Gospodarka 48 godzin

Unia nam da
Jak zapowiedziała przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, Unia przeznaczy 37,3 mld euro, aby łagodzić wpływ epidemii na unijną gospodarkę. Wcześniej mówiono o 25 mld euro. Jeszcze raz okazało się, jak błogosławione było przyjęcie Polski do UE. Nasz kraj ma dostać najwięcej z funduszu przeznaczonego na walkę ze skutkami koronawirusa, bo aż około 7,5 mld euro. Obdarowane państwa członkowskie będą mogły swobodnie decydować, komu zechcą udzielić pomocy publicznej z tych środków i nie będą karane, jeśli zwiększą swój deficyt budżetowy i dług publiczny. Dużo pieniędzy – dla siebie – wyłożą również Chiny na zwalczanie gospodarczych konsekwencji epidemii: prawie 16 miliardów dolarów. Nieco mniej na ten cel przeznaczą Indie – do 13,5 mld dolarów. Natomiast w Korei Południowej powstaje fundusz stymulacyjny w wysokości 9,8 mld dol. W Ameryce Północnej USA i Kanada obniżyły stopy procentowe o pół punktu procentowego (po raz pierwszy od 2009 r.). W Stanach 8,3 mld dol zostanie przeznaczone na zwalczanie koronawirusa i stworzenie szczepionek.

Oj, bo was skontrolujemy
Trwa wymiana ciosów między Marianem Banasiem, zbuntowanym prezesem Najwyższej Izby Kontroli, a Prawem i Sprawiedliwością. Właśnie PiS jest domniemanym adresatem wystąpienia NIK „w sprawie pojawiających się doniesień o upolitycznieniu działalności NIK”, dotyczącego prób powiązania Izby – a zwłaszcza przeprowadzanych przez nią kontroli – z rzekomą działalnością polityczną. W wystąpieniu tym Kolegium Najwyższej Izby Kontroli (prezes jako przewodniczący, wiceprezesi, dyrektor generalny oraz 14 członków) jednogłośnie stwierdza, iż że wobec pojawiających się w przestrzeni medialnej doniesień, które próbują sytuować Izbę jako przedmiot albo narzędzie walki politycznej, należy przypomnieć, że NIK zajmuje się tymi obszarami państwa, w których zaangażowane są publiczne pieniądze lub majątek: sprawdza, czy instytucje publiczne wykonują swoje zadania w sposób skuteczny, wydajny i oszczędny. Izba działa według jasno określonych zasad: przejrzystości intencji, rzetelności informacji, apolityczności kontrolerów oraz kolegialności w podejmowaniu decyzji. Wystąpienie informuje (czy może raczej ostrzega), że w planowaniu kontroli ogromną rolę odgrywa Kolegium NIK, które zatwierdza priorytetowe tematy. Można by dopowiedzieć: niech więc rządzący nie podskakują, bo nie od nich zależy kiedy i w jakiej sprawie zostaną skontrolowani.

Będzie nas ubywać
Wedle Głównego Urzędu Statystycznego, ludność w Polsce na 31 grudnia 2019 r. liczyła 38,4 mln osób, z czego mieszkający na stałe stanowili 37,9 mln. Prognoza GUS na 2050 r. zakłada, że wtedy będzie nas 33,9 mln. Natomiast im dalej, tym będzie nas mniej, aż do całkowitego wymarcia Polaków (co spotka najprawdopodobniej niemal całą ludność Europy). To jednak jeszcze nie nastąpi zaraz, lecz za kilka tysięcy lat. W 2100 r. będzie żyć w Polsce jeszcze 27,5 mln. osób według Eurostatu, urzędu statytycznego Unii Europejskiej. Mniej optymistyczna jest Organizacja Narodów Zjednoczonych. ONZ prognozuje, iż w tymże 2100 r. będzie już tylko 23,0 mln Polaków.

Uchodźcy wojenni: kogo deportować?

Jaki jest związek między betonowym murem na granicy turecko-syryjskiej, współfinansowanym przez Unię Europejską, a darmowym Morzem Śródziemnym?
Taki, że kiedyś na najwyższych szczeblach NATO uznano je za przeszkody, które uniemożliwią masowe migracje. Migracje wywołane napastniczymi wojnami NATO. Dlatego dziewięć lat temu beztroski Sojusz uderzył w dwa kraje naraz – Syrię i Libię, by narobić tam krwawego chaosu. Sukces jest niepełny, bo jednak przewidywania co do uchodźców okazały się jeszcze większą głupotą.

Obie wojny ściśle się wiązały, ale też różniły, strategiami. W Libii NATO uderzyło wprost i bardzo szybko zlikwidowało tamtejszy rząd i całą organizację państwową, podczas gdy w Syrii tę samą sprawę mieli załatwić dobrze uzbrojeni i kierowani dżihadyści, przy stosunkowo niewielkim udziale wojsk samych państw NATO. Pogrążona w upadku, ale „odkorkowana” Libia stała wkrótce pomostem, z którego odpływały gumowe tratwy afrykańskich pracowników, którzy wcześniej zarabiali w tym prosperującym kraju, a z Syrii ludzie uciekali przed wojennym piekłem, w które zamieniła się też Libia.
Turecki mur na granicy z syryjską prowincją Idlib – dziś ostatni bastion owych wspieranych przez NATO dżihadystów – powstrzymuje na razie niemal milion uchodźców, którzy pod nim koczują w tragicznych warunkach. Tureckie, czyli natowskie wojsko strzela do nich, gdy próbują go pokonać. Turcja ma już ponad trzy miliony uchodźców z Syrii i woli, by ci koczujący pozostali za murem, więc wraz z innymi krajami NATO zbroi rządzącą tam Al-Kaidę i czynnie jej pomaga w oporze przed Syryjczykami, którzy chcą skończyć z dżihadystowsko-natowską okupacją ich kraju.
Grecję, czyli Unię Europejską, dzieli od spływającego krwią Idlibu mur, Turcja i morze. Dziś na wszystkich greckich wyspach bliskich Turcji doszło do strajku generalnego. Mieszkańcy Lesbos, Chios, Samos, Leros i Kos protestowali przeciw planom rządowym postawienia tam nowych obozów dla osób przypływających z Turcji. W Mantadanos na Lesbos lokalny ksiądz, o. Stratis ogłosił dziś rano: „Nadszedł czas wojny. Policja ma broń, a my nasze serca i dusze”. Można się z niego śmiać, ale warto zapamiętać słowo „wojna”, której teren miał w umyśle członków NATO pozostać bardzo daleki. Do Europy ciągną przez Turcję głównie Syryjczycy i Afgańczycy.
Syryjczycy w większości pracują już w Turcji, płacą tam podatki i czekają na koniec wojny. Ale część z nich, ta pozostała w obozach lub bez widoków na jako takie życie, próbuje dostać się do Europy. Unia pod wodzą Angeli Merkel obiecała Turkom 6 miliardów euro na powstrzymanie tej fali, ale wypłaciła tylko trzy, więc turecki prezydent Erdogan pozwala migrantom płynąć do Grecji. Traktuje tych ludzi jako świetny sposób nacisku politycznego na Unię. W Unii tymczasem panuje polityczna panika, bo wielki napływ migrantów i uchodźców promuje niestety skrajną prawicę w wielu krajach kontynentu. Wcześniej europejscy przywódcy nie zorientowali się po prostu, że NATO działa, jakby nim kierowała skrajna, faszystowska prawica.
USA i NATO przegrały wojnę w Afganistanie, przegrywają w Syrii i tylko w Libii mogą mówić o sukcesie, bo nastąpiła tam na razie nieodwracalna zmiana w postaci trwałego chaosu. Tak, czy inaczej, natowskie wojny wracają do nas w postaci słów i zjawisk, siejąc nieszczęście na całego. Unia wybrała chowanie głowy w piasek: nie pomogły mury i morze, niech nieszczęśnicy pozostaną uwięzieni na greckich wyspach, choćby miało tam dojść do wojny.
Jest tam na razie ok. 40 tys. migrantów, ale na małych, ograniczonych terenach mieszkańcy mają tak samo dość tej sytuacji, jak uchodźcy żyjący w skandalicznych warunkach, bo Unia woli zaoszczędzić. Są poważne problemy sanitarne, bezpieczeństwa. „Nie mamy nic przeciw uchodźcom wojennym, ale kryminalistów trzeba wydalić” – przekonywali dziś na wyspach Grecy. Nikt jednak nie deportuje kryminalistów z NATO, a ludzie pozostaną pozostawieni sami sobie ze swoją rozpaczą, wokół murów i mórz.

