Komisarze

Timmermans plus

Jeśli chodzi o kandydatów na przyszłych komisarzy Komisji Europejskiej wszystko jest już jasne. Nowa Przewodnicząca Komisji, Ursula von der Leyen przedstawiła polityków, którzy – po uzyskaniu akceptacji Parlamentu Europejskiego – będą tworzyli jej nowy unijny gabinet.
Polskie władze najbardziej cieszą się z kandydowania Janusza Wojciechowskiego na komisarza do spraw rolnych i z tego, że komisarzem do spraw praworządności nie będzie już Frans Timmermans. Ten drugi fakt w polskich sferach rządowych i pośród europosłów PiS jest nawet powodem do nieco większej radości niż szansa, przed jaką stanął Janusz Wojciechowski. Uważam, że w obu przypadkach radość trzeba miarkować. Panu posłowi Januszowi Wojciechowskiemu życzę powodzenia, ale powody jego kłopotów są powszechnie znane, a fakt, że zostały podniesione przez prasę światową na kilka dni przed nominacją na kandydata na unijnego komisarza rolnego może nie być tak całkiem przypadkowy.
Jeśli zaś chodzi o Fransa Timmermansa, to w roli komisarza do spraw przestrzegania praworządności w krajach Unii zastąpić go ma Czeszka, pani Věra Jourová.
Nie zapominajmy jednak, że punkt startu jest następujący: Komisja Europejska nadal prowadzi wobec Warszawy postępowanie o naruszenie prawa unijnego w ramach artykułu 7 Traktatu o Unii Europejskiej zaś przyszła pani komisarz, jak do tej pory, prezentuje w kwestii praworządności postawę wręcz ortodoksyjną.
„Musimy lepiej wykorzystać fundusze unijne dla przestrzegania zasady państwa prawa”, „Uważam, że powinniśmy rozważyć stworzenie silniejszej warunkowości między rządami prawa a funduszami spójności”, „Nie będzie skutecznej polityki regionalnej i spójności bez rządów prawa”, „Rządy prawa są nie tylko kompetencją krajów, ponieważ sądy państw członkowskich muszą przestrzegać prawa UE – oznacza to, że jeśli jeden krajowy system wymiaru sprawiedliwości jest zepsuty, to cały system UE jest zepsuty”. To są jej słowa… Nic mi nie wiadomo, żeby z któregoś z tych twierdzeń się wycofała. Co więcej przypomnieć trzeba, że to ona przygotowała regulację, że wypłata środków będzie uzależniona od uznania praworządności. Ten dokument jest przyjęty, reguła jest przyjęta, a budżet jest w trakcie przygotowywania i należy się spodziewać, że ta zasada będzie respektowana.
W tym kontekście jeszcze jedna uwaga, ale ważna – czytamy o wielkiej radości, że Trybunał Sprawiedliwości UE przyznał nam rację w sporze o rurociąg Opal i my to orzeczenie akceptujemy. Tylko, że nie można wyroków Trybunału Sprawiedliwości akceptować wybiórczo. Jeśli orzeczenie jest korzystne, to w porządku, ale jeśli nie, to takiego orzeczenia nie przyjmiemy do wiadomości… Mówię o tym nie bez przyczyny – pani Jourová pod tym względem okaże się zapewne jeszcze bardziej nieprzejednana niż Frans Timmermans, zwłaszcza, że jest to kobieta młodszego pokolenia i nie ma tych sentymentów, co on. Polscy żołnierze w przeszłości raczej Czech nie wyzwalali, tak jak Holandii…
Po swej nominacji Jourová powiedziała: „W pełni podzielam jej [U.von der Leyen – BL} zobowiązanie na rzecz ochrony naszych podstawowych wartości, w tym praworządności. Mam odpowiednie doświadczenie, aby zająć się tymi problemami i otworzyć nowy rozdział”.
Wracając do Fransa Timmermansa, to moim zdaniem fakt, że zmienia mu się portfolio z praworządności na ekologię, też nie jest żadnym powodem do tak ostentacyjnej radości, że „przeżyliśmy komisarza Timmermansa, tak jak komisarzy radzieckich”. Jest to po pierwsze mało eleganckie, a po drugie grubo przedwczesne, bo Timmermans, jako pierwszy wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej, będzie koordynować określoną grupę komisarzy. Natomiast w dziedzinie ekologii i środowiska, za co być może będzie odpowiadał, nasze relacje z Unią też nie są wzorcowe – była i Rospuda, była Puszcza Białowieska, jest węgiel i niekonsekwentne stanowisko wobec paryskiej konwencji na temat emisji dwutlenku węgla.
Może się okazać, że był Timmermans, a teraz będzie Timmermans plus. Timmermans + Věra Jourová.
Jeśli chodzi o moje osobiste zaskoczenie, jest nim Laszlo Trocsanyi. Wskazanie Węgra na komisarza do spraw przestrzegania praworządności i to twórcy zmian prawnych na Węgrzech, w rezultacie których też toczy się procedura Art. 7, jest co najmniej zaskakujące. Co prawda dotąd obowiązuje zasada, że po przekroczeniu progu Komisji Europejskiej, po mianowaniu na komisarza, polityk przestaje być politykiem krajowym, a staje się politykiem europejskim, reprezentuje wyłącznie UE i od tej chwili jej polityka, spójność, rozwój i zwartość, są jedynym drogowskazem, który obowiązuje wszystkich komisarzy. Czy jednak kandydat węgierski będzie potrafił oderwać się od własnej reformy sądownictwa i spojrzy na nią nie z orbanowskiej, ale z brukselskiej, wspólnotowej perspektywy? Pierwsze komentarze w tej sprawie są delikatnie mówiąc bardzo wstrzemięźliwe. Na koniec chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedną nominację – na kandydatkę na unijną komisarz do spraw partnerstwa międzynarodowego. Inaczej mówiąc na unijną minister spraw zagranicznych Otóż następczynią Włoszki Federici Mogherini miałaby być Finka Jutta Urpilainen. To doświadczona polityk Socjaldemokratycznej Partii Finlandii.
Historia stosunków fińsko-rosyjskich nie była łatwa, a jednak na centralnym placu Helsinek stoi wzniesiony w XIX wieku pomnik cara Aleksandra II, zaś dobrosąsiedzkie stosunki z wielkim sąsiadem, mimo wszelkich zaszłości są ważnym kanonem fińskiej polityki. Także teraz, gdy Finlandia jest członkiem Unii Europejskiej. Nie jestem więc całkiem pewien, czy wskazanie na panią Juttę Urpilainen nie wiąże się aby z pojawiającym się ostatnio w polityce europejskiej tonem ku polepszeniu stosunków Unii z Rosją. Na razie jest to wróżenie z fusów oczywiście, ale czas pokaże, czy uprawnione, czy całkiem nie.

Niemcy nas zaśmiecają

Łódzka prokuratura wszczęła niedawno dochodzenie przeciw 36 niemieckim firmom. Chodzi o pożar wysypiska śmieci w Zgierzu. Niemiecki portal informacyjny Tagesschau.de pisze o „brudnym, ale lukratywnym biznesie”.

Wydać się to może niezwykle zaskakujące, gdyż Niemcy mają opinię – podobnie jak narody skandynawskie – państwa i społeczeństwa niezwykle zatroskanego kwestiami ekologii, recyklingu itp. Tymczasem, okazuje się, Główny Inspektorat Ochrony Środowiska odnotował w mionionym roku nowy rekord, tj. aż 250 tys ton niemieckich odpadów zjechało do Polski. Jak podaje portal Money.pl w 2015 r., ostatnim bez „dobrej zmiany”, było to li tylko 54 tys. ton.
Dla RFN to świetny układ. Recykling jest kosztowny, a Niemcy są bądź co bądź państwem kapitalistycznym. Spalanie jednak, ze względu na wdrożenie rozmaitych ekologicznych regulacji na rynku gospodarki odpadami, również jest drogie. Ale nie w Polsce, tutaj nikogo z decydentów nie obchodzi wszak to, że ponad 40 tys. osób rocznie idzie do piachu ze względu na ciężkie zatrucie powietrza, którym – jak podkreślano podczas wczorajszych obchodów rocznicy rozpoczęcia II WŚ – „niezwyciężony polski naród” zmuszony jest oddychać. Dlatego też polskie stawki za spalenie tony śmieci są ponad dwa razy niższe niż niemieckie. W RFN kosztuje to około 200 euro. W Polsce ok. 75.
Spalać jednak też trzeba w odpowiednich warunkach, przy pomocy stosownej technologii. Dlatego też często dochodzi do podpaleń. Tagesschau.de wskazuje, że w Polsce w ubiegłym roku doszło do blisko 120 pożarów na wysypiskach. Jest to najprostszy sposób na oszczędność. Oczywiście, tylko na pieniądzach, bo przecież nie na zdrowiu mieszkańców, które nie pozostaje niczyją troską w tym kraju.
Niemieccy dziennikarze ustalili również, iż drastycznie zwiększył się przemyt śmieci. Jako przykład podają przejście graniczne w Gubinku. Tylko tam, w tym jednym punkcie, służby celne zatrzymały od początku br. 21 transportów, gdzie pomiędzy plastikowymi śmieciami ukryte były – jak piszą – „odpady nienadające się do utylizacji”.
Z przemyt śmieci sprawcom, według federalnego prawa RFN, grożą bardzo wysokie kary. Eksperci za naszą zachodnią granicą uważają, że najlepiej będzie wprowadzić całkowity zakaz eksportu plastikowych odpadów. Wówczas skala problemu ulegnie wg nich drastycznemu zmniejszeniu. Oczywiście, konieczne są też bardziej skuteczne i częstsze kontrole.

