Trump gromi

„Maksymalna presja” – obecna polityka USA wobec Iranu – może być jeszcze bardziej maksymalna – przekonywał przedstawicieli 193 państw naszej planety amerykański prezydent Trump w Nowym Jorku, na Zgromadzeniu Ogólnym Narodów Zjednoczonych. „Sankcje nie będą zniesione, wprost przeciwnie, zostaną wzmocnione” – wygrażał i wymyślał Iranowi, który był głównym tematem jego przemowy.

Trump kwieciście przedstawiał kraj otoczony amerykańskimi bazami wojskowymi jako bardzo nieposłuszny, ale wygłaszał swe epitety tak monotonnie, że wypadły zaskakująco słabo. Sala bardziej nadstawiła uszu, gdy rozkazywał całemu światu: „Każdy kraj ma obowiązek działać. Żaden odpowiedzialny rząd nie może subwencjonować krwiożerczego Iranu”. Inaczej mówiąc imperialne sankcje spadną na każdy kraj, który zechce handlować z „trędowatym” Iranem.
Spekuluje się trochę na temat ewentualnego spotkania prezydentów USA i Iranu (Hasan Rouhani przemawia jutro), w celu spuszczenia powietrza z napiętej sytuacji, ale to raczej niemożliwe. Prezydent Francji Macron i niemiecka kanclerz Merkel rozmawiali z nimi, ale oddzielnie. Teheran odrzucił sugestie Paryża, Berlina i Londynu jakoby stał za atakami na saudyjskie instalacje naftowe z 14 września. Uznał je za „nieodpowiedzialne”. Poza tym, Trump biczował Chiny i Wenezuelę. Chińczycy przez lata mieli podstępnie pracować bez żadnej reakcji Waszyngtonu, ale te czasy „skończyły się”. Pekin źle odnosi się do protestów w Hongkongu, a Wenezuela, której Ameryka wyznaczyła prezydenta, nie oddała mu władzy. „Cała Ameryka jest za wami” – zapewniał dwuznacznie Wenezuelczyków. Jak dotąd wszystkie amerykańskie próby zorganizowania zamachu stanu w Caracas spełzły na niczym.
Zostało 400 dni do wyborów prezydenckich, więc mówił też do swego elektoratu: jakie sukcesy gospodarcze odnosi i jak dobrze pilnuje granicy, że globalizm, który forsowała kiedyś Ameryka, jest do niczego, i że tylko patriotyzm się liczy. Starał się naśladować telewizyjnych ewangelistów.

Biden na celowniku

Amerykański prezydent zaprzeczył, jakoby kopał dołki pod kandydatem demokratów na prezydenta Joe Bidenem za pomocą obcych służb specjalnych, ale Kongres ma kompromitujące nagranie. Trump podejrzewa, że właśnie Biden będzie jego głównym konkurentem w przyszłorocznych wyborach prezydenckich, więc szuka nań haków. Brudną robotę zlecił Ukraińcom.

Według Wall Street Journal, na lipcowym nagraniu telefonicznej rozmowy Trumpa z nowym ukraińskim prezydentem Wołodymyrem Zełenskim prezydent Ameryki osiem razy powtarzał, by ukraińskie służby skierowały uwagę na syna Bidena. Miały współpracować z adwokatem Trumpa Rudym Giulianim. Drugi syn byłego senatora Hunter Biden pracował dla ukraińskiej grupy gazowej od 2014 r., kiedy nastąpił Majdan. Trump jest pewien, że młodszy Biden wyssał z Ukrainy więcej pieniędzy, niż domagała się administracja.
Kongres jest poruszony, bo Biały Dom rozkazał nie przekazywać Kongresowi formalnej skargi członka amerykańskiego wywiadu na Trumpa, co powinien był zrobić. To ów sygnalista dostarczył w końcu nagranie kongresmenom, podczas gdy inspektor generalny służb wywiadowczych Michael Atkinson, który o wszystkim wiedział, siedział cicho. Trump odpowiedział dziennikarzom, że „nie ma znaczenia” o czym rozmawiał z Zełenskim i że „ktoś powinien pochylić się nad Joe Bidenem”.
Oczywiście najbardziej oburzeni są demokraci. Hillary Clinton, przegrana konkurentka Trumpa w wyborach 2016 r., tłitowała wczoraj: „Prezydent domagał się od zagranicznego rządu pomocy w wygraniu wyborów. Znowu”. W 2016 r. demokraci zarzucali Trumpowi ciemne związki z Rosją, co zatruło miliarderowi pierwsze lata kadencji, zanim został wybielony. Joe Biden gorąco zaprzecza jakoby jego syn był czegokolwiek winny. W czwartek wieczorem Rudy Giuliani musiał potwierdzić prasie autentyczność nagrania. To początek nowych kłopotów Trumpa, przejętego przede wszystkim swą reelekcją.

Trump idzie na wojnę? Ale ostrożnie

„W minutę mógłbym zniszczyć 15 ważnych celów i byłby to bardzo zły dzień dla Iranu, ale powściągliwość jest dobrą rzeczą” – tak amerykański prezydent Donald Trump tłumaczył się z braku zbrojnej reakcji USA przeciw Iranowi, której tak oczekiwali bliskowschodni sojusznicy imperium, saudyjska tyrania i izraelski reżim apartheidu. Zamiast tego, ogłosił wysłanie do Arabii trochę wojska i wzmocnił antyirańskie sankcje. Tymczasem Jemeńczycy, którzy przyznali się do ataku na saudyjskie rafinerie, proponują zawarcie pokoju.

