Partia Demokratyczna: od białej supremacji do ochrony mniejszości

Na kilka miesięcy przed wyborami prezydenckimi, republikański prezydent Donald Trump topnieje w sondażach. Po zaledwie kilku latach przerwy, demokrata Joe Biden ma szansę zasiąść w Białym Domu. Mało który obserwator amerykańskich wyborów, zdaje sobie sprawę, że w ciągu ostatnich kilku dekad obie wielkie formacje przeszły gigantyczne transformacje ideowe. Jeszcze kilka lat temu, obecna partia Baracka Obamy, Berniego Sandersa i Alexandry Ocasio-Cortez stanowiła przystań dla największych rasistów amerykańskiego głębokiego południa. Wielki zwrot, który spotkał obie amerykańskie partie – w szczególności Demokratów – to największa polityczna transformacja w historii.

Wszystko zaczęło się w 1828, kiedy do Białego Domu wprowadził się buńczuczny eks-generał Andrew Jackson. Uparty jak osioł i spoza dotychczasowego establishmentu, szybko zaczął rozstawiać po kątach polityków i urzędników ze stolicy… i zastępować ich swoimi lojalistami. Program nowego prezydenta? Gospodarczy libertarianizm, systemowy antyfederalizm i absolutnie rasistowsko-ludobójcza polityka wobec rdzennych Amerykanów. Tak powstała Partia Demokratyczna, najstarsza partia polityczna na świecie. Uparty osioł stał się jej symbolem.

[1]

Pomimo tego, że w roku 2020 główna baza partii składa się z Afroamerykanów, Latynosów, kobiet, ludzi młodych i mieszkańców dużych miast, dwa wieki wcześniej było całkowicie na odwrót: u progu wojny secesyjnej demokraci byli białymi farmerami z południa, niechętnymi wobec interwencji rządu, organicznie rasistowskimi. Pomimo podziału na frakcję północną i południową, było to ugrupowanie de facto pro-niewolnicze i w toku wojny domowej, jego sympatycy zasilali szeregi wojsk południowych stanów Konfederacji. Jeżeli chcemy szukać wspólnego mianownika łączącego przeszłość i teraźniejszość, jest nim ekonomiczny populizm i nominalna obrona „ludu”. W dawnych czasach, rzecz jasna – wyłącznie białego.

Po katastrofie Wojny Secesyjnej, Partia Republikańska zdobyła polityczną hegemonię i bardzo szybko przeszła na pozycje leseferyzmu – industrialna północ kwitła, południowe stany pogrążyły się w biedzie i reminiscencjach. Druga połowa XIX wieku w Ameryce to czas wzrostu wielkich fortun, budowa niebezpiecznych monopoli, pogłębiania nierówności i tłumienia wszelkich przejawów aktywności związkowej. Głównie na północy. Na południu, to początek betonowania systemowego rasizmu. Wszelkie próby upodmiotowienia czarnoskórej ludności w ramach tzw. Rekonstrukcji (kilkuletnia okupacja i desegregacja narzucona z poziomu federalnego) spełzły na niczym i niedługo potem unioniści machnęli ręką i zajęli się rozwijaniem industrialnej północy. Pozbawieni szansy na zdobycie polityki federalnej Demokraci, okopali się w Alabamie, Louisianie, Missisipi i pozostałych stanach i stworzyli coś na kształt amerykańskiej wersji apartheidu – czarnoskórzy Amerykanie byli wolni wyłącznie w teorii, tak naprawdę żyli w strachu, beznadziei i wyzysku, borykając się z jawnie wykluczającymi prawami skazującymi ich na rolę ludzi drugiej kategorii. Ten stan trwał aż do drugiej połowy XX wieku. Od początku XX wieku do lat 70, stany południowe opuściło kilka milionów czarnych mieszkańców.

Tymczasem, partia przyszłego prezydenta Baracka Obamy, ewoluowała w stronę czegoś na kształt populistycznej socjaldemokracji. W początkach XX wieku, modne stały się idee progresywizmu – dążenie do nadawania praw pracowniczych, sceptycyzm wobec dużego biznesu, walka o prawa biednych rolników, prawa kobiet. Generalne dążenie do zwiększenia roli rządu, przy jednoczesnym odrzuceniu idei kiełkującego socjalizmu (który w Stanach nie przeszedł nigdy do fazy rozkwitu). Na ten popularny wózek wskakiwali politycy obu partii, m.in. republikanin Theodore „Teddy” Roosevelt, buńczuczny i charyzmatyczny maverick, który wprowadził szereg reform na rzecz zwiększenia roli rządu. A jednak największe zmiany nastąpiły za dwóch kadencji Woodrow Wilsona. To właśnie w tym czasie powstały różne państwowe agencje, ograniczono wpływy biznesu i ukształtował się profil dwóch głównych partii, ludowych Demokratów i pro-biznesowych Republikanów. Był tylko jeden problem: demokratyczny lokator Białego Domu był zaciekłym rasistą, podobnie jak spora część jego zaplecza wypełnionego białymi suprematystami i przyjaciółmi Ku-Klux-Klanu. Demokratyczna miotła po dwóch dekadach opozycji, miała wyraźnie rasistowski profil. Wielu czarnoskórych republikanów utraciło swoje stanowiska. Jeden z członków rządu stawiał sprawę jasno: „Dawno temu ustaliliśmy, że Murzyn nigdy nie powinien być naszym panem”. Zwolennicy Wilsona nie kryli się z poglądem, jakoby jedynym dobrym rządem, był rząd biały. Między innymi z racji tak skrajnych poglądów, utrzymywanie placu imienia tegoż prezydenta w polskiej stolicy, wydaje się co najmniej wątpliwe.

Prawdziwy zwrot nastąpił po szalonych latach dwudziestych (z republikanami z powrotem u sterów) i krachu finansowym z 1929. Sprawy przybrały poważny obrót i kwestia ekonomiczna stanęła na agendzie z całą mocą. Nowy prezydent Franklin Delano Roosevelt rozbudował wpływy rządu i za sprawą kiełkującego welfare state uratował kapitalizm przed jego własnymi turbulencjami. FDR nie był szczególnie postępowy w kwestiach rasowych. Niemniej jednak, to właśnie w tym okresie czarnoskórzy Amerykanie zaczęli przybliżać się do Demokratów, zwłaszcza na uzwiązkowionej północy. Najbiedniejsi mocno skorzystali na nowej polityce, a Afroamerykanie należeli przecież do najbiedniejszych z biednych.

[2]

O ile północna gałąź partii nie miała szczególnych problemów z pochodzeniem swoich zwolenników, południe pozostawało w twardych ramach prawodawstwa Jima Crowa. Zwani Yellow Dog Democrats, a następnie Dixecrats, kultywowali „stare, dobre zwyczaje”, czyli kulturowy rasizm i systemową segregację. Jednocześnie jednak wspierali ekonomiczną politykę Nowego Ładu i stabilną większość w obu izbach Kongresu, która miała trwać przez dekady. Swoim kolegom z północy, południowi Demokraci wydawali się coraz bardziej anachroniczni, a jednak tylko dzięki nim udawało się utrzymywać władzę w legislatywie. Po drugiej wojnie światowej, wraz z desegregacją w wojsku, napięcia systematycznie rosły.

[3]

W latach 61-63 lokatorem Białego Domu został John Fitzgerald Kennedy, najmłodszy przywódca państwa i pierwszy katolik. Pomimo centryzmu i umiaru, JFK wiedział że jego partia musi się zmienić – a co za tym idzie, również cały kraj. Wśród wielu projektów, znalazła się również realna, odgórna i systemowa desegregacja. Ameryka wrzała, ludzie maszerowali ulicami miast pod charyzmatycznym przywództwem Martina Luthera Kinga i pozostałych liderów ruchu obywatelskiego oraz ich sojuszników, zazwyczaj lewicowych i postępowych liberałów z wielkich miast. Civil Rights Act z 1964 przeszedł przez Kongres już po śmierci Kennedy’ego, wbrew histerii białych segregacjonistów z południa (co warte zaznaczenia – z obu partii). Segregacja rasowa na wszystkich szczeblach została zniesiona, rok później zagwarantowano głosowanie bez względu na kolor skóry oraz zrównano w prawach wszystkich obywateli. Największy paradoks sytuacji stanowił fakt, że wielkie zmiany dokonały się rękami partii amerykańskiego apartheidu. Następca JFK Lyndon Johnson, sam będący demokratą z Teksasu, komentował: „Utraciliśmy południe na pokolenia”

Ostateczną linią demarkacyjną okazało się zastrzelenie Roberta Kennedy’ego w hotelu Ambasador w Los Angeles 5 czerwca 1968 r. Trwały prawybory prezydenckie, młodszy brat tragicznie zmarłego prezydenta, startował z agendą odnowienia partii i kraju – uzdrowienia relacji rasowych i dokończenia projektu Nowego Ładu. Właśnie zdobył kluczowe zwycięstwo w stanie Kalifornia i był na dobrej drodze do wygrania nominacji, a następnie wyborów. Kennedy cieszył się ogromną popularnością wśród Afroamerykanów, Latynosów i białej klasy robotniczej. Niesamowita transformacja Partii Demokratycznej nabrała pełnego rozpędu, pomimo tragicznej śmierci jednego z jej głównych adwokatów.

[4]

Tymczasem, słowa Lyndona Johnsona okazały się prorocze. Coraz bardziej pro-biznesowi republikanie (Barry Goldwater, kandydat partii z 1964 r. był jednym z prekursorów neoliberalizmu, a jednocześnie obrońcą segregacyjnego status quo), skorzystali z okazji i wprowadzili w życie tzw. południową strategię. Jednym z pomysłodawców był nie kto inny, jak przyszły prezydent Richard Nixon, cyniczny oportunista, a przy tym błyskotliwy strateg. Plan był prosty: wykorzystać poczucie zdrady po stronie południowych Amerykanów, posypać nową agendę twardym konserwatyzmem i dorzucić całą masę neoliberalizmu pod płaszczykiem niechęci do rządu federalnego (który – w mniemaniu wielu białych południowców – zdeptał ich prawa, a co za tym idzie, utracił swoją atrakcyjność). Dawny rasizm został ukryty po płaszczykiem świętego prawa stanów do decydowania o własnej polityce, bez interwencji mądralińskich z rządu federalnego. Celem tego ruchu było zdobycie nowych obszarów wyborczych i stałej, strategicznej przewagi. Plan zadziałał, a jego zasadnicze skutki Amerykanie odczuwają po dziś dzień.

[5]

Pomimo, że dwóch z trzech ostatnich demokratycznych prezydentów, pochodziło z południa, wpływy partii w tym regionie maleją od dekad, a podział polityczny przebiega po linii geograficznej. Jeszcze w latach 70 polityczni synowie dawnej partii, jak rasistowski gubernator Alabamy George Wallace, rozwijali swoje kariery w rozdarciu między dwoma formacjami. Wallace (ostatni niezależny kandydat w wyborach prezydenckich, który pociągnął kilka stanów za sobą), krzyczał na wiecach: „segregacja wczoraj, segregacja dziś, segregacja na zawsze!”. Kilka lat później przeprosił za swoje błędy, podobnie jak wielu innych demokratów, którzy pozostali w partii, pomimo zmiany jej profilu. Co ciekawe, po zakończeniu kadencji senatorskich i kongresowych, na większość z ich miejsc, wskoczyli przebrandowieni republikanie. Również w wyborach prezydenckich, stany południa to obszar zamknięty. Ostatnim demokratą, który pociągnął Dixieland, był Jimmy Carter, hodowca orzeszków z Georgii (ale już 4 lata później dostał solidny łomot od Ronalda Reagana) W dzisiejszych czasach, Demokraci zachowali zaledwie garstkę senatorów (Alabama) i gubernatorów (Luizjana). Tam, gdzie wciąż funkcjonują demokratyczni politycy, przejmują wiele konserwatywnych poglądów m.in. poparcie dla posiadania broni, niechęć do nowinek światopoglądowych i twardy fiskalizm. To tzw. Blue Dog Coalition, liczebnie coraz skromniejsza, ale nadal funkcjonująca.

[6]

Na chwilę przed listopadowym starciem wyborczym, statystyki prezentują się następująco: w 2016 roku 91% Afroamerykanów i 66% Latynosów poparło Hillary Clinton. Trudno podejrzewać, aby geografia wyborcza miała ulec zasadniczym zmiano teraz lub w kolejnych wyborach, pomimo zmian demograficznych w takich stanach jak Teksas czy Arizona, sugerujących możliwość południowego comebacku. W 2020 roku Partia Demokratyczna to ugrupowanie liberałów z północy i multikulturalna koalicja wszędzie indziej, Republikanie zajmują ich pozycje sprzed kilku dekad. O ile partia amerykańskiego progresywizmu zdołała uporać się ze swoją niechlubną historią rasizmu i wykluczenia, dziś musi się mierzyć z innymi problemami – dekadami republikańskiej dominacji, która ustawiła system pod ich program i cele, podziałem na beztreściowych centrystów i bardziej radykalnych lewicowców oraz z problemem szerokiej infiltracji przez lobby biznesowe, usilnie działające na rzecz wypłukania reszty progresywizmu z dawnej „partii ludu”. Zapewne w głowach demokratycznych strategów i perspektywicznych polityków lewicy jak AOC i inni, kiełkuje pytanie – jak odzyskać amerykańską prowincję i ludowy charakter partii? To ważne pytanie, nie tylko dla progresywistów z Ameryki.

Stany Zjednoczone kraj (nie)stabilny

Przez całe Stany Zjednoczone przeszła ostatnio fala ostrych protestów połączonych z włamaniami do sklepów i urzędów. Iskrą zapalającą te protesty, było śmiertelne przyduszenie 25 maja br. Afroamerykanina George’a Floyda przez białego policjanta. Protestujący tłum zgromadził się również przed Białym Domem. Przerażony i tchórzliwy prezydent Trump dwukrotnie szukał schronienia w bunkrze Białego Domu.

