenia nowych rakiet, wycelowanych również w nasze miasta. Polska krew jest nisko notowana w waszyngtońskiej giełdzie.
Jest sprawa rozumu, honoru, patriotyzmu klasy robotniczej, wszystkich ludzi pracy, aby te cyniczne, antypolskiej rachuby skończyły się jak najrychlej tam, gdzie się skończyć powinny – na złomowisku historii ” .
Na I Kongresie PRON-u gen. Jaruzelski, przemawiając 7 maja 1983 roku powiedział” „Nie my proklamowaliśmy „polsko-amerykańska zimną wojnę”. Nie nam jest ona potrzebna. Wysuwanie warunków pod adresem Polski na nic się nie zda. Nie ma co liczyć na naszą kapitulację. Stany Zjednoczone musiały się ze wstydem wycofać z Wietnamu. Wcześniej czy później wycofają się i z niesławnej kampanii przeciwko Polsce”.
Przemawiając na skończenie obrad XII Plenum PZPR na początku czerwca 1983 roku, gen. Jaruzelski podkreślił, że „w interesach zwłaszcza amerykańskiego imperializmu leży przedłużenie polskiego kryzysu, wywoływanie w naszym kraju wstrząsów wykorzystywanych jako tworzywo do zimnowojennej antysocjalistycznej krucjaty. Jest to więc brudna wojna ekonomiczna i polityczno-psychologiczna prowadzona przeciwko żywotnym interesom Polski. Jakże żałosny jest w tym koncercie między innymi głos władz pewnego zachodniego kraju, które z protestów w polskich sprawach chcą uczynić listek figowy dla własnych groźnych wydarzeń i kłopotów.
Dowiedliśmy, że nie ulegniemy ani groźbom, ani naciskom. Zachód musi to zapamiętać raz na zawsze. Ale też nigdy nie wyrzekliśmy się gotowości do równoprawnej, służącej pokojowi normalizacji stosunków z każdym państwem, które ze swej strony wykaże dążność w tym kierunku. Eliminując możliwość rozgrywania karty polskiej w zimnowojennych celach, nastawiamy się na stopniową odbudowę polskiej aktywności w ramach skoordynowanych państw socjalistycznych, na inicjatywy i działania nawiązujące do bogatych tradycji polskiej polityki zagranicznej całego okresu powojennego”.
Na zjeździe Stowarzyszenia Dziennikarzy PRL gen. Jaruzelski powiedział, że „pokój społeczny, porozumienie Polaków – to najgorszy możliwy bieg wydarzeń z punktu widzenia obecnych strategów Waszyngtonu. Polska słaba – to karta do gry. Polska mocna, zakotwiczona w socjalistycznej wspólnocie, pewna własnych sił i ufna w moc sojuszów – to porażka dla tych, którzy planują „demontaż komunizmu”. Dlatego linia postępowania wobec naszego kraju jest czytelna i logiczna: grozić i stawiać warunki, jątrzyć i izolować, podżegać i wygłupiać…
Za oceanem mówi się kilka razy na tydzień, że rząd Stanów Zjednoczonych nie ma wprost żadnych innych pragnień jak wolność, szczęście i dobrobyt narodu polskiego. Tylko bezgranicznie naiwni mogliby w to uwierzyć.
Soldateska i rasistowski reżim
Naród amerykański, który wniósł znaczący wkład w walkę z hitlerowskim faszyzmem, nie szczędził wysiłków dla rozgromienia japońskiego militaryzmu, naród wybitnych twórców nauki i techniki – cieszy się od dawna sympatią Polaków. Lecz przecież są w tym samym narodzie siły, które dopuściły się ludobójstwa w Wietnamie. Ustanowiły system nieludzkiego wyzysku w wielu krajach Ameryki Łacińskiej. Osłaniają każdą zbrodnię izraelskiej soldateski. Wspierają rasistowski reżim w Republice Południowej Afryki. Dla tych sił Polska jest pionkiem na szachownicy – i niczym więcej.
Niechaj Stany Zjednoczone oraz ich sojusznicy w Pakcie Atlantyckim oficjalnie, publicznie, bez żadnych niejasności, potwierdzą nasze niezbywalne prawo do Wrocławia i Szczecina, nienaruszalność granic polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, które znów, mimo wszystkich zobowiązań zawartych w Akcie Końcowym Konferencji Bezpieczeństwa Współpracy w Europie, podważa się i atakuje nad Renem. Niech rząd USA i inne rządy zachodnie przestaną wykorzystywać dywersyjne rozgłośnienie do ingerowania w wewnętrzne sprawy naszego kraju. Jest to nieodłączna część ich polityki państwowej wobec Polski. Niech wreszcie cofną wymierzone w nasz kraj restrykcje. Ich bezpośrednie i pośrednie koszty – idą już w miliardy dolarów. Ponosi je naród polski. Przyjdzie czas, że wrócimy do tej sprawy.
Los narodu i terytorium polskiego jest Stanom Zjednoczonym i Paktowi Atlantyckiemu w rzeczywistości obojętny. Potwierdzony ponownie zamiar zainstalowania na zachód od Łaby amerykańskich rakiet nowej generacji jest decyzją o nieobliczalnych następstwach. Będą one wymierzone również w nasz kraj, w polskie miasta, ośrodki przemysłowe, szlaki komunikacyjne”14.
Przytoczyłem fragmenty przemówień W. Jaruzelskiego z pierwszej połowy 1983 roku, ponieważ ilustrują one ówczesną retorykę polityczną w odniesieniu do Stanów Zjednoczonych i reakcję władz polskich na twardą politykę administracji Reagana.
20 lipca 1983 r. Rada Państwa zniosła z dniem 22 lipca stan wojenny w Polsce. Następnego dnia, 21 lipca 1983 roku gen W. Jaruzelski udzielił wywiadu znanej i popularnej w USA dziennikarce ABC, Barbarze Walters.
Przykre doświadczenie
Na pytanie: „Co Pan myśli o prezydencie Reaganie?” gen. Jaruzelski stwierdził, że z uwagi na należny szacunek dla głowy państwa wolałby nie rozwijać tego tematu. Podkreślił jednak, że „dla nas, Polaków i dla mnie osobiście te stosunki, które się obecnie ukształtowały między Polską a Stanami Zjednoczonymi są bardzo przykrym doświadczeniem. Nasze narody łączy długa, tradycyjna przyjaźń. Szanujemy wielki naród amerykański, jego wspaniały dorobek cywilizacyjny. Ja, jako młody oficer, na początku maja 1945 roku nad rzeką Łabą, w środku Europy uścisnąłem dłoń amerykańskiemu oficerowi. Spotkaliśmy się tam na gruzach faszyzmu hitlerowskiego. Jest to niezwykle smutne, że te stosunki właśnie tak się ułożyły. Nie z naszej winy”.
W wygłoszonym na posiedzeniu Sejmu przemówieniu Jaruzelski stwierdził, że „w antypolskich posunięciach przoduje rząd Stanów Zjednoczonych. Dwustronne stosunki polsko-amerykańskie są złe, są gorsze niż kiedykolwiek były. Niemal co tydzień formułuje się kolejne warianty swoistego ultimatum. Obcy dyktat nie wpływa i nie będzie wpływać na nasze wewnętrzne sprawy, na politykę rządu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej”.
Przemawiając 4 grudnia 1983 roku na centralnej akademii w Zabrzu z okazji Dnia Górniaka premier W. Jaruzelski powiedział m.in.: „Prezydent Reagan w ciągu dwóch lat zdołał zburzyć to, co w stosunkach polsko-amerykańskich powstało przez długie dziesięciolecia”.
W wywiadzie dla dziennikarzy zagranicznych Wojciech Jaruzelski powołując się na polskich ekonomistów oszacował koszty bezpośrednie i pośrednie sankcji amerykańskich dla Polski na ok. 15 miliardów dolarów. „Nikt, kto jest naiwny, nie może powiedzieć, iż takie skutki nie obciążają narodu, społeczeństwa, każdej polskiej rodziny. Jest to więc nie tylko akt nieprzyjazny wobec rządu, ale również akt antyhumanitarny wobec narodu polskiego”.
Wojciech Jaruzelski wielokrotnie deklarował gotowość do pełnej normalizacji dwustronnych stosunków ze Stanami Zjednoczonymi ale podkreślił, że powinien temu „towarzyszyć powrót do elementarnego realizmu politycznego i zaniechanie praktyk przynoszących szkody naszemu narodowi”.

