Piąta Rzeczpospolita albo szóstka posłów

Elity PiS wstały z kolan i upadły na głowę.


Słusznie uczyniła rządowa TVP Info,że przerwała wtorkową debatę w Parlamencie Europejskim. Zaraz po wystąpieniu pana premiera Morawieckiego.
Parlament Europejski uważany jest przez elity PiS za instytucję wrogą wobec PiS. Przemówienie pana premiera Morawieckiego nie było skierowane do euro parlamentarzystów, tylko do żelaznego elektoratu PiS. Do widzów TVP Info przede wszystkim.
Przekaz pana premiera był jasny. Jesteśmy w tej, wrogiej nam Unii Europejskiej, bo nam się to zwyczajnie należy.
Należy nam się, bo trzy razy w minionym XX wieku broniliśmy tej bogatej,tłustej Europy przed „komunistycznymi hordami”. Będziemy w tej lewackiej, bezbożnej, ale nadal jeszcze bogatej i tłustej Unii Europejskiej, dopóki będziemy mogli wyciągać z niej pieniądze. Bo one nam się zwyczajnie należą.
Bo nie tylko trzykrotnie ocaliliśmy tłustą i bogatą Europę przed hordami chudych bolszewików. Bo dodatkowo byliśmy jeszcze napadani, rabowani, mordowani i zdradzani. Zwykle o świcie.
Ale pomimo tylu krzywd jakie zewsząd zaznaliśmy,to ocaliliśmy jednak nasze wspaniałe wartości. Wiarę ojców, solidarność z innymi narodami, miłość bliźniego i tradycyjną staropolską gościnność.
Dlatego nadal będziemy w tej, wrogiej i obcej nam Unii Europejskiej,bo tylko my możemy ją zmienić. Zbawić ją, nie bójmy się tego słowa.
Taki to przekaz dla narodowo-katolickich wyborców. Nazwanych kiedyś „ciemnym ludem”.
W praktyce rząd pana prezesa Kaczyńskiego traktuje Unię Europejską jak bankomat. Dopóki będzie mógł z niego pieniążki wypłacać, dopóty elity PiS nie zatrąbią do skutecznego polexitu.
Podobnie traktują Parlament Europejski deputowani z PiS.
Nie prześcigają się w pracy tegoż parlamentu, egzystują sobie tam na jego marginesie.
Za to nie ustają w wyciskaniu z niego należnych im, i dodatkowych jeszcze, korzyści materialnych. Wpłacanych w euro. Tym wrogim euro, symbolu nie suwerenności europejskich suwerennych narodów. Ale jakoś im nieśmierdzących.
Podobnie traktuje Unię Europejską polski kościół kat. Nie demokratyczna, mafijno podobna struktura gospodarczo- polityczna, wspierająca działania PiS. Oficjalnie, w przekazie dla „ciemnego ludu”, kościół kat. wielce krytyczny jest wobec laickiej i lewackiej Unii Europejskiej. Ale do polexitu gromko nie namawia.
Nie dziwmy się. Polski kościół kat. jest przecież największym właścicielem ziemskim w naszym kraju. I wielkim beneficjentem unijnej polityki rolnej. Dopłat do przysłowiowych „hektarów”.
Dopóki Unia Europejska będzie polskim rolnikom do hektarów dopłacała, dopóty biskupi klub ziemian trzymać się będzie tej Unii przysłowiowymi pazurami. Będzie workami brać to bezbożne euro. Zawsze je przecież można wodą święconą pobłogosławić. Wyprać z tego unijnego lewactwa i laicyzmu.
TKM
Elity PiS rządzą naszym państwem, bo potrafiły zorganizować, zintegrować i pozyskać podczas wyborów te osiem, dziesięć milionów głosów. Obywateli godzących się na obyczajową kontrrewolucję. Na politykę prymatu godności i chwalebnej przeszłości nad nieznaną, wrogą często przyszłością.
Elity PiS zbudowały swoje społeczeństwo, alternatywne wobec pozostałych milionów obywateli.
Zbudowały swoje swoje media, uczelnie, instytucje kultury.
Oswoiły polski kościół kat. Zawarły sojusz „ Tronu i kropidła”.
Elity PiS mają też kilka milionów wyborców, traktujących PiS jak swą polityczną sektę, ulubioną drużynę piłkarską.
Miliony wyborców akceptujących wysyłanie do lasu przyłapanych uchodźców. Na pewną ich śmierć.
Akceptują to w imię wyższego celu – wygrania wojny z wrażym Łukaszenką.
Mają też miliony wyborców akceptujących anty szczepionkową politykę elit PiS. Okupioną zgonami tysięcy niezaszczepionych Polaków.
Bo inny, też szczytny, wyższy cel – wygranie przyszłych wyborów parlamentarnych – wyklucza restrykcje wobec aktywnych i dobrze zorganizowanych grup anty szczepionkowców.
Do pełni władzy w Polsce brakuje elitom PiS przejęcia kontroli nad systemem sądownictwa. Tu trafili oni na opór ze strony naszej Unii Europejskiej.
Brakuje im też przejęcia kontroli nad elitami naukowymi i kulturalnymi naszego kraju. Nie zdążyli jeszcze zrealizować programu, który w chwili szczerości pan prezes Kaczyński streścił Teresie Torańskiej w postaci skrótu „TKM”. Czyli „Teraz kurwa My”.
Dziś program ów twórczo realizuje pan minister Czarnek. Wykuwa nowe elity w swych „Labolatoriach Przyszłości”.
Tusku odejdź
Elity PiS rządzą,bo opozycja nadal nie stworzyła przekonywującego, alternatywnego programu przyszłości naszego państwa. Polskiego społeczeństwa.
Powrót Donalda Tuska podniósł popularność wyborczą Platformy Obywatelskiej. Ale nie przeskoczyła ona popularności PiS.
I pewnie nie przeskoczy, bo wszystko co Tusk proponuje, to trąci to przeszłością. Powrotem do lat rządów PO- PSL. Dobrze kojarzącym się wielkomiejskim wyborcom PO. Znienawidzonym przez większość pozostałych.
Ostatni jego pomysł, czyli debata Tusk- Kaczyński, to też kolejna wycieczka w przeszłość.
Grożąca dziś medialnym kabaretem dwóch, starszych już panów. Nie gwarantująca merytorycznej, poważnej dyskusji.
Elity PiS trzeba odsunąć od władzy w najbliższych parlamentarnych wyborach.
Ze względu na podstawowe interesy społeczeństwa polskiego i naszego państwa.
Elity PiS hamują bowiem rozwój społeczny i kompromitują państwo polskie.
Elity PiS można odsunąć od władzy jedynie w wyniku taktycznego porozumienia wyborczego całej demokratycznej i pro europejskiej opozycji.
Liderem takiego porozumienia, arbitrem nawet, może być Donald Tusk.
Ale pod warunkiem, że po wyborach nie będzie aspirował do roli premiera przyszłego koalicyjnego rządu.
I po stworzeniu takiego rządu demokratycznej koalicji zajmie się już doradztwem politycznym.
Marząca zaś o współrządzeniu Nowa Lewica już teraz powinna zacząć tworzyć swe „Laboratoria Przyszłości”.
Pisać program sprawiedliwej społecznie i demokratycznej V Rzeczpospolitej.
Inaczej po nowych wyborach zostanie partią siedmiu procent poparcia.
I sześciu parlamentarzystów.

Nasza kochana suwerenność

Mój zaprzyjaźniony Nurek Śmietnikowy prosił mnie ostatnio, abym spróbował przystępnie opisać, co właściwie powoduje pogorszenie naszych stosunków z Unią Europejską, której przecież jesteśmy członkami z własnej woli i chęci. W naszej podwarszawskiej miejscowości ma opinię znakomitego komentatora politycznego i w czasie wizyt w śmietnikach i zabaw z zaprzyjaźnionymi psami, mieszkańcy często go o to pytają.

Pan Nurek jest dla mnie autorytetem, więc niechętnie postanowiłem wykonać to zadanie.

Dobre czasy

Przez kilkanaście lat otrzymywaliśmy z Unii znacznie więcej, niż do niej wkładaliśmy. Materialne efekty tej „wymiany” widać niemal w każdej miejscowości. Korzystaliśmy z ułatwień nawiązywania współpracy technologicznej i wymiany handlowej w ramach Unii, jeździliśmy po Europie bez granicznych formalności i nawet bez paszportów. Nasi Rodacy byli i są bardzo ważnymi urzędnikami Unii. Powoli, ale konsekwentnie, dołączaliśmy d grupy krajów wywierających największy wpływ na jej działania i politykę.

To wszystko składało się na dobrą atmosferę, która nagle zaczęła się psuć w końcówce 2020 i w 2021 roku. 

Dlaczego?

Rząd PISu i jego mentor postawili sobie za cel doprowadzenie Polski do „dobrej zmiany” w niemal wszystkich dziedzinach funkcjonowania państwa. Przypuszczam, że mieli jakiś wymyślony w czasie nieprzespanych nocy wzorzec, który wymagał wprowadzenia autokracji, z elementami narodowego socjalizmu. Autokracja była niezbędną p[odstawą nowego ustroju, ponieważ Mentor wierzy tylko w swoją mądrość i nieomylność.  Zbliżanie się do tego celu oznaczało odejście od trójpodziału władzy i stopniowe przejęcie wszystkich jej części przez rządzącą partię. Autokracja w doświadczeniach europejskich zawsze stopniowo przekształcała się w dyktaturę, więc przyszłość wydawała się twórcom pomysłu jasna i zdyscyplinowana.

 Niemiłe złego początki

Inne kraje Unii i jej „centrum zarządzające” spoglądały na te zmiany z niepokojem i podejrzliwością, ale nie podejmowały żadnych „twardych” działań. Wychodziły z założenia, że dopóki Polska będzie przestrzegać unijnych praw, a szczególnie wykonywać wyroki jej trybunałów, to jeszcze jej działania nie naruszają podstaw funkcjonowania Unii. A wyrokami można korygować największe, popełniane przez Polskę, błędy. 