Skrytykował wprawdzie śmierćG. Floyda ale ostro potępił masowe protesty i towarzyszące im rabunki. Policja, która brutalnie rozprawiała się z protestującymi, tym razem dała również przykłady solidarności i poparcia z nimi.
Trump
groził użyciem wojska przeciw demonstrantom i apelował do gubernatorów, aby nie wahali się użyć gwardii stanowych do przywrócenia ładu i porządku. Nawet niektórzy przedstawiciele Pentagonu skrytykowali Trumpa za groźbę użycia wojska w celu stłumienia protestów. Kiedy prezydent pojawił się w Waszyngtonie przed kościołem z publicznie demonstrowaną w ręku Biblią, spotkał się z krytyką, że wykorzystuje religię do celów politycznych i za nazywanie protestujących Amerykanów „organizatorami krajowego terroryzmu”.
Walka o prawa człowieka i protesty przeciw nadużyciom władzy są częścią składową historii Stanów Zjednoczonych. W niniejszym artykule przedstawiam niektóre przykłady walki o prawa człowieka i protesty przeciw dyskryminacji rasowej począwszy od prezydentury Lyndona Johnsona (1963-1960).
Lyndon Johnson
zasiadł na fotelu prezydenckim po zamordowaniu w 1963 r. prezydenta Johna F. Kennedy’ego. Pięć dni po objęciu prezydentury 27 listopada 1963 r. Johnson zaapelował do Kongresu, aby uczcił pamięć zamordowanego prezydenta uchwaleniem ustawy o prawach obywatelskich.
Ustawa o prawach obywatelskich została uchwalona 10 lutego 1964 r. przez Izbę Reprezentantów i była największym osiągnięciem pierwszego roku prezydentury Johnsona, choć zainicjował ją jeszcze John F. Kennedy. W Senacie jednak napotkała silny opór przede wszystkim ze strony południowców i konserwatystów, którzy zorganizowali tzw. filibuster. Wygłaszali więc długie przemówienia, najczęściej bez żadnego związku z przedmiotem ustawy, po to tylko, by nie dopuścić do głosowania. Ten bojkot i blokowanie ustawy trwały do 10 czerwca. Ustawę ostatecznie uchwalił Kongres dopiero 2 lipca 1964 r.
Johnson, sam będąc południowcem, silnie zaangażował się na rzecz uchwalenia ustawy. Ustawa zakazywała dyskryminacji rasowej w miejscach publicznych, rozszerzała możliwość udziału Murzynów w głosowaniu, zawierała deklaratywne klauzule, zakazując dyskryminacji rasowej i z tytułu płci w polityce zatrudnienia, ułatwiała walkę z segregacją rasową w szkolnictwie publicznym.
Johnson miał ambicje przedstawienia własnego programu wewnętrznego. Zyskał miano programu budowy wielkiego społeczeństwa (Great Society). Przemawiając w maju 1964 r. w University of Michigan Johnson powiedział m.in.: „Za naszego życia mamy szansę stać się nie tylko społeczeństwem bogatym i potężnym, ale awansować wyżej, dojść do wielkiego społeczeństwa. Wielkie społeczeństwo opiera się na obfitości i wolności dla wszystkich. Wymaga ono zlikwidowania nędzy i niesprawiedliwości do czego zobowiązaliśmy się za naszego życia”.
Zaczął od wojny z nędzą i uchwalenia ustawy o równych szansach ekonomicznych (Economic Opportunity Act.). Ustawa ta weszła w życie 20 sierpnia 1964 r.
Pod wpływem licznych protestów, zamieszek i buntów biedoty, Murzynów, młodzieży i wszystkich, którzy czuli się pokrzywdzeni i dyskryminowani Kongres i prezydent byli zmuszeni do zrobienia pewnych gestów, które uspokajały i tak już podminowane nastroje społeczne. Johnson krytykował tych, którzy protestowali i brali udział w zamieszkach w dzielnicach murzyńskich. Zajściom tym często towarzyszyły pożary, kradzieże i gwałty. Policja bezwzględnie rozprawiała się z demonstrantami. Krytycy Johnsona zwracali uwagę, że prezydent ponosi znaczną odpowiedzialność za te przejawy niezadowolenia, ponieważ prowadzi eskalację działań wojennych w Wietnamie, wysyła coraz więcej młodych ludzi do dżungli w Azji Południowo-Wschodniej, przeznacza coraz więcej pieniędzy na niszczącą wojnę i dokonuje cięć budżetowych na cele społeczne, co wywołuje niezadowolenie. Johnson uchodził za reklamiarza i lubi skupić uwagę na swojej osobie.
Lyndon Johnson był zaangażowany w niepopularną w USA wojnę w Azji Płd.-Wschodniej. Pozycja prezydenta zaczęła gwałtownie słabnąć. Wiosną 1968 r. po zamordowaniu Martina Luthera Kinga przez większe miasta amerykańskie przeszła fala gwałtowanych zajść połączona z paleniem dzielnic murzyńskich. Wrzało również na uniwersytetach. Prezydent Johnson nie był mile widziany w żadnym zakątku ani USA, ani świata. Wszędzie witały go masowe demonstracje i protesty. Zmusiło go to do rezygnacji z planów ubiegania się o kolejną kadencję.
Następca Johnsona, prezydent
Richard Nixon
zaostrzył i rozszerzył zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w Azji Płd.-Wschodniej. Za jego prezydentury (1969-1974) na ulicach miast amerykańskich często dochodziło do zaburzeń i demonstracji politycznych głównie z powodu eskalacji agresywnych działań amerykańskich w Azji Płd.-Wschodniej. Z inicjatywy administracji Nixona Kongres uchwalił m.in. ustawę o kontroli przestępczości i bezpieczeństwa na ulicach, oraz w 1970 r. ustawę o kontroli zorganizowanej przestępczości. W 1969 r. Biały Dom sporządził listę „wrogów” administracji Nixona. Znalazło się na niej ok. 200 osób, polityków, aktorów, profesorów, publicystów i innych znanych osobistości, które wypowiadały się krytycznie o polityce administracji Nixona. W maju 1970 r. żołnierze śmiertelnie postrzelili czterech protestujących przeciw wojnie w Wietnamie studentów Kent State University.
Ponieważ Nixonowi groziło usunięcie z urzędu w procesie impeachment oskarżonego o naruszenie prawa, w 1974 roku ustąpił on ze stanowiska i na fotelu prezydenckim zasiadł ówczesny wiceprezydent Gerald Ford. Wystąpił on z aktem łaski wobec Nixona, co spotkało się z protestami w społeczeństwie amerykańskim.
Ronald Reagan,
jako gubernator stanu Kalifornia zaciekle zwalczał liberalnych intelektualistów ze stanowych uniwersytetów kalifornijskich. To on zdymisjonował rektora University of California w Berkeley, Clarka Kerra. Jednego z członków władz uczelni, który sprzeciwiał się mu nazwał lżącym sukinsynem. Wolność słowa, o którą tyle lat toczyła się głośna walka środowiska akademickiego w Berkley, zdaniem Reagana nie obejmuje wolności głoszenia poglądów lewicowych. Jako gubernator Kalifornii, przeciw tak pojętej wolności użył sił policyjnych i gwardii narodowej na kilku uczelniach. Posunął się nawet tak daleko, że oświadczył: „Jeżeli doprowadzi to nawet do krwawej łaźni, trzeba na to pójść, by pozbyć się problemu. Wprawiło to w stan osłupienia wielu środowisk amerykańskich.
Mimo, że Ronald Reagan był popularnym prezydentem, niektóre z jego posunięć zarówno w polityce zagranicznej jak i wewnętrznej spotykały się z krytyką i protestem w Stanach Zjednoczonych. Jedną z takich spraw była afera zwana „Irangate” związana z dostarczeniem Iranowi broni amerykańskiej, co spotkało się z protestami w społeczeństwie amerykańskim.
W okresie prezydentury
George’a H.W. Busha
(1989-1993) gospodarka amerykańska znalazła się w stanie recesji, co dotknęło miliony Amerykanów. Miliony Amerykanów zadawało sobie pytanie: dlaczego prezydent tyle uwagi poświeca polityce zagranicznej w nie przedstawia skutecznego rozwiązania problemów wewnętrznych kraju. Z protestami społeczeństwa amerykańskiego spotkała się polityka podatkowa Busha przewidująca zmniejszenie podatków dla bogatych i podniesienia podatków dla reszty społeczeństwa. Nic więc dziwnego, że w 1992 r. przegrał on wybory prezydenckie z Williamem Clintonem.

Bill Clinton
wygrał wybory prezydenckie dzięki ambitnemu programowi gospodarczo-społecznemu i krytyce dość pasywnej polityce wewnętrznej ostatnich 12 lat rządów republikańskich prezydentów: Reagana i Busha. Lansowaniem programów społecznych zajmowała się w Białym Domu żona prezydenta Hillary.
W 1995 r. miały miejsce liczne akty terrorystyczne na terenie USA. Między innymi w Oklahoma City w wyniku eksplozji bomby, podłożonej w budynku federalnym. 19 kwietnia pod gruzami zginęło 169 osób. W odpowiedzi na liczne przejawy terroryzmu prezydent Clinton wystąpił z kompleksowym programem walki z tą zmorą życia wewnętrznego w USA. Zapowiedział zatrudnienie 1000 federalnych pracowników do walki z terroryzmem, utworzenie ośrodka do walki z terroryzmem wewnętrznym pod kierownictwem FBI. Zobowiązał producentów materiałów wybuchowych do załączenia mikroelementów, pozwalających następnie na ustalenie źródła pochodzenia materiałów, zaangażowanie wojsk do walki z tymi formami terroryzmu, gdzie broń chemiczna lub biologiczna może być użyta. Clinton przedłożył w końcu 1995 r. Kongresowi projekt kompleksowej ustawy pod nazwą Comprehensive Terrorism Prevention Act of 1995. Ponadto wydał polecenie wprowadzenia ostrych środków bezpieczeństwa w zakresie ochrony budynków federalnych.
Kongres uchwalił ustawę o walce z terroryzmem w kwietniu następnego roku, przeznaczając na ten cel 1 mld dolarów w ciągu następnych 4 lat. 24 kwietnia 1996 r. prezydent podpisał ustawę.
17 lipca 1996 r. rozerwał się w powietrzu, tuż po starcie z lotniska im. Kennedy’ego w Nowym Jorku w drodze do Paryża, samolot TWA Boeing 749 z 212 pasażerami i 18 członkami załogi. Wszyscy zginęli. Prezydent Clinton spotkał się 24 lipca z 30 członkami rodzin i przyjaciół ofiar tej katastrofy. Powiadomił również o nowych zasadach silniejszej kontroli na lotniskach i dodatkowych środkach bezpieczeństwa.
Największą porażką Clintona w polityce wewnętrznej było fiasko objęcia opieką lekarską milionów Amerykanów, którzy energicznie domagali się takiego programu. Clinton w tej sprawie nie docenił siły i wpływów potężnego biznesu zdrowia w USA.
Miałem okazję kilkakrotnie rozmawiać z Billem Clintonem. Jego aktywna postawa, którą demonstrował jako prezydent była odczuwana w bezpośredniej rozmowie. Uważam Billa Clintona za bardzo utalentowanego polityka. Równocześnie podzielam pogląd wyrażony przez sławnego futurologa amerykańskiego, Alvina Tofflera, który stwierdził, że „główną słabością jego (Clintona –L.P) było to, że był wyłącznie taktykiem, nie zaś strategiem”. Dla mnie Clinton był klasycznym przykładem zwierzęcia politycznego w arystotelesowskim tego słowa znaczeniu. Miał w sobie dużo charyzmy, dużo optymizmu, ale trzeba przyznać, że sprzyjało mu i szczęście.
George W. Bush
zanim objął w 2001 r. urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych był gubernatorem stanu Teksas . Atakowano go wówczas za liczne wyroki śmierci. Za jego rządów Teksas pobił wszelkie rekordy pod tym względem. Dokonano tam m.in. egzekucji pierwszej kobiety od czasu wojny domowej. Była nią Karla Faye Tucker.
W czasie jego prezydentury, jego polityka wewnętrzna jak i zagraniczna spotkała się z krytyką i protestami. M. in. w czasie pobytu w Genui, w lipcu 2001 r., gdzie odbyła się konferencja G-8 doszło do masowych protestów. W wyniku starć z policją zginął jeden z demonstrantów, 23-letni Carlo Guliani. „To tragiczna śmierć” – powiedział Bush. Skrytykował demonstrantów, którzy „twierdzą, że reprezentują biednych, ale nimi nie są”. Jest również tragiczne – powiedział – że wielu policjantów zostało rannych, „bo próbowali chronić demokratycznie wybranych przywódców i naszego prawa do omawiania wspólnych problemów”.
W czasie prezydentury Busha w Stanach Zjednoczonych wybuchła panika, kiedy kilka osób zmarło zarażonych wąglikiem. W Kongresie oraz w kilku budynkach rządowych również stwierdzono obecność wąglika. Bush prywatnie mówił ludziom ze swego otoczenia, ze ofiary wąglika traktuje jako ofiary wojny, jak rangersów, którzy zginęli w czasie służby w Pakistanie. Władze amerykańskie nie ustaliły źródła pochodzenia wąglika. W przemówieniu do narodu amerykańskiego 8 listopada Bush położył główny akcent na sprawy wewnętrzne po to, by uspokoić społeczeństwo i zapewnić je, że rząd czuwa nad bezpieczeństwem obywateli i ze Amerykanie powinni wrócić do normalnego życia.
Wiele kontrowersji i protestów pojawiło się w USA wokół rozporządzenia prezydenta o utworzeniu specjalnych trybunałowo wojskowych, które będą sądzić terrorystów zagranicznych oraz osoby podejrzane o współpracę z terrorystami. Bush podpisał to rozporządzenie jako naczelny dowódca sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych. Wielu liberałów i konserwatystów oraz obrońców praw obywatelskich protestowało przeciw tej decyzji. Rozprawy przed takimi trybunałami są zamknięte, wina oskarżonego nie musi być udowodniona, a od wyroku nie ma odwołania. Prezydent bronił jednak swej decyzji: „Muszę mieć taką opcję dostępną, jeżeli postawimy członków Al-Kaidy żywych przed sądem. W interesie naszego bezpieczeństwa narodowego leży abyśmy mieli wojskowe trybunały […] To są nadzwyczajne czasy”.
W miarę upływu czasu zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w Iraku spotykało się z coraz większym sprzeciwem. Protestujący Amerykanie domagali się wycofania wojsk amerykańskich z Iraku ze względu na ogromne koszty tej wojny, straty ludzkie i chaos jaki nadal istniał w Iraku. W 2006 roku dwie trzecie Amerykanów domagało się powrotu żołnierzy amerykańskich do domu. Prezydent Bush zwlekał jednak z taka decyzją.
Mimo, że
Barack Obama
był popularnym prezydentem przez dwie zwycięskie kadencje (2009-2017), to również w czasie jego prezydentury pojawiały się różne protesty społeczne. Muszę jednak przyznać, że jako prezydent najwięcej uwagi Obama poświęcił sprawom wewnętrznym, społecznym i ekonomicznym. Uśpiło choć nie całkowicie żądania społeczeństwa. „Dziś – powiedział prezydent więcej Amerykanów jest bez pracy i więcej ludzi pracuje ciężko za mniejsze pieniądze. Więcej z was straciło swoje domy i coraz więcej z was widzi, jak wasze domy tracą swoją wartość. Coraz więcej z was ma samochody, ale nie stać was na ich użytkowanie, macie rachunki, których nie możecie zapłacić i czesne, na które was nie stać… Dziś mówię Amerykanom demokratom i republikanom, i niezależnym w całym naszym wielkim kraju: mamy tego dość. Nadszedł czas, te wybory są naszą szansą, aby w XXI wieku ożywić amerykańskie marzenie”.
Społeczeństwo amerykańskie bulwersowały informacje o stosowaniu tortur przez wojska amerykańskie w Iraku, w Guantanamo, w Afganistanie. Protestujący podkreślali, że brutalne metody przesłuchiwania osób podejrzanych o terroryzm uznano za sprzeczne z prawem międzynarodowym i z prawem amerykańskim. Mimo nacisków społecznych Obamie nie udało się zlikwidować więzienia w Guantanamo.
We wrześniu 2011 r. zaczął się w Nowym Jorku spontaniczny ruch pod nazwa „Okupuj Wall Street”, jako protest społeczny przeciw chciwości i nadmiernym zyskom banków. Prezydent Obama zajął bardzo ostrożne stanowisko wobec tego protestu. Z drugiej strony zaś zwrócił uwagę, że są bardziej skuteczne metody rozwiązywania problemów aniżeli okupowanie parku na Manhattanie.
W Stanach Zjednoczonych jest wiele ofiar użycia broni palnej. M.in. w czasie maratonu w Bostonie 14 kwietnia 2013 r., gdzie zginęły 3 osoby i ponad 260 zostało rannych, Obama przedłożył w Kongresie propozycje ograniczenia dostępu do broni. Ale zgodnie z przewidywaniami z kwietnia 2013 r. poniósł porażkę. Oskarżył o nią lobby zbrojeniowe i republikanów. W czasie prezydentury Obamy, co kilka tygodni w Stanach Zjednoczonych miała miejsce masowa strzelanina z wieloma ofiarami. Po każdej nich Obama wyrażał oburzenie, że Kongres nie zgadza się nawet na wprowadzenie obowiązkowego rejestru posiadających broń, co mogłoby przyczynić się do zredukowania liczby ofiar. Tak było m.in. po strzelaninie w Orlando na Florydzie w czerwcu 2016 r., w wyniku której zginęło 49 osób a 53 zostały ranne. Była to największa masakra w historii Stanów Zjednoczonych. Obama, który przybył na miejsce zbrodni zapowiedział, że podejmuje działania „przeciw tym, którzy nam zagrażają”.
Po każdej strzelaninie lobby zbrojeniowe domaga się szerszego dostępu do broni, co rzekomo na zwiększyć bezpieczeństwo obywateli. Szacuje się, że w prywatnym posiadaniu Amerykanów jest ok. 300 mln sztuk broni na 329 mln obywateli. W październiku 2015 r. Obama tak powiedział: „Jedna sztuka broni przypada w Ameryce mniej więcej na każdego mężczyznę, kobietę i dziecko. Jak w tej sytuacji można wysuwać argument, że więcej broni zapewni nam większe bezpieczeństwo.
Barack Obama miał przeciwników głównie w kręgach konserwatywnych Amerykanów. W środowiskach liberalnych zarzucano mu bierność, tchórzostwo i nawet pacyfizm. W rzeczywistości Obama krytykował te środowiska i te organizacje, które naruszały i gwałciły prawa i swobody obywatelskie.
Autor jest profesorem w Akademii Finansów i Biznesu Vistula, b. posłem na Sejm (1991-2001) i b. marszałkiem Senatu (2001-2005).