Premier W. Jaruzelski, który przebywał w Nowym Jorku we wrześniu 1985 na sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ, spotkał się z różnymi politykami, ale nie amerykańskimi. Spotkał się natomiast w siedzibie Stałego Przedstawicielstwa PRL przy ONZ z liczną grupą środowisk polonijnych. „Wśród obecnych znajdowali się profesorowie wyższych uczelni, przemysłowcy, handlowcy, dziennikarze, prawnicy, reprezentanci zarówno starszego pokolenia jak i młodej generacji.
O Matce nie można mówić źle
Zwracając się do zebranych prezes Rady Ministrów wyraził szczere zadowolenie z możliwości spotkania się z przedstawicielami Polonii amerykańskiej i przekazał jej serdeczne pozdrowienia z Warszawy i z Polski. Stwierdził, że w najważniejszych dla Ojczyzny sprawach serca Polaków biją wspólnym rytmem, odczuwają jednakowo jej sukcesy i trudności. Przytoczył znane hasło Związku Polaków w Niemczech, że „Polska jest Matka naszą – o Matce nie można mówić źle”.
Wyraził podziękowanie za okazywane przez Polonię patriotyczne dla Ojczyzny wsparcie. Przypomniał wkład Polonii w odbudowę Zamku Królewskiego w Warszawie, który jest symbolem polskiej państwowości. Mówiąc o obecnych problemach kraju, wskazywał na postęp i konsekwencję w ich rozwiązywaniu”.
W bezpośrednich rozmowach przedstawiciele Polonii zapewniali premiera o swoim serdecznym związku z polską i pragnieniu działania dla dobra ich przodków, a także o tradycjach i perspektywach obustronnie pożytecznej współpracy między Polską a USA – pisała „Trybuna Ludu”.
Doradca premiera Wiesław Górnicki tłumaczył dziennikarzom, że Jaruzelski składał wizytę w ONZ, a nie w USA tłumacząc tym samym brak spotkań z politykami amerykańskimi. Faktem jest, że Waszyngton nie wykazał żadnego życzenia spotkania się z W. Jaruzelskim. Jaruzelski spotkał się natomiast z Davidem Rockefellerem oraz z kardynałem Johnem Królem.
Mimo krytycznej oceny polityki generała Jaruzelskiego, Reagan pogratulował mu w listopadzie 1985 roku wyboru na stanowisko przewodniczącego Rady Państwa. Przekazał „najlepsze życzenia konstruktywnej kadencji, w czasie której Polska osiągnie cel narodowego pojednania, o którym Pan często się wypowiadał, co pozwoli na to, aby rozwój naszych dwustronnych stosunków przyjął kierunek wzajemnie bardziej korzystny”.
Mimo gotowości ze strony rządu polskiego do poprawy stosunków polsko-amerykańskich, Wojciech Jaruzelski w lutym 1986 r. wyraził pogląd, że nie uległy one poprawie. „Pragniemy – powiedział on, żeby poprawa nastąpiła, dajemy tego wielokrotnie dowody. Ale oczywiście może ona nastąpić na gruncie wzajemnego poszanowania, poszanowania naszej suwerenności, nieingerowania w nasze sprawy wewnętrzne”.
Nasilenie zarzutów
W referacie wygłoszonym 29 czerwca 1986 roku na X Zjeździe PZPR I Sekretarz KC PZPR W. Jaruzelski nazwał Waszyngton „inspiratorem i głównym realizatorem szkodzących Polsce decyzji i poczynań”. Równocześnie odnotował „drobne pozytywne gesty i kroki”. Jednakże – powiedział – „w polityce liczą się przede wszystkim fakty. Ich bilans jest wciąż bardzo niekorzystny”. W referacie nie było ostrych ataków na Stany Zjednoczone, które zwykle przy takich okazjach miały miejsce w przeszłości. Zwrócił na to uwagę korespondent „Associated Press” Matthew Vita, który na konferencji prasowej 4 lipca zadał W. Jaruzelskiemu następujące pytanie: „W kampanii przedzjazdowej, w artykułach prasowych obserwowaliśmy pewne nasilenie zarzutów pod adresem USA. Natomiast w pana przemówieniu na X Zjeździe akcentów takich nie było. Czy zdaniem pana generała możemy oczekiwać poprawy stosunków polsko-amerykańskich jeszcze za czasów rządów prezydenta Reagana? Czy Polska jest gotowa do jakiegoś gestu pojednawczego w stronę Stanów Zjednoczonych, co mogłoby korzystnie przyspieszyć poprawę tych stosunków?”.
Jaruzelski powiedział, że artykuły czy przemówienia przedzjazdowe były reakcją na nieprzyjazne posunięcia i wypowiedzi amerykańskie. Zjazdowy referat – powiedział Jaruzelski – „zasygnalizował gotowość – zresztą po raz kolejny – poprawy tych stosunków. Ale poprawa ta może się dokonać tylko na zasadzie uznania naszych suwerennych praw i poszanowania naszych wewnętrznych problemów.
Nie może być mowy o wspomnianym przez pana „jakimś geście”, który miałby, że tak powiem „udobruchać” Stany Zjednoczone. To, co robimy i jak postępujemy jest najlepszym uwiarygodnieniem naszych intencji. To, co podejmujemy dla poprawy sytuacji w kraju, co czynimy dla odprężenia międzynarodowego i umocnieni pokoju, co czynimy w zakresie współpracy i stosunków międzynarodowych z innymi krajami przemawia za nami”. Jaruzelski przy tym podkreślał, że „Polsce nie chodzi o stosunki specjalne, lecz o stosunki normalne”.
Generał W. Jaruzelski 1 grudnia 1986 r. podczas konferencji prasowej z udziałem uczestników międzynarodowego spotkania dziennikarzy „Jabłonna VI”, nawiązując do polsko-amerykańskich rozmów w Wiedniu powiedział m.in.: „Chcemy po prostu, aby nasze stosunki opierały się na normalnych zasadach, powszechnie przyjętych przez społeczność międzynarodową. Jest rzeczą zrozumiałą, że wymaga to odejścia od polityki restrykcji oraz stworzenia niedyskryminujących warunków rozwoju stosunków gospodarczych, handlowych, ekonomiczno-finansowych. Sądzę, że wzajemnie korzystna współpraca będzie możliwa, że leży ona również w interesie Stanów Zjednoczonych”.
Wojciech Jaruzelski po raz pierwszy od dwóch lat udzielił wywiadu dziennikarzowi amerykańskiemu. Był to wywiad, który 30 lipca 1987 roku opublikował „Wall Street Journal”. W wywiadzie tym Jaruzelski podkreślił, że przeszkodę na drodze do sukcesu w Polsce stanowi polityka Stanów Zjednoczonych, które odmawiają odbudowy bliskich stosunków gospodarczych sprzed roku 1981. Polska potrzebuje otwarcia zachodnich rynków zbytu, aby przyspieszyć wzrost gospodarczy kraju i wypełnić zobowiązania płatnicze.
W dniach 26-29 września 1987r. w Polsce przebywał z oficjalną wizytą wiceprezydent George H.W. Bush. W pierwszym dniu pobytu w Polsce złożył on kurtuazyjną wizytę przewodniczącemu Rady Państwa Wojciechowi Jaruzelskiemu. Jak głosił oficjalny komunikat PAP „spotkanie przebiegało w rzeczowej, konstruktywnej atmosferze”. Następnego dnia obaj politycy spotkali się w zabytkowym pałacu w Nieborowie, gdzie rozmawiali przez prawie trzy godziny, o ponad 40 minut dłużej niż przewidywał program. Tematem Rozmów były m.in. polsko-amerykańskie stosunki dwustronne, ze szczególnym uwzględnieniem problematyki ekonomicznej.
Pozytywny sygnał
W rozmowie z dziennikarzem „Washington Post” Jimem Hoaglandem Jaruzelski powiedział, że wizyta była „pozytywnym sygnałem”, że stosunki polsko-amerykańskie ulegają zasadniczej poprawie. Jaruzelski zwrócił się o poparcie Waszyngtonu w sprawie pożyczki Banku Światowego i MFW oraz w sprawie obniżenia odsetek od kredytów rządowych. „Pan Bush obiecał, że będzie naszym rzecznikiem w rozmowach paryskich w sprawie restrukturyzacji zadłużenia i dotrzymał danej obietnicy. Nie był to wielki krok” – oświadczył Jaruzelski.
Po powrocie do Stanów Zjednoczonych wiceprezydent Bush powiedział, że generał
W. Jaruzelski zapewnił go o reformach w Polsce „Choć reformy nie idą tak daleko jak byśmy sobie tego życzyli, w uznaniu niezależnych związków zawodowych są to kroki we właściwym kierunku” – powiedział Bush.
11 listopada 1988 roku z okazji 70. rocznicy odzyskania niepodległości prezydent Reagan przesłał depeszę do przewodniczącego Rady Państwa W. Jaruzelskiego. Przypomniał z dumą 14 punktów prezydenta Woodrowa Wilsona i fakt, że Stany Zjednoczone popierały sprawę niepodległości Polski. „Naród amerykański i ja osobiście nadal życzymy pomyślności narodowi polskiemu w jego wysiłkach zmierzających do zapewnienia zachowania dobrodziejstw wolności i dobrobytu”.
Kiedy Bush wygrał wybory prezydenckie w listopadzie 1988 r. przewodniczący Rady Państwa W. Jaruzelski pogratulował mu zwycięstwa, wyrażając przy tym przekonanie, że „dzięki Pan zaangażowaniu, któremu dał Pan wyraz podczas swej wielce znaczącej wizyty w Polsce, stosunki między naszymi państwami będą rozwijając się w duchu historycznych tradycji łączących narody polski i amerykański”.
W liście skierowanym do W. Jaruzelskiego 2 maja Bush pozytywnie ocenił rozwój sytuacji w Polsce. Jeszcze raz z uznaniem przyjął wyniki rozmów „okrągłego stołu”. Przyjął również zaproszenie do złożenia oficjalnej wizyty w Polsce. Kilka dni później 6 maja poddano publicznie do wiadomości, że w pierwszej połowie lipca George Bush przybędzie do Polski na zaproszenie przewodniczącego Rady Państwa Wojciecha Jaruzelskiego.
USA nie poprą
W połowie czerwca 1989 r. pojawiły się pogłoski, że Stany Zjednoczone nie poprą kandydatury W. Jaruzelskiego na prezydenta. Ambasador J. Davis 16 czerwca depeszował do sekretarza stanu, że „członek Biura Politycznego Józef Czyrek złożył krótką wizytę zastępcy ambasadora, aby „wspólnie pomartwić się” pogłoskami na temat amerykańskiego poparcia dla ekstremalnych poglądów opozycji. Powiedział, że krążą plotki wskazujące na to, iż Stany Zjednoczone są przeciwne wyborowi Jaruzelskiego na prezydenta i ostrzegł, że z kwestii tej może wyniknąć „wojna”. „Pewne działania” utrudniły wybór Jaruzelskiego i wedle pogłosek Stany Zjednoczone wsparły te działania. Jeśli sytuacja się nie zmieni, a wybory prezydenta nie przebiegną tak, jak się spodziewano, może to odbić się negatywnie na wizycie prezydenta Busha. Zastępca ambasadora zaprzeczył jakoby Stany Zjednoczone miały jakikolwiek interes w nie dopuszczeniu do wyboru Jaruzelskiego i podkreślił, że USA opowiadają się za stałym postępem procesu demokratyzacji. Wszelkie interpretacje tej niezwykłej rozmowy z Czyrkiem wskazują na ogromne obawy kierownictwa rządu dotyczące najbliższej przyszłości” – pisał ambasador Davis.
Prezydent Bush w liście do gen. Jaruzelskiego 2 maja 1989 r. pisał m.in.: „Wierzę, że podpisując porozumienia okrągłego stołu Polska zrobiła krok w kierunku wolności i demokracji, krok który przyczynia się do budowy takiej Europy do jakiej ja i moje państwo dążymy. Porozumienia okrągłego stołu mogą stworzyć Polsce najlepsza okazję od dziesięcioleci, aby zacząć trudną i wielką drogę wnoszącą się w kierunku prawdziwej wolności i pomyślności”.
Ambasador USA w Polsce John R. Davis 22 czerwca 1989 r. spotkał się z grupą czołowych parlamentarzystów „Solidarności” i wyjaśnił im jak doprowadzić do niezbędnego kworum, by wybrać gen. Jaruzelskiego na prezydenta Polski.
List z zaproszeniem
W styczniu 1989 r. gen Jaruzelski skierował list do nowo wybranego prezydenta USA George’a H.W. Busha z zaproszeniem do złożenia wizyty w Polsce. Przed przyjazdem do Polski prezydent Bush na spotkaniu z polskimi dziennikarzami w Białym Domu ciepło mówił o generale Jaruzelskim. „Serdecznie wspominam jego serdeczność w stosunku do mnie” – powiedział Bush.
Wizyta prezydenta George’a H.W. Busha w Polsce trwała 3 dni, od 9 do 11 lipca 1989 r.
W niedzielę 9 lipca wieczorem, tuż po godzinie 20.00 na warszawskim Okęciu wylądował samolot „Air Force One”. Prezydenta Busha, jego małżonkę i osoby towarzyszące powitał przewodniczący Rady Państwa Wojciech Jaruzelski.
W przemówieniu powitalnym George Bushe powiedział: „Jest rzeczą wspaniała być tutaj znowu w tak fascynującym momencie. Historia, która tak często spiskowała z geografią, odmówiła narodowi polskiemu swobody, wolności, teraz oferuje Polsce nową, jaśniejszą przyszłość.
Słuchałem uważnie Pańskich (generała W. Jaruzelskiego – przyp. L.P.) słów powitania – rzeczywiście Polska wkroczyła na drogę demokratycznych przemian. Wspinaczka jest fascynująca, choć nie zawsze łatwa i będzie wymagała dalszych poświeceń. Jeśli jednak będzie się za nią podążać, prowadzić ona będzie do renesansu tego szczególnego narodu, narodu polskiego.
Są to wielkie dni dla Polski. „Solidarność” jest ponownie organizacją legalną. Są zaczątki wolnej prasy. Zebrał się nowy parlament. Polski. Senat został przywrócony w drodze wolnych i uczciwych wyborów. Polska tworzy swoją własna historię! Ameryka i świat bacznie przypatrują się temu.
Rząd polski i Pan, Panie Przewodniczący, wykazaliście mądrość i odwagę, wkraczając na drogę porozumień „okrągłego stołu”. To, co dzieje się tutaj, jest natchnieniem dla świata”.
Mimo późnej pory, wzdłuż trasy przejazdu prezydenta z lotniska do jego rezydencji przy ulicy Parkowej zebrało się sporo warszawiaków, którzy pozdrawiali gości.
Poniedziałek 10 lipca był dla prezydenta Busha najbardziej pracowitym dniem. O godz. 8:45 przed Grobem Nieznanego Żołnierza złożył wieniec. Następnie udał się na Umschlagplatz, przy ul. Stawki, miejsce upamiętniające męczeństwo i walkę Żydów w latach 1940-1943. Po złożeniu wieńca przywitał się z przedstawicielami społeczności żydowskiej.
O godz. 9:30 przybył do Belwederu na spotkanie z przewodniczącym Rady Państwa Wojciechem Jaruzelskim. Po serdecznym powitaniu, które rejestrowały dziesiątki kamer stacji telewizyjnych i aparaty licznie przybyłych fotoreporterów, obaj politycy przyszli do Sali Pompejańskiej na rozmowy „w cztery oczy”. Bushowi towarzyszył Brent Scowcroft, doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego, Jaruzelskiemu zaś Kazimierz Duchowski, dyrektor departamentu amerykańskiego w MSZ.
Namawianie
Obaj politycy musieli rozmawiać o poważnych sprawach i to szczegółowo, ponieważ rozmowa trwała blisko 2,5 godziny. Ponad dwugodzinną rozmowę Busha z Jaruzelskim w cztery oczy odczytano jako poparcie dla generała i jego kandydatury na stanowisko prezydenta. Potwierdził to sam Bush w książce opublikowanej w 1998 roku, pisząc: „Powiedziałem mu
(W. Jaruzelskiemu – L.P.), że jego odmowa ubiegania się (o wybór na prezydenta) będzie prowadziła w sposób nieunikniony do destabilizacji i nalegałem, żeby rozważył swoją decyzję ponownie. Powstała sytuacja paradoksalna: prezydent USA usiłuje przekonać wyższego przywódcę komunistycznego, aby ubiegał się o urząd prezydenta kraju.
Ale sądziłem, że doświadczenie Jaruzelskiego stwarzało najlepsze warunki dla łagodnej transformacji systemu w Polsce .
To, że Bush nakłaniał Jaruzelskiego do kandydowania na prezydenta RP, potwierdzał. także generał Czesław Kiszczak. W wywiadzie z Adamem Michnikiem, Agnieszką Kubik i Moniką Olejnik, Kiszczak po latach tak wspominał ten fakt: „Zdarzyła się wtedy śmieszna historia. Jemy obiad na Krakowskim Przedmieściu. Jaruzelski siedzi z Bushem za stołem prezydialnym, ja obok z doradcą prezydenta USA ds. bezpieczeństwa narodowego. Siedzimy i gadamy o tym o owym – on generał, ja generał… W pewnym momencie on się nachyla w moją stronę i mówi: – Panie generale, jeśli generał Jaruzelski zaproponuje panu stanowisko premiera czy pan się zgodzi? I zaczął mnie gorąco namawiać, żebym ja się zgodził zostać premierem polskiego rządu! Deklarował pełne poparcie rządu Stanów Zjednoczonych dla mnie jako przyszłego premiera. Okazuje się, że Amerykanie głęboko rozpoznali naszą sytuację.
Bush zgłupiał
Wtedy ja podszedłem do Busha. Jaruzelski przedstawił mnie jako kandydata na prezydenta. A ja się zwróciłem do Busha: – panie prezydencie, ja mam do pana prośbę. Widzę, że pan ma duży wpływ na mojego przyjaciela, pana generała Jaruzelskiego. Niech pan mu wyklaruje, wytłumaczy, żeby on kandydował, bo on jest jedynym, najlepszym kandydatem na prezydenta.
Bush zupełnie zgłupiał. Zaczął przekonywać Jaruzelskiego – i generał w końcu się złamał. Ja wtedy złożyłem publiczne oświadczenie, że popieram kandydaturę Jaruzelskiego”.
W południe ambasador USA w Warszawie, John R. Davis wydał w swej rezydencji lunch z okazji wizyty w Polsce prezydenta Busha. Zaproszono czołowych polityków polskich a także kilkudziesięciu przedstawicieli różnych sił politycznych i środowisk – w sumie około 80 osób.
Gości powitał prezydent Bush, który nawiązują do wcześniejszych rozmów w Belwederze z Wojciechem Jaruzelskim stwierdził, że jego kraj i świat czerpią natchnienie z sukcesu Polski przy „okrągłym stole” i z wprowadzenia w życie jego postanowień.
„Wzniósłbym kielich, gdybym go znalazł” – powiedział prezydent. Goście się roześmiali, ambasador Davis szybko podsunął prezydentowi kieliszek. „Wznoszę toast z głębokim szacunkiem dla Pana, panie Przewodniczący i Pana kolegów, dla „Solidarności”, dla procesu „okrągłego stołu” i dla wszystkich obecnych tutaj gości, którzy umożliwili ten proces, za społeczeństwo polskie.
Stany Zjednoczone – powiedział Bush – będą z Polską, będziemy popierać waszą pełną nadziei i bezprecedensową w waszej historii misję”.
Rodzi się nowa Polska
Wojciech Jaruzelski w swoim toaście stwierdził, że przedpołudniowa rozmowa umożliwiła lepsze poznanie się i wzajemne zrozumienie. Powiedział min.: „Pańska wizyta na wspólnym posiedzeniu Sejmu i Senatu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej ma szczególną wymowę. Symbolizuje ona nową jakość w stosunkach między naszymi krajami, lecz zarazem i ciągłość, ponieważ dzień dzisiejszy ma swe źródło we wczorajszym dniu…
Rodzi się nowa Polska. Wspólnym wysiłkiem całego narodu otwieramy dziś nieznany rozdział w księdze polskich przeznaczeń.
Wkraczając na tę trudna drogę, o której mówił Pan na lotnisku warszawskim, mamy pełną świadomość, że najwięcej zależy od nas samych.
Ale nie chcemy być sami. Mamy wielu przyjaciół. Wierzę, iż stosunki polsko-amerykańskie, że nasza współpraca będą również tego potwierdzeniem”.
Następnie George Bush wygłosił obszerne przemówienie. Przypomniał w nim historyczne związki łączące Stany Zjednoczone i Polskę. „Decyzja Polski – powiedział Bush – przeprowadzenia reform politycznych i ruch na Węgrzech zmierzający w tym samym kierunku – mają wielka wagę, której znaczenie wybiega poza ich granice, stwarzając polityczne struktury uprawomocnione wolą ludu. Przez to Wasze reformy mogą stanowić podstawę stabilności, bezpieczeństwa i dobrobytu – nie tylko tu ale w całej Europie. Obecnie i w przyszłym stuleciu”.
Odchodząc od napisanego tekstu przemówienia prezydent Bush dodał, że osoba generała Jaruzelskiego była w USA kontrowersyjna. Teraz wszystko się zmieniło, bo w bardzo trudnej sytuacji potrafił pójść w kierunku otwartości i reform. Bardzo chciał poprowadzić kraj w erę zmian. Dlatego prezydent Bush w swoim przemówieniu w Sejmie dodał do przygotowanego tekstu słowa pochwały pod adresem generała W. Jaruzelskiego.
Wieczorem o godz. 20:00 przewodniczący Rady Państwa z małżonką podejmowali prezydenta George’a Busha i jego żonę Barbarę oficjalnym obiadem w pałacu Rady Ministrów na Krakowskim Przedmieściu.
Wojciech Jaruzelski w swoim przemówieniu podkreślał m.in., że George Bush jest w Polsce znany i szanowany. Wyraził przekonanie, że „wizyta w naszym kraju stanie się doniosłym historycznym wydarzeniem w rozwoju stosunków polsko-amerykańskich”.
George Bush z kolei powiedział, że jego wizyta „nie jest zwyczajna, ponieważ czasy w Polsce nie są zwyczajne.
11 lipca prezydent Bush poleciał do Gdańska, gdzie spotkał się z Lechem Wałęsą a o godz. 15-ej przybył na Westerplatte, gdzie oczekiwał na niego Wojciech Jaruzelski. Obaj złożyli pod pomnikiem wińce i uczcili minutą ciszy pamięć żołnierzy poległych na frontach drugiej wojny światowej.
Uroczystość pożegnania prezydenta na lotnisku w Rębiechowie odbyła się o godz. 16.30. Wojciech Jaruzelski żegnając gościa określił wizytę jako „niezwykle ważny, doniosły rozdział w historii stosunków polsko-amerykańskich. Jest Pan – powiedział – doświadczonym dalekowzrocznym, budzącym sympatię politykiem. Chcę podziękować Panu, Panie Prezydencie za zrozumienie złożoności naszych obecnych problemów”.
Szczególna wizyta w kraju wyjątkowym
George Bush powiedział, że „była to szczególna wizyta w kraju wyjątkowym i wśród ludzi, którzy budzą w nas natchnienie”. Podkreślił, że najbardziej z tej wizyty utkwiły mu w pamięci „ogromne możliwości, które w tej chwili stoją przed narodem polskim”. Na zakończenie powiedział: „Stany Zjednoczone przyjdą z pomocą w zapewnieniu konkretnych posunięć, które pozwolą Polsce na przebycie drogi, która przed nią stoi – ku lepszemu startowi życia gospodarczego. Rozpoczyna się nowa droga wymiany gospodarczej z całym światem.

