Kryzys amerykańskiej demokracji: kres czy nowy etap?

Dwudziesty stycznia 2021 przejdzie do historii jako dzień, w którym skończyła się najbardziej nieudana i groźna dla demokracji amerykańskiej kadencja prezydencka Donalda Trumpa a Stany Zjednoczone weszły w nowy etap swej politycznej historii – pełen znaków zapytania co do długotrwałych efektów czteroletnich rządów populistycznego autokraty.

Obejmujący władzę czterdziesty szósty prezydent Joe Biden ma wiele atutów pozwalających z pewną dozą optymizmu patrzyć w przyszłość. Jest politykiem bardzo doświadczonym, wieloletnim senatorem i przez osiem lat wiceprezydentem u boku Baracka Obamy. Reprezentuje umiarkowane skrzydło Partii Demokratycznej, co rodzi nadzieję, że uda mu się choćby częściowo zasypać przepaść, która tak ostro podzieliła społeczeństwo amerykańskie w pierwszych dwóch dziesięcioleciach obecnego wieku. Ma u swego boku wiceprezydent Kamalę Harris – pierwszą kobietę na tym szczeblu amerykańskiego systemu władzy, do tego córkę imigrantów o indyjskich i afrykańskich korzeniach, a zarazem jedną z najbardziej wyrazistych przedstawicielek lewicowego skrzydła partii. Ma wreszcie nowy prezydent oparcie w obu izbach Kongresu, w których Demokraci zdobyli, niewielką, ale liczącą się, przewagę.
Sojusznicy Ameryki – przywódcy państw demokratycznych – przyjęli wybór Bidena z entuzjazmem wyraźnie kontrastującym z ostentacyjną rezerwą manifestowaną przez Andrzeja Dudę, podobnie zresztą jak i przez przywódców Rosji, Turcji czy Białorusi. Nic dziwnego: wynik wyborów amerykańskich pozbawił ich nadziei na to, że autokrata w Washingtonie stanowić nadal będzie przeciwwagę w stosunku do postawy przywódców Unii Europejskiej w sprawie demokracji, rządów prawa i wolności obywatelskich.
To, co nastąpiło po listopadowych wyborach, skłania jednak do ostrożności w formułowaniu optymistycznych przewidywań. Wyjątkowość tych wyborów nie polega na tym, że przegrał urzędujący prezydent. To zdarzało się nieraz : po drugiej wojnie światowej trzykrotnie – w latach 1976 (przegrana Geralda Forda), 1980 ( przegrana Jimmy Cartera) i w 1992 ( przegrana G.D.W. Busha). Nigdy jednak nie zdarzyło się, by przegrany kwestionował wynik wyborów i głosił, iż zostały one sfałszowane ( czemu konsekwentnie przeczą wszystkie sądy, do których wpłynęło ponad sześćdziesiąt skarg na przebieg wyborów). Nigdy wreszcie pokonany prezydent nie użył ostatnich dni swego urzędowania na podburzenie zwolenników do fizycznego ataku na siedzibę Kongresu, a więc na swoisty zamach stanu – jedyny w historii tego państwa. Szósty stycznia 2021 okazał się ogniową próbą demokracji amerykańskiej. Obroniła się dlatego, że przed buntownikami nie skapitulował wiceprezydent Mike Pence i że rebeliantów nie poparło wojsko ( ani inne instytucje państwa). Było jednak blisko. Od wojny domowej nigdy demokracja amerykańska nie była tak zagrożona, jak w tym miesiącu, a też nigdy źródło zagrożenia nie tkwiło w Białym Domu.
Trump został (po raz drugi, co też jest unikatowe) postawiony przez Izbę Reprezentantów w stan oskarżenia. Jest to dopiero piąty raz w historii USA gdy prezydent zostaje oskarżony o złamanie konstytucji – przy czym, moim zdaniem, pierwszy, gdy oskarżenie ma tak poważne podstawy. Trzy razy prezydent stawał jako oskarżony przed Senatem i był przez to ciało uniewinniony: Andrew Johnson w 1868 roku, Bill Clinton w 1999 roku i Donald Trump w 2019 roku, przy czym zarzuty wobec Johnsona były wyraźnie sfabrykowane przez niechętnych mu radykałów, a zarzuty wobec Clintona i Trumpa – choć zasadne – nie były wystarczająco poważne, by uzasadniały pozbawienie ich urzędu. Tylko Richard Nixon zmuszony został do rezygnacji, by uniknąć nieuchronnego skazania go przez Senat (w 1974 roku), ale zarzuty wobec tego prezydenta dotyczyły nadużycia władzy dla sabotowania śledztwa w sprawie głośnego włamania do lokalu Partii Demokratycznej w hotelu Watergate – a nie próby obalenia siłą ładu politycznego. Obserwowałem tę aferę spędzając większość czasu na wykładach w USA i pamiętam, jak jednolite było wtedy społeczeństwo amerykańskie w potępieniu zachowania głowy państwa. Tym razem nie można wykluczyć wyroku skazującego – już po zakończeniu przez Trumpa kadencji, ale nie bez znaczenia dla jego politycznej przyszłości. Nie ma jednak klimatu powszechnego potępienia. Aż 197 republikańskich kongresmanów głosowało przeciwko wnioskowi o postawienie Trumpa w stan oskarżenia a miliony jego zwolenników nadal go popierają.
Donald Trump jest centralną postacią tego kryzysu demokracji amerykańskiej, ale byłoby naiwnością sprowadzać ten kryzys do jego działań. Prezydentura Trumpa była konsekwencją a nie przyczyną kryzysu politycznego, a sam ten kryzys narastał od lat.
Mówiąc o kryzysie demokracji w Ameryce mam na myśli załamanie się tego, co stanowi podstawę ładu demokratycznego: konsens głównych sił politycznych co do respektowania instytucji demokratycznych i co do podstawowych założeń polityki wewnętrznej i zagranicznej. Konsens taki istniał przez niemal cały okres po drugiej wojnie światowej powodując, że w literaturze naukowej często można było spotkać rozważania o zacieraniu się różnic miedzy dwiema głównymi partiami. Nie było to równoznaczne z całkowitym brakiem programowych podziałów. Zwłaszcza w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych walka o zniesienie segregacji rasowej spowodowała utracenie przez Partię Demokratyczną władzy na Południu, w stanach dawnej Konfederacji , i przesunęła Partię Republikańską na prawo. Proces ten uległ pogłębieniu w latach 1981-1989 za prezydentury Ronalda Reagana, ale mieścił się wciąż jeszcze w ramach szeroko pojętego konsensu demokratycznego.
Zaczęło się to załamywać na początku obecnego stulecia. W 2002 roku na prawym skrzydle Partii Republikańskiej pojawiły się zalążki ruchu nazwanego (przez analogię z protestem, z którego wyrosła amerykańska wojna o niepodległość) „patią herbacianą”. Przedstawicielą tego ruchu, była gubernator Alaski Sarah Palin została kandydatką na wiceprezydenta w wyborach 2008 roku, po których 19 lutego 2009 roku „Partia Herbaciana” została oficjalnie ukonstytuowana jako skrajnie prawicowe skrzydło Partii Republikańskiej. Dopiero jednak osiem lat później popierany przez nią Donald Trump zasiadł w Białym Domu (uzyskując zresztą mniejszość głosów wyborców, ale wyraźną większość głosów elektorów). Jego wygrana była tylko częściowo wynikiem tego, że znaczna część wyborców odwróciła się od bardzo doświadczonej, ale niezbyt popularnej Hilary Clinton. W grę wchodził rosnący protest znacznej części społeczeństwa przeciw kierunkowi, w jakim zmieniała się Ameryka.
W komentarzach amerykańskich socjologów i politologów na temat przyczyn obecnej sytuacji dominują dwie różne, choć nie wykluczające się narracje. Pierwsza (między innymi w wersji wielokrotnie prezentowanej przez Adama Przeworskiego – jednego z najwybitniejszych amerykańskich socjologów polityki, wychowanka Uniwersytetu Warszawskiego) kładzie nacisk na uwarunkowania ekonomiczne. Neoliberalny kapitalizm w wersji faworyzowanej przez Raegana zrodził niespotykany poprzednio wzrost nierówności ekonomicznych: bogacenie się najbogatszych, stagnację ekonomiczną a nawet regres w położeniu klasy średniej, a zwłaszcza ubożenie warstw ludowych. Biedniejsi żyją średnio o piętnaście lat krócej niż ludzie z 20 procent klasy „wyższej” (Małgorzata Durska, „Biedna biała Ameryka”, Gazeta Wyborcza, 16 stycznia 2021), co jest syntetycznym wskaźnikiem ogromnych rozpiętości w warunkach życia. Wielu z tych biedniejszych Amerykanów głosowało na Trumpa w 2016 roku i wielu (choć nie wszyscy) pozostali przy nim w zeszłym roku. Ich wybór mieści się w ogólnym trendzie, który obserwujemy też w Europie i który wyraża się w buncie klasy ludowej przeciw neoliberalnemu kapitalizmowi.
A Ameryce dochodzi jednak do tego inny problem: ostry sprzeciw wobec postępującego demontażu systemu dyskryminacji rasowej. Sprzeciw ten przybrał na sile ostatnio – jako reakcja na zdobywanie przez Afroamerykanów kolejnych pozycji w długiej walce o równe z „białymi” prawa. Jak w fizyce, każda akcja wywołuje reakcję. W tym wypadku jest to reakcja tej części „białej” Ameryki, która nadal nie może pogodzić się z tym, że sto sześćdziesiąt lat po wojnie domowej, która położyła kres niewolnictwu, czarnoskórzy Amerykanie stopniowo zdobywają prawa tak długo mim odmawiane. W tym sensie prezydentura Baracka Obamy była symbolicznym przełomem – entuzjastycznie przyjętym przez postępową część Ameryki, ale znienawidzonym przez rasistowską prawicę.
W 1937 roku John Dollard w głośnej monografii o stosunkach rasowych na amerykańskim Południu sformułował nowatorską wówczas tezę, że rasizm amerykański ma szczególnie silne oparcie wśród uboższych Amerykanów, dla których przywileje wynikające a przynależności rasowej były psychologiczną rekompensatą za ich upośledzenie ekonomiczno-społeczne.
W ten sposób zlewają się w jedno dwa nurty społecznego protestu: przeciw nierówności ekonomicznej i przeciw prawom mniejszości rasowych. Powstała z tego mieszanka ma wiele cech przypominających europejski faszyzm z lat międzywojennych. Jako jeden z pierwszych sygnalizował to Zygmunt Bauman w eseju napisanym po wyborach 2016 roku – na kilka tygodni przed śmiercią (i opublikowanym w półroczniku „Studia Socjologiczno-Polityczne. Seria Nowa” w 2017 roku). Od faszyzmu obecny autorytarny populizm różni miedzy innymi brak totalitarnej partii i całościowej ideologii, ale istnieją podobieństwa na tyle istotne, by pojawiało się pytanie, czy brunatna przeszłość może się odrodzić.
W styczniu 2021 roku demokracja amerykańska obroniła się przed najpoważniejszym wyzwaniem w jej historii, być może nawet groźniejszym niż secesja stanów południowych w 1861 roku, gdyż wymierzonemu w samo serce systemu demokratycznego – w wolne wybory. To powinno być źródłem nadziei. Nie mają racji ci publicyści i uczeni, którzy już ogłosili kres liberalnej demokracji. Nowi autokraci powinni na serio przemyśleć los Donalda Trumpa. „Będą spisane czyny i rozmowy” – by przypomnieć Miłosza. Jeśli upadł Donald Trump, nie ma powodu, by uważać pozycję jego wielbicieli w naszej części Europy za nienaruszalną.
Trzeba jednak także liczyć się także z gorszymi scenariuszami. Trump odchodząc nie zabiera z sobą konfliktów społecznych, które tak ostro podzieliły Amerykę. Stoi ona w obliczu wielkich problemów, których upadek niedoszłego autokraty nie likwiduje. Najbliższe cztery lata – okres prezydentury Joe Bidena – będą miały wielkie znaczenie dla losów demokracji – nie tylko w Stanach Zjednoczonych.