Państwo, które się korporacjom nie kłania

Zimna wojna ideologiczna Zachodu z Chinami.

Czego nie może darować chińskiemu społeczeństwu Zachód: jego wielkie korporacje, państwo amerykańskie pod przywództwem prezydenta Trumpa, neoliberalni ekonomiści katedralni i bankowi, piewcy liberalnej demokracji?
Trwa swoisty bój trzech modeli społecznych różniących się rolą państwa w gospodarce i sposobami harmonizowania konfliktów społecznych. To państwa UE starające się połączyć efektywną gospodarką z resztówką państwa socjalnego. Dalej, państwo amerykańskie na usługach korporacji z sektora finansowego, zbrojeniowego, wydobywczego i teleinformacyjnego oraz autonomiczne państwo chińskie budujące społeczną gospodarkę rynkową.
Państwo chińskie ma na Zachodzie złą prasę. Autorytarne, nie ma respektu dla „zdrowych” zasad polityki gospodarczej, kontroluje internet, nie szanuje praw własności intelektualnej, „wyhodowało” koronawirusa, buduje Afrykanom autorstrady i hydroelektrownie podczas gdy Zachód organizuje im konferencje na temat rozwoju.
W skali historycznej jest fenomenem. Powtórzyło za życia jednego pokolenia osiągnięcia narodu japońskiego. Ten w drugiej połowie XIX w. skopiował osiągnięcia techniczne i instytucjonalne Europejczyków, każąc wątpić w ich wyjątkowość. Państwo ludu Han w ciągu ostatnich trzech dekad stworzyło system udanej symbiozy z mechanizmem rynkowym, wykorzystało postęp techniczny w teleinformatyce i transporcie morskim, połączyło go z wolnym handlem, by zbudować szybko rosnącą gospodarkę.
Fenomen państwa chińskiego polega na tym, że nie jest kontrolowane w wyniku demokratycznych wyborów jak na Zachodzie. Odnawia przywództwo podobnie jak Kościół Katolicki, a więc poprzez wybór w wąskim gronie swoich funkcjonariuszy, w tym przypadku działaczy partii nominalnie komunistycznej. Grono to wybiera kandydata, który w swojej dotychczasowej karierze wykazał się osiągnięciami rokującymi nadzieję skutecznego rozwiązywania wyzwań stojących przed wspólnotą.
Ostatnio stosunkowo szybko uporało się z epidemią koronawirusa w ludnej metropolii, jaką jest 11. milionowe Wuhan. Rząd, współdziałając z organami władzy lokalnej i z wolontariatem, wdrożył system zaopatrzenia w artykuły pierwszej potrzeby, tym samym zapewnił izolację konieczną do zastopowania pochodu wirusa. Konieczne okazało się z jednej strony ograniczanie swobody przemieszczania się, nakaz kwarantanny, z drugiej zaś – wykorzystanie internetu, sztucznej inteligencji do rozpoznawania potencjalnie zarażonych osób. Pomogły wielkie chińskie korporacje handlu internetowego oraz stworzony system dostawy bez kontaktu z kurierem. Środki te okazały się na tyle skuteczne, że już 90 proc. dużych firm wznowiło produkcję i chińska lokomotywa wzrostu po krótkim zwolnieniu tempa pędzi dalej.
Co różni chińskie państwo od standardów zachodnich?
Po pierwsze, państwo zachowuje względną autonomię wobec krajowego biznesu. Jest też poza zasięgiem global governance pod egidą USA: nie krępują je ani mechanizm zadłużenia, ani gwarancje bezpieczeństwa militarnego ze strony amerykańskiego patrona. Państwo Hanów wykorzystało wcześniejsze doświadczenia Japonii, Korei Pd., Tajwanu, doświadczenia ze strategicznym kierowaniem procesem modernizacji gospodarki i kontrolą napływającego kapitału z Zachodu. Stulecie penetracji chińskiej gospodarki przez zachodnie firmy i państwa nauczyło ostrożności. Zignorowało tym samym przykazania płynące z Waszyngtonu, dotyczące minimalnego państwa, deregulacji sektora finansowego, prywatyzacji sektora publicznego. Poszło drogą racjonalnego autorytaryzmu (P. Nolan).
Do wysokiej akumulacji dodało odpowiednią politykę makroekonomiczną: brak wymienialności juana, kontrolę inwestycji zagranicznego kapitału przez tworzenie stref specjalnych i spółek z udziałem kapitału chińskiego, ograniczało napływ kapitału portfelowego.
Tę chińską skuteczną politykę gospodarczą miał sparaliżować transpacyficzny traktat (TPP). Byłyby one zmuszone do udziału w gospodarce światowej na warunkach stworzonych przez USA, a więc z wykorzystaniem wielostronnych organizacji jednostronnych na użytek korporacji (BŚ, MWF, WTO); musiałyby też udostępnić swoje oszczędności sektorowi finansowemu Zachodu. Tutaj przyjacielem Chin okazał się sam prezydent Trump, odmawiając jego podpisania. W tej sytuacji neoliberalna globalizacja dalej umożliwia szybki wzrost chińskiego PKB.
Chiny zatem poszły inną drogą niż dawne społeczeństwa realnego socjalizmu w Europie. Te się wpisały w realia ukształtowane w interesie wielkich korporacji, oddały im sektor bankowy, rynek wewnętrzny, pozbawiły się przemysłu, zbudowanego wysiłkiem wielu pokoleń. Muszą się w tej sytuacji zadowolić statusem dostarczycieli taniej pracy montażowej, usług dla korporacyjnego biznesu w Mordorze, a ich „małe misie”, biedafirmy – komponentów dla światowych kolosów.
Po drugie, publiczne to nie bezpańskie
Chińskie państwo postawiło pod znakiem zapytania konwencjonalne mądrości o związkach własności i przedsiębiorczości. Mężowie uczeni reprezentujący teorię wyboru publicznego i szkołę austriacką w ekonomiii, popularyzowanej w Polsce przez korwinistów, „młodzieńczych” wolnorynkowców (R. Gwiazdowski, A. Sadowski, T. Wróblewskiego) i młodych konfederatów (A. Dziambor, S. Mentzen) wiążą przedsiębiorczość z własnością prywatną. Dlatego wydawało się niemożliwe połączenie konkurencyjnej gospodarki rynkowej z własnością wspólną czy społeczną. A jednak!
We współczesnym korporacyjnym kapitalizmie nie działają samotne wilki biznesu i minifirmy. Działają natomiast wielkie organizacyjne kolosy, o złożonej strukturze własności, stosunkach pracy i piętrowym zarządzaniu. Wokół nich kręci się chmara inwestorów, pożyczkodawców, spekulantów. W ich otoczeniu znajdujemy banki, fundusze inwestycyjne, emerytalne.
To wielka machina obracania kapitałem pieniężnym, produktami finansowymi, kredytami, długami. Operatorami tej maszynerii są profesjonaliści, tacy sami jak ci, którzy zarządzają publicznymi firmami czy bankami. Nie operują oni własnymi aktywami, np. na rynku amerykańskim stanowią oni około 80 proc. funkcjonariuszy tych instytucji, podaje Jacek Tittenbrun, w książce „Gospodarka w społeczeństwie”. Ponadto informacje, które kształtują ich decyzje dostarczają rynki towarowe, które na dodatek są niekompletne. Nie wyceniają ani dóbr przyrody (woda, utrata ziemi ornej, zanieczyszczone oceany), a także ignorują potrzeby przyszłych pokoleń.
Rodzaj własności ma tu niewielkie znaczenie. Tutaj bowiem dominują zawodowi zarządcy, którzy rzadko płacą za swe błędy, jak podczas kryzysu 2007/8. W tej sytuacji miarą skuteczności wyboru celów i strategii ich realizacji firm publicznych mogą być intersubiektywnie mierzalne preferencje społeczne, jak jakość życia czy zdrowia oraz konieczność finansowania ze środków publicznych służb, które je zapewniają. Osiągnięcia chińskiego państwa może pokwitować według zasady po czynach ich poznacie blisko 800 mln Chińczyków, którzy wyszli ze skrajnego ubóstwa. To głównie ich siłę roboczą eksploatują miejscowe i zagraniczne firmy, przy czym udział chiński w produkcji np. iPhone Apple’a wynosi 3,8 proc. wartości dodanej, amerykańskiego zleceniodawcy zaś 28,5 proc..
Po trzecie, indywidualizm jest fenomenem cywilizacji zachodniej
Sprzęga się on z szeroko rozumianymi wolnościami, które hołubią Amerykanie, a praktykują Europejczycy. W autodefinicji Zachodu demokracja i prawa człowieka stanowią najdonioślejszą jego zdobycz. Kapitalizm powstał jakoby po to, by mogła zatriumfować wolność jednostki, w praktyce sprowadzona do wyboru jednej z istniejących na „rynku” partii (pluralizm).
W tej koncepcji demokracja to przestrzeń wolnych wyborów, dokonywanych przez upodmiotowione jednostki, kierujące się własnymi interesami. Są one równe przed innymi, prawem i instytucjami. Państwo to tylko strażnik wolności jednostki i autonomii sfery prywatnej.
Kult jednostki, jaki się rozwinął w myśli liberalnej, wyrósł na podłożu chrześcijańskiej koncepcji człowieka. Jest jej subtelnym zeświecczeniem. W antropologii religijnej jednostce przysługuje godność, skoro jako obraz stwórcy, obdarzona jest łaskami teologicznymi (miłości do Boga, nadziei zbawienia). Filozofowie Oświecenia w miejsce Boga i Pisma wstawili Rozum, „zamienili łaskę bożą na cnoty obywatelskie”, pisze Terry Eagleton w książce „Kultura a śmierć Boga”. Nowej wierze w potencjał samorealizacji jednostki najlepiej służą i obywatelska równość, i prawa polityczne, i autonomia decyzji moralnych. Z tą różnicą, że swoje powołanie spełnia jednostka na ziemskim padole.
Tymczasem w społeczeństwie harmonii społecznej, ukształtowanym na etyce Konfucjusza, jednostka jest najpierw członkiem wielkiej rodziny, rodu, prowincji; od państwa zaś oczekuje sprawnego rozwiązywania problemów utrudniających życie. Pod tym względem państwo chińskie nie zawodzi. Chińskie PKB w 2016 wyniosło 11,2 bln dol., amerykańskich (według parytetu siły nabywczej 18,56 bln dol.). Spożycie wewnętrzne stanowi już 43,4 proc. PKB, inwestycje zaś 49 proc.. Chiny wydają na badania rozwojowe 2,3 proc. PKB (sciencemag.org/news/2018/10/surging-rd-spending-china-narrows-gap-united-states).
Posiadają też ogromne rezerwy walutowe, szacowane obecnie na ponad 3,3 biliona dolarów, w tym 40 proc. w amerykańskich papierach wartościowych. Tempo wzrostu w roku 2018 wyniosło 6,6 proc., rentowność (zyski) firm wyniosła 20 proc.. Może dlatego ani na demokrację liberalną, ani na indywidualne wolności nie ma parcia. Jest za to poparcie dla sprawujących władzę.
Wynosi ono stale według amerykańskiej Agencji PEW około 80 proc.. Nie zmienia to faktu, że obecnie tzw. wartości azjatyckie zastępuje „wiara w pieniądz”. Pojawiły się indywidualistyczne strategie dorabiania się, dążenia do bogactwa materialnego i luksusu, który zapewniają duże dochody. W relacjach międzyludzkich nastał czas bezlitosnej konkurencji, w następstwie – obojętność na wspólne cele
Po czwarte, kolejne światowe imperium czy tworzenie funkcjonalnej formy przywództwa światowego?
W historii powszechnej dominujące gospodarczo społeczeństwa wykorzystywały swoje państwa, by kształtować ład międzynarodowy najlepiej obsługujący potrzeby ich elit
ekonomicznych.
Chiny jak wszystkie dotychczasowi liderzy akumulacji kapitału (w kolejności Wenecja, Genua, Niderlandy, Anglia, USA) tworzy szerokie zaplecze dla swoich firm: rynki zbytu, zaopatrzenia w surowce i energię. Jeśli utrzyma autonomię wobec biznesu, być może, zrealizuje na stulecie powstania ChRL, przypadające w r. 2049, wielkie chińskie marzenie o społeczeństwie umiarkowanego dobrobytu dla wszystkich: Wielki Renesans Narodu Chińskiego. Wówczas bardziej sprawiedliwie niż obecnie podzieli dochód narodowy. Obecnie współczynnik Giniego wynosi 0,5, co świadczy o dużej rozpiętości dochodów i majątków.
Przed Chinami stoi wiele problemów: starzenie się społeczeństwa i związany z tym ubytek siły roboczej i wzrost współczynnika obciążenia demograficznego, nie zanikająca korupcja, deficyt ziemi ornej, krytyczny bilans wodny, handel i dostawy paliw przez Cieśninę Malakka, rozłączenie z braćmi z Tajwanu, amerykańskie lotniskowce na Morzu Południowochińskim, brak ubezpieczeń społecznych, eksploatacja siły roboczej jak w XIX w. kapitalizmie manufaktur i pierwszych fabryk.
Mając duże nadwyżki, państwo chińskie buduje infrastrukturę odtwarzającą dawne Jedwabne Szlaki, by znów połączyć krańce Euroazji; to samo robi w Afryce, częściowo w Ameryce Południowej – wszędzie szuka minerałów, ropy naftowej, ziemi ornej, przy okazji zastępuje firmy europejskie i amerykańskie.
Chciałyby zamienić swoje nadwyżki w amerykańskich obligacjach, stanowiące około 40 proc. całości, na aktywa produkcyjne, zwłaszcza firm posiadających nowoczesne technologie, w tym europejskie. Przypomina krajom centrum czasy eksportu ich kapitałów w okresie wychodzenia europejskich liderów przedsiębiorczości z wielkiej depresji lat 1973-1886, a po II wojnie światowej ekspansję USA.
Stąd łatwe skojarzenie z imperializmem i strach przed pułapką Tukidydesa, a więc wojny o ład światowy, dostosowany do potrzeb rodzimego kapitału. Analogie widzą głównie geopolitycy i geoekonomiści.
Patrzą oni na dzieje jako zmagania narodów o wielką przestrzeń, a to o Heartland Eurazji, a to o Rimland oceanów, niebawem o opanowanie kosmosu. W tej perspektywie obecny ład, zwany neoliberalną globalizacją, stworzyły Stany Zjednoczone w okresie, kiedy dominowała ich gospodarka.
Służy on amerykańskim korporacjom z sektora zbrojeniowego, wydobywczego finansowego i teleinformatycznego. Uczyniły one ze Stanów Globalnego Minotaura, przerabiającego, zdaniem Yanisa Veroufakisa, nadwyżkę światową na amerykańskie obligacje. Chiny mają inną wizję. Chcą tworzyć system wspólnej odpowiedzialności za sprawy światowe. To ład wielobiegunowy, zachowujący odrębność cywilizacji lokalnych, w którym znajdzie się system zaopatrzenia swojej gospodarki w deficytowe surowce i rynki zbytu, ale bez baz wojskowych, bez uznawania, jak USA, jakichś obszarów za „strefy żywotnych interesów” (Bliski Wschód, a wcześniej Ameryka Łacińska).
Świat będzie inny, ale czy gorszy?
Jeśli weźmiemy pod uwagę społeczeństwo, które powstało za oceanem, jego stosunek do eksploatacji surowców, poziom zużycia energii, ogromne zróżnicowanie dochodów i majątków, nihilistyczny stosunek do ochrony klimatu, poziom zbrojeń, rozwijanie nowoczesnych technologii dzięki Pentagonowi, a więc zawsze potencjalnie o zastosowaniach militarnych – wszystko to skłania do porzucenia amerykańskiej perspektywy oglądu Chin.
Także UE powinna szukać własnej drogi do wzajemnie korzystnego kształtowania gospodarczej i politycznej przestrzeni w Eurazji i usytuowania w niej Rosji. Europa ma konkurencyjny kompleks przemysłowy, który stworzyły w Europie Centralnej Niemcy, choć jest uzależniona od chińskich firm i taniej pracy Chinek i Chińczyków.
Tylko wartość niemieckiego eksportu samochodów do Chin sięga 1,4 biliona dolarów, a w nim znajdują się podzespoły produkowane w Polsce, podaje Grzegorz Kołodko w książce, „Czy Chiny zbawią świat?”. W dalszym ciągu gospodarka Europy, podobnie jak w Chinach, stoi przemysłem, przetwarza atomy, a nie bity. Te są ważne tylko tam, gdzie liczy się informacja. UE stoi przed koniecznością własnej oceny Chin, własnego bezpieczeństwa militarnego i energetycznego.
To samo zadanie czeka polskie elity rządzące – obecnie narodowo-prawicowe. Określają one i strategię narodową, i urabiają w tej materii opinię publiczną, żerując na rzadko kontrolowanych rozumem emocjach, głównie wobec Rosji.
W tej chwili obsługuje ona interesy amerykańskiego szeryfa, i na jego życzenie przecina szlak kolejowy przez Azję do Europy, jeśli nawet pominiemy brak infrastruktury do transportu intermodalnego, łączącego kolej i TIR-y. Nawet transport środków do walki z COVID-19 dla Niemiec dojechał koleją z Chin tylko do Kaliningradu, a dalej – statkami do Rostocku. Teraz chcą uczynić terytorium polski przedpolem możliwych konfliktów z udziałem broni atomowej, które rodzi rywalizacja USA i Rosji.
Polska myśl strategiczna nie może wydostać się z matni międzywojennych rojeń o mocarstwowości i fantasmagorii Międzymorza. Nie ma zamiaru wrócić znad Dzikich Pól do Weimaru. W okresie przedwyborczym warto o tym pamiętać, tym bardziej, że prezydent jest zwierzchnikiem sił zbrojnych.

