Musimy zmienić priorytety

O nierównościach społecznych, ich znaczeniu dla rozwoju społecznego i drogach prowadzących do ich redukowania z byłym kanclerzem Austrii (2007-2008), socjaldemokratą Alfredem Gusenbauerem rozmawiają Piotr Gadzinowski i Grzegorz Waliński.

Podstawowe pytanie dotyczy tego, czy wzrost nierówności jest integralną częścią kapitalizmu, czy może można zmodyfikować system, system ekonomii społecznej, czy też potrzeba bardziej radykalnej, jeśli nie powiedzieć rewolucyjnej odbudowy?
Nie jestem ekspertem w rewolucjach, ale jestem ekspertem w dziedzinie reform. Myślę natomiast, że w dzisiejszych czasach rynek kieruje się zasadą „jeden dolar = jeden głos”, a demokracja kieruje się zasadą „jedna osoba = jeden głos” i musimy próbować narzucić te zasady demokracji również na rynek, ponieważ tylko wtedy będziemy w stanie połączyć niektóre z tych bezprecedensowych poziomów nierówności, z którymi mamy dziś do czynienia. Istnieje wiele możliwości, aby to zrobić. Jedną z najważniejszych rzeczy, o których myślę, jest oczywiście regulowanie świata finansowego. Bo pamiętamy, że w 2008 r. świat finansowy postawił cały świat na skraju fundamentalnego kryzysu gospodarczego. Przy tych wszystkich strasznych skutkach dla wielu krajów i wzroście bezrobocia, narastał dług publiczny itp. A teraz zadajemy sobie pytanie, czy banki i instytucje finansowe znów przypadkiem nie zarabiają ogromnych sum pieniędzy, przepisy regulujące tak naprawdę nie istnieją, więc rynek nie działa tak jak wcześniej. Nie możemy więc zaakceptować faktu, że państwa i rządy są po prostu kanałami, które są pytane, kiedy trzeba chronić banki i system finansowy, ponieważ następny kryzys nadejdzie szybciej, niż chcemy. Musimy więc zmienić przepisy i poprzeć publiczne podstawowe zasady tego systemu kapitalizmu, który zrobił się zupełnie nieproporcjonalny.
Drugie pytanie dotyczy pomiarów. Jak dalece pomiary używane przez ekonomistów naprawdę pokazują stan dobrobytu i bogactwa albo raczej jego brak w społeczeństwach? Dostajemy informacje o rosnącym PKB, jednak rozsądna ocena tej sytuacji społecznej nie jest wcale powodem do optymizmu. Więc co jeśli PKB nie przekłada się tak naprawdę na rosnący dobrobyt lub bezpieczeństwo socjalne klasy robotniczej, ale jest raczej jest konsumowany przez wielonarodowe korporacje i bardzo niewielu zamożnych?
Cóż, jest kilka rzeczy, o których musimy wspomnieć. Przede wszystkim, aby dać przykład tego, co sugeruje twoje pytanie przedstawię przykład kiedy PKB wprowadza w błąd… Masz dom, czasy się zmieniają. Jeśli ceny nieruchomości rosną z roku na rok, to nic nie powstaje a jest to tylko sztuczny wzrost i wartość, które zostaną zrealizowane w ramach sprzedaży przez właścicieli nieruchomości. Ale tak naprawdę nie jest to wzrost produkcji ani wzrost wydajności. I jak słyszeliśmy dzisiaj na konferencji, że może 50 proc. wszystkich wielkich prestiżowych nieruchomości w Londynie jest własnością nierezydentów, a z tego 50 proc. aż 70 proc. nie mieszka tam. Oznacza to, że są ogromne ilości pokoi, które są puste w Londynie, co oczywiście powoduje, że także lokalna gospodarka cierpi, ponieważ jeśli ludzie tam nie mieszkają, nie potrzebują klinik, nie potrzebują restauracji, nie potrzebują sklepów itp. Cały sektor usług jest odłączony. Że tak powiem, jeśli byśmy nie uważali na tych bogatych europejskich lub rosyjskich kleptokratów, którzy mogą kupić te ogromne apartamenty w Londynie, byłoby źle. Ponieważ zabierają możliwości z cyklu gospodarczego, które w przeciwnym razie mogłyby przynieść korzyści ludziom. To jest jeden przykład. Drugą rzeczą jest oczywiście wiele, wiele debat na temat tego, czy PKB jest niezależny od całej krytyki, jaką można mieć, a ja wspomniałem, że nie jest jeszcze właściwy według podstaw pomiaru. Myślę, że sam PKB nie wystarczy. Dla mnie liczy się wskaźnik aktywności, z którego wiemy ile ludzi ma pracę. Po drugie, ile osób jest bezrobotnych. Po trzecie, jaki jest dochód ogólny kraju. Są to dodatkowe mierniki, które są bardzo ważne, aby zrozumieć, jaka jest rzeczywista sytuacja ludności. A ponieważ wszyscy wiemy, czy weźmiemy pod uwagę tylko PKB jako taki, mamy wyłączny wzrost i mamy wzrost sprzyjający włączeniu społecznemu – tak więc rośnie polityka, która jest przeznaczona tylko dla nielicznych, w których wielu pozostaje w tyle, a także w inkluzywnej polityce z programami społecznymi, z inwestycjami w edukację, innowacje, badania itd., które są znacznie bardziej otwarte.
Kiedy mówimy o tych nierównościach i obecnym poziomie rozwoju akumulacji kapitału, czy to wszystko jest produktywne, czy to wszystko przekłada się na rozwój, czy stało się „sztuką dla sztuki”, rodzajem akumulacji dla akumulacji, celem samym w sobie?
Oczywiście ten bezprecedensowy poziom gromadzenia kapitału jest całkowicie bezsensowny. Ponieważ cały ten nagromadzony kapitał nie może być właściwie oddany z powrotem do gospodarki w celu inwestycji i badań. Zwłaszcza, jeśli decydują o tym ludzie spoza prywatnych interesów.. To znaczy, ile dużych łodzi chcesz kupić, jachtów lub drapaczy chmur? Ale co jeśli te pieniądze nie są od posiadaczy kapitału, ale są na przykład od reagującego demokratycznie rządu, który może zainwestować pieniądze w starsze osoby, uniwersytety, szkoły, opiekę zdrowotną, przedszkole i tak dalej? Oczywiście istnieje ogromne zapotrzebowanie na kapitał i inwestycje na całym świecie. Kluczową kwestią jest więc: nie mówmy o ilości kapitału, określmy to inaczej – kapitał jest w złych rękach. Jest w rękach ludzi, którzy mają wszystko i nie chcą robić rzeczy, które są użyteczne dla społeczeństwa. Może oddajmy kapitał w ręce ludzi, którzy są demokratycznie wybranymi rządem?
Zgodnie z tym, czy opodatkowanie najbogatszych ludzi jest sposobem na powstrzymanie wzrostu nierówności? A także w tym sensie, sposobem na wzrost dobrobytu? Nawet Bill Gates wydaje się sugerować, że jest to możliwe i zasadniczo może również zmobilizować umysły do inwestycji i przynieść pozytywne skutki, takie jak między innymi tworzenie nowych miejsc pracy i wzrostu gospodarczego.
Myślę, że sprawiedliwe jest opodatkowanie bogatych, ponieważ od dawna unikają opodatkowania. Ale nie ograniczyłbym się tylko do opodatkowania najbogatszych. Ująłbym to znacznie bardziej radykalnie. Nie sądzę, że to szalony pomysł, że normalny pracownik nadal musi płacić podatki za swój osobisty dochód. Sądzę, że o wiele bardziej przydatne jest, gdy kapitał płaci podatki, bardzo bogaci płacą podatki za nieruchomości, a ludzie, którzy wykorzystują, niewłaściwie wykorzystują lub nadużywają środowiska na zasadzie wynajmu, są źródłem dochodów podatkowych. Musimy sformułować kwestię systemu podatkowego w znacznie bardziej radykalny sposób. A opodatkowanie bogatego to jeden element – ale nie jedyny.
Minimalny dochód podstawowy nie jest sposobem na zatrzymanie akumulacji kapitału, ale może zapewnić pewne limity zabezpieczenia społecznego. Ale czy taka proporcja spowodowałaby dalszy wzrost inflacji, która zasadniczo obniżyłaby minimalny dochód podstawowy i która mogłaby stanowić pretekst także dla państwa do wycofania się z funkcji społecznych jako regulatora i dystrybutora, które są normalne dla inwestycji w opiekę społeczną, a także w takie usługi, jak opieka zdrowotna, edukacja, bezpieczeństwo? Czy to byłoby panaceum?
Myślę, że istnieją dwa zasadnicze argumenty przeciwko powszechnemu dochodowi podstawowemu. Po pierwsze, w większości miejsc, w których jest to już omawiane lub w których próbowano, dochód podstawowy zastępuje wszystkie inne mechanizmy wsparcia społecznego, upodmiotowienia itd. Co nie doprowadziło do pozytywnych skutków, ponieważ oczywiście konsumpcja jest czymś ważnym, ale nie ważniejszym niż edukacja, opieka zdrowotna itp. Aby uzyskać ogólny dochód podstawowy, zastąpienie tej bardzo wyrafinowanej polityki społecznej, którą rozwinęliśmy w bogatym państwie, byłoby błędem, ponieważ prowadzi do najgorszych wyników. Drugim argumentem przeciwko powszechnemu dochodowi podstawowemu jest to, że powinniśmy unikać rozłamu w populacji, między tymi, którzy pracują, a innymi, którzy żyją z powszechnego podstawowego dochodu. Ponieważ nasze społeczeństwa muszą opierać się na prawach i obowiązkach. I wydaje mi się, że jeśli ktoś myśli, że nie ma wystarczająco dużo pracy dla wszystkich to może musimy skrócić czas pracy. Dla mnie ważniejsze jest, aby każdy z nas poświęcił mniej czasu na pracę niż zaakceptowanie sytuacji, w której część populacji żyje bez pracy, a druga część żyje z powszechnego dochodu podstawowego. Myślę, że to tylko zwiększyłoby liczbę podziałów w danym społeczeństwie i nie przyczyniłoby się do spójności społecznej.
Świat w którym żyjemy i który nazywamy demokratycznym, został stworzony jako mechanizm, który pozwala obywatelowi kontrolować państwo. Jednak dziś państwo coraz bardziej traci zdolność do podejmowania decyzji. To staje się coraz bardziej przywilejem współpracy międzynarodowej. Nie jest ona pod nadzorem demokratycznym. Decyzje nie zależą – lub zależą w niewielkim stopniu – od woli społeczeństw. I to nie zależy od wyborów. Krótko mówiąc, czy to nie koniec demokracji, która opierałaby się na zasadzie „jeden człowiek jeden głos”, jeśli wszystkie ważne decyzje podejmowane są raczej przez „jedna wspólnota jeden głos”?
To niebezpieczeństwo istnieje. A to niebezpieczeństwo jest bardzo znaczące, jeśli rozumiemy demokrację jako koncepcję ograniczoną na poziomie krajowym. Ponieważ prawdą jest, że same rządy krajowe nie będą w stanie udomowić międzynarodowych współpracy i międzynarodowego kapitału. Jest to jeden z najsilniejszych argumentów na korzyść Unii Europejskiej i europejskiego systemu instytucjonalnego, ponieważ Europa ma zdolność do udomowienia tej współpracy. Chodzi mi o te wszystkie orzeczenia, które robimy w prawie na przykład przeciwko facebookowi i innym, mogą być podejmowane tylko na poziomie europejskim. Ale wychodząc poza to, myślę, że żyjemy nie tylko w czasach europeizacji, ale także globalizacji, którą prowadzimy i musimy także opracować nowe wielostronne instytucje, które potrafią uporać się z tą globalną wspólną. Dlatego proponujemy – w oparciu o dobre doświadczenia, które mieliśmy ze Światową Organizacją Handlu – znalezienie czegoś w rodzaju światowej organizacji finansowej, która jest w stanie przyjąć, wdrożyć i kontrolować zasady, które doprowadziłyby do światowego systemu finansowego, który jest znacznie bardziej zrównoważony dla ludzi niż tylko zyski kapitałowe.
Podążając za tym, co Pan właśnie powiedział, jeśli niemożliwe jest powstrzymanie wzrostu nierówności na poziomie państwa narodowego, być może będziemy musieli ten system ulepszyć, aby był on zarówno w granicach państwowych jak i ponad jednym państwem? Być może instytucja taka jak Unia Europejska, która mimo to ma pewną moc, z którą musiałaby się liczyć nawet światowa współpraca, być może byłaby w stanie narzucić niektóre przepisy, które powstrzymałyby wzrost nierówności i byłyby w stanie zapewnić wzrost gospodarczy dla korzyści dla wszystkich. W tym sensie, czy jest coś co chciałbyś zreformować w Unii Europejskiej, aby mogła ona pełnić taką rolę?
Po pierwsze, nie zrozumcie mnie źle. Nadal uważam, że rządy krajowe ponoszą odpowiedzialność i jeśli spojrzysz na całą Europę, zobaczysz różne poziomy nierówności, które mamy w Europie – to pokazuje, w których krajach masz więcej rządów reagujących społecznie i w jakich krajach to nie działa tak jak powinno. Więc na poziomie krajowym możesz coś zrobić, ale twoja przestrzeń jest ograniczona i słusznie, na poziomie europejskim można zrobić więcej. I myślę, że głównym warunkiem wstępnym do przyjęcia Europy na takie stanowisko jest oczywiście dalsza demokratyzacja Unii Europejskiej. Chcę mieć silny Parlament Europejski, który odpowie na potrzeby ludzi i chcę prawodawstwa na szczeblu europejskim – powiedzmy umowy społecznej Europy – dbając o miejsca pracy, bezrobocie itp., itd. przynajmniej na tym samym poziomie, co spełnienie kryteriów opanowania długu publicznego czy inflacji. Musimy zmienić priorytety dla Europy, aby uczynić ją bardziej społeczną. A to wymaga zmieniających się instytucji, zmieniających się przepisów i do tego wymaga większości centralnej lewicy.