„Na prośbę Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich (ZEA) prezydent zatwierdził wysłanie sił amerykańskich, przede wszystkim lotniczych i obrony antyrakietowej” – wyjaśnił potem Mark Esper, szef Pentagonu. Generał Joe Dunford, szef sztabu armii, dorzucił, że „nie będą to tysiące ludzi”, gdyż misja ma charakter „umiarkowany”. Nowi dołączą, gdy coś nowego się wydarzy, zapewniono.Co do sankcji, które Trump określił jak „najsurowsze w historii świata”, dotyczą one bankowości. Steven Mnuchin z Goldman Sachs, dziś na czele amerykańskiego departamentu skarbu, sprecyzował, że celem są „ostatnie dochody irańskiego banku centralnego” – irańskie fundusze suwerenne zostaną odcięte od amerykańskiego systemu bankowego. „Nie będzie więcej pieniędzy dla Strażników Rewolucji” – zapewniał.
Ze swej strony Iran zauważył, że w kwestii sankcji imperium wystrzelało już wszystkie naboje. Mohammed Zarif, szef perskiej dyplomacji, nazwał nową blokadę „próbą pozbawienia Irańczyków dostępu do żywności i ochrony zdrowia”, co uważa za „znak beznadziei amerykańskiej administracji” i zjawisko „niepokojące”. Zwrócił uwagę, że „skoro Amerykanie powtarzają uderzenia w tę samą instytucję, to znaczy, że ich wysiłki w ramach ‘maksymalnej presji’ nic nie dają”.
Bombardowani przez Saudów Jemeńczycy wystąpili tymczasem z inicjatywą zawieszenia broni z Arabią, w zamian za zaprzestanie bombardowań, które od ponad czterech lat saudyjska koalicja prowadzi w Jemenie. „Chcemy zakończyć wojnę” – ogłosili w Sanie, swej stolicy. Na razie nie ma reakcji bogatego sąsiada, bombardowania trwają.
W tej chwili trwa cyberatak na Teheran prowadzony prawdopodobnie ze Stanów i Izraela. Celem są irańskie strony internetowe związane z przemysłem petrochemicznym, ale strona główna NIOC, głównego, publicznego przedsiębiorstwa tej branży, funkcjonuje. Donald Trump uznaje wyraźnie, że otwarty napad na Iran zaszkodzi mu wyborczo.

Snowden nie dostanie azylu

W dzień światowej premiery książki znanego sygnalisty Edwarda Snowdena „Pamięć nieulotna” francuskie ministerstwo spraw zagranicznych dało do zrozumienia, że prośba Amerykanina o azyl polityczny nie zostanie rozpatrzona pozytywnie. Francuzi boją się zepsuć sobie stosunki z imperium amerykańskim. Tymczasem administracja Trumpa robi wszystko, by przeszkodzić sprzedaży jego książki, gdyż jej treść nie została zatwierdzona przez amerykańską bezpiekę.

