Chiński odwet za cła

Chińska komisja ds. rozwoju i reform pracuje nad nowelizacją prawa dotyczącą tzw. metali ziem rzadkich. To bardzo trudno dostępne i niezwykle rzadko występujące surowce chemiczne. ChRL, w odpowiedzi na agresywne działania administracji Donalda Trumpa, zapowiada ograniczenie eksportu tych materiałów. To może być gigantyczny cios dla Stanów Zjednoczonych.

Metale ziem rzadkich lub pierwiastki ziem rzadkich (REE – ang. rare earth elements) to potoczna nazwa rodziny 17 pierwiastków chemicznych, w skład której wchodzą dwa skandowce (skand i itr) i wszystkie lantanowce (lantan, cer, prazeodym, neodym, promet, samar, europ, gadolin, terb, dysproz, holm, erb, tul, iterb i lutet). Na terenie Chin znajduje się ponad 35 proc. rozpoznanych zasobów, następne w kolejności są Indie i Rosja.
Stany Zjednoczone importują aż 80 proc. REE właśnie z Chin. Pierwiastki te mają kluczowe znaczenie dla wielu gałęzi przemysłu, także zbrojeniowego i informatycznego. Najczęściej wykorzystywane są w silnikach elektrycznych do różnych pojazdów i elektronicznych urządzeniach służących do rafinowania ropy naftowej.
Wygląda na to, że cierpliwość władz w Pekinie się wyczerpała. Wobec agresywnej postawy Stanów Zjednoczonych wytoczona zostaje ciężka artyleria.
Oficjalnie, o planach wdrożenia zmian w prawie regulującym wydobycie i obrót REE powiedział na konferencji prasowej rzecznik głównego urzędu planowania gospodarczego, Narodowej Komisji Rozwoju i Reform, Meng Wei. Nie podał żadnych szczegółów jednak wyjaśnił, że prace są „zaawansowane” i że zamiarem Komisji jest „podać przewidywane zmiany do publicznej wiadomości bez żadnej zbędnej zwłoki”.

Macron chce dialogu

Prezydent Francji wezwał do dialogu z Iranem, apelując równocześnie do Teheranu, aby nie zrywał porozumienia nuklearnego.

„Ubolewam nad decyzjami ogłoszonymi dzisiaj przez Iran, jednak Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej podkreśla, że Iran respektuje zobowiązania i zdecydowanie zachęcamy do cierpliwej i odpowiedzialnej postawy” – powiedział Macron podczas konferencji prasowej po spotkaniu z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim.
Irańska Organizacja Energii Atomowej (AEOI) czeka, aż władze tego kraju zdecydują o kolejnym etapie redukcji zobowiązań Teheranu w ramach umowy jądrowej, powiedział przedstawiciel AEOI Bekhruz Kamalvandi. „Jeśli chodzi o drugi etap, czekamy na decyzję władz, Europa wciąż ma czas, wystarczająco dużo możliwości” – powiedział Kamalvandi w irańskiej telewizji. Jeśli Europa podejmie praktyczne kroki w celu ochrony interesów Iranu, sytuacja związana z wypełnieniem przez Iran zobowiązań wynikających z umowy nuklearnej powróci do normy – dodał. Wcześniej zapowiedział jednak, że w ciągu 10 dni Iran przekroczy limity zapasów nisko wzbogaconego uranu i ciężkiej wody ustalone w traktacie z 2015 r. zawartym z grupą P5+1 ((USA, Rosja, Chiny, Wielka Brytania, Francja i Niemcy). Ogłaszając 8 maja częściowe zawieszenie respektowania traktatu Iran dał jego pozostałym sygnatariuszom 60 dni na wypracowanie rozwiązania pozwalającego ominąć nałożone przez Waszyngton sankcje. Jeśli państwa członkowskie porozumienia nuklearnego nie zabezpieczą interesów Iranu w określonym czasie, Teheran zadeklarował gotowość do zawieszenia modernizacji reaktora w Araku, co było częścią porozumienia nuklearnego i odrzucenia ograniczeń na poziomie wzbogacania uranu.
O woli obrony porozumienia nuklearnego z Iranem i gotowości do zacieśnienia koordynacji współpracy z Iranem w ramach wielostronnych organizacji – zapewnił na szczycie Szanghajskiej Organizacji Współpracy prezydent Chin Xi Jinping.

