Gorąca jesień

Wakacje PE dobiegają końca, pora wracać do pracy. Najważniejszym zadaniem będzie przyjęcie ram finansowych na lata 2021-2027. Za sprawą koronawirusa planowany budżet UE musi zmierzyć się ze stratami, które Unia już poniosła, a jednocześnie sprostać wyzwaniom, które pandemia wyzwoliła. Z tych powodów będzie to największy budżet Unii Europejskiej w historii, wynoszący 1,82 biliona euro, a jego częścią będzie wynoszący 750 mld. euro tzw. Fundusz Odbudowy przeznaczony bezpośrednio na likwidowanie skutków pandemii.

Jak być może Państwo pamiętają, projekt budżetu i sposób jego podziału został przyjęty na nadzwyczajnym, lipcowym szczycie Rady Europejskiej. Po 90 godzinach obrad szefowie państw UE osiągnęli porozumienie. Premier Morawiecki ogłosił wówczas, że „porozumienie daje Polsce ponad 124 mld euro w bezpośrednich dotacjach, a razem z uprzywilejowanymi pożyczkami to 160 mld euro w cenach bieżących dla naszego kraju”. Zapewnił też, że w porozumieniu nie ma zapisu o warunkowym powiązaniu pieniędzy z budżetu Unii i Funduszu Odbudowy z praworządnością.
Jak już wiemy w obu przypadkach pan premier oszczędnie gospodarował prawdą. Przede wszystkim nic nie jest jeszcze postanowione, gdyż budżet musi być zatwierdzony przez Parlament Europejski, a ten od początku jasno przedstawiał swoje priorytety. Przewodniczący PE, David Sassoli, powiedział szefom państw i rządów UE, że Parlament jest gotowy odrzucić porozumienie, jeśli nie zapewni ono Unii środków do pokonania wyzwań, które przed Unią stanęły.
Chodzi przede wszystkim o Zielny Ład, czyli o to, by Europa do roku 2050 była pierwszym, neutralnym pod względem emisji dwutlenku węgla kontynentem, co wymaga olbrzymich środków, by pomóc państwom członkowskim w tej transformacji. Europa musi także inwestować w badania i postęp naukowo-techniczny, żeby nie musiała polegać na importowaniu nowych technologii oraz w sferę społeczną.
Rada Europejska z niewiadomych powodów nie potraktowała tego ostrzeżenia z należytą uwagą. Na przykład szalenie istotny Fundusz na rzecz Sprawiedliwej Transformacji, mający łagodzić negatywne skutki transformacji energetycznej, został zmniejszony o 20 mld euro – z łącznych 37,5 mld do 17,5 mld euro! To jednak nie koniec. W tych dniach pojawiało się na przykład oświadczenie Krajowych Konferencji Rektorów europejskich uniwersytetów i wyższych uczelni, dość drastycznie obnażające rozdźwięk między zapowiedziami, a planowanymi konkretami. Okazuje się, że wbrew zapowiedziom i oczekiwaniom, w budżecie na najbliższe siedem lat fundusze na szkolnictwo wyższe, badania naukowe i innowacje nie zostały nawet utrzymane na dotychczasowym poziomie, ale wręcz zmniejszone! Program Horizon Europe (badania i rozwój) z 13,5 mld. do 5 mld. euro; program EU4Health (cyfryzacja europejskiego systemu ochrony zdrowia) z 9,4 mld do 1,6 mld euro. Zwłaszcza ta oszczędność jest charakterystyczna – stawia bowiem pod znakiem zapytania gotowość państw członkowskich do budowania zintegrowanego systemu ochrony zdrowia w sytuacji, gdy wraz z wybuchem pandemii Unia była zajadle krytykowana za brak należytej i szybkiej reakcji obronnej. Wynikało to właśnie z braku uprawnień i narzędzi, którymi dysponowały instytucje unijne. Tymczasem mimo, że ta słabość została brutalnie obnażona w praktyce, będzie nadal podtrzymywana! Nawet w obliczu takiego kryzysu, jak Covid-19, który jednoznacznie wskazuje na znaczenie wspólnych działań, badań i procedur w dziedzinie zdrowia publicznego…
Podobna obserwacja dotyczy programu Erasmus+. Rektorzy zwracają uwagą, że zmniejszenie go o planowane 15 proc. ograniczy młodzieży możliwości nauki i doświadczania europejskich wartości i europejskiej różnorodności. Krajowe Konferencje Rektorów apelują więc do PE, współustawodawcy wszystkich programów europejskich, o pomoc i obronę odpowiadającego realnym potrzebom poziomu finansowania rozwoju nauki, badań i innowacyjności. Jest oczywiste, że PE, który uznał te dziedziny za priorytetowe dla przyszłości Unii nie pozostanie wobec apelu europejskich rektorów obojętny.
Swoje stanowisko wyraził zresztą zdecydowanie i jednoznacznie w specjalnej rezolucji. Zapowiedział, że zawetuje cały projekt, jeżeli Rada Europejska nie potraktuje poważnie jego zastrzeżeń. Pozostał w tej kwestii nieugięty mimo, że zarówno szefowa Komisji Europejskiej, Ursula von der Leyen jak i przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel, zapewniając, że zdają sobie sprawę, iż „trudne i bolesne decyzje dotyczące wielu programów” nie spodobają się eurodeputowanym, to jednak prosili o zrozumienie w obliczu ścierających się interesów.
Odpowiedź była jednoznaczna: PE nie zaakceptuje złego porozumienia. Jest gotowy do konstruktywnego dialogu, ale ram finansowych na lata 2021-2027 w kształcie przedstawionym przez RE nie przyjmie.
W tym całym galimatiasie jedno wydaje się przesądzone: mimo zapewnień premiera rządu PiS, kwestia praworządności, określana w skrócie: pieniądze za praworządność, została przesądzona. Potwierdziła to zarówno pani von der Leyen, jak i Charles Michel.
Jak pamiętamy premier Morawiecki zapewniał, że ostateczna decyzja w tych sprawach będzie należała do Rady Europejskiej, gdzie wymagana jest jednomyślność. Pomylił jednak Radę Europejską z Radą Unii Europejskiej, gdzie w rzeczywistości będą takie decyzje zapadały – większością głosów. Potwierdził to Charles Michel: „Po raz pierwszy w historii nasz budżet będzie bezpośrednio powiązany z praworządnością. Wierzę głęboko, że Europa jest w stanie działać”. Szef Rady Europejskiej dodał, że głowy państw członkowskich będą jeszcze dyskutować na ten temat, ale sam kształt mechanizmu nie zakłada jej udziału w procedurze zawieszania środków za naruszanie zasady praworządności. Zaznaczył też, że cieszy się, że przedstawia Parlamentowi „związek, warunkowość pomiędzy kwestiami finansowymi a kwestiami praworządności”.
W sprawie podziału środków budżetowych rząd PiS wakacyjnie milczy. Powraca natomiast kwestia praworządności. Pojawiają się głosy, że gdyby rzeczywiście do tego doszło (już nie mówi się, że na pewno nie dojdzie), to byłoby to „naruszenie polskiej suwerenności”. Jest to teza czysto propagandowa, bo poważne naruszenia praworządności miały i mają miejsce w Polsce, co potwierdziły nie tylko liczne opinie prawników, ale także wyroki TSUE. Z góry także obarcza się „odpowiedzialnością” ze ewentualne utrudnienia w przepływie środków unijnych opozycję, która „donosi na swój kraj za granicą”. To przygotowanie propagandowe zdaje się potwierdzać, że rząd wie, że przyjdzie mu zetrzeć się ze stanowczym unijnym żądaniem przestrzegania standardów obowiązujących wszystkich członków UE.
Na razie – ze względu na dyskryminację osób nieheteronormatywnych dofinansowanie wstrzymano sześciu miastom, które ogłosiły się strefą „wolną od LGBT”. „Straty” tym miastom „wyrównuje” minister Ziobro, przekonując przy okazji, że rząd nie pozwoli na „dyskryminację Polski” ze względu na nasze prawa, standardy i wartości.
Gdyby jednak rząd chciał w ten sposób wyrównywać także przyszłe „straty”, to może mieć kłopot, a my razem z nim, niestety. Przypomnę, że premier Morawiecki pochwalił się, że osiągnął porozumienie, które daje Polsce „ponad 124 mld euro w bezpośrednich dotacjach, a razem z uprzywilejowanymi pożyczkami to 160 mld euro w cenach bieżących”. Obawiam się, że nasz budżet, który wyraźnie popada w kłopoty, mógłby nie wytrzymać wyrównywania „Polkom i Polakom” takich strat. Choćby nawet maszyny Wytwórni Papierów Wartościowych pracowały non stop.
Jakby więc proszę państwa nie patrzeć, już z pobieżnego tylko przeglądu problemów, wynika, że jesień w Europie i w Polsce będziemy mieli gorącą.

Strefy wolne -nur fur straight!

Czym komu zawinił naród, którego część wybrała sobie za przedstawicieli ludzi pozbawionych smaku? Niczym. Ma jednak z tym wyborem naród ów pewien zgrzyt, bo musi, przynajmniej w części, żyć pod butem i rozkazem troglodytów, choć wcale tego nie chce. Podobnie jak nie chce, żeby przez wzgląd na wybory większości, karać mniejszość w imię mniejszości praw poszanowania. A tak się właśnie w Polsce dzieje.