Sukces nie jest raz na zawsze

Czy utkniemy na poziomie biedniejszych i mniej konkurencyjnych południowych państw członkowskich UE?

Poziom życia Polaków w stosunku do USA, globalnego lidera gospodarczego, przekracza dzisiaj 50 proc. W przededniu I wojny światowej w 1913 roku, na koniec II RP w 1938 r. i na koniec Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej w 1988 r., nasz poziom życia oscylował wokół zaledwie 20 poziomu ówczesnych Amerykanów.
W 1989 r. należeliśmy do najbiedniejszych narodów Europie. Jednak po upadku socjalizmu jako pierwsi rozpoczęliśmy szeroko zakrojone reformy, które umożliwiły rozwój poprzez mechanizm rynkowy. Pierwsi w bloku socjalistycznym zaczęliśmy gonić kapitalistyczny poziom życia. Budowa rynku i napływ kapitału zagranicznego w III RP doprowadziły do modernizacji gospodarki.

Mogliśmy zacząć działać

Przystąpienie do Unii Europejskiej otworzyło wspólny rynek na polskie firmy, ostatecznie integrując je z europejską gospodarką. Dalszy sukces zależy od reform ograniczających szkodliwy wpływ polityki na gospodarkę, w tym rządów prawa, które odróżniają rozwinięte gospodarki Zachodu od reszty świata. Próby industrializacji ziem polskich przez państwowy kapitał w okresie zaborów, II RP i PRL zakończyły się porażkami.
W okresie rozbiorów rozwój gospodarczy ziem polskich w stosunku do ówczesnego lidera, Imperium Brytyjskiego, pozostał niezmieniony. Wzrost przyspieszył dopiero w Królestwie Kongresowym wraz z pewnym zakresem rynkowej industrializacji.
W II Rzeczpospolitej odcięcie od tradycyjnych rynków i problemy wewnętrzne blokowały nasz rozwój. Relatywny sukces pierwszej dekady otwartości na kapitał i ograniczonej roli państwa, zakończył światowy kryzys gospodarczy w 1929 r.. Państwową industrializację, która tymczasowo napędziła koniunkturę, przerwała wojna. Również w PRL marzenia socjalistycznych teoretyków o państwowych przemysłach, które rozwinęłyby się chronione przed zewnętrzną konkurencją, okazały się płonne. Po 40 latach państwowej industrializacji, konieczne było rozpoczęcie procesu budowy nowoczesnej gospodarki od nowa.