Projekt Edwarda Snowdena, któremu kończy się prawo pobytu w Rosji, by dostać azyl w „demokratycznej Francji”, rozwiał się dużo szybciej, niż się spodziewano. Francuski minister spraw zagranicznych Jean-Yves Le Drian udzielił wywiadu kanałowi telewizyjnemu Cnews, w którym jego odpowiedź była jednoznaczna: „Zwrócił się on o azyl u nas w 2013 r., jak w innych krajach. Wtedy Francja uznała, że nie byłoby to właściwe i nie widzę, by dziś coś się zmieniło z politycznego i prawnego punktu widzenia”.
Podobnie jak w wielu krajach (w tym w Polsce), we Francji ukazała się właśnie książka „sumienia internetu”, jak często określa się Snowdena, który ujawnił bezprawne działania podsłuchowe rządu amerykańskiego nie tylko w Stanach, ale i na całym świecie. Administracja Trumpa zwróciła się do sądu, by pozbawić wydawcę Pamięci nieulotnej (Macmillan) całości zysków z jej sprzedaży tak, by żadne pieniądze nie trafiły ani do niego, ani do autora, lecz do kasy państwowej. Ma to być środek na powstrzymanie jej dystrybucji, jak też uniemożliwienie Snowdenowi przyszłego, publicznego wypowiadania się na tematy związane z CIA i NSA.
Jego adwokat argumentuje, że książka nie zawiera żadnych nowych rewelacji, lecz według CIA pozostaje „niebezpieczna”. Niezależnie od tego, co postanowi amerykański sąd cywilny, Amerykanie nie wykluczają podjęcia podobnych działań wobec wydawców w 20 krajach, w których książka się ukazała. Ma to się stać drogą poleceń z ambasad amerykańskich wydanych rządom lub – w razie konieczności – bezpośrednich działań prawnych przeciw wydawcom. Jak dotąd, wszystkie polecenia amerykańskie w sprawie sygnalisty były skrupulatnie przestrzegane przez państwa satelickie imperium.
Amerykański Departament Sprawiedliwości (DoJ) wydał komunikat, w którym obwieszcza, iż Edward Snowden, były pracownik Agencji Bezpieczeństwa Narodowego, który ujawnił gigantyczny system inwigilacji obywateli USA przez służby wywiadowcze tego państwa, ma odpowiadać przed sądem w trybie pozwu cywilnego.
Według prawników DoJ, pozew cywilny jest ze wszech miar uzasadniony. Jako pracownik NSA Snowden podpisał umowy (zarówno z NSA jak i z CIA) zawierające specjalne klauzule dotyczące powierzania mu poufnych informacji. Jego książka ma być świadectwem złamania tych porozumień. Prawnicy DoJ argumentują także, iż Snowden powinien był przedłożyć treść książki do uzgodnienia z CIA i NSA. Amerykańskie ministerstwo sprawiedliwości będzie też zabiegło o wstrzymanie publikacji, ale raczej na niewiele się to zda zważywszy, że pamiętniki te ukazały się jednocześnie w 20 krajach świata.
Przypomnijmy najważniejsze działania Edwarda Snowdena.
Ujawnił informacje o programie PRISM, dzięki któremu amerykańskie służby mogą masowo podsłuchiwać dowolne rozmowy prowadzone poprzez telefon czy komunikator internetowy. PRISM umożliwia też NSA przeglądanie poczty elektronicznej, daje dostęp do czatów i wideoczatów oraz informacji zamieszczonych w mediach społecznościowych. W programie PRISM biorą udział Microsoft (Hotmail), Google (Gmail), Yahoo!, Facebook, YouTube, Skype, AOL, Apple Inc. i Paltalk.
Snowden przekazał dziennikarzom kopię tajnego postanowienia sądu z 25 kwietnia 2013 r., zgodnie z którym jeden z głównych amerykańskich operatorów sieci telefonii komórkowej Verizon jest zobowiązany codziennie przekazywać NSA metadane dotyczące wszystkich rozmów, zarówno wewnątrzkrajowych, jak też i międzynarodowych, zawierające numery telefoniczne dzwoniącego i przyjmującego rozmowę, datę i godzinę oraz długość rozmowy jak również lokalizację, w której znajdowała się osoba dzwoniąca.
Opinia publiczna dowiedziała się, że służby Stanów Zjednoczonych szpiegowały instytucje Unii Europejskiej i ponad 30 czołowych polityków na świecie. Podsłuchiwany był m.in. telefon komórkowy kanclerz RFN Angeli Merkel.
Po ujawnieniu w 2013 r. informacji o inwigilacji prowadzonej przez NSA Snowden uciekł z kraju, został oskarżony w USA o szpiegostwo i schronił się w Rosji, gdzie uzyskał prawo pobytu.

Za co PiS płaci Amerykanom?

Beata Szydło, gdy jeszcze była premierem, tak mówiła o Polskiej Fundacji Narodowej (PFN) – „wykorzystując siłę i energię spółek skarbu państwa, będzie budowała polską markę”. Cóż, niezupełnie tak to wygląda.

Dziennikarze portalu Onet dotarli do informacji, z których wynika, że organizacja ta powołana przez luminarzy IV RP do sławienia jej dobrego imienia zagranicą w szaleńczym tempie drenuje polską publiczną kiesę. I jak przystało na porządki wprowadzone przez Kaczyńskiego, beneficjentami muszą być oczywiście jankesi.
Polska Fundacja Narodowa w ciągu nieco ponad roku wydała ponad 5,5 mln dol. — czyli ponad 20 mln zł — na promowanie Polski kraju w USA. Forsę przytuliła amerykańska firma PR-owa. W ramach usługi było m.in. za utworzenie w mediach społecznościowych viralowych profili o Polsce. Na całym świecie obserwuje jednak po kilkanaście, czy kilkadziesiąt osób. Anglojęzyczny serwis @Polish_Fndtn obserwuje na Twitterze niespełna 6 tys. osób, czyli mniej niż profil PFN po polsku. A to bodaj najlepszy wynik!
„W korespondencji z Polską Fundacją Narodową, Amerykanie nazywają swe serwisy internetowe hubem informacyjnym dla Polski. Przekonują też, że współtworzą strategiczną infrastrukturę informacyjną, którą Polska będzie mogła wykorzystywać przez lata” – czytamy w artykule w portalu Onet.
Chodzi o firmę White House Writers Group (WHWG). To właśnie ją kierownictwo PFN wybrało jako partnera do kreowania i poprawy wizerunku Polski w Stanach Zjednoczonych. Kontrakt został zawarty niemal dwa lata temu, ale PFN utajnia jego ustalenia i rozliczenia z Amerykanami. Dziennikarze Onetu poznali je dzięki dostępności do tego rodzaju informacji, którą gwarantuje prawo w USA.
„Robienie przez PFN tajemnicy z kontraktu z WHWG jest jednak nieroztropne z bardzo prostego powodu. Amerykańska ustawa o lobbingu FARA, uchwalona jeszcze przed II wojną światową, nakłada bowiem na wszystkie amerykańskie firmy, organizacje, a nawet na osoby prywatne obowiązek składania rozliczeń z pieniędzy otrzymywanych od zagranicznych rządów” – piszą m.in. dziennikarze portalu Onet.
WHWG oraz jej współpracownicy zobowiązani się do szczegółowych spowiedzi z działalności Departamentowi Sprawiedliwości, w tym także o kolejnych rozliczeniach z Polską Fundacją Narodową. Transakcje te są więc w USA dostępne publicznie. Nietrudno więc prześledzić współpracę tej firmy z PFN. Dziennikarze Onetu twierdzą, że z informacji tych wynika jasno, że White House Writers Group zarabiają krocie z pieniędzy polskiego podatnika za działania przynoszące zerowe lub nadzwyczaj znikome korzyści dla Polski.
Firma WHWG początkowo otrzymywała 45 tys. dol. miesięcznie, a dziś inkasuje dwa razy tyle. Do tego PFN wypłaca różne zwroty kosztów dla tej firmy (Najwięcej kosztował przyjazd trójki pracowników firmy do Polski: bilety lotnicze – 5 tys. USD i hotele – 3,5 tys. USD, pomoc prawna – 6 tys. USD), które są bardzo wysokie i sięgają milionów dolarów. Tymczasem strona amerykańska zarządza m.in. profilami o Polsce na Instagramie i YouTube. Pierwszy obserwuje 51 osób, drugi ma 13 subskrypcji!