Z zerową troską o publiczne pieniądze

Mamy w Polsce raptem trzy autostrady na krzyż, ale i tak nie potrafiliśmy ich budować bez przekrętów.

Wszystkie umowy koncesyjne dotyczące budowy autostrad zawierają szereg postanowień niekorzystnych dla strony publicznej oraz dla kierowców – taki jest najważniejszy wniosek, zawarty w raporcie Najwyższej Izby Kontroli dotyczącym zabezpieczenia interesów Skarbu Państwa i użytkowników płatnych autostrad w umowach koncesyjnych.
Chodzi tu przede wszystkim o stosowanie niekorzystnych modeli finansowania budowy i utrzymania drogi, wadliwy rozkład ryzyka oraz nieskuteczne mechanizmy rozstrzygania sporów.
W rezultacie NIK stwierdza: „Interesy Skarbu Państwa i użytkowników autostrad płatnych w umowach koncesyjnych nie zostały w pełni zabezpieczone”.
Umowy zawierają ponadto zapisy w całości wykluczające ich jawność, co ograniczało konstytucyjne prawa obywateli do uzyskiwania informacji. W konsekwencji, kierowcy korzystający z autostrad nie dysponowali nawet podstawowymi informacjami o standardach obsługi, jakich mają prawo oczekiwać od koncesjonariuszy. Obciąża to zarówno Ministra Infrastruktury jak i GDDKiA, bo instytucje te akceptowały taki kształt umów.
Brylantowe jaja
Polskie autostrady są dla ich zarządców kurą znoszącą już nie złote, ale brylantowe jaja. W latach 2015-2018 wpłaty na rzecz Skarbu Państwa od firm mających koncesje na zarządzanie autostradami wyniosły 413 493,0 tys. zł.
W tym samym czasie koncesjonariusze otrzymali aż 4 705 129,5 tys zł. Czyli jedenaście razy więcej. Żyć nie umierać!. Naturalnie stawki opłat za autostrady ustalane przez koncesjonariuszy są znacznie wyższe, niż na odcinkach, na których ustala je strona państwowa.
W 1993 r. rząd polski opracował Program Budowy Autostrad, którego jednym z założeń była ich budowa z wykorzystaniem kapitału prywatnego. W ramach realizacji tego programu zawarto z inwestorami szereg umów koncesyjnych dotyczących budowy i eksploatacji autostrad.
Umowy te podpisywano w latach 1997 – 2013. Różnią się one od siebie. Według jednych (tych zawieranych wcześniej), wysokość stawek ustala koncesjonariusz i zatrzymuje dla siebie środki uzyskane z opłat. Według nowszych – wysokość opłat ustala strona publiczna. Koncesjonariusz odprowadza te opłaty do Krajowego Funduszu Drogowego, a wynagrodzenie za udostępnienie autostrady otrzymuje z budżetu państwa.
Wspomniane umowy zobowiązują koncesjonariuszy do prowadzenia stosownej sprawozdawczości oraz posiadania ubezpieczenia od odpowiedzialności cywilnej za skutki naruszenia swoich obowiązków.
W ocenie NIK, działania jakie podejmowali Minister Infrastruktury i Generalny Dyrektor Dróg Krajowych i Autostrad w celu ochrony interesów Skarbu Państwa i użytkowników autostrad, nie były w pełni skuteczne.
Szefowie tych urzędów nie wykorzystywali bowiem wszystkich możliwości egzekwowania od koncesjonariuszy ciążących na nich obowiązków, zarówno tych wynikających z umów jak i powszechnie obowiązujących przepisów.
Raz się udało
Skarb Państwa mógł i powinien uzyskać więcej środków od firm mających koncesje. Nikt jednak o to nie zadbał. Raptem raz się zdarzyło, że od zarządcy autostrady wymuszono zwrot nienależnie pobranych pieniędzy. Chodziło o rekompensatę dla koncesjonariusza autostrady A2. Miał on ją otrzymać, ponieważ w okresie od 1 września 2005 r. do 30 czerwca 2011 r. pojazdy ciężarowe wykupujące winietę na korzystanie z dróg krajowych w Polsce były zwolnione z uiszczania opłat na autostradach. Wysokość rekompensaty określono na podstawie prognozy natężenia ruchu pojazdów oraz wynikających z tego przychodów.
Koncesjonariusz autostrady A2 wykorzystał jednak, zamiast aktualnej wówczas prognozy z 2004 r., znacznie korzystniejszą dla siebie prognozę z 1999 r. Sprawa trafiła do arbitrażu i ciągnęła się latami. W 2013 r. Trybunał Arbitrażowy podjął w tej sprawie zdumiewającą decyzję na korzyść koncesjonariusza. Rząd Platformy Obywatelskiej postanowił jednak nie odpuszczać – i zgłosił do Komisji Europejskiej, że wypłacenie zawyżonej rekompensaty było formą udzielenia pomocy publicznej na rzecz koncesjonariusza.
Po zbadaniu sprawy, w 2017 r. Komisja Europejska wydała decyzję, w której uznała, że nadmierna rekompensata wypłacona koncesjonariuszowi stanowi pomoc publiczną niezgodną z prawem Unii Europejskiej. Firma odwołała się od tej decyzji, ale w wyniku nakazu Sądu Okręgowego w Poznaniu złożyła kwotę nadmiernie pobranych rekompensat na rachunku Ministra Finansów (wraz z odsetkami co łącznie stanowiło niebagatelną sumę 1,38 mld zł).
A co nas to obchodzi?
Generalnie, GDDKiA nie miała pełnej wiedzy na temat sposobu wykonywania przez koncesjonariuszy obowiązków wynikających z umów. Kontrolerzy GDDKiA z reguły nie dokonywali bowiem pomiarów całkowitego czasu oczekiwania pojazdów w punktach poboru opłat (co było wyznacznikiem standardu obsługi klientów) i tylko sporadycznie przeprowadzali kontrole stanu zimowego utrzymania dróg. Ponadto, GDDKiA nie wykorzystywała posiadanych materiałów analitycznych, które pozwalały na skuteczniejsze przeprowadzanie kontroli oraz lepszą identyfikację obszarów nieprzestrzegania umów koncesyjnych.
W związku z tym wszystkim, firmy zarządzające autostradami mogły spokojnie nie wykonywać swoich obowiązków, wiedząc że z tego powodu włos im z głowy nie spadnie – i nie stracą ani grosza.

Przeciw antykomunistycznym represjom

Kostas Papadakis, eurodeputowany z Komunistycznej Partii Grecji (KKE) podczas debaty z komisarzem Vĕrą Jourovą poruszył sprawę represji spadających na komunistów w Polsce i na Ukrainie.

Debata odbywała się na forum Komisji Swobód Obywatelskich i Spraw Wewnętrznych Parlamentu Europejskiego. Poseł Papadakis określić w swoim wystąpieniu nazwał stanowisko Komisji Europejskiej hipokryzją. „Pani komisarz – stwierdził – odpowiadając na niedawno postawione pytanie w sprawie nieakceptowalnych działań przeciwko Komunistycznej Partii Polski i członków redakcji jej pisma, powiedziała pani, że Komisja przyjmuje do wiadomości, że pewne państwa członkowskie przyjęły ustawodawstwo zakazujące użycia symboli z czasów komunistycznej przeszłości i że Komisja zawsze była oddana sprawie pamięci o reżimach komunistycznych. Powiedziała pani, że każde państwo członkowskie znajduje swój własny sposób upamiętnienia swojej historii.”
Tymczasem zrównanie komunizmu z faszystowskim potworem jest ahistoryczne i bezpodstawne”. „Równocześnie, UE robi zamieszanie wokół sytuacji w wymiarze sprawiedliwości w Polsce (…) i przechodzi do porządku dziennego nad prześladowaniami antykomunistycznymi w tym kraju” – dodał. Europoseł Papadakis poruszył również sprawę wydania przez ukraiński Trybunał Konstytucyjny zakazu działania Komunistycznej Partii Ukrainy.
„Wychodzi na to, że Unia Europejska pamięta o prawach człowieka i politycznych wolnościach jako o użytecznych narzędziach do interweniowania w sytuacjach, gdy służy to ochronie konkretnych interesów. Wtedy może występować w roli zatroskanego nieproszonego adwokata praw człowieka, mieszając się w wewnętrzne sprawy państw z całego świata, a godzi się przymykać oczy na eskalację antykomunizmu w państwach członkowskich, któremu towarzyszy intensyfikacja antypracowniczej i antyludowej polityki. W tym samym czasie usiłuje się oczernić w świadomości robotników osiągnięcia socjalizmu. Osiągnięcia, które narody tych krajów pamiętają, pomimo całego błota i pomówień, jakimi się je obrzuca” – oświadczył.
KKE jest obecnie najsilniejszą legalnie działającą partią komunistyczną w Europie, posiadającą swoich przedstawicieli w PE i krajowym parlamencie. Greccy komuniści często zabierają głos w obronie partii komunistycznych innych państw, które nie mają możliwości wypowiadać się w swoim imieniu na forach instytucji Unii Europejskiej.

Targu dobito

Wiadomo, kto będzie przewodniczył Komisji Europejskiej, Radzie Europejskiej, kto poprowadzi unijną dyplomację, kto będzie przewodniczącym i wiceprzewodniczącymi Parlamentu Europejskiego, kto będzie szefową Europejskiego Banku Centralnego. W Polsce otrąbiono zwycięstwo. Ale czy jest się z czego cieszyć? Czy też czym przejmować?