Zakotwiczenie w Europie

W okresie zaborów, II RP i PRL próbowaliśmy industrializacji kierowanej i finansowanej przez państwo. Jednak tym razem zdecydowaliśmy się wziąć przykład z Zachodu: pozwoliliśmy Polakom działać, budując rynek i reformując instytucje państwa. W rezultacie po raz pierwszy w swojej historii wytworzyliśmy silną i relatywnie zamożną klasę średnią.
Izolację od zagranicy zastąpiliśmy otwarciem na zagraniczną konkurencję i kapitał. Wejście zagranicznych przedsiębiorstw wiązało się z transferem technologii i metod organizacji pracy, umożliwiając rozwój oparty na wzroście wydajności, a nie tylko nakładach kapitałowych.
Przystąpienie do UE zakotwiczyło nas w europejskich powiązaniach gospodarczych oraz wymusiło modernizację firm i państwa.
Bank Światowy określa Unię Europejską mianem „maszyny konwergencji”, ponieważ jej wolność przepływu towarów, usług, kapitału i ludzi, wraz z równymi regułami gry na rynku, najlepiej na świecie umożliwiają doganianie krajów bogatszych przez kraje biedniejsze, takie jak Polska.
Pytanie stojące dzisiaj przed Polską brzmi: czy będziemy kontynuować doganianie najbardziej konkurencyjnych gospodarek świata, realizując model kapitalizmu kojarzony z północnymi państwami członkowskimi UE, czy utkniemy na poziomie biedniejszych i mniej konkurencyjnych południowych państw członkowskich.
Wielka Brytania, Irlandia, Holandia, Niemcy, Austria, jak również kraje skandynawskie, charakteryzują się większym zakresem wolności gospodarczej, sprawnością instytucji państwa, wyższymi stopami zatrudnienia i większymi, bardziej wydajnymi przedsiębiorstwami.
Na przeciwnym biegunie znajdują się państwa członkowskich kojarzone z tzw. Południem – Grecja, Włochy i Portugalia. Wszystkie z nich na pewnym etapie napotkały bariery dalszego rozwoju – w przypadku Włoch po bardzo dynamicznym wzroście w latach powojennych – takie jak przeregulowanie, złe zarządzanie finansami publicznymi i wysokie stopy bezrobocia.

Nie tylko wysokie płace

Od końca XIX wieku Polacy kolejnymi falami emigrują na Zachód w poszukiwaniu pełniejszych możliwości samorealizacji, które stwarza nie tylko dobrobyt tamtejszych społeczeństw, ale i zwykle większy zakres wolności
Po otwarciu europejskich rynków pracy Polacy wyjeżdżali przede wszystkim do północnych państw członkowskich UE, które poza wysokimi płacami charakteryzują się m.in. szerokim zakresem wolności gospodarczej i konkurencyjnymi rynkami produktów. Niestety, Polska pozostaje w ogonie Unii Europejskiej (22. miejsce) i na dość odległym miejscu na świecie (54. miejsce) w indeksie wolności gospodarczej.
Migracja międzynarodowa zastępowała dotąd migracje do miast, podobnie jak w wielu innych regionach peryferyjnych. Przełamiemy ten problem, kiedy pokonamy własną peryferyjność i osiągniemy poziom rozwoju zbliżony do Europy Zachodniej. Tak było w Irlandii w latach 90-tych, kiedy zbliżyła się do poziomu rozwoju Wielkiej Brytanii, z kraju emigrantów stając się krajem imigrantów.
Transformacja ustrojowa to nie tylko imponujący wzrost gospodarczy. Zorientowanie Polski na Zachód to także zwiększenie stopnia ochrony praw człowieka. Wejście Polski do Rady Europy, a następnie do NATO i Unii Europejskiej, to także wzrost wskaźników, które łącznie rozumiemy jako liberalną demokrację.
W najważniejszych rankingach radykalnie poprawiliśmy swoją pozycję, jeśli chodzi o wolność słowa i mediów, standardy procesu wyborczego, równość wobec prawa (w tym równość płci) i jakość wymiaru sprawiedliwości.
Wśród wszystkich państw, które od 2004 r. są członkami UE, Polska stanowiła wzór do naśladowania. Nic jednak nie jest dane raz na zawsze. Ostatnie trzy lata to niespotykana wcześniej obniżka standardów, mająca swoje główne źródło w uzależnianiu sądownictwa od polityków i spadku jakości prawa.

Łupy do podziału

Choć głos Parlamentu Europejskiegi ma w tej sprawie bardzo ograniczone znaczenie, zakończenie wyborów do niego otworzyło okres walki o obsadę najważniejszych stanowisk w instytucjach europejskich.

W ciągu najbliższych miesięcy swoje stanowiska – o kluczowym znaczeniu – opuszczą przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk i przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker. Będzie trzeba także obsadzić stanowiska szefa unijnej dyplomacji (obecnie tę funkcję sprawuje Federica Mogherini), a także wybrać następcę Antonio Tajaniego. Dopiero potem, gdy zapadną uzgodnienia w sprawie obsady tych stanowisk przyjdzie czas na wiceprzewodniczących i komisarzy, ale te będą w pewnej mierze wypadkową zasadniczych decyzji personalnych zapadających przede wszystkim w konsultacji pomiędzy członkami Rady Europejskiej – szefami państw członkowskich. Tym sprawom poświęcony był nieformalny szczyt UE w Brukseli.
Jeśli idzie o kandydatów na nowego szefa KE na „giełdzie” jest szereg nazwisk – mówi się o Manfredzie Weberze z Europejskiej Partii Ludowej, Fransie Timmermansie z Socjalistów i Demokratów, Margrethe Vestager z Porozumienia Liberałów i Sce Keller reprezentującej Zielonych. Pojawiają się również nazwiska Maroša Šefčoviča (podobnie jak Timmermans S&D) oraz ludowca Michela Barniera, który dał się poznać jako sprawny dyplomata i negocjator brexitu. Na to, komu przypadnie scheda po Junckerze albo Tusku, ma wpływ przecież także nie tylko przynależność do konkretnej frakcji, ale i kraj, który dana osoba reprezentuje, poparcie kluczowych państw członkowskich oraz pewnego rodzaju rozkład obsady wszystkich kluczowych stanowisk, jak i to jakiej narodowości politycy zajmowali je w poprzednim rozdaniu.
Choć przewodniczący Antonio Tajani stwierdził, że chciałby aby PE wyłonił kandydata przed kolejnym szczytem UE 20 czerwca, tak krótki okres może okazać się trudny do dotrzymania. Przedwczorajszy szczyt zajmował się bowiem raczej nie konkretnymi nazwiskami jeszcze, lecz właśnie raczej priorytetami i kryteriami sformowania nowej ekipy kierującej unijnymi instytucjami.
Wyboru szefa dokonuje Rada Europejska większością kwalifikowaną (21 z 28), ale też jest to przede wszystkim proces negocjacyjny, dzięki któremu decyzja ta nie jest prostym efektem arytmetyki głosowania. Choć nie jest to wymagane, zwykle szefowie państw starają się osiągnąć konsensus w tej sprawie i dopiero potem rozmawiać o obsadzie innych stanowisk, będącej niejako jej wypadkową, ale ostatnio nie udało się to – przeciw wyborowi Junckera opowiedziały się Wielka Brytania i Węgry.
Drugie niezmiernie istotne stanowisko w strukturze UE to przewodniczący Rady Europejskiej. Ze względu na to, że jest to funkcja wymagająca pracy na najwyższym szczeblu politycznym, powinna przypaść raczej nie unijnemu biurokracie czy nawet bardzo doświadczonemu europarlamentarzyście, ale osobie z politycznego „świecznika” bloku – byłemu szefowi rządu lub prezydentowi. Z tego powodu nie bez znaczenia jest, kto z kandydatów tego kalibru byłby w najbliższym czasie „do wzięcia”. Pojawia się w tym kontekście nazwisko byłej prezydent Litwy Dalii Grybauskaitė, ale na jej niekorzyść może zagrać fakt, że przecież funkcję przewodniczącego przez ostatnie dwie kadencje sprawował polityk z naszego regionu. A na dodatek potencjalną kandydatką mogłaby także okazać się kanclerz Niemiec Angela Merkel – choć taka możliwość miałaby bardzo różne, niekoniecznie korzystne szans dla niemieckiej polityk implikacje. Bo choć to bezsprzecznie wielka figura europejskiej polityki, może okazać się że aż za wielka na to stanowisko, a do tego reprezentująca kraj, w stosunku do którego wiele państw żywi obawy, że chce odgrywać dominującą pozycję w Europie.

„Europa socjalna” nie może być pustym hasłem

Z Leszkiem Millerem rozmawiają Weronika Książek i Grzegorz Waliński.

