Pokolenie Trzeciej Rzeczpospolitej

Ponad trzydzieści lat od wielkiej zmiany ustrojowej, którą były zamknięcie okresu Polski Ludowej i budowa demokratycznej Rzeczpospolitej (nazwanej później trzecią przez odwołanie do historii sprzed rozbiorów i z lat międzywojennych), wyraźne stało się, że o kierunku zmian politycznych w naszym kraju zdecyduje nowe pokolenie – pokolenie wyrosłe już w nowych warunkach ustrojowych. Pokolenie to różni się bardzo wyraźnie od pokoleń starszych. Bez zrozumienia tej różnicy nie uda się nikomu wygrać walki o przyszłość Polski.

Używam tu pojęcia „pokolenie” w znaczeniu socjologicznym, które do nauki wprowadził niemiecki socjolog Helmut Schelsky (1912-1984) w swej głośnej książce o „sceptycznym pokoleniu” powojennych Niemiec („Die skeptische Generation”, 1957) . Pokoleniem w tym rozumieniu jest taka kategoria wiekowa, którą łączy wspólne, traumatyczne wydarzenie historyczne. Ludzie należący do tego samego pokolenia mogą w rozmaity sposób przeżywać to wspólne doświadczenie, ale niezależnie od takich różnic łączy ich właśnie to, że ich polityczne orientacje uformowały się pod jego wpływem.

W pokoleniach wcześniejszych takimi przełomowymi doświadczeniami pokoleniowymi były wojny i dramatyczne przełomy polityczne. Dla Polaków urodzonych na początku dwudziestego wieku były to pierwsza wojna światowa, odrodzenie niepodległej Polski i wojna 1920 roku. Dla ludzi urodzonych na początku lat dwudziestych – druga wojna światowa. Dla mojego pokolenia – ludzi urodzonych na początku lat trzydziestych – przełom październikowy 1956. Dla ludzi urodzonych w pierwszych latach powojennych – marzec 1968 i grudzień 1970. Nieprzypadkowo ludzie z tego pokolenia stanowili trzon opozycji demokratycznej w latach siedemdziesiątych Dla pokolenia mojego syna – ludzi urodzonych w latach pięćdziesiątych – przełomowymi doświadczeniami pokoleniowymi były kryzys letni 1980 roku, okres Solidarności i stan wojenny.

Wydarzeń tego ostatniego okresu nie da się zrozumieć bez uwzględnienia czynnika pokoleniowego. Gdy 31 sierpnia 1980 roku oglądałem w telewizji podpisywanie porozumień gdańskich, uderzyło mnie to, że po jednej stronie stołu siedzieli ludzie z pokolenia ojców, z drugiej – z pokolenia synów. Lech Wałęsa, mający wtedy zaledwie 37 lat, uważany był przez swych współtowarzyszy za starego. Od bardzo młodych działaczy robotniczych wiekiem i doświadczeniem różnili się doradcy komitetu strajkowego – ludzie z mojego lub nieco starszego pokolenia, a więc mający ostrą świadomość tego, jak może wyglądać sytuacja polityczna, jeśli zignoruje się realnie istniejący geopolityczny układ sił. Dlatego byli oni – Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Jan Olszewski – znacznie bardziej ostrożni niż młodzi przywódcy robotniczy, którzy tego doświadczenia politycznego nie przeżywali.

W 1989 roku, gdy decydowała się sprawa zmian ustrojowych, po obu stronach ówczesnego podziału politycznego ton nadawali ludzie młodzi, dla których podstawowym doświadczeniem politycznym był niedawny kryzys lat 1980/81. Tak było nie tylko po stronie Solidarności, ale także w ówczesnym obozie władzy, gdzie na coraz silniejszą pozycję wybijał się Aleksander Kwaśniewski, w czasie „okrągłego stołu” mający zaledwie 34 lata. Przemianom politycznym towarzyszyła wyraźna zmiana pokoleniowa w elicie władzy, przyśpieszona rozwiązaniem PZPR i powstaniem nowej partii polskiej lewicy – Socjaldemokracji RP.

Lata następne to pierwszy od trzech stuleci okres w historii Polski, w którym nie było dramatycznych wydarzeń – wojen, powstań, starć ulicznych. Ten bezprecedensowy okres spokojnego bytu narodu i państwa naznaczony był wielkimi, wręcz historycznymi, zmianami w sytuacji Polski: ustabilizowaniem jej sytuacji międzynarodowej w uznanych traktatami granicach i w ramach Sojuszu Atlantyckiego oraz wejściem do Unii Europejskiej. Żadne wcześniejsze pokolenie Polaków nie żyło w tak bezpiecznym położeniu międzynarodowym, jak obecne.

Dla ludzi urodzonych po 1980 roku – a więc dla tej grupy wiekowej, którą nazywam „pokoleniem Trzeciej Rzeczpospolitej” – polityka nigdy nie stała się sprawą dramatycznych wyborów narodowych. Tak ważny w przeszłości podział na „realistów” i „idealistów” – opisywany między innymi przez Adama Bromke (1928-2008) w jego amerykańskiej książce „Poland’s Politics: Idealism vs. Realism: z 1967 roku – przestał konstruować podstawową linię politycznego podziału. W polityce nie brakło bardzo ostrych konfliktów, lecz ich sensem były sprawy związane ze sposobem sprawowania władzy, a nie wybory polityczne o egzystencjalnym charakterze.

Pokolenie Trzeciej Rzeczpospolitej jest więc w sytuacji bez porównania lepszej niż pokolenia wcześniejsze. Dostało od historii bardzo dobre karty. Nie znaczy to jednak, by było zadowolone ze status quo. Wprost przeciwnie! Jest to pokolenie w swej podstawowej masie rozczarowane do otaczającej je sytuacji politycznej i społecznej.

Świadczą o tym zarówno statystyki wyborcze (wskazujące na stosunkowo wysoką absencję wyborczą ludzi młodych), jak i sondaże socjologiczne, w których ludzie młodzi deklarują silne sympatie dla lewicy lub (choć słabiej) dla kontestującej istniejący układ polityczny Konfederacji. Zjawisko alienacji politycznej młodego pokolenia spotęgowało się w okresie rządów Prawa i Sprawiedliwości, ale ma ono wcześniejsze korzenie.

Zrozumieć przyczyny tego zjawiska to znaleźć drogę do przetworzenia rozczarowania młodego pokolenia w jego aktywne zaangażowanie na rzecz innej niż dotychczasowa polityki. Wydaje mi się, że w grę wchodzą trzy najważniejsze sprawy.

Po pierwsze: młode pokolenie jest w swej większości progresywne, wolne od konserwatyzmu obyczajowego pokoleń starszych, bardziej skłonne kwestionować autorytety kościelne, bardziej tolerancyjne w stosunku do mniejszości ( w tym seksualnych), odważnie domagające się prawa do decydowania o utrzymaniu lub zakończeniu ciąży. W tych sprawach pokolenie to natrafiło na skrajnie konserwatywne i nietolerancyjne rządy, których symbolem jest minister Czarnek z jego kuriozalnym programem oświatowego zacofania.

Po drugie: jest to pokolenie Europejczyków, dumnych z tego, że są obywatelami Unii Europejskiej i czujących się w niej jak we własnym domu. Gdy marszałek Witek powiada „tu jest Polska, a nie Unia Europejska”, daje mimo woli dowód tego, iż nie rozumie pokolenia dla którego Polska to jest także Unia Europejska. Skierowana przeciw Unii polityka obecnych władz nie może znaleźć zrozumienia, a tym bardziej poparcia, wśród młodych Polek i Polaków.

Po trzecie: jest to pokolenie rozczarowane i niepewne swej przyszłości. Sondaże po raz pierwszy odnotowują rozpowszechnione przekonanie, że perspektywy życiowe młodego pokolenia są i będą gorsze niż perspektywy ich rodziców i dziadków. Wtedy – także, a może szczególnie w latach Polski Ludowej – dominowało poczucie, że będzie lepiej, że życie ludzi młodych będzie łatwiejsze i szczęśliwsze niż ich rodziców. Dziś tego poczucia nie ma – w każdym razie nie na taką skalę. Składają się na to dwie podstawowe okoliczności. Pierwszą jest zablokowanie kanałów awansu, także przez edukację. Dyplom uniwersytecki nie daje dziś takich gwarancji sukcesu zawodowego, jak 30-40 lat temu. Socjologiczne badania struktury społecznej sygnalizują jej zamykanie się, w czym niemałą rolę grają dziedziczone środki materialne i kapitał kulturowy. Atrakcyjna staje się emigracja na Zachód, ale nie może ona być rozwiązaniem dla wszystkich.
Drugą przyczyną rozczarowania jest poczucie, że świat zmierza ku katastrofie ekologicznej – lub, w lepszym wypadku, do takiej zmiany, która pociągnie za sobą wielkie wyrzeczenia materialne. Dla ludzi młodych wizja katastrofy ekologicznej, jaka może nastąpić w drugiej połowie obecnego stulecia, nie jest czymś abstrakcyjnym (jak dla mojego pokolenia, które tego nie dożyje), lecz bardzo realną perspektywą własnego losu.

Rozczarowanie młodego pokolenia może prowadzić do jego politycznej absencji, ale może także stać się zaczynem dla nowej polityki. Pytanie dla nas podstawowe brzmi: czy lewica potrafi wyjść naprzeciw lękom i oczekiwaniom młodego pokolenia, pokazać mu drogę skutecznego działania, stać się jego polityczną reprezentacją. Nie wiem, jak na nie odpowiedzieć.

PS. Dzień po publikacji mojego poprzedniego artykułu (o kryzysie lewicowej polityki, 16 bm.) życie dopisało do niego swoisty komentarz. Otwarty konflikt w kierownictwie Nowej Lewicy jest bardzo groźnym sygnałem alarmowym. Ponieważ od niemal dziesięciu lat nie pełnię żadnych funkcji partyjnych (moją ostatnią było przewodniczenie Krajowej Komisji Etyki SLD), nie znam okoliczności tego konfliktu i nie mam wyrobionego zdania na temat racji obu stron. Wiem jednak, że jest to droga do klęski. Przypominam, czym skończył się rozłam w SLD w 2004 roku: katastrofalnym wynikiem wyborczym i trwałym zmarginalizowaniem lewicy. W dawnej SdRP, pod przywództwem Aleksandra Kwaśniewskiego, nieraz spieraliśmy się o to, jaką podjąć decyzję, ale były to zawsze spory przyjaciół prowadzone w klimacie życzliwości i skutkujące wspólnym działaniem, nie zaś wykluczeniem czy zawieszeniem mających inne zdanie. Czy od dzisiejszych działaczy Nowej Lewicy można oczekiwać tego samego?

Broszka polska

Wydawało się, że te dwa wyjątkowe okazy, którymi złośliwy los nas obdarzył – Andrzej Duda i Mateusz Morawiecki, wyczerpują panopticum polskich dziwolągów. Że tyle durnot, ile oni wygadują wystarczy za wszystkie inne aż z naddatkiem. Zwłaszcza, gdy zaczynają mówić o Unii Europejskiej tracą poczucie rzeczywistości i żeglują swobodnie w przestworzach absurdu.

Kilka przykładów dla przypomnienia.

Andrzej Duda, Kamienna Góra, rok 2018:
– Bardzo często ludzie mówią: „ach, po co nam Polska, Unia Europejska jest najważniejsza”. (…) To niech sobie ci wszyscy przypomną te 123 lata zaborów, jak Polska wtedy pod koniec XVIII wieku swoją niepodległość straciła i zniknęła z mapy. Też byli tacy, którzy mówili „A może to lepiej, swary się w końcu skończą, te rokosze, te wszystkie insurekcje, te wojny, te awantury, te konfederacje, wreszcie będzie święty spokój”;

Leżajsk 2018: – [Unia] to „wyimaginowana wspólnota, z której niewiele dla Polski wynika. (…) Niech nas zostawią w spokoju i pozwolą nam naprawić Polskę, bo to jest najważniejsze”; Zwoleń 2020: – „My, Polacy, mamy prawo sami decydować o sobie i swoich prawach. Po to walczyliśmy o demokrację. Nie będą nam tutaj w obcych językach narzucali, jaki ustrój mamy mieć w Polsce i jak mają być prowadzone polskie sprawy” …

Kłamstw, przemilczeń, przeinaczeń, przekręceń, manipulacji na temat Unii i wokół Unii autorstwa Mateusza Morawieckiego jest z kolei tyle, że starczyłoby na referat o zbłąkanej świadomości przeplatającej świat urojony z rzeczywistym w praktyce politycznej. Przypomnę więc jeden tylko przykład, ale charakterystyczny, można powiedzieć sztandarowy. Na wiecu w Dębicy (rok 2018) premier mówił:

– Pozyskaliśmy więcej środków od bandytów, mafii VAT-owskich, przestępców podatkowych. To jest w budżecie (…) więcej środków od tych bandytów, którzy swobodnie sobie hulali po państwie polskim za czasów PO i PSL; więcej środków odzyskaliśmy niż środki unijne. (…) Środki unijne są ważne, cieszymy się z nich, bo pomagają odnawiać chodniki, ale dużo więcej dobra przynosi rząd Prawa i Sprawiedliwości…

W świecie tych polityków i ich politycznych towarzyszy, sympatyków i zwolenników podobne idiotyzmy w żaden sposób nieprzystające do rzeczywistości nie zakłócają ich obywatelskiej świadomości. Mieszczą się doskonale obok jednoznacznie przeczących im faktów i gołym okiem widocznych profitów politycznych oraz materialnych, które były i są udziałem Polski w ciągu 17 lat przynależności do Unii Europejskiej. W świecie ich psychicznej odrębności i urojeń, korzyści odnoszone przez Polskę to jedno, a Polska to zupełnie coś innego – jakby nie Unia Europejska, jakiś oddzielny byt. Ten dziwaczny związek pisowskiej Polski z Europą pogłębia się z każdym rokiem od ponad pięciu już lat, a Polska coraz bardziej przypomina skołtunioną, zrzędzącą babę, wiecznie w szlafroku i w przydeptanych kapciach, która ma niekończące się pretensje, że inne są bogatsze, zadbane i domyte. Wszystko się jej należy, zaś ona sama nie poczuwa się do żadnej więzi z Unią. Przeciwnie – im więcej z Unii wydusi, tym bardziej jej nienawidzi. Podbechtywana przez kościół, wybitnego zresztą unijnego „dojarza”, hoduje w sobie coraz to nowe pokłady ignorancji i buntu przeciwko urojonym brukselskim wrogom, zamachom i nieistniejącym planom unicestwienia polskości. Nic dziwnego więc, że na takim podglebiu rosną nowe zastępy idiotów i idiotek głupich jak but pisowskich elit. Antyunijne kalki słowne, schematy myślowe, w których Unia jest wyłącznie złem, tak już im weszły w krwioobieg, że wyrósł z tego ich niby język, którym swobodnie posługują się na co dzień, często zapewne nawet nie zdając sobie sprawy, co tak naprawdę mówią. Wypowiadają niebotyczne bzdury swobodnie, bez zahamowań, perorują o najważniejszych sprawach, często wręcz żywotnych dla Polski, jak niejeden Napoleon w Tworkach o swoich zwycięskich kampaniach i przebiegłych intrygach.