Chciałbym podziękować generałowi Jaruzelskiemu za otwartość i szczerość naszych wszystkich dyskusji. Dodaję swój głos do głosu tych wszystkich, którzy w przeszłości doceniali ogrom osiągnąć Polski i są w pełni oddani sprawie dopomożenia jej na nowej drodze. Wola i zdecydowanie Polaków wystawione zostały na trudną próbę ale tylko one są czynnikami, które zdecydują o sukcesie. Świat spogląda na Polskę pewien, że podejmie tę próbę”.
Powrót Polski do polityki Waszyngtonu
11 lipca 1989 roku, o godzinie 17.00 samolot prezydenta odleciał z Gdańska, biorąc kurs na Budapeszt; George Bush przebywał w Polsce 43 godziny.
Wizyta prezydenta Busha miała wymiar polityczny i ekonomiczny. Moim zdaniem, ten pierwszy był bardziej pomocny, aniżeli drugi. Bushowi przede wszystkim zależało na poparciu zmian systemowych w Polsce. W sferze politycznej wizyta ta oznaczała powrót Waszyngtonu do aktywnej polityki wobec Polski, do dialogu i konsultacji, współpracy międzyparlamentarnej, do normalnych stosunków z rządem polskim, jakikolwiek rząd zostanie wyłoniony w wyniku wyborów parlamentarnych.
W czasie lotu do Paryża prezydent Bush podzielił się z dziennikarzami wrażeniami z pobytu w Polsce i na Węgrzech. Powiedział m.in., że gen. Jaruzelski początkowo nie cieszył się dobra opinią w Stanach Zjednoczonych, obecnie jednak jest „według mnie w czołówce reformatorów tak w swym kraju jak i w Europie Wschodniej. Moja rozmowa z nim była ciepła i serdeczna. Mówiliśmy o rozbieżnościach lecz również i o tym co nas łączy. Wyraźne było, że Jaruzelski robi wszystko, aby podejmować nas z pełną gościnnością”.
Troskliwe gratulacje
W lipcu 1989 roku Wojciech Jaruzelski został wybrany prezydentem PRL. W związku z tym sekretarz prasowy Białego Domu M. Fitzwater przekazał w imieniu prezydenta Busha następujące oświadczenie: „Gratulujemy generałowi Jaruzelskiemu wyboru na urząd prezydenta Polski. Wybór przywódcy jest wewnętrzną sprawa narodu polskiego. Naszą jedyną troską jest to, aby proces reform polityczno-gospodarczych postępował naprzód. Prezydent podkreślał to wielokrotnie podczas swej podróży. Prezydenta szczególnie uderzyło ogromne pragnienie narodu polskiego, by wspólnie działać dla zbudowania pomyślnej przyszłości. Jednym z celów podróży prezydenta było wrażenie nadziei, że wszystkie strony będą działać wspólnie dla dobra narodu polskiego”.
Po wizycie w Polsce przywódca mniejszości republikańskiej w Senacie Robert Dole ogłosił 7 września raport, w którym podkreślił, że „spotkaliśmy się z prezydentem Jaruzelskim, komunistycznym szefem państwa i odbyliśmy z nim szczerą, daleko (poza bieżące sprawy) wybiegającą rozmowę. Z rozmowy tej wyszliśmy przekonani, że prezydent Jaruzelski choć może być oddanym komunistą jest jeszcze w większym stopniu patriotycznym Polakiem. Uważam, że stara się on czynić to, co jest najlepsze dla Polski, że rozumie iż sukces „Solidarności” jest obecnie spleciony z sukcesem Polski”.
Szacunek dla wszystkich
4 października 1989 r. Biały Dom opublikował oświadczenie prezydenta Busha, w którym jeszcze raz wyraził on „szacunek dla premiera Mazowieckiego, prezydenta Jaruzelskiego, przywódcy „Solidarności” Lecha Wałęsy i wielu innych wybitnych polskich przywódców za ich odwagę” w doprowadzeniu do zmian w Polsce. Bush zaprosił prezydenta Jaruzelskiego i premiera Mazowieckiego do złożenia wizyty w Stanach Zjednoczonych „w dogodnym dla nich czasie”.
Na konferencji prasowej, w dniu 24 stycznia Zygmunt Broniarek zadał prezydentowi Bushowi następujące pytanie: „Prezydent Jaruzelski sugerował ostatnio, aby cztery wielkie mocarstwa potwierdziły nienaruszalność powojennych granic Polski bez względu na to, co się stanie w przyszłości, to znaczy również w razie zjednoczenia Niemiec. Czy Stany Zjednoczone przyłączyłyby się do takiego potwierdzenia?”.
Prezydent Bush: „W ramach Aktu Helsińskiego uznaliśmy istniejące granice i nie ma dla mnie żadnego problemu, by potwierdzić je. Natomiast nie mam osądu co do tego, czy wymaga to jakiegoś rodzaju akcji
międzynarodowej”.
Orędownik dalszego rozwoju
Na początku sierpnia 1990 roku PAP podała wiadomość, że prezydent W. Jaruzelski złoży wizytę w USA na zaproszenie prezydenta G. Busha. Tymczasem 28 września w prasie ukazał się tekst listu Jaruzelskiego do George’a Busha, w którym rezygnuje on z wizyty w USA. Formalnym powodem tej decyzji był wniosek W. Jaruzelskiego do Sejmu o skrócenie jego kadencji prezydenckiej. W zakończeniu listu Wojciech Jaruzelski życzył prezydentowi Bushowi dalszych sukcesów w umacnianiu bezpieczeństwa i pokoju, w budowie nowego ładu międzynarodowego oraz wyraził przekonanie, że prezydent USA będzie orędownikiem dalszego rozwoju przyjaznych stosunków polsko-amerykańskich.
Kultura polityczna
W. Jaruzelski wystąpił z wnioskiem o skrócenie kadencji w związku z niewybrednymi atakami jego przeciwników politycznych, dążących do przyspieszenia wyborów zarówno prezydenckich jak i parlamentarnych.
Ambasador USA w Warszawie Thomas Simons, 28 września złożył wizytę.
W. Jaruzelskiemu i podziękował w imieniu prezydenta Busha za list. Przekazał także wyrazy pełnego zrozumienia dla decyzji odwołania oficjalnej wizyty w Stanach Zjednoczonych oraz złożył najlepsze życzenia. Powiedział, że prezydent Stanów Zjednoczonych z wielką przyjemnością wspomina obie wizyty w Polsce i uważa, że w przyszłości będzie miał okazję spotkania się z nim i odbycia intersującej rozmowy.
O wysokiej kulturze politycznej i osobistej George’a Busha świadczy również komunikat Białego Domu, w którym prezydent Stanów Zjednoczonych stwierdził, że decyzja Wojciecha Jaruzelskiego harmonizuje z wkładem prezydenta Jaruzelskiego w proces demokratycznych przemian w Polsce od czasu historycznego porozumienia zawartego przy „okrągłym stole”. „Prezydent Jaruzelski zasługuje na wielki szacunek za rolę, jaką odegrał wraz z rządem premiera Mazowieckiego w działaniach na rzecz umocnienia gospodarki i umocnienia demokracji”.
Reagan w Warszawie
14 września 1990r. do Warszawy przybył były prezydent USA Ronald Reagan. W Belwederze spotkał się z prezydentem Wojciechem Jaruzelskim. Obaj rozmówcy wymienili się poglądami o sytuacji w Polsce, w Europie i w świecie. Po rozmowie Ronald Reagan powiedział: „Podczas ośmiu lat sprawowania przeze mnie urzędu nie doszło do naszego spotkania, nie było takiej okazji. Była to bardzo dobra rozmowa. Omawialiśmy zachodzące obecnie przemiany polityczne i ekonomiczne. Wydaje się, że posuwają się one we właściwym kierunku”. Komentując spotkanie z Ronaldem Reaganem, Wojciech Jaruzelski mówił: „Przede wszystkim chcę podkreślić wielką satysfakcję z możliwości tego spotkania. Przeszliśmy długą drogę. To, że dziś tu w Belwederze, mogliśmy się spotkać, jest w pewnym sensie symbolem czasu w jakim żyjemy”. Prezydent Jaruzelski dodał, że rozmowa była pożyteczna i przebiegała w miłej atmosferze.
Zawsze pytał o Jaruzelskiego
Ilekroć polscy politycy odwiedzali Biały Dom, prezydent Bush zawsze pytał o generała Jaruzelskiego i za ich pośrednictwem przekazywał pozdrowienia dla niego.
W czerwcu 1997 roku Bush po raz piąty odwiedził Polskę. W dniu 29 czerwca państwo Bush spotkali się z prezydentem Kwaśniewskim i jego małżonką w pałacu prezydenckim. Polski prezydent podjął gościa lunchem. Po lunchu do pałacu przejechał generał Jaruzelski, który odbył półgodzinną rozmowę z Georgem Bushem. Do spotkania tego doszło na życzenie Busha.
Po powrocie do USA George Bush przesłał generałowi Jaruzelskiemu list datowany
4 lipca, w dniu święta narodowego Stanów Zjednoczonych. W liście tym Bush pisał m.in.: „Drogi Generale Jaruzelski, drogi Przyjacielu. Było mi bardzo miło spotkać się z Panem w Warszawie. Najpierw byłem zaniepokojony Pańską operacją oka, ale kiedy powiedział mi Pan, że wszystko się dobrze rozwija, poczułem się w związku z tym dużo lepiej”. Dalej Bush, zawiadamiając Jaruzelskiego o planowanym otwarciu Biblioteki Prezydenckiej, pisze: „Jeżeli miałby Pan jakeś osobiste dokumenty odnoszące się do wydarzeń w czasie mojej prezydentury i wiceprezydentury, albo do moich wizyt w Polsce, to byłbym Panu bardzo wdzięczny za przesłanie mi ich, jako dokumentów historycznych, które umieściłbym w bibliotece”.
Wreszcie Bush stwierdza: „ Gdy tylko biblioteka i szkoła zaczną działać, skontaktuje się z Panem w sprawie ewentualnej Pańskiej wizyty w Teksasie. Chciałbym, żeby Pan spędził tu kilka dni na wspólnych spotkaniach ze studentami i na zwiedzaniu przynajmniej części Teksasu”.
Zygmunt Broniarek, który opublikował powyższy list, skomentował go następująco: „Bush zawsze był i dalej jest człowiekiem, który pamięta o swoich przyjaciołach”.
Elektryk, który zapalił lampę wolności
11 listopada 1999 roku George Bush po raz szósty odwiedził Polskę, tym razem na zaproszenie wicepremiera Leszka Balcerowicza. Był gościem honorowym obchodów Święta Niepodległości. Prezydent Kwaśniewski podziękował mu za „osobisty wkład w budowę demokratycznego świata, za wsparcie dla Polski i dla Polaków. Pamiętamy i dziękujemy” – powiedział Kwaśniewski. „Te uroczystości mnie, który jestem weteranem II wojny światowej, szczególnie głęboko zapadły w serce” – powiedział Bush.
Nawiązując do swoich poprzednich pobytów w Polsce, szczególnie w lipcu 1989 roku, Bush ciepło i serdecznie wspominał generała Wojciecha Jaruzelskiego. „Wiem – mówił – że w Polsce jest postacią wciąż kontrowersyjną, ale jest to człowiek, który postawił interes kraju ponad wszystko”. Bush dobrze też wspominał Lecha Wałęsę, „elektryka, który zapalił lampę wolności”.

Marksistowski ekonomista z USA masakruje kapitalizm

Rozwój internetu i mediów społecznościowych sprawił, że coraz trudniej mediom głównego nurtu promować własnych ekspertów od wszystkiego. Jeszcze 15 lat temu o tym, kto wejdzie do medialnej pierwszej ligi decydowało wąskie grono dziennikarzy – jeśli ktoś nie pojawiał się regularnie u Tomasza Lisa czy Kuby Wojewódzkiego, to powszechnie był traktowany jako polityczno–medialny margines. Dzisiaj czasy się zmieniły, na szczyty rozpoznawalności wchodzą ludzie, którzy w telewizji w ogóle byli nieobecni. Czy jest to zmiana na lepsze?