Jest Pan jednym z architektów członkostwa Polski w Unii Europejskiej. Nie boli Pana, że po piętnastu latach jej miejsce w Europie jest marginalne?
Ono jeszcze niedawno było bardzo mocne – na pewno wtedy, kiedy do Unii wchodziliśmy. W Kopenhadze w roku 2002 i przez kilka kolejnych lat ta pozycja była również silna. Problemem jest to, co się stało w ostatnich latach, bo niewątpliwie nasza pozycja bardzo osłabła i jest widoczne we wszystkich obszarach – i w negocjacjach, jakie przedstawiciele rządu prowadzą w różnych sprawach, na przykład w kwestii polityki transportowej, w zarzutach pod naszym adresem, jeśli chodzi o przestrzeganie praworządności. Kiedy więc dojdzie do dyskusji o nowej perspektywie finansowej pod rządami nowego Parlamentu Europejskiego i nowej Komisji Europejskiej, to należy się bardzo poważnie obawiać, że propozycja finansowa dla Polski będzie bardzo mizerna.
Czyli obciąża Pan za to odpowiedzialnością ekipę obecnie rządzącą Polską, ale czy i wcześniej nie zostały popełnione błędy? Jak choćby budowanie w wyobrażeniach Polaków świadomości, że UE to przede wszystkim maszyna do wypłacania pieniędzy.
Tak, to tylko i wyłącznie „zasługa” obecnej ekipy. Owszem, jesteśmy krajem, który cały czas więcej pieniędzy z UE absorbuje, bez porównania z sześcioma krajami, które płacą najwięcej do wspólnego budżetu. Uważam, że pierwsze lata po wejściu Polski do Unii Europejskiej były całkiem w porządku. To, co osłabiło nasza pozycję to jest kwestia ostatnich lat i rządów PiS, który doczekał się zarzutów, iż Polska nie jest krajem praworządnym, gdzie sądownictwo nie jest niezawisłe. To był początek bardzo poważnego osłabienia naszej rangi i to osłabienie utrzymuje się do dziś.
Startuje Pan z listy Koalicji Europejskiej. Co to oznacza? Bo przecież partie formujące tę koalicję są Parlamencie Europejskim w różnych frakcjach. W wielu sprawach wybranym z tej listy europosłom będzie nie po drodze.
Będziemy w dwóch frakcjach. My, lewica, oczywiście u socjalistów, koledzy we frakcji ludowej. To nie jest aż tak rażący podział. Proszę też zwrócić uwagę, że i jedni i drudzy będą w najbardziej znaczących frakcjach PE, tych, które będą decydowały o jego przyszłej polityce. To nas zdecydowanie różni od PiS. Jego politycy wylądują we frakcjach marginalnych. One się jeszcze nawet nie ukształtowały do końca, ale na pewno nie będą to siły o dużym znaczeniu.
Ale takie obawy jeszcze niedawno były. Że Salvini zbuduje sobie twierdzę populistów.
Nawet jeżeli to będzie „aż” 20 czy 25 procent, to będzie to jednak „tylko” 25 procent. Obawiam się tego w innym znaczeniu. To będą grupy małe liczebnie, ale na pewno bardzo krzykliwe i demagogiczne. Będą usiłowały paraliżować pracę Parlamentu Europejskiego. W tym sensie będzie to dokuczliwe, ale bardziej organizacyjnie niż politycznie.
UE stworzyła wspólną przestrzeń gospodarczą. Ale – nazwijmy to tak – głębokość tej przestrzeni jest taka, że jej beneficjentami są przedsiębiorcy. Pracownicy w mniejszym stopniu – o ile nie wybiorą emigracji do bardziej rozwiniętych krajów UE. Co europejska lewica chciałaby zrobić, aby Europa stała się również przestrzenią wspólnych standardów socjalnych i standardów zatrudnienia? Czy europejska płaca minimalna jest na to rozwiązaniem? Jak powinna być konstruowana – czy jako konkretna kwota, czy też dla różnych krajów, a może i regionów ważona w oparciu o ceny koszyka podstawowych artykułów?
Jestem absolutnie za wprowadzeniem europejskiej płacy minimalnej. Dziś płaca minimalna w Polsce wynosi 3 razy mniej niż we Francji czy w Niemczech. Przede wszystkim trzeba zacząć od wyrównania tego. To wymaga oczywiście dużych środków, ale UE jest na tyle bogata, że te środki powinna wyasygnować. Ja w ogóle uważam, że nowy PE powinien zerwać z polityką, która była stosowana w ciągu ostatnich lat: austerity – czyli oszczędność, surowość, oszczędzanie. Jak trzeba było zmniejszać deficyt budżetowy lub dług publiczny to cięło się wydatki socjalne. Z tym trzeba skończyć, bo to właśnie jest źródłem tworzenia się różnych tendencji populistycznych.
Hasło „Europa socjalna” nie może być tylko pustym dźwiękiem, ale musi być wypełniona określoną treścią. Zwłaszcza frakcja demokratów i socjalistów powinna wziąć to pod uwagę i zająć się tym, żeby Europa socjalna istniała nie tylko na papierze ale i w praktyce.
Polska stoi z boku dyskusji o dalszej ewolucji europejskiego systemu. Wpisany w traktaty stan równowagi pomiędzy Unią jako związkiem państw członkowskich i Unią jako wspólnotą jej obywateli wydaje się ulegać zachwianiu. Jak byśmy go chcieli widzieć? Czy poprzez większą centralizację, jako superpaństwo? Czy europejskie instytucje powinny mieć większy wpływ, bardziej bezpośredni na nasze życie?
Powinno się zmierzać w kierunku pogłębienia integracji. Instytucje unijne powinny mieć większy wpływ na nasze życie – jestem przeciwny starej koncepcji de Gaulle’a forsowanej dziś m.in. przez PiS – Europy ojczyzn, a więc takiej Europy, gdzie instytucje europejskie znaczą coraz mniej na rzecz instytucji narodowych. To prosta droga do tego, by Polska miała coraz mniej do powiedzenia. Europa ojczyzn to większe znaczenie krajów, które dominują. Nie należy promować najsilniejszych, ale iść w kierunku wzmocnienia europejskich instytucji i struktur. Głębsza integracja to silniejszy głos Polski.
Pojawiają się cały czas koncepcje reformy UE w duchu albo „Europy dwóch prędkości”, albo takie jak plan Macrona. Dzielące Unię na jej centrum i peryferie. Czy to nie regres europejskiej idei? Z drugiej strony nawet największe gospodarki unijne zdają sobie sprawę, że samotnie nie mają szans w rywalizacji z Chinami, Stanami Zjednoczonymi, a może nawet i z Rosją. Którędy zatem wiedzie droga do przekształcenia UE w jeden organizm, który w stosunku do zewnętrznych partnerów będzie mówił jednym głosem?
Europa dwóch prędkości to proces nieunikniony i nie do zatrzymania. Tak to już będzie, że główne jądro europejskie to będzie strefa euro i wszystko, co wokół strefy euro będzie powstawać łącznie z wydzielonym budżetem tej strefy. Recepta jest jedna – większa integracja gospodarcza z wejściem do strefy euro włącznie. Powinniśmy dążyć do wspólnej waluty z powodów nie tylko ekonomicznych, ale i politycznych. Kraje spoza strefy euro będą miały coraz mniej do powiedzenia. Nie jest przypadkiem, że spośród 10 krajów, które razem z nami wchodziły do strefy euro 10 maja 2004 roku, 7 jest w strefie euro: poza Czechami, Polską i Węgrami. Dochód narodowy w tych 7 krajach jest wyższy niż u nas. Nie należy się więc obrażać na dwie prędkości, tylko dążyć do tego, by Polska stała się krajem pierwszej prędkości.
Brexit. To doświadczenie pokazuje – na obecnym etapie chyba nawet jeszcze nie do końca, bo nie znamy tak naprawdę dalszego ciągu i konsekwencji np. brexitu bezumownego – jak bardzo niebezpieczna może być to droga. Czy będzie to nauczka dla pozostałych państw UE, a także dla samej Brukseli?
Brexit nas uczy, że nie wolno igrać z losem. Premier Cameron, mając problemy wewnętrzne, zorganizował referendum, myśląc, że ono umocni jego pozycję. Tymczasem wyszło inaczej, bo demagodzy i populiści wykorzystali różne problemy brytyjskiego społeczeństwa przeciwko Unii Europejskiej. Gdy analizujemy brexit, nie można mieć pretensji do Brukseli, a tylko do Londynu. Grupy niewydarzonych populistycznych polityków zagrały antyunijną kartą i przegrały. Teraz nie wiedzą, co z tym zrobić.
Nawiasem mówiąc okazuje się, że na Wyspach odbędą się wybory do PE, to groteska. Uważam, że liderzy europejscy popełnili błąd przeciągając ten taniec w czasie. 30 marca, zgodnie z pierwotnym kalendarzem, Wielka Brytania powinna być już odcięta. Te wszystkie tańce, fokstroty i kontredanse są już naprawdę tragikomiczne.
Wspólne, europejskie instytucje obronne. W tym zakresie integracja europejska jest dość słaba. Czego by nie mówić, UE nie jest systemem zbiorowego bezpieczeństwa. Ten projekt to uzupełnienie czy alternatywa dla NATO? Czy Europa może taki system zbiorowego bezpieczeństwa zbudować bez Stanów Zjednoczonych?
Te dyskusje trwają od dawna, trwały jeszcze kiedy byłem premierem. Były zawsze dwa główne problemy hamujące inicjatywę w tym względzie. Po pierwsze: czy te nowe siły mają być konkurencyjne czy komplementarne do NATO? Po drugie: jak szeroko ta koncepcja ma obejmować kraje unijne w sytuacji, gdy istnieją kraje, które na pewno się na to nie zgodzą? Z tych powodów ten temat wydaje mi się niemożliwy do zrealizowania w perspektywie najbliższej przyszłości.
Wiadomo, że praca europarlamentarzysty wymaga specjalizacji. A w Pana przypadku to pytanie jeszcze bardziej zasadnicze, bo chociaż eurodeputowani są równi, byłych premierów nie ma wśród nich wielu. Ktoś taki w Parlamencie Europejskim jest niejako predestynowany aby stać się liderem prowadzącym konkretne tematy. W jakich dziedzinach widziałby Pan swoją rolę? W jakich komisjach? Wokół jakich spraw obracają się Pana główne zainteresowania związane z Unią?
Byli premierzy w PE się zdarzają. Nie ma prezydentów, natomiast ministrowie, premierzy – tak. Ja patrzę na mój udział przez pryzmat sytuacji w Wielkopolsce. Zależy mi, żeby moją bytność w Parlamencie Europejskim najlepiej wykorzystać dla regionu w kwestiach takich jak: ochrona zdrowia, problemy infrastruktury drogowo-kolejowej, sprawa konińskiego zagłębia energetycznego – jak rekultywować te tereny, środowisko naturalne, ochrona przed smogiem, problemy rolnictwa. W tych kwestiach chciałbym się ogniskować – we współpracy z samorządem. Jeśli zostanę wybrany, odbędę wizyty we wszystkich samorządach powiatowych i naszkicuję kalendarz współpracy.
Parlament Europejski jest ważną, ciężko pracującą instytucją. Zatrudniająca wielu pracowników, posiadającą fundusze na promocje. Ale w Europie, a zwłaszcza w Polsce, postrzegany jest jedynie jak dom spokojnej, politycznej starości, rozgadane niewiele znaczące ciało. Czemu grono tak znakomitych, doświadczonych ludzi zgromadzonych w PE akceptuje tak kiepską politykę informacyjną?
Mało się wie o Parlamencie Europejskim. Na przykład mało kto wie, że 60 proc. prawa stanowionego przez Sejm i Senat musi być zgodne z dyrektywami i prawem europejskim. Jakość tego prawa ma bezpośredni wpływ na jakość prawa krajowego. Pod rządami obecnej ekipy następuje systematyczne psucie prawa. Jeśli w Sejmie jest permanentny tryb przyspieszonego nocnego tworzenia prawa bez namysłu, to oczywiste, że będzie ono marnej jakości.

