
Izrael nie ma dziś żadnego moralnego prawa pouczać innych o faszyzmie i przyzwoitości. Ale to nie znaczy jeszcze, że Konrad Berkowicz działa tu bezinteresownie. Jego sejmowy happening ze swastyką, późniejszy rozgłos i obecne zasięgi — liczone w dziesiątkach tysięcy polubień i milionach odsłon — pokazują, jak łatwo przekuwa ten skandal w paliwo polityczne. Wykorzystuje go do budowania własnej rozpoznawalności, wzmacniania pozycji w swoim środowisku i promowania linkowanej przy okazji zbiórki opatrzonej hasłem „Gaza”, której środki — jak pokażę dalej — mogą być wydawane bardzo szeroko i w sposób daleki od jednoznacznie opisanej pomocy humanitarnej.
Punktem wyjścia jest skandaliczny incydent z udziałem izraelskiego żołnierza, który ciężkim młotem rozbił figurę Jezusa Chrystusa w południowym Libanie. Libański dziennikarz opublikował zdjęcie przedstawiające izraelskiego wojskowego niszczącego figurę. Siły Obronne Izraela potwierdziły, że fotografia rzeczywiście pokazuje ich żołnierza podczas misji w południowym Libanie. IDF zapowiedziały działania wobec osób zaangażowanych i zadeklarowały pomoc w ponownym ustawieniu figury. Gideon Sa’ar, minister spraw zagranicznych Izraela, nazwał zniszczenie „haniebnym czynem” i przeprosił „wszystkich, a zwłaszcza chrześcijan”.
Przeprosić po prostu musiał. Taki obrazek uderzał w ważny element izraelskiej narracji na Zachodzie — opowieść o wspólnym froncie „judeochrześcijańskim”, tak chętnie podtrzymywaną przez proizraelskie środowiska ewangelikalne w Stanach Zjednoczonych. To zarazem ważna część elektoratu Donalda Trumpa, który od lat ślepo i odruchowo wspiera Izrael. Wizerunek izraelskiego żołnierza rozbijającego figurę Jezusa był dla tej opowieści wyjątkowo niewygodny. Tego nie dało się zamieść pod dywan.
Na ten wpis odpowiedział Radosław Sikorski. „Dobrze, że minister Sa’ar szybko przeprosił, było za co. Należy ukarać tego żołnierza ale i wyciągnąć wnioski wobec sposobu w jaki są formowani. Żołnierze IDF sami przyznają się do zbrodni wojennych. Zabijali nie tylko cywilnych Palestyńczyków ale nawet własnych zakładników” – napisał szef polskiego MSZ.
Sa’ar się zagotował i odpowiedział mu ostro. „Zdecydowanie odrzucam pańskie bezpodstawne i oszczercze wypowiedzi pod adresem Sił Obronnych Izraela” – stwierdził. Dodał, że „w każdej wojnie zdarzają się incydenty operacyjne”, a IDF są „profesjonalną i etyczną armią”. Przekonywał też, że żadna zachodnia armia „nie zwalcza terroryzmu precyzyjniej” i że Izrael stale dąży do „minimalizacji ofiar wśród ludności cywilnej” — choć według danych cytowanych przez Reuters liczba zabitych w Gazie przekroczyła 71 tys., a od październikowego rozejmu zginęło ponad 750 cywilnych Palestyńczyków.
W końcówce swojego wpisu szef izraelskiej dyplomacji uderzył jeszcze w polską debatę. Zasugerował Sikorskiemu, by „zamiast moralizować, osobiście potępił haniebny, antysemicki incydent, który widzieliśmy w polskim parlamencie w zeszłym tygodniu”. Chodziło o zachowanie Konrada Berkowicza, który wniósł do Sejmu flagę Izraela, na której zamiast gwiazdy Dawida znalazła się swastyka.
Tę sprawę Berkowicza podjęła również ambasada Izraela w Polsce. Nie skończyło się na potępieniu sejmowego wybryku. Ambasada przypomniała też stare zdjęcie Berkowicza, na którym wykonuje nazistowski salut.