Koniec amerykańskiej pomocy

Prezydent USA spełnił swoją groźbę. Zamrożone zostaną transfery setek milionów dolarów, kierowane dotąd do państw, których rozwój gospodarczy był i jest hamowany przez mocarstwowe działania Waszyngtonu. Powód? Niewłaściwa, zdaniem Trumpa polityka migracyjna.

Sankcję będą dotyczyć Salwadoru, Gwatemali oraz Hondurasu. Od ubiegłego roku Donald Trump krytykował rządy tych krajów za zbyt liberalną politykę migracyjną. Co dokładnie kryje się za tym zarzutem? Waszyngton uważa, że granice państw Ameryki Środkowej są nieszczelne, czego skutkiem są kolejne karawany uchodźców maszerujące przez Meksyk na terytorium amerykańskie.
W październiku ubiegłego roku, po tym jak Trump po raz pierwszy zagroził wstrzymaniem pomocy, rządy ubogich państw Ameryki Środkowej wysyłały oddziały wojska na tereny graniczne, aby żołnierze wyłapywali i zwozili z powrotem do miast ludzi, którzy próbowali przedostać się do Meksyku, a następnie do USA w poszukiwaniu lepszego życia. Zła sytuacja materialna pchała jednak do ucieczki coraz większe grupy obywateli. W efekcie procesów migracyjnych nie udało się powstrzymać.
Donalda Trumpa nie obchodzą jednak dramatyczne okoliczności. Administracja prezydenta zamierza przenieść do innego programu finansowego 370 mln USD wsparcia dla państw Ameryki Środkowej. Pomoc w takiej kwocie zaakceptował wcześniej Kongres. Ponadto urzędnicy Trumpa planują zawiesić 180 mln USD dodatkowego wsparcia dla państw regionu, co zostało zatwierdzone przez izbę jeszcze w planie na rok fiskalny 2017. Żadne z tych środków nie zostały jak dotychczas przekazane.
Plan Trumpa, jak wskazują komentatorzy, spotka się prawdopodobnie z „twardą opozycją” w Kongresie zarówno ze strony Demokratów jak i części Republikanów. Przeciwnicy takiego rozwiązania wskazują, że odcinanie pomocy dla państw, które mierzą się z problemami głodu oraz przestępczości jest okrutne. Podkreślają, że przyniesie skutki odwrotne od zamierzonych, dodatkowo pogarszając kondycję gospodarczą Hondurasu, Salwadoru i Gwatemali, co przełoży się na spotęgowanie zjawiska migracji.

UE nie poszła na pasku

Kwestia irańska nie przestaje dzielić krajów Unii i Stanów Zjednoczonych. Podczas gdy Amerykanie i zaraz po nich Brytyjczycy orzekli, że to Iran jest winien ataku na dwa tankowce w zeszłym tygodniu, ministrowie spraw zagranicznych Unii zebrani w Luksemburgu przyjęli stanowisko wybrane przez ONZ: potrzebne jest najpierw śledztwo, potem wyrok.

W sprawie Iranu kraje Unii dały się nabrać amerykańskiej dyplomacji na początku tego roku: uznały mianowanego przez Waszyngton „prezydenta” Wenezueli, za co spodziewały się wyjątkowego zezwolenia na handel z Iranem, mimo amerykańskich sankcji nałożonych na ten kraj i na wszystkich, którzy zechcą z nim handlować. Bardzo szybko, już w lutym okazało się jednak, że USA nałożą sankcje również na kraje europejskie, gdyby chciały prowadzić wymianę z Iranem. Waszyngton jest niezadowolony, że kraje Unii próbowały ratować zerwane jednostronnie przez USA porozumienie atomowe z Teheranem, które tak nie podobało się Izraelowi.
Unia, wykiwana w kwestii Wenezueli, tym razem stanęła okoniem: amerykańsko-brytyjskie doniesienia, jakoby to Iran ostrzelał dwa tankowce, nie są jej zdaniem przekonujące. „Głównym zadaniem ministrów spraw zagranicznych jest uniknięcie wojny” – mówił szef luksemburskiej dyplomacji Jean Asselborn.
Niemiecki minister spraw zagranicznych Heiko Maas nadał ton zwracając uwagę, że na razie brak dowodów, że to Irańczycy zaatakowali tankowce: „Musimy być ostrożni, zbieramy informacje”. Wtórował mu austriacki minister Alexander Schallenberg: „Niebezpieczeństwo polega na tym, że chodzi o igranie z ogniem, a na koniec wszyscy będą przegrani.” Wyłowiony jakoby z wody irański paszport – w domyśle: zgubiony przez irańskiego terrorystę, który „przezornie” zabrał go ze sobą na akcję – europejskich dyplomatów nie przekonał do „jedynie słusznej” wersji ogłoszonej przez Waszyngton przy wtórze Londynu, Tel Awiwu i Rijadu.
Czwartkowy atak na tankowce do tej pory nie został wyjaśniony. Arabia Saudyjska i Izrael twierdzą, że to Iran, lecz ci amerykańscy sojusznicy od dawna prą do wojny przeciw Teheranowi.