Marsz Polska w Europie

Koleżanki i Koledzy,
Członkowie i Sympatycy SLD
w Warszawie!

18 maja (sobota) o godzinie 12.00 spotykamy się na Placu Bankowym by udziałem w Marszu „Polska w Europie” zamanifestować nasze poparcie dla obecności Polski w Unii Europejskiej z okazji 15 rocznicy przystąpienia do wspólnoty. Organizatorem Marszu jest Koalicyjny Komitet Wyborczy Koalicja Europejska
PO PSL SLD .N Zieloni.

Prosimy o liczny udział wszystkich członków i sympatyków ugrupowań tworzących Koalicję Europejską. Zaproście swoje rodziny, znajomych i sąsiadów.
Marsz odbędzie sie na ostatniej prostej, tydzień przed wyborami do Parlamentu Europejskiego.

Pokażmy rządzącym, jak silna jest Opozycja!

Najważniejsza debata nowoczesnej Europy

Debata „Timmermans-Cimoszewicz-Kwaśniewski” przyciągnęła uwagę nie tylko składem dyskutantów, ale i tym co jedni z najbardziej doświadczonych polityków w Europie mają do powiedzenia na temat przyszłości Unii Europejskiej.

– Jesteśmy w jednym z najważniejszych punktów kampanii. Wczoraj komentowane były słowa Donalda Tuska, ale on tylko zadawał pytania, ale na nie nie odpowiedział. Dzisiaj zrobią to Włodzimierz Cimoszewicz, Frans Timmermans oraz Aleksander Kwaśniewski – mówił Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący SLD rozpoczynając debatę. – Musimy nie tylko stawiać pytania o wyzwania przyszłości UE i Europy, o zmiany klimatyczne, o wykluczenie cyfrowe – zwłaszcza osób starszych – o zwiększającą się robotyzację, ale i znajdywać rozwiązania – ocenił Czarzasty. – Europejska i Polska socjaldemokracja umie to zrobić i dlatego właśnie to będzie najważniejsza debata tej kampanii, bo biorą w niej udział poważni politycy. Szczególnie dziękuję za udział naszemu kandydatowi na szefa Komisji Europejskiej Fransowi Timmermansowi – podkreślił lider Sojuszu.

Okiem prezydenta

– Co jest alternatywą dla naszej Europy? Nie jest to Europa, które może polegać na cofnięciu się do Europy narodów. Alternatywą dla tej Europy jest dezintegracja Europy, jej koniec, powrót do nacjonalizmów, egoizmów, konfliktów, które Europę w XX wieku skutecznie rujnowały – powiedział podczas debaty były prezydent Aleksander Kwaśniewski, który jako pierwszy zabrał głos w dyskusji. – Nie można pozwolić, by wyborcy zostali zwiedzeni nowymi szatami przez rządzących – dodał Kwaśniewski. – Europejskie flagi zostały wyciągnięte z piwnic, nie powinniśmy wierzyć w tę przemianę PiS, to jest PR-owy trick – kontynuował były prezydent.
– Straciliśmy w Polsce umiejętność działania ponad podziałami. Nastąpiła polaryzacja i dotyczy ona również spraw europejskich – ocenił prezydent dwóch kadencji i wskazał, iż to czołowe instytucje Unii Europejskiej muszą w bardziej przystępny sposób komunikować się z Europejkami i Europejczykami i „w sposób jasny i przystępny tłumaczyć i komunikować swoje decyzje”. – Nie ma sprzeczności między patriotyzmem a europejskością. Dylemat ten staje się miniony w XXI wieku. Żyjemy w innym świecie. Dzisiaj prawdziwy polski patriota to ten, który walczy o obecność Polski w Europie – powiedział Aleksander Kwaśniewski.

Jak zmieniać Unię

W debacie „Timmermans-Cimoszewicz-Kwaśniewski” jako drugi głos zabrał były premier i minister spraw zagranicznych RP, który opowiedział się za dalszą integracją krajów tworzących Unię Europejską. – Konkretne elementy polityki, które musimy wprowadzić w UE: wspólna polityka zagraniczna – zwłaszcza wobec Rosji i państw Afryki – wspólna polityka obronna; wspólna polityka socjalna oraz wspólny program onkologiczny.
Włodzimierz Cimoszewicz wskazywał, iż musi powrócić zrozumienie dla idei solidarności europejskiej w wymiarze gospodarczym. – Kraje bogatsze muszą zrozumieć, że zmniejszanie napięć społecznych i płacowych w krajach mniej zamożnych leży także w ich interesie. W całym świecie odbywają się procesy społeczne, które zwiększają frustracje. O jednym z nich wiemy, to natężające się różnice dochodów – ocenił były premier.

Wezwanie z Brukseli

Frans Timmermans zwrócił się do Polek i Polaków z pozytywnym przesłaniem: „Mój ojciec nie jest teraz w najlepszym stanie, zapomina o bardzo wielu rzeczach i osobach, ale nie zapomina polskich żołnierzy, którzy byli w jego domu, gdy był dzieckiem. Musiałem powiedzieć o tych odważnych ludziach, dlatego, że większość z nich nigdy nie była świadkami wolnej Polski, a Polska w UE jest dzisiaj nagrodą dla ludzi, którzy wyzwalali ogromne tereny Europy. Dlatego Polska zawsze będzie musiała być wiodącym krajem Europy Nie ma nikogo, kto zatrzymywałby Polskę w Europie. Jedynymi na tej drodze mogą być sami Polacy. Jestem pewien, że prawie 100 proc. Polaków, bez względu na sympatie polityczne, chce, by Polska pełniła wiodącą rolę w Europie”.
Kandydat europejskiej socjaldemokracji na szefa Komisji Europejskiej podkreślił, iż wprowadzenie europejskiej płacy minimalnej oraz walka z unikaniem płacenia podatków przez korporacje będą priorytetami lewicy w nowej kadencji Parlamentu Europejskiego. – Esencją naszego ruchu politycznego – socjaldemokracji – jest redystrybucja: dochodów, władzy, bogactw naturalnych, prestiżu. Sprawiedliwy podział dóbr to istota lewicowości.
– Wielkie korporacje unikają w Europie podatków! To niedopuszczalne! Potrzebujemy europejskiej umowy: każdy, kto uzyskuje w Europie dochody, musi także w Europie płacić podatki! Musimy także ustalić minimalny podatek dla przedsiębiorstw w całej UE – podkreślił Timmermans. – Zdarza się, że te same firmy płacą za tę samą pracę mniej w jednym kraju UE, a więcej w innym, uzasadniają to niższymi kosztami życia. Ale ten argument już nie jest prawdziwy! Płace w Polsce są za niskie. Potrzebujemy europejskiej płacy minimalnej! – oświadczył. – Musimy zapewnić godziwe warunki pracy i płacy w krajach Europy Środkowej, mieszkańcy tych krajów nie mogą być zmuszani, by wyjeżdżać w poszukiwania większych zarobków do innych krajów UE, muszą godnie zarabiać u siebie! – kontynuował. – Musimy skończyć z zatrudnianiem ludzi za 3 euro za godzinę – dodał.
Jednym z narzędzi do uzyskanie tego celu, które wskazał pierwszy zastępca szefa KE jest wzmocnienie układów zbiorowych oraz związków zawodowych. Należy wesprzeć pracowników w trakcie 4. rewolucji przemysłowej, inaczej będzie presja na niskie płace – podkreślił Timmermans.
Debatę „Timmermans-Cimoszewicz-Kwaśniewski” poprowadziła Anna Skrzypek z think-tanku FEPS.