Sytuacja uległa jednak zmianie z chwilą, gdy Polska oficjalnie zwątpiła w słuszność wydawanych wyroków – zwłaszcza tych, które obciążały ją karami finansowymi. Szczególnie dwie takie sprawy zainteresowały i trochę rozbawiły Europę. Jeden z wyroków nakazywał zaprzestanie działania dodatkowo powołanej izby Sądu Najwyższego, zwanej Dyscyplinarną. Miała ona karać nieposłusznych sędziów, zbyt poważnie traktujących ich niezależność, niezawisłość i immunitet.  Nowa izba mogła przerywać ich pracę, nakazowo przenosić w inne regiony kraju, obniżać ich zarobki. Międzynarodowy Trybunał uznał, że ta izba de facto nie jest sądem i została utworzona z naruszeniem prawa. Za każdy dzień jej dalszego funkcjonowania Polska ma zapłacić wysoką karę.

Druga sprawa, w kawiarnianych rozmowach prawników w Europie, stała się tematem niewybrednych żartów.  Polska ma historycznie, kulturowo i językowo bliskiego sąsiada – Republikę Czeską. Rząd PISu nawet z nią wywołał konflikt.

Niemal na samej granicy, w rejonie miejscowości Bogatynia, pracuje kopalnia węgla brunatnego Turów i wykorzystująca ten węgiel, elektrownia. Czesi od wielu lat alarmowali, że kopalnia coraz bardziej zaburza gospodarkę wodną regionu, powoduje obniżanie poziomu wód gruntowych, zanieczyszcza wodę i zakłóca zasilanie w nią okolicznych miejscowości. Podobne pretensje zgłaszali Niemcy, a ściślej terenowe władze Saksonii. Polska nie reagowała, więc Czesi poskarżyli się w UE. Unijny Trybunał Sprawiedliwości polecił wstrzymać pracę kopalni i przeprowadzić międzypaństwowe negocjacje, ustalające formę i skalę odszkodowań, oraz określające przyszłość kopalni i elektrowni. Dla Polski kombinat Turów jest ważny, bo zaspakaja ok. 5% popytu na energię i zatrudnia kilka tysięcy ludzi.

Negocjacje trwają z przerwami, ale nie dają wyniku. Turów nie przerwał pracy, więc Trybunał nałożył kary za każdy dzień jej kontynuowania, po wyroku nakazującym przerwanie działalności. 

Te dwie „sprawy” niezwykle podgrzały atmosferę naszych stosunków z komisją zarządzającą Unii. Niemal do stanu wrzenia doprowadził je jednak wyrok polskiego Trybunału Konstytucyjnego, który na wniosek premiera orzekł, że prawo krajowe oparte na naszej konstytucji jest ważniejsze niż prawo Unii, mimo, że podpisaliśmy odpowiednie traktaty zobowiązujące nas do jego stosowania. Eo Ipso – nie będziemy wykonywać wyroków unijnych trybunałów, jeśli – naszym zdaniem – są sprzeczne w konstytucją i nam się nie podobają. A więc także tych, które wymagają od nas płacenia jakiś nieuzasadnionych kar!

Powstał więc w relacjach z administracją Unii trudny do rozwiązania węzełek prawny, a nie mamy Aleksandra Macedońskiego, który by go przeciął ostrym mieczem. Wobec tego panuje stan sporu i oczekiwania na nowe decyzje.

Zapewniłem mego przyjaciela, nurka śmietnikowego, że w zasadzie wszyscy obywatele znają tą historię, zwłaszcza zaprezentowaną w takim uproszczeniu, na jakie sobie pozwoliłem. Powiedział, że to nieprawda.  Gazety czyta niewielu naszych mieszkańców, władza miesza im w głowach publiczną telewizją i znaczna ich część jest przekonana, że pogorszenie stosunków, to tylko efekt złośliwości urzędników Unii. Bo oni koniecznie chcą doprowadzić do tego, abyśmy stracili suwerenność i o wszystko musieli prosić, znowu klęcząc na bolących kolanach.

Nie oddamy suwerenności! 

Na tło tego sporu nakładają się więc tłumaczenia miłościwie panującej nam władzy, która – oczywiście -winę psucia stosunków widzi tylko po przeciwnej stronie. Zarzuty braku kompetencji, nieznajomości prawa, nielegalnego wtrącania się w nasze wewnętrzne sprawy, płyną nieprzetrwanym strumieniem z ust członków rządu i aktywu rządzącej partii. Coraz dosadniej i coraz częściej spina je właśnie zarzut prób ograniczania naszej suwerenności. Suwerenności dumnego państwa Słowian, zjednoczonych przez Mieszka Pierwszego. Wprawdzie to było tylko kilka plemion, bo inne stworzyły państwa Czechów, Słowaków, Ukraińców i Rusinów, ale nasze było geograficznie najbardziej zachodnie i musiało bez przerwy walczyć z Germanami. Utrzymaliśmy jednak naszą suwerenność i nie dopuścimy do tego, aby ktoś dyktował nam nasze prawa i ośmielał się coś nakazywać lub zakazywać. 

     Już widzę tych, którzy będą na mnie „wieszać psy” i nazwą odszczepieńcem. Staram się bowiem zachować stosowną powagę, ale – niestety – pojmowanie suwerenności w pisowskim wydaniu, od dawna budzi mój chichot. We współczesnym świecie  nie ma już takiej, wymarzonej, pełnej suwerenności, czyli sytuacji, w której suweren może robić co chce, nie oglądając się na innych. Nawet USA, najsilniejsze militarnie państwo tego świata, musi przed podjęciem ważnych decyzji brać pod uwagę, co na to powiedzą Chiny, Rosja, Unia Europejska a nawet Korea Północna. Człowiek, teoretycznie mikrosuweren, decydujący o swoim życiu, zobowiązuje się do określonych zachowań wstępując do jakiegoś klubu, a nawet wsiadając do pociągu czy samolotu. Nikt się nie dziwi, że w pociągu nie wolno się wychylać z okien w czasie jazdy i palić papierosów w przedziałach „dla niepalących”, a w samolocie zaglądać do kabiny pilotów.

Wstępując do Unii Europejskiej podpisaliśmy traktaty w pewnych sprawach nie tyle ograniczające naszą suwerenność, ile zobowiązujące do przestrzegania unijnych zasad współpracy i unijnego prawa, To przeszkadza obecnej władzy, marzącej o przestrzeganiu prawa wyłącznie takiego, jakie sama ustala. Przesiąknięci głęboką megalomanią dowódcy tej władzy byli przekonani, że naród podziela ich marzenia o władzy autokratycznej, która nikomu i z niczego nie musi się tłumaczyć. Aby to osiągnąć byli nawet gotowi wyjść z Unii Europejskiej. To błąd. Manifestacje w całym kraju, jakie odbyły się 10 października 3021 dowiodły, że naród ma inne zdanie. Chce być w Unii i chyba jest nawet gotowy, na dalszą jej federalizację. Dowiodły też, że znaczna część elektoratu chce się z obecną władzą pożegnać. I to możliwie jak najszybciej.

Pan Nurek Śmietnikowy wziął ten tekst na pendrivie, przeniósł go do znalezionego w śmietniku starego i uszkodzonego laptopa i powielił na również znalezionej drukarce Siemensa. Rozdaje egzemplarze tym okolicznym mieszkańcom, którzy wciągają go w polityczne dyskusje. Udzielił mi pochwały, którą jestem niezwykle usatysfakcjonowany, To w końcu jakaś część głosu ludu – czyli właśnie suwerena. 

Stanowisko RN Polskiej Partii Socjalistycznej w sprawie wyroku TK

Członkowie Polskiej partii Socjalistycznej stanowczo oświadczają, że uczynią wszystko co możliwe, aby „tłuste koty” z PiS nie karmiły się kosztem drastycznego biednienia większości społeczeństwa.

Taki scenariusz wynika z wyroku Trybunału Konstytucyjnego uznającego nadrzędność polskiej Konstytucji nad prawem unijnym. Wyrok ten fałszuje rzeczywistość, bowiem wyroki Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości nie dotyczą zapisów polskiej konstytucji, lecz ustaw wydanych na podstawie stronniczej i dowolnej jej interpretacji. Dobrowolnie zgodziliśmy się na zapis, że prawo unijne ma pierwszeństwo przed takimi ustawami. Stwierdzał to kilkakrotnie Trybunał Konstytucyjny, gdy był jeszcze prawdziwym i demokratycznie powołanym Trybunałem. 

Nie może tego negować Trybunał powołany z naruszeniem zapisów konstytucyjnych.

Całkowicie nie zgadzamy się z poglądem rządzących, że wyroki TSUE naruszają naszą suwerenność, przeciwnie służą one umacnianiu poczucia przynależności do wspólnoty, w której obowiązuje praworządność, a nie manipulacje mające na celu umocnienie władzy i stworzenie warunków do manipulowania w przyszłości Prawem Wyborczym. Jesteśmy i pozostaniemy wierni przekonaniu, że wybory to wybór społeczeństwa, nie zmanipulowanego fałszywym przekazem medialnym i „cudami nad urną”.

Wielokrotnie wygłaszane przez rządzących kłamstwa dotyczące sytuacji gospodarczej, wskazują, że Polska bez wsparcia unijnego związanego z przyjęciem Nowego Ładu i powiązania go z kwestią praworządności, przez dziesięciolecia odrabiać będzie straty gospodarcze wynikające z pandemii, ale także nieudolnej polityki gospodarczej prowadzonej w latach 2015- 2020 nastawionej nie na rozwój całego społeczeństwa, lecz „kupowanie” wybranych jego grup, a także tworzenie dobrobytu dla ludzi związanych z władzą.

Z kim trzyma Polska w Europie?

Ja na miejscu polskich, przepraszam za wyrażenie, publicystów i ekspertów od Unii Europejskiej, uważniej wsłuchiwałbym się w to, co się dzieje w Słowenii.