Dyktando

Jak sięgnę pamięcią do lat szkolnych, to wraca mi niechęć do matematyki i do dyktand uwielbianych przez niektórych nauczycieli, jako niezawodny sprawdzian opanowania ortografii. Dyktowane teksty były czasem bezsensowne, ale za to nasycone trudnymi wyrazami, zmuszającymi uczniów do pospiesznego decydowania, czy napisać „ż” czy „rz”, „u” czy „o kreskowane”, „ą” czy „on”?

Przypomniałem sobie te dyktanda po wysłuchaniu wyjaśnień dotyczących nerwowego palca znanej posłanki i po obejrzeniu w telewizorze niektórych scen i wypowiedzi na i po pierwszej wyborczej konwencji Prezydenta A. Dudy, ubiegającego się o ponowny wybór.
Dyktowanie poglądów
Skąd te skojarzenia? Stąd, że już od kilku lat podziwiam sprawność PISu w doprowadzaniu do sytuacji, w której wszyscy działacze, na wszystkich szczeblach, używają czasem innych słów, ale merytorycznie mówią to samo. Mówią to, co powiedział szef, czyli Najważniejszy Zwykły Poseł Jarosław Kaczyński. Jeśli w jakiejś sprawie nie zabrał głosu, wówczas powtarzają to, co usłyszeli z ust kogoś z Jego najbliższego otoczenia.
Zastanawiałem się, jakie zastosowano rozwiązanie organizacyjne, zapewniające tak sprawny przekaz bezwzględnie słusznych poglądów Najważniejszego Posła. Przy mojej nieudolności dostrzegam tylko dwie metody. Pierwsza, biurokratyczna, wymagałaby krótkiego streszczania wypowiedzi szefa i elektronicznego przekazywania tych streszczeń „drogą służbową” – od Nowogrodzkiej, przez rząd i tych wojewodów, lub ich zastępców, którzy są członkami lub wielbicielami partii. – Potem dalej – aż do wójtów i burmistrzów. To metoda historycznie sprawdzona, ale niewygodna i dająca pole do krytyki ze strony opozycji.
Telewizja zwana publiczną
Alternatywna metoda wymaga bardziej optymistycznej oceny poziomu intelektualnego tych członków partii, którym powierzono odpowiedzialne stanowiska. Mamy przecież, sowicie podtrzymywaną finansowo telewizję, zwaną publiczną. Jest znana z tego, że transmituje i powtarza wszystkie imprezy, na których Najważniejszy Poseł ocenia, co jest czarne, a co białe, i wskazuje suwerenowi właściwą drogę. Wobec tego partyjne i rządowe „kadry” powinny oglądać dzienniki i dyskusje prowadzone w tej telewizji, przyswajać zalecenia Posła i przekazywać je dalej. Ta metoda jest może mniej dokładna, daje zbyt dużo możliwości samodzielnego komentowania poglądów szefa, ale jest tańsza i mniej narażona na krytykę. I sądzę, że właśnie ona jest wykorzystywana. A mnie kojarzy się z dyktandem, świadomie lub podświadomie adaptowanym przez partyjno – rządowy aktyw.
Niezdrowy nadmiar fantazji
Przy bardziej wnikliwej analizie stwierdziłem jednak, że także przy zastosowaniu tej metody ujednolicania promieniujących z Nowogrodzkiej poglądów, mogą występować kłopotliwe trudności, zmniejszające skuteczność rozszerzania poparcia suwerena. Wśród zaprzyjaźnionych wielbicieli rządzącego ugrupowania, widzę ostatnio narastające zdenerwowanie, przy odbiorze serwowanych nam informacji, o kolejnych sukcesach gospodarczych i politycznych. Opowieści o nieustannych sukcesach zaczęły się po zdobyciu władzy przez PIS i ich skala ciągle narasta. Trzeba mieć głęboką wiarę w nieomylność Najważniejszego Posła, aby wysupłać te sukcesy z zagmatwanej rzeczywistości i sprzedać je z przekonaniem nawet własnemu elektoratowi. Przekonywanie elektoratu konkurencji i milczącej większości jest jeszcze trudniejsze. Ma z tym kłopoty nawet sam Najważniejszy Poseł i jego pilny uczeń, wielozawodowiec i podróżnik w czasie, czyli obecny Prezes Rady Ministrów. Fantazje naszego Premiera dotyczące teraźniejszości i przyszłości, są dla mnie źródłem podziwu i radości. Przyjdzie czas, że ośmielę się poświęcić im odrębne wypracowanie.
Fantazje gospodarcze i polityczne nie są jednak skuteczne w neutralizowaniu personalnego problemu, jakim jest Pan Prezydent. Wprawdzie Najważniejszy Zwykły Poseł powiedział ostatnio, że jest to „prezydent marzeń”, któremu członkowie i sympatycy PIS powinni w majowych wyborach zapewnić drugą kadencję, – ale wiewiórki donoszą, że zadowolenie z pierwszej kadencji nie jest pełne. Wydaje się bowiem, że Pan Prezydent uwierzył w nieomylność opatrzności, która powierzyła mu formalnie najważniejsze stanowisko w państwie. Zrobiła to rękami narodu nie korzystając z pośredników. A jeśli tak – to tym samym upoważniła go do lansowania własnych poglądów i werbalnej ich prezentacji. Wprawdzie stara się być lojalny i poglądy w wielu sprawach ma identyczne jak partia, która go wspierała i wspiera. Ale są też takie, w których ma znacznie ostrzejszy (częściej) lub łagodniejszy (rzadziej) pogląd.
Irytujący sędziowie
W końcowym roku pierwszej kadencji najbardziej irytują Pana Prezydenta sędziowie i inni prawnicy, łącznie z krakowskimi profesorami. Nawet profesor, który był jego promotorem w czasie przygotowywania pracy doktorskiej. W środowisku akademickim to rzadki przypadek. Zwyczajowa norma jest zupełnie odwrotna. Nawet, jeśli nie uwielbia się swego promotora, to wypada go publicznie chwalić i wzmacniać jego naukowy autorytet.
Odnoszę wrażenie, że Pan Prezydent sam „nakręca” swoją niechęć do sędziów, ze specjalnym uwzględnieniem Sądu Najwyższego i jego kierownictwa – zwłaszcza Pierwszej Prezes. To nawet można zrozumieć. Ma tu – zapewne – znaczenie zawiedziona nadzieja, że Panią Prezes uda się „zdjąć” ze stanowiska, przed upływem kadencji. Może nawet zapewniano o tym Najważniejszego, Zwykłego Posła? Może komuś obiecywano to stanowisko? Ale się nie udało. Agresywny opór zjednoczonych sił opozycji, ulicy i zagranicy nie pozwolił na przeprowadzenie tej „dobrej zmiany”.
Odnoszę też wrażenie, że zestaw przyczyn niechęci Pana Prezydenta do sędziów wszystkich szczebli jest ciągle taki sam i nie jest przekonywujący. Wieje nudą. Z należytą atencją słucham wystąpień Pana Prezydenta i na ich podstawie potrafię wymienić tylko trzy, jego zdaniem śmiertelne, grzechy tego środowiska.
Nieco zaawansowanym
Po pierwsze – część sędziów w wieku nieco zaawansowanym dostała nominacje sędziowskie w czasach PRLu od kolektywnego prezydenta, jakim była Rada Państwa. I co z tego – Panie Prezydencie? Czy była inna możliwość? Czy gorzej prowadzili rozprawy? Jeśli niektórzy z nich wydawali niesprawiedliwe wyroki, to trzeba ich o to oskarżyć i ukarać, nie grożąc odpowiedzialnością zbiorową. Nominacje profesorskie też wręczał przewodniczący lub wiceprzewodniczący tej Rady. Wielu z tych profesorów nadal działa. Wielu doktorów prawa – złośliwie dodam, że także także w Krakowie – zdawało u nich egzaminy magisterskie i z ich pomocą przygotowywało doktoraty. Czy mamy uznać, że są one nieważne?
Po drugie – mam wrażenie, że Pan Prezydent z coraz większym trudem znosi ciągłe upominanie się przez sędziów o „niezawisłość i niezależność”. W państwie rządzonym autokratycznie – a do takiego coraz wyraźniej dążymy – sędzia powinien być niezależny w ferowaniu wyroków i nie ulegać naciskom wielkich firm i urzędników administracji państwowej i terenowej. Ale powinien zdawać sobie sprawę, że dobro narodu wymaga, aby pomagał realizować wielkie projekty tej władzy, która powołała go na stanowisko. Powinien więc wsłuchiwać się w wytyczne formułowane na ulicy Nowogrodzkiej i postępować w sposób przyczyniający się do ich realizacji. Dobry sędzia, to dobry obywatel, który powinien zdawać sobie sprawę, że jest niewielkim trybikiem wielkiej maszyny, wprowadzającej w Polsce niepowtarzalny pakiet dobrych zmian.
Organizować wymiar
Trzeci zarzut trafiający w sędziów, to rykoszety wystrzałów Pana Prezydenta w kierunku Komisji UE, która nie powinna podpowiadać nam w obcych językach, jak mamy organizować i prowadzić nasz wymiar sprawiedliwości. Tłumaczenie jest uciążliwe. Wystarczy, że z uwagi na niski poziom intelektualny opozycji musimy tłumaczyć nasze zamiary z polskiego na polski.
Zestaw tych trzech zarzutów wystarcza partii pod dumną nazwą „Prawo i Sprawiedliwość” i jej rządowi do stwarzania atmosfery oblężenia. Ale Pan Prezydent tak bardzo przestał lubić sędziów, tak go denerwuje ich nieposłuszeństwo, że czasem wychodzi przed szereg. Na Nowogrodzkiej woleliby stopniowe osłabianie sędziowskiej „kasty” z zachowaniem pozorów legalizmu i ograniczaniem rozdrażnienia organów UE. A Pan Prezydent porusza temat przy każdej okazji, coraz ostrzej ocenia zachowanie sędziów, podnieca się, krzyczy i zapomina, że miał być prezydentem wszystkich Polaków – z sędziami włącznie.
To błąd – zwłaszcza w okresie kampanii wyborczej. Jako samozwańczy i bezpłatny doradca sugeruję, aby przynajmniej w tym okresie Pan Prezydent nie występował w roli zagończyka, tylko sapera, starającego się rozbrajać miny rozłożone na przedpolu naszego styku z Unią.

