Jak usunąć prezydenta USA ze stanowiska?

Termin „impeachment”, który teraz jest w obiegu nie tylko w Stanach Zjednoczonych, nie ma odpowiednika w jednym słowie w języku polskim. Oznacza bowiem w USA postawienie w stan oskarżenia osoby zajmującej obieralne stanowisko. Dlatego w niniejszym artykule będę posługiwał się powszechnie używanym terminem impeachment.

Genezą impeachmentu jest Wielka Brytania. Wprawdzie król w Wielkiej Brytanii był ponad prawem, ale oskarżeniu podlegali np. członkowie Izby Gmin. Jeżeli Izba Gmin postawiła kogoś w stan oskarżenia, to proces odbywał się wówczas w Izbie Lordów. Amerykanie przejęli doświadczenia brytyjskie i na swojej konwencji konstytucyjnej z 1787 r. przyjęli w Konstytucji amerykańskiej Artykuł II Sekcja 4 następujący zapis:
„Prezydent, Wiceprezydent i wszyscy funkcjonariusze państwowi Stanów Zjednoczonych mogą być usunięci z urzędu w wypadku skazania w trybie impeachmentu za zdradę, przekupstwo lub inne ciężkie przestępstwa i przewinienia”.
Na amerykańskiej konwencji konstytucyjnej były różnice zdań odnośnie zakresu impeachmentu. George Mason m.in. opowiadał się za tym, aby objąć tym oskarżeniem również polityków, którzy wykażą się niekompetencją. James Madison, jeden ze współtwórców Konstytucji amerykańskiej argumentował, że impeachment powinien dotyczyć kryminalnego zachowania się polityków. Ostatecznie przyjęto cytowany wyżej zapis Konstytucji – określający zakres impeachmentu.
Od wejścia w życie Konstytucji Stanów Zjednoczonych w 1789 r. Izba Reprezentantów inicjowała procedurę impeachmentu 62 razy. Uchwaliła akt oskarżenia wobec 19 funkcjonariuszy federalnych. Było wśród nich 15 sędziów federalnych sądów różnych szczebli, dwóch prezydentów kraju (Andrew Johnson i Bill Clinton), jeden minister i jeden senator federalny. Procedurę impeachmentu zainicjowano w 1974 r. również wobec prezydenta Richarda Nixona, ale ustąpił on ze stanowiska zanim Izba Reprezentantów zagłosowała nad formułowanym przez Komisję aktem oskarżenia.
Jeżeli chodzi o impeachment wobec prezydenta Stanów Zjednoczonych, to akt oskarżenia przygotowują różne komisje Izby Reprezentantów. Następnie ich raporty analizuje Komisja Sprawiedliwości Izby (House Judiciary Committee) i przygotowuje raport końcowy, który jest przedmiotem głosowania całej Izby Reprezentantów. Do zatwierdzenia oskarżenia potrzebna jest zwykła większość głosów. Izba Reprezentantów wyznacza również oskarżycieli. Natomiast prezydent powołuje swoich obrońców.
Akt oskarżenia uchwalony przez Izbę Reprezentantów przekazywany jest do Senatu, gdzie odbywa się proces sądowy pod przewodnictwem prezesa Sądu Najwyższego USA. Jest oskarżyciel, są obrońcy prezydenta a 100 senatorów działa jak ława przysięgłych. Do uznania prezydenta winnym a tym samym do usunięcia ze stanowiska wymagana jest większość dwóch trzecich. Jeżeli prezydent uznany zostanie winnym, natychmiast traci swoje stanowisko i prezydentem kraju zostaje wiceprezydent USA. W odróżnieniu od sądowych procesów kryminalnych proces impeachmentu jest nieograniczony w czasie.
Dotychczas w historii prezydentury amerykańskiej odbyły się dwa procesy przeciw prezydentom. Pierwszy, miał miejsce w 1868 r. i dotyczył prezydenta Andrew Johnsona. Republikanie nie mogli zboleć, że następcą zamordowanego republikanina Abrahama Lincolna został demokrata, do tego ze stanu sympatyzującego z pokonanym w wojnie domowej południem. W wyniku burzliwej debaty w ostatecznym głosowaniu w Senacie do uznania prezydenta Johnsona winnym, zabrakło jednego głosu. Jeden głos uratował prezydenta.
Drugi proces o usunięcie prezydenta USA z urzędu odbył się w 1999 r. i dotyczył Billa Clintona. Clintonowi zarzucano krzywoprzysięstwo i utrudnianie pracy wymiarowi sprawiedliwości.
12 lutego, w samo południe rozpoczęło się ostateczne głosowanie po raz drugi w historii Stanów Zjednoczonych: czy prezydent jest winny oskarżeniu sformułowanym przez Komisję Sądowniczą Izby Reprezentantów i uchwalonemu przez Izbę Reprezentantów. Artykuł pierwszy oskarżał prezydenta Clintona o krzywoprzysięstwo. Zagłosowało 45 senatorów, wszyscy republikanie. Przeciw opowiedziało się 55 senatorów, w tym 45 demokratów i 10 senatorów republikańskich, głównie ze stanów północnych i wschodnich.
Artykuł drugi impeachmentu zarzucał Clintonowi utrudnianie działania systemu sprawiedliwości. W tym przypadku senatorowie byli równo podzieleni: 50 głosów za i 50 przeciw. Do 45 demokratów dołączyło 5 umiarkowanych senatorów ze stanów północno-wschodnich. Do uznania prezydenta Clintona winnym, zabrakło większości 2/3 głosów.
Dwie godziny po głosowaniu Bill Clinton pojawił się w Ogrodzie Różanym Białego Domu i złożył krótkie oświadczenie, w którym kolejny raz przeprosił wszystkich za skandal. „Teraz, kiedy Senat wypełnił swoje konstytucyjne obowiązki i zakończył ten proces, chcę powiedzieć narodowi amerykańskiemu, jak bardzo mi przykro za to co powiedziałem i zainicjowałem, i co wielce zaciążyło na kraju i na narodzie amerykańskim”. Prezydent zaapelował do rodaków, aby „budowali wspólną przyszłość”. Podziękował również Amerykanom za poparcie, jakiego udzielili mu w trudnych chwilach procesu.