Mój dziadek, a później ojciec mój, mieli na tego typu zachowania swoje porzekadło: ma pretensje do garbatego, że ma proste dzieci. Taki już człowieczy, polski los. Okazało się niedawno, że UE nie podobają się uchwały niektórych, polskich gmin, czyniące zeń „strefy wolne od ideologii LGBT”. O tym, że dane miasto, gmina czy sołectwo są właśnie taką strefą, informują mieszkańców i przyjezdnych specjalne tabliczki stawiane na rogatkach, tuż przy witaczach z nazwami miejscowości. Tabliczki zawisły tamże w majestacie prawa. Miejscowego ma się rozumieć. Grupa inicjatywna radnych, zazwyczaj luźno lub ściśle powiązanych z partią rządzącą, wnosiła za każdym razem pod obrady ciała samorządowego stosowną uchwałę, wzywającą do ustanowienia gminy „strefą wolną”. Nur fur straight. No gays and lesbians. Podjęciu uchwały towarzyszyła zazwyczaj krótka dyskusja, gdzie inaczej myślący radni, o ile w ogóle się znaleźli, zostawali w 5 sekund zakryci czapkami przez krzykaczy z prawicy. Kto jest za, kto przeciw, nie widzę, no i uchwała wchodziła w życie. Pierwszą taką akcję zmontował podlubelski Świdnik, a dalej to już poszło. Przodują w uchwalaniu „stref wolnych” gminy ściany wschodniej, gdzie PiS ma największe poparcie od lat. Ale nie tylko one.

Do niedawna ta polska, lokalna krucjata przeciw globalnemu zepsuciu i sodomii była tylko naszą, endemiczną poczwarką demokracji; czasami jakieś miasto partnerskie z Zachodu, na wieść o podjętej uchwale, zrywało umowę współpracy z gminą, która ustanowiła się „strefą wolną”, i na tym się kończyło. Krnąbrny dziennikarz i radny coś tam pokrzyczeli na łamach tygodnika, którego nikt już nie czyta, i sprawa ginęła w gąszczu covidowych niusów. Tym razem za „strefowe” uchwały miast i wsi wzięła się masońska Unia, a to już nie przelewki.

Jedna pani komisarz ogłosiła, że może się tak zdarzyć, że te polskie gminy, które postanowiły zostać „strefami wolnymi”, muszą się liczyć z tym, że nie dostaną unijnych dotacji na swoje projekty. Co prawda nie ma jeszcze zapisów o powiązaniu środków budżetowych z praworządnością, ale uchwały „strefowe” godzą bezpośrednio w podwaliny UE tyczące się praw mniejszości, które w całej Unii winny być szanowane. I to wszystko prawda. Ja też się z tym zgadzam. Uchwały polskich miasteczek o „strefach” to nic innego, jak naigrywanie się ze wspólnego prawa i poszanowania dla inności; tym samym, jawne łamanie unijnych zapisów. Na tym jednak kończy się moje zrozumienie dla pani komisarz. Ta bowiem chce, aby zabierać pieniądze gminom, w ramach penalizacji podobnego występku. Ta penalizacja ma z kolei prowadzić do resocjalizacji; radni zrozumieją swój błąd, unieważnią uchwały, ściągną tabliczki i będzie jak dawniej, czyli po unijnemu. Jest jednak w tym myśleniu jeden zasadniczy błąd w rozumowaniu. Kasy unijnej pozbawi się nie tyle burmistrza, radnego czy wójta, co ludzi. To mieszkańcy tych gmin, nie ważne na kogo głosowali, zostaną pozbawieni placów zabaw, parków, pływalni. Czym zatem zawinili mieszkańcy, że dostają po łapach za błędy myślowo-poznawcze swoich przedstawicieli. Zwłaszcza ci mieszkańcy, którzy głosowali na kogo innego albo wyznają odmienny system wartości niż ten, który wyznają radni. Takie działanie które narzuca Unia, to klasyczna odpowiedzialność zbiorowa.

Jeśli ja potrafię to wychwycić, to potrafi to też prawicowy radny, który za uchwałą „strefową” głosował. Jak sądzicie, co powie radny swoim wyborcom, kiedy słowo UE stanie się ciałem, i kurek z dotacjami zostanie przykręcony; patrzcie, powie, widzicie jakie są prawdziwe intencje Brukseli; chcą, żebyśmy wyrzekli się wiary ojców, nauczania JP2, dziedzictwa, w zamian za srebrniki, jak Judasz. To samo powie z ambony pleban. A lud boży uwierzy i w kolejnych wyborach zagłosuje raz jeszcze na swoich. Odpowiedzialność zbiorowa, to droga w kompletnie przeciwnym kierunku. Aby to zrozumieć, trzeba znać polski mental. A on jest krnąbrny i pod włos, bojący i lękliwy, ale krnąbrny; jak nie widzą, chłop dutki weźmie, ale zagłosuje jak się mu zechce. Czy jest wyjście z tego pata? Jest, ale wymaga czasu i pieniędzy, jak każde skuteczne rozwiązanie. Trzeba na polską prowincję jeździć, spotykać się z ludźmi; w remizach, pod sklepem, w kołach gospodyń wiejskich. Mówić o inności, o Unii, o prawach i obowiązkach. I być może to pomoże. Być może. Na pewno nie zadziała pałka i ciasne drzwi, jak to chce zrobić z dyplomatyczną gracją UE, przy częściowej akceptacji polskich prawdziwych demokratów. Nie można karać ludzi za to, że są prości, choć spłodził ich garbaty anioł. Nawet gdy nastrugał więcej garbatych, tamci, prości, też są jego. Poznacie po skarpetach i klapkach.

Unia nie daje Ukrainie

Ukraina, której gospodarka znajduje się w opłakanym stanie, próbuje zmienić ten stan rzeczy. Projekty, by państwo pomagało swoim przedsiębiorstwom spotkały się z natychmiastową reprymendą Brukseli.

W Radzie Najwyższej grupa posłów złożyła w maju br. projekt ustawy, której celem jest pomoc przemysłowi maszynowemu Ukrainy, niegdyś słynącym z wysokiej jakościowo produkcji, obecnie znajdującym się na krawędzi ogólnego bankructwa. Jeżeli w marcu spadek produkcji wyniósł 8 proc., to w kwietniu 17 proc.
Projekt zatytułowany był: „Obrona ukraińskich towarów, prac i usług przed importowanymi alternatywami” i chodziło w nim o pewną formę protekcji ukraińskiego przemysłu takie jak priorytet ukraińskich przedsiębiorstw, korzystna polityka podatkowa dla ukraińskich dostawców, wymagania, by od 15 do 30 proc. wytwórców znajdowało się na Ukrainie itp.
Unia Europejska zareagowała szybko i brutalnie poprzez swojego ambasadora na Ukrainie, Matti Maasikasa. Polityk europejski nie pozostawił żadnych złudzeń: jeśli projekt otrzyma wsparcie władz Ukrainy, europejskie banki zaprzestaną kredytowania ukraińskiej gospodarki. Powołuje się przy tym, oczywiście, na zasadę równoprawności podmiotów uczestniczących w procesie handlu i produkcji, choć nie ma żadnych wątpliwości, że ukriańskie podmioty, będące w fazie ostrego kryzysu nie mają żadnej „równoprawności” w porównaniu z bogatymi i bezwzględnymi europejskimi graczami. Maasikas twierdzi, że wspomniane projekty zmian w ukraińskim prawie godzą w istotę współpracy między Ukraina a Unia Europejską.
„W tej sprawie [pomocy państwa ukraińskim podmiotom – przyp. red.] chcemy podkreślić, że te wymagania mogą okazać poważny negatywny wpływ na przyszła działalność takich instytucji [jak Europejski Bank Inwestycyjny- przyp. red]. w Ukrainie i odpowiednie poparcie UE”, pisze w liście Maasikas.
„Unia Europejska jest gotowa do dalszych dyskusji nad tymi problemami i wsparciu władz ukraińskich swoim doświadczeniem wykorzystania państwowych zamówień jako środka strategicznego w celu rozwiązania międzynarodowych interesów z zachowaniem głównych zasad i międzynarodowych zobowiązań Ukrainy”, takim przywołaniem do porządku Ukrainy kończy swój list Maasikas.

Wpływ epidemii na chińskie przedsiębiorstwa w Europie i perspektywy współpracy Chiny-UE

Epidemia koronawirusa poważnie wpłynęła na gospodarkę światową, a także zwiększyła presję operacyjną na chińskie firmy. Jak epidemia wpływa na chińskie firmy w Europie? Oto wywiad przeprowadzony przez dziennikarza Chińskiej Grupy Mediów z Gao Xiaochuanem, naukowcem z Centrum Badań Europy Środkowo-Wschodniej przy Uniwersytecie Pedagogicznym Huadong (EAST CHINA NORMAL UNIVERSITY).