PFN, na którą pieniądze wyłożyło 17 największych spółek skarbu państwa, dysponuje gigantycznym budżetem. W założeniu miała promować image Polski na świecie, ale szybko okazała się kolejną PiS-owską szczujnią. O Polskiej Fundacji Narodowej zrobiło się głośno przy okazji nagonkowej kampanii atakującej sędziów. A teraz okazuje się jeszcze, że jest to przepompownia polskich publicznych pieniędzy do amerykańskich korporacji.

Może później?

– tak prezydent Donald Trump zareagował na propozycję Pjongjangu, aby wznowić rozmowy na najwyższym szczeblu w sprawie denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego.

Zauważmy jednak, że odmawiając spotkania, prezydent Trump starał się tę odpowiedź maksymalnie złagodzić, zaraz potem bowiem podkreślił, że „relacje są dobre”, że wierzy, iż północnokoreański przywódca zechce przyjechać także do Stanów Zjednoczonych i że są środki, aby wypracować dalszą drogę.
Na jakim etapie są rozmowy – nie jest do końca jasne. Na początku sierpnia Biały Dom otrzymał list od Kim Dzong Una, wydaje się prawdopodobne, że po nim był jeszcze jeden. Pjongjang daje też sygnały, że zależy mu przynajmniej na wznowieniu konsultacji merytorycznych.
Trump i Kim odbyli dwa formalne spotkania na szczycie, z których pierwsze – w Singapurze – wskazało na pojawienie się szansy na przełom, drugie zaś – w Hanoi – zakończyło się powrotem do usztywnienia stanowisk. Od tego czasu obaj przywódcy spotkali się niespodziewanie po raz trzeci w czerwcu w Strefie Zdemilitaryzowanej na 38 równoleżniku i znów wydało się, że następuje zmiana klimatu, jednak w ciągu lata nie nastąpiły żadne dalsze ruchy. Korea Północna domaga się zniesienia sankcji, jednak Stany Zjednoczone nie palą się do tego kroku. Z drugiej zaś strony nie jest pewne, na ile szczere są deklaracje Kima i jak postępuje w rzeczywistości likwidowanie północnokoreańskiego potencjału jądrowego. Tymczasem zaś Pjongjang powrócił do przeprowadzania prób z rakietami, wprawdzie tylko krótkiego zasięgu.
Odejście amerykańskiego prezydenckiego doradcy do spraw bezpieczeństwa Johna Boltona, którego stanowisko wobec odwilży między Waszyngtonem a Pjongjangiem było zdecydowanie negatywne, może wprawdzie zaowocować zmianą sytuacji, gdyż Trumpowi zdecydowanie zależy na tym, aby osiągnąć widoczny sukces w relacjach z Koreą Północną. Parcie do spotkania na najwyższym poziomie bez wątpienia byłoby przedwczesne i doprowadzić by co najwyżej do powtórki z Hanoi.

Poparcie dla Netanjahu

Dwa dni przed wyborami parlamentarnymi w Izraelu amerykański prezydent Donald Trump premiera Benjamina Netanjahu i ujawnił dyskusje na temat traktatu obronnego między USA a państwem żydowskim. „To scementuje wyjątkowy sojusz między naszymi krajami” – pisał na Twitterze. W zamian oczekuje poparcia wpływowej, amerykańskiej społeczności żydowskiej przed przyszłorocznymi wyborami w Ameryce.