Ja na miejscu polskich, przepraszam za wyrażenie, publicystów i ekspertów od Unii Europejskiej, uważniej wsłuchiwałbym się w to, co się dzieje w Słowenii.
W tym kraju odbywa się nieformalny szczyt szefów państw i rządów Unii Europejskiej. Wśród nich jest i premier Morawiecki. Jak wiadomo, reprezentuje on kraj, którego lokajski, całkowicie bezrefleksyjny stosunek do USA nie tylko Polskę ośmiesza, ale też stawia nas na coraz dalszym marginesie europejskiej polityki.
Otóż przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel (Belgia) powiedział że Unia musi rozwijać swoje zdolności do samodzielnego działania. Dodał też, że musi być przygotowana do większej niezależności od innych regionów świata. Michel użył nawet sformułowania „krytyczna zależność”. Swą wypowiedź powiązał z Chinami w kontekście gospodarki. Ale mówił też o obronności i bezpieczeństwie. A te akurat kwestie Unia związała przez ostatnie lata wyłącznie ze Stanami Zjednoczonymi.
Gdy ważny polityk Unii mówi o samodzielności w sprawach związanych z zaangażowaniem wojskowym, to warto na to zwrócić uwagę.
Michelowi i innym, racjonalnie myślącym politykom, trudno odmówić słuszności, gdy gorączkowo wzywają do samodzielności UE po spektakularnej klęsce USA i NATO w Afganistanie. Ale porażka w Afganistanie to z pewnością nie jedyny i nie najważniejszy powód, dla którego warto, by Unia myślała o tym, by poszukiwać swojej drogi w kwestiach bezpieczeństwa. Jedyne, co USA zaoferowały Europie przez ostatnie 30 lat to łamiące prawo międzynarodowe wojny napastnicze, w które wciągały swoich europejskich sojuszników, by dzielić się z nimi hańbą i odpowiedzialnością za zabijanie setek tysięcy cywilów. Czy sojusznicy USA mieli w tym jakiś swój interes? Żadnego. Jedynym graczem, który realizował swoje cele, były Stany Zjednoczone.
USA wciąż są mocarstwem, ale już nie sposób ukryć procesów gnilnych toczących ten organizm. Jeszcze amerykańskie elity w to nie wierzą, że kończy się ich czas, jeszcze mogą wciągnąć cały świat w konflikt, który zniszczy kontynenty, ale, jak marzą politycy, zresetuje ich ekonomikę i będzie można zacząć od nowa: grabić, zastraszać, a nieposłusznych zabijać w imię bogacenia się USA kosztem słabszych. Słusznie więc Europa zaczyna się zastanawiać, czy dalej dać się wciągać w przepaść przez państwo, które swą ponura role w historii świata już odegrało.
Pytanie brzmi teraz tak, czy Unia samodzielnie jest w stanie stworzyć swój system bezpieczeństwa i czy oprze go na modelu amerykańskim – tępej siły, czy tez postara się stworzyć coś nowego. Projekt Unii Europejskiej jest zbyt wartościowy dla kontynentu, by go teraz zmarnować, jednak bez zmiany całej struktury, jego klęska jest nieunikniona.
Nie mam też żadnych wątpliwości, że głosu Polski w dyskusji o nowym kształcie Unii Europejskiej nie będzie słychać. Ona do końca będzie głupio proamerykańska, bo naszą specjalnością jest trwanie na pozycjach, które nas najpierw kompromitują, a potem tylko szkodzą.

Krótko o tym, jak pociesznie orzeka polski Trybunał, zwany Konstytucyjnym.

Polski, tzw. Trybunał Konstytucyjny kilka dni temu orzekł, że niektóre przepisy Traktatu o Unii Europejskiej nie są zgodne z polską Konstytucją.

Kuriozalne orzeczenie zostało wydalone po kilkukrotnym odraczaniu terminu rozstrzygnięcia w tej sprawie, o co wnioskował do TK premier RP. Mam dużą wyobraźnię, wieszczę więc, że dzień dzisiejszy ma szanse na marne przejście do historii jako data zapoczątkowania ścieżki wyprowadzania Polski z UE – Poleksitu. To co dzieje się w Polsce wokół kwestii praworządności, na co z niekorzyścią dla naszych władz reagują organa UE, w tym unijny Trybunał Sprawiedliwości, ilustruje, na co stać rządy Zjednoczonej Prawicy, z partią Jarosława Kaczyńskiego na czele; jak daleko można się posunąć w podważaniu europejskiego porządku prawnego, na który Polska dobrowolnie przystała wstępując do UE.

Będzie to niewątpliwie miało dalszy, niekorzystny dla nas ciąg, ponieważ w łonie UE nasila się determinacja do przywołania władz Polski do porządku; do wpasowania się naszego kraju w unijne – europejskie – wzorce i standardy pod rygorem bolesnych cięć należnych nam europejskich środków i dotacji, co akurat zdaje się materializować. Trudno nie być zdumionym oczywistym, spodziewanym zresztą, matactwem prawnym klepniętym przez ów pożal się boże trybunał. Daje się przy okazji zauważyć, że od niedawna ważni funkcjonariusze siły rządzącej ślą sygnały, iż Polska świetnie sobie poradzi bez Unii Europejskiej, bez jej miliardowych dotacji – tak u nas jest byczo w gospodarce ! Kto wie, może Polska bez Unii będzie rosła i rozkwitała piękniej niż z Unią. A co !! Ręce i spodnie opadają na takie dictum. Wychodzi na to, że to nie Polska winna się podporządkować standardom zjednoczonej Europy, lecz to Europa winna uznać polską, anty unijną osobliwość polityczną i powinna odwalić się od kaczej demokracji. Zresztą nasi władcy z Unii wcale wyjść nie chcą – nie są politycznymi samobójcami – wolą z niej nieustająco wychodzić, ku uciesze gawiedzi. Sprawa ma swoją temperaturę, na co Bruksela musi zareagować. Chodzi również o to, aby doprowadzić do sytuacji, w której Europejczycy będą mieli nas dosyć i wyproszą Najjaśniejszą RP z Unii, na co coraz bardziej wydaje się zanosić. Nawet jeśli nie tak od razu, ani w ogóle nie wyproszą, będą nas punktować tak, jak punktuje się słabego boksera na politycznym ringu, spychać do narożnika i marginalizować.

Ośmieszać w oczach Europy i świata nas nie muszą, gdyż o to już sami skutecznie zadbaliśmy.

Szkocja, Bismarck i polski salazaryzm

Niemądre i nieodpowiedzialne wypowiedzi prawicowych polityków i publicystów wymuszają powrót do podstawowych kwestii Unii Europejskiej i naszego członkostwa w niej. Zdumiewające jest zafascynowanie Brexitem. Dowiadujemy się, że nie tylko brytyjskie elity, ale ogół społeczeństwa był przeciwny „dyktaturze brukselskiej” i że to może być przykład dla nas.

