Europejski tramwaj Wywiad

O kondycji Unii Europejskiej z prof. Klausem Bachmannem, historykiem, politologiem, publicystą, profesorem nauk społecznych, autorem wielu książek o tematyce europejskiej, polsko-niemieckiej i polsko-ukraińskiej rozmawia Justyna Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: 27 państw unijnych zatwierdziło wynegocjowane porozumienie w sprawie Brexitu. Co ono zawiera?

KLAUS BACHMANN: Bardzo długą umowę, która reguluje warunki, na jakich Wielka Brytania rozstaje się z UE, i nieco krótszą deklarację polityczną o przyszłych stosunkach między UE a Wielką Brytania, która ma głównie ułatwić premier May przeprowadzenie tej umowy przez parlament. Najciekawsze w obu dokumentach jest jednak to, czego nie zawiera – jasnej decyzji, jak będzie wyglądać reżim celny na granicy między Irlandią i Irlandią Północną i jak się ten reżim odbije na granicy celnej między Irlandią Północną i Wielką Brytanią.

 

Czy Unia jest wygranym w tych negocjacjach?

Słusznie tu nikt nie mówi o wygranej. W wyniku Brexitu UE traci jednego z największych członków, a Wielka Brytania prędzej czy później traci dostęp do jednego z największych rynków świata. To jednak nie znaczy, że obie strony tracą tyle samo.
Wielka Brytania traci dostęp do relatywnie bardzo dużego rynku, który dla niej jest bardzo ważny, a UE traci dostęp do relatywnie małego (jeśli to porównać z UE-27) rynku. W dodatku Wielka Brytania kompletnie traci prawo współdecydowania o UE, bo Brytyjczycy muszą się wycofać ze wszystkich instytucji unijnych, nie będą mieli posłów w PE, nie będą głosować w Radzie UE. UE traci tylko tyle, że TSUE już nie będzie miał jurysdykcji nad Wielką Brytanią – jeśli zakładamy oczywiście, że nie będzie dłuższego okresu przejściowego, podczas którego Wielka Brytania zostaje członkiem unii celnej, bo nie chce albo nie może uregulować reżimu granicznego z Irlandią.

 

Coraz częściej słychać głosy, że parlament brytyjski nie zatwierdzi porozumienia. Wówczas scenariuszy jest kilka. Czy upadnie rząd Theresy May i będą wcześniejsze wybory?

Tego nikt nie wie, bo sami posłowie jeszcze tego nie wiedzą. W tej chwili May nie ma większości, bo unioniści, którzy jej zapewniają przewagę, chcą „mieć ciasto i jeść ciasto”, to znaczy nie chcą powrotu do kontroli celnych na granicy z Irlandią, ani granicy celnej między Irlandią Północną i Wielką Brytanią. Ale gdzieś ta granica celna musi przebiegać, jeśli Wielka Brytania chce wyjść z unii celnej z UE.

 

Czy wobec tego możliwe jest powtórne referendum w sprawie Brexitu?

W Wielkiej Brytanii referendum może zwołać tylko sam rząd. Nie mogą tego robić obywatele wbrew rządowi, jak to się ciągle dzieje w Szwajcarii. Jeśli May nie chce referendum, to go nie będzie, chyba że zostanie obalona, ale na razie wygląda na to, że mogą to robić jedynie jej wewnątrzpartyjni przeciwnicy, którzy w dodatku chcą wyjść z UE bez umowy. Jeśli oni wygrają z brytyjską premier, to też nie mają powodu, aby zainicjować referendum. Trzeba pamiętać, że referenda mają to do siebie, że ich wynik jest nie do przewidzenia.
Aby wyjść, Boris Johnson nie potrzebuje referendum, bo już jedno dostał i wygrał. Jeśli zaś drugie referendum skończyłoby się większością, która nie chce Brexitu, to natychmiast straciłby swoją władzę, jak dwa lata temu David Cameron. Po co miałby więc ryzykować? Ten dylemat miałby też każdy inny rząd, nawet taki, który chce zostać w UE (choć trudno dostrzec, jaki to mógłby być rząd, skoro nawet Jeremy Corbyn, lider Partii Pracy mówi, że respektuje wynik referendum sprzed dwóch lat).
Załóżmy, że powstanie taki rząd, który chce zostać w UE i ogłosi referendum. Jeśli ludzie ponownie zagłosują za wyjściem z UE, to taki rząd upadnie, bo to przecież wotum nieufności wobec niego. Jeśli dostanie większość za pozostaniem Wielkiej Brytanii w UE, to i tak musi jakoś uzasadnić, dlaczego to wotum jest ważniejsze niż to, co „naród” zadecydował dwa lata temu. To świetny przykład dla tych, którzy każdy spór chcą sprowadzić do głosowania „wszystko albo nic” i rozstrzygnąć to w referendum: tak, to „naród” albo jego część decyduje. Ale to politycy, elity polityczne – a w Wielkiej Brytanii nawet tylko sam rząd – decydują, kiedy naród to robi i jak tę decyzję potem interpretować.

 

W jakiej kondycji znajduje się Unia przed wyborami do PE, które już za kilka miesięcy?

W nie najlepszej. Powoli ci, którzy jeżdżą na gapę, osiągają masę krytyczną. Zawsze byli tacy, którzy formalnie przyjmowali obowiązki i prawa i potem starali się tylko korzystać z praw, a ignorować obowiązki tak długo, jak się dało. To poniekąd naturalne, wszystkie państwa tak robią, dlatego wymyślono takie instytucje, jak Komisja Europejska i TSUE, aby temu zapobiec albo przynajmniej podwyższyć koszty jazdy na gapę. KE i TSUE to rodzaj kontrolerów we wspólnym europejskim tramwaju, dlatego mało kto ich lubi, ale wszyscy ich potrzebują, jeśli Zarząd Komunikacji Miejskiej ma nie zbankrutować. Kiedyś jeżdżący na gapę starali się to ukryć i robili to tylko na krótkich trasach, teraz spędzą noc w tramwaju, imprezują na koszt pozostałych i obnoszą się tym, że jeżdżą, ale nie płacą. A kontrolerzy już nie nadążają za nimi, bo oni zaczynają koordynować swoje akcje i bronią się nawzajem.

 

Coraz częściej ci chcący jeździć na gapę, eurosceptycy, dochodzą do głosu w krajach członkowskich. Jak to rokuje na kształt przyszłego Parlamentu Europejskiego?

Będzie ich więcej, co zmusza tradycyjne partie do zwierania szeregów, ale raczej nie daje partiom eurosceptycznym wpływu na instytucje. Duże znaczenie będzie tu też miało, czy socjaliści i chadecy roztoczą parasol ochronny nad swoimi nieco szemranymi sojusznikami, np. w Bułgarii (socjaliści) albo w Polsce i na Węgrzech (chadecja).
Tu dobrego wyjścia nie ma, zwłaszcza wtedy, kiedy taka partia ma dużo posłów i ma do wyboru, czy zasilić swoimi głosami chadecję lub frakcję skrajnie prawicową albo prawicowo-populistyczną. Wtedy taka chadecja stoi przed dylematem: zachować cnotę i pozwolić na wzmocnienie przeciwników czy połknąć taką żabę i mieć więcej głosów.

 

Od kilku dni Unia ma jeszcze jeden problem, konflikt na morzy Azowskim Ukraina-Rosja. Jakie kroki powinna podjąć KE?

W warunkach wojny informacyjnej powinna wysłać jasny komunikat o tym, kto tu jest agresorem, a kto napadniętym, i że taranowanie mniejszych statków, porwanie ich załogi i trzymanie marynarzy jako zakładników nie jest akceptowaną metodą rozwiązywania sporów dotyczących granicy morskiej. Kiedy słyszę te wezwania do deeskalacji, skierowane do obu państw, to myślę sobie, że czas, aby Ukraina nareszcie wycofała swoich żołnierzy z Rosji i oddała ziemie, które zagarnęła. Mam wtedy przed oczami scenę, która kiedyś rozgrywała się w Brukseli: młody facet napadł na starą babcię, wyrwał jej torbę i uciekł. Nie próbowałem go złapać, to zadanie dla policji, ale też nie wezwałem babci do deeskalacji. Zgodnie z obecną logiką wypowiedzi wielu europejskich polityków policja powinna była najpierw ustalić, czy babcia nie sprowokowała tego rabusia i czy ona później nie wykorzysta tego napadu, aby wzbudzić litość u sąsiadów i wystąpić o dodatek do emerytury.
Być może UE w obecnej sytuacji nie będzie w stanie ukarać sprawcy. Zresztą nie jestem pewien, czy kary w stosunkach międzynarodowych w ogóle mają sens – wystarczy przypomnieć, jaki skutek przyniosły sankcje i embarga podczas rozpadu Jugosławii, ale komunikat musi być jasny – choćby ze względu na opinię publiczną państw członkowskich i po to, aby ograniczyć możliwości manipulacji tą opinią ze strony Rosji.

 

„Po incydencie w Cieśninie Kerczeńskiej jest jasne, że należy jak najszybciej zrezygnować z budowy Nord Stream 2; zależność od tranzytu gazu przez Ukrainę na razie powstrzymuje Moskwę przed większą agresją wobec Kijowa” – pisze „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Może tak należy zareagować? Czy takie rozwiązanie wchodzi w grę?

Ten argument działa też w drugą stronę: ta zależność nie powstrzymała Rosji ani od przejęcia Donbasu, ani od aneksji Krymu, ani od obecnego konfliktu wokół Kerczu. Obecny rząd nie zrezygnuje z NS2, ale wątpię też, czy inny niemiecki rząd zastopuje tę inwestycję. W Niemczech około połowa ankietowanych w sondażach jest prorosyjska i od ostatnich wyborów ma to swoje odzwierciedlenie w Bundestagu: lewica, część socjaldemokracji i chadecji (CSU), liberałowie i Alternatywa dla Niemiec są mniej lub bardziej prorosyjskie, chadecja (CDU) i Zieloni są krytyczni wobec Rosji. Ale nawet jeśli upadnie koalicja Merkel i powstanie koalicja z udziałem Zielonych, chadecji i liberałów, to wątpię, czy odważą się na decyzje, które przekreślą NS2. To formalnie inwestycja prywatna i transnarodowa, a koncerny na pewno poszłyby do sądu i skończyłoby się podobnie jak wielka reforma energii (Energiewende) Angeli Merkel: rząd, zamykając elektrownie jądrowe, musiał płacić tym koncernom gigantyczne odszkodowania. A ceny energii, które za sprawą tej reformy i tak nieustannie rosły, poszłyby jeszcze bardziej w górę.

 

Angela Merkel zapowiedziała, że nie będzie ubiegać się o fotel szefa partii. Jak to wpłynie na przyszłość Unii w kontekście jej potencjalnych następców?