Jakie konkretne projekty i aktywa mają Chiny w Europie?
Gao Xiaochuan: Ze względu na politykę ograniczenia dla rynku infrastrukturalnego w krajach UE, obecne chińskie aktywa w Europie koncentrują się głównie w Serbii i w krajach bałkańskich spoza unii. Główne projekty, które zostały ukończone, to między innymi autostrada E763 w Serbii, drugi etap projektu elektrowni Kostolac w Serbii, elektrownia cieplna Stanari w Bośni i Hercegowinie, most na Dunaju w Belgradzie oraz obiekty przeciwpowodziowe we Wrocławiu. Serbska autostrada E763 ma około 300 kilometrów i jest to pierwszy projekt infrastrukturalny realizowany w ramach współpracy między Chinami a krajami Europy Środkowo-Wschodniej, a także pierwsza autostrada zbudowana przez chińskie firmy w Europie. Kolejne projekty zakładają budowę kolei węgiersko-serbskiej, autostrady północ-południe w Czarnogórze oraz mostu Peljesac w Chorwacji.
W regionie europejskim finansowane aktywa Chin koncentrują się w rozwiniętych gospodarkach Europy Zachodniej, głównie w Wielkiej Brytanii, Niemczech i Francji. Po 2012 roku więcej chińskich instytucji finansowych zaczęło wkraczać do krajów europejskich wzdłuż „Pasa i Szlaku”, w tym do Włoch i Hiszpanii, które zostały teraz poważnie dotknięte epidemią, oraz do krajów Europy Środkowej i Wschodniej jako wschodzących gospodarek w Eurazji. Pod koniec 2018 roku Bank of China, Industrial & Commercial Bank of China, China Construction Bank i inne chińskie instytucje finansowe, utworzyły osiem w pełni licencjonowanych oddziałów w Polsce, Czechach, Serbii i na Węgrzech, obejmując prawie wszystkie regiony Europy Środkowo-Wschodniej. Po wprowadzeniu inicjatywy „Pasa i Szlaku” chińskie instytucje finansowe podjęły się głównych zadań oraz obowiązków zapewnienia wsparcia finansowego chińskim przedsiębiorstwom na ekspansję zagraniczną i udziału w budowie inicjatywy „Pas i Szlaku”.
Jaki wpływ ma epidemia na europejskie projekty infrastrukturalne chińskich przedsiębiorstw?
Mimo że sytuacja w Serbii i innych krajach bałkańskich nie jest tak poważna jak w Europie Południowej, kraje bałkańskie również doświadczyły pewnych trudności w zatrudnieniu po wybuchu epidemii. Dzięki wsparciu rządu serbskiego budowa krajowego odcinka kolei węgiersko-serbskiej nie została przerwana w tym czasie. W kwietniu chiński bank oraz węgierskie Ministerstwo Finansów podpisały umowę pożyczki dotyczącą projektu budowy odcinka węgierskiego kolei węgiersko-serbskiej, co oznacza znaczący postęp w promocji tego sztandarowego projektu połączenia chińsko-europejskiego. Most Peljesac to największy projekt budowy infrastruktury transportowej w Chorwacji od czasu nawiązania stosunków dyplomatycznych między Chinami i Chorwacją. W sytuacji rozprzestrzeniania się epidemii w krajach europejskich strona odpowiedzialna za obiekt, pokonując różne trudności, kontynuuje budowę zgodnie z harmonogramem.
Obecnie około 40 proc. prac w ramach kontraktu budowy autostrady północ-południe w Czarnogórze zostało zakończonych, ale z powodu wybuchu epidemii w najbliższym czasie robotnicy nie mogą wrócić na budowę. Można więc powiedzieć, że epidemia wpłynęła w pewnym stopniu na postęp tego projektu. Ogólnie rzecz biorąc, epidemia nie spowodowała znaczącego negatywnego wpływu na aktywa projektów infrastrukturalnych chińskich przedsiębiorstw w Europie.
Jaki wpływ ma epidemia na chińskie instytucje finansowe w Europie?
Spadek europejskiej gospodarki realnej i znaczny wzrost deficytu fiskalnego w różnych krajach zwiększy niestabilność makroekonomiczną. Takie otoczenie gospodarcze wpłynie bezpośrednio na funkcjonowanie oraz na aktywa chińskich instytucji finansowych w Europie. Muszą one być przygotowane na nieściągalne długi, a nawet ponieść ryzyko kurczenia się aktywów. Ponadto, w porównaniu z lokalnymi bankami europejskimi, chińskie instytucje finansowe mają stosunkowo słabsze doświadczenie w rozszerzaniu rynku europejskiego i reagowaniu na ryzyko. W krajach Europy Południowej, poważnie dotkniętych epidemią, chińskie instytucje finansowe znajdują się pod jeszcze większą presją.
Jak epidemia wpływa na chińskie przedsiębiorstwa produkcyjne w Europie?
W ogólnym środowisku poważnego wpływu epidemii na realną gospodarkę europejską, funkcjonowanie chińskich przedsiębiorstw produkcyjnych napotkało już trudności. Hisense Europe, producent sprzętu AGD, dotknięty spadkiem popytu na rynku spowodowanym epidemią w krajach europejskich, odnotował spadek zamówień o 1/3 w marcu i 2/3 w kwietniu. Przewidywane straty wyniosą kilkadziesiąt milionów euro w pierwszej połowie roku. Firmy Hisense w Europie zatrudniają łącznie ponad 9 000 pracowników, a już planowane jest zwolnienie 2200 osób z fabryk w Słowenii, Serbii, Czechach i na Słowacji do końca tego roku, co stanowić będzie prawie 1/4 wszystkich pracowników. Ożywienie chińskich przedsiębiorstw produkcyjnych w Europie zależy głównie od ogólnego ożywienia gospodarki europejskiej i wzrostu popytu na rynku.
Czego oczekujesz od współpracy Chiny-UE?
W okresie walki z epidemią koronawirusa podstawa stosunków chińsko-europejskich była dobra, co położyło podwaliny dla relacji Chiny-UE, w celu zacieśnienia współpracy w okresie po epidemii. W tym czasie obie strony powinny unikać sporów ideologicznych, ale pogłębiać pragmatyczną współpracę. Obecna polityka łagodzenia sytuacji fiskalnej UE i jej członków, w celu promowania gospodarki, stabilizacja warunków życia ludzi i zapewnienie zatrudnienia spowoduje, że kraje będą miały historyczne deficyty i zwolnią rezerwy kapitałowe na projekty infrastrukturalne w okresie po epidemii z wyprzedzeniem. Chińskie przedsiębiorstwa zajmujące się projektami budowy infrastrukturalnej w Europie mogą skorzystać z tej okazji, by wyjść z Bałkanów i rozszerzyć swoje rynki w krajach unijnych. Chińskie instytucje finansowe w Europie muszą przyspieszyć transformację cyfrową i promować aktualizację internetowych usług finansowych. Należy iść zgodnie z nowym trendem rozwojowym przemysłu europejskiego w przyszłości, zwłaszcza dotyczy to wprowadzenia produktów innowacji finansowych w odpowiedzi na nowe potrzeby finansowe wynikające ze strategii takich jak zdrowie publiczne, system medyczny, blockchain, nowe technologie 5G i nowe materiały oraz rozwój nowych gałęzi przemysłu.

Kto wyprowadza kapitał z Polski?

Wyprowadzany z Polski kapitał przewyższa środki finansowe przyznawane naszemu państwu przez Unię Europejską – pisze w swojej nowej książce „Capital and Ideology” słynny ekonomista Thomas Piketty.

Na podstawie dokładnej analizy danych obrazujących procesy gospodarcze, Piketty wysuwa tezę, która stawia pod poważnym znakiem zapytania model relacji ekonomicznych Polski z Unią Europejską i Stanami Zjednoczonymi. Nasz kraj w latach 2010-16 otrzymał z UE środki stanowiące 2,7 PKB. To dużo, jednak jeszcze większe bogactwo, bo równowartość 4,7 proc. PKB zostało w tym samym okresie z Polski zassane przez zachodni kapitał.
Według Piketty’ego przyczyną takiego zjawiska nie jest wyłącznie akcesja Polski do Unii Europejskiej, bo zachodni kapitaliści, czy też inwestorzy przejmowali polski majątek produkcyjny już znacznie wcześniej – od początku transformacji ustrojowej. Jak podaje ekonomista, po 1989 roku zachodni kapitaliści znaleźli się w posiadaniu 50 proc. majątku przedsiębiorstw w Polsce.

Dzięki przewadze przetargowej i ideologicznej ofensywie przeciwko związkom zawodowym i prawom pracowniczym, udało się w Polsce ustanowić wysoką stopę wyzysku. Ludziom skutecznie wpojono przekonanie, że domagając się bardziej sprawiedliwego podziału owoców pracy są roszczeniowi i sami odbierają sobie szansę na awans do klasy posiadaczy. Efektem niestety nie jest masowy awans społeczny, a coś dokładnie odwrotnego – bardzo niski udział płac w PKB, utrzymywany od 30 lat. Piketty wskazuje, że płace w Polsce nie rosną tak szybko jak mogłyby, a na pewno nie tak szybko jak zyski zachodnich inwestorów.

Ekonomista zwrócił też uwagę, że państwo polskie nie podejmuje działań, które mogłyby zmienić niekorzystny bilans w relacjach pomiędzy pracą a kapitałem. Wśród narzędzi, które mogłyby być użyte wymienia: podwyżkę podatków czy wzmocnienie roli związków zawodowych. Piketty uważa, że kapitał sprawuje realną władzę nad polskimi rządami, które obawiają się obniżyć jego zyski w obawie przed odpływem inwestycji.

Unia zintegrowana

Na łamach portalu POLITICO ukazał się komentarz niemieckiego naukowca Moritza Schularicka dotyczący przyszłości Unii Europejskiej. Twierdzi on, że jeśli wart 750 mld. Euro projekt Komisji Europejskiej, która zaproponowała państwom członkowskim, by solidarnie i proporcjonalnie do strat wsparły kraje poszkodowane przez koronawirusa zadziała, to będzie coś na kształt aktu założycielskiego Stanów Zjednoczonych. Jego zdaniem podobnie zaczął się proces tworzenia narodu amerykańskiego.

