
„ – W jaki sposób można obalić pokojowo rząd?
– W tym kraju robimy to, co cztery lata”.
Ten cytat z mojego ukochanego filmu „Proces siódemki z Chicago” coraz głośniejszym echem wybrzmiewał w mojej głowie, podczas obserwowania wieczoru wyborczego na Węgrzech. Patrzyłam na szybko zmieniające się na ekranie cyferki, czytałam analizy dziennikarzy i politologów, gryzłam paznokcie. Bardzo chciałam się cieszyć. Włączyć ukochane piosenki o wolności, uwierzyć w to, w co jeszcze cztery lata temu uwierzyłabym bez trudu. W to, że oto na świecie dzieje się – uważajcie: dobra zmiana. Albo inaczej: że nadchodzą uśmiechnięte Węgry. Jednak za późno na takie uciechy. Wybory parlamentarne z 2023 r. nauczyły mnie, że zanim wybuchnę radością, na wieści o uśmiechniętym kraju, należy prędko sprawdzić, do kogo on się właściwie uśmiecha.
Kiedy Donald Tusk przejmował władzę w Polsce trzy lata temu, byłam już uformowana politycznie, wiedziałam, że na wielu poziomach jestem przeciwna temu, co reprezentuje sobą ten polityk. A jednak, z pełnym przekonaniem pisałam wtedy na łamach Trybuny:
Nie zgadzam się z polityką społeczną rządu Platformy Obywatelskiej z lat 2007 – 2015. Mogłabym bardzo długo pisać o reprywatyzacjach w Warszawie Gronkiewicz-Waltz i o tym, jak przed rządami PiS-u 500+ wydawało się nierealne – bo tak o nim mówili oddający wtedy władzę politycy. Ale wzrusza mnie Donald Tusk przejmujący władzę.
Co mnie tak wzruszało, zapytacie? Chciałabym napisać, że sama próbuję sobie to przypomnieć, ale przecież ja doskonale pamiętam. To uczucie zachwytu, szczęścia, przekonania, że wszyscy chwycimy się za ręce, weźmiemy do pracy, politycy naprawią państwo, zagwarantują równość małżeńską wszystkim obywatelom i obywatelkom Polski, uszanują prawo migrantów do azylu i szanowania tzw. praw człowieka, a kobiet – do decydowania o własnych ciałach. Doskonale pamiętam to uczucie nakręcającej do działania Nadziei.
Aż wstyd przyznać, jak szybko ta Nadzieja ze mnie uleciała. O tym, że wstyd, zorientowałam się właśnie w niedzielę wieczór, 12 kwietnia 2026 r. obserwując spływające z węgierskich komisji wyniki wyborów. Jestem córką ludzi, z pokolenia, które doświadczyło, społecznie współuczestniczyło w bezprecedensowo bezkrwawej zmianie systemu politycznego. Wnuczką osób z pokolenia, które przeżyło II wojnę światową, prawnuczką tych, którzy przeżyli I-szą. I co, i po trzech latach rządów neoliberalnej, dość tchórzliwej koalicji, nieumiejącej wziąć odpowiedzialności, za powierzony im przez naród złoty róg, tak łatwo przychodzi mi uwierzenie w to, że „w Polsce nic nie da się zrobić?”.
Kiedy przeczytałam, że sekretarz generalny NATO Mark Rutte złożył gratulacje Peterowi Magyarowi, zadzwoniłam do kogoś, kto widział w swoim życiu o wiele więcej przemian politycznych. Zadzwoniłam, jak na siebie, bardzo podekscytowana. W słuchawce usłyszałam „I myślisz, że co to zmieni? Co to zmieni dla Polski czy Europy”. A potem mój rozmówca stracił zasięg i postawił mnie z tym, dokuczliwym pytaniem.
Odpowiedzi na początku w ogóle nie widziałam, ale dość szybko zaczęła się stawać ewidentna, jak układająca się na moich oczach łamigłówka. We mnie to zmieni bardzo wiele. I myślę sobie, że wiele może zmienić też w głowach innych osób w moim wieku, które w podręcznikach od wiedzy o społeczeństwie czytały o zapowiedzianym przez Fukuyamę końcu historii, zdawały kartkówki z działania Trybunału Konstytucyjnego i niezbywalności prawa do azylu, żeby szybko dowiedzieć się, że to wszystko nieprawda. Że demokracja neoliberalna gwarantuje wolny rynek i wolne wybory – niewiele więcej.
No więc na Węgrzech mieliśmy wolne wybory. Okazało się, że żadna władza, nawet wspomagana jednocześnie przez Imperium Rosyjskie i Imperium Amerykańskie – o ile nie sfałszuje głosowania, raz na cztery lata może zostać odwołana. Często w ostatnich dniach przywoływany węgierski pisarz i publicysta Sandor Marai napisał, że „największym nieszczęściem narodu jest przyzwyczajenie się do braku wolności”. W niedzielę 12 kwietnia okazało się, że Węgrzy się nie przyzwyczaili. I przypomnieli światu, że do nieestetycznych, niekomfortowych i niehonorowych sytuacji po prostu nie wypada się przyzwyczajać.