Wydadzą Assange’a

– Ta decyzja należy do sądu, ale minister spraw wewnętrznych ma ważną rolę do odegrania i chcę, aby doprowadzono do triumfu sprawiedliwości we wszystkich sytuacjach. Otrzymaliśmy prawidłowy wniosek o ekstradycję, więc go podpisałem, ale ostateczna decyzja zależy od sądów – powiedział minister spraw wewnętrznych Wielkiej Brytanii Sajid Javid. Sprawiedliwość ma „zatriumfować” w sprawie Juliana Assange’a.

Na antenie czwartego kanału BBC Javid dodał jeszcze, że jego zdaniem Australijczyk słusznie trafił za kratki.
Decyzja ministra otwiera sądom drogę do wyrażenia zgody na to, by twórca WikiLeaks, demaskator amerykańskich zbrodni wojennych w Iraku i Afganistanie został wydany Stanom Zjednoczonym. Tam jego los jest praktycznie przesądzony. Departament Sprawiedliwości wysunął przeciwko niemu 18 zarzutów, w tym o szpiegostwo, publikowanie informacji niejawnych, nakłanianie do tego oraz o udział w spisku, którego celem było włamanie do rządowego komputera.
– Zostanie zapamiętana jako najgorszy atak na wolność prasy za naszego życia – tak o sprawie Assange’a mówił redaktor naczelny WikiLeaks Kristin Hrafnsson. – Ludzie powinni wyrazić swe potępienie: to ich politycy, ich sądy, policja i więzienia zostały skandalicznie nadużyte, by zrobić czarną plamę na naszej historii.
Nils Melzer, specjalny wysłannik ONZ ds. tortur, oświadczył, że obawia się o życie Juliana Assange’a i wzywał do jego „natychmiastowego” uwolnienia. Zauważył również, że w ciągu dwudziestu lat pracy na tym stanowisku nigdy jeszcze nie widział, by kilka demokratycznych państw wspólnymi siłami „izolowało, demonizowało i wyrządzało krzywdę” jednemu człowiekowi.
Ostateczne decyzje w sprawie dziennikarza nie zapadną jednak szybko. Kolejny raz sąd najprawdopodobniej zbierze się za kilka miesięcy, a od jego decyzji będzie przysługiwała apelacja.
W USA Julianowi Assange’owi grozi wyrok 175 lat więzienia (czyli dożywocie) albo kara śmierci. Będzie sądzony na podstawie Espionage Act, prawa z okresu I wojny światowej. Najbardziej demokratyczne państwo świata nie odpuszcza tym, którzy mówili o nim prawdę.

Flaczki tygodnia

Polsce nie są potrzebni stacjonujący na jej terytorium amerykańscy żołnierze, aby realnie zwiększyć bezpieczeństwo naszego kraju.
Potrzebni są, by zwiększyć poczucie bezpieczeństwa wśród Polaków. Wzmocnić w nas wiarę, że tym razem dobry Waszyngton nakaże swym wojakom umierać za Gdańsk, Licheń i Nowogrodzką.
Potrzebni są też elitom PiS aby zwiększyć bezpieczeństwo wyborcze Prawa i Sprawiedliwości.