W ogóle nie wpłynie. Czy kanclerz jest szefem partii lub nie, rzutuje na jego pozycję wobec klubu parlamentarnego i na ogólny wizerunek partii, bo łącząc te funkcje zapobiega się kłótni między szefem partii i szefem rządu. Ale dla jej pozycji w UE nie ma to wpływu. Wpływ na UE może mieć to, że za kilka lat przejdzie na emeryturę i wtedy z pokładu zejdzie polityczka, która zawsze walczyła jak lew, aby utrzymać jedność UE, narażając się za to nawet opinii publicznej, własnej partii i wyborcom, nie mówiąc o opinii publicznej w Grecji. Każdy następca będzie miał bardziej klarowny, jednoznaczny i mniej dyplomatyczny przekaz niż ona. Nikt z nich nie ma takiej skóry słonia jak ona.
Mamy teraz znowu scenę polityczną jak w latach 70. i 80., z ostrymi podziałami ideologicznymi, otwartą kontestacją, demagogicznymi występami i popytem na symbolikę polityczną. To wymaga wyrazistych polityków z jasnym przekazem, którzy walczą widowiskowo ze smokiem, nawet jeśli nie rozwiążą ani jednego problemu, a tylko tworzą dodatkowe. Usłyszmy wtedy, że Niemcy nie chcą płacić za UE, w której nikt nie przestrzega reguł, i że trzeba bronić niemieckich interesów. W zależności od tego, kto będzie to mówił, może się nawet nazywać „europejskimi wartościami”. I tak samo jak w Stanach, będzie to zasłona dymna, która ukrywa, że możliwości Niemiec wpływania na innych też się kurczą w świecie, w którym relatywna waga Europy maleje wobec rosnącej roli Chin, Rosji i państw wschodzących i coraz bardziej izolacjonistycznymi Stanami.

 

To wszystko nie brzmi dobrze, niemniej nie raz Unia pokazywała, że potrafi przezwyciężyć kłopoty, a nawet wyjść z nich wzmocniona. Czy tym razem będzie podobnie?

Unia od kilku lat się kurczy. Jeśli ten proces doprowadzi do tego, że za kilka-, kilkanaście lat Unia będzie mniejsza, to na pewno będzie wtedy bardziej spójna i będzie mniej „jeżdżących na gapę” w tramwaju, ale to też oznacza, że jej relatywna waga w stosunku do innych będzie mniejsza. Tramwaj będzie miał mniej pasażerów i przez to pojedzie szybciej i wszyscy będą mieli ważne bilety, ale ten tramwaj już nie będzie miał pierwszeństwa na każdym skrzyżowaniu.

Naszej Unii lepiej WSPÓLNIE W KRAKOWIE

Czy europejscy socjaliści zmienią działanie powszechnie krytykowanej Unii Europejskiej? Czy zmienią ją na lepszą, bardziej sprawiedliwa społecznie, z administracją przyjazną wszystkim jej Obywatelom?
„Trzydziestego listopada wspólnie z naszymi przyjaciółmi z frakcji Europejskich Socjalistów i Demokratów w Parlamencie Europejskim będziemy w Krakowie debatować o naszym nowym projekcie dla Europy.
To będzie bardzo ważna konferencja, bo Europa znalazła się istotnym momencie swego rozwoju. Grożą jej trwałe podziały. Na „starą” i „nową” Europę, na Europy różnych prędkości. Zagrażają jej rozwojowi i korzystnej integracji agresywne polityki egoistycznych, nacjonalistycznych ugrupowań. Tych rządzących już w kilku państwach Unii Europejskiej, i tych zyskujących na popularności w wielu innych państwach.
Polska, a ścisłej rząd PiS, powinien jak najszybciej zmienić swą politykę wobec Unii Europejskiej. Ta polityka jedynie marginalizuje pozycję Polski na arenie międzynarodowej i osłabia szanse rozwoju naszego kraju.
W Krakowie powinniśmy wezwać do wspólnej walki z europejskimi nacjonalizmami, przypomnieć nasze socjalne i demokratyczne wartości, zaproponować programu reform Unii Europejskiej” – zadeklarował „Trybunie” wiceprzewodniczący SLD Andrzej Szejna.
Dwudniowe spotkanie liderów europejskich socjalistów przedyskutuje program europejskiej polityki socjalistów.
Zaprezentuje też polityczną inicjatywę „TOGETHER”, czyli „WSPÓLNIE”.
Zachęcającą do działania wszystkie europejskie ugrupowania polityczne sprzeciwiające się egoistycznym, rozbijającym europejską wspólnotę partiom nacjonalistycznym.
Prezentującą humanistyczne, prospołeczne, demokratyczne programy europejskich socjalistów dostosowane do współczesności i prognozowanej przyszłości.
Najważniejsze wystąpienia europejskich liderów podczas Konferencji, wypowiedzi ekspertów w czasie licznych paneli dyskusyjnych zmieścimy w najbliższych wydaniach „Trybuny”.
Nasza redakcja ma też swój autorski wkład w Konferencję. W sobotę 1 grudnia w Międzynarodowym Centrum Kultury. Rynek Główny 25 w trakcie międzynarodowego seminarium „Nowoczesna socjaldemokracja: Wartości, program, strategia” odbędzie się panel dyskusyjny „Nowoczesna socjaldemokracja: współczesne media w epoce digitalizacji, filozofii post-truth oraz strategii dezinformacji”.
Dyskusja poświęcona roli mediów we współczesnej „mediokracji” oraz o sposobach zapobiegania fałszowania rzeczywistości przez media rozpocznie się o godzinie 15.30.
Moderatorem dyskusji będzie redaktor naczelny dziennika „Trybuna” Piotr Gadzinowski.
Zapraszamy!

 

 

Aleksander KWAŚNIEWSKI – prezydent Polski w latach 1995-2005, Maroš Šefčovič – wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej, Zita GURMAI – posłanka Parlamentu Węgier, przewodnicząca PES Women, Tuulia PITKÄNEN – sekretarz Generalna Młodych Europejskich Socjalistów, Tomás PETRICEK – minister Spraw Zagranicznych Republiki Czeskiej, Georgi PIRINSKI – eurodeputowany Frakcji Socjalistów i Demokratów w Parlamencie Europejskim, Matjaz NEMEC – przewodniczący Komisji ds. Zagranicznych w Parlamencie Słowenii, Marja BIJL – wiceprzewodnicząca PES Women oraz Dyrektor Departamentu Humanitas, Tadeusz IWIŃSKI – profesor i członek Rady Naukowej FEPS, Vilma VAITIEKUNAITE – wiceprzewodnicząca Litewskiej Partii Socjaldemokratycznej, Liisa OVIR-przewodnicząca Komisji Rewizyjnej ds. Finansowania partii politycznych w Estonii, Marek Belka – były Premier Polski oraz były Prezes Narodowego Banku Polskiego, Marije LAFFEBER – zastępczyni Sekretarza Generalnego PES – Partii Europejskich Socjalistów, Andre KROUWEL – profesor Wolnego Uniwersytetu w Amsterdamie, Anna PACZEŚNIAK – profesor Uniwersytetu Wrocławskiego, Bartosz RYDLIŃSKI – dyrektor Centrum im. Ignacego Daszyńskiego, Beata MOSKAL-SŁANIEWSKA – prezydentka Świdnicy, Ryszard ŚMIAŁEK – przewodniczący Małopolskiego SLD, to tylko niektórzy z prelegentów i dyskutanów krakowskiej debaty o zjednoczonej, socjalnej Europie.

Kolej na kolej

15 listopada 2018 r. Parlament Europejski podczas sesji plenarnej w Strasburgu zdecydowaną większością głosów poparł sprawozdanie przygotowane przez prof. Bogusława Liberadzkiego, mające na celu wzmocnienie praw pasażerów w ruchu kolejowym.

 

