Bilans na zero?

Czas na „Omówienie pełnego zakresu problemów, przed którymi stoją Stany Zjednoczone i Rosja”, stwierdził prezydent Joe Biden i zaproponował prezydentowi Rosji Władimirowi Putinowi spotkanie.
Chęć do szybkiego dialogu wzmogły koncentracje wojsk rosyjskich i NATO na pograniczu ukraińsko- rosyjskim. Alarmujące prognozy, że znowu może dojść tam do wojny.
Konflikt rosyjsko- ukraiński będzie zapewne jednym z tematów przyszłych rozmów. Jawne i oficjalne rokowania amerykańsko – rosyjskie o integralności i przyszłości ukraińskiego państwa to nowość polityczna. Do tej pory rozwiązaniem problemów Donbasu i aneksji Krymu zajmowała się „czwórka normandzka”, czyli Niemcy, Francja, Ukraina i Rosja. Zaś długofalową politykę sąsiedztwa Unii Europejskiej w europejskim otoczeniu Rosji spełniało Partnerstwo Wschodnie. Spłodzone przez Polskę i Szwecję, zaakceptowane przez Unię Europejską.
Partnerstwo Wschodnie zakładało współpracę z sześcioma byłymi republikami ZSRR, które po 1990 roku wybrały niepodległość. Z leżącymi w bliskim sąsiedztwie Białorusią, Ukrainą i Mołdawią oraz reprezentującymi kaukaskie krańce Europy; Gruzją, Azerbejdżanem i Armenią.
Na pierwszy szczyt w maju 2009 r. przybyli do Pragi wszyscy przywódcy. Drugi, we wrześniu 2011 roku w Warszawie, został już zbojkotowany przez przywódców Białorusi. Był to pierwszy sygnał narastających konfliktów wewnątrz Partnerstwa. Ostatni „szczyt” Partnerstwa odbył się w maju 2019 roku w Brukseli. W formie kolacji wydanej przez ówczesnego przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska dla przywódców pięciu państw Partnerstwa oraz białoruskiego ministra spraw zagranicznych.
Prymusi i chuligani
Celem Partnerstwa było przyciąganie byłych, europejskich republik radzieckich do sfery wpływów Unii Europejskiej. Cała szóstka dostała obietnicę akcesji do Unii Europejskiej pod warunkiem przeprowadzenia zmian i reform przybliżających ich gospodarki, systemy polityczne i prawne do standardów obowiązujących w UE.
Rosja od początku była przeciwna Partnerstwu. Uważała, i nadal uważa, taką politykę sąsiedztwa Unii za wrogą. Protestowała w czasie inauguracji Partnerstwa ustami prezydenta Miedwiediewa. Po przejęciu prezydenckiego urzędu przez Wladimira Putina oceny Partnerstwa stały się bardziej negatywne i jednoznacznie wyrażane.
W czasie dwunastoletniego istnienia Partnerstwa ujawnił się w tym regionie nowy, sprawny „partner”. Jeszcze w 2009 roku „partnerska” szóstka miała alternatywę. Być „bliską zagranicą” Federacji Rosyjskiej albo oczekującym w kolejce do Unii Europejskiej. W międzyczasie na regionalnego przywódcę i wzór do naśladowania wyrosła Turcja.
Rządzona przez prezydenta „sułtana” Erdogana rychło porzuciła starania o akcesję do UE. Zręczną polityką dowiodła, że dzięki umowom o wolnym handlu z UE można być tam swą gospodarczą nogą i jednocześnie można swą polityczną nogę trzymać poza euro wspólnotą. Można korzystać z europejskiego rynku bez konieczności nakładania sobie demokratycznego kagańca. Respektowania norm ochrony mniejszości etnicznych, kulturalnych, seksualnych. Podobnie można być w NATO i jednocześnie prowadzić w regionie własną politykę. Nawet mieć swoje „małe wojenki”. Nic dziwnego, że dla wielu elit państw Partnerstwa model tureckiego „sułtanatu” stał się bardziej atrakcyjny niż zachodniej demokracji parlamentarno- gabinetowej.
O osiągnięciu pozycji „drugiej Turcji” marzy wielu polityków ukraińskich. Nawet tych werbalnie deklarujących chęć akcesji do Unii Europejskiej. Zwłaszcza, że taka akcesja nie grozi przecież Ukrainie w ciągu najbliższego dziesięciolecia. Nie trzeba zatem szybko i na siłę przyjmować trudnych do akceptacji rozwiązań, skoro nagrody szybko nie będzie. Na dziś wystarczy elitom dostęp ukraińskich firm do rynku UE i bezwizowe wyjazdy do państw Unii. Poza tym Unia nie jest już wystarczającym gwarantem bezpieczeństwa Ukrainy. Teraz ekipa prezydenta Zelenskiego postawiła na szybką integrację z NATO, czyli administrację USA. Ma atut w postaci „najliczniejszej armii europejskiej”, choć jeszcze nie wystarczająco wyszkolonej i uzbrojonej.
Szans na akcesję do UE, ani na „drugą Turcję” nie ma inny, niedawny „prymus” Partnerstwa – Republika Mołdawii. Cóż z tego, że posiada ona umowę stowarzyszeniową z Unią Europejską, w tym porozumienie o strefie wolnego handlu. Skoro ostatnie lata mołdawskiej polityki to bezustanna walka prorosyjskich socjalistów z pro unijnymi liberałami. Bezpardonowa, z łamaniem prawa i zasad demokracji przez obie strony. W efekcie długotrwałych konfliktów Mołdawia stała się jedynie eksporterem taniej żywności i siły roboczej do państw UE.
Podobna przyszłość może czekać ostatniego z grona „prymusów” – Gruzję. Jeśli globalna pandemia nie zostanie opanowana, jeśli nie ruszy tam turystyka przynosząca znaczące dochody jej gospodarce, to Gruzja podryfuje w stronę autorytarnych rządów i starć z radykalizującą się opozycją. A proeuropejskie nastroje zaczną wypierać utopie przeszłości. Nostalgie za Gruzją, kiedyś najbogatszą republiką ZSRR.
Trudno dziś mówić o proeuropejskich nostalgiach i pespektywie unijnej akcesji w Armenii. Przegrana niedawna lokalna wojna z Azerbejdżanem o Górski Karabach ostudziła europejskie marzenia ormiańskich elit. Nie wykorzystały one czasu rozejmu na wzmocnienie gospodarki państwa, modernizacji armii. Znów okazało się, że w tym regionie tylko Rosja może zagwarantować podstawowe bezpieczeństwo armeńskiego państwa. I skoro wparcia Unii nie ma, to trzeba Rosję polubić. Skoro tylko ją się ma.
Białoruś prezydenta Łukaszenki próbowały polubić europejskie elity polityczne. Było jak w serialu, co rok, to zmiana akcji. Sankcje, ocieplenie, sankcje i próby kooperacji z tym „niezwykle ciepłym człowiekiem”. Aktualnie wszyscy już czekają na kres rządów ekipy prezydenta Łukaszenki. Tylko jego następcy są nadal niewiadomi. Większym prawdopodobieństwem jest, że będą to młodsi, reformatorscy i jeszcze bardziej prorosyjscy niż apostołowie w unio wstąpienia.
Największym beneficjentem dziesięciolecia Partnerstwa Wschodniego okazał się Azerbejdżan. Choć „prymusem” nigdy nie był. Ale skutecznie zdemokratyzował swój system polityczny. Choć nie ortodoksyjnie, bez kopiowania zachodnioeuropejskich systemów. Jego elity nie pchały się do Unii, ani na rosyjska orbitę. Z pomocą USA stworzyły pozycję ważnego eksportera surowców energetycznych, przy pomocy Turcji zmodernizowały swą armię. Wygrana, lokalna wojna z separatystami ormiańskimi, wzmocniła pozycję Baku w regionie.
Dwanaście lat Partnerstwa Wschodniego minęło. Miało zmienić sąsiedzkie państwa w demokracje i rozwijające się gospodarki. Państwa skutecznie kandydujące do Unii Europejskiej. Wzory do naśladowania dla innych post radzieckich republik. W rzeczywistości, oprócz bogacącego się Azerbejdżanu, mamy w naszym europejskim sąsiedztwie „partnerskie” kulejące gospodarki i niewygasłe konflikty społeczne. Na Ukrainie groźbę poważnej wojny angażującej już dwa najsilniejsze na świecie mocarstwa militarne.
Inaugurując Partnerstwo Wschodnie polskie elity polityczne dumnie zapowiadały, że poprowadzą unijną politykę wschodnią ku świetlanej przyszłości. Bo znają się na niej w Europie najlepiej. Bo są jej genetycznymi ekspertami.
Gdzie był błąd?

Ile unii w Unii?

Polski skansen w regionalnym parku neoliberalizmu. Jaką i którą Unię ma popierać lewica?

Stosunek polskich partii do UE jest przedłużeniem ich usytuowania na rodzimej scenie politycznej. Zjednoczona Prawica uwielbia finansowe pieszczoty, ale nie chce spełnić wszystkich oczekiwań dobroczyńcy. Boi się tego, że polska dusza podszyta jezuickim konwiktem ulegnie pokusom „cywilizacji śmierci”, przestanie uważać wójta (Pcimia), pana (prezesa) i plebana za wyrocznię nie tylko w sprawach światopoglądowych. Formacje liberalne, PO i Polska 2050, podążają za Komisją Europejską jak za panią matką. Podpowiada ona, jak się właściwie zachowywać na salonach bogatego Zachodu: potępiać wschodnich satrapów, wielbić wujka Sama, prowadzić „rozsądną” politykę wobec biznesu. A jaki powinien być stosunek lewicy do obecnej formy ustrojowej UE i polityki jej technokracji? UE ma bowiem dla każdego zarazem coś przyjemnego i coś przykrego. Przypomina tradycyjną rosyjską matrioszkę – mieści się w niej kilka unii. Którą popierać, a którą reformować zgodnie z potrzebami własnego elektoratu i celami dalekosiężnymi lewicy? Bo można się obawiać, że zdesperowana prawica użyje wspólnotowych środków do budowy sieci biznesów, firm, fundacji oplatających mackami krwioobieg gospodarki, uzależni od własnych decyzji funkcjonowanie poszczególnych dziedzin życia społecznego. Dopiero wtedy pojawią się autentyczni wyklęci, zwłaszcza kiedy ich majątek nie będzie szedł w parze z patriotyzmem a la Obajtek. Dopóki firmy z obszaru UE będą mogły działać bez większych przeszkód – wzięcie w karby polskiego pracownika i obywatela nie będzie specjalnie przeszkadzać unijnym szafarzom.

Nieodrodna córa ordoliberała

Integracja w Europie dokonuje się w postaci swobodnego przepływu towarów i kapitału, do pewnego stopnia pracowników. Słowem, to rynek koordynuje aktywność gospodarczą. Ten mechanizm koordynacji wspomaga częściowo integracja polityczna, na dodatek bez demokratycznej kontroli ciała wykonawczego, czyli Komisji Europejskiej. Jak dotąd UE stanowi, według określenia historyka Jerzego Krasuskiego, „gigantyczną operację politycznego przejęcia” ogromnego obszaru gospodarczego i poddania go korzystnej dla biznesu polityce pieniężnej, fiskalnej, a także sposobu finansowania deficytu budżetowego.

