USA chcą bardziej pognębić Iran

Iran należy do krajów najciężej dotkniętych koronawirusem. Według najnowszych danych, zarażonych jest już ponad 35 tysięcy osób a niemal 2,5 tys. zmarło. Władze w Teheranie apelują o pomoc humanitarną. Jednocześnie Stany Zjednoczone wprowadzają nowe sankcje uderzające bezpośrednio w irańską gospodarkę i utrudniające zakup środków medycznych niezbędnych do walki z wirusem.

Dramatyczna sytuacja zdrowotna skłoniła Iran do wystąpienia po raz pierwszy do Międzynarodowego Funduszu Walutowego o wsparcie finansowe. Władze w Teheranie wystąpiły do MFW o przyznanie 5 miliardów dolarów, co stanowi 10 proc. środków jakie MFW zamierza przeznaczyć w formie nieoprocentowanych kredytów na zwalczanie koronawirusa w ramach specjalnego funduszu RFI (Rapid Credit Facility). Z podobnym wnioskiem na kwotę 1 miliarda USD zwróciła się do MFW również dotknięta amerykańskimi sankcjami Wenezuela. Jednak ewentualna zgoda Funduszu na pomoc tym krajom może być zablokowana przez Stany Zjednoczone, które w zarządzie MFW mają prawo weta. Udaremnić wypłatę może też międzynarodowa struktura Financial Action Task Force zajmująca się monitorowaniem walki z terroryzmu i praniem brudnych pieniędzy. W lutym umieściła ona Iran na swojej :czarnej liście”. Ponieważ ponad 200 krajów zobowiązało się do przestrzegania jej standardów może to skutkować zablokowaniem przepływu pieniędzy do Iranu.
O zniesienie sankcji wystąpiły nie tylko irańskie władze, lecz także Rosja, Chiny i Pakistan. Chińskie MSZ oświadczyło, że utrzymywanie sankcji będzie hamować wysiłki w walce z pandemią. Jednak już następnego dnia po opublikowaniu tego oświadczenia reakcją ze strony amerykańskiej administracji było wprowadzenie nowych sankcji. Dotknęły one sześć firm chińskich, w tym trzech zlokalizowanych w Hongkongu oraz trzech powiązanych z RPA. Następnie tę listę rozszerzono o pięć firm ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Podmioty te zajmowały się zakupem irańskiej ropy naftowej. Restrykcje te oznaczają, że USA zamrożą ich aktywa w bankach a firmy amerykańskie obejmie zakaz utrzymywania z nimi kontaktów biznesowych. Swoje decyzje strona amerykańska tłumaczy jak zawsze w ten sam sposób. Jak się wyraził sekretarz stanu Mike Pompeo, działalność tych firm będzie „dostarczać dochody reżimowi, który może je użyć do finansowania terroryzmu i innych działań destabilizujących” jednak bynajmniej nie na zwalczanie epidemii. Tymczasem, jak twierdzi irański wiceminister zdrowia, amerykańskie restrykcje uniemożliwiają transfer pieniędzy na zakup leków. Mówił też o tym, że Iran zakupił milion masek w Wielkiej Brytanii, które jednak nie mogły zostać dostarczone z powodu sankcji.
Wprowadzenie dodatkowych sankcji przy jednoczesnym utrzymaniu dotychczasowych jest mocno krytykowane Iran. Nazywane są tam antyhumanitarnymi, okrutnymi, nielegalnymi oraz zbrodnią przeciw ludzkości. Teheran stara się też wywierać nacisk na społeczność międzynarodową aby nakłoniła Stany Zjednoczone do ich cofnięcia. Mówił o tym przedstawiciel Iranu w ONZ Madżid Taht Rawanczi. Dyplomata zwrócił też uwagę na to, że sankcje nie tylko narażają na niebezpieczeństwo zdrowie i życie mieszkańców Iranu, lecz także utrudniają możliwości zapobieżenia dalszego rozprzestrzeniania się wirusa na inne kraje. Podobną opinię wyraziła także wysoka komisarz ONZ ds. Michelle Bachelet mówiąc, iż utrudnianie działań medycznych w jednym kraju zwiększa ryzyko dla nas wszystkich, w związku z czym amerykańskie sankcje powinny zostać złagodzone bądź zawieszone. Ponadto irański prezydent Hassan Rowhani zwrócił się z apelem do narodu amerykańskiego o wywarcie nacisku na rząd w celu zniesienia restrykcji.
Stanowisko Iranu znajduje też zrozumienie zagranicą. Sekretarz Generalny ONZ Antonio Guterres w rozmowie telefonicznej z irańskim ministrem spraw zagranicznych Dżawadem Zarifem wyraził solidarność z narodem Iranu podkreślając konieczność zniesienia amerykańskich sankcji. Zarif rozmawiał też przez telefon z szefem unijnej dyplomacji Josepem Borrellem, który również przekazał wyrazy solidarności oraz zaznaczył, że znalezienie skutecznego sposobu walki z wirusem wymaga współpracy między państwami. Wypowiedziała się także Światowa Organizacja Zdrowia WHO oświadczając, iż Stany Zjednoczone jeśli nie zniosą sankcji będą ponosić współodpowiedzialność za „ryzyko żniwa śmierci w Iranie”.
Mimo tragicznej sytuacji w Iranie odnotowano duży światowy sukces. IrańskaFars News Agency opublikowała zdjęcie liczącego 101 lat mężczyzny, który po wyleczeniu z koronawirusa opuścił szpital.

USA – Chiny Problemy w stosunkach gospodarczych

Chiny i Stany Zjednoczone są ważnymi partnerami handlowymi dla siebie, chociaż dla Chin to rynek amerykański jest znacznie ważniejszy niż chiński dla Ameryki.