Obowiązujące od 2009 r. rozporządzenie dotyczące praw i obowiązków pasażerów w ruchu kolejowym, wprowadziło prawa ważne dla konsumentów, ale również zawierało luki. Sprawozdanie prof. Liberadzkiego ma na celu wypełnienie tych luk.
Zaktualizowane rozporządzenie zawiera m.in. propozycję zwiększenia rekompensaty, do 100 proc w przypadku opóźnienia powyżej dwóch godzin oraz ułatwienia dostępu dla podróżnych o ograniczonej sprawności ruchowej; brak konieczności zgłaszania potrzeby pomocy na większych stacjach kolejowych; 3 godziny wstępnego powiadomienia dla stacji średniej wielkości i 12-godzinne powiadomienie wstępne dla wszystkich innych stacji kolejowych w Europie.
Przyjęty wniosek usuwa również klauzulę dotyczącą siły wyższej, która dopuszczała pewne wyjątki, osłabiające prawa pasażerów.
Wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego prof. Bogusław Liberadzki, który jest negocjatorem Parlamentu w sprawie praw pasażerów w ruchu kolejowym, podczas konferencji prasowej, która odbyła się 26 listopada 2018 r. w Biurze Parlamentu Europejskiego wygłosił następujące oświadczenie:
„Prawa pasażerów w transporcie kolejowym – to akt prawny, który był debatowany w Parlamencie Europejskim przez rok czasu. Dlaczego tak długo? Po pierwsze, ponieważ dotyczy kilku miliardów pasażerów w Unii Europejskiej rocznie. Po drugie, dotyczy milionów pracowników kolei. Po trzecie, dotyczy elementu podstawowego jakim jest jakość życia. W transporcie liczą się kwestie bezpieczeństwa, niezawodności, punktualności, a także cena, którą płacimy za usługę transportową. Liczy się również pomyślność w realizacji projektu, bez względu na to czy jest to podróż turystyczna, czy też codzienna droga do pracy za pomocą transportu kolejowego. W europejskiej polityce transportowej, kolej uzyskuje największy priorytet, ponieważ jest to transport przyjazny środowisku, zajmujący stosunkowo najmniej przestrzeni oraz będący w stanie docierać do centrów miast i aglomeracji.
Z punktu widzenia ekonomicznego zależy nam na tym, aby wykorzystać posiadaną już infrastrukturę. Natomiast wprowadzamy nowe wymogi odnośnie jakości usług dla pasażerów, w pierwszej kolejności są to opłaty za spóźnienia pociągów, Była propozycja Komisji Europejskiej, która polegała na tym, że jeżeli spóźnienie osiągnie od 60 do 120 minut – to odszkodowanie wyniesie 25 proc. ceny biletu; jeżeli powyżej 120 minut – 50 proc. ceny biletu. Parlament Europejski zmienił te propozycje Komisji na następujące: spóźnienie od 60 do 90 minut będzie skutkowało odszkodowaniem 50 proc. ceny biletu; od 90 do 120 minut – 75 proc. ceny biletu i powyżej 120 minut pasażerowi należy zwrócić 100 proc. ceny biletu. Są to wymogi znacznie ostrzejsze, ale jesteśmy przekonani, że leżą one głęboko w interesie również samej kolei, a nie tylko samych pasażerów. Dlaczego? Obserwujemy w wielu państwach odwrót od transportu kolejowego, takim przykładem jest chociażby Polska. 30 lat temu w Polsce koleje przewoziły prawie 1 mld pasażerów rocznie, 20 lat temu 430 mln, a rok temu ponad 260 mln pasażerów rocznie. W 2018 r. dotychczas przewieziono ponad 220 mln pasażerów, licząc do końca września. Jednocześnie koleje niemieckie przewożą 2,4 mld pasażerów. Dlaczego w Polsce następuje odwrót od kolei? Ponieważ jakość oferowanych usług dotyczących transportu kolejowego jest niesatysfakcjonująca. Polska jest tego przykładem, ale ta tendencja nie dotyczy tylko naszego kraju, a wielu państw członkowskich Unii Europejskiej. Jeżeli transport kolejowy ma funkcjonować i być atrakcyjny to musi być odpowiedniej jakości. Brak odpowiedniej jakości usług będzie zagrożeniem dla istnienia transportu kolejowego, a nie będą nimi wymogi względem jakości tychże usług. Wymogi te nie były dotychczas sformułowane tak radykalnie i koleje w Europie traciły rynki przewozowe, zatem te działania mają przywrócić konkurencyjność. Podobne wymogi są sformułowane np. w przypadku transportu lotniczego i jak państwo wiedzą jest to kwitnąca gałąź gospodarki. Wciąż coraz więcej pasażerów korzysta z transportu lotniczego. Pragniemy wprowadzić podobne warunki, jednocześnie adaptując je do potrzeb kolei. Komisja Europejska proponowała, aby te standardy i rekompensaty ograniczyć jedynie do przewozów międzynarodowych i krajowych. Parlament Europejski chce to poszerzyć na przewozy regionalne, ponieważ zdecydowana większość pasażerów to są przewozy regionalne i aglomeracyjne. Aglomeracyjnych nie bierzemy pod uwagę, ponieważ w 60 minutach zamyka się cała podróż, która trwa zwykle 30 min czy 40 min w jedną stronę. Poza tym jest to za duża skala i są to usługi użyteczności publicznej, który reguluje „Czwarty Pakiet Kolejowy” i w nim są zawarte wymogi sposoby funkcjonowania przewoźnika świadczącego usługę użyteczności publicznej.
Z punktu widzenia europejskiego ważne jest i tego nie możemy nie dostrzegać, otóż w poprzedniej perspektywie finansowej, jak i obecnej dla transportu kolejowego w Unii Europejskiej, i w tym także dla Polski. Są przewidziane miliardy euro na poprawę infrastruktury, bezpieczeństwa ruchu oraz na tabor, zwłaszcza jeżeli chodzi o przewozy regionalne. Za te dziesiątki miliardów euro mamy prawo oczekiwać nowej jakości.
Jeżeli kolej ma mieć sukces to musi świadczyć dobre usługi pod względem jakości, z drugiej strony wszyscy podatnicy w Unii Europejską płacą za to i mają prawo tego oczekiwać, a stanowiących prawo obowiązkiem jest to wyegzekwować ustanowione prawo.
W trialogu (ścisła współpraca między Komisją Europejską, Radą Unii Europejskiej i Parlamentem Europejskim – red.) będziemy musieli uzgodnić, kiedy to rozporządzenie wejdzie w życie. Pragnąłem, aby to rozporządzenie weszło w życie od 1 stycznia 2024 roku. Dlaczego? Ponieważ do końca 2023 roku mamy wydatkować, czy też zainwestować pieniądze w rozwój kolei ze środków obecnej perspektywy finansowej. Rozliczyć i od 1 stycznia 2024 pokazać, że są widoczne efekty. Niestety, większość się nie zgodziła. Prezentowane rozwiązanie poparły dwie grupy, moja – Socjaliści i Demokraci oraz Reformowani Konserwatyści, ale to głosowanie przegraliśmy i powstał kompromis, iż rozporządzenie weszłoby w życie po 12 miesiącach od opublikowania ostatecznej wersji uzgodnionej w trialogu między Radą, Komisją i Parlamentem Europejskim. Prawdopodobnie będzie to początek 2021 roku.
W toku prac była duże debata na temat siły wyższej. Czy w transporcie kolejowym powinniśmy wprowadzić klauzulę – siły wyższej. Taka klauzula funkcjonuje w transporcie lotniczym i np. miała zastosowanie podczas erupcji wulkanu, która miała miejsce w kwietniu 2010 r., kiedy to na jakiś czas nad Europą mieliśmy zawieszone latanie ze względu na pyły, które unosiły się i mogły uszkodzić silniki samolotów. W przypadku kolei rozważaliśmy dwie możliwości. Po pierwsze, bardzo zawężonego rozumienia siły wyższej, np. trzęsienie ziemi, powódź, czy też tsunami. Były duże presje, aby to pojęcie siły wyższej rozszerzyć np. na kradzież fragmentu trakcji elektrycznej; niezakończoną inwestycję na torach, którą prowadzi inna firma od tej, która prowadzi przewozy kolejowe; gwałtowne opady śniegu w ciągu nocy; czy też strajk. Osobiście reprezentowałem pogląd, iż albo będzie to wąskie rozumienie pojęcia siły wyższej, albo nie będzie wcale. Na ten moment nie mamy pojęcia kategorii siły wyższej w przewozach kolejowych. Zbyt elastyczne podejście do siły wyższej mogłoby powodować, iż zamiast koncentrować się poprawie jakości usług, koleje dawałby zarabiać kancelariom prawnym, które wyjaśniałby, iż co było siłą wyższą. Pytam się, czy spadek 30 cm śniegu w ciągu nocy w Polsce, w styczniu to jest siła wyższa? Taki mamy klimat – mówiąc językiem „Pani Klasyk”. Skoro taki mamy klimat, to powinniśmy być do tego przygotowani. A jeżeli zdarzy się stan klęski żywiołowej, to przecież od tego są inne regulacje. Pamiętajmy, że to są duże miliardy pasażerów rocznie, których nie chcielibyśmy narażać na perturbacje związane z interpretacją. Czy strajk np. kontrolerów to jest siła wyższa? Moim zdaniem nie. Trzeba tak zarządzać koleją, aby nie było powodu strajkować, ale jeżeli się zdarzy to trudno, trzeba odpowiadać za to co się zdarzyło.
W rozporządzeniu o prawach pasażerów w transporcie kolejowym pragniemy wyjść mocno naprzeciw oczekiwaniom włączenia w normalną mobilność społeczną osób niepełnosprawnych. Jest przyjęta i przegłosowana w Parlamencie Europejskim następująca propozycja. Wszystkie stacje kolejowe 1 klasy, czyli te które obsługują codziennie 10 000 pasażerów lub więcej, muszą być gotowe w każdej chwili na udzielenie pomocy osobie niepełnosprawnej, np. na wózku. Ograniczenia w mobilności są bardzo różne: wzrok, słuch, ruch i intelektualne. Komisja Europejska proponowała, aby to było zawsze 48h wyprzedzenia na zgłoszenie potrzeby udzielenia pomocy, Parlament Europejski to odrzucił. Trudno planować, iż ktoś na wózku musi zgłosić na Dworcu Centralnym, na dwa dni wcześniej swoją chęć lub zamiar podjęcia podróży pociągiem. Przecież są sytuacje, iż na dwa dni wcześniej nie jesteśmy w stanie zaplanować podróży. Takie dworce, jak Dworzec Centralny w Warszawie, tak jak lotnisko „Okęcie” zawsze powinny być gotowe do udzielenie pomocy osobie niepełnosprawnej. Druga kategoria to są stacje kolejowe, które obsługują powyżej 2 000 pasażerów dziennie, aż do 9999 osób na dobę i tu powinniśmy mieć wyprzedzenie 3 godzinne i informacja, iż będzie potrzeba skuteczna pomoc osobie niepełnosprawnej, a która powinna zostać zapewniona. Wszystkie pozostałe dworce powinny być w stanie zorganizować pomoc po 12 godzinach od zgłoszenia zamiaru podróży. Była presja ze strony stowarzyszeń konsumentów oraz stowarzyszeń osób niepełnosprawnych, aby na wszystkich stacjach kolejowych wprowadzić zasadę 3 godzin. Nie zgadzałem się na to. W Unii Europejskiej mamy 5600 stacji i przystanków poniżej 2000 pasażerów obsługiwanych na dobę i wyobraźmy sobie, iż tam cały czas są dwie osoby gotowe do udzielania pomocy i to na dwie zmiany. Przyniosłoby to efekt trochę absurdalny, a finansowo i ekonomiczny totalnie absurdalny, na koniec koleje w wielu państwach po prostu zamknęłyby obsługę. A przecież nie o to chodzi. 12 godzin wyprzedzenia to i tak przychylne rozwiązanie w stosunku do osób z niepełnosprawnościami.
Kolejny temat był szczególnie forsowany przez Partię Zielonych, pod hasłem multimodalności – czyli możliwość zabierania na pokład pociągów rowerów. Tutaj też były rozważane ekstremalne warunki, typu w każdym wagonie osiem do dwunastu miejsc dla rowerów. Ostatecznie w każdym nowym uruchomianym pociągu, jeden przedział będzie zabierać 8 rowerów, a starszych modelach w miarę modyfikacji taboru, będziemy je dostosowywać, aby rower można byłoby wziąć na pokład.
Bilet łączony. Wyobraźmy sobie sytuację, iż chcemy przejechać z Warszawy, przez Berlin Główny do Kolonii. Uważamy, że możliwy jest jeden bilet, kiedy różne połączenia obsługują różni przewoźnicy. W tej samej sytuacji, dwa bilety i dwu różnych przewoźników również możemy potraktować jako bilet łączony. Bez względu na to rozróżnienie, zawsze takie bilety będą traktowane jako bilet łączony. Problem może polegać na tym, iż pociąg z Warszawy się spóźni. Zdarza się? Tak. Jeżeliby się okazało, że ten dystans pomiędzy tymi pociągami był rozsądny, czyli bez problemu można byłoby przemieścić się z peronu przyjazdowego na odjazdowy i z jakimś zapasem czasu. A pociąg z Kolonii nam odjechał, to należy nam się odszkodowanie od przewoźnika, który nas wiózł z Warszawy, a przewoźnik, który miał nas zawieść do Kolonii powinien bezpłatnie dać nam bilet w najbliższym pociągu, w tej samej kategorii, właśnie do Kolonii. To miejsce ma być nam udostępnione bezpłatnie. I wydawałoby się, że tutaj nie ma wielkiego dylematu, ale duży spór zaczął się toczyć, oto od kiedy ma to działać. W tej kwestii mamy jeszcze biura turystyczne lub agencje, które sprzedają wyłącznie bilety. W akcie prawnym zapisana powinna być odpowiedzialność zarówno tego, kto sprzedaje bilety, jak i na kolei. Nie możliwa jest sytuacja, w której ktoś bezsensownie sprzedaje bilety i nie ponosi z tego tytułu odpowiedzialności. W tej sytuacji będziemy mieć do czynienia z odpowiedzialnością dzieloną. Kompetencją każdego narodowego urzędu kolejowego będzie określenie szczegółowych zasad dzielenie odpowiedzialności.
Głosowanie w tej kwestii odbyło się 15 listopada 2018 r. i mam satysfakcję, iż 533 głosy były za tą propozycją a jedynie 37 przeciw, a 50 posłów wstrzymało się od głosu. To dobry wynik finalnego głosowania”.