Korzenie UE to Europejska Wspólnota Węgla i Stali, alians przemysłu ciężkiego, producentów aut, elektroniki, a potem także farmerów. Celem aliansu była polityka cen. Chodziło o to, by wyeliminować konflikty i konkurencję między „narodowymi” firmami, bo ich rywalizacja przyczyniła się do obu wojen światowych. Dlatego, zdaniem Janisa Warufakisa, w unijnym DNA zapisany jest technokratyczny styl zarządzania kartelem. Istnieje w niej tylko specjalizacja produkcyjna, możliwość lokowania inwestycji, eksportu, a także wspólna waluta w Eurolandzie. Ład instytucjonalny europejskiej wspólnoty jest niedźwiedzią przysługą niemieckich ordoliberałów. Negocjatorem Traktatu Rzymskiego był jeden z ordoliberałów Alfred Müller-Armanak, pierwszym przewodniczącym Komisji Europejskiej był Walter Hallstein (1958-1967), a komisarzem do spraw konkurencji Hans von der Groeben (1958-1967). Stworzyli oni prawne ramy dla funkcjonowania wspólnego rynku i stabilności pieniądza. To ważna okoliczność dla lewicy, ponieważ nie były to inspiracje socjaldemokratycznym reformizmem. Socjaldemokraci niemieccy już w 1955 r. słowami ówczesnego ideologa Karla Schillera uznali przewagę konkurencyjności w dewizie: „Konkurencji tyle, ile możliwe, planowania tyle, ile konieczne”. Ewolucję doktryny potwierdził słynny zjazd w Bad Godesbergu w 1959 r., na którym socjaldemokraci podpisali akt kapitulacji. Uznali bowiem prywatną własność środków produkcji i gospodarkę rynkową jako datum funkcjonowania w systemie. Gospodarka rynkowa staje się „społeczna”, kiedy państwo stwarza odpowiadające jej społeczeństwo, złożone z odpowiedzialnych jednostek. A przecież może tu chodzić o inne rozumienie jej społecznego charakteru. Społeczna czyli nastawiona na wytwarzanie wartości użytkowych niezbędnych do umiarkowanie dobrego życia dla wszystkich. Dlatego powinna być regulowana, regulowana przez reprezentantów racjonalności ogólnospołecznej, w tym także przez pracowników i ich organizacje. Takie stanowisko zajęła Federacja Niemieckich Związków Zawodowych, DGB. Ponieważ zwyciężyła pierwsza koncepcja, Angela Merkel mogła oświadczyć w 2014 r., że „społeczna gospodarka rynkowa to coś więcej niż ład gospodarczy i społeczny. Jej zasady są ponadczasowe”. A więc żadna demokratyczna większość nie mogłaby ich zmienić, jak płci królowej Anglii. Również klonem Bundesbanku jest Europejski Bank Centralny. Nie może zaskakiwać przyjęcie w 2012 r. niemieckiej „złotej reguły” – 3 proc. deficytu budżetowego jako europejskiego kanonu. Ten układ instytucjonalny, zdaniem angielskiego ekonomisty Jana Toporowskiego, doprowadził do sytuacji, w której „Europa ma teraz bank centralny bez rządu i rządy bez banków centralnych”.

Obecne ramy prawne UE stanowią swoisty przekład na język prawa zaleceń doktryny neoliberalnej. Przekład ukazał się pod nazwą Traktat z Maastricht z 1992 r. Zabrania on rządom interwencji w gospodarkę, która może wpłynąć „na wymianę handlową między państwami członkowskimi” (art. 121). W unijnym panteonie króluje bogini konkurencyjności i bożek zdrowych finansów publicznych. Dlatego polityka społeczna i prawo pracy są podporządkowane „konkurencyjności gospodarki Unii” (art. 107). Zakazuje też celowego wspierania przez rządy strategicznych branż i przedsiębiorstw krajowych. Natomiast Karta Praw Podstawowych nie jest obligatoryjna, dlatego Polska podpisała odrębny protokół. Z kolei, Traktat Lizboński, obowiązujący od 2009 r., stawia za cel „trwały rozwój Europy, którego podstawą jest zrównoważony wzrost gospodarczy oraz stabilność cen, społeczna gospodarka rynkowa o wysokiej konkurencyjności”. Wszystko w uścisku Paktu Stabilności i Wzrostu z 2008 r.

Prymat polityki pieniężnej i nacisk na konkurencyjność z pominięciem bezpieczeństwa socjalnego Europejczyków zamknęły politykę gospodarczą państw w żelaznej klatce liberalizmu. Dotychczas wyłączona jest spod jej reguł tylko polityka rolna. Dlatego unii gospodarczej i monetarnej nie wspierała żadna wspólna polityka fiskalna i społeczna. Dopiero Fundusz Odbudowy po pandemii przewiduje wspólne zadłużenie państw tworzących Unię. Pojawił się też temat płacy minimalnej dla całej europejskiej przestrzeni gospodarczej. To pierwszy krok w stronę nowej płaszczyzny integracji – wspólnej polityki fiskalnej i socjalnej. W dalszej przyszłości w agendzie pojawi się zapewne kwestia przebudowy systemu podatkowego. Ze wspólnych funduszy może być finansowana przebudowa energetyki zgodnie z ideą Zielonego Ładu. Fundusz ten mogą powiększać wpływy z opodatkowania zwłaszcza amerykańskich kolosów teleinformatycznych oraz likwidacja rajów podatkowych. Powstaje tu pytanie o motyw tak wielkiego zaangażowania Komisji Europejskiej w przebudowę aparatu produkcyjnego. Czy chodzi tu tylko o to, by ograniczyć jego szkodliwość dla środowiska? Jeśli prawdą jest, że zarówno elektromobilność, jak i OZE przenoszą gdzie indziej ślad ekologiczny, to KE działa głównie w interesie kapitału pozwalając mu znaleźć nowe pole akumulacji przez inwestycje w kolejną generację maszyn i technologii. (zob. mój artykuł w Trybunie 40/2021).

Staro-nowa polska specjalność

Narodziny Eurolandu, do którego Polska nie należy, pozbawiły kraje członkowskie narzędzia makroekonomicznej polityki gospodarczej, jakim była możliwość dewaluacji waluty narodowej dla poprawy konkurencyjności eksportu. Skorzystała na tym gospodarka niemiecka, której konkurencyjność osłabiała mocna marka. Niemiecki eksport radykalnie wzrósł i daje obecnie dużą nadwyżkę bilansu płatniczego. Dodatkowo konkurencyjność wyrobów niemieckiej gospodarki zwiększyło osłabienie statusu pracownika. Po reformach rządu kanclerza Schroedera wydajność pracy na godzinę w Niemczech rosła w latach 1999-2011 o 1,2 proc. rocznie, natomiast płace realne (płace nominalne skorygowane o inflację) zaledwie o 0,7 proc. (za Heinerem Flassbeckiem). Dlatego niemieckie towary i usługi stały się tańsze o 25 proc. w stosunku do wyrobów gospodarek europejskiego Południa i prawie 20 proc. względem Francji. Na tym podłożu wyrósł ogromny kompleks przemysłowy – niemieckie Cesarstwo Przemysłowe, które np. już produkuje elektryczne samochody, tymczasem Polska tylko memy na ich temat. Prawica hołubi inne kompleksy, ale przede wszystkim chciałaby mieć „narodowe” czempiony pod partyjną kontrolą, by wykreowały nową warstwę rządzącą.

Ostateczny bilans poddania polskiej gospodarki regułom unijnym będzie zależał od tego, jaką formę przybierze integracja europejska. Jak dotąd udostępniliśmy wewnętrzny rynek i taniego, i wydajnego pracownika w stosunku do kosztów jego zatrudnienia, np. w r. 2018 koszty pracy stanowiły 2/3 jej wydajności. Ale też dzięki unijnym funduszom w kwocie 125 mld euro wypiękniały w miastach i miasteczkach ulice i kamienice. Tylko w roku 2018 otrzymaliśmy od UE, po odliczeniu składek, 11,5 mld euro. Do PRL los tak się szeroko nie uśmiechnął. Przedmiotem sporu jest miejsce, w którym znalazła się polska gospodarka w światowych łańcuchach produkcji i wartości dodanej.

Zdaniem Thomasa Piketty`ego Polska to teraz foreign owned country,skoro 60 proc. aktywów w polskim sektorze bankowym posiada zagraniczny kapitał, zagraniczne korporacje zatrudniają ponad 30 proc. polskich pracowników, tworzą 2/3 polskiego eksportu, i wytwarzają 42 proc. wartości dodanej. Ponadto, techniczne uzbrojenie pracy (wartość maszyn na jednego pracownika) jest dwu-trzykrotnie niższe niż w Niemczech.

Dlatego polska strategia narodowa musi uwzględniać trwałą obecność w UE, która jest trzecim centrum globalnego kapitalizmu. Nie może to być jednak rezerwuar taniej pracy montażowej dla zachodnich firm. Już 5,5 tys. niemieckich inwestorów znalazło w Polsce poddostawców i podwykonawców, tym łatwiej, że 96 proc. przedsiębiorstw to mikrofirmy, zatrudniające do 9 pracowników.

W tej sytuacji gorszy od inwestora niemieckiego byłby tylko jego brak. Chodzi teraz o świadomą politykę kraju przyjmującego zagraniczny kapitał, by przemieścić polskie firmy bliżej końcowych ogniw w łańcuchach produkcji i wartości dodanej. Dotychczas jest tak, że my produkujemy kadłuby np. autobusów, Niemcy uzbrajają je w nowoczesny napęd, nam pozostaje produkcja standardowych okien, niemieckie firmy wykorzystują najnowsze materiały. Tym bardziej, że na ziemiach „odzyskanych” przez PRL neoliberalna transformacja uśmierciła największe polskie (wcześniej niemieckie) zakłady – we Wrocławiu, Gorzowie, Szczecinie, Elblągu.

Unia autonomicznych jednostek.

Ustrój państw unijnych ma charakter demokratyczno-liberalny. Taki ustrój szanuje autonomię jednostki, w rezultacie –wolność debaty, pluralizm poglądów i postaw (moralności). W debacie liczą się argumenty, nie zaś dogmatyczne przekonania ugruntowane religijnie. Ponadto, bierze się pod uwagę skutki przyjmowanych rozwiązań, regulacji prawnych, jak one mogą wpływać na życie społeczne, „ile przynoszą szkód i pożytków oraz w jakim pozostają stosunku do naszej autonomii i prywatności”, pisze filozof Jan Hartman. W tej perspektywie progresywne Polki i Polacy uzyskują w UE silne wsparcie, by modernizować polski skansenu tradycjonalizmu kulturowego. Narzuca on jego rezydentom narodowo-katolicką tożsamość. Na dodatek, hierarchowie wspierani przez pisowskie państwo zastępują amboną akademicką katedrę, ich obsesje rugują wiedzę medyczną i jej osiągnięcia, np. w sprawie in vitro, biologii rozrodu. W tej perspektywie protest społeczny polskich kobiet jest kolejną fazą spóźnionej nowoczesności, wypierania religii przez moralność i coraz bardziej świeckie koncepcje dobrego życia. Obudzili się prawnukowie Oświecenia, którego w kraju bez mieszczaństwa i bez zwycięskiej reformacji nie było. Ani zakon prawicowych krzyżowców, ani hierarchowie narodowego kościoła, ani kordon propagandowy „narodowej” szczujni nie powstrzymają na dalszą metę tego naporu upodmiotowienia.

Unia republikańska i socjalna jako zadanie europejskiej lewicy

Lewica ma też inną koncepcję republiki niż liberałowie i narodowo-tradycjonalna prawica. Lewica dąży do harmonijnego połączenia praw obywatelskich, politycznych i socjalnych. Chciałaby stworzyć jednostce szanse aktywnego współudziału w kształtowaniu decyzji dotyczących całej wspólnoty, mimo partykularnych różnic interesów i poglądów. Natomiast liberałom chodzi głównie o ochronę przed państwem, jego zamachami na wolny rynek, np. w postaci norm środowiskowych czy przymusu podatkowego. Ten boli najbardziej, zwłaszcza kiedy nie pozwala ukraść pierwszego miliona, a później kolejnych – dzięki optymalizacji podatkowej czy emigracji zysków do rajów podatkowych. Liberał chroni wolność, lecz troskę o materialne warunki jej wykorzystania pozostawia „przedsiębiorczej” jednostce. Lewica zaś uważa, że wolność wymaga nie tylko odpowiednich ram prawnych, ale też materialnych warunków. Dopiero wówczas ludzie czują się nie tylko wolni, ale również bezpieczni, pisze niemiecka filozofka polityki Urlike Guérot. Chodzi tu o tworzenie takiej wspólnoty życia i pracy, która zapewni współpracę autonomicznych jednostek. Taka wspólnota była ideałem kontrkulturowego ruchu lat 60. Odrzucał on ideę hierarchii i formalnego przywództwa. Tworzył porządek oparty na współuczestnictwie. Jego zapleczem społecznym była młodzież dorastająca obywatelsko na uczelniach. Ślady tej koncepcji wspólnoty widać w sposobie zorganizowania partii Razem, ruchów miejskich czy małych zbiorowości na poziomie lokalnym. To umiejętnie zorganizowany ład łączący indywidualizm i samodzielność intelektualną swoich członków jako wartość ze wspólnym realizowaniem uzgodnionych celów. Przeciwieństwem takiej wspólnoty jest amerykański, mozaikowy model zatomizowanego społeczeństwa sukcesu materialnego za wszelka cenę. Mimo że Amerykanie stanowią 4,5 proc. ludności świata, wśród śmiertelnych ofiar COVID-19 co czwarty jest mieszkańcem tego kraju, i to w społeczeństwie, które ma dochód per capita blisko 65 tys. dolarów.