„Państwo żydowskie nigdy nie miało tak wielkiego przyjaciela w Białym Domu” – odpowiedział Netanjahu. Projekt nazwał „historycznym traktatem obronnym”, lecz izraelska prasa nazywa go jedynie „formalnym”, gdyż oba kraje są już ściśle wojskowo powiązane – dzielą tajne informacje, prowadzą wspólne ćwiczenia i współpracę. USA od dziesięcioleci finansują co roku izraelskie wojsko i wyposażają je w najlepszą broń. Ewentualny traktat zmusiłby jednak imperium amerykańskie do automatycznej interwencji w przypadku ataku na izraelski reżim apartheidu.
Izraelskie media są raczej sceptyczne, gdyż według nich ów formalny traktat nie powstanie zbyt szybko i jest raczej wspólnym posunięciem wyborczym Donalda Trumpa i izraelskiego premiera. Wyborczy konkurent Benjamina Netanjahu gen. Benny Ganz nie ma tak rozległych relacji z amerykańskimi organizacjami żydowskimi jak Netanjahu, więc Trump stawia na tego drugiego w perspektywie przyszłorocznych wyborów w Stanach. Zależy mu na jak najmocniejszym poparciu społeczności żydowskiej i jej wpływów politycznych, szczególnie w mediach, na razie pozostających częściowo wrogich. Trump stawia też w ten sposób na wielomilionową społeczność chrześcijańskich syjonistów, którzy wierzą, że należy pomagać Izraelowi, gdyż to przyśpieszy drugie nadejście Jezusa i koniec obecnego świata.
Wtorkowe wybory w Izraelu są przedterminowe: poprzednie miały miejsce w kwietniu, jednak Netanjahu nie udało się stworzyć koalicji rządzącej z powodu oporu swego byłego ministra obrony Awigdora Liebermana, szefa partii Nasz Dom Izrael, złożonej w znacznej części z rosyjskojęzycznych Żydów. Lieberman dalej nienawidzi Netanjahu, którego uważa za „mięczaka”, a sondaże wskazują na powtórzenie się sytuacji z kwietnia. Znaczy to, że Lieberman może zdecydować, kto będzie rządził, w zależności od tego, czy zechce przyłączyć się do Likudu Netanjahu lub Niebiesko-białych gen. Ganza (oba ugrupowania są skrajnie nacjonalistyczne). Na razie straszy, że jeśli Netanjahu wygra, Izrael stanie się jeszcze bardziej „państwem wyznaniowym i mesjanistycznym”.

Przeciw rasizmowi

Pięćdziesiąt lat po tym, jak 14 czarnoskórych zawodników drużyny futbolu University of Wyoming zostało wykluczonych za chęć wyrażenia sprzeciwu wobec dyskryminacji rasowej, ośmiu z nich ponownie pojawiło się na kampusie w mieście Laramie, aby uczcić rocznicę tamtych wydarzeń i uczestniczyć w odsłonięciu tablicy na cześć bohaterów walki z nierównością.

Przy obecności przedstawicieli władz uniwersytetu, hrabstwa Albany i stanu Wyoming na murze War Memorial Stadium pojawiła się dziś tablica upamiętniającą tak zwaną Czarną 14. To już drugi symbol poświęcony wydarzeniom sprzed pół wieku. W 2018 roku w centrum miasta Laramie został odsłonięty mural, przedstawiający czarnoskórych zawodników University of Wyoming z 1969 roku.
Futboliści z Wyoming w historii walki z rasizmem w sporcie za oceanem są postaciami ikonicznymi. Jest to panteon, na którym stoją również bokserzy Muhammad Ali, Jack Johnson, Joe Louis, a także lekkoatleci Tommie Smith i John Carlos, którzy podnieśli pięści na medalowym podium olimpijskim w 1968 roku, aby zaprotestować przeciwko rasizmowi i niesprawiedliwości.
Co wydarzyło się w Laramie 17 października 1969? Trener miejscowej drużyny futbolu amerykańskiego, Lloyd Eaton, zwolnił 14 czarnych piłkarzy, po czym zawnioskował o odebranie im stypendiów, po tym, jak pojawili się na treningu z czarnymi opaskami na ramionach i zapowiedzieli, że zamierzają takie symbole zaprezentował podczas zbliżającego się meczu z Brigham Young University.
Piłkarze chcieli zaprotestować przeciwko rasizmowi, którego niektórzy z nich doświadczyli w poprzednich meczach. Tłem wydarzenia było również wykluczenie Afroamerykanów z kapłaństwa w miejscowym kościele mormonów. Eaton nie zgodził się na taką demonstracje, a zastosowane przez niego represje znalazły akceptacje i zarząd uniwersytetu i gubernatora Stan Hathaway. Trener miał również wypomnieć zawodnikom, że pochodzą z rodzin pozbawionych ojca, co może wpłynąć na ich problem ze znalezieniem innej uczelni w razie relegacji.

Uderzenie po kieszeni

Produkcja ropy Arabii Saudyjskiej została zmniejszona o połowę po ataku na instalacje koncernu Aramco należącego do rodziny Saudów. Jemeńskie drony bojowe znacznie uszkodziły dwie wielkie rafinerie nie powodując żadnych ofiar śmiertelnych. Była to odpowiedź na ostatnie saudyjskie bombardowania Jemenu. Imperium amerykańskie oskarża Iran o pomoc oblężonym Jemeńczykom i „bezprecedensowy atak na światowe zaopatrzenie w ropę”.