Europo, chroń dziennikarzy!

List otwarty wydawców prasy do europejskich rządów.

 

Przedmiotem dyskusji rządów państw UE i Parlamentu Europejskiego jest obecnie unijna reforma praw autorskich, która mogłaby wesprzeć profesjonalne dziennikarstwo umożliwiając dużym i małym wydawcom prasy kapitalizowanie ich wartościowych treści w internecie.
Jeśli pragniecie stabilnej przyszłości dla profesjonalnej, niezależnej prasy; jeśli leży Wam na sercu sprawa wysokiej jakości, opartych na faktach treści; jeśli chcecie, aby wydawcy mogli inwestować w profesjonalne dziennikarstwo; jeśli – podobnie jak nas – niepokoi Was perspektywa pustych stron, to nadszedł właśnie czas, aby zadziałać i wesprzeć prawo pokrewne wydawcy (Artykuł 11), zgodnie z wersją przyjętą przez Parlament Europejski 12 września. To kluczowy krok dla przyszłości różnorodnej i pluralistycznej europejskiej prasy, która stanowi fundament naszej demokracji.
Znajdujecie się obecnie pod presją cyfrowych gigantów, zmierzających ku ograniczeniu prawa dla wydawców prasy w sposób legitymizujący drapieżne praktyki, które prawo to pragnie właśnie ukrócić. Niektóre wyszukiwarki internetowe, agregatory treści i inne firmy opierające swe modele biznesowe na wykorzystywaniu wartościowych treści wydawców prasy bez zezwolenia i wynagrodzenia, nie chcą, aby ustawodawcy unijni przyjęli efektywnie działające i dające się wyegzekwować prawo pokrewne dla wydawców prasy (bez konieczności prowadzenia długotrwałych i kosztownych procesów sądowych, na które nie stać przede wszystkim małych i średnich wydawców).
Obecna reforma musi zniwelować istniejącą nierównowagę polegającą na słabej pozycji negocjacyjnej prasy względem wielkich platform internetowych. Ekosystem cyfrowy musi działać sprawiedliwie wobec wszystkich: twórców treści, dystrybutorów i użytkowników, a nie preferować tylko kilku potężnych i dominujących gigantów internetowych.
Zatwierdzenie prawa pokrewnego dla wydawców prasy w formie przyjętej przez Parlament Europejski, jest dla Was okazją do wsparcia inwestycji w profesjonalne dziennikarstwo, zabezpieczenia przyszłości wolnej i niezależnej prasy i tym samym do skutecznego zwalczania tzw. fake news.
Europy nie stać na rezygnację z suwerenności poprzez osłabianie roli prasy w demokratycznej debacie.

Wszędzie kupimy zwykłe żarówki

Fot. Każdy, z wyjątkiem Prezydenta RP, jego doradców i grupy komentatorów, wie, że tradycyjne, nie energooszczędne żarówki można kupić bez najmniejszych kłopotów.

 

 

Andrzej Duda i jego doradcy nie robią zakupów, więc ich wiedza o tym, czego Unia nie pozwala sprzedawać, jest delikatnie mówiąc, umiarkowana.

 

Wszyscy już wiemy, jaki jest najbardziej drastyczny przejaw opresyjności dyktatury Unii Europejskiej.
Jak zawsze w niezrównany sposób, ujął to prezydent Andrzej Duda.

 

Obrońca żarówkowej demokracji

Przypomnijmy więc Jego natchnione słowa w obronie demokracji (której jak wiadomo prezydent Duda jest gorliwym obrońcą), wypowiedziane na ważnym Niemiecko-Polskim Forum w obecności prezydenta Franka Waltera Steinmeiera: „Mam poczucie, że my w ramach Unii Europejskiej mamy niedosyt demokracji. Wielu ludzi zadaje sobie pytanie, dlaczego UE zabrania tego, zabrania tamtego. Dlaczego na przykład w sklepie nie można w tej chwili kupić już zwykłej żarówki, można kupić tylko żarówkę energooszczędną? Nie wolno kupić, bo UE zakazała. To są problemy, nad którymi zastanawiają się ludzie” – oświadczył nasz prezydent.
Tak jest, Panie Prezydencie! Ujął Pan to najtrafniej jak tylko można!. Rzeczywiście, właśnie nad tym zastanawiają się ludzie w Polsce i w całej Unii.
Tyle, że im bardziej się zastanawiają, tym bardziej się dziwią słowom Pana Prezydenta – bo rzecz w tym, że te zwykłe, nie energooszczędne żarówki można wszędzie kupić bez żadnych problemów, co też i uczynił autor niniejszego tekstu. Przykładem niech będzie zamieszczone zdjęcie.

 

Żarówka jaka jest, każdy widzi

Jest to, jak każdy widzi, najzwyklejsza żarówka, znana od dziesięcioleci – a w zasadzie znacznie dłużej, bo pierwsze modele nadające się do dłuższego użytkowania zaczęto sprzedawać pod koniec dziewiętnastego wieku.
I takie właśnie żarówki sprzedaje się bez problemów do dziś, leżą w sklepach zaraz przy żarówkach energooszczędnych, a Unia Europejska nic do tego nie ma.
Jest tylko jeden drobiazg – te żarówki już nie są w Polsce sprzedawane jako „żarówki” lecz pod nazwą „lampy sygnalizacyjne” (a za granicą „signal bulb”).
W ten oto prosty sposób wilk jest syty i owca cała: normalne żarówki są nadal w sprzedaży i każdy bez problemu może je kupić, zaś prawo Unii Europejskiej nie zostało złamane. Wymóg energooszczędności dotyczy bowiem żarówek, a nie „lamp sygnalizacyjnych”.
Nikt też nie może zaprzeczyć, że za pomocą takich wyrobów, jak na zdjęciu, można jak najbardziej wysyłać sygnały. Nazwa jest więc całkowicie zgodna z rzeczywistością.

 

Tajemna wiedza

Nie można oczywiście wymagać, by o tym wszystkim wiedział prezydent Andrzej Duda. Wiadomo przecież, że nie chodzi on do sklepów i nie kupuje żarówek ani zwykłych, ani energooszczędnych – i nie czynił tego także przed objęciem swego zaszczytnego urzędu (bo gdyby kupował, to miałby świadomość, że te tradycyjne żarówki są powszechnie dostępne).
Ciekawe jednak, że o tym, iż najzwyklejsze, nie energooszczędne żarówki są w ciągłej sprzedaży, nie mieli też pojęcia doradcy Pana Prezydenta, którzy podsunęli mu ten błyskotliwy bon mot z żarówkami.
Nie wiedzieli o tym także i wszyscy ci, którzy komentowali „żarówkową” wypowiedź Pana Prezydenta – i mozolnie wyjaśniali, dlaczego Unia, dla naszego wspólnego dobra, wyeliminowała ze sprzedaży zwykłe żarówki, zużywające więcej prądu.
Cóż, po prostu są to przedstawiciele naszych, pożal się Boże elit, którzy nie zniżają się do tak poziomych czynności jak robienie zakupów. Nie mogą więc oni wiedzieć, że Unia Europejska bynajmniej nie wyeliminowała zwykłych żarówek ze sprzedaży.

Europa tonie! Recenzja

Unia Europejska rozpada się! A co najmniej znajduje się w głębokim kryzysie. Instytucjonalnym i tożsamościowym. Bo wszystko wskazuje na to, że eksperyment (bo to był przed ponad pół wiekiem eksperyment) żeby tak skłócone przez wieki ze sobą państwa i narody, miały ze sobą nie tylko pokojowo współistnieć, ale blisko współpracować, okazał się utopią.

 

Co prawda początek 21. wieku przyjmowany był euforycznie w jednoczącej się Europie. Dołączały do Wspólnoty kolejne państwa ( w tym Polska) i nic nie zapowiadało, by w nieodległej przyszłości zachwiały się fundamenty, na których zbudowana jest Unia. Nie minęło jednak nawet dziesięć lat, kiedy pojawiły się pierwsze pęknięcia na europejskim gmachu – kryzys finansowy lat 2007/2009 spowodował pojawienie się ponownie antagonizmów międzypaństwowych, a kilka lat później (2015 do dzisiaj) kryzys związany z uchodźcami (migrantami), pogłębił te wewnątrz unijne konflikty. Te oba momenty kryzysowe przekształciły się w kryzys polityczny zagrażający jedności Unii Europejskiej, ale z drugiej strony spowodowały poszukiwanie przez środowiska pro unijne możliwości ich rozwiązania, W takich przypadkach zaczyna się od postawienia diagnozy i wskazanie, co powoduje, że dochodzi do kryzysu. I tak należy odbierać prezentowaną publikację Integration – Disintegration – Nationalism.

Wydawnictwo przygotowane zostało przez Europejską Sieć na Rzecz Alternatywnego Myślenia i Dialogu Politycznego – transform! Europe – sieci 32 lewicowych organizacji (non-profit, ale nie tylko, bo również instytutów, fundacji i osób indywidualnych) z 21 krajów związanych z europejską Partią Lewicy (European Left – EL). Zawartość tomu podzielona jest na 6 części: Europa, świat i lewica; Konfrontacja „rządzenia” i wyjście – do czego zmierza Unia Europejska?; Populizm prawicowy i lewicowy – wybory i polityka bezpieczeństwa; Bitwa o historię publiczną – dyskurs antyfaszyzmu i neo-totalitaryzmu; Dwie rocznice: 150-lecie Kapitału Marksa – 100 lat po Węgierskiej Republice Rad; Dialog chrześcijańsko-marksistowski. Autorzy tekstów (w sumie jest ich 27) reprezentują głównie środowiska naukowe, uniwersyteckie, choć nie brakuje również głosu polityków (m.in. Przewodniczącego EL, lidera niemieckiej Die Linke, Gregora Gysi, czy byłego, w latach 1998 – 2002, czeskiego ministra spraw zagranicznych i wicepremiera w latach 1999-2002, Jana Kavana).