Upadłe państwo, upadły kapitalizm

2,5 miliona więźniów, ponad 500 000 bezdomnych i 1,5 mln osób korzystających z noclegowni. 45 mln ludzi korzystających z kartek na żywność, by nie cierpieć głodu, 40 milionów bezrobotnych korzystających z zasiłków. Miliony mające problem z zapłatą czynszu za kolejny miesiąc. I jednocześnie: tylko amerykańscy miliarderzy wzbogacili się w ostatnich dwóch miesiącach o kolejne 430 miliardów dolarów, a kapitał dostał kolejne 500 miliardów od rządu w ramach ratowania rynków przed nimi samymi.

To Stany Zjednoczone, kolebka nowoczesnego kapitalizmu. Ten, jak określił to Cornel West „upadły eksperyment społeczny”, przez całe dekady stanowił główny, hegemoniczny wzór do naśladowania dla innych. Do tej pory cała nasza planeta jest kolonizowana w zgodzie z kolportowanymi przez Stany Zjednoczone wartościami.
Doktryna kapitału, która w XXI wieku miliony ludzi skazuje na walkę o elementarne prawa i przetrwanie nie ma prawa mieć przyszłości. Jej czas dobiega już końca.
Wybuch gniewu i niezadowolenia rozpoczął się od zabójstwa, którego dokonali amerykańscy policjanci. Za tym gniewem stoi jednak całe życie ściśnięte do getta, pełne upokorzeń i wyzysku. To nie jest walka na tle rasowym. Nie ma zresztą kwestii rasowej, która nie byłaby kwestią klasową i sprawą walki przeciwko wyzyskowi.
Afroamerykanie, osoby niezamożne, pracujący nielegalnie czy deklasowani ludzie pracy i ci, których pozbawia się elementarnego bezpieczeństwa są w Stanach Zjednoczonych kolonizowani dokładnie tak samo, jak ci, którzy padają ofiarą amerykańskiego wojska poza granicami tego kraju. O tym, że metody stosowane do agresji zewnętrznej stają się wewnętrzną normą, wiemy przynajmniej od czasu wydania Doktryny szoku, lecz teraz jesteśmy już świadkami kolejnej fazy późnego kapitalizmu. To kapitalizm katastroficzny, który zarządza i posila się kataklizmami poza swoim terytorium (pasożytując na wojnach i kryzysach), ale także dopuszcza do nich w swoich własnych granicach.
W rachunkach zysków i strat amerykańskiego kapitału przestało być opłacalne podtrzymywanie praw socjalnych, czy troszczenie się o bardziej zrównoważony rozwój. Ogromne nierówności i brak perspektyw dla całych rzesz amerykańskich obywateli nie biorą się jednak z błędów w kapitalistycznym zarządzaniu. Stany Zjednoczone uznały siebie za globalnego hegemona i światową stolicę kapitału finansowego. To są priorytety tego państwa. Utrzymanie hegemonicznego statusu USA stało się tożsame z utrzymaniem machiny wojennej i Wall Street. Środków na zrównoważony rozwój i sprawiedliwy podział już po prostu nie ma. Rosnące wpływy innych państw, utrzymanie szybko bogacącej się klasy właścicielskiej i sam rynkowy model wykluczają już inne rozwiązania. Istnienie elit w obecnej formie uniemożliwia przyjęcie jakichkolwiek reform. Zamiast tego jest więc deforma: USA to dziś modelowy przykład państwa stosującego wewnętrzny imperializm, które wyczerpuje swoje siły w walce z własnymi obywatelami. I to ten imperializm zawiódł, to właśnie jego nie chcą już protestujący demonstranci.
Wrogiem ludu jest państwo. I działania rządu Donalda Trumpa nieprzypadkowo wymierzone są teraz właśnie w Antifę. Ruch lewicowy, zwalczający faszyzm we wszelkiej postaci, może stać się organizacyjnym i politycznym zapleczem dla tysięcy demonstrantów protestujących w dziesiątkach miast USA. To często ludzie, którzy znają teorię, mają doświadczenie polityczne i mogą pokierować protestami tak, aby przyjęły one sensowną, polityczną postać. A z doświadczenia i historii wiemy, że rząd Stanów Zjednoczonych zawsze stosował brutalne policyjne metody w stosunku do wszystkich organizacji, które mogły stanowić dla niego polityczne zagrożenie. W podobny sposób rząd USA śledził i obstawiał agentami np. Malcolma X i wielu innych kluczowych przywódców ruchów emancypacyjnych, którzy byli podsłuchiwani, śledzeni i prześladowani. Jedynym przepisem na społeczny spokój, jaki znają Donald Trump i jego polityczni doradcy to dokręcenie śruby, jeszcze większe polityczne uciemiężenie i ewentualna likwidacja przywódców tego rodzącego się na naszych oczach ruchu oporu. To wszystko elementarz „walki z czerwonymi” spod znaku J. Edgara Hoovera, czego w kraju wspieranej przez CIA „Solidarności” nie wie prawie nikt, bo też i nikt nie ma prawa o tym wiedzieć.
Jeśli Antifa jest organizacją terrorystyczną, to czym jest rząd USA? Czym jest system polityczno-prawny, który przy pomocy wojska doprowadził do śmierci setek tysięcy ludzi w wielu państwach i robi to nadal?
Współczesne społeczeństwo nauczono widzieć tylko to, co podane wprost i co mieści się w dogmacie wiary w dobre państwo i dobro kierujące intencjami rządzących. To imaginarium prosto od Disneya, które wciąż siedzi w głowach znacznej części populacji. Państwo ocenia się bajkowo, niczym niewinnego jelonka Bambi lub święty Gondor z Władcy Pierścieni. Ofiary głodu, braku opieki zdrowotnej, ofiary wojen… Żadna z nich nie jest ofiarą rządu. Ci, którzy umierają przez zły system są sami sobie winni. Dzięki temu wina systemu i zalegalizowana prawnie przemoc oraz morderstwo stają się niewidoczne, bo kamery kierowane są tylko na niszczone sklepy. Inni po prostu nie istnieją, a przekaz wybielający istniejącą władzę może trwać w najlepsze. Bo pełen obraz rzeczywistości ma być kompletnie niedostępny, a ostatecznie najbardziej radykalnym dopuszczalnym medialnie głosem jest ten, który zrówna ofiary policji z ofiarami demonstrantów i będzie domagał się szybkiego zakończenia wszelkiej przemocy. To nie przypadek, że media nie prowadzą statystyk ofiar kapitalizmu. I już od dziecka wszyscy jesteśmy uczeni tego, że źli panowie to tylko ci, których nazwą złymi w istniejących mediach lub powiedzą tam o nich, że to terroryści.
Rzeczywistość jednak skrzeczy. Nie da się wmówić ludziom, że są szczęśliwi, kiedy grozi im koronawirus, tracą pracę, Amazon zarządzany przez najbogatszego człowieka świata obniża im pensję, żyją dzięki kartkom na chleb, a obok stoją wille i posiadłości należące do miliarderów. Jeśli dokładnie 2153 miliarderów posiada razem więcej niż 60 proc. światowej populacji (4,6 miliarda osób) to zabawa w udawanie, że wszystko jest w porządku, a własność trafia właśnie do tych, którzy na to zasłużyli powoli się kończy. W olbrzymim stopniu własność jest dziś po prostu w rękach beneficjentów obecnego systemu przemocy i stała się usankcjonowaną prawnie kradzieżą. To wręcz jej wskaźnik.
Ludzie, którzy umierają z powodu braku dostępu do podstawowej opieki zdrowotnej i których życie staje się codzienną walką o przetrwanie będą czuli rosnącą frustrację, gniew i w końcu dojdzie też do wrzenia. „Nie mogę oddychać” (hasło tych protestów) oznacza właśnie tyle: duszę się w rasistowskim imperium, które własnych obywateli traktuje niczym kolonizowanych, bezrozumnych i niewartych publicznej opieki medycznej idiotów, którzy zgodzą się na to wszystko.
We wstępie do „Szczęśliwego człowieka”, legendarnego już filmu Lindsaya Andersona, jest krótka, czarno-biała sekwencja, która w pigułce pokazuje rasistowską sprawiedliwość. Niewolnik, który chowa dla siebie cząstkę zbiorów ma szybko uciętą rękę i wszystko to dzieje się w majestacie prawa. Winny kradzieży niewolnik jest jedynym przestępcą, którego system dostrzega. Dziś sytuacja wygląda identycznie. Niewolnikom zachowano symboliczne prawo do protestu, ale tylko pod warunkiem, że nic on nie zmieni, żadnej części zbrodniczego systemu nie stanie się krzywda, a każda bardziej radykalna akcja spotka się ze strzelaniem, którym obecnie wprost już grozi Donald Trump.
Ostatnie pytanie brzmi: kto ma tu więcej do stracenia?

W cieniu koronawirusa

Polityka Trumpa wobec Chin.

Donald Trump spośród wszystkich dotychczasowych 45 prezydentów Stanów Zjednoczonych jest najbardziej zmiennym i nieprzewidywalnym prezydentem. Najlepszym tego przykładem jest jego polityka wobec Chin. W ciągu niespełna 4 lat swojej prezydentury Trump z jednej strony potrafił rozwijać wszechstronne stosunki i współpracę z Pekinem, z drugiej zaś strony ograniczać kontakty z Chinami i uznając je za głównego przeciwnika w globalnej rywalizacji amerykańsko-chińskiej.
Przyjrzyjmy się z punktu widzenia Waszyngtonu głównym problemom towarzyszącym obecnie stosunkom amerykańsko-chińskim. Istnieją one mimo, że aktualnie przykrywa je epidemia koronawirusa i wzajemne oskarżenia kto ponosi odpowiedzialność za jej wybuch. Ocenia się, że w USA w wyniku epidemii koronawirusa zmarło do dziś półtora milina osób, najwięcej spośród wszystkich krajów. Administracja Trumpa w osobie sekretarza stanu Mike Pompeo twierdzi, że wirus pochodzi z Wuhan choć zaprzeczają temu niektórzy Amerykanie. Chiny, które jako pierwsze państwo padły ofiara epidemii twierdzą, że kronawirusa przywlekli do Chin Amerykanie w czasie swoich wizyt. Wzajemne oskarżenia nadal trwają, chociaż Chińczycy jako pierwsi uporali się z epidemią a Amerykanie biją światowe rekordy pod względem liczby ofiar epidemii koronawirusa. Amerykańskie koncerny farmaceutyczne współpracują z niektórymi europejskimi nad wynalezieniem szczepionki antywirusowej, ale zastrzegają sobie prawo do korzystania w pierwszej kolejności po jej wynalezieniu.
Prezydent Trump korzysta z każdej okazji, by oskarżać Chiny o pandemię w skali globalnej i twierdzi, że Pekin mógł wstrzymać ogólnoświatowe rozszerzanie się epidemii ale nie uczynił tego. Trump zarzucał również Chinom, że zainicjowały „najgorszy w historii atak na nasz kraj”. W odpowiedzi na te słowa chińskie MSZ zaapelowało, aby rząd USA skoncentrował się na rozwiązywaniu własnych problemów i „zaprzestał rozszerzania dezinformacji i wprowadzania w błąd społeczności międzynarodowej”.
Pandemia koronawirusa okresowo przykryła, ale nie wyeliminowała ważnych problemów w stosunkach amerykańsko-chińskich. Oto niektóre z nich z punktu widzenia Waszyngtonu.
Administracja Trumpa w gruncie rzeczy prowadzi wojnę handlową z Chinami. Rząd amerykański uważa, że Chiny mając ogromną nadwyżkę w handlu z USA przyczyniają się do permanentnego deficytu handlowego Stanów Zjednoczonych. Prezydent Trump żąda od Chin zwiększenia zakupów w USA i stworzenia ułatwień dla amerykańskich instytucji finansowych w ich działalności na rynku chińskim. 15 stycznia br. Chiny zgodziły się zwiększyć import z USA o 200 mld dol. w ciągu dwóch lat i zmniejszyć tym samym amerykański deficyt handlowy. Obroty handlowe amerykańsko-chińskie są znaczące, przekraczają 600 mld dolarów.
Prezydent Trump swoim zwyczajem stwierdził, że utrzymuje dobre stosunki z prezydentem Xi Jinpingiem ale „na razie nie chce mu się z nim rozmawiać”.
Problemem we wzajemnych stosunkach USA-Chiny jest dostęp floty amerykańskiej do Morza Południowo-Chińskiego. Chiny uważają to morze za własny obszar i od 2015 r. budowały na tym obszarze własne umocnienia w postaci sztucznych wysp na których
znajdują się militarne instalacje. Waszyngton podobnie jak Wietnam i Filipiny nie uznaje chińskich roszczeń do Morza Południowo-Chińskiego uważając, że jest to obszar niezwykle ważny z punktu widzenia funkcjonowania globalnych szlaków żeglugowych. Amerykanie regularnie wysyłają swoje okręty wojenne na wody tego morza, co z kolei powoduje ze strony Chin oskarżenia Amerykanów o „prowokacje”. Waszyngton stanowcza sprzeciwia się chińskiej dominacji na Morzu Południowo-Chińskim i wzywa inne kraje do takiego sprzeciwu. Z takim apelem do innych państw wystąpił m.in. sekretarz stanu Mike Pompeo w oświadczeniu z 23 kwietnia.
Waszyngton i Pekin różnią się w ocenie sytuacji na Tajwanie. Ta różnica trwa 70 lat, kiedy w 1949 r. Czang Kaj-Szek proklamował Chińska Republikę na Tajwanie. Chińska Republika Ludowa uznaje Tajwan za część terytorium Chin. Rząd ChRL ostro zareagował, kiedy w maju 2019 r. doradca prezydenta Trumpa do spraw bezpieczeństwa narodowego John Bolton po raz pierwszy od 40 lat spotkał się z szefami obrony Tajwanu. Trzy miesiące później prezydent Trump zgodził się na dostawę dla Tajwanu sprzętu wojskowego włącznie z samolotami F-16.
Rząd Chiński ostro zareagował na tą politykę Trumpa i ostrzegł Waszyngton przed „wszystkimi konsekwencjami” ingerencji amerykańskiej w sprawy Tajwanu. Rzeczniczka chińskiego MSZ Hua Chunying oświadczyła, że sprawa Tajwanu dotyczy „chińskiej suwerenności, terytorialnej integralności oraz interesów bezpieczeństwa”.
Rząd USA jest przeciwny ekspansji chińskiej technologii 5G w USA i na świecie. Producentem technologii 5G jest chiński koncern Huawei. Koncern ten wszedł na rynki światowe w postaci 91 kontraktów globalnych, w tym są kontrakty z 47 krajami europejskimi i 27 krajami w Azji. Rząd prezydenta Trumpa uznał to za zagrożenia dla interesów i bezpieczeństwa USA zwłaszcza, że z krajami m.in. jak Kanada, Wielka Brytania, Australia czy Nowa Zelandia Waszyngton ma porozumieniu o ścisłej współpracy wywiadowczej.
Rząd amerykański uważa, że poprzez globalną popularyzację technologii 5G Pekin może uzyskać dostęp do systemów łączności w innych krajach i uczynić je nieskutecznymi. Sekretarz stanu USA Pompeo już w lutym 2019 r. ostrzegł inne kraje, że przyjęcie chińskiej technologii 5G szkodzi stosunkom tych państw ze Stanami Zjednoczonymi. Koncern Huawei stanowczo zaprzeczył oskarżeniom amerykańskim i zarzucił Waszyngtonowi, że chce doprowadzić do pogorszenia stosunków innych państw z Chinami.
Dotąd tyko Australia zakazała stosowania technologii 5G. Wielka Brytania wyraziła zgodę na ograniczone stosowanie technologii 5G. Waszyngton nadal zarzuca koncernowi Huawei, że broni przede wszystkim interesów chińskich.
Przestawiłem niektóre aktualne problemy w stosunkach amerykańsko-chińskich z punktu widzenia administracji Trumpa. Stosunki Waszyngton – Pekin są obecne w toczącej się w USA prezydenckiej kampanii wyborczej. Obaj głowni rywale, republikanin Donald Trump i demokrata Joe Biden wzajemnie się oskarżają o zbyt miękką politykę wobec Chin. A sytuacja jest dziś taka, że Trump ma więcej od swego rywala pieniędzy na kampanię wyborczą, Biden natomiast ma więcej głosów poparcia w skali ogólnokrajowej.