Świat dezinformacji

Ashli Babbitt była jedną z pięciu osób, które straciły życie podczas szturmu na Kapitol. Została zastrzelona przez policjanta w cywilu, kiedy próbowała sforsować wejście do Izby Reprezentantów przez zbitą chwilę wcześniej szybę.
Nie obawiała się obrażeń od kikutów szkła, nie zareagowała na ostrzeżenie „stój, bo strzelam”. 35-latka była przekonana, że bierze udział w walce z siłami zła. „Nikt nas nie powstrzyma. Mogą próbować, próbować i próbować, ale burza nadciąga i spadnie na DC w przeciągu 24 godzin. Po ciemnościach – jasność” – napisała na portalu społecznościowym tuż przed śmiercią.
Ashli, weteranka sił powietrznych z 14-letnim stażem w ostatnich latach oddała się zgłębianiu teorii spiskowej QAnon, zgodnie z którą Stany Zjednoczone od 2016 roku są areną walki pomiędzy przestępczą siecią satanistów-pedofili, osadzoną w strukturach głębokiego państwa (deep state), a administracją prezydenta Donalda Trumpa, wspieranego przez tę cześć dowództwa sił zbrojnych USA, która nie złożyła jeszcze broni przez wewnętrznym zaborcą.
Teoria brzmiąca jak bełkot obłąkańca jest powielania i rozwijana przez kilkanaście milionów osób w samych Stanach Zjednoczonych. W ramach sieciowej struktury, na anonimowych forach, takich jak 8chan tworzone są jej kolejne kłącza. FBI umieściło QAnon na liście zagrożeń terrorystycznych. Jej wyznawcy są często członkami zbrojnych milicji o profilu neofaszystowskim. To właśnie oni stanowili trzon grupy uderzeniowej, która zaatakowała Kapitol. Jeśli jednak myślicie, że to szurskie idee, bez znaczenia w realnej polityce – jesteście w błędzie. QAnon ma już nawet swoją deputowaną w Izbie Reprezentantów – Marjorie Taylor Greene została wybrana w Georgii.
Ten atak nie był akcją sfrustrowanej biedoty. Osoby o najniższych dochodach zresztą, wbrew obiegowej opinii, popierają w zdecydowanej większości Demokratów. Tym tłumem nie kierowała wściekłość zdegradowanej przez kapitalizm klasy robotniczej, ani nawet obywatelski gniew na odrealnione elity. Tych ludzi, gotowych porzucić swoją codzienność, poświęcić siebie samych, do walki skierowały precyzyjnie stargetowane bodźce informacyjne. QAnon to coś więcej niż teoria spiskowa, to oprogramowanie do dekodowania wydarzeń i procesów. Kiedy Trump mówi o przekręcie wyborczym, odbiorcy nie mają wątpliwości – głębokie państwo chce jego obalenia i posuwa się do fałszerstw. Trzeba wyjść na ulice, walczyć w obronie ojczyzny. Szczególnie, gdy do walki zagrzewa sam prezydent, a jego prawnik, Rudolph Giuliani kilka godzin przed szturmem mówi: „Niech się to rozstrzygnie w boju” („So let’s have trial by combat”). Wydarzenia sprzed dwóch dni pokazują jak potężną bronią polityczną stała się dezinformacja.
Przygniatające to poczucie – że szaleństwo zaczyna wygrywać. Zlepek kłamstw ma większą skuteczność niż najdokładniejsze fakty. Postępuje dewaluacja prawdy. Widzimy to w Polsce przy okazji nagonek organizowanych przez rząd, widzieliśmy w Wielkiej Brytanii przed brexitowym referendum, czy w Brazylii, kiedy do władzy doszedł Bolsonaro. W USA jest jednak najgorzej – myślenie wielomilionowej rzeszy zostało w stopniu znacznym oderwane od rzeczywistości. W taki właśnie sposób toczy walkę nowa prawica – za pomocą mediów społecznościowych i anonimowych forów umieszcza w bańkach całe segmenty społeczne i poddaje je bombardowaniu informacjami o wysokim natężeniu afektywnym, łączącymi się z innymi implementowanymi fejkami.
Biden nie będzie prezydentem swojego kraju. Przez jedną trzecią elektoratu Republikanów jest uznawany za fałszerza i uzurpatora. 45 proc. elektoratu Republikanów popiera szturm na Kapitol. Recepcja ta jest wynikiem nie tylko dezinformacji rozsiewanej przez Trumpa i QAnon, ale też konsekwentnego procesu delegitymizacji przeciwnika politycznego, napędzanego przez Republikanów co najmniej kilkunastu lat. Obama nie miał prawa rządzić, bo sfałszował swój akt urodzenia – miał przyjść na świat w Indonezji. Biden nie będzie legalnym prezydentem, bo wybory zostały sfałszowane.
O mdłości przyprawiają mnie zawodzenia o „kryzysie demokracji” czy pełne oburzenia głosy o „profanacji świątyni wolności”. Budynek, w którym podejmowane były decyzje, które zniszczyły życie setkom milionów ludzi na całym świecie nie zasługuje na żaden szacunek. Wcale mnie jednak nie cieszy to, co się stało. Bo to ponura zapowiedź tego, co nas czeka. W Polsce rządzi ekipa czerpiąca garściami z metod sprawowania władzy przez amerykańską prawicę. O sile spisków przekonaliśmy się przy okazji uzbrojenia politycznego katastrofy smoleńskiej. Były już pokrzykiwania o sfałszowaniu wyborów samorządowych w roku 2014. A kiedy przyjdzie oddać władzę, nadejdzie pora na mobilizację ulicy.

Amerykańska demokracja

Ostatnie dni pokazały, że demokracja amerykańska, pomimo jej wielu wad, anachronicznych rozwiązań ustrojowych i głębokich podziałów społecznych, potrafi się bronić. Urzędujący Prezydent, mający nadal bardzo liczny elektorat, w tym liczną grupę zatwardziałych wyznawców, nie zdołał zablokować procesu przekazywania władzy po przegranych wyborach prezydenckich.