I tu, wchodząc na moment w rolę adwokata diabła, trzeba zaznaczyć jedno — wbrew temu, co insynuuje strona izraelska, Berkowicz faszystą nie jest, choć być może oberwie mi się za to od części czytelników. To raczej polityczny syn JKM, neoliberalna, darwinistyczna, powielająca kremlowską propagandę onuca niż faszysta w ścisłym sensie tego słowa. Sam twierdził, że to były żarty i wygłupy, a niektórzy mówili też, że chodziło o konkretne żarty wymierzone w jakiegoś faszystę. Jeśli tak, to można mu tu akurat częściowo przyznać rację o tyle, że polityczna szydera bywa czasami skuteczniejsza niż danie komuś w mordę.
Ale od razu trzeba przypomnieć kontekst, który od lat krąży wokół tej fotografii. W różnych relacjach i późniejszych tłumaczeniach ludzi z tamtego środowiska (chociażby u Korwina-Mikke) pojawiała się wersja, że gest miał być szyderą z… Krzysztofa Bosaka. Jeśli tak było, chichot losu jest dziś wyjątkowo brutalny. Berkowicz jest przecież dziś sejmowym kolegą Bosaka w tej samej Konfederacji, a sam fakt, że ktoś hajluje z szyderczym uśmiechem pod czyimś adresem, o czymś jednak świadczy. Nie robi się tego wobec polityka kojarzonego z „normalną prawicą”.
Co do oceny działania posła Berkowicza nie powinno być żadnych wątpliwości. Wniesienie do Sejmu flagi Izraela ze swastyką było skandaliczne i niedopuszczalne. Ale w mojej ocenie Berkowicz jest tu co najwyżej jełopem oraz być może cwaniakiem (o czym dalej szerzej). Marszałek Czarzasty ma rację, mówiąc, że pokazywanie swastyki w polskim Sejmie nie jest w żaden sposób usprawiedliwione i że nie ma zgody na wnoszenie na salę sejmową emblematów faszystowskich. Tego rodzaju analogia i ten symbol nie wzmacniają krytyki Izraela, tylko ją osłabiają, bo natychmiast przesuwają uwagę z ofiar i zbrodni na awanturę o samą swastykę. Ale z tego incydentu wciąż nie wynika moralne prawo Izraela do pouczania kogokolwiek. Tym bardziej że mówienie o państwie izraelskim jako o państwie noszącym znamiona państwa faszystowskiego nie bierze się znikąd. Berkowicz zbija na tym polityczny kapitał, który potem może wykorzystać do przepychania swoich własnych, skrajnie szkodliwych poglądów. Bo w sprawie Izraela, jakkolwiek oceniać samego Berkowicza, mówi ostro o faktach, które dostrzega już większość Polek i Polaków. W dobie swobodnego dostępu do informacji każdy może dziś zobaczyć zdjęcia trupów z Gazy, zburzonych domów i zabitych dzieci. A mimo to polskie uczelnie, polskie firmy i część polityków nadal zachowują się tak, jakby nad wszystkim tym dało się po prostu przejść do porządku dziennego.
Berkowicz ubija dobry interes?
Sejm musiał Berkowicza ukarać, bo nie mógł zostawić bez reakcji happeningu opartego na swastyce. Problem w tym, że każda taka kara pozwala mu sprzedawać się jako prześladowanego za „mówienie prawdy”, choć w istocie został ukarany nie za krytykę Izraela, tylko za durny i niedopuszczalny sposób jej opakowania. Być może uznał, że ewentualne kary są warte świeczki wobec możliwego zysku, jaki może na tym zbić. A moim zdaniem zdecydowanie są. Nawet jeśli mówimy tylko o zysku politycznym. Ale warto spojrzeć, też na kolejny aspekt.
Po całej akcji Berkowicz wykorzystuje zdobyty rozgłos do promowania zbiórki opatrzonej hasłem „Gaza”.