Bieda WHO

Stało się: Donald Trump groził Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), aż w końcu ogłosił, że jego kraj przestaje ją finansować, bo „jest źle zarządzana”.
To prawda, że prezydent USA chce w ten sposób pomniejszyć własne grzechy w zarządzaniu walką z epidemią covid-19 i przy okazji dołożyć Chinom, które oskarża o nadmierny wpływ na organizację. Ale WHO nie jest bez grzechu i nawet te kraje europejskie, które oburzyły się dzisiaj na amerykański „egoizm”, wzywają do reformy tej struktury, oskarżanej o „sianie paniki” bądź odwrotnie – o brak alarmowania na czas, jak w przypadku obecnej epidemii.
Co się stanie, gdy rząd Stanów Zjednoczonych przestanie dokładać się do budżetu WHO? Oczywiście brak największego donatora przejściowo ograbi organizację z części funduszy. Gdyby jednak pochylić się nad całościowym budżetem WHO, chodzi o ok. 10 proc., a i to liczone na wyrost, bo Amerykanie rutynowo opóźniają wpłaty lub wcale nie płacą. Tak naprawdę są „pierwszym donatorem” jedynie na papierze, bo w rzeczywistości na czele płatników stoi miliarderska, prywatna fundacja małżeństwa Billa i Melindy Gatesów. Chiny dają cztery razy mniej pieniędzy od niej i niespecjalnie się liczą w strukturze organizacji.
W gazetach można przeczytać, że USA finansowały WHO nawet w 22 proc., lecz da się to z wieloma zastrzeżeniami przyjąć jedynie w części państwowej budżetu organizacji. Część prywatna sięga już 80 proc. całości i jest wynikiem cokolwiek zgniłej ewolucji w podejściu do ochrony zdrowia na świecie. Kiedyś na WHO składały się tylko państwa członkowskie, ale dość szybko wpłatami zainteresowały się wielkie kapitalistyczne konglomeraty prywatne, bo finansowanie organizacji daje bardzo korzystne zwolnienia podatkowe.
Prawdziwy przewrót nastąpił w 1979 r., gdy inna prywatna fundacja (Rockefellerów), zasponsorowała „szczyt w Bellagio” (we Włoszech) na temat finansowania WHO, w którym wzięli udział m.in. Bank Światowy, fundacja Forda i Agencja Rozwoju Stanów Zjednoczonych. To dało impuls do prywatyzacji oenzetowskiej WHO, ów kurs na „filantropię”, który miał jej zapewnić globalne funkcjonowanie. Przyjęto nową politykę: składki państw zostały zamrożone pod naciskiem prywaciarzy, którzy zaczęli oczywiście domagać się oszczędności i interwencji zdrowotnych łatwych do oceny statystycznej, co z miejsca wyeliminowało wszelkie działania długofalowe.
Nie dość, że ta prywatyzacja, która pociągnęła za sobą rutynową grę różnych lobby, znacznie osłabiła WHO, to jeszcze stała się olbrzymim polem sprzeczności interesów. Weźmy fundację Gatesów. 5 proc. jej kapitału daje McDonalds, a 7 proc. Coca-Cola. Koncerny te, oprócz korzyści fiskalnych, mają okazję wpływać, by walka z otyłością lub fatalnym dla zdrowia nadużywaniem cukru nie stanowiła żadnych priorytetów. Do tego mamy u Gatesów producentów alkoholi, broni i oczywiście wielkie koncerny farmaceutyczne, jak GlaxoSmithKline, Sanofi-Aventis, Johnson & Johnson, czy Procter & Gamble. WHO jest skazana na polityczne kluczenie, by nie narazić ich na żadne straty, choćby otwarcie szkodziły ludziom.
Ów prawdziwy pierwszy donator WHO, fundacja Gatesów ze swą lukratywną obsesją pan-szczepionkową (wszystkie próby szczepionek robi w Afryce, co doprowadziło już do wielu nieszczęść), jak każdy koncern, okrada swój kraj za pomocą tzw. optymalizacji podatkowej, bo datki na WHO przynoszą za mało: co roku amerykański budżet traci prawie 5 miliardów dolarów na sprycie Billa Gatesa. Dzięki działalności takich „filantropów” amerykańska infrastruktura, nie tylko zdrowotna, przypomina już kraje Trzeciego Świata a WHO i inne „prywatyzowane”, humanitarne organizacje międzynarodowe stają się bieda-wydmuszkami, szamocącymi się między interesami wielkich oligarchów.
Wycofanie USA z wnoszenia pieniędzy do WHO nie spowoduje wielkiej katastrofy, bo i tak cały budżet tej organizacji nie przekracza budżetu jednego średniego, prywatnego szpitala w Stanach: jest dość łatwy do załatania przez innych prywaciarzy, którzy chętnie wpłyną na politykę organizacji, jeśli da się przy tym zarobić. Bez jej głębokiej reformy i zmiany sposobów finansowania jej znaczenie będzie maleć jeszcze szybciej niż dotychczas.

Miejskie powstanie przeciwko rasizmowi

W dziesiątkach amerykańskich miast od tygodnia trwają burzliwe demonstracje połączone ze starciami z policją, podpaleniami radiowozów i budowaniem barykad. Władze wprowadziły godzinę policyjną, wysłały na ulice tysiące uzbrojonych policjantów i żołnierzy Gwardii Narodowej, kilka tysięcy demonstrantów aresztowano. W Waszyngtonie rozgoryczeni demonstranci zbliżyli się do siedziby prezydenta Trumpa. Przez kraj przechodzi największa fala rozruchów od 1968 roku, gdy zamordowano Martina Luthera Kinga.

We wtorek 26 maja w Minneapolis wybuchły masowe protesty po tym, jak z rąk białego policjanta zginął czarnoskóry mieszkaniec miasta, George Floyd. Jeden z czterech białych policjantów wezwanych do interwencji w sprawie wykroczenia klęczał przez osiem minut na szyi Floyda, gdy ten wielokrotnie krzyczał, że nie może oddychać. Wyjątkowo brutalna forma zatrzymania oraz śmierć zatrzymanego w następstwie interwencji, sprowokowały niespotykaną od kilku lat falę oburzenia i gniewu. Mieszkańcy wyszli na ulice, starli się z policją, część z nich zaatakowała policyjne radiowozy, podpalono komisariat policji w którym pracowali policjanci odpowiedzialni za śmierć Floyda.
W mieście dochodziło już wcześniej to wystąpień ulicznych i zamieszek gdy z rąk policji ginął czarnoskóry mieszkaniec. Tak było w 2015, 2016 i 2017 roku. W skali kraju takich incydentów były dziesiątki. W większości przypadków odpowiedzialni za śmierć czarnoskórego człowieka policjanci unikali konsekwencji prawnych lub konsekwencje były symboliczne.
Media głównego nurtu skupiają się na aktach wandalizmu i grabieży jakich dopuszczają się demonstranci. Faktycznie, w trakcie zamieszek zapłonęły samochody, przypadkowe budynki, obrabowano kilka supermarketów i sklepów. Nie jest to działanie, które zjednuje sympatię mediów i opinii publicznej. Wszyscy chcieliby widzieć bardziej „cywilizowane” formy protestu. Dla lewicy i demokratów skuteczną formą walki politycznej są na przykład strajki i mobilizowanie mas do współnej walki, zamiast chaotycznych form przemocy i wandalizmu.
Ale w przesiąkniętej neoliberalnym dogmatyzmem kulturze politycznej Stanów Zjednoczonych, gdzie od lat promuje się egoizm, indywidualizm i konsumpcję zamiast idei jedności i solidarności, gdzie lewica i jej idee są od dekad marginalizowane i mają niewielki wpływ na świadomość najbiedniejszych, te „bardziej cywilizowane” formy nie są szerzej znane. Nie są one znane szczególnie wśród najbardziej upośledzonych społecznie warstw Ameryki.
Agresja i przemoc, której Czarni doświadczają niemal na co dzień ze strony państwa, policji i systemu, są często jedynym “językiem politycznym” jaki znają młodzi ludzie wychowani w czarnych gettach. Nic dziwnego, że na najbardziej jaskrawe akty przemocy i rasizmu ze strony policji i państwa, ludzie ci odpowiadają jedynym językiem jaki znają – aktami agresji i przemocy.
W takiej atmosferze rabowanie sklepów jest przez demonstrantów traktowane jako wyrównywanie rachunków z systemem, który jest odpowiedzialny za ich los. Akty te nie są przemyślanymi, racjonalnymi i zaplanowanymi działaniami za którymi stoi program i plan. Jest to spontaniczna, desperacka reakcja na frustrację i bezsilność czarnej mniejszości, która nie tylko w największym stopniu doświadcza skutków ekonomicznej zapaści i bezrobocia w ostatnim czasie, ale która jest też największą ofiarą Coronawirusa. Spośród przeszło stu tysięcy śmiertelnych ofiar epidemii w USA, ogromną większość stanowią właśnie Czarni.
Pierwszą reakcją prezydenta Donalda Trumpa na zajścia w Minneapolis nie była próba dialogu czy refleksji nad przyczynami takich nastrojów w mieście. Zamiast tego Trump użył Twittera do wystosowania groźby: państwo odpowie strzałami! Trudno się dziwić, że społeczność Czarnych nie czuje się w USA jak obywatele o pełnych prawach.
Skoro jedyną obietnicą jaką państwo ma dla zdesperowanej biedoty są kule karabinów Gwardii Narodowej, to należy stwierdzić, że protesty jakie widzimy w USA są w pełni uzasadnione a za ich chaotyczną, agresywną i brutalną formę odpowiadają wspólnie: klasa panująca, państwo i system.
Protesty te dają w pewnym sensie nadzieję na przyszłość. Oto w sytuacji, gdy na całym świecie postępowe ruchy masowej kontestacji są w kryzysie, są uciszane, poddawane represjom, marginalizowane poprzez narzędzia dezinformacji, fake newsów i dominacji mediów głównego nurtu, okazuje się, że rebelie i bunty mogą się narodzić całkowicie oddolnie, bez przywódców i poza tradycyjnym spektrum partii politycznych.
Z historii wiemy, że takie początkowo chaotyczne i niepozorne wybuchy społeczne mogą się przerodzić w gigantyczne fale rewolucyjne zdolne do zmiecenia rządów, reżimów politycznych czy nawet układów geopolitycznych. Niech świeżym przykładem będzie tu Arabska Wiosna. Choć klasom panującym w regionie i mocarstwom udało się już spacyfikować jej potencjał i siłę rażenia – na różne sposoby, często bardzo brutalnie i krwawo – to wolnościowe i demokratyczne idee Arabskiej Wiosny oraz doświadczenie wspólnej walki są tam wciąż żywe.
Protesty w USA są czymś więcej niż tylko odpowiedzią na zamordowanie Georga Floyda. Są też odpowiedzią na rasizm i arogancję Donalda Trumpa i reakcją na sytuację w jakiej znalazła się amerykańska biedota w obliczu kryzysu związanego z pandemią. Ale przede wszystkim są reakcją na dekady dyskryminacji i poniżenia, reakcją na organicznie rasistowski charakter systemu ekonomicznego i politycznego w USA.
Frustracja i chęć odwetu, nawet gdy chwilowo uśpione czy spacyfikowane, pozostaną wśród Czarnych w USA do czasu aż kwestia rasizmu i ucisku mniejszości nie zostaną rozwiązane. Dlatego należy wypatrywać kolejnych wybuchów gniewu, rebelii i powstań miejskich a ich forma może być daleka od tej jaką sobie wymarzymy.

Migracja w czasach zarazy

Setki migrantów i migrantek z Ameryki Środkowej, zatrzymywanych przez Amerykańską Ochronę Graniczną (Border Patrol), w cieniu pandemii COVID-19 znajdują się w sytuacji, w której nie mogą legalnie wrócić do ojczyzny. Nie mogą także pozostać w kraju tranzytowym, czyli w Meksyku.