Schularick sugeruje, że tak może być, gdyż po raz pierwszy lepiszczem będzie nie tylko technokratyczne podejście do ekonomicznego i finansowego problemu, który się pojawił, ale też poczucie solidarności w obliczu przeciwności losu. Kto wie, czy propozycja Komisji Europejskiej, by UE zaciągnęła w imieniu państw członkowskich i za ich poręczeniem dług na fundusz odbudowy po koronawirusie, nie okaże się przełomem w marszu wspólnoty w kierunku czegoś podobnego do narodu? W przyszłości bowiem może dojść do większego niż teraz transferu podatków i innych zasobów do UE, dzięki czemu Bruksela będzie coraz bardziej przypominać zwykły rząd centralny.
Pytania Moritza Schularicka wcale nie są abstrakcyjne. Kwestia większej integracji UE pojawia się w przestrzeni publicznej już od dawna. 750 mld. Euro w postaci zadłużenia wspólnie gwarantowanego przez kraje Unii, to jest po prostu wspólny deficyt budżetowy Unii. To zaś oznacza, że będziemy mieli do czynienia de facto z federacją państw Unii. Konsekwencje tego będą dalekosiężne. Pojawi się więc na pewno pytanie, kto będzie chciał wziąć w tym udział? Gdyby któremuś z 27 państw tworzących Unię taka federacja nie pasowała, będzie mogło ją opuścić. Pozostawanie w federacji nie będzie przecież przymusowe. Dojdzie do rozliczenia – tak jak w przypadku Wielkiej Brytanii i nastąpi rozejście się. Z tym, że potem będzie już musiało radzić sobie samo – poza wspólnym rynkiem i wszystkimi wewnętrznymi systemami Unii.
W tym kontekście trzeba sobie oczywiście odpowiedzieć na pytanie – co z nami? Czy chcemy korzystać ze wspólnej perspektywy finansowej w latach 2021 – 2027, zacieśniając jednocześnie więzi, wspierając silniejszą Unię i instytucje europejskie z większymi kompetencjami, czy też chcemy pozostać poza. To oczywiste bowiem, że propozycja Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego opiewająca łącznie na 1850 mld. euro w wieloletnich ramach finansowych, oznacza silniejszą UE i jej silniejsze instytucje. Oznacza również pełną akceptację celów strategicznych Unii: klimatycznego – New Green Dealu, oznacza praworządność państw członkowskich i beneficjentów tych środków oraz wzmocnienie solidarności wewnątrz Unii. Zatem rzeczywiście może to prowadzić w kierunku „państwa” i „narodu europejskiego”, o którym mówi Moritz Schularick.
Premier Mateusz Morawiecki w trakcie wspólnej konferencji prasowej z prezydentem Andrzejem Dudą, poświęconej kryzysowi covidovemu i unijnemu Funduszowi Odbudowy Gospodarki, nazwał propozycję 64 mld. dla Polski „bardzo dobrą” i „dodatkowym zastrzykiem optymizmu”. Wyjawił jednocześnie, czego nie wiedzieliśmy, że: „To efekt twardej polityki negocjacyjnej, żmudnych nocnych rozmów, które toczyły się w ostatnich trzech miesiącach”. Mało tego – premier dał do zrozumienia, że właściwie jemu Europejczycy zawdzięczają tę unijną szczodrość. „Wiemy – mówił – na czym polegają mechanizmy gospodarcze i dlatego zabiegałem, żeby te fundusze w Europie były jak największe”…
To całkowita zmiana! Od kilku lat słyszeliśmy przecież, że „to, co Unia daje wystarcza na chodniki”, że więcej mamy z podatku VAT niż dostajemy od Unii, że „Unia, to wyimaginowana wspólnota, z której dla nas niewiele wynika”, że Unia jest niewydolna, ociężała i zbiurokratyzowana, że nie dostaliśmy od niej na walkę z koronawirusem „ani centa”. Z ust prezydenta usłyszeliśmy nawet, że Unię można porównać do zaborców. „Bardzo często ludzie mówią nam: po co nam Polska? Unia Europejska jest najważniejsza(…)To niech sobie ci wszyscy przypomną te 123 lata zaborów. Jak Polska wtedy, pod koniec osiemnastego wieku swoją niepodległość straciła i zniknęła z mapy. Też byli tacy, którzy mówili: a może to lepiej(…)”
I nagle dwaj najbardziej reprezentatywni sceptycy i krytycy Unii wyrażają zadowolenie, że bierzemy udział w wielkim planie jej odbudowy i przebudowy po covidzie! Nie mogą przecież nie zdawać sobie sprawy, z tego, co już całkiem wyraźnie rysuje się na unijnym horyzoncie, a o czym wprost napisał Moritz Schularick. No, chyba, że to ich nagłe zauroczenie Unią jest udawane? Chyba, że chodzi tylko o pieniądze? Jeśli tak, to przestrzegam – możemy nie być w Unii i nie mieć pieniędzy.

Next Generation EU

Taki, symboliczny przydomek – „Następne pokolenie Unii Europejskiej” – nadano planom budżetowym UE na lata 2021-2027. Od miesięcy toczyły się wokół nich spory – przede wszystkim, co do wielkości budżetu.

Wszyscy z napięciem czekali więc na propozycję Komisji Europejskiej, którą na forum Parlamentu przedstawiła w środę (27 maja br.) Przewodnicząca Komisji, pani Ursula von der Leyen. To była najbardziej z dotychczasowych miarodajna „przymiarka”, do wielkich unijnych planów nie tylko ożywienia gospodarki po jej ostrym hamowaniu spowodowanym epidemią koronawirusa, ale też zbudowania Unii w pewnym sensie na nowo, zmodernizowania jej i uczynienia silniejszą.

Po wystąpieniu szefowej KE można powiedzieć, że pierwsza dobra wiadomość jest taka, iż projekt budżetu 2021-2027 jest znacznie lepszy niż wcześniejsze spekulacje. To jest łącznie 1 bilion 850 mld. Euro! Budżet miałby być niejako dwuczęściowy.

Pierwsza część – jeden bilion 100 mld. Euro – przeznaczone na tradycyjne, wieloletnie ramy finansowe, druga część – 750 mld. Euro – też podzielone na dwa: 500 mld. Euro na granty, a 250 mld. dostępne w formie pożyczek dla państw członkowskich.

Wynika z tych sum szansa, że w przyszłym budżecie Unii wydatki na politykę rolną, czyli dopłaty dla rolników, pozostaną na niezmniejszonym poziomie i podobnie będzie z polityką spójności, czyli z finansowaniem wyrównywania różnic między krajami bogatszymi a uboższymi w zakresie infrastruktury, transportu i wszelkiego rodzaju modernizacji wpływających na poziom i jakość życia obywateli.

Parlament Europejski przyjął te plany życzliwie, bo spełniają one oczekiwania europosłów co do wysokości, co do priorytetów budżetowych 2021-2027 oraz dostępności tego budżetu dla poszczególnych państw. Teraz Komisja Europejska i Parlament będą musiały przekonać do nich Radę Europejską. Ursula von der Leyen powiedziała: tyle mamy pieniędzy do podziału, ale jak je podzielimy, to dopiero będziemy ustalać. Dziś jeszcze żadna decyzja co do kryteriów przydzielania konkretnych sum poszczególnym państwom członkowskim nie zapadła, bo bez zgody Rady Europejskiej jest to niemożliwe. Zaapelowała więc do europosłów – przekonajcie do tych planów własne rządy i parlamenty narodowe. Macie takie możliwości: chadecy mają swoje rządy w krajach europejskich, socjaliści – mają, liberałowie – mają, Zieloni uczestniczą w rządach.

Chadecy, socjaliści, liberałowie i Zieloni, to jest większość w PE, która ma realne możliwości oddziaływania we własnych krajach. Działajcie więc! Gra toczy się bowiem nie tylko o to, żeby jakoś wyjść z kryzysu wywołanego koronawirusem, ale przede wszystkim o to, żeby nadać nowy kształt UE na następne lata. Chodzi o następne pokolenie Europejczyków, o to, żeby UE była mocniejsza, silniejsza, bardziej zwarta.

W wystąpieniach europosłów wyraźnie przebijała aprobata dla wzmacniania wspólnego rynku, chronienia go jako unijnej wartości, wyposażenia Komisji Europejskiej i innych instytucji europejskich w więcej instrumentów pozwalających na bardziej skuteczne niż dotąd działanie.
Priorytetem w przyszłych wydatkach Unii ma być oczywiście „Zielony ład”. Ten program będzie decydował o poziomie nowoczesności UE. Unia ma zdecydowanie rozwinąć digitalizację, która musi objąć całą gospodarkę i wszystkie sfery życia społecznego. Nowoczesna gospodarka plus większe, zdecydowanie bardziej odczuwalne przez społeczeństwo programy socjalne – to jest to, co Komisja Europejska deklaruje, a co Parlament Europejski wita z zadowoleniem.

Oczywiście te ambitne plany pochłoną wydatki na wielką skalę, które trzeba będzie sfinansować. Będą zatem nowe podatki i jest wola, żeby to zrobić. Chce się wprowadzić podatek od wielkich korporacji cyfrowych, podatek od śladu węglowego oraz – wynikający również z potrzeb „Zielonej Europy” – podatek związany z lotnictwem i żeglugą morską. Mowa oczywiście o CO2. Po raz pierwszy objęty tym mechanizmem ma być transport lotniczy i morski, które zostaną opodatkowane w ramach handlu emisjami.