Impeachment wobec Trumpa

Demokraci, którzy mają obecnie większość w Izbie Reprezentantów od pewnego czasu domagają się wznowienia impeachmentu, jako sposobu usunięcia ze stanowiska republikańskiego prezydenta Donalda Trumpa. Przewodnicząca Izby Reprezentantów demokratka Nancy Pelosi początkowo studziła zamiary swoich kolegów partyjnych, ale kiedy okazało się, że zdecydowana większość demokratów opowiada się za usunięciem prezydenta Trumpa z Białego Domu, wyraziła gotowość rozpatrzenia możliwości wszczęcia procedury.
Podstawą do wszczęcia oskarżenia przeciw Trumpowi były jego zabiegi na Ukrainie i w Chinach o akt oskarżenia wobec byłego wiceprezydenta USA, a obecnie kandydata na prezydenta, demokraty Joe Bidena. Takie zabiegi u obcego państwa o oskarżenia wobec obywateli amerykańskich przez prezydenta kraju uznane jest za niezgodne z prawem. Nic dziwnego, że sam Biden wezwał do impeachmentu wobec Trumpa.
Trump w rozmowie telefonicznej z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim powiedział mu wprost: „Chcę by pan zrobił mi przysługę”…
Demokraci wysuwają wobec prezydenta Trumpa również inne zarzuty, które mogą stanowić podstawę do oskarżenia go i usunięcia ze stanowiska. Oskarżają go m.in. o niejasne kontakty z Rosją, o okłamywanie amerykańskiej opinii publicznej, o obstrukcję systemu sprawiedliwości, o fałszywe zarzuty w okresie kampanii wyborczej, zarzuca się również prezydentowi obstrukcję wobec Kongresu.
Biały Dom zdecydowanie odmawia współpracy z Izbą Reprezentantów i oświadczył, że nie dostarczy żądanych przez Izbę Reprezentantów dokumentów ponieważ działania Izby Reprezentantów wobec prezydenta są nielegalne. Prawnicy prezydenta uważają, że zamiar demokratów zastosowania impeachmentu wobec Trumpa jest nielegalny i jest przykładem partyjniactwa. Pracownicy Białego Domu otrzymali od prezydenta zakaz współpracy z Kongresem w sprawie impeachmentu. Republikanie uważają, że celem demokratów jest podważanie wyników wyborów prezydenckich w 1996 r. i utrudnienie Trumpowi zwycięstwa w wyborach 2020 r.
Sondaże wykazują, że większość Amerykanów (53 proc.) popiera dążenie demokratów w Izbie Reprezentantów do wszczęcia procedury impeachmentu wobec prezydenta Trumpa. Trump natomiast kłamliwie twierdzi, że tylko 25 proc. Amerykanów opowiada się za postawieniem go w stan oskarżenia. Według sondażu NBC/WSJ 38 proc. ankietowanych Amerykanów uważa, że Trump zachowuje się uczciwie w sprawie śledztwa wobec niego prowadzonego przez Kongres. Przeciwnego zdania jest 58 proc. Amerykanów.
Popularność Trumpa jako prezydenta jest nadal niska w porównaniu z jego poprzednikami w ostatnich stu latach. Ale próba usunięcia go z Białego Domu w drodze impeachmentu nie powiedzie się moim zdaniem i nie tylko dlatego, że republikanie mają większość głosów w Senacie. Ostre ataki polityczne na prezydenta, zdaniem wielu Amerykanów osłabiają również prestiż Stanów Zjednoczonych w świecie. Dlatego demokraci powinni dołożyć wszelkich starań, aby pokonać Trumpa w najbliższych wyborach prezydenckich w listopadzie 2020 r. a nie nękać go groźbą impeachmentu.

Pora na Moralesa?

W najbliższą niedzielę odbędą się w Boliwii wybory prezydenckie, w których zdecydowanym faworytem jest według sondaży dotychczasowy prezydent Evo Morales. Nad krajem zbierają się jednak czarne chmury. W wywiadzie dla prywatnej telewizji Gigavision Morales powiedział, że jeśli wygra, może dojść do zamachu stanu.