Początkową konstatację tekstu Jana Kavana „Europa znajduje się na rozdrożu i to już od jakiegoś czasu. Można nawet powiedzieć, że widmo nawiedza Europę – widmo kilku obaw: strachu przed terroryzmem, [widmo] islamu, wojny, Rosji, Chin, Korei Północnej, fali imigracyjnej, skrajnego populizmu i nacjonalizmu, ksenofobii, autorytarnego rządu…”, można uznać za swoistego rodzaju „fotografię” stanu w jakim dzisiaj znajduje się Unia Europejska. Brakuje w niej jednak jeszcze kilku elementów (później w tekście jest o nich mowa), bez których ten obraz jest niepełny – stosunków z USA, które po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta, bardzo mocno się skomplikowały, problemów jakie spowodował Brexit i w końcu – coś, co nazwane było kryzysem strefy euro, a w sumie prowadzi do podziału wspólnoty na Unię dwóch prędkości.

W sumie we wszystkich tekstach pojawia się wątek populizmu (szkoda, że nie wyeksponowano go jako czwartego elementu tytułu) – trzeba jednak postawić pytanie: czy pojawienie się ruchów, haseł populistycznych, jest wynikiem kryzysu Unii, czy też to one ten kryzys spowodowały. Odpowiedź na to pytanie wydaje się kluczowe, ale w prezentowanym tomie wydaje się jej brakować. W kolejnych artykułach omówione są partie i ruchy polityczne prezentujące programy populistyczne: francuskie (tekst Yann Le Lann i Antoine de Cabanes „Francuscy Niepokorni versus Front Narodowy – różnice między skrajnie prawicowym a lewicowym populizmem”), polskie (tekst Rafała Pankowskiego „Internacjonalizacja nacjonalizmu i główny nurt nienawiści – powstanie skrajnej prawicy w Polsce”), czy austriackie (tekst Waltera Baiera „Między dwoma kryzysami? – Wybory austriackie w 2017 r. z perspektywy europejskiej”).

Jeszcze jedna przyczyna dezintegracji Wspólnoty podawana jest przez Autorów tekstów. To nacjonalizm, który przez dziesięciolecia po 1945 roku co prawda istniał, ale skrzętnie był skrywany jako niepoprawny politycznie, lub był skutecznie zwalczany/tłumiony przez władze, wybuchł pod koniec wieku 20. ze zdwojoną siłą. Dotyczyło to przede wszystkim państw odzyskujących niepodległość po rozpadzie ZSRR, czy szerzej – wszystkich państw i społeczeństw znajdujących się do 1989/1990 roku w strefie wpływów ZSRR, ale tendencje takie wystąpiły w całej Europie. Hasła nacjonalistyczne przyjęło wiele partii prawicowych, łącząc je z populistycznymi, w momencie pojawienia się sytuacji kryzysowych (najbardziej widoczne stało się to w związku z niekontrolowanym napływem do Europy migrantów z Azji i Afryki), zyskały niespotykane jak do tej pory poparcie w wielu krajach, co znalazło bezpośrednie odbicie w wynikach wyborów (m.in. we Francji, Niemczech, na Węgrzech, w Polsce). Dlatego warto zwrócić uwagę na tekst Harisa Golemisa, który w swoim tekście „Odrzucanie historycznego rewizjonizmu w praktyce – grecki minister sprawiedliwości. Bojkot konferencji w Tallinie na temat ofiar komunizmu”, pisze wprost o tym, że „rewizja historii – europejskiej i światowej – […] przez środki równoważące komunizm i nazizm ma wpływ na integrację europejską, jeśli chodzi o podsycanie nacjonalizmu i geostrategicznego konfliktu między Zachodem a Rosją”. I nie napotyka to na sprzeciw środowisk lewicowych, które wydają być zastraszone tą falą nacjonalizmu i popularnością ruchów neofaszystowskich, nie protestują przeciwko tezom głoszonym przez rewizjonistów historii (Golemis wymienia kilku: Ernsta Nolte, François Fureta, Stephana Courtois; w Polsce jest to środowisko historyków związanych głównie z IPN), a co więcej, czasami niestety same w źle pojętej chęci uwiarygodnienia się wobec własnych społeczeństw, przejmują hasła populistyczne i współbrzmiące z rewizjonistyczną narracją historii.

Lektura tomu, jeśli czytelnikami są zwolennicy integracji europejskiej, a do tego reprezentujący lewicowe poglądy, nie napawa optymizmem. Ze wszystkich tekstów przebija zaniepokojenie kondycją Unii, fakt, że sytuacja kryzysowa w jakiej się znalazła, powoduje iż bliżej jest jej rozpadu, niż dalszego zacieśniania współpracy. I co więcej, lewica tak na prawdę sama przeżywa głęboki kryzys i nie ma własnego pomysłu na to, jak z niego wyjść, a co dopiero podpowiedzieć jakieś rozwiązania mogące doprowadzić do uzdrowienia Unii. Co ważne, takie wnioski nie formułują środowiska wrogie lewicy, ale jej prominentni politycy. Przewodniczący Partii Europejskiej Lewicy Gregor Gysi w swoim tekście „Europa – jej błędne linie i przyszłość” pisze wprost o słabości lewicy w Europie. Zmieniły się bowiem warunki w jakich przyszło teraz działać partiom lewicowym – kryzys Europy bezpośrednio ma wpływ na status i działanie partii lewicowych zarówno w skali kontynentu, jak i w poszczególnych państwach. „Organizacja ta [EL – przypis KK] została założona, kiedy żyliśmy w znacznie spokojniejszych czasach. Idee neoliberalne, to prawda, nadal były szeroko akceptowane, i o wiele mniej wątpliwe niż są teraz, ale jednocześnie nie było prawie żadnych wcześniejszych ostrzeżeń przed powagą kryzysu, w obliczu którego stoimy teraz.” Dziś natomiast pojawiły się nowe zjawiska (m.in. wymienione przez Kavana), oraz partie, które odwołując się do lęków przed niepewną przyszłością, a jednocześnie obiecując obywatelom bezpieczeństwo, przejęły dużą część elektoratu lewicowego. Gysi podaje przykład Polski i Węgier jako państw „z ich prawicowymi rządami, [które] są w procesie stawania się autorytarnymi nacjonalistycznymi reżimami” i niestety należy zgodzić się z tą opinią.

Niewątpliwie istnieje potrzeba dyskusji o przyszłości Europy. Odwołując się jeszcze raz do słów Gysi’ego „moim zdaniem dyskusje, mimo że same w sobie nie są złe, często mają funkcję maskowania porażki”, można byłoby je odebrać jak wywieszenie białej flagi. I faktycznie może okazać się to prawdą, jeśli nie zostaną spełnione dwa warunki: po pierwsze – lewica musi przyznać sama przed sobą, że poniosła porażkę w zderzeniu z problemami i zagrożeniami współczesności, i po drugie – uznać, że nie ma wroga na lewicy, zakończyć spory ideowe (ale i ambicjonalne) i zjednoczyć się dla wypracowania wspólnego programu, który pozwoli lewicy odzyskać utracone miejsce w europejskim świecie.
A prezentowany tom potraktować jako jeden z głosów lewicy w dyskusji o stanie Unii Europejskiej.

 

Transform! Yearbook 2018: Integration –Disintagration – Nationalism, wyd. Walter Baier, Eric Canepa i Eva Himmelstoss, Merlin Press, Londyn 2017.

Finis Germaniae

Niemiecka kanclerz Angela Merkel ogłosiła, że nie ma zamiaru startować w zbliżających się wyborach na lidera CDU, co pokrywa się z tym, że nie będzie również kandydować w najbliższych wyborach do Bundestagu. Decyzja ta oznacza polityczne trzęsienie ziemi i koniec pewnej ery w niemieckiej polityce. Merkel pełniła urząd kanclerza od 2005 roku, a liderką CDU była od 2001. Decyzję tę przyspieszyła druga fatalna porażka CDU w ciągu ostatnich dwóch tygodni w wyborach, które miały miejsce w Bawarii i Hesji.

 

CDU i jej siostrzana bawarska partia CSU poniosły w nich dotkliwe straty, ledwo utrzymując się w tych krajach związkowych u władzy.

 

Partie establishmentu w odwrocie

W wyborach w Hesji CDU wygrała, osiągając 27 procent głosów, co oznacza spadek o 11 punktów procentowych w porównaniu z rokiem 2013. Jest to zarazem najgorszy wynik CDU w Hesji od 1966 roku. Sojusznik Merkel, Volker Bouffier, ledwo zdobył mandat, który pozwolił mu stworzyć regionalny rząd. Partnerka koalicyjna CDU, SPD osiągnąła jeszcze gorszy wynik, tracąc również 11 punktów procentowych i zdobywając 19,8 proc. To z kolei najgorszy wynik tej partii w Hesji od roku 1946, w regionie, który był uznawany za “czerwoną fortecę”.
Liberalna partia Zielonych, która była regionalnym koalicjantem CDU w Hesji przez ostatnie pięć lat, okazała się największym zwycięzcą wyborów, zdobywając ponad 8 punktów procentowych więcej i zdobywając 19,8 proc. głosów. To zabezpieczyło kontynuację regionalnego rządu pod wodzą Bouffiera, który utrzymuje większość, ale tylko za pomocą jednego głosu. Prawicowa i nacjonalistyczna partia AfD, Alternatywa dla Niemiec zdobyła czwarte miejsce z 13,1 proc. głosów, co pozwoliło jej na wprowadzenie po raz pierwszy posłów do heskiego landtagu. Die Linke i ultraliberalna Wolna Partia Demokratyczna Niemiec również osiągnęły wzrost, zdobywając odpowiednio 6,3 i 7,5 procenta głosów.
Wnioski, które nasuwają się na podstawie wyników heskich wyborów potwierdza sytuacja w Bawarii, w której CSU cieszyło się absolutną większością praktycznie od 1962 roku, jedynie z pięcioletnią przerwą. Teraz CSU osiągnęło tylko 37-procentowy wynik, najniższy od 1957 r. SPD poniosła ośmieszającą wręcz porażkę, z wynikiem 9,7 proc. Spowodowało to kryzys rządu federalnego.
Widoczny jest wzrastająca niechęć do tradycyjnych partii, które są postrzegane jako “establishment’, oderwany od rzeczywistości zwykłych ludzi.