Godzi się przypomnieć, że Zjednoczone Królestwo-państwo zamożne-było w UE płatnikiem netto. Nietrudno było agitować Brytyjczyków, aby głosowali za wyjściem z UE, bo niby dlaczego mają dopłacać do Polaków i innych mieszkańców Europy Środkowo- Wschodniej. Dla tych ostatnich bezpośrednim skutkiem Brexitu jest zmniejszenie kwoty, która może być podzielona pomiędzy takich jak my beneficjentów dotacji unijnych. Tak więc nie ma się z czego cieszyć. Trzeba jednak dodać, że nie wszyscy Brytyjczycy byli i są przeciwko Unii. Przeważająca większość mieszkańców Szkocji jest za pozostaniem w Unii. Wielu z nich jest natomiast za wyjściem ze Zjednoczonego Królestwa. Rząd w Londynie robi co może, aby nie dopuścić do nowego referendum w sprawie niepodległości Szkocji. Powstaje pytanie jak długo będzie mógł to robić i jaki może być wynik tego referendum. Tak więc Brexit to kwestia nie do końca rozstrzygnięta.
Powojenna podejrzliwość
Jak wiadomo głównym motywem utworzenia w roku 1951 Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali (EWWiS) było ustalenie systemu powiązań uniemożliwiających powrót Niemiec do militarnej dominacji, a więc ograniczenie ich suwerenności. Władza EWWiS miała prawo bezpośredniego kontrolowania zakładów hutniczych i węglowych na terenie całej Wspólnoty. Powojenna podejrzliwość ciążyła politykom niemieckim. Aby uzyskać zaufanie godzili się na ograniczanie niezależności i wzrost współzależności. Na konferencjach międzynarodowych – w rozmowach nieoficjalnych – na pytania sondażowe dotyczące udział Republiki Federalnej w takim lub innym przedsięwzięciu dyplomaci zachodnioniemieccy często odpowiadali -”o ile nam sojusznicy pozwolą”.
Przystępując do Unii każde państwo akceptowało zestaw jej dokumentów prawnych (acquis cammunautaire). Tym samym rezygnowało z arbitralności w stosunkach międzypaństwowych i ograniczało swą niezależność na rzecz współzależności. Było to i jest racjonalne. Trudno sobie wyobrazić, aby każde państwo nowowstępujące miało negocjować od nowa wszystkie obowiązujące porozumienia. Pomysł kwestionowania prawa unijnego w imię suwerenności i patriotyzmu może być traktowany jako przejaw złej woli i megalomanii narodowej. Warto przypomnieć, że w państwach tworzących Europejski Obszar Gospodarczy, a nie należących do UE t.j. w Norwegii, Islandii i Lichtensteinie obowiązuje około 80 proc. unijnych regulacji prawnych.
AfD i Bismarck
Niemcy są potęgą gospodarczą będącą w Unii płatnikiem netto.Są w Niemczech zwolennicy wyjścia z Unii a jednym z ich motywów jest skończenie z dopłatami na rzecz Polski. Główne partie polityczne-socjaldemokraci (SPD) i chadecy (CDU/CSU) są konsekwentnie proeuropejskie. Niepokojący jest fakt, że w parlamencie niemieckim-jak dotychczas-trzecią siłą-jest skrajnie prawicowa, antyeuropejska i antypolska Alternatywa dla Niemiec (AfD).
Erika Steinbach – śmiertelny wróg Polski (głosowała przeciwko uznaniu za ostateczne obecnych granic z Polską, przeciwko przyjęciu Polski do NATO i UE) jakiś czas temu przeniosła się z CDU do AfD.
Przywódcy AfD nie są wielbicielami Hitlera, bo przegrał wojnę i zaszkodził Niemcom. Ich bożyszczem jest Otto Leopold Bismarck-zwycięzca w wojnie z Francją i aktywny w represjonowaniu Polaków. Idąca śladem Bismarcka AfD to partia -podobnie jak on – prorosyjska. Zdaniem działaczy tej partii Republika Federalna powinna wyjść z Unii i we współpracy z Rosją kształtować nowy ład europejski. W tym kontekście warto wspomnieć o znakomitej książce Józefa Feldmana Bismarck a Polska. Generał Jaruzelski był zdania, że tą książkę powinien przeczytać każdy Polak. Może zainteresują się nią obecni politycy?
Jedną z podstawowych cech społeczeństw europejskich jest ich różnorodność. Dotyczy to m.in. struktur wyznaniowych tych społeczeństw. Oto kilka przykładów pochodzących z pracy zbiorowej Państwo i Kościół w krajach Unii Europejskiej (red. G.Robberts), Kolonia Limited,Wrocław 2007.
W Wielkiej Brytanii według ankiety z 2001 roku wyznawcy chrześcijaństwa stanowili 71,16 proc. ludności, islamu-2,78 proc. , inne religie-każda poniżej i proc. , brak religijności zadeklarowało 15,94 proc. , odmówiło odpowiedzi-7,51 proc. .
„Spośród ok.82,5 milionów mieszkańców Niemiec 26,5 mln należy do Kościoła Katolickiego, 26,2 mln jest członkami Kościoła Ewangelickiego. Islam ma około 3,2 mln wyznawców, wspólnoty żydowskie około 100 000 członków,wyznawcy prawosławia stanowią grupę ok.1,2 mln osób.
Około 22 miliony Niemców deklaruje brak jakiegokolwiek wyznania”.
W Hiszpanii wg ankiety z grudnia 2002 roku katolicy stanowią 80,3 proc. ,wyznawcy innych religii – 1,9 proc. , niewierzący – 10,6 proc. , ateiści – 5,2 proc. , brak odpowiedzi – 2,1 proc. .
W Republice Czeskiej w roku 1991 44,8 proc. ludności deklarowało członkostwo w związku wyznaniowym, 39,9 proc. uznało się za nie należących do żądnego związku, a 16,2 proc. skorzystało z prawa nieudzielenia odpowiedzi.
W Belgii około 70 proc. należy do Kościoła Rzymsko-Katolickiego. Protestanci stanowią mniej niż 1 proc.. Inne społeczności religijne są znacznie mniejsze. Osoby niewierzące stanowią około 15 proc. .
W Danii Kościół Ewangelicko-Luterański jest Kościołem Narodowym do którego w roku 2002 należało 84 proc. społeczeństwa. W tym państwie „ujawnianie informacji o przekonaniach religijnych w państwowych rejestrach czy też prywatnych jest prawnie zabronione. Dlatego też dane statystyczne o poszczególnych grupach wyznaniowych nie są dostępne”.
Na strukturę wyznaniową współczesnej Europy wpłynęły działania i pisma Jana Husa, Marcina Lutra, Jana Kalwina i innych „lewaków”.
Innym czynnikiem była i jest głęboka demoralizacja i poczucie bezkarności części kleru katolickiego ujawnione już przed laty w Irlandii, a od niedawna – w Polsce.
Różnorodność wymaga tolerancji oraz umiejętności współżycia. Polskie zacietrzewienie, postawa wyższości z powodu ostentacyjnej religijności oraz inne przejawy megalomanii narodowej bardzo nam szkodzą. Lansowany przez prawicę salazarowski model społeczeństwa, które ma być niedouczone i niedoinformowane, zastraszone i demonstracyjnie pobożne budzi sprzeciw milionów Polek i Polaków, a u naszych sąsiadów powoduje nawrót do szkodliwych dla nas stereotypów. Ponieważ nie jestem masochistą nie będę ich wymieniać.

Widmo Huxitu

Niedawno w węgierskiej gazecie codziennej Magyar Nemzet ukazał się tekst niezwykle znamienny, zatytułowany „Pora porozmawiać o huxicie” (z angielska: hu – Hungary, exit – wyjście). Autorem materiału jest dziennikarz i publicysta bliski obozowi rządzącemu nad Dunajem, znany ze swej działalności opozycyjnej w czasach sprzed 1989 (podobnie jak Wiktor Orban i ludzie tworzący zręby partii Fidesz), członek współczesnej elity publicystyki węgierskiej – Tamas Frics.

To człowiek bliski Orbanowi, stanowczy konserwatysta, który nie raz krytykował z płaszczyzny tradycyjnych, opartych o tzw. „chrześcijańskie wartości” politykę Brukseli oraz państw zachodnich idącą w kierunku tolerancji, pluralizmu, multikulturalizmu – w każdym rozumieniu.
Można zatem przyjąć, że hasło wyjścia z Unii Europejskiej rzucił człowiek poważny. To nie jest polityczny folklor ani margines, cokolwiek o takim zestawie poglądów sądzimy. Wielu znawców stosunków nad Dunajem, twierdzi wręcz, iż ustami Fricsa przemówił sam Orban. Jemu, jako premierowi i szefowi kraju należącego do UE, w aktualnej chwili nie wypada artykułować takich tez. Wpierw ma się rozpocząć debata, niejako prowokowana „od dołu”, z zaplecza Fideszu, a dopiero potem najważniejsza osoba w pastwie może ustosunkowywać się do jej przebiegu. Czyli także moderować ją, manipulować emocjami i kierunkami jej przebiegu. Poważne jest też medium, które temat wprowadza: Magyar Nemzet, czyli dosłownie ,,naród węgierski” to tytuł opiniotwórczy, analityczny, z zaangażowaną redakcją – a przy tym oczywiście reprezentujący wartości rządzących obecnie Węgrami. Kult wolnego rynku, wartości chrześcijańskie traktowane mocno tradycyjnie, polityczna prawica (często zahaczająca o doktrynę strzałokrzyżowców). No i oczywiście kultywowanie mitów związanych z Trianon i „wielkimi Węgrami” sprzed 1920 r.
Dla tej węgierskiej redakcji Węgry wchodziły do „innej Unii” niż to ma dziś miejsce. Jest to podstawą – zdaniem Tamasza Fricsa – do rozpoczęcia debaty o przyszłości kraju w UE. Dla Fricsa wzorem jest Wielka Brytania i Brexit. – Nie ma z naszej strony zgody na internacjonalizm i kosmopolityzm – pisze wpływowy autor. Owszem, myli pojęcia, można mu wytykać, że internacjonalizm oznacza coś zupełnie innego, niemającego wiele wspólnego z polityką kapitalistycznej UE. Ale te mocne w swej wymowie tezy Fricsa zostały poparte przez część establishmentu węgierskiego. Podobne zdanie wyraził niedawno przewodniczący parlamentu węgierskiego – czyli trzecia osoba w państwie – Laszlo Köver. To już nie są zwykłe spekulacje.
Oczywiście bezpośrednim powodem opublikowania tego materiału akurat teraz jest zapewne zamrożenie środków finansowych (ok. 7 mld euro) przez Brukselę dla Budapesztu w związku z drastycznym nieprzestrzeganiem – i to od wielu lat – przez rząd Viktora Orbana prawodawstwa unijnego. Te środki są przeznaczone dla krajów członków UE i stanowić mają podstawę aktywizacji ich gospodarek w czasie po pandemii. Czy możemy mieć gwarancję, że podobna debata nie zostanie rozkręcona w Polsce, w podobnym kontekście?
Jest jeszcze jedna analogia: w przyszłym roku wybory parlamentarne na Węgrzech, a pozycja Orbana jest słabsza, niż była. Jak widać, decyduje się on mobilizować elektorat Fideszu wokół haseł narodowych, konserwatywnych i antyunijnych. Na Węgrzech, podobnie jak w innych krajach, pod tym względem jest widoczny wyraźny podział: stolica kraj vs interior Węgier. Orban stara się w taki sposób zaszantażować Brukselę. Co przekonującego miałaby do powiedzenia opozycja w Polsce, gdyby PiS zastosował podobną strategię? W jaki sposób zamierza walczyć o głosy tych, którzy narracją tożsamościową są zwyczajnie dowartościowywani?
Wielu autorów uważa, iż Orban chce iść drogą Prezydenta Turcji Reçepa Erdogana, pozostającego wobec Brukseli w pozycji wybitnie asertywnej. Jednak trzeba od razu dodać, iż wymiary, pozycja oraz potencjał – w każdym wymiarze – Turcji i Węgier są absolutnie nieporównywalne. W artykule jest zresztą coś ciekawszego: Frics przekonuje, że Europa Środkowo-Wschodnia jest regionem, który zamożny Zachód traktował/traktuje jako pole dla najzwyklejszej kolonizacji. To kolejny wymiar analizy i krytyki, który, wydawałoby się, powinien zostać naturalnie podjęty przez materialistyczną, przyglądającą się kwestiom pracy i wyzysku lewicę. Nawet, jeśli ta lewica opowiada się za pozostaniem w UE, przy jej zreformowaniu. Na Węgrzech jednak tę debatę prawica zamierza rozegrać na własnych warunkach. Dobrze byłoby, gdyby lewica polska nie dała się w ten sposób zdystansować. W podobnej dyskusji nad Wisłą, która wróci prędzej niż później, potrzebny jest jej samodzielny głos.
A jeśli chodzi o mój osobisty głos w temacie – patrzę na UE realistycznie i nie mam obecnie zbyt wielu powodów do radości. To mógł być dobry projekt. Jednak skręcając na mocno neoliberalne tory i nie schodząc z nich, sam stworzył grunt pod swój obecny kryzys. Unia w formie znanej do tej pory może się zwyczajnie rozpruć – z racji swej nieruchawości decyzyjnej i technokratyzmu. To nie jest już tabu ani scenariusz fantastyczny

W stosunkach Polska i UE a Białoruś i Rosja czas na nowe otwarcie

Usnarz Górny nie spadł z nieba; Rząd PiS go wykreował na spółkę z reżimem Łukaszenki – powiedział w Sejmie szef klubu Lewicy Krzysztof Gawkowski podczas debaty w sprawie zalegalizowania stanu wyjątkowego wprowadzonego, w pasie przygranicznym z Białorusią, rozporządzeniem Prezydenta RP Andrzeja Dudy.