***

Zapowiedź, że będzie to najważniejsza debata obecnej kampanii wyborczej, spełniło się. Pokazała, że jedynie lewica dysponuje perspektywą nie tylko polską, ale europejską. Prezydent Aleksander Kwaśniewski zauważył, że nadchodzące wybory nie będą jak każde dotychczasowe. Faktycznie – zdecydują nie tylko o tym, jakie nazwiska będą reprezentowały Polskę w Parlamencie Europejskim, czy co ta czy inna opcja Polsce „załatwi”, ale o tym, w jakiej Europie się znajdziemy. Tym razem bowiem gra toczy się o bardzo wysoką stawkę – o sam przyszły kształt Unii Europejskiej, wręcz o jej „być albo nie być”. Podkreślali to dobitnie także pozostali paneliści. Włodzimierz Cimoszewicz przywołał przykłady innych organizacji międzynarodowych – m.in. ONZ, OBWE, Rady Europy – które na pewnym etapie swojej działalności stworzyły nowe jakości, zmieniły świat, ale nie były w stanie podjąć wyzwań w zmienionych okolicznościach, weszły w fazę uwiądu. Taka groźba rysuje się teraz również i przed Unią Europejską, a siły działające na rzecz jej dezintegracji czają się nie tylko w Polsce i związane są nie tylko z jedną opcją polityczną. W tym kontekście sprowadzanie wagi wyborów 26 czerwca tylko do doraźnych wyborczych obietnic jest po prostu nieodpowiedzialne.
Tak też należy odczytać apel Fransa Timmermansa, który zawarł w swojej końcowej wypowiedzi. Przypomniał Europę sprzed lat trzydziestu, podzieloną murem, Europę sprzed lat piętnastu, gdy doszło do największego w jej dziejach jej rozszerzenia, w ramach którego Polska stała się jaj państwem członkowskim, i Europę dzisiejszą, stojącą przed nowymi zupełnie zagrożeniami, które musi pokonać. I postawił pytanie: „W jakiej Europie chcielibyśmy się znaleźć za kolejne piętnaście lat?” O tym bowiem w tych wyborach zdecydujemy.
Grzegorz Waliński

Bardzo długi dzień

1 maja 2004

Od 15 lat pierwszy dzień maja kojarzy się nad Wisłą zarówno z tradycyjnym świętem ludzi pracy,obchodzonym dla upamiętnienia protestów robotników amerykańskich w Chicago w 1896 r., jak i rocznicą wstąpienia Polski do Unii Europejskiej.
Nastąpił wówczas finał procesu rozpoczętego 25 maja 1990 r, złożeniem przez nasz rząd wniosku ws.podjęcia negocjacji umowy o stowarzyszeniu ze Wspólnotami Europejskimi..Kolejne etapy tego procesu są na ogół nieźle znane.Najważniejsze z nich to:żmudne negocjacje sfinalizowane na szczycie Unii w Kopenhadze 13 grudnia 2002 r.,podpisanie 16 kwietnia 2003 r. w Atenach Traktatu akcesyjnego Polski oraz 9 innych państw przystępujących do UE,a także referendum akcesyjne 7-8 czerwca 2003r.

Do największego dotychczas rozszerzenia Unii doszło formalnie na szczycie w Dublinie,gdyż to Irlandia wówczas przewodniczyła Unii.Wtedy jeszcze Polacy nie stanowili największej mniejszości w tym kraju jak obecnie,ale wiele elementów łączyło nasze społeczeństwa (religia,rola poetów i pisarzy, procesy migracyjne,Polka w pierwszym rządzie irlandzkim po uzyskaniu niepodległości oraz-last not least-upodobanie do mocnych trunków.

Podróż do Dublina

Oficjalna delegacja RP składała się z 4 osób:prezydent Aleksander Kwaśniewski,premier Leszek Miller,który odegrał kluczową rolę w negocjacjach,nie tylko w stolicy Danii, Dariusz Szymczycha – sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta i piszący te słowa jako sekretarz stanu ds. zagranicznych w KPRM. Ale nie polecieliśmy razem ze względów logistycznych (samolot) i odrębnych początkowo programów.obu współprzewodniczących delegacji.

Premier (któremu towarzyszyłem) udał się o bladym świcie do „Worka Żytawskiego” gdzie na tzw. trójstyku (granica Czech,Niemiec i Polski) odbyło się spotkanie szefów rządów tych trzech państw,a więc z Vladimirem Spidlią, który wkrótce miał zostać (do 2010 r.) czeskim komisarzem ds. zatrudnienia,spraw społecznych i wyrównywania szans,a także z kanclerzem Gerhardem Schroederem.

Była w tym spora porcja symboliki.Oto dwa państwa,które miały (mówiąc łagodnie) skomplikowane historycznie stosunki z Niemcami, wchodziły do Unii przy znaczącym poparciu RFN.Nota bene cała trójka premierów to byli socjaldemokraci.W przypadku Polski ten symbol został jeszcze wzmocniony.Otóż w dalszą drogę udaliśmy się najpierw śmigłowcem wraz ze Schroederem do Lipska,a potem wspólnie niemieckim samolotem do Dublina. Co więcej-tegoż dnia Włodzimierz Cimoszewicz jako minister spraw zagranicznych spotkał się na moście w Słubicach ze swym odpowiednikiem Joschką Fischerem.Najpierw byli po polskiej stronie Odry,a następnie,wraz z tłumami ludzi (choć Polska nie była przecież jeszcze formalnie w strefie Schengen) przeszli do Frankfurtu nad Odrą.Granica już wtedy praktycznie przestała istnieć,a morze piwa wzmacniało tworzącą się nową jakość wzajemnych relacji.

Szczyt

Ceremonia przystąpienia 10 nowych państw (Cypr, Czechy, Estonia,Litwa,Łotwa,Malta,Polska, Słowacja, Słowenia i Węgry) do Unii Europejskiej przebiegła szybko i sprawnie. Irlandzka Prezydent Mary McAlesee tradycyjnie wydała przyjęcie.Jedynym elementem,który do dziś bywa nietrafnie (a nierzadko-złośliwie) komentowany było to,że polską flagę na maszt wciągali wspólnie prezydent i premier.Ale nie było w tym żadnego „wyrywania sobie” tej flagi,ponieważ wszystko odbyło się wedle starej zasady,iż „najlepsze są improwizacje dobrze przygotowane’. Tak zostało to ustalone wcześniej z premierem Irlandii Bertie Ahernem. Ale trzymane było w tajemnicy,aby nie urazić przedstawicieli pozostałej dziewiątki państw ,które były reprezentowane tylko przez jedną osobę – premiera lub (np. Litwa) -prezydenta).Bez wątpienia mieliśmy do czynienia z gestem Gospodarzy w stosunku do największego nowego państwa członkowskiego.

Prawdziwe nieporozumienie miało w finale inny charakter. Otóż Dublin ma dwa lotniska.Tupolew,którym przyleciał Aleksander Kwaśniewski miał zabrać do Warszawy Leszka Millera i mnie. Ale-wskutek dość typowej pomyłki językowej
(„Poland” i „Holland”) – zostaliśmy przetransponowani śmigłowcem akurat na to drugie.Nie miało to większego znaczenia,choć opóźniło nasz powrót do Warszawy. Stało się jedynie powodem do żartów.Na pokładzie (leciał z nami m.in. były przewodniczący Parlamentu Europejskiego, Irlandczyk Pat Cox) była zarazem podniosła i luźna.

Warszawa

Tej nocy wszyscy spali krótko.W Kancelarii Premiera spotkało się szerokie grono osób mających największy wkład w cały proces akcesji.Z różnych środowisk, np. obecny był m.in. Adam Michnik.
Wszyscy mieli poczucie ogromnej wagi tego, co się stało.
Finis coronat opus.Następne 15 lat udowodniły-mimo szeregu zawirowań politycznych-że na naszych oczach zmieniła się historia!