 

Sprzeczności klasowe

Na papierze Niemcom idzie świetnie. Pod względem gospodarczym są najsilniejsi w Europie, wzrost gospodarczy jest stabilny, na poziomie 2 proc. rocznie. Bezrobocie, oficjalnie, kształtuje się na historycznie niskim poziomie 4,9 proc. To akurat nie jest prawdą, ponieważ realnie bezrobocie, jak i niepełne zatrudnienie mają procentowo większy udział, niż się wydaje. Większość obywateli i obywatelek również nie odczuwa efektów wzrostu, który po prostu nie przekłada się na powszechne korzyści. Tak naprawdę część sukcesu gospodarczego Niemiec wciąż płynie z ataku na rozwiązania socjalne z lat 1998-2005, kiedy to Niemcy były pod rządami Gerharda Schroedera z koalicji SPD-Zieloni. Dziś miliony niemieckich pracowników jest zmuszonych do pracy dorywczej, w bardzo sprekaryzowanych warunkach.
SPD jest nadal bardzo dumna z wprowadzenia pensji minimalnej w 2016 roku – dziś jest na poziomie 8,84 euro za godzinę. To około 1500 euro miesięcznie, nie wliczając podatków i ubezpieczeń społecznych, jeśli ma się szczęście i pracę na cały etat. Jednak ta suma ledwo starcza na pokrycie podstawowych kosztów utrzymania. Zgodnie z raportem Instytutu Ekonomiczno-Społecznego (WSI) wspieranej przez związki zawodowe Fundacji im. Hansa Böcklera, jedna trzecia niemieckich domostw jest w stanie utrzymać się tylko kilka tygodni, najwyżej dwa-trzy miesiące, jeśli tylko straci swoje źródła dochodu.
Znaczna część klasy pracującej praktycznie żyje od wypłaty do wypłaty, podczas gdy najbogatsi stają się coraz bogatsi z dnia na dzień. Nierówności w Niemczech są na najwyższym poziomie od 1913 roku, a najbiedniejsze 40 proc. społeczeństwa zarabia mniej niż 20 lat temu. W tym samym czasie rząd nadal trzyma się polityki cięć budżetowych, nie zwiększając wydatków społecznych, chociaż budżet od jakiegoś czasu znajduje się na plusie. Na takim gruncie masowy sprzeciw wobec rządu akumulował się od dłuższego czasu.

 

Kryzys CDU/CSU

Niestety resentyment, o które mowa nie może znaleźć upustu w działaniach SPD czy liderów związkowych, którzy na różne sposoby są związani z polityką rządową i „umoczeni” w panujące układy sił. W tym kontekście niemiecka partycypacja w tzw. pakietach ratunkowych dla strefy Euro i Grecji, jak i decyzja Angeli Merkel dotycząca przyjęcia miliona uchodźców w 2015 roku, otworzyły drogę dla prawicowych i nacjonalistycznych sił, takich jak AfD. Ułatwiła również prawicowym frakcjom w CDU atak na samą Angelę Merkel. Demagogicznie obarczając rząd o “wspieranie ludzi spoza Niemiec” siły te karmią złość zebraną wśród ludzi zdesperowanych, czyli niezadowolonych warstw ludzi z klasy średniej i klasy pracującej, którzy nie widzą alternatywy w innych partiach. Przy tym Merkel nie jest oczywiście przykładem antyrasistowskiej demokratki. Jej poglądy odzwierciedlają poglądy większości najbogatszych Niemców, którzy faworyzują swoje interesy klasowe.
Rosnąca presja wzmacniającej się AfD otworzyła dawno zanikłe linie podziału i konfliktu w łonie CDU i CSU. Latem minister spraw wewnętrznych Horst Seehofer, który jest też liderem CSU, zagroził zerwaniem koalicji, co spowodowałoby przedterminowe wybory, jeśli Angela Merkel nie zgodzi się na wprowadzenie kontroli na granicach. Osiągnięto jednak kompromis. Czując, jak gaśnie gwiazda wielkiej koalicji, Seehofer starał się zdystansować swoją partię od Merkel, w świetle przyszłych wyborów regionalnych. Jednak wyniki bawarskich wyborów pokazały, że gambit Seehofera spalił na panewce, a oportunistyczne myślenie jeszcze bardziej zdyskredytowało rząd. Stało się to też zagraniem wspierającym AfD, która konsekwentnie stara się świecić blaskiem siły broniącej prostych ludzi przed rządzącą maszyną polityczną.
Pazerni na władzę, cyniczni politycy – oto co myśli przeciętny Niemiec o establishmencie politycznym. Około 75 procent wyborców, którzy opuścili CDU, i ponad 50 procent tych, którzy opuścili SPD, nie głosując na te partie, wysłało im jasną wiadomość. Upadek głównych partii jest bardzo znaczący; SPD i CDU od momentu zjednoczenia Niemiec do niedawna łącznie zdobywały zazwyczaj 60-80 procent głosów. Wcześniej bywało jeszcze lepiej – w latach 70. obie potrafiły podzielić między siebie 90 proc. wszystkich wskazań wyborców. W 2017 roku zagospodarowały już tylko połowę wyborców. Dziś obie w sumie osiągają w sondażach 40 proc.
Ostatnie wyniki przekładają się na destabilizację obu partii. Wyniki w Bawarii i Hesji, finansowym sercu Niemiec, dolewają tylko oliwy do ognia. Nawet wspominany już heski premier Volker Bouffier (niedawny bliski sojusznik Merkel) stwierdził, że wyniki są prostym komunikatem “wiadomość dla Berlina jest prosta: rządźcie prawidłowo”. Znakiem tego, co czeka nas w przyszłości, są ostatnie wybory na lidera frakcji CDU w Bundestagu. Dawny sojusznik Merkel, Volker Kauder został niespodziewanie pokonany – bunt grupy posłów z CDU i CSU był buntem wprost przeciwko Merkel.
To obraz sił odśrodkowych, które rozwijają się w partii i które zostaną wsparte przez kongres CDU na początku grudnia. Natychmiast po ogłoszeniu przez Angelę Merkel decyzji o odejściu, rozpoczął się festiwal zgłoszeń swoich kandydatur przez różnych liderów partyjnych do walki o władzę w partii. Jednym z nich jest ambitny Friedrich Merz, który został odsunięty z kierownictwa partii przez Merkel w roku 2002, od tego czasu czekał na swoją zemstę. Odpuścił sobie na jakiś czas karierę parlamentarną w 2009 roku i teraz jest potężnym lobbystą kapitału finansowego i wielkiego biznesu, zasiadającym w radzie Blackrock oraz wielu innych wpływowych grup kapitałowych. Merz jest faworyzowany przez kapitalistów i ultraliberalnych prawicowców z CDU, jednak jego zwycięstwo nie jest pewne. Ostateczne wyniki wyborów wewnętrznych, które wsparłyby zaciekłego wroga Merkel mogą prowadzić do kryzysu politycznego i w konsekwencji krótkotrwałego rządu.

 

SPD w ślepym zaułku

Partner koalicyjny CDU, SPD nie jest wcale w lepszym stanie. SPD utrzymuje, że jest partią socjaldemokratyczną, reprezentacją klasy pracującej, tymczasem coraz częściej jest postrzegana jako CDU-light. Mając wpływ na wszystkie rządy od 1998 roku, prócz lat 2009-2013. kiedy to Merkel oparła się na liberalnej FDP, jest coraz bardziej krytykowana przez przedstawicieli klasy pracującej jako winna polityce cięć budżetowych i obniżce standardów życia, w tym okresie niebywałej.
W 2017 roku w wyborach do Bundestagu partia otrzymała tylko 20,5 proc. głosów, co było najgorszym wynikiem od 1932(!). Kiedy ogłoszono wyniki, lider partii Schulz ogłosił, że SPD przejdzie do opozycji, co wzmocniło nadzieje na zmianę pośród lewicowego skrzydła partii. Nadzieje te nie ziściły się, w kierownictwie partii dokonał się nagły zwrot. Opozycja wewnętrzna względem wchodzenia do wielkiej koalicji została pokonana. Kierownictwo popchnęło partię w kierunku trzeciej wielkiej koalicji od 2005 roku pod kierownictwem Angeli Merkel, co popchnęło partię w kierunku większego kryzysu. Stało się jasne dla wszystkich, że liderom partii zależy tylko na ministerialnych teczkach, a nie na tym, by postawić się presji wielkiego biznesu, który wspiera Merkel, co pogrąża kraj w politycznym kryzysie. Okazało się, że na to partia ta nie ma siły.
Od momentu sformowania nowej koalicji rządowej w kwietniu, poparcie dla SPD spadło jeszcze bardziej. Obecnie według sondaży sytuuje się na poziomie 14 proc. na poziomie federalnym. Sytuacja ta została przypieczętowana pogrążającymi partię klęskami w wyborach regionalnych, które niewątpliwie staną się powodem wzrostu napięć w łonie samej partii. Teoretycznie mogłyby nawet spowodować odejście z wielkiej koalicji i kryzys polityczny. Ale kierownictwo SPD tak długo nie wyrażało woli odejścia od CSU/CDU, że nawet jeśli w końcu by się na to zdobyło, to i tak partia jest skazana na powolną śmierć. Jedyne, co mogłoby ją uratować, to zdecydowany skręt w lewo. Równowaga polityczna Niemiec w każdym razie jest zagrożona, co spędza sen z powiek wielkiego biznesu i Angeli Merkel, jak i też chciwym politykom SPD, z których wielu straciłoby swoje miejsce w Bundestagu, gdyby dziś odbyły się wybory. Po wyborach w Hesji jedna z liderek SPD wystąpiła z krytyką polityki rządu, ale nie wydaje się, by za słowami miały pójść realne działania. Widok śliskich i pozbawionych kręgosłupa karierowiczów z SPD, którzy ze względu na własne korzyści nie chcą opuścić rządu jest kolejnym czynnikiem, który spycha partie w dół. Nic dziwnego, że większość obywateli i obywatelek nie widzi możliwości zmiany, która miałaby nadejść ze strony tradycyjnych partii.
W ramach protestu ludzie zagłosowali na Zielonych; wygląda na to, że partia ta przeżywa swoje drugie narodziny. Rok temu walczyła o to, by móc w ogóle myśleć o parlamencie, wahając się na wysokości 5 procent, a w wyborach osiągając szczęśliwie 8,9 proc. Dziś sondaże dają im ok. 20 proc., co powoduje, że stają się drugą partią w Bundestagu. To nie tylko efekt rozczarowania wyborców dwiema najpotężniejszymi partiami. Na potencjalny rezultat Zielonych składa się również złość chrześcijańskich i liberalnych wyborców spowodowana antyimigranckimi zagraniami CSU/CDU. Podczas gdy większość mediów skupia się odpływie wyborców CDU/CSU w stronę AfD, prawdą jest, że na napięciach wewnętrznych i kompromitacji dotychczasowych dominatorów korzystają również Zieloni. Przejmują poparcie ludzi z klasy średniej, którzy nie popierają eurosceptycyzmu i zamykania granic.