Zielony Ład to początek

W lewicowej perspektywie propozycja Zielonego Ładu nie zamyka listy pilnych zadań. Dalszy postęp integracji Wspólnoty Europejskiej wymaga nowych mechanizmów ustrojowych. Wskazuje je ogólnoeuropejski ruch DiEM25. Unia autonomicznych jednostek daje szanse działań na rzecz lepszej wspólnoty Europejczyków, w której stosunki wyzysku będą wypierane przez współpracę. Jej fundamentem będzie gospodarka podporządkowana nie logice zysku, tylko arytmetyce potrzeb społecznych. Do tego konieczne są mechanizmy demokratycznej kreacji i kontroli wspólnotowych organów władzy. Z czasem będzie to wybór reprezentantów opcji ideowo-programowych w skali całej wspólnoty. Kształtowanie wspólnoty republikańskiej wymaga strategicznych sojuszy. Języczkiem u wagi są specjaliści i klasy pracownicze – w administracji, w służbie zdrowia, wykonawcy usług dla biznesu (korposzczury). Chodzi o to, by harmonizowali oni indywidualny sukces materialny i zawodowy z solidaryzmem na rzecz polskiej wspólnoty życia i pracy, będącej częścią UE oraz częścią wspólnoty planetarnej wszystkich ludzi. Powstanie takiej wspólnoty wymaga istotnej korekty obecnego kursu, zarówno wytyczonego przez nadwiślańskich liberałów, jak i narodowo-konserwatywną prawicę. Wymaga przede wszystkim stworzenia autentycznej przeciwwagi dla biznesu w kraju i w całej UE. Wymaga też twórczej destrukcji modelu wyczynowego kapitalizmu, który wdrożyło, a teraz broni, państwo amerykańskie. Nie zbuduje Zachód takich murów, by zatrzymały pochód wykluczonych z Ameryki Łacińskiej, Azji, Afryki. Święte Przymierze Transatlantyckie musi wypracować modus vivendi z chińskim kolosem dla nowego modelu gospodarki – modelu, który powstrzyma destrukcję ziemskiego ekosystemu, a zarazem pozwoli uszczknąć więcej ze zdobyczy cywilizacji przemysłowej także mieszkańcom globalnego Południa. Prekariusze wszystkich krajów łączcie się.

Unia Europejska, szczepionki i lewica

Historia zakupu i wdrożenia szczepionek na COVID-19 obnażyła sprzeczności w Unii Europejskiej oraz ograniczenia rynku kapitalistycznego w radzeniu sobie z kryzysem. Zobaczyliśmy tarcia zarówno między UE a Wielką Brytanią, jak i wewnątrz samej Unii. Przypomina się kryzys zadłużenia z 2011 i 2012 roku. Wobec faktu, że dysponujemy już szczepionkami Oxford/AstraZeneca, produktami firm Pfizer/BioNTech, Moderna i innymi, które są już podawane na całym świecie, można by pomyśleć, że zbliżamy się do końca pandemii. Tak nie jest, bo spekulanci farmaceutyczni i polityczni przedstawiciele klasy rządzącej sprzeciwiają się wprowadzaniu produktów na rynek w niektórych z najbardziej dotkniętych wirusem krajów. Aby powrócić do „normalności” i rozruszać gospodarkę, ignorują naukę i idą na skróty, narażając tym samym życie ludzi na całym świecie. Big Pharma działa w szczególnie skandaliczny sposób, pokazując, że jej rolą w społeczeństwie nie jest dostarczanie leków ani żaden inny filantropijny cel, lecz po prostu osiąganie zysków i wypłacanie dywidend swoim akcjonariuszom.

Pod koniec 2020 roku Der Spiegel doniósł, że Pfizer negocjował z Europejską Agencją Leków (EMA) możliwość wyodrębnienia szóstej dawki z każdej wyprodukowanej fiolki preparatu. Mogło to oznaczać zwiększenie tempa wdrażania leku o 20 proc.. W warunkach gospodarki planowej byłaby to doskonała wiadomość. Nie w kapitalizmie – początkowo Pfizer zapowiadał, że zmiana zostanie dokonana w celu zwiększenia możliwości szczepień, tylko po to, by w rzeczywistości zmniejszyć zasięg dostaw, za to zwiększyć swoje zyski o 17 proc. Pfizer „skorygował” swoje dostawy, szacując, że umowa dotyczyła jednej dawki, a nie jednej fiolki preparatu. Tylko na tym zarobił 17 proc. Pfizer ogłosił, że w pierwszej partii wyprodukuje 100 milionów fiolek, a nie 120 milionów, jak uzgodniono. Co stałoby się z 20 milionami dawek po 12 euro za dawkę? Pfizer sprzedałby je najwyżej licytującemu na rynku międzynarodowym. O tajnych porozumieniach między Pfizerem a Komisją Europejską dotyczących cen szczepionek dowiedzieliśmy się dopiero dzięki usuniętemu później tweetowi belgijskiej minister Evy de Bleeker. Są też inne przykłady postawienia interesów wielkich firm przed interesem ludzi: na razie tylko Włochy, pod naciskiem stowarzyszeń konsumenckich, planują pozwać Pfizera do sądu za niedostarczone szczepionki. Belgia, gdzie produkowana jest szczepionka, woli nie wytaczać procesów, prawdopodobnie z obawy, że koncern może zdecydować się na przeniesienie produkcji. Rząd francuski wynegocjował umowę, na mocy której produkować i dystrybuować szczepionkę Pfizera będzie „narodowe konsorcjum” Sanofi, jednak nie o obronę interesów francuskich obywateli tu chodzi, a właśnie o wsparcie rzeczonego koncernu.
AstraZeneca również znalazła się w centrum uwagi. W przeddzień zatwierdzenia szczepionki przez Europejską Agencję Medyczną, jej dyrektor generalny Pascal Soriot udzielił skandalicznego wywiadu dziennikowi La Reppublica. Najpierw zganił UE za to, że „spóźniła się” w negocjacjach, podpisując umowę trzy miesiące później niż Wielka Brytania, a potem stwierdził, że „ludzie stają się zbyt emocjonalni”. Dlaczego? Dlatego, że sugerują, jakoby produkcja szczepionek miała służyć ludzkości, a nie zyskom.
To nie koniec: unijni urzędnicy są już praktycznie przekonani, że AstraZeneca próbowała uniknąć wypełnienia zobowiązań podjętych wobec UE, która dokonała przedpłaty w wysokości setek milionów euro. Innymi słowy, koncern spekulował szczepionką i pieniędzmi zaoferowanymi przez UE. Podczas spotkania w dniu 25 stycznia pomiędzy urzędnikami państw członkowskich i UE oraz przedstawicielami brytyjsko-szwedzkiego konglomeratu farmaceutycznego AstraZeneca delegacja z Brukseli usłyszała zresztą od ludzi koncernu, że produkcja szczepionek będzie daleka od zobowiązań kontraktowych. AstraZeneca prowadzi z UE grę w kotka i myszkę i trzyma się twardo swoich racji, twierdząc, że umowa wymaga od niej jedynie „najlepszych starań”. Jako że wynegocjowane kontrakty pozostają całkowicie lub częściowo tajne, można zakładać, że przedstawiciele firmy mówią prawdę. Dlaczego miałby kłamać, skoro sam ryzykuje co najwyżej tym, że UE opublikuje umowę? W takim wypadku to Komisja Europejska pokaże swoją niezdolność do negocjowania kontraktów z myślą o zdrowiu publicznym i wszyscy będą mogli się przekonać, że zdolna do skutecznego negocjowania jest tylko wtedy, gdy jest to korzystne dla Big Pharmy. To właśnie UE robiła przez ostatnie siedem dekad! Problem polega na tym, że interesy niektórych firm farmaceutycznych stoją w sprzeczności z interesami państw (mieszkańców) UE…
Sytuacja zaczyna rozwija się w myśl hasła „każdy działa na własną rękę”. Węgry już ogłosiły, że będą kupować szczepionki z Rosji i Chin, pomimo braku zgody (lub nawet prośby o zgodę w przypadku Chin) ze strony władz europejskich. Sandra Gallina, negocjatorka umów między UE a Big Pharmą, ogłosiła 12 stycznia, że nie wie o żadnych innych umowach poza tymi wynegocjowanymi przez Komisję, a gdyby takie istniały, to – jak powiedziała – byłyby sprzeczne z Traktatem (TFUE). Węgry jednak nie wydają się tym poruszone. Także niemiecka elita rządząca nie wydaje się zainteresowana jakąkolwiek „europejską solidarnością”. Coraz wyraźniej widać, że tak zwana „jedność europejska” rozpada się, gdy tylko pojawia się kryzys. Nie inaczej będzie w przypadku pandemii COVID-19. Widzieliśmy to zresztą jeszcze zanim doszło do pierwszych szczepień. Przypomnijmy, że Komisja Europejska nie raz proponowała ustanowienie europejskich przepisów dotyczących podróży obywateli UE, w granicach wspólnoty. Jednak do tej pory wszystkie środki były wdrażane na poziomie krajowym, bez żadnej koordynacji między państwami członkowskimi.
A teraz kontrola!
Unia Europejska jest przede wszystkim strefą wolnego handlu i rynkiem. 70 lat integracji europejskiej stworzyło klub, którego członkowie są zmuszeni do zawierania porozumień, aby móc odgrywać rolę na rynkach światowych. Historia jest jednak pełna dziwnych wydarzeń. Obecny kryzys zmusił Unię Europejską do zaproponowania kontroli eksportu w celu zapewnienia, że Pfizer, AstraZeneca i i inni nie będą eksportować części szczepionek za granicę. Spowodowało to natychmiastowy konflikt między Unią Europejską a Wielką Brytanią, zaledwie trzy tygodnie po wystąpieniu tej ostatniej z UE.
Mimo że regulowanie handlu zagranicznego jest antytezą wszystkiego, za czym opowiada się Komisja Europejska, uparta rzeczywistość jest taka, że aby utrzymać pozory kontroli nad sytuacją, musiała ona zaproponować mechanizm kierowania produkcją szczepionek. Mechanizm ten został ogłoszony przez europejską komisarz ds. zdrowia i bezpieczeństwa żywności Stellę Kyriakides w piątek 29 stycznia… i w ciągu 48 godzin musiał zostać wycofany z powodu skarg rządu irlandzkiego, gróźb odwetu ze strony Wielkiej Brytanii i krytyki w Komisji Europejskiej ze strony tych, którzy (logicznie!) postrzegali go jako obciążenie dla wolnego rynku. Irlandzki premier szybko zadzwonił do Ursuali Von der Leyen, aby poskarżyć się na użycie artykułu 16 umowy Brexitowej UE-Wielka Brytania, który miał narzucić kontrolę na granicy brytyjsko-irlandzkiej. Reakcja ta nastąpiła znacznie szybciej niż dziesięć lat temu, gdy irlandzka gospodarka zbankrutowała, co pokazuje, jak wrażliwa będzie kwestia granicy w nadchodzących miesiącach, gdy porozumienie w sprawie Brexitu zostanie w pełni wdrożone. Jak powiedział premier Irlandii, Micheál Marti, kwestia ta ma „wybuchowe implikacje polityczne”.
Komisja Europejska stoi przed nierozwiązywalnym problemem reprezentowania interesów Big Pharmy, łagodzenia różnic pomiędzy poszczególnymi członkami bloku i utrzymywania pozorów troski o miliony Europejczyków zarażonych wirusem COVID-19. To jest niemożliwe; nie można służyć dwóm panom. Albo broni się zysków wielkich wielonarodowych firm farmaceutycznych, albo tworzy się plan masowego wprowadzenia szczepionki na całym kontynencie. Oczywiście wybór został dokonany na samym początku, bo UE jest ciągle rynkiem i nie ma bezpośrednich narzędzi wpływu. Wielkie deklaracje stają się farsą w porównaniu z rzeczywistością.
Lewica i nacjonalizacja
Wydawałoby się, że sytuacja jest skrojona na miarę lewicy. Potrzeba nacjonalizacji przemysłu farmaceutycznego jeszcze nigdy nie została podniesiona tak wyraźnie. Nasi oponenci to zrozumieli: prasa prawicowo-liberalna argumentowała przeciwko takiemu posunięciu, otwierając debatę, zanim padł jakikolwiek mocny głos za upaństwowieniem. Libération, niegdyś lewicowa gazeta we Francji, dziś głos liberalnej burżuazji, kilka dni temu zamieściła artykuł, w którym pytała, czy istnieje potrzeba nacjonalizacji. Brukselski korespondent piszący artykuł broni obecnego sposobu produkcji, a także polityki oszczędności. Pisze: „Jedynym sposobem na zaspokojenie ogromnego zapotrzebowania na szczepionki jest zatem zwiększenie linii produkcyjnych w firmach, które mają taką zdolność. Taką drogę wybrała francuska Sanofi, która od tego lata będzie produkować szczepionkę BioNTech-Pfizer, oraz Recipharm, który zawarł porozumienie z firmą Moderna”.
Jak dotąd brakowało wezwań do nacjonalizacji ze strony wybranych przedstawicieli tak zwanych partii komunistycznych, zarówno na szczeblu krajowym, jak i Parlamentu Europejskiego. Można założyć, że stare kontynentalne partie socjalistyczne dawno zapomniały o takich żądaniach, ale po kryzysie gospodarczym w 2008 roku byliśmy świadkami pewnej radykalizacji i powstania nowych lewicowych partii, których obecne milczenie wiele mówi. Bardzo niewiele z nich wysuwa żądanie nacjonalizacji. Kierownictwo związków zawodowych jest również niezwykle nieśmiałe w wysuwaniu żądań, smutno narzekając na brak przejrzystości i potrzebę innego podejścia, jak gdyby ten system w ogóle na inne podejście pozwalał. We Francji Sanofi ogłosił likwidację 400 miejsc pracy w dziale badawczym w tym samym czasie, kiedy rząd pośredniczy w zawarciu umowy na produkcję szczepionki Pfizer, a mimo to CGT nie wystąpiła z żądaniem nacjonalizacji! Jak dotąd większość lewicy i związków zawodowych wzywała co najwyżej do wywarcia presji na WTO, aby wymusiła zawieszenie TRIPS (porozumienia WTO chroniącego prawo do szczepionek) w odniesieniu do szczepionki i leków COVID-19 oraz do podpisania europejskiej inicjatywy obywatelskiej w celu ustanowienia prawa do szczepionek.
Komunistyczna posłanka do PE Sira Riga i poseł do PE Marc Botenga z Belgijskiej Partii Robotniczej [Portal Strajk rozmawiał z nim o pandemii i dostępie do szczepień – przyp. red.] napisali w ostatni weekend stanowisko, którego główny postulat brzmi następująco: „Wbrew pozorom nie jesteśmy wcale skazani na nadużycia przemysłu farmaceutycznego. Musimy po prostu działać w oparciu o mechanizmy, którymi dysponujemy. Potrzebujemy produkcji m.in. Pfizera i AstraZeneca, a realne koszty tej produkcji można zniwelować. Za szczepionkę zapłaciliśmy już czterokrotnie. Zrywając ich monopol, moglibyśmy szybko zwiększyć produkcję. Oznaczałoby to, owszem, mniejsze dywidendy dla akcjonariuszy firm farmaceutycznych, ale więcej szczepionek dla wszystkich i ratowanie życia w Europie i na całym świecie. Narzędzia techniczne i polityczne są na stole. Nadszedł czas, aby ich użyć”.
Przypomnijmy sobie, na co zwracał uwagę Trocki w Programie Przejściowym:
„Socjalistyczny program wywłaszczenia, tj. politycznego obalenia burżuazji i likwidacji jej dominacji ekonomicznej, nie powinien w żadnym wypadku w obecnym okresie przejściowym przeszkadzać nam w wysunięciu, gdy okazja tego wymaga, żądania wywłaszczenia kilku kluczowych dla bytu narodowego gałęzi przemysłu lub najbardziej pasożytniczej grupy burżuazji.” (…) „Konieczność wysuwania hasła wywłaszczenia w toku codziennej agitacji w formie cząstkowej, a nie tylko w naszej propagandzie w jej bardziej wszechstronnych aspektach, podyktowana jest tym, że różne gałęzie przemysłu znajdują się na różnych szczeblach rozwoju, zajmują różne miejsce w życiu społeczeństwa i przechodzą różne stadia walki klasowej. Tylko ogólny zryw rewolucyjny proletariatu może postawić na porządku dziennym całkowite wywłaszczenie burżuazji. Zadaniem postulatów przejściowych jest przygotowanie proletariatu do rozwiązania tego problemu”.
Obecny kryzys Unii Europejskiej i pandemia COVID-19 powinny być doskonałą okazją do przedstawienia alternatywy dla obecnego systemu gospodarczego, a nie budowania iluzji opierających się na „istniejącym systemie”.
Zamiast tego należy zwrócić uwagę na prawdziwe źródło tego kryzysu: system kapitalistyczny i jego nieszczęsnych przedstawicieli politycznych. I podnieść żądanie nacjonalizacji przemysłu farmaceutycznego bez odszkodowania, aby dać nam prawdziwe rozwiązanie problemu globalnej pandemii.