Szefować KE będzie dotychczasowa niemiecka minister obrony, chadeczka Ursula von der Leyen. Pierwszym wiceprzewodniczącym pozostanie Holender, socjaldemokrata Frans Timmermans, w zablokowanie kandydatury którego na następcę Jean-Claude’a Junckera Polska włożyła tyle wysiłku, stanowisko drugiego wiceprzewodniczącego przypadnie Dunce – Margrethe Vestager – dotychczas unijnej komisarz ds. konkurencji. Na stanowisku szefa unijnej dyplomacji włoską socjalistkę Federikę Mogherini zastąpi socjalista hiszpański – Josep Borell – dotychczas minister spraw zagranicznych swojego kraju. Następcą Donalda Tuska jako przewodniczącego Rady Europejskiej będzie Belg – Charles Michel – dotąd tymczasowy premier Belgii. Europejski Bank Centralny dostanie w swoje ręce Christine Lagarde – bez wątpienia kompetentna w swojej branży i konsekwentna zwolenniczka polityki oszczędności i wspierania instytucji finansowych kosztem społeczeństw, Francuzka Christine Lagarde, od 2011 roku kierująca Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Jej druga, pięcioletnia kończyłaby się za dwa lata.
Na swojego przewodniczącego Parlament Europejski – znając już wyniki tej układanki poczynionej przez brukselski szczyt – wybrał włoskiego socjalistę Davida Sassolego. Polsce „na osłodę” pozostał wybór Ewy Kopacz na wiceprzewodniczącą PE. Jeśli by zatem patrzeć na obsadę kluczowych stanowisk w Unii Europejskiej, ogłoszone w polskich rządowych mediach wielkie zwycięstwo Grupy Wyszehradzkiej, a Polski w szczególności, od którego należałoby zacząć liczyć kalendarz, wypada dość mizernie. Starczy przejrzeć powyżej wyliczone nazwiska, żeby stwierdzić, że reprezentanta środkowo – i wschodnioeuropejskich państw UE nie ma tam żadnego. Wszystkie kluczowe funkcje „zagospodarowała” między sobą zachodnia część bloku. Nawet jeśli udało się zablokować kandydaturę znienawidzonego Timmermansa, przeciwko któremu gardłowała nie tylko Grupa Wyszehradzka, ale również – na planie podziałów partyjnych, a nie państw członkowskich – frakcja chadecka, nie mogąca pogodzić się z oddaniem tego stanowiska socjaliście, podczas gdy oni wygrali wybory do Europarlamentu, a ich „wiodący kandydat” został wyoutowany już w przedbiegach, to i to osiągnięcie nie powala, bo Timmermans nadal będzie w KE osobą numer 2 i polskiemu rządowi da się jeszcze z pewnością we znaki.
A więc znów klęska?
Nie da się ukryć, że Grupa Wyszehradzka została przez Zachód Europy ukarana za mieszanie się w nie swoje sprawy. Francja i Niemcy pokazały jej, kto tu rządzi i rozdaje karty, a jak ktoś to utrudnia i zapomina, że jego rolą jest siedzieć cicho i klaskać, to trzeba mu przypomnieć, gdzie jest jego miejsce. Jeśli patrzy się na to wszystko tylko z właściwej PiS perspektywy postrzegającej Unię przede wszystkim jako organizację suwerennych państw narodowych, tak by to musiało wyglądać. A to nie jest jedyny sposób patrzenia na UE. Bo Bruksela i szczyty unijnej administracji żyją własnym życiem, na poziomie takim, na którym narodowość funkcjonariuszy nie ma aż tak dominującego znaczenia. Bo niezależnie od narodowości ktokolwiek obejmuje mniej lub bardziej znaczącą funkcję w unijnej biurokracji – podobnie jak jest to również w organizacjach Systemu Narodów Zjednoczonych – staje się funkcjonariuszem tej struktury. Prymitywny punkt widzenia, że jak kogoś się wprowadzi w takiej strukturze na to czy inne stanowisko, to on/ona będzie „załatwiać coś” dla swojego kraju nie działa. Tego nie tylko funkcjonariuszowi unijnemu nie wypada. Tego mu nie wolno. Podejrzenie, że ktoś taki uprawia prywatę i forsuje interesy swojego kraju jest jednym z najcięższych zarzutów (poza może korupcyjnymi), jakie mogą dotknąć europejskiego urzędnika. Z tego powodu pracujący w tego rodzaju strukturach urzędnicy, wszystko jedno, jakiego szczebla, od swoich delegacji narodowych starają się trzymać na dystans. Na duży dystans. Dlatego też rozmiarów poniesionej przez wschodnią część UE klęski nie ma też powodu przeceniać.
Analityki i oceny, którymi jesteśmy raczeni przez polityków śmieszą cokolwiek, bo zależnie od okoliczności sprzedaje się nam taką czy inną wykładnię. Jeśli zatem Donald Tusk twierdzi, że wybór Ewy Kopacz na jedną z czternastu wiceprzewodniczących PE (przypomnijmy, że państw członkowskich w UE jest 28, a wkrótce będzie 27, liczba „wice” w PE przypomina cokolwiek autobus z niegdysiejszych dowcipów o Wąchocku, który jest szerszy niż dłuższy, bo wszyscy chcą siedzieć przy kierowcy) to jakiś wielki sukces Polski, to znaczy to tylko tyle, że należy ona do jego frakcji i dlatego jej wybór opakowuje w nimb osiągnięcia, z którego dla Polski miałoby wiele wyniknąć. I tak samo jak on nic dla Polski ze wspomnianych wyżej powodów nie „załatwiał”, bo nie po to tam był, tak i nie będzie pani Kopacz. A jeśli spróbuje – bardzo szybko zostanie przywołana do porządku.
Pewnie dostaniemy także jakieś stanowiska komisarskie – jedno, może dwa – ale tych także jest wiele. Właśnie po to, żeby państwa członkowskie mogły się dobrze poczuć, że niby to „kogoś mają” w Brukseli.
Bez euforii
Jeśli coś może w tym wszystkim martwić, to coś zupełnie innego. Mianowicie to, że na głębsze zmiany w funkcjonowaniu UE i jej biurokratycznej maszynerii nie ma co liczyć. Tak, jak to już uciera się od dawna, europejscy przywódcy preferują bowiem obsadzać kluczowe stanowiska w Unii figurami „bezpiecznymi”, przewidywalnymi, takimi, co do których można mieć pewność, że nie będą wierzgać, nie będą mieć wizji, nie zrobią rewolucji (wszystko jedno pod jaką flagą), nie wstrząsną tą strukturą. Bo takich europejscy przywódcy się po prostu boją. I był właśnie też jeden z powodów, dla którego szefem KE nie został Timmermans – polityk odważny i wyrazisty.
Unia ma być taka jaka jest i nie spędzać im snu z powiek. Jak ciepłe kakao przed snem. I to martwi, bo opcja „więcej tego samego” dla Francji czy Niemiec – które pozostaną „rozdającymi karty”, niezależnie od tego, kto kim będzie osobiście w KE – jest z pewnością wygodna, pozwalająca utrzymać im inicjatywę, co do tego, czy wprowadzać w tym systemie zmiany, jakie i kiedy, jeżeli już, nie wydaje się tym, czego Europa potrzebuje.
Od Traktatu Lizbońskiego upłynęło ponad 12 lat, a świat – tak w obrębie UE, jak i może jeszcze bardziej w jej globalnym otoczeniu – tymczasem poważnie się zmienił. Unia za,oamst reagować na to, zaczyna zaś kostnieć, zaczyna coraz wyraźniej tracić swoją dynamikę, zaczyna kręcić się jak pies za własnym ogonem. W stosunku do zewnętrznych partnerów (mówiąc eufemistycznie; mówiąc konkretnie – rywali) takich jak Stany Zjednoczone, Chiny czy Rosja, nie jest w stanie wypracować koherentnej polityki. Własnych wewnętrznych spraw nie potrafi skutecznie rozwiązywać. I naprawdę potrzebuje kolejnego wstrząsu, jeśli nie ma czekać jej uwiąd. Inaczej grozić jej będzie, że podzieli los wielu różnych inicjatyw i bloków, które w swoim czasie powstawały, ale których czas minął – o czym w wywiadzie dla „DT” przypominał niedawno Włodzimierz Cimoszewicz. Byłaby to dla nas perspektywa bardzo niedobra. I trzeba powiedzieć, że ekipa, która Unię poprowadzi przez najbliższe lata nie robi wrażenia rokującej na przejście UE na kolejny poziom integracji (jak w grze komputerowej, kiedy albo w pewnym momencie z poziomu – powiedzmy – „4” – albo przeskakuje się na poziom „5”, albo gra się kończy), nawet jeśli weźmie się pod uwagę, że pani von der Leyen ma opinię zdecydowanej federalistki. Może decydujący o tym, uznali, że czas na zmianę jeszcze nie przyszedł, ale oby nie skończyło się to zaspaniem gruszek w popiele.

Emocje opadły, ale nie wystygły

Z Brukseli rezultaty szczytu UE i inauguracji Parlamentu Europejskiego komentuje europoseł SLD z frakcji Socjalistów i Demokratów (S&D), wiceprzewodniczący PE w poprzedniej kadencji, prof. Bogusław Liberadzki.