Chce się w końcu wprowadzić podatek, który będzie dotykał najbogatszych – walka z unikaniem opodatkowania ma być wreszcie skuteczna i bezwzględna.

Krótko mówiąc planowane jest zbudowanie mechanizmów, siły i nowych możliwości, żeby Unia nie tylko pokonała kryzys wywołany koronawirusem, ale była odporna także na ewentualne przyszłe kryzysy.
Wielkie inwestycje – co powiedziano wyraźnie – są po temu niezbędne. Zwrócą się w postaci silniejszej Unii. Brak inwestycji spowoduje dużo większe koszty niż duże inwestycje. Wystąpienie pani Ursuli von der Leyen było kilka razy przerywane oklaskami.

Z dyskusji, która się następnie rozwinęła, wynika niezbicie, że cztery najważniejsze grupy polityczne są „za”. Parlamentarzyści podkreślali, że chodzi o nową Unię – Unię opartą o wartości, o solidarność wewnętrzną. Podkreślano również oczekiwanie, że żadne z państw nie będzie chciało korzystać kosztem innego państwa.

Mówiono, że 23 państwa i rządy są nastawione zdecydowanie pro-europejsko i są otwarte na Unię jutra. Natomiast cztery rządy – nie wymieniano, które – są rządami wciąż wyrażającymi różnego rodzaju kontestację.

Trzeba też zauważyć, że w żadnej wypowiedzi nie zakwestionowano wymogu praworządności i konieczności przestrzegania podstawowych wartości europejskich. Nawet pani Beata Szydło wyraziła wolę solidarności i nadzieje związane z tą propozycją budżetową.

Przy okazji chcę mocno podkreślić – zwłaszcza w kontekście wypowiedzi przesądzających już sumy przeznaczone dla Polski i pośpiesznego „wypinania piersi do orderów” – że żadnych konkretów w sensie ile i komu, nie było. To, co usłyszeliśmy, to są propozycje! To jest dobry początek, ale nie zapominajmy, że koniec wieńczy dzieło.

Uważam więc, że należy zachować spokój i przystąpić do bardzo intensywnej pracy. Założenie jakie powinniśmy przyjąć od początku – co do tego nie mam wątpliwości – powinno być takie: jeżeli będziemy chcieli aktywnie uczestniczyć w poszukiwaniu pozytywnych rozwiązań dla całej Unii, to możemy na tym skorzystać – właśnie taka współpraca jest wręcz oczekiwana. Jeśli jednak będziemy się ustawiać tylko w pozycji wiecznie niezadowolonego petenta, jeśli będziemy wzniecać konflikty i spory, to możemy skorzystać dużo mniej.

Mamy szansę być jednym z większych beneficjentów rodzącego się budżetu. To jednak nie oznacza w najmniejszym nawet stopniu sukcesu polityki „wstawania z kolan”.

Przekonanie tu i ówdzie pojawiające się, że można kontestować Unię, jej instytucje, zasady, którymi się kieruje, bo to i tak nie ma żadnego wpływu na wysokość unijnych benefitów, jest z gruntu fałszywe. Jeśli nawet pojawiają się takie sugestie, to są to sugestie fałszywe, podszyte prawdopodobnie jakimiś bieżącymi, lokalnymi potrzebami politycznymi. Rząd polski nie miał najmniejszego wpływu na wysokość i przeznaczenie kwot, o których mówiła przewodnicząca KE. PiS niczego nie wygrał, PiS nie przyczynił się w żadnej mierze do kształtu przedstawionych planów, ale może za to przyczynić się do przegranej w fazie ustalania szczegółów, kryteriów, zasad podziału. Jak do tego przyjdzie, to wszystkie rezolucje dotyczące praworządności w Polsce, podejmowane przez PE i lekceważąco traktowane przez rządzących, orzeczenia TSUE w polskich sprawach, zostaną położone na stole, przypomniane i odegrają swoją rolę w dyskusji ile, komu. Podnoszono to jasno i jednoznacznie – podnosiła to pani Ursula von der Leyen, chadecy, nasza grupa – S&D oraz liberałowie, że praworządność jest ostoją siły Unii Europejskiej. Uważam więc, że nasza dotychczasowa postawa może nam potencjalnie przysporzyć kłopotów a nie profitów. Możemy też odczuć negatywne skutki w związku z atmosferą wokół Polski w UE, która jest – mówiąc delikatnie – nie najlepsza.

Trzeba sobie jasno zdać sprawę, z nowego etapu, który Unia otwiera. To będzie zmiana oblicza Unii, wzmocnienie jej, a nie osłabienie. Unia ma być silniejsza, ma być graczem globalnym, ma sobie radzić w zmieniającym się świecie. Idzie się zdecydowanie w kierunku wyłonienia nowej, silniejszej, sprawniejszej struktury niż ta, jaką UE jest obecnie. Służyć temu będą wysiłki finansowe, organizacyjne i intelektualne, bowiem przyspieszone będą prace konferencji na temat „Jaka UE?”.

To jest ten moment, w którym zdecydują się również losy naszego kraju – albo wsiądziemy do pociągu zmian, albo zostaniemy na peronie kontestacji.

Ich zysk jest większy niż twój

O tym, że zaraza koronowirusa przeorała nasze życie, każdy już wspomina. Co rusz słyszę o związanych z nią traumach. Nawet o nastaniu nowej ery w dziejach ludzkości. Czasów przed i po narodzeniu się koronawirusa.
Warto jednak przypomnieć bom mott człowieka minionej epoki. O tym, że są „plusy dodatnie i plusy ujemne”. I dziś, ku pokrzepieniu skołatanych serc, poszukać też tych dodatnich.
Zauważcie, że w czasie zarazy zniknęła propagowana przez elity PiS „polityka historyczna”. Ten rodzaj polskiej pedofilii politycznej polegającej na tym, że elity PiS traktują obywateli naszego kraju, potencjalnych wyborców, jak umysłowe dzieci. I podstępnie wykorzystują je wciskając im propagandowy kit. Dzięki wysiłkom bardzo dobrze opłacanych propagandzistów podszywającym się w narodowo- katolickich mediach pod maski ekspertów, publicystów, dziennikarzy nawet.
Jeszcze niedawno, w czasach przed zarazą bezustannie słyszałem o grożących mi śmiertelnych niebezpieczeństwach. Czyhać miał na mnie podstępny gender, w gminach czaiła się zabójcza „ideologia LGBT”, a za granicą hulała inwazja globalnego „antypolonizmu”.
Ten ostatni wysuwał się na pierwszą flankę antypolskiej agresji. Bo, jak głosili bracia Karnowscy, redaktor „Sakwa” i podobni im, cała zagranica, z wyjątkiem orbanowskich Węgier, wielce zawistnie zazdrościła Polsce jej aktualnych, epokowych sukcesów. Osiąganych rzecz jasna dzięki rządom jaśnie pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. I wiernych mu Jego współpracowników.
Dlatego bracia Karnowscy, redaktor „Sakwa” i podobni im codziennie ogłaszali, że „bronią Polski” . Za co codziennie wystawiali stosowne faktury spółkom skarbu państwa oraz innym instytucjom żyjącym z naszych podatków.
W dawnej Europie dla odpędzenia zagrażających ludzkości bezbożnych wampirów ówcześni Karnowscy polecali katolickie krzyże i przedmioty im podobne, srebrne kule oraz kołki osinowe. W narodowo- katolickiej IV Rzeczpospolitej na wysysający polską krew „antypolonizm” bracia Karnowscy, redaktor Sakwa i podobni im zalecali przedmioty pomalowane w biało- czerwone barwy. Mogły to być samoloty PLL LOT, naklejki na świninę tuszujące zarażenie afrykańskim pomorem, pseudo patriotyczne fundacje i reduty „broniące dobrego imienia” i jachty pełnomorskie. Te ostatnie, pomalowane w narodowe barwy, miały pływać po morzach i oceanach sławiąc imię IV RP. Dowodzić, że kaczyńska Polska z kolan wstała, pedagogikę wstydu porzuciła i „lewackiej” Unii Europejskiej dumny gest Lichockiej pokazała.
Przyszła jednak zaraza i obnażyła nędzę IV Rzeczpospolitej. Słabiutkie struktury naszego państwa. Okazało się, że rządzące nim elit PiS nie potrafiły zgromadzić niezbędnych zapasów medykamentów potrzebnych w czasach zarazy. Chociaż informacje o jej nadejściu otrzymały z wystarczającym wyprzedzeniem. Za to świetnie poradziła sobie rodzina pana ministra Szumowskiego i podobne im, znakomicie zarabiające na strachu Polaków przed zarazą.
Ich zysk jest większy,
niż nasz, mogą ponucić sobie teraz obywatele naszego kraju.
Okazało się, że pomimo szumnych zapowiedzi pięcioletnie rządy PiS niczego w Polsce nie zreformowały. Nie ulepszyły nawet.
Przeciwnie jeszcze bardziej zdezorganizowały i zubożyły wymagający reform system oświaty, który okazał się w czasie zarazy niezdolny do nowoczesnego, elektronicznego nauczania.
Zubożyły zasoby finansowe samorządów, a teraz obarczyły je kosztami odmrożenia życia społecznego. Zdewastowały służbę zdrowia, co wystarczająco obnażyła zaraza.
Okazało się, że jedynym ratunkiem dla zahamowania zarazy było samo uwięzienie się polskiego społeczeństwa, zamrożenie polskiej gospodarki i życia społecznego. Przeczekanie zarazy w domowych schronach.
Okazało się też, że wielu naszych sąsiadów, tak wcześniej pogardliwie traktowanych przez dumną propagandę PiS, radzi sobie lepiej niż mocarstwowa, kaczyńska Polska. Lekceważone Czechy i Słowacja skuteczniej wychodzą z zarazy niż mieniąca się liderem „Trójmorza” IV Rzeczpospolita.
Rząd firmowany przez pana premiera Morawieckiego ogłosił już czwartą „tarczę antykryzysową” dla osłony polskiej gospodarki. Produkcja takich „tarcz” staje się specjalnością tego rządu. Za miesiąc nasza gospodarka będzie miała pewnie już tuzin kolejnych, triumfalnie ogłaszanych, tarczy. Gdyby pan premier Morawiecki przypiął je wszystkie do swych dumnie wypinanych podczas konferencji prasowych piersi, to wyglądałby dostojniej niż niejeden radziecki generał.
Za to nasz, też pogardzany przez narodowo- katolicką propagandę PiS, niemiecki sąsiad wyprodukował tylko jedną antykryzysową tarczę. Pomimo takiego ich ubóstwa niemiecka gospodarka odmraża się skuteczniej.
Kasa z Unii nie śmierdzi
Jeszcze niedawno słyszałem z ust pana prezydenta Dudy, że Unia Europejska to jakaś „wyimaginowana wspólnota, z której dla nas niewiele wynika./…/ Wspólnota jest potrzebna tutaj, w Polsce, dla nas – własna, skupiająca się na naszych sprawach, bo one są dla nas sprawami najważniejszymi; kiedy nasze sprawy zostaną rozwiązane, będziemy się zajmować sprawami europejskimi. A na razie, niech nas zostawią w spokoju i pozwolą nam naprawić Polskę, bo to jest najważniejsze”, tak przekonywał.
Jeszcze niedawno pan premier Morawiecki ogłaszał, że Z Unii Europejskiej nie dostaniemy „ani centa na walkę z wirusem”. Bo to zła Bruksela jest.
Ale szybko okazało się, że ta wraża Unia nie chciała „zostawić nas w spokoju”, choć postulował to pan prezydent Duda.
Dlatego słyszę teraz w narodowo- katolickich mediach, że tylko dzięki wysłanemu listowi pana prezydenta Dudy i aktywności tam pana premiera Morawieckiego teraz Polska będzie największym beneficjentem pomocy finansowej Unii Europejskiej dla państw członkowskich poszkodowanych przez zarazę.
To oznaczą też, że jeśli władza się nie zmieni, to będzie jeszcze więcej pieniędzy dla rodzin szumowsko podobnych. Dla braci Karnowskich, redaktora „Sakwy” i podobnych im. Na odmrożoną przez PiS pedofilię polityczną. Na propagandę anty unijną w telewizji pana Kurskiego. Fundację świrsko podonych. Znajdzie się pewnie też jakiś „euro cent”| na nowy lakier dla paznokcia pani posłanki Lichockiej.
Ech, żyć nie umierać, panie prezesie.