Bruksela odpuści sobie Polskę?

Jeżeli tę ustawę potraktować jako wyznacznik tego, co się będzie działo w tej kadencji, trzeba uznać, że jest ona kontynuacją procesu odchodzenia od demokracji i tworzenia w Polsce „demokratury”. Na dzisiaj wszystko wskazuje na to, że PiS jest zdeterminowany podążać drogą, którą wyznaczył w pierwszej kadencji – mówi w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co) dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych. – Wiadomo, że sama Unia ma teraz wiele problemów do rozwiązania i PiS liczy, że kwestia praworządności w Polsce nie będzie bardzo istotna, a Bruksela sobie Polskę odpuści – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: Co PiS chce osiągnąć ustawą „kagańcową”, oprócz ostrego sporu z sędziami, Unią i demokratycznymi regułami państwa prawa?

JACEK KUCHARCZYK: Jeżeli przypomnimy sobie 2015 rok, to PiS poszedł na ostro już na samym początku poprzedniej kadencji. Teraz najwyraźniej działają według tej samej filozofii, czyli przykręcamy śrubę od razu, kiedy czujemy wiatr w żaglach po wygranych wyborach. Tym razem być może dochodzi chęć pokazania, kto tu rządzi, bo nowa kadencja zaczyna się serią kryzysów (afera Banasia, przegrana w Senacie czy wyrok TSUE).
Jeżeli tę ustawę potraktować jako wyznacznik tego, co się będzie działo w tej kadencji, trzeba uznać, że jest ona kontynuacją procesu odchodzenia od demokracji i tworzenia w Polsce „demokratury”. Na dzisiaj wszystko wskazuje na to, że PiS jest zdeterminowany podążać drogą, którą wyznaczył w pierwszej kadencji. Chodzi o dokończenie tzw. reformy sądownictwa, czyli de facto przejmowania politycznej kontroli nad sądami, oraz o zablokowanie polskim sędziom możliwości odwoływania się do ustawodawstwa unijnego.
Orzeczenia TSUE są kolcem w boku PiS-u, stąd próba zastraszenia sędziów, aby nie mogli się do tych orzeczeń stosować.
Widać determinację partii rządzącej, aby lekceważyć działania instytucji unijnych, mając nadzieję, że sprawa rozejdzie się po kościach. Sadzę, że testują zarówno poziom determinacji sędziów i środowiska prawniczego z jednej strony oraz organów i instytucji UE z drugiej. Wiadomo, że sama Unia ma teraz wiele problemów do rozwiązania i PiS liczy, że kwestia praworządności w Polsce nie będzie bardzo istotna, a Bruksela sobie Polskę odpuści.

Ale czy odpuszczenie tej sprawy Polsce, czyli zezwolenie na karanie sędziów za np. podważanie wiarygodności neo-KRS, nie będzie oznaczać końca samej Unii?

Problem praworządności i niezależności sądownictwa jest problemem możliwości egzekwowania prawa europejskiego w Polsce. To jest wyzwanie dla całej UE. Gdyby się okazało, że będzie ciche przyzwolenie ze strony UE, np. nowej Komisji czy Rady Europejskiej, aby rząd PiS stopniowo rozmontowywał niezależne sądownictwo, to prędzej czy później doprowadzi do sytuacji kryzysowej w innych krajach UE.
Bezradność Unii może ośmielić populistów, jak to się stało wcześniej w przypadku Węgier.
Moim zdaniem ciche przyzwolenie w Unii na to, co robił Orbán, zachęciło Kaczyńskiego do radykalnych działań. Teraz przykład rządu PiS może zachęcić innych, jeżeli tan rząd nie zapłaci ceny politycznej za demontaż demokratycznych instytucji i procedur w Polsce. Każdy, lub niemal każdy, rząd ma czasem pokusę, żeby sędziom ograniczyć niezależność, więc jeżeli okaże się, że frontalny atak na wymiar sprawiedliwości w Polsce nie spotkał się z ostrymi konsekwencjami, będzie to zachęta do podobnych działań w innych krajach Unii. Szczególnie tam, gdzie tradycje podziału władz nie są mocno ugruntowane, a to dotyczy tzw. nowej Europy, czyli krajów, które po 2004 roku weszły do Unii.
Gdyby to zjawisko miało się koncentrować we wschodniej części Europy, to zapewne wzmocni to poczucie, które już widzimy w stolicach państw zachodnich, że wschodnia część nie dorosła do standardów europejskich, co może prowadzić do de facto powstania „członkostwa drugiej klasy”. Będzie to cios w europejską jedność, z takim trudem budowaną po 1989 roku.

Unia dwóch prędkości?

Prawdopodobnie skutek będzie właśnie taki, że Unia będzie podzielona na lepszą i gorszą. To będzie fatalny proces, bo Unia „kadłubkowa”, czyli ograniczona do tzw. starych państw członkowskich, w świecie rosnących wyzwań sobie nie poradzi. Innymi słowy, w interesie wszystkich członków, tych starszych i tych nowszych, jest walka o jednolitość standardów, jeżeli chodzi o demokrację i rządy prawa w Unii.
Nie tylko Polska ma kłopoty z demokracją, bo tu nie chodzi tylko o rządy prawa. Niedawny raport szwedzkiej organizacji idea wskazał 3 kraje unijne, w których nastąpiło znaczące obniżenie standardów demokracji. Dwa to oczywiście Polska i Węgry, trzeci to Rumunia.