Po ostatnich wydarzeniach w Brukseli opinia publiczna jest bardzo podzielona. Rząd ogłosił sukces i święci go. Zablokowanie wyboru Fransa Timmermansa na przewodniczącego Komisji Europejskiej traktowane jest jako dowód na wielkie znaczenie Grupy Wyszehradzkiej i Polski w szczególności dla całej polityki europejskiej. Przeciwnicy rządu mówią, że jest to sukces na miarę słynnego 27:1, a nawet większy – „to klęska na całej linii”, słyszymy. Tę opinię wzmacnia porażka prof. Krasnodębskiego, kandydata PiS na wiceprzewodniczącego PE, który przepadł w wyborach, uzyskawszy niewiele ponad 80 głosów. W pierwszej turze uzyskał głosów bez mała 170. W kolejnych dostawał coraz mniej, aż w końcu zupełnie wypadł.
Reakcje i kalkulacje
Była to chyba reakcja sali, na zachowanie prominentnych przedstawicieli Prawa i Sprawiedliwości, którzy nie wstali, kiedy grano i śpiewano hymn europejski, zaś część z nich weszła do sali dopiero po odegraniu hymnu. To zostało zauważone.
Mimo, że – jako polska delegacja – staraliśmy się wspierać kandydaturę prof. Krasnodębskiego, to jednak rząd PiS naraził się całej większości w Parlamencie Europejskim. Chadecy nie odwdzięczyli się więc za wykreowanie pani von Leyen na kandydatkę do fotela przewodniczącej Komisji Europejskiej (ich kandydatem był – co przypominam – Manfred Weber), socjaliści (poza delegacją SLD-owską), po zablokowaniu Fransa Timmermansa, też nie mieli powodu głosować na kandydaturę prof. Krasnodębskiego.
Przypadek Timmermansa traktuje się zresztą bardzo poważnie, jako zablokowanie polityka, który chciał praworządnej i zintegrowanej Unii Europejskiej. Fiasko tego planu, (choć Grupa Wyszehradzka nazywa to „sukcesem”) na tym polega, że Franz Timmermans będzie nadal robił to samo – będzie strzegł praworządności w krajach członkowskich. Zostanie pierwszym wiceprzewodniczącym KE – jeśli w ogóle kandydatka na przewodniczącą Komisji Europejskiej zyska aprobatę Parlamentu, bo to nie jest takie pewne. Pamiętajmy, że jej kandydatura musi uzyskać parlamentarną większość. Takiej gwarancji dziś nie ma. Na przykład w grupie Socjalistów i Demokratów, tylko delegacja Hiszpanii jest zadowolona z ostatecznych rozstrzygnięć (Hiszpan został wyznaczony na następcę pani Federiki Mogherini) i na pewno zagłosuje „za”. Natomiast inne delegacje w grupie S&D wypowiedziały się przeciw pani von Leyen. Skoro bowiem przepadł kandydat S&D, a wysunięto przedstawicielkę chadecji, to jakie socjaliści mają powody, żeby ją popierać? Sytuacja jest więc dosyć skomplikowana. Gdyby zdarzyło się, że pani von Leyen większości jednak nie uzyska, to porażka naszego rządu zyskałaby jeszcze większy wymiar. Poza tym w takiej sytuacji trzeba będzie na nowo zwołać premierów rządów UE i uzgodnić kolejną kandydaturę.
Wszystko razem bez wątpienia złożyło się na to, że dobry wiceprzewodniczący PE, prof. Krasnodębski, nie uzyskał wystarczającej liczby głosów, by mógł kontynuować swą pracę. Na dodatek mamy chyba do czynienia z czymś w rodzaju sporu w rodzinie, gdyż Włoch Fabio Massimo Castaldo, który pokonał prof. Krasnodębskiego, należy do formacji bliskiej PiS.
Złamana zasada
Jest jeszcze jeden aspekt porażki Franza Timmermansa. Pokazano mianowicie, że koncepcja tzw. „wiodącego kandydata” – uzgodnionego i wysuniętego przez wszystkie grupy polityczne PE, jest nieważna. Może być pominięta. Dotychczas byliśmy w PE przekonani, i tak postępowaliśmy, że Rada Europejska wybiera przewodniczącego Komisji Europejskiej spośród „spitzenkandydatów”. Było ich dwóch: Weber (EPL) i Timmermans (S&D). Weber przepadł, pozostał Timmermans. To więc, co się stało – również na skutek zabiegów Grupy Wyszehradzkiej – to jest pokazanie, że koncepcja kandydatów wiodących została przekreślona, ale nie przed wyborami, tylko post factum. Co do innych reguł się umawialiśmy, a co innego zrobiono i to wbrew woli PE. To kolejne skomplikowanie sytuacji i otwarcie nowego pola do ewentualnych sporów. To, co jest stałe w polityce Unii, to prawo, zwyczaje i przestrzeganie umów. Coś więc zostało złamane. Grupa Wyszehradzka w jakimś sensie doprowadziła swym postępowaniem do zachwiania pewnego zwyczaju. Z jedną uwagą – premier Słowacji zręcznie pokazał, że jest jakby poza, że nie bierze w tym udziału. Przypomnę, że to socjaldemokrata. Nie wyłamał się, ale również nie uczestniczył czynnie w całym przedsięwzięciu. Ocenia się więc, że mamy w gruncie rzeczy do czynienia niejako z trzyosobową „reprezentacją” tej Grupy. Dosyć zastanawiającą…
W przypadku premiera Czech są bardzo duże zastrzeżenia, wręcz dochodzenie w Komisji Europejskiej, co do sposobów wykorzystania środków pochodzących z UE w jego prywatnych przedsięwzięciach. W stosunku do premiera Viktora Orbána zastrzeżenia są bardzo daleko idące. Między innymi uważa się, że Manfred Weber – przepadły kandydat grupy Europejskiej Partii Ludowej – zapłacił w ten sposób za tolerowanie Orbána w szeregach tej grupy. No i do tego dochodzi premier Polski, który kierował się bardziej osobistą niechęcią do Timmermansa niż – tak ja to widzę – dobrze rozumianym interesem Polski w Unii Europejskiej.
Nie możemy też zapominać, że zarówno wobec Węgier (krócej), jak i wobec Polski (dłużej) toczy postępowanie z Art. 7 Traktatu Europejskiego w związku z uzasadnionymi, poważnymi obawami o przestrzeganie demokratycznych standardów państwa prawnego. Jeśli więc w jakimś stopniu postępowanie trzech premierów Grupy Wyszehradzkiej wobec Timmermansa – najwyższego unijnego strażnika praworządności, było motywowane tymi problemami, to odnieśli oni co najwyżej pyrrusowe „zwycięstwo”. Unia Europejska i tak nie odrzuci swoich standardów. Nadal będzie twardo broniła zasad, praworządność będzie nadal niczym latarnia morska, na którą będzie się orientować cała polityka unijna. Timmermans dalej będzie miał pełną swobodę działania w obszarze, za który do tej pory odpowiadał.
Dlatego twierdzę, że Frans Timmermans nie doznał żadnej klęski, co najwyżej pewnego niepowodzenia. Dotyczy to także naszej grupy politycznej S&D, bo przecież był on naszym kandydatem na przewodniczącego Komisji Europejskiej. Ale i tak możemy się czuć usatysfakcjonowani. Mamy przewodniczącego Parlamentu, mamy wysokiego przedstawiciela do spraw działań zewnętrznych i mamy pierwszego wiceprzewodniczącego KE. To jest rozwiązanie dla nas satysfakcjonujące.
Lekcja do odrobienia
Wszyscy nowo wskazani do objęcia najważniejszych stanowisk w Unii są zwolennikami większej integracji państw ją tworzących, umacniania się strefy Euro, bo to jest element gospodarki globalnej, wszyscy i każdy z osobna są zwolennikami Europy praworządnej i przestrzegania praworządności w każdym z państw członkowskich. Tak to należy widzieć. Żaden z nich, a zwłaszcza Timmermans, nie jest wrogiem Polski. Ja go postrzegam, jako przyjaciela Polski. Timmermans chce, żeby Polska była prawdziwym, zdrowym, szanowanym partnerem w UE, a drogą do tego jest praworządność w państwie polskim, aktywny udział – proporcjonalnie do wielkości i możliwości – we wszystkich procesach decyzyjnych.
Przy okazji mamy dowód na to, że żeby nie zostać samemu, trzeba szukać rozwiązań akceptowalnych dla wszystkich. Nasze interesy mogą być osiągane razem z interesami wspólnoty jako całości. Trzeba współpracować i współbudować, a nie destruować. Trzeba debatować, dyskutować, a nie demonstrować i protestować. Trzeba wiedzieć, kiedy ogłaszać sukces. Teraz go po prostu nie ma. Nie ma przedstawicieli naszej części Europy, którzy sprawowaliby wysokie funkcje w instytucjach europejskich. Zero!
Populistów miejsce w szeregu
Ci, którzy przed wyborami sporo nadziej pokładali w fali populizmu, która pojawiała się w Europie, też mocno się zawiedli. Europa jest przywiązana do demokracji. Mówiłem o tym wiele tygodni temu. Populiści przekonali się o tym dopiero teraz, gdy zobaczyli jak małą są grupką w wielkiej sali obrad plenarnych PE i jak niewiele mogą.
W poprzednim parlamencie mieli dwa zauważalne ugrupowania polityczne. Jedno z nich – Europa Wolności i Demokracji Bezpośredniej po prostu przestało istnieć. Została około 50-cioosobowa grupa posłów, która nawet zmieniła nazwę – teraz jest to Europa Tożsamości Demokratycznej.
PiS zaś znalazło się w grupie politycznej, która jest szóstą pod względem wielkości. W poprzednim parlamencie była trzecią. Jej obecny udział w całej sile politycznej PE wynosi poniżej ośmiu procent. Proszę się więc nie dziwić, że są przegłosowywani. Beznamiętne liczby, fakty i konsekwencje trzeba przyjąć do wiadomości.