Wyraźna większość w Kongresie, z udziałem znaczącej liczby członków jego własnej partii republikańskiej, zarówno w Izbie Reprezentantów jak i w Senacie – stanęła na gruncie prawa, faktów oraz zdrowego rozsądku i wspólnie potwierdziła wynik wyborów elektorów i i ich decyzje w poszczególnych stanach. Zrobiła to, zgodnie z Konstytucją, pod przewodnictwem urzędującego Wiceprezydenta Mike’a Pence’a, zastępcy Donalda Trumpa, pomimo brutalnych nacisków samego Prezydenta jak i próby zastraszenia przez podburzony przez niego tłum zwolenników, który zajął budynki Kongresu na Kapitolu.
Wcześniej Prezydentowi oparły się sądy stanowe i federalne, łącznie z Sądem Najwyższym, do którego, w trakcie swojej kadencji, Donald Trump mianował trzech nowych sędziów, zwiększając udział nominatów prezydentów republikańskich w tej najwyższej instancji sądowniczej do dwóch trzecich.
Oparły się również Prezydentowi władze stanowe, organizujące wybory i nadzorujące proces liczenia głosów, nie tylko demokratyczne, ale również republikańskie.
Nie zgodził się na łamanie prawa również jego własny Sekretarz Sprawiedliwości – Prokurator Generalny i inni przedstawiciele jego własnej administracji.
Na szczególny szacunek zasłużył Mike Pence, do tej pory wierny wykonawca polityki Trumpa, który potrafił odmówić szefowi i nie tylko przeprowadził, zgodnie z Konstytucją, procedurę zatwierdzenia wyników wyborów w Kongresie, ale podjął również decyzję o wysłaniu Gwardii Narodowej na ulice Waszyngtonu dla wsparcia policji w przywracaniu porządku i ładu na wzgórzu kapitolińskim i w całej stolicy.
Władza Prezydenta USA jest ogromna, a pomimo tego wszystkie instytucje państwowe wykazały odporność na jego bezprawną presję. To świadczy o dojrzałości demokracji i właściwym balansie między władzą ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą.
Przed nową administracją J. Bidena stoją jednak ogromne wyzwania.
Największe to niezbędne zmniejszenie podziałów społecznych, etnicznych, rasowych, a zwłaszcza majątkowych. Nie będzie to oczywiście możliwe bez wyzwolenia nowych czynników wzrostu i rozwoju, w tym wsparcie dla przemysłu w interiorze amerykańskim.
W wymiarze politycznym demokraci Bidena, ale również sami republikanie muszą zdjąć wiatr z populistycznych żagli Trumpa, ujmując wiele z realnej frustracji społecznej.
W innym wypadku dzisiejszy sukces amerykańskiej demokracji może okazać się krótkotrwałym.

Dlaczego Izraelczycy znowu zabili irańskiego naukowca?

W Izraelu zamach pod Teheranem wygląda trochę na reklamę książki dziennikarza najpoczytniejszej tam gazety Jedijot Achronot Ronena Bergmana, która wyszła u nas pod tytułem Powstań i zabij pierwszy. Wszyscy o niej mówią, bo autor również po jej wydaniu (ostatni raz w zeszłym roku) zapowiadał zabicie przez Mosad irańskiego fizyka jądrowego Mohsena Fakhrizadeha, co się w końcu stało. Ale poza Izraelem mało kto patrzy na dokumentalną literaturę kryminalną. Liczy się pytanie, czy Izraelowi uda się pchnąć USA do napaści na Iran, zanim rozstrzygną się amerykańskie wybory.