Mówi pan o obniżeniu standardów demokratycznych w krajach Unii, pojawiają się jednak głosy silniejsze – że jeżeli Andrzej Duda otrzyma reelekcję, to do 2025 roku Kaczyński zrobi z Warszawy druga Ankarę. To realny scenariusz?

Miejmy nadzieję, że nie drugą Ankarę, ale kierunki zmian są podobne. Niektórzy politycy spoglądają na Turcję jako na pewien model ustrojowy i to jest straszne, bo Turcja to obecnie de facto dyktatura, która więzi tysiące niezależnych dziennikarzy, uczonych czy działaczy społecznych, zabija przeciwników politycznych i masakruje Kurdów w Syrii. Turcja, z uwagi na niedoskonałości swojego systemu demokratycznego, długo negocjowała wejście do Unii, potem jawny zwrot Erdogana w kierunku autorytarnym sprawił, że członkostwo stało się zupełnie niemożliwe. Jest też nadal zagrożeniem dla dalszego udziału Turcji w NATO.
Polska na szczęście jest wciąż w Unii i to jest nasza nadzieja, że drogą turecką jednak nie pójdziemy, a Polacy się opamiętają. Jednak gdyby okazało się, że po najbliższych wyborach prezydenckich PiS nadal będzie kontrolował urząd prezydenta, to istotna przeszkoda na drodze do autorytaryzmu wzorowanego na turcji czy nawet rosji zostanie usunięta, a tendencje do „dryfu wschodniego” zostaną wzmocnione.

Jak w takim razie opozycja może wygrać wybory prezydenckie?

Przede wszystkim opozycja w czasie kampanii nie powinna palić mostów między konkurującymi ze sobą obozami politycznymi. Opozycja jest pluralistyczna, więc będziemy mieli kilkoro kandydatów, którzy w pierwszej turze zmierzą się z Andrzejem Dudą. Małgorzata Kidawa-Błońska jest kandydatką KO, Lewica będzie miała przynajmniej jednego kandydata lub kandydatkę, będzie jeszcze co najmniej dwóch zdeklarowanych kandydatów centroprawicowych i jeden kandydat skrajnej prawicy. Moim zdaniem opozycja powinna unikać ostrego konfliktu pomiędzy kandydatami, oczywiście przy zachowaniu zasady, że mamy konkurencję w i turze. Myślę tu, przede wszystkim, o potrzebie zachowania cywilizowanego dialogu w konkurencji politycznej między obozem liberalno-konserwatywnym i centrolewicowym.
Zbyt ostre ataki na konkurentów po tej samej, anty-PiS-owskiej stronie mogą na dobre zrazić wyborców poszczególnych kandydatów.
Biorąc pod uwagę, że jednak największe szanse wejścia do II tury ma kandydatka KO, to wydaje mi się, że to na Koalicji spoczywa główna odpowiedzialność, aby nie palić mostów z Lewicą. Powinna w tym pomóc obecność polityczek i polityków Inicjatywy Polskiej czy Zielonych. Najgorsze, co moim zdaniem może się zdążyć w wyborach, to gdy elektoraty poszczególnych kandydatów nie-PiS-owskich tak się zafiksują na swoich kandydatach, że w II turze obrażą się i zostaną w domach, jeśli ich kandydat nie wejdzie. To zagrożenie widzę głównie u wyborców Lewicy, w przypadku przegranej w I turze ich kandydatki czy kandydata. Dlatego wszyscy kandydaci opozycji już teraz muszą unikać pewnych stwierdzeń, gestów i działań, które wykopią rów pomiędzy centroprawicą a centrolewicą.

Można pozyskać jednocześnie wyborców i Kosiniaka, i Lewicy?

Rozumiem, że trzeba walczyć o konserwatywnych wyborców i o ich głosy zabiegać będzie zarówno Kidawa-Błońska, jak i Kosiniak-Kamysz czy Hołownia, więc i trzeba mieć strategię, jak nie zrazić wyborców tych kandydatów, ale większym wyzwaniem dla kandydatki KO będą jednak wyborcy centrolewicowi, bo ich poparcie będzie konieczne, żeby wygrała z Dudą w drugiej turze (to jednak najbardziej prawdopodobny, choć oczywiście nie jedyny scenariusz).
Samo pouczanie wyborców lewicowych, że mają w II turze poprzeć kandydatkę ko, bo „tak trzeba”, będzie mało skuteczne.
Już teraz warto unikać czegoś, co nazwałbym „liberalnym symetryzmem”. Wszyscy znamy symetryzm lewicowy, który mówi, że nie ma różnicy między umiarkowanymi konserwatystami z PO a PiS-em. To fałszywy i szkodliwy politycznie osąd. Jednak istnieje też liberalna wersja symetryzmu, która głosi, że Zandberg jest takim samym „radykałem” jak Kaczyński. To teoria dwóch populizmów, która moim zdaniem jest fałszywa i obraźliwa dla polityków i wyborców lewicy. Przy całym zrozumieniu, że wybory to ostra konkurencja, po stronie opozycji trzeba liczyć się z konsekwencjami dla drugiej tury, kiedy trzeba będzie prosić wyborców centrolewicy o poparcie kandydatki centroprawicowej (albo na odwrót). Nie palić mostów – to kluczowe wyzwanie dla opozycji w tej kampanii.

W kraju i na eksport

W kraju wszyscy jak jeden mąż są zdecydowanymi obrońcami polskich interesów, których z determinacją bronią przed „szaleństwem brukselskich elit”. A w Brukseli?

Od dłuższego czasu obserwuję życie polityczne w kraju, sam w nim zresztą jako poseł do PE uczestnicząc. Dzięki temu, że pracuję w Brukseli, mogę z bliska obserwować zachowania przedstawicieli władzy tu i tam.

W kraju wszyscy jak jeden mąż są zdecydowanymi obrońcami polskich interesów, których z determinacją bronią przed „szaleństwem brukselskich elit”. Najbardziej zagraża „polskości” oczywiście Frans Timmermans, ale tuż za nim są Niemcy, a za Niemcami Francuzi, zwłaszcza prezydent Macron, i pozostałe kraje „starej Unii”. Przed nimi politycy związani z PiS sypią patriotyczne szańce i głoszą chwałę swojej niezłomności-polskości.

Tymczasem, gdy w grę wchodzą naprawdę poważne sprawy – polskiej przyszłości, naszego miejsca w świecie – rząd PiS zachowuje się zgodnie z interesem całej Unii.

Przykłady? Mimo buńczucznych zapowiedzi, że nie podpisze, premier Szydło, wraz z innymi szefami rządów, podpisała na Kapitolu Deklarację Rzymską, która potwierdzała wspólne zaangażowanie na rzecz współpracy w ramach Unii Europejskiej. Polska jest też lojalna w kwestii Brexitu. Unia występuje wspólnie i twardo broni swych interesów. Już drugi brytyjski rząd nie zdołał złamać europejskiej solidarności, która niewzruszenie stoi na stanowisku: wynegocjowane–postanowione.