Tekst oryginalny ukazał się na portalu In Defence of Marxism. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu).

Europa Środkowa – 80 lat temu i teraz, próby integracyjne

Powiedzieć, że sytuacja Europy Środkowej dzisiaj jest inna niż 80 lat temu to oczywisty truizm. Podczas II wojny i po wojnie o losach świata, Europy, w tym Europy Środkowej decydowały głównie 2 mocarstwa: Stany Zjednoczone i Związek Radziecki. Obecnie dwa mocarstwa pretendujące o pierwszeństwo w świecie to Chiny i Stany Zjednoczone. Ich rywalizacja ma miejsce także w Europie Środkowej, a państwa środkowoeuropejskie w swej większości należą do Unii Europejskiej, która ma także ambicje decydowania o losach świata.

W naszym regionie, mimo upływu czasu, nie zmieniła się natomiast tendencja, widoczna podczas II wojny do integracji, nie poparta wtedy przez Zachód i skutecznie stłumiona przez Związek Radziecki. Po upadku Związku Radzieckiego, Zachód przyczynił się do likwidacji dwóch federacji w regionie: czechosłowackiej i jugosłowiańskiej.
Jednak marzenia integracyjne, wynikające tym razem przede wszystkim z potrzeb gospodarczych (a nie z obawy przed Niemcami i Rosją), dały o sobie wkrótce znać. Obecna integracja regionu ma miejsce w ramach Zachodu i zgodnie z aktualnie rozumianymi interesami państw środkowoeuropejskich.
80 lat temu
W przyszłym roku minie 80 lat od pierwszej publikacji Milana Hodży dotyczącej federalizacji Europy Środkowej w warunkach II wojny światowej. (Wcześniej, w okresie międzywojnia kreślił plany zjednoczenia rolniczych państw naszego regionu). Swoje poglądy na ten temat przedstawił po raz pierwszy w fachowym czasopiśmie The Contemporary Review, „Central European Federation”, no. 910, October 1941. Najpełniej jednak przedstawił je dopiero w książce „Federation in Central Europe”, wydanej w Londynie w 1942 roku przez Jarrold Publishers Limited.
W przedmowie do swej książki wyraził pogląd, że wydarzenia II wojny uzasadniają przyszłą ścisłą współpracę ośmiu państw znajdujących się między Rosją, Niemcami a Włochami (Polska, Czechosłowacja, Węgry, Austria, Rumunia, Bułgaria, Jugosławia, Grecja). Taka współpraca zwiększyć miała ich bezpieczeństwo, gdyż jej brak przynosił w przeszłości negatywne skutki, ponieważ stawały się pionkami w grze wielkich mocarstw.
Sądził, że USA i Europa Zachodnia poprą powstanie po wojnie zjednoczonej Europy Środkowej, a Związek Radziecki będzie zainteresowany istnieniem silnego bloku państw między ZSRR a Niemcami. W obu przypadkach był niestety w błędzie. M. Hodża uważał, że zjednoczenie Europy Środkowej rozpocząć się powinno od Polski i Czecho-Słowacji.
Jego zdaniem Europa Środkowa po zjednoczeniu powinna się stać nie tylko całością geograficzną, polityczną i gospodarczą, ale także artystyczną i kulturalną. Wśród najważniejszych ośrodków kulturalnych nowego federalnego państwa wymieniał w kolejności miasta: Warszawę, Poznań, Kraków, Wiedeń, Pragę, Budapeszt, Bukareszt, Belgrad, Zagrzeb i Sofię. Zarysował w swej pracy kształt konstytucji przyszłej Wspólnoty Środkowoeuropejskiej, proponując rozwiązania idące o wiele dalej niż te jakie przewidywała planowana przez środkowoeuropejskie rządy emigracyjne w Londynie Konfederacja Czechosłowacko-Polska.
Stwierdził, że kształt takiej wspólnoty może być różnoraki, od luźnej współpracy do państwa federalnego. Wymaga to w praktyce, zdaniem Hodży, pokonanie barier psychologicznych i tworzenie przejściowych etapów federacji, zmierzających stopniowo, w procesie ewolucyjnym, do bardziej ścisłych form federacji. Przewidywał, że małe narody mogą początkowo przejawiać mniej entuzjazmu dla idei federalizmu.1/ W koncepcji Hodży pierwszy Prezydent Federacji wybierany miał być przez premierów państw członkowskich. Kolejni Prezydenci natomiast przez Parlament Federalny (Federal Congress) na okres jednego roku. Deputowani do Parlamentu Federalnego mianowani przez parlamenty narodowe większością 2/3 głosów, w proporcji 1 deputowany federalny na 1 milion mieszkańców.
Do kompetencji Prezydenta należałby wybór Kanclerza Federalnego i członków rządu. Prezydent jest Naczelnym Wodzem i mianuje dowódców armii. Pozycja Prezydenta powinna być silna; w przypadku podważenia przez rząd federalny lub większość jednego z parlamentów narodowych uchwał Parlamentu Federalnego, głos Prezydenta jest rozstrzygający. Hodża zauważył przy tym, że gdyby w skład federacji miały wejść monarchie (cztery środkowoeuropejskie państwa były wtedy lub wcześniej monarchiami), to sprawa głowy federacyjnego państwa musiałaby zostać dodatkowo przedyskutowana.
W gestii federalnego rządu znajdować się miały sprawy: celne (unia celna), finansowe (wspólna waluta), handlu międzynarodowego i polityki zagranicznej oraz obrony. Powołane zostaną federalne ministerstwa ds. łączności i poczty, lotnictwa i żeglugi oraz prawa federalnego W państwie federalnym funkcjonować będą związki zawodowe i stowarzyszenia profesjonalne. Każde państwo narodowe wchodzące w skład federacji posiadać miało w rządzie federalnym jednego ministra bez teki.2/
W latach 1940-1942 czechosłowacki prezydent Edward Benesz opracował plan Konfederacji Czechosłowacko-Polskiej, który przedstawił w styczniu 1942 roku rządowi polskiemu. Plan ten – po dwustronnych negocjacjach – przyjęty został przez polski rząd na emigracji. E. Benesz przewidywał włączenie do tej konfederacji Austrii, Węgier i Rumunii. W planach prezydenta Benesza i premiera Sikorskiego Konfederacja Czechosłowacko-Polska współpracować miała z konfederacją jugosłowiańsko-grecką, a w przyszłości obie konfederacje miały się połączyć.
Zamysły Benesza odnośnie kształtu politycznego i geograficznego Europy Środkowej nie różniły się wiele od planów Hodży, którego federacja rozciągać się miała od Gdańska do Salonik (albo od Bałtyku do Morza Egejskiego i Adriatyku). Różnice polegały na czymś innym. Krytyka ze strony Milana Hodży ustaleń konfederacyjnych przyjętych przez Benesza i Sikorskiego wynikała stąd, iż Hodża nie zgadzał się z faktem, że w negocjacjach czechosłowacko – polskich nie brała udziału Słowacja jako ich niezależny uczestnik. Jego zdaniem, pierwszy i autentyczny program powołania Federacji Środkowoeuropejskiej powstał wcześniej, bo 14 stycznia 1940 r. na emigracyjnym spotkaniu Polaków, Czechów i Słowaków. Program zapowiadał powstanie Rzeczywistego Związku (Real Union) Polski i Czecho-Słowacji (istotne znaczenie ma tu łącznik oddzielający Słowację od Czech). Następnie w lipcu 1940 r. uchwalona została w Bukareszcie rezolucja grupy młodych żołnierzy (Polaków, Czechów i Słowaków) wzywająca do powołania Związku Polsko-Czesko-Słowackiego. Od tego momentu powstanie takiego Związku po wojnie powinno być – zdaniem Hodży – celem wielu środowisk polskich, czeskich i słowackich. Hodża uważał, że Deklaracja Rządów Polski i Czechosłowacji z 11 listopada 1940 r. różniła się zasadniczo – i to w sposób niekorzystny – od tej jakiej naprawdę pragnęli wówczas Polacy, Czesi i Słowacy.3/
W swej pracy Federation in Central Europe Hodża wyraził rozczarowanie kształtem konfederacji polsko-czechosłowackiej wynegocjowanej między rządami czechosłowackim a polskim. Odnosi się w swej książce co prawda tylko do Wspólnej Deklaracji Rządów Polski i Czechosłowacji z 11 listopada 1940 r., ale znane mu były zapewne deklaracja z 24 września 1941 r. oraz kolejne dokumenty polsko-czechosłowackie z lat 1941-1942, które – mimo krytyki Hodży – przedstawiają jednak spory dorobek i wysiłek obu rządów do nadania ostatecznego kształtu planowanej konfederacji;
– Tak więc umowa polsko-czechosłowacka zawarta w Londynie 23 stycznia 1943 r. przewidywała m.in. powołanie wspólnych ministerstw: spraw zagranicznych, obrony, gospodarki i finansów, spraw socjalnych, transportu. Konfederacja miała mieć wspólny sztab generalny, a Wódz Naczelny miał być mianowany w przypadku wojny. Koordynacja polityki handlowej i celnej miała doprowadzić w przyszłości do powstania unii celnej. Polityka monetarna miała być ściśle koordynowana, przy zachowaniu odrębnych walut narodowych. Rządy obu państw przyjęły w tym samym dniu rezolucję witającą z zadowoleniem zawarcie grecko jugosłowiańskiej umowy konfederacyjnej (15 stycznia 1942 r.) i przewidującą przyszłą współpracę między dwoma konfederacjami;
– Wspólny Komunikat Czechosłowacko-Polski z 12 czerwca 1942 r. powoływał cztery komisje mieszane: ds. gospodarczych, wojskowych, społecznych i kulturalnych.
Benesz i Hodża byli przeciwnikami politycznymi, a Hodża nie wchodził w skład czechosłowackiego rządu emigracyjnego. Mimo to Hodża orientował się w pracach nad Konfederacją Czechosłowacko-Polską. Jego łącznikiem z polskimi środowiskami emigracyjnymi był jego polski przyjaciel (piłsudczyk) Tytus Filipowicz.
Należy zaznaczyć, że politycy polscy na emigracji, bez względu na przynależność partyjną, opowiadali się za konfederacją, a niektórzy nawet (np. Filipowicz) – podobnie jak Hodża – za ściślejszym związkiem – federacją. Zaangażowanie Polaków na emigracji na rzecz polsko-czechosłowackiego związku podkreślał wielokrotnie sam M. Hodża, witając bardzo serdecznie niezwykłą aktywność zwolenników J. Piłsudskiego. (Jak wiadomo obóz Piłsudskiego był przed II wojną przeciwnikiem dobrych relacji Polski z Czechosłowacją). Zdaniem niedawno zmarłego profesora Piotra Stefana Wandycza, znanego badacza tego okresu w stosunkach polsko-czechosłowackich, wielu polskich emigrantów politycznych uważało, że Hodża, bardziej niż Benesz sprzyja Polakom, a jego poglądy na współpracę regionalną Europie Środkowowschodniej były najwidoczniej bardziej zbliżone do poglądów w tej kwestii rządu Sikorskiego.4/
Należy podkreślić, że wszystkie środkowoeuropejskie rządy emigracyjne w Londynie popierały idę federalizacji naszego regionu. Wycofały się z początkowego poparcia dla federalizacji Europy Środkowej Stany Zjednoczone i Wielka Brytania, sprzeciwił się Związek Radziecki. Nastąpił podział Europy na strefy wpływów.
…a teraz