Jak umierają demokracje?

Niemal pól wieku temu dwaj politolodzy amerykańscy Juan Linz i Alfred Stepan opublikowali zbiorową pracę pod znaczącym tytułem „Załamanie reżimów demokratycznych” (The Breakdown of Democratic Regimes, 1978), w której dokonali porównawczej analizy procesów upadku systemów demokratycznych w dwudziestym wieku.

W latach późniejszych uwaga badaczy ( w tym także tej dwójki autorów) skierowana była na procesy odwrotne: odradzanie się lub wręcz rodzenie się demokracji na gruzach systemów autorytarnych. Ogromna literatura poświęcona przejściom do demokracji jest nadal ważna, ale wahadło wychyliło się w przeciwną stronę. Dziś znów najważniejszych problemem teoretycznym nauk politycznych jest wyjaśnienie, jak i dlaczego demokracje umierają.
Klaus von Beyme, były prezydent Międzynarodowego Towarzystwa Nauk Politycznych (IPSA) i emerytowany profesor Uniwersytetu w Heidelbergu poświęcił temu zagadnieniu ważną i interesującą pracę „Od Post-demokracji do neo-demokracji” (From Post-Democracy to Neo-Democracy, 2018), w której wskazał na destruktywne dla systemów demokratycznych działanie prawicowego populizmu i wskazywał na potrzebę gruntownego zreformowania demokracji. Adam Przeworski w porównawczej analizie kryzysów demokracji (Crises of Democracy, 2019) wskazał na stopniowe gromadzenie się zjawisk kryzysowych, których korzenie widzi przede wszystkim w neoliberalnym modelu gospodarczym, rosnącej polaryzacji ekonomicznej oraz w nacjonalizmie i rasizmie. Listę wybitnych uczonych, którzy wyrażają zatroskanie o losy demokracji wzbogaciła ostatnio praca jednego z najwybitniejszych psychologów polityki Janusza Reykowskiego „Rozczarowanie demokracją” (2019). Zdarza się słyszeć głosy skrajnych pesymistów głoszących ostateczny zmierzch demokracji. Należy do nich jeden z najciekawszych filozofów politycznych Marcin Król („Polityka” 2-8 stycznia 2019).
Nie ulega wątpliwości, że w pierwszych dziesięcioleciach dwudziestego pierwszego wieku pojawiły się groźne symptomy kryzysu demokracji i rodzenia się nowego typu autorytaryzmu. Jest on pod pewnymi względami inny od jego pierwowzorów z poprzedniego stulecia, ale pozostaje antydemokratyczną odpowiedzią na problemy, z którymi liberalna demokracja radzi sobie nie najlepiej. Zrozumienie różnic, ale i podobieństw istniejących miedzy dawnymi i nowymi autorytaryzmami jest warunkiem trafnej diagnozy i skutecznej terapii.
Dawne i nowe autorytaryzmy różni stosunek do przemocy. Tradycyjny autorytaryzm wyrastał z dokonanego przemocą przewrotu i utrzymywał się dzięki stosowaniu przemocy na masową skalę. Dochodził do władzy przemocą (najczęściej, ale nie wyłącznie, w drodze wojskowego zamachu stanu) i sprawował władzę stosując na masowa skalę przemoc. Nie przeczy temu fakt, że niektóre ówczesne reżymy autorytarne miały stosunkowo wysokie poparcie społeczne, ale nie decydowały się na sprawdzenie stopnia tego poparcia w wolnych, kontestowanych wyborach. Wyjątkiem pod tym względem były polskie wybory parlamentarne 1928 roku – przegrane przez obóz rządzący, który rychło powetował sobie tę porażką przeprowadzając sfałszowane wybory „brzeskie” w 1930 roku. Nowy autorytaryzm 21-ego stulecia zachowuje fasadę instytucji demokratycznych, w tym wolne, zakładające rzeczywistą rywalizację obozu rządzącego i opozycji, wybory. Ma zaś na tyle silne poparcie, że jest w stanie wygrywać kolejne wybory i tą drogą petryfikować system polityczny. Ewentualne przegranie wyborów dla współczesnego reżymu autorytarnego oznaczałoby katastrofę, gdyż powodowałoby nie zwykłą zmianę ekipy rządzącej, lecz demontaż całej budowanej przez poprzednie lata konstrukcji politycznej.
Istotą nowego autorytaryzmu nie jest więc pozbawienie obywateli możności decydowania o tym, kto ma rządzić, lecz stworzenie maksymalnie scentralizowanego systemu rządzenia, w którym cała władza skupiona jest w jednym ośrodku kierowniczym. Ośrodkiem tym jest najczęściej kierownictwo rządzącej partii, lub po prostu wódz i jego najbliższe otoczenie. Centralizacja władzy oznacza przede wszystkim:
pełne podporządkowanie rządu i centralnej administracji państwowej woli centralnego ośrodka kierowniczego, co pozbawia je samodzielnej roli politycznej i czyni z nich techniczne narzędzie w ręku ludzi sprawujących rzeczywistą władzę;
marginalizację parlamentu, w którym ogranicza się debatę polityczną i minimalizuje wpływ opozycji na proces legislacyjny;
podporządkowanie państwowych środków przekazu kierowniczemu ośrodkowi politycznemu, zanik ich autonomii i daleko idące płynącemu z nich przekazowi; zarazem podejmowanie intensywnych działań dla pośredniego uzależnieni niepaństwowych środków przekazu, lub ich marginalizacji;
pełne uzależnienie prokuratury i jak najdalej idące ograniczenie niezależności sądów od czynnika politycznego;
wprowadzenie na masową skalę politycznych kryteriów obsady wyższych i średnich stanowisk w administracji państwowej, w tym także w siłach zbrojnych i w policji.
Im pełniej udaje się zrealizować te cele, tym bardziej skonsolidowany jest system autorytarny i tym głębszy jest kryzys liberalnej demokracji.
Kryzys obecny pod kilku ważnymi względami różni się od wielkiego załamania się systemów demokratycznych w Europie w latach międzywojennych. Dotknął on głównie państwa, w których liberalna demokracja miała krótką historię, w tym szereg państw powstałych w wyniku wojny. Irlandia – po uzyskaniu w 1921 roku niepodległości (jako dominium brytyjskie), – przeszła przez dwuletnią (1922-23) wojnę domową a w latach późniejszych przez trwające aż do 1948 autorytarne rządy nacjonalistycznej partii Fiana Fall, na której czele stał i był premierem Eamon de Valera. Na Węgrzech stłumienie krótkotrwałej (1918-1919) rewolucji komunistycznej przyniosło ustanowienie dyktatorskich rządów admirała Miklosa Horthy.
Lata międzywojenne były okresem szybkiego kurczenia się strefy liberalnej demokracji w Europie. Kolejnymi etapami pierwszego kryzysu europejskiej demokracji były:
1922 –„Marsz na Rzym” i dojście do władzy partii faszystowskiej we Włoszech,
1923 – obalenie rządu A. Stambolijskiego i ustanowienie autorytarnej dyktatury w Bułgarii,
1926 – wojskowe zamachy stanu w Polsce, Portugalii i Litwie; ustanowienie w tych państwach rządów autorytarnych,
1927 – cywilny zamach stanu w Estonii,
1929 – wojskowy (ale poparty przez króla Aleksandra Karadżordżevića) zamach stanu w Królestwie Serbów, Chorwatów i Słoweńców, przyjęcie nowej nazwy państwa (Jugosławia) i ustanowienie scentralizowanego systemu autorytarnego,