Rządzący Arabią następca tronu Mohammed ben Salman, który cztery lata temu dał rozkaz ataku na sąsiedni Jemen, zapowiedział natychmiast, że jego poddani mają „wolę i możliwości stawienia czoła tej terrorystycznej agresji”. Agresja saudyjska, poparta przez Stany Zjednoczone, doprowadziła do faktycznego rozpadu Jemenu, wzmocnienia lokalnej, saudyjskiej Al-Kaidy, zniszczenia prawie połowy cywilnej infrastruktury, śmierci ponad 200 tys. osób i „najgorszej sytuacji humanitarnej na świecie”, według ONZ. Wojna napastnicza, która miała trwać „dwa tygodnie” nie zdołała jednak pokonać jemeńskiej obrony.
Tymczasowe ograniczenie saudyjskiej produkcji o połowę oznacza zmniejszenie dostaw ropy na świecie o ok. pięć proc. Biały Dom jest bardzo zaniepokojony: amerykańskie systemy obronne sprzedane Saudom nie zadziałały, podobnie jak wcześniej system antyrakietowy „Patriot” w przypadku jemeńskich odpowiedzi rakietowych. Potępił więc „przemoc wobec żywotnej dla gospodarki światowej infrastruktury”. Sekretarz stanu Mike Pompeo oskarżył o atak Iran, od lat podejrzewany o pomoc jemeńskiej obronie. Wezwał wszystkie kraje świata do potępiania „irańskiego” ataku, co zrobiły na razie dyktatury z Półwyspu Arabskiego i egipska. Polska z pewnością podporządkuje się wymaganiu amerykańskiej administracji.
Izraelski reżim apartheidu oskarża z kolei Irak, niedawno zbombardowany przez siły izraelskie. Irackie jednostki Haszd al-Szaabi miały w ten sposób odpowiedzieć na ataki bliskowschodniej „terrorystycznej osi zła” (USA-Izrael-Arabia), jak nazywają ten sojusz. Do udanego ataku przyznają się jednak Jemeńczycy. Dodatkowo wystrzelili wczoraj trzy stare rakiety balistyczne Zelzal-1 na południe Arabii, znowu pominięte przez równie stary system „Patriot”. Eksperci są jednak zgodni, że amerykański niepokój jest niepotrzebny: Saudowie będą dalej kupować amerykańską broń, gdyż to dla nich środek na utrzymanie się przy władzy. Bez imperialnego poparcia saudyjska dyktatura mogłaby się szybko rozpaść.

Jeden kraj, dwa systemy

Z Ambasadorem Chińskiej Republiki Ludowej w RP Liu Guangyuanem rozmawia Gabriel Piotrowicz.

Jak to się stało, że policja hongkońska, uważana za wzorową w całej Azji, znalazła się teraz w ogniu publicznej i medialnej krytyki ? W jaki sposób można przywrócić spokój w mieście i jak najlepiej rozwiązać obecne problemy Hongkongu?

Policja Specjalnego Regionu Administracyjnego Hongkong wykonuje swoje obowiązki zgodnie z obowiązującym prawem, broni praworządności i ładu społecznego w mieście i otrzymuje wsparcie większości społeczeństwa. Ostatnimi czasy rozliczne środowiska Hongkongu organizowały liczne spotkania poświęcone problemom ochrony porządku w mieście. Wzywano do utrzymania praworządności i przeciwdziałania przemocy. Ludzie ci reprezentują główny i prawdziwy nurt panujący w społeczeństwie Hongkongu. Okazywano tam, na najróżniejsze sposoby, spontaniczne wyrazy solidarności i wsparcia dla hongkońskich policjantów. Podobne wsparcie wyrażają obywatele Chin, diaspora chińska za granicą i chińscy studenci z zagranicy. Poziom profesjonalizmu i kompetentne podejście policjantów z Hongkongu do wykonywania swojej pracy zyskały szerokie uznanie w świecie.
Na początku tego roku, rząd Specjalnego Regionu Administracyjnego Hongkong by wypełnić luki w systemie prawnym miasta zgłosił poprawki do „Ustawy w sprawie zbiegłych przestępców” oraz „Ustawy w sprawie wzajemnej pomocy prawnej w sprawach karnych”. Dotychczas w przepisach tych brakowało regulacji dotyczących ekstradycji zbiegłych przestępców. Celem było to, aby Hongkong nie mógł stać się „rajem” dla osób uchylających się od wymierzonej kary. Jest to rozsądny i legalny krok w stronę udoskonalania prawa.
Jednakże są osoby, które mając ukryte motywy i złą wolę. Rozsiewają plotki, wypaczają znaczenie poprawek, wywołują panikę w społeczeństwie, a co za tym idzie, blokują proces legislacyjny i wzbudzają nastroje przeciwne rządowi. Od czerwca w Hongkongu odbyło się wiele demonstracji, podczas których protestujący wyrażali swój sprzeciw wobec powyższych zmian.
Policja hongkońska zezwalała na zgodne z prawem pokojowe demonstracje i udzielała ochrony obywatelom miasta, którzy w nich uczestniczyli. Niestety, niektórzy radykalni demonstranci przy pomocy niebezpiecznych narzędzi, w sposób agresywny, blokowali ulice, paraliżowali ruch, niszczyli mienie w budynku Rady Legislacyjnej. Doszło do przypadków zablokowania dojazdu do siedziby przedstawicielstwa władz centralnych, ataków na policjantów i obywateli, znieważania flagę i godła narodowego.
Takie akty wandalizmu poważnie naruszają praworządność i ład społeczny w Hongkongu, jak również ogromnie zagrażają bezpieczeństwu życia i mienia mieszkańców miasta. Policja w Hongkongu od miesięcy robi co w jej mocy, by mimo upokorzeń, wywiązywać się ze swoich obowiązków, skrupulatnie przestrzegając prawa. Z wielkim poświęceniem chroni bezpieczeństwo i porządek społeczny. Policjanci są filarami, na których opiera się bezpieczeństwo publiczne Hongkongu.
Praworządność jest dla Hongkończyków źródłem dumy. Jest podstawą hongkońskiego przyjaznego środowiska biznesowego, kamieniem węgielnym stabilnego rozwoju Hongkongu. Gdy filary praworządności miasta zostaną zachwiane, nie będzie można zagwarantować stabilnego rozwoju Hongkongu. Najważniejsze zadanie, które stoi przed władzami Hongkongu to stanowcze i zgodne z prawem powstrzymanie przemocy i chaosu, jak najszybsze przywrócenie spokoju społecznego oraz respektowanie obowiązującego tam porządku prawnego.