Wyjdźcie z głupich traktatów

Lider francuskiej lewicy, ekosocjalista Jean-Luc Mélenchon, skrytykował tekst prezydenta Macrona o «odrodzeniu Unii Europejskiej» ogłoszony w europejskiej prasie. Mélenchon jest przewodniczącym grupy Nieuległej Francji (LFI) w Zgromadzeniu Narodowym, posłem Delty Rodanu (Marsylia). Autor książki o niemieckim ordoliberalizmie Śledź Bismarcka (niemiecka trucizna).

Sprawiedliwość społeczna i ambicja ekologiczna nakazują odejść od ordoliberalizmu bronionego przez Emmanuela Macrona w jego liście do Europejczyków.

Francuski prezydent zwraca się do Europejczyków. Deszcz frazesów, potoki zużytych cytatów i rusofobicznej paranoi. Ale istnieje inne francuskie słowo. Powszechny interes ludzi na Starym Kontynencie zasługuje na coś więcej niż rozpłynięcie się w strategii gadaniny Emmanuela Macrona. W Europie czas mówić jedym prawdziwie międzynarodowym językiem, zdolnym zmotywować do wspólnego działania narody bardzo różne pod względem historii, języka i kultury. To język wspólnego dobra, którego należy bronić. Wspólnych planów życiowych. Praw socjalnych i usług publicznych. Trzeba je odbudować po trzydziestu latach grabieży «wolnej i uczciwej
konkurencji».
Wszystkim nam zagraża system produkcji i wymiany, który niszczy Ziemię i ludzi. Czy nie nadszedł najwyższy czas, by prowadzić politykę solidarności, która nas uratuje z postępującej katastrofy ekologicznej? Finansowe monstrum dosyć już się nażarło ze szkodą dla wszystkich prostych radości życia. Jeśli Europie potrzeba odrodzenia, niech to będzie odrodzenie suwerenności ludu, zwycięstwa oświecenia nad obskurantyzmem pięniędzy i religijnych namiętności. Gdyby Francja chciała być wszystkim użyteczna, zaproponowałaby herkulesową pracę, którą trzeba szybko wykonać.
Tak, narody europejskie mogą w 20 lat nauczyć się «zielonej reguły»: nie brać z przyrody więcej, niż ona może odrodzić. Możemy od razu zrezygnować ze stosowania pestycydów zabójczych dla bioróżnorodności. Potem wykorzenić biedę na kontynencie, zagwarantować każdemu przyzwoitą płacę, ograniczyć różnice między dochodami, by zahamować nieskończoną epidemię nierówności. Jesteśmy zdolni rozszerzyć prawa kobiet na całą Europę. Możemy zatrzymać rękę okradających fiskusa. Tysiąc miliardów euro rocznie znika poprzez nieodpowiedzialną działalność, zamiast służyć wspólnemu dobru.
Krótko mówiąc, możemy zacząć nową erę ludzkiej cywilizacji. To się da zrobić na najlepiej wykształconym i najbogatszym kontynencie. Jeśli uzna protekcjonizm negocjowany ze światem, uczyni z tak humanistycznych norm nową linię wspólnego horyzontu dla miliardów ludzi.
Coś jednak trzeba najpierw zrobić: wyjść z traktatów organizujących Unię Europejską. Nasza mizeria ekologiczno-socjalna jest konsekwencją zawartości tych traktatów. Zamroziły one całą politykię gospodarczą w absurdalnym dogmacie ordoliberalizmu i atlantyzmu, drogim rządowi prawicy i socjalistów Angeli Merkel. Organizują brak inwestycji w transformację ekologiczną, rozkład państwa socjalnego, oddają demokracje finansistom. Pomyślane, by zaoferować finansom wieczne święto, uniemożliwiają pomoc wzajemną i ludową solidarność.
W godzinę masowych społecznych cierpień i katastrofy ekologicznej narody europejskie mają dość władzy, która mówi jedno, a robi na odwrót. List Emmanuela Macrona jest tego przykładem. Domaga się on od Unii, by zrealizowała globalny cel redukcji stosowania pestycydów o połowę do 2025 r. Dlaczego więc odmówił uchwalenia planu wyjścia z glifosatu, jak wielokrotnie proponowali posłowie Nieuległej Francji (LFI)? Na początku kadencji mówił, że nie chce już układów wolnej wymiany, jeśli nie respektują umów COP21. Dlaczego zaakceptował później układy z Kanadą i potem Japonią? Czemu zgodził się zabronić parlamentom państwowym wypowiadania się na temat tych traktatów?
Domaga się «tarczy socjalnej gwarantującej to samo wynagrodzenie na tym samym miejscu pracy». To samo mówił w czasie rewizji dyrektywy o pracownikach delegowanych! System pozwala ciągle na dumping socjalny, składki socjalne płaci się w krajach ich pochodzenia. I kiedy LFI proponowała abolicję statusu pracowników delegowanych, bądź klauzulę najkorzystniejszego reżimu socjalnego dla nich, partyjne roboty partii prezydenckiej (LREM) głosowały przeciw.
Macron stał się niebezpieczny. Nie tylko dla manifestantów i swoich opozycjonistów politycznych. Jego antyrosyjska fobia każe mu zbliżać się do granicy wojny. Jej ryzyko pojawiło się w Europie wraz z ogłoszeniem przez Stany Zjednoczone instalacji w Polsce rakiet skierowanych w Rosję. Władimir Putin zapowiada odpowiedź. Należy jak najszybciej wyrwać się z tej eskalacji uniezależniając się od NATO. To sprzeczne z «Europą obrony», którą Macron i Merkel prezentują jako nowe europejskie marzenie.
Strach przed Rosjanami jest absurdalny! To nasi naturalni partnerzy. Jeśli demokracja jest zagrożona, to raczej przez tyranię finansjery i brutalne metody kierowania narodami. To one zamęczyły Grecję, doprowadziły do ścigania opozycji, jak w Polsce i na Węgrzech. I jak we Francji, gdzie problem naszej demokracji nie pochodzi z Moskwy, lecz z Paryża. Prezydent wprowadził zaciekłe represje przeciw 17-tygodniowej mobilizacji żółtych kamizelek. Wysoki Komisarz Narodów Zjednoczonych ds. Praw Człowieka ogłosił otwarcie śledztwa w sprawie policyjnej przemocy. Jest poruszony, bo mamy 12 zabitych, 2 tys. rannych, 22 pozbawionych oka, 5 ręki, 8. tys. zatrzymań i półtora tysiąca przyśpieszonych procesów.
Tyle żyć rozbitych, gdyż pragnęły swojej części słońca. Egzystencja jest nie do wytrzymania, więc Macron obłudnie ulega morderczej iluzji Europy-fortecy, która chroniłaby się przed uchodźcami utonięciami w Morzu Śródziemnym! Viktor Orban pochwalił list Macrona – to nie powinno zaniepokoić Francuzów? Przecież Macron deklarował walkę z polityką węgierskiego prezydenta? À rebours tym gwałtom, należy zaraz wprowadzić politykę przeciw źródłom przymusowych migracji: wojnom, zmianom klimatycznym, rabunkom gospodarczym.
Zmiana kierunku jest dla europejskich narodów nagląca. Angela Merkel i Emmanuel Macron wcielają stare, ponure i głupie recepty. Powiedzmy zresztą bez owijania w bawełnę: co nas obchodzi pseudo «para francusko-niemiecka», to pretensjonalne kondominium kontrolowane przez CDU. Upokarza ono pozostałe 26 krajów. Izoluje Francuzów od ich naturalnych krewnych z Południa. Odrodzenie, którego Europa potrzebuje, to wolność polityczna jej ludów. Jeśli Francja zechce być użyteczna do czegoś, niech prezentuje się jako partner, a nie nauczyciel.