W Polsce nie chodzi o postęp

„Trump i jego administracja traktują Unię Europejską jako przeciwnika i podejmują działania zmierzające do jej rozbicia” – mówi w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co) Eugeniusz Smolar, członek Rady Centrum Stosunków Międzynarodowych, były dyrektor Sekcji Polskiej BBC w Londynie.

JUSTYNA KOĆ: Wizyta prezydenta Dudy w USA to strategicznie ważne wydarzenie na miarę wejścia Polski do NATO czy bardzo drogie zakupy?
EUGENIUSZ SMOLAR: Wszystkiego po trochu. Bez wątpienia jest to sukces, zarówno obecnego rządu, jak i sukces dla Polski, ponieważ starania o wzmocnienie obecności wojskowej USA ciągnęły się od dekad. Rząd PiS-u zachował tu kontynuację i postawił to sobie jako jeden z priorytetów, co osobiście traktuję z uznaniem. Oczywiście porównywanie tego z wejściem Polski do NATO jest skrajnym absurdem. Przystępując do NATO, staliśmy się członkiem najpotężniejszego sojuszu militarnego na świecie, w którym USA odgrywają wyjątkowo silną rolę, jednocześnie wiążąc nas z europejskimi sojusznikami i nie tylko. Takie słowa są przejawem skrajnego, propagandowego entuzjazmu polityków PiS-u, którzy chcą przekuć sukces w stosunkach międzynarodowych w sukces wewnętrzny.

Decyzja o zwiększeniu czy rozszerzeniu obecności wojsk na wschodniej flance NATO zapadła jeszcze podczas szczytu w Newport. Prawdopodobnie każdy rząd, nawet nieudolny, doprowadziłby do tego zwiększenia.
Trudno powiedzieć, dlatego że zarówno typ administracji prezydenta Trumpa, jak i jego osobowość i stopień wsparcia dla obecnego rządu w Polsce mają tu ogromne znaczenie. Oczywiście opracowanie planu wzmocnienia obrony naszego regionu zlecił jeszcze prezydent Obama, kiedy został poinformowany, że przywódcy NATO wzdragają się przed opracowaniem tzw. planów ewentualnościowych. Trump kontynuuje tę politykę, ale na pewno jego osobowość i zrozumienie sytuacji są też bardzo ważne. Istotne pytanie, które należy sobie zadać, to czy Sojusz Północnoatlantycki i Stany Zjednoczone uważają, że Rosja zamierza dokonać ataku na którekolwiek z państw członkowskich. Odpowiedź na to pytanie, które uzyskałem zarówno w siedzibie NATO, jak i w Waszyngtonie, zakłada wykluczenie takiego scenariusza. Zakłada się natomiast działania o charakterze hybrydowym, czyli działania podprogowe, to jest działania, które nie wywołują konieczności odniesienia się do Artykułu 5. Z punktu widzenia potencjalnego ataku Rosji na jedno z państw NATO, w tym na Polskę, to 1000 żołnierzy nie odegra żadnej roli. Nie symboliczny charakter ma już natomiast obecność bazy w Redzikowie, która dla Stanów Zjednoczonych ma wymiar strategiczny, bo jest elementem sieci systemów antyrakietowych, broniących przede wszystkim terytorium USA i w pewnym stopniu sojuszników europejskich. Ten obiekt w Polsce rzeczywiście sprawia, że jakiekolwiek zagrożenie bazy staje się realnym zagrożeniem dla bezpieczeństwa USA. Ważna jest też zapowiedź rozlokowania dronów wywiadowczych na terenie Polski. To sprawia, że przy wszystkich zastrzeżeniach propagandowych wobec polityków PiS-u i ministra Błaszczaka, jest to sukces Polski: wzmacnia nasze bezpieczeństwo i wzmacnia nasze więzy na poziomie operacyjnym z wojskiem amerykańskim i z wojskami państw NATO.

Czy z sojusznika, którego się wspiera, nie staliśmy się jednak sojusznikiem, który kupuje bezpieczeństwo za gigantyczne kwoty? Kupujemy gaz, dwie eskadry ekstremalnie drogich samolotów…
To jest rzeczywiście sprawa kontrowersyjna dla opinii publicznej każdego z krajów europejskich. Żaden z tych krajów, może z wyjątkiem Francji i Wielkiej Brytanii, nie ma takiego stosunku do twardej siły jak USA, które wydają 3,4 proc. PKB. To mniej niż było 10-20 lat temu, jednak jest to ciągle dwa razy więcej, niż wydają kraje europejskie na obronę. Jest to związane oczywiście ze światowym zaangażowaniem USA i posiadaniem baz wojskowych i wpływów w ponad 100 krajach na świecie. Po drugie, nieprzypadkowo mamy pretensje do Niemiec i innych krajów, które nie wydają nawet 2 proc. Nie jest traktatowe zobowiązanie, ale państwa europejskie powinny to robić. Nie dlatego, że USA tego od nas oczekują, tylko ze względu na niebezpieczne otoczenie. Na wschodzie mamy wojnę na terenie Ukrainy, na południu wojna i zaburzenia w rejonie północnej Afryki. To są zagrożenia europejskie, w związku z czym Europa musi znaleźć w sobie możliwości, zarówno sprzętowe, jak i finansowe, aby móc reagować i stabilizować te rejony, a nie czyni tego w stopniu wystarczającym. Europa ma inne potrzeby budżetowe, np. socjalne, na służbę zdrowia czy edukację, które stały się priorytetem dla polityków, którzy często myślą w kategoriach cyklu wyborczego i nieprzychylności własnej opinii publicznej. Polska opinia publiczna przyzwyczajona jest do tego, że żyjemy w niebezpiecznym świecie i Rosja pozostaje agresorem, zatem musimy łożyć na obronność. Jak to robimy, to już jest inna sprawa. Jeśli ceną większej obecności USA i NATO są zakupy broni amerykańskiej, to tylko trzeba się zastanowić pragmatycznie, jaka to ma być broń.

No właśnie, jaka?
Faktem jest, że kupując F-35 wchodzimy do najwyższej ligi współpracy z wojskami USA i flotami lotniczymi europejskimi coraz liczniejszej grupy państw, które zaopatrują się w te samoloty. Z drugiej strony wiemy, że to będzie niesłychanie drogi zakup. Równie kosztowny jest cały system infrastruktury elektronicznej obsługi tych samolotów, co kosztuje dwa razy więcej, niż same maszyny. Mam tu zastrzeżenia koncepcyjne, bo są to samoloty o charakterze ofensywnym. Posiadając je, stajemy się częścią struktury amerykańsko-NATO-wskiej w warunkach wojny z Rosją, natomiast niedofinansowane są te dziedziny funkcjonowania sił zbrojnych, które bezpośrednio wpływają na wzmocnienie polskiej obronności. Jeśli rzeczywiście spodziewamy się wojny z Rosją, to musimy sobie zdawać sprawę, że to nie będzie taka sama wojna jak w przeszłości i powinniśmy zaopatrzyć odziały rozmieszczone na terenie kraju, w tym również WOT, w przenośne systemy obrony przeciwpancernej, które są tanie i które stanowiłyby poważne zagrożenie dla jakichkolwiek sił obcego państwa, które by wkroczyły na terytorium RP. Zakupy F-35 drenują budżet państwa, nie wzmacniając zdolności obronnych polskich sił zbrojnych i wewnętrznej gotowości do obrony.

Mówił pan o zagrożeniu działaniami podprogowymi jako o bardziej realnym scenariuszu. Może warto przeformatować działania NATO w tym kierunku? Wiemy już, że Rosja wpływała na wybory w krajach europejskich czy USA, a także na brexit poprzez trolle.
Tu nie chodzi o trolle. Sojusz Północnoatlantycki już 5 lat temu, poszczególne mocarstwa europejskie trochę później stworzył struktury obrony w dziedzinie wojny cybernetycznej. Jest to dziedzina, w której współpraca UE z NATO jest wyjątkowo skuteczna. Istnieje tzw. Centre of Exellence w Estonii, gdzie wypracowuje się najlepsze metody dotyczące obrony w cyberprzestrzeni. USA doskonale zdają sobie sprawę z zagrożenia i uruchomiły już działania, które mogą mieć charakter ofensywny wobec źródeł ataków. Nie chodzi tu o trolle, a o możliwość, która została potwierdzona przez Federację Rosyjską, zaatakowania tzw. infrastruktury krytycznej – siłowni elektrycznych, tam, infrastruktury łączności. Rosja zaatakowała niegdyś Estonię, a 2 lata temu Ukrainę, wyłączając zdalnie jedną z elektrowni. To jest dużo większe zagrożenie, niż trolle, bo z tymi można się uporać, np. jak robią to skutecznie Litwini poprzez współdziałanie wojska i społeczeństwa obywatelskiego. U nas niestety się tego nie robi. Wiem, że USA mają przygotowany plan, aby zaatakować strategiczną infrastrukturę Federacji Rosyjskiej. Rosja oczywiście również o tym wie.