Mówił, że dysponuje nagraniami dowodzącymi, że szykuje się spisek prawicowej opozycji i byłych wojskowych, za którymi stoi imperium amerykańskie. Pierwszy indiański prezydent Boliwii, bliski Kubie i Wenezueli, może wygrać wybory już w pierwszej turze. Jego głównym rywalem jest b. prezydent Carlos Mesa, ostatni przed epoką Moralesa.
W czasie wizyty papieża Franciszka prezydent Boliwii podarował Franciszkowi sierp i młot z Jezusem, flickr
Trzy lata temu doszło do referendum, w którym Boliwijczycy odrzucili możliwość czwartej kadencji prezydenta, a jednak chcą głosować na Moralesa, który nieprzerwanie rządzi od 2006 r. Ma dobry bilans ekonomiczny: Boliwia pomnożyła swój PKB przez trzy i a przez dwa podzieliła wskaźnik biedy.
Jego dyskurs nie zmienia się od lat: antyimperializm, obrona „matki Ziemi”, walka z biedą i ochrona praw Indian. Jego zarządzanie było jednak pragmatyczne: wykorzystał nacjonalizację źródeł paliw, by rozpocząć poważne reformy społeczne i prowadzić politykę wielkich inwestycji publicznych. Dla jednych to autokrata, bo nie uszanował wyniku referendum, dla drugich wielki reformator społeczny kraju, który dużo ucierpiał od proamerykańskich dyktatur wojskowych i dyskryminacji Indian.

Zostawieni przez sojusznika

Amerykańskie wojska opuszczają północno-wschodnią Syrię, turecka inwazja jest już praktycznie przesądzona. Kurdowie przygotowują się do obrony, a Erdoğan straszy, że jego wojska mogą „uderzyć w każdej chwili”.

W oficjalnym oświadczeniu Białego Domu czytamy, że wojska amerykańskie nie będą wspierać tureckiej operacji w północnej Syrii, ale też, że nie będą znajdowały się na terenie, który ma ona objąć. Media pokazują już fotografie pustych obiektów wojskowych, gdzie do niedawna znajdowali się amerykańscy żołnierze. Kurdowie zaś nie mają wątpliwości: zostali ponownie zdradzeni. Waszyngton, który nazywał ich „najlepszym sojusznikiem” w walce z Państwem Islamskim, zostawia ich na pastwę losu, gdy kalifat już upadł. Prezydent Turcji Recep Tayyip Erdoğan powtórzył dziś, że Turcja jest gotowa uderzyć na kurdyjską autonomię w północnej Syrii w dowolnym momencie. Zapewne jednak nie nastąpi to przed odejściem Amerykanów, co zdaniem analityków nie potrwa dłużej niż tydzień.
Prezydent USA uzasadnił podjęte przez siebie decyzje w typowym stylu. Wspieranie Kurdów podobno było zbyt kosztowne.
– Kurdowie walczyli razem z nami, ale płaciliśmy im ogromne sumy w pieniądzach i sprzęcie, aby to robili. Oni walczą z Turcją od dziesięcioleci. Teraz Turcja, Europa, Syria, Iran, Irak Rosja i Kurdowie będą musieli rozwiązać sytuację – napisał na Twitterze w serii wiadomości. W najmniejszym stopniu nie wzruszają go komentarze kurdyjskich polityków i dowódców, przypominających Amerykanom gwarancje, jakie mieli dać Kurdom. Ochrona przed Turcją, dla której wszyscy bojownicy o wolność Kurdystanu są terrorystami, miała być najważniejszą z nich.
Organizacja Narodów Zjednoczonych skomentowała w poniedziałek, że „szykuje się na najgorsze”… i w zasadzie wiele więcej robić nie może. Bezradność międzynarodowego gremium wyraził oenzetowski koordynator ds. humanitarnych w Syrii Panos Mumtzis, oznajmiając, że nie wie, co się stanie, a wokół operacji tureckiej pozostaje wiele pytań bez odpowiedzi. Turcy za to nie kryją się bynajmniej z tym, że ich operacja ma być bezwzględna. Minister spraw zagranicznych Mevlüt Çavuşoğlu również na Twitterze zapowiedział „wyczyszczenie” północnej Syrii z „terrorystów”. Na tereny, z których zostaną wypędzeni Kurdowie, Turcja chce przewieźć 2 mln uchodźców z Syrii, którzy w poprzednich latach szukali u północnego sąsiada schronienia przez wojną niszczącą ich kraj.
Kurdowie zapowiadają, że będą walczyli do końca, chociaż przeciwnik jest silniejszy i chociaż, wierząc w amerykańskie gwarancje, sami swojego czasu zniszczyli umocnienia na granicy między terytorium syryjskim a Turcją.
W podzięce za zielone światło na ofensywę Turcja miała zgodzić się przyjąć do swoich więzień byłych bojowników Państwa Islamskiego, pojmanych po jego upadku, których nie chcą wpuścić na powrót kraje europejskie, z których na Bliski Wschód przyjechali. Warto pamiętać, że podczas inwazji na kurdyjski Afrin Turcja nie miała żadnych problemów, by „przekwalifikować” byłych dżihadystów na członków swoich paramilitarnych, „ochotniczych” oddziałów.

