
Donald Trump uderzył w papieża Leona XIV po tym, jak głowa Kościoła ponownie potępiła wojnę, demonstracje siły i politykę prowadzącą do śmierci cywilów. Prezydent USA nazwał papieża słabym wobec przestępczości i fatalnym w polityce zagranicznej, zarzucił mu lęk przed administracją Trumpa, a cały spór sprowadził do osobistego afrontu wobec samego siebie.
Bezpośrednim tłem ataku były sobotnie słowa Leona XIV podczas czuwania modlitewnego o pokój. Papież mówił o „dość demonstracji siły”, „dość wojny” i wezwał przywódców państw, by zasiedli do stołu dialogu i mediacji, a nie do stołu, przy którym planuje się zbrojenia i śmiercionośne działania. Leon XIV nie wskazał Trumpa z nazwiska, ale przekaz był czytelny — był to sprzeciw wobec logiki przemocy, militaryzmu i polityki siły.
Trump odpowiedział brutalnie i bardzo konkretnie. Napisał, że nie chce papieża, który uważa za dopuszczalne posiadanie przez Iran broni jądrowej. Napisał też, że nie chce papieża, który krytykuje prezydenta Stanów Zjednoczonych za robienie dokładnie tego, do czego został wybrany. Oskarżył Leona XIV także o to, że potępia amerykański atak na Wenezuelę, oraz przedstawił go jako człowieka słabego wobec przestępczości, broni atomowej i szeroko pojętej polityki bezpieczeństwa.
Na tym jednak nie poprzestał. Trump poszedł dalej i popadł w otwartą megalomanię. Stwierdził, że Leon XIV został wybrany papieżem tylko dlatego, że jest Amerykaninem, bo Kościół uznał to za najlepszy sposób na radzenie sobie z prezydentem Donaldem Trumpem. Dodał też wprost, że gdyby nie on w Białym Domu, Leo nie byłby w Watykanie. To nie była już zwykła polityczna riposta, lecz demonstracja politycznego narcyzmu — przekonania, że nawet wybór papieża należy tłumaczyć przez pryzmat Trumpa i jego władzy.
W swoim wpisie Trump zaatakował również otoczenie papieża. Uderzył w jego brata Louisa, zestawiając go z Leonem XIV i podkreślając, że tamten jest „all MAGA”, więc „rozumie”, podczas gdy papież rzekomo nie rozumie niczego. Za cel obrał też Davida Axelroda, którego nazwał przegranym lewakiem i sympatykiem Obamy. W ten sposób próbował wpisać papieża w dobrze znany sobie schemat — jako figurę rzekomo podporządkowaną radykalnej lewicy.
Najbardziej wymowny był jednak ciąg dalszy. Po ataku na papieża Trump wrzucił wygenerowany przez AI obraz, na którym został pokazany w religijno-mesjanistycznej stylizacji — jako postać niemal cudotwórcza, w otoczeniu amerykańskich symboli i militarnej ikonografii. Ten obraz nie wyglądał już jak zwykła internetowa prowokacja. W zestawieniu z jego wpisem stał się wizualnym dopełnieniem tej samej megalomanii — autoprezentacji człowieka, który na wezwanie do pokoju odpowiada kultem własnej osoby.
Nie był to zresztą incydent wyrwany z szerszego kontekstu. Część ewangelikalnego zaplecza Trumpa od dawna opakowuje jego politykę wobec Iranu w język religijnej misji, duchowej walki dobra ze złem i biblijnego przeznaczenia. W tym środowisku pojawiają się porównania Trumpa do postaci biblijnych, a nawet próby przedstawiania go jako figurę niemal mesjanistyczną. Nie chodzi więc wyłącznie o jedną kontrowersyjną grafikę, lecz o szerszy klimat polityczno-religijnego uwznioślania przywódcy, który służy legitymizowaniu wojny i brutalnej polityki siły.
W tym samym układzie mieści się rola Pauli White-Cain, wieloletniej religijnej doradczyni Trumpa i jednej z twarzy jego zaplecza wiary. Jej obecność pokazuje, że religijna otoczka trumpizmu nie jest marginesem ani folklorem internetu, lecz elementem realnego zaplecza politycznego władzy.
Dlatego ten spór ma znaczenie większe niż kolejna awantura Trumpa. Papież mówił o pokoju, dialogu i kresie zabijania. Trump odpowiedział atakiem na papieża, próbą jego upokorzenia i autopromocją w niemal sakralnej oprawie. To zderzenie dwóch porządków — z jednej strony wezwania do zatrzymania wojny, z drugiej polityki, która nawet wobec śmierci cywilów potrafi przede wszystkim bronić własnego ego i własnego mitu.