Obydwa kraje należą do dwóch największych potęg gospodarczych współczesnego świata. Wartość produkcji USA w 2018 r. wyceniono na 20 494 mld dol., a Chin na 13 608 mld dol. Prognoza na 2030 r. przewidywała wartość produkcji USA na 26 000 mld dol. a dla Chin 25 200 mld dol.
Według danych amerykańskich do listopada 2019 r. włącznie, eksport amerykański do Chin wyniósł 97 751,7 mln dol., import 418 575.0 mln dol., a deficyt handlowy wyniósł – 320 823.4 mln dol.
Udział Stanów Zjednoczonych w eksporcie do Chin nie był tak znaczący jak obecność Chin na rynku amerykańskim. Około 18 proc. eksportu chińskiego skierowane było na rynek amerykański. Amerykanie natomiast kierowali do Chin 8 proc. swojego eksportu.
Zróżnicowana była struktura eksportu chińskiego do USA i amerykańskiego na rynek chiński. W eksporcie chińskim do Stanów Zjednoczonych w 2016 r. najważniejszą rolę (w mld dol.) odgrywały: urządzenia elektryczne (129 mld dol.), maszyny (97 mld dol.), meble (29 mld dol.), zabawki i sprzęt sportowy (24 mld dol.). Natomiast w eksporcie amerykańskim na rynek chiński, na pierwszym miejscu znalazła się żywność (21 mld dol.), następnie samoloty (15 mld dol.), urządzenia elektryczne (12 mld dol.) i maszyny (11 mld dol.).
Trump postanowił bronić bardziej agresywnie interesów handlowych USA i 1 marca 2018 r. wprowadził 25 proc. cła na importowaną stal i 10 proc. cła na aluminium. Uderzyło to także w interesy Chin, które są eksporterem stali i aluminium. Chiny zagroziły odwetowymi decyzjami co mogło doprowadzić do amerykańsko-chińskiej wojny handlowej. Pekin wezwał rząd Stanów Zjednoczonych do respektowania multilateralnych zasad w handlu międzynarodowym i ostrzegał przed możliwością amerykańsko-chińskiej wojny handlowej.
Waszyngton zarzucał Pekinowi stosowanie w handlu z USA protekcjonizmu m.in. poprzez dumping cenowy, subsydiowanie swojego eksportu, utrudnianie dostępu do swojego rynku i stosowanie wysokich ceł. Pojawiły się również oskarżenia pod adresem Chin o kradzieże technologii amerykańskich. Chiny zaprzeczały tym zarzutom i zapewniały o coraz szerszym otwieraniu się rynku chińskiego dla towarów amerykańskich.
22 marca 2018 r. Trump zaostrzył stosunki handlowe z Chinami nakładając na towary importowane z Chin wysokie cła o łącznej wartości ok. 60 mld dolarów. Było to posunięcie odwetowe za kradzież przez chińskie firmy amerykańskiej własności intelektualnej. Według prezydenta ma to uczynić Stany Zjednoczone „silniejszym i bogatszym narodem”. Chiny oświadczyły, że nie chcą wojny handlowej ze Stanami Zjednoczonymi, ale równocześnie ostrzegły, że mogą podjąć odwetowe działania, jeżeli zaistnieje konieczność. Chińskie Ministerstwo Handlu oświadczyło 4 kwietnia 2016 r., że planuje nałożyć 25 proc. cła na eksport amerykański wartości 50 mld dolarów. W komentarzach międzynarodowych pojawiły się obawy, czy decyzja Trumpa nie grozi globalną wojną handlową. Chińczycy zagrozili nałożeniem wyższych ceł na 128 importowanych produktów amerykańskich wartości 3 mld dolarów, między innymi wieprzowinę, rury stalowe i wino.
Rozmowy amerykańsko-chińskie w sprawie stosunków handlowych w marcu 2018 r. prowadzili w Waszyngtonie sekretarz skarbu Steven Mnuchin i nowo mianowany wicepremier, absolwent Harvardu i bliski doradca prezydenta Xi Jinpinga Liu He. Sekretarz skarbu USA powiedział: „Nie boimy się wojny handlowej i nie jest ona naszym celem” i wyraził gotowość zawarcia porozumienia z Chinami. Celem rządu Stanów Zjednoczonych było zmniejszenie ogromnego deficytu handlowego z Chinami o 100 mld dolarów z 375 mld dolarów. Strona amerykańska żądała otwarcia rynku chińskiego na produkty amerykańskie poprzez obniżenie taryf celnych m.in. na samochody, półprzewodniki oraz szerszego dostępu do rynku finansowego. Stany Zjednoczone zarzucały Chinom kradzieże amerykańskiej własności intelektualnej. Chińczycy zapewniali Amerykanów, że chcą zapobiec wojnie handlowej między obu krajami.
Premier Chin, Li Keqiang proponował aby obydwa kraje prowadziły rozmowy by uniknąć otwartej wojnie handlowej. Obiecał on ułatwienia w dostępie do rynku chińskiego dla przedsiębiorstw amerykańskich oraz równe traktowanie rodzinnych i zagranicznych firm na terenie Chin.
Ponieważ administracja Trumpa nie wyraża gotowości zaniechania swoich protekcjonistycznych decyzji Chiny na początku kwietnia 2018 r. wprowadziły cła na zapowiedziane wcześniej 128 produktów amerykańskich eksportowanych na rynek chiński. Wśród nich były m.in. samoloty, samochody, rury stalowe, wina, wieprzowina, owoce oaz artykuły techniczne. Równocześnie prezydent Chin Xi Jinping opowiedział się za dialogiem a nie za konfrontacją w stosunkach z USA i zapowiedział 10 kwietnia 2018 r., że drzwi do Chin „nie zostaną zamknięte i będą otwierane coraz szerzej”.
Na początku maja 2018 r. odbyły się w Pekinie rozmowy amerykańsko-chińskie na temat stosunków handlowych. Na czele delegacji amerykańskiej stał sekretarz skarbu Steven Mnuchin i reprezentant USA do spraw handlu Robert E. Lighthizer. Rozmowy zakończyły się fiaskiem bez opublikowania żadnego komunikatu. Strona amerykańska żądała m.in. zmniejszenia deficyty w handlu z Chinami o 200 mld dolarów w ciągu następnych 2 lat i rezygnacji przez Chiny z subsydiowania produktów w zaawansowanym technologicznie sektorze. Amerykanie żądali od rządu chińskiego również redukcji taryf celnych o 2/3 na importowane produkty. Strona chińska wyraziła nadzieję na kontynuowanie w przyszłości negocjacji w celu rozwiązania istniejących problemów w chińsko-amerykańskich stosunkach handlowych.
Decyzje administracji Trumpa spotkały się ze sprzeciwem wielu amerykańskich instytucji gospodarczych i firm utrzymujących stosunki handlowe z Chinami. Z protestem przeciw zapowiedziom prezydenta o restrykcjach w handlu z Chinami wystąpiło 40 amerykańskich stowarzyszeń przemysłowych i handlowych, w tym m.in. takie znane firmy jak Walmart, Boeing, IBM, Target, Facebook. Ostrzegały one prezydenta, że jego decyzje negatywnie odbijają się na gospodarce Stanów Zjednoczonych, a wojna handlowa między USA i Chinami, dwoma największymi potęgami gospodarczymi świata nie będzie miała zwycięzców.
W maju 2018 r. pojawił się ostry spór między chińskim koncernem telekomunikacyjnym o globalnym zasięgu ZTE a Stanami Zjednoczonymi. Administracja Trumpa zakazała koncernowi działalności na terenie USA. Ponieważ w obronie interesów firmy stanął rząd chiński Trump oświadczył, że we współpracy z prezydentem Xi Jinpingiem postara się rozwiązać problem. Trump polecił sekretarzowi handlu USA Wilburowi Ross’owi zajęcie się tą sprawą. Koncern chiński zatrudniał 75 000 osób i był czwartym największym dostawcą smartphonów w Stanach Zjednoczonych.
20 maja amerykański sekretarz skarbu Steven Mnuchin po dwudniowych rozmowach z delegacją chińską w Waszyngtonie oświadczył, że obie strony osiągnęły postęp w łagodzeniu wzajemnych napięć. „Zawieszamy wojnę handlową” – powiedział Mnuchin. Chiny zgodziły się zwiększyć import ze Stanów Zjednoczonych. „Chiny zgodziły się kupować dodatkowe ogromne ilości amerykańskich surowców rolnych. To będzie najlepsza rzecz, jaka się przydarzyła amerykańskim farmerom od wielu lat!”. – napisał na Twitterze prezydent USA Donald Trump.
Nie ujawniono jednak, o ile ma ten import wzrosnąć. W trakcie pierwszej tury negocjacji Amerykanie zwrócili się do Chin o zmniejszenie amerykańskiego deficytu w handlu z ChRL o 200 mld dol. rocznie (w 2017 r. wyniósł on 375 mld dol. w handlu dobrami). Chiny wówczas odrzuciły to żądanie.
Chińczycy jednak zaprzeczyli jakoby zgodzili się zwiększyć import z USA o 200 mld dolarów o czym informowali Amerykanie. Obydwa kraje natomiast obiecały „wzmocnić współpracę” w dziedzinie intelektualnej własności.
To porozumienie określono jako kruchy rozejm. „Nasza umowa handlowa z Chinami – pisał na Twitterze Donald Trump – rozwija się bardzo ładnie, ale prawdopodobnie ostatecznie trzeba będzie nadać jej odmienną strukturę, bo w dotychczasowej trudno będzie ją zrealizować i zweryfikować jej wyniki, gdy zostanie sfinalizowana” – napisał Donald Trump, nie precyzując o jakie zmiany chodzi. Ten wpis umieszczony po ogłoszeniu przez Waszyngton i Pekin decyzji o zawieszeniu karnych ceł na import towarów o wartości 200 mld dol. obserwatorzy uznali za kolejny sygnał postępów w rozmowach obu państw w celu uniknięcia wojny handlowej.
Strona chińska jako gest dobrej woli zapowiedziała zniesienie niektórych ograniczeń w imporcie ze Stanów Zjednoczonych.