Różnica pomiędzy realnym bezpieczeństwem państwa a pobudzonym poczuciem bezpieczeństwa u obywateli podobna jest różnicy pomiędzy efektami lekcjami matematyki i religii.
Nauczanie rachunków pomaga nam odsłaniać prawdę. Często nieprzyjemną, bo minusową. Wiara, krzewiona na lekcjach religii, pobudza poczucie naszej wielkości, wspólnoty i nadziei na efektowne zwycięstwa.
Dlatego każde dobrze zorganizowane wojsko, gotując się do bitwy, najpierw wspólnie śpiewało na mszy, a potem zażywało działkę regionalnego dopalacza. I tak bóg, honor, a potem amfa lub spirytus, wiodły żołnierzy do zwycięstwa.

Nietrudno zauważyć, że każdy tysiąc, z obiecywanych przez PiS, amerykańskich żołnierzy wpisuje się w pakiet wyborczy Prawa i Sprawiedliwości.
Jeszcze niedawno pan prezes Kaczyński kupował sobie nasze głosy wyborcze za nasze pieniądze. Za obietnice kolejnych transferów socjalnych z budżetu państwa. Obietnice bezpieczeństwa socjalnego.
Teraz zamierza dodatkowo kupić jeszcze więcej poparcia za obietnice wzmocnienia naszego poczucia bezpieczeństwa.

W ciągu ostatnich lat elity PiS straszyły nas wielokrotnie. Najazdem muzułmańskich uchodźców, czyli epidemią tyfusu i prawa szariatu. Wieś polską, wieś spokojną, wieś wesołą, napaść miał podstępny, przywleczony z Zachodu „gender”. Nakazujący chłopcom zakładania różowych sukienek, a dziewczynkom niebieskich spodenek.
PiS straszył Polaków też atakami pedofilii ze środowisk murarskich i artystycznych, eksplozją „ideologii LGBT”, „nadzwyczajną kastą sędziowską” kradnąca wiertarki w „Żabkach”, a niedawno rozbiciem dzielnicowym Polski zaplanowanym przez prezydentów największych miast Polskich.

Straszył skutecznie. Najpierw kreował nierzeczywistego wroga. Potem fałszywe informacje o nadchodzącym zagrożeniu. Aby w końcu odtrąbić zwycięstwo zmobilizowanych sił partyjno- rządowych nad antynarodowym, groźnym, lecz zmyślonym wrogiem.
Takie propagandowe wiktorie wiedeńskie elitom PiS udają się, bo w Polsce ponad 30 procent obywateli nadal nie ma dostępu do innej telewizji niż TVP.

Kreując kolejnych wrogów elity PiS wyszły poza granice Polski. Skłóciły państwo polskie z władzami Ukrainy, Izraela, Niemiec, Francji, Czech, Austrii i Słowacji. Bo wszędzie tam elit PiS wynajdowały „antypolonizm”. Groźny dla narodowo- katolickiej Polski niczym „gender”, „ideologia LGBT”, albo wychowanie seksualne w szkołach. Jedynie Węgry i czasem Włochy mogły liczyć na przyjazne gesty ze strony Nowogrodzkiej. Czyli polskiego Kremla.

Jednak wszystkie wymienione wyżej straszaki, nawet Żydzi i pedofilscy reżyserzy filmowi, nie dorastają do pięt największemu wrogowi katolickiego narodu polskiego. Brudnych pięt, rzecz jasna. Odzianych w „śmierdzące, ruskie onuce”.

Od wielu lat elity PiS kreują Rosję jako największego naszego wroga i potencjalnego agresora. To Rosja ma zagrażać bezpieczeństwu naszego państwa i jego obywateli.
Elity PiS każą wierzyć nam w dogmat ogłoszony przez byłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. W wypowiedziane przez niego w 2014 roku słowa: „Wiemy świetnie, że dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze Państwa Bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę!”.

Ponieważ pan prezydent Kaczyński zginął w katastrofie lotniczej, uznawanej przez wyborców PiS za zamach inspirowany przez Kreml, to tenże prezydent zyskał w narodowo- katolickich środowiskach status świeckiego świętego.
Dlatego jego kiepska prezydentura nie może być dziś krytykowana. Dlatego jego słowa traktowane są jak wyrocznie. Zwłaszcza te, uzasadniające pragnienie agresji na Polskę genetycznie zakodowaną w rosyjskim narodzie.