Na czoło rankingu uczelni wypuszczających w świat takich właśnie orłów intelektu i myśli państwowej zdecydowanie wysuwa się Katolicki Uniwersytet Lubelski, na który polscy podatnicy łożą od dziesiątków lat milionowe dotacje. To prawdziwa kuźnia nowych elit. Niewątpliwie ich najbardziej znanym reprezentantem, jest Przemysław Czarnek, prawnik konstytucyjny, gość, którego w normalnym kraju strach byłoby obsadzić w jakiejkolwiek roli państwowej, a o ministrze oświaty on sam nawet w snach by nie marzył. W Polsce PiS jednak to, co jest normalnie nienormalne jest jak najbardziej normalne. Drugim ośrodkiem kadro twórczym jest Ordo Juris, organizacja, o której tak naprawdę niewiele wiadomo, poza tym, że to katoliccy talibowie, których kościół hoduje, ale sam za bardzo w drogę im wchodzić nie chce. Czy można się więc dziwić, że zbieramy tego owoce? Czy można się dziwić, że schizofrenia polityczna staje się u nas normą? Na przykład, że 80 proc. Polaków opowiada się za Unią, ale jednocześnie połowa uznaje, że unijne pretensje do stanu naszej praworządności po ziobrowej reformie są przesadzone? Jak jednak takie wykluczające się nawzajem przekonania mają nie zalęgać się w mózgach, które dzień w dzień kształtuje PiS-owska propaganda? Jak ludzie mają inaczej myśleć, skoro minister oświaty mówi publicznie i bez zahamowań, a potem to mocno potwierdza, iż uczniowie mają się uczyć o Traktacie lizbońskim, funkcjonowaniu Polski w ramach Unii Europejskiej i „ewolucji Unii Europejskiej z tworu praworządnego na twór niepraworządny, bo dzisiaj jest tworem niepraworządnym, który nie przestrzega własnych ram prawnych” …

Albo skoro inny profesor, Karol Karski, w telewizji Republika (25 maja br.) stawia znak równości między współpracą Unii z Polską a działaniami putinowskich tzw. „zielonych ludzików” na Krymie, to nic nikogo nie powinno już dziwić. Przesłanie takiej wypowiedzi jest przecież jednoznaczne: podstępnie zabierają nam suwerenność i na siłę przyłączają do Brukseli, jak Rosja Krym.

Inny przedstawiciel nowych elit (występujący w tym samym programie) Dobromir Sośnierz porównał z kolei współczesną prounijną opozycję do warcholstwa magnaterii i szlachty, które w XVIII wieku doprowadziły do rozbiorów Polski. Pół biedy z tym Sośnierzem, to co prawda poseł na Sejm, poprzednio nawet europarlamentarzysta, ale katecheta. Tak jak w Paryżu nie zrobią z owsa ryżu, tak w Brukseli nie zrobią z Sośnierza moreli. Zaś ten Karski to co innego, to profesor prawa. Właściwie doktor habilitowany a profesor nadzwyczajny, ale jednak. Uczony jest posłem do Parlamentu Europejskiego. W dużej mierze dzięki tej fusze jest milionerem – znaczy, jak wszyscy europosłowie PiS, kasę z Brukseli bierze, ale rękę karmiącą kąsa zajadle. Jest tam już długo, lecz kariery nie zrobił żadnej. Był kilkakrotnie kwestorem i to wszystko, czyli pilnował interesów europosłów. Na przykład, jeśli jakaś pani jest praktykującą weganką, to on powinien dopilnować, żeby przejawy jej kultury gastronomicznej znajdowały odbicie w menu parlamentarnej stołówki. Karski o wiele bardziej niż z działalności merytorycznej w PE znany jest z działalności rozrywkowej. To ten sam urwipołeć, który w towarzystwie niejakiego Zbonikowskiego, byłego posła PiS, damskiego boksera i znanego z tabloidów bohatera romansów, rozbili melexy w cypryjskim hotelu, za co tamtejszy sąd kazał im zapłacić.

Owszem, Karski zasłynął również jako prawnik. W sierpniu 2008 r. doniósł do prokuratury na pilota, który podczas wojny rosyjsko-gruzińskiej, ze względów bezpieczeństwa odmówił prezydentowi Kaczyńskiemu i innym towarzyszącym mu prezydentom lądowania w Tbilisi. Karski zarzucił pilotowi tchórzostwo, sabotowanie ważnej misji i zażądał postawienia go przed sądem, oraz odwołania ówczesnego ministra obrony. Prokuratura nawet nie wszczęła śledztwa, bo uznała to doniesienie za nic nie warte. Oto rozmiar kapelusza czołowego reprezentanta PiS-owskich elit. Zbiór jemu podobnych pań i panów jest właściwie nieprzebrany. Mówi się jednak, że to nie oni są problemem Polski, tylko ich wyborcy. I to prawda. Problemem politycznym, społecznym i socjologicznym są obywatele, którym takie właśnie poglądy odpowiadają, przyjmują je za swoje i utożsamiają się z nimi na tyle, że na tych orłów głosują. Mimo ich wielomiliardowych afer, jawnego złodziejstwa, niekompetencji, chamstwa i nieokiełznanej buty ciągle jest po ich stronie połowa wyborców. Nie większość, bo większość zapewnia im ordynacja wyborcza, ale znacząca część. Co najmniej czterdzieści kilka procent, czyli mniej więcej tyle, ile jest tych, którzy nie zarejestrowali się w kolejce do sczepień przeciw covidowych, w kolejce po życie. To prawdopodobnie są nawet ci sami – bracia i siostry w ciemnocie, wierze w banialuki, bzdury i kłamstwa. Wyznawcy teorii spiskowych, śledziennicy wiecznie nadęci, ofochani i ze wszystkiego niezadowoleni.

Przemeblowanie głów takiej masy ludzi jest bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe.

Dwa grzybki w barszczu

Przez środowiska polityczne wszelkich maści i przez media przetoczyła się ostatnio nerwowa dyskusja o tym, czy Lewica postąpiła mądrze głosując w Sejmie za przyjęciem ustawy upoważniającej prezydenta do ratyfikacji decyzji UE o pocovidowych zastrzykach finansowych dla wszystkich członków, czy też zdradziła opozycję, uniemożliwiając udowodnienie, że rząd już nie ma większości parlamentarnej.

Dyskusja na ten temat ex ante była niemrawa, dyskusja ex post zbyt napastliwa. Wszyscy politycy wypowiadający się na ten temat w telewizorze bardzo się podniecali. Wysłuchałem wielu przekonywujących argumentów za i przeciw decyzji Lewicy. Jednak relatywnie najrzadziej używano argumentu, który osobiście uważam za decydujący.

Grzybek smaczny, ale ciężkostrawny

Człowiek nie jest istotą doskonałą. Jeśli przeciętnemu mieszkańcowi tego świata stwarza się możliwość uzyskania poważnej pomocy finansowej, to reguły z zadowoleniem ją przyjmuje. Mogę się założyć, że wszystkie kraje Unii ratyfikują to porozumienie. Gdybyśmy tego nie zrobili, odkładając sprawę „na później” i hamując jego realizację w skali UE, to przeciętny Europejczyk nie zrozumiałby tej decyzji i uznał, że „ta Polska” rzeczywiście nie jest normalna. Tenże Europejczyk nie zna i nie chce znać naszych zakulisowych manewrów politycznych i nie pojmuje, że odmową przyjmowania pomocy można przewrócić nielubiany rząd i podtrzymującą go partię. Tak samo jak przeciętny Polak nie rozumie, dlaczego zmieniają premierów w Czechach i na Słowacji, dlaczego Katalonia chce „wyjść” z Hiszpanii, a urocza pani Merkel rządzi tak długo na stołku kanclerza ii ma niezłe stosunki z Rosją.

To powszechne niezrozumienie naszych wewnętrznych motywacji spowoduje zapewne, że po kolejnych manewrach w Senacie kolektywnie upoważnimy Prezydenta do ratyfikowania tego drugiego planu Marshalla. I przez parę miesięcy będziemy się kłócić o podział tych środków. I można mieć nadzieję, że dyskusje na ten temat będą bardziej konstruktywne.
Sprawa ratyfikacji tego unijnego porozumienia, postawiła naszych polityków w przysłowiowej sytuacji dwóch grzybków w barszczu. Drugim grzybkiem był i pozostaje problem „trzymania władzy” przez PIS, jego koalicjantów i emanującego władczą osobowością Najważniejszego Prezesa. Koalicjanci PIS zaczęli ostatnio „brykać”, usiłując udowodnić swoją niezależność. W pewnym stopniu to im się udaje i stwarza nową sytuację permanentnego zagrożenia jedności „zjednoczonej prawicy”.
Mylę się często, więc mogę mylić się i tym razem. Ale sądzę, że obecna władza nie utrzyma się jednak do końca kadencji. W jej rozpędzie do pozbawionego sensu psucia państwa mogą ją bowiem boleśnie powstrzymać, co najmniej trzy zdarzenia.

Możliwości końca zabawy

Pierwsze – to bardziej agresywne zachowania Europy, znudzonej już totalnym lekceważeniem wyroków jej sądów i tym samym zawartych traktatów. Oczywiste naruszanie praworządności może spowodować wstrzymanie finansowania niektórych projektów, albo zmniejszenie poprzednio uzgodnionych kwot. Oczywiście – nasi, zasiadający w organach państwa, nieomylni prawnicy zakwestionują te decyzje. Rozpocznie się proces zmierzający do opuszczenia przez Polskę UE i to spowoduje gwałtowne objawy niezadowolenia społeczeństwa, wycofanie poparcia przez koalicjantów PISu i konieczność przyspieszenia wyborów.
Wariant drugi – wiosenne przebudzenie opozycji a zwłaszcza organizacji kobiecych, domagających się liberalizacji przepisów antyaborcyjnych. Obecny rząd nie reaguje na manifestacje gromadzące nawet 100 tysięcy obywateli. Ale zmuszony będzie reagować na zgromadzenia z udziałem np. 500 tysięcy, które muszą być już traktowane, jako słyszalny w kraju i zagranicą „głos suwerena”. Bezpośrednim następstwem będzie także utrata większości w parlamencie i konieczność przedterminowych wyborów.
No i nadal jest trzeci wariant. Głosowanie w parlamencie całej opozycji i co najmniej jednej „przystawki” Pisu, inaczej, niż głosuje PIS. Tym samym udowodnienie, że rządzące ugrupowanie straciło poparcie większości. Ale – moim zdaniem – takie głosowanie nie powinno dotyczyć korzyści finansowych dla kraju. Głosowanie przeciw jest takim przypadku, jak ostatnio, niezrozumiałe dla znacznej części „suwerena”. Powinno dotyczyć problemów światopoglądowych, bezpieczeństwa, ochrony zdrowia, szkolnictwa itd.

Taki moment na pewno niedługo nadejdzie. Problem w tym, aby opozycja nie siliła się wówczas na indywidualizm, nie budowała barier między sobą, potrafiła wystąpić, jako „zjednoczona demokracja” przeciwna narastającej autokracji.

Czytelnik może się zdenerwować. O wspólnym działaniu opozycji mówi się bowiem od dawna, przywódcy wszystkich partii entuzjastycznie deklarują swój udział – a potem nic z tego nie wychodzi. Moim zdaniem rację mają ci, którzy twierdzą, że główną przyczyną jest brak spoiwa, w postaci osoby, o niepodważalnym autorytecie. Obóz władzy ma Kaczyńskiego – obóz opozycji ma kilku kandydatów, ale wobec siebie konkurencyjnych. Nie chcę ich wymieniać. Ale osobiście uważam, że najlepszym jest ten, który ma ogromną praktykę w zarządzaniu krajem i najszersze, poprawne a nawet serdeczne, kontakty zagraniczne – zwłaszcza w krajach UE. I czasem jeździ bez ochrony środkami komunikacji miejskiej. A nawet, jeśli wtedy jest ochrona, to tak dyskretna, że jej nie widać. Tym pozamerytorycznym szczegółem różni się zasadniczo od Kaczyńskiego.

Dwa lata nowej kadencji

Z dumą muszą powiedzieć, że państwa Unii zachowały spójność i solidarność. Anglicy wielokrotnie próbowali zyskać więcej niż się im należało, próbowali na różne sposoby zaspokajać swoje ambicje i oczekiwania wynikające raczej z odległych, imperialnych wspomnień niż bieżącej rzeczywistości. Ale udało się, Unia wyszła z tego zakrętu mniejsza, lecz silniejsza – mówi europoseł prof. Bogusław Liberadzki w rozmowie z Janem Stockim.

Parlament Europejski przyjął pakiet praw pasażerów kolei, który zasadniczo zmienia sytuację podróżnych. Grupa Socjalistów i Demokratów Panu powierzyła kierowanie tym projektem w ramach Komisji Transportu i Turystyki. Dlaczego akurat Pan Profesor?

Być może jakąś rolę odegrał mój staż parlamentarny. Jestem doświadczonym parlamentarzystą i w niejednych negocjacjach uczestniczyłem. Przede wszystkim jednak chodziło prawdopodobnie o to, że transport publiczny, kolejowy zwłaszcza, jego organizacja i zarządzanie nim, to moja specjalność naukowa i zawodowa. Przez lata kierowałem Katedrą Transportu SGH, byłem ministrem transportu i gospodarki morskiej. Mam wiedzę i doświadczenie, więc pewnie dlatego.
Ale czy te uzgodnienia musiały trwać aż cztery lata?

Wspólne zasady musieli uzgodnić przewoźnicy kolejowi z 27 państw członkowskich. Utrzeć się musiały różne tradycje, przyzwyczajenia i interesy. Biorąc pod uwagę mnogość przewoźników, ich status prawny (państwowe i prywatne lokalne i międzynarodowe), różne systemy biletowe, waluty (euro i waluty lokalne) była to operacja logistyczna o wielkim stopniu skomplikowania. Nad ostatnimi poprawkami do rozporządzenia pracowaliśmy wiosną tego roku z moim asystentem parlamentarnym Damianem Syjczakiem w Brukseli.
Jakie prawa zatem zyskali pasażerowie kolei?