Sama idea integracji środkowoeuropejskiej jednak przetrwała. Koncepcje Hodży, Benesza, Sikorskiego oraz innych środkowoeuropejskich polityków i wizjonerów są nadal źródłem inspiracji i praktycznego działania. 80 lat od tamtych wydarzeń działa nieformalna Grupa Wyszehradzka, która przypomina w pewnym, bardzo ograniczonym co prawda stopniu, Konfederację Czechosłowacko-Polską.
Tak jak Konfederacjia miała być wtedy jądrem zjednoczonej Europy Środkowej, tak obecnie sercem regionu wydaje się być Grupa Wyszehradzka. A pomysłowi zjednoczenia całego regionu (Konfederacja Czechosłowacko-Polska + konfederacja grecko-jugosłowiańska) odpowiadają takie próby jednoczenia regionu jak Trójmorze z poparciem amerykańskim oraz format 17+1 z chińskim poparciem. Tym razem więc (w przeciwieństwie do okresy II wojny) mamy poparcie 2 wielkich mocarstw dla integracji środkowoeuropejskiej. Ambasador Chińskiej Republiki Ludowej w Polsce Pan Liu Guangyuan oświadczył niedawno: ”Chiny wspierają jeszcze pełniejsze uczestnictwo Polski w tworzeniu „Pasa Szlaku” oraz w formacie 17+1, wykorzystywanie wszystkich dostępnych kanałów finansowania, takich jak Azjatycki Bank Inwestycji Infrastrukturalnych i Fundusz Jedwabnego Szlaku oraz są gotowe do wspólnej realizacji kluczowych projektów dla wzajemnej łączności.
Chiny są również gotowe wspólnie z Polską podejmować wysiłki na rzecz dalszego wzmacniania zazębiających się możliwości rozwoju i dzielenia się szansami przez obie strony, a także do aktywnego rozszerzania współpracy w zakresie nowej infrastruktury, takiej jak 5G, duże centra danych, sztuczna inteligencja, gospodarka cyfrowa, inteligentne miasta, czysta energia i handel elektroniczny tak, by przynieść jeszcze większe korzyści obu krajom
i narodom”.5/
Natomiast 19 listopada 2020 r. Pani Georgette Mosbacher, Ambasador USA w Polsce, w związku z jednomyślną rezolucją Izby Reprezentantów wspierającą Trójmorze powiedziała: „Jestem bardzo dumna, że mogłam współpracować z Polską na rzecz powodzenia Inicjatywy Trójmorza. Wspaniale widzieć w USA ponadpartyjne poparcie dla tego ważnego projektu. Stany Zjednoczone są silnym zwolennikiem Inicjatywy Trójmorza i jej celów w regionie.”6/
Zdaniem Izby Reprezentantów poparcie Kongresu dla Trójmorza jest ważne dla takiej wizji Europy, która jest zjednoczona, zamożna, bezpieczna i wolna od szkodliwego wpływu Rosji i Chin. Jeżeli chodzi o projekty w zakresie finansowania, transportu, energii i łączności cyfrowej, Inicjatywa Trójmorza stanowi pozytywną alternatywę w regionie dla chińskich projektów: 17+ 1 oraz Pasa Szlaku, które przynoszą korupcję, pułapki kredytowe, niskie standardy pracy i ochrony środowiska.
Z kolei rosyjskie projekty gazowe, takie jak Nord Stream II oraz Turk Stream mają charakter polityczny, a ich celem jest pozbawienie Europy bezpieczeństwa energetycznego. Rezolucja odnotowuje, że Przewodnicząca Komisji Europejskiej określiła Inicjatywę Trójmorza katalizatorem spójności i zbieżności z tożsamością Unii Europejskiej, inicjatywą wzmacniającą więzi transatlantyckie.7/
Obecnie więc, w przeciwieństwie do okresu II wojny, dwa mocarstwa sprzyjają integracji środkowoeuropejskiej, ale poważny kłopot polega jednak na tym, że obydwa państwa znajdują się w konflikcie, który powinien znaleźć rozwiązanie – jeżeli już – to raczej na Pacyfiku niż w Europie. Dobrym rozwojem wydarzeń dla integracji środkowoeuropejskiej jest natomiast współpraca Stanów Zjednoczonych z Unią Europejską i Niemcami na obszarze Trójmorza. Taki wniosek wysnuć można zarówno z Rezolucji Izby Reprezentantów, jak i z wcześniejszych informacji dotyczących udziału Niemiec i Unii Europejskiej w projektach Trójmorza oraz uzyskania przez Niemcy statusu państwa partnerskiego dla Trójmorza.
Nie sprawdzają się, przynajmniej na razie, obawy (albo nadzieje niektórych), że pomysł na Trójmorze jest dywersją amerykańską zmierzającą do rozbicia Unii Europejskiej. Podobne konflikty nie sprzyjałyby bowiem ani integracji środkowoeuropejskiej ani Unii Europejskiej ani Stanom Zjednoczonym. Z trójmorskich projektów na linii Północ-Południe w Europie Środkowej skorzystają nie tylko państwa regionu, Unia Europejska i Stany Zjednoczone.
Przy pewnej dozie wyobraźni, dostrzec można, że z trójmorskich projektów strukturalnych skorzystać mogą w przyszłości państwa na wschód od Polski, w tym w dalszej perspektywie Rosja i Białoruś – w przypadku korzystnych zmian w relacjach międzynarodowych. Rosja nie posiada obecnie (zresztą nigdy nie miała) żadnych dogodnych lądowych połączeń komunikacyjnych z Bałkanami, a biegnąca wzdłuż polskiej wschodniej granicy Via Carpatia np. przeciążona szczególnie nie będzie. Dlatego nie dziwi apel Rezolucji Izby Reprezentantów do państw Inicjatywy Trójmorza, by rozszerzyły swą działalność na państwa nie należące do Unii Europejskiej, na wschód od Trójmorza, chodzi tym razem o Ukrainę i Mołdawię (a także państwa Zachodnich Bałkanów).
Projekt Trójmorza jest jak widać projektem strategicznym, dalekosiężnym. Dlatego krytyka projektu z punktu widzenia bieżącej polityki niczego nie wyjaśnia. Interesujące jest natomiast pytanie, a właściwie odpowiedź na nie: które mocarstwo w rywalizacji w Europie Środkowej wygra, Stany Zjednoczone czy Chiny? W chwili obecnej stawiać należałoby na Stany Zjednoczone, ich obecność militarna w naszym regionie ma znaczenie nie tylko w konfrontacji z Rosją. Jest także niewątpliwą zachętą dla amerykańskiego i zachodniego biznesu do bezpiecznego inwestowania w Europie Środkowej. Ważna jest, przynajmniej na najbliższe 4 lata, zapowiedź Prezydenta Joe Bidena poprawy relacji Stanów z Unią Europejską oraz „wytyczenia polityki zagranicznej dla następnego pokolenia”. W rywalizacji z Chinami bowiem skoordynowana współpraca Stanów z Unią Europejską, Wielką Brytania i Kanadą ma ogromne znaczenie. Pomyślna integracja Europy Środkowej zależy od bardzo wielu czynników, w tym od w miarę pokojowej rywalizacji Stanów Zjednoczonych z Chinami, siły i spójności Unii Europejskiej, a także poziomu politycznego środkowoeuropejskich elit i rozumienia przez nie realiów tego świata.
W Polsce nadzieje budzić może stały, procentowy wzrost poziomu wyższego wykształcenia w społeczeństwie. W indywidualnych przypadkach nie zawsze to się sprawdza, ale wierzyć trzeba w prawo głoszące, że „ilość przechodzi w jakość”. Przydałaby się w Polsce – i być może w pozostałych krajach Środkowej Europy – stopniowa zmiana pokoleniowa. (W Stanach Zjednoczonych też!). Nie przesądzając do końca sprawy, wydaje się, iż wszystko wskazuje na to, że zarówno w przypadku Grupy Wyszehradzkiej, jak i w przypadku Trójmorza integracja w regionie będzie miała luźny charakter. Niewykluczone, że w przypadku Grupy Wyszehradzkej bardziej ścisły. Założyć można, że i Hodża, gdyby żył w obecnych czasach, nie wykluczałby raczej luźnych wariantów. Co prawda Pan George Friedman 8/ podbija nam bębenka, wieszcząc że Polska, przy pomocy Ameryki zostanie wielkim mocarstwem regionalnym, ale ani poziom naszych elit, ani obecny prestiż Polski w regionie, ani skłonność sąsiadów do uznania przywództwa polskiego, nie wróży takiej prognozy.
Wszelkie nasze ewentualne mrzonki o mocarstwowości (czy takie istnieją?) należy włożyć między bajki. Dalszy rozwój środkowoeuropejskiej integracji, jeżeli w ogóle będzie miał miejsce, odbędzie się za wolą mocarstw (Stanów Zjednoczonych, Chin i Unii Europejskiej), a nie wbrew ich woli. Nam przypadnie w udziale pilnowanie, aby odbywało się to w interesie Polski i Środkowej Europy i nie oddalało regionu od Unii Europejskiej.
Projekt Trójmorza nie rozpala w chwili obecnej pozytywnej wyobraźni środkowoeuropejskich społeczeństw. W Polsce każda partia polityczna ma na ten temat inny pogląd (albo nie ma go w ogóle). Brakuje entuzjazmu jakim cieszyły się podczas II wojny projekty zjednoczeniowe wśród środkowoeuropejskich elit. Wydaje się jednak, że mimo różnic poglądów wśród elit, publicystów, uczonych i społeczeństw, Inicjatywa Trójmorza będzie nadal realizowana przez kolejne ekipy rządzące w Polsce i w innych państwach Europy Środkowej, bo wymaga tego przede wszystkim logika potrzeb gospodarczych regionu, a projekt popierają Stany Zjednoczone, Niemcy (i Unia Europejska).
Realizacji Inicjatywy Trójmorza zaszkodzić natomiast mogłaby ewentualnie nieudana próba demokratycznej administracji Joe Bidena poprawy poziomu życia milionów Amerykanów i uspokojenia nastrojów społecznych.
Sytuacja optymalna dla Europy Środkowej to równoczesny i bezkolizyjny rozwój Inicjatywy Trójmorza oraz formatu 17+1. Nad tym, czy to możliwe, głowią się zapewne analitycy w Polsce i w pozostałych krajach regionu. Chętnie zapoznalibyśmy się z wynikami ich rozważań. (Dla równowagi, dla relacji w niektórych polskich publikatorach o pogarszających się stosunkach australijsko-chińskich (powody gospodarcze, militarne, koronawirus), należałoby znaleźć także pozytywne strony współpracy z Chinami).
Uwaga nie na marginesie
W nawiązaniu do wspomnianej wyżej Rezolucji Izby Reprezentantów, polski minister spraw zagranicznych Pan Zbigniew Rau rozmawiał 30 listopada z szefem MSZ Mołdawii o możliwościach regionalnej współpracy. Jak wiadomo wybory w Mołdawii wygrała prozachodnia Maia Sandu. Przyszła bliższa współpraca Polski i Trójmorza z Mołdawią w naszym regionie mieściła by się w poszerzonej o państwa pozaunijne koncepcji tej Inicjatywy, zgodnie z sugestią amerykańską. Dotychczas Inicjatywa Trójmorza była niemal wyłączną domeną Pana Prezydenta Andrzeja Dudy. Włączenie jej do kalendarza ministra spraw zagranicznych nadaje większej spójności polskiej polityce zagranicznej.
Pytanie, czy intencje Pana Prezydenta Bidena poprawy stosunków z Unią Europejską wpłyną łagodząco na stan polsko-unijnych i polsko niemieckich stosunków.
Warto przy tym zauważyć, że Amerykanów łączą już z Niemcami w Trójmorzu wspólne interesy ekonomiczne, bez funduszy unijnych i niemieckich trudno sobie wyobrazić sukces idei Trójmorza.