Kreowanie przez elity PiS nieuchronnego, rosyjskiego zagrożenia jest skuteczne również dlatego, że rosyjskie elity lekceważąco traktują obecną Polskę. Uważają ją za państwo drugorzędne. Nie prowadzące suwerennej polityki, tylko służące administracji USA.
Takie lekceważenie Polski budzi niechęć do Rosji również wśród formacji politycznych opozycyjnych wobec rządów PiS. W praktyce wyklucza dialog polsko- rosyjski, nawet na innych , niż polityczne fora. Utrudnia w Polsce poważne studia i refleksję nad współczesną polityką Rosji.

Rządzące Polską elity PiS zapewne dobrze wiedzą, że obecna Rosja nie ma żadnego, racjonalnego interesu aby dokonać agresji militarnej na Polskę. Rosja nie zamierza dziś eksportować rewolucji, jak to było w 1920 roku, ani przystąpić do kolejnego rozbioru Polski, jak w 1939 roku. Nie ma też sojuszników dla takich działań w unijnej, transatlantyckiej Europie. Rosjanie nie są samobójcami aby militarnie porywać się na Polskę, czyli wejść z konflikt z NATO i Unią Europejską.

Oczywiście brak woli militarnej agresji nie wyklucza innego rosyjskiego oddziałania na nasz kraj. Nietradycyjnych, lecz „hybrydowych” wojen.
Ale elity PiS nie tworzą programów zabezpieczających przed takimi ingerencjami. Budują za to wizje bezpieczeństwo polskiego opartą na dawnych, już nieaktualnych wojnach. Wizje fałszywe, lecz nośne propagandowo w kampaniach wyborczych. Łatwiej przecież przekonać wyborców do zakupów efektownego, choć nie efektywnego uzbrojenia niż do posiadania wspólnej, europejskiej waluty. Do silniejszej integracji europejskiej.

Szykując się do kolejnej kampanii wyborczej elity PiS obiecują nam złudę przyszłego bezpieczeństwa. Wizję mocarstwowej militarnie Polski. Niestety dzieje się to kosztem odkładania dzisiejszych reformy służby zdrowia, nowoczesnego systemu edukacji, inwestycji w nowoczesną gospodarkę, poprawy ekologicznej jakości życia Polaków.

Polska zapłaci

Biznesy z Andrzejem Dudą to musi być czysta przyjemność dla jego kontrahentów. Polski prezydent podpisał deklarację, z której wynika, że do kraju sprowadzonych zostanie 1 tys. albo więcej amerykańskich wojskowych, a Stany Zjednoczone nie poniosą żadnych kosztów.