PiS-owska większość argumentowała to sytuacją na granicy z Białorusią, gdzie wg Rządu RP, reżym Łukaszenki prowadzi „wojnę hybrydową”, używając do tego migrantów z Iraku, a także zbliżającymi się manewrami wojskowymi „Zapad-2021”. Projekt uchwały Klubu Lewicy ws. uchylenia prezydenckiego rozporządzenia został przez PiS-owską większość odrzucony, warto jednak zastanowić się nad zdaniem wypowiedzianym przez jednego z liderów Nowej Lewicy.
Otóż, w moim przekonaniu, problem z imigrantami na granicy z Białorusią, który w Usnarzu Górnym miał charakter katastrofy humanitarnej – z winy rządu RP – rzeczywiście nie spadł z nieba. Ale nie można go ograniczyć tylko do relacji Polska – Białoruś, albowiem z jednej strony Białoruś jest członkiem konfederacji „Związek Białorusi i Rosji”, a z drugiej Polska należy do Unii Europejskiej, organizacji o „nieznanej wcześniej formule hybrydowej” (za Wikipedią). Generalnie przyczyną tego „problemu migracyjnego” są sankcje państw Zachodu, w tym UE i RP, w stosunku do Białorusi i Rosji. Fakty mówią same za siebie:
sankcje są przeciwskuteczne !
Przecież sankcje gospodarczo-polityczne nałożone na Białoruś przez UE za rzekome (głosów nikt postronny nie przeliczył) sfałszowanie wyborów prezydenckich i prześladowanie opozycji, nie przyniosły pozytywnych skutków, a nawet wręcz przeciwnie ! Ostatnio ofiarą sankcji UE stały się Białoruskie Linie Lotnicze „Belavia”, którym, po rzekomym (wyroku międzynarodowego sądu w tej sprawie nie było) akcie terroryzmu (państwowego) rządu Białorusi, zakazano lotu do państw Unii Europejskiej. Co w tej sytuacji powinna zrobić ta (i każda inna w tej sytuacji) firma lotnicza, żeby nie zbankrutować ? To oczywiste: szukać nowych zleceń ! I„Belavia” to zrobiła – uruchomiła/zintensyfikowała połączenia z Irakiem. Popyt na lot do państwa graniczącego z UE z pewnością był (i będzie), a czy ten kanał przerzutowy zorganizowały białoruskie służby specjalne ? Prawdopodobnie tak – formalnie jednak organizacją zajmuje się biuro turystyczne a imigranci otrzymują wizy turystyczne …
Dowodem na tezę, że sankcje nie są dobrym rozwiązaniem, jest decyzja rządu USA o zniesieniu sankcji w stosunku do przedsiębiorstw Rosji i Niemiec, uczestniczących w budowie gazociągu Nord Stream 2 ! Inwestycji, w stosunku do której rząd RP jest konsekwentnie przeciwny, podobnie jak wcześniej w stosunku do Nord Stream 1 (też po dnie Bałtyku). Podobnie jak był przeciw wcześniejszemu projektowi budowy tego gazociągu przez terytorium Polski – i jakie są tego efekty ? …
Trzeba też jasno sobie powiedzieć, że USA i główne kraje UE praktycznie pogodziły się już z aneksją Krymu przez Rosję. Tylko dla Polski jest to kolejna kość do niezgody. Jak gdyby powołanie do życia państwa Kosowo, które RP uznała jako jedno z pierwszych państw, odbyło się w okolicznościach zgodnych z zasadami demokracji i prawa międzynarodowego…
Co do zasady, oceniający powinien mieć kompetencje wyższe od ocenianego. Czy Rząd RP rzeczywiście ma wyższe kompetencje, by stwierdzić, że rządy Białorusi i Rosji są niedemokratycznymi reżymami a rząd RP nie?! Przypomnijmy sobie przypadek senatora Macieja Grubskiego: w 2018 r., po nagonce rządowych mediów został zawieszony w prawach członka PO po udzieleniu wywiadu dla rosyjskiego portalu prowadzonego przez agencję informacyjną Sputnik, w którym pozytywnie wypowiadał się na temat Władimira Putina; w wyborach 2019 r. nie wystartował. Przypomnijmy sobie wielomiesięczne przetrzymywanie w areszcie redaktorów pisma „Brzask”, wydawanego przez Komunistyczną Partię Polski (KPP) i partyjnej strony internetowej, oskarżanych o „propagowanie totalitarnego ustroju państwa”. Przypomnijmy sobie wieloletnie przetrzymywanie w areszcie lobbysty Marka Dochnala, czy ostatnio wielomiesięczne przetrzymywanie w areszcie byłego ministra w rządzie RP Sławomira Nowaka. Oczywiście, ze strony rządzącej PiS-owskiej większości jest to przejaw hipokryzji, ale dlaczego nie kierują się tą zasadą (hipokryzją) w stosunkach międzynarodowych? Przecież
Białoruś Łukaszenki w niczym nie jest gorsza od Turcji Erdogana !
Przecież Turcja Erdogana to dyktatura gorsza od dyktatury Łukaszenki w Białorusi! Nie słyszymy, aby w Białorusi byli więzieni sędziowie, a o Turcji tak ! Nie słyszymy, żeby w Białorusi mniejszość narodowa (np. polska) była krwawo zwalczana, a o Turcji tak (Kurdowie) ! Wreszcie Turcja zbrojnie występowała w stosunku do swojego sąsiada (Syrii), a nawet anektowała część terytorium tego państwa. Czy Białoruś zaatakowała zbrojnie terytorium Polski? Nie.
Czas zatem pójść po rozum do głowy i tej narastającej (inspirowanej ?) histerii, wręcz fobii antybiałoruskiej i antyrosyjskiej powiedzieć NIE ! Nie mam nadziei na to, by stać było na to obecnie rządzącą PiS (niezależnie od wypowiedzi marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego, że Łukaszenka to „człowiek taki ciepły”) a także aspirującej do rządzenia PO (niezależnie od przejściowego romansu z W. Putinem oraz umowy o małym ruchu granicznym z obwodem kaliningradzkim Rosji). Wymagam tego – nowego podejścia – od Lewicy, we wszystkich bytach. Żeby to się stało, Lewica wreszcie musi przyjąć do wiadomości i stosowania, że po 30 latach od zmiany ustroju,
nam nie jest wolno mniej.
Przypomnijmy, że wytyczną o tym że „wam jest wolno mniej”, w swoim czasie ukuło i propagowało środowisko „Gazety Wyborczej”: „SLD mniej wolno, bo po szkarlatynie, ciężkiej chorobie, jaką była PRL, obowiązuje kwarantanna — napisała Ewa Milewicz bodajże w 1999 roku w „Gazecie Wyborczej”, dodając że wolno mniej nawet wtedy, gdy jest w opozycji. Niektórzy prominentni politycy lewicy uwierzyli publicystce do tego stopnia, że ich marzeniem stało się, żeby „salon”, którym wówczas niepodzielnie rządził Adam Michnik i „Gazeta Wyborcza”, ich pokochał i przytulił” (wpolityce-pl) . Ludzie Lewicy, najwyższy czas wstać z kolan i myśleć suwerennie ! Także o polityce międzynarodowej, w tym z Białorusią i Rosją i Ukrainą.! Uważam, że polska lewica powinna mieć inicjatywę w kreowaniu stosunków pomiędzy UE a Białorusią, Rosją i Ukrainą.
W stosunkach Polska i UE a Białoruś i Rosja czas na nowe otwarcie
Przede wszystkim jako aksjomat trzeba przyjąć tezę, że Rosja to nie jest żaden „czarny lud” czy też „ciemna strona mocy”. Rosja to państwo, które co najmniej 3-krotnie uratowało Zachód. Na początku XIX wieku od dominacji Francji Bonapartego. Na początku XX wieku od dominacji Niemiec (poprzez Wielką Socjalistyczną Rewolucję Rosyjską). Podczas II wojny światowej od eksterminacji narodów Europy przez faszystowskie Niemcy. Można zatem powiedzieć, że jak trwoga, to do … Rosji !. Pytanie jest następujące: po co nam, narodom zorganizowanym w Unii Europejskiej, jest Rosja ? Bo po co nam Białoruś to wiadomo, jako że próbujemy ją „wyłuskać” spod wpływu Rosji od 30 lat. Trzeba sobie powiedzieć jasno: to nie jest możliwe. A to dlatego, że, ze względów strategicznych, Rosja musi mieć pomost do Obwodu Kaliningradzkiego.
Po co nam Rosja ? Bo mamy wspólne interesy. Po to, by przeciwstawić się dominacji Chin, a także zagrożeniom ze strony wojującego islamu. Po to by przeciwstawić się dominacji USA, które to państwo prowadzi politykę zagraniczną, polegającą na uruchamianiu kolejnych konfliktów zbrojnych, koszty których w konsekwencji ponoszą państwa Unii Europejskiej, polegające na konieczności przyjmowania imigrantów. W stosunkach z USA Unia Europejska musi być asertywna: nie chcemy i nie przyłączymy się do kolejnych misji „zaprowadzania demokracji”, do kolejnych konfliktów zbrojnych. NATO to pakt obronny, nie imperialny. Co dalej ? Zamiast sankcji – Partnerstwo i współpraca
Są uczeni w piśmie, którzy twierdzą, że najlepszym sposobem na zwycięstwo (w tym przypadku chodzi o rezygnację z agresji ze strony dotychczasowego przeciwnika) jest współpraca. Dowodem na to jest PRL pod wodzą Edwarda Gierka. W tamtych latach nastąpiło niemal pełne otwarcie na kraje Zachodu. Dwadzieścia lat później w Polsce miały miejsce demokratyczne wybory i zmiana ustroju … Jaki z tego wniosek ?. Jak zauważyłem powyżej, w stosunkach Polska i UE a Białoruś i Rosja czas na nowe otwarcie. Unia Europejska powinna zaproponować Rosji, Białorusi i Ukrainie umowę akcesyjną ! To powinien być plan – wielostronna umowa – z perspektywą co najmniej na 50 lat. Przy czym, niejako po drodze, powinna zostać rozwiązania sprawa konfliktu narodowościowego w Ukrainie. Wiadomo, że na terenie Ukrainy rosyjskojęzyczna część mieszkańców nie chce być w państwie ukraińskim; dowodem na to jest powstanie Ługańskiej i Donieckiej Republiki oraz krwawy konflikt z tym związany. Natężenie konfliktu jest nieuniknione – chyba żeby w celu rozwiązania konfliktu zostało wprowadzone rozwiązanie sprzed 100 lat, w Polsce – plebiscyt narodowościowy. Akcesja do UE to perspektywa ok. 50 lat, najpierw Białoruś, potem Ługańska i Doniecka republika (zakładając, że plebiscyt potwierdzi istnienie tych bytów), następnie Ukraina, a na końcu Rosja.
Kilka zdań powyżej napisano: „Po co nam Rosja ? Bo mamy wspólne interesy”. Jakie to interesy? Zarówno polityczne (patrz powyżej) jak i gospodarcze. Ponadto kulturowo Rosja jest nam dużo bliższa niż niż kraje muzułmańskie. Również ze względy na interesy społeczne, w kontekście naporu przybyszów z zewnątrz z powodu wojen oraz zmian klimatu. Słabo zaludnione terytoria Syberii mogłyby być dobrym rozwiązaniem na relokację imigrantów. Dla Rosji imigranci z innych kierunków niż Chiny, to też byłoby bardzo dobre rozwiązanie.
Niezależnie od terminów akcesyjnych Rosja, Białoruś i Ukraina powinny zostać niezwłocznie przyjęte do strefy Schengen. Przyjeżdżajcie, poznawajcie uroki krajów Unii Europejskiej, z pewnością Wam się spodoba …