1/ Maksymilian Podstawski, Milan Hodża i plany utworzenia Federacji Środkowej Europy, Polski Przegląd Dyplomatyczny, t.2, nr 4(8), 2002
2/ Milan Hodża, Federation in Central Europe Jarrolds Publishers Limited, London, 1942, p..81-84, 179-180
3/ Tytus Filipowicz, W przededniu Trzeciej Polski, Księgarnia Towarzystwa Polskiego, Londyn 1941, s.30
4/ P.S. Wandycz, Czechoslowak – Polish Confederation and the Great Powers 1940-1943, Indiana University Publications and East European Studies, Vol. 3, 1956, p. 35-52, 128-138
5/ Liu Guangynuan, Czas rozpocząć nową podróż i ruszyć naprzód, Trybuna, 9-12 listopada 2020
6/ Georgette Mosbacher, Onet 19.11.2020
7/ H.Res.672, November 18, 2020
8/ George Friedman, Następne 100 lat, AMF, Warszawa 2009

Gospodarka 48 godzin

Strata zostanie

Aktywność gospodarcza w Polsce wyraźnie wzrosła w III kwartale 2020 r., ale nowa „pełzająca” blokada gospodarki, wprowadzona przez rząd Prawa i Sprawiedliwości doprowadziła kraj do drugiego dna recesji w IV kwartale. Krótkoterminowy koszt ekonomiczny drugiej blokady będzie stanowił jednak tylko niewielką część negatywnych skutków gospodarczych, jakie Polska poniosła w dotychczasowym okresie pandemii. Analitycy Euler Hermes prognozują spadek realnego produktu krajowego brutto w Polsce o około 4,3 proc. w IV kwartale w porównaniu z trzecim kwartałem. W całym 2020 roku nasz PKB, wedle tych przewidywań, ma spaść o 3,7 proc. Natomiast całoroczna prognoza wzrostu gospodarczego w Polsce w 2021 r. przewiduje, że PKB zwiększy się o 3,2 proc. Czyli, w przyszłym roku polska gospodarka jeszcze nie odrobi wszystkich strat.

Znowu drożej
Wzrost cen w Polsce wciąż jest wysoki. W listopadzie średnio towary i usługi konsumpcyjne były wyższe o 3 proc. w porównaniu z tym samym miesiącem ubiegłego roku. Wpływ na to mają w największym stopniu ceny energii podwyższone na początku roku. Inflacja może spaść do 2,5 proc. w przyszłym roku. Ponadto nastąpiły podwyżki cen wywozu śmieci oraz opłat mieszkaniowych.

Chcą się dogadać
Jak było do przewidzenia, PiS-owska ekipa zaczęła rakiem wycofywać się z konfliktu z Unią Europejską. Do zapoczątkowania tej tendencji odkomenderowany został wicepremier Jarosław Gowin, który w rozmowie z Business Insider oświadczył, że Polska nie powinna skorzystać z opcji atomowej wetowania budżetu UE. Powiedział także: „Polska do dynamicznego rozwoju potrzebuje środków unijnych, w tym także środków z Funduszu Odbudowy. Liczę zatem, że rzutem na taśmę uda się wypracować kompromis w sprawie ostatecznego kształtu „zasady praworządności”/…/ Podkreślam raz jeszcze: należy zrobić wszystko, by uniknąć weta budżetowego, a tym samym i zawieszenia Recovery Fund”.

Lepiej od oczekiwań
Wskaźnik koniunktury PMI dla sektora produkcyjnego w Polsce pozostał w listopadzie na poziomie z poprzedniego miesiąca i wyniósł 50,8 proc., co wskazuje na tendencje rozwojowe (powyżej 50 proc.). Przedsiębiorcy, nieco wbrew oczekiwaniom nadal zwiększali zatrudnienie. Wzrost liczby nowych miejsc pracy w przemyśle był w listopadzie najszybszy od czerwca 2018 – wynika z raportu firmy badawczej IHS Markit. To jeden z czynników, który mimo spadku nowych zamówień pomógł we wzroście wskaźnika PMI, obrazującego koniunkturę w produkcji. Pomimo spadku liczby zamówień, przedsiębiorcy z sektora wytwórczego zwiększyli zatrudnienie, do czego przyczyniła się pandemia. Trzeba było bowiem zastąpić pracowników przebywających na kwarantannie. Ponadto, oprócz wysokiego wzrostu zatrudnienia w przemyśle, przyczyną lepszej koniunktury był też wzrost zapasów. Widmo kolejnych restrykcji związanych z pandemią koronawirusa spowodowało bowiem zapełnienie stanów magazynowych w polskich fabrykach – wskazuje IHS Markit. Nastąpił także piąty miesiąc spadku zapasów wyrobów gotowych, co spowodowane zostało ograniczonymi mocami przerobowymi. Te zapasy trzeba będzie odtworzyć, co także może poprawiać koniunkturę.

Krótkie kłamstwa długo się prostują

Dlaczego prominenci PiS straszą swoich wyborców tym paskudnym życiem i zgnilizną moralną panującą w Unii Europejskiej, a jednocześnie swoje dzieci wysyłają tam do pracy i na studia wyższe? I nie posyłają ich do „bratniego” orbanowskiego Budapesztu, tylko do tej „lewackiej” Brukseli.

Świat prezentowany w PiSowskiej TVP przypomina przekazy radzieckiej telewizji w schyłkowych latach rządów genseka Leonida Ilicza Breżniewa. Wtedy tam też prezentowani byli wyłącznie My i Oni. Wtedy też ludzie radzieccy codziennie oglądali świat podzielony. Na dobrych nas i nich, tych złych.
Szczuje z korzeniami
Kiedy w ZSRR odbywała się kolejna udana „żatwa”, to u nich szalały tajfuny i huragany. W Kraju Rad ogłaszano kolejny udany start kosmicznej rakiety, a u nich narkomani masowo umierali na ulicach. W Moskwie celebrowano kolejne święta bratnich narodów, a u nich Murzynów bili. ZSRR walczył o pokój, a oni podgrzewali do kolejnej wojny. Kiedy tam rozwijała się zdrowa radziecka kultura, narodowa w formie, komunistyczna w treści, to u nich szalała moralna degeneracja. Porno i seks. Seks i porno. Szczególnie ten seks budził zgorszenie radzieckich komunistów, i pewnie dlatego „sieksa” w Sowieckim Sojuzie oficjalnie nie było.
Dzisiaj podobnie widzowie „Wiadomości” codziennie dowiadują się, że Zachód, czyli ta Unia Europejska, gnije i zupełnie nie radzi sobie. Ostatnio nie radzi sobie z pandemią. Totalny tam chaos panuje i brak kompetencji. Na przykład w takiej Austrii jednego dnia zmarło aż sto osób!
Co prawda tego samego dnia w Polsce zmarło ponad sześćset osób, ale polscy zmarli traktowani są przez szczujów z TVP info jak seks w ZSRR. O nich nie mówi się.
Mówi się za to stale w TVP info, że wszyscy naokoło zazdroszczą Nam. Cały świat zazdrości Polsce jej sukcesów osiągniętych przez rząd pod przewodem pana prezesa Kaczyńskiego. Wspaniałych sukcesów gospodarczych, ale przede wszystkim tego zdrowego moralnie narodu. Wolnego od zachodnich, europejskich dewiacji. Powszechnych tam targów dziećmi, neomarksizmu, islamskiego terroryzmu, i homoseksualistów masowo spacerujących tam z obnażonymi siusiakami.
Widok homoseksualnego siusiaka zamieszczonego w Internecie tak wstrząsnął panem ministrem Czarnkiem, że postanowił pozbawić praw ludzkich wszystkich homoseksualistów. Na razie uczyni to w Polsce.
Te historyczne sukcesy prominentów PiS wzbudzają tak wielką zazdrość wszystkich innych narodów. że powodowani chorobliwą zawiścią chcą Polsce znów zaszkodzić. Znowu rzucić ją na kolana. Zdradzić ją. Znowu wraży Niemcy chcą „skolonizować” Polskę, przed czym przestrzegał w TVO ino pan minister, prokurator generalny Zbigniew Ziobro.
Kłamstwa na szaniec
Rząd pana wicepremiera Kaczyńskiego wielokrotnie chwalił się, że tak wspaniałych osiągnięć gospodarczych jakie ma Polska, inne państwa, zwłaszcza te Unii Europejskiej, mogą nam jedynie pozazdrościć. Zwłaszcza wysokiego PKB i niskiego bezrobocia.
Niestety nowe polskie przodownictwo w Unii Europejskiej chlubą już nie jest. Szczególnie z perspektywy polskiej Grażynki i wąsatego Janusza.
Oto europejski urząd statystyczny dane dotyczące inflacji. Okazuje się, po raz kolejny niestety, że ceny dóbr i usług konsumpcyjnych w Polsce rosną najszybciej w Unii Europejskiej. Co gorsza, w październiku różnica względem innych krajów jeszcze powiększyła się. Ceny w Polsce wzrosły średnio o 3,8 procent. Drugie w rankingu są Węgry i odnotowują inflację na poziomie 3 procent, potem Czechy 2,9 procent.
Jeśli porównamy nasze statystyki ze średnią unijną, okaże się, że ceny w Polsce rosną prawie 13-krotnie szybciej. W całej Unii Europejskiej statystyczna inflacja jest na poziomie zaledwie 0,3 procent. Są tam też takie kraje jak Chorwacja, Francja czy Finlandia, gdzie ceny są na tym samym poziomie, co przed rokiem. W Grecji ceny są niższe średnio o 2 proc. Na Cyprze, w Estonii i Irlandii spadki przekraczają 1 proc. Oprócz nich jeszcze osiem innych krajów ma inflację na minusie. W tym nasi zachodni sąsiedzi z Niemiec.
Wysoka inflacja korzystna jest dla rządzących realizujących swą politykę rozdawania obietnic i pieniędzy dzięki zwiększaniu przyszłych deficytów budżetowego. Korumpujących swych wyborców wypłatami świadczeń społecznych. To zresztą ich chwilowa korzyść. Bo z miesiąca na miesiąc realna wartość programów typu 500+ maleje. Dziś za wczorajsze 500+ kupimy znacznie mniej.
Rosnącą inflację i deficyt budżetowy można by jeszcze zaakceptować, gdyby rządząca Polską oligarchia PiS przeprowadzała wielkie projekty industrialne i gospodarcze. Dążące do modernizacji polskiej gospodarki i państwa. Gdyby w naszym kraju zaczęto produkować milion samochodów elektrycznych, które obiecywał pan premier Morawiecki. Gdyby w stoczni szczecińskiej zbudowano obiecane przez oligarchię PiS promy. Gdybyśmy ujrzeli na polskich torach obiecane nam polskie szybkie pociągi, te hołubione „luxtorpdy”.
Zamiast nich widzimy rosnącą oligarchię PiS pasożytującą na wspólnym i deficytowym budżecie. Mnożących się wysoko opłacanych prezesów zarządzających łąkami i wyciętymi lasami pod bizantyjskie projekty Centralnego Portu Komunikacyjnego, Przekopu Mierzei Wiślanej i innych obiecanych i niezrealizowanych wielkich budów kaczyzmu.
Teraz oligarchowie PiS chcą zamienić Polskę w swój nacjonalistyczno- katolicki rezerwat w Unii Europejskiej. Autonomiczny wobec podpisanych kiedyś traktatów. Aby zdążyć jeszcze wydoić Unię z funduszy pomocowych, a potem obrazić się na wspólnotę i „honorowo” opuścić ją.
Bo oligarchowie PiS traktują Unię Europejską jak bankomat. A polskie uczestnictwo w niej jak cudownie otrzymaną kartę podarunkową z określonym limitem kwoty do pobrania. Chcą być w Unii aż do wyczerpania się tego limitu.
W ciągu pięcioletnich swych rządów elity PiS nie stworzyły obiecywanej „suwerenności gospodarczej” Polski. Nie zbudowały obiecywanej innowacyjnej gospodarki, która miała wyprowadzić nasz kraj z „pułapki średniego rozwoju”.
Polska nie została regionalnym liderem Trójmorza, ani Europy Środkowo Wschodniej.
Dziś pan wicepremier Kaczyński grożący „atomowym” wetem w Unii Europejskiej przypomina przywódcę Korei Północnej straszącego sąsiadów użyciem bomby atomowej. Tyle, że koreański przywódca ma broń atomową, a polski pan prezes jedynie obelgi.
Przez pięć lat rządów PiS okłamywało swych wyborców. Dzięki skutecznym kłamstwom zbudowano w Polsce oligarchię na wzór ukraiński, policję białorusko podobną i telewizję państwową jak za Breżniewa.
Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało?