Projekt określa minimalne prawa i obowiązki pasażerów we wszystkich krajach UE. Przede wszystkim prawo do punktualności. Opóźnienia będą dla kolei kosztowne: 25 proc. ceny biletu w przypadku opóźnienia wynoszącego od 60 do 119 minut; 50 proc. w przypadku opóźnienia wynoszącego 120 minut. Wypłata odszkodowania będzie musiała nastąpić w ciągu miesiąca od złożenia wniosku i będzie przysługiwała także posiadaczom biletów abonamentowych i okresowych.
Gdy opóźnienie przekroczy 100 minut, przewoźnik będzie musiał zaproponować pasażerom inne możliwości dotarcia do celu, ewentualnie zapewnić posiłki i nocleg.
Pociągi mają być również przyjaznym środkiem transportu dla niepełnosprawnych i osób starszych. Będą mieli prawo do pomocy i opieki ze strony pracownika kolei. Pomoże im znaleźć peron, zająć miejsce w przedziale, wniesie bagaż – zarówno na stacji początkowej jak i końcowej. Trzeba będzie tylko zgłosić taką potrzebę: do roku 2023 na 48 godzin przed podróżą, w latach 2023-2026 – 36 godzin przed podróżą, a od 30 czerwca 2026 roku – 24 godziny przed podróżą. Ponadto z pasażerami o ograniczonych możliwościach poruszania się będzie mógł bezpłatnie podróżować opiekun lub pies towarzyszący.
Nowe przepisy są także przyjazne dla miłośników turystyki rowerowej. Przewoźnik będzie miał obowiązek zapewnić, aby w każdym składzie pociągu był przynajmniej jeden wagon, ze specjalnymi miejscami do przewozu co najmniej czterech rowerów.
Kolejne bardzo ważne dla pasażerów udogodnienie – prawo do jednego biletu na połącznia przesiadkowe, realizowane nie tylko przez tych samych, ale też różnych, międzynarodowych przewoźników. Gdyby zaś pojawiała się jakaś sytuacja konfliktowa, to każdy obywatel Unii będzie mógł pobrać w Internecie jednakowy dla wszystkich formularz reklamacyjny, by zgłosić swoje zastrzeżenie i dochodzić swych praw w stosunku do przewoźnika. Niby nic takiego, ale jakże to uprości biurokratyczną (choć przecież niezbędną) procedurę w przypadku sporu między przewoźnikiem a pasażerem.
Tylko dlaczego to jest tak rozciągnięte w czasie?

Nie ma takiej szansy, żeby nowe przepisy weszły w życie jednego dnia. Koleje w różnych państwach Unii są w różnym stanie technicznym, organizacyjnym, dodałbym także, że wykorzystywane są w różnym otoczeniu kulturowym. Potrzeba czasu, żeby zaczęły funkcjonować wedle tych samych reguł we wszystkich państwach UE.
Ten sukces wypadł akurat po dwóch latach bieżącej kadencji Parlamentu Europejskiego. Jak pan ocenia ten czas?

Z punktu widzenia Unii jako całości, jako bardzo trudny. Zaczęło się od Brexitu. To było gigantyczne wyzwanie i wielki sprawdzian dla europejskiej wspólnoty. Negocjacje były trudne, niczym rozwodzące się, kłótliwe małżeństwo, musieliśmy rozliczyć z Anglikami nie tylko wspólny majątek, ale też ułożyć zasady współżycia w przyszłości. Wymagało to solidności, wizji i skrupulatności. Z dumą muszą powiedzieć, że państwa Unii zachowały spójność i solidarność. Anglicy wielokrotnie próbowali zyskać więcej niż się im należało, próbowali na różne sposoby zaspokajać swoje ambicje i oczekiwania wynikające raczej z odległych, imperialnych wspomnień niż bieżącej rzeczywistości. Ale udało się, Unia wyszła z tego zakrętu mniejsza, lecz silniejsza, bardziej skonsolidowana. Ściślej mówiąc – wydawało się, że tak się stało, gdyż po chwili zaatakował nas covid – największe współczesne nieszczęście. Pandemia, która położyła się wielkim ciężarem na całym świecie, była i jest do tej pory przyczyną tragedii w wymiarze ludzkim, ale też poważnie komplikuje funkcjonowanie wspólnoty. W obliczu niebezpieczeństwa wśród niektórych krajów pojawiły się tendencje, żeby radzić sobie samemu, a to najczęściej oznacza, że kosztem innych. Polska nie ma specjalnie siły, żeby być w pojedynkę poważnym graczem w tej niedobrej konkurencji, ale w warstwie słów i propagandy, zwłaszcza gdy trzeba usprawiedliwić przed własnym społeczeństwem swoją niemoc, bałagan, nieumiejętność, z Polski płynęły słowa, które nie wzmacniały unijnej spójności, a chwilami były wręcz obraźliwe. Szczególnie, gdy sugerowano, że Polska jest w jakiś sposób dyskryminowana, odsuwana na bok przy podziale na przykład szczepionek. Tymczasem Unia, choć początkowo zaskoczona rozmiarami i konsekwencjami pandemii, zebrała siły i szybko nauczyła się działać w nowych okolicznościach. Przede wszystkim w sposób zorganizowany, przy udziale wszystkich swych członków i za ich zgodą – co podkreślam – doprowadziła do wspólnych zakupów i przyjęła jednakowe zasady rozdziału szczepionek. Nie byliśmy więc zdani na inicjatywę instruktorów narciarskich ani na podejrzane i niezwykle kosztowne inicjatywy wychodzące z kręgów różnych służb niemedycznych. Oczywiście firmy farmaceutyczne próbowały i nadal próbują maksymalizować swoje zyski, lecz wspólne działanie pozwala nam unikać skutków takich szantaży, choć pewne zakłócenia zdarzają się ciągle, bo i próby zyskania czegoś więcej nie ustają.
Po drugie Unia uruchomiła szeroki front pomocy dla krajów członkowskich – zaczęła od likwidowania bądź maksymalnego uproszczania barier biurokratycznych, które mogłyby hamować szybki przepływ pieniędzy i wszelkiej innej pomocy dla krajów członkowskich. Na ratowanie gospodarki i poszczególnych branż uruchomiła środki już istniejące, a przeznaczone początkowo na inne cele, uruchomiła dotacje i tanie kredyty. Pieniądze szerokim strumieniem płyną także do Polski. Gdyby nie fundusze Unii los wielu branż byłby już przesądzony. Przed nami historyczna szansa związana z Funduszem Odbudowy.
Takim najbardziej chyba spektakularnym przykładem jest właśnie transport?

Tu straty są ogromne i bardzo widoczne dla milionów obywateli. Każdy sam widzi puste pociągi czy autobusy. Linie autobusowe albo są zamrożone, albo padają. Ruch na lotniskach zmalał o ok. 80 proc., linie lotnicze straciły nawet do 90 proc. pasażerów. Gdyby nie pomoc z Unii, to polskie lotniska regionalne, takie jak nasze lotnisko w Goleniowie dawno trzeba byłoby zamknąć. Tak samo branża gastronomiczna i hotelarska. Pomoc płynie, ale ani ta państwowa, na którą wszyscy poza rządem narzekają, że stanowczo zbyt mała, ani ta unijna nie zastąpi normalnego ruchu, zwykłych codziennych obrotów, dopływu gotówki, co zapewniają goście i klienci.
Pod tym względem dwa lata obecnej kadencji PE rysują się jako czas bardzo trudny, znaczony mozolnymi sukcesami i ogromnymi, niespotykanymi wcześniej problemami.
A gdyby miał pan spojrzeć na tę mijającą prawie połowę kadencji z własnej perspektywy, to jak by pan ją ocenił?

Jeśli chodzi o mnie, miało miejsce bardzo dla mnie ważne wydarzenie. Otóż, gdy rozpoczynano drążenie tunelu pod Świną, inwestycję, na którą Świnoujście i całe Pomorze Zachodnie oczekiwało od lat, zjechali się tam możni naszego świata, by wypiąć pierś po zasługi. I wtedy zewsząd posypały się dla mnie zaproszenia od zachodniopomorskich mediów, żeby porozmawiać o szczegółach tej inwestycji. Pamiętano, co jako europoseł z tego regionu zrobiłem zarówno, jeśli chodzi o ten tunel, jak i w ogóle o infrastrukturę drogową tego obszaru. Było to dla mnie bardzo satysfakcjonujące, gdyż z moja grupą polityczną Socjalistów i Demokratów od wielu lat zabiegaliśmy o tę inwestycję. Starania o fundusze unijne, o włączenie zachodniopomorskich i lubuskich dróg do europejskich systemów drogowych, co automatycznie zapewniało finansowanie ich modernizacji, pochłania sporo czasu i wysiłku. A na tunel, którego koszt ocenia się na ok. miliard złotych, 850 milionów wyłożyła Unia Europejska. Pamiętano, że S3 – dziś droga ekspresowa – kiedyś była rachityczną, dwukierunkową szosą z minionej epoki. Północny odcinek tej nowoczesnej ekspresówki wraz ze wspomnianym tunelem jest właśnie w budowie, ostatnio widzieliśmy otwarcie kolejnego, prawie 42 km. odcinka. Tak samo zmienia się S6. Ze Szczecina do Koszalina można już pojechać ekspresówką, prace przy dalszych odcinkach w stronę Gdańska trwają. Wyborcy pamiętają i o tym, że liczne obwodnice, które wyprowadziły uciążliwy ruch samochodowy z zachodniopomorskich miasteczek też powstały dzięki obfitym unijnym dotacjom. Przyznam, że nie ma dla polityka większej satysfakcji niż tego rodzaju pamięć.

Berecik Borysa Budki

Jednoczenie opozycji to nie może oznaczać wasalizacji mniejszych przez największego.
Było jak w starym dowcipie. Strażak wyratował dziecko z topieli i oddał je w ręce stojącej na brzegu niani. Ta zgubę dokładnie obejrzała. Gdzie berecik?, surowo zganiła strażaka, gdzie berecik, przecież dziecko na główce go miało !
Historyczne już, sejmowe głosowania nad Krajowym Planem Odbudowy dowiodły, że nie ma już jedności w Zjednoczonej Prawicy oraz w sejmowej opozycji.
I jak zwykle w Polsce bywa liderzy i komentatorzy polityczni, zamiast zastanawiać się co robić dalej, rozpoczęli kampanie obwiniania partnerów za niespełnienie swoich aspiracji. Opluwania dotychczasowych kooperantów, szukania kozłów ofiarnych spośród nich. Kanonady żalu za niespełnienie samo wymyślonych samospełniających się prognoz.
Ważniejszym stał się brak zgubionego berecika, niż uratowane wspólnego dziecka.
Co dalej w opozycji?
„Podstawowym błędem opozycji było to, że nie wypracowała ona wspólnego stanowiska w tej ważnej kwestii. Gdy politycy PO (i bliscy im publicyści) pomstują na to, że lewica „zdradziła” opozycję, warto zapytać, gdzie i w jakiej formie opozycja zajęła wspólne stanowisko, z którego lewica rzekomo się wyłamała. Jedności opozycji nie uzyska się na drodze narzucania wszystkim jej odcieniom stanowiska najsilniejszej partii opozycyjnej, którą wciąż jeszcze jest Platforma Obywatelska”, napisał w poprzednim wydaniu „Trybuny” profesor Jerzy J. Wiatr.
Cóż zatem powinna zrobić parlamentarna, demokratyczna opozycja aby następnym razem przemawiać podobnie i działać wspólnie.
Trzeba skończyć z obłudnymi, podwójnym standardami. Nie chcę już słyszeć, że kiedy parlamentarzyści Lewicy głosują tak samo jak PiS to są już „koalicjantami Kaczyńskiego”. A kiedy parlamentarzyści Koalicji Obywatelskiej głosują tak samo jak Konfederaci i Ziobrzyści, to jedynie „dotrzymują słowa danego swoim Wyborcom”.
Każda formacja parlamentarna powinna głosować zgodnie z dobrem państwa polskiego, swoim programem i interesem wyborców. Wiele z fundamentalnych ustaw zostało przegłosowane głosami ówczesnych koalicji rządzących i opozycji.
Trzeba też skończyć wśród opozycji z wybiórczą pamięcią. Kiedy parlamentarzyści Lewicy zagłosowali tak samo jak PiS, to parlamentarzyści PO i usłużni im publicyści skrupulatnie, publicznie przypominali przypadki podobnych „wspólnych” głosowań Lewicy i PiS. Chociażby ustawy zwanej „Piątka dla zwierząt”. Te głosowania miały dowodzić koalicji Lewica – PiS.
Nie pamiętali jednak ileż to razy parlamentarzyści PO głosowali tak samo jak PiS. Jak choćby w czasie odbierania emerytur służbom specjalnym z czasów Polski Ludowej, czy w czasie nieudanej próby postawienia ministra Zbigniewa Ziobry przed Trybunałem Stanu.
Nie wolno okłamywać opinii publicznej, że wspólne głosowania opozycji z koalicją rządzącą to jednoznaczny akces opozycji do obozu rządzącego.
W 2005 roku, jako poseł SLD, współtworzyłem i pilotowałem fundamentalną dla polskiego kina ustawę o kinematografii. Stworzyła ona świetne warunki dla rozwoju i sukcesów polskiej kinematografii. Jedyną partią która konsekwentnie, na każdym etapie, głosowała przeciwko tej ustawie, czyli przeciwko podatkom wielkich firm na polskie kino, była ówczesna liberalna gospodarczo Platforma Obywatelska.
Ówczesne PiS, LPR, Samoobrona przekonały się do ustawy, a Platforma Obywatelska zawsze była przeciwko. Bo interes korporacji przedkładała nad dobrem polskich artystów. Ale czy należy za to wykluczyć PO z formacji pragnących dobra polskiej kultury?
Trzeba skończyć w opozycji z feudalnym stylem uprawiania polityki. Z Wielkim Bratem traktującym pozostałych partnerów jak wasali. Nikt nie neguje, że Koalicja Obywatelska ma największy klub parlamentarny. I nadal największe sondażowe poparcie. Ale popularność partii nie jest wieczna. Potrafi szybko spadać, sam to w czasie swego posłowania widziałem.
Warto zatem posłuchać rozsądnych publicystów proponujących powołanie stale pracującego komitetu porozumienia opozycji. Na szczeblu parlamentu i samorządów wojewódzkich.
Komitetów złożonych niekoniecznie z samych liderów opozycyjnych ugrupowań. Bo taka mieszanka samych liderów zbyt często bywa wybuchającą.
I wreszcie trzeba też skończyć z nerwowymi pyskówkami wśród liderów, aktywistów i publicystów opozycyjnych. Z obrażaniem się na wszelkich możliwych ekranach. Wypominaniem złych cech opozycyjnym przeciwnikom, lustrowaniu ich majątków, życia prywatnego.
Koniec z porównywaniem konkurentów do „Paktu Ribbentrop -Mołotow”. Zwłaszcza kiedy autor tego porównania, euro deputowany Radek Sikorski, stosuje go przy każdej okazji. Nie tylko wspólnego głosowania Lewicy i PiS, także gazociągu Nord Stream 2. Co świadczy jedynie o lenistwie umysłowym lidera KO.
Już w przyszłym miesiącu dojdzie do wyborów prezydenckich w Rzeszowie. Gdzie wspólny kandydat demokratycznej opozycji, propagowany też przez „Trybunę”, zmierzy się z kandydatami niedemokratycznej prawicy. Wtedy w jednym szeregu powinni stanąć liderzy ugrupowań popierających Konrada Fijołka. Czy będą dobrze czuć się w jednym szeregu z „Mołotowami” i „Ribbentropami” ?
Co dalej na prawicy?
Chociaż pan prezes Kaczyński wygrał to głosowanie i rząd PiS dostanie pieniądze oraz czas na swą kampanię wyborczą, to nadal nie ma mowy o jedności Zjednoczonej Prawicy.
Pan minister Ziobro mógł bezkarnie, na razie, głosować inaczej niż PiS, ale do głosu podczas debaty nie został już dopuszczony. I głosy Solidarnej Polski będą tłumione w PiS mediach. Pan wicepremier Gowin dalej będzie liderem pękniętego Porozumienia Prawicy, a jego secesjoniści dalej będą zasiadać w rządzie. Dalej pan prezes Kaczyński będzie robił mu „Naddniestrze” w jego politycznym królestwie.
Taki stan Zjednoczonej Prawicy sprawi, że rządząca koalicja nie dotrwa do konstytucyjnego terminu wyborów. Bo obaj, upokorzeni i ograni przez pana prezesa, liderzy doskonale wiedzą, że nie wejdą na przyszłe, wspólne listy wyborcze. I będą musieli wyjść, odpowiednio wcześniej, spod zależności PiS. Najlepiej z politycznym hukiem, bo huk najlepiej pomoże pokazać wyborcom różnice dzielące ich z partią pana prezesa.
Mam nadzieję, że wtedy demokratyczna opozycja będzie już odpowiednio zwarta i gotowa. I kiedy Zjednoczona Prawica zacznie naprawdę politycznie tonąć, to opozycja nie będzie już wypatrywać nadejścia Gowina w bereciku, tylko przynajmniej wskoczy do tej wody.