1933 – dojście do władzy w Niemczech NSDAP i ustanowienie totalitarnej dyktatury,
1934 – ustanowienie dyktatury E. Dollfussa w Austrii ( austrofaszyzm),
1934 – autorytarny zamach stanu na Łotwie,
1936 – ustanowienie ( z poparciem króla Jerzego II) wojskowej dyktatury w Grecji,
1936-1939 – wojna domowa w Hiszpanii zakończona ustanowieniem wojskowo-partyjnej dyktatury,
1938 – ustanowienie dyktatorskiej władzy króla Karola II w Rumunii.
Pod koniec okresu międzywojennego liberalna demokracja istniała już tylko w dwunastu państwach europejskich (Belgia, Czechosłowacja, Dania, Finlandia, Francja, Holandia, Irlandia, Luksemburg, Norwegia, Szwajcaria, Szwecja i Wielka Brytania) a także w Stanach Zjednoczonych i w dominiach brytyjskich (Kanada, Australia, Nowa Zelandia). Świat wydawał się zmierzać ku dominacji reżymów totalitarnych lub autorytarnych. Taki zresztą był klimat epoki. Przekonanie, że liberalna demokracja chyli się ku upadkowi było nagminne.
Druga wojna światowa zmieniła ten stan rzeczy radykalnie. Klęska Niemiec, Włoch, Japonii i ich satelitów przyniosła podział świata na dwa rywalizujące bloki zbudowane wokół zwycięskich supermocarstw – Stanów Zjednoczonych i Związku Radzieckiego. Pod dominacją radziecką znalazły się państwa Europy środkowo-wschodniej, co owocowało ustanowieniem tam rządów partii komunistycznych. W zachodniej Europie systemy demokratyczne funkcjonowały dobrze – poza jedynym wypadkiem antydemokratycznego zamachu stanu w Grecji (1967) i ustanowieniem tam na kilka lat (1967-74) dyktatury wojskowej. W roku 1974 upadła dyktatura portugalska a w 1975 rozpoczął się proces negocjowanej demokratyzacji w Hiszpanii. Pod koniec lat osiemdziesiątych liberalna demokracja triumfowała w większości państw europejskich , w obu Amerykach, w części Azji (zwłaszcza w Indiach, Japonii, Izraelu) i w niektórych państwach afrykańskich. Ostatnie dziesięciolecie XX wieku przyniosło bezkrwawe zwycięstwo demokracji w dawnym bloku państw socjalistycznych W latach osiemdziesiątych nastąpiła demokratyzacja niemal wszystkich państw latynoamerykańskich. Triumf liberalnej demokracji wydawał się zapewniony.
A potem pojawiły się symptomy drugiego kryzysu liberalnej demokracji, różniącego się się od pierwszego pod trzema względami.
Po pierwsze: obecny kryzys demokracji nie wyraża się on w zagarnięciu przemocą władzy przez siły antydemokratyczne, lecz w pokojowym, wykorzystującym mechanizmy demokratyczne przebudowywaniu systemu politycznego w kierunku autorytarnym.
Po drugie: obejmuje państwa, gdzie demokracja liberalna ukształtowała się stosunkowo niedawno (głównie po zakończeniu „zimnej wojny”) i pozostawia poza swym zasięgiem państwa o dłuższej historii rządów demokratycznych. Te ostatnie stają przed wyzwaniem, jakim są populistyczne i nacjonalistyczne ruchy typu Frontu Narodowego we Francji czy Alternatywy dla Niemiec w RFN, ale nic nie wskazuje na to, by siły te były w stanie zdobyć władzę. Nawet tam, gdzie autorytarni politycy zdobywają stanowiska państwowe (jak Donald Trump w USA), system demokratyczny jest dostatecznie silny, by zapobiec ustanowieniu rządów autorytarnych.
Po trzecie: istnieje w Europie wspólnota państw demokratycznych – Unia Europejska – zdolna w dość znacznym stopniu hamować zakusy autorytarne w państwach członkowskich i zniechęcać do autorytaryzmu państwa ubiegające się o wejście do Unii. Nie zawsze jest to skuteczne, o czym świadczy przykład autorytarnego reżymu węgierskiego, ale nie jest też pozbawione konsekwencji, co pokazuje hamujący wpływ Unii Europejskiej na demontaż państwa prawnego w Polsce po 2015 roku.
Obecny kryzys demokracji liberalnej dotyczy najsilniej państw, gdzie zmiany demokratyczne pojawiły się dopiero pod koniec zimnej wojny lub o jej zakończeniu. Nie spełniły się nadzieje na ustanowienie systemu liberalnej demokracji w Rosji i w większości państw dawnego ZSRR, a powstały w to miejsce system prezydenckiej „suwerennej demokracji” w Rosji stanowi dla wielu państw powstałych z rozpadu ZSRR atrakcyjne rozwiązanie alternatywne w stosunku do liberalnej demokracji. Wśród państw pokomunistycznych, które przyjęte zostały na początku tego stulecia do Unii Europejskiej, najdalej w kierunku ustanowienia i konsolidacji systemu autorytarnego zaszły Węgry i – choć nie tak konsekwentnie – Polska. Nacjonalizm i nowy autorytaryzm znajduje także wyraz w polityce liczących się ugrupowań i polityków w Czechach, Bułgarii, Rumunii i Słowacji, a także w aspirujących do członkostwa w Unii Europejskiej Albanii, Kosowie i Serbii. Problem nie ogranicza się jednak do byłych państw komunistycznych . Rozczarowanie rządami demokratycznymi prowadzi w wielu państwach demokratycznych do powstawania stosunkowo silnych ruchów populistycznych najczęściej o prawicowym i nacjonalistycznym obliczu. Wybór Donalda Trumpa na prezydenta USA, a także powrót do władzy polityków wywodzących się z dawnych dyktatur wojskowych w Chile i Brazylii wskazują na to, że problem nie ogranicza się do Europy i ma zasięg światowy.
Czy oznacza to, że demokracje umierają? Odpowiedź twierdząca na to pytanie może dotyczyć tylko części istniejących obecnie demokracji. Z analizy historyczno-porównawczej wyłania się wyraźny obraz: demokracje nie upadają tam, gdzie mają za sobą co najmniej okres, życia dwóch pokoleń (czyli 60-70) lat. Nie ma ani jednego przykładu historycznego świadczącego o tym, ze „stare demokrację” umierają. To paradoks: inaczej niż wśród ludzi, to właśnie organizmy młode są najbardziej narażone na przedwczesny zgon.
Wynika to ze znaczenia, jakie dla utrzymania demokracji ma kultura polityczna – zespół norm i wartości, które wymagają czasu, by stały się jak skała, na której zbudowany gmach demokracji jest nie do obalenia. Póki tego nie ma – a być nie może tam, gdzie demokracja jest doświadczeniem stosunkowo niedawnym – zwycięstwo sił autorytarnych jest wciąż możliwe.
Możliwe – ale nie nieuchronne. Historia poprzednich kilkudziesięciu lat pokazała, jak upadają reżymy autorytarne. Czas obecny pokaże, czy i jak potrafią obronić się demokracje tam, gdzie autorytaryzm zajrzał im w oczy. Wymaga to zrozumienia powagi sytuacji, ale także gotowości obrony demokracji – często ponad podziałami, które nieraz dzielą jej zwolenników.

Jesteśmy najlepsi!

Mamy taki brzydki zwyczaj, że na wszystkie sposoby oczerniamy każdego żyjącego i nieżyjącego wroga.