Z perspektywy polskiej to kwestia dyskusyjna, gdyż w mojej ocenie najlepiej social media opanowała skrajna prawica, której polityczną reprezentacją jest Konfederacja. Nie wszędzie jednak tak jest.
Przyzwyczajeni jesteśmy do cenzury mającej charakter polityczny, ale cenzura telewizyjna w III RP miała również charakter merytoryczny, uniemożliwiając dotarcie ze swoim przekazem do mas takim osobom jak Krzysztof Karoń, Grzegorz Braun i inni liderzy skrajnej prawicy. Dziś ich rozpoznawalność, w myśl zasady „im głupszy, tym lepszy”, jest większa niż ta, którą cieszą się politycy promowani przez media głównego nurtu. Najlepszym testem realnej popularności polityków jest trwająca obecnie kampania prezydencka, gdzie kandydatów promowanych przez rządzący salon takich jak Małgorzata Kidawa–Błońska czy Robert Biedroń, którym sondaże dawały ponad 20 proc. (w przypadku kandydatki PO) czy kilkanaście proc. (w przypadku kandydata Lewicy) spotkał zimny prysznic w postaci notowań w granicach 2 proc. Z polskiej perspektywy, gdzie debata publiczna od dawna jest zdominowana przez różne odłamy prawicy, sytuacja wydaje się beznadziejna. Podział wpływów medialnych można streścić w następujący sposób: TVN, Gazeta Wyborcza – PO, TVP, Gazeta Polska – PiS, Konfederacja – internet. Na szczęście istnieją kraje, gdzie lewica radzi sobie w internecie bardzo dobrze. Chyba największym zaskoczeniem są tutaj USA.
Ze względu na wyjątkowy charakter relacji polsko-amerykańskich, czy raczej wyjątkową podległość polskich elit medialno-politycznych wobec wszystkiego, co amerykańskie, analizowanie tamtejszej sceny politycznej może być dla polskiej lewicy zbawienne. W dodatku jest to postulat absolutnie wykonalny, gdyż młodzi Polacy rozumieją dziś język angielski. Ze swoich obserwacji emigranta zarobkowego we Francji, mogę powiedzieć, że Polacy na tle innych nacji europejskich wypadają na tym polu nawet bardzo dobrze. W tym miejscu warto przypomnieć, że już raz postępowe idee i program dotarły do Polaków dzięki bliskim kontaktom z innym językiem i niepolskim życiem politycznym: polski marksizm narodził się w Rosji, a konkretnie na rosyjskich uniwersytetach w latach siedemdziesiątych XIX wieku. W Petersburgu co piąty student był wtedy Polakiem, czy raczej dzieckiem elit ziemiańskich z terytoriów dawnej Rzeczpospolitej wcielonych do Rosji. To w Rosji studiowali Ludwik Waryński, Stanisław Kunicki i wielu innych działaczy partii Proletariat. Wydawałoby się, że dla relacji polsko-rosyjskich były to czasy tragiczne, gdyż trwał proces represji po powstaniu styczniowym, likwidacja resztek polskiej autonomii, polityka rusyfikacyjna. Jednak właśnie ta rusyfikacja dała nieoczekiwany rezultat w postaci dostępu do «Kapitału» Karola Marksa przetłumaczonego na język rosyjski. Czy historia może się w pewien sposób powtórzyć? Jako działacz lewicowy wyczekujący z niecierpliwością jakiejś małej iskierki dającej nadzieję, chciałbym, by tą iskierką był amerykański marksizm dostępny na YouTube i innych mediach społecznościowych.
Jedną z postaci zza oceanu, których obecność na YouTube wnosi lewicową perspektywę i daje widzom szansę na zrozumienie mechanizmów rządzących kapitalistycznym światem, jest profesor ekonomii Richard Wolff. Uczony ten jest aktywny publicznie od pięćdziesięciu lat – już w latach siedemdziesiątych wydawał niszowe pisma o profilu marksistowskim, mówiąc mniej więcej to samo, co dziś. Z tym, że do kryzysu z 2008 roku mało kogo to interesowało.
Wolff podkreśla, że jego obecna popularność jest efektem odrodzenia amerykańskiego ruchu socjalistycznego.
Historię amerykańskiej lewicy można podzielić na trzy etapy. Pierwszy zaczyna się wraz z rozwojem amerykańskiego kapitalizmu w XIX wieku i trwa do końca II wojny światowej. W tym to okresie następuje gwałtowna industrializacja, a USA z kraju peryferyjnego stają się główną gospodarką świata. Jest to też okres brutalnej walki klasowej, której najlepszym przykładem są wydarzenia z Chicago (upamiętniamy je co roku 1 maja). Wybuch Rewolucji Październikowej i powstanie Międzynarodówki Komunistycznej miało swoje echo także w USA. Gdy rozpoczął się wielki kryzys w 1929 r., w USA były silnie reprezentowane wszystkie segmenty ruchu robotniczego: partia komunistyczna, partia socjalistyczna, silny ruch anarchistyczny i masowe związki zawodowe. Do tej układanki należy doliczyć silny ruch chłopski, który w latach trzydziestych organizował masowo blokady dróg, a także miliony bezrobotnych Amerykanów. Gdy dodamy do tego jeszcze terror Ku Klux Klanu, to wyłania nam się obraz kraju przypominający beczkę prochu.
Do rewolucji jednak nie doszło. Inspirowany keynesizmem prezydent Roosevelt przeprowadził socjaldemokratyczne reformy, równocześnie represjonując najbardziej radykalne (czytaj: rewolucyjne) skrzydła ruchu robotniczego. Gospodarka amerykańska zaczęła wychodzić z kryzysu, a w długotrwałym kryzysie znalazła się z kolei amerykańska lewica. Ostateczny cios jednak zadał jej senator Joseph McCarthy, z którego nazwiskiem wiążą się prześladowania komunistów w USA po II wojnie światowej. Wspomniany kryzys przejawiał się odrzuceniem marksizmu, socjalizmu i walki klasowej. Niejako w zamian nowa lewica w USA przez kilkadziesiąt lat koncentrowała się na zupełnie nowych problemach, takich jak walka o prawa LGBT.
To jednak pewne uproszczenie: między początkiem zimnej wojny a kryzysem 2008 roku było kilka momentów aktywizacji politycznej amerykańskiej lewicy. Partie i środowiska o charakterze socjalistycznym były obecne w ruchu przeciwko wojnie w Wietnamie, w ruchu antyglobalistycznym, gdy ten tworzył się w czasach Busha juniora, podczas protestów przeciwko inwazji na Irak w 2003 r. Amerykański socjalizm cały czas gdzieś tam istniał i opór się tlił. Nie można jednak jego siły porównać do sytuacji z lat 30. XX wieku, kiedy amerykańska burżuazja obawiała się rewolucji. Z kolei masowe ruchy kontestacyjne nie stawiały wyraźnie programu socjalistycznej zmiany społecznej.
Socjalizm jako ruch masowy powrócił do USA w 2008 roku jako odpowiedź na kryzys ekonomiczny.
Warto wymienić tutaj dwa wydarzenia: ruch Occupy Wall Street z 2011 roku i kampanię prezydencką Berniego Sandersa z 2016 roku. Efektem zmiany świadomości są kolejne sondaże pokazujące, że przynajmniej połowa młodych Amerykanów popiera socjalizm. Dzisiaj wraz z wybuchem kolejnego kryzysu kapitalizmu zainteresowanie marksizmem, socjalizmem i komunizmem cały czas w USA rośnie. To właśnie Stany Zjednoczone są obecnie centrum walki strajkowej na świecie.
Renesans amerykańskiej lewicy jest ściśle związany z marksowskim bon motem: byt kształtuje świadomość. 75 lat kryzysu amerykańskiej lewicy przypada na okres niekwestionowanej dominacji ekonomicznej USA na świecie, przekładającej się także na względnie wysoki poziom życia w USA, dotyczący także mas pracujących. Gdyby American dream trwał dalej, to ani profesor Wolff, ani nawet cała armia marksistowskich profesorów nie byliby w stanie rozreklamować socjalizmu w dobrze prosperującym kapitalistycznym społeczeństwie. Kryzys jednak się rozpoczął i najbardziej uderzył w amerykańską młodzież, pracującą na umowach śmieciowych, obciążoną kredytami studenckimi i pozbawioną dostępu do świadczeń medycznych.
Kim jest profesor Wolff? Z samych wypowiedzi Wolffa, jak i z biogramu dostępnego w Wikipedii wynika, że nie jest to typ prześladowanego przez system rewolucyjnego dysydenta. W odróżnieniu od Marksa czy Lenina nie był zmuszony do emigracji czy ucieczki; wręcz przeciwnie – robił karierę. Skończył najbardziej prestiżowe amerykańskie uniwersytety (Harvard, Yale, Stanford), pracował na wielu uczelniach w USA, ale też m.in. na paryskiej Sorbonie. Jako wykładowca uniwersytecki wykładał ekonomię burżuazyjną, a równocześnie wydawał marksistowskie periodyki, w których tę ekonomię krytykował.
Polityczne zaangażowanie Wolffa również dalekie jest od radykalizmu. Mimo istnienia w USA różnych marginalnych grup o profilu marksistowskim, Wolff wolał współpracować z lewicą bardziej ugrzecznioną, na styku amerykańskich Zielonych i lewicowych frakcji w Partii Demokratycznej. Jednak w 2008 r., gdy wybuchł kryzys kapitalizmu, urodzony w 1942 r. Wolff przeszedł na emeryturę i tym samym zyskał swobodę wypowiedzi. Pierwsze filmy Wolffa w serwisie Youtube to wykłady na temat marksistowskiej ekonomii, nagrywane w jakiejś szkole, w formacie zajęć lekcyjnych z tablicą. Poziom techniczny był słaby. Z czasem jednak profesor zaczyna być zapraszany do mainstreamowej telewizji, a także bierze udział w różnych debatach, organizowanych na uczelniach lub z inicjatywy różnych stowarzyszeń. Sam Wolff powołał stowarzyszenie Democracy at Work, dla którego co tydzień nagrywa półgodzinny serwis ekonomiczny Economic Update. Oprócz tego tworzy regularnie krótkie, mniej więcej dziesięciominutowe filmy z cyklu «Zapytaj Profesora Wolffa», gdzie odpowiada na wszelkie pytania związane z marksizmem i socjalizmem. Śmiało można powiedzieć, że stał się kimś na kształt marksistowskiej telewizyjnej gwiazdy. Codziennie można go zobaczyć czy to w debatach na innych lewicowych kanałach, czy też w debatach telewizyjnych. Warto tu jeszcze podkreślić, że Wolff blisko współpracuje z innymi marksistowskimi intelektualistami, z których najbardziej znany jest popularyzator «Kapitału» David Harvey, którego wykłady także można obejrzeć na kanale Democracy at Work.
No dobrze, ale za słowami takimi jak marksizm czy socjalizm kryje się w praktyce wiele różnych treści – od Berniego Sandersa do Komunistycznej Partii Chin. Jaki socjalizm prezentuje Wolff?
Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta, gdyż sam zainteresowany nigdy jej jednoznacznie nie udzielił. Jako fan Wolffa (może nie jego myśli politycznej, ale jego stylu wypowiadania się, pięknej i łatwej do zrozumienia angielszczyzny i ogromnej erudycji) obejrzałem mnóstwo filmów z jego udziałem i uważam, że w najważniejszych kwestiach nie daje on jasnej, precyzyjnej odpowiedzi.
Z jednej strony trzeba rozumieć, do kogo Wolff adresuje swoje filmy. Moim zdaniem targetem są wyborcy Berniego Sandersa, czyli osoby, dla których socjalizm to coś na kształt rozwiązań skandynawskich, w istocie mało radykalnych. De facto chodzi więc nadal o kapitalizm, tylko z rozbudowanym socjalem, bezpłatną edukacją i powszechną służbą zdrowia.
Jeśli jednak przeanalizujemy wypowiedzi Wolffa na temat Rewolucji Październikowej czy Rewolucji Chińskiej, to czeka nas, w porównaniu z debatą o historii w Polsce, łyk świeżego powietrza. Profesor ma dla rewolucjonistów wiele szacunku, a rewolucje ocenia jako wydarzenia, które zmodernizowały zacofane kraje i realnie polepszyły poziom życia tamtejszych społeczeństw. Nie czuje potrzeby, by w każdej wypowiedzi publicznej koniecznie się uwiarygodnić, potępiając „bolszewicki totalitaryzm”, jak to robią polscy socjaldemokraci. Koncentruje się na krytyce kapitalizmu.
Oczkiem w głowie Wolffa są spółdzielnie robotnicze, a konkretnie ruch społeczny proponujący zastępowanie firm o charakterze hierarchicznym, gdzie przedsiębiorca jest właścicielem środków produkcji i de facto pełni rolę „despotycznego monarchy” w swojej firmie, w spółdzielnie robotnicze. Profesorowi marzy się nowa rewolucja francuska w firmach – obalenie monarchów i ustanowienie oddolnej demokracji. Spółdzielnie robotnicze według Wolffa mają być bazą społeczną nowego systemu ekonomicznego, analogiczną do przedsiębiorstw kapitalistycznych istniejących w upadającym feudalizmie. W wykładach Wolffa na temat spółdzielni robotniczych wyczuć można naiwną wiarę w nieustający postęp spółdzielczości. Ciągle więc słyszymy przykłady o kolejnych spółdzielniach w USA czy hiszpańskiej spółdzielni Mondragon. Niestety profesor wykazuje w tej materii wybiórczość czy wręcz brak wiedzy. W końcu w naszym obszarze geograficznym, czyli w krajach byłego Bloku Wschodniego, sektor spółdzielczy był w czasach socjalizmu bardzo rozwinięty. Najbardziej znany jest oczywiście model jugosłowiański – warto tutaj podkreślić, że tamtejsza spółdzielczość przetrwała rozpad Jugosławii i została zniszczona dopiero w następnych latach w wyniku m.in. bombardowań NATO. Nie jest więc tak, że ruch na trasie przedsiębiorstwa kapitalistyczne -spółdzielczość robotnicza ma charakter wyłącznie jednokierunkowy. Spółdzielnie mogą powstać, ale mogą też zostać sprywatyzowane, czego chyba Wolff nie dostrzega. Oddzielnym tematem jest komercjalizacja wielkich spółdzielni i ich ewolucja w kierunku zwyczajnych firm kapitalistycznych. Przykładem jest tutaj Europa Zachodnia i Francja, w której mieszkam. Wszak jeden z największych banków na świecie, francuski bank Credit Agricole powstał jako wiejski bank spółdzielczy!
O ile mi wiadomo, Wolff nigdy nie pokusił się o odpowiedź na pytanie: gdzie kończy się socjalistyczna spółdzielczość, a zaczyna kapitalistyczna korporacja, wykorzystująca spółdzielczość jako element public relations? Ulubiona spółdzielnia Wolffa, czyli hiszpański Mondragon, już dziś akceptuje różnice w płacach prezesów i szeregowych pracowników na poziomie dziesięciokrotności. Wolff nie odpowiada na pytanie, jak wiele mogą zarabiać prezesi, by ciągle cały projekt można było uznać za godny wspierania. Warto dodać, że Mondragon jest obecny także na rynku tzw. usług finansowych, czyli, mówiąc krótko – zajmuje się spekulacją. Mondragon ma też ciemną kartę związaną z Polską: gdzie w czasach wielkiej prywatyzacji kupił przedsiębiorstwo w Polsce na zasadzie wrogiego przejęcia, tylko po to by je później zamknąć, likwidując konkurencję dla firmy hiszpańskiej.
Marksista Wolff nie zrozumiał zupełnie marksistowskiej analizy państwa i koncepcji dyktatury proletariatu. Wiara w pokojowe przejście do socjalizmu za pośrednictwem poszerzającego się sektora spółdzielczego sytuuje go raczej w gronie przedmarksowskich socjalistów utopijnych.
Nie zmienia to jednak faktu, że Wolff jako krytyk kapitalizmu jest specjalistą najwyższej klasy.
Jego największym atutem jest znajomość współczesnej ekonomii burżuazyjnej, która jest kształtowana właśnie w USA przez ludzi, z którymi Wolff studiował i pracował na tych samych uczelniach. Kto więc zna język angielski, jak najszybciej powinien Wolffa słuchać. Kto nie czuje się na tyle mocny językowo, może odszukać część przetłumaczonych wykładów na kanałach Odrodzenie Komunizmu i Media Lewicowe.
Jeśli USA mogło zmienić się na naszych oczach i o prezydenturę walczył odwołujący się do socjalizmu Bernie Sanders, to i w Polsce może w końcu dojść do odrodzenia antykapitalistycznej lewicy. Może już w przyszłych wyborach prezydenckich polscy antykapitaliści będą mieli na kogo głosować?
Autor jest robotnikiem fizycznym mieszkającym we Francji i autorem kanału Odrodzenie Komunizmu na YouTube.

USA wygrażają światu za próbę opodatkowania amerykańskich gigantów cyfrowych

Administracja prezydenta Donalda Trumpa zaciekle broni Facebooka, Amazona, Google’a, Netflixa i innych koncernów, bojkotując prace nad wypracowaniem międzynarodowego porozumienia, zgodnie z którym firmy te płaciłyby podatki tam, gdzie osiągają swoje zyski.