Bilans na zero?

Czas na „Omówienie pełnego zakresu problemów, przed którymi stoją Stany Zjednoczone i Rosja”, stwierdził prezydent Joe Biden i zaproponował prezydentowi Rosji Władimirowi Putinowi spotkanie.
Chęć do szybkiego dialogu wzmogły koncentracje wojsk rosyjskich i NATO na pograniczu ukraińsko- rosyjskim. Alarmujące prognozy, że znowu może dojść tam do wojny.
Konflikt rosyjsko- ukraiński będzie zapewne jednym z tematów przyszłych rozmów. Jawne i oficjalne rokowania amerykańsko – rosyjskie o integralności i przyszłości ukraińskiego państwa to nowość polityczna. Do tej pory rozwiązaniem problemów Donbasu i aneksji Krymu zajmowała się „czwórka normandzka”, czyli Niemcy, Francja, Ukraina i Rosja. Zaś długofalową politykę sąsiedztwa Unii Europejskiej w europejskim otoczeniu Rosji spełniało Partnerstwo Wschodnie. Spłodzone przez Polskę i Szwecję, zaakceptowane przez Unię Europejską.
Partnerstwo Wschodnie zakładało współpracę z sześcioma byłymi republikami ZSRR, które po 1990 roku wybrały niepodległość. Z leżącymi w bliskim sąsiedztwie Białorusią, Ukrainą i Mołdawią oraz reprezentującymi kaukaskie krańce Europy; Gruzją, Azerbejdżanem i Armenią.
Na pierwszy szczyt w maju 2009 r. przybyli do Pragi wszyscy przywódcy. Drugi, we wrześniu 2011 roku w Warszawie, został już zbojkotowany przez przywódców Białorusi. Był to pierwszy sygnał narastających konfliktów wewnątrz Partnerstwa. Ostatni „szczyt” Partnerstwa odbył się w maju 2019 roku w Brukseli. W formie kolacji wydanej przez ówczesnego przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska dla przywódców pięciu państw Partnerstwa oraz białoruskiego ministra spraw zagranicznych.
Prymusi i chuligani
Celem Partnerstwa było przyciąganie byłych, europejskich republik radzieckich do sfery wpływów Unii Europejskiej. Cała szóstka dostała obietnicę akcesji do Unii Europejskiej pod warunkiem przeprowadzenia zmian i reform przybliżających ich gospodarki, systemy polityczne i prawne do standardów obowiązujących w UE.
Rosja od początku była przeciwna Partnerstwu. Uważała, i nadal uważa, taką politykę sąsiedztwa Unii za wrogą. Protestowała w czasie inauguracji Partnerstwa ustami prezydenta Miedwiediewa. Po przejęciu prezydenckiego urzędu przez Wladimira Putina oceny Partnerstwa stały się bardziej negatywne i jednoznacznie wyrażane.
W czasie dwunastoletniego istnienia Partnerstwa ujawnił się w tym regionie nowy, sprawny „partner”. Jeszcze w 2009 roku „partnerska” szóstka miała alternatywę. Być „bliską zagranicą” Federacji Rosyjskiej albo oczekującym w kolejce do Unii Europejskiej. W międzyczasie na regionalnego przywódcę i wzór do naśladowania wyrosła Turcja.
Rządzona przez prezydenta „sułtana” Erdogana rychło porzuciła starania o akcesję do UE. Zręczną polityką dowiodła, że dzięki umowom o wolnym handlu z UE można być tam swą gospodarczą nogą i jednocześnie można swą polityczną nogę trzymać poza euro wspólnotą. Można korzystać z europejskiego rynku bez konieczności nakładania sobie demokratycznego kagańca. Respektowania norm ochrony mniejszości etnicznych, kulturalnych, seksualnych. Podobnie można być w NATO i jednocześnie prowadzić w regionie własną politykę. Nawet mieć swoje „małe wojenki”. Nic dziwnego, że dla wielu elit państw Partnerstwa model tureckiego „sułtanatu” stał się bardziej atrakcyjny niż zachodniej demokracji parlamentarno- gabinetowej.
O osiągnięciu pozycji „drugiej Turcji” marzy wielu polityków ukraińskich. Nawet tych werbalnie deklarujących chęć akcesji do Unii Europejskiej. Zwłaszcza, że taka akcesja nie grozi przecież Ukrainie w ciągu najbliższego dziesięciolecia. Nie trzeba zatem szybko i na siłę przyjmować trudnych do akceptacji rozwiązań, skoro nagrody szybko nie będzie. Na dziś wystarczy elitom dostęp ukraińskich firm do rynku UE i bezwizowe wyjazdy do państw Unii. Poza tym Unia nie jest już wystarczającym gwarantem bezpieczeństwa Ukrainy. Teraz ekipa prezydenta Zelenskiego postawiła na szybką integrację z NATO, czyli administrację USA. Ma atut w postaci „najliczniejszej armii europejskiej”, choć jeszcze nie wystarczająco wyszkolonej i uzbrojonej.
Szans na akcesję do UE, ani na „drugą Turcję” nie ma inny, niedawny „prymus” Partnerstwa – Republika Mołdawii. Cóż z tego, że posiada ona umowę stowarzyszeniową z Unią Europejską, w tym porozumienie o strefie wolnego handlu. Skoro ostatnie lata mołdawskiej polityki to bezustanna walka prorosyjskich socjalistów z pro unijnymi liberałami. Bezpardonowa, z łamaniem prawa i zasad demokracji przez obie strony. W efekcie długotrwałych konfliktów Mołdawia stała się jedynie eksporterem taniej żywności i siły roboczej do państw UE.
Podobna przyszłość może czekać ostatniego z grona „prymusów” – Gruzję. Jeśli globalna pandemia nie zostanie opanowana, jeśli nie ruszy tam turystyka przynosząca znaczące dochody jej gospodarce, to Gruzja podryfuje w stronę autorytarnych rządów i starć z radykalizującą się opozycją. A proeuropejskie nastroje zaczną wypierać utopie przeszłości. Nostalgie za Gruzją, kiedyś najbogatszą republiką ZSRR.
Trudno dziś mówić o proeuropejskich nostalgiach i pespektywie unijnej akcesji w Armenii. Przegrana niedawna lokalna wojna z Azerbejdżanem o Górski Karabach ostudziła europejskie marzenia ormiańskich elit. Nie wykorzystały one czasu rozejmu na wzmocnienie gospodarki państwa, modernizacji armii. Znów okazało się, że w tym regionie tylko Rosja może zagwarantować podstawowe bezpieczeństwo armeńskiego państwa. I skoro wparcia Unii nie ma, to trzeba Rosję polubić. Skoro tylko ją się ma.
Białoruś prezydenta Łukaszenki próbowały polubić europejskie elity polityczne. Było jak w serialu, co rok, to zmiana akcji. Sankcje, ocieplenie, sankcje i próby kooperacji z tym „niezwykle ciepłym człowiekiem”. Aktualnie wszyscy już czekają na kres rządów ekipy prezydenta Łukaszenki. Tylko jego następcy są nadal niewiadomi. Większym prawdopodobieństwem jest, że będą to młodsi, reformatorscy i jeszcze bardziej prorosyjscy niż apostołowie w unio wstąpienia.
Największym beneficjentem dziesięciolecia Partnerstwa Wschodniego okazał się Azerbejdżan. Choć „prymusem” nigdy nie był. Ale skutecznie zdemokratyzował swój system polityczny. Choć nie ortodoksyjnie, bez kopiowania zachodnioeuropejskich systemów. Jego elity nie pchały się do Unii, ani na rosyjska orbitę. Z pomocą USA stworzyły pozycję ważnego eksportera surowców energetycznych, przy pomocy Turcji zmodernizowały swą armię. Wygrana, lokalna wojna z separatystami ormiańskimi, wzmocniła pozycję Baku w regionie.
Dwanaście lat Partnerstwa Wschodniego minęło. Miało zmienić sąsiedzkie państwa w demokracje i rozwijające się gospodarki. Państwa skutecznie kandydujące do Unii Europejskiej. Wzory do naśladowania dla innych post radzieckich republik. W rzeczywistości, oprócz bogacącego się Azerbejdżanu, mamy w naszym europejskim sąsiedztwie „partnerskie” kulejące gospodarki i niewygasłe konflikty społeczne. Na Ukrainie groźbę poważnej wojny angażującej już dwa najsilniejsze na świecie mocarstwa militarne.
Inaugurując Partnerstwo Wschodnie polskie elity polityczne dumnie zapowiadały, że poprowadzą unijną politykę wschodnią ku świetlanej przyszłości. Bo znają się na niej w Europie najlepiej. Bo są jej genetycznymi ekspertami.
Gdzie był błąd?

Ile unii w Unii?

Polski skansen w regionalnym parku neoliberalizmu. Jaką i którą Unię ma popierać lewica?

Stosunek polskich partii do UE jest przedłużeniem ich usytuowania na rodzimej scenie politycznej. Zjednoczona Prawica uwielbia finansowe pieszczoty, ale nie chce spełnić wszystkich oczekiwań dobroczyńcy. Boi się tego, że polska dusza podszyta jezuickim konwiktem ulegnie pokusom „cywilizacji śmierci”, przestanie uważać wójta (Pcimia), pana (prezesa) i plebana za wyrocznię nie tylko w sprawach światopoglądowych. Formacje liberalne, PO i Polska 2050, podążają za Komisją Europejską jak za panią matką. Podpowiada ona, jak się właściwie zachowywać na salonach bogatego Zachodu: potępiać wschodnich satrapów, wielbić wujka Sama, prowadzić „rozsądną” politykę wobec biznesu. A jaki powinien być stosunek lewicy do obecnej formy ustrojowej UE i polityki jej technokracji? UE ma bowiem dla każdego zarazem coś przyjemnego i coś przykrego. Przypomina tradycyjną rosyjską matrioszkę – mieści się w niej kilka unii. Którą popierać, a którą reformować zgodnie z potrzebami własnego elektoratu i celami dalekosiężnymi lewicy? Bo można się obawiać, że zdesperowana prawica użyje wspólnotowych środków do budowy sieci biznesów, firm, fundacji oplatających mackami krwioobieg gospodarki, uzależni od własnych decyzji funkcjonowanie poszczególnych dziedzin życia społecznego. Dopiero wtedy pojawią się autentyczni wyklęci, zwłaszcza kiedy ich majątek nie będzie szedł w parze z patriotyzmem a la Obajtek. Dopóki firmy z obszaru UE będą mogły działać bez większych przeszkód – wzięcie w karby polskiego pracownika i obywatela nie będzie specjalnie przeszkadzać unijnym szafarzom.

Nieodrodna córa ordoliberała

Integracja w Europie dokonuje się w postaci swobodnego przepływu towarów i kapitału, do pewnego stopnia pracowników. Słowem, to rynek koordynuje aktywność gospodarczą. Ten mechanizm koordynacji wspomaga częściowo integracja polityczna, na dodatek bez demokratycznej kontroli ciała wykonawczego, czyli Komisji Europejskiej. Jak dotąd UE stanowi, według określenia historyka Jerzego Krasuskiego, „gigantyczną operację politycznego przejęcia” ogromnego obszaru gospodarczego i poddania go korzystnej dla biznesu polityce pieniężnej, fiskalnej, a także sposobu finansowania deficytu budżetowego.