Sojusznik, na którego można „liczyć”

Każda kolejna rozmowa Trumpa z Erdoganem ma coraz tragiczniejsze skutki. W wyniku wczorajszej USA zgodziły się na inwazję(!) turecką na Rożawę. Od rana Amerykanie opuszczają swoje bazy. Wszystko to po tym jak przekonali SDF do likwidacji umocnień na granicy gwarantując ochronę przed Turcją. W tym kontekście poniższe zdjęcie Chamberlain wracającego z Monachium po zdradzie Czechosłowacji nieprzypadkowe. Tak jak wtedy, tchórzliwa decyzja politycznych dyletantów będzie miała tragiczne konsekwencje. Wojna, czystka etniczna, którą wprost zapowiada Erdogan, masowe migracje, ustanowienie Rosji jako hegemona w Syrii, uwolnienie tysięcy fanatyków z ISIS (bo Kurdowie nie są w stanie jednocześnie ich pilnować i walczyć z Turkami). Dla Polski i wszystkich innych sojuszników USA na świecie powinno to być jasnym sygnałem – żadna baza nic nie gwarantuje. Jeden telefon i amerykańscy chłopcy zostawiają Cie sam na sam z agresorem.

Kurdystan.info (Facebook)

„Piątka Dudy”, czyli do USA bez wiz

Po słynnym nowojorskim Greenpoincie – gdzie można było zjeść polskiego schaboszczaka, ruskie pierogi lub napić się oryginalnej polskiej wódki, znika ostatni symbol polskości nierozerwalnie związany z wyjazdami naszych rodaków do USA – wizy!

Po wielu latach starań żelazny punkt rozmów przywódców Polski i USA, utracił aktualność. Prezydent Trump podpisał stosowną decyzję, uruchamiając tym samym procedurę zniesienie urzędniczej uciążliwości dla Polaków. Prezydent Duda nie krył dumy, że to właśnie na czas jego kadencji przypadło to szczęśliwe wydarzenie.
– Długo rozmawialiśmy z prezydentem Trumpem na ten temat i cieszę się, że się udało – powiedział skromnie, ale dumnie do telewizyjnych kamer.
Rzeczywiście wydarzenie ma charakter symboliczny i to pod kilkoma względami.
Po pierwsze – cechuje je pewna trwałość. Wizy zostaną zniesione, ale procedury zachowane. Oznacza to, że oficer emigracyjny nadal będzie mógł zawrócić naszych rodaków z lotniska do domu, jeśli stwierdzi, że w jakikolwiek sposób uchybili oni amerykańskim przepisom. Od jego decyzji nadal nie będzie odwołania. Może się więc tak zdarzyć, że jak dotąd nasz „Kowalski” nawet oryginalnego hot-doga nie powącha, tylko ciupasem odesłany zostanie z powrotem do domu.
Po drugie – jest to decyzja praktyczna. Polacy znacznie rzadziej jeżdżą już do USA za pracą i są znacznie ostrożniejsi, jeśli chodzi o podejmowanie pracy „na czarno”, gdyż pracę – i to legalną – mają pod bokiem, w Europie. Jako obywatele Unii Europejskiej mają szerokie możliwości znajdowania odpowiedniego do swoich kwalifikacji i temperamentu zatrudnienia na starym kontynencie. Oficjalna praca w Unii daje ten dodatkowy profit, że gwarantuje prawa pracownicze łącznie z prawami emerytalnymi. Legalna praca w Unii, to bardzo istotny czynnik, który wpływa na spadającą liczbę chętnych na wyjazd do USA. Ponieważ chętnych jest mniej, to i odsetek odmów udzielonych starającym się o wizę, też w końcu spadł poniżej wymaganych trzech procent, co przez lata blokowało wszelkie rozmowy o ułatwieniach wizowych. No, bo kto dziś jeździ do USA, żeby pracować? Nikt, chyba.
Po trzecie – co poniekąd jest konsekwencją nowej sytuacji, czas pobytu Polaków, którzy przyjadą do USA już bez koniecznych dotąd wiz, został skrócony ze 180 dni do 90. To jest logiczne – przecież ktoś, kto przyjeżdża do USA w celach turystycznych lub biznesowych siłą rzeczy nie może tam przebywać w nieskończoność, bo musi wracać do pracy w Polsce, lub w którymś z krajów UE. Wakacje też nie trwają wiecznie – każdy urlop kiedyś się kończy, więc na co komu aż 180 dni?!
Po czwarte – skoro nie będzie już wiz, nie będzie też opłat wizowych. 160 dolarów zostanie w kieszeni każdego wyjeżdżającego do USA rodaka. Dokładnie – 146, bo jednak 14 dolarów za autoryzację w elektronicznym systemie ESTA zapłacić trzeba będzie.
Po piąte – sukces wizowy, prezentowany jako osobisty sukces pana prezydenta Dudy, jest też sukcesem Unii Europejskiej. To bowiem Komisja Europejska wszczęła przed kilku laty poważne, merytoryczne i bardzo twarde rozmowy na temat zniesieniem systemu wizowego dla obywateli wszystkich swoich krajów członkowskich. Stanom Zjednoczonym zagroziła nawet w pewnym momencie nałożeniem – gdyby ich opór w tym względzie trwał – obowiązku wizowego na obywateli amerykańskich pragnących przyjechać do Europy.
„Osiągnięcie wzajemności wizowej dla wszystkich państw członkowskich UE jest naszym głównym priorytetem. Ostatnie doświadczenia pokazują, że dalsze zaangażowanie dyplomatyczne przynosi pozytywne rezultaty, dlatego będziemy trzymać się tego podejścia również w przypadku USA. Ruch bezwizowy leży w interesie krajów po obu stronach Atlantyku i oczekujemy konkretnych działań wszystkich stron, aby przyspieszyć osiągnięcie tego celu” – mówił po zniesieniu wiz dla obywateli UE przez Kanadę, komisarz ds. migracji, spraw wewnętrznych i obywatelstwa Dimitris Awramopulos.
Należy się więc cieszyć, że pan prezydent Andrzej Duda tak umiejętnie skorzystał z postawy Unii Europejskiej.