Zawirowania w Hongkongu miały poważny wpływ na rynek finansowy, środowisko biznesowe i międzynarodową konkurencyjność miasta. Czy chiński rząd centralny planuje wspierać ożywienie gospodarcze w Hongkongu?

Niedawne akty przemocy odcisnęły piętno na praworządności, porządku społecznym, życiu ekonomicznym i międzynarodowym wizerunku Hongkongu. Ucierpiały handel detaliczny, turystyka i rynek finansowy, a praca i codzienne życie mieszkańców zostały poważnie zakłócone. Jeśli pozwoli się na kontynuowanie agresywnych zachowań, doprowadzi to do kolejnych strat dla Hongkongu, a ich konsekwencje poniosą wszyscy jego mieszkańcy.
Od czasu zjednoczenia Hongkongu z Chinami rząd centralny na różne sposoby wspierał i wspiera rozwój gospodarczy Hongkongu. Wspólnie zapobiegano kryzysom finansowym, a poprzez ścisłą współpracę gospodarczą i handlową wzmocniono kooperację oraz zapewniono dobrobyt i stabilność Hongkongu. Wierzę, że rozwój jest kluczem do rozwiązania wszelkich problemów w tym mieście.
Rząd centralny będzie niestrudzenie wspierał rozwój tamtejszej gospodarki, poprawę warunków życia mieszkańców i aktywną integrację na poziomie planów rozwoju całego kraju. Wszystko po to by podnieśc poziom życia mieszkańcom Hongkongu i w Chinach kontynentalnych.
W zaplanowanym nowoczesnym makroregionie „Greater Bay Area” zostanie powiększona rola dla firm tworzących hongkoński postęp gosporaczy, nowoczesne technologie. Ten nowy impuls sprawi, że mieszkańcy Hongkongu, zwłaszcza ludzie młodzi, będą mieli więcej możliwości rozwoju zawodowego.
Oczywistym jest, że do takiego rozwoju potrzebne jest harmonijne i stabilne środowisko społeczne. Mamy nadzieję, że wszystkie środowiska społeczne Hongkongu będą współpracować, by jak najszybciej pożegnać się z czasem chaosu. I wykorzystać ogromną szans jeszcze większych sukcesów.

Jeśli sytuacja w Hongkongu się pogorszy, to w jakich okolicznościach Chiny mogą rozważyć użycie sił innych niż policja hongkońska? Czy Chiny obawiają się, że spowoduje to niezadowolenie społeczności międzynarodowej?

Obecnie sytuacja w Hongkongu jest w dalszym ciągu niestabilna, ale zauważamy proces łagodzenia nastrojów i przywracania porządku. Mamy pełne zaufanie do rządu Specjalnego Regionu Administracyjnego i szefa administracji. Stanowczo wspieramy ten rząd w jego zgodnych z prawem działaniach. Popieramy policję hongkońską w zakresie skrupulatnego egzekwowania prawa.
Jeśli sytuacja w Hongkongu ulegnie dalszemu pogorszeniu, dojdzie do niekontrolowanego przez rząd Specjalnego Regionu Administracyjnego bezładu, rząd centralny nie będzie bezczynny. Zgodnie z „Ustawą Zasadniczą Specjalnego Regionu Administracyjnego Chińskiej Republiki Ludowej – Hongkong” rząd centralny ma wystarczające środki i siły, aby szybko opanować wszelkiego rodzaju niepokoje.
Podstawowym wymogiem praworządnego społeczeństwa jest przestrzeganie prawa i karanie jego łamania. Poglądy nie mogą być wyrażane w sposób niezgodny z prawem, a tym bardziej nie można odwoływać się do przemocy.
Wierzę, że żaden rząd żadnego innego kraju nie tolerowałby bezprawnych aktów przemocy i łamania praworządności. Rząd centralny wspiera władze Hongkongu w egzekwowaniu obowiązującego prawa i zapobieganiu aktów bezprawnej przemocy. Jest to jego obowiązek oraz wyraz woli i aspiracji narodu. Jeżeli ktoś ignoruje rzeczywistość, podjudza sprawców przemocy, to można mówić wyłącznie o złych intencjach, które mają na celu wywołanie niszczących Hongkong zamieszek.

Politycy i dziennikarze z różnych państw wyrażając swe opinie na temat Hongkongu sugerowali, że obowiązująca doktryna „jeden kraj, dwa systemy” może odejść do historii . Na ostatnim szczycie państw G7 wydano oświadczenie, potwierdzające istnienie i wagę wspólnej, chińsko-brytyjskiej deklaracji określające ustrój Hongkongu i wezwano do unikania przemocy. Jakie jest Pańskie stanowisko w tej sprawie?