Korzenie UE to Europejska Wspólnota Węgla i Stali, alians przemysłu ciężkiego, producentów aut, elektroniki, a potem także farmerów. Celem aliansu była polityka cen. Chodziło o to, by wyeliminować konflikty i konkurencję między „narodowymi” firmami, bo ich rywalizacja przyczyniła się do obu wojen światowych. Dlatego, zdaniem Janisa Warufakisa, w unijnym DNA zapisany jest technokratyczny styl zarządzania kartelem. Istnieje w niej tylko specjalizacja produkcyjna, możliwość lokowania inwestycji, eksportu, a także wspólna waluta w Eurolandzie. Ład instytucjonalny europejskiej wspólnoty jest niedźwiedzią przysługą niemieckich ordoliberałów. Negocjatorem Traktatu Rzymskiego był jeden z ordoliberałów Alfred Müller-Armanak, pierwszym przewodniczącym Komisji Europejskiej był Walter Hallstein (1958-1967), a komisarzem do spraw konkurencji Hans von der Groeben (1958-1967). Stworzyli oni prawne ramy dla funkcjonowania wspólnego rynku i stabilności pieniądza. To ważna okoliczność dla lewicy, ponieważ nie były to inspiracje socjaldemokratycznym reformizmem. Socjaldemokraci niemieccy już w 1955 r. słowami ówczesnego ideologa Karla Schillera uznali przewagę konkurencyjności w dewizie: „Konkurencji tyle, ile możliwe, planowania tyle, ile konieczne”. Ewolucję doktryny potwierdził słynny zjazd w Bad Godesbergu w 1959 r., na którym socjaldemokraci podpisali akt kapitulacji. Uznali bowiem prywatną własność środków produkcji i gospodarkę rynkową jako datum funkcjonowania w systemie. Gospodarka rynkowa staje się „społeczna”, kiedy państwo stwarza odpowiadające jej społeczeństwo, złożone z odpowiedzialnych jednostek. A przecież może tu chodzić o inne rozumienie jej społecznego charakteru. Społeczna czyli nastawiona na wytwarzanie wartości użytkowych niezbędnych do umiarkowanie dobrego życia dla wszystkich. Dlatego powinna być regulowana, regulowana przez reprezentantów racjonalności ogólnospołecznej, w tym także przez pracowników i ich organizacje. Takie stanowisko zajęła Federacja Niemieckich Związków Zawodowych, DGB. Ponieważ zwyciężyła pierwsza koncepcja, Angela Merkel mogła oświadczyć w 2014 r., że „społeczna gospodarka rynkowa to coś więcej niż ład gospodarczy i społeczny. Jej zasady są ponadczasowe”. A więc żadna demokratyczna większość nie mogłaby ich zmienić, jak płci królowej Anglii. Również klonem Bundesbanku jest Europejski Bank Centralny. Nie może zaskakiwać przyjęcie w 2012 r. niemieckiej „złotej reguły” – 3 proc. deficytu budżetowego jako europejskiego kanonu. Ten układ instytucjonalny, zdaniem angielskiego ekonomisty Jana Toporowskiego, doprowadził do sytuacji, w której „Europa ma teraz bank centralny bez rządu i rządy bez banków centralnych”.

Obecne ramy prawne UE stanowią swoisty przekład na język prawa zaleceń doktryny neoliberalnej. Przekład ukazał się pod nazwą Traktat z Maastricht z 1992 r. Zabrania on rządom interwencji w gospodarkę, która może wpłynąć „na wymianę handlową między państwami członkowskimi” (art. 121). W unijnym panteonie króluje bogini konkurencyjności i bożek zdrowych finansów publicznych. Dlatego polityka społeczna i prawo pracy są podporządkowane „konkurencyjności gospodarki Unii” (art. 107). Zakazuje też celowego wspierania przez rządy strategicznych branż i przedsiębiorstw krajowych. Natomiast Karta Praw Podstawowych nie jest obligatoryjna, dlatego Polska podpisała odrębny protokół. Z kolei, Traktat Lizboński, obowiązujący od 2009 r., stawia za cel „trwały rozwój Europy, którego podstawą jest zrównoważony wzrost gospodarczy oraz stabilność cen, społeczna gospodarka rynkowa o wysokiej konkurencyjności”. Wszystko w uścisku Paktu Stabilności i Wzrostu z 2008 r.

Prymat polityki pieniężnej i nacisk na konkurencyjność z pominięciem bezpieczeństwa socjalnego Europejczyków zamknęły politykę gospodarczą państw w żelaznej klatce liberalizmu. Dotychczas wyłączona jest spod jej reguł tylko polityka rolna. Dlatego unii gospodarczej i monetarnej nie wspierała żadna wspólna polityka fiskalna i społeczna. Dopiero Fundusz Odbudowy po pandemii przewiduje wspólne zadłużenie państw tworzących Unię. Pojawił się też temat płacy minimalnej dla całej europejskiej przestrzeni gospodarczej. To pierwszy krok w stronę nowej płaszczyzny integracji – wspólnej polityki fiskalnej i socjalnej. W dalszej przyszłości w agendzie pojawi się zapewne kwestia przebudowy systemu podatkowego. Ze wspólnych funduszy może być finansowana przebudowa energetyki zgodnie z ideą Zielonego Ładu. Fundusz ten mogą powiększać wpływy z opodatkowania zwłaszcza amerykańskich kolosów teleinformatycznych oraz likwidacja rajów podatkowych. Powstaje tu pytanie o motyw tak wielkiego zaangażowania Komisji Europejskiej w przebudowę aparatu produkcyjnego. Czy chodzi tu tylko o to, by ograniczyć jego szkodliwość dla środowiska? Jeśli prawdą jest, że zarówno elektromobilność, jak i OZE przenoszą gdzie indziej ślad ekologiczny, to KE działa głównie w interesie kapitału pozwalając mu znaleźć nowe pole akumulacji przez inwestycje w kolejną generację maszyn i technologii. (zob. mój artykuł w Trybunie 40/2021).

Staro-nowa polska specjalność

Narodziny Eurolandu, do którego Polska nie należy, pozbawiły kraje członkowskie narzędzia makroekonomicznej polityki gospodarczej, jakim była możliwość dewaluacji waluty narodowej dla poprawy konkurencyjności eksportu. Skorzystała na tym gospodarka niemiecka, której konkurencyjność osłabiała mocna marka. Niemiecki eksport radykalnie wzrósł i daje obecnie dużą nadwyżkę bilansu płatniczego. Dodatkowo konkurencyjność wyrobów niemieckiej gospodarki zwiększyło osłabienie statusu pracownika. Po reformach rządu kanclerza Schroedera wydajność pracy na godzinę w Niemczech rosła w latach 1999-2011 o 1,2 proc. rocznie, natomiast płace realne (płace nominalne skorygowane o inflację) zaledwie o 0,7 proc. (za Heinerem Flassbeckiem). Dlatego niemieckie towary i usługi stały się tańsze o 25 proc. w stosunku do wyrobów gospodarek europejskiego Południa i prawie 20 proc. względem Francji. Na tym podłożu wyrósł ogromny kompleks przemysłowy – niemieckie Cesarstwo Przemysłowe, które np. już produkuje elektryczne samochody, tymczasem Polska tylko memy na ich temat. Prawica hołubi inne kompleksy, ale przede wszystkim chciałaby mieć „narodowe” czempiony pod partyjną kontrolą, by wykreowały nową warstwę rządzącą.

Ostateczny bilans poddania polskiej gospodarki regułom unijnym będzie zależał od tego, jaką formę przybierze integracja europejska. Jak dotąd udostępniliśmy wewnętrzny rynek i taniego, i wydajnego pracownika w stosunku do kosztów jego zatrudnienia, np. w r. 2018 koszty pracy stanowiły 2/3 jej wydajności. Ale też dzięki unijnym funduszom w kwocie 125 mld euro wypiękniały w miastach i miasteczkach ulice i kamienice. Tylko w roku 2018 otrzymaliśmy od UE, po odliczeniu składek, 11,5 mld euro. Do PRL los tak się szeroko nie uśmiechnął. Przedmiotem sporu jest miejsce, w którym znalazła się polska gospodarka w światowych łańcuchach produkcji i wartości dodanej.

Zdaniem Thomasa Piketty`ego Polska to teraz foreign owned country,skoro 60 proc. aktywów w polskim sektorze bankowym posiada zagraniczny kapitał, zagraniczne korporacje zatrudniają ponad 30 proc. polskich pracowników, tworzą 2/3 polskiego eksportu, i wytwarzają 42 proc. wartości dodanej. Ponadto, techniczne uzbrojenie pracy (wartość maszyn na jednego pracownika) jest dwu-trzykrotnie niższe niż w Niemczech.

Dlatego polska strategia narodowa musi uwzględniać trwałą obecność w UE, która jest trzecim centrum globalnego kapitalizmu. Nie może to być jednak rezerwuar taniej pracy montażowej dla zachodnich firm. Już 5,5 tys. niemieckich inwestorów znalazło w Polsce poddostawców i podwykonawców, tym łatwiej, że 96 proc. przedsiębiorstw to mikrofirmy, zatrudniające do 9 pracowników.

W tej sytuacji gorszy od inwestora niemieckiego byłby tylko jego brak. Chodzi teraz o świadomą politykę kraju przyjmującego zagraniczny kapitał, by przemieścić polskie firmy bliżej końcowych ogniw w łańcuchach produkcji i wartości dodanej. Dotychczas jest tak, że my produkujemy kadłuby np. autobusów, Niemcy uzbrajają je w nowoczesny napęd, nam pozostaje produkcja standardowych okien, niemieckie firmy wykorzystują najnowsze materiały. Tym bardziej, że na ziemiach „odzyskanych” przez PRL neoliberalna transformacja uśmierciła największe polskie (wcześniej niemieckie) zakłady – we Wrocławiu, Gorzowie, Szczecinie, Elblągu.

Unia autonomicznych jednostek.

Ustrój państw unijnych ma charakter demokratyczno-liberalny. Taki ustrój szanuje autonomię jednostki, w rezultacie –wolność debaty, pluralizm poglądów i postaw (moralności). W debacie liczą się argumenty, nie zaś dogmatyczne przekonania ugruntowane religijnie. Ponadto, bierze się pod uwagę skutki przyjmowanych rozwiązań, regulacji prawnych, jak one mogą wpływać na życie społeczne, „ile przynoszą szkód i pożytków oraz w jakim pozostają stosunku do naszej autonomii i prywatności”, pisze filozof Jan Hartman. W tej perspektywie progresywne Polki i Polacy uzyskują w UE silne wsparcie, by modernizować polski skansenu tradycjonalizmu kulturowego. Narzuca on jego rezydentom narodowo-katolicką tożsamość. Na dodatek, hierarchowie wspierani przez pisowskie państwo zastępują amboną akademicką katedrę, ich obsesje rugują wiedzę medyczną i jej osiągnięcia, np. w sprawie in vitro, biologii rozrodu. W tej perspektywie protest społeczny polskich kobiet jest kolejną fazą spóźnionej nowoczesności, wypierania religii przez moralność i coraz bardziej świeckie koncepcje dobrego życia. Obudzili się prawnukowie Oświecenia, którego w kraju bez mieszczaństwa i bez zwycięskiej reformacji nie było. Ani zakon prawicowych krzyżowców, ani hierarchowie narodowego kościoła, ani kordon propagandowy „narodowej” szczujni nie powstrzymają na dalszą metę tego naporu upodmiotowienia.

Unia republikańska i socjalna jako zadanie europejskiej lewicy

Lewica ma też inną koncepcję republiki niż liberałowie i narodowo-tradycjonalna prawica. Lewica dąży do harmonijnego połączenia praw obywatelskich, politycznych i socjalnych. Chciałaby stworzyć jednostce szanse aktywnego współudziału w kształtowaniu decyzji dotyczących całej wspólnoty, mimo partykularnych różnic interesów i poglądów. Natomiast liberałom chodzi głównie o ochronę przed państwem, jego zamachami na wolny rynek, np. w postaci norm środowiskowych czy przymusu podatkowego. Ten boli najbardziej, zwłaszcza kiedy nie pozwala ukraść pierwszego miliona, a później kolejnych – dzięki optymalizacji podatkowej czy emigracji zysków do rajów podatkowych. Liberał chroni wolność, lecz troskę o materialne warunki jej wykorzystania pozostawia „przedsiębiorczej” jednostce. Lewica zaś uważa, że wolność wymaga nie tylko odpowiednich ram prawnych, ale też materialnych warunków. Dopiero wówczas ludzie czują się nie tylko wolni, ale również bezpieczni, pisze niemiecka filozofka polityki Urlike Guérot. Chodzi tu o tworzenie takiej wspólnoty życia i pracy, która zapewni współpracę autonomicznych jednostek. Taka wspólnota była ideałem kontrkulturowego ruchu lat 60. Odrzucał on ideę hierarchii i formalnego przywództwa. Tworzył porządek oparty na współuczestnictwie. Jego zapleczem społecznym była młodzież dorastająca obywatelsko na uczelniach. Ślady tej koncepcji wspólnoty widać w sposobie zorganizowania partii Razem, ruchów miejskich czy małych zbiorowości na poziomie lokalnym. To umiejętnie zorganizowany ład łączący indywidualizm i samodzielność intelektualną swoich członków jako wartość ze wspólnym realizowaniem uzgodnionych celów. Przeciwieństwem takiej wspólnoty jest amerykański, mozaikowy model zatomizowanego społeczeństwa sukcesu materialnego za wszelka cenę. Mimo że Amerykanie stanowią 4,5 proc. ludności świata, wśród śmiertelnych ofiar COVID-19 co czwarty jest mieszkańcem tego kraju, i to w społeczeństwie, które ma dochód per capita blisko 65 tys. dolarów.

Zielony Ład to początek

W lewicowej perspektywie propozycja Zielonego Ładu nie zamyka listy pilnych zadań. Dalszy postęp integracji Wspólnoty Europejskiej wymaga nowych mechanizmów ustrojowych. Wskazuje je ogólnoeuropejski ruch DiEM25. Unia autonomicznych jednostek daje szanse działań na rzecz lepszej wspólnoty Europejczyków, w której stosunki wyzysku będą wypierane przez współpracę. Jej fundamentem będzie gospodarka podporządkowana nie logice zysku, tylko arytmetyce potrzeb społecznych. Do tego konieczne są mechanizmy demokratycznej kreacji i kontroli wspólnotowych organów władzy. Z czasem będzie to wybór reprezentantów opcji ideowo-programowych w skali całej wspólnoty. Kształtowanie wspólnoty republikańskiej wymaga strategicznych sojuszy. Języczkiem u wagi są specjaliści i klasy pracownicze – w administracji, w służbie zdrowia, wykonawcy usług dla biznesu (korposzczury). Chodzi o to, by harmonizowali oni indywidualny sukces materialny i zawodowy z solidaryzmem na rzecz polskiej wspólnoty życia i pracy, będącej częścią UE oraz częścią wspólnoty planetarnej wszystkich ludzi. Powstanie takiej wspólnoty wymaga istotnej korekty obecnego kursu, zarówno wytyczonego przez nadwiślańskich liberałów, jak i narodowo-konserwatywną prawicę. Wymaga przede wszystkim stworzenia autentycznej przeciwwagi dla biznesu w kraju i w całej UE. Wymaga też twórczej destrukcji modelu wyczynowego kapitalizmu, który wdrożyło, a teraz broni, państwo amerykańskie. Nie zbuduje Zachód takich murów, by zatrzymały pochód wykluczonych z Ameryki Łacińskiej, Azji, Afryki. Święte Przymierze Transatlantyckie musi wypracować modus vivendi z chińskim kolosem dla nowego modelu gospodarki – modelu, który powstrzyma destrukcję ziemskiego ekosystemu, a zarazem pozwoli uszczknąć więcej ze zdobyczy cywilizacji przemysłowej także mieszkańcom globalnego Południa. Prekariusze wszystkich krajów łączcie się.