Rozmowy zawieszone

Rozpoczęte w czwartek w Sztokholnie amerykańsko-północnokoreańskie rozmowy na temat denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego nie przyniosły wyjścia impasu.

„Stany Zjednoczone pojawiły się z pustymi rękoma”, nie uwzględniły żądań KRLD, co „odebrało wszelką chęć do rozmów” – oświadczył szef pónocnokoreańskiej delegacji Kim Myong Gil cytowany przez oficjalną agencję Jonhap.
„Dobitnie wyraziliśmy nasze stanowisko. Zawieszenie prób jądrowych i startów międzykontynentalnych pocisków balistycznych, likwidacja poligonu jądrowego na północy kraju, powrót szczątków amerykańskich żołnierzy – jako pierwsi podjęliśmy te działania zmierzające do denuklearyzacji i budowania zaufania, jeśli USA szczerze na to odpowiedzą, wówczas będziemy mogli przejść do kolejnego etapu, do poważnego omawiania środków w zakresie denuklearyzacji – powiedział Kim Myong Gil. – W trakcie negocjacji zaproponowaliśmy realistyczny plan działania, który może pomóc dialogowi USA-KRLD przełamać impas spowodowany niewłaściwym podejściem USA”. Dodał wszakże, że rozmowy nie zostały całkowicie zerwane, ale odroczone do końca roku.
Perspektywa amerykańskiego Departamentu stanu jest jednak odmienna. Według Amerykanów komentarze Kima nie oddają istoty toczonych w Sztokholmie negocjacji. „Delegacja amerykańska przyniosła twórcze idee i miały dobre spotkanie ze swoimi odpowiednikami z KRLD” – stwierdziła rzeczniczka departamentu Morgan Ortagus. „Stany Zjednoczone i KRLD nie przezwyciężą dziedzictwa 70 lat wojny i wrogości na Półwyspie Koreańskim w jeden dzień. To ciężkie sprawy, wymagające zaangażowania ze strony obu krajów” – dodała, informując, że strona amerykańska przyjęła ofertę Szwecji, aby za dwa tygodnie wznowić rozmowy z Koreańczykami.
Że w jakiejś formie wymiana opinii pomiędzy Waszngtonem a Pjongjangiem będzie zapewne trwała, ale oczekiwanie na zakończenie impasu było z pewnością przedwczesne, podobnie jak przedwczesny był entuzjazm prezydenta Donalda Trumpa po szczycie w Singapurze w ubiegłym roku. Nie wiadomo nic o szczegółach amerykańskich, ale też i Korea Północna zdaje sobie sprawę, że nie może pozwolić sobie na uległość, gdyż inwestycja w broń rakietową i jądrową to dla Pjongjangu swego rodzaju „polisa ubezpieczeniowa” – rezygnując z niej bez odpowiednio mocnych gwarancji straci jedyną kartę przetargową w relacjach z supermocarstwem.

Trump gromi

„Maksymalna presja” – obecna polityka USA wobec Iranu – może być jeszcze bardziej maksymalna – przekonywał przedstawicieli 193 państw naszej planety amerykański prezydent Trump w Nowym Jorku, na Zgromadzeniu Ogólnym Narodów Zjednoczonych. „Sankcje nie będą zniesione, wprost przeciwnie, zostaną wzmocnione” – wygrażał i wymyślał Iranowi, który był głównym tematem jego przemowy.

Trump kwieciście przedstawiał kraj otoczony amerykańskimi bazami wojskowymi jako bardzo nieposłuszny, ale wygłaszał swe epitety tak monotonnie, że wypadły zaskakująco słabo. Sala bardziej nadstawiła uszu, gdy rozkazywał całemu światu: „Każdy kraj ma obowiązek działać. Żaden odpowiedzialny rząd nie może subwencjonować krwiożerczego Iranu”. Inaczej mówiąc imperialne sankcje spadną na każdy kraj, który zechce handlować z „trędowatym” Iranem.
Spekuluje się trochę na temat ewentualnego spotkania prezydentów USA i Iranu (Hasan Rouhani przemawia jutro), w celu spuszczenia powietrza z napiętej sytuacji, ale to raczej niemożliwe. Prezydent Francji Macron i niemiecka kanclerz Merkel rozmawiali z nimi, ale oddzielnie. Teheran odrzucił sugestie Paryża, Berlina i Londynu jakoby stał za atakami na saudyjskie instalacje naftowe z 14 września. Uznał je za „nieodpowiedzialne”. Poza tym, Trump biczował Chiny i Wenezuelę. Chińczycy przez lata mieli podstępnie pracować bez żadnej reakcji Waszyngtonu, ale te czasy „skończyły się”. Pekin źle odnosi się do protestów w Hongkongu, a Wenezuela, której Ameryka wyznaczyła prezydenta, nie oddała mu władzy. „Cała Ameryka jest za wami” – zapewniał dwuznacznie Wenezuelczyków. Jak dotąd wszystkie amerykańskie próby zorganizowania zamachu stanu w Caracas spełzły na niczym.
Zostało 400 dni do wyborów prezydenckich, więc mówił też do swego elektoratu: jakie sukcesy gospodarcze odnosi i jak dobrze pilnuje granicy, że globalizm, który forsowała kiedyś Ameryka, jest do niczego, i że tylko patriotyzm się liczy. Starał się naśladować telewizyjnych ewangelistów.

