
Sukcesja po António Guterresie wchodzi w decydującą fazę. W tym tygodniu czworo oficjalnych kandydatów na stanowisko sekretarza generalnego ONZ przejdzie publiczne przesłuchania, które mają być wstępem do wyboru nowego szefa organizacji pogrążonej jednocześnie w kryzysie zaufania i problemach finansowych.
O stanowisko ubiegają się była prezydent Chile Michelle Bachelet, dyrektor generalny Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej Rafael Grossi, szefowa agendy ONZ do spraw handlu i rozwoju Rebeca Grynspan oraz były prezydent Senegalu Macky Sall. Każde z nich będzie przez trzy godziny odpowiadać na pytania przedstawicieli 193 państw członkowskich oraz organizacji społeczeństwa obywatelskiego.
To dopiero drugi raz, kiedy ONZ organizuje taki publiczny sprawdzian kandydatów. Mechanizm wprowadzono w 2016 roku pod hasłem większej przejrzystości, ale formalna otwartość nie zmienia najważniejszego faktu. Ostateczny układ sił wciąż zależy przede wszystkim od Rady Bezpieczeństwa, a w praktyce od pięciu stałych członków posiadających prawo weta – Stanów Zjednoczonych, Chin, Rosji, Wielkiej Brytanii i Francji.
Właśnie tam pod koniec lipca rozstrzygnie się wszystko. Już teraz widać zresztą, że nowy sekretarz generalny nie będzie wybierany w politycznej próżni. Ambasador USA przy ONZ Mike Waltz zapowiedział, że następca Guterresa powinien pozostawać w zgodzie z „amerykańskimi wartościami i interesami”. To brzmi jak jasny sygnał, że Waszyngton chciałby widzieć na czele ONZ kogoś politycznie wygodniejszego niż obecny sekretarz generalny. António Guterres od lat często krytykował logikę świata podporządkowanego interesom jednego mocarstwa, mówił językiem multilateralizmu, praw człowieka i bardziej wielobiegunowego porządku. Łatwo więc zrozumieć, że dla obozu Trumpa Guterres jest raczej problemem niż partnerem. Dlatego wybór jego następcy będzie w dużej mierze próbą ustawienia ONZ pod bardziej posłuszny kurs.
W tle trwa też spór o to, kto powinien objąć urząd z racji politycznej i symbolicznej. Wiele państw podkreśla, że po raz pierwszy na czele ONZ powinna stanąć kobieta. Ameryka Łacińska natomiast wskazuje na zasadę geograficznej rotacji i przekonuje, że teraz kolej przypada właśnie temu regionowi, choć w praktyce ONZ nie zawsze trzymała się tej logiki.
Michelle Bachelet należy do najbardziej rozpoznawalnych postaci w tym wyścigu, ale jej kandydatura od początku niesie też poważny polityczny bagaż. Była dwukrotną prezydent Chile, a wcześniej kierowała Wysokim Komisarzem ONZ do spraw Praw Człowieka. To właśnie ten etap jej kariery budzi do dziś najwięcej kontrowersji. Dla części państw stała się symbolem twardej i wyraźnie upolitycznionej agendy praw człowieka, która zamiast łagodzić napięcia, często je zaostrzała. Jej kandydaturę wspierają Meksyk i Brazylia, ale nie własny kraj. Chile wycofało poparcie po objęciu władzy przez prawicowego prezydenta José Antonio Kasta.
Sama Bachelet przekonuje, że jej doświadczenie przygotowało ją do działania w czasie bezprecedensowych napięć i kryzysów. Problem polega jednak na tym, że dla wielu stolic nie jest kandydatką kompromisu, lecz figurą mocno obciążoną dawnymi sporami i jednoznacznie kojarzoną z jedną linią polityczną. W realiach ONZ, gdzie wszystko opiera się na kruchym układzie interesów mocarstw i bloków regionalnych, taki profil może okazać się bardziej balastem niż atutem.
Rafael Grossi buduje swoją pozycję inaczej. To dyplomata zawodowy, od 2019 roku stojący na czele MAEA, a więc człowiek od najtrudniejszych dossier bezpieczeństwa. W ostatnich latach zajmował się zarówno irańskim programem nuklearnym, jak i zagrożeniami związanymi z elektrownią atomową w Zaporożu okupowaną przez Rosję. Jego atutem jest obycie z tematami, przy których ścierają się interesy największych graczy.
W swoim programie Grossi akcentuje potrzebę powrotu ONZ do podstawowej misji, czyli ochrony ludzkości przed wojną. Taki język może trafiać do tych stolic, które chcą ograniczyć rolę organizacji do twardego bezpieczeństwa. Dla innych będzie jednak zbyt wąski, bo część państw przypomina, że system ONZ opiera się nie tylko na pokoju, ale też na prawach człowieka i rozwoju.
Rebeca Grynspan jest najmniej medialna z całej czwórki, ale właśnie to może okazać się jej siłą. Była wiceprezydent Kostaryki kieruje dziś agendą ONZ do spraw handlu i rozwoju, a więc porusza się w obszarze, w którym dyplomacja nadal styka się z realną gospodarką, handlem i interesami państw Globalnego Południa. W 2022 roku uczestniczyła w negocjacjach dotyczących inicjatywy czarnomorskiej, która miała umożliwić eksport ukraińskiego zboża po rosyjskiej inwazji. To jeden z nielicznych przykładów, kiedy struktury ONZ potrafiły jeszcze przełożyć rozmowy na konkret.
Grynspan akcentuje znaczenie współpracy, rozwoju i odbudowy zaufania między państwami. Na tle bardziej spolaryzowanych kandydatur wygląda więc jak figura spokojniejsza, mniej ideologiczna i bardziej technokratyczna. A właśnie taki profil może dziś dla części stolic okazać się atutem – zwłaszcza w świecie zmęczonym konfrontacją i blokowym myśleniem.
Macky Sall pozostaje jedynym kandydatem spoza Ameryki Łacińskiej. Były prezydent Senegalu podkreśla nierozerwalny związek między pokojem a rozwojem, argumentując, że trwała stabilność nie jest możliwa tam, gdzie państwa niszczą bieda, nierówności, wykluczenie i skutki kryzysu klimatycznego.
Problem w tym, że jego kandydatura od początku jest politycznie osłabiona. Nie popiera jej ani własny kraj, ani cały blok afrykański. Przeciwko jego zgłoszeniu opowiedziało się 20 z 55 państw członkowskich Unii Afrykańskiej. Obecne władze Senegalu oskarżają go ponadto o brutalne tłumienie protestów politycznych w latach 2021–2024, w których zginęły dziesiątki osób.
Wszyscy kandydaci mówią dziś jednym głosem o potrzebie odbudowy zaufania do ONZ. To nie przypadek. Organizacja jest osłabiona wojną, paraliżem politycznym i narastającym kryzysem finansowym. Nowy sekretarz generalny obejmie urząd 1 stycznia 2027 roku, ale już teraz wiadomo, że nie dostanie instytucji stabilnej ani spokojnej.
Dlatego nie będzie to wybór wyłącznie personalny. Stawką jest coś więcej niż nazwisko następcy Guterresa. Coraz częściej bowiem ONZ wygląda już nie jak Organizacja Narodów Zjednoczonych, lecz jak Organizacja Narodów Zagubionych – instytucja, która wciąż produkuje rezolucje, komunikaty i apele, ale coraz rzadziej przekłada je na realny wpływ na bieg wydarzeń.