Unia po pandemii

Odnoszę wrażenie, że niedawne orędzie przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen o stanie Unii, nie zyskało w Polsce tyle uwagi, na ile zasługuje. Uważam, że było bardzo ważne, kreśliło wizję Unii po pandemii. Unia ma plan, jak być silniejszą po to, żeby zaoferować obywatelom lepszy świat. Plan nazywa się NextGenerationEU – Unia dla przyszłego pokolenia.

Plan wyrażony jest w propozycjach budżetowych łączących niezbędne inwestycje z niezbędnymi reformami. Ale tak długo, jak utrzymuje się COVID-19, istnieje również niepewność, a gospodarki krajów członkowskich potrzebują w dalszym ciągu indywidualnie zróżnicowanego wsparcia. W dłuższej perspektywie jednak nie ma lepszej drogi do stabilności i konkurencyjności niż przez silniejszą unię gospodarczą i walutową.
Pandemia przypomniała, że Europa musi przede wszystkim chronić życie i źródła utrzymania, czyli miejsca pracy, ale wykazała też niezbicie, jak bardzo potrzebna jest Europejska Unia Zdrowotna.
Nowy program UE dla zdrowia (EU4Health) musi być dostosowany do przyszłych wyzwań, co oznacza oczywiście zwiększone finansowanie. Za większymi pieniędzmi musi pójść wspólny mechanizm transgranicznego, wspólnotowego zarządzania walką z zagrożeniami zdrowotnymi, jak również skoordynowane działania badawcze, farmaceutyczne, przemysłowe i organizacyjne, by na takie zagrożenia reagować szybko i skutecznie.
Europejska płaca minimalna
To sprawa szczególnie mi bliska. W swej kampanii wyborczej do PE obiecywałem wyborcom, że będę zabiegał, by europejska płaca minimalna była ważnym elementem gospodarki unijnej. Po wyborze, poprzez swoją grupę polityczną (S&D), przekazałem ten postulat do Komisji Europejskiej. Z satysfakcją więc usłyszałem, że znalazł się on w orędziu jej przewodniczącej. Pani Ursula von der Leyen zapowiedziała wysłanie do PE projektu dyrektywy o europejskiej płacy minimalnej, bo jak powiedziała: „Praca musi się opłacać”.
Europejski Zielony Ład
Zdaniem szefowej KE mając silną walutę – a euro nigdy nie cieszyło się tak dużym zaufaniem, jak obecnie – i polityczną zgodę w sprawie instrumentu NextGenerationEU, mamy historyczną szansę na przeprowadzenie gruntownej reformy Unii i jej gospodarki, co wiąże się z nową strategią przemysłową, wymagającą zarówno transformacji ekologicznej jak i cyfrowej. Dlatego mówimy o „Europejskim Zielonym Ładzie”. Jego głównym celem jest uczynienie z Europy – do 2050 r, pierwszego kontynentu neutralnego dla klimatu. Zdaniem KE, żeby ten cel był realny, już w roku 2030 redukcja emisji CO2 powinna wynieść co najmniej 55 proc. Według pani von der Leyen to jest możliwe. Zapewniła też ona uroczyście, że transformacja nikogo nie pozostawi w tyle. Fundusz na rzecz Sprawiedliwej Transformacji będzie wspierać regiony, w których zmiany będą większe i bardziej kosztowne. To oczywiście, zwłaszcza w regionach „węglem stojących”, wzbudza emocje i niepewność. Śląsk jest tego dobrym przykładem. Unia zapewnia jednak, że osiągnięcie założonego celu klimatycznego nie tylko o ponad połowę zmniejszy zanieczyszczenie powietrza, ale też stworzy miliony nowych miejsc pracy.
NextGenerationEU nie dotyczy jednak tylko środowiska i gospodarki: to jest także projekt kulturowy. Unia musi być miejscem twórczej współpracy architektów, artystów, studentów, inżynierów i projektantów, którzy sprawią, że NextGenerationEU, nasza nowa Europa, będzie świetnym miejscem do życia. To jest możliwe, jeśli będziemy to robić razem. U podstaw Unii leży wzajemne zaufanie i „wspólnota prawa”. Praworządność jest gwarantem najbardziej podstawowych, codziennych praw i swobód. Ursula von der Leyen zapewniła, że KE przywiązuje najwyższą wagę do praworządności. Naszym obowiązkiem – mówiła – jest dbanie o praworządność i czuwanie nad nią. Wartości europejskie nie są na sprzedaż. Dziś są nawet ważniejsze niż kiedykolwiek wcześniej.

Nie spocznę, powiedziała pani von der Leyen, w wysiłkach na rzecz budowania Unii równości. Unii, w której można być, kim się chce, i kochać, kogo się chce – bez obawy przed oskarżeniami lub dyskryminacją. Gdyż bycie sobą nie jest ideologią. Jest twoją tożsamością. Nikt nie ma prawa nikomu jej odbierać.
Chcę postawić sprawę jasno, kontynuowała szefowa KE — strefy wolne od LGBTQI, to strefy pozbawione człowieczeństwa. I nie ma na nie miejsca w naszej Unii.
Zatem NextGenerationEU, to równość w różnorodności, to Unia ludzi wolnych, bezpiecznych i uśmiechniętych.
Niech każdy sam oceni, w chciałby w takiej Unii żyć.

Gorąca jesień

Wakacje PE dobiegają końca, pora wracać do pracy. Najważniejszym zadaniem będzie przyjęcie ram finansowych na lata 2021-2027. Za sprawą koronawirusa planowany budżet UE musi zmierzyć się ze stratami, które Unia już poniosła, a jednocześnie sprostać wyzwaniom, które pandemia wyzwoliła. Z tych powodów będzie to największy budżet Unii Europejskiej w historii, wynoszący 1,82 biliona euro, a jego częścią będzie wynoszący 750 mld. euro tzw. Fundusz Odbudowy przeznaczony bezpośrednio na likwidowanie skutków pandemii.

Jak być może Państwo pamiętają, projekt budżetu i sposób jego podziału został przyjęty na nadzwyczajnym, lipcowym szczycie Rady Europejskiej. Po 90 godzinach obrad szefowie państw UE osiągnęli porozumienie. Premier Morawiecki ogłosił wówczas, że „porozumienie daje Polsce ponad 124 mld euro w bezpośrednich dotacjach, a razem z uprzywilejowanymi pożyczkami to 160 mld euro w cenach bieżących dla naszego kraju”. Zapewnił też, że w porozumieniu nie ma zapisu o warunkowym powiązaniu pieniędzy z budżetu Unii i Funduszu Odbudowy z praworządnością.
Jak już wiemy w obu przypadkach pan premier oszczędnie gospodarował prawdą. Przede wszystkim nic nie jest jeszcze postanowione, gdyż budżet musi być zatwierdzony przez Parlament Europejski, a ten od początku jasno przedstawiał swoje priorytety. Przewodniczący PE, David Sassoli, powiedział szefom państw i rządów UE, że Parlament jest gotowy odrzucić porozumienie, jeśli nie zapewni ono Unii środków do pokonania wyzwań, które przed Unią stanęły.
Chodzi przede wszystkim o Zielny Ład, czyli o to, by Europa do roku 2050 była pierwszym, neutralnym pod względem emisji dwutlenku węgla kontynentem, co wymaga olbrzymich środków, by pomóc państwom członkowskim w tej transformacji. Europa musi także inwestować w badania i postęp naukowo-techniczny, żeby nie musiała polegać na importowaniu nowych technologii oraz w sferę społeczną.
Rada Europejska z niewiadomych powodów nie potraktowała tego ostrzeżenia z należytą uwagą. Na przykład szalenie istotny Fundusz na rzecz Sprawiedliwej Transformacji, mający łagodzić negatywne skutki transformacji energetycznej, został zmniejszony o 20 mld euro – z łącznych 37,5 mld do 17,5 mld euro! To jednak nie koniec. W tych dniach pojawiało się na przykład oświadczenie Krajowych Konferencji Rektorów europejskich uniwersytetów i wyższych uczelni, dość drastycznie obnażające rozdźwięk między zapowiedziami, a planowanymi konkretami. Okazuje się, że wbrew zapowiedziom i oczekiwaniom, w budżecie na najbliższe siedem lat fundusze na szkolnictwo wyższe, badania naukowe i innowacje nie zostały nawet utrzymane na dotychczasowym poziomie, ale wręcz zmniejszone! Program Horizon Europe (badania i rozwój) z 13,5 mld. do 5 mld. euro; program EU4Health (cyfryzacja europejskiego systemu ochrony zdrowia) z 9,4 mld do 1,6 mld euro. Zwłaszcza ta oszczędność jest charakterystyczna – stawia bowiem pod znakiem zapytania gotowość państw członkowskich do budowania zintegrowanego systemu ochrony zdrowia w sytuacji, gdy wraz z wybuchem pandemii Unia była zajadle krytykowana za brak należytej i szybkiej reakcji obronnej. Wynikało to właśnie z braku uprawnień i narzędzi, którymi dysponowały instytucje unijne. Tymczasem mimo, że ta słabość została brutalnie obnażona w praktyce, będzie nadal podtrzymywana! Nawet w obliczu takiego kryzysu, jak Covid-19, który jednoznacznie wskazuje na znaczenie wspólnych działań, badań i procedur w dziedzinie zdrowia publicznego…
Podobna obserwacja dotyczy programu Erasmus+. Rektorzy zwracają uwagą, że zmniejszenie go o planowane 15 proc. ograniczy młodzieży możliwości nauki i doświadczania europejskich wartości i europejskiej różnorodności. Krajowe Konferencje Rektorów apelują więc do PE, współustawodawcy wszystkich programów europejskich, o pomoc i obronę odpowiadającego realnym potrzebom poziomu finansowania rozwoju nauki, badań i innowacyjności. Jest oczywiste, że PE, który uznał te dziedziny za priorytetowe dla przyszłości Unii nie pozostanie wobec apelu europejskich rektorów obojętny.
Swoje stanowisko wyraził zresztą zdecydowanie i jednoznacznie w specjalnej rezolucji. Zapowiedział, że zawetuje cały projekt, jeżeli Rada Europejska nie potraktuje poważnie jego zastrzeżeń. Pozostał w tej kwestii nieugięty mimo, że zarówno szefowa Komisji Europejskiej, Ursula von der Leyen jak i przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel, zapewniając, że zdają sobie sprawę, iż „trudne i bolesne decyzje dotyczące wielu programów” nie spodobają się eurodeputowanym, to jednak prosili o zrozumienie w obliczu ścierających się interesów.
Odpowiedź była jednoznaczna: PE nie zaakceptuje złego porozumienia. Jest gotowy do konstruktywnego dialogu, ale ram finansowych na lata 2021-2027 w kształcie przedstawionym przez RE nie przyjmie.
W tym całym galimatiasie jedno wydaje się przesądzone: mimo zapewnień premiera rządu PiS, kwestia praworządności, określana w skrócie: pieniądze za praworządność, została przesądzona. Potwierdziła to zarówno pani von der Leyen, jak i Charles Michel.
Jak pamiętamy premier Morawiecki zapewniał, że ostateczna decyzja w tych sprawach będzie należała do Rady Europejskiej, gdzie wymagana jest jednomyślność. Pomylił jednak Radę Europejską z Radą Unii Europejskiej, gdzie w rzeczywistości będą takie decyzje zapadały – większością głosów. Potwierdził to Charles Michel: „Po raz pierwszy w historii nasz budżet będzie bezpośrednio powiązany z praworządnością. Wierzę głęboko, że Europa jest w stanie działać”. Szef Rady Europejskiej dodał, że głowy państw członkowskich będą jeszcze dyskutować na ten temat, ale sam kształt mechanizmu nie zakłada jej udziału w procedurze zawieszania środków za naruszanie zasady praworządności. Zaznaczył też, że cieszy się, że przedstawia Parlamentowi „związek, warunkowość pomiędzy kwestiami finansowymi a kwestiami praworządności”.
W sprawie podziału środków budżetowych rząd PiS wakacyjnie milczy. Powraca natomiast kwestia praworządności. Pojawiają się głosy, że gdyby rzeczywiście do tego doszło (już nie mówi się, że na pewno nie dojdzie), to byłoby to „naruszenie polskiej suwerenności”. Jest to teza czysto propagandowa, bo poważne naruszenia praworządności miały i mają miejsce w Polsce, co potwierdziły nie tylko liczne opinie prawników, ale także wyroki TSUE. Z góry także obarcza się „odpowiedzialnością” ze ewentualne utrudnienia w przepływie środków unijnych opozycję, która „donosi na swój kraj za granicą”. To przygotowanie propagandowe zdaje się potwierdzać, że rząd wie, że przyjdzie mu zetrzeć się ze stanowczym unijnym żądaniem przestrzegania standardów obowiązujących wszystkich członków UE.
Na razie – ze względu na dyskryminację osób nieheteronormatywnych dofinansowanie wstrzymano sześciu miastom, które ogłosiły się strefą „wolną od LGBT”. „Straty” tym miastom „wyrównuje” minister Ziobro, przekonując przy okazji, że rząd nie pozwoli na „dyskryminację Polski” ze względu na nasze prawa, standardy i wartości.
Gdyby jednak rząd chciał w ten sposób wyrównywać także przyszłe „straty”, to może mieć kłopot, a my razem z nim, niestety. Przypomnę, że premier Morawiecki pochwalił się, że osiągnął porozumienie, które daje Polsce „ponad 124 mld euro w bezpośrednich dotacjach, a razem z uprzywilejowanymi pożyczkami to 160 mld euro w cenach bieżących”. Obawiam się, że nasz budżet, który wyraźnie popada w kłopoty, mógłby nie wytrzymać wyrównywania „Polkom i Polakom” takich strat. Choćby nawet maszyny Wytwórni Papierów Wartościowych pracowały non stop.
Jakby więc proszę państwa nie patrzeć, już z pobieżnego tylko przeglądu problemów, wynika, że jesień w Europie i w Polsce będziemy mieli gorącą.