Biden na celowniku

Amerykański prezydent zaprzeczył, jakoby kopał dołki pod kandydatem demokratów na prezydenta Joe Bidenem za pomocą obcych służb specjalnych, ale Kongres ma kompromitujące nagranie. Trump podejrzewa, że właśnie Biden będzie jego głównym konkurentem w przyszłorocznych wyborach prezydenckich, więc szuka nań haków. Brudną robotę zlecił Ukraińcom.

Według Wall Street Journal, na lipcowym nagraniu telefonicznej rozmowy Trumpa z nowym ukraińskim prezydentem Wołodymyrem Zełenskim prezydent Ameryki osiem razy powtarzał, by ukraińskie służby skierowały uwagę na syna Bidena. Miały współpracować z adwokatem Trumpa Rudym Giulianim. Drugi syn byłego senatora Hunter Biden pracował dla ukraińskiej grupy gazowej od 2014 r., kiedy nastąpił Majdan. Trump jest pewien, że młodszy Biden wyssał z Ukrainy więcej pieniędzy, niż domagała się administracja.
Kongres jest poruszony, bo Biały Dom rozkazał nie przekazywać Kongresowi formalnej skargi członka amerykańskiego wywiadu na Trumpa, co powinien był zrobić. To ów sygnalista dostarczył w końcu nagranie kongresmenom, podczas gdy inspektor generalny służb wywiadowczych Michael Atkinson, który o wszystkim wiedział, siedział cicho. Trump odpowiedział dziennikarzom, że „nie ma znaczenia” o czym rozmawiał z Zełenskim i że „ktoś powinien pochylić się nad Joe Bidenem”.
Oczywiście najbardziej oburzeni są demokraci. Hillary Clinton, przegrana konkurentka Trumpa w wyborach 2016 r., tłitowała wczoraj: „Prezydent domagał się od zagranicznego rządu pomocy w wygraniu wyborów. Znowu”. W 2016 r. demokraci zarzucali Trumpowi ciemne związki z Rosją, co zatruło miliarderowi pierwsze lata kadencji, zanim został wybielony. Joe Biden gorąco zaprzecza jakoby jego syn był czegokolwiek winny. W czwartek wieczorem Rudy Giuliani musiał potwierdzić prasie autentyczność nagrania. To początek nowych kłopotów Trumpa, przejętego przede wszystkim swą reelekcją.

Trump idzie na wojnę? Ale ostrożnie

„W minutę mógłbym zniszczyć 15 ważnych celów i byłby to bardzo zły dzień dla Iranu, ale powściągliwość jest dobrą rzeczą” – tak amerykański prezydent Donald Trump tłumaczył się z braku zbrojnej reakcji USA przeciw Iranowi, której tak oczekiwali bliskowschodni sojusznicy imperium, saudyjska tyrania i izraelski reżim apartheidu. Zamiast tego, ogłosił wysłanie do Arabii trochę wojska i wzmocnił antyirańskie sankcje. Tymczasem Jemeńczycy, którzy przyznali się do ataku na saudyjskie rafinerie, proponują zawarcie pokoju.

„Na prośbę Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich (ZEA) prezydent zatwierdził wysłanie sił amerykańskich, przede wszystkim lotniczych i obrony antyrakietowej” – wyjaśnił potem Mark Esper, szef Pentagonu. Generał Joe Dunford, szef sztabu armii, dorzucił, że „nie będą to tysiące ludzi”, gdyż misja ma charakter „umiarkowany”. Nowi dołączą, gdy coś nowego się wydarzy, zapewniono.Co do sankcji, które Trump określił jak „najsurowsze w historii świata”, dotyczą one bankowości. Steven Mnuchin z Goldman Sachs, dziś na czele amerykańskiego departamentu skarbu, sprecyzował, że celem są „ostatnie dochody irańskiego banku centralnego” – irańskie fundusze suwerenne zostaną odcięte od amerykańskiego systemu bankowego. „Nie będzie więcej pieniędzy dla Strażników Rewolucji” – zapewniał.
Ze swej strony Iran zauważył, że w kwestii sankcji imperium wystrzelało już wszystkie naboje. Mohammed Zarif, szef perskiej dyplomacji, nazwał nową blokadę „próbą pozbawienia Irańczyków dostępu do żywności i ochrony zdrowia”, co uważa za „znak beznadziei amerykańskiej administracji” i zjawisko „niepokojące”. Zwrócił uwagę, że „skoro Amerykanie powtarzają uderzenia w tę samą instytucję, to znaczy, że ich wysiłki w ramach ‘maksymalnej presji’ nic nie dają”.
Bombardowani przez Saudów Jemeńczycy wystąpili tymczasem z inicjatywą zawieszenia broni z Arabią, w zamian za zaprzestanie bombardowań, które od ponad czterech lat saudyjska koalicja prowadzi w Jemenie. „Chcemy zakończyć wojnę” – ogłosili w Sanie, swej stolicy. Na razie nie ma reakcji bogatego sąsiada, bombardowania trwają.
W tej chwili trwa cyberatak na Teheran prowadzony prawdopodobnie ze Stanów i Izraela. Celem są irańskie strony internetowe związane z przemysłem petrochemicznym, ale strona główna NIOC, głównego, publicznego przedsiębiorstwa tej branży, funkcjonuje. Donald Trump uznaje wyraźnie, że otwarty napad na Iran zaszkodzi mu wyborczo.