„Polska planuje zapewnić i utrzymywać wspólnie uzgodnioną infrastrukturę przeznaczoną dla wstępnego pakietu dodatkowych projektów wymienionych poniżej, bez kosztów dla Stanów Zjednoczonych i z uwzględnieniem planowanego poziomu jej wykorzystania przez Siły Zbrojne USA” – czytamy w dokumencie sygnowanym przez Dudę i Trumpa. Na tym gorliwość polskiej strony się nie kończy: „Polska planuje również zapewnić dodatkowe wsparcie Siłom Zbrojnym USA, wykraczające poza obowiązujący w NATO standard wsparcia przez państwo-gospodarza”.
Według doniesień mediów chodzi m.in. o utworzenie Wysuniętego Dowództwa Dywizyjnego USA w Polsce oraz utworzenie i wspólne wykorzystywanie przez Siły Zbrojne USA i Siły Zbrojne RP Centrum Szkolenia Bojowego w Drawsku Pomorskim i docelowo w kilku innych lokalizacjach.
„Stany Zjednoczone zamierzają kontynuować wsparcie dla Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej w utworzeniu CSB przez zapewnienie obecności amerykańskich doradców” – stwierdza się w deklaracji.
Dokument zapowiada także utworzenie w Polsce eskadry amerykańskich dronów zwiadowczych MQ-9. Jednak w dokumencie uczyniono specjalne zastrzeżenie, z którego jasno wynika, że Polska nie będzie miała dostępu do danych gromadzonych przez te urządzenia; ewentualnie będzie to dostęp bardzo ograniczony, „stosownie do okoliczności”. „Stany Zjednoczone zamierzają udostępniać Polsce, stosownie do okoliczności, informacje uzyskane w wyniku działań tej eskadry w celu wspierania naszych założeń obronnych” – głosi deklaracja.
W dokumencie wskazano także chęć stworzenia infrastruktury wspierającej obecność w Polsce amerykańskiej pancernej brygadowej grupy bojowej, lotniczej brygady bojowej i batalionu wsparcia logistycznego.
Podpisanie deklaracji miało miejsce w czasie rozpoczętej 12 czerwca wizyty polskiego prezydenta w Waszyngtonie.
Deklarację to jednak nie wszystko – choć umowy w tej sprawie nie podpisano, potwierdziły się zapowiedzi o intencji Polski zakupu myśliwców V generacji F-35 „Lightning II”)– ma być ich 32, czyli tyle, ile zamierzała zakupić Turcja, zanim transakcja nie została zablokowana przez Pentagon w ramach restrykcji za zakup rosyjskich systemów przeciwlotniczych S-400. Jaki będzie koszt tej transakcji – oficjalnie podany i rzeczywisty – można tylko spekulować.
Podpisanie deklaracji jako pierwszy pochwalił sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg. Europa natomiast milczy – co nie dziwi, bo po raz kolejny Polska dokonała wyłomu w stosunku do stanowiska większości europejskich członków NATO, godząc się na ponadstandardowe w stosunku do Amerykanów warunki zapewniane przez gospodarza i biorąc na siebie gros kosztów – czyli czyniąc to, przeciwko czemu zdecydowanie opierają się Niemcy.
Dodać trzeba, że obok wymiaru militarnego wizyty prezydenta Dudy, pojawiały w jej czasie także wątki energetyczne. Tuż przed wizytą podpisany został kontrakt między PGNiG a amerykańską firmą Venture Global powiększający import gazu do 3,5 mln ton rocznie. Będzie nas to kosztować 8 mld dolarów. Podpisane zostało także porozumienie o współpracy w dziedzinie energii nuklearnej – jedno i drugie pod hasłem uniezależniania się od importu surowców energetycznych od Rosji, co działa jak wytrych, jeśli Polsce chce się coś sprzedać. W rezultacie zatem, ile zapłacimy za wizytę Andrzeja Dudy w – dopiero się okaże.

Waszyngton przeciw Corbynowi

Stany Zjednoczone nie ustają w walce z „czerwoną zarazą”. Tym razem kontrrewolucyjna czujność wykryła zagrożenie w Zjednoczonym Królestwie. Tam bowiem do przejęcia władzy szykuje się najbardziej popularny lewicowy polityk w Europie, socjaldemokrata w starym stylu – Jeremy Corbyn. Sekretarz Stanu Mike Pompeo, który wraz z gł. doradcą d/s bezpieczeństwa Johnem Boltonem, tworzą mroczny duet animatorów amerykańskiej polityki zagranicznej, ogłosił, że można corbynowskiemu widmu spróbować zaradzić.