Na celowniku znalazły się państwa, które wprowadziły bądź planują wprowadzić podatek cyfrowy – Wielką Brytania, Brazylia, Austria, Czechy, Włochy, Hiszpania, Turcja, Indie, Indonezja oraz oddzielnie Unia Europejska. Stany Zjednoczone grożą im sankcjami.
Administracja Trumpa w środę 17 czerwca nagle wycofała się z międzynarodowych negocjacji na temat uregulowania zasad opodatkowania korporacji międzynarodowych, a w szczególności gigantów technologicznych.
Financial Times dotarł do listu sekretarza skarbu USA Steve’a Mnuchina wysłanego do ministrów finansów Francji, Wielkiej Brytanii, Włoch i Hiszpanii, w którym zagroził tym państwom odwetem, jeśli zdecydują się opodatkować amerykańskie giganty. Mowa o sankcjach gospodarczych.
Europejscy sojusznicy USA są zniesmaczeni taką reakcją.
„Byliśmy o krok od porozumienia w sprawie wprowadzenia podatku cyfrowego wobec gigantów, którzy ogromnie skorzystali na kryzysie wywołanym koronawirusem” – stwierdził Bruno Le Maire, francuski minister finansów.
New York Times w międzyczasie informował, że „kilka krajów europejskich, z Francją na czele, wprowadziło podatki od usług cyfrowych, którymi zostaną dotknięte amerykańskie firmy internetowe”. Z kolei inne państwa, takie jak Włochy, Hiszpania, Austria i Wielka Brytania, planują wprowadzić taki podatek, niezależnie od tego, czy firma, której będzie on dotyczył, jest fizycznie obecne na terenie danego kraju (tj. czy ma w nim swoje przedstawicielstwo).
Francja zawiesiła na czas rozmów obowiązek płacenia podatku cyfrowego, ale już w odwecie zapowiada, że go odwiesi. Obecna stawka podatkowa na usługi cyfrowe wynosi we Francji 3 proc. Francuski minister finansów nazwał stanowisko USA „prowokacją wobec tych wszystkich, którzy negocjowali w dobrej wierze”, a w szczególności „prowokacją wobec sojuszników USA”.
Maria Jesus Montero, rzeczniczka rządu hiszpańskiego, powiedziała w czwartek 18 czerwca, że „ani Hiszpania, ani Francja, ani Włochy, ani Wielka Brytania (…) nie zaakceptują gróźb ze strony innego kraju”.
„Nie ustanawiamy przepisów mających na celu zaszkodzenie interesom innych krajów. (…) Ustanawiamy przepisy, które sprawią, że nasz system podatkowy będzie uporządkowany, sprawiedliwy i dostosowany do bieżących okoliczności” – dodała.
Do opodatkowania cyfrowych gigantów namawia sam Joseph Stiglitz, laureat nagrody Nobla, ekonomista i profesor na Uniwersytecie Columbia. Jego zdaniem pandemia COVID-19 jeszcze bardziej uwypukliła niesprawiedliwość w międzynarodowym systemie podatkowym, pozwalając cyfrowym gigantom stać się głównymi beneficjentami pandemii, a jednocześnie unikać im płacenia podatków.
Stiglitz opowiada się za wypracowaniem globalnego systemu podatkowego, który pozwoliłby na sprawiedliwe opodatkowanie takich gigantów. Rozwiązaniem przejściowym byłoby płacenie podatków proporcjonalnie do zysków, jakie osiągnął gigant dzięki mieszkańcom danego kraju.
Gdy państwa europejskie negocjują wprowadzenie podatku cyfrowego i ich przywódcy deklarują, że nie ugną się przed amerykańskim szantażem, Polska reprezentowana przez rząd PiS siedzi cichutko jak mysz pod miotłą. IV RP rezygnuje z jakichkolwiek planów opodatkowania gigantów po jednym telefonie z amerykańskiej ambasady i przepłaca za wadliwe samoloty F-35.
Za takie „wstawanie z kolan” zapłaci polskie społeczeństwo. W zamian za to Donald Trump już za kilka dni poklepie Dudę po plecach i zaprosi go do swojego gabinetu owalnego.

Koniec z inwigilowaniem Czarnych?

Podczas gdy polskie prawicowe media i politycy wykorzystują masowe protesty antyrasistowskie jakie przetaczają się przez USA do dalszego szerzenia rasizmu i niechęci do imigrantów, na świecie coraz więcej organizacji, instytucji i firm traktuje problem poważnie i wprowadza znaczące reformy w swoim funkcjonowaniu celem ułatwienia walki z dyskryminacją rasową.

Ostatnim przykładem może być firma Amazon, która zakazała amerykańskiej policji i służbom korzystania ze swojego oprogramowania do elektronicznego rozpoznawania twarzy. Chodzi tu o kontrowersyjny, produkowany przez Amazon i działający przy użyciu skomplikowanych algorytmów sztucznej inteligencji program „Rekognition”. Program umożliwia między innymi kojarzenie w czasie rzeczywistym nagrań z kamerek zamontowanych na policyjnych mundurach z policyjną bazą danych i twarzami ze zdjęć w policyjnych archiwach. W teorii ułatwia to zatrzymywanie przestępców.
Twarz osoby poszukiwanej, gdy zostaje choćby przypadkiem zarejestrowana przez kamerkę z policyjnego munduru, zostaje automatycznie rozpoznana przez oprogramowanie ‚Rekognition’ i porównana ze zdjęciami w policyjnych bazach danych. Funkcjonariusz jest automatycznie informowany o tym, że jego kamera zarejestrowała twarz osoby poszukiwanej i może dokonać zatrzymania lub kontroli podejrzanego. W teorii ułatwia to walkę z przestępczością i policja chętnie podaje przykłady najgorszych przestępców – od terrorystów po gwałcicieli i pedofilów, których można wyłapać dzięki temu systemowi. Teoretycznie więc, oprogramowanie jest pożyteczne.
Niestety, wokół zastosowania tej technologii nagromadziło się sporo kontrowersji. Organizacje broniące praw człowieka alarmują, że oprogramowanie myli się w wielu przypadkach i błędnie rozpoznaje niektóre twarze. Co bardziej szokujące, program „Rekognition” myli się wyjątkowo często w przypadku twarzy osób czarnoskórych. Sprawę nagłośniono, gdy w lipcu 2018 roku opublikowano wyniki testu oprogramowania w którym „Rekognition” błędnie zidentyfikował twarze 28 członków amerykańskiego Kongresu, w szczególności kongresmenów czarnoskórych i kolorowych. Grupa członków Kongresu wysłała potem list do szefa Amazona, Jeffa Bezosa, domagając się zaprzestania udostępniania programu instytucjom porządkowym, w tym policji i służbom imigracyjnym.
Jak argumentowali, używanie tego oprogramowania może prowadzić do pomyłek i nadużyć. Bezos bronił wtedy współpracy ze służbami, argumentując, że skuteczność oprogramowania szacowana jest na 80% i że firma zaleca służbom policyjnym traktowanie oprogramowania jako narzędzia pomocniczego a nie ostatecznie decydującego o czyjejś winie. Jak jednak wykazali dziennikarze The Washington Post, policja wykorzystywała oprogramowanie ignorując zalecenia producenta, co prowadziło do sytuacji, gdy zatrzymywano, przesłuchiwano i dręczono niewinnych ludzi, oczywiście głównie Czarnych. Problemy w identyfikacji twarzy przy użyciu tego oprogramowania wykazali w 2019 roku naukowcy z Massachusetts Institute of Technology, zwracając dodatkowo uwagę na duży odsetek błędnych wskazań w przypadku kolorowych kobiet.
Policja i służby wykorzystują te technologie nie tylko do ścigania najgroźniejszych przestępców, ale także do profilowania aktywistów i osób uczestniczących w protestach. Technologii tych używano już na przykład przy okazji protestów w Baltimore po tym jak uniewinniono sześciu policjantów odpowiedzialnych za śmierć czarnoskórego baltimorczyka Freddiego Graya. W trakcie protestów po tych wydarzeniach, policja profilowała uczestników przy użyciu technologii rozpoznawania twarzy i wiele osób trafiło do aresztu w oparciu o dowody z oprogramowania. Przypomnijmy w tym miejscu, że Freddie Gray zmarł po tym, jak w policyjnym radiowozie złamano mu kręgosłup. Odpowiedzialni za to policjanci twierdzili, że obrażenia były skutkiem „przewrócenia się” w czasie transportu na komisariat. Świadkowie twierdzili natomiast, że policjanci używali nadmiernej siły a zatrzymany krzyczał „nie mogę oddychać” gdy funkcjonariusz klęczał mu na karku. Dzisiaj taki przebieg wydarzenia brzmi już bardzo znajomo. Pomimo tego, policjanci zostali jedynie zawieszeni, bez wstrzymania wynagrodzenia, a następnie „ukarani” w wewnętrznym śledztwie, którym kierowali inni policjanci. Można tu jeszcze wspomnieć o tym, że Freddie Gray był całkowicie niewinny, nie popełnił żadnego przestępstwa i został aresztowany przypadkowo.
Przy innej okazji, policja na Florydzie wykorzystywała to niepewne oprogramowanie do zatrzymywania i przetrzymywania w aresztach ludzi na podstawie przepisów antynarkotykowych, pomimo tego, że sam producent ostrzegał, że odczyty z oprogramowania mogą być błędne a ich skuteczność jest ograniczona. Ofiarą pomyłek padali oczywiście wyłącznie Czarni i inni kolorowi. Od tamtego czasu działacze na rzecz praw obywatelskich prowadzą kampanie na rzecz zaprzestania wykorzystywania tych technologii. Wszystkie te starania rozbijały się do tej pory o argumenty o „walce z przestępczością” czy „zagrożeniu terroryzmem”.
Potrzeba było masowych protestów początku czerwca 2020 roku i ogromnej presji społecznej, by Amazon zdecydował się na zawieszenie współpracy z amerykańską policją. Przedstawiciele Partii Demokratycznej przedstawili w Kongresie projekt ustawy o reformie policji, w której zakazuje się korzystania przez aparat ścigania z systemu rozpoznawania twarzy w czasie rzeczywistym. Niektórzy aktywiści wskazują jednak, że projekt reformy nie idzie wystarczająco daleko. Amerykańska Unia Swobód Obywatelskich (ACLU) argumentuje, że zakazane powinno być wszelkie korzystanie z technologii rozpoznawania twarzy w urządzeniach na mundurach policyjnych. „Technologia rozpoznawania twarzy zagraża prywatności wszystkich, ale szkodliwość tej technologii nie jest doświadczana przez wszystkich jednakowo. Niedawne, wszechstronne badania rządowe przeprowadzone przez Narodowy Instytut Nauki i Technologii wykazały, że Afroamerykanie i Azjaci byli nawet 100 razy bardziej narażeni na błędną identyfikację niż biali, w zależności od algorytmu i rodzaju użycia go. Nawet jedna błędna identyfikacja może prowadzić do niesłusznego aresztowania, długotrwałych przesłuchań a nawet śmierci z rąk policji – wszystko to są zbyt częste przypadki rasistowskich nadużyć policyjnych, jakich kolorowi doświadczają na co dzień” – pisze ACLU.
Podobne oprogramowanie tworzą wielkie firmy, takie jak IBM czy Microsoft. IBM zakazał w ostatnich dniach wykorzystywania swojego oprogramowania do prowadzenia „masowej obserwacji i profilowania rasowego” i rozważa całkowity zakaz sprzedaży takich produktów służbom policyjnym. W liście skierowanym do amerykańskiego Kongresu, szef IBM Arvind Krishna napisał, że „walka z rasizmem jest pilna jak nigdy”. Krishna ogłosił, że dalsza współpraca z policją i innymi agendami rządowymi zależna będzie od wyników współpracy w trzech obszarach: reforma policji, odpowiedzialne korzystanie z technologii i rozszerzenie szkoleń w zakresie korzystania z produktów firmy.
Firma Microsoft zapewniała w ostatnich dniach o swoim przywiązaniu do idei zwalczania rasizmu i zwróciła się nawet do jednej z wiodących artystek nowojorskich z prośbą o ozdobienie antyrasistowskim muralem firmowego sklepu w centrum Nowego Jorku. Nie do końca jest jednak jasne na ile poważnie firma traktuje swoje deklaracje o antyrasizmie. 250 pracowników firmy wystosowało list w którym zachęcają swojego pracodawcę do zerwania kontraktów z amerykańską policją ale kierownictwo Microsoft wydaje się głuche na takie wezwania. Firma nie tylko tworzy i sprzedaje systemy do rozpoznawania twarzy i inwigilacji ale aktywnie uczestniczy w działaniach na rzecz stworzenia przepisów prawnych korzystnych dla producentów tego typu oprogramowania i deregulacji przepisów dla tej branży. W tym roku firma brała aktywny udział w lobbowaniu na rzecz wprowadzenia prawa ułatwiającego korzystanie z tych technologii przez policję i prywatne firmy w Kalifornii. Dzięki staraniom organizacji proobywatelskich, w Kalifornii udało się zapobiec wprowadzeniu tej ustawy ale podobna ustawa weszła ostatnio w życie w stanie Waszyngton.
Trudno oczekiwać, że Microsoft z własnej inicjatywy zrezygnuje z promowania przepisów korzystnych z punktu widzenia ich interesów. Branża technologii inwigilacyjnych jest bardzo dochodowa i ma przyszłość, o ile rządom państw na świecie uda się przekonać społeczeństwa, że elektroniczna inwigilacja jest niezbędna do tego, by poczuli się bezpiecznie. W projekcie ustawy w Kalifornii zawarto przepisy usuwające obecny, wywalczony przez działaczy na rzecz praw obywatelskich zakaz stosowania przez władze systemu rozpoznawania twarzy. Taki zakaz obowiązuje obecnie w sześciu stanach Ameryki a Microsoft chce go znieść.
Firma współpracuje ponadto z izraelskimi firmami zajmującymi się produkcją systemów rozpoznawania twarzy, które wykorzystywane są do inwigilowania Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu Jordanu. Microsoft może twierdzić, że jest oddany idei rasowej sprawiedliwości ale działania firmy nie poszły na razie ani o krok w kierunku odcięcia się od szkodliwych praktyk związanych z wykorzystaniem ich systemów przez policję i służby bezpieczeństwa.
Należy mieć nadzieję, że dobre kroki podjęte w tej dziedzinie przez firmy Amazon i IBM będą kopiowane przez innych. Pewne jest natomiast, że nie odbędzie się to bez presji ze strony organizacji pozarządowych i ruchów na rzecz sprawiedliwości społecznej. Do moralnego zachowania korporacje trzeba zmusić.

Partia Demokratyczna: od białej supremacji do ochrony mniejszości

Na kilka miesięcy przed wyborami prezydenckimi, republikański prezydent Donald Trump topnieje w sondażach. Po zaledwie kilku latach przerwy, demokrata Joe Biden ma szansę zasiąść w Białym Domu. Mało który obserwator amerykańskich wyborów, zdaje sobie sprawę, że w ciągu ostatnich kilku dekad obie wielkie formacje przeszły gigantyczne transformacje ideowe. Jeszcze kilka lat temu, obecna partia Baracka Obamy, Berniego Sandersa i Alexandry Ocasio-Cortez stanowiła przystań dla największych rasistów amerykańskiego głębokiego południa. Wielki zwrot, który spotkał obie amerykańskie partie – w szczególności Demokratów – to największa polityczna transformacja w historii.

Wszystko zaczęło się w 1828, kiedy do Białego Domu wprowadził się buńczuczny eks-generał Andrew Jackson. Uparty jak osioł i spoza dotychczasowego establishmentu, szybko zaczął rozstawiać po kątach polityków i urzędników ze stolicy… i zastępować ich swoimi lojalistami. Program nowego prezydenta? Gospodarczy libertarianizm, systemowy antyfederalizm i absolutnie rasistowsko-ludobójcza polityka wobec rdzennych Amerykanów. Tak powstała Partia Demokratyczna, najstarsza partia polityczna na świecie. Uparty osioł stał się jej symbolem.

[1]

Pomimo tego, że w roku 2020 główna baza partii składa się z Afroamerykanów, Latynosów, kobiet, ludzi młodych i mieszkańców dużych miast, dwa wieki wcześniej było całkowicie na odwrót: u progu wojny secesyjnej demokraci byli białymi farmerami z południa, niechętnymi wobec interwencji rządu, organicznie rasistowskimi. Pomimo podziału na frakcję północną i południową, było to ugrupowanie de facto pro-niewolnicze i w toku wojny domowej, jego sympatycy zasilali szeregi wojsk południowych stanów Konfederacji. Jeżeli chcemy szukać wspólnego mianownika łączącego przeszłość i teraźniejszość, jest nim ekonomiczny populizm i nominalna obrona „ludu”. W dawnych czasach, rzecz jasna – wyłącznie białego.

Po katastrofie Wojny Secesyjnej, Partia Republikańska zdobyła polityczną hegemonię i bardzo szybko przeszła na pozycje leseferyzmu – industrialna północ kwitła, południowe stany pogrążyły się w biedzie i reminiscencjach. Druga połowa XIX wieku w Ameryce to czas wzrostu wielkich fortun, budowa niebezpiecznych monopoli, pogłębiania nierówności i tłumienia wszelkich przejawów aktywności związkowej. Głównie na północy. Na południu, to początek betonowania systemowego rasizmu. Wszelkie próby upodmiotowienia czarnoskórej ludności w ramach tzw. Rekonstrukcji (kilkuletnia okupacja i desegregacja narzucona z poziomu federalnego) spełzły na niczym i niedługo potem unioniści machnęli ręką i zajęli się rozwijaniem industrialnej północy. Pozbawieni szansy na zdobycie polityki federalnej Demokraci, okopali się w Alabamie, Louisianie, Missisipi i pozostałych stanach i stworzyli coś na kształt amerykańskiej wersji apartheidu – czarnoskórzy Amerykanie byli wolni wyłącznie w teorii, tak naprawdę żyli w strachu, beznadziei i wyzysku, borykając się z jawnie wykluczającymi prawami skazującymi ich na rolę ludzi drugiej kategorii. Ten stan trwał aż do drugiej połowy XX wieku. Od początku XX wieku do lat 70, stany południowe opuściło kilka milionów czarnych mieszkańców.