Ronen Bergman dał się poznać w Polsce prawie trzy lata temu, gdy przetaczała się przez media sprawa słynnej ustawy o IPN (z której PiS musiał się wycofać) i związanych z nią słów premiera Morawieckiego o „żydowskich sprawcach Holokaustu”. Dla Bergmana ustawa oznaczała „konflikt Polska kontra cały naród żydowski”, twierdził też, że jego matka z Polski i wielu Żydów uważa, że „Polacy byli gorsi od nazistów” (choć on sam „tak nie sądzi”), co wywołało pamiętne poruszenie. Nie sposób go jednak porównać z tym, co dzieje się wokół jego „proroctw” w palącej teraz kwestii irańskiej.
Książka Bergmana jest poświęcona tzw. pozaprawnym egzekucjom, w których wyspecjalizowały się izraelskie tajne służby. Według autora, w ostatnich latach „zanotowano co najmniej 3 tys. ofiar, wśród których są osoby, które były celem, ale też niewinni, którzy znaleźli się w złym miejscu o złym czasie”, co ma sugerować, że same „cele” są winne. Olbrzymia większość takich egzekucji dotyczy Palestyńczyków podejrzewanych o udział w ruchu oporu lub lokalnych liderów społeczności palestyńskich, którzy mogą być potencjalnie niewygodni dla przebiegu zaboru, okupacji i kolonizacji. Są jednak też morderstwa dokonywane daleko za granicą Palestyny, jeśli „cel” sobie na to zasłużył w oczach izraelskiego rządu. „Operacja zabicia Fakhrizadeha musiała być przygotowywana przez miesiące lub nawet lata” – mówi dziś Bergman.
„Zapamiętajcie to nazwisko”
Izraelski premier Netanjahu lubi w czasie konferencji prasowych powtarzać nieśmiertelny styl fake newsów Colina Powella, który kiedyś przyniósł do ONZ fiolkę z „broniami masowego rażenia”, by wykazać konieczność napadu na Irak. Pokazuje więc zdjęcia, rysunki lub przedmioty, które mają zrobić wrażenie na widowni. Pod koniec kwietnia 2018 r. scenografia była szczególnie bogata: obok niego stały półki z błyszczącymi płytami i jakimiś segregatorami, które miały ilustrować irańskie zagrożenie. Premier opowiadał, że Mosadowi udało się wykraść z Iranu dokumenty, z których ma wynikać, że Iran może pracować nad budową bomby atomowej, co złamałoby regionalny monopol Izraela w tym względzie.
Na sam koniec premier objawił gwóźdź spektaklu, wskazując wyświetlone zdjęcie Fakhrizadeha z czasów odległej młodości: „Zapamiętajcie to nazwisko!” – zapowiedział tajemniczo po informacji, że ten człowiek jest „mózgiem” potencjalnej irańskiej bomby. Prawdę mówiąc Mosad nie bardzo musiał się wysilać, by je odkryć, gdyż od lat figuruje ono na niemal wszystkich dokumentach Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA) z siedzibą w Wiedniu, dotyczących układu atomowego zawartego w 2015 r. pod egidą ONZ, który uniemożliwiał Iranowi budowę broni jądrowych w zamian za zniesienie sankcji. Układ działa cały czas, mimo, że Trump na życzenie Netanjahu zeń wyszedł i nałożył sankcje, po owej konferencji. Inspektorzy MAEA mają nieograniczony dostęp do irańskich instalacji i twierdzą, że Iran żadnej broni atomowej nie ma i nie buduje.
Śmierć na drodze
60-letni Mohsen Fakhrizadeh zginął w zamachu, w którym musiało brać udział co najmniej kilku ludzi. Najpierw eksplozja zatrzymująca jego samochód, potem strzały. Był wybitnym naukowcem, wykładowcą na uniwersytecie imama Husajna w Teheranie, fizykiem jądrowym, z którego Irańczycy byli dumni, bo pracował w irańskich instalacjach, które miały produkować elektryczność i opracowywał środki obrony przeciw atakowi atomowemu na jego kraj (w randze generała). Władze irańskie bez układu z 2015 r. ogłosiły, że nie będą budować bomby ze względów religijnych i humanitarnych. Istnieje specjalny zakaz (fatwa) ajatollaha Chameneiego piętnujący takie zamiary. Mimo to, Izraelczycy od 2010 r. zabili co najmniej pięciu irańskich naukowców w ramach pozaprawnych egzekucji.
Ta liczba jest stosunkowo b. mała w porównaniu z Irakiem, gdzie po amerykańskiej inwazji z 2003 r. Izraelczycy wraz z Amerykanami zabili setki naukowców różnych specjalności. Cóż, Iran nie jest okupowany i trzeba tam jeździć turystycznie z paszportami Kanady, czy innych krajów, lub korzystać z osób miejscowych, by kogoś zabić. Większości morderstw dokonano w ciągu dwóch pierwszych lat operacji – potem było dużo trudniej, bo Irańczycy podjęli ostre środki ochrony kontrwywiadowczej swoich ludzi. Pogrzeb państwowy Fakhrizadeha miał oprawę porównywalną do zabitego w styczniu w amerykańskim zamachu terrorystycznym gen. Solejmaniego, który zdaniem Waszyngtonu i Tel-Awiwu zbyt dobrze zwalczał Al-Kaidę i Państwo Islamskie w Syrii i Iraku, stanowiąc zagrożenie dla interesów izraelskiego reżimu apartheidu.
Teraz albo nigdy
W tej chwili pada wiele tez i prób odpowiedzi na pytanie „dlaczego teraz”? Najbliższy prawdy zdaje się być izraelski Ha’aretz, według którego przypadek należy wykluczyć: „Czas zabójstwa, nawet jeśli był zdeterminowany względami czysto operacyjnymi, jest jasną wiadomością dla Bidena”, gdyby miał zostać prezydentem. Zamach miał wskazać opozycję Izraela dla ewentualnego powrotu Stanów Zjednoczonych do pokojowego układu atomowego z Iranem podpisanego w 2015 r. za prezydentury Obama-Biden. Biden rzeczywiście coś takiego sugerował, gdyż wolałby prowadzić kolejną wojnę gdzieś w Ameryce Południowej, w każdym razie nie z Iranem, jako państwem jednak zbyt silnym. Izraelczycy nie obawiają się, że bidenowcy zmienią cokolwiek, jeśli chodzi o dyplomatyczne prezenty trumpistów, jak przeniesienie ambasady do Jerozolimy, czy uznanie aneksji okupowanych ziem palestyńskich i syryjskich, ale widzą, że jeśli chodzi o Iran, nacisk jest niezbędny.
W dwa dni po amerykańskim głosowaniu Jerusalem Post donosił o słowach ministra ds. kolonii Hanebiego, że jeśli Biden wygra i zechce trzymać się z dala od Iranu, Izrael sam nań napadnie. W ciągu ostatnich 20 lat Izraelczycy wielokrotnie to zapowiadali w formie otwartych deklaracji lub „przecieków”, by trzymać Iran w stałym napięciu i sugerować Waszyngtonowi przejście do czynu, ale nawet trumpiści nie palili się do tego. Mike Pompeo, który pojechał do Izraela przed zamachem pod Teheranem, by zapewnić, że Trump wygrał wybory i będzie dalej rządził, zachwalał dotychczasową politykę sankcji i „maksymalnej presji” jako „nadzwyczajnie skutecznej”: „Dziś gospodarka irańska ma wielki problem z kryzysem monetarnym, rosnącym zadłużeniem i inflacją. Eksportuje ledwo jedną czwartą ropy w porównaniu z okresem sprzed sankcji”. Netanjahu nie był jednak zadowolony. W okresie niepewności wyborczej w Ameryce, stara perswazja „teraz albo nigdy” wydaje mu się najkorzystniejsza.
Wojna gestów?
W połowie listopada Trump zaczął mówić o bombardowaniu Iranu. I owszem, ze Stanów do imperialnej bazy lotniczej w Katarze, po drugiej stronie Zatoki Perskiej, wyleciały zespoły ciężkich bombowców strategicznych (tzn. zdolnych do bombardowań jądrowych) B-52H Stratofortress. Jednak póki co, armia raczej odradza mu ten ruch, a takie loty odbywają się dość regularnie, średnio co pół roku, by nie dać Iranowi zasnąć. Po zamachu na Fakhrizadeha pojawiły się spekulacje, że tym razem jakieś bomby jednak polecą, bo Trump chciałby zrobić na złość bidenowcom, mieć w końcu jakąś własną wojnę w życiorysie lub po prostu jeszcze raz zrobić dobrze izraelskiemu państwu kolonialnemu.
Warto jednak zwrócić uwagę, że USA nie zareagowały, gdy Iran zbombardował ich bazę wojskową w Iraku po zamachu na gen. Sulejmaniego. Ta dziwna cisza brzmi do dzisiaj. Poza tym: czy Trump naprawdę zechce nowej wojny w sytuacji, gdy jego popularność w Stanach bardzo wzrosła w ciągu tych czterech lat (dostał ok. 10 milionów głosów więcej niż w 2016 r.)? Miałby na ewentualny koniec iść w poprzek swych głośnych przekonań o „niepotrzebnych, nieskończonych wojnach”, które są podzielane przez jego wyborców? Trudno w sprawie irańskiej odróżnić jego polityczne gestykulacje od rzeczywistych zamiarów, ale prawdopodobieństwo rychłego napadu na Teheran jest dużo mniejsze, niż się przypuszcza, a Izrael, wbrew rytualnym zapowiedziom, niczego bez Stanów raczej nie zrobi.
Spisek saudyjski
Niedawne „tajne” spotkanie na terenie saudyjskim między Pompeo, Netanjahu i Mohamedem ben Salmanem karmi kolejne podejrzenia na temat wybuchu wojny. Oto wybuchłaby ona, gdy Iran zechce zbrojnie ukarać Izrael za zabójstwo naukowca. W końcu do ukarania sprawców wezwał sam ajatollah Chamenei. Irański parlament, wyraźnie wkurzony bez rozróżniania na „konserwatystów” i „reformistów”, wezwał z kolei do zerwania z MAEA, gdyż podejrzewa, że to jej inspektorzy, przynajmniej niektórzy, szpiegują irańskich naukowców. Były też apele o uderzenie w Hajfę, czy Dimonę (izraelski ośrodek atomowy), ale władze najwyższe najwyraźniej nie mają zamiaru rezygnować ze swej „strategii cierpliwości”. Gen. Kaani, który zastąpił Solejmaniego, uspokajał: „Wróg nie ma odwagi lojalnie stawić nam czoła. Koniec Izraela jest bliski. To są ostatnie działania złoczyńców i tyranicznych potęg.”
Ten język też jest rytualny. Ma znaczyć, że ewentualna odpowiedź Iranu nastąpi „w odpowiednim miejscu i czasie”, ale nie na tym polu, którego oczekują uczestnicy saudyjskiego spotkania. Ba, Iran wystąpił do wszystkich swych sojuszników z „osi ruchu oporu”, by nie dali się wciągnąć w najmniejszą prowokację. Libański Hezbollah i inne anty-dżihadystowskie ugrupowania zbrojne Bliskiego Wschodu zgłosiły jedynie gotowość: „Popieramy Iran przeciw nowemu sojuszowi reżimu syjonistycznego z niektórymi krajami regionu”. Izraelczycy zabili Fakhrizadeha, by osłabić Iran i otworzyć wojnie nowe możliwości, lecz „spisek saudyjski” to jeszcze nie wszystko. Jedyne, co wydaje się pewne w tej historii, to, że HBO zekranizuje książkę Bergmana, by publiczność mogła podziwiać spryt (i oczywiście wielkie serce) izraelskich skrytobójców.

Dialog amerykańskiej dyplomacji okazał się porażką

Niedawno pojawiły się informacje o próbach dialogu, który ma doprowadzić do porozumienia w trwającym od dziewięciu lat konflikcie libijskim. Pod patronatem specjalnego wysłannika ONZ, amerykańskiej dyplomatki Stephanie Williams, 15 listopada w Tunezji zainaugurowano Libijskie Forum Dialogu Politycznego. Jedynym jego efektem są dywagacje na temat możliwych ogólnokrajowych wyborów w podzielonym państwie i kilka niezbyt wiele znaczących deklaracji.