Snowden nie dostanie azylu

W dzień światowej premiery książki znanego sygnalisty Edwarda Snowdena „Pamięć nieulotna” francuskie ministerstwo spraw zagranicznych dało do zrozumienia, że prośba Amerykanina o azyl polityczny nie zostanie rozpatrzona pozytywnie. Francuzi boją się zepsuć sobie stosunki z imperium amerykańskim. Tymczasem administracja Trumpa robi wszystko, by przeszkodzić sprzedaży jego książki, gdyż jej treść nie została zatwierdzona przez amerykańską bezpiekę.

Projekt Edwarda Snowdena, któremu kończy się prawo pobytu w Rosji, by dostać azyl w „demokratycznej Francji”, rozwiał się dużo szybciej, niż się spodziewano. Francuski minister spraw zagranicznych Jean-Yves Le Drian udzielił wywiadu kanałowi telewizyjnemu Cnews, w którym jego odpowiedź była jednoznaczna: „Zwrócił się on o azyl u nas w 2013 r., jak w innych krajach. Wtedy Francja uznała, że nie byłoby to właściwe i nie widzę, by dziś coś się zmieniło z politycznego i prawnego punktu widzenia”.
Podobnie jak w wielu krajach (w tym w Polsce), we Francji ukazała się właśnie książka „sumienia internetu”, jak często określa się Snowdena, który ujawnił bezprawne działania podsłuchowe rządu amerykańskiego nie tylko w Stanach, ale i na całym świecie. Administracja Trumpa zwróciła się do sądu, by pozbawić wydawcę Pamięci nieulotnej (Macmillan) całości zysków z jej sprzedaży tak, by żadne pieniądze nie trafiły ani do niego, ani do autora, lecz do kasy państwowej. Ma to być środek na powstrzymanie jej dystrybucji, jak też uniemożliwienie Snowdenowi przyszłego, publicznego wypowiadania się na tematy związane z CIA i NSA.
Jego adwokat argumentuje, że książka nie zawiera żadnych nowych rewelacji, lecz według CIA pozostaje „niebezpieczna”. Niezależnie od tego, co postanowi amerykański sąd cywilny, Amerykanie nie wykluczają podjęcia podobnych działań wobec wydawców w 20 krajach, w których książka się ukazała. Ma to się stać drogą poleceń z ambasad amerykańskich wydanych rządom lub – w razie konieczności – bezpośrednich działań prawnych przeciw wydawcom. Jak dotąd, wszystkie polecenia amerykańskie w sprawie sygnalisty były skrupulatnie przestrzegane przez państwa satelickie imperium.
Amerykański Departament Sprawiedliwości (DoJ) wydał komunikat, w którym obwieszcza, iż Edward Snowden, były pracownik Agencji Bezpieczeństwa Narodowego, który ujawnił gigantyczny system inwigilacji obywateli USA przez służby wywiadowcze tego państwa, ma odpowiadać przed sądem w trybie pozwu cywilnego.
Według prawników DoJ, pozew cywilny jest ze wszech miar uzasadniony. Jako pracownik NSA Snowden podpisał umowy (zarówno z NSA jak i z CIA) zawierające specjalne klauzule dotyczące powierzania mu poufnych informacji. Jego książka ma być świadectwem złamania tych porozumień. Prawnicy DoJ argumentują także, iż Snowden powinien był przedłożyć treść książki do uzgodnienia z CIA i NSA. Amerykańskie ministerstwo sprawiedliwości będzie też zabiegło o wstrzymanie publikacji, ale raczej na niewiele się to zda zważywszy, że pamiętniki te ukazały się jednocześnie w 20 krajach świata.
Przypomnijmy najważniejsze działania Edwarda Snowdena.
Ujawnił informacje o programie PRISM, dzięki któremu amerykańskie służby mogą masowo podsłuchiwać dowolne rozmowy prowadzone poprzez telefon czy komunikator internetowy. PRISM umożliwia też NSA przeglądanie poczty elektronicznej, daje dostęp do czatów i wideoczatów oraz informacji zamieszczonych w mediach społecznościowych. W programie PRISM biorą udział Microsoft (Hotmail), Google (Gmail), Yahoo!, Facebook, YouTube, Skype, AOL, Apple Inc. i Paltalk.
Snowden przekazał dziennikarzom kopię tajnego postanowienia sądu z 25 kwietnia 2013 r., zgodnie z którym jeden z głównych amerykańskich operatorów sieci telefonii komórkowej Verizon jest zobowiązany codziennie przekazywać NSA metadane dotyczące wszystkich rozmów, zarówno wewnątrzkrajowych, jak też i międzynarodowych, zawierające numery telefoniczne dzwoniącego i przyjmującego rozmowę, datę i godzinę oraz długość rozmowy jak również lokalizację, w której znajdowała się osoba dzwoniąca.
Opinia publiczna dowiedziała się, że służby Stanów Zjednoczonych szpiegowały instytucje Unii Europejskiej i ponad 30 czołowych polityków na świecie. Podsłuchiwany był m.in. telefon komórkowy kanclerz RFN Angeli Merkel.
Po ujawnieniu w 2013 r. informacji o inwigilacji prowadzonej przez NSA Snowden uciekł z kraju, został oskarżony w USA o szpiegostwo i schronił się w Rosji, gdzie uzyskał prawo pobytu.

