Radew wygrał wybory w Bułgarii. Kurs między Brukselą a Moskwą

Roumen Radew po wyborach w Bułgarii podczas wystąpienia w Sofii
Roumen Radew fot. Facebook

Po przedterminowych wyborach parlamentarnych z 19 kwietnia Roumen Radew ogłosił „zwycięstwo nadziei nad nieufnością” i „wolności nad strachem”. Przy poparciu sięgającym blisko 45 proc. nie były to słowa bez pokrycia. Według wstępnych wyników i szacunków kierowana przez niego koalicja Bułgaria Postępowa może liczyć na około 132 miejsca w 240-osobowym parlamencie, co otwiera drogę do samodzielnych rządów. W bułgarskiej polityce byłby to rezultat rzadki. Ostatni raz podobnie silna przewaga pojawiła się w 1997 roku, gdy blok proeuropejski przekroczył 52 proc.

Najważniejsze jest jednak samo rozstrzygnięcie. Po ośmiu wyborach w ciągu pięciu lat Bułgaria wreszcie dostała wyraźnego zwycięzcę. Przez ostatnie lata gabinety rozpadały się szybko, parlament się blokował, a kolejne głosowania nie przynosiły trwałego efektu. Tymczasowość stała się normą. Wyborcy mieli tego dość i właśnie na tym zmęczeniu zwycięski obóz zbudował swoją przewagę.

Radew nie jest postacią znikąd. Ma 62 lata, był pilotem myśliwskim i dowódcą sił powietrznych. W latach 2017–2026 sprawował urząd prezydenta Bułgarii. To funkcja głównie reprezentacyjna, ale przez całą kadencję należał do najważniejszych postaci w krajowej polityce. Zrezygnował w styczniu, by wystartować po grudniowej dymisji premiera Rossena Żeliazkowa i jego proeuropejskiego GERB.

Upadek tamtego rządu był skutkiem kolejnej fali protestów antykorupcyjnych, które otwarcie wspierał. Nie był to początek kryzysu, tylko jego dalszy ciąg. Już w 2021 roku demonstracje doprowadziły do upadku układu Bojka Borisowa, szefa rządu przez blisko dekadę. Potem przyszły kruche koalicje, krótkie gabinety i rosnąca frustracja. Borisow, komentując ten rezultat, ostrzegł, że wygrać to jedno, a rządzić to drugie. Trudno uznać tę uwagę za chybioną.

Nowy obóz władzy został złożony szybko i z bardzo różnych środowisk. Są w nim wojskowi, byli politycy socjalistyczni, urzędnicy oraz ludzie spoza klasycznego partyjnego zaplecza. Nie tworzy to spójnej doktryny, ale daje wspólnego przeciwnika – układ, który w oczach wielu Bułgarów od lat działał jak zamknięty obieg wpływów. Stąd mocny nacisk na walkę z korupcją i rozbicie tego, co Radew nazywa „oligarchią polityczną”. Z tego samego powodu pojawiła się zapowiedź wzmocnienia rady sądownictwa i odblokowania sparaliżowanego wymiaru sprawiedliwości.

Kampania nie opierała się wyłącznie na haśle rozliczeń. Obok deklaracji przychylnych biznesowi i innowacjom pojawił się wyraźny wątek społeczny, skierowany do ludzi najmocniej odczuwających wzrost cen i nierówności. W najbiedniejszym kraju Unii taki przekaz musiał wybrzmieć mocno. Było to widać także w materiałach publikowanych w sieci, gdzie zwycięzca pokazywał się raczej jako rozmówca zwykłych ludzi niż uczestnik partyjnych sporów.

Znacznie bardziej złożona jest jego linia wobec Unii i Rosji. Nie występuje jako przeciwnik integracji. Przeciwnie, zapewnia, że Sofia będzie kontynuować europejski kurs, ale zarazem podkreśla potrzebę „krytycyzmu” i „pragmatyzmu”. Po wyborach mówił, że Europa padła ofiarą własnej ambicji, by zostać moralnym przewodnikiem w świecie rządzącym się już innymi regułami. Jednocześnie opowiada się za powrotem do dialogu z Kremlem, zwłaszcza w sprawach energetycznych.

To właśnie ten kierunek budzi największy niepokój w Brukseli. Radew odrzuca zarzut prorosyjskości, ale sprzeciwiał się umowie o współpracy wojskowej z Kijowem, mówił o „niezwyciężoności” Moskwy i popierał odmowę wysyłania broni Ukrainie, argumentując, że biedna Bułgaria nie ma interesu w ponoszeniu takich kosztów. Stąd obawy, że w unijnej polityce pojawi się kolejny lider gotowy blokować wspólne decyzje i grać na rzecz rosyjskich interesów.

Na razie odcina się od takiego scenariusza. Zapowiada, że nie będzie wetował decyzji Unii wobec Rosji ani Ukrainy, także kolejnego pakietu sankcji. Ta deklaracja wyznacza granicę między twardym kursem a otwartym buntem wobec Brukseli.

Wyborcy dali mu silne poparcie, bo chcą końca politycznej prowizorki, rozliczenia elit i większej stabilności. Teraz zaczyna się trudniejsza część. Kampania się skończyła. Zostało rządzenie i odpowiedź na pytanie, czy da się połączyć obietnicę wewnętrznego porządku z balansowaniem między Moskwą a Brukselą.

Redakcja

Poprzedni

Czy amerykańska blokada irańskich portów naprawdę działa?

Następny

Kto po Guterresie? Cztery nazwiska w grze o fotel szefa ONZ