Donald Trump zapowiedział, że będzie ubiegał się o reelekcję. Na razie sondaże dają wygraną demokratom, ale sytuacja może się jeszcze zmienić. Co byłoby lepsze dla Polski?
Trudno powiedzieć, bo zastanawiając się nad tym, co byłoby lepsze dla Polski, trzeba spojrzeć w kilku wymiarach. Trump czuje się związany z Polską, wygłosił piękne przemówienie w Warszawie, które łechtało naszą próżność, a jednocześnie jest nieprzewidywalny. Proszę zwrócić uwagę, że polityka Zachodu, a mam tu na myśli zarówno NATO i UE, jak i poszczególne państwa, jak USA, Francja czy Niemcy, z jednej strony podejmują daleko idące działania o charakterze obronnym przeciwko postępowaniu Rosji, z drugiej strony zarówno USA, jak i sojusznicy europejscy deklarują politykę otwartości dla dialogu i współpracy. Zatem jeśli z jakiegokolwiek powodu przywódcy rosyjscy doszliby do wniosku, że opłaca im się zawarcie porozumienia z Zachodem, nie na zasadzie Jałty, ale jednak porozumienia z wielkimi, to należy zapytać o jego cenę. Zapłacić może Ukraina, ale nie można wykluczyć, że ceną mogłoby być zmniejszenie zaangażowania USA w naszym regionie. Wydaje się, że Trump jest zainteresowany dobrymi stosunkami z różnymi satrapiami na świecie, w tym z Putinem, i jest z tego punktu widzenia bardziej nieprzewidywalny, niż nawet establishment Partii Republikańskiej. To jest zadanie dla polskiej dyplomacji, jak i krajów naszego regionu, aby zachowywać dobre stosunki zarówno z administracją Trumpa, jak i z Republikanami i Demokratami w Kongresie.

Trump ma szanse na reelekcję? Na razie nawet sprzyjający mu Fox News podaje przegraną 39 do 49 proc.
W społeczeństwie amerykańskim nastąpiły głębokie podziały i fragmentaryzacja. Trump jest odpowiedzią dla tych, którzy uważają, że powodzi się im gorzej, a są ich miliony. Wiele obiecuje, niewiele robi (…).

Czy incydent w Zatoce Osmańskiej – zaatakowanie dwóch tankowców – jest groźny i powinniśmy się martwić?
To poważna sprawa. My do dziś nie wiemy, co tam się tak naprawdę stało. Kapitan jednego z japońskich tankowców powiedział, że atak nastąpił z powietrza, gdy Amerykanie twierdzą, że wybuchły ładunki przymocowane do kadłubów statków. Widzę tu poważny problem w kontekście naszej rozmowy, czyli stosunków polsko-amerykańskich. Stosunki USA-Iran i USA-Chiny bezpośrednio wpływają na politykę polską. Jeśli Stany Zjednoczone udzielają nam wsparcia, to za pewną cenę, bo Trump każe sobie płacić, i większe niebezpieczeństwo dla Polski widzę w wyizolowaniu z polityki europejskiej. Podam przykład: Europejczycy odmawiają rezygnacji z porozumienia nuklearnego z Iranem, a czołowy przedstawiciel dyplomacji niemieckiej ogłosił w Iranie, że niedługo będzie gotowy system płatności, który ominie sankcje amerykańskie. To wywołuje wściekłość w Waszyngtonie i wobec takich krajów jak Polska, które się uzależniły od USA, mogą być wywierane naciski, żeby zajęły bardziej ofensywne stanowisko nie wobec Iranu czy Chin, ale wobec innych członków UE. Polska może zostać zmuszona do zajęcia pozycji kraju, który będzie rozbijał jedność UE. Dotychczas to się nie stało, a Unia w tym tygodniu przedłużyła jednogłośnie sankcje wobec Moskwy, co powinno zostać docenione w Warszawie. Dobrze się stało, że zarówno MON, jak i MSZ dbały o to, aby informować o polityce amerykańsko-polskiej kraje UE i NATO. Udało się uniknąć podziałów na tym tle. Pytanie, jak długo to jeszcze będzie możliwe. Tym bardziej, że Trump i jego administracja traktują Unię Europejską jako przeciwnika i podejmują działania zmierzające do jej rozbicia.

Musimy zmienić priorytety

O nierównościach społecznych, ich znaczeniu dla rozwoju społecznego i drogach prowadzących do ich redukowania z byłym kanclerzem Austrii (2007-2008), socjaldemokratą Alfredem Gusenbauerem rozmawiają Piotr Gadzinowski i Grzegorz Waliński.