Pompeo dokonał obwieszczenia w intymnej atmosferze, podczas kameralnego spotkania z, jak pisze „The Times”, „żydowskimi przywódcami” (Jewish leaders) w Nowym Jorku. Do prasy – najpierw do The Washington Post – trafiło nagranie, na którym słychać jak amerykański „dyplomata” nr jeden opowiada o tym, że Waszyngton może „odeprzeć” (push back) kierownictwo brytyjskiej Partii Pracy. Deklaracja ta padła odpowiedzi na pytanie, co USA zamierzają zrobić w razie ewentualnego wyboru oskarżanego o antysemityzm Jeremy’ego Corbyna na premiera Wielkiej Brytanii.
„Musicie wiedzieć, że nie będziemy po prostu czekali, aż to się wydarzy. Zaczniemy dawać odpór wcześniej. Zrobimy to najlepiej, jak potrafimy. Bo gdy już się to wydarzy, to będzie to zbyt trudne i zbyt ryzykowne” – słychać komentarz Pompeo w odniesieniu do prawdopodobnego zwycięstwa Partii Pracy w najbliższych wyborach parlamentarnych i nominacji Corbyna na premiera tego kraju.
Wypowiedź ta wywołała powszechne oburzenie w Zjednoczonym Królestwie, zwłaszcza na lewicy. Rzecznik prasowy Partii Pracy powiedział, że „zachowanie prezydenta Trumpa i jego urzędników jest niedopuszczalną ingerencją w demokratyczny proces polityczny” w Wielkiej Brytanii i dodał, że Pompeo „nie będzie decydował o tym, kto zostanie premierem” w jego kraju.
Mike Pompeo, konserwatywny ekstremista i wiodący „jastrząb”, wielokrotnie wcześniej krytykował Corbyna m. in. za poparcie dla legalnego rządu Wenezueli. Na wspólnej konferencji z konserwatywnym ekstremistą z Wielkiej Brytanii, szefem Foreign Office Jeremym Huntem, po raz kolejny przypomniał, iż „napawa odrazą fakt, że są tacy politycy, nie tylko w USA, ale także w Wielkiej Brytanii, którzy popierają morderczy reżim Maduro”.
Departament Stanu wciąż nie wydał oficjalnego komentarza dotyczącego wyciekłego do mediów nagrania.
Tymczasem w Wielkiej Brytanii decyduje się, kto będzie szefował torysom – głównym rywalom Partii Pracy. O przejęcie schedy po Theresie May ubiega się dziesięciu polityków. Nie wszystkie te kandydatury mają wprawdzie realne szanse – aby wstąpić w szranki walki o stanowisko przewodniczącego Partii Konserwatywnej kandydat musi zapewnić sobie poparcie ośmiu deputowanych, jest więc to warunek stosunkowo łatwy do spełnienia.
Zdecydowanym faworytem jest były minister spraw zagranicznych i burmistrz Londynu Boris Johnson – postać dość kontrowersyjna wśród torysów, ale mająca realną charyzmę. Johnson jest zagorzałym zwolennikiem brexitu, a w sytuacji, gdyby nie udało się renegocjować korzystniejszych dla Wielkiej Brytanii warunków opuszczenia Unii – gotów jest na „twardy brexit”. Biorąc pod uwagę, że warunki jakie postawiłby Brukseli Johnson, jego wybór na szefa partii – i w konsekwencji także szefa rządu – prawdopodobnie przesądziłby o takiej właśnie opcji. Dodać trzeba także, iż Johnson jest zdecydowanym faworytem Donalda Trumpa, który zachęca otwarcie Londyn do „twardego brexitu”, a na dodatek sam jest figurą bardzo
„trumpoidalną”.
Głównym rywalem Johnsona wydaje się obecny minister spraw zagranicznych Jeremy Hunt – bardziej modelowy torys, czyli konserwatysta–neoliberał ekonomiczny, z doświadczeniem w sektorze prywatnym, zwolennik niskich podatków dla firm, demontażu polityki społecznej państwa, zaś w sferze polityki zagranicznej – równie euroatlantycki jak Johnson. Hunt jednak nie patrzy na perspektywę „twardego brexitu” tak nonszalancko jak Johnson, chciałby renegocjować umowę z Brukselą co – zauważmy – prawdopodobnie nie będzie i tak wchodziło w grę, bowiem Unia w tej sprawie wypowiedziała się bardzo konkretnie: powrotu do zamkniętych negocjacji nie będzie. W sumie jednak politycznie i Hunt i Johnson reprezentują bardzo podobne stanowisko, a to co ich różni to głównie temperament i imaż.
Pozostała ósemka kandydatów na następcę Theresy May to minister środowiska Michael Gove, minister spraw wewnętrznych Sajid Javid, minister zdrowia Matt Hancock, minister rozwoju międzynarodowego Rory Stewart, były minister do spraw brexitu Dominic Raab, była minister pracy Esther McVey oraz Andrea Leadsom i Mark Harper, którzy sprawowali w partii różne funkcje, ale nie mają doświadczenia w rządzie. W sumie zatem – jeśli wśród torysów nie dojdzie do jakiegoś spektakularnego zwrotu – najprawdopodobniej wszystko zmierza ku „twardemu brexitowi”, z tą tylko różnicą, że albo Zjednoczone Królestwo wkroczy w niego radośnie, czy też owijając go we frazeologiczną bawełnę i udając, że inaczej być nie mogło.

Tel Awiw nie Moskwa?