Problem polega na tym, że z samego opisu tej akcji nie wynika wcale jasno, iż chodzi o bezpośrednią pomoc humanitarną dla mieszkańców Gazy. Przeciwnie — Fundacja Nowe Spektrum pisze wprost, że „środki zebrane w ramach tej zbiórki zostaną przeznaczone na realizację celów statutowych”. Fundacja Nowe Spektrum nie jest żadnym neutralnym bytem z zewnątrz, tylko fundacją założoną przez polityka Konfederacji Grzegorza Płaczka. Te cele statutowe są przy tym bardzo szerokie. Obejmują działalność społeczną, oświatową, publicystyczną, gospodarczą i kulturalną, wspieranie postaw patriotycznych, prospołecznych i prozdrowotnych, rozwój nowych technologii, tworzenie treści i rozwiązań internetowych, promocję osób budujących i promujących wartości patriotyczne oraz naukowe, a także analizowanie kwestii ekonomicznych, politycznych, społecznych, zdrowotnych i kulturalnych. Do tego dochodzą jeszcze działania wydawnicze, szkoleniowe, internetowe, organizowanie wydarzeń, kampanii informacyjnych, zbiórek, akcji promocyjnych i charytatywnych oraz różne formy wsparcia prawnego, edukacyjnego, socjalnego i finansowego.
Statut przewiduje również szeroką działalność gospodarczą fundacji, a nawet możliwość przekazania pozostałych po jej likwidacji środków innym fundacjom o zbliżonych celach. Innymi słowy — nie mamy tu prosto i jednoznacznie opisanej zbiórki na pomoc dla Gazy, tylko finansowanie bardzo szeroko rozumianej działalności fundacji polityka Konfederacji pod szyldem Gazy.
W najgorszym razie może to oznaczać, że ludzie wpłacający w przekonaniu, iż pomagają ofiarom ludobójczej wojny, w praktyce zasilają nie przejrzysty i rozliczalny kanał pomocy humanitarnej, lecz całe polityczno-medialne zaplecze środowiska, które tę zbiórkę firmuje. Hasło jest o Gazie, ale formuła prawna zostawia bardzo szerokie pole do wydawania tych pieniędzy na rzeczy zupełnie inne niż bezpośrednia pomoc dla mieszkańców Strefy Gazy.
Mam nadzieję, że mimo moich wąpliwości środki rzeczywiście trafią na realną pomoc dla mieszkańców Gazy. Warto pilnować, czy za tą zbiórką pójdą konkretne przelewy, działania i realna pomoc.

Źródło: nowespektrum.pl


Cyrk Berkowicza nie zmienia sedna
Wracając jednak do sedna, a nie do gierek Berkowicza, którym przyjrzę się pewnie ponownie w kolejnym artykule, trzeba powiedzieć wprost. Państwo Izrael nie ma dziś żadnego moralnego prawa pouczać innych o faszyzmie.
Nie można milczeć wobec faktu, że 30 marca Kneset przyjął ustawę czyniącą karę śmierci przez powieszenie domyślną sankcją dla Palestyńczyków skazanych w sądach wojskowych za śmiertelne ataki. Krytycy i eksperci ONZ wskazują, że konstrukcja tej ustawy jest dyskryminacyjna, bo w praktyce ma uderzać w Palestyńczyków, a nie w żydowskich Izraelczyków dopuszczających się podobnych czynów. To rasistowski mechanizm podwójnego standardu. Kary śmierci chce się wobec Palestyńczyków, ale nie wobec żołnierzy i funkcjonariuszy, którzy robią rzeczy takie jak opisane niżej.