Podstawowe pytanie dotyczy tego, czy wzrost nierówności jest integralną częścią kapitalizmu, czy może można zmodyfikować system, system ekonomii społecznej, czy też potrzeba bardziej radykalnej, jeśli nie powiedzieć rewolucyjnej odbudowy?
Nie jestem ekspertem w rewolucjach, ale jestem ekspertem w dziedzinie reform. Myślę natomiast, że w dzisiejszych czasach rynek kieruje się zasadą „jeden dolar = jeden głos”, a demokracja kieruje się zasadą „jedna osoba = jeden głos” i musimy próbować narzucić te zasady demokracji również na rynek, ponieważ tylko wtedy będziemy w stanie połączyć niektóre z tych bezprecedensowych poziomów nierówności, z którymi mamy dziś do czynienia. Istnieje wiele możliwości, aby to zrobić. Jedną z najważniejszych rzeczy, o których myślę, jest oczywiście regulowanie świata finansowego. Bo pamiętamy, że w 2008 r. świat finansowy postawił cały świat na skraju fundamentalnego kryzysu gospodarczego. Przy tych wszystkich strasznych skutkach dla wielu krajów i wzroście bezrobocia, narastał dług publiczny itp. A teraz zadajemy sobie pytanie, czy banki i instytucje finansowe znów przypadkiem nie zarabiają ogromnych sum pieniędzy, przepisy regulujące tak naprawdę nie istnieją, więc rynek nie działa tak jak wcześniej. Nie możemy więc zaakceptować faktu, że państwa i rządy są po prostu kanałami, które są pytane, kiedy trzeba chronić banki i system finansowy, ponieważ następny kryzys nadejdzie szybciej, niż chcemy. Musimy więc zmienić przepisy i poprzeć publiczne podstawowe zasady tego systemu kapitalizmu, który zrobił się zupełnie nieproporcjonalny.
Drugie pytanie dotyczy pomiarów. Jak dalece pomiary używane przez ekonomistów naprawdę pokazują stan dobrobytu i bogactwa albo raczej jego brak w społeczeństwach? Dostajemy informacje o rosnącym PKB, jednak rozsądna ocena tej sytuacji społecznej nie jest wcale powodem do optymizmu. Więc co jeśli PKB nie przekłada się tak naprawdę na rosnący dobrobyt lub bezpieczeństwo socjalne klasy robotniczej, ale jest raczej jest konsumowany przez wielonarodowe korporacje i bardzo niewielu zamożnych?
Cóż, jest kilka rzeczy, o których musimy wspomnieć. Przede wszystkim, aby dać przykład tego, co sugeruje twoje pytanie przedstawię przykład kiedy PKB wprowadza w błąd… Masz dom, czasy się zmieniają. Jeśli ceny nieruchomości rosną z roku na rok, to nic nie powstaje a jest to tylko sztuczny wzrost i wartość, które zostaną zrealizowane w ramach sprzedaży przez właścicieli nieruchomości. Ale tak naprawdę nie jest to wzrost produkcji ani wzrost wydajności. I jak słyszeliśmy dzisiaj na konferencji, że może 50 proc. wszystkich wielkich prestiżowych nieruchomości w Londynie jest własnością nierezydentów, a z tego 50 proc. aż 70 proc. nie mieszka tam. Oznacza to, że są ogromne ilości pokoi, które są puste w Londynie, co oczywiście powoduje, że także lokalna gospodarka cierpi, ponieważ jeśli ludzie tam nie mieszkają, nie potrzebują klinik, nie potrzebują restauracji, nie potrzebują sklepów itp. Cały sektor usług jest odłączony. Że tak powiem, jeśli byśmy nie uważali na tych bogatych europejskich lub rosyjskich kleptokratów, którzy mogą kupić te ogromne apartamenty w Londynie, byłoby źle. Ponieważ zabierają możliwości z cyklu gospodarczego, które w przeciwnym razie mogłyby przynieść korzyści ludziom. To jest jeden przykład. Drugą rzeczą jest oczywiście wiele, wiele debat na temat tego, czy PKB jest niezależny od całej krytyki, jaką można mieć, a ja wspomniałem, że nie jest jeszcze właściwy według podstaw pomiaru. Myślę, że sam PKB nie wystarczy. Dla mnie liczy się wskaźnik aktywności, z którego wiemy ile ludzi ma pracę. Po drugie, ile osób jest bezrobotnych. Po trzecie, jaki jest dochód ogólny kraju. Są to dodatkowe mierniki, które są bardzo ważne, aby zrozumieć, jaka jest rzeczywista sytuacja ludności. A ponieważ wszyscy wiemy, czy weźmiemy pod uwagę tylko PKB jako taki, mamy wyłączny wzrost i mamy wzrost sprzyjający włączeniu społecznemu – tak więc rośnie polityka, która jest przeznaczona tylko dla nielicznych, w których wielu pozostaje w tyle, a także w inkluzywnej polityce z programami społecznymi, z inwestycjami w edukację, innowacje, badania itd., które są znacznie bardziej otwarte.
Kiedy mówimy o tych nierównościach i obecnym poziomie rozwoju akumulacji kapitału, czy to wszystko jest produktywne, czy to wszystko przekłada się na rozwój, czy stało się „sztuką dla sztuki”, rodzajem akumulacji dla akumulacji, celem samym w sobie?
Oczywiście ten bezprecedensowy poziom gromadzenia kapitału jest całkowicie bezsensowny. Ponieważ cały ten nagromadzony kapitał nie może być właściwie oddany z powrotem do gospodarki w celu inwestycji i badań. Zwłaszcza, jeśli decydują o tym ludzie spoza prywatnych interesów.. To znaczy, ile dużych łodzi chcesz kupić, jachtów lub drapaczy chmur? Ale co jeśli te pieniądze nie są od posiadaczy kapitału, ale są na przykład od reagującego demokratycznie rządu, który może zainwestować pieniądze w starsze osoby, uniwersytety, szkoły, opiekę zdrowotną, przedszkole i tak dalej? Oczywiście istnieje ogromne zapotrzebowanie na kapitał i inwestycje na całym świecie. Kluczową kwestią jest więc: nie mówmy o ilości kapitału, określmy to inaczej – kapitał jest w złych rękach. Jest w rękach ludzi, którzy mają wszystko i nie chcą robić rzeczy, które są użyteczne dla społeczeństwa. Może oddajmy kapitał w ręce ludzi, którzy są demokratycznie wybranymi rządem?
Zgodnie z tym, czy opodatkowanie najbogatszych ludzi jest sposobem na powstrzymanie wzrostu nierówności? A także w tym sensie, sposobem na wzrost dobrobytu? Nawet Bill Gates wydaje się sugerować, że jest to możliwe i zasadniczo może również zmobilizować umysły do inwestycji i przynieść pozytywne skutki, takie jak między innymi tworzenie nowych miejsc pracy i wzrostu gospodarczego.
Myślę, że sprawiedliwe jest opodatkowanie bogatych, ponieważ od dawna unikają opodatkowania. Ale nie ograniczyłbym się tylko do opodatkowania najbogatszych. Ująłbym to znacznie bardziej radykalnie. Nie sądzę, że to szalony pomysł, że normalny pracownik nadal musi płacić podatki za swój osobisty dochód. Sądzę, że o wiele bardziej przydatne jest, gdy kapitał płaci podatki, bardzo bogaci płacą podatki za nieruchomości, a ludzie, którzy wykorzystują, niewłaściwie wykorzystują lub nadużywają środowiska na zasadzie wynajmu, są źródłem dochodów podatkowych. Musimy sformułować kwestię systemu podatkowego w znacznie bardziej radykalny sposób. A opodatkowanie bogatego to jeden element – ale nie jedyny.
Minimalny dochód podstawowy nie jest sposobem na zatrzymanie akumulacji kapitału, ale może zapewnić pewne limity zabezpieczenia społecznego. Ale czy taka proporcja spowodowałaby dalszy wzrost inflacji, która zasadniczo obniżyłaby minimalny dochód podstawowy i która mogłaby stanowić pretekst także dla państwa do wycofania się z funkcji społecznych jako regulatora i dystrybutora, które są normalne dla inwestycji w opiekę społeczną, a także w takie usługi, jak opieka zdrowotna, edukacja, bezpieczeństwo? Czy to byłoby panaceum?
Myślę, że istnieją dwa zasadnicze argumenty przeciwko powszechnemu dochodowi podstawowemu. Po pierwsze, w większości miejsc, w których jest to już omawiane lub w których próbowano, dochód podstawowy zastępuje wszystkie inne mechanizmy wsparcia społecznego, upodmiotowienia itd. Co nie doprowadziło do pozytywnych skutków, ponieważ oczywiście konsumpcja jest czymś ważnym, ale nie ważniejszym niż edukacja, opieka zdrowotna itp. Aby uzyskać ogólny dochód podstawowy, zastąpienie tej bardzo wyrafinowanej polityki społecznej, którą rozwinęliśmy w bogatym państwie, byłoby błędem, ponieważ prowadzi do najgorszych wyników. Drugim argumentem przeciwko powszechnemu dochodowi podstawowemu jest to, że powinniśmy unikać rozłamu w populacji, między tymi, którzy pracują, a innymi, którzy żyją z powszechnego podstawowego dochodu. Ponieważ nasze społeczeństwa muszą opierać się na prawach i obowiązkach. I wydaje mi się, że jeśli ktoś myśli, że nie ma wystarczająco dużo pracy dla wszystkich to może musimy skrócić czas pracy. Dla mnie ważniejsze jest, aby każdy z nas poświęcił mniej czasu na pracę niż zaakceptowanie sytuacji, w której część populacji żyje bez pracy, a druga część żyje z powszechnego dochodu podstawowego. Myślę, że to tylko zwiększyłoby liczbę podziałów w danym społeczeństwie i nie przyczyniłoby się do spójności społecznej.
Świat w którym żyjemy i który nazywamy demokratycznym, został stworzony jako mechanizm, który pozwala obywatelowi kontrolować państwo. Jednak dziś państwo coraz bardziej traci zdolność do podejmowania decyzji. To staje się coraz bardziej przywilejem współpracy międzynarodowej. Nie jest ona pod nadzorem demokratycznym. Decyzje nie zależą – lub zależą w niewielkim stopniu – od woli społeczeństw. I to nie zależy od wyborów. Krótko mówiąc, czy to nie koniec demokracji, która opierałaby się na zasadzie „jeden człowiek jeden głos”, jeśli wszystkie ważne decyzje podejmowane są raczej przez „jedna wspólnota jeden głos”?
To niebezpieczeństwo istnieje. A to niebezpieczeństwo jest bardzo znaczące, jeśli rozumiemy demokrację jako koncepcję ograniczoną na poziomie krajowym. Ponieważ prawdą jest, że same rządy krajowe nie będą w stanie udomowić międzynarodowych współpracy i międzynarodowego kapitału. Jest to jeden z najsilniejszych argumentów na korzyść Unii Europejskiej i europejskiego systemu instytucjonalnego, ponieważ Europa ma zdolność do udomowienia tej współpracy. Chodzi mi o te wszystkie orzeczenia, które robimy w prawie na przykład przeciwko facebookowi i innym, mogą być podejmowane tylko na poziomie europejskim. Ale wychodząc poza to, myślę, że żyjemy nie tylko w czasach europeizacji, ale także globalizacji, którą prowadzimy i musimy także opracować nowe wielostronne instytucje, które potrafią uporać się z tą globalną wspólną. Dlatego proponujemy – w oparciu o dobre doświadczenia, które mieliśmy ze Światową Organizacją Handlu – znalezienie czegoś w rodzaju światowej organizacji finansowej, która jest w stanie przyjąć, wdrożyć i kontrolować zasady, które doprowadziłyby do światowego systemu finansowego, który jest znacznie bardziej zrównoważony dla ludzi niż tylko zyski kapitałowe.
Podążając za tym, co Pan właśnie powiedział, jeśli niemożliwe jest powstrzymanie wzrostu nierówności na poziomie państwa narodowego, być może będziemy musieli ten system ulepszyć, aby był on zarówno w granicach państwowych jak i ponad jednym państwem? Być może instytucja taka jak Unia Europejska, która mimo to ma pewną moc, z którą musiałaby się liczyć nawet światowa współpraca, być może byłaby w stanie narzucić niektóre przepisy, które powstrzymałyby wzrost nierówności i byłyby w stanie zapewnić wzrost gospodarczy dla korzyści dla wszystkich. W tym sensie, czy jest coś co chciałbyś zreformować w Unii Europejskiej, aby mogła ona pełnić taką rolę?
Po pierwsze, nie zrozumcie mnie źle. Nadal uważam, że rządy krajowe ponoszą odpowiedzialność i jeśli spojrzysz na całą Europę, zobaczysz różne poziomy nierówności, które mamy w Europie – to pokazuje, w których krajach masz więcej rządów reagujących społecznie i w jakich krajach to nie działa tak jak powinno. Więc na poziomie krajowym możesz coś zrobić, ale twoja przestrzeń jest ograniczona i słusznie, na poziomie europejskim można zrobić więcej. I myślę, że głównym warunkiem wstępnym do przyjęcia Europy na takie stanowisko jest oczywiście dalsza demokratyzacja Unii Europejskiej. Chcę mieć silny Parlament Europejski, który odpowie na potrzeby ludzi i chcę prawodawstwa na szczeblu europejskim – powiedzmy umowy społecznej Europy – dbając o miejsca pracy, bezrobocie itp., itd. przynajmniej na tym samym poziomie, co spełnienie kryteriów opanowania długu publicznego czy inflacji. Musimy zmienić priorytety dla Europy, aby uczynić ją bardziej społeczną. A to wymaga zmieniających się instytucji, zmieniających się przepisów i do tego wymaga większości centralnej lewicy.

Sukces nie jest raz na zawsze

Czy utkniemy na poziomie biedniejszych i mniej konkurencyjnych południowych państw członkowskich UE?

Poziom życia Polaków w stosunku do USA, globalnego lidera gospodarczego, przekracza dzisiaj 50 proc. W przededniu I wojny światowej w 1913 roku, na koniec II RP w 1938 r. i na koniec Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej w 1988 r., nasz poziom życia oscylował wokół zaledwie 20 poziomu ówczesnych Amerykanów.
W 1989 r. należeliśmy do najbiedniejszych narodów Europie. Jednak po upadku socjalizmu jako pierwsi rozpoczęliśmy szeroko zakrojone reformy, które umożliwiły rozwój poprzez mechanizm rynkowy. Pierwsi w bloku socjalistycznym zaczęliśmy gonić kapitalistyczny poziom życia. Budowa rynku i napływ kapitału zagranicznego w III RP doprowadziły do modernizacji gospodarki.