A jednak polityka „na kraj” i „na eksport”, jest stałym elementem politycznego krajobrazu Polski. Dobrą tego ilustracją jest sprawa polskiego komisarza do spraw rolnych. W kraju prezes Kaczyński zapowiada, że podstawowym jego zadaniem jest doprowadzić do wyrównania dopłat dla polskich rolników do poziomi dopłat, jakie otrzymują rolnicy niemieccy. Kandydat na komisarza, powtarzał oczywiście to samo – bierze tę funkcję, żeby sprawę załatwić – czytaj: wyrównać oczywistą, brukselską niesprawiedliwość. Gdy jednak został już komisarzem, nie mówi, że „załatwi”, tylko, że „będzie się starał” załatwić i nie, że dla „polskich rolników”, tylko „w ramach całej Unii”, systemowo. „Załatwi” i „będzie się starał załatwić”, to jednak nie to samo…

Podobnie rzecz się ma z innymi problemami, na przykład głośnym obecnie problemem ekologicznym. Niedawno występowałem w telewizji wespół ze znanym europosłem PiS. Otóż ten polityk, bardzo doświadczony, ogłosił gromko, że projekt „zielonej Europy” przewiduje śmieszne pieniądze na dopłaty dla krajów, które będą musiały unieść trud ekologicznej transformacji. Chodziło o Polskę oczywiście. Jej interesów europosłowie PiS bronią bowiem w Brukseli najodważniej, ale „niestety ciągle są przegłosowywani”…

Pochylmy się na chwilę nad tą kwestią. Europa ze swym planem „Zielonego ładu” jest niewątpliwie w czołówce regionów, które chcą podjąć zdecydowaną i nieudawaną walkę z zagrożeniem klimatycznym, choć to nieprawda, że europejska gospodarka stanowi jedno z największych zagrożeń dla klimatu. Podobnie, jak nieprawdą jest, że Polska jest jednym z tych państw, które przysparzają europejskiej ekologii najwięcej zmartwień. Swoje za uszami mamy, ale na pewno nie jesteśmy w czołówce.

„Zielony europejski ład” Ursula von der Leyen przedstawiła jako jeden z priorytetów nowej Komisji Europejskiej. Żeby raz jeszcze rozwiać wątpliwości – Komisja Europejska działa w ramach mandatu, który uzyskała w Parlamencie Europejskim i od Rady Europejskiej. Przypominam to, gdyż „zielony ład” nie jest wymysłem „europejskich elit” niechętnie nastawionych do Polski, tylko jest programem mającym zgodę wyłonionych w wolnych wyborach w poszczególnych krajach ciał przedstawicielskich reprezentujących społeczeństwa całej Europy – Polaków też.

Negocjacje w związku z realizację tego programu będą niewątpliwie trudne, ale bez negocjacji, bez ścierania się na argumenty nie ma zgody, a w rezultacie postępu. Chodzi oczywiście o pieniądze. Pani Ursula von der Leyen mówi o „masywnych” inwestycjach, jakich będzie wymagało przestawienie wielu gospodarek europejskich na tory pro-ekologicznego rozwoju. Zdaniem nowej przewodniczącej KE taka przebudowa przemysłu musi być sprawiedliwie wsparta przez Unię Europejską. „To zdecydowanie za mało” – natychmiast odezwały się głosy z Polski tych, których słowem podstawowego użytku jest słowo „nie”. „Za mało” pieniędzy, oczywiście. Jeszcze nowa perspektywa finansowa Unii na lata 2021-2027 jest w powijakach, jeszcze końca rozmów i uzgodnień nie widać nawet na najodleglejszym horyzoncie, ale oni już wiedzą, że na wsparcie ekologicznej modernizacji kraju dostaniemy za mało, że ktoś tuczy się naszym kosztem…

Bierze się to moim zdaniem po trosze z ignorancji, po trosze ze skrywanego, lecz głęboko w duszy tkwiącego przekonania, że gdy jedzie się do Brukseli, to jak do obozu wroga. Są politycy, którzy są przekonani, iż Polskę otaczają tajemnicze, groźne spiski, których sensem istnienia jest zaszkodzić Polsce jak najbardziej. Bywają też wyrachowani…

Na szczęście są także, w PiS-ie również, politycy gotowi do poważnych rozmów i nastawieni na obronę polskich interesów, ale jednak w porozumieniu z innymi członkami UE. Ma rację szef nowego resortu klimatu mówiąc, że ze względu na różne uwarunkowania gospodarcze, społeczne czy nawet zasoby naturalne, w każdym z państw dochodzenie do neutralności klimatycznej musi odbywać się w sposób bezpieczny dla obywateli, gospodarki i państwa. Zgadzam się też z premierem Morawieckim, który z okazji madryckiego szczytu klimatycznego powiedział, że Polska może podejmować kolejne wysiłki zmieniające system energetyczny i zmniejszający emisję, ale musimy mieć za to odpowiednią rekompensatę pozwalającą na przebudowanie systemu elektroenergetycznego, i która będzie sprawiedliwa.

Wola zmian została więc wyrażona, pole do negocjacji również jest zakreślone. To znacznie bardziej mi odpowiada niż narzekanie, biadolenie, marudne i nadąsane czekanie na jak największe wsparcie, które „nam się po prostu należy”…

Tyle tylko, że premier i minister wypowiedzieli te wyważone zdania, a poprzez nie gotowość do merytorycznej dyskusji, w Madrycie, na szczycie klimatycznym, a nie w Warszawie. Czyżbyśmy także rząd mieli „na kraj” i „na eksport”?

Szkocja chce zostać w UE

Mocny akcent na rzecz szkockiej niepodległości. Szefowa autonomicznego szkockiego rządu Nicola Sturgeon, przemawiając w sobotę w Glasgow na wielkim wiecu zwolenników niepodległości, apelowała, by „oddać przyszłość Szkocji w ręce Szkocji”. Polityczka zapowiedziała też, że złoży wniosek o nowe referendum niepodległościowe w przyszłym roku.

Było to pierwsze przemówienie Sturgeon na wiecu zwolenników wyjścia ze Zjednoczonego Królestwa od 2014 r., kiedy wydawało się, że projekt niepodległej Szkocji po przegranym referendum został pogrzebany na lata. Teraz jednak, po tym jak obywatele przekonali się o niedołęstwie władzy w Londynie, a także o braku respektu dla woli szkockiego społeczeństwa, które w większości chciałoby pozostać w Unii Europejskiej, idea samodzielnego państwa została wskrzeszona.
Szkocka premier zaznaczyła, że nadszedł czas, by uwolnić wyrwać się od „chaosu w Westminsterze” poprzez drugie referendum niepodległościowe. Mówiła, że wybory do brytyjskiej Izby Gmin, które odbędą się 12 grudnia, to dla Szkocji chwila na podjęcie decyzji o przyszłości.
„W ciągu najbliższych kilku tygodni naszym zadaniem jest przekonanie wszystkich, których znamy, aby 12 grudnia poszli i wysłali największy, najgłośniejszy i najbardziej donośny komunikat do Westminsteru – że nadszedł czas, aby Szkocja wybrała swoją przyszłość. Nadszedł czas, aby Szkocja stała się niepodległym krajem” – mówiła Sturgeon.
„Niezależnym krajem, który będzie najlepszym przyjacielem i rodziną dla naszych sąsiadów na Wyspach Brytyjskich, w całej Europie i na całym świecie. To jest Szkocja, do której dążymy – wyjdźmy więc i złapmy ją obiema rękami. Zainspirujmy ludzi pozytywnym przesłaniem, pokazując wszystko, czym może być niepodległa Szkocja, i wszystko, co Szkoci mogą osiągnąć” – przekonywała.
Co dalej? Według obietnicy Sturgeon, jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia do Londynu trafi formalny wniosek o zgodę na przeprowadzenie w przyszłym roku ponownego referendum w sprawie niepodległości.
Jakie są szanse na zyskanie aprobaty Izby Gmin na taki pomysł? Rządząca Partia Konserwatywna, a także Liberalni Demokraci sprzeciwiają się kolejnemu referendum. Partia Pracy też jest za utrzymaniem jedności Wielkiej Brytanii, ale nie wyklucza zgody na referendum w tak jednoznaczny sposób. Jej lider Jeremy Corbyn, odnosząc się do słów Sturgeon, powiedział, że tylko laburzyści są w stanie poprawić kondycję szkockiej gospodarki i zredukować poziom biedy w dużych miastach. Partia Pracy chce w ten sposób odzyskać okręgi stracone w poprzednich wyborach na rzecz Szkockiej Partii Narodowej.
W 2014 r. za pozostaniem Szkocji w składzie Zjednoczonego Królestwa opowiedziało się 55 proc. głosujących.