Jedną ze sprawdzonych metod jest jego porównywanie do innego wroga, bardziej znanego z historii, przypisywanie mu podobnych wad i chęci szkodzenia naszemu społeczeństwu.
Porównania
Czytelnik zechce zauważyć, że te porównania mają z reguły na celu wykazanie, a nawet udowodnienie, że porównywana osoba zasługuje na potępienie. Nie słyszałem, aby w znanym mi środowisku ktoś mówił – „działasz podobnie jak święty Franciszek, albo ojciec Pio!”. Wyjątkiem bywają porównania dotyczące spraw męsko – damskich. Czasem nagana może być wtedy także ukrytą formą uznania. Jeśli rozmawia kilka zaprzyjaźnionych pań, to można usłyszeć, że „ten Kowalski, to istny Casanowa”. „To prawda, ale jego przyjaciel Wiśniewski jest wprawdzie mniej sympatyczny, jednak to ma podobno jak u konia!!”.
Obserwując nasze życie polityczne doszedłem do wniosku, że w Polsce porównania tego rodzaju mogą także służyć udowadnianiu, że w określonych dziedzinach jesteśmy od kogoś lepsi, że potrafimy każdy błąd lub potknięcie przekształcić w sukces, wprowadzający w zachwyt liczącą się część naszej populacji.
Widzę dwie zazębiające się dziedziny, w których wszelkie porównania dowodzą, że pod rządami ekipy „zjednoczonej prawicy” jesteśmy najlepsi w Europie. Pierwsza to samouwielbienie i druga – to propaganda. Propaganda jest w znacznej części wykorzystywana do umacniania samouwielbienia, ale ma jednak szerszy zakres. Zdarza się, że wypowiedzi przedstawicieli władzy i ich twórcza interpretacja przez niektóre środki masowego przekazu zawierają pochwały kogoś lub czegoś, mimo, że nie wynikają z samouwielbienia. Takie nieplanowane przypadki świadczące o tym, że małe cząstki suwerena zachowują jeszcze samodzielność myślenia.
Choroba samouwielbienia
Samouwielbienie jest chorobą, która – jak epidemia koronawirusa – zdarza się we wszystkich krajach. Może przechodzić niemal bezobjawowo. Staje się szkodliwa wtedy, gdy jej objawy są zbyt wyraźne i może być groźna, jeśli zaczyna budzić wesołość poprzedzaną uśmiechem politowania. Klinicznymi przykładami samouwielbienia było słynne uznanie za zwycięstwo głosowania 27:1 przy wyborze Donalda Tuska na drugą kadencję przewodniczenia Radzie Europejskiej. Potem uznawano za sukces każde głosowanie nad votum zaufania dla kilku ministrów, które zawsze wygrywał PIS, bo zajmował w sejmie więcej foteli. Wynik głosowania był więc pewny, ale mimo to były kwiaty, gratulacje, pochwały i radosne uśmiechy.
Samouwielbienie widoczne jest w publicznych wystąpieniach wodza czołowej partii, prezydenta, premiera i bardziej ważnych wicepremierów i ministrów. Też budzą uśmiech, powtarzając niemal dosłownie to, co wódz powiedział.
Merytoryczna warstwa tych przemówień podtrzymywana jest niezmiennym przekazem podprogowym. Utrwala on u znacznej części suwerena kilka opinii. Nigdy nic nie sknociliśmy, wszystko się udaje, naród jest głęboko wdzięczny za 500+ i inne rozdawane dodatki. Naród wie, że w sporach z UE my mamy zawsze rację. Nie straszne mu nawet wyrzeczenia związane z pandemią koronawirusa, bo wierzy prawicowej władzy, uwielbia wodza i podziwia jego skromność. Wszyscy popieramy „naszego” prezydenta i gdyby przyspieszyć wybory powszechne, to także bez trudu byśmy je wygrali.
Z bólem mego chorego serca przyznaję, że informacje i fantazje wynikające z samouwielbienia władzy, znaczna część suwerena chłonie jak gąbka. Nie dziwię się. Każdy człowiek marzy o szczęśliwej przyszłości.. A my przecież wstaliśmy z kolan. Wypoczęte nogi mogą nas zanieść daleko.
Moja pamięć sięga okresu przedwojennego. Obecne osiągnięcia „samouwielbienia władzy” można w naszej historii porównać tylko z wysiłkami obozu sanacyjnego, zaostrzonymi atmosferą zbliżającego się konfliktu zbrojnego. Nie było wtedy telewizji, ale z pomocą radia i prasy władze potrafiły wmówić większości społeczeństwa, że Niemcy tylko blefują, czołgi mają z drewna, dykty i tektury, jak popularne wówczas samochody DKW. Ich samoloty nie mają żadnych szans w walce z naszymi Łosiami. Nasza, najlepsza na świecie kawaleria rozniesie w pył ich piechotę. Ich fuhrer to tylko kapral, a naszą armią dowodzi sprawdzony w boju marszałek.
Propaganda – broń zaczepna
Propaganda we wszystkich powojennych fazach naszego rozwoju też nie wytrzymuje konkurencji z obecnym jej nasileniem. Trudno się dziwić, bo jej główną bronią jest teraz telewizja, a pierwsze polskiej produkcji telewizory „Wisła” zaczęto wytwarzać dopiero w 1956 roku, czyli „za Gomułki”. Ale dopiero „za Gierka” telewizor stał się głównym, „masowym” instrumentem przekazu informacji. Wprawdzie nie opanowano jeszcze strategii i techniki przekazu podprogowego, informacje o sukcesach gospodarczych były więc względnie prawdziwe i uzupełniane prostą, pozytywną oceną. „Za Tuska” telewizja zrobiła znaczący krok w nowoczesną technikę przekazu, ale jej propagandowa siła nie była jeszcze w pełni doceniana.
Wszystko się zmieniło, jak nastały czasy „dobrej zmiany”. Telewizję państwową, czule nazywaną „reżimową” albo „publiczną”, nasycono nowymi ludźmi i nowym kierownictwem. Robią to, co robią, bo albo uwierzyli w słuszność i świetlaną przyszłość systemu autokratyczno – demokratycznego, albo są zafascynowani „trzymającym władzę” zwykłym posłem, albo po prostu są koniunkturalistami. Kanały tej telewizji stały się głównym źródłem propagandy rządzącej partii i jej rządu. Jak zawsze w takich przypadkach wykształcono równoległy nurt personalnej walki z wszystkimi, których „władza” uważa za opozycję, ukrytych wrogów lub zazdrośników, usiłujących przeszkadzać w budowie szczęśliwego społeczeństwa.
Przyznaję ze skruchą, że mój podziw dla konsekwencji tych działań stale rośnie. Propaganda sterowana przez ośrodki władzy sięga wszystkich dziedzin życia suwerena, prostuje jego poglądy złośliwie fałszowane przez ciągle totalną opozycję, umiejętnie sięga do tej jego części, która jest słabiej wykształcona, mniej czyta i jest bardziej wrażliwa na bodźce materialne.
Mam oczywiście brzydkie i niemoralne myśli, ale nasilenie i formy tej propagandy przypominają mi znowu czasy wojny i umiejętność przekonywania z natury racjonalnych Niemców, do celowości działań uwieńczonych wojną totalną i ludobójstwem. Tego poziomu jeszcze nie osiągamy, W III Rzeszy nie ukrywano prymatu propagandy, utworzono nawet specjalne ministerstwo Propagandy i Oświecenia Publicznego, kierowane przez bezgranicznie wiernego wodzowi inteligenta, z legalnie pozyskanym tytułem doktora. Znawcy tematu uważają, że jego najważniejsze osiągnięcia propagandowe widoczne były już kilka lat przed wojną i dotyczyły czterech tematów – uwielbienia wodza przez naród, czyli pierwowzoru kultu jednostki, znienawidzenia i konieczności eliminacji Żydów, uznania innych nacji a zwłaszcza Słowian za podludzi i konieczności wojny, zapewniającej przestrzeń życiową i panowanie Niemców w Europie.
Podobieństwa
To obrzydliwe, – ale porównajmy. Kult jednostki nasza propaganda intensywnie rozwija, wynosząc na piedestał sprawującego faktyczną władzę „zwykłego posła”. Ukrytych, nienawistnych wrogów zaczynamy dostrzegać w Komisji Europejskiej i unijnym Trybunale Sprawiedliwości. Ośmielają się krytykować nasze genialne rozwiązania w organizacji wymiaru sprawiedliwości. Uznajemy, że część naszych obywateli należy do „drugiego sortu” i ze wstrętem patrzymy na potencjalnych imigrantów o bardziej ciemnej skórze. Żadnej wojny jeszcze nie popieramy, ale usiłujemy być – jak przed II wojną – „silni, zwarci i gotowi”, wydając i planując wydawanie coraz większych pieniędzy na militarną technikę. Radośnie patrzymy w przyszłość, bo nasz prezydent zapewnił, że jeśli wygra wybory, to nigdy nie podpisze niczego, co zmniejszałoby 500+ albo groziło ponownym podwyższeniem wieku emerytalnego. Jak powiedział: zawsze Polska+, nigdy Polska – ! Ładne hasło, chociaż nikt go nie rozumie.
W ramach pokuty za liczne grzechy obejrzałem w czasie jednej z ostatnich niedzieli wieczorny dziennik w I programie TVP. W czasie półgodzinnego dziennika prowadzący i zaproszeni goście 14 razy poinformowali ciemnego suwerena, że w czymś „jesteśmy najlepsi”. Czegóż tam nie było!. Chwalą nas na świecie za rozwiązania zmniejszające „pole rażenia” koronawirusa i biorą z nas przykład. Wielu europosłów z innych krajów podziwia nasze rozwiązania w wymiarze sprawiedliwości. Prezydent USA rozmawiał przez telefon z naszym prezydentem aż pół godziny, a to rzadko się zdarza. Nasz premier i ministrowie witali na lotnisku maseczki, które przyleciały z Chin największym na świecie samolotem AN225 Mrija (czyli Marzenie) zaprojektowanym i wyprodukowanym przez zakłady Antonowa. Dlaczego tak szumnie wita się maseczki? Bo to właśnie piękny akcent propagandowy. Ale trzeba podziwiać samozaparcie antykomunistycznego premiera, który z zachwytem oglądał samolot wyprodukowany przez komunistów w ZSRR i dostarczył produkty wytworzone przez komunistyczne Chiny. Widocznie lubi cudzych komunistów. Tylko polscy postkomuniści mu się nie podobają.