Jedną z wielu takich historii, opisaną w zeszłym miesiącu przez BBC, jest sprawa rodziny Bani Odeh. Dwunastoletni Khaled Bani Odeh wracał z rodziną z zakupów i kolacji w Nablusie. Gdy byli już kilka minut od domu w Tammun na okupowanym Zachodnim Brzegu, izraelskie siły otworzyły ogień do samochodu. Na miejscu zginęli jego ojciec Ali, matka Waad oraz dwaj młodsi bracia – Mohammed i siedmioletni Othman. BBC podało, że Othman był niewidomy i miał niepełnosprawność. Siedział na kolanach matki.
„Moja mama krzyknęła po raz ostatni, a potem ucichła” – relacjonował chłopiec. „Mój ojciec wypowiedział szahadę (red: muzułmańskie wyznanie wiary), kiedy umierał”. Jak informuje BBC, gdy izraelscy funkcjonariusze próbowali wyciągnąć z auta jego brata Mustafę, Khaled próbował interweniować. „Wyciągnęli zamiast niego mnie i zaczęli skakać mi po plecach” – mówił. „Potem zabrali mnie na bok i wypytywali, kto był w samochodzie. Powiedziałem im, że moja matka i ojciec. Oskarżyli mnie o kłamstwo i zaczęli mnie bić”. Najwyraźniej prawda o cywilnej rodzinie nie pasowała im do wpojonego schematu, w którym Palestyńczyk z definicji uchodzi za terrorystę.
Izraelska armia tłumaczyła, że samochód rodziny „przyspieszył w stronę sił”, które poczuły zagrożenie i odpowiedziały ogniem. BBC przytoczyło jednak relację świadka mieszkającego przy tej samej drodze, który tę wersję podważył. Mężczyzna mówił, że auto skręciło w ulicę, zatrzymało się i dopiero wtedy padły strzały. Nie słyszał żadnych ostrzeżeń. „Ogień był skierowany bezpośrednio w samochód” – relacjonował. „Słyszałem tylko krzyk kobiety w aucie. Małe dzieci płakały, zanim zostały zabite”.
Jeszcze mocniejsze są relacje ratowników. Jeden z członków załogi palestyńskiego Czerwonego Półksiężyca stwierdził, że oboje rodzice i jedno z dzieci mieli rozerwane części głowy. Nie chodzi więc o jakąś mglistą „tragedię wojenną”, ale o strzały w głowy oddane z premedytacją do cywilnej rodziny w samochodzie. Wokół auta leżało mnóstwo łusek. Mieszkańcy mówili o ponad 50 łuskach po nabojach z karabinów szturmowych.
Do tej historii dochodzi jeszcze jeden element charakterystyczny dla działań IDF – bezkarność. Jak wskazuje izraelska organizacja Breaking the Silence, funkcjonariusze biorący udział w tej strzelaninie do tej pory nie zostali nawet przesłuchani. W takim kontekście izraelskie pouczenia o faszyzmie i moralności brzmią po prostu niewiarygodnie.
Państwo, które nie rozlicza zabicia cywilnej rodziny, nie ma prawa stawiać się innym w roli nauczyciela przyzwoitości. Poważne wątpliwości budzi we mnie także przyzwoitość posła Berkowicza, chciałbym wierzyć, że przynajmniej one nie okażą się one w pełni uzasadnione. Trzeba sprawy pilnować!
PS. Już po napisaniu tego tekstu podobne wątpliwości opisał też portal Zero.pl. Z relacji Krzysztofa Jabłonowskiego wynika, że sam Grzegorz Płaczek nie wskazuje jednego, konkretnego kanału pomocy humanitarnej dla mieszkańców Gazy, lecz odwołuje się do szeroko opisanych działań statutowych fundacji, w tym publicystycznych i edukacyjnych, a o sposobie wydania pieniędzy władze fundacji mają zdecydować dopiero po ustaleniu wysokości zebranej kwoty. To pokazuje, że moje obawy nie są całkiem nieuzasadnione. Oby właśnie w tej sprawie okazały się przesadzone, a środki rzeczywiście trafiły tam, gdzie wielu wpłacających zapewne chciałoby je widzieć — na realną pomoc dla mieszkańców Gazy.