 

Brak pracowniczej alternatywy

Pod presją zaostrzających się sprzeczności klasowych, tradycyjny ład polityczny ulega dekonstrukcji. Wzrost poparcia dla AfD i Zielonych tylko częściowo pokazuje jej ostrość.
To nie imigracja jest prawdziwym problemem klasy pracującej. Odkąd Merkel wpuściła milion uchodźców w 2015 roku, bezrobocie spadło oficjalnie o 2 proc., a statystyki przestępczości są najniższe od 1982 r. Prawdziwi kryminaliści, pasożytujący na niemieckim społeczeństwie kryją się wśród kapitalistów, którzy żerują na problemach ludzi pracy. Ale AfD nie jest ich przeciwniczką, nie krytykuje ich, ponieważ sama jest ich wytworem, jednym z ich skrzydeł. Wskazując palcem na uchodźców, stara się ona rozbić klasę pracującą i osłabić ją w jej sporze z kapitalistami.
Również dalsza integracja europejska, o którą walczą Zieloni, niczego nie zmieni. Unia Europejska jako instrument kapitalistów, szczególnie niemieckich, nie sprzyja pracującym. Dla niemieckich kapitalistów bardzo ważne są otwarte granice, ponieważ pozwalają one na eksport tanich produktów oraz import taniej siły roboczej. Unia Europejska wiernie służy ich interesom.
Prawdziwym przeciwnikiem niemieckiej klasy pracującej są kapitaliści. Poprzez wykorzystanie polityki cięć budżetowych i ograniczanie swobody związków zawodowych, zabezpieczyli oni swoje interesy oraz źródło swojej siły roboczej, wykształconych i wykwalifikowanych, tanich pracowników. Na tej podstawie ich zyski rosną z każdym rokiem coraz bardziej, podczas gdy standardy życia większości Niemców systematycznie się obniżają.

 

Radykalne nastroje

Gdyby istniała w Niemczech lewicowa partia, z czytelnym programem gospodarczym, wymierzonym przeciw kapitalistom, dążąca do redystrybucji ich bogactwa i zabezpieczenia interesów większości społeczeństwa, od razu zyskałaby ona poparcie. Ale taka partia nie istnieje. Die Linke, najbardziej lewicowa partią w Bundestagu, jest formalnie partią socjalistyczną, ale w rzeczywistości – lewicą socjaldemokratyczną. Domaga się ona reformistycznych zmian, takich jak podwyższenie podatków dla najbogatszych, ale unika równocześnie kwestii nacjonalizacji i restrukturyzacji sektora bankowego, monopoli, prywatnych spółek zajmujących się nieruchomościami i innych. Nawet jej opozycyjny status jest wątpliwy. Na wschodzie, gdzie była zawsze silna i posiadała ministrów w trzech rządach regionalnych, działa pod dyktando polityki wielkiej koalicji, nie reprezentując interesów pracowników.
Na wschodzie więc Die Linke coraz częściej jest postrzegane jako część establishmentu, a jej wyborcy odpływają w kierunku AfD. I jeśli w debacie partyjnej i atmosferze w partii da się wyczuć radykalizm, to brakuje go już w realnych działaniach. Chociaż nacjonalizacja banków jest w programie partii od czasu kryzysu ekonomicznego, to nie był ten postulat artykułowany a w trakcie kampanii czy akcji politycznych. Na co zdobywa się Die Linke, to działania będące adaptacją corbynowskiego “For the many, not the few” na grunt niemiecki.
Partia trwa w bezruchu, nie proponując nic ludziom, poszukującym programu potrzebnego do zażegnania kryzysu, jakiego doświadczają. Podczas gdy SPD traciło poparcie młodych i pracujących, którzy zmęczeni byli prawicowym kierunkiem partii, Die Linke nie przechwyciło ich, w bawarskich wyborach osiągając wynik 3,2 procenta. W Hesji, gdzie partia ma bardzo aktywistyczny lewicowy wizerunek, zdobyła ona tylko 6,3 procenta.
W ostatnich miesiącach rozgoryczenie popchnęło jedną z frakcji Die Linke, kierowaną przez Sahrę Wagenknecht i Oskara Lafontaina do założenia szerokiego, antyestablishmentowego ruchu Aufstehen (Powstańcie). Wezwali oni do odwrócenia procesu prywatyzacji, zakończenia imperialnej polityki Niemiec oraz doprowadzenia do fundamentalnej poprawy standardów życia. Lista wspierających Aufstehen jest długa, znajdują się na niej związkowcy, jak i członkowie SPD będący w opozycji do wielkiej koalicji. Pod koniec lata ruch osiągnął liczbę 150 tys. popierających go w sieci, był widoczny na licznych strajkach i protestach. To pokazuje potencjał radykalnej polityki i postulatów.
Problem w tym, że od tego momentu Aufstehen pozostało nieaktywne. Jego liderzy i liderki nie podjęli żadnych szerokich działań, możliwe, że ze względu na strach przed utratą kontroli nad ruchem. Niemniej niebawem ma dojść do akcji protestacyjnych z udziałem Aufstehen, zaczynają też powoli powstawać organizacje lokalne. W tym czasie Wagenknecht, która cieszy się rosnącą popularnością i stanowi twarz ruchu, zaczęła swój flirt z nacjonalizmem, postulatami zamkniętych granic, jak i nie wsparła wezwania na demonstrację antyrasistowską, która 13 października w Berlinie zgromadziła 250 tys. ludzi. Polityczka nawołuje do realizmu, dyskutowania i zajmowania się prawdziwymi problemami klasy pracującej. Wszystko to ma demoralizujący wpływ na doświadczone warstwy klasy pracującej, które wiedzą, jak ważna jest klasowa solidarność i jedność. Wagenknecht sądzi, że jest w stanie przejąć poparcie ludzi, dla których bliskie jest AfD. Jednak jak widzieliśmy na przykładzie działań rządu i jego antyimigranckich zarządzeń, takie dryfowanie w kierunku prawicowym tylko wzmacnia samą AfD, a nie osłabia.
Możliwe, że Aufstehen zainteresuje tych, którzy odwrócili się od SPD oraz osoby nieposiadające jeszcze tożsamości politycznej, a ich poparcie przemieni w silną politykę realnych działań antyestablishmentowych. To, co pokazał początek tego ruchu, to głęboka niezgoda na działania rządu i chęć walki o lepsze jutro. Pod wpływem klasowych sprzeczności jesteśmy świadkami początku końca dotychczasowej stabilności niemieckiej polityki, która została ufundowana na podstawach stworzonych po II wojnie światowej, a później zjednoczenia Niemiec. To, co do tej pory było trwałe i stabilne, okazuje się roztapiającą się powoli bryłą, a Niemcy wkraczają w okres kryzysu i walki klasowej.

 

Przed nami tylko kryzys

Dominujące grupy klasy rządzącej zmusiły SPD i CSU/CDU do sformowania rządu, mając na celu uniknięcie kryzysu i idącego za nim chaosu. Chciały stabilności i utrzymania roli Niemiec w Unii Europejskiej, rynku zbytu dla ich towarów, za wszelką cenę. Ale nic się nie zmieniło. Bycie w rządzie rozrywa oba ugrupowania od środka. Jest możliwość, że Merkel zrezygnuje z bycia kanclerzem jeszcze przed wyborami w 2021 roki oraz że rząd jeszcze raz zostanie sformowany przed nimi. Nie jest wykluczone, że CDU wybierze na lidera przeciwnika Merkel, albo SPD zrezygnuje pod presją dołów partyjnych z bycia członkinią wielkiej koalicji. Przed nami okres gospodarczych, społecznych i politycznych turbulencji, który może skutkować nieprzewidywalnymi zmianami.
Ale burżuazja nadal naciska na partie, by te zrobiły wszystko, by uniknąć kryzysu.
Chciwi posłowie i posłanki mogą stanowić siłę, która uniemożliwi przeprowadzenie przedterminowych wyborów, ponieważ wielu z nich nie zostanie w nich wybranymi na kolejną kadencję. Jeśli rząd przetrwa do kolejnych wyborów w 2021 roku, oznacza to upadek obu wielkich partii koalicyjnych, pozostawiając wielką burżuazję samą sobie z Zielonymi. Pewne jest, że brak stabilności i niepewność będzie głównymi cechami najbliższego okresu politycznego. Będzie mu towarzyszyło wiele innych czynników, takich jak Brexit i jego konsekwencje, kryzys bankowy we Włoszech, wojny handlowe i możliwy kryzys globalnej gospodarki. Wszystkie te czynniki tylko zaostrzą sprzeczności klasowe i pogłębią walkę polityczną w Niemczech oraz walkę klasową wymierzoną w wielki biznes. To, co dziś widzimy jest jedynie preludium do wybuchu wielkich walk klasowych, które wstrząsną Niemcami i światem w najbliższym czasie.

 

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu marxist.com. Tłumaczył Wojciech Łobodziński.

Polska w gronie krajów najbardziej rozwiniętych…

I co dalej?

 

Od września decyzją FTSE Russell (dostawca indeksów należący do grupy London Stock Exchange, która jest punktem odniesienia dla funduszy inwestycyjnych) Polska klasyfikowana jest już nie jako gospodarka wschodząca, lecz jako jedna z 25 najbardziej rozwiniętych na świecie – obok USA, Niemiec czy Japonii. Co z tego wynika?

 

Przede wszystkim prestiż. Jesteśmy w pierwszej lidze

Rodzą się jednak liczne pytania, zaś na horyzoncie – tym bliższym i tym dalszym – gromadzą się niewygodne pytania, a nawet zaczątki groźnych burz. Ten awans dotyka nas bowiem w trudnym momencie zarówno pod względem gospodarczym, jak i, powiedziałbym, intelektualno-historycznym.

Jesteśmy co prawda w doborowym gronie, mamy doskonałe papiery, ale od wielu miesięcy nie przekłada się to na wzrost poziomu inwestycji w kraju, zwłaszcza inwestycji zagranicznych. Jedziemy napędzani krajowym popytem. Na dłuższą metę nie on ma decydujące znaczenie. Z danych NBP wynika, że nasza gospodarka zaczyna zwalniać.

 

Przyczyny

Powodów jest wiele i zapewne na większość nie mamy jeszcze wpływu. Mimo wszystko nie jesteśmy aż tak rozwinięci, byśmy mogli dotrzymać kroku każdej konkurencji. Niemniej jest coś, co zależy wyłącznie od nas. Wiarygodność mianowicie.