Tymczasem, partia przyszłego prezydenta Baracka Obamy, ewoluowała w stronę czegoś na kształt populistycznej socjaldemokracji. W początkach XX wieku, modne stały się idee progresywizmu – dążenie do nadawania praw pracowniczych, sceptycyzm wobec dużego biznesu, walka o prawa biednych rolników, prawa kobiet. Generalne dążenie do zwiększenia roli rządu, przy jednoczesnym odrzuceniu idei kiełkującego socjalizmu (który w Stanach nie przeszedł nigdy do fazy rozkwitu). Na ten popularny wózek wskakiwali politycy obu partii, m.in. republikanin Theodore „Teddy” Roosevelt, buńczuczny i charyzmatyczny maverick, który wprowadził szereg reform na rzecz zwiększenia roli rządu. A jednak największe zmiany nastąpiły za dwóch kadencji Woodrow Wilsona. To właśnie w tym czasie powstały różne państwowe agencje, ograniczono wpływy biznesu i ukształtował się profil dwóch głównych partii, ludowych Demokratów i pro-biznesowych Republikanów. Był tylko jeden problem: demokratyczny lokator Białego Domu był zaciekłym rasistą, podobnie jak spora część jego zaplecza wypełnionego białymi suprematystami i przyjaciółmi Ku-Klux-Klanu. Demokratyczna miotła po dwóch dekadach opozycji, miała wyraźnie rasistowski profil. Wielu czarnoskórych republikanów utraciło swoje stanowiska. Jeden z członków rządu stawiał sprawę jasno: „Dawno temu ustaliliśmy, że Murzyn nigdy nie powinien być naszym panem”. Zwolennicy Wilsona nie kryli się z poglądem, jakoby jedynym dobrym rządem, był rząd biały. Między innymi z racji tak skrajnych poglądów, utrzymywanie placu imienia tegoż prezydenta w polskiej stolicy, wydaje się co najmniej wątpliwe.

Prawdziwy zwrot nastąpił po szalonych latach dwudziestych (z republikanami z powrotem u sterów) i krachu finansowym z 1929. Sprawy przybrały poważny obrót i kwestia ekonomiczna stanęła na agendzie z całą mocą. Nowy prezydent Franklin Delano Roosevelt rozbudował wpływy rządu i za sprawą kiełkującego welfare state uratował kapitalizm przed jego własnymi turbulencjami. FDR nie był szczególnie postępowy w kwestiach rasowych. Niemniej jednak, to właśnie w tym okresie czarnoskórzy Amerykanie zaczęli przybliżać się do Demokratów, zwłaszcza na uzwiązkowionej północy. Najbiedniejsi mocno skorzystali na nowej polityce, a Afroamerykanie należeli przecież do najbiedniejszych z biednych.

[2]

O ile północna gałąź partii nie miała szczególnych problemów z pochodzeniem swoich zwolenników, południe pozostawało w twardych ramach prawodawstwa Jima Crowa. Zwani Yellow Dog Democrats, a następnie Dixecrats, kultywowali „stare, dobre zwyczaje”, czyli kulturowy rasizm i systemową segregację. Jednocześnie jednak wspierali ekonomiczną politykę Nowego Ładu i stabilną większość w obu izbach Kongresu, która miała trwać przez dekady. Swoim kolegom z północy, południowi Demokraci wydawali się coraz bardziej anachroniczni, a jednak tylko dzięki nim udawało się utrzymywać władzę w legislatywie. Po drugiej wojnie światowej, wraz z desegregacją w wojsku, napięcia systematycznie rosły.

[3]

W latach 61-63 lokatorem Białego Domu został John Fitzgerald Kennedy, najmłodszy przywódca państwa i pierwszy katolik. Pomimo centryzmu i umiaru, JFK wiedział że jego partia musi się zmienić – a co za tym idzie, również cały kraj. Wśród wielu projektów, znalazła się również realna, odgórna i systemowa desegregacja. Ameryka wrzała, ludzie maszerowali ulicami miast pod charyzmatycznym przywództwem Martina Luthera Kinga i pozostałych liderów ruchu obywatelskiego oraz ich sojuszników, zazwyczaj lewicowych i postępowych liberałów z wielkich miast. Civil Rights Act z 1964 przeszedł przez Kongres już po śmierci Kennedy’ego, wbrew histerii białych segregacjonistów z południa (co warte zaznaczenia – z obu partii). Segregacja rasowa na wszystkich szczeblach została zniesiona, rok później zagwarantowano głosowanie bez względu na kolor skóry oraz zrównano w prawach wszystkich obywateli. Największy paradoks sytuacji stanowił fakt, że wielkie zmiany dokonały się rękami partii amerykańskiego apartheidu. Następca JFK Lyndon Johnson, sam będący demokratą z Teksasu, komentował: „Utraciliśmy południe na pokolenia”

Ostateczną linią demarkacyjną okazało się zastrzelenie Roberta Kennedy’ego w hotelu Ambasador w Los Angeles 5 czerwca 1968 r. Trwały prawybory prezydenckie, młodszy brat tragicznie zmarłego prezydenta, startował z agendą odnowienia partii i kraju – uzdrowienia relacji rasowych i dokończenia projektu Nowego Ładu. Właśnie zdobył kluczowe zwycięstwo w stanie Kalifornia i był na dobrej drodze do wygrania nominacji, a następnie wyborów. Kennedy cieszył się ogromną popularnością wśród Afroamerykanów, Latynosów i białej klasy robotniczej. Niesamowita transformacja Partii Demokratycznej nabrała pełnego rozpędu, pomimo tragicznej śmierci jednego z jej głównych adwokatów.

[4]

Tymczasem, słowa Lyndona Johnsona okazały się prorocze. Coraz bardziej pro-biznesowi republikanie (Barry Goldwater, kandydat partii z 1964 r. był jednym z prekursorów neoliberalizmu, a jednocześnie obrońcą segregacyjnego status quo), skorzystali z okazji i wprowadzili w życie tzw. południową strategię. Jednym z pomysłodawców był nie kto inny, jak przyszły prezydent Richard Nixon, cyniczny oportunista, a przy tym błyskotliwy strateg. Plan był prosty: wykorzystać poczucie zdrady po stronie południowych Amerykanów, posypać nową agendę twardym konserwatyzmem i dorzucić całą masę neoliberalizmu pod płaszczykiem niechęci do rządu federalnego (który – w mniemaniu wielu białych południowców – zdeptał ich prawa, a co za tym idzie, utracił swoją atrakcyjność). Dawny rasizm został ukryty po płaszczykiem świętego prawa stanów do decydowania o własnej polityce, bez interwencji mądralińskich z rządu federalnego. Celem tego ruchu było zdobycie nowych obszarów wyborczych i stałej, strategicznej przewagi. Plan zadziałał, a jego zasadnicze skutki Amerykanie odczuwają po dziś dzień.

[5]

Pomimo, że dwóch z trzech ostatnich demokratycznych prezydentów, pochodziło z południa, wpływy partii w tym regionie maleją od dekad, a podział polityczny przebiega po linii geograficznej. Jeszcze w latach 70 polityczni synowie dawnej partii, jak rasistowski gubernator Alabamy George Wallace, rozwijali swoje kariery w rozdarciu między dwoma formacjami. Wallace (ostatni niezależny kandydat w wyborach prezydenckich, który pociągnął kilka stanów za sobą), krzyczał na wiecach: „segregacja wczoraj, segregacja dziś, segregacja na zawsze!”. Kilka lat później przeprosił za swoje błędy, podobnie jak wielu innych demokratów, którzy pozostali w partii, pomimo zmiany jej profilu. Co ciekawe, po zakończeniu kadencji senatorskich i kongresowych, na większość z ich miejsc, wskoczyli przebrandowieni republikanie. Również w wyborach prezydenckich, stany południa to obszar zamknięty. Ostatnim demokratą, który pociągnął Dixieland, był Jimmy Carter, hodowca orzeszków z Georgii (ale już 4 lata później dostał solidny łomot od Ronalda Reagana) W dzisiejszych czasach, Demokraci zachowali zaledwie garstkę senatorów (Alabama) i gubernatorów (Luizjana). Tam, gdzie wciąż funkcjonują demokratyczni politycy, przejmują wiele konserwatywnych poglądów m.in. poparcie dla posiadania broni, niechęć do nowinek światopoglądowych i twardy fiskalizm. To tzw. Blue Dog Coalition, liczebnie coraz skromniejsza, ale nadal funkcjonująca.

[6]

Na chwilę przed listopadowym starciem wyborczym, statystyki prezentują się następująco: w 2016 roku 91% Afroamerykanów i 66% Latynosów poparło Hillary Clinton. Trudno podejrzewać, aby geografia wyborcza miała ulec zasadniczym zmiano teraz lub w kolejnych wyborach, pomimo zmian demograficznych w takich stanach jak Teksas czy Arizona, sugerujących możliwość południowego comebacku. W 2020 roku Partia Demokratyczna to ugrupowanie liberałów z północy i multikulturalna koalicja wszędzie indziej, Republikanie zajmują ich pozycje sprzed kilku dekad. O ile partia amerykańskiego progresywizmu zdołała uporać się ze swoją niechlubną historią rasizmu i wykluczenia, dziś musi się mierzyć z innymi problemami – dekadami republikańskiej dominacji, która ustawiła system pod ich program i cele, podziałem na beztreściowych centrystów i bardziej radykalnych lewicowców oraz z problemem szerokiej infiltracji przez lobby biznesowe, usilnie działające na rzecz wypłukania reszty progresywizmu z dawnej „partii ludu”. Zapewne w głowach demokratycznych strategów i perspektywicznych polityków lewicy jak AOC i inni, kiełkuje pytanie – jak odzyskać amerykańską prowincję i ludowy charakter partii? To ważne pytanie, nie tylko dla progresywistów z Ameryki.

Stany Zjednoczone kraj (nie)stabilny

Przez całe Stany Zjednoczone przeszła ostatnio fala ostrych protestów połączonych z włamaniami do sklepów i urzędów. Iskrą zapalającą te protesty, było śmiertelne przyduszenie 25 maja br. Afroamerykanina George’a Floyda przez białego policjanta. Protestujący tłum zgromadził się również przed Białym Domem. Przerażony i tchórzliwy prezydent Trump dwukrotnie szukał schronienia w bunkrze Białego Domu.

Skrytykował wprawdzie śmierćG. Floyda ale ostro potępił masowe protesty i towarzyszące im rabunki. Policja, która brutalnie rozprawiała się z protestującymi, tym razem dała również przykłady solidarności i poparcia z nimi.
Trump
groził użyciem wojska przeciw demonstrantom i apelował do gubernatorów, aby nie wahali się użyć gwardii stanowych do przywrócenia ładu i porządku. Nawet niektórzy przedstawiciele Pentagonu skrytykowali Trumpa za groźbę użycia wojska w celu stłumienia protestów. Kiedy prezydent pojawił się w Waszyngtonie przed kościołem z publicznie demonstrowaną w ręku Biblią, spotkał się z krytyką, że wykorzystuje religię do celów politycznych i za nazywanie protestujących Amerykanów „organizatorami krajowego terroryzmu”.
Walka o prawa człowieka i protesty przeciw nadużyciom władzy są częścią składową historii Stanów Zjednoczonych. W niniejszym artykule przedstawiam niektóre przykłady walki o prawa człowieka i protesty przeciw dyskryminacji rasowej począwszy od prezydentury Lyndona Johnsona (1963-1960).
Lyndon Johnson
zasiadł na fotelu prezydenckim po zamordowaniu w 1963 r. prezydenta Johna F. Kennedy’ego. Pięć dni po objęciu prezydentury 27 listopada 1963 r. Johnson zaapelował do Kongresu, aby uczcił pamięć zamordowanego prezydenta uchwaleniem ustawy o prawach obywatelskich.
Ustawa o prawach obywatelskich została uchwalona 10 lutego 1964 r. przez Izbę Reprezentantów i była największym osiągnięciem pierwszego roku prezydentury Johnsona, choć zainicjował ją jeszcze John F. Kennedy. W Senacie jednak napotkała silny opór przede wszystkim ze strony południowców i konserwatystów, którzy zorganizowali tzw. filibuster. Wygłaszali więc długie przemówienia, najczęściej bez żadnego związku z przedmiotem ustawy, po to tylko, by nie dopuścić do głosowania. Ten bojkot i blokowanie ustawy trwały do 10 czerwca. Ustawę ostatecznie uchwalił Kongres dopiero 2 lipca 1964 r.
Johnson, sam będąc południowcem, silnie zaangażował się na rzecz uchwalenia ustawy. Ustawa zakazywała dyskryminacji rasowej w miejscach publicznych, rozszerzała możliwość udziału Murzynów w głosowaniu, zawierała deklaratywne klauzule, zakazując dyskryminacji rasowej i z tytułu płci w polityce zatrudnienia, ułatwiała walkę z segregacją rasową w szkolnictwie publicznym.
Johnson miał ambicje przedstawienia własnego programu wewnętrznego. Zyskał miano programu budowy wielkiego społeczeństwa (Great Society). Przemawiając w maju 1964 r. w University of Michigan Johnson powiedział m.in.: „Za naszego życia mamy szansę stać się nie tylko społeczeństwem bogatym i potężnym, ale awansować wyżej, dojść do wielkiego społeczeństwa. Wielkie społeczeństwo opiera się na obfitości i wolności dla wszystkich. Wymaga ono zlikwidowania nędzy i niesprawiedliwości do czego zobowiązaliśmy się za naszego życia”.
Zaczął od wojny z nędzą i uchwalenia ustawy o równych szansach ekonomicznych (Economic Opportunity Act.). Ustawa ta weszła w życie 20 sierpnia 1964 r.
Pod wpływem licznych protestów, zamieszek i buntów biedoty, Murzynów, młodzieży i wszystkich, którzy czuli się pokrzywdzeni i dyskryminowani Kongres i prezydent byli zmuszeni do zrobienia pewnych gestów, które uspokajały i tak już podminowane nastroje społeczne. Johnson krytykował tych, którzy protestowali i brali udział w zamieszkach w dzielnicach murzyńskich. Zajściom tym często towarzyszyły pożary, kradzieże i gwałty. Policja bezwzględnie rozprawiała się z demonstrantami. Krytycy Johnsona zwracali uwagę, że prezydent ponosi znaczną odpowiedzialność za te przejawy niezadowolenia, ponieważ prowadzi eskalację działań wojennych w Wietnamie, wysyła coraz więcej młodych ludzi do dżungli w Azji Południowo-Wschodniej, przeznacza coraz więcej pieniędzy na niszczącą wojnę i dokonuje cięć budżetowych na cele społeczne, co wywołuje niezadowolenie. Johnson uchodził za reklamiarza i lubi skupić uwagę na swojej osobie.
Lyndon Johnson był zaangażowany w niepopularną w USA wojnę w Azji Płd.-Wschodniej. Pozycja prezydenta zaczęła gwałtownie słabnąć. Wiosną 1968 r. po zamordowaniu Martina Luthera Kinga przez większe miasta amerykańskie przeszła fala gwałtowanych zajść połączona z paleniem dzielnic murzyńskich. Wrzało również na uniwersytetach. Prezydent Johnson nie był mile widziany w żadnym zakątku ani USA, ani świata. Wszędzie witały go masowe demonstracje i protesty. Zmusiło go to do rezygnacji z planów ubiegania się o kolejną kadencję.
Następca Johnsona, prezydent
Richard Nixon
zaostrzył i rozszerzył zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w Azji Płd.-Wschodniej. Za jego prezydentury (1969-1974) na ulicach miast amerykańskich często dochodziło do zaburzeń i demonstracji politycznych głównie z powodu eskalacji agresywnych działań amerykańskich w Azji Płd.-Wschodniej. Z inicjatywy administracji Nixona Kongres uchwalił m.in. ustawę o kontroli przestępczości i bezpieczeństwa na ulicach, oraz w 1970 r. ustawę o kontroli zorganizowanej przestępczości. W 1969 r. Biały Dom sporządził listę „wrogów” administracji Nixona. Znalazło się na niej ok. 200 osób, polityków, aktorów, profesorów, publicystów i innych znanych osobistości, które wypowiadały się krytycznie o polityce administracji Nixona. W maju 1970 r. żołnierze śmiertelnie postrzelili czterech protestujących przeciw wojnie w Wietnamie studentów Kent State University.
Ponieważ Nixonowi groziło usunięcie z urzędu w procesie impeachment oskarżonego o naruszenie prawa, w 1974 roku ustąpił on ze stanowiska i na fotelu prezydenckim zasiadł ówczesny wiceprezydent Gerald Ford. Wystąpił on z aktem łaski wobec Nixona, co spotkało się z protestami w społeczeństwie amerykańskim.
Ronald Reagan,
jako gubernator stanu Kalifornia zaciekle zwalczał liberalnych intelektualistów ze stanowych uniwersytetów kalifornijskich. To on zdymisjonował rektora University of California w Berkeley, Clarka Kerra. Jednego z członków władz uczelni, który sprzeciwiał się mu nazwał lżącym sukinsynem. Wolność słowa, o którą tyle lat toczyła się głośna walka środowiska akademickiego w Berkley, zdaniem Reagana nie obejmuje wolności głoszenia poglądów lewicowych. Jako gubernator Kalifornii, przeciw tak pojętej wolności użył sił policyjnych i gwardii narodowej na kilku uczelniach. Posunął się nawet tak daleko, że oświadczył: „Jeżeli doprowadzi to nawet do krwawej łaźni, trzeba na to pójść, by pozbyć się problemu. Wprawiło to w stan osłupienia wielu środowisk amerykańskich.
Mimo, że Ronald Reagan był popularnym prezydentem, niektóre z jego posunięć zarówno w polityce zagranicznej jak i wewnętrznej spotykały się z krytyką i protestem w Stanach Zjednoczonych. Jedną z takich spraw była afera zwana „Irangate” związana z dostarczeniem Iranowi broni amerykańskiej, co spotkało się z protestami w społeczeństwie amerykańskim.
W okresie prezydentury
George’a H.W. Busha
(1989-1993) gospodarka amerykańska znalazła się w stanie recesji, co dotknęło miliony Amerykanów. Miliony Amerykanów zadawało sobie pytanie: dlaczego prezydent tyle uwagi poświeca polityce zagranicznej w nie przedstawia skutecznego rozwiązania problemów wewnętrznych kraju. Z protestami społeczeństwa amerykańskiego spotkała się polityka podatkowa Busha przewidująca zmniejszenie podatków dla bogatych i podniesienia podatków dla reszty społeczeństwa. Nic więc dziwnego, że w 1992 r. przegrał on wybory prezydenckie z Williamem Clintonem.