Negocjacje, faktycznie pod amerykańskim patronatem i według ustalonego przez Williams klucza selekcji uczestników, skończyły się zatem fiaskiem.
Ameryka upokorzyła
Mówią o tym otwarcie praktycznie wszyscy przedstawiciele istotnych libijskich sił politycznych. Politolog Saleh Ibrahim stwierdził, że Amerykanka wręcz upokorzyła swoimi decyzjami Libijczyków, zarówno elity wojskowe, jak i cywilne obu zwaśnionych części kraju.
Szejk kontrolującego roponośne terytoria plemienia Magribi Miftah al-Bagan winą za brak jakichkolwiek postępów obarczył siły zewnętrzne ingerujące w libijski proces pokojowy. Jeden z uczestników forum Zaidan Matuq al-Zadma uznał, że misja ONZ popełniła błąd już na wstępie, całkowicie błędnie dobierając uczestników dialogu. Idris al-Magribi, członek Izby Reprezentantów, powiedział kanałowi Libya24, że uczestnicy forum całkowicie zawiedli Libijczyków.
Hassan al-Zaghir, były wiceminister spraw zagranicznych zauważył, że Stephanie Williams zaprosiła na forum przedstawicieli grup przestępczych.
Dowodem na prawdziwość tego ostatniego twierdzenia może być fakt, że w dalszym ciągu w nielegalnym, prowadzonym przez kręgi terrorystyczne więzieniu w Trypolisie przebywają obywatele Rosji, przetrzymywani tam już od ponad półtora roku. Maksim Szugalej i Samer Sueifan zostali wówczas uprowadzeni i nadal nie odzyskali wolności. Przypomniał o tym zajmujący się ich obroną prezes Fundacji Obrony Wartości Narodowych Aleksandr Malkiewicz.
Stwierdził, że jednym z elementów wskazujących na owocność dialogu miało być uwolnienie zakładników zaraz po zakończeniu forum, do czego oczywiście nie doszło.
Reprezentujący rodziny porwanych Malkiewicz skierował zresztą w ich sprawie list do Williams, który pozostał jednak bez odpowiedzi. Przez ten brak reakcji sprawa ma zostać podjęta przez rosyjskie ministerstwo spraw zagranicznych na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ: „Jestem przekonany, że Rosja ma moralne prawo wykorzystać wszelkie dostępne środki do obrony swoich obywateli zagranicą” – stwierdził Malkiewicz, dodając że cała sytuacja doprowadzić może wręcz do konieczności zastosowania prawa weta przy okazji kolejnych głosowań w radzie.
Sprawa Szugaleja i Sueifana nabiera coraz wiekszego rozgłosu międzynarodowego, również dzięki filmowi fabularnemu pokazującemu ich losy i wyświetlanemu w wielu krajach.
Manipulowanie sytuacją
Wracając do zakończonego niedawno spotkania Libijskiego Forum Dialogu Politycznego, zwraca uwagę fakt, że cała inicjatywa postrzegana jest przez dużą część libijskiego społeczeństwa jako próba manipulowania sytuacją w kraju przez ośrodki zewnętrzne, przede wszystkim amerykański Departament Stanu. Spośród 75 uczestników spotkania w Tunezji, 49 zostało wybranych osobiście przez Stephanie Williams.
Więcej niż połowa z tej liczby to radykalni członkowie Bractwa Muzułmańskiego, wspieranego przez Turcję i dążącego do islamizacji kolejnych obszarów Libii. Jednak nawet oni nie byli w stanie dojść do porozumienia we własnym gronie, wobec czego forum zakończyło się awanturami i konfliktami.
Po spotkaniu pojawiły się relacje, w których uczestnicy opisywali próby przekupstwa ich w zamian za głosowanie za określonymi rezolucjami i rozwiązaniami.
Stephanie Williams konsekwentnie promowała Fatiego Baszagę, obecnego szefa resortu spraw wewnętrznych w Trypolisie, postać związaną z islamistami, a jednocześnie jedynego libijskiego polityka tego szczebla wzywającego do rozmieszczenia stałych baz wojskowych Stanów Zjednoczonych na terytorium Libii.
Mimo kolejnych prób wywierania wpływu na głosujących uczestników forum, 2/3 z nich zdecydowało się zagłosować przeciwko umożliwieniu startu w wyborach osobom, które sprawowały wysokie funkcje publiczne po sierpniu 2014 roku, czyli od momentu zaostrzenia wojny domowej w kraju.
Kryzys państwowości
Taka opcja zerowa miałaby wyeliminować z życia publicznego osoby budzące największe emocje ze strony poszczególnych uczestników konfliktu. W takim przypadku ci, którzy przyczynili się do obecnego kryzysu państwowości libijskiej, np. wspomniany Baszaga, nie mogliby kontynuować swojej obecności w polityce. Kierownictwo misji ONZ zablokowało jednak ostateczne przyjęcie takiej uchwały.
Misja UNSMIL po raz kolejny zatem okazuje się w oczach Libijczyków de facto stroną konfliktu, z sympatią odnoszącą się do niektórych jego uczestników. Obecny kryzys zaufania do instytucji międzynarodowych, w tym ONZ, prowadzi do postulatów odsunięcia Stephanie Williams z funkcji szefowej misji.
Nie budzi zaufania
Waszyngton proponuje jednak w jej miejsce Bułgara Nikołaja Mladenowa, sympatyzującego z Amerykanami, co też nie budzi zaufania istotnej części uczestników dialogu. Choćby z tego powodu coraz częściej można usłyszeć, że istnieje pilna konieczność wypracowania całkowicie nowego mechanizmu pokojowego rozwiązania libijskiego konfliktu.
Byłoby to jednak bankructwo wielostronnej dyplomacji międzynarodowej prowadzonej w ramach ONZ. Końca libijskiego konfliktu tymczasem nadal nie widać. Udział w negocjacjach i mediacjach zainteresowanych mocarstw zewnętrznych z pewnością nie zastąpi autentycznego dialogu, na który mają nadal nadzieję Libijczycy, mający dość wojny od obalenia w 2011 roku przez tzw. Zachód pułkownika Muammara Kadafiego.
Po raz kolejny powstaje pytanie, czy rzeczywistym celem zachodniej dyplomacji reprezentującej zainteresowane regionem mocarstwa nie jest po prostu przedłużanie trwania chaosu, obliczone na podtrzymywanie sytuacji zagrożenia dla całego basenu Morza Śródziemnego, a dodatkowo czerpanie korzyści z bogatego w surowce kraju, który został doprowadzony do stanu ruiny i wojny domowej.

Stany nie chcą pokoju w Libii?

W cieniu wyborów w Stanach Zjednoczonych, wojny w Górnym Karabachu, kryzysu pandemicznego i innych zjawisk absorbujących media, nadal nierozwiązany pozostaje konflikt w Libii. Ostatnie ruchy personalne w tym kraju rodzą poważne obawy, o bezpieczeństwo nie tylko Libijczyków, ale też mieszkańców całej Europy.

Od 2011 roku, czyli upadku państwowości w Libii, coraz większą rolę odgrywają tam radykalni islamiści, które pod pozorem działalności religijnej, zajmują się przestępczością zorganizowaną na ogromną skalę.
Kontrolujący wschodnią część kraju gen. Chalifa Haftar zdołał je w znacznym stopniu wyeliminować ograniczając tym samym ich potencjał.
Odwrotnie niż w znajdującym się pod kontrolą uznawanego przez kraje zachodu Rządu Jedności Narodowej. Tam nadal ich rola w dalszym ciągu jest bardzo istotna.
W sierpniu pojawiły się jednocześnie perspektywy zakończenia trwającej od dziewięciu lat tej krwawej, libijskiej wojny domowej. Rozpoczęły się negocjacje grup roboczych i kontakty ludzi Haftara z przedstawicielami Fajiza as-Sarradża, przewodniczącego Rady Prezydenckiej w Trypolisie, która kontroluje tamtejszy rząd.
Choć as-Sarradż skutecznie prosił Turcję o wsparcie militarne w postaci doświadczonych bojowników z Syrii, to jednak w ostatnim okresie wydawał się skłonny do dialogu. Udało się m.in. wznowić wydobycie i eksport ropy naftowej, co wymagało kompromisu i dialogu z faktycznymi władzami wschodniej części kraju. Fajiz as-Sarradż zdecydował się jednak ustąpić ze stanowiska. Wykorzystali to najradykalniejsi przywódcy grup terrorystycznych i przestępczych odwołujących się do radykalnej interpretacji islamu. Wśród nich największą rolę odgrywają umocowani już wcześniej we władzach w Trypolisie – Chaled al-Miszri i Fathi Baszagga. Ten pierwszy jest pochodzącym z Turcji szefem organu doradczego trypoliskiego rządu – Najwyższej Rady Państwa oraz członkiem politycznego skrzydła Bractwa Muzułmańskiego Partii Sprawiedliwości i Budowy.
Ten drugi jest obecnie ministrem spraw wewnętrznych, również mającym związki z Bractwem Muzułmańskim i bliskie kontakty z Turcją.
9 listopada w sąsiedniej Tunezji rozpoczęła swoje obrady konferencja pod nazwą Libijskie Forum Dialogu Politycznego. Przedsięwzięcie zorganizowane zostało przez Misję Wsparcia Libii ONZ (UNSMIL), od niedawna kierowaną przez amerykańską dyplomatkę Stephanie Williams, znaną wcześniej z niechętnego podejścia do środowisk kontrolujących wschodnią część kraju, w tym Libijskiej Armii Narodowej Haftara. To właśnie ona dokonała selekcji uczestników wspomnianego forum, którego ostatecznym celem jest wyłonienie ogólnokrajowego rządu tymczasowego, mającego kierować państwem aż do wyborów. Czterdziestu dziesięciu spośród siedemdziesięciu pięciu uczestników forum w Tunezji, zostało rekomendowanych przez Williams, a wśród nich także ci, których amerykański Departament Stanu widzi jako potencjalnych przywódców okresu przejściowego.
I właśnie w tym kontekście pojawiły się nazwiska al-Miszriego i Baszaggi.
Już od dłuższego czasu, Baszagga pozostaje w dobrych relacjach z szefową UNSMIL, wcześniej był chyba jedynym libijskim politykiem otwarcie wzywającym do utworzenia w tym kraju amerykańskich baz wojskowych. Obecny szef MSW pochodzi z Misraty, miasta, w którym podczas wojny domowe powstały najbrutalniejsze bojówki. On sam związany był z dwoma brygadami terrorystów – Brygadą Madżub i Brygadą Halbus, przez co wielokrotnie media oskarżały go o udział w torturach i porwaniach. Obecnie podlega mu w ramach resortu specjalna jednostka RADA.
Powiązana z radykalnymi islamistami i prowadząca nielegalne więzienie dla porwanych osób w dzielnicy Trypolisu Mitiga.
Oficjalnie usankcjonowana przez MSW „prywatna” grupa zbrojna z niechlubnego miasta najbrutalniejszych bojówek, zajmuje się teraz między innymi masowym przemytem imigrantów przez Morze Śródziemne.
Przeciwnicy Baszaggi wywodzą się nie tylko ze wschodniej Libii. W sierpniu został on na krótko zdymisjonowany ze stanowiska, gdy oskarżono go o brutalne tłumienie protestów w stolicy. Jego ewentualna kandydatura na szefa rządu tymczasowego wywoła otwarte starcia również na kontrolowanych przez niego terenach, co już zapowiedziały m.in. takie ugrupowania, jak Siły Obrony Trypolisu. Podobne kontrowersje budzi w całym kraju postać al-Miszriego.
Tymczasem jedynym rozwiązaniem libijskiego węzła gordyjskiego wydaje się być powołanie rządu technokratycznego, wolnego od postaci zaangażowanych w zbrodnie wojenne i przestępstwa. Taką szansę miał as-Sarradż, jednak zmuszony został do ogłoszenia swojej dymisji.
Kompromisowe postaci znajdują się także w gronie jego zastępców, np. odpowiedzialny za negocjacje w sprawie eksportu ropy naftowej Ahmed Maitik.
Wybory przygotowywane przez salafickich bojówkarzy z pewnością nie zostaną uznane przez inne siły polityczne w wyczerpanej wojną domową Libii. A może właśnie priorytetem jest utrzymywanie permanentnego chaosu. Może właśnie taki jest cel najbardziej decyzyjnych osób z kierownictwa Departamentu Stanu.