Rozejm handlowy amerykańsko-chiński trwał jednak krótko. 15 czerwca 2018 r. Biały Dom oświadczył, że nakłada 25 proc. cła na importowane chińskie produkty o łącznej wartości 50 mld dolarów. Chińskie Ministerstwo Handlu zarzuciło Stanom Zjednoczonym, że w odwecie Pekin nałoży wyższe cła na towary amerykańskie. Rząd chiński równocześnie podkreślił, że nie chce wojny handlowej ze Stanami Zjednoczonymi.
Sinolog prof. Bogdan Góralczyk uważa, że w stosunkach gospodarczych amerykańsko-chińskich nie chodzi tylko o cła i salda handlowe. Cytuje on opinię szefowej wydziału planowania Departamentu Stanu Kiron Skiner, która mówi o „wojnie cywilizacyjnej” między obu krajami. „Na naszych oczach – pisze prof. Góralczyk – rozpętał się bój o prestiż i dominację, o nowy ład światowy, o to jak będzie wyglądało oblicze przyszłości: gospodarcze, polityczne a nawet ideowe”.
Ambasador Chin w Polsce Liu Guangyuan przestrzegał, że w wojnie handlowej „nie ma zwycięzców”. „Stanowisko chińskie – pisał on – jest jasne i niezmienne: Chiny i Stany na współpracy zyskają, walcząc ze sobą – stracą. Chiny nie chcą prowadzić wojny handlowej, ale też się jej nie boją. Jeśli będzie taka konieczność, staną do walki. W kwestiach zasadniczych Chiny nigdy nie pójdą na kompromis – trudno oczekiwać, by przystały na godzące w ich interesy ustalenia”.
Amerykanie z niepokojem obserwowali ekspansję na swoim rynku chińskiego koncernu telekomunikacyjnego Huawei. Uznali to za zagrożenie dla swojego bezpieczeństwa ponieważ ich zdaniem Huawei choć jest firmą prywatną ma wsparcie rządu chińskiego i może pozostawać na usługach rządu w Pekinie. W połowie maja 2019 r. prezydent Trump zakazał sieciom telekomunikacyjnym USA korzystanie „ze sprzętu i usług podmiotów, uznanych za zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego”. Departament Handlu podjął decyzję o wpisaniu Huawei i 70 związanych z nim firm na czarną listę podmiotów, które musza uzyskiwać zgodę rządu USA na zakup amerykańskich komponentów i technologii.
To miało spowolnić dalszą ekspansję chińskiego koncernu. Ze współpracy z nim wycofały się nie tylko Google, Qualcomm oraz inni producenci procesorów. W ich ślady poszły firmy z Japonii oraz stowarzyszenia kontrolujące standardy rynkowe. Ponad 60 krajów korzystało z chińskiej technologii koncernu Huawei. Administracja Trumpa stosowała naciski na te kraje, aby zakazały użytkowania na swoim terytorium technologii Huawei. Niektóre kraje uległy żądaniom Waszyngtonu.
Trump buńczucznie chwalił się, że w wyniku jego polityki Chiny „straciły od 15-20 bilionów dolarów od dnia, kiedy zostałem wybrany” (Prezydentem USA – L.P.). Jest to oczywiście przesada, charakterystyczna dla poglądów amerykańskiego prezydenta. Jeszcze w lipcu 2019 r. Trump groził Chinom eskalacją wojny handlowej i nałożeniem od 1 września ceł na import z Chin na towary wartości 300 mld dol.
Stopniowo Amerykanie w coraz większym stopniu zdawali sobie sprawę, że wojna handlowa z Chinami jest coraz bardziej kosztowana dla Stanów Zjednoczonych. Trump ponadto przygotowywał się intensywnie do kampanii wyborczej w 2020 r. i zdawał sobie sprawę, że musi stworzyć sobie wizerunek polityka bardziej umiarkowanego i dbającego o interesy amerykańskie. Ostra retoryka antychińska prezydenta Trumpa doprowadziła do zmniejszenia bezpośrednich inwestycji chińskich w USA w 2019 r. o 8 proc. , do 4,5 mld dol.
W końcu 2019 r. wypracowano porozumienie chińsko-amerykańskie stabilizujące stosunki handlowe między obu krajami. Prezydent Trump podpisał 15 stycznia 2020 r. porozumienie handlowe z Chinami. Porozumienie liczące 86 stron było wynikiem negocjacji, które trwały prawie dwa lata. Chiny zobowiązały się podwoić zakupy produktów amerykańskich farmerów. Chiny zobowiązały się również do zakupu amerykańskich towarów przemysłowych i źródeł energii na sumę 200 mld. dolarów. W liście jaki prezydent Chin Xi Jinping skierował do prezydenta Donalda Trumpa podkreślono, że porozumienie jest dowodem, że obydwa kraje mogą przełamać dzielące różnice w drodze dialogu.
Mimo tego porozumienia Trump pozostawił karne cła na dwie trzecie chińskiego importu na rynek amerykański. Oznacza to, że amerykański prezydent nadal stosuje politykę protekcjonizmu. Trump chwalił się obroną interesów farmerów amerykańskich, którzy
poparli go w wyborach prezydenckich 2016 r. Ameryka doszła do wniosku – pisał w komentarzu Jędrzej Bielecki – „że lepiej będzie rozwijać się pod osłoną protekcjonistycznych zabezpieczeń, zapominając o ustanowionych przecież przez nią samą regułach międzynarodowego handlu. Trump uważa, że mając za sobą siłę największej gospodarki i potęgi wojskowej świata, będzie mógł narzucać korzystne warunki współpracy izolowanym krajom. Tak już zresztą zrobił m.in. w stosunku do Meksyku czy Kanady”.
Wybuch w Chinach na początku 2020 r. epidemii koronawirusa COVID-19 miał pewien wpływ na stosunki amerykańsko-chińskie. Stany Zjednoczone ewakuowały z Chin część obywateli amerykańskich zagrożonych epidemią i ograniczyły kontakty osobowe między obu krajami oraz loty amerykańskich linii lotniczych do Chin. Sekretarz Handlu USA Wilbur Ross w wywiadzie dla „Fox Business” 30 stycznia 2020 r. wyraził nadzieję, że wybuch epidemii w Chinach „przyspieszy powrót stanowisk pracy do Ameryki Północnej”.
Za zgodą Chin amerykańscy eksperci medyczni weszli w skład ekspertów WHO, którzy udali się do Chin w celu badania epidemii. Prezydent Trump przyrzekł udzielić Chinom pomocy w walce z epidemią.
Władze chińskie krytycznie odniosły się do reakcji Waszyngtonu na epidemię koronawirusa określając ją mianem „przesadnej reakcji” i „szerzeniem paniki”. Chiński ambasador w USA Cui Tiankai ostrzegał, aby obydwa kraje „obroniły się przed politycznym wirusem”.
W styczniu 2020 r. Trump wziął udział w Światowym Forum Ekonomicznym w Davos w Szwajcarii. Wykorzystał tę okazję by pochwalić się sukcesami gospodarczymi, stabilnym rozwojem kraju, niskim bezrobociem i wzrostem płac. Pochwalił się sukcesami w rozmowach z Chinami na temat umowy handlowej. Nasze stosunki z Chinami – powiedział, nigdy nie były tak dobre jak teraz i zapewniał zgromadzonych biznesmenów z całego świata, że stosunki amerykańsko-chińskie przyczynią się do przyspieszenia globalnego rozwoju gospodarczego.
Stosunki amerykańsko-chińskie w okresie prezydentury Donalda Trumpa są zmienne. Charakteryzują sie zarówno współpracą, sporami, rywalizacją i różnorodnymi konfliktami. Przy tym strona chińska wyraża gotowość do współpracy, pokojowej rywalizacji, natomiast administracja prezydenta Donalda Trumpa jest nieprzewidywalna w swej polityce wobec Chin. Obok deklaracji o współpracy pojawiają się w polityce Waszyngtonu posunięcia o charakterze konfrontacyjnym. Sekretarz Stanu USA Pompeo w czasie spotkania z brytyjskim ministrem Spraw Zagranicznych nazwał chińską partię rządzącą „największym zagrożeniem naszych czasów”.
Prawica amerykańska głosi także, że Chiny są największym rywalem politycznym
i konkurentem gospodarczym dla Stanów Zjednoczonych we współczesnym świecie.
Z niepokojem w Waszyngtonie obserwowano umacniające i rozszerzające się wpływy Chin na różnych kontynentach. I podejrzewano Pekin o dążenie do dominacji na świecie. „Chiny – pisał prof. Grzegorz W. Kołodko – bynajmniej nie pragną świata zdominować, tylko wykorzystać globalizację z pożytkiem dla siebie i niekoniecznie kosztem innych, ale czasami wręcz im pomagając”.
Najnowsza amerykańska Narodowa Strategia Bezpieczeństwa już otwarcie wskazuje rosnący technologiczny potencjał Chin, jako kluczowe zagrożenie dla Ameryki – nie tylko ekonomiczne, również militarne. I również jasno ocenia: czas powstrzymać Chińską Republikę Ludową i zacząć odbijać flanki, które Stany utraciły. Stroną eskalującą napięcie w stosunkach amerykańsko-chińskich jest administracja Trumpa. Chińczycy wyraźnie starali się łagodzić sytuację, wyrażali gotowość do kompromisu, ale wobec zdecydowanych antychińskich decyzji Waszyngtonu nie mogli nie odpowiedzieć odwetem, chociaż apelowali o dialog i kompromis. Pewnym pocieszeniem dla Chin był fakt, że nie są jedynym krajem mającym problemy w stosunkach ze Stanami Zjednoczonymi. Również Unia Europejska, Kanada i inne kraje skarżą się na spory nie tylko gospodarcze z administracją prezydenta Donalda Trumpa. W tej sytuacji może dojść do polaryzacji stanowisk i stworzenia modelu stosunków międzynarodowych w układzie: Stany Zjednoczone contra reszta świata.