Bill Clinton
wygrał wybory prezydenckie dzięki ambitnemu programowi gospodarczo-społecznemu i krytyce dość pasywnej polityce wewnętrznej ostatnich 12 lat rządów republikańskich prezydentów: Reagana i Busha. Lansowaniem programów społecznych zajmowała się w Białym Domu żona prezydenta Hillary.
W 1995 r. miały miejsce liczne akty terrorystyczne na terenie USA. Między innymi w Oklahoma City w wyniku eksplozji bomby, podłożonej w budynku federalnym. 19 kwietnia pod gruzami zginęło 169 osób. W odpowiedzi na liczne przejawy terroryzmu prezydent Clinton wystąpił z kompleksowym programem walki z tą zmorą życia wewnętrznego w USA. Zapowiedział zatrudnienie 1000 federalnych pracowników do walki z terroryzmem, utworzenie ośrodka do walki z terroryzmem wewnętrznym pod kierownictwem FBI. Zobowiązał producentów materiałów wybuchowych do załączenia mikroelementów, pozwalających następnie na ustalenie źródła pochodzenia materiałów, zaangażowanie wojsk do walki z tymi formami terroryzmu, gdzie broń chemiczna lub biologiczna może być użyta. Clinton przedłożył w końcu 1995 r. Kongresowi projekt kompleksowej ustawy pod nazwą Comprehensive Terrorism Prevention Act of 1995. Ponadto wydał polecenie wprowadzenia ostrych środków bezpieczeństwa w zakresie ochrony budynków federalnych.
Kongres uchwalił ustawę o walce z terroryzmem w kwietniu następnego roku, przeznaczając na ten cel 1 mld dolarów w ciągu następnych 4 lat. 24 kwietnia 1996 r. prezydent podpisał ustawę.
17 lipca 1996 r. rozerwał się w powietrzu, tuż po starcie z lotniska im. Kennedy’ego w Nowym Jorku w drodze do Paryża, samolot TWA Boeing 749 z 212 pasażerami i 18 członkami załogi. Wszyscy zginęli. Prezydent Clinton spotkał się 24 lipca z 30 członkami rodzin i przyjaciół ofiar tej katastrofy. Powiadomił również o nowych zasadach silniejszej kontroli na lotniskach i dodatkowych środkach bezpieczeństwa.
Największą porażką Clintona w polityce wewnętrznej było fiasko objęcia opieką lekarską milionów Amerykanów, którzy energicznie domagali się takiego programu. Clinton w tej sprawie nie docenił siły i wpływów potężnego biznesu zdrowia w USA.
Miałem okazję kilkakrotnie rozmawiać z Billem Clintonem. Jego aktywna postawa, którą demonstrował jako prezydent była odczuwana w bezpośredniej rozmowie. Uważam Billa Clintona za bardzo utalentowanego polityka. Równocześnie podzielam pogląd wyrażony przez sławnego futurologa amerykańskiego, Alvina Tofflera, który stwierdził, że „główną słabością jego (Clintona –L.P) było to, że był wyłącznie taktykiem, nie zaś strategiem”. Dla mnie Clinton był klasycznym przykładem zwierzęcia politycznego w arystotelesowskim tego słowa znaczeniu. Miał w sobie dużo charyzmy, dużo optymizmu, ale trzeba przyznać, że sprzyjało mu i szczęście.
George W. Bush
zanim objął w 2001 r. urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych był gubernatorem stanu Teksas . Atakowano go wówczas za liczne wyroki śmierci. Za jego rządów Teksas pobił wszelkie rekordy pod tym względem. Dokonano tam m.in. egzekucji pierwszej kobiety od czasu wojny domowej. Była nią Karla Faye Tucker.
W czasie jego prezydentury, jego polityka wewnętrzna jak i zagraniczna spotkała się z krytyką i protestami. M. in. w czasie pobytu w Genui, w lipcu 2001 r., gdzie odbyła się konferencja G-8 doszło do masowych protestów. W wyniku starć z policją zginął jeden z demonstrantów, 23-letni Carlo Guliani. „To tragiczna śmierć” – powiedział Bush. Skrytykował demonstrantów, którzy „twierdzą, że reprezentują biednych, ale nimi nie są”. Jest również tragiczne – powiedział – że wielu policjantów zostało rannych, „bo próbowali chronić demokratycznie wybranych przywódców i naszego prawa do omawiania wspólnych problemów”.
W czasie prezydentury Busha w Stanach Zjednoczonych wybuchła panika, kiedy kilka osób zmarło zarażonych wąglikiem. W Kongresie oraz w kilku budynkach rządowych również stwierdzono obecność wąglika. Bush prywatnie mówił ludziom ze swego otoczenia, ze ofiary wąglika traktuje jako ofiary wojny, jak rangersów, którzy zginęli w czasie służby w Pakistanie. Władze amerykańskie nie ustaliły źródła pochodzenia wąglika. W przemówieniu do narodu amerykańskiego 8 listopada Bush położył główny akcent na sprawy wewnętrzne po to, by uspokoić społeczeństwo i zapewnić je, że rząd czuwa nad bezpieczeństwem obywateli i ze Amerykanie powinni wrócić do normalnego życia.
Wiele kontrowersji i protestów pojawiło się w USA wokół rozporządzenia prezydenta o utworzeniu specjalnych trybunałowo wojskowych, które będą sądzić terrorystów zagranicznych oraz osoby podejrzane o współpracę z terrorystami. Bush podpisał to rozporządzenie jako naczelny dowódca sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych. Wielu liberałów i konserwatystów oraz obrońców praw obywatelskich protestowało przeciw tej decyzji. Rozprawy przed takimi trybunałami są zamknięte, wina oskarżonego nie musi być udowodniona, a od wyroku nie ma odwołania. Prezydent bronił jednak swej decyzji: „Muszę mieć taką opcję dostępną, jeżeli postawimy członków Al-Kaidy żywych przed sądem. W interesie naszego bezpieczeństwa narodowego leży abyśmy mieli wojskowe trybunały […] To są nadzwyczajne czasy”.
W miarę upływu czasu zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w Iraku spotykało się z coraz większym sprzeciwem. Protestujący Amerykanie domagali się wycofania wojsk amerykańskich z Iraku ze względu na ogromne koszty tej wojny, straty ludzkie i chaos jaki nadal istniał w Iraku. W 2006 roku dwie trzecie Amerykanów domagało się powrotu żołnierzy amerykańskich do domu. Prezydent Bush zwlekał jednak z taka decyzją.
Mimo, że
Barack Obama
był popularnym prezydentem przez dwie zwycięskie kadencje (2009-2017), to również w czasie jego prezydentury pojawiały się różne protesty społeczne. Muszę jednak przyznać, że jako prezydent najwięcej uwagi Obama poświęcił sprawom wewnętrznym, społecznym i ekonomicznym. Uśpiło choć nie całkowicie żądania społeczeństwa. „Dziś – powiedział prezydent więcej Amerykanów jest bez pracy i więcej ludzi pracuje ciężko za mniejsze pieniądze. Więcej z was straciło swoje domy i coraz więcej z was widzi, jak wasze domy tracą swoją wartość. Coraz więcej z was ma samochody, ale nie stać was na ich użytkowanie, macie rachunki, których nie możecie zapłacić i czesne, na które was nie stać… Dziś mówię Amerykanom demokratom i republikanom, i niezależnym w całym naszym wielkim kraju: mamy tego dość. Nadszedł czas, te wybory są naszą szansą, aby w XXI wieku ożywić amerykańskie marzenie”.
Społeczeństwo amerykańskie bulwersowały informacje o stosowaniu tortur przez wojska amerykańskie w Iraku, w Guantanamo, w Afganistanie. Protestujący podkreślali, że brutalne metody przesłuchiwania osób podejrzanych o terroryzm uznano za sprzeczne z prawem międzynarodowym i z prawem amerykańskim. Mimo nacisków społecznych Obamie nie udało się zlikwidować więzienia w Guantanamo.
We wrześniu 2011 r. zaczął się w Nowym Jorku spontaniczny ruch pod nazwa „Okupuj Wall Street”, jako protest społeczny przeciw chciwości i nadmiernym zyskom banków. Prezydent Obama zajął bardzo ostrożne stanowisko wobec tego protestu. Z drugiej strony zaś zwrócił uwagę, że są bardziej skuteczne metody rozwiązywania problemów aniżeli okupowanie parku na Manhattanie.
W Stanach Zjednoczonych jest wiele ofiar użycia broni palnej. M.in. w czasie maratonu w Bostonie 14 kwietnia 2013 r., gdzie zginęły 3 osoby i ponad 260 zostało rannych, Obama przedłożył w Kongresie propozycje ograniczenia dostępu do broni. Ale zgodnie z przewidywaniami z kwietnia 2013 r. poniósł porażkę. Oskarżył o nią lobby zbrojeniowe i republikanów. W czasie prezydentury Obamy, co kilka tygodni w Stanach Zjednoczonych miała miejsce masowa strzelanina z wieloma ofiarami. Po każdej nich Obama wyrażał oburzenie, że Kongres nie zgadza się nawet na wprowadzenie obowiązkowego rejestru posiadających broń, co mogłoby przyczynić się do zredukowania liczby ofiar. Tak było m.in. po strzelaninie w Orlando na Florydzie w czerwcu 2016 r., w wyniku której zginęło 49 osób a 53 zostały ranne. Była to największa masakra w historii Stanów Zjednoczonych. Obama, który przybył na miejsce zbrodni zapowiedział, że podejmuje działania „przeciw tym, którzy nam zagrażają”.
Po każdej strzelaninie lobby zbrojeniowe domaga się szerszego dostępu do broni, co rzekomo na zwiększyć bezpieczeństwo obywateli. Szacuje się, że w prywatnym posiadaniu Amerykanów jest ok. 300 mln sztuk broni na 329 mln obywateli. W październiku 2015 r. Obama tak powiedział: „Jedna sztuka broni przypada w Ameryce mniej więcej na każdego mężczyznę, kobietę i dziecko. Jak w tej sytuacji można wysuwać argument, że więcej broni zapewni nam większe bezpieczeństwo.
Barack Obama miał przeciwników głównie w kręgach konserwatywnych Amerykanów. W środowiskach liberalnych zarzucano mu bierność, tchórzostwo i nawet pacyfizm. W rzeczywistości Obama krytykował te środowiska i te organizacje, które naruszały i gwałciły prawa i swobody obywatelskie.
Autor jest profesorem w Akademii Finansów i Biznesu Vistula, b. posłem na Sejm (1991-2001) i b. marszałkiem Senatu (2001-2005).

Państwo, które się korporacjom nie kłania

Zimna wojna ideologiczna Zachodu z Chinami.