Ameryka przemówiła…

„Nie ma powodu, aby XXI wiek nie należał do nas” – powiedział Joe Biden.

Ameryka wybrała demokratyczny duet Joe Biden/Kamala Harris; przegrał populistyczny Donald Trump.
Jako zwycięzców nie bez powodu wskazałem duet, mimo iż w strukturze władzy USA liczy się niemal wyłącznie prezydent, a zastępca jest po prostu rezerwowym zawodnikiem. Tym razem kandydatura na wiceprezydenta – Kamali Harris, charyzmatycznej i jednocześnie twardej kobiety sukcesu, gruntownie wykształconej, o jamajsko-indyjskich korzeniach, odegrała w kampanii bardzo istotną rolę, przyciągając do obozu demokratów mniejszości etniczne i rasowe i większość kobiet ( mimo iż więcej białych kobiet głosowało na Trumpa ).
Miało to istotne znaczenie, biorąc pod uwagę napięcia rasowe w Ameryce w ostatnich miesiącach i obraz Donalda Trumpa jako zwolennika porządku, nawołującego do tłumienia protestów społecznych za wszelką cenę, przy pomocy gwardii narodowej i lekceważącego społeczne przyczyny podziałów w USA. Tylko pogarszająca się sytuacja gospodarcza i jej implikacje na rynku pracy w związku z kryzysem koronawirusowym miały większe znaczenie dla zwycięstwa wyborczego demokratów. Ameryka przeżywa szczególnie dotkliwie pandemię, z nieproporcjonalnie wysoką liczbą zakażeń i zgonów, co, tak samo jak w Polsce, ma w dużej mierze związek z nieskoordynowanym, chaotycznym i nieskutecznym działaniem rządu. Zaostrza to nie tylko problemy gospodarcze, ale dzieli również społeczeństwo . Covid uderza szczególnie w klasę robotniczą oraz mniejszości etniczne i rasowe, ale również w klasę średnią.
Przeszło 4,5 mln głosów różnicy na korzyść Bidena ( przeszło 1,5 mln więcej niż w kampanii z udziałem Hillary Clinton ) nie wzięło się znikąd.
Załamanie gospodarcze pod ciosami pandemii widać szczególnie wyraźnie w tzw. pasie rdzy, dawniej nazywanym stalowym; tam gdzie wykuto zwycięstwo Trumpa przed czterema laty ( Pensylwania, Michigan, Ohio, Indiana) i przyległych stanach – Illinois i Wisconsin. Nadzieje amerykańskiej klasy pracowników przemysłowych zostały zawiedzione; Biden odbił Trumpowi Pensylwanię, Michigan, jak również nieodległy Wisconsin. W tych trzech ostatnich stanach Donald Trump wygrał przed 4 laty różnicą łącznie ok. 80 tys. głosów, teraz poległ tam różnicą ok. 250 tysięcy.
Demokrata wygrał jednak również w Arizonie (po 24 latach) i w Georgii (po 28 latach). Uzyskał, przy najwyższej od 1908 roku frekwencji, najwięcej głosów w całej historii Stanów Zjednoczonych. Jeszcze raz się okazało, że ludzie oczekują realnej poprawy ich sytuacji życiowej i utrzymania miejsc pracy, a nie tylko obniżki podatków.
Nowa, demokratyczna administracja stoi przed ogromnym wyzwaniem uruchomienia na nowo gospodarki i od sukcesów na tym polu będzie zależeć jej przyszłość za cztery lata, ale najpierw musi się uporać z napierającą pandemią. Nowa administracja musi opracować atrakcyjne i wykonalne plany rozwiązania problemów gospodarczych i społecznych, które zyskają poparcie Kongresu w tym kolejną reformę opieki zdrowotnej, ale również zapewne powróci do aktywnej polityki ochrony środowiska ( zapewne powróci do porozumienia paryskiego ).
Umiarkowany Biden nie przeprowadzi w Ameryce rewolucji, ale może przywrócić poczucie solidarności społecznej, wykorzystując zaangażowanie obywatelskie, łagodząc podziały i naprawiając szkody wyrządzone w tej sferze przez D. Trumpa, prowadząc bardziej sprawiedliwą politykę. Na arenie międzynarodowej obserwatorzy oczekują przede wszystkim normalizacji w stosunkach transatlantyckich i zaprzestania traktowania Unii Europejskiej przez administrację amerykańską jako rywala i powrotu do współpracy na partnerskich zasadach. Ma to ogromne znaczenie w obliczu rosnącej potęgi gospodarczej Chin, które poradziły sobie, używając drastycznych środków w walce z pandemią na swoim terytorium i dzisiaj są gotowe na nową ekspansję. Nota bene: w Europie o reindustrializacji nadal się tylko gawędzi… To samo dotyczy współpracy w sferze bezpieczeństwa, przede wszystkim w ramach NATO, wobec aktywnej polityki rosyjskiej, ale również na Bliskim Wschodzie, ze szczególnym uwzględnieniem Iranu.
Polski rząd znajdzie się w trudnej sytuacji, tym bardziej, że ma ogromny, psychologiczny kłopot z odczepieniem się od rydwanu Donalda Trumpa. Zamiast nawiązać kontakt z przyszłą administracją i uzyskać potwierdzenie uzgodnień poczynionych w sferze bezpieczeństwa z odchodzącym prezydentem, tworzy fakty dokonane, ratyfikując jednostronnie nowy układ o współpracy w sferze obronności kilka dni po amerykańskich wyborach.
Ale jeżeli Andrzej Duda nie jest w stanie się przemóc i złożyć gratulacji zwycięzcy jak inni przywódcy europejscy, tylko gratuluje mu kampanii i czeka na Zgromadzenie Elektorów – to o czym tu gadać.
Przy nowej administracji, która ogromny nacisk kładzie na prawa człowieka i praworządność ( niemal jak za administracji Cartera ), rząd PiSu i prezydent Duda nie będą już mogli wygrywać różnic między przywódcami Unii Europejskiej i USA. Im szybciej to zrozumieją tym lepiej dla Polski.