Ci wstrętni okupanci

Burzliwą dyskusję w mediach wywołały publiczne oświadczenia intelektualnych przywódców rządzącej partii, dotyczące porównania wstrętnych okupacji naszej suwerennej ojczyzny przez hitlerowców (czytaj – że jednak przez Niemców), przez stalinowską ZSRR (czytaj, że jednak głównie przez Rosjan) i ostatnio przez Unię Europejską (czytaj, że głównie znowu przez Niemców i zdradliwych Francuzów, których przecież uwielbialiśmy od czasów Napoleona I). Drugim wątkiem tych wypowiedzi była wątpliwość, czy teraz musimy to znosić, czy też powinniśmy po angielsku wyjść z tej Unii i przestać pełnić rolę strażnika jej, jakże niebezpiecznej, wschodniej granicy.

Smętne życie pod okupacją

Nie miałem zamiaru włączać się do tej dyskusji, którą trudno uznać za poważną. Ale przypadkowo wpadły mi w oczy daty uroczenia obu znakomitych polityków, autorów tych zaskakujących wypowiedzi. Konfrontacja tych dat z naszą najnowszą historią, trochę mnie rozbawiła.
Obaj jeszcze nie istnieli w czasie prawdziwej okupacji wojennej i tym samym nie mieli przyjemności obserwowania życia w Generalnej Guberni. Młodszy z nich, autor okupacyjnych porównań, zaistniał dopiero w już fatalnie osłabionej okupacji sowieckiej, czyli epoce gomułkowskiej, po 1956 roku. Ale jako dziecię pieluszkowe, mimo wrodzonej inteligencji, nie wiele przecież rozumiał. Sądzę, że tak naprawdę mógł się interesować polityką w połowie gierkowskiej dekady. Mimo okupacyjnych warunków uczył się, skończył szkołę średnią i pomaturalną, zaczął pracować. Indoktrynacja młodzieży, zalecała miłość do innego ustroju i innych grup politycznych. Ale można przypuszczać, że był odporny i zachowywał postawę niezłomnego Polaka – patrioty. Naturalnym następstwem po zmianie ustroju była aktywność polityczna, uwieńczona ważnymi stanowiskami.

Starszy Autor, sugerujący konieczność rozważenia słuszności dalszego uczestniczenia w Unii Europejskiej, był już aktywny umysłowo i fizycznie w końcu okresu gomułkowskiego i w całej dekadzie gierkowskiej. Nie wiem, czy miał wówczas świadomość, że żyje pod okupacją Skończył studia, aktywnie działał w formalnych i nieformalnych grupach studenckich. Solidarnościowe kontakty tych grup spowodowały, że rozwinął kontakty także i z tym środowiskiem, stopniowo wchodząc do polityki.

Niezręczne porównania

Denerwujące zarówno opozycjonistów jak i partyjnych kolegów wypowiedzi dotyczące relacji Komisji UE i Polski, były zapewne spontaniczne i emocjonalne, ale także – niestety – bezsensowne i szkodliwe.
Wiele leciwych osób, w tym także niektórych gości na mojej przyzbie, szczególnie „wkurzyło” porównanie stosunków z Unią do okupacji w czasie II wojny. Bezsensowność tej odkrywczej myśli nie tyle ich obrażała, co świadczyła o śmiesznym, ale i niepokojącym poplątaniu pojęć polityka, wysoko umieszczonego w hierarchii ważności. W końcu nawet z patriotycznej literatury musiał wiedzieć, że wojenna okupacja nie polegała na rozdawaniu pieniędzy, tylko na łapankach, obozach koncentracyjnych, mordowaniu i czynnej walce z militarnymi i administracyjnymi ogniwami okupanta. Pod sowiecką okupacją miał szczęście żyć po 1956 roku, czyli zasadniczo złagodzonym ustroju, w którym Polska miała zasłużoną opinię „najweselszego baraku w socjalistycznym obozie”. Gdyby urodził się wcześniej, to może brałby udział w jedynej (dotychczas!) w naszej historii milionowej manifestacji poparcia dla W. Gomułki, ze zdziwieniem patrzył na księży błogosławiących polską delegację jadącą na pierwsze po „przewrocie” rozmowy w Moskwie. Z troską też obserwowałby sytuację postawienia radzieckich garnizonów i w stan gotowości, przygotowanej na wypadek fiaska rozmów i próby oderwania polskiego baraku od obozu. Niezadowoleni z rzekomo nadmiernej łagodności tych rozmów zamilkli po niemal równoległych, krwawych doświadczeniach węgierskich. w których zginęło ponad 2500 Węgrów i 740 żołnierzy radzieckich – głównie Rosjan.
Starszy wiekiem propagator PISu i jego programów nie sięgał to okupacyjnych porównań. Powiedział jedynie, że jeśli Unia, jej trybunały i niesympatyczni komisarze będą nadal gnębili nas niesłusznymi wyrokami, grozili karami i żądali innej praworządności niż ta, którą wymyślili nasi przywódcy – to będziemy musieli zastosować bardziej drastyczne środki obronne. Żądni sensacji dziennikarze uznali, że jest to groźba polsitu, – czyli opuszczenia Unii. A przecież każde dziecko wie, że Unia bez Polski była by słabiutka, uboga i mniej religijna, a więc zdana na pastwę sił nieczystych. I nawet wykorzystanie polskiego przykładu „gmin „wolnych od LGBT” niewiele opóźniłoby proces narastającej zgnilizny moralniej zachodniej Europy.

Co dalej?

W nieco nerwowej dyskusji na przyzbie padło pytanie – to czego właściwie mamy się spodziewać? Pożegnamy się z Unią udowadniając, że już 6 lat temu podnieśliśmy się z kolan i mamy w głębokim poważaniu straty finansowe i pogłębienie negatywnej opinii w Europie i Ameryce północnej?
Czy też tradycyjnie pomachamy szabelkami, rzucimy jeszcze kilka inwektyw na temat trybunałów i komisarzy, ale w zasadniczych sprawach zrobimy krok wstecz, łagodząc stosunki z „unijną biurokracją” i zmieniając atmosferę z niemal wrogiej, na stwarzającą nadzieję normalizacji?

Doszliśmy do wniosku, że mimo udawania bohaterów i uporczywego tworzenia nowego systemu politycznego nazywanego przez niektórych „kaczokracją”, nasi aktualni władcy nie odważą się na zastosowanie pierwszego wariantu. Koszty mogłyby być zbyt duże. To nie tylko straty finansowe, które i tak poniósłby naród, a nie nosiciele władzy. To groźba jej utraty w sposób, który oceniony zostanie przez historię, jako przykład ambicjonalnego, ale świadomego działania, szkodliwego dla kraju. To też możliwość wywołania protestów, o skali przekraczającej wytrzymałość struktur państwa. Z ostatnich, oficjalnych wypowiedzi kierownictwa rządzącej partii można przypuszczać, że – „póki co” – wybrano drugi wariant. Co nie oznacza, że w sprzyjających warunkach nie można go zmienić.

Jest więc bardziej prawdopodobne, że pokrzyczą, ponarzekają, ponegocjują, coś utargują i ustąpią przynajmniej w tych sprawach, które decydują o „to be or not to be” Polski w Unii.

Ale – naszym zdaniem – ślad walki o średniowiecznie rozumianą suwerenność, pozostanie na długo w umysłach unijnych działaczy i urzędników. Objawy sympatii będą przypominały zachowania ekspedienta w sklepie, w którym towaru jest zbyt mało, aby zaspokoić oczekiwania wszystkich klientów.

Trójmorze, co dalej…

Motto: Tempora mutantur et nos mutamur in illis.