  • Autor jest profesorem w Akademii Finansów i Biznesu Vistula, b. posłem na Sejm (1993-2001) i b. marszałkiem Senatu (2001-2005).

Ameryki problem z faszyzmem

Po prezydenturze Baracka Obamy, rzekomo kończącej z rasowymi uprzedzeniami, amerykański liberalny salon nagle odkrył, że jego kraj znów jest rasistowski. I świetnie się z tym czuł. Mógł wszak potępiać to, co uznał za pierwotną przyczynę rasizmu – Trumpa, który brukał „światowy przykład demokracji” jakim są Stany Zjednoczone Ameryki. Zamglone pozostały historyczne dzieje tej „wyjątkowej” republiki, założonej na wywłaszczeniu ziemi tubylczej i eksterminacji jej mieszkańców, oraz jej potęgi gospodarczej zbudowanej w znacznej mierze przez afrykańską, zniewoloną siłę roboczą.

Trump oczywiście jest białym rasistą i to w stopniu nagannym. Ale czy on jeden, i czy rasistami bywali tylko Republikanie? Kto pamięta Jima Crowa i Dixiecrat Democrats, w tym sześciu senatorów USA i dwóch sędziów Sądu Najwyższego, którzy byli członkami Ku Klux Klanu? Kto pamięta, że jeden z najbardziej znanych demokratów, Franklin Delano Roosvelt, ponoć najbardziej liberalny prezydent USA, uwięził w obozach koncentracyjnych 120 000 Amerykanów japońskiego pochodzenia.
Ustawy więzienne
Trump miał też bardziej bezpośrednich poprzedników, jak Bill „pierwszy czarny prezydent” Clinton, który zrobił sobie zdjęcie pod Stone Mountain, w miejscu narodzin współczesnego KKK, z grupą więźniów, głównie Afroamerykanów, wykorzystanych jako rekwizyty. Ponadto wprowadził w życie tragiczne w skutkach ustawy więzienne z 1994 roku i „położył kres dobrobytowi, jaki znamy”. Trump zajmuje miejsce w tym samym kontinuum co byli prezydenci, jest on tylko jego bardziej wulgarnym i jawnym reprezentantem.
Rasizm jest kompletnie wpisany w funkcjonowanie „krainy wolnych ludzi”; nie jest żadnym zaburzeniem osobowości tego kraju. Rasizm instytucjonalny przenika obecną politykę na każdym polu. Ustawa Trump’s Protect and Serve Act, uczyniła atak na policję federalną zbrodnią z nienawiści. Umieściła ona tym samym policyjnych morderców pod parasolem ochronnym. Ustawa ta przeszła prawie jednogłośnie, 382 głosami. Za nią głosowało trzy czwarte Czarnego Klubu. Było to więc dwupartyjne f ** k you wymierzone w ruch Black Lives Matter. Wpływ amerykańskiej polityki rasowej nie kończy się na granicach USA. Wszędzie tam, gdzie pojawiają się punkty zapalne konfliktu rasowego lub etnicznego, można znaleźć rząd Stanów Zjednoczonych rozpalający płomienie na korzyść imperium, nie ważne czy mowa o konfliktach sannicko-szyickich na Bliskim Wschodzie, czy rasowo-etnicznych z Ameryki Łacińskiej. Jeanine Añez, samozwańcza prezydent Boliwii, wsparta przez USA w trakcie zamachu stanu, ogłosiła, że ​​nadszedł czas, aby wyrzucić tubylców nie tylko z rządu, ale i ze stolicy.
Rasizm instytucjonalny jest szczególnie śmiercionośny, ponieważ przecina podziały klasowe. Brutalność policji, masowe uwięzienia, pomoc społeczna, wysokiej jakości edukacja publiczna i tak dalej nazywane są „czarnymi kwestiami”, ale dotyczą wszystkich pracujących ludzi, a nie tylko pracujących Afroamerykanów. Biały rasizm służy do zatarcia wspólnych interesów pracujących ludzi, tworząc iluzję, że pracownik magazynu Amazona może mieć jakikolwiek wspólny interes z Jeffem Bezosem.
Widmo faszyzmu
W ostatnich latach prasa donosiła o coraz bardziej popularnych rasistowskich praktykach pośród grup młodych białych Amerykanów, mowa była również o czystym flirtowaniu z faszyzmem. Gdyby w USA powstał znaczny ruch faszystowski, ta wywłaszczona młodzież – nazywana przez Hillary Clinton „godną ubolewania” – mogłaby służyć za jego bazę.
Żaden casting nie wyłoniłby lepszego niż sam Donald Trump przykładu karykaturalnego, blond faszysty. Ale kleiste kosmetyki i złe maniery przy stole nie kwalifikują go do bycia piewcą aryjskiego braterstwa. Po trzech latach jego rządów pomimo strasznych prognoz republika jeszcze nie pogrążyła się w faszyzmie. Rasizm i wąski nacjonalizm były historycznie związane z faszyzmem. Jednak Rozporządzenie wykonawcze 13769 autorstwa Trumpa, blednie w skali do perfidii internowania Amerykanów japońskiego pochodzenia przez Roosevelta.
Widmo faszyzmu pociąga za sobą coś więcej niż biały natywizm. Faszyzm przybiera formę polityczną jako specyficzną metodę rządzenia. Jako forma rządzenia faszyzm „powstaje, gdy w obliczu wyzwań klasy robotniczej kapitał finansowy nie może już rządzić w stary sposób” jak wyjaśnia Greg Godels. Prawdą jest, że Trump mówił o wydarzeniach z Charlottesville odnosząc się do „kilku bardzo dobrych ludzi”, w rzeczywistości młodych mężczyzn o ogolonych głowach i tatuażach ze swastyką. Ale ci zepchnięci na margines, ledwo dorośli chłopcy, nie są klasą panującą. Są produktem ubocznym neoliberalnej polityki i potencjalnymi rekrutami ruchu faszystowskiego, podpałką, ale nie zapałką. Niebezpieczeństwo faszyzmu pochodzi od środowisk rządzących, a nie od klas ludowych.
Prowadząca w dół ścieżka neoliberalizmu
W latach trzydziestych XX wieku kapitał został zmuszony przez bojowy ruch związkowy w USA do włączenia siły roboczej jako młodszego partnera w nowej umowie społecznej, Nowym Ładzie która była osłabioną formą demokracji socjalnej. Liberalizm New Deal został zatarty w czasie prezydentury Jimmy’ego Cartera, który jako pierwszy opowiedział się za deregulacją i rządem-stróżem nocnym, co oznaczało rezygnację z funkcji państwa w zakresie pomocy społecznej. Ewangelia neoliberalizmu zyskała popularność wraz z rewolucją Reagana. Natomiast ostatnie gwoździe do trumny wbili Nowi Demokraci Billa Clintona. Robotnicy zostali zdegradowani zaledwie do jednej z wielu grup interesów pomimo tego, że stanowili oni, i stanowią nadal, zdecydowaną większość obywateli.
Od czasu prezydentury Nixona nie uchwalono jakiekolwiek znaczącego liberalno-socjalnego prawa czy rozwiązania gospodarczego, „nowi liberałowie” – to znaczy neoliberałowie – są ortodoksją obu partii amerykańskiego kapitału. Trajektoria neoliberalizmu prowadzi coraz wyraźniej w dół, o czym świadczy coraz większa bieda ludzi pracy, ale też coraz bardziej agresywne, imperialistyczne działania USA w polityce zagranicznej oraz coraz bardziej rozwinięte rozwiązania prawne kierujące USA w objęcie państwa policyjnego. Ta tendencja spadkowa neoliberalizmu związana jest z koncentracją siły gospodarczej. Coraz bardziej autorytarne państwo służy interesom coraz bardziej skoncentrowanego kapitału. Coraz bardziej policyjne i represyjne państwo ukryte jest za szaradą wyborczą, podczas której wydawanie nieprzyzwoitych pieniędzy na kampanie polityków jest chronione jako część składowa wolności słowa i jednostki. W tym samym momencie, gdy prawie połowa ludności nie głosuje, USA przewodzą światu w zakresie ilości osób przebywających w więzieniach (655 osób na 100 tysięcy obywateli) i wydatków wojskowych.
Biorąc pod uwagę śmierć socjalnego liberalizmu w głównym nurcie polityki Stanów Zjednoczonych, dlaczego właściciele kapitału i kupieni przez nich politycy (wybory w 2016 r. kosztowały 6,6 mld USD) chcieliby pójść w kierunku faszyzmu? Klasyczna „burżuazyjna demokracja” odnosi przecież tak ogromne sukcesy w nakłanianiu ludzi do akceptowania elitarnych rządów i wiary w to, że ​​cieszą się prawdziwą demokracją. Tyle, że w demokracji burżuazyjnej wyborczy kandydaci mogą konkurować, aby udowodnić, kto najlepiej służy elitom rządzącym. Lecz jeśli lewica jest wystarczająco silna, aby zakwestionować ten program i poważnie walczyć o władzę polityczną, środowiska rządzące rozważą faszyzm i zniosą fasadę jaką są wybory.
Powstanie Sandersa
Bernie Sanders nie jest marksistowskim rewolucjonistą, ale kolejnym zwolennikiem New Dealu, który jest łagodny wobec imperializmu USA. Sanders w kontekście dzisiejszej polityki stanowi jednak wyzwanie dla neoliberalnej surowości. Na razie establishment zakłada, że sfałszowany proces wyborczy (np. super delegaci), brudne sztuczki (np. sprzeczka z Elizabeth Warren) i prasa korporacyjna – wszyscy oni mogą zaryzykować jeszcze cztery lata Trumpa – powstrzymają Sandersa. Ale jeśli inspirowana przez Sandersa Nasza Rewolucja naprawdę stanie się rewolucyjna i podejmie wyzwanie bycia „trzecią partią”, posiadając jakąkolwiek perspektywę wygranej, część elit rządzących mogłaby rozważyć skierowanie się w stronę faszyzmu. Dziś jeszcze do tego nie doszło, żadna z klas nie przeszła na te pozycje. Ponieważ utrzymywanie faszystowskiej dyktatury jest kosztowne, a same elity muszą zrezygnować z niektórych swoich przywilejów, możliwość narzucenia faszyzmu byłaby prawdopodobnie dokonana tylko przez pewną frakcję rządzących elit, a nie zjednoczoną klasę.
Na razie karta z literą „f” jest trzymana w odległej rezerwie przez rządzących na wypadek, gdyby tląca się rebelia, o której świadczy fenomen Sandersa, naprawdę się rozpaliła i była w stanie wyjść z instytucjonalnych ograniczeń aparatu Partii Demokratycznej. Wtedy dopiero walka mogłaby się rozwijać w kierunku wyboru między socjalizmem a jego barbarzyńską alternatywą.
Początkowe etapy rozwoju faszyzmu
Krytycznym zwiastunem faszyzmu jest rosnąca dominacja tak zwanego „państwa bezpieczeństwa narodowego”. Demokraci pomogli w odnowieniu Patriot Act, przekazując prezydentowi Trumpowi władzę do zawieszenia konstytucyjnych swobód obywatelskich. (Jak na ironię, mniej więcej w tym samym czasie szalały wojenki podjazdowe znane jako przesłuchania w sprawie impeachmentu). Tymczasem Internet jest ogrywany coraz bardziej przeciwko lewicy. Elizabeth Warren zaproponowała cenzurę sieci nadzorowaną przez rząd we współpracy z dużymi firmami technologicznymi. Wydarzenia te, rozszerzające wszechobecność państwowego nadzoru, są „początkowymi etapami rozwoju” faszyzmu.
FBI cieszy się obecnie ogromnym społecznym zaufaniem. Świątobliwe oblicze byłego dyrektora FBI Roberta Muellera, a nie ponury wygląd Trumpa, mogą okazać się obliczem faszyzmu w Stanach Zjednoczonych. Ale przynajmniej na razie litera „f” jest nadal kojarzona z prokreacją. Poprawnie.