Za co PiS płaci Amerykanom?

Beata Szydło, gdy jeszcze była premierem, tak mówiła o Polskiej Fundacji Narodowej (PFN) – „wykorzystując siłę i energię spółek skarbu państwa, będzie budowała polską markę”. Cóż, niezupełnie tak to wygląda.

Dziennikarze portalu Onet dotarli do informacji, z których wynika, że organizacja ta powołana przez luminarzy IV RP do sławienia jej dobrego imienia zagranicą w szaleńczym tempie drenuje polską publiczną kiesę. I jak przystało na porządki wprowadzone przez Kaczyńskiego, beneficjentami muszą być oczywiście jankesi.
Polska Fundacja Narodowa w ciągu nieco ponad roku wydała ponad 5,5 mln dol. — czyli ponad 20 mln zł — na promowanie Polski kraju w USA. Forsę przytuliła amerykańska firma PR-owa. W ramach usługi było m.in. za utworzenie w mediach społecznościowych viralowych profili o Polsce. Na całym świecie obserwuje jednak po kilkanaście, czy kilkadziesiąt osób. Anglojęzyczny serwis @Polish_Fndtn obserwuje na Twitterze niespełna 6 tys. osób, czyli mniej niż profil PFN po polsku. A to bodaj najlepszy wynik!
„W korespondencji z Polską Fundacją Narodową, Amerykanie nazywają swe serwisy internetowe hubem informacyjnym dla Polski. Przekonują też, że współtworzą strategiczną infrastrukturę informacyjną, którą Polska będzie mogła wykorzystywać przez lata” – czytamy w artykule w portalu Onet.
Chodzi o firmę White House Writers Group (WHWG). To właśnie ją kierownictwo PFN wybrało jako partnera do kreowania i poprawy wizerunku Polski w Stanach Zjednoczonych. Kontrakt został zawarty niemal dwa lata temu, ale PFN utajnia jego ustalenia i rozliczenia z Amerykanami. Dziennikarze Onetu poznali je dzięki dostępności do tego rodzaju informacji, którą gwarantuje prawo w USA.
„Robienie przez PFN tajemnicy z kontraktu z WHWG jest jednak nieroztropne z bardzo prostego powodu. Amerykańska ustawa o lobbingu FARA, uchwalona jeszcze przed II wojną światową, nakłada bowiem na wszystkie amerykańskie firmy, organizacje, a nawet na osoby prywatne obowiązek składania rozliczeń z pieniędzy otrzymywanych od zagranicznych rządów” – piszą m.in. dziennikarze portalu Onet.
WHWG oraz jej współpracownicy zobowiązani się do szczegółowych spowiedzi z działalności Departamentowi Sprawiedliwości, w tym także o kolejnych rozliczeniach z Polską Fundacją Narodową. Transakcje te są więc w USA dostępne publicznie. Nietrudno więc prześledzić współpracę tej firmy z PFN. Dziennikarze Onetu twierdzą, że z informacji tych wynika jasno, że White House Writers Group zarabiają krocie z pieniędzy polskiego podatnika za działania przynoszące zerowe lub nadzwyczaj znikome korzyści dla Polski.
Firma WHWG początkowo otrzymywała 45 tys. dol. miesięcznie, a dziś inkasuje dwa razy tyle. Do tego PFN wypłaca różne zwroty kosztów dla tej firmy (Najwięcej kosztował przyjazd trójki pracowników firmy do Polski: bilety lotnicze – 5 tys. USD i hotele – 3,5 tys. USD, pomoc prawna – 6 tys. USD), które są bardzo wysokie i sięgają milionów dolarów. Tymczasem strona amerykańska zarządza m.in. profilami o Polsce na Instagramie i YouTube. Pierwszy obserwuje 51 osób, drugi ma 13 subskrypcji!

PFN, na którą pieniądze wyłożyło 17 największych spółek skarbu państwa, dysponuje gigantycznym budżetem. W założeniu miała promować image Polski na świecie, ale szybko okazała się kolejną PiS-owską szczujnią. O Polskiej Fundacji Narodowej zrobiło się głośno przy okazji nagonkowej kampanii atakującej sędziów. A teraz okazuje się jeszcze, że jest to przepompownia polskich publicznych pieniędzy do amerykańskich korporacji.