Polityczny problem, przed jakim staje rząd Meksyku, staje się coraz trudniejszy do logistycznego opanowania. Portal Animal Politico podaje, że według Amerykańskiego Urzędu Celnego i Ochrony Granic tylko w marcu bieżącego roku na południowej granicy USA z Meksykiem 6306 osób nie dostało pozwolenia na przekroczenie granicy Stanów Zjednoczonych. Zdecydowaną większość stanowią tu obywatelki i obywatele Hondurasu, Gwatemali, Salwadoru, a także Nikaragui. Niezależnie od przynależności narodowej jednak ci, którzy nie zostają wpuszczeni do Stanów Zjednoczonych, zawsze trafiają do ośrodków detencyjnych w Meksyku.
Ośrodki detencyjne
Nigdy wcześniej w historii Meksyk nie był zmuszony przyjąć takich ilości deportowanych, kraj nie jest więc przygotowany na zapewnienie wystarczającej liczby miejsc dla wszystkich potrzebujących. Te natomiast znaleźć się muszą, gdyż pod presją pandemicznych okoliczności Gwatemala już w połowie marca oficjalnie zamknęła swoje granice. Nieoficjalnie jednak – poza kontrolą służb – setki osób codziennie przekraczają granicę w poszukiwaniu swojego sueño americano – czy raczej po prostu godnych i bezpiecznych warunków do życia. Niestety, zamiast do Stanów trafiają do meksykańskich ośrodków detencyjnych, które nie są w stanie zapewnić im odpowiednich warunków. Długotrwałe niedofinansowanie, braki w personelu oraz ogromne przepełnienie przyczyniły się do niezwykle trudnych realiów, jakim muszą stawiać czoła migrantki i migranci każdego dnia. Wszelkie próby protestów są ignorowane lub często brutalnie tłumione przez policję, Gwardię Narodową (hiszp. Guardia Nacional de Mexico) lub Meksykański Narodowy Instytut do Spraw Migracji (INM), jak miało to miejsce 31 marca . Protestujący, wzniecając ogień w ośrodku detencyjnym w mieście Villahermosa w stanie Tabasco, chcieli zwrócić uwagę rządu na niebezpieczeństwo, jakie stanowi zamknięcie ich w przepełnionych ośrodkach w dobie COVID-19 oraz przeciwstawić się brakowi możliwości powrotu do ojczyzny. Funkcjonariusze INM oraz Gwardii Narodowej uniemożliwili im ucieczkę, w wyniku czego poprzez zatrucie dymem zmarła 1 osoba, a ponad 14 zostało rannych. Jak podkreślają działacze La 72, organizacji wspierającej migrantów i migrantki na terenie stanu Tabasco, bezpośrednia odpowiedzialność za śmierć jednego z protestujących leży po stronie INM. Dodają, że tragedii można było uniknąć, gdyby zwrócono uwagę na ich postulaty.
Co dalej?
Dalsze losy deportowanych mogą potoczyć się dwojako. Część z nich otrzymuje możliwość opuszczenia ośrodka oraz dokument potwierdzający prawo legalnego pobytu w Meksyku na okres 90 dni. Ze względu na kryzysową sytuację ciężko jest im jednak znaleźć chociażby tymczasową pracę, a w strachu przed zarażeniem niewiele osób odważa się ofiarować im pomoc. Jako że nie mogą ani wrócić do ojczyzny, ani opuszczać rejonu w którym się znajdują, zmuszeni są szukać schronienia na ulicy. Inni dostają nakaz natychmiastowego opuszczenia terenu Meksyku. Według relacji działaczy i działaczek organizacji pozarządowych, przewożeni są oni autobusami do granicy z Gwatemalą i tam po prostu opuszczani, bez jedzenia, picia czy jakichkolwiek wskazówek co robić dalej. W tym wypadku również tłumione są wszelkie próby protestów, jak 23 marca, gdy Policja Federalna za pomocą armatek wodnych, gazu łzawiącego oraz przemocy stłumiła protest 50 deportowanych. Ze względu na zamknięte granice tylko obywatele i obywatelki Gwatemali mogą w „świetle prawa” wrócić do kraju. Osobom o honduraskim czy nikaraguańskim pochodzeniu pozostaje albo nielegalnie pozostać w jednej z przygranicznych wsi stanu Chiapas, notabene jednego z najbiedniejszych rejonów Meksyku, albo pieszo przekraczać Gwatemalskie góry ponownie jako ilegal ( hiszp. nielegalny/a migrant/ka), tym razem w drodze powrotnej.
Jak mówi Irineo Mujica, obrońca praw człowieka i działacz organizacji Pueblos Sin Fronteras, działania INM są “nieodpowiedzialne, okrutne i całkowicie poza kontrolą”. Apeluje on do podsekretarza Migracji i Praw Człowieka Alejandra Encinasa o rozwiązanie tego problemu, dodając, że jest on za niego odpowiedzialny zarówno prawnie, jak i moralnie.
Czy Meksyk płaci za mur?
Głosy meksykańskich specjalistek i specjalistów w zasadzie nie są włączane do debaty, która w dużym stopniu pozostaje zdominowana przez głosy anglojęzyczne. Raz na jakiś czas mainstreamowe media pokazują relacje migrantów z Ameryki Środkowej opowiadających o dramacie ucieczki i trudnościach, z jakimi się zmagają. Nie ukazują się w nich jednak przyczyny stojące za ich decyzją, czy świadectwa realiów, od których uciekają. Z świecą szukać wzmianek o antyrządowych zamieszkach w Nikaragui, w których zginęło ponad 300 osób, a ponad 2000 zostało rannych czy o wszechobecnej przemocy, ogromnej liczbie zabójstw, czy głębokiej biedzie panującej w krajach takich jak Gwatemala, Honduras lub Salwador. Zwyczajnie nie mają oni głosu we własnej sprawie. Marginalizacja bezpośrednich przyczyn ucieczki przyczynia się do zrzucenia odpowiedzialności za własne cierpienie na migrantów i migrantki. Nie jest jednak tajemnicą to, że za rozwój tragicznej sytuacji krajów Ameryki Środkowej częściowo odpowiada neokolonialna polityka, jaką od lat uprawiają Stany Zjednoczone.
W czerwcu 2019 prezydent Trump, za pośrednictwem posta na Twitterze, do czego niezawodnie przyzwyczaja nas od lat, wywołał niemałe zamieszanie, zapowiadając nałożenie 5 proc. taryfy na eksporty z Meksyku, jeżeli fala migrantów i migrantek z Ameryki Centralnej nie zmaleje, nie precyzując jednak o eksport czego dokładnie mu chodzi. Zrzucił w ten sposób odpowiedzialność za radzenie sobie z problemem na kraj o wiele mniej zamożny od USA, jakim jest Meksyk, który ponadto dla większości migrantów i migrantek zmierzających do Stanów jest jedynie krajem tranzytowym. Podobne praktyki zatrzymywania migrantów w krajach tranzytowych są sposobem znanym i lubianym także przez elity europejskie, które eksternalizują politykę kontroli migracji tak, aby zatrzymać jak najwięcej osób w państwach takich jak Turcja czy kraje Bałkańskie, przed dotarciem do strefy jurysdykcji Unii Europejskiej, zwalniając się z obowiązku rozpatrywania ich wniosków o azyl bądź pozwolenie na pobyt. Ciekawy raport na ten temat autorstwa Billa Frellicka, Iana M. Kysela oraz Jennifer Podkul wydał Journal on Migration and Human Security.
Kryzys polityczny, jaki wywołał swoim tweetem Trump, doprowadził do negocjacji między nim a prezydentem Meksyku, Andrésem Manuelem Lópezem Obrador, w wyniku których powołana do życia została Gwardia Narodowa. Strona internetowa meksykańskiego rządu podaje, że zadaniem Gwardii Narodowej jest, między innymi, tworzenie i zachowanie porządku publicznego czy obrona dóbr narodowych. W rzeczywistości jednak jej głównym zajęciem pozostaje ochrona południowej granicy Meksyku z Gwatemalą przed napływem migrantów i migrantek. Meksyk nie zapłacił za mur na granicy ze Stanami Zjednoczonymi, jak dziarsko zapowiadał to Donald Trump. Płaci jednak za uzbrojonych żołnierzy broniących granic kraju przed osobami, dla których jest on jedynie przystankiem po drodze do USA.
Migracja w cieniu pandemii
Migrantki i migranci, z reguły w nienajlepszym stanie zdrowotnym, z utrudnionym dostępem do czystej wody czy leków są jedną z najbardziej podatnych i wrażliwych na zarażenie grup w kontekście COVID-19. Jak izolować się w ośrodku przeznaczonym dla 30 osób, w którym znajduje się ich 60? Jak pozostać w domu, jeśli się go nie ma? Przepełnione centra detencyjne tworzą niebezpieczne skupiska, w których izolacja czy zachowanie wystarczających środków ostrożności są praktycznie niemożliwe. W większości z nich brakuje podstawowych środków prewencyjnych, takich jak żele antybakteryjne czy maseczki. Warto zaznaczyć tutaj, że nie jest to jedynie problem Meksyku. Panująca pandemia stwarza ogromne zagrożenie dla 272 milionów migrantów i migrantek na całym świecie. Restrykcje związane z zamkniętymi granicami, znaczne spowolnienie przetwarzania podań o azyl czy prawo legalnego pobytu, a także pogłębiająca się dezinformacja i niepewność dodatkowo pogarszają i tak od zawsze bardzo niestabilną pozycję, w jakiej znajdują się migranci i migrantki w każdym kraju. Ich sytuacja to dla mainstreamowych mediów i znacznej części opinii publicznej temat drugorzędny, dyżurny, który w dobie pandemii zagrażającej status quo bogatej północy przestaje kogokolwiek interesować.
Wyjątkowo przygnębiający jest fakt, że po uspokojeniu się kryzysu związanego z pandemią nadzieja na poprawę sytuacji jest złudna. Dyżurne tematy – jak sytuacja migrantów – pojawiają się raz na jakiś czas na końcu wieczornych wiadomości, poruszając nielicznych. Ciężar zapewniania podstawowej opieki medycznej czy zakwaterowania nie przestanie spadać na organizacje pozarządowe, które w większości przypadków mają mocno ograniczone możliwości. Rosnąca nieufność wobec obcokrajowców, nieudolność światowych rządów czy krążące nad światem widmo potężnego kryzysu ekonomicznego stawia migrantki i migrantów z całego świata w coraz cięższej pozycji, pozostawionych samych sobie. Światowa walka z COVID-19 powinna więc stawać się bardziej inkluzywna, a elity polityczne zaprzestać wartościowania ludzkiego życia według neoliberalnych standardów.

Koronacyjny krach polityki globalnej USA (część II)

Tragedię pandemii należy rozpatrywać jako zjawisko samoistne, ale, lepiej, w kontekście globalnym. W tym celu nie trzeba być politykiem, dyplomatą czy politologiem, żeby dostrzegać pogarszającą i komplikującą się coraz bardziej sytuację międzynarodową – i to pod każdym względem.