Oryginalny tekst ukazał się na portalu MintPressNews. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu).

Koronawirus a wybory prezydenckie w USA i Polsce

W sposób zupełnie niespodziewany okazuje się, że czynnikiem przesądzającym o wynikach wyborów prezydenckich zarówno w Stanach Zjednoczonych (w listopadzie br.), jak i w Polsce (w maju, o ile ich termin nie zostanie przesunięty) może okazać się sytuacja związana z pandemią koronawirusa, jej rozwój, a zwłaszcza sposób radzenia sobie władz z tym nowym jakościowo wyzwaniem.

Pamiętając o starej maksymie niemieckiej „Alle Gleichnisse hinken” („wszelkie analogie zawodzą”) dostrzega się od razu szereg elementów wspólnych. To przede wszystkim sytuacja ekonomiczna. Nad Wisłą wysoka inflacja, spadek wartości złotego,a nawet groźba recesji (do kategorii bajek należy już włożyć opowieści członków rządu,szczególnie premiera, o budżecie bez deficytu) budzą uzasadniony niepokój. W USA, m.in.po kontrowersyjnych decyzjach Donalda Trumpa o ograniczeniu wjazdów do Stanów i pół-blokadzie połączeń lotniczych, doszło do niemal paniki na giełdach. Otwarcie porównuje się to z tzw. Czarnym Poniedziałkiem z października 1987r. Indeks Dow Jones spadł o 9,99 proc. , Nasdaq o 9,43 proc. ,a S&P o 9,51 proc. . Zamknięto Disneyland w kaliifornijskim Anaheim i nie gra się przedstawień na Brodway’u.
I nad Wisłą i nad Potomakiem kampanie wyborcze zmieniły swój charakter. Z oczywistych względów nie ma dużych wieców,a kandydaci mniej jeżdżą po kraju. Wspólne pozostaje też silne przekonanie,iż trwa teraz test kompetencji oraz przywództwa politycznego. I on może mieć znaczenie decydujące.Jednak ze względu na różnice w systemie politycznym wynik tego testu łatwiej jest ocenić w prezydenckim systemie amerykańskim niż w naszym parlamentarno-gabinetowym.
Paradoksalnie moim zdaniem także więcej w tym momencie da się powiedzieć o szansach wyborczych czołowych kandydatów w Stanach Zjednoczonych niż w Polsce. W USA de facto pozostało już tylko trzech liczących się graczy: Trump oraz dwójka Demokratów: Joe Biden (przez dwie kadencje wiceprezydent u Obamy) i senator Bernie Sanders z Vermontu o lewicowych poglądach,który obecnie mocno akcentuje m.in. słabości amerykańskiej służby zdrowia, szczególnie brak podstawowych ubezpieczeń w tej sferze dla dużej części społeczeństwa. To klasyczny socjaldemokrata koncentrujący się na istniejących nierównościach.
Uważam,iż szanse aktualnego prezydenta USA na reelekcję bardzo zmalały. Traci zaufanie społeczne,zaś jego główny argument wyborczy,iż sytuacja ekonomiczna obywateli jest lepsza aniżeli przed objęciem przez niego funkcji głowy państwa wyraźnie traci na aktualności. Ponadto lekceważył zagrożenie koronawirusem (odmówił nawet zaszczepienia się),co przypominało jego kuriozalne podważanie tezy o ocieplaniu się naszej planety.Prawybory wśród Demokratów (szczególnie w Michigan) wykazały,iż w tzw. pasie rdzy (także w Ohio i Wisconsin), gdzie przed 4 laty Trump wygrał o włos, poglądy Republikanów są gorzej odbierane.Biden ma większe szanse od Sandersa, m.in. ze względu na duże poparcie wśród Afroamerykanów i społeczności hiszpańskojęzycznej oraz bardziej centrowe poglądy. Ma także większe polityczne doświadczenie.
Z pewnością Sanders,z którym sympatyzuję i który będzie walczył do końca ma wielkie poparcie wśród młodego pokolenia, ale jego przedstawiciele-podobnie jak w Polsce-często nie idą do urn. W miniony czwartek w przemówieniu w Burlington,gdzie kiedyś był burmistrzem, sformułował bardzo daleko idącą tezę,iż liczba ofiar śmiertelnych koronawirusa może być większa niż liczba Amerykanów zabitych w ciągu II wojny światowej (szacuje się ją na ok. 400 tys.).
W Polsce trudno przewidzieć rozwój sytuacji w najbliższym czasie tak politycznej, jak i na płaszczyźnie walki z wirusem. Podjęto wprawdzie szereg niezbędnych kroków,ale zarazem ujawniły się liczne niedostatki jeśli chodzi np. o wyposażenie pracowników służby zdrowia, sprzęt, czy kwestie organizacyjne. Jeśli sytuacja będzie się komplikować,to logiczne byłoby przesunięcie daty wyborów prezydenckich, gdyż obecnie kandydaci nie mają równych szans. A generalnie uważam , że korzystna byłaby dla Polski i świata zmiana dotychczasowych lokatorów tak Białego Domu, jak i Pałacu Namiestnikowskiego.

Finałowa rywalizacja Bidena i Sandersa

O nominację kandydata Partii Demokratycznej w tegorocznych wyborach prezydenckich w USA ubiegała się rekordowa liczba kandydatów, aż 30-tu. Stopniowo kandydaci wycofywali się, albo z braku poparcia, albo z braku pieniędzy na kosztowną kampanię. Dziś na placu boju zostało tylko dwóch kandydatów, którzy mają szansę na uzyskanie nominacji na konwencji Partii Demokratycznej. 13-16 lipca br. w Milwaukee w stanie Wisconsin: 76 letni Joe Biden i 78 letni Bernie Sanders.