Era Junckera

Pożegnanie przewodniczącego

Minione (21-24,10.2019) plenarne posiedzenie Parlamentu Europejskiego było szczególne. Po raz ostatni wystąpił na jego forum odchodzący przewodniczący Komisji Europejskiej Jean Claude Juncker. W ciągu 60 miesięcznej kadencji stawał przed nami ponad sto razy w sprawach dla europejskiej wspólnoty ważnych i bardzo ważnych. To wymowny dowód, jakie znaczenie ma Parlament Europejski i jak wielką wagę przykładał do dialogu z europarlamentarzystami Przewodniczący Komisji Europejskiej.
To nie był łatwy czas ani dla niego, ani dla całej Unii. Jego kadencja upłynęła przede wszystkim w cieniu Brexitu. Decyzja Brytyjczyków o wyjściu z Unii Europejskiej była początkiem niezwykle skomplikowanych debat nad warunkami tego najważniejszego rozwodu współczesnego świata. Rozplątanie tysięcznych więzi – gospodarczych, finansowych, społecznych, które połączyły Zjednoczone Królestwo z państwami kontynentalnej Europy, stawiało przed negocjatorami niebotyczne trudności. Trzeba się było rozliczyć ze wzajemnych zobowiązań i ustalić nowe zasady współżycia. Gdy wydawało się, że wszystkie trudności zostały pokonane, Izba Gmin uznała, że przyjęty, uzgodniony i podpisany przez brytyjski rząd traktat o zasadach wyjścia Wlk. Brytanii z Unii Europejskiej niczego nie zmienia, bo nadal wiąże ich z Unią. Chodziło o tzw. backstop. W zamierzeniu negocjatorów mechanizm tymczasowo utrzymujący unię celną Irlandii Płn. z UE, zdaniem jego krytyków oznaczał, że w praktyce cała Wlk. Brytania pozostawałaby w Unii w sensie praw, ale bez obowiązków. Zwolennicy natychmiastowego Brexitu konsekwentnie parli do jej opuszczenia, choćby bez żadnej umowy. To jednak grozi ogromem konsekwencji dla wszystkich europejskich i brytyjskich instytucji i – co oczywiste – milionów obywateli żyjących po obu stronach kanału La Manche. Grozi też pojawieniem się twardej granicy między Irlandią a Irlandią Płn., a więc ponownym rozdzieleniem domostw, rodzin i społeczności, a w konsekwencji obudzeniem demonów wojny sprzed lat. Przez spór wokół backstopu upadł rząd Theresy May. Rząd Borisa Johnsona mimo gromkich zapowiedzi jego lidera, iż prędzej „zdechnie w przydrożnym rowie” niż zgodzi się na kolejne odsunięcie terminu wyjścia, osiągnął co prawda porozumienie z Unią, żeby granicę celną przenieść na morze, ale buńczuczny premier przegrał głosowanie nad trybem prac nad tym dokumentem. Izba Gmin uznała, że nie będzie cwałować przez paragrafy (105 stron) tylko dlatego, żeby premier Johnson mógł dotrzyma obietnicy wyjścia z Unii w z dawna ogłoszonym terminie – 31 października. Johnson przegrawszy głosowanie jak niepyszny musiał zwrócić się do Przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska o przełożenie Brexitu. Kolejne już, co – moim zdaniem – wcale nie oznacza, że ostatnie.
W tym prawno-politycznym galimatiasie ważne jest to, że odchodzący przewodniczący Komisji Europejskiej J.C. Juncker wespół z Przewodniczącym Rady Europejskiej Donaldem Tuskiem zdołali utrzymać jedność pozostałych 27 krajów i wspólnie bronili praw i interesów Unii.
Brexit to doświadczenie dla zjednoczonej Europy zdecydowanie niemiłe, nastręczające problemów, ale jednocześnie wzmacniające teraz wspólnotę. Mimo całej swej różnorodności kraje UE w obronie wspólnych wartości i interesów wykazały się zdecydowaniem i jednością. W ciepłych słowach podziękował J.C Junckerowi za współpracę Donald Tusk, który też wystąpił na forum PE. Mówił o Junckerze, jako o swoim przyjacielu. Nie ukrywał, że czasem się różnili, spierali nawet, ale zawsze w jak najlepszym interesie Unii Europejskiej.
Tak się zresztą złożyło, że również kadencja Donalda Tuska, jako Przewodniczącego Rady Europejskiej dobiega końca. Jedność europejska w obliczu tak trudnej próby, jak Brexit, kiedy wszelkie wiążące decyzje podejmuje się jednomyślnie, to także jest jego zasługa. Jako europejski polityk, strażnik interesów europejskich i europejskiej jedności bez wątpienia zdał egzamin, przed którym postawiła go historia.
Co jeszcze zjednoczona Europa będzie pamiętać Junckerowi? Moim zdaniem na pewno Europejski Filar Spraw Socjalnych, co zapisała po stronie jego zasług przedstawicielka naszej parlamentarnej grupy Socjalistów i Demokratów. Europejski Filar Spraw Socjalnych przyjęty podczas Szczytu Społecznego na rzecz Sprawiedliwego Zatrudnienia i Wzrostu Gospodarczego w Göteborgu w 2017 r. stanowi spis 20 kluczowych zasad, którymi kierować się będzie Unia w swej polityce społecznej. Uporządkowano je według trzech następujących kategorii: równe szanse i dostęp do zatrudnienia, uczciwe warunki pracy, ochrona socjalna i integracja społeczna. Przystąpienie do Filaru Spraw Socjalnych będzie obligatoryjne dla krajów strefy euro, dla pozostałych państw członkowskich UE będzie dobrowolne. Praca za uczciwą płacę, bezpieczeństwo socjalne, europejska emerytura, likwidacja bezdomności, to europejska odpowiedź na pojawiające się ruchy populistyczne, żerujące na poczuciu krzywdy, nierówności i niesprawiedliwego dostępu do owoców europejskiej gospodarki.
Kolejny temat, którym zajmowali się europosłowie podczas minionego posiedzenia, to perspektywa finansowa Unii na lata 2021-2027, czyli projekt budżetu Unii przygotowany przez prezydencję fińską. Jednoznacznie i solidarnie oprotestowany. Zaproponowany budżet uznano za prowokacyjnie niski. Nie do przyjęcia. Prace nad budżetem będą więc trwały i nie wiadomo, kiedy się skończą. Jedno wiadomo na pewno – odchodząca Komisja Europejska nie zostawi następcom gotowego projektu. Podobnie było w poprzedniej kadencji, ale miało to być po raz ostatni. Niestety nie udało się i w gruncie rzeczy nie wiadomo, kiedy Unia będzie pracowała wedle nowego planu finansowego.
Dla porządku należy jeszcze wspomnieć, że tematem posiedzenia PE była także sprawa otwarcia rozmów akcesyjnych z Macedonią Północną i Albanią. Zostały jednak zablokowane, przez dwa kraje, co spotkało się z mieszanymi uczuciami. Argumentem przeciwko rozszerzeniu Unii było to, że poziom korupcji w tych krajach i transparentność stosunków finansowo-gospodarczych jest z punktu widzenia europejskich standardów nie do zaakceptowania. Tylko, że otwarcie rozmów nie oznacza przecież natychmiastowego przyjęcia do europejskiej wspólnoty. Negocjacje mogę trwać kilka lat, a w tym czasie unijne standardy mogłyby być powoli wprowadzane do praktyki społecznej i gospodarczej obu pretendentów i stopniowo wypierać zwyczaje naganne, nieeuropejskie. A tak, zwłaszcza Macedonia Północna może czuć się oszukana, gdyż spełniając wstępne warunki zmieniła nawet nazwę swojego państwa, żeby poprzez nią nie wzniecać konfliktów w gronie państw Unii. No, ale to już nie jest problem Jeana Clauda Junckera. Jego era dobiegła końca. Teraz nadchodzi czas Ursuli von der Leyen, a także następcy Donalda Tuska oraz nowego Parlamentu Europejskiego.