Unia Europejska, szczepionki i lewica

Historia zakupu i wdrożenia szczepionek na COVID-19 obnażyła sprzeczności w Unii Europejskiej oraz ograniczenia rynku kapitalistycznego w radzeniu sobie z kryzysem. Zobaczyliśmy tarcia zarówno między UE a Wielką Brytanią, jak i wewnątrz samej Unii. Przypomina się kryzys zadłużenia z 2011 i 2012 roku. Wobec faktu, że dysponujemy już szczepionkami Oxford/AstraZeneca, produktami firm Pfizer/BioNTech, Moderna i innymi, które są już podawane na całym świecie, można by pomyśleć, że zbliżamy się do końca pandemii. Tak nie jest, bo spekulanci farmaceutyczni i polityczni przedstawiciele klasy rządzącej sprzeciwiają się wprowadzaniu produktów na rynek w niektórych z najbardziej dotkniętych wirusem krajów. Aby powrócić do „normalności” i rozruszać gospodarkę, ignorują naukę i idą na skróty, narażając tym samym życie ludzi na całym świecie. Big Pharma działa w szczególnie skandaliczny sposób, pokazując, że jej rolą w społeczeństwie nie jest dostarczanie leków ani żaden inny filantropijny cel, lecz po prostu osiąganie zysków i wypłacanie dywidend swoim akcjonariuszom.

Pod koniec 2020 roku Der Spiegel doniósł, że Pfizer negocjował z Europejską Agencją Leków (EMA) możliwość wyodrębnienia szóstej dawki z każdej wyprodukowanej fiolki preparatu. Mogło to oznaczać zwiększenie tempa wdrażania leku o 20 proc.. W warunkach gospodarki planowej byłaby to doskonała wiadomość. Nie w kapitalizmie – początkowo Pfizer zapowiadał, że zmiana zostanie dokonana w celu zwiększenia możliwości szczepień, tylko po to, by w rzeczywistości zmniejszyć zasięg dostaw, za to zwiększyć swoje zyski o 17 proc. Pfizer „skorygował” swoje dostawy, szacując, że umowa dotyczyła jednej dawki, a nie jednej fiolki preparatu. Tylko na tym zarobił 17 proc. Pfizer ogłosił, że w pierwszej partii wyprodukuje 100 milionów fiolek, a nie 120 milionów, jak uzgodniono. Co stałoby się z 20 milionami dawek po 12 euro za dawkę? Pfizer sprzedałby je najwyżej licytującemu na rynku międzynarodowym. O tajnych porozumieniach między Pfizerem a Komisją Europejską dotyczących cen szczepionek dowiedzieliśmy się dopiero dzięki usuniętemu później tweetowi belgijskiej minister Evy de Bleeker. Są też inne przykłady postawienia interesów wielkich firm przed interesem ludzi: na razie tylko Włochy, pod naciskiem stowarzyszeń konsumenckich, planują pozwać Pfizera do sądu za niedostarczone szczepionki. Belgia, gdzie produkowana jest szczepionka, woli nie wytaczać procesów, prawdopodobnie z obawy, że koncern może zdecydować się na przeniesienie produkcji. Rząd francuski wynegocjował umowę, na mocy której produkować i dystrybuować szczepionkę Pfizera będzie „narodowe konsorcjum” Sanofi, jednak nie o obronę interesów francuskich obywateli tu chodzi, a właśnie o wsparcie rzeczonego koncernu.
AstraZeneca również znalazła się w centrum uwagi. W przeddzień zatwierdzenia szczepionki przez Europejską Agencję Medyczną, jej dyrektor generalny Pascal Soriot udzielił skandalicznego wywiadu dziennikowi La Reppublica. Najpierw zganił UE za to, że „spóźniła się” w negocjacjach, podpisując umowę trzy miesiące później niż Wielka Brytania, a potem stwierdził, że „ludzie stają się zbyt emocjonalni”. Dlaczego? Dlatego, że sugerują, jakoby produkcja szczepionek miała służyć ludzkości, a nie zyskom.
To nie koniec: unijni urzędnicy są już praktycznie przekonani, że AstraZeneca próbowała uniknąć wypełnienia zobowiązań podjętych wobec UE, która dokonała przedpłaty w wysokości setek milionów euro. Innymi słowy, koncern spekulował szczepionką i pieniędzmi zaoferowanymi przez UE. Podczas spotkania w dniu 25 stycznia pomiędzy urzędnikami państw członkowskich i UE oraz przedstawicielami brytyjsko-szwedzkiego konglomeratu farmaceutycznego AstraZeneca delegacja z Brukseli usłyszała zresztą od ludzi koncernu, że produkcja szczepionek będzie daleka od zobowiązań kontraktowych. AstraZeneca prowadzi z UE grę w kotka i myszkę i trzyma się twardo swoich racji, twierdząc, że umowa wymaga od niej jedynie „najlepszych starań”. Jako że wynegocjowane kontrakty pozostają całkowicie lub częściowo tajne, można zakładać, że przedstawiciele firmy mówią prawdę. Dlaczego miałby kłamać, skoro sam ryzykuje co najwyżej tym, że UE opublikuje umowę? W takim wypadku to Komisja Europejska pokaże swoją niezdolność do negocjowania kontraktów z myślą o zdrowiu publicznym i wszyscy będą mogli się przekonać, że zdolna do skutecznego negocjowania jest tylko wtedy, gdy jest to korzystne dla Big Pharmy. To właśnie UE robiła przez ostatnie siedem dekad! Problem polega na tym, że interesy niektórych firm farmaceutycznych stoją w sprzeczności z interesami państw (mieszkańców) UE…
Sytuacja zaczyna rozwija się w myśl hasła „każdy działa na własną rękę”. Węgry już ogłosiły, że będą kupować szczepionki z Rosji i Chin, pomimo braku zgody (lub nawet prośby o zgodę w przypadku Chin) ze strony władz europejskich. Sandra Gallina, negocjatorka umów między UE a Big Pharmą, ogłosiła 12 stycznia, że nie wie o żadnych innych umowach poza tymi wynegocjowanymi przez Komisję, a gdyby takie istniały, to – jak powiedziała – byłyby sprzeczne z Traktatem (TFUE). Węgry jednak nie wydają się tym poruszone. Także niemiecka elita rządząca nie wydaje się zainteresowana jakąkolwiek „europejską solidarnością”. Coraz wyraźniej widać, że tak zwana „jedność europejska” rozpada się, gdy tylko pojawia się kryzys. Nie inaczej będzie w przypadku pandemii COVID-19. Widzieliśmy to zresztą jeszcze zanim doszło do pierwszych szczepień. Przypomnijmy, że Komisja Europejska nie raz proponowała ustanowienie europejskich przepisów dotyczących podróży obywateli UE, w granicach wspólnoty. Jednak do tej pory wszystkie środki były wdrażane na poziomie krajowym, bez żadnej koordynacji między państwami członkowskimi.
A teraz kontrola!
Unia Europejska jest przede wszystkim strefą wolnego handlu i rynkiem. 70 lat integracji europejskiej stworzyło klub, którego członkowie są zmuszeni do zawierania porozumień, aby móc odgrywać rolę na rynkach światowych. Historia jest jednak pełna dziwnych wydarzeń. Obecny kryzys zmusił Unię Europejską do zaproponowania kontroli eksportu w celu zapewnienia, że Pfizer, AstraZeneca i i inni nie będą eksportować części szczepionek za granicę. Spowodowało to natychmiastowy konflikt między Unią Europejską a Wielką Brytanią, zaledwie trzy tygodnie po wystąpieniu tej ostatniej z UE.
Mimo że regulowanie handlu zagranicznego jest antytezą wszystkiego, za czym opowiada się Komisja Europejska, uparta rzeczywistość jest taka, że aby utrzymać pozory kontroli nad sytuacją, musiała ona zaproponować mechanizm kierowania produkcją szczepionek. Mechanizm ten został ogłoszony przez europejską komisarz ds. zdrowia i bezpieczeństwa żywności Stellę Kyriakides w piątek 29 stycznia… i w ciągu 48 godzin musiał zostać wycofany z powodu skarg rządu irlandzkiego, gróźb odwetu ze strony Wielkiej Brytanii i krytyki w Komisji Europejskiej ze strony tych, którzy (logicznie!) postrzegali go jako obciążenie dla wolnego rynku. Irlandzki premier szybko zadzwonił do Ursuali Von der Leyen, aby poskarżyć się na użycie artykułu 16 umowy Brexitowej UE-Wielka Brytania, który miał narzucić kontrolę na granicy brytyjsko-irlandzkiej. Reakcja ta nastąpiła znacznie szybciej niż dziesięć lat temu, gdy irlandzka gospodarka zbankrutowała, co pokazuje, jak wrażliwa będzie kwestia granicy w nadchodzących miesiącach, gdy porozumienie w sprawie Brexitu zostanie w pełni wdrożone. Jak powiedział premier Irlandii, Micheál Marti, kwestia ta ma „wybuchowe implikacje polityczne”.
Komisja Europejska stoi przed nierozwiązywalnym problemem reprezentowania interesów Big Pharmy, łagodzenia różnic pomiędzy poszczególnymi członkami bloku i utrzymywania pozorów troski o miliony Europejczyków zarażonych wirusem COVID-19. To jest niemożliwe; nie można służyć dwóm panom. Albo broni się zysków wielkich wielonarodowych firm farmaceutycznych, albo tworzy się plan masowego wprowadzenia szczepionki na całym kontynencie. Oczywiście wybór został dokonany na samym początku, bo UE jest ciągle rynkiem i nie ma bezpośrednich narzędzi wpływu. Wielkie deklaracje stają się farsą w porównaniu z rzeczywistością.
Lewica i nacjonalizacja
Wydawałoby się, że sytuacja jest skrojona na miarę lewicy. Potrzeba nacjonalizacji przemysłu farmaceutycznego jeszcze nigdy nie została podniesiona tak wyraźnie. Nasi oponenci to zrozumieli: prasa prawicowo-liberalna argumentowała przeciwko takiemu posunięciu, otwierając debatę, zanim padł jakikolwiek mocny głos za upaństwowieniem. Libération, niegdyś lewicowa gazeta we Francji, dziś głos liberalnej burżuazji, kilka dni temu zamieściła artykuł, w którym pytała, czy istnieje potrzeba nacjonalizacji. Brukselski korespondent piszący artykuł broni obecnego sposobu produkcji, a także polityki oszczędności. Pisze: „Jedynym sposobem na zaspokojenie ogromnego zapotrzebowania na szczepionki jest zatem zwiększenie linii produkcyjnych w firmach, które mają taką zdolność. Taką drogę wybrała francuska Sanofi, która od tego lata będzie produkować szczepionkę BioNTech-Pfizer, oraz Recipharm, który zawarł porozumienie z firmą Moderna”.
Jak dotąd brakowało wezwań do nacjonalizacji ze strony wybranych przedstawicieli tak zwanych partii komunistycznych, zarówno na szczeblu krajowym, jak i Parlamentu Europejskiego. Można założyć, że stare kontynentalne partie socjalistyczne dawno zapomniały o takich żądaniach, ale po kryzysie gospodarczym w 2008 roku byliśmy świadkami pewnej radykalizacji i powstania nowych lewicowych partii, których obecne milczenie wiele mówi. Bardzo niewiele z nich wysuwa żądanie nacjonalizacji. Kierownictwo związków zawodowych jest również niezwykle nieśmiałe w wysuwaniu żądań, smutno narzekając na brak przejrzystości i potrzebę innego podejścia, jak gdyby ten system w ogóle na inne podejście pozwalał. We Francji Sanofi ogłosił likwidację 400 miejsc pracy w dziale badawczym w tym samym czasie, kiedy rząd pośredniczy w zawarciu umowy na produkcję szczepionki Pfizer, a mimo to CGT nie wystąpiła z żądaniem nacjonalizacji! Jak dotąd większość lewicy i związków zawodowych wzywała co najwyżej do wywarcia presji na WTO, aby wymusiła zawieszenie TRIPS (porozumienia WTO chroniącego prawo do szczepionek) w odniesieniu do szczepionki i leków COVID-19 oraz do podpisania europejskiej inicjatywy obywatelskiej w celu ustanowienia prawa do szczepionek.
Komunistyczna posłanka do PE Sira Riga i poseł do PE Marc Botenga z Belgijskiej Partii Robotniczej [Portal Strajk rozmawiał z nim o pandemii i dostępie do szczepień – przyp. red.] napisali w ostatni weekend stanowisko, którego główny postulat brzmi następująco: „Wbrew pozorom nie jesteśmy wcale skazani na nadużycia przemysłu farmaceutycznego. Musimy po prostu działać w oparciu o mechanizmy, którymi dysponujemy. Potrzebujemy produkcji m.in. Pfizera i AstraZeneca, a realne koszty tej produkcji można zniwelować. Za szczepionkę zapłaciliśmy już czterokrotnie. Zrywając ich monopol, moglibyśmy szybko zwiększyć produkcję. Oznaczałoby to, owszem, mniejsze dywidendy dla akcjonariuszy firm farmaceutycznych, ale więcej szczepionek dla wszystkich i ratowanie życia w Europie i na całym świecie. Narzędzia techniczne i polityczne są na stole. Nadszedł czas, aby ich użyć”.
Przypomnijmy sobie, na co zwracał uwagę Trocki w Programie Przejściowym:
„Socjalistyczny program wywłaszczenia, tj. politycznego obalenia burżuazji i likwidacji jej dominacji ekonomicznej, nie powinien w żadnym wypadku w obecnym okresie przejściowym przeszkadzać nam w wysunięciu, gdy okazja tego wymaga, żądania wywłaszczenia kilku kluczowych dla bytu narodowego gałęzi przemysłu lub najbardziej pasożytniczej grupy burżuazji.” (…) „Konieczność wysuwania hasła wywłaszczenia w toku codziennej agitacji w formie cząstkowej, a nie tylko w naszej propagandzie w jej bardziej wszechstronnych aspektach, podyktowana jest tym, że różne gałęzie przemysłu znajdują się na różnych szczeblach rozwoju, zajmują różne miejsce w życiu społeczeństwa i przechodzą różne stadia walki klasowej. Tylko ogólny zryw rewolucyjny proletariatu może postawić na porządku dziennym całkowite wywłaszczenie burżuazji. Zadaniem postulatów przejściowych jest przygotowanie proletariatu do rozwiązania tego problemu”.
Obecny kryzys Unii Europejskiej i pandemia COVID-19 powinny być doskonałą okazją do przedstawienia alternatywy dla obecnego systemu gospodarczego, a nie budowania iluzji opierających się na „istniejącym systemie”.
Zamiast tego należy zwrócić uwagę na prawdziwe źródło tego kryzysu: system kapitalistyczny i jego nieszczęsnych przedstawicieli politycznych. I podnieść żądanie nacjonalizacji przemysłu farmaceutycznego bez odszkodowania, aby dać nam prawdziwe rozwiązanie problemu globalnej pandemii.