Obaj reprezentują różne skrzydła polityczne. Biden uważany jest za przedstawiciela umiarkowanych demokratów. Sanders natomiast, który mówi o sobie, że jest socjalistą reprezentuje bardziej liberalne lewicowe skrzydło w Partii Demokratycznej.
We wcześniejszym etapie kampanii wyborczej Biden był atakowany przez swych demokratycznych rywali za swój oględny stosunek do rasizmu i do praw obywatelskich. Osobiście podkreśla swoje od pół wieku doświadczenie w polityce i 8 lat aktywnej wiceprezydentury przy Obamie. W debatach ze swymi demokratycznymi rywalami zarzucał im, że „wy mówicie różne rzeczy podczas, gdy ja wszystko to robiłem” i podkreślił, że w tych wyborach „rozgrywa się bitwa o duszę narodu”.
Bernie Sanders, choć uważa się za socjalistę i rzecznika ludzi nieuprzywilejowanych nie jest biednym człowiekiem. Jest milionerem. Jego majątek oceniany jest na ponad 2 mld. dolarów i pochodzi głównie z honorariów za książki. Podkreślam, że uczciwie płaci podatki. Jego dochód w 2019 r. wyniósł 566 421 dol. z czego jako podatek federalny odprowadził 137 573 dol. Prawie 19 tys. dol. przeznaczył na cele charytatywne. Niektórzy jego krytycy powątpiewają, czy człowiek tak zasobny może skutecznie bronić interesów biedniejszej części społeczeństwa amerykańskiego. Menadżer kampanii wyborczej Sandersa Faiz Shakir twierdzi, że majątek Sandersa „ma zerowy wpływ” na jego poglądy polityczne. Przeciwnicy Sandersa zarzucają mu, że jego propozycje społeczno-gospodarcze są zbyt kosztowne.
Warto zwrócić uwagę, że najstarszy kandydat na prezydenta cieszy się masowym poparciem młodych wyborców. Również popularny jest jego postulat podniesienia płacy minimalnej do 15 dol. za godz. Biden natomiast ma więcej pieniędzy na kampanię wyborczą oraz wsparcie establishmentu Partii Demokratycznej. Najnowszy sondaż ogólnokrajowy CNN wykazał, że wśród demokratów 52 proc. preferuje na prezydenta Joe Bidena. Za Sandersem zaś opowiada się 36 proc. ankietowanych.
W niniejszym artykule porównuję programy wyborcze obu głównych pretendentów do ubiegania się o nominację kandydata Partii Demokratycznej w rywalizacji z republikaninem, obecnym prezydentem Donaldem Trumpem. W polityce zagranicznej nie ma poważniejszych różnic między Bidenem i Sandersem. Dlatego uwagę czytelników zwrócę na to co różni obu rywali w sprawach polityki wewnętrznej USA, ponieważ ten obszar ma największe znaczenie dla wyborców amerykańskich.
W przeciwieństwie do prezydenta Trumpa, który uważa, że nie ma na świecie kryzysu klimatycznego i nie ma potrzeby przestrzegać międzynarodowej konwencji z Paryża z 12 grudnia 2015 r., obaj demokratyczni pretendenci uważają, że jest to poważny problem. Biden przedstawił plan wyeliminowania do 2050 r. gazów szkodliwych dla środowiska człowieka. Zapowiada powrót Stanów Zjednoczonych do paryskiego porozumienia klimatycznego. Realizacja jego planów w tej dziedzinie ma kosztować 1,7 bln dol. w ciągu pierwszych 10 lat. Sanders, który ostro krytykuje Trumpa za wycofanie się Stanów Zjednoczonych z paryskiego porozumienia klimatycznego przedstawił własny konkretny plan rozwiązania kryzysu klimatycznego. Ma on kosztować 16,3 bln dolarów w ciągu 15 lat. Źródłem dochodów na ten cel będą pieniądze ze sprzedaży czystej energii pochodzącej z publicznych instytucji.
Zarówno Biden jak i Sanders mają program zwiększenia przez Amerykanów dostępu do służby zdrowia. Mimo pewnego postępu jaki w tej dziedzinie dokonał się za prezydentury Obamy jest to nadal poważny problem dla dziesiątków milionów Amerykanów.
Sanders nie chce zmieniać obecnej struktury w służbie zdrowia, natomiast proponuje znacjonalizować sektor ubezpieczeń zdrowotnych. Dodatkowe środki na ochronę zdrowia proponuje zdobyć poprzez wyeliminowanie decyzji Trumpa z 2017 r. o redukcji podatków dla bogatych Amerykanów.
Sprawy imigracji są nie tylko przedmiotem sporu między demokratami i republikanami, ale także są różnice w poglądach Bidena i Sandersa. Biden proponuje drogę do uzyskania obywatelstwa dla nielegalnych imigrantów przebywających na terenie Stanów Zjednoczonych. Proponuje on również podniesienie limitu przyjęć imigrantów w skali rocznej z 18 tys. do 125 tys. Biden jest przeciwny karaniu nielegalnych imigrantów, którzy przybyli do USA z zamiarem ubiegania się o azyl.
Sanders jest zwolennikiem moratorium na deportacje. Jest przeciwny budowie muru na granicy z Meksykiem i separacji małżeńskiej imigrantów. Proponuje on również reorganizację struktur rządu amerykańskiego odpowiedzialnych za sprawy imigracji.
Przedmiotem dyskusji w tegorocznej kampanii wyborczej są sprawy edukacji. Biden proponuje zwiększyć środki finansowe na pomoc dla szkolnictwa w biedniejszych dzielnicach. Proponuje on również bezpłatne studia w dwuletnich collegach. Koszt tego programu wycenia na 750 mld rocznie.
Dziesięciopunktowy program edukacyjny Sandersa przewiduje m.in. podwyżkę uposażeń nauczycieli do 60 tys. dol. rocznie, bezpłatne posiłki dla uczniów i rozbudowany program wakacyjny dla uczniów. Jeżeli chodzi o wyższe studia to program Sandersa zwany „college for all” („college dla wszystkich”) postuluje zniesienie czesnego we wszystkich publicznych uczelniach. Pieniądze na realizację tego programu ocenianego na 2,2 bln dol. proponuje on, aby pozyskać z podniesienia podatków na firmy z Wall Street.
Przedmiotem kampanii wyborczej demokratów jest również kwestia dostępu do broni i przestępczość wynikająca z tego dostępu. Biden proponuje, aby posiadacze broni ofensywnej albo odstąpili tę broń rządowi federalnemu, albo zarejestrowali ją w agencji rządowej. Zamierza on przeznaczyć 900 mln dol. na walkę z użyciem broni w 40 miastach o najwyższej przestępczości z użyciem broni. Zapowiada on zniesienie ochrony producentów broni z powodu jej użycia w aktach przestępczych. Postuluje również zaostrzenie kontroli przy sprzedaży broni.
Sanders w przeszłości nie był zwolennikiem ograniczenia dostępu do broni. Teraz domaga się silniejszej kontroli w dostępie do broni ofensywnej, automatycznej. Postuluje zaostrzenia kary dla osoby, która kupuje broń dla kogoś kto nie ma prawa do posiadania broni. Domaga się on również zakazu posiadania przez obywateli broni z dużymi magazynami.
Wszystko więc wskazuje, że decydująca walka o nominacje kandydata Partii Demokratycznej w listopadowych wyborach prezydenckich rozegra się między Joe Bidenem i Bernie Sandersem, chociaż zdecydowanie większe szanse na uzyskanie nominacji ma oczywiście Biden, który odniósł więcej zwycięstw w dotychczasowych prawyborach.

Trump skarży CNN

Przerzucanie się oskarżeniami o współpracę z Rosją stało się USA stałym elementem politycznych rozgrywek. Najpierw oskarżano Trumpa, potem obóz Trumpa oskarżył o to samo Berniego Sandersa. W piątek zaś sztab wyborczy Donalda Trumpa złożył w piątek pozew o zniesławienie przeciwko CNN.
Mowa w nim o „nieprawdziwych i zniesławiających” informacjach, podanych przez CNN o rosyjskim wsparciu dla Trumpa w nadchodzących wyborach prezydenckich. Według prawników lokatora Białego Domu nie była to pomyłka dziennikarska czy zaniedbanie, lecz świadome puszczenie w eter fałszywej informacji, ponieważ CNN była świadoma, że publikowane przez nią informacje są nieprawdziwe. Opublikowała je jednak, by wpłynąć na przebieg kampanii wyborczej. Podobne pozwy wniesiono również przeciwko „New York Times” i „The Washington Post”.
Jak informuje sztab wyborczy Trumpa, w zeszłym miesiącu wysłano do CNN żądanie wycofania nieprawdziwych, w przekonaniu sztabu Trumpa, informacji i zamieszczenie przeprosin, ale CNN odmówiło zadośćuczynienia prośbie.
„Sztabowi nie pozostało zatem nic innego, jak złożyć pozew i publicznie ustalić prawdę, poinformować czytelników i odbiorców CNN o tym, jak wyglądają fakty a także domagać się zadośćuczynienia za wyrządzone szkody i brak przeprosin”, napisano w pozwie.
Chodzi o artykuł Larryego Noblea z 13 czerwca 2019 roku, w którym autor postawił tezę o współpracy ze strona rosyjską, ale, jak uważa powód, nie przedstawił żadnych dowodów na uzasadnienie swoich twierdzeń.
Pozew zawierać ma też nagrania z narady redakcyjnej, w której szef instruuje pracowników, że powinni skupić się na procedurze impeachmentu Trumpa oraz inne dowody, wskazujące na umyślny brak obiektywizmu CNN.
To nie pierwszy zarzut pod adresem mediów związanych z Demokratami, że dla przegranej Trumpa gotowe są przymknąć oko na wymogi obiektywizmu i prawdy. CNN i autor artykułu nie skomentowali w żaden sposób oskarżeń pod swoim adresem.

Szkoda Sandersa,

ale Biden ma większe szanse by pokonać Trumpa.

Do wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych w listopadzie br. jest jeszcze sporo czasu, ale kampania nabiera wyraźnie tempa.Prawidłowością jest to, że na tym etapie jest ona szczególnie zacięta w obozie politycznym z którego nie wywodzi się urzędujący prezydent, szczególnie gdy może on kandydować na drugą 4-letnią kadencję. Tak jest obecnie w obozie Demokratów znajdujących się w opozycji,gdyż wśród Republikanów nikt nawet nie próbował kwestionować kandydatury Donalda Trumpa.
Przed czterema laty
sytuacja była odmienna.Ponieważ odchodził po dwóch kadencjach Barack Obama, to Demokraci musieli znaleźć jego godnego następcę i po długiej batalii, w której była sekretarz stanu Hillary Clinton (zarazem małżonka innego prezydenta) pokonała na finiszu lewicowego Berni’ego Sandersa (o korzeniach polsko-żydowskich) to ona stanęła przed szansą bycia pierwszą kobietą prezydentem USA. Z kolei wówczas dość zaskakująco w obozie Republikanów odpadali w prawyborach m.in. senatorowie Marco Rubio z Florydy i Ted Cruz z Teksasu,a nominację zdobył wyrażnie niedoceniany Donald Trump, który w finale choć uzyskał ok. 3 mln głosów mniej niż Clinton odniósł zwycięstwo. Liczą się bowiem w ostatecznym rachunku głosy elektorów przypisanych do danego stanu,a zwycięzca bierze całą pulę.
To była swego rodzaju sensacja i pamiętam, że gdy-będąc w okolicach przylądka Horn- dowiedziałem się przez telefon satelitarny o tym rezultacie, to nie chciałem wierzyć.Nota bene w sporym stopniu w stanach tzw. „pasa rdzy” (rust belt), jak np. Ohio,Michigan, gdzie Trump wygrywał niewielką różnicą głosów, przyczyniła się też do tego konserwatywna Polonia. Kwestią odrębną, której tu nie poruszam, jest sprawa oceny prezydentury Trumpa-tak w aspekcie polityki wewnętrznej, jak i międzynarodowej.Ciekawostką jest przy tym to, iż angielskie słowo „trump” znaczy „atut”.’No trump” w licytacji to „bez atu”. Amerykanie są głęboko podzieleni odnośnie do tego, czy ich obecny prezydent stanowi wartość dodaną, czy też przyczynia się m.in. do pogłębienia chaosu światowego.
Superwtorek i jego skutki
Konwencja Demokratów,na której 1991 delegatów wybierze kandydata tej partii na prezydenta odbędzie się w połowie lipca br. w Milwaukee w stanie Wisconsin. Trwają prawybory, tradycyjnie rozpoczęte w małych stanach Iowa i New Hampshire.Tam właśnie wybierani są ci delegaci spośród tych kandydatów,którzy w danym stanie otrzymają co najmniej 15 proc. głosów. Na początku pretendentów do prezydentury było kilkunastu, ale przed i po tzw. superwtorku (3 marca) sytuacja się wyraźnie wyklarowała.
W 14 stanach, w tym tak kluczowych, jak 40 mln Kalifornia i 29 mln Teksas wybierano delegatów (np. w Teksasie-228). Po wycofaniu się Pete’a Buttigiega i Amy Klobucher, którzy udzielili poparcia byłemu wiceprezydentowi dwóch kadencji u Obamy i senatorowi z małego stanu Delaware Joe Bidenowi, w szranki stanęli: Biden (ur. 1942 r.), Michael Bloomberg-przez 3 kadencje burmistrz Nowego Jorku, według Forbes’a 10. najbogatszy człowiek świata z majątkiem ponad 50 mld dol., urodzony w 1942 r.. Sen. Elisabeth Warren z Massachusetts (w USA często mówi się o tym stanie „Taxachusetts” ze względu na wysokie podatki); ur. 1949 r.. I Berni Sanders-senator z Vermontu (ur. 1941r.) mający duże poparcie szczególnie wśród młodego pokolenia, dobry mówca.
Biden, któremu do tej pory raczej nie szło, wygrał aż w 10 stanach, w tym w Teksasie,Arkanzas i Massachusetts. Ma on silne poparcie zwłaszcza wśród Afroamerykanów. Wielu komentatorów amerykańskich uważa,iż takiego come back nie było od wielu lat. Bloomberg,który w reklamy telewizyjne zainwestował ponad 550 mln dol. (sic!) i świadomie z dużym opóźnieniem włączył się do kampanii wyborczej, postanowił się z niej wycofać ponieważ wygrał tylko w małym Samoa Amerykańskim.Udzielił poparcia Bidenowi.Warren przegrała nawet w „swoim” Massachusetts, więc Sanders zaapelował, by się wycofała na jego rzecz. Nie sądzę, aby to się stało szybko.Sam Sanders zwyciężył w 4 stanach- w Colorado, Utah, w „swoim” Vermoncie i – co najważniejsze – w kluczowej Kalifornii.
Co dalej?
Donald Trump, który nie jest najstarszym kandydatem w tych wyborach (ur. w 1946 r.) swoim zwyczajem wyraził zadowolenie z biegu wydarzeń w obozie Demokratów. Zapewne sądzi,iż długa, decydująca, wyczerpująca walka Sandersa i Bidena osłabi konkurentów.
Sanders, który jest wyjątkowo bojowy i żywotny, to bez wątpienia najbardziej lewicowy polityk w dziejach USA, który z tak dobrymi wynikami i szansami ubiega się o najwyższy urząd w tym państwie. Jego program w Europie byłby uważany za typowo socjaldemokratyczny, ale nad Potomakiem brzmi niekiedy rewolucyjnie. Nie popiera go np. Hillary Clinton. „Będąc trzeżwym jak sędzia” (to be as sober as a judge) – by użyć ważnego idiomu angielskiego – uważam z przykrością, iż w sumie w dość konserwatywnych Stanach Zjednoczonych Biden ma jednak większe szanse na pokonanie Trumpa niż Sanders. A to może być kluczowy czynnik o znaczeniu także globalnym. Przy tym porównania z prezydentem Andrzejem Dudą same się nasuwają!