Kraj zniszczony wojnami i przez lata błąkający się na peryferiach Europy, dostąpiwszy takiego wyróżnienia powinien szczególnie dbać o opinię kraju wiarygodnego, stabilnego, solidnego pod każdym względem. Powinien co dzień udowadniać, że na wyróżnienie zasłużył, że nie jest to jakiś wyskok, który za chwilę przeminie.

Tymczasem ledwie słońce wstało, już pojawiły się chmury. Spory polskiego rządu z Unią Europejską na tle fundamentalnych zasad prawnych kładą się poważnym cieniem na wizerunku Polski. Europa ma poważne wątpliwości, czy Polska jest krajem prawnym i demokratycznym. Dopóki tych wątpliwości ostatecznie nie rozwieje, patrzeć będzie na nas nieufnie. Inwestorzy zaś, nie mając gwarancji na przykład niezależnego i niezwisłego rozstrzygania przed sądami polskimi ewentualnych sporów, będą się powstrzymywać z inwestowaniem u nas.

 

Odpowiedzialność

Nie tylko Polska, jako kraj, musi być odpowiedzialny. Także politycy winni staranniej dobierać słowa, zwłaszcza, gdy odnoszą się do demokratycznych fundamentów, na jakich Unia jest posadowiona. One są proste i uniwersalne. Wystarczy od nich nie odchodzić. Podobnie bowiem jak istnieje moralność w życiu prywatnym tak samo istnieje moralność w życiu państwowym.
Jakże łatwo, dla jakichś bieżących celów politycznych, czy wręcz partyjnych, odpływamy od niej w kierunku propagandy, skąd już tylko krok do kłamstwa, czyli niemoralności. To jest mechanizm uniwersalny, ponad państwowy i ponad czasowy. Oczywiście przeciwnicy obecnej władzy w Polsce mogą natychmiast przywołać potwierdzone sądownie przykłady propagandy, która wzięła górę nad prawdą, a więc przykłady kłamstwa. Pragnę im jednak uświadomić, że nie tylko jedna strona ma monopol na zachowania niemoralne.

Poprzednicy obecnej ekipy, jeśli czymś wyraziście się odróżniali, to raczej tylko innego rodzaju wrażliwością. Nie tylko oszczędnie gospodarowali prawdą, ale też po prostu prawdy nie mówili. Warto pamiętać, że największą operację socjalną, w powszechnym mniemaniu godzącą w interesy ludzi – czyli drastyczne podwyższenie wieku emerytalnego, przeprowadzili z zaskoczenia, w całkowitym oderwaniu od obietnic wyborczych. Kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem, chciałoby się przypomnieć. Prawda w życiu gospodarczym i państwowym, podobnie jak rzetelność i uczciwość, jest jednym z fundamentów stabilizujących życie społeczne.

Obawiam się więc, że zaliczenie Polski do grona 25 krajów wysoko rozwiniętych dokonało się wyłącznie na podstawie parametrów ekonomicznych. Tymczasem w krajach wysoko rozwiniętych, do których nas zaliczono, równie ważne są kryteria, powiedziałbym, moralne. Sumienność, rzetelność, uczciwość są nie mniej istotne, jak wskaźniki wzrostu.

Historia ze stępką pod nieistniejący prom, wbicie w pustą plażę tyczki mającej symbolizować przekop Mierzei Wiślanej, opowieść o żarówce żarowej jako symbolu unijnej dyskryminacji, czy bajki o zielonej wyspie i ciepłej wodzie w kranie, to też jest rzeczywistość Polski, jednego z 25 najbogatszych krajów świata.

 

Po pierwsze człowiek

Co, a właściwe, kto może to zmienić? Ludzie oczywiście. Wykształceni, rzutcy, niebojący się wyzwań, gotowi do ciężkiej pracy. Twórcy z różnych dziedzin.

Rośnie znaczenie informatyki i usług informatycznych, przetwórstwa przemysłowego, transportu, logistyki, administracji biznesowej. Specjaliści z tych dziedzin są na wagę złota. Ale też artyści, lekarze, specjaliści potrafiący programować i obsługiwać coraz bardziej wyrafinowane narzędzia przemysłowe, medyczne i inne, twórcy, intelektualiści wywołujący nieustanny ferment, poszukujący nowych sensów, odkrywających nowe przestrzenie niczym fizycy kwarkowi – to są ludzie, napędzający postęp i gwarantujący rozwój. Tylko tacy, wyposażeni w niezbędną wiedzę, mają szansę sprostać konkurencji. Nie obędą się oni, co oczywiste, bez wykwalifikowanych pracowników – już nie twórców, a rzetelnych odtwórców, bo bez nich także nie ma postępu.

Takich niespokojnych duchów, na podstawie różnych kryteriów – m. in. dochodowych – NBP doliczył się w Polsce ok. 4,5 mln. Nazywa się ich nową klasą średnią. Podobno są to szacunki życzliwe… Warto jednak w tym miejscu pamiętać, że ok 3 mln. Polaków żyje na emigracji. Przede wszystkim właśnie tacy rzutcy, niebojący się wyzwań, wykształceni specjaliści oraz solidni i fachowi pracownicy. Głównie ludzie młodzi. Wielu deklaruje, że do Polski nie wróci. Brak wykwalifikowanych rąk do pracy brak otwartych na innowacje głów, może stanowić bardzo poważny problem i to w krótkim czasie.

 

My? Z jakiej racji?

Nominacji do grona krajów najbardziej rozwiniętych towarzyszy inna. Wraz z ogłoszeniem miłego nam komunikatu giełdy w Londynie, nasz stosunek do obowiązującej w Unii zasady solidaryzmu też bowiem uległ zmianie. Polska, jak najbardziej oficjalnie przestała być krajem biednym. Zatem przeszła z grupy krajów, którym trzeba pomagać, do grupy, która pomaga innym. Oczywiście jeszcze daleko nie w takim stopniu, jak kraje „starej Unii”, ale jednak. Należy się spodziewać, że ten fakt na pewno będzie wykorzystywany przez populistów, którzy bardzo lubią z Unii brać, ale bardzo nie lubią do Unii się dokładać. Należy się spodziewać, że ich oburzenie faktem, iż „Polska musi płacić na Unię”, będzie akceptowane przez znaczną część społeczeństwa.

Słowem – nominacja do grona najbardziej rozwiniętych państw świata jest powodem do dumy, ale i do zatroskania jednocześnie. Towarzyszyć naszemu myśleniu o nowej dla nas sytuacji powinna świadomość, że do takiego grona bardzo trudno się dostać, ale za to bardzo łatwo z niego wypaść. Znane są bowiem i takie państwa, które wcześniej od nas uważane były za wysoko rozwinięte, ale do pierwszego poważniejszego kryzysu ekonomicznego. Co tu daleko szukać – sami przecież cieszyliśmy się swego czasu, że Polska była dziesiątą (pod względem PKB) gospodarką świata.

Nie sądźcie

…byście nie byli sądzeni. Zwłaszcza nie sądźcie sędziów Sądu Najwyższego przed tym, zanim osiągną wiek emerytalny.

 

Europejski Trybunał Sprawiedliwości wydał nieprzychylne PIS-owi postanowienie zabezpieczające, w którym nakazuje Warszawie niezwłoczne zawieszenie przepisów dotyczących przechodzenia w stan spoczynku sędziów Sądu Najwyższego, którzy ukończyli 65 lat i przywrócenie do pracy tych przesuniętych w stan spoczynku – na warunkach, jakie obowiązywały przed wejściem w życie nowej ustawy o SN, a także wstrzymanie mianowań na miejsca tych sędziów i unieważnienia całego procesu rekrutacji.
Stało się to na wniosek Komisji Europejskiej. Pierwszy raport na temat tego, co zrobiła Polska w sprawie odkręcenia zawikłanej sytuacji w Sądzie Najwyższym europejscy notable chcą dostać już w ciągu najbliższych 30 dni. Nie jest to postanowienie ostateczne, na to przyjdzie nam poczekać jeszcze wiele miesięcy. Trybuna chciał jednak zapobiec dalszemu niszczeniu struktur SN do tego czasu.
Mateusz Morawiecki nie chciał w pierwszej chwili komentować wydanego przez Luksemburg postanowienia. Rozmowny był za to Krzysztof Szczerski, prezydencki minister, który stwierdził z rozbrajającą szczerości (jak to Szczerski), że „prawo nie może działać wstecz”.
Szkoda, że rządzącej ekipie nie przeszkadzało to przy wysyłaniu na emeryturę Małgorzaty Gersdorf i jej kolegów, a także przy obsadzaniu miejsc w Trybunale Konstytucyjnym.
Co grozi Polsce za nierespektowanie orzeczenia TSUE? „Wówczas na Polskę będą nakładane wysokie kary finansowe w trybie dziennym. Teoretycznie takie środki będą mogły być stosowane po każdym dniu zwłoki. Komisja Europejska pracuje również nad utworzeniem mechanizmu, który pozwoli uzależnić wypłacanie funduszy strukturalnych od przestrzegania praworządności w krajach członkowskich. Oręż ten zostanie przydzielony prawdopodobnie już wiosną 2019 roku.” – twierdzi Piotr Nowak, publicysta strajk.eu.

Raport o kolei

Eurodeputowany SLD Bogusław Liberadzki przygotował raport, w którym zaproponował wiele korzystnych dla pasażerów zmian, równocześnie ich wprowadzenie byłoby wykonalne dla polskich przewoźników.

 

Wyższe odszkodowania za spóźnienia, ułatwienia dla niepełnosprawnych i miejsca dla rowerów w każdym pociągu – wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego chciał, aby nowe przepisy zaczęły obowiązywać od 2024 roku, czyli od momentu, gdy PKP wykorzysta już unijne środki na dostosowanie infrastruktury.

– W moim raporcie starałem się, żeby nowe, korzystne dla pasażerów przepisy były także wykonalne dla PKP. Myślałem propaństwowo – zaznacza eurodeputowany SLD w rozmowie z korespondentką RMF FM Katarzyną Szymańską-Borginon.

Jednakże przedstawiciele frakcji chadeckiej, liberalnej oraz Zielonych wprowadzili jednak do raportu prof. Liberadzkiego zmiany, które oznaczają, że polskie koleje już za dwa lata będą musiały wydać miliony euro, by dostosować się do nowych regulacji.

Przegłosowanie raportu w Komisji Transportu i Turystyki nie kończy sprawy, ponieważ, aby wypełnić procedurę, potrzebne będzie jeszcze głosowanie na sesji plenarnej Parlamentu Europejskiego, a później konieczna będzie jeszcze zgoda państw członkowskich UE.

– Liczę, że na tym ostatnim etapie przepisom uda się przywrócić kształt z moich propozycji – podkreśla polityk SLD.