Nie ma mowy o większych zmianach

Stany Zjednoczone oraz ich partnerzy czekają na pierwsze plany i działania nowej administracji.
Prezydentura Joe Bidena będzie oznaczać raczej drobną korektę kursu niż rewolucję w amerykańskiej polityce. Jaki jest jego plan dotyczący gospodarki? Choć recesja, dzięki wiosennemu planowi ratunkowemu, tzw. CARES Act, jest mniejsza niż przewidywano, to i tak w tym roku produkt krajowy brutto USA spadnie o 4 proc. Dlatego oczekiwane jest działanie nowej administracji, już na samym początku kadencji.
Prezydentura Bidena oznaczałaby nowy plan ratunkowy dla znajdującej się w recesji amerykańskiej gospodarki. Jego koszt to od 2 do 4 bilionów dolarów. Począwszy od nowej transzy zasiłków dla bezrobotnych, które miałyby osłabić niepożądany efekt trwałego spadku konsumpcji, poprzez wysoką podwyżkę federalnej płacy minimalnej (z 7,25 do 15 dolarów), do programu pożyczek dla firm i stanów w celu zwiększenia ich płynności finansowej.
Kluczowe wyzwania na dłuższą metę, z którymi chce się zmierzyć Biden, to walka ze zmianami klimatu i rasizmem, inwestycje w edukację i infrastrukturę – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich. Według jego programu USA mają powrócić do grupy państw Porozumienia Paryskiego, z którego w 2017 r. wyprowadził Stany Donald Trump. USA ma osiągnąć neutralność klimatyczną do 2050 r., a może nawet do 2035 r. Na te cele ma zostać przeznaczone 2 biliony dolarów. W dużej części będzie to oznaczać subsydiowanie zielonych badań i rozwoju, inwestycje w mieszkalnictwo (ważne źródło emisji szkodliwych gazów) i transformację energetyczną firm.
Ponad 100 miliardów dolarów niskooprocentowanych pożyczek ma zostać przeznaczone dla społeczności o wysokim odsetku mniejszości etnicznych, 50 mld dolarów zostanie przeznaczonych na startupy, a 70 mld dolarów będzie zainwestowane w edukację.
Wydatki na inwestycje strukturalne w ciągu ostatnich 50 lat ciągle spadały, co wpływało na pogarszanie się stanu dróg i mostów, których świetność przypadała na lata 50. XX wieku – zauważa TEP. Trudno będzie odwrócić ten trend.
Podsumowując, gospodarcze plany Bidena mają kosztować w sumie 3 proc. PKB. Jest to niewiele w obliczu wyzwań, przed którymi stoją USA.
Co ważne, przedstawione przez Bidena plany pokrycia wydatków wydają się realne do osiągnięcia i rzeczowe. A to m.in. za sprawą planowanego uszczelnienia i wzrostu opodatkowania najbogatszych (zarabiających powyżej 400 tys. dolarów rocznie) do 39,6 proc. Drugim elementem jest odwrócenie reformy podatkowej Trumpa z 2017 r. i zwiększenie podatku od dochodów firm (CIT-u) z 21 proc. do 28 proc. W sumie pozwoli to na wzrost wpływów do budżetu federalnego rzędu 1-2 proc. PKB.
Amerykańska lewica zarzuca Bidenowi, że jego propozycje są nudne i nierewolucyjne. Odrzucił on utopijne, jak na standardy amerykańskie, lewicowe hasła. Co to oznacza? Ograniczenie planu Medicare dla wszystkich (pośród krajów Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju USA są jedynym państwem bez powszechnego publicznego federalnego systemu ochrony zdrowia). Biden wycofał się również z zakazu inwestycji w energię nuklearną, a także darmowej edukacji wyższej dla każdego (studia w USA są bardzo kosztowne, a w sumie dług studencki to niebagatelna kwota 1,6 bln dolarów).
Zarzuca mu się, że nie ma konkretnego planu gospodarczego czy nawet planu walki z COVID. Część jego propozycji budzi zastrzeżenia co do zasadności i efektywności wydawania środków. Wskazuje się, że plany inwestycji w infrastrukturę, brak planów regulacji oligopoli czy brak reformy prawa antytrustowego mogą być problemem dla konkurencyjności amerykańskiej gospodarki. Choć Biden jest zwolennikiem wolnego handlu, to może faworyzować lekki protekcjonizm. Oczekuje się – w kontekście relacji z Chinami – powolnego wychodzenie z wysokich taryf (obecnie średnio 18,3 proc.) i embarga (na produkty Huawei, ZET, Tencet), a także wycofywania się z sankcji wobec wysokich urzędników partyjnych.
Joe Biden skupiał się w poprzednich kampaniach na klasie średniej, bo z niej się wywodzi i z nią identyfikuje typowego Amerykanina. Warto spojrzeć na jego prezydenturę przez pryzmat problemów klasy średniej. Jego plany gospodarcze mogą oznaczać nieznaczne wzmocnienie amerykańskiego państwa dobrobytu, które dotychczas w dużym stopniu pomija młodych i mniejszości etniczne.

Trump pogłębił podział Ameryki

Mamy za sobą jedną z najdziwniejszych kampanii wyborczych w najnowszej historii Stanów Zjednoczonych. I nie tylko dlatego, że odbyła się ona w warunkach pandemii koronawisrusa, której ofiarami tylko w jednym dniu poprzedzającym wybory tj. 2 listopada br. padło ponad 93 tys. Amerykanów, ale także dlatego, że kampania wyborcza odbywała się warunkach kryzysu gospodarczego USA, wysokiego bezrobocia, napięć na tle rasowym i osłabienia pozycji USA w systemie międzynarodowym. Ponad 100 mln obywateli oddało głos przed dniem wyborów. Był to rekord wszechczasów.

Specyfika minionej kampanii wyborczej polegała również na dziwnych i sprzecznych zapowiedziach zachowania się prezydenta Donalda Trumpa w wypadku przegrania przez niego wyborów. Mówił m. in. że opuści wówczas na dobre Stany Zjednoczone. Innym razem zapowiedział, że w wypadku niekorzystnych dla niego wyników wyborów nie opuści Białego Domu do czasu ponownego przeliczenia głosów.
W chwili gdy kończę ten artykuł nie ma oficjalnych wyników wyborów prezydenckich. Biden i Trump zapewne będą czekać parę tygodni albo dłużej na ostateczny werdykt kto zasiądzie w Białym Domu 20 stycznia 2021r.
Donald Trump jest z kilku powodów jedynym takim prezydentem spośród wszystkich dotychczasowych mieszkańców Białego Domu. Zdobył urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych nie mając za sobą żadnego doświadczenia politycznego. Wszyscy poprzedni prezydenci USA byli albo politykami albo mieli za sobą karierę wojskową. Trump nie zajmował przed prezydenturą żadnego stanowiska politycznego. Był natomiast bogatym biznesmanem z Nowego Jorku z ambicjami politycznymi. W pewnym momencie zapragnął zostać prezydentem USA i sfinansował swoją kampanie wyborczą. Wkroczył do Białego Domu bez doświadczenia politycznego, bez służby wojskowej, bez obycia międzynarodowego. Zanim został prezydentem z ramienia Partii Republikańskiej pięciokrotnie zmieniał przynależność partyjną. Był m. in członkiem Partii Demokratycznej i Partii Reform.
W walce o nominację Partii Republikańskiej w latach 2015-2016 pokonał 16 rywali wśród których byli doświadczeni senatorowie, kongresmani i gubernatorzy. Kampanię wyborczą początkowo finansował z własnej kieszeni. Jest najbogatszym prezydentem w historii Stanów Zjednoczonych. On ocenia swój majątek na ponad 10 mld dol. chociaż nie ujawnia szczegółów, ani wysokości podatków, które płaci.
W listopadzie 2016r. pokonał swoją rywalkę, kandydatkę z ramienia Partii Demokratycznej Hillary Clinton chociaż w sumie trzymał 2,9 mln głosów mniej w ogólnoamerykańskich wyborach. Już pięciokrotnie w historii USA w Białym Domu zasiadał kandydat, który dostawał mniej głosów od swego rywala. Ale taki jest pokrętny system wyborczy w tym kraju.
Jako prezydent, Trump nie ma żadnej dalekosiężnej wizji polityki zagranicznej. Nic więc dziwnego, że doprowadził do pogorszenia stosunków Waszyngtonu z sojusznikami europejskimi w NATO. Jest zmienny i nieprzewidywalny w swoich poglądach. Charakterologicznie jest narcystyczny, pewny siebie, obraża ludzi ale ich nie przeprasza. Nie przyznaje się do błędów i nie szczędzi sobie pochwał. 11 lutego br oświadczył: „żaden z prezydentów nie pracował bardziej niż ja”. Uważa się za najlepszego prezydenta w historii Stanów Zjednoczonych z wyjątkiem Jerzego Waszyngtona. Analitycy amerykańscy obliczają, że prezydent Trump składa dziennie średnio 6 błędnych wypowiedzi.
Trzeba przyznać, że Trump od początku swojej prezydentury odziedziczył dobrą koniunkturę gospodarczą i potrafił ją utrzymać do wiosny br., do wybuchu pandemii, która doprowadziła do załamania gospodarki amerykańskiej i do wzrostu bezrobocia.
Trump nie darzy sympatią mediów. Nazywa je „wrogiem narodu amerykańskiego”. Wiadomości, których nie lubi uważa za nieprawdziwe. Swoja postawą pogłębia podziały w społeczeństwie amerykańskim, chociaż lubi mówić o potrzebie jedności Amerykanów. Jest impulsywny, autorytarny, ale nie ma zapędów dyktatorskich. Raczej określiłbym go jako populistycznego autokratę. Taka postawa nie przysparza mu popularności na świecie i zraża wielu Amerykanów, w tym również członków jego rządu. Sekretarz Stanu Rex W. Tillerson powiedział wprost i dosadnie, że prezydent Trump „mówi sam za siebie”. Innym razem nazwał go „kretynem”.
Trump mimo bufonady, pewności siebie i rozdętego własnego ego lubi przedstawiać, się, jako ofiara przynajmniej we własnym przekonaniu niesprawiedliwych ataków i krytyki. Liczy, że w ten sposób pozyska sympatię wyborców.
Trump tak się skłócił z republikańskimi członkami Kongresu, że kilka razy już zagroził, że zamknie działalność agencji rządowych, jeżeli Kongres nie spełni oczekiwań Białego Domu. Republikanie krytykowali prezydenta za jego współpracę z demokratami.
Trump nie potrafi sobie ułożyć dobrych stosunków ani z demokratami, ani z republikanami. Obliczono, że do grudnia 2017 r. osobiście ostro zaatakował 11 senatorów z własnej partii republikańskiej. Ponieważ republikanie mieli w Senacie 52 senatorów, oznaczało to, że prezydent skłócił się z 21 proc. republikańskiego klubu senatorskiego.
Donald Trump jest pierwszym w historii Stanów Zjednoczonych prezydentem, który na taką skalę i w tak różnych sprawach komunikuje się ze społeczeństwem amerykańskim za pomocą Twittera. W ten sposób dociera do dziesiątków milionów obywateli. Różne źródła potwierdzają, że wstaje on wcześnie ok. godziny 5:30. Ogląda telewizję w sypialni zarówno swój ulubiony kanał „Fox and Friends”, jak i te kanały, których notorycznie nie lubi, a więc CNN i MSNBC. Interesuje go przede wszystkim, co o nim mówią. Natychmiast reaguje na Twitterze na każdą nawet najmniejszą krytykę. Jest tak egocentryczny, że wszędzie podejrzewa próbę osłabienia jego autorytetu i politycznej pozycji. Osoby bliskie prezydentowi mówią, że codziennie spędza on przynajmniej cztery godziny przed telewizorem, a bywa tak, że nawet dwukrotnie więcej. W Gabinecie Owalnym zjawia się ok. godz. 11. Mało udziela formalnych wywiadów i rzadko spotyka się z dziennikarzami na konferencjach prasowych. Wykorzystuje Twitter do poinformowania społeczeństwa zarówno o ważnych sprawach strategicznych, politycznych, jak o sprawach małostkowych, atakuje swych przeciwników i krytyków swoich dzieci. Wykorzystuje Twitter do obraźliwych ataków osób, których nie darzy sympatią. Zdarza mu się często popełniać kłamstwa na Twitterze, za które nie lubi przepraszać. Można powiedzieć, że Trump ma obsesję posługiwania się Twitterem i traktuje to, jako sposób chwalenia się sukcesami. Pojawiają się apele do Trumpa, aby jako prezydent ograniczył swą aktywność twitterową, ale jak dotąd są to bezskuteczne apele. Okazuje się przy tym, że prezydent popełnia często błędy ortograficzne na Twitterze.
Trump jest organicznie podejrzliwy i nieufny. Uważa, że demokraci, lewica i liberalne media dążą do osłabienia i wyeliminowania go ze sceny politycznej. Temu również przypisuje fakt, że jego aprobata w społeczeństwie amerykańskim utrzymuje się na niskim poziomie nieco ponad 30 proc. , mimo jego zasług w obniżeniu podatków i dobrej koniunktury gospodarczej. Analitycy amerykańscy zwracają jednak uwagę na brak klarownej, dalekosiężnej strategii prezydenta Trumpa. Najbardziej interesuje go obrona własnego ego, samoobrona, obsesja na punkcie swojej osoby.