Komisarze

Timmermans plus

Jeśli chodzi o kandydatów na przyszłych komisarzy Komisji Europejskiej wszystko jest już jasne. Nowa Przewodnicząca Komisji, Ursula von der Leyen przedstawiła polityków, którzy – po uzyskaniu akceptacji Parlamentu Europejskiego – będą tworzyli jej nowy unijny gabinet.
Polskie władze najbardziej cieszą się z kandydowania Janusza Wojciechowskiego na komisarza do spraw rolnych i z tego, że komisarzem do spraw praworządności nie będzie już Frans Timmermans. Ten drugi fakt w polskich sferach rządowych i pośród europosłów PiS jest nawet powodem do nieco większej radości niż szansa, przed jaką stanął Janusz Wojciechowski. Uważam, że w obu przypadkach radość trzeba miarkować. Panu posłowi Januszowi Wojciechowskiemu życzę powodzenia, ale powody jego kłopotów są powszechnie znane, a fakt, że zostały podniesione przez prasę światową na kilka dni przed nominacją na kandydata na unijnego komisarza rolnego może nie być tak całkiem przypadkowy.
Jeśli zaś chodzi o Fransa Timmermansa, to w roli komisarza do spraw przestrzegania praworządności w krajach Unii zastąpić go ma Czeszka, pani Věra Jourová.
Nie zapominajmy jednak, że punkt startu jest następujący: Komisja Europejska nadal prowadzi wobec Warszawy postępowanie o naruszenie prawa unijnego w ramach artykułu 7 Traktatu o Unii Europejskiej zaś przyszła pani komisarz, jak do tej pory, prezentuje w kwestii praworządności postawę wręcz ortodoksyjną.
„Musimy lepiej wykorzystać fundusze unijne dla przestrzegania zasady państwa prawa”, „Uważam, że powinniśmy rozważyć stworzenie silniejszej warunkowości między rządami prawa a funduszami spójności”, „Nie będzie skutecznej polityki regionalnej i spójności bez rządów prawa”, „Rządy prawa są nie tylko kompetencją krajów, ponieważ sądy państw członkowskich muszą przestrzegać prawa UE – oznacza to, że jeśli jeden krajowy system wymiaru sprawiedliwości jest zepsuty, to cały system UE jest zepsuty”. To są jej słowa… Nic mi nie wiadomo, żeby z któregoś z tych twierdzeń się wycofała. Co więcej przypomnieć trzeba, że to ona przygotowała regulację, że wypłata środków będzie uzależniona od uznania praworządności. Ten dokument jest przyjęty, reguła jest przyjęta, a budżet jest w trakcie przygotowywania i należy się spodziewać, że ta zasada będzie respektowana.
W tym kontekście jeszcze jedna uwaga, ale ważna – czytamy o wielkiej radości, że Trybunał Sprawiedliwości UE przyznał nam rację w sporze o rurociąg Opal i my to orzeczenie akceptujemy. Tylko, że nie można wyroków Trybunału Sprawiedliwości akceptować wybiórczo. Jeśli orzeczenie jest korzystne, to w porządku, ale jeśli nie, to takiego orzeczenia nie przyjmiemy do wiadomości… Mówię o tym nie bez przyczyny – pani Jourová pod tym względem okaże się zapewne jeszcze bardziej nieprzejednana niż Frans Timmermans, zwłaszcza, że jest to kobieta młodszego pokolenia i nie ma tych sentymentów, co on. Polscy żołnierze w przeszłości raczej Czech nie wyzwalali, tak jak Holandii…
Po swej nominacji Jourová powiedziała: „W pełni podzielam jej [U.von der Leyen – BL} zobowiązanie na rzecz ochrony naszych podstawowych wartości, w tym praworządności. Mam odpowiednie doświadczenie, aby zająć się tymi problemami i otworzyć nowy rozdział”.
Wracając do Fransa Timmermansa, to moim zdaniem fakt, że zmienia mu się portfolio z praworządności na ekologię, też nie jest żadnym powodem do tak ostentacyjnej radości, że „przeżyliśmy komisarza Timmermansa, tak jak komisarzy radzieckich”. Jest to po pierwsze mało eleganckie, a po drugie grubo przedwczesne, bo Timmermans, jako pierwszy wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej, będzie koordynować określoną grupę komisarzy. Natomiast w dziedzinie ekologii i środowiska, za co być może będzie odpowiadał, nasze relacje z Unią też nie są wzorcowe – była i Rospuda, była Puszcza Białowieska, jest węgiel i niekonsekwentne stanowisko wobec paryskiej konwencji na temat emisji dwutlenku węgla.
Może się okazać, że był Timmermans, a teraz będzie Timmermans plus. Timmermans + Věra Jourová.
Jeśli chodzi o moje osobiste zaskoczenie, jest nim Laszlo Trocsanyi. Wskazanie Węgra na komisarza do spraw przestrzegania praworządności i to twórcy zmian prawnych na Węgrzech, w rezultacie których też toczy się procedura Art. 7, jest co najmniej zaskakujące. Co prawda dotąd obowiązuje zasada, że po przekroczeniu progu Komisji Europejskiej, po mianowaniu na komisarza, polityk przestaje być politykiem krajowym, a staje się politykiem europejskim, reprezentuje wyłącznie UE i od tej chwili jej polityka, spójność, rozwój i zwartość, są jedynym drogowskazem, który obowiązuje wszystkich komisarzy. Czy jednak kandydat węgierski będzie potrafił oderwać się od własnej reformy sądownictwa i spojrzy na nią nie z orbanowskiej, ale z brukselskiej, wspólnotowej perspektywy? Pierwsze komentarze w tej sprawie są delikatnie mówiąc bardzo wstrzemięźliwe. Na koniec chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedną nominację – na kandydatkę na unijną komisarz do spraw partnerstwa międzynarodowego. Inaczej mówiąc na unijną minister spraw zagranicznych Otóż następczynią Włoszki Federici Mogherini miałaby być Finka Jutta Urpilainen. To doświadczona polityk Socjaldemokratycznej Partii Finlandii.
Historia stosunków fińsko-rosyjskich nie była łatwa, a jednak na centralnym placu Helsinek stoi wzniesiony w XIX wieku pomnik cara Aleksandra II, zaś dobrosąsiedzkie stosunki z wielkim sąsiadem, mimo wszelkich zaszłości są ważnym kanonem fińskiej polityki. Także teraz, gdy Finlandia jest członkiem Unii Europejskiej. Nie jestem więc całkiem pewien, czy wskazanie na panią Juttę Urpilainen nie wiąże się aby z pojawiającym się ostatnio w polityce europejskiej tonem ku polepszeniu stosunków Unii z Rosją. Na razie jest to wróżenie z fusów oczywiście, ale czas pokaże, czy uprawnione, czy całkiem nie.

Niemcy nas zaśmiecają

Łódzka prokuratura wszczęła niedawno dochodzenie przeciw 36 niemieckim firmom. Chodzi o pożar wysypiska śmieci w Zgierzu. Niemiecki portal informacyjny Tagesschau.de pisze o „brudnym, ale lukratywnym biznesie”.