Uznałem za stosowne przeanalizować nieco szerzej powojenną ewolucję stosunków amerykańsko – chińskich nie tylko z uwagi na ich wielkie znaczenie globalne, lecz także po to, aby – poprzez tę soczewkę – uwidocznić niesamowite meandry, niekonsekwencje i najzwyklejsze, wręcz niezrozumiałe, błędy makro i miscalculations w polityce USA, odnoszące się również do wielu innych krajów, łącznie z naszym (np. fiasko amerykańskiego planu Sachsa/Balcerowicza). Jest to polityka nieefektywna i bardzo kosztowna, gdyż za poważne błędy, nieprzemyślane posunięcia i futurystyczne miscalculations trzeba srogo płacić. Niektórzy decydenci amerykańscy zdają się nie pamiętać, że 420.500 obywateli amerykańskich (w tym 12.500 cywilów) oddało swe życie, w słusznej sprawie, podczas II wojny światowej i że koszty udziału USA w tej wojnie przekroczyły 300 mld USD (obecnych; 431 mld USD ówczesnych) – dane ze źródeł Kongresu USA 1/. Owoce tego zwycięstwa zostały zaprzepaszczone w dużej mierze w wyniku kolejnych porażek militarnych USA w świecie i ich poronionej polityki globalnej.
Hard power:
Powracamy do głównego wątku rozważań zaczynając od stwierdzenia, iż główny historyczny błąd strategiczny USA polega również na preferowaniu rozwiązań siłowych (Hard Power) zamiast rozwiązań pokojowych (Soft Power) – w dążeniu do dominacji, hegemonii i Pax Americana. W Waszyngtonie doszli bowiem do przekonania, iż tylko siłą uda się skłonić inne państwa i narody do zaakceptowania owych „ideałów”. Znaczy to, że nie są one dostatecznie atrakcyjne i przekonujące dla innych. Np. jak je zrealizować w Arabii Saudyjskiej, będącej, do niedawna, potulnym sojusznikiem USA, ale już rewidującym swe stosunki z nimi? Co gorsza, również siłą nie można nikomu narzucić ww. „ideałów”, jak świadczy o tym bolesny przykład Kuby, Chile, Jugosławii, Libii, Egiptu, Iraku, Syrii, Afganistanu, a nawet Polski i in. W świetle tego, marzenie o „amerykanizacji” Rosji, Indii, Chin, Iranu czy nawet Unii Europejskiej graniczy wręcz z kosmicznym absurdem.
Wielce wymowny w tym kontekście jest casus Iranu, w którym USA usadowiły kiedyś cesarza Mohammada Rezę Shaha Pahlaviego i wpompowały około 5 mld USD (ówczesnych) w armię imperialną. Miało to stanowić gwarancję dla interesów naftowych USA w rejonie Zatoki Perskiej i dla bezpieczeństwa Izraela. Ale w Stanach nie przewidziano, że cesarz może zostać obalony. Protesty społeczne przeciwko niemu trwały od października 1977 r. Wreszcie, cesarz opuścił Iran w dniu 16 I 1979 r. i wyemigrował do Egiptu. Tam też został pochowany. Dokonała się I rewolucja islamska i zdobycie władzy przez fundamentalistów, którzy przejęli również armię imperialną i uzbrojenie amerykańskie. Ale młodzież i strażnicy rewolucji islamskiej protestowali nadal – tym razem przeciwko Ameryce. M.in. okupowali oni ambasadę USA w Teheranie i wzięli 52 zakładników, których przetrzymywali przez 444 dni.
Celem ich uwolnienia, Prezydent Jimmy Carter wydał rozkaz przeprowadzenia operacji „Eagle Claw” („Orli Szpon”). Wprawdzie oddziały specjalne wylądowały na pustyni irańskiej, dnia 24 IV 1980 r., ale ich misja zakończyła się nazajutrz totalnym i kompromitującym niepowodzeniem wskutek błędów i niedociągnięć taktyczno – technicznych (m.in. śmigłowiec US Air Force zderzył się z samolotem tankującym podczas burzy piaskowej. Piloci zginęli). J. Carter przegrał kolejne wybory. Irańczycy oddali zakładników Amerykanom dnia 20 stycznia 1981 r., dokładnie w dniu zaprzysiężenia nowego Prezydenta Ronalda Reagana. Jednak, od tamtej pory Stany boczyły i boczą się dalej na Iran, atakowały go ostro w propagandzie, nakładały sankcje, blokowały konta bankowe, nie importowały ropy naftowej i gazu, groziły uderzeniem w irańskie reaktory nuklearne itp. Względna normalizacja nastąpiła dopiero po zawarciu porozumienia ws. irańskiego programu nuklearnego, dnia 14 VII 2015 r., ale Prezydent D. Trump zerwał to porozumienie. Poza ww. wojną koreańską i wietnamską, historia post jałtańska zna jeszcze wiele innych awantur wojennych w wydaniu amerykańskim. Jest chyba źdźbło prawdy w ironicznych porzekadłach, iż „każdy Prezydent USA musi mieć swoją wojenkę” oraz że „USA nie mogą się obyć bez wroga”. Niektóre z incydentów i sytuacji konfliktowych były bardzo groźne, kryły w sobie ryzyko wybuchu wielkiej wojny. Np.,: – kryzys berliński (4 VI – 9 XI 1961 r.), kiedy władze radzieckie zarządziły blokadę miasta, aby powstrzymać odpływ ludności z Berlina Wschodniego. W odpowiedzi, Amerykanie zorganizowali zaopatrzeniowy most powietrzny. Potem, rozpoczęto budowę „muru berlińskiego”; – kryzys kubański (1962 r.), związany z radziecką próbą przetransportowania i zainstalowania na Kubie rakiet wymierzonych przeciwko USA. Jednak, mimo kolosalnego napięcia, Nikita Chruszczow i John F. Kennedy znaleźli rozwiązanie kompromisowe. Rakiety zostały wycofane. Bardzo groźne i brzemienne w potencjalne konsekwencje były także kolejne wojny na Bliskim Wschodzie, starcia wokół Tajwanu, czy bombardowanie Jugosławii przez lotnictwo USA/NATO (24 III – 10 VI 1999 r.), w czasie wojny w Kosowie. Wówczas to, zbombardowano nawet, chyba nie przez przypadek, gmach ambasady ChRL w Belgradzie oraz doprowadzono do rozczłonkowania pięknej i zasobnej naonczas Jugosławii na kawałki. Komu ona przeszkadzała?
Jednak polityka US Hard Power dała najbardziej negatywnie znać o sobie w następujących przypadkach: – wojna w Zatoce Perskiej (1990 r. – 1991 r.) kosztowała podatników amerykańskich ponad 61 mld USD i przyniosła nijakie rezultaty (może poza wypróbowaniem, na polu walki inteligentnych broni nowych generacji, tzw. smart weapons); – wojna w Afganistanie (2001 r. – praktycznie do dziś). Dotychczasowe koszty: ponad 1,5 bln USD. Suma ta może wzrosnąć do 5 bln USD, jeśli uwzględni się koszty ubezpieczenia żołnierzy, leczenia rannych i psychicznie chorych oraz odszkodowań dla rodzin zmarłych; awantura afgańska US Army urasta do rangi tragicznego symbolu niepowodzenia strategii Hard Power i polityki „z pozycji siły”; – podobnie jak wojna iracka (2003 r. – praktycznie, do dziś), wywołana pod fałszywym pretekstem posiadania broni masowej zagłady przez Saddama Husseina. Dotychczasowy koszt: ponad 800 mld USD; oraz setki tysięcy zabitych i rannych w ww. przypadkach. Donald Trump ocenia, że agresja amerykańska w Iraku przyczyniła się do… powstania Państwa Islamskiego. Fakt, że wojny te są tak przewlekłe świadczy o tym, że założone cele nie zostały osiągnięte i że strategia US Hard Power ponosi fiasko.
Szczególnym przypadkiem niepowodzenia USA w ramach tej strategii jest casus ukraiński i syryjski. Kiedy trwał II majdan (tzw. Euromajdan) w Kijowie, zapoczątkowany dnia 21 XI 2013 r., pewnego razu, pod „osłoną” owego majdanu, okręty VI floty US Navy (śródziemnomorskiej) przepłynęły nielegalnie przez cieśniny czarnomorskie i skierowały się ku… rosyjskiej bazie morskiej w Sewastopolu. Cel tej misji był jasny: zajęcie owej bazy. Ale Cziernomorskij Fłot był szybszy i nie dopuścił do tego, po czym Rosja odzyskała Krym. USA udało się wszakże zainstalować proamerykańskie władze na Ukrainie i doprowadzić tamże do powszechnego bałaganu, który Leszek Balcerowicz i Michaił Saakaszwili, ówcześni doradcy rządowi, mogli jedynie pogłębić.
Przypadek syryjski jest znacznie bardziej skomplikowany i niebezpieczny. W wyniku tzw. wojny sześciodniowej, w 1967 r., Izrael zajął, m.in., syryjskie Wzgórza Golan. Okupacja trwa do tej pory. Wystarczy tylko spojrzeć ze szczytu tych Wzgórz, by zrozumieć ich strategiczne znaczenie. W dole rozpościera się biblijne Jezioro Galilejskie, którego życiodajna woda przesyłana jest rurociągami na pola i sady izraelskie. Poza wszystkim, Syria ma priorytetowe znaczenie i położenie strategiczne na mapie Bliskiego Wschodu, także w kontekście państwa islamskiego. Obok Iranu, chyba Syria jest teraz największym wrogiem Izraela, a Izrael – Syrii. USA bronią więc Izraela, co zrozumiałe. W danym przypadku, Stany chciały powtórzyć w Syrii to, co zrobiły w Libii (zabójstwo Muammara Qaddafiego i ustanowienie władzy proamerykańskiej) oraz w Iraku (zabójstwo Saddama Husseina i ustanowienie władzy proamerykańskiej). O ile w poprzednich przypadkach świat przyglądał się dość biernie wyczynom amerykańskim, o tyle w odniesieniu do Syrii i – wcześniej – do Ukrainy, Rosja powiedziała: „stop” i wysłała tam swoje siły zbrojne. Bombardowania rosyjskie w Syrii zaczęły się dnia 30 IX 2015 r. Władza Baszira el-Asada i on sam zostali uratowani, póki co. Amerykanie zdębieli, bo – najwyraźniej – tego się nie spodziewali. To kolejny krach ich Hard Power Policy.
De facto, w Syrii trwa więc bezpośrednia zbrojna konfrontacja sił rosyjskich (z udziałem wojsk prorządowych) i sił amerykańskich (z udziałem armijek antyrządowych), Turków, Kurdów, terrorystów, islamistów i in. Niebywały galimatias polityczno – strategiczny. Jego końca nie widać. Tymczasowe zawieszenia broni kończą się, zazwyczaj, wznowieniem działań bojowych. ONZ jest bezsilna. Niewymowne są cierpienia ludności cywilnej. Ze źródeł ONZ i Ligi Arabskiej wynika, że liczba zabitych Syryjczyków przekroczyła już 400.000 osób, w tym 15.000 dzieci. Liczba obywateli, którzy musieli opuścić swe domostwa i szukać schronienia w innych regionach kraju = 6 mln; zaś liczba uchodźców syryjskich = ponad 5 mln osób. Bezradni Europejczycy znają ich gehennę, niejako, z autopsji. Koszty tej wojny są astronomiczne. Po stronie rosyjskiej: 3 mln USD dziennie (łącznie już ponad 500 mln USD); zaś po stronie amerykańskiej – cztery razy więcej, na dzień i ogólnie. Oto konkretne „wyniki” kolejnej poronionej US Hard Power Policy. Ale czy pozycja USA na Bliskim Wschodzie i w skali globalnej oraz bezpieczeństwo Izraela zostały umocnione? Raczej, wręcz przeciwnie. Ponadto, wojna w Syrii stanowi dziś najpoważniejsze zarzewie nie tylko szerszego starcia amerykańsko – rosyjskiego, lecz również wybuchu III wojny światowej. Jakby Stanom było za mało wojen prowadzonych przez nie w wielu państwach Północnej Afryki i Bliskiego Wschodu, US Navy i Air Force atakuje ostatnio Jemen.
I wreszcie, ułomności i nieadekwatność analizowanej polityki i strategii globalnej US widoczne są jaskrawo również przez pryzmat ich wojny z terroryzmem („War on Terror”). Terroryzm jest stary jak świat. Nie zaczynając od „Adama i Ewy”, godzi się przypomnieć, iż za jego protoplastów uważa się żydowskie ugrupowanie Sicarii (Nożownicy), którzy, w 1 wieku n.e., sztyletami mordowali w Judei tamtejszych kolaborantów ówczesnych władz rzymskich. Zaś, w naszych czasach, za punkt zwrotny w ewolucji terroryzmu i walki z nim uważa się atak samolotowy na wieżowce World Trade Center, w Nowym Jorku, dnia 11 IX 2001 r. Zresztą, okoliczności tej tragedii nie zostały jeszcze wyjaśnione do końca, w związku z czym ludzie gubią się w domysłach, w teoriach spiskowych i w spekulacjach. Tom Brokaw, bezpośredni świadek wydarzeń, stwierdził wówczas, że „terroryści wypowiedzieli wojnę Ameryce” („terrorists have declared war on America”). Słowom tym nadano znaczny rozgłos w USA i na całym świecie. Wkrótce potem, dnia 16 IX 2016 r., Prezydent George W. Bush proklamował, po raz pierwszy, Global War on Terror. Z natury rzeczy, wojna ta została wkomponowana w US Hard Power Strategy w skali światowej. Podejście władz amerykańskich do tej kwestii uległo zmianie nieco później. W 2013 r., Prezydent Barack Obama uznał, mianowicie, że kategoria Global War on Terror jest zbyt ogólna i wszystkoistyczna oraz że w walce z terroryzmem należy koncentrować się na konkretnych celach, obiektach i ludziach, zagrażających Ameryce. Zaczęło się, m.in., polowanie na przywódców terrorystów, głównie przy pomocy oddziałów specjalnych i dronów (np. zabicie Osamy bin Ladena, w dniu 2 V 2011 r. oraz imama Abu Bakra al-Baghdadiego, w dniu 27 X 2019 r.). Irak zajmuje smutne I miejsce na liście państw o największej liczbie ataków terrorystycznych.
Jednakowoż, wojna USA (i innych państw) z terroryzmem nie przynosi pożądanych efektów. Wręcz przeciwnie, przyczyniła się ona do znacznego rozszerzenia tej zmory XXI wieku. Tzn., że metodologia i efektywność tej wojny jest niewłaściwa. Od 2000 r. do dziś liczba ataków i zamachów terrorystycznych na świecie zwiększyła się przeszło dziesięciokrotnie, osiągając, łącznie, liczbę ponad 70.000 ataków i 150.000 zabitych oraz straty materialne rzędu 60 mld USD. Rekordowe liczby ataków zanotowano w następujących latach: 2006 r. – 14.371; 2007 r. – 14.414; 2014 r. – 13.482; 2015 r. 11.774 (i ponad 50.000 zabitych); do połowy 2016 r. – ponad 1.400 ataków i 12.000 zabitych 2/. Liczby rannych i okaleczonych są, z reguły, kilkunastokrotnie większe.
Kolejna miscalculation amerykańska polega więc na zwalczaniu, głównie, skutków (a nie przyczyn: wojny, bieda, poniżenie, głód i in.) terroryzmu oraz na stosowaniu, w odpowiedzi, terroryzmu państwowego. Tymczasem, nawet najpotężniejsza US Army nie będzie w stanie wygrać z terroryzmem, który jest przeciwnikiem nieuchwytnym, nieobliczalnym i działającym z zaskoczenia przy pomocy prostych acz coraz bardziej wyrafinowanych metod zabijania. Ponadto, błąd Ameryki (i Zachodu) polega na zrażeniu sobie całego Islamu, a nie tylko fundamentalistycznych i fanatycznych terrorystów. Źródła islamskie podają, iż, w okresie od 1990 do dziś „Zachód zabił ponad 4 mln muzułmanów”. Proszę bardzo!
Siła i słabość usa :
najpierw o sile. Generalnie, gdyby sporządzić bilans plusów i minusów USA, jako wielkiego mocarstwa globalnego, to uzyskamy obraz „słonia na glinianych nogach”. Bowiem, żeby prowadzić optymalną i efektywną politykę globalną, USA powinny dysponować odpowiednim potencjałem materialnym i moralnym, teoretycznym i praktycznym oraz realnym programem działania długofalowego i środkami jego realizacji. Tymczasem jednak, nie dysponują one żadnym z tych składników w odpowiedniej wielkości i o odpowiedniej jakości (oczywiście, z wyjątkiem sił zbrojnych, o czym poniżej). Bez wątpienia, siły zbrojne, są największym atutem USA w grze globalnej, stosunkowo nieźle dopasowanym do celów i charakteru Hard Power. Kolejny paradoks amerykański, w kontekście międzynarodowym, polega więc na przepaści (dysproporcji) między wygórowanymi ambicjami dominacyjnymi a niedostatecznymi możliwościami ich realizacji. Np. zamiast programu, działa się w sposób chaotyczny, od przypadku, do przypadku. Nawet, jeśli jakieś plany są, to brakuje ich dopasowania do obecnych i do przyszłych realiów globalnych (np. zmiany układu sił i in.).
Amerykańskie siły zbrojne liczą, pod bronią, łącznie 1.300.300 żołnierzy i oficerów oraz 811.000 rezerwistów. Wojska lądowe (the Army): 475.000 żołnierzy i oficerów służbie czynnej, 540.000 rezerwistów i członków gwardii narodowej, 5.000 samolotów i około 9.000 czołgów różnych typów; Marynarka wojenna (the US Navy): 329.000 marynarzy i oficerów, 430 okrętów wojennych, w tym 19 lotniskowców, 1 – w rezerwie, 3 – w budowie i 16(!) planowanych oraz 3.700 samolotów bojowych. Wojska lotnicze (the US Air Force): 333.772 osób, 5.137 samolotów bojowych, 450 międzykontynentalnych rakiet balistycznych (ICBM = Intercontinental Ballistic Missiles) i 63 satelity; potencjał nuklearny: 6.970 głowic (ładunków nuklearnych), 800 rakiet balistycznych i samolotów zdolnych do przenoszenia broni nuklearnej oraz 180 taktycznych bomb nuklearnych (tzw. pola walki) rozmieszczonych w Europie (!). Ponadto, 800 baz wojskowych USA rozmieszczonych w 150 krajach świata; np. w RFN stacjonują nadal 52.000 żołnierzy i oficerów amerykańskich, w Japonii – 36.00, w Korei Płd. – 29.000 i parę tysięcy w Polsce. Bez wątpienia, jest to największy potencjał militarny świata, którego lekceważyć nie należy. Ale co z tego, skoro USA przegrały wiele wojen (Korea, Wietnam) a innych wygrywać nie potrafią (Afganistan, Libia, Irak, Syria, terroryści itp.)?!