Sojusznicy Wolności Religii, czyli USA

Powołany przez USA Sojusz Wolności Religii, to kolejny sposób na to, żeby Stany Zjednoczone mogły pełnić rolę żandarma świata. Pod płaszczykiem międzynarodowo-religijnym, tym razem.
Oficjalnie sojusz zajmie się walką z prześladowaniami religijnymi, będzie też monitorować i karać obywateli nietolerancyjnych, sprzeciwiających się dialogowi międzyreligijnemu czy krytycznie wypowiadających się o nagannych zachowaniach przedstawicieli niektórych wyznań. Oczywiście kto będzie tym nietolerancyjnym państwem, bądź obywatelem orzekać będzie Biały Dom. I na pewno nikt nie usłyszy złego słowa o wolnościach religijnych, którymi wszak przepełniona jest bliska Stanom Arabia Saudyjska.
Sankcje dotkną Chiny za Ujgurów, czy Birmę za Rohinjów. A jak trzeba będzie, to wyśle się marines do każdego państwa, które wpadnie na pomysł realizowania laickiego państwa. I na przykład, wyrzuci religię ze szkół,
W Sojuszu są kraje takie jak Kosowo, Togo, czy Albania. No i najwierniejsi sojusznicy Ameryki, czyli Izrael, pobrexitowa Wielka Brytania, czy Polska.
Nie ma w nim przedstawicieli laickiej Francji, Niemiec czy nawet Włoch i Hiszpanii. O Skandynawii nie wspominając. To wszystko o czymś świadczy.
O tym jak Trump traktuje wolność religijną świadczy jego wypowiedź sprzed paru tygodni.
– Aby chronić wspólnoty wyznaniowe, podjąłem historyczne działania w celu obrony wolności religijnej, w tym konstytucyjnego prawa do modlitwy w szkołach publicznych – stwierdził prezydent USA, czyniąc wszystko jasnym.
W tym kontekście istotna staje się rola amerykańskiego podnóżka, czyli Polski. Minister Czaputowicz zapowiedział, że to właśnie nasz kraj zorganizuje spotkanie dla 1000 osób z najzagorzalszych religijnie organizacji. Czyli wydamy miliony polskiego podatnika na spotkanie organizowane dotąd 2 razy przez Departament Stanu USA.

Bernie Sanders kontra establishment

Głosowania w czterech stanach za nami i nie ulega wątpliwości, że senator Bernie Sanders prowadzi w wyścigu o nominację Partii Demokratycznej. Właśnie w tym momencie spływają wyniki z 14 kluczowych stanów tzw. Super-Wtorku, które zadecydują o dalszym kierunku wyścigu. Wedle większości sondaży, Bernie Sanders zdobędzie kilka kluczowych stanów i będzie na dobrej drodze do przejęcia sterów Demokratów. Będzie konkurentem Donalda Trumpa w tegorocznym wyścigu do Białego Domu? Nie, jeśli partyjno-medialny establishment postawi na swoim.

79-letni polityk ze stanu Vermont, wieloletni kongresmen i senator, zadeklarowany socjalista, populista i pogromca miliarderów lubi starcia w stylu walki Dawida z Goliatem. Niemal 40 lat temu zaskoczył wszystkich wygrywając wybory na burmistrza malutkiego Burlington (zaledwie 10 głosami!), promując bezwstydnie lewicową agendę rozbudowy świadczeń socjalnych i ograniczenia władzy developerów. W toku swoich rządów okazał się jednak pragmatykiem.
Podobnie podczas długiej kariery w kongresie, gdzie współpracował z Demokratami (zachowując status niezależnego) potrafiąc łączyć twardą ideowość (sprzeciw wobec wojny z Irakiem) z typowym pragmatyzmem (współpraca z republikaninem Johnem McCainem przy ustawie o weteranach). W 2016 roku przysporzył sporo stresu Hillary Clinton, namaszconej z góry jako królowej Partii Demokratycznej. Ówczesna opozycja elit partyjnych skupionych w tzw. Democratic National Convention (DNC) pozostawiła zadrę wśród zwolenników Berniego.
Skąd ten wieloletni opór? Przynajmniej od czasów Billa Clintona, Demokraci głównego nurtu to organiczni centryści, podkreślający potrzebę kompromisu (pomimo okazjonalnych, buńczucznych deklaracji), skupieni na polityce tożsamościowej (kwestię śwatopoglądowe są ważniejsze od ekonomicznych), podkreślający swoje pro-biznesowe kwalifikacje. Nawet w sytuacji zdominowania wszystkich szczebli władzy, jak na początku prezydentury Baracka Obamy, nominalnie progresywna partia amerykańskiej polityki, dokonała bardzo niewiele zmian czyniących Stany państwem bardziej progresywnym.
Dość ograniczony program Obamacare stanowił malutki wyjątek (Bernie Sanders głosował za). Wedle definicji europejskich, Partia Demokratyczna to klasyczna centro-prawica.
4 lata po zakończeniu bardzo wstrzmięźliwej prezydentury Obamy, Bernie Sanders proponuje dokończenie programów społecznych, które jak do tej pory objawiały się wyłącznie w deklaracjach: Green New Deal (gigantyczne inwestycje w transformację energetyczną), Medicare for All (powszechne ubezpieczenie zdrowotne), bezpłatna edukacja wyższa, radykalne zwiększenie opodatkowania miliarderów czy wprowadzenie ograniczeń finansowania kampanii wyborczych przez wielki biznes.
Wszystkie te propozycje, cieszą się sympatią demokratycznych polityków – tyle jeśli chodzi o teorię. W rzeczywistości mało kto chce iść na wojnę z wielkimi koncernami farmaceutycznymi czy miliarderami z Wall Street. Zwłaszcza nieco mniej eksponowany postulat wprowadzenia ograniczeń finansowania kampanii wyborczych, budzi prawdziwy popłoch.
Bez większych regulacji w tym zakresie, amerykańska demokracja przypomina bardziej klasyczną oligarchię lub oligarchię z elementami demokracji. Większość progresywnych polityków w wyścigu o nominacje, przyjmuje wpłaty od tzw. dużego biznesu, co skutecznie hamuje ich bardziej reformatorskie zapędy. Bernie Sanders stanowi wyjątek i taka postawa budzi sprzeciw w kolektywnej świadomości medialno-partyjno-biznesowej. Wystarczy posłuchać komentarzy pojawiających się po pierwszych trzech zwycięstwach w stanach Iowa, New Hampshire i w Nevadzie:
James Carville (polityczny strateg związany z obozem Clintonów): „Jestem przerażony na śmierć Sandersem (…) Nigdy nie był Demokratą, zawsze był ideologiem”. Michael Smerconish (dziennikarz CNN): „Czy coronavirus i Bernie Sanders mogą być zatrzymani?”. Michael Bloomberg (multimiliarder, kandydat w prawyborach) na debacie w Nevadzie: „Inne kraje próbowały komunizmu i to nie zadziałało”. Hillary Clinton (kandydatka Partii Demokratycznej w 2016 r.): „Nikt go nie lubi, nikt z nim nie chce pracować”.
Cristobal Alex (doradca Joe Bidena, kandydata w prawyborach): „Mamy już prezydenta których wychwala dyktatorów, nie potrzebujemy kolejnego”. W ostatnich tygodniach takie i podobne ataki skupiały się m.in na: rzekomej niewybieralności Sandersa (sondaże zaprzeczają), radykalnym programie ekonomicznym (choć większość konkurencji proponuje zbliżone rozwiązania), internetowej agresywności najtwardszych zwolenników senatora (raczej nie odbiegają od standardu), rzekomego sympatyzowania z Fidelem Castro (wszystko za sprawą pochwalenia programu walki z analfabetyzmem, w ślad za Obamą), wyznawaniu idei demokratycznego socjalizmu, braku możliwości sfinansowania ambitnych programów społecznych czy niewystarczająco entuzjastycznej opozycji wobec prawa do posiadania broni.
Zarzutów jest więcej i codziennie pojawiają się nowe. Niektóre ataki przybierają karykaturalną formę. Chris Mathews (prezenter z MSNBC) porównał zwycięstwa Sandersa w pierwszych stanach do sukcesów Trzeciej Rzeszy we Francji w 1940 r. Kilka dni później przeprosił, ale wrażanie o absolutnej panice w obozie status quo pozostało.
Zgodnie z zasadmi Partii Demokratycznej, kandydatci w prawyborach walczą o 4765 delegatów na lipcową konwencję w Millwauke. 714 z tej puli to tzw. Superdelegaci, czyli przedstawiciele partyjnej wierchuszki, niemal na pewno nieprzychylnej Sandersowi. Jeżeli żaden z kandydatów nie zdobędzie 1885 głosów, konwencja wejdzie w fazę negocjowania kandydata.
To również niezbyt dobra wiadomość dla socjalisty z Vermont. W niedzielę rano spłynęły wyniki z Karoliny Południowej i wygląda na to, że Joe Biden, były wiceprezydent u boku Obamy, wraca do gry po miażdżącym zwycięstwie w stanie, który od początku wyścigu stanowił jego „ścianę ognia” (firewall). W oczekiwaniu na wyniki Super-Wtorku, kiedy głosują między innymi bogate w delegatów Kalifornia i Teksas, rosnąć będzie nacisk na resztę stawki. Pete Buttigieg postawił pierwszy krok, wycofując się w niedzielę, chwilę po katastrofalnym wyniku w Karolinie Południowej. W poniedziałek krok drugi wykonała Amy Klobuchar z Minnesoty, nie czekając nawet na wybory we własnym stanie. Ich kapitulacja niemal na pewno nie obyła się bez nacisków partyjnej góry i ewidentnie wzmocni Joe Bidena.
Za sprawą wykruszania się konkurencji, Bernie Sanders i jego lewicowa agenda napotykają na pierwszy poważny opór. W tej sytuacji trudno przewidzieć ruchy senator Elizabeth Warren. W warstwie programej stoi najbliżej Sandersa (promuje m.in. solidny podatek od majątków powyżej 50 mln dol.), niemniej jednak w dotychczasowych działaniach ujawniła sporą dozę kalkulacji (nie boi się atakować konkurencji, gdy jest jej to na rękę). Być może Warren będzie chciała zachować swój stan posiadania do konwencji, a może nawet wejść w porozumienie z kandydatem centrum – w zamian za propozycję wiceprezydentury.
Niemal na pewno, nie wycofa się Michael Bloomberg, pompujący setki milionów dolarów prywatnego majątku w kampanię, której pierwszy sprawdzian nadejdzie dopiero we wtorek (nie konkurował we wczensych stanach). Bloomberg ma już niewielkie szanse na przebicie śćiany innych kandydatów, zwłaszcza w kontekście pierwszej wygranej Bidena i jego dobrych sondaży w połodniowych stanach. Może również negocjować coś więcej na lipcowej konwencji (wiceprezydent u boku Bidena?), w końcu dysponuje poważnym argumentem w postaci nieograniczonych funduszy na kampanię.
Na ten moment trudno określić, jaki projekt Ameryki miałby stać za takim centrowym kandydatem, ale oceniając po dotychczasowym dorobku Partii Demokratycznej, można się domyślać, że chodzi o przywrócenie tego, co było. Czy taka strategia okazałaby się bardziej skuteczna od „demokratycznej rewolucji” Berniego Sandersa?
I ważniejsze pytanie: czy sprawdziłaby się walce z Donaldem Trumpem i jego Partią Republikańską? Badania elektoratu potwierdzają słuszność strategii Sandersa. Oceniając na podstawie zaskakujących wyników z 2016 roku, ani medialne poparcie, ani wielkie pieniądze, ani tym bardziej program oparty na „sile spokoju”, nie gwarantują wygranej z kontrkandydatem oferującym populistyczną wizję Ameryki. Być może jedyne lekarstwo na zły populizm prawicy, stanowi dobry populizm lewicy.
Właśnie to stanowi o prawdziwej sile kampanii Berniego Sandersa, ale też rodzi największe zmartwienie dla establishmentu Demokratów i ich bogatych sponsorów.
Czy ewentualna prezydentura demokratycznego socjalisty naprawdę jest im bardziej na rękę niż przewidywalna kontynuacja „szalonego”, ale systemowo „bezpiecznego” Donalda Trumpa?
Super-Wtorek powinien rozwiać wiele tych i innych wątpliwości.