Wydać się to może niezwykle zaskakujące, gdyż Niemcy mają opinię – podobnie jak narody skandynawskie – państwa i społeczeństwa niezwykle zatroskanego kwestiami ekologii, recyklingu itp. Tymczasem, okazuje się, Główny Inspektorat Ochrony Środowiska odnotował w mionionym roku nowy rekord, tj. aż 250 tys ton niemieckich odpadów zjechało do Polski. Jak podaje portal Money.pl w 2015 r., ostatnim bez „dobrej zmiany”, było to li tylko 54 tys. ton.
Dla RFN to świetny układ. Recykling jest kosztowny, a Niemcy są bądź co bądź państwem kapitalistycznym. Spalanie jednak, ze względu na wdrożenie rozmaitych ekologicznych regulacji na rynku gospodarki odpadami, również jest drogie. Ale nie w Polsce, tutaj nikogo z decydentów nie obchodzi wszak to, że ponad 40 tys. osób rocznie idzie do piachu ze względu na ciężkie zatrucie powietrza, którym – jak podkreślano podczas wczorajszych obchodów rocznicy rozpoczęcia II WŚ – „niezwyciężony polski naród” zmuszony jest oddychać. Dlatego też polskie stawki za spalenie tony śmieci są ponad dwa razy niższe niż niemieckie. W RFN kosztuje to około 200 euro. W Polsce ok. 75.
Spalać jednak też trzeba w odpowiednich warunkach, przy pomocy stosownej technologii. Dlatego też często dochodzi do podpaleń. Tagesschau.de wskazuje, że w Polsce w ubiegłym roku doszło do blisko 120 pożarów na wysypiskach. Jest to najprostszy sposób na oszczędność. Oczywiście, tylko na pieniądzach, bo przecież nie na zdrowiu mieszkańców, które nie pozostaje niczyją troską w tym kraju.
Niemieccy dziennikarze ustalili również, iż drastycznie zwiększył się przemyt śmieci. Jako przykład podają przejście graniczne w Gubinku. Tylko tam, w tym jednym punkcie, służby celne zatrzymały od początku br. 21 transportów, gdzie pomiędzy plastikowymi śmieciami ukryte były – jak piszą – „odpady nienadające się do utylizacji”.
Z przemyt śmieci sprawcom, według federalnego prawa RFN, grożą bardzo wysokie kary. Eksperci za naszą zachodnią granicą uważają, że najlepiej będzie wprowadzić całkowity zakaz eksportu plastikowych odpadów. Wówczas skala problemu ulegnie wg nich drastycznemu zmniejszeniu. Oczywiście, konieczne są też bardziej skuteczne i częstsze kontrole.

Z zerową troską o publiczne pieniądze

Mamy w Polsce raptem trzy autostrady na krzyż, ale i tak nie potrafiliśmy ich budować bez przekrętów.

Wszystkie umowy koncesyjne dotyczące budowy autostrad zawierają szereg postanowień niekorzystnych dla strony publicznej oraz dla kierowców – taki jest najważniejszy wniosek, zawarty w raporcie Najwyższej Izby Kontroli dotyczącym zabezpieczenia interesów Skarbu Państwa i użytkowników płatnych autostrad w umowach koncesyjnych.
Chodzi tu przede wszystkim o stosowanie niekorzystnych modeli finansowania budowy i utrzymania drogi, wadliwy rozkład ryzyka oraz nieskuteczne mechanizmy rozstrzygania sporów.
W rezultacie NIK stwierdza: „Interesy Skarbu Państwa i użytkowników autostrad płatnych w umowach koncesyjnych nie zostały w pełni zabezpieczone”.
Umowy zawierają ponadto zapisy w całości wykluczające ich jawność, co ograniczało konstytucyjne prawa obywateli do uzyskiwania informacji. W konsekwencji, kierowcy korzystający z autostrad nie dysponowali nawet podstawowymi informacjami o standardach obsługi, jakich mają prawo oczekiwać od koncesjonariuszy. Obciąża to zarówno Ministra Infrastruktury jak i GDDKiA, bo instytucje te akceptowały taki kształt umów.
Brylantowe jaja
Polskie autostrady są dla ich zarządców kurą znoszącą już nie złote, ale brylantowe jaja. W latach 2015-2018 wpłaty na rzecz Skarbu Państwa od firm mających koncesje na zarządzanie autostradami wyniosły 413 493,0 tys. zł.
W tym samym czasie koncesjonariusze otrzymali aż 4 705 129,5 tys zł. Czyli jedenaście razy więcej. Żyć nie umierać!. Naturalnie stawki opłat za autostrady ustalane przez koncesjonariuszy są znacznie wyższe, niż na odcinkach, na których ustala je strona państwowa.
W 1993 r. rząd polski opracował Program Budowy Autostrad, którego jednym z założeń była ich budowa z wykorzystaniem kapitału prywatnego. W ramach realizacji tego programu zawarto z inwestorami szereg umów koncesyjnych dotyczących budowy i eksploatacji autostrad.
Umowy te podpisywano w latach 1997 – 2013. Różnią się one od siebie. Według jednych (tych zawieranych wcześniej), wysokość stawek ustala koncesjonariusz i zatrzymuje dla siebie środki uzyskane z opłat. Według nowszych – wysokość opłat ustala strona publiczna. Koncesjonariusz odprowadza te opłaty do Krajowego Funduszu Drogowego, a wynagrodzenie za udostępnienie autostrady otrzymuje z budżetu państwa.
Wspomniane umowy zobowiązują koncesjonariuszy do prowadzenia stosownej sprawozdawczości oraz posiadania ubezpieczenia od odpowiedzialności cywilnej za skutki naruszenia swoich obowiązków.
W ocenie NIK, działania jakie podejmowali Minister Infrastruktury i Generalny Dyrektor Dróg Krajowych i Autostrad w celu ochrony interesów Skarbu Państwa i użytkowników autostrad, nie były w pełni skuteczne.
Szefowie tych urzędów nie wykorzystywali bowiem wszystkich możliwości egzekwowania od koncesjonariuszy ciążących na nich obowiązków, zarówno tych wynikających z umów jak i powszechnie obowiązujących przepisów.
Raz się udało
Skarb Państwa mógł i powinien uzyskać więcej środków od firm mających koncesje. Nikt jednak o to nie zadbał. Raptem raz się zdarzyło, że od zarządcy autostrady wymuszono zwrot nienależnie pobranych pieniędzy. Chodziło o rekompensatę dla koncesjonariusza autostrady A2. Miał on ją otrzymać, ponieważ w okresie od 1 września 2005 r. do 30 czerwca 2011 r. pojazdy ciężarowe wykupujące winietę na korzystanie z dróg krajowych w Polsce były zwolnione z uiszczania opłat na autostradach. Wysokość rekompensaty określono na podstawie prognozy natężenia ruchu pojazdów oraz wynikających z tego przychodów.
Koncesjonariusz autostrady A2 wykorzystał jednak, zamiast aktualnej wówczas prognozy z 2004 r., znacznie korzystniejszą dla siebie prognozę z 1999 r. Sprawa trafiła do arbitrażu i ciągnęła się latami. W 2013 r. Trybunał Arbitrażowy podjął w tej sprawie zdumiewającą decyzję na korzyść koncesjonariusza. Rząd Platformy Obywatelskiej postanowił jednak nie odpuszczać – i zgłosił do Komisji Europejskiej, że wypłacenie zawyżonej rekompensaty było formą udzielenia pomocy publicznej na rzecz koncesjonariusza.
Po zbadaniu sprawy, w 2017 r. Komisja Europejska wydała decyzję, w której uznała, że nadmierna rekompensata wypłacona koncesjonariuszowi stanowi pomoc publiczną niezgodną z prawem Unii Europejskiej. Firma odwołała się od tej decyzji, ale w wyniku nakazu Sądu Okręgowego w Poznaniu złożyła kwotę nadmiernie pobranych rekompensat na rachunku Ministra Finansów (wraz z odsetkami co łącznie stanowiło niebagatelną sumę 1,38 mld zł).
A co nas to obchodzi?
Generalnie, GDDKiA nie miała pełnej wiedzy na temat sposobu wykonywania przez koncesjonariuszy obowiązków wynikających z umów. Kontrolerzy GDDKiA z reguły nie dokonywali bowiem pomiarów całkowitego czasu oczekiwania pojazdów w punktach poboru opłat (co było wyznacznikiem standardu obsługi klientów) i tylko sporadycznie przeprowadzali kontrole stanu zimowego utrzymania dróg. Ponadto, GDDKiA nie wykorzystywała posiadanych materiałów analitycznych, które pozwalały na skuteczniejsze przeprowadzanie kontroli oraz lepszą identyfikację obszarów nieprzestrzegania umów koncesyjnych.
W związku z tym wszystkim, firmy zarządzające autostradami mogły spokojnie nie wykonywać swoich obowiązków, wiedząc że z tego powodu włos im z głowy nie spadnie – i nie stracą ani grosza.