Jeszcze do niedawna, gospodarka była drugim potężnym atutem materialnym w polityce globalnej USA, ale ostatnio traci ona na znaczeniu, jest coraz mniej konkurencyjna i efektywna bowiem nadal produkuje dość dobrze, ale drogo. Jest to tym dziwniejsze, iż USA odgrywają wiodącą rolę w świecie w zakresie innowacyjności i postępu naukowo – technicznego. Powodów tego jest wiele, jak np.: – kryzys globalny (od 2007 r.), który Amerykanie sami sobie (i innym) sprokurowali i który bardzo silnie uderzył również w gospodarkę USA; – rozwój gospodarczy Chin i innych państw oraz konkurencja ze strony Unii Europejskiej; – wzrost cen wielu surowców niezbędnych w produkcji amerykańskiej; – niedowład powojennego światowego systemu ekonomiczno-finansowego, którego kurczowo trzyma się gospodarka USA i in. Pandemia i nowy kryzys gospodarczy pogorszy ten stan rzeczy.
Np., dług zagraniczny wynosi ponad 20 bln USD. Ale to nie wszystkie długi. Trzeba do nich dodać jeszcze zadłużenie producentów, konsumentów i długi ukryte, stanowiące, z reguły, trzy/czterokrotną wartość długu publicznego. Tak więc, łączne zadłużenie społeczeństwa i państwa amerykańskiego szacowane jest na około 190 bln USD (!), co oznacza ok. dziesięciokrotną wartość PKB. Od dawna, USA (podobnie jak Polska) żyją na kredyt, który kiedyś trzeba będzie spłacić. Ale kiedy, czym i jak? Oto jest pytanie oraz wielki problem USA i całego świata; oto są owe główne „gliniane nogi” słonia amerykańskiego. Bez przesady i realistycznie trzeba więc stwierdzić, iż ewentualne dążenie do wyplątania się z tego olbrzymiego zadłużenia może popychać niektóre siły w USA do awantur wojennych.
Teraz o najważniejszych słabościach. Za główną z mnich trzeba uznać anachroniczny i niewydajny system (ustrój) w USA: neoliberalizm, neokonserwatyzm, fetysz wolnego rynku, niby demokracja, państwo policyjne, brak optymalnej alternatywy opozycyjnej wobec prawie tożsamych partii rządzących, jedna po drugiej itp. Natura tego systemu jest tego rodzaju, że nawet, jeśli to wielkie mocarstwo dopracuje się poważnych wyników na określonym etapie swego rozwoju, to – po pewnym czasie – system generuje kryzys, który niszczy i pożera owoce rozwoju. Tak było w przypadku I kryzysu globalnego (przełom lat 20-tych i 30-tych XX wieku), jak również II kryzysu globalnego (od 2007 r. do dziś). Bolesne doświadczenia amerykańskie dowodzą, iż „niewidzialna ręka rynku” nie jest w stanie rozwiązywać nabrzmiewających problemów społeczno-gospodarczych (vide: casus walki z pandemią), w wyniku czego, w obliczu kryzysu, władza musi uciekać się do metod interwencjonizmu państwowego (np. ratowanie firm „zbyt dużych, żeby splajtowały”, drukowanie papierowych dolarów bez pokrycia, zamówienia wojskowe itp.). W USA toczy się wiele dyskusji systemowych, ale nie pojawiła się jeszcze całościowa, realistyczna i coraz bardziej niezbędna koncepcja, która byłaby alternatywą wobec przestarzałego ustroju. Dodajmy, że jego elementem jest także Global Hard Power Policy.
Inna słabość wynika z tego, co kiedyś stanowiło o sile USA, czyli z wielonarodowości i z pluralizmu kulturowego. Społeczeństwo amerykańskie jest niebywałym zlepkiem złożonym z niegdysiejszych uchodźców i azylantów, z przedstawicieli prawie wszystkich narodowości i grup etnicznych świata (dzisiaj medale olimpijskie zdobywają dla USA prawie wyłącznie czarnoskórzy sportowcy, potomkowie niewolników). Ww. słabość jest już poważnym czynnikiem rozsadzającym Stany od wewnątrz i, po części, z zewnątrz. Nasilają się konflikty na tle rasowym, etnicznym, religijnym, ksenofobicznym i ekonomicznym. Słynne zawołanie alterglobalistów amerykańskich: „1 proc. bogatych a 99 proc. ubogich” nie jest odległe od prawdy.
Właśnie wśród czarnoskórych mieszkańców nowojorskiego Harlemu, jeszcze w czasach studenckich, zauważyłem, chyba najsilniejsze w świecie, przejawy antysemityzmu. Liczba ludności USA wynosi ponad 322 mln. Obecnie już prawie 40 proc. tego społeczeństwa amerykańskiego mówi po hiszpańsku. Polish Americans jest około 9,5 mln (3 proc. ogółu ludności), Żydów wyznających judaizm jest 5,7 mln, a muzułmanów – około 7 mln (2,15 proc. ), z tym że ich liczebność dość szybko wzrasta. Muzułmanie z USA boleją nad tym, że wojska amerykańskie mordują ich braci w wierze w wielu krajach islamskich. Nie pozostaje to bez wpływu na podnoszenie poziomu radykalizacji w tej społeczności. W sumie, postępuje coraz wyraźniejsza dezintegracja społeczeństwa amerykańskiego.
Globalizacja – deglobalizacja :
trwająca do niedawna IV globalizacja była ważnym instrumentem w polityce i w strategii USA w skali światowej. Pod pojęciem globalizacji należy rozumieć proces integracji między państwami i narodami, polegający na wymianie ludzi, dóbr intelektualnych i kulturalnych oraz idei, wyrobów, usług, kapitału, inwestycji itp. Wyróżniamy 3 główne rodzaje globalizacji: polityczną, ekonomiczną i społeczną (szczególnie kulturalną). W II połowie XX i na początku XXI wieku, rozwojowi globalizacji sprzyjał imponujący postęp w zakresie znoszenia barier granicznych, środków transportu i łączności. W czasach nowożytnych, rozróżniamy, chronologicznie, cztery kolejne globalizacje: 1. post wiedeńska (po zakończeniu wojen napoleońskich i po kongresie wiedeńskim w 1815 r.), 2. post wersalska (po zakończeniu I wojny światowej i po traktatach pokojowych z 1918 r. i n.), 3. post jałtańska (po zakończeniu II wojny światowej i po zawarciu zmowy jałtańsko – poczdamskiej) i 4. post berlińska (po upadku muru berlińskiego i systemu dwubiegunowego w świecie, na przełomie lat 80-tych i 90-tych XX wieku).
Ten ostatni etap globalizacji był maksymalnie manipulowany i wykorzystywany przez USA – dla ich własnych celów i dochodów, z użyciem instytucji międzynarodowych zdominowanych przez Stany, szczególnie MFW i Banku Światowego. Zwłaszcza, amerykańskie (i zachodnie – w ogólności) koncerny wielonarodowe (tzw. multinationals) i monopole panoszyły się w świecie, zarabiając duże pieniądze pod pretekstem globalizacji. Etap ten zakończył się wraz z początkiem II wielkiego kryzysu globalnego, tzn. od roku 2007. Można powiedzieć, iż oznaczało to również kres IV globalizacji, po której powstała próżnia, którą trzeba będzie wypełnić nowym ładem międzynarodowym. Powrotu do starych praktyk globalizacyjnych i dyskryminacyjnych (preferowania bogatych i poniewierania biednych) być nie powinno. Tworzy się bowiem nowy wielobiegunowy układ sił na świecie. Nie wykluczam, że pandemia ma powstrzymać budowanie tego układu.
Z procesem globalizacji należy też kojarzyć dekolonizację, która doprowadziła do upadku imperiów kolonialnych i do zwiększenia liczby suwerennych państw narodowych (nation states) od 50 (przed dekolonizacją) do 192 – pod koniec XX wieku. Proces ten rozpoczął się od rozpadu imperium hiszpańskiego, jeszcze w XIX wieku. Następnie, po I wojnie światowej, rozczłonkowaniu i likwidacji uległy imperia kolonialne: niemieckie, austrowęgierskie, otomańskie i rosyjskie; a po II wojnie światowej: brytyjskie, francuskie, holenderskie, japońskie, portugalskie, belgijskie i włoskie; zaś po „zimnej wojnie” – „imperium radzieckie”. Teraz kolej na „imperium amerykańskie”. Tak więc, nie tylko poszczególne globalizacje, ale również kolonizacja zakończyła się klęską i niepowodzeniem kolonizatorów, którzy jednak zarobili na tym niemało kosztem wielkich ofiar, wyrzeczeń, rabunku i strat narodów oraz krajów kolonizowanych (wyzyskiwanych).
Najprawdopodobniej, droga do nowego ładu światowego i do systemu wielobiegunowego prowadzić będzie przez deglobalizację. Proces ten już faktycznie trwa w mikro skali oraz w sposób jeszcze nie skoordynowany i nie kontrolowany przez nikogo. Główną siłą motoryczną w tym procesie są Chiny oraz ich sojusznicy i partnerzy z BRICS, z ASEAN i in. Definicję deglobalizacji sformułować można następująco: jest to koncepcja określająca nową formułę i innowacyjną organizację gospodarstwa światowego. Uwzględnia ona intensyfikację powiązań międzyludzkich w świecie, ale stara się uwolnić je spod rygorów oraz dyktatu neoliberalizmu, globalizacji finansowej i wolnego rynku. Ma to być organizacja sprawiedliwa, humanistyczna i ekologiczna (czyli zrównoważony rozwój). Taryfy i opłaty celne powinny być określane stosownie do kosztów społecznych i ekologicznych produkcji towarów i usług, przy czym zakłady produkcyjne trzeba odpowiednio przemieścić (tzw. reterytorializacja).
Jednym z głównych promotorów deglobalizacji jest Walden Bello, człowiek lewicy, filipiński profesor socjologii i administracji publicznej, absolwent, m.in., Uniwersytetu Manilskiego i Princeton, wykładowca na wielu uniwersytetach amerykańskich i autor licznych publikacji na analizowane tematy 3/. W. Bello sformułował 14 zasad deglobalizacji, spośród których na podkreślenie zasługują następujące: – produkować, przede wszystkim, na rynek krajowy, a nie na eksport; – wprowadzić cła ochronne dla rynku krajowego, aby przeciwstawić się ekspansji wielkich koncernów i subsydiom państwowym sztucznie obniżającym ceny wyrobów tych koncernów; – położyć większy nacisk na jakość pracy i życia, a nie na sam wzrost gospodarczy (PKB); – zwiększyć udział odnawialnych źródeł energii w produkcji krajowej i światowej; – zapewnić równość płci w życiu politycznym i społeczno – gospodarczym; podejmować decyzje strategiczne nie via wolny rynek i technokratów lecz metodami demokratycznymi; – zwiększyć kontrolę społeczną nad sektorem prywatnym; – wprowadzić gospodarkę mieszaną („mixed economy”), uwzględniającą wszystkie formy własności; – zlikwidować MFW i Bank Światowy oraz utworzyć nowe instytucje finansowe nie na zasadach wolnego rynku i obiegu kapitału lecz współpracy i partnerstwa itp.
Prof. W. Bello uważa też, iż deglobalizacja nie oznacza cofnięcia wstecz świata, szczególnie gospodarstwa światowego, lecz zmierza do wypracowania alternatywy wobec zachowawczych projektów Światowej Organizacji Handlu. Podkreśla on, iż promotorzy dotychczasowej globalizacji doprowadzili ją (i siebie) do takiego stadium, że „starają się zarządzać czymś, czym zarządzać już się nie da…”). Kluczową sprawą jest również zmniejszenie luki rozwojowej między Północą a Południem, bogatymi a biednymi itp. Profesor krytykuje ostro koncepcje tzw. „szczęśliwej globalizacji”, która – rzekomo – mogłaby doprowadzić do postępu cywilizacyjnego w krajach Południa. W tym duchu, deglobalizacja ma służyć rozwojowi gospodarek krajowych, regionalnych i kontynentalnych, a nie ich degradowaniu oraz takiej restrukturyzacji gospodarstwa światowego i systemu politycznego, aby sprzyjał on odpowiednio sprawom ekonomicznym. Należy też położyć kres dominacji koncernów wielonarodowych, ich patologii pieniądza i żądzy zysku oraz lepiej zaspokajać potrzeby poszczególnych ludzi i całych społeczności. Trudno odmówić słuszności postulatom prof. W. Bello oraz zawartym w nich propozycjom ws. optymalizacji, racjonalizacji, zwiększenia efektywności, humanizacji polityki i gospodarki światowej oraz zrównoważonego rozwoju.
Uwagi końcowe :
Chcę wierzyć, że przedstawiona powyżej analiza ewolucji polityki globalnej USA i faktografia jej dotycząca, jako szeroki kontekst pandemii, upoważnia do stwierdzenia, iż poniosła ona totalne fiasko, mimo ogromnych nakładów i starań tego mocarstwa przez całe dziesięciolecia. Przykłady niepowodzeń można by mnożyć dalej, np.: osłabienie pozycji USA w Afryce, wyrywanie się Ameryki Południowej spod kurateli Waszyngtonu, a nawet coraz większe „nieposłuszeństwo” UE, także W. Brytanii, w stosunku do „silniejszego brata”. W każdym razie, żaden z głównych globalnych celów długofalowych i strategicznych USA nie został osiągnięty. Nie doczekaliśmy się ich panowania nad światem oraz uniwersalizacji modelu amerykańskiego i raczej nigdy nie doczekamy się już tego. Przyznaje to wielu Amerykanów, a wśród nich Prezydent Donald Trump, który wzywa do rewizji, do uelastycznienia i do modernizacji polityki globalnej USA oraz stwierdza, że mocarstwo to nie powinno już być „żandarmem/policjantem świata” 4/. Trudno o lepsze i o bardziej wymowne potwierdzenie, iż dotychczasowa polityka tej „żandarmerii” skończyła się niepowodzeniem. Model amerykański nie został urzeczywistniony w 100 proc. w żadnym z państw świata.
W świetle pandemii i obecnej sytuacji międzynarodowej, przed USA staje alternatywa natury zasadniczej: 1. albo ich dotychczasowa nierealistyczna polityka globalna będzie nadal kontynuowana, co doprowadziłoby do dalszego pogorszenia pozycji USA w świecie oraz do niebezpiecznego zaostrzenia stosunków międzynarodowych – w związku z amerykańskim dążeniem do osiągnięcia celów nieosiągalnych; 2. albo też Stany Zjednoczone zdecydują się na radykalne zreformowanie (wręcz odwrócenie) tej polityki, odstąpienie od dominacji, od hegemonizmu, od filozofii i praktyki Hard Power na rzecz Soft Power oraz na konstruktywne budowanie Nowego Świata wespół z innymi mocarstwami i państwami, co będzie z korzyścią także dla samych USA? Sadzę wszelako, iż proces dojrzewania państwa, społeczeństwa i establishmentu amerykańskiego do nowatorskich rozwiązań będzie jednak możliwy, ale dość powolny. Szkoda, bowiem w staraniach o przeobrażenie świata i o rozwiązywanie jego palących problemów, czynnik czasu odgrywa kluczową rolę.
Spodziewam się także, że reszta świata uwzględniać będzie w coraz większym zakresie nieuchronne metamorfozy dokonujące się w polityce globalnej (kontynentalnej, regionalnej i in.) USA oraz dostosowywać się będzie elastycznie do tych przemian. Naturalnie, powinny nastąpić zmiany podejścia innych państw do kwestii sojuszu i współpracy z USA. Bowiem, do tej pory, sojusze tego rodzaju i „gwarancje bezpieczeństwa” ze strony Stanów Zjednoczonych korzystały nieomalże z preferencji monopolistycznych i atrybutów wyłączności. Powiadano: jeśli USA cię nie obronią, to nikt inny cię nie obroni i jeśli USA cię będą bronić, to nikt inny cię nie zaatakuje. To czysta fantazja i pobożne życzenia. Teoretycznie, Stany Zjednoczone miałyby tak liczne grono państw i narodów do obrony, iż – w praktyce – żadnego z nich odpowiednio obronić by nie zdołały.
Proces wprowadzania zmian w podejściu licznych państw do USA i do polityki sojuszów z nimi jest w toku już od dłuższego czasu. Widać to nawet w przypadku najwierniejszych sojuszników: W. Brytanii, Francji, Niemiec, Kanady, Meksyku, Arabii Saudyjskiej, Izraela, Pakistanu, Turcji, Australii i in. oraz Indii, Unii Europejskiej, Brazylii, Wenezueli, czy Kuby, z którą USA bezproduktywnie zamroziły swe stosunki na okres 1961 – 2015 r. (embargo, blokada, dyskryminacja, groźby interwencji itp.). W trwającym procesie przeobrażeń, poszczególne państwa dążą, głównie, do wielobiegunowej i do pluralistycznej polityki sojuszów, odchodząc od monopolu amerykańskiego w tej mierze. W wyniku dotychczasowej pandemii państwo i społeczeństwo amerykańskie poniosło już kolosalne straty ludzkie, materialne i prestiżowe. Współczujemy – w nadziei na pozytywny renesans tego mocarstwa, dla jego i światowego dobra!
Najwyższy czas, aby stosowne zmiany i przeobrażenia jakościowe nastąpiły także w polityce zagranicznej RP, głównie w kwestii sojuszów. Przez cały dotychczasowy okres transformacji, władze polskie trzymały się kurczowo „klamki amerykańskiej”, były nader posłuszne i potulne wobec nowego „starszego brata”, a Polska niewiele korzystała na tym (raczej dopłacała do tego interesu). Co gorsza, przereklamowane gwarancje bezpieczeństwa dla RP ze strony USA i NATO mogą okazać się absolutnie iluzoryczne, w przypadku poważniejszego zagrożenia. Słowem, stosunki RP – US wymagają gruntownego przewartościowania, racjonalizacji, optymalizacji i partnerskiego rozwoju, stosownie do wymagań naszych czasów. Dobrze więc, że obecne władze RP dynamizują współpracę z Chinami, z Indiami, z państwami ASEAN, z Afryką i in., zmierzają do większej efektywności funkcjonowania ociężałego molocha UE oraz rozwijają współdziałanie w układzie regionalnym. Zdecydowanej normalizacji, uzdrowienia i poprawy wymagają jeszcze stosunki Rzeczypospolitej Polskiej z Federacją Rosyjską (Niemcy to potrafią). Trzeba Rosję traktować, z umiarem i ze wzajemnością, nie jako wroga i rywala lecz jako sąsiada, przyjaciela i partnera. Bowiem, bez tego, polityka RP na arenie międzynarodowej byłaby sparaliżowana w niemałym stopniu. Tego Polsce życzyć nie należy.
Odnośniki:
1/. Wydatki wojskowe Chin wynoszą 188 mld USD, a USA – 640 mld USD; PKB ChRL szacowane jest na 21 bln USD, a USA na 18,6 bln USD (w kategoriach PPP = Purchasing Power Parity, parytet siły nabywczej);
2/. Z kolei, amerykańska organizacja pozarządowa (laureat nagrody Nobla) – Lekarze na rzecz Odpowiedzialności Społecznej (Physicians for Social Responsibility), z siedzibą w Waszyngtonie, szacuje liczbę zabitych w dotychczasowych atakach terrorystycznych na ponad 2 mln osób;
3/. Np.: książka „Pomysły deglobalizacyjne w odniesieniu do nowej gospodarki światowej” („Deglobalization Ideas for New World Economy”, 1 VI 2004 r., Wydawnictwo Zed Books);
4/. Por. wypowiedź D. Trumpa w programie telewizji Fox News, z dnia 1 X 2015 r.

Palestyna zerwała porozumienie z Izraelem i USA

Prezydent Palestyny Mahmoud Abbas spotkał się w Ramallah z pozostałymi politykami palestyńskimi, by wyrazić jednolite stanowisko władz palestyńskich wobec jednoznacznej deklaracji nowopowstałego rządu izraelskiego o aneksji okupowanych ziem palestyńskich.
„Organizacja Wyzwolenia Palestyny i państwo palestyńskie są na dzień dzisiejszy zwolnione z wszelkich umów i porozumień z rządami amerykańskimi i izraelskimi oraz ze wszystkich zobowiązań opartych na tych porozumieniach i porozumieniach, w tym dotyczących bezpieczeństwa”, powiedział prezydent Abbas po spotkaniu. Jednocześnie złożył na rząd izraelski wszelką odpowiedzialność i dotrzymanie zobowiązań jako okupanta na terytorium Palestyny, które wciąż, według uchwały ONZ, pozostaje terytorium okupowanym państwa Palestyna, zgodnie z konwencją genewską z 1949 roku.
Następnie prezydent Mahmoud Abbas wyłożył stanowisko przywódców palestyńskich w ośmiu punktach, mi.in. uczyniono współodpowiedzialnym rząd USA za wszelkie naruszenia prawa międzynarodowego związane z okupacją ziem palestyńskich, zadeklarowano, że Palestyna wciąż pozostaje zainteresowana uregulowaniem konfliktu palestyńsko-izraelskiego, zadeklarowano także, że Palestyna jest zdecydowanie zaangażowana w zwalczanie międzynarodowego terroryzmu „bez względu na jego kształt lub źródło”, wezwano społeczność międzynarodową do kontynuowania nacisków na Izrael, by odstąpił od planów okupacyjnych oraz zadeklarowano, że Palestyna nigdy nie odstąpi od deklaracji powrotu na swoje ziemie.
„Ślubujemy naszym męczennikom i bohaterskim więźniom i rannym, że pozostaniemy wierni przysiędze aż do zwycięstwa, wolności, niepodległości i powrotu, aby wspólnie podnieść flagę Palestyny nad meczetem Al-Aksa i kościołem Grobu Świętego w Jerozolimie, wiecznej stolicy naszego państwa palestyńskiego”, wybrzmiało na końcu dokumentu.
Deklaracja Abbasa, poza symbolicznym znaczeniem, może być dotkliwa dla Izraela i USA w tym sensie, że zerwanie współpracy Palestyny w kwestiach bezpieczeństwa oznaczać może, że palestyńskie służby bezpieczeństwa nie będą ułatwiały swoim izraelskim i amerykańskim odpowiednikom działań związanych z zapobieganiem aktom zbrojnym przeciw izraelskim okupantom.