Mogliśmy zacząć działać

Przystąpienie do Unii Europejskiej otworzyło wspólny rynek na polskie firmy, ostatecznie integrując je z europejską gospodarką. Dalszy sukces zależy od reform ograniczających szkodliwy wpływ polityki na gospodarkę, w tym rządów prawa, które odróżniają rozwinięte gospodarki Zachodu od reszty świata. Próby industrializacji ziem polskich przez państwowy kapitał w okresie zaborów, II RP i PRL zakończyły się porażkami.
W okresie rozbiorów rozwój gospodarczy ziem polskich w stosunku do ówczesnego lidera, Imperium Brytyjskiego, pozostał niezmieniony. Wzrost przyspieszył dopiero w Królestwie Kongresowym wraz z pewnym zakresem rynkowej industrializacji.
W II Rzeczpospolitej odcięcie od tradycyjnych rynków i problemy wewnętrzne blokowały nasz rozwój. Relatywny sukces pierwszej dekady otwartości na kapitał i ograniczonej roli państwa, zakończył światowy kryzys gospodarczy w 1929 r.. Państwową industrializację, która tymczasowo napędziła koniunkturę, przerwała wojna. Również w PRL marzenia socjalistycznych teoretyków o państwowych przemysłach, które rozwinęłyby się chronione przed zewnętrzną konkurencją, okazały się płonne. Po 40 latach państwowej industrializacji, konieczne było rozpoczęcie procesu budowy nowoczesnej gospodarki od nowa.

Zakotwiczenie w Europie

W okresie zaborów, II RP i PRL próbowaliśmy industrializacji kierowanej i finansowanej przez państwo. Jednak tym razem zdecydowaliśmy się wziąć przykład z Zachodu: pozwoliliśmy Polakom działać, budując rynek i reformując instytucje państwa. W rezultacie po raz pierwszy w swojej historii wytworzyliśmy silną i relatywnie zamożną klasę średnią.
Izolację od zagranicy zastąpiliśmy otwarciem na zagraniczną konkurencję i kapitał. Wejście zagranicznych przedsiębiorstw wiązało się z transferem technologii i metod organizacji pracy, umożliwiając rozwój oparty na wzroście wydajności, a nie tylko nakładach kapitałowych.
Przystąpienie do UE zakotwiczyło nas w europejskich powiązaniach gospodarczych oraz wymusiło modernizację firm i państwa.
Bank Światowy określa Unię Europejską mianem „maszyny konwergencji”, ponieważ jej wolność przepływu towarów, usług, kapitału i ludzi, wraz z równymi regułami gry na rynku, najlepiej na świecie umożliwiają doganianie krajów bogatszych przez kraje biedniejsze, takie jak Polska.
Pytanie stojące dzisiaj przed Polską brzmi: czy będziemy kontynuować doganianie najbardziej konkurencyjnych gospodarek świata, realizując model kapitalizmu kojarzony z północnymi państwami członkowskimi UE, czy utkniemy na poziomie biedniejszych i mniej konkurencyjnych południowych państw członkowskich.
Wielka Brytania, Irlandia, Holandia, Niemcy, Austria, jak również kraje skandynawskie, charakteryzują się większym zakresem wolności gospodarczej, sprawnością instytucji państwa, wyższymi stopami zatrudnienia i większymi, bardziej wydajnymi przedsiębiorstwami.
Na przeciwnym biegunie znajdują się państwa członkowskich kojarzone z tzw. Południem – Grecja, Włochy i Portugalia. Wszystkie z nich na pewnym etapie napotkały bariery dalszego rozwoju – w przypadku Włoch po bardzo dynamicznym wzroście w latach powojennych – takie jak przeregulowanie, złe zarządzanie finansami publicznymi i wysokie stopy bezrobocia.

Nie tylko wysokie płace

Od końca XIX wieku Polacy kolejnymi falami emigrują na Zachód w poszukiwaniu pełniejszych możliwości samorealizacji, które stwarza nie tylko dobrobyt tamtejszych społeczeństw, ale i zwykle większy zakres wolności
Po otwarciu europejskich rynków pracy Polacy wyjeżdżali przede wszystkim do północnych państw członkowskich UE, które poza wysokimi płacami charakteryzują się m.in. szerokim zakresem wolności gospodarczej i konkurencyjnymi rynkami produktów. Niestety, Polska pozostaje w ogonie Unii Europejskiej (22. miejsce) i na dość odległym miejscu na świecie (54. miejsce) w indeksie wolności gospodarczej.
Migracja międzynarodowa zastępowała dotąd migracje do miast, podobnie jak w wielu innych regionach peryferyjnych. Przełamiemy ten problem, kiedy pokonamy własną peryferyjność i osiągniemy poziom rozwoju zbliżony do Europy Zachodniej. Tak było w Irlandii w latach 90-tych, kiedy zbliżyła się do poziomu rozwoju Wielkiej Brytanii, z kraju emigrantów stając się krajem imigrantów.
Transformacja ustrojowa to nie tylko imponujący wzrost gospodarczy. Zorientowanie Polski na Zachód to także zwiększenie stopnia ochrony praw człowieka. Wejście Polski do Rady Europy, a następnie do NATO i Unii Europejskiej, to także wzrost wskaźników, które łącznie rozumiemy jako liberalną demokrację.
W najważniejszych rankingach radykalnie poprawiliśmy swoją pozycję, jeśli chodzi o wolność słowa i mediów, standardy procesu wyborczego, równość wobec prawa (w tym równość płci) i jakość wymiaru sprawiedliwości.
Wśród wszystkich państw, które od 2004 r. są członkami UE, Polska stanowiła wzór do naśladowania. Nic jednak nie jest dane raz na zawsze. Ostatnie trzy lata to niespotykana wcześniej obniżka standardów, mająca swoje główne źródło w uzależnianiu sądownictwa od polityków i spadku jakości prawa.

Łupy do podziału

Choć głos Parlamentu Europejskiegi ma w tej sprawie bardzo ograniczone znaczenie, zakończenie wyborów do niego otworzyło okres walki o obsadę najważniejszych stanowisk w instytucjach europejskich.

W ciągu najbliższych miesięcy swoje stanowiska – o kluczowym znaczeniu – opuszczą przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk i przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker. Będzie trzeba także obsadzić stanowiska szefa unijnej dyplomacji (obecnie tę funkcję sprawuje Federica Mogherini), a także wybrać następcę Antonio Tajaniego. Dopiero potem, gdy zapadną uzgodnienia w sprawie obsady tych stanowisk przyjdzie czas na wiceprzewodniczących i komisarzy, ale te będą w pewnej mierze wypadkową zasadniczych decyzji personalnych zapadających przede wszystkim w konsultacji pomiędzy członkami Rady Europejskiej – szefami państw członkowskich. Tym sprawom poświęcony był nieformalny szczyt UE w Brukseli.
Jeśli idzie o kandydatów na nowego szefa KE na „giełdzie” jest szereg nazwisk – mówi się o Manfredzie Weberze z Europejskiej Partii Ludowej, Fransie Timmermansie z Socjalistów i Demokratów, Margrethe Vestager z Porozumienia Liberałów i Sce Keller reprezentującej Zielonych. Pojawiają się również nazwiska Maroša Šefčoviča (podobnie jak Timmermans S&D) oraz ludowca Michela Barniera, który dał się poznać jako sprawny dyplomata i negocjator brexitu. Na to, komu przypadnie scheda po Junckerze albo Tusku, ma wpływ przecież także nie tylko przynależność do konkretnej frakcji, ale i kraj, który dana osoba reprezentuje, poparcie kluczowych państw członkowskich oraz pewnego rodzaju rozkład obsady wszystkich kluczowych stanowisk, jak i to jakiej narodowości politycy zajmowali je w poprzednim rozdaniu.
Choć przewodniczący Antonio Tajani stwierdził, że chciałby aby PE wyłonił kandydata przed kolejnym szczytem UE 20 czerwca, tak krótki okres może okazać się trudny do dotrzymania. Przedwczorajszy szczyt zajmował się bowiem raczej nie konkretnymi nazwiskami jeszcze, lecz właśnie raczej priorytetami i kryteriami sformowania nowej ekipy kierującej unijnymi instytucjami.
Wyboru szefa dokonuje Rada Europejska większością kwalifikowaną (21 z 28), ale też jest to przede wszystkim proces negocjacyjny, dzięki któremu decyzja ta nie jest prostym efektem arytmetyki głosowania. Choć nie jest to wymagane, zwykle szefowie państw starają się osiągnąć konsensus w tej sprawie i dopiero potem rozmawiać o obsadzie innych stanowisk, będącej niejako jej wypadkową, ale ostatnio nie udało się to – przeciw wyborowi Junckera opowiedziały się Wielka Brytania i Węgry.
Drugie niezmiernie istotne stanowisko w strukturze UE to przewodniczący Rady Europejskiej. Ze względu na to, że jest to funkcja wymagająca pracy na najwyższym szczeblu politycznym, powinna przypaść raczej nie unijnemu biurokracie czy nawet bardzo doświadczonemu europarlamentarzyście, ale osobie z politycznego „świecznika” bloku – byłemu szefowi rządu lub prezydentowi. Z tego powodu nie bez znaczenia jest, kto z kandydatów tego kalibru byłby w najbliższym czasie „do wzięcia”. Pojawia się w tym kontekście nazwisko byłej prezydent Litwy Dalii Grybauskaitė, ale na jej niekorzyść może zagrać fakt, że przecież funkcję przewodniczącego przez ostatnie dwie kadencje sprawował polityk z naszego regionu. A na dodatek potencjalną kandydatką mogłaby także okazać się kanclerz Niemiec Angela Merkel – choć taka możliwość miałaby bardzo różne, niekoniecznie korzystne szans dla niemieckiej polityk implikacje. Bo choć to bezsprzecznie wielka figura europejskiej polityki, może okazać się że aż za wielka na to stanowisko, a do tego reprezentująca kraj, w stosunku do którego wiele państw żywi obawy, że chce odgrywać dominującą pozycję w Europie.