Czasy się zmieniają i my zmieniamy się wraz z nimi, mówi łacińskie przysłowie. Czy, aby na pewno się zmieniamy? Czy obecna globalna sytuacja powinna nas skłonić do zmian w sposobie politycznego myślenia? George Friedman uważał, jeszcze przed Afganistanem, że kolejne porażki militarne Stanów Zjednoczonych wkalkulowane są w ogólną, dalekosiężną strategię, która pozwoli Stanom na utrzymanie światowego przywództwa do końca bieżącego stulecia. Bardziej jednak podoba mi się myśl Zbigniewa Brzezińskiego, że Stany mogą wiele, ale nie wszystko.

Uwarunkowania zewnętrzne i wewnętrzne

Czytam niedawno, że Bush był prezydentem niemądrym, Obama hamletyzował a Trump był nieprzewidywalny. To wszystko bardzo prawdopodobne, ale ich wybór wynikał z poziomu niezbyt wykształconego i ubogiego społeczeństwa, którym kierują i manipulują wykształcone i bogate elity. Tych elit oceniać nie mam zamiaru. Obecnie prezydentem Stanów Zjednoczonych jest demokrata Joe Biden, który zastąpił na tym urzędzie republikanina Donalda Trumpa. Ten ostatni ogłoszony został przyjacielem Polski, czego nie zamierzam podważać, tym bardziej, że kandydował będzie na to stanowisko po raz wtóry, a co ważne, był politykiem sprzyjającym Inicjatywie Trójmorza, bardzo potrzebnej naszemu regionowi.
Zastanowić się natomiast warto na ile amerykańscy demokraci, których prezydentów doradcą był Zbigniew Brzeziński wykazać mogą aktualnie zrozumienie dla specyfiki Europy Środkowej, dla jej wielu pomysłów integracyjnych. Z enuncjacji medialnych wiemy już, że w amerykańskim Kongresie zarówno republikanie, jak i demokraci wyrażają poglądy sprzyjające Inicjatywie.
Postawić można pytanie na ile myśl polityczna Zbigniewa Brzezińskiego, który rozumiał Europę Środkową, zapamiętana została wśród demokratów. Oczywiście, „co będzie pokaże czas”, ale istnieje pokusa znalezienia już teraz, przynajmniej w części, odpowiedzi na to pytanie. Z. Brzeziński już na początku swej działalności naukowej i politycznej opowiadał się za integracją Europy Środkowej i za powstaniem konfederacji polsko-czechosłowackiej. Na jego poglądy wpływ mógł mieć niewątpliwie m.in. fakt, że jego żoną była Emilie Beneš stryjeczna wnuczka prezydenta Czech Edvarda Beneša, który wraz z premierem Władysławem Sikorskim taką konfederację podczas II wojny światowej usiłował powołać. Jeszcze kilka lat przed śmiercią B. Brzeziński stwierdzał, że odpowiedzią Europy na wyzwania stojące przed nią i całym Zachodem powinna być współpraca regionalna, wzmocnienie Grupy Wyszehradzkiej i powiązań z krajami północnej Europy.
Takie poglądy prezentował Z. Brzeziński wtedy, gdy pozycja Ameryki na globalnym forum już słabła. Na temat Trójmorza nie zdążył się wypowiedzieć, bo zmarł w roku 2017, a więc zanim Inicjatywa nabrała kształtu. Czy obecnie, po klęsce w Afganistanie, zaprzątał by sobie głowę Polską i Europą Środkową? (Nawiasem mówiąc Z. Brzeziński uważał, że Europa Środkowa kończy się na Łabie. Nie była to jednak polityczna definicja regionu, lecz raczej ekonomiczno-społeczna. M.P.).
Zbigniew Brzeziński we wstępie do swej książki „Strategiczna wizja” napisał: „Tylko dynamiczna, postępująca zgodnie z przemyślaną strategią Ameryka może wraz z jednoczącą się Europą wspólnie działać na rzecz większego i bardziej żywotnego Zachodu, zdolnego do odgrywania w sposób odpowiedzialny roli partnera dla rosnącego w siłę i coraz bardziej pewnego siebie Wschodu.
W przeciwnym razie niewykluczone, że geopolitycznie podzielony i skupiony na sobie Zachód pogrąży się w historycznym upadku, który upodobni go do upokorzonych i bezsilnych dziewiętnastowiecznych Chin. Na Wschodzie zaś pojawi się pokusa powtórzenia katastrofalnej w skutkach próby sił pomiędzy państwami dwudziestowiecznej Europy.” Z. Brzeziński pisał te słowa w 2012 roku a od tego czasu zmian na lepsze nie widać. Wręcz przeciwnie.
Rola politycznego gracza
Unia Europejska nie osiągnęła dotąd roli politycznego gracza (Brzeziński uważał, że jest to projekt niedokończony), a Stanom Zjednoczonym do przodującej roli w świecie coraz dalej. Z chwilą objęcia urzędu przez Prezydenta Bidena pozycja Stanów Zjednoczonych w świecie ma jakąś szansę na poprawę, ale to poprzednik Bidena, Donald Trump wspierał ideę Trójmorza, a nie aktualny Prezydent, który z poparciem jeszcze nie zdążył. Co prawda poparcie dla Inicjatywy Trójmorza wyrażają obecnie zarówno demokraci, jak i republikanie, ale poparcie to nie jest przekonywujące.
I nie było przekonywujące od strony finansowej nawet za Trumpa. Więcej było w tym poparciu słów niż konkretu, a raczej: pomóżcie sobie sami, albo: niech wam Unia Europejska pomoże. I Unia Europejska pomaga, a przede wszystkim nie przeszkadza.
Amerykańskie wsparcie dla idei Trójmorza jest jednak nadal niezbędne. A tymczasem na globalnym horyzoncie kłębią się ciągle czarne chmury. Skończyła się już dość dawno „globalna supremacja” Zachodu, a trwające sukcesy Chin czynią z nich alternatywę systemową, bo system amerykański, jak zauważył Z. Brzeziński, zaczyna być postrzegany jako przestarzały. Ważnym wydarzeniem stało się wycofanie wojsk amerykańskich z Afganistanu. Decyzja Prezydenta Bidena w tej sprawie świadczy o przezorności jego i jego ekipy. Wszelkie ponawiane w przyszłości ewentualne militarne próby ratowania amerykańskiego imperium skończyć się mogą bardzo tragicznie i przyśpieszyć koniec, a nie uratować USA. A pokusy w Stanach powrotu do militarnych interwencji niestety nadal istnieją!
Renesans Ameryki
Tymczasem przywrócenie świetności Ameryki nastąpić może obecnie przede wszystkim poprzez sukcesy gospodarcze oraz na polu nauki i edukacji, w ścisłym sojuszu z Unią Europejską Analitycy polityki międzynarodowej i znawcy problematyki afgańskiej głowią się obecnie nad tym jakie będą skutki wycofania wojsk USA oraz ich sojuszników. Przeważać wydaje się opinia, że na ich miejsce wejdą do Afganistanu Chiny. Sam Prezydent Biden tak sądzi.
Amerykanie zostawili w Afganistanie mnóstwo wojskowego sprzętu, który, jak widać, niewiele pomógł w wygraniu tej wojny. Myślę zresztą, że talibom ten sprzęt też do niczego przydatny nie będzie. Przypatrzą mu się Chińczycy.
Już podczas wojny w Wietnamie odzywały się głosy, że aby wygrać podobny konflikt (są oczywiście także istotne różnice!) stosunek liczbowy sił inwazyjnych do sił miejscowego przeciwnika powinien być kilkakrotnie wyższy, a walka powinna przypominać walkę wręcz, czyli „face to face”. A tu niestety mamy do czynienia już z demografią. Kogo na Zachodzi stać na taką wojnę? A może stać Chińczyków? Z. Brzeziński uważał, że po wycofaniu wojsk amerykańskich nastąpi wewnętrzny rozkład kraju i rywalizacja o wpływy w Afganistanie wśród sąsiednich państw. Istnieje przy tym prawdopodobieństwo, pisał, że w Afganistanie na nowo rozpalą się namiętności religijne i etniczne.
Wydaje mi się jednak, że to m.in. rosnąca chińska obecność w Afganistanie ochłodzi tam nastroje i do większych militarnych perturbacji w tym kraju nie dojdzie. Brzeziński stwierdził przy tym że amerykańska skłonność do wycofywania się z Bliskiego Wschodu będzie zapewne wzrastać wraz ze słabnięciem globalnej pozycji USA, mimo wyrażanego publicznie poparcia dla Izraela. ( I tu zapalać się powinna dla politycznych decydentów czerwona lampka.
Jeśli Stany gotowe są opuścić Izrael, to co z Europą i z Europą Środkową?) Jego zdaniem długofalowym celem Stanów Zjednoczonych powinna być transatlantycka stabilność oparta na coraz pełniejszym porozumieniu między starymi potęgami Zachodu i nowymi potęgami Wschodu. Wymaga to starań przez kilka następnych dekad o połączenie zarówno Rosji, jak i Turcji, z Zachodem obejmującym już UE i USA, dzięki takim instytucjom jak UE i NATO.
Chiny – USA
Równocześnie strategiczne zaangażowanie USA w Azji powinno obejmować próby współpracy i partnerstwa z Chinami oraz promocję pojednania między Chinami i sprzymierzoną z USA Japonią. Brzeziński uważał, że Europa (Francja i Niemcy) popełniają błąd odrzucając europejskie aspiracje Turcji, która mogłaby osłaniać Europę od problemów i namiętności Bliskiego Wschodu. Turcja wykorzystując swe terytorialne i kulturowe związki z ludami starego imperium osmańskiego i postsowieckimi państwami Azji Środkowej, mogłaby podkopywać atrakcyjność islamskiego ekstremizmu i zwiększać stabilność regionalną, z korzyścią nie tylko dla Turcji, ale i dla Rosji i Europy. (Z. Brzeziński tego na napisał, ale podejrzewam, że chodziło mu także o zastąpienie na Bliskim Wschodzie Ameryki przez Turcję jako gwaranta bezpieczeństwa Izraela.