Tekst oryginalny ukazał się na portalu In Defence of Marxism. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu).

Europa Środkowa – 80 lat temu i teraz, próby integracyjne

Powiedzieć, że sytuacja Europy Środkowej dzisiaj jest inna niż 80 lat temu to oczywisty truizm. Podczas II wojny i po wojnie o losach świata, Europy, w tym Europy Środkowej decydowały głównie 2 mocarstwa: Stany Zjednoczone i Związek Radziecki. Obecnie dwa mocarstwa pretendujące o pierwszeństwo w świecie to Chiny i Stany Zjednoczone. Ich rywalizacja ma miejsce także w Europie Środkowej, a państwa środkowoeuropejskie w swej większości należą do Unii Europejskiej, która ma także ambicje decydowania o losach świata.

W naszym regionie, mimo upływu czasu, nie zmieniła się natomiast tendencja, widoczna podczas II wojny do integracji, nie poparta wtedy przez Zachód i skutecznie stłumiona przez Związek Radziecki. Po upadku Związku Radzieckiego, Zachód przyczynił się do likwidacji dwóch federacji w regionie: czechosłowackiej i jugosłowiańskiej.
Jednak marzenia integracyjne, wynikające tym razem przede wszystkim z potrzeb gospodarczych (a nie z obawy przed Niemcami i Rosją), dały o sobie wkrótce znać. Obecna integracja regionu ma miejsce w ramach Zachodu i zgodnie z aktualnie rozumianymi interesami państw środkowoeuropejskich.
80 lat temu
W przyszłym roku minie 80 lat od pierwszej publikacji Milana Hodży dotyczącej federalizacji Europy Środkowej w warunkach II wojny światowej. (Wcześniej, w okresie międzywojnia kreślił plany zjednoczenia rolniczych państw naszego regionu). Swoje poglądy na ten temat przedstawił po raz pierwszy w fachowym czasopiśmie The Contemporary Review, „Central European Federation”, no. 910, October 1941. Najpełniej jednak przedstawił je dopiero w książce „Federation in Central Europe”, wydanej w Londynie w 1942 roku przez Jarrold Publishers Limited.
W przedmowie do swej książki wyraził pogląd, że wydarzenia II wojny uzasadniają przyszłą ścisłą współpracę ośmiu państw znajdujących się między Rosją, Niemcami a Włochami (Polska, Czechosłowacja, Węgry, Austria, Rumunia, Bułgaria, Jugosławia, Grecja). Taka współpraca zwiększyć miała ich bezpieczeństwo, gdyż jej brak przynosił w przeszłości negatywne skutki, ponieważ stawały się pionkami w grze wielkich mocarstw.
Sądził, że USA i Europa Zachodnia poprą powstanie po wojnie zjednoczonej Europy Środkowej, a Związek Radziecki będzie zainteresowany istnieniem silnego bloku państw między ZSRR a Niemcami. W obu przypadkach był niestety w błędzie. M. Hodża uważał, że zjednoczenie Europy Środkowej rozpocząć się powinno od Polski i Czecho-Słowacji.
Jego zdaniem Europa Środkowa po zjednoczeniu powinna się stać nie tylko całością geograficzną, polityczną i gospodarczą, ale także artystyczną i kulturalną. Wśród najważniejszych ośrodków kulturalnych nowego federalnego państwa wymieniał w kolejności miasta: Warszawę, Poznań, Kraków, Wiedeń, Pragę, Budapeszt, Bukareszt, Belgrad, Zagrzeb i Sofię. Zarysował w swej pracy kształt konstytucji przyszłej Wspólnoty Środkowoeuropejskiej, proponując rozwiązania idące o wiele dalej niż te jakie przewidywała planowana przez środkowoeuropejskie rządy emigracyjne w Londynie Konfederacja Czechosłowacko-Polska.
Stwierdził, że kształt takiej wspólnoty może być różnoraki, od luźnej współpracy do państwa federalnego. Wymaga to w praktyce, zdaniem Hodży, pokonanie barier psychologicznych i tworzenie przejściowych etapów federacji, zmierzających stopniowo, w procesie ewolucyjnym, do bardziej ścisłych form federacji. Przewidywał, że małe narody mogą początkowo przejawiać mniej entuzjazmu dla idei federalizmu.1/ W koncepcji Hodży pierwszy Prezydent Federacji wybierany miał być przez premierów państw członkowskich. Kolejni Prezydenci natomiast przez Parlament Federalny (Federal Congress) na okres jednego roku. Deputowani do Parlamentu Federalnego mianowani przez parlamenty narodowe większością 2/3 głosów, w proporcji 1 deputowany federalny na 1 milion mieszkańców.
Do kompetencji Prezydenta należałby wybór Kanclerza Federalnego i członków rządu. Prezydent jest Naczelnym Wodzem i mianuje dowódców armii. Pozycja Prezydenta powinna być silna; w przypadku podważenia przez rząd federalny lub większość jednego z parlamentów narodowych uchwał Parlamentu Federalnego, głos Prezydenta jest rozstrzygający. Hodża zauważył przy tym, że gdyby w skład federacji miały wejść monarchie (cztery środkowoeuropejskie państwa były wtedy lub wcześniej monarchiami), to sprawa głowy federacyjnego państwa musiałaby zostać dodatkowo przedyskutowana.
W gestii federalnego rządu znajdować się miały sprawy: celne (unia celna), finansowe (wspólna waluta), handlu międzynarodowego i polityki zagranicznej oraz obrony. Powołane zostaną federalne ministerstwa ds. łączności i poczty, lotnictwa i żeglugi oraz prawa federalnego W państwie federalnym funkcjonować będą związki zawodowe i stowarzyszenia profesjonalne. Każde państwo narodowe wchodzące w skład federacji posiadać miało w rządzie federalnym jednego ministra bez teki.2/
W latach 1940-1942 czechosłowacki prezydent Edward Benesz opracował plan Konfederacji Czechosłowacko-Polskiej, który przedstawił w styczniu 1942 roku rządowi polskiemu. Plan ten – po dwustronnych negocjacjach – przyjęty został przez polski rząd na emigracji. E. Benesz przewidywał włączenie do tej konfederacji Austrii, Węgier i Rumunii. W planach prezydenta Benesza i premiera Sikorskiego Konfederacja Czechosłowacko-Polska współpracować miała z konfederacją jugosłowiańsko-grecką, a w przyszłości obie konfederacje miały się połączyć.
Zamysły Benesza odnośnie kształtu politycznego i geograficznego Europy Środkowej nie różniły się wiele od planów Hodży, którego federacja rozciągać się miała od Gdańska do Salonik (albo od Bałtyku do Morza Egejskiego i Adriatyku). Różnice polegały na czymś innym. Krytyka ze strony Milana Hodży ustaleń konfederacyjnych przyjętych przez Benesza i Sikorskiego wynikała stąd, iż Hodża nie zgadzał się z faktem, że w negocjacjach czechosłowacko – polskich nie brała udziału Słowacja jako ich niezależny uczestnik. Jego zdaniem, pierwszy i autentyczny program powołania Federacji Środkowoeuropejskiej powstał wcześniej, bo 14 stycznia 1940 r. na emigracyjnym spotkaniu Polaków, Czechów i Słowaków. Program zapowiadał powstanie Rzeczywistego Związku (Real Union) Polski i Czecho-Słowacji (istotne znaczenie ma tu łącznik oddzielający Słowację od Czech). Następnie w lipcu 1940 r. uchwalona została w Bukareszcie rezolucja grupy młodych żołnierzy (Polaków, Czechów i Słowaków) wzywająca do powołania Związku Polsko-Czesko-Słowackiego. Od tego momentu powstanie takiego Związku po wojnie powinno być – zdaniem Hodży – celem wielu środowisk polskich, czeskich i słowackich. Hodża uważał, że Deklaracja Rządów Polski i Czechosłowacji z 11 listopada 1940 r. różniła się zasadniczo – i to w sposób niekorzystny – od tej jakiej naprawdę pragnęli wówczas Polacy, Czesi i Słowacy.3/
W swej pracy Federation in Central Europe Hodża wyraził rozczarowanie kształtem konfederacji polsko-czechosłowackiej wynegocjowanej między rządami czechosłowackim a polskim. Odnosi się w swej książce co prawda tylko do Wspólnej Deklaracji Rządów Polski i Czechosłowacji z 11 listopada 1940 r., ale znane mu były zapewne deklaracja z 24 września 1941 r. oraz kolejne dokumenty polsko-czechosłowackie z lat 1941-1942, które – mimo krytyki Hodży – przedstawiają jednak spory dorobek i wysiłek obu rządów do nadania ostatecznego kształtu planowanej konfederacji;
– Tak więc umowa polsko-czechosłowacka zawarta w Londynie 23 stycznia 1943 r. przewidywała m.in. powołanie wspólnych ministerstw: spraw zagranicznych, obrony, gospodarki i finansów, spraw socjalnych, transportu. Konfederacja miała mieć wspólny sztab generalny, a Wódz Naczelny miał być mianowany w przypadku wojny. Koordynacja polityki handlowej i celnej miała doprowadzić w przyszłości do powstania unii celnej. Polityka monetarna miała być ściśle koordynowana, przy zachowaniu odrębnych walut narodowych. Rządy obu państw przyjęły w tym samym dniu rezolucję witającą z zadowoleniem zawarcie grecko jugosłowiańskiej umowy konfederacyjnej (15 stycznia 1942 r.) i przewidującą przyszłą współpracę między dwoma konfederacjami;
– Wspólny Komunikat Czechosłowacko-Polski z 12 czerwca 1942 r. powoływał cztery komisje mieszane: ds. gospodarczych, wojskowych, społecznych i kulturalnych.
Benesz i Hodża byli przeciwnikami politycznymi, a Hodża nie wchodził w skład czechosłowackiego rządu emigracyjnego. Mimo to Hodża orientował się w pracach nad Konfederacją Czechosłowacko-Polską. Jego łącznikiem z polskimi środowiskami emigracyjnymi był jego polski przyjaciel (piłsudczyk) Tytus Filipowicz.
Należy zaznaczyć, że politycy polscy na emigracji, bez względu na przynależność partyjną, opowiadali się za konfederacją, a niektórzy nawet (np. Filipowicz) – podobnie jak Hodża – za ściślejszym związkiem – federacją. Zaangażowanie Polaków na emigracji na rzecz polsko-czechosłowackiego związku podkreślał wielokrotnie sam M. Hodża, witając bardzo serdecznie niezwykłą aktywność zwolenników J. Piłsudskiego. (Jak wiadomo obóz Piłsudskiego był przed II wojną przeciwnikiem dobrych relacji Polski z Czechosłowacją). Zdaniem niedawno zmarłego profesora Piotra Stefana Wandycza, znanego badacza tego okresu w stosunkach polsko-czechosłowackich, wielu polskich emigrantów politycznych uważało, że Hodża, bardziej niż Benesz sprzyja Polakom, a jego poglądy na współpracę regionalną Europie Środkowowschodniej były najwidoczniej bardziej zbliżone do poglądów w tej kwestii rządu Sikorskiego.4/
Należy podkreślić, że wszystkie środkowoeuropejskie rządy emigracyjne w Londynie popierały idę federalizacji naszego regionu. Wycofały się z początkowego poparcia dla federalizacji Europy Środkowej Stany Zjednoczone i Wielka Brytania, sprzeciwił się Związek Radziecki. Nastąpił podział Europy na strefy wpływów.
…a teraz
Sama idea integracji środkowoeuropejskiej jednak przetrwała. Koncepcje Hodży, Benesza, Sikorskiego oraz innych środkowoeuropejskich polityków i wizjonerów są nadal źródłem inspiracji i praktycznego działania. 80 lat od tamtych wydarzeń działa nieformalna Grupa Wyszehradzka, która przypomina w pewnym, bardzo ograniczonym co prawda stopniu, Konfederację Czechosłowacko-Polską.
Tak jak Konfederacjia miała być wtedy jądrem zjednoczonej Europy Środkowej, tak obecnie sercem regionu wydaje się być Grupa Wyszehradzka. A pomysłowi zjednoczenia całego regionu (Konfederacja Czechosłowacko-Polska + konfederacja grecko-jugosłowiańska) odpowiadają takie próby jednoczenia regionu jak Trójmorze z poparciem amerykańskim oraz format 17+1 z chińskim poparciem. Tym razem więc (w przeciwieństwie do okresy II wojny) mamy poparcie 2 wielkich mocarstw dla integracji środkowoeuropejskiej. Ambasador Chińskiej Republiki Ludowej w Polsce Pan Liu Guangyuan oświadczył niedawno: ”Chiny wspierają jeszcze pełniejsze uczestnictwo Polski w tworzeniu „Pasa Szlaku” oraz w formacie 17+1, wykorzystywanie wszystkich dostępnych kanałów finansowania, takich jak Azjatycki Bank Inwestycji Infrastrukturalnych i Fundusz Jedwabnego Szlaku oraz są gotowe do wspólnej realizacji kluczowych projektów dla wzajemnej łączności.
Chiny są również gotowe wspólnie z Polską podejmować wysiłki na rzecz dalszego wzmacniania zazębiających się możliwości rozwoju i dzielenia się szansami przez obie strony, a także do aktywnego rozszerzania współpracy w zakresie nowej infrastruktury, takiej jak 5G, duże centra danych, sztuczna inteligencja, gospodarka cyfrowa, inteligentne miasta, czysta energia i handel elektroniczny tak, by przynieść jeszcze większe korzyści obu krajom
i narodom”.5/
Natomiast 19 listopada 2020 r. Pani Georgette Mosbacher, Ambasador USA w Polsce, w związku z jednomyślną rezolucją Izby Reprezentantów wspierającą Trójmorze powiedziała: „Jestem bardzo dumna, że mogłam współpracować z Polską na rzecz powodzenia Inicjatywy Trójmorza. Wspaniale widzieć w USA ponadpartyjne poparcie dla tego ważnego projektu. Stany Zjednoczone są silnym zwolennikiem Inicjatywy Trójmorza i jej celów w regionie.”6/
Zdaniem Izby Reprezentantów poparcie Kongresu dla Trójmorza jest ważne dla takiej wizji Europy, która jest zjednoczona, zamożna, bezpieczna i wolna od szkodliwego wpływu Rosji i Chin. Jeżeli chodzi o projekty w zakresie finansowania, transportu, energii i łączności cyfrowej, Inicjatywa Trójmorza stanowi pozytywną alternatywę w regionie dla chińskich projektów: 17+ 1 oraz Pasa Szlaku, które przynoszą korupcję, pułapki kredytowe, niskie standardy pracy i ochrony środowiska.
Z kolei rosyjskie projekty gazowe, takie jak Nord Stream II oraz Turk Stream mają charakter polityczny, a ich celem jest pozbawienie Europy bezpieczeństwa energetycznego. Rezolucja odnotowuje, że Przewodnicząca Komisji Europejskiej określiła Inicjatywę Trójmorza katalizatorem spójności i zbieżności z tożsamością Unii Europejskiej, inicjatywą wzmacniającą więzi transatlantyckie.7/
Obecnie więc, w przeciwieństwie do okresu II wojny, dwa mocarstwa sprzyjają integracji środkowoeuropejskiej, ale poważny kłopot polega jednak na tym, że obydwa państwa znajdują się w konflikcie, który powinien znaleźć rozwiązanie – jeżeli już – to raczej na Pacyfiku niż w Europie. Dobrym rozwojem wydarzeń dla integracji środkowoeuropejskiej jest natomiast współpraca Stanów Zjednoczonych z Unią Europejską i Niemcami na obszarze Trójmorza. Taki wniosek wysnuć można zarówno z Rezolucji Izby Reprezentantów, jak i z wcześniejszych informacji dotyczących udziału Niemiec i Unii Europejskiej w projektach Trójmorza oraz uzyskania przez Niemcy statusu państwa partnerskiego dla Trójmorza.
Nie sprawdzają się, przynajmniej na razie, obawy (albo nadzieje niektórych), że pomysł na Trójmorze jest dywersją amerykańską zmierzającą do rozbicia Unii Europejskiej. Podobne konflikty nie sprzyjałyby bowiem ani integracji środkowoeuropejskiej ani Unii Europejskiej ani Stanom Zjednoczonym. Z trójmorskich projektów na linii Północ-Południe w Europie Środkowej skorzystają nie tylko państwa regionu, Unia Europejska i Stany Zjednoczone.
Przy pewnej dozie wyobraźni, dostrzec można, że z trójmorskich projektów strukturalnych skorzystać mogą w przyszłości państwa na wschód od Polski, w tym w dalszej perspektywie Rosja i Białoruś – w przypadku korzystnych zmian w relacjach międzynarodowych. Rosja nie posiada obecnie (zresztą nigdy nie miała) żadnych dogodnych lądowych połączeń komunikacyjnych z Bałkanami, a biegnąca wzdłuż polskiej wschodniej granicy Via Carpatia np. przeciążona szczególnie nie będzie. Dlatego nie dziwi apel Rezolucji Izby Reprezentantów do państw Inicjatywy Trójmorza, by rozszerzyły swą działalność na państwa nie należące do Unii Europejskiej, na wschód od Trójmorza, chodzi tym razem o Ukrainę i Mołdawię (a także państwa Zachodnich Bałkanów).
Projekt Trójmorza jest jak widać projektem strategicznym, dalekosiężnym. Dlatego krytyka projektu z punktu widzenia bieżącej polityki niczego nie wyjaśnia. Interesujące jest natomiast pytanie, a właściwie odpowiedź na nie: które mocarstwo w rywalizacji w Europie Środkowej wygra, Stany Zjednoczone czy Chiny? W chwili obecnej stawiać należałoby na Stany Zjednoczone, ich obecność militarna w naszym regionie ma znaczenie nie tylko w konfrontacji z Rosją. Jest także niewątpliwą zachętą dla amerykańskiego i zachodniego biznesu do bezpiecznego inwestowania w Europie Środkowej. Ważna jest, przynajmniej na najbliższe 4 lata, zapowiedź Prezydenta Joe Bidena poprawy relacji Stanów z Unią Europejską oraz „wytyczenia polityki zagranicznej dla następnego pokolenia”. W rywalizacji z Chinami bowiem skoordynowana współpraca Stanów z Unią Europejską, Wielką Brytania i Kanadą ma ogromne znaczenie. Pomyślna integracja Europy Środkowej zależy od bardzo wielu czynników, w tym od w miarę pokojowej rywalizacji Stanów Zjednoczonych z Chinami, siły i spójności Unii Europejskiej, a także poziomu politycznego środkowoeuropejskich elit i rozumienia przez nie realiów tego świata.
W Polsce nadzieje budzić może stały, procentowy wzrost poziomu wyższego wykształcenia w społeczeństwie. W indywidualnych przypadkach nie zawsze to się sprawdza, ale wierzyć trzeba w prawo głoszące, że „ilość przechodzi w jakość”. Przydałaby się w Polsce – i być może w pozostałych krajach Środkowej Europy – stopniowa zmiana pokoleniowa. (W Stanach Zjednoczonych też!). Nie przesądzając do końca sprawy, wydaje się, iż wszystko wskazuje na to, że zarówno w przypadku Grupy Wyszehradzkiej, jak i w przypadku Trójmorza integracja w regionie będzie miała luźny charakter. Niewykluczone, że w przypadku Grupy Wyszehradzkej bardziej ścisły. Założyć można, że i Hodża, gdyby żył w obecnych czasach, nie wykluczałby raczej luźnych wariantów. Co prawda Pan George Friedman 8/ podbija nam bębenka, wieszcząc że Polska, przy pomocy Ameryki zostanie wielkim mocarstwem regionalnym, ale ani poziom naszych elit, ani obecny prestiż Polski w regionie, ani skłonność sąsiadów do uznania przywództwa polskiego, nie wróży takiej prognozy.
Wszelkie nasze ewentualne mrzonki o mocarstwowości (czy takie istnieją?) należy włożyć między bajki. Dalszy rozwój środkowoeuropejskiej integracji, jeżeli w ogóle będzie miał miejsce, odbędzie się za wolą mocarstw (Stanów Zjednoczonych, Chin i Unii Europejskiej), a nie wbrew ich woli. Nam przypadnie w udziale pilnowanie, aby odbywało się to w interesie Polski i Środkowej Europy i nie oddalało regionu od Unii Europejskiej.
Projekt Trójmorza nie rozpala w chwili obecnej pozytywnej wyobraźni środkowoeuropejskich społeczeństw. W Polsce każda partia polityczna ma na ten temat inny pogląd (albo nie ma go w ogóle). Brakuje entuzjazmu jakim cieszyły się podczas II wojny projekty zjednoczeniowe wśród środkowoeuropejskich elit. Wydaje się jednak, że mimo różnic poglądów wśród elit, publicystów, uczonych i społeczeństw, Inicjatywa Trójmorza będzie nadal realizowana przez kolejne ekipy rządzące w Polsce i w innych państwach Europy Środkowej, bo wymaga tego przede wszystkim logika potrzeb gospodarczych regionu, a projekt popierają Stany Zjednoczone, Niemcy (i Unia Europejska).
Realizacji Inicjatywy Trójmorza zaszkodzić natomiast mogłaby ewentualnie nieudana próba demokratycznej administracji Joe Bidena poprawy poziomu życia milionów Amerykanów i uspokojenia nastrojów społecznych.
Sytuacja optymalna dla Europy Środkowej to równoczesny i bezkolizyjny rozwój Inicjatywy Trójmorza oraz formatu 17+1. Nad tym, czy to możliwe, głowią się zapewne analitycy w Polsce i w pozostałych krajach regionu. Chętnie zapoznalibyśmy się z wynikami ich rozważań. (Dla równowagi, dla relacji w niektórych polskich publikatorach o pogarszających się stosunkach australijsko-chińskich (powody gospodarcze, militarne, koronawirus), należałoby znaleźć także pozytywne strony współpracy z Chinami).
Uwaga nie na marginesie
W nawiązaniu do wspomnianej wyżej Rezolucji Izby Reprezentantów, polski minister spraw zagranicznych Pan Zbigniew Rau rozmawiał 30 listopada z szefem MSZ Mołdawii o możliwościach regionalnej współpracy. Jak wiadomo wybory w Mołdawii wygrała prozachodnia Maia Sandu. Przyszła bliższa współpraca Polski i Trójmorza z Mołdawią w naszym regionie mieściła by się w poszerzonej o państwa pozaunijne koncepcji tej Inicjatywy, zgodnie z sugestią amerykańską. Dotychczas Inicjatywa Trójmorza była niemal wyłączną domeną Pana Prezydenta Andrzeja Dudy. Włączenie jej do kalendarza ministra spraw zagranicznych nadaje większej spójności polskiej polityce zagranicznej.
Pytanie, czy intencje Pana Prezydenta Bidena poprawy stosunków z Unią Europejską wpłyną łagodząco na stan polsko-unijnych i polsko niemieckich stosunków.
Warto przy tym zauważyć, że Amerykanów łączą już z Niemcami w Trójmorzu wspólne interesy ekonomiczne, bez funduszy unijnych i niemieckich trudno sobie wyobrazić sukces idei Trójmorza.

1/ Maksymilian Podstawski, Milan Hodża i plany utworzenia Federacji Środkowej Europy, Polski Przegląd Dyplomatyczny, t.2, nr 4(8), 2002
2/ Milan Hodża, Federation in Central Europe Jarrolds Publishers Limited, London, 1942, p..81-84, 179-180
3/ Tytus Filipowicz, W przededniu Trzeciej Polski, Księgarnia Towarzystwa Polskiego, Londyn 1941, s.30
4/ P.S. Wandycz, Czechoslowak – Polish Confederation and the Great Powers 1940-1943, Indiana University Publications and East European Studies, Vol. 3, 1956, p. 35-52, 128-138
5/ Liu Guangynuan, Czas rozpocząć nową podróż i ruszyć naprzód, Trybuna, 9-12 listopada 2020
6/ Georgette Mosbacher, Onet 19.11.2020
7/ H.Res.672, November 18, 2020
8/ George Friedman, Następne 100 lat, AMF, Warszawa 2009

Gospodarka 48 godzin

Strata zostanie

Aktywność gospodarcza w Polsce wyraźnie wzrosła w III kwartale 2020 r., ale nowa „pełzająca” blokada gospodarki, wprowadzona przez rząd Prawa i Sprawiedliwości doprowadziła kraj do drugiego dna recesji w IV kwartale. Krótkoterminowy koszt ekonomiczny drugiej blokady będzie stanowił jednak tylko niewielką część negatywnych skutków gospodarczych, jakie Polska poniosła w dotychczasowym okresie pandemii. Analitycy Euler Hermes prognozują spadek realnego produktu krajowego brutto w Polsce o około 4,3 proc. w IV kwartale w porównaniu z trzecim kwartałem. W całym 2020 roku nasz PKB, wedle tych przewidywań, ma spaść o 3,7 proc. Natomiast całoroczna prognoza wzrostu gospodarczego w Polsce w 2021 r. przewiduje, że PKB zwiększy się o 3,2 proc. Czyli, w przyszłym roku polska gospodarka jeszcze nie odrobi wszystkich strat.

Znowu drożej
Wzrost cen w Polsce wciąż jest wysoki. W listopadzie średnio towary i usługi konsumpcyjne były wyższe o 3 proc. w porównaniu z tym samym miesiącem ubiegłego roku. Wpływ na to mają w największym stopniu ceny energii podwyższone na początku roku. Inflacja może spaść do 2,5 proc. w przyszłym roku. Ponadto nastąpiły podwyżki cen wywozu śmieci oraz opłat mieszkaniowych.

Chcą się dogadać
Jak było do przewidzenia, PiS-owska ekipa zaczęła rakiem wycofywać się z konfliktu z Unią Europejską. Do zapoczątkowania tej tendencji odkomenderowany został wicepremier Jarosław Gowin, który w rozmowie z Business Insider oświadczył, że Polska nie powinna skorzystać z opcji atomowej wetowania budżetu UE. Powiedział także: „Polska do dynamicznego rozwoju potrzebuje środków unijnych, w tym także środków z Funduszu Odbudowy. Liczę zatem, że rzutem na taśmę uda się wypracować kompromis w sprawie ostatecznego kształtu „zasady praworządności”/…/ Podkreślam raz jeszcze: należy zrobić wszystko, by uniknąć weta budżetowego, a tym samym i zawieszenia Recovery Fund”.

Lepiej od oczekiwań
Wskaźnik koniunktury PMI dla sektora produkcyjnego w Polsce pozostał w listopadzie na poziomie z poprzedniego miesiąca i wyniósł 50,8 proc., co wskazuje na tendencje rozwojowe (powyżej 50 proc.). Przedsiębiorcy, nieco wbrew oczekiwaniom nadal zwiększali zatrudnienie. Wzrost liczby nowych miejsc pracy w przemyśle był w listopadzie najszybszy od czerwca 2018 – wynika z raportu firmy badawczej IHS Markit. To jeden z czynników, który mimo spadku nowych zamówień pomógł we wzroście wskaźnika PMI, obrazującego koniunkturę w produkcji. Pomimo spadku liczby zamówień, przedsiębiorcy z sektora wytwórczego zwiększyli zatrudnienie, do czego przyczyniła się pandemia. Trzeba było bowiem zastąpić pracowników przebywających na kwarantannie. Ponadto, oprócz wysokiego wzrostu zatrudnienia w przemyśle, przyczyną lepszej koniunktury był też wzrost zapasów. Widmo kolejnych restrykcji związanych z pandemią koronawirusa spowodowało bowiem zapełnienie stanów magazynowych w polskich fabrykach – wskazuje IHS Markit. Nastąpił także piąty miesiąc spadku zapasów wyrobów gotowych, co spowodowane zostało ograniczonymi mocami przerobowymi. Te zapasy trzeba będzie odtworzyć, co także może poprawiać koniunkturę.