Czego nie może darować chińskiemu społeczeństwu Zachód: jego wielkie korporacje, państwo amerykańskie pod przywództwem prezydenta Trumpa, neoliberalni ekonomiści katedralni i bankowi, piewcy liberalnej demokracji?
Trwa swoisty bój trzech modeli społecznych różniących się rolą państwa w gospodarce i sposobami harmonizowania konfliktów społecznych. To państwa UE starające się połączyć efektywną gospodarką z resztówką państwa socjalnego. Dalej, państwo amerykańskie na usługach korporacji z sektora finansowego, zbrojeniowego, wydobywczego i teleinformacyjnego oraz autonomiczne państwo chińskie budujące społeczną gospodarkę rynkową.
Państwo chińskie ma na Zachodzie złą prasę. Autorytarne, nie ma respektu dla „zdrowych” zasad polityki gospodarczej, kontroluje internet, nie szanuje praw własności intelektualnej, „wyhodowało” koronawirusa, buduje Afrykanom autorstrady i hydroelektrownie podczas gdy Zachód organizuje im konferencje na temat rozwoju.
W skali historycznej jest fenomenem. Powtórzyło za życia jednego pokolenia osiągnięcia narodu japońskiego. Ten w drugiej połowie XIX w. skopiował osiągnięcia techniczne i instytucjonalne Europejczyków, każąc wątpić w ich wyjątkowość. Państwo ludu Han w ciągu ostatnich trzech dekad stworzyło system udanej symbiozy z mechanizmem rynkowym, wykorzystało postęp techniczny w teleinformatyce i transporcie morskim, połączyło go z wolnym handlem, by zbudować szybko rosnącą gospodarkę.
Fenomen państwa chińskiego polega na tym, że nie jest kontrolowane w wyniku demokratycznych wyborów jak na Zachodzie. Odnawia przywództwo podobnie jak Kościół Katolicki, a więc poprzez wybór w wąskim gronie swoich funkcjonariuszy, w tym przypadku działaczy partii nominalnie komunistycznej. Grono to wybiera kandydata, który w swojej dotychczasowej karierze wykazał się osiągnięciami rokującymi nadzieję skutecznego rozwiązywania wyzwań stojących przed wspólnotą.
Ostatnio stosunkowo szybko uporało się z epidemią koronawirusa w ludnej metropolii, jaką jest 11. milionowe Wuhan. Rząd, współdziałając z organami władzy lokalnej i z wolontariatem, wdrożył system zaopatrzenia w artykuły pierwszej potrzeby, tym samym zapewnił izolację konieczną do zastopowania pochodu wirusa. Konieczne okazało się z jednej strony ograniczanie swobody przemieszczania się, nakaz kwarantanny, z drugiej zaś – wykorzystanie internetu, sztucznej inteligencji do rozpoznawania potencjalnie zarażonych osób. Pomogły wielkie chińskie korporacje handlu internetowego oraz stworzony system dostawy bez kontaktu z kurierem. Środki te okazały się na tyle skuteczne, że już 90 proc. dużych firm wznowiło produkcję i chińska lokomotywa wzrostu po krótkim zwolnieniu tempa pędzi dalej.
Co różni chińskie państwo od standardów zachodnich?
Po pierwsze, państwo zachowuje względną autonomię wobec krajowego biznesu. Jest też poza zasięgiem global governance pod egidą USA: nie krępują je ani mechanizm zadłużenia, ani gwarancje bezpieczeństwa militarnego ze strony amerykańskiego patrona. Państwo Hanów wykorzystało wcześniejsze doświadczenia Japonii, Korei Pd., Tajwanu, doświadczenia ze strategicznym kierowaniem procesem modernizacji gospodarki i kontrolą napływającego kapitału z Zachodu. Stulecie penetracji chińskiej gospodarki przez zachodnie firmy i państwa nauczyło ostrożności. Zignorowało tym samym przykazania płynące z Waszyngtonu, dotyczące minimalnego państwa, deregulacji sektora finansowego, prywatyzacji sektora publicznego. Poszło drogą racjonalnego autorytaryzmu (P. Nolan).
Do wysokiej akumulacji dodało odpowiednią politykę makroekonomiczną: brak wymienialności juana, kontrolę inwestycji zagranicznego kapitału przez tworzenie stref specjalnych i spółek z udziałem kapitału chińskiego, ograniczało napływ kapitału portfelowego.
Tę chińską skuteczną politykę gospodarczą miał sparaliżować transpacyficzny traktat (TPP). Byłyby one zmuszone do udziału w gospodarce światowej na warunkach stworzonych przez USA, a więc z wykorzystaniem wielostronnych organizacji jednostronnych na użytek korporacji (BŚ, MWF, WTO); musiałyby też udostępnić swoje oszczędności sektorowi finansowemu Zachodu. Tutaj przyjacielem Chin okazał się sam prezydent Trump, odmawiając jego podpisania. W tej sytuacji neoliberalna globalizacja dalej umożliwia szybki wzrost chińskiego PKB.
Chiny zatem poszły inną drogą niż dawne społeczeństwa realnego socjalizmu w Europie. Te się wpisały w realia ukształtowane w interesie wielkich korporacji, oddały im sektor bankowy, rynek wewnętrzny, pozbawiły się przemysłu, zbudowanego wysiłkiem wielu pokoleń. Muszą się w tej sytuacji zadowolić statusem dostarczycieli taniej pracy montażowej, usług dla korporacyjnego biznesu w Mordorze, a ich „małe misie”, biedafirmy – komponentów dla światowych kolosów.
Po drugie, publiczne to nie bezpańskie
Chińskie państwo postawiło pod znakiem zapytania konwencjonalne mądrości o związkach własności i przedsiębiorczości. Mężowie uczeni reprezentujący teorię wyboru publicznego i szkołę austriacką w ekonomiii, popularyzowanej w Polsce przez korwinistów, „młodzieńczych” wolnorynkowców (R. Gwiazdowski, A. Sadowski, T. Wróblewskiego) i młodych konfederatów (A. Dziambor, S. Mentzen) wiążą przedsiębiorczość z własnością prywatną. Dlatego wydawało się niemożliwe połączenie konkurencyjnej gospodarki rynkowej z własnością wspólną czy społeczną. A jednak!
We współczesnym korporacyjnym kapitalizmie nie działają samotne wilki biznesu i minifirmy. Działają natomiast wielkie organizacyjne kolosy, o złożonej strukturze własności, stosunkach pracy i piętrowym zarządzaniu. Wokół nich kręci się chmara inwestorów, pożyczkodawców, spekulantów. W ich otoczeniu znajdujemy banki, fundusze inwestycyjne, emerytalne.
To wielka machina obracania kapitałem pieniężnym, produktami finansowymi, kredytami, długami. Operatorami tej maszynerii są profesjonaliści, tacy sami jak ci, którzy zarządzają publicznymi firmami czy bankami. Nie operują oni własnymi aktywami, np. na rynku amerykańskim stanowią oni około 80 proc. funkcjonariuszy tych instytucji, podaje Jacek Tittenbrun, w książce „Gospodarka w społeczeństwie”. Ponadto informacje, które kształtują ich decyzje dostarczają rynki towarowe, które na dodatek są niekompletne. Nie wyceniają ani dóbr przyrody (woda, utrata ziemi ornej, zanieczyszczone oceany), a także ignorują potrzeby przyszłych pokoleń.
Rodzaj własności ma tu niewielkie znaczenie. Tutaj bowiem dominują zawodowi zarządcy, którzy rzadko płacą za swe błędy, jak podczas kryzysu 2007/8. W tej sytuacji miarą skuteczności wyboru celów i strategii ich realizacji firm publicznych mogą być intersubiektywnie mierzalne preferencje społeczne, jak jakość życia czy zdrowia oraz konieczność finansowania ze środków publicznych służb, które je zapewniają. Osiągnięcia chińskiego państwa może pokwitować według zasady po czynach ich poznacie blisko 800 mln Chińczyków, którzy wyszli ze skrajnego ubóstwa. To głównie ich siłę roboczą eksploatują miejscowe i zagraniczne firmy, przy czym udział chiński w produkcji np. iPhone Apple’a wynosi 3,8 proc. wartości dodanej, amerykańskiego zleceniodawcy zaś 28,5 proc..
Po trzecie, indywidualizm jest fenomenem cywilizacji zachodniej
Sprzęga się on z szeroko rozumianymi wolnościami, które hołubią Amerykanie, a praktykują Europejczycy. W autodefinicji Zachodu demokracja i prawa człowieka stanowią najdonioślejszą jego zdobycz. Kapitalizm powstał jakoby po to, by mogła zatriumfować wolność jednostki, w praktyce sprowadzona do wyboru jednej z istniejących na „rynku” partii (pluralizm).
W tej koncepcji demokracja to przestrzeń wolnych wyborów, dokonywanych przez upodmiotowione jednostki, kierujące się własnymi interesami. Są one równe przed innymi, prawem i instytucjami. Państwo to tylko strażnik wolności jednostki i autonomii sfery prywatnej.
Kult jednostki, jaki się rozwinął w myśli liberalnej, wyrósł na podłożu chrześcijańskiej koncepcji człowieka. Jest jej subtelnym zeświecczeniem. W antropologii religijnej jednostce przysługuje godność, skoro jako obraz stwórcy, obdarzona jest łaskami teologicznymi (miłości do Boga, nadziei zbawienia). Filozofowie Oświecenia w miejsce Boga i Pisma wstawili Rozum, „zamienili łaskę bożą na cnoty obywatelskie”, pisze Terry Eagleton w książce „Kultura a śmierć Boga”. Nowej wierze w potencjał samorealizacji jednostki najlepiej służą i obywatelska równość, i prawa polityczne, i autonomia decyzji moralnych. Z tą różnicą, że swoje powołanie spełnia jednostka na ziemskim padole.
Tymczasem w społeczeństwie harmonii społecznej, ukształtowanym na etyce Konfucjusza, jednostka jest najpierw członkiem wielkiej rodziny, rodu, prowincji; od państwa zaś oczekuje sprawnego rozwiązywania problemów utrudniających życie. Pod tym względem państwo chińskie nie zawodzi. Chińskie PKB w 2016 wyniosło 11,2 bln dol., amerykańskich (według parytetu siły nabywczej 18,56 bln dol.). Spożycie wewnętrzne stanowi już 43,4 proc. PKB, inwestycje zaś 49 proc.. Chiny wydają na badania rozwojowe 2,3 proc. PKB (sciencemag.org/news/2018/10/surging-rd-spending-china-narrows-gap-united-states).
Posiadają też ogromne rezerwy walutowe, szacowane obecnie na ponad 3,3 biliona dolarów, w tym 40 proc. w amerykańskich papierach wartościowych. Tempo wzrostu w roku 2018 wyniosło 6,6 proc., rentowność (zyski) firm wyniosła 20 proc.. Może dlatego ani na demokrację liberalną, ani na indywidualne wolności nie ma parcia. Jest za to poparcie dla sprawujących władzę.
Wynosi ono stale według amerykańskiej Agencji PEW około 80 proc.. Nie zmienia to faktu, że obecnie tzw. wartości azjatyckie zastępuje „wiara w pieniądz”. Pojawiły się indywidualistyczne strategie dorabiania się, dążenia do bogactwa materialnego i luksusu, który zapewniają duże dochody. W relacjach międzyludzkich nastał czas bezlitosnej konkurencji, w następstwie – obojętność na wspólne cele
Po czwarte, kolejne światowe imperium czy tworzenie funkcjonalnej formy przywództwa światowego?
W historii powszechnej dominujące gospodarczo społeczeństwa wykorzystywały swoje państwa, by kształtować ład międzynarodowy najlepiej obsługujący potrzeby ich elit
ekonomicznych.
Chiny jak wszystkie dotychczasowi liderzy akumulacji kapitału (w kolejności Wenecja, Genua, Niderlandy, Anglia, USA) tworzy szerokie zaplecze dla swoich firm: rynki zbytu, zaopatrzenia w surowce i energię. Jeśli utrzyma autonomię wobec biznesu, być może, zrealizuje na stulecie powstania ChRL, przypadające w r. 2049, wielkie chińskie marzenie o społeczeństwie umiarkowanego dobrobytu dla wszystkich: Wielki Renesans Narodu Chińskiego. Wówczas bardziej sprawiedliwie niż obecnie podzieli dochód narodowy. Obecnie współczynnik Giniego wynosi 0,5, co świadczy o dużej rozpiętości dochodów i majątków.
Przed Chinami stoi wiele problemów: starzenie się społeczeństwa i związany z tym ubytek siły roboczej i wzrost współczynnika obciążenia demograficznego, nie zanikająca korupcja, deficyt ziemi ornej, krytyczny bilans wodny, handel i dostawy paliw przez Cieśninę Malakka, rozłączenie z braćmi z Tajwanu, amerykańskie lotniskowce na Morzu Południowochińskim, brak ubezpieczeń społecznych, eksploatacja siły roboczej jak w XIX w. kapitalizmie manufaktur i pierwszych fabryk.
Mając duże nadwyżki, państwo chińskie buduje infrastrukturę odtwarzającą dawne Jedwabne Szlaki, by znów połączyć krańce Euroazji; to samo robi w Afryce, częściowo w Ameryce Południowej – wszędzie szuka minerałów, ropy naftowej, ziemi ornej, przy okazji zastępuje firmy europejskie i amerykańskie.
Chciałyby zamienić swoje nadwyżki w amerykańskich obligacjach, stanowiące około 40 proc. całości, na aktywa produkcyjne, zwłaszcza firm posiadających nowoczesne technologie, w tym europejskie. Przypomina krajom centrum czasy eksportu ich kapitałów w okresie wychodzenia europejskich liderów przedsiębiorczości z wielkiej depresji lat 1973-1886, a po II wojnie światowej ekspansję USA.
Stąd łatwe skojarzenie z imperializmem i strach przed pułapką Tukidydesa, a więc wojny o ład światowy, dostosowany do potrzeb rodzimego kapitału. Analogie widzą głównie geopolitycy i geoekonomiści.
Patrzą oni na dzieje jako zmagania narodów o wielką przestrzeń, a to o Heartland Eurazji, a to o Rimland oceanów, niebawem o opanowanie kosmosu. W tej perspektywie obecny ład, zwany neoliberalną globalizacją, stworzyły Stany Zjednoczone w okresie, kiedy dominowała ich gospodarka.
Służy on amerykańskim korporacjom z sektora zbrojeniowego, wydobywczego finansowego i teleinformatycznego. Uczyniły one ze Stanów Globalnego Minotaura, przerabiającego, zdaniem Yanisa Veroufakisa, nadwyżkę światową na amerykańskie obligacje. Chiny mają inną wizję. Chcą tworzyć system wspólnej odpowiedzialności za sprawy światowe. To ład wielobiegunowy, zachowujący odrębność cywilizacji lokalnych, w którym znajdzie się system zaopatrzenia swojej gospodarki w deficytowe surowce i rynki zbytu, ale bez baz wojskowych, bez uznawania, jak USA, jakichś obszarów za „strefy żywotnych interesów” (Bliski Wschód, a wcześniej Ameryka Łacińska).
Świat będzie inny, ale czy gorszy?
Jeśli weźmiemy pod uwagę społeczeństwo, które powstało za oceanem, jego stosunek do eksploatacji surowców, poziom zużycia energii, ogromne zróżnicowanie dochodów i majątków, nihilistyczny stosunek do ochrony klimatu, poziom zbrojeń, rozwijanie nowoczesnych technologii dzięki Pentagonowi, a więc zawsze potencjalnie o zastosowaniach militarnych – wszystko to skłania do porzucenia amerykańskiej perspektywy oglądu Chin.
Także UE powinna szukać własnej drogi do wzajemnie korzystnego kształtowania gospodarczej i politycznej przestrzeni w Eurazji i usytuowania w niej Rosji. Europa ma konkurencyjny kompleks przemysłowy, który stworzyły w Europie Centralnej Niemcy, choć jest uzależniona od chińskich firm i taniej pracy Chinek i Chińczyków.
Tylko wartość niemieckiego eksportu samochodów do Chin sięga 1,4 biliona dolarów, a w nim znajdują się podzespoły produkowane w Polsce, podaje Grzegorz Kołodko w książce, „Czy Chiny zbawią świat?”. W dalszym ciągu gospodarka Europy, podobnie jak w Chinach, stoi przemysłem, przetwarza atomy, a nie bity. Te są ważne tylko tam, gdzie liczy się informacja. UE stoi przed koniecznością własnej oceny Chin, własnego bezpieczeństwa militarnego i energetycznego.
To samo zadanie czeka polskie elity rządzące – obecnie narodowo-prawicowe. Określają one i strategię narodową, i urabiają w tej materii opinię publiczną, żerując na rzadko kontrolowanych rozumem emocjach, głównie wobec Rosji.
W tej chwili obsługuje ona interesy amerykańskiego szeryfa, i na jego życzenie przecina szlak kolejowy przez Azję do Europy, jeśli nawet pominiemy brak infrastruktury do transportu intermodalnego, łączącego kolej i TIR-y. Nawet transport środków do walki z COVID-19 dla Niemiec dojechał koleją z Chin tylko do Kaliningradu, a dalej – statkami do Rostocku. Teraz chcą uczynić terytorium polski przedpolem możliwych konfliktów z udziałem broni atomowej, które rodzi rywalizacja USA i Rosji.
Polska myśl strategiczna nie może wydostać się z matni międzywojennych rojeń o mocarstwowości i fantasmagorii Międzymorza. Nie ma zamiaru wrócić znad Dzikich Pól do Weimaru. W okresie przedwyborczym warto o tym pamiętać, tym bardziej, że prezydent jest zwierzchnikiem sił zbrojnych.