Syryjski kocioł

Rywale Zachodu, Iran i Rosja są dziś głównymi potęgami biorącymi udział w grze o wpływy w syryjskim kotle. W walce z organizacjami terrorystycznymi mają interesy zbieżne. Dalsze cele w Syrii – już niekoniecznie.

Pierwszy z brzegu punkt zapalny konfliktu: syryjski port Latakia. Z początku port ten został wydzierżawiony przez Iran. Posunięcie to Rosja uważa za bezpośrednie zagrożenie dla swojej dominacji wojskowej i gospodarczej w Syrii. W prowincji Latakia Rosja jest mocna, bo właśnie tam znajduje się jej baza lotnicza Humajnim i obsługiwany przez nich port Tartus. Aby jeszcze bardziej skomplikować sytuację, Iran wykorzystuje strategicznie również port Bani Jas, położony między Latakią a Tartusem.
W raporcie Asia Times z kwietnia 2019 roku Sami Moubayed, syryjski historyk i pisarza z Damaszku pisał, iż Iran mógłby „ograniczyć i ewentualnie utrudnić rosyjski nadzór i gromadzenie danych wywiadowczych, zablokować ich technologię radiowo-elektroniczną oraz zagrozić rosyjskiej obronie powietrznej, samolotom i życiu personelu wojskowego”. Przytoczył incydent z 2017 r., kiedy to irański wniosek do rządu syryjskiego o 1 000 hektarów ziemi w mieście Tartus, która miała zostać wykorzystana do budowy portu naftowo-gazowego, został „odrzucony”, faktycznie przez Rosję ze względu na bliskość tego terytorium względem rosyjskich obiektów wojskowych. Moubayed dodaje, że Rosja zadbała również o odrzucenie irańskiej prośby o 5 000 hektarów ziemi położonej w pobliżu międzynarodowego lotniska pod stolicą kraju. Jeszcze niedawno obecność irańską w Syrii starały się zablokować państwa Zatoki Perskiej – teraz wysiłki w tym celu czyni Rosja.
Federacja Rosyjska chce, aby powojenna, zwolniona z międzynarodowych sankcji Syria zintegrowała się gospodarczo z państwami arabskimi Zatoki Perskiej w ramach Rady Współpracy Zatoki Perskiej. To stoi w sprzeczności z umowami i koncesjami, które Iran pozyskał już od Damaszku. W artykule dla „Al-Monitor” w grudniu 2019 r. były szef Wydziału Handlowo-Gospodarczego Ambasady Rosji w Damaszku Igor Matwiejew zapowiedział duże inwestycje, w tym połączenie za pomocą nowej linii kolejowej syryjskiego Tartusu z wybrzeżem Zatoki Perskiej. Matwiejew dodał, że Rosja zdecydowanie zachęca RWZP i UE do inwestycji w Syrii, a jednocześnie z zadowoleniem przyjmuje wszelkie perspektywy zniesienia sankcji, które z kolei pozwoliłyby na wejście na rynek syryjski szerszemu gronu rosyjskich firm. Wspomniał również, że rosyjskie firmy działające w Syrii konkurują z Iranem o udział w odbudowie tego kraju od czasu, kiedy zostały nałożone sankcje. I choćby z tego powodu ekonomiczne interesy dzisiejszych sojuszników mogą się wkrótce całkowicie rozminąć.
Czynnik izraelski
Sprawdziły się również przewidywania, według których Rosji w 2020 r. może być bliżej do współpracy z RWZP oraz z Izraelem niż z Iranem. Od 2017 r. znacznie rozbudowane zostały rosyjskie więzi obronne i handlowe z RWPZ. Rosyjskie przychody z eksportu są zwiększane przez amerykańskie sankcje wobec irańskiego konkurenta, jakim jest Iran. Z tych samych powodów, czyli sankcji, pod koniec 2018 r. wycofały się z rynku irańskiego duże rosyjskie korporacje.
Te podjęte w odpowiednim czasie działania są bezpośrednio związane z dążeniem Rosji do tego, aby powojenna Syria przyłączyła się do swoich sąsiadów z Zatoki Perskiej, a nie do „antyimperialnego ruchu oporu” kierowanego przez Iran. Wspieranie przez Rosję Arabii Saudyjskiej w czasie, gdy Saudyjczycy zmagają się ze swoją katastrofalną wojną w Jemenie i niedawnym „ociepleniem” stosunków z Waszyngtonem, ma bezpośredni związek z odmową wsparcia Iranu w praktyce. To więcej, niż niejasna retoryka. Matwiejew uznaje próby stworzenia nieprzerwanego połączenia lądowego z Iranem przez Irak, Syrię i Liban, a także projekty gospodarcze w Syrii za główne cele potencjalnego ataku Izraela, a tym samym projekty wrogie Stanom Zjednoczonym. Idzie jednak krok dalej – sugeruje, że Rosja to wiarygodny partner, by te próby udaremnić.
W artykule opublikowanym w Arab Weekly 19 stycznia 2020 roku Moubayed przypomniał sytuację z 2018 roku, kiedy to Rosja wysłała swoją żandarmerię wojskową w pobliże granicy izraelsko-syryjskiej jako „gwarancję” dla Izraela, by rozwiać jego obawy, że kontrolowanie granicy przez samych tylko Syryjczyków pozwoli na powrót Hezbollahu. Rosyjskie Ministerstwo Obrony potwierdziło później, że rozmieszczenie nastąpiło w odpowiedzi na bezpośrednią prośbę Izraela. Charakterystyczna pycha Izraela, który to starał się zadekretować, gdzie Hezbollah ma prawo poruszać się w obrębie terytorium Syrii, została w ten sposób przyjęta spokojnie przez Rosję. Rosyjska żandarmeria wojskowa starała się zapewnić, by Hezbollah trzymał się z dala od Izraela, który odmawia sformalizowania własnych granic międzynarodowych i stale dąży do ekspansji.
Rosja przedstawia się w Syrii jako rozjemca i próbuje ukazać swoje przeciwdziałanie Iranowi jako „demilitaryzację” wrogich państw w Syrii, Moskwa niewiele zrobiła w kwestii dalszej jednostronnej agresji Izraela. Kontynuowała jednak politykę „powstrzymywania Iranu”.
Analityk Andrew Korybko zwrócił uwagę w październiku 2018 roku, że wśród finansowanych przez Kreml think tanków zaczyna powstawać konsensus co do tego, że należy ograniczyć wpływy Iranu na armię Syrii. Dalszą obecność Iranu w Syrii (kluczową dla funkcjonowania infrastruktury „ruchu oporu” opisanej szczegółowo w poprzednim artykule) określił jako kolidującą z rosyjską wizją powojennej Syrii. Przykłady zaspokajania przez Rosję żądań izraelskich wobec wojska syryjskiego pojawiły się wystarczająco szybko. Ekspert finansowanej przez państwo Rosyjskiej Rady do Spraw Międzynarodowych, Anton Mardasow, w lipcu 2019 roku opisał sytuację, która doprowadziła do usunięcia 7 lipca ze stanowiska generała Dżamila Hasana, szefa wywiadu sił powietrznych Syrii, jako konflikt interesów. Dokładniej – miesiąc wcześniej odbyło się spotkanie, w którym to pośredniczyła Rosja i któremu przewodniczył generał Hasan, pomiędzy oficerami izraelskimi i syryjskimi. Rosyjscy dowódcy byli obecni na spotkaniu i poparli izraelskie żądania przesunięcia „proirańskich bojówek” dalej od granicy izraelsko-syryjskiej oraz włączenia do armii syryjskiej 5. Korpusu Szturmowego, utworzonego w 2016 roku pod rosyjskim kierownictwem w celu włączenia byłych antyrządowych rebeliantów do syryjskiej armii. Generał Hasan zakończył to spotkanie stwierdzeniem, że to „Iran jest prawdziwym sojusznikiem Syryjczyków”. Właśnie to miało kosztować go stanowisko. Czy Damaszek podjąłby podobną decyzję, gdyby Iran i Rosja były faktycznie sprawdzonymi partnerami?
Rurociąg
Od lat znana jest teoria, że motywem pierwotnej koalicji antyasadowskiej w Syrii było zakłócenie ponadnarodowego projektu energetycznego, który miałby zakłócać ambicje geoekonomiczne potężnych graczy w regionie. Twierdzono, że gazociąg, rzekomo popierany przez Rosję, będzie dostarczał gaz ziemny z Iranu na rynek europejski po przejściu przez Irak i Syrię. Rurociąg ten, jak twierdziła teoria, ściągnął na gniew RWZP, USA i Europy, które chciały rywalizować gazociągiem dostarczającym gaz z Kataru, przez Arabię Saudyjską, Jordanię i Syrię. Iran, Irak i Syria rzeczywiście podpisały w lipcu 2011 roku umowę o budowie rurociągu o wartości 10 miliardów dolarów, a rozmowy w sprawie jej podpisania sięgają podobno 2008 roku. Al-Asad miał wybrać gazociąg irański zamiast katarskiego, który zaproponowano mu w 2009 roku, ponieważ Katar, przy wsparciu Zachodu, starał się konkurować z monopolem Rosji na europejskim rynku gazowym.
Problem polega na tym, że… nie ma dowodów na to, że rurociąg katarski był kiedykolwiek poważnie brany pod uwagę. Przeciw jego realizacji przemawiał szereg przeszkód znacznie poważniejszych, niż te, które mogły wystąpić na odcinku syryjskim. Ponadto Katar nie buduje rurociągów lądowych, opierając się na dużej flocie żeglugowej służącej do transportu gazu w postaci skroplonej (LNG). Praktyka ta wynika z historycznego sprzeciwu jedynego ziemskiego sąsiada Kataru, Arabii Saudyjskiej, wobec rurociągów transportujących gaz z Kataru. W rzeczywistości Arabia Saudyjska ma również historię (przed blokadą Kataru w czerwcu 2017 roku i odebraniem jej statusu członka RWPZ) sprzeciwiania się gazociągom katarskim w ogóle, nawet jeśli były one wykorzystywane do eksportu gazu do innych członków RWPZ, takich jak ZEA i Kuwejt.
Paula Cochrane w artykule z kwietnia 2018 roku zwrócił uwagę, że Katar od dawna jest rynkiem docelowym dla bardzo zaludnionego kontynentu azjatyckiego, a nie dla Europy, i że rurociąg Katar-Syria, który miałby dotrzeć do rynku europejskiego przez Morze Śródziemne, byłby zbyt kosztowny pod względem budowy, konserwacji i opłat tranzytowych, w porównaniu z kontynuacją transportu do Azji.
Rywalem Rosji na rynku gazu jest za to… Iran. To on w przeciwieństwie do Kataru od dawna dąży do niezakłóconego dostępu do Europy w celu eksportu rodzimego gazu. Sankcje stanowią oczywistą przeszkodę w tym zakresie, odstraszając europejskich nabywców i banki pośredniczące od udziału w transakcjach obejmujących zakup irańskiej ropy i gazu oraz uniemożliwiając Iranowi zakup nowoczesnych maszyn w celu pełnego wykorzystania jego zasobów. Faworyzuje to Rosję i jej dominację na rynku europejskim poprzez odsunięcie na bok jednego z jej głównych konkurentów. Sama Rosja uznałaby irański rurociąg za sprzeczny z jej interesami, gdyby tylko jego idea zaczęła się materializować. Jest jeszcze inny kraj, który chciałby sabotować regionalne ambicje energetyczne Iranu. Dla tego kraju możliwość powstania rurociągu łączącego Iran z Morzem Śródziemnym przez Syrię w celu eksportu gazu do Europy jest niczym innym jak czerwoną linią. Chodzi oczywiście o Izrael.
Prawdziwy przeciwnik rurociągu
Ustawa o sankcjach wobec Iranu i Libii (ILSA), opracowana przez Amerykańsko-Izraelską Komisję Spraw Publicznych (AIPAC) w 1995 r. i przyjęta przez Kongres w 1996 r., wymagała od ówczesnego prezydenta Billa Clintona nałożenia sankcji na każdą spółkę inwestującą ponad 20 mln USD w irański przemysł naftowy i gazowy.
W latach 1997 i 1998 kilka firm, od francuskiego Total po rosyjski Gazprom i amerykański Conoco, uzyskało kontrakty na prace poszukiwawcze i odwierty na terytorium Iranu. Clinton ostatecznie poddał się w tym zakresie naciskom ze strony AIPAC. Miało to miejsce także przy wielu innych okazjach, np. w 1995 r., kiedy wydał polecenie anulowania umów Conoco z Iranem na zagospodarowanie morskich pól złóż gazu. Rozwój irańskich pól gazowych z wykorzystaniem kapitału zagranicznego i wiedzy szczegółowej był warunkiem wstępnym do zdobycia zdolności tego kraju do zaspokojenia własnych potrzeb w zakresie gazu i stania się płodnym eksporterem.
W 2001 roku, ILSA zostało przedłużone na pięć lat, ponieważ AIPAC pracował nad swoim lobbingiem roztaczanym nad Kongresem. Według Andrew Killgore’a, byłego amerykańskiego dyplomaty i współtwórcy Washington Report on Middle East Affairs (WRMEA), Exxon Mobil lobbował wówczas prezydenta George’a Busha przeciwko przedłużeniu ILSA, ale nie mógł rywalizować z wpływami AIPAC. Od tego czasu nałożono wiele dodatkowych sankcji na irańską gospodarkę. A kiedy w 2015 roku osiągnięto zorientowany na biznes zachodni konsensus dyplomatyczny w sprawie umowy jądrowej (JCPOA) z Iranem w zamian za złagodzenie sankcji, izraelscy lobbyści obecni na najwyższych stanowiskach administracji w końcu wymanewrowali zerwanie umowy przez Trumpa w 2018 roku.
Stabilny Lewant z proirańskimi rządami nieuchronnie rozpocząłby poważne rozmowy na temat takiego rurociągu, a jego powstanie byłoby dla Iranu przełomem: Teheran nie musiałby już dłużej polegać na żegludze na silnie zmilitaryzowanym szlaku z Zatoki Perskiej do Morza Czerwonego i w górę Kanału Sueskiego do Morza Śródziemnego, aby dotrzeć do Europy. Z tańszym i stabilnie dostarczanym surowcem. Partnerstwo Rosja-Izrael w Syrii przestaje być w tym kontekście niezrozumiałe. Staje się wręcz naturalne.
Pomoc dla Damaszku
Wieloletnia linia kredytowa Iranu i miesięczne dostawy ropy do Damaszku miały szczególnie strategiczne znaczenie ze względu na fakt, że większość syryjskich odwiertów naftowych była okupowana albo przez USA, albo przez wspierane przez nie kurdyjskie Syryjskie Siły Demokratyczne. Kiedy pod koniec 2018 r. Stany Zjednoczone ponownie wprowadziły sankcje wobec Iranu, irańskie dostawy ropy naftowej do Syrii zaczęły być blokowane, gdy przemieszczały się przez Kanał Sueski, aby wpłynąć do Morza Śródziemnego. Linia kredytowa Iranu dla Syrii również została wstrzymana. Wkrótce Syrię dotknął kryzys paliwowy, powodując poważne niedobory benzyny, gazu i benzyny. Iran dostosował się, wysyłając ropę naftową do Syrii ciężarówkami przez Irak – jest to zdecydowanie droższy środek transportu ropy naftowej – oraz negocjując z Turcją przejście lądowe przez jej terytorium do portów śródziemnomorskich w celu wysyłki do portów syryjskich. Przekierował również statki zablokowane od strony Suezu, aby pokonać znacznie dłuższy dystans, wokół kontynentu afrykańskiego, aby wejść na Morze Śródziemne z cieśniny gibraltarskiej.
Rosja, pomimo obecności w Syrii jeszcze przed erą sankcji koncernów naftowych takich jak Stroytransgaz, a tym samym stałych dostaw rosyjskiej ropy na potrzeby operacji w Syrii, zaniedbała pomoc Damaszkowi w uporaniu się z kaleczącymi niedoborami ropy. Nie z powodu ograniczeń logistycznych. Rosja nie ponosi również żadnych dylematów, jakie Iran ma w odniesieniu do ryzykownej podróży do Syrii, ponieważ rosyjskie dostawy ropy do Syrii płyną łatwo i spokojnie przez Morze Śródziemne po przejściu przez Morze Marmara przez Cieśninę Bosfor z rosyjskich portów Morza Czarnego. Analizując sprawę w artykule z kwietnia 2019 roku, Korybko stwierdził: „Wydaje się niewytłumaczalne, że jeden z czołowych światowych eksporterów ropy naftowej i najbardziej mistrzowskich praktyków zarządzania infrastrukturą surowcową nie podarowałby swoim „sprzymierzeńcom” awaryjnych dostaw paliwa w geście humanitarnym, a przynajmniej nie sprzedałby tego, czego potrzebuje w ramach odroczenia płatności, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że od zeszłego roku jest właścicielem całej infrastruktury naftowej i gazowej kraju i regularnie wysyła do niego duże ilości ropy naftowej, aby zaspokoić ogromne zapotrzebowanie jego spragnionych paliwa sił lotniczych. Co więcej, Rosja sprzedaje nawet gaz swojemu amerykańskiemu przeciwnikowi, pomimo sankcji, jakie jej klient nałożył na ten sojuszniczy kraj, udowadniając, że „potęga dolara” jest tak samo rosyjską mantrą jak amerykańską. Dlaczego nie zrobi tego samego dla swojego syryjskiego „sojusznika” w zamian, nawet jeśli będzie to miało miejsce poprzez „umowę barterową” z Iranem? Najwyraźniej rosyjscy przywódcy celowo wstrzymują się z pomocą swojemu syryjskiemu „sojusznikowi” z powodów, które nie mają nic wspólnego z ekonomią, ale z polityką”.
Niejaką konsternację w Damaszku wywołały również poprawki konstytucyjne, jakie Rosja przygotowała dla Syrii. Projekt konstytucji pomija odniesienia do Syrii jako głównego państwa arabskiego przeciwnego syjonizmowi. To cios tyleż w tożsamość syryjskiej partii Baas, co w całą przedwojenną kulturę społeczno-polityczną Syrii, mocno antyizraelską, a zatem instynktownie proirańską. Ponadto, jak wskazuje Korybko, rosyjski projekt konstytucji zawiera klauzule dotyczące integralności terytorialnej Syrii, w tym wzmiankę o granicach Syrii, wymagającą przeprowadzenia referendum narodowego. Nie ma jednak wzmianki o okupowanych przez Izraelczyków Wzgórzach Golan, ani o mieszkających tam Syryjczykach. Referendum proponowane jest w celu osiągnięcia konsensusu w sprawie granic, po którego osiągnięciu ma zostać ogłoszona konstytucja. Czy brak wzmianki o Wzgórzach Golan sprawia, że Syria oficjalnie zrzeka się do nich praw? Z pewnością zamiary Iranu i Hezbollahu dotyczące zwrotu Wzgórz Golan byłyby również postrzegane jako naruszenie „dobrych stosunków sąsiedzkich” zawartego w projekcie konstytucji. Czy to nie idealny pretekst, by naciskać na Iran i skłaniać go, by wycofał się z Syrii?
Gdy tylko przewaga Damaszku w wojnie domowej stanie się decydująca – jeśli inne czynniki temu nie przeszkodzą – rywalizacja rosyjsko-irańska może otworzyć nową tragiczną kartę w historii udręczonego kraju.

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu MintPressNews. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (srtajk.eu).