Temu wszystkiemu towarzyszy jego impulsywność. Wszystko to umacnia przekonanie i krytykę, że nie traktuje on swego stanowiska poważnie. Jest szczęśliwy, kiedy widzi swoje nazwisko w czołówkach informacji: i nieszczęśliwy, kiedy przez 2-3 dni nie ma o nim mowy w mediach. Trump ma nierealistyczne oczekiwania, jeżeli chodzi o zakres władzy prezydenckiej. Sceptycznie odnosi się do obowiązku współpracy i podziału władzy z Kongresem i Sądem Najwyższym. Wynika to nie tylko z przerostu jego ambicji osobistych, ale także z braku dostatecznej wiedzy o konstytucyjnym trójpodziale władzy.
Donald Trump, jako człowiek charakterologicznie o wybujałym egocentryzmie jest przekonany, że we wszystkim ma rację i nie toleruje krytyki wobec swojej osoby. Natomiast nie szczędzi krytyki pod adresem innych osób, instytucji czy nawet państw. Skrytykował m.in. ostro graczy futbolu, kiedy w proteście przeciw rasowej dyskryminacji uklękli a nie stanęli na baczność w czasie odgrywania amerykańskiego hymnu narodowego. Potępił troje senatorów republikańskich, którzy przyłączyli się do demokratów i uniemożliwili anulowanie programu opieki zdrowotnej udzielonej za prezydentury Obamy. Trump zarzuca republikańskim członkom Kongresu małą aktywność legislacyjną, ale sam, jako prezydent nie wykazał się inicjatywą ustawodawczą.
Donald Trump nie przywiązuje nadmiernej wagi do podawania prawdziwych opinii i co gorsza prawdziwych informacji. Według „The Washington Post’s Fact Checker” i CNN w ciągu 802 dni swojej prezydentury, czyli do kwietnia 2019 r. z ust prezydenta Trumpa padło 9451 fałszywych lub mylących wypowiedzi. Oznaczało to, że średnio każdego dnia było 6 takich wypowiedzi. Nic więc dziwnego, że prezydent Trump nie ma opinii wiarygodnego polityka. Oświadczył m.in., że dźwięk elektrycznych wiatraków powoduje raka.
Trump narcystyczny i pewny siebie charakterologicznie, jest pełen temperamentu. Potrafi być wybuchowy, okazywać złość, zwłaszcza wobec osób, które go krytykują. Niezadowolony z telefonicznej rozmowy z premierem Australii Malcolmem Turnbull nagle ją przerwał. Zdegustowany trudnymi pytaniami dziennikarki Megyn Kelly z „Fox News” obraźliwie ją zaatakował. Na wiecach wyborczych wdawał się w pyskówki z ludźmi. Zawsze natomiast demonstrował dużą pewność siebie i rzadko przyznawał się do błędów.
Kilkanaście kobiet oskarża Trumpa o niewłaściwe seksualne zachowanie wobec nich w okresie kampanii wyborczej. Trump oczywiście zaprzecza tym zarzutom, ale w pewnym momencie przepraszał je. W październiku 2016 r. powiedział: „Kiedy jesteś gwiazdą, one pozwalają ci na wszystko. Możesz chwytać je za c…ę”. W sumie 16 kobiet oskarżało Trumpa o seksualne molestowanie w okresie przed objęciem przez niego prezydentury. Trump zagroził im procesem o zniesławienie, ale nigdy nie spełnił tej groźby.
Trump osłabił pozycję Stanów Zjednoczonych na arenie międzynarodowej. M. in. zawiesił udział USA w kilku międzynarodowych układach dotyczących ograniczenia zbrojeń. Grozi to wznowieniem wyścigu zbrojeń. Trump wycofał m. in. udział Stanów Zjednoczonych w paryskim porozumieniu z 2015r. o zmianach klimatycznych, z Trans-Pacyficznego Partnerstwa z 2016r. o zapobieganiu ekonomicznej ekspansji Chin. Renegocjował układ handlowy z Koreą Płd z 2012r. i układ handlowy z Kanadą i Meksykiem.
Trump jest autorem wielu dziwnych wypowiedzi. Oto kilka przykładów z ostatniego roku:
„Mógłbym być najbardziej popularną osobą w Europie. Mógłbym ubiegać się o dowolny urząd jeśli chciałbym, ale nie chcę”.
„Świat jest dobry, my jesteśmy wielcy”.
„Czy możecie uwierzyć, że jestem politykiem? Nawet ja nie mogę uwierzyć”.
„Jedna osoba miała lepsze notowania od waszego ulubionego prezydenta Donalda Trumpa.. Nazywa się on Jerzy Waszyngton”.
„Mamy najgorsze prawo. Mamy najsłabsze prawa w historii jakiegokolwiek kraju”.
Ostatnio Mery L. Trump, bratanica prezydenta powiedziała w wywiadzie dla Newsweeka (12-18.10.2020r.), że Trump „jest okropnym człowiekiem i jego prezydentura to najgorsza rzecz jaka mogła się przytrafić mojemu krajowi. Jestem przerażona, że taki człowiek jest w Gabinecie Owalnym”.

Snowden -prawie Rosjanin

Były pracownik amerykańskiego wywiadu elektronicznego NSA Edward Snowden dostał w końcu kartę stałego pobytu w Rosji. Snowden ujawnił światowym mediom rozmiar nielegalnego nadzoru elektronicznego NSA nad wieloma zagranicznymi rządami i – masowo – nad obywatelami.
Rewelacje Snowdena doprowadziły do silnych napięć między imperium i jego niezadowolonymi sojusznikami. Stany Zjednoczone były z kolei wściekłe na Rosję, że uratowała Snowdena, oskarżonego o „szpiegostwo”, za co mu grozi 30 lat więzienia. W sierpniu amerykański prezydent Trump zapowiedział, że „rzuci okiem” na sprawę Snowdena, by rozważyć „możliwą łaskę”, lecz jak dotąd nie przeszedł do czynu.
W czerwcu 2013 r. informatyk NSA uciekł do Hongkongu, gdy szukały go amerykańskie służby bezpieczeństwa. Ukrywał się tam i w końcu wsiadł do zwykłego samolotu do Moskwy, skąd miał lecieć gdzieś dalej. Państwa wasalne USA na Zachodzie odmówiły mu jednak azylu. Na początku sierpnia tego samego roku Snowden został oficjalnie przyjęty przez Rosję, jako uchodźca.
W kwietniu 2014 r. pisma The Guardian i Washington Post dostały amerykańską Nagrodę Pulitzera za publikację artykułów o systemie nadzoru NSA, co było możliwe dzięki materiałom Snowdena. Dziś 37-letni mężczyzna mówi to, co wtedy, że musiał ujawnić masowe programy podsłuchowe, „by ludzie wiedzieli , co się robi w ich imieniu i przeciw nim.”