Przez 22 lata, od zjednoczenia Hongkongu z Chinami, gospodarka miasta utrzymywała stały wzrost. Status Hongkongu jako międzynarodowego centrum finansowego, handlowego i logistycznego pozostawał niezmienny. Wskaźniki rozwoju społeczno – gospodarczego należą do najwyższych na świecie. Mieszkańcy Hongkongu korzystają z bezprecedensowych praw demokratycznych i szerokiej wolności. Hongkong pod względem poziomu praworządności przed zjednoczeniem zajmował 60. miejsce na świecie, by po zjednoczeniu wskoczyć na miejsce 16., Zajmując tym samym wyższą pozycję niż Stany Zjednoczone i wiele krajów europejskich. Powyższe w pełni obrazuje, witalność doktryny „jeden kraj, dwa systemy” oraz stanowi podstawową gwarancję i jest najlepszym rozwiązaniem przysparzającym dobrobyt i stabilność Hongkongu w długim okresie.
Chciałbym podkreślić, że doktryna „jeden kraj, dwa systemy” stanowi całość, w której „jeden kraj” jest przesłanką do i podstawą istnienia „dwóch systemów”, natomiast „dwa systemy” muszą znajdować się w „jednym kraju”.
Nie można mówić jedynie o „dwóch systemach” nie wspominając o „jednym kraju”, bo zaprzeczałoby to realiom, w których Hongkong już powrócił do Chin. Jeśli zostanie naruszona zasada „jeden kraj”, to nie można będzie mówić o „dwóch systemach”.
„Hongkong rządzony przez Hongkończyków” i wysoki stopień autonomii miasta będzie jak rzeka bez źródeł i drzewo bez korzeni. Ci, którzy obłudnie wieszczą erozję hongkońskiego „jednego kraju, dwóch systemów”, albo nie do końca rozumieją tę doktrynę, albo umyślnie błędnie ją interpretują, kierując się ukrytymi motywami.
Chciałbym również wspomnieć, że „jeden kraj, dwa systemy” to doktryna polityczna jednostronnie ogłoszona przez rząd chiński. Jej podstawą prawną jest „Konstytucja Chińskiej Republiki Ludowej” i Ustawa Zasadnicza Specjalnego Regionu Administracyjnego Hongkong. W żadnym wypadku nie wynika ona ze wspólnej deklaracji chińsko-brytyjskiej.
Ostatecznym celem i zasadniczym tematem ww. deklaracji jest potwierdzenie, że Hongkong powraca do Chin, a co za tym idzie, Chiny odzyskują władzę nad tym miastem. Nie przewidziano ponoszenia żadnej odpowiedzialności przez Wielką Brytanię wobec Hongkongu po jego zjednoczeniu z Państwem Środka. Innymi słowy, Wielka Brytania po zjednoczeniu nie ma zwierzchnictwa nad Hongkongiem, nie posiada żadnych praw do nadzoru ani sprawowania tam władzy. Strona brytyjska doskonale zdaje sobie sprawę z tego faktu.
Hongkong jest chiński, a sprawy Hongkongu należą wyłącznie do spraw wewnętrznych Chin. Żaden zagraniczny rząd, organizacja ani osoba fizyczna nie ma prawa w nie ingerować, a tym bardziej nie ma prawa do wygłaszania nieodpowiedzialnych uwag na temat wspólnej chińsko-brytyjskiej deklaracji.

Czy kwestię Hongkongu można postrzegać jako kolejną linię frontu na chińsko-amerykańskiej wojnie handlowej? Czy będzie to kolejna kwestia obok handlowych i gospodarczych, którą Amerykanie mogą wykorzystać wywierając presję na Państwo Środka podczas zbliżających się obchodów 70. rocznicy powstania Chińskiej Republiki Ludowej?

W tle brutalnych zamieszek w Hongkongu dostrzec można haniebną rolę jaką odegrały tam Stany Zjednoczone. Niektórzy amerykańscy kongresmeni, urzędnicy oraz przedstawiciele placówek dyplomatycznych w tym mieście wielokrotnie wyrażali poparcie dla fałszywych słów miejscowych chuliganów. Nawet spotykali się z przywódcami organizacji głoszących „niepodległość Hongkongu”, aby udzielać im porad, zapewniać wsparcie finansowe i ochronę. Media ujawniły nawet, że strona amerykańska przeprowadzała szkolenia dla agresywnych demonstrantów.
Oczywiste jest, że celem tej grupy Amerykanów jest ograniczanie rozwoju Chin. Wykorzystują do tego celu wydarzenia w Hongkongu i zrobią wszystko co w ich mocy, aby Chiny zatrzymać.
Chiński rząd nie będzie tolerował ingerencji obcych w jego sprawy wewnętrzne. Chiny będą zaciekle i nieustannie bronić, wykazując się niezachwianą wolą, narodowej suwerenności, bezpieczeństwa oraz korzyści płynących z rozwoju. Wszelkie próby zakłócenia spokoju w Hongkongu i zahamowania Chin spotkają się z szerokim i stanowczym sprzeciwem wszystkich Chińczyków, w tym rodaków z Hongkongu.
Próby te nie są i nie staną popularne, ani skuteczne. Radzimy stronie amerykańskiej, aby zaprzestała nawoływać do aktów przemocy. Powstrzymała się od politycznego oczerniania doktryny „jeden kraj, dwa systemy” oraz by zaprzestała manipulacji sytuacją w Hongkongu.