Strefy wolne -nur fur straight!

Czym komu zawinił naród, którego część wybrała sobie za przedstawicieli ludzi pozbawionych smaku? Niczym. Ma jednak z tym wyborem naród ów pewien zgrzyt, bo musi, przynajmniej w części, żyć pod butem i rozkazem troglodytów, choć wcale tego nie chce. Podobnie jak nie chce, żeby przez wzgląd na wybory większości, karać mniejszość w imię mniejszości praw poszanowania. A tak się właśnie w Polsce dzieje.

Mój dziadek, a później ojciec mój, mieli na tego typu zachowania swoje porzekadło: ma pretensje do garbatego, że ma proste dzieci. Taki już człowieczy, polski los. Okazało się niedawno, że UE nie podobają się uchwały niektórych, polskich gmin, czyniące zeń „strefy wolne od ideologii LGBT”. O tym, że dane miasto, gmina czy sołectwo są właśnie taką strefą, informują mieszkańców i przyjezdnych specjalne tabliczki stawiane na rogatkach, tuż przy witaczach z nazwami miejscowości. Tabliczki zawisły tamże w majestacie prawa. Miejscowego ma się rozumieć. Grupa inicjatywna radnych, zazwyczaj luźno lub ściśle powiązanych z partią rządzącą, wnosiła za każdym razem pod obrady ciała samorządowego stosowną uchwałę, wzywającą do ustanowienia gminy „strefą wolną”. Nur fur straight. No gays and lesbians. Podjęciu uchwały towarzyszyła zazwyczaj krótka dyskusja, gdzie inaczej myślący radni, o ile w ogóle się znaleźli, zostawali w 5 sekund zakryci czapkami przez krzykaczy z prawicy. Kto jest za, kto przeciw, nie widzę, no i uchwała wchodziła w życie. Pierwszą taką akcję zmontował podlubelski Świdnik, a dalej to już poszło. Przodują w uchwalaniu „stref wolnych” gminy ściany wschodniej, gdzie PiS ma największe poparcie od lat. Ale nie tylko one.

Do niedawna ta polska, lokalna krucjata przeciw globalnemu zepsuciu i sodomii była tylko naszą, endemiczną poczwarką demokracji; czasami jakieś miasto partnerskie z Zachodu, na wieść o podjętej uchwale, zrywało umowę współpracy z gminą, która ustanowiła się „strefą wolną”, i na tym się kończyło. Krnąbrny dziennikarz i radny coś tam pokrzyczeli na łamach tygodnika, którego nikt już nie czyta, i sprawa ginęła w gąszczu covidowych niusów. Tym razem za „strefowe” uchwały miast i wsi wzięła się masońska Unia, a to już nie przelewki.

Jedna pani komisarz ogłosiła, że może się tak zdarzyć, że te polskie gminy, które postanowiły zostać „strefami wolnymi”, muszą się liczyć z tym, że nie dostaną unijnych dotacji na swoje projekty. Co prawda nie ma jeszcze zapisów o powiązaniu środków budżetowych z praworządnością, ale uchwały „strefowe” godzą bezpośrednio w podwaliny UE tyczące się praw mniejszości, które w całej Unii winny być szanowane. I to wszystko prawda. Ja też się z tym zgadzam. Uchwały polskich miasteczek o „strefach” to nic innego, jak naigrywanie się ze wspólnego prawa i poszanowania dla inności; tym samym, jawne łamanie unijnych zapisów. Na tym jednak kończy się moje zrozumienie dla pani komisarz. Ta bowiem chce, aby zabierać pieniądze gminom, w ramach penalizacji podobnego występku. Ta penalizacja ma z kolei prowadzić do resocjalizacji; radni zrozumieją swój błąd, unieważnią uchwały, ściągną tabliczki i będzie jak dawniej, czyli po unijnemu. Jest jednak w tym myśleniu jeden zasadniczy błąd w rozumowaniu. Kasy unijnej pozbawi się nie tyle burmistrza, radnego czy wójta, co ludzi. To mieszkańcy tych gmin, nie ważne na kogo głosowali, zostaną pozbawieni placów zabaw, parków, pływalni. Czym zatem zawinili mieszkańcy, że dostają po łapach za błędy myślowo-poznawcze swoich przedstawicieli. Zwłaszcza ci mieszkańcy, którzy głosowali na kogo innego albo wyznają odmienny system wartości niż ten, który wyznają radni. Takie działanie które narzuca Unia, to klasyczna odpowiedzialność zbiorowa.

Jeśli ja potrafię to wychwycić, to potrafi to też prawicowy radny, który za uchwałą „strefową” głosował. Jak sądzicie, co powie radny swoim wyborcom, kiedy słowo UE stanie się ciałem, i kurek z dotacjami zostanie przykręcony; patrzcie, powie, widzicie jakie są prawdziwe intencje Brukseli; chcą, żebyśmy wyrzekli się wiary ojców, nauczania JP2, dziedzictwa, w zamian za srebrniki, jak Judasz. To samo powie z ambony pleban. A lud boży uwierzy i w kolejnych wyborach zagłosuje raz jeszcze na swoich. Odpowiedzialność zbiorowa, to droga w kompletnie przeciwnym kierunku. Aby to zrozumieć, trzeba znać polski mental. A on jest krnąbrny i pod włos, bojący i lękliwy, ale krnąbrny; jak nie widzą, chłop dutki weźmie, ale zagłosuje jak się mu zechce. Czy jest wyjście z tego pata? Jest, ale wymaga czasu i pieniędzy, jak każde skuteczne rozwiązanie. Trzeba na polską prowincję jeździć, spotykać się z ludźmi; w remizach, pod sklepem, w kołach gospodyń wiejskich. Mówić o inności, o Unii, o prawach i obowiązkach. I być może to pomoże. Być może. Na pewno nie zadziała pałka i ciasne drzwi, jak to chce zrobić z dyplomatyczną gracją UE, przy częściowej akceptacji polskich prawdziwych demokratów. Nie można karać ludzi za to, że są prości, choć spłodził ich garbaty anioł. Nawet gdy nastrugał więcej garbatych, tamci, prości, też są jego. Poznacie po skarpetach i klapkach.

Unia nie daje Ukrainie

Ukraina, której gospodarka znajduje się w opłakanym stanie, próbuje zmienić ten stan rzeczy. Projekty, by państwo pomagało swoim przedsiębiorstwom spotkały się z natychmiastową reprymendą Brukseli.

W Radzie Najwyższej grupa posłów złożyła w maju br. projekt ustawy, której celem jest pomoc przemysłowi maszynowemu Ukrainy, niegdyś słynącym z wysokiej jakościowo produkcji, obecnie znajdującym się na krawędzi ogólnego bankructwa. Jeżeli w marcu spadek produkcji wyniósł 8 proc., to w kwietniu 17 proc.
Projekt zatytułowany był: „Obrona ukraińskich towarów, prac i usług przed importowanymi alternatywami” i chodziło w nim o pewną formę protekcji ukraińskiego przemysłu takie jak priorytet ukraińskich przedsiębiorstw, korzystna polityka podatkowa dla ukraińskich dostawców, wymagania, by od 15 do 30 proc. wytwórców znajdowało się na Ukrainie itp.
Unia Europejska zareagowała szybko i brutalnie poprzez swojego ambasadora na Ukrainie, Matti Maasikasa. Polityk europejski nie pozostawił żadnych złudzeń: jeśli projekt otrzyma wsparcie władz Ukrainy, europejskie banki zaprzestaną kredytowania ukraińskiej gospodarki. Powołuje się przy tym, oczywiście, na zasadę równoprawności podmiotów uczestniczących w procesie handlu i produkcji, choć nie ma żadnych wątpliwości, że ukriańskie podmioty, będące w fazie ostrego kryzysu nie mają żadnej „równoprawności” w porównaniu z bogatymi i bezwzględnymi europejskimi graczami. Maasikas twierdzi, że wspomniane projekty zmian w ukraińskim prawie godzą w istotę współpracy między Ukraina a Unia Europejską.
„W tej sprawie [pomocy państwa ukraińskim podmiotom – przyp. red.] chcemy podkreślić, że te wymagania mogą okazać poważny negatywny wpływ na przyszła działalność takich instytucji [jak Europejski Bank Inwestycyjny- przyp. red]. w Ukrainie i odpowiednie poparcie UE”, pisze w liście Maasikas.
„Unia Europejska jest gotowa do dalszych dyskusji nad tymi problemami i wsparciu władz ukraińskich swoim doświadczeniem wykorzystania państwowych zamówień jako środka strategicznego w celu rozwiązania międzynarodowych interesów z zachowaniem głównych zasad i międzynarodowych zobowiązań Ukrainy”, takim przywołaniem do porządku Ukrainy kończy swój list Maasikas.