Tłum Jerzy Szygiel (strajk.eu)

PiS wyprowadza Polskę na margines Europy

Podczas konwencji Prawa i Sprawiedliwości zaprezentowana została „Deklaracja europejska PiS” (9 marca 2019 r.), której hasła mają być przewodnikiem
dla europosłów tej partii. Jedynym jej celem jest żerowanie na lękach, obsesjach i emocjach, a nie budowanie silnej pozycji Polski w Europie – czytamy
w stanowisku Konferencji Ambasadorów RP, które publikujemy:

1. Politycy PiS opacznie rozumieją „wartości Europy” (punkt 1 deklaracji). Integracja europejska budowana była jako wspólnota państw demokratycznych i praworządnych. Rządy PiS sprawiają, że Polska stała się państwem niepraworządnym, łamiącym unijną konstytucję i naruszającym wartości, na których budowana była i jest europejska wspólnota.
2. Rzutuje to na status Polski w unijnym procesie decyzyjnym. Polska utraciła zdolność koalicyjną i stała się niewiarygodnym państwem członkowskim. Puste są hasła deklaracji dotyczące wzmocnienia środków unijnych dla polskiej wsi (pkt 3), wynegocjowania „dobrego” budżetu (pkt 4), czy umacniania zrównoważonego rozwoju. Przedstawiciele niepraworządnych władz mają bardzo słabą pozycję w negocjacjach, a Polska straci znaczne środki w kolejnym budżecie unijnym nie tylko w następstwie brexitu, ale przede wszystkim dlatego, że nikt nie ma zamiaru wspierać finansowo państwa, które lekceważy podstawowe wartości europejskie.
3. W deklaracji (pkt 5) zapewnia się, że PiS będzie dbał o równość przedsiębiorstw na unijnym rynku wewnętrznym. Tymczasem rząd tej partii nie był w stanie zapewnić polskim firmom ochrony ich zasadnych interesów w negocjacjach nad dyrektywą o pracownikach delegowanych, ponieważ nie był w stanie utworzyć odpowiedniej koalicji. Wszystko też wskazuje na to, że pozostawi na łasce losu kilkadziesiąt tysięcy polskich przedsiębiorstw transportowych.
4. Egoistyczne i krótkowzroczne skupianie się tylko na własnych interesach i zupełny brak rozumienia współzależności międzynarodowych sprawią, że polityka Polski rządzonej przez PiS zmierza w ślepy zaułek. Obsesja anty-imigracyjna sprawia, że za jednym zamachem zablokowane zostały ważne decyzje w sprawie umocnienia zewnętrznych granic UE oraz sfinalizowania prac nad wspólną polityką azylową. Brak wyważonej polityki energetycznej i zaniedbania rozwoju nowoczesnych źródeł energii powodują, że Polska może stać się skansenem nie tylko w skali europejskiej. Deklaracje, że parlamentarzyści PiS będą zabiegali o „bezpiecznie granice Europy” (pkt 6) czy o sprawiedliwą politykę klimatyczną (pkt 10) brzmią jak ponury żart.
5. Deklaracja pomija dwa zagadnienia o fundamentalnym znaczeniu: milczy na temat perspektywy wejścia Polski do strefy euro oraz udziału w budowanej wspólnej polityce obronnej UE i współpracy przemysłów zbrojeniowych. Za sprawą PiS brak jest Polski w obu tych obszarach, kluczowych dla jej miejsca w Europie. Nie ma też słowa o Sojuszu Północnoatlantyckim i bezpieczeństwie państwa: Polska pod rządami PiS niebezpiecznie dryfuje nie tylko na margines integracji europejskiej, staje się także szarą strefą na styku Wschodu i Zachodu.

Jedynym celem Deklaracji PiS jest żerowanie na lękach, obsesjach i emocjach, a nie budowanie silnej pozycji Polski w Europie. Pokazuje ona zarazem skalę wyzwań, jakie stoją przed społeczeństwem obywatelskim w związku ze zbliżającymi się wyborami do Parlamentu Europejskiego.

Jan Barcz, Marcin Bosacki, Iwo Byczewski, Maria Krzysztof Byrski, Mieczysław Cieniuch, Tadeusz Diem, Paweł Dobrowolski, Grzegorz Dziemidowicz, Urszula Gacek,
Marek Grela, Andrzej Jaroszyński, Maciej Klimczak, Michał Klinger, Tomasz Knothe, Maciej Kozłowski, Maciej Koźmiński, Jerzy Kranz, Andrzej Krzeczunowicz, Henryk Lipszyc, Bogumił Luft, Piotr Łukasiewicz, Jacek Najder, Anna Niewiadomska, Jerzy Maria Nowak, Piotr Nowina-Konopka, Agnieszka Magdziak-Miszewska,
Piotr Ogrodziński, Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, Ryszard Schnepf, Grażyna Sikorska, Tadeusz Szumowski, Andrzej Towpik, Wojciech Tomaszewski, Jan Truszczyński, Maria Wodzyńska-Walicka

Medice cura te ipsum

W końcu maja odbędą się w 27 państwach członkowskich UE wybory do 705-osobowego Parlamentu Europejskiego. Jego liczebność z obecnych 751 deputowanych zmniejszy się w związku z wystąpieniem Wielkiej Brytanii z Unii, choć ostateczna data Brexitu,w świetle ostatnich zawirowań politycznych nad Tamizą, nie jest wciąż znana.
Konwencję wyborczą Prawa i Sprawiedliwości odbywającą się w minioną sobotę w Jasionce pod Rzeszowem zdominowały dwa zjawiska. Pierwsze to próba rządzącej w Polsce prawicy nacjonalistycznej wyznaczenia nowej linii podziału w naszym społeczeństwie. I to bynajmniej nie w kwestiach europejskich. Jarosław Kaczyński de facto uznał,iż ma nią być obrona rodziny,a zwłaszcza dzieci rzekomo zagrożonych przez ataki środowiska LGBT.Już formuje się swoisty front obrony skupiający m.in. Kościół Rzymskokatolicki oraz urząd nowego, „egzotycznego” Rzecznika Praw Dziecka. Wydaje się,że będzie to trwały , a może nawet kluczowy, element kampanii wyborczej Zjednoczonej Prawicy w ciągu najbliższych tygodni, choć.w przyjętej właśnie 12-punktowej tzw. Deklaracji Europejskiej skrywa się on pod skromnym hasłem:”Obronimy prawa rodziny do wychowywania dzieci”.
Drugie zjawisko,może słabiej zauważalne w głosach premiera Morawieckiego i prezesa PiS,ale już „rozgrywane” propagandowo,to próba przekonania obywateli,iż opozycyjna, nadal in statu nascendi na naszym gruncie, Koalicja Europejska jest swoistą zbieraniną polityczną, która po wyborach „rozpierzchnie się” do różnych frakcji parlamentarnych. Zatrzymajmy się przy tej tezie, gdyż jest ona wyjątkowo obłudna i wprost nieprawdziwa. W rzeczywistości to PiS może mieć i już ma spore kłopoty ze znalezieniem przyszłych aliantów, gdyż najważniejszych sojuszników tej partii, czyli torysów brytyjskich, wchodzących dotąd w skład (jednej z ośmiu) frakcji Konserwatystów i Reformatorów (ECR) w ogóle nie będzie w Parlamencie Europejskim.Nie jest więc wykluczone, iż rzymska fraza „Lekarzu lecz się sam” może mieć tu zastosowanie.

ROZKŁAD SIŁ
Z pewnością w państwach unijnych umocniły się w ostatnich latach tendencje oraz ugrupowania eurosceptyczne,populistyczne i nacjonalistyczne. Będą one niestety silniejsze niż dotąd,ale na szczęście nie ma mowy, aby zyskały większość. Poniekąd tradycyjnie tę większość w Parlamencie Europejskim tworzyła i tworzy koalicja Europejskiej Partii Ludowej (EPP, chrześcijańsko-demokratyczna) wraz z socjalistami (S&D),aktualnie jako Postępowy Sojusz Socjalistów i Demokratów, którzy dysponują obecnie odpowiednio 217 i 186 mandatami. Według najnowszych sondaży (przy 705 posłach) mogą oni zdobyć odpowiednio 181 i 135 miejsc,a więc do większości niezbędna byłaby koalicja jeszcze z Liberałami i Demokratami (ALDE) i/lub z Zielonymi (prognoza odpowiednio 75 i 49 mandatów.
„Obawy” PiS,iż po wyborach majowych Koalicja Europejska się „rozleci” są zupełnie bezzasadne. W istocie status quo zostanie zachowane. Eurodeputowani z PO i PSL-jak dotąd – pozostaną w Europejskiej Partii Ludowej, zaś-podobnie – z SLD trafią do Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów. Nowoczesna i Zieloni mają też swoje rodziny polityczne („N” – ALD).Lepiszcze zaś wszystkich członków Koalicji Europejskiej jest wspólne – SILNA I NOWOCZESNA POLSKA W SILNEJ UNII EUROPEJSKIEJ, NIE OGRANICZONEJ DO CZASÓW EWG ORAZ STAWIAJĄCEJ SKUTECZNIE CZOŁA STARYM I NOWYM WYZWANIOM.
Dopiero 20 marca okaże się, czy Fidesz Orbána pozostanie w Europejskiej Partii Ludowej, czy też ją opuści bądź zostanie usunięty. Gdyby zrealizował się ten drugi scenariusz (np. w wyniku niespełnienia przez premiera Węgier warunków Manfreda Webera,kandydata EPP na nowego przewodniczącego Komisji Europejskiej),to nie można wykluczyć utworzenia nowej frakcji, której trzonem stałyby się:PiS, Fidesz i włoska Liga Matteo Salviniego. W takim przypadku ambitne plany wzmocnienia procesu integracji europejskiej (np. zarysowane w planie Macrona) byłyby zdecydowanie trudniejsze do zrealizowania.
Wszystko to rodzi kolejne niewiadome i potwierdza gorzką tezę, iż w drugiej oraz w kolejnych dekadach XXI stulecia jedyną pewną rzeczą jest NIEPEWNOŚĆ.