Komisja wywiadu amerykańskiego Senatu postanowiła zająć się podejrzeniem udziału państwa żydowskiego w nielegalnym wpływie na wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych. Podobno człowiekiem, który dużo o tym wie, jest Walter Soriano, szef londyńskiej, prywatnej spółki bezpieczeństwa USG Security – zaproszony na rozmowę w Waszyngtonie. Raczej nie będzie z tego nic głośnego.

Do tej pory senatorzy nie interesowali się rolą Izraela w śledztwie na temat wyborczych ingerencji zagranicznych. Właściwie miałoby chodzić o prywatne izraelskie spółki informatyczno-wywiadowcze. W zeszłym miesiącu odkryto, kto prowadził skoordynowane dostarczanie dezinformacji podczas wyborów w kilku krajach afrykańskich: izraelska spółka Archimedes Group spod Tel-Awiwu. Niektóre prywatne izraelskie spółki bezpieczeństwa służą izraelskiemu rządowi. Senat USA chce przyjrzeć się „kwestiom technicznym”.
Na początku roku znany lewicowy intelektualista amerykański Noam Chomsky powiedział, że „izraelska ingerencja w amerykańskie wybory przekracza wszystko, co kiedykolwiek mogli zrobić Rosjanie”, lecz przewiduje się, że śledztwo nie pójdzie w tym kierunku. Izrael tymczasem pragnie pozbyć się negatywnego wizerunku na świecie poprzez masową rekrutację użytkowników internetu, którzy będą publicznie popierać rząd. W Europie i na innych kontynentach sympatia dla Palestyńczyków niebezpiecznie wzrosła, od kiedy Izrael odnosi – dzięki Trumpowi – sukcesy w sprawie Jerozolimy.
Water Soriano ma renomę specjalisty od wywiadu gospodarczego, nie politycznego. W jego spółce USG Security pracują byli oficerowie FBI i Mosadu. Wzywają ją zwykle miliarderzy, kiedy muszą się czegoś koniecznie dowiedzieć o konkurencji. Jej rola w polityce ma być wyświetlona po przesłuchaniu Soriano przez Senat.

Meksyk się ugiął

Państwo meksykańskie, oskarżone przez prezydenta Trumpa o nic nie robienie, by zatrzymać falę ludzi idących do jego wielkiego kraju, postraszone pięcioprocentową zwyżką ceł na wszystkie towary, chce za wszelką cenę uniknąć gospodarczej pałki sąsiada. Meksyk wystawił natychmiast 6 tys. uzbrojonych ludzi przeciw migrantom z Ameryki środkowej, zdążającym do granicy Stanów Zjednoczonych. Ledwo rozlokowani wzdłuż granicy gwatemalskiej, zawrócili z drogi już 1200 ludzi.

Dyrektorka komunikacji Białego Domu Mercedes Schlapp z miłym uśmiechem poinformowała, że jeśli Meksyk nie wypełni sąsiedzkich rad, jego wszystkie towary wysyłane do Stanów zostaną od poniedziałku obłożone zwyżką cła o 5 proc. Doprowadziłoby to wiele meksykańskich firm do klapy. To zresztą tylko na początek, bo gdyby Meksyk nie był skuteczny, na początku października podwyżka cła może dojść do 25 proc. „Prezydent Trump jest zdecydowany” – mówiła.
Amerykanie chcą, by Meksykanie wzmocnili kontrolę swych granic od strony południowo-wschodniej, zlikwidowali korupcję wśród pograniczników, a przede wszystkim, by sami przygarniali migrantów z zabiedzonych krajów i nie dopuszczali ich do granicy imperium. Meksykański prezydent Andrés Manuel López Obrador (AMLO) ma jutro polecieć na południową granicę swego kraju.
Według Washington Post, Meksyk zobowiązał się budować obozy więzienne dla migrantów i punkty kontrolne, by zniechęcić idących. Schwytano już setki wędrowców z Hondurasu i aresztuje się działaczy praw człowieka, którzy im pomagali. Według Trumpa, chodzi o zatrzymanie „inwazji bez dział”, Meksyk nie może pozwalać na swobodne przemierzanie kraju przez biednych z południa. W maju straż graniczna USA zatrzymała lub deportowała 144 tys. ludzi. Gdy Trump dochodził do władzy pod hasłem zmniejszenia imigracji, było ich najwyżej 20 tys. miesięcznie. Przy ich drodze, ktoś widział napis na murze :”Oby nas nic nie zatrzymało”.