Można mieć jednak wątpliwości czy obecna Turcja spełnić może taką rolę. M.P.) Zauważmy, że w tym, z konieczności bardzo skrótowym, przedstawieniu ostatnich poglądów Zbigniewa Brzezińskiego jest miejsce dla Europy jako całości, ale nie ma miejsca dla Europy Środkowej. Brzeziński prezentował w roku 2012 swe poglądy z myślą o horyzoncie czasowym po 2025 roku.
Jeśli jego postulaty (prognozy?) nie uwzględniające Europy Środkowej zostaną zrealizowane, to czy w ich konsekwencji Niemcy (lub Unia Europejska) i Rosja podzielą się, zgodnie z historyczną tradycją, osamotnioną Europą Środkową. A może Stany realizować będą nadal koncepcję George’a Friedmana, według której Stany Zjednoczone nie dopuszczą do zbytniego zbliżenia Niemiec i Rosji?
Rozważyć można jeszcze jeden scenariusz, który przypominałby powrót do niemieckiej Mitteleuropy. Te 3. scenariusze wymagałyby być może oddzielnego rozpatrzenia, jakkolwiek wszystkie wydają się być z góry mało prawdopodobne, bo zakładają w podtekście nieprzyjazne relacje między Stanami a Unią Europejską.
Wydaje się jednak, że słabość Stanów i słabość Unii Europejskiej powinna skłaniać do ścisłego sojuszu.
Europejski instynkt polityczny
Jeżeli z kolei środkowoeuropejskie elity nie zawiedzie instynkt polityczny, to Europa Środkowa integrować się będzie w ramach Unii Europejskiej i to właśnie Unia Europejska pozostanie dla naszego regionu głównym i bezpiecznym partnerem, oczywiście w sojuszu z Ameryką Północną – tzn. Stanami i Kanadą. Co nie oznacza, że w Europie Środkowej nie będzie miejsca dla bezpośrednich partnerskich relacji ze Stanami Zjednoczonymi, Chinami, a także z Rosją. Napisałem niedawno, że z via Carpathia powinna się cieszyć również Rosja i wszyscy nasi wschodni sąsiedzi, bo nigdy nie mieli dobrej lądowej komunikacji z Bałkanami.
Sądzę przy tym, że chińska obecność w Afganistanie, na rosyjskim podbrzuszu, niekoniecznie sprzeczna w krótkim horyzoncie czasowym z interesem Zachodu i Ameryki, ostudzi nastroje w Europie Wschodniej (szczególnie w Rosji) i nastąpi wreszcie era współpracy Zachodu z Rosją, czego oczekiwał Z. Brzeziński.
A Chiny nie będą sprzeciwiać się tej współpracy, bo spokój na jedwabnym szlaku umożliwi im bezpieczny rozwój wymiany gospodarczej i handlu z Europą oraz z wszystkim krajami „po drodze”. A do zbliżenia, nie Niemiec, ale Unii Europejskiej z Rosją zapewne w dalszej perspektywie dojdzie, najlepiej przy amerykańskim współudziale. To zbliżenie poprze także Watykan, którego zauważalny długoletni dialog z Rosją zmierza właśnie w tym kierunku. Kiedy dokładnie nastąpi zbliżenie między całym Zachodem a Rosją, trudno w tej chwili przewidzieć, niemniej wydarzenia na świecie wydają się gwałtownie przyśpieszać. W każdym razie, do tego czasu, Europa Środkowa powinna już być maksymalnie zintegrowana, ale nie przeciw Niemcom, lecz w ramach Unii Europejskiej.
Skonfederowani?
Europy Środkowej nie udało się i nie uda nikomu na trwałe podbić siłą. Jej różnorodność narodowa, etniczna, kulturowa i religijna stanowi o jej niepowtarzalności, co równocześnie uniemożliwia narzucenie zwierzchnictwa jednego narodu drugiemu, a co dopiero całemu regionowi. Europa Środkowa nie potrzebuje hegemona, ani z zewnątrz, ani „własnego”; jedyny sposób, aby mówiła jednym głosem jest jej dobrowolne zjednoczenie na podstawie politycznej, gospodarczej, kulturalnej itd. w celu obrony wspólnych interesów. Proces ten może być długotrwały, co nie oznacza, że wizja Europy Środkowej zjednoczonej w ramach Unii Europejskiej jest wizją utopijną. Największym i niewybaczalnym błędem polskich i innych środkowoeuropejskich elit byłoby doprowadzenie krajów regionu do wyjścia z Unii Europejskiej.
Federaliści środkowoeuropejscy już od XIX wieku powtarzali, że obrona narodowych interesów małych i słabych środkowoeuropejskich krajów, w otoczeniu sąsiadujących z nimi potęg, wymaga rezygnacji ze skrajnych nacjonalizmów na rzecz zjednoczonego regionu. Rezygnacja ta nie wyklucza jednak rozumnego patriotyzmu. Myślano początkowo, że już wcześniej zjednoczona Środkowa Europa połączy się z Zachodem Europy. Stało się inaczej – do Unii Europejskiej weszły pojedyncze kraje środkowoeuropejskie, które dopiero obecnie, w ramach UE dokonują regionalnej integracji (m.in. Grupa Wyszehradzka, Trójmorze, chiński format współpracy obejmujący Chiny i kraje Europy Środkowej „17+1”). Zintegrowana Europa Środkowa, już jako samodzielny podmiot w UE, powinna w dogodnym dla siebie momencie zdecydować jaką formę federacji unijnej poprze, czy będzie to pełna federacja czy konfederacja. Wydaje się, że luźna konfederacja najbardziej odpowiadałaby obecnie możliwościom i potrzebom Europy. Przy czym w niektórych obszarach trudno wyobrazić sobie inne rozwiązania niż te, które przypominają scentralizowaną federację, chodzi np. o obronność czy walkę z cyberatakami. O pełnej suwerenności narodowej na podobnych polach należałoby raczej zapomnieć. Wiele obecnych sporów między poszczególnymi państwami unijnymi a brukselską administracją wynika z braku jasnych, nakreślonych uprawnień brukselskiej centrali (decydują często niewybierani lecz mianowani urzędnicy!) oraz państw członkowskich. Na te tematy powinni się wypowiedzieć konstytucjonaliści w państwach członkowskich Unii. Sądzę i mam nadzieję, że do dyskusji tej znaczący wkład wnieść może syn Zbigniewa Brzezińskiego, przyszły Ambasador Stanów Zjednoczonych w Polsce Mark Brzeziński. W dyskusji nad przyszłym kształtem Unii Europejskiej, procesem integracji środkowoeuropejskiej i miejsca w niej Polski, mogliby wziąć udział także polscy uczeni pracujący na zagranicznych uczelniach. W przeszłości to oni w dużym stopniu byli twórcami koncepcji Środkowej Europy.
Mówi się niekiedy, że polskie społeczeństwo podzielone jest mniej więcej równo na dwie części. Otóż w przypadku Unii Europejskiej jest inaczej: 4/5 Polaków (80 proc. ) opowiada się za obecnością w Unii. Tak wynika z badań opinii publicznej i to jest już bardzo dobra wiadomość. Nigdy jednak dotąd nie zadano społeczeństwu pytania odnośnie integracji środkowoeuropejskiej. Powodów jest wiele, a wśród nich podstawowy: społeczeństwo nie jest przygotowane do odpowiedzi, bo i pytanie trudno sformułować.
Czy społeczeństwo popiera dotychczasowe próby integracji regionalnej, np. Grupę Wyszehradzką? Wydaje się, że w tym przypadku zdecydowanie tak, ale co dalej? I tutaj jest pole do działania dla naszych elit politycznych. Wśród polityków popierających naszą obecność w Unii przeważa niestety pogląd, że w Unii niczego nie należy zmieniać, wystarczy ją popierać. Ponadto nasze elity nie wypowiedziały się na razie wyraźnie co do przyszłej, bardziej zintegrowanej niż dotąd, Europy Środkowej. Odpowiedź pozytywną otrzymujemy tylko w przypadku Grupy Wyszehradzkiej i tę próbę integracji należy zdecydowanie popierać, mimo, że nie zawsze zgadzamy się z linią polityczną poszczególnych krajów Grupy.
Jeżeli chodzi natomiast o szerszą integrację, całej Europy Środkowej, to inspiracje w tym kierunku przychodzą raczej z zewnątrz, np. ze Stanów Zjednoczonych i Chin niż z samego regionu. To, że świat dostrzega nasz region jako jedną całość, mimo wewnętrznego zróżnicowania, przyjmujemy jak rzecz zrozumiałą. Nie zawsze jednak tak było i w tym postrzeganiu nas przez świat obecnie wiązać można wiele nadziei. Jeżeli jednak Europa Środkowa nie wykorzysta sprzyjającego jej momentu, państwa narodowe regionu stracić mogą, jedyną być może, okazję zabezpieczenia swych dobrze rozumianych narodowych interesów. Jeżeli chodzi o Polskę, to już obecnie wielką szkodę naszym narodowym interesom przynieść mogą „mocarstwowe podrygi” jednych i błoga nieświadomość drugich polityków.
Wynikają one być może z przekonania, że sama Polska, bez wsparcia środkowoeuropejskich sąsiadów, jest w stanie prowadzić skuteczną politykę międzynarodową. Chciałoby się powiedzieć: więcej skromności, zanim ktoś nam powie: żadnych złudzeń Panowie! Polska (dotyczy to także pozostałych krajów Europy Środkowej) bez wsparcia naszego zintegrowanego regionu nie będzie w stanie prowadzić żadnej skutecznej polityki. Pomyślmy przez chwilę jaka byłaby przyszłość niezintegrowanych krajów Środkowej Europy. Ich los przypominałby, nigdy na szczęście nie zrealizowaną koncepcję Mitteleuropy, tym razem w wykonaniu Unii Europejskiej, czytaj najsilniejszych państw Unii; poszczególne państwa regionu w ważnych dla siebie sprawach nie miałyby wówczas nic do powiedzenia. Powoli, ale śpieszmy się! Tempus fugit! Czas ucieka i